Zapraszam na Warszawskie Targi Książki

W tym roku na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym będę swoje książki podpisywać 22 maja (w niedzielę) o 12:00 na stoisku Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – numer stoiska: (50/BC). Będę na nim siedzieć wraz z koleżanką Manulą Kalicką.

Będę wtedy podpisywała (i będzie można to u mnie kupić):

A jak ktoś przyniesie z domu jakieś stare wydania moich książek – też mu podpiszę.

Ponieważ ze względu na obowiązki prezesowskie będę na targach także w pozostałe dni (poza czwartkiem), ale w postaci „krążącej”, więc zawsze można się ze mną umówić, że chce się przyjść i pogadać. E-mail działa. odbieram go w komórce.

Znaczenie terenu

Gdy byłam dzieckiem jedna z koleżanek na obozie harcerskim nauczyła nas piosenki o czerwonym kapturku i wilku. Było to na melodię „Chattanooga Choo Choo” Glenna Millera, którą to piosenkę znałam z filmu „Serenada w dolinie słońca”. Gdy po powrocie z obozu zaśpiewałam ją tacie, uśmiał się i… zaśpiewał mi inną, choć na tę samą melodię. Fragmencik brzmiał: „Czy pani wie gdzie tutaj można zrobić siusiu? Okay, okay! Tu pod tą ścianą lej!” Przypomniało mi się to, bo dziś pojechałam zrobić krótki temat do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego o fladze, Saskiej Kępie sprzed stu lat i bracie swojego prapradziadka, jednorękim powstańcu styczniowym, któremu bratowa, a moja praprababcia, podarowała kawał ziemi na Saskiej Kępie. Wszystko wzięło się stąd, że pewnego dnia zadzwonił do mnie przemiły Pan, który powiedział, że nazywa się Bogusław Pełka i jest prawnukiem rodzonego brata mojego prapradziadka Władysława Przybytkowskiego. Umówiliśmy się na spacer po rodzinnych grobach na Bródnie. Pan podarował mi kopię napisanej przez siebie „Historii Rodzin”. Teraz była okazja, by uszczknąć rąbka rodzinnej tajemnicy i opowiedzieć o bohaterskim powstańcu styczniowym, który mimo braku ręki przewoził ludzi przez Wisłę łódką, rozwijał sztandar z orłem i wraz z pasażerami śpiewał patriotyczne pieśni. Dziś z Panem Bogusławem umówiliśmy się w miejscu, gdzie mieszkał jego pradziadek, a brat mojego prapradziadka, czyli koło wieżycy Mostu Poniatowskiego. Pech chciał, że dziś był mecz Legia Warszawa – Lech Poznań o puchar Polski. I tak w chwili, gdy my nagrywaliśmy rozmowy, filmowaliśmy teren itd., co i rusz koło nas przechodzili zmierzający na mecz ludzie z piwami w garści i szalikami na szyjach. Być może nie zwróciłabym na nich uwagi, gdyby nie drobny fakt. Na dziesięć przechodzących osób dwie oddawały przy nas mocz. Gdyby przechodzili sami mężczyźni proporcje pewnie byłyby inne np. co drugi, gdyż wśród ostentacyjnie lejących nie było ani jednej kobiety. Zresztą chyba tylko dwa razy w życiu widziałam tego typu zachowanie u kobiet i zawsze były to osoby pijane w tak zwanego trupa. W każdym razie dziś, na naszych oczach, nieskrępowani niczym kibice Legii oblewali budynki przy ulicy Jakubowskiej, wieżycę mostu, pobliskie drzewka, krzaki itd. To, że przy okazji, co drugi z lejących wykrzykiwał na cały regulator „Legia!” to tylko już tak dla porządku napomknę.

Kuzynka powiedziała mi kiedyś: „faceci lubią lać na dworze, bo jak psy znaczą teren”. Dziś pomyślałam, że coś w tym jest. Fani Legii zaznaczyli swój warszawski teren na kilka godzin przed wygraną. Bo paradoksalnie nikt z lejących nie miał szalika Lecha.

PS A tu Glenn Miller w oryginale… ponucę jeszcze trochę za moim Ojcem, bo tyle osób przy mnie dziś bez krępacji lało…  

Walka o PIT i co dalej?

Jedni walczą o byt, ja w tym roku walczyłam o PIT. Mój poprzedni wydawca nie przysłał mi go w terminie. Lubię rozliczać się od razu, gdy dostanę wszystkie PITy, bo potem mam spokój, dlatego robię to z reguły na początku marca. Tymczasem minął luty, kiedy to do końca miesiąca powinnam była ów PIT otrzymać, a tu nic. Po kilku dniach napisałam list do „słynnego” wydawcy-zbawcy, w którym o ów PIT poprosiłam. Zero reakcji. Napisałam drugi. Cisza. Zadzwoniłam do skarbówki z pytaniem, co się robi w takiej sytuacji? Powiedziano, że powinnam wpisać kwotę, którą zarobiłam, podać, że nie został od niej odprowadzony podatek i do PIT-u dołączyć wyjaśnienie „dlaczego”. Oni sprawdzą u źródła, czyli u tego, kto mi owego PIT-11 nie dostarczył, czy wysłał PIT-11 czy nie. Ale skąd ja mogę wiedzieć „dlaczego” on mi tego PIT-u nie wysłał? Innymi słowy co mam wpisać w wyjaśnieniu? Pomyślałam też, że gdy coś takiego zrobię, to do wydawcy-zbawcy przyjdzie kontrola skarbowa, będzie miał kłopoty i pomyśli, że to np. moja zemsta. Postanowiłam więc jeszcze z byłym wydawcą o ten PIT-11 powalczyć. Upomniałam się więc po raz kolejny, czyli wysłałam trzeciego maila. Znowu nic. 14 marca wysłałam więc do niego SMS o następującej treści:

„Jest połowa marca, a ja nie dostałam od Ciebie PIT 11. Jeżeli zaginął to wyślij mi proszę mailem. Nie wiem jaki w moim imieniu zapłaciłeś podatek, a chcę się rozliczyć z urzędem skarbowym. Wysłałam ci 3 maile, ale milczysz. Jeśli jesteś na wyjeździe – daj znać.”

Odpowiedź przyszła szybko:

„Jutro z pracy wyślę Ci mailem.”

Jednak następnego dnia nie dostałam PIT-11, tylko wydawca-zbawca przysłał SMS następującej treści: „mam awarię komputera, więc wyślę ci skan pewnie dopiero po południu albo wręcz jutro rano, bo nie wiem kiedy się naprawi.”

Jednak skan nie nadszedł ani kolejnego „jutra” ani następnego dnia po kolejnym jutrze. Przez ponad 10 dni trwała korespondencja SMS’owa, w której ja prosiłam o PIT-11, a były wydawca-zbawca odpisywał, że informatycy walczą z naprawą jego komputera, w którym ów PIT-11 trzyma. Wreszcie pod koniec marca pit przyszedł a ja mogłam się rozliczyć.

Piszę o tym wszystkim teraz, gdyż w międzyczasie zdążyło do mnie odezwać się kilka osób, które natrafiły na mój poprzedni wpis z bloga, a w kontaktach z wydawcą-zbawcą znalazły się w sytuacji gorszej niż ja, czyli nie wyrwały z gardła wydawcy-zbawcy żadnych pieniędzy, a nawet… dały mu trochę, bo sami finansowali sobie wydanie książki i… nic z tego nie mają. Na pewnym forum z opiniami wyczytałam o wydawcy-zbawcy takie rewelacje.

 „Pan (…) zwodził mnie pół roku i w końcu stwierdzi, że książki nie wyda, bo nie ma pieniędzy!”

„Ze mną to samo. Zwodził mnie… obiecywał, że druk już wkrótce, a z umowy się nie wywiązał. Przestał odpowiadać na e-maile. Kontakt się urwał. Wygląda, że nie ma zamiaru zwrócić ani centa z pieniędzy, które wpłaciłem w ramach współfinansowania, skoro zamilkł. Wkrótce będę poszukiwał innych poszkodowanych, bo być może uda się założyć pozew zbiorowy. A jeśli nie, to taka informacja, że ma podobne sprawy, będzie wyjątkowo przydatna podczas procesu.”

„Witam, jestem w podobnej sytuacji. Książki nigdzie nie ma, nie figuruje na stronie internetowej wydawnictwa, choć rzekomo została wydana (po licznych interwencjach dostałem 50 egz. autorskich; zaczynam podejrzewać, że jest to całość nakładu). Kwerenda biblioteczna wykazała, że nigdzie nie wysłano egzemplarzy obowiązkowych. Maile znajomych, którzy próbowali zamówić ją u wydawcy, pozostały bez odpowiedzi. Mój mail z prośbą o wyjaśnienie tej sytuacji i przedstawienie faktury z drukarni również został zignorowany.”

„To oszust, który w ten sposób od lat wyłudza pieniądze. Należy po pierwsze zgłosić do prokuratury rejonowej Warszawa-Śródmieście zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa oszustwa (art. 286 § 1 k.k.). Po drugie należy wytoczyć proces cywilny o zwrot nienależnej kwoty. Ja już mam wyrok sądu rejonowego nakazujący oszustowi zwrot wpłaconej sumy. Kiedy wyrok się uprawomocni, wyślę do niego komornika i wpiszę „wydawnictwo” do Krajowego Rejestru Długów.”

„Jestem w bardzo podobnej sytuacji. Wydawnictwo początkowo przysyłało postępy prac nad książką w postaci mało profesjonalnych okładek czy korekty tak mizernej, że nawet drobne literówki nie zostały poprawione. Stopniowo jednak firma ograniczała ze mną kontakt, a moje liczne ponaglenia mailowe i telefoniczne nie przynosiły żadnego odzewu. Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że do dzisiaj książka nie została opublikowana, przy czym umowa została podpisana pod koniec 2014 r. i wówczas także przelałam pieniądze na współfinansowanie dzieła.”

„Dochodzenie w sprawie tych oszustw prowadzi Wydział do walki z Przestępczością Gospodarczą Komendy Rejonowej Policji Warszawa I, ul. Wilcza 21, 00-544 Warszawa, i tam oszukane przez to „wydawnictwo” osoby mogą się zwracać. Im więcej przypadków zostanie zgłoszonych i udokumentowanych, tym większe prawdopodobieństwo postawienia zarzutów w procesie karnym.”

„Z moich doświadczeń wynika, że to wyjątkowo złodziejska firma. Książkę mi co prawda wydano, ale mimo dość dobrej sprzedaży należnego mi wynagrodzenia oczywiście (od 2013 roku) nie widzę. Brak reakcji na maile i telefony to standard. Z tego co mogłem zaobserwować to i oszustwa podatkowe są tu na porządku dziennym. Należy unikać tej zarazy i uczynić wszystko, by pan (…) nie miał już możliwości okradać kogokolwiek.”

„Mam złą wiadomość dla wszystkich, którzy wpłacili pieniądze i liczą na wydanie książki, oraz dla tych, którzy liczą na odzyskanie pieniędzy wpłaconych na niewydaną książkę, oraz dla tych, którzy wydali książkę i liczą na honoraria. Ten wydawca jest nie tylko patologicznych łgarzem i oszustem, ale też de facto bankrutem. Jego konta bankowe są zajęte, toczy się przeciwko niemu kilka egzekucji komorniczych. Można tylko ostrzegać innych przed tym oszustem. Należy też uważać na współpracujące z nim osoby o imionach B(…) i M(…), którzy albo są bezwolnymi narzędziami w oszukańczym procederze, albo świadomie pomagają w oszustwach, tego nie wiem.”

„Moja historia wygląda podobnie: najpierw błyskawiczne podpisanie umowy na wydanie książki, wpłata dofinansowania, później kilka miesięcy dopominania się o korektę/okładkę, które w końcu otrzymałam drogą mailową, były jednak bardzo kiepsko wykonane. Kilka miesięcy później przesłano mi także dwadzieścia egzemplarzy autorskich. Niestety, jakość ich wydruku także pozostawiała wiele do życzenia. Książka nigdy nie pojawiła się w księgarniach, choć od podpisania umowy minęły już prawie trzy lata.”

Zastanawiam się teraz, czy słusznie walczyłam o ten PIT-11? Może trzeba było wpisać zarobioną kwotę do rozliczenia rocznego i wysłać do fiskusa z tym wyjaśnieniem, że nie otrzymałam PIT-11 od wydawcy, nie wiem więc czy zapłacił za mnie podatek. Po co mi było martwić się, że przyjdzie do niego kontrola i będzie miał kłopoty i pomyśli, że to moja zemsta? Czy on kiedykolwiek pomyślał o kimkolwiek ze swoich autorów? Po tym wszystkim mam wrażenie, że on w ogóle PIT-11 dla mnie nie wystawił, tylko po mojej interwencji spreparował go po czasie, grzebiąc w papierach i korespondencji w poszukiwaniu kwoty, na jaką powinien być ów PIT-11 wystawiony. Czy rzeczywiście odprowadził w moim imieniu podatek? Po lekturze opinii o wydawnictwie szczerze zaczynam w to wątpić. Na jakim etapie jest dochodzenie w wydziale do walki z przestępczością gospodarczą? Nie mam zielonego pojęcia. Ale smutne jest to, w jakim kierunku zmierza świat wydawniczy. Mnie wydawca-zbawca książki wydał, nawet coś tam wypłacił, nawet swój PIT-11 wywalczyłam! Ale co i jak mają wywalczyć inni? Jeden z autorów powiedział mi, że w umowie jest zapis o rozstrzyganiu spraw przez sąd arbitrażowy. Okazuje się, że wniesienie sprawy do takiego sądu kosztuje 2400 złotych. Okradzionych autorów często nie stać nawet na to. Zwłaszcza, że nawet wygrana przed tym sądem nie zwróci tych kosztów. Czym jest więc moja walka o PIT w porównaniu z innych walką o byt?

PS Przy okazji tych, którzy nie rozliczyli się z fiskusem proszę o wsparcie na jednego z dwóch chłopaków:

Marcel Karczyński: 
http://dzieciom.pl/podopieczni/16612

Piotr Jakub Próchniewicz: 
http://dzieciom.pl/podopieczni/6771

Telewizor na schodach, czyli krótko o opłacie audiowizualnej

Trwają prace nad ustawą o opłacie audiowizualnej. Według najnowszych informacji mamy płacić abonament RTV w raz z rachunkiem za prąd, który będzie o 15 złotych wyższy. Nie mam nic przeciwko temu, ale… dziś uświadomiłam sobie, że będę płacić za telewizor na… schodach. Jak to? Ano wyczytałam, że jeśli ktoś ma działkę to płaci prąd na działce i w tym rachunku za prąd działkowy też będzie opłata audiowizualna, nawet jeśli ją już ponosi płacąc za mieszkanie. Poszkodowani będą zwłaszcza posiadający działki emeryci, którzy do tej pory byli zwolnieni z opłat za abonament RTV. Tymczasem teraz najwyraźniej będą musieli płacić go podwójnie. Ja też będę płacić podwójnie. I bynajmniej nie dlatego, że mam jakąś działkę, bo nie mam, ale dlatego, że… mam osobną umowę na prąd na… klatce schodowej. Na klatce, na której nie tylko nie mam telewizora, ale mieć go na pewno nigdy nie będę. Nie będę zaś mieć nawet nie dlatego, że nie ma go tam gdzie postawić, bo może jeszcze od biedy mogłabym powiesić na jakiejś ścianie telewizor LCD (choć zupełnie nie wiem po co), ale na klatce nie ma ani jednego kontaktu, do którego mogłabym podłączyć cokolwiek, a co dopiero telewizor. Może jednak trzeba dokładnie sprawdzić tę ustawę? Bo o ile na działce ktoś może mieć telewizor, o tyle na klatce schodowej, na której nie ma kontaktów, a tylko włącznik światła, to nawet Salomon zupełnie nic sobie nie włączy. Dlatego nie wiem, czy w każdym przypadku płacenie abonamentu RTV w prądzie będzie sprawiedliwie i słuszne. Może jednak trzeba to rozpatrywać indywidualnie?

PS Rachunki za prąd na klatce schodowej nie są na ten sam adres co mieszkanie. 

Dlaczego nie ma napisów w WC?

Ostatnio na Instagramie Sławomir Shuty zamieścił zdjęcie pomazanej tablicy w toalecie…  Fotografia z miejsca obiegła internet. Śmiali się chyba wszyscy, a przynajmniej większość moich znajomych. W każdym razie kiblowy rap zaczął robić w sieci oszałamiającą karierę. A ja uświadomiłam sobie, że nie wiem kiedy ostatnio widziałam pomazany kibel. Potem zaczęłam myśleć, że bardzo dawno temu. Dlaczego? I nagle przyszło olśnienie. Jaki jest naprawdę powód, że mamy czyste kible? Istnieje internet! Społeczeństwo nie musi już mazać po ścianach w WC, bo spokojnie może pisać komentarze w sieci. Potem przyszła druga refleksja. Już wiem czemu nigdy nic w sieci nie komentuję. Nigdy nie mazałam po ścianach w kiblu. Nawet w czasach głębokiej podstawówki. 

A na zdjęciu – wspomniany wcześniej post z Instagrama kolegi po piórze o inicjałach SS. 

PS Kiedyś napis w WC był normą. Dziś staje się sensacją.

Prawy do lewego, czyli kompletny obłęd

Udzieliłam jakiś czas temu wywiadu portalowi „granice.pl”. Oczywiście o literaturze. Wywiad przeprowadzono przy okazji wznowienia mojej kryminalnej powieści dla młodzieży „Tropiciele”. Przyznam, że nie przypuszczałam, że po tylu latach od premiery książka wzbudzi takie ogromne zainteresowanie. Harcerze, powstanie warszawskie w tle, a tymczasem… szok! Recenzja goni recenzję i wszystkie pozytywne. Uwagi krytyczne właściwie w szczątkowej formie. Świat zwariował – pomyślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że aż tak…

Zaglądam na portal granice.pl, a tam mój własny ryj...

Zaczęło się od koleżanki, która nagle, ni to z gruchy ni z pietruchy zadzwoniła i zarzuciła mi sympatie… propisowskie! Ponieważ nie sympatyzuję z żadną partią, a nawet wszystkie powodują u mnie odruch wymiotny, więc spytałam, o co jej chodzi i na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie chodzę przecież na smoleńskie rocznice, nie głoszę pewnych tez, które głoszą zwolennicy tego ugrupowania i w ogóle nic nie głoszę poza głupotami. No i usłyszałam, że… głoszę. Jakie to tezy? Propisowskie. I koleżanka zacytowała mi moje STRASZNE (jej zdaniem) słowa z wywiadu:

„debaty nad sensem powstania [warszawskiego] trzeba zostawić tym, którzy chcą się w takie debatowanie bawić. Ja nie chcę. Dla mnie fakt historyczny jest faktem. Było. Skończyło się klęską. Ale też ta klęska spowodowała, że powstał mit, na którym budowano między innymi mój patriotyzm. Zresztą patriotyzm poprzednich pokoleń też budowano na mitach wcześniejszych powstań narodowych, również zakończonych klęskami. Nazwa pomnika „gloria victis”, czyli „chwała zwyciężonym”, mówi sama za siebie. Jedna z pierwszych książek o powstaniu, jakie ukazały się na zachodzie, a którą od małego widziałam w domu, była autorstwa Janusza K. Zawodnego i nosiła tytuł: Nothing but honour, czyli w wolnym tłumaczeniu Nic prócz honoru. Ja jestem z tych, co to jak w książkach Stanisława Grzesiuka, przez życie idą boso, ale w ostrogach, czyli często unoszę się honorem. Uważam, że lepiej polec w chwale niż zwyciężyć i żyć w hańbie.”

Powiedziałam jej, by nie bawiła się w wariatów wyrywających słowa z kontekstu, bo nigdy ni z tego dobrego nie wychodzi. I przypomniałam jej, jak to na program LUZ, z którym kiedyś współpracowałam, (byłam sekretarzem redakcji miesięcznika LUZ, który był wydawany, jako dodatek do tego programu) złożono doniesienie, gdyż w programie tym padło stwierdzenie, że „nie ma Boga”. Po wielu poszukiwaniach redakcja doszła, o co chodzi. O piosenkę zespołu Dżem „List do M.”, której teledysk był pokazywany na antenie. Szkoda, że skarżący się nie zrozumieli tekstu i nie zauważyli, że jest to osobne dzieło niż program. Spytałam się koleżanki czy nie jest przeczulona. Wyszło, że jest. W sumie mogłam to przewidzieć. To ona, (chociaż nie jedyna) niemal bez przerwy śle mi linki jak nie do petycji o delegalizację PIS to zaproszenia na marsze KOD.

To jednak był początek. Jakieś dwa dni później znajomy zarzucił mi bycie… lewakiem. Też zacytował mi moje słowa. Też z tego wywiadu, choć krótszy fragment, bo jeszcze bardziej wyrwany z kontekstu:

„Co do historii w szkole… Wydaje mi się, że gdy ja chodziłam do szkoły (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), to historia nie była upolityczniona tak, jak się dziś wydaje. Myślę nawet, że teraz jest więcej propagandy i jest ona czasem nawet bardziej nachalna.”

Jego zdaniem ten cytat, jest dowodem, że jestem… „lewacką rurą”. Chciał powiedzieć „kurwą”, bo sobie podpił, jak do mnie dzwonił, ale chyba w ostatniej chwili w swoim natrętnie katolickim umyśle ugryzł się w język i po wydukaniu „ku”poprzestał na „rurze”, które to słowo w jego wykonaniu brzmiało niezwykle twórczo, gdyż…„rurwa!” Jego zdaniem dziś historia W OGÓLE upolityczniona nie jest. Wtedy była! Podał przykład. Otóż w dzieciństwie zmuszano nas np. do pochodów pierwszomajowych! Gdy mu powiedziałam, że mnie nikt nie zmuszał, bo w liceum nie byłam ani razu, a w podstawówce, zwłaszcza w tej wczesnej, to akurat nawet lubiłam, bo wtedy można było kupić gumę Donald i watę cukrową, to znajomy w krzyk. Z tego krzyku dowiedziałam się, że gdybym była z prawdziwego patriotycznego domu, to by nikt mi wtedy Donalda nie kupował! I tak okazało się, że jako ośmiolatka byłam sprzedajną „lewacką rurą” vel „rurwą”, a sprzedawałam się za gumę do żucia Donald. Spytałam retorycznie: czy jego SMS’y: „kto nie idzie pod pałac jest komuchem” nie są zmuszaniem do określonych zachowań? Powiedział, że nie, bo wiadomo, że „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Właściwie (w świetle chociażby tych SMS’ów) tej jego reakcji też powinnam się była spodziewać. Ale na co dzień to ja naprawdę myślę o innych sprawach niż to, kto ma jakie upodobania polityczne.

Przyznam, że po tych dwóch rozmowach mam ochotę zapoznać oboje ze sobą. Niech sobie dadzą porządnie po ryju. Tak po polsku. Jest tylko jeden problem. Są różnej płci. A to grozi wielką awanturą o ten straszny „dżender”! Ona może domagać się pojedynku z prawicowym bojówkarzem, bo równouprawnienie i te sprawy. On zgorszy się namawianiem na walkę z „lewacką rurą”, bo kobiet nie bije, choć z drugiej strony koleżankę może uznać nawet za kogoś gorszego niż rura. W końcu drobne „ku” wyrwało mu się nawet pod moim adresem.

I tylko pomyśleć, że to wszystko wzięło się od wywiadu na temat napisanego prawie 10 lat temu kryminału dla gimnazjalistów!!! Kryminału, którego bohaterowie są niezbyt grzecznymi harcerzami, a dzięki pewnej zagadce kryminalnej zapoznają się z historią swojego miasta. Tylko tyle. A może aż tyle? Jednym słowem obłęd. Szaleństwo naprawdę jest blisko. A polityka wciska się wszędzie. Nawet tym, którzy jak ja, mają ją głęboko… TAM!

Brzydkie jest po prostu brzydkie

Kiedyś na objeździe naukowym podczas studiów historii sztuki na UW, zwiedzaliśmy pewien krakowski kościół. Tuż obok była budka z dewocjonaliami. Sprzedawano w niej niesamowicie ohydne, tandetne przedmioty. Jeden z profesorów zaproponował konkurs na największy kicz. Wygrałam ja, choć przeważnie nic nie wygrywam. Tym razem jednak się „udało”. Moim typem był termometr w kształcie Matki Boskiej z Lourdes. Matka Boska była z plastiku koloru kości słoniowej, a wskaźnik z czerwoną rtęcią biegł przez całą jej szatę.

Piszę o tym, bo ostatnie 25 lat przyczyniły się do wzrostu występowania kiczu w naszym otoczeniu. Kiedyś był on obecny tylko na bazarach, gdzie handlowano diabełkami wystawiającymi języki, „pudełkami zapałek”, w których czaiły się myszki oraz biżuterią ze złota zwanego przez moją mamę „klamkowym”. Teraz kicz jest wszędzie. W polskim filmie, muzyce, telewizji i niestety nawet na pomnikach, co jeszcze ćwierć wieku temu było nie do pomyślenia. Wysyp po 1989 roku koszmarnych monumentów z Papieżem Polakiem sprawił, że gdyby przeprowadzano w Polsce konkurs na najbardziej kiczowaty pomnik, wiele polskich wsi, miasteczek i miast miałoby szansę na zwycięstwo. Być może I miejsce ex-equo zajęłoby nawet kilkaset monumentów. Ostatnio w Warszawie odsłonięto pomnik upamiętniający Lecha Kaczyńskiego. Ten pomnik to właściwie płyta z portretem. Zdaniem władz Warszawy do głazu przed ratuszem i urzędem wojewódzkim została przytwierdzona nielegalnie, bo nie ma na to zgody stołecznego konserwatora. Ale czy powinien on wydawać zgodę na to, by stawiać taki kicz? Jak można w kraju, w którym nie brakuje naprawdę dobrych rzeźbiarzy, doprowadzać do tego, że ktokolwiek jest upamiętniany takim koszmarem? (W 2014 roku w Polsce odnotowano ponad 600 pomników Jana Pawła II z czego kicz stanowi większość.)

Wychodzi na to, że najtrafniejszą opinię wystawił portal ASZdziennik zajmujący się podawaniem żartobliwych i całkowicie zmyślonych wiadomości. Ta na temat tablicy upamiętniającej Lecha Kaczyńskiego brzmi:

„– Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście wydała list gończy za autorem płaskorzeźby Lecha Kaczyńskiego, która stanęła przed stołecznym ratuszem – dowiaduje się ASZdziennik.
Artyście oprócz znieważenie urzędu prezydenta zarzuca się także sprowadzenie niebezpieczeństwa utraty zdrowia na osoby, które zetknęły się z poziomem artystycznym dzieła.
– Mamy też podstawy sądzić, że poszukiwany ma też na koncie kilka pomników Jana Pawła II w całej Polsce. Wszystkie mają podobne deformacje podobizny uwiecznianego – dowiadujemy się od śledczych.
Nieoficjalnie przyznają jednak, że list gończy jest niejako krzykiem rozpaczy.
– Facet może być nieuchwytny – przyznaje jeden z policjantów. – Jego jedyna podobizna pochodzi z rzeźby, którą sam stworzył.”

fot. z portalu ASZdziennik

Niestety. Brzydkie jest po prostu brzydkie i żaden bohater pomnika nie uczyni kiczu ładniejszym. A czy kicz licuje z powagą tego, kogo upamiętnia? To retoryczne pytanie zadaję nie tylko „tfurcom”, ale i fundatorom pomników, których zdjęcia znalazłam w internecie. Wszystkie rzeźby powstały po 1989 roku. Czy to wyzwolenie z komuny tak pozbawiło nas gustu?

Zdjęcia pochodzą z portalu Wirtualna Polska oraz TVN24. Zamieszczam tylko trzy, bo nie chcę denerwować ludzi. Nie pokazałam więc pomnika nazwanego „Jan Pancerz drugi” ani „Jan Paweł druid”, bo już same określenia nadane tym rzeźbom przez internautów sugerują, co można zobaczyć.

A to ci historia, czyli Nino wreszcie opisał swoje życie

Gdy w swoim czasie opisywałam tu historię bezdomnego, nazwanego przeze mnie Nino z Lailonii podskórnie czułam, że to nie będzie finał. I nie był. Bezdomny, którego marzeniem jest, jak się okazało, sława, cały czas wierzy, że znajdzie się na świecie choć jeden bogaty człowiek, który pomoże mu finansowo, by jego los się odmienił. Musi tylko zamieścić w internecie historię swojego życia.

Już wtedy powiedziałam mu, że ja mogę mu dać wędkę, a nie rybę. I tak… półtora roku dawałam tę wędkę. Skoro facet wierzy, że gdy ktoś pozna jego historię, to sypnie groszem – niech sam ją opisze. Ja pomogę mu zrobić stronę internetową. Nie było łatwo namówić go, by to zrobił. Słyszałam setki wymówek, że pisze wolno, że robi błędy itd. Oczywiście wszystkie przeszkody obalałam mówiąc, że nigdzie się nie spieszymy, a błędy można poprawić. Gdy mówił, że nie ma gdzie i na czym pisać, opowiadałam o bibliotekach publicznych, w których może za darmo korzystać z komputera i obiecałam pendrive. Dałam zresztą najlepszy i najwygodniejszy, jaki miałam, bo rozmiarów dowodu osobistego lub karty kredytowej. Bezdomny nie był zadowolony. Twierdził, że jego kolega informatyk mówi, że to nie pendrive. Dałam więc inny – zupełnie nowy, który specjalnie dla niego kupiłam. Prace nad spisaniem życiorysu posuwały się wolno, bo prawie półtora roku. Dziś wreszcie Mój Nino z Lailonii odwiedził mnie w Domu Literatury z napisaną do końca historią swojego życia. Opis zajął mu 75 stron znormalizowanego maszynopisu. Wszystko roiło się od błędów utrudniających zrozumienie. Nie miałam czasu na profesjonalną korektę. Skorzystałam z autokorekty worda, inaczej musiałabym poświęcić tydzień na to. Nie poprawiałam więc stylistyki, gramatyki, a tylko ortografię i to po łebkach. Coś na pewno przeoczyłam. (Co ciekawe w angielskich nazwach facet nie robił błędów. W polskich słowach – straszne. Handel przez „ch”, rzeczy przez „ż” itd.) Wprawdzie sporą część jego wspomnień zajmuje streszczanie filmów pornograficznych z Rocco Siffredi oraz opowieści o tym, jakiej muzyki słuchał, a potem kto mu pomógł, a kto nie, ale po półtora roku napisał. Czy znajdzie w internecie to, czego szuka? Czy znajdzie kogoś, kto po przeczytaniu historii jego życia i tego, jak został bezdomnym zdecyduje się dać mu 10 tysięcy? Sfinansować operację plastyczną? Ocenę zostawiam jego czytelnikom. Chcą Państwo nimi zostać? Zapraszam tutaj. I uprzedzam: lektura jest… ciężka! A ponieważ jest to blog, to choć jest na nim na razie jeden post, pamiętać należy, że na blogach wpisów z czasem przybywa…

Ja, pra…wnuczka Mieszka, czyli z okazji 1050-lecia chrztu Polski

Zapytano mnie niedawno, od kiedy interesuję się historią swojej rodziny. Odpowiedź brzmi… od zawsze. Gdy spytano mnie: dlaczego? Nie umiałam odpowiedzieć. Dziś myślę, że jest to u mnie naturalna kolej rzeczy. Interesował się tym ojciec, dziadek i pradziadek. Od małego dotykałam w domu przedmiotów należących do przodków. Często o niewielkiej wartości finansowej, ale ogromnej wartości historycznej czy emocjonalnej. Przekładałam też kartki dokumentów związanych z praszczurami. Jako mała dziewczynka bawiłam się drzewem genealogicznym, które ojciec próbował narysować na wielu połączonych ze sobą kartkach papieru, a porzucił, gdy rozrosło się tak, że rozkładanie owych kartek zrobiło się dla niego niewygodne. Kiedyś spędziliśmy pół dnia nad reprintami XIX-wiecznych spisów mieszkańców Warszawy podkreślając czerwonym ołówkiem naszych praszczurów.

Gdy jako 19-latka rozpoczęłam pracę w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, pod wpływem koleżanki sięgnęłam po stojąca na półce książkę „Znaczy kapitan” Karola Olgierda Borchardta. Ojciec ujrzawszy mnie nad lekturą powiedział, że w rodzinie też był marynarz ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Był to jego stryj – Zbigniew Piekarski. Tata położył mi wtedy na łóżku teczkę z jego listami. Zachwyciłam się i… po raz pierwszy mocno „zaprzyjaźniłam” z jakimś swoim przodkiem. Miałam przecież 19 lat, jak on, kiedy te listy pisał. A przecież nic tak nie przybliża nam człowieka, jak jego listy do bliskich. Wtedy zresztą przeprowadziłam swoje pierwsze śledztwo rodzinne, które po latach zaowocowało książką „Dziewiętnastoletni marynarz”. To w niej ujawniłam skrywaną rodzinną tajemnicę, która gdyby nie ja umarłaby, jak wiele innych tajemnic, tworzących naszą historię.

W listopadzie 2013 roku Jolanta Adamiec-Furgał zaprosiła mnie do nagrania telewizyjnego programu „Saga Rodów”, bym opowiedziała o swoich przodkach. Wiedziała, że genealogia zawsze była moją pasją. Tak powstał odcinek jej programu p.t. „Saga Rodu Piekarskich”.

Już w trakcie nagrania uświadomiłam sobie po raz kolejny, że sporo o swoich przodkach wiem, ale… nie wszystko. Wielu rzeczy, które opowiadali mi Ojciec, Matka czy ciotki już nie pamiętam. O ile mniej będzie wiedział mój syn? Tak zrodził się pomysł na witrynę, na której postanowiłam zamieszczać informacje, zdjęcia i skany dokumentów tych, którzy byli na tym świecie przede mną i z którymi w jakikolwiek sposób jestem związana. I tak od listopada 2013 roku, a więc już od ponad dwóch lat, na portalu piekarscy.com.pl codziennie pojawia się jeden wpis, a wraz z nim minimum jeden dokument, jedno zdjęcie itp.

Gdy zaczynałam ten swój projekt, wielu znajomych śmiało się ze mnie. Oczywiście poza moimi plecami. Powtarzano mi potem, że mają mnie za dziwaka i tak dalej. Jednak z czasem śmiech zniknął. Cóż… ze statystykami nikt nie dyskutuje, a do dziś mój genealogiczny portal miał ponad milion trzysta tysięcy odsłon. Jakby tego było mało, w ciągu tych ponad dwóch lat okazało się, że publikowane przeze mnie rzeczy przydały się wielu osobom pracującym nad różnymi historiami i to zarówno miast, jak i ludzi. Historycy i różnego rodzaju badacze zaczęli do mnie odzywać się, a nawet umawiać się na bardziej szczegółowe rozmowy. Odezwało się też kilka osób, z którymi jestem spokrewniona lub spowinowacona, a wspólny przodek był… nawet pięć pokoleń wstecz. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien telefon. Pan przedstawił się, że jest prawnukiem… rodzonego brata mojego prapradziadka. Umówiliśmy się na cmentarzu na spacer, a potem usiedliśmy na herbatkę w domu pogrzebowym, przy jednym z niewielu wolnych stolików. Za ścianą odbywała się stypa. Żałobnicy wchodzili do środka i przechodzili koło stolika, przy którym my piliśmy herbatę i oglądaliśmy rozrysowane drzewa genealogiczne. To spotkanie zaowocowało potem tekstem, który lada moment ukaże się w prasie, a dotyczyć będzie Kamionka i Saskiej Kępy. Moje genealogiczne zabawy zaowocowały zresztą kilkoma varsavianistycznymi artykułami do miesięcznika Stolica, przydały się, gdy pisałam książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” oraz sprawiły, że w ubiegłym roku zrobiłam film dokumentalny „100 lat w Warszawie”, w którym pokazałam Warszawę z czasów mojego pradziadka Michała Franciszka Piekarskiego, który żył 97 lat.

Michał Franciszek Piekarski

Także dzięki pracy nad portalem genealogicznym napisałam w swoim czasie tekst na portal… motoryzacyjny… o wujku Bogdanie Szenku, który dawno temu był szefem warszawskiego klubu miłośników Citroëna.

Wuj Bogdan Szenk na zlocie cytrynek

Najbardziej niesamowitego odkrycia, dokonałam jednak nawiązując kontakt z doktorem Markiem Jerzym Minakowskim, prowadzącym Wielką Genealogię Polaków. Wielka Genealogia to projekt, którym dr Minakowski chce udowodnić postawioną przez siebie tezę, że my – wszyscy Polacy – jesteśmy jedną, wielką rodziną. Chce też udowodnić, że elitę intelektualną Polski tworzą potomkowie twórców Sejmu Wielkiego. Że to potomkami twórców Sejmu Wielkiego byli powstańcy styczniowi, powstańcy warszawscy, rozstrzelani z listy katyńskiej czy bohaterowie Polskiego Słownika Biograficznego. Zaglądałam na tę jego stronę dość często, szukając różnych informacji. Wykupiłam nawet dożywotni abonament, by móc grzebać także w szerszych zasobach. I nagle, pewnego dnia, odnalazłam na portalu Minakowskiego mojego cztery razy pradziadka Józefa Faustyna Gorczyckiego, którego fotografia stoi na komodzie u mnie w sypialni. Odezwałam się do pana doktora i podałam informacje, które wiedziałam o nim, jego żonie i tak dalej. Doktor, jako zawodowy genealog, wszystkie te informacje weryfikował, a po pozytywnej weryfikacji wprowadził do portalu.

Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec

I tak, po jakimś czasie znalazłam się tam, jako potomek jednego z twórców Sejmu Wielkiego. Tym „moim” przodkiem twórcą Sejmu Wielkiego był (i tu pozwolę sobie na dokładny cytat z Wikipedii): „Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm. Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari.”
Przyznam, że nie miałam świadomości. Jednak to odkrycie okazało się być niczym w porównaniu z innym, które nastąpiło jakiś czas później (już z półtora roku temu). Otóż pewnego dnia, gadając z przyjaciółką przez telefon, klikałam bezmyślnie w tych, którzy byli przed tymi moimi przodkami, o których istnieniu wiedziałam z przekazów rodzinnych. Patrzyłam, w nic niemówiące mi coraz dziwniejsze nazwiska. Ciekawiło mnie, jak daleko zajdę w tych przodkach. Klikałam tak, i klikałam, a czas płynął. Przyjaciółka gadała, a ja nagle przerwałam jej mówiąc: „Słuchaj, klikam w przodków na portalu wielcy.pl i doszłam do… Przemyślidów. Toż to jakieś jaja!” Pośmiałyśmy się obie i…. wróciłyśmy do rozmowy. Ona opowiadała dalej, a ja dalej słuchałam bezmyślnie klikając w informacje, kto był przed Przemyślidami. I tak klikałam, aż doszłam do… Piastów. Po jakimś czasie, jednym kliknięciem ustawiło mi się cało drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Trochę mnie przytkało. Wynika z niego bowiem, że jestem w 40 pokoleniu prawnuczką Mieszka I. Najpierw wydało mi się to śmieszne, a nawet głupie. Czy to w ogóle możliwe? Ale zaraz potem przyszła druga myśl. Przecież to nie ja zbadałam. Dr Minakowski sam pisze, że pewne rzeczy zrobili za niego polscy genealodzy już dawno temu. Ja tylko odnalazłam w Wielkiej Genealogii Polaków Joannę Nieszkowską h. Kościesza, córkę Bogusława, której grób jest na cmentarzu kalwińskim w Warszawie. Jej zdjęcie znajduje się w jednym z rodzinnych albumów. Joanna była moją cztery razy prababką. Przodkowie przed Joanną i jej ojcem Bogusławem zostali ustaleni przez obcych mi zupełnie genealogów. Przyglądając się temu dziwnemu drzewu uświadomiłam też sobie, że kiedyś ludzie mieli więcej dzieci. Nasze dzisiejsze rodziny o modelu 2+1, a rzadko 2+2 sprawiają, że o tym zapominamy. A przecież jedna moja praprababcia miała jedenaścioro, a druga trzynaścioro dzieci. Po tych przemyśleniach szybko utworzyłam kilkadziesiąt takich drzew moim kuzynom i kuzynkom, stryjkom i stryjenkom i tak dalej. Nie jestem bowiem sama. Jest nas cała rzesza.

Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza

Grób praprapraprababki Joanny Nieszkowskiej na cmentarzu Kalwińskim w Warszawie

A piszę o tym, bo w tym roku obchodzimy 1050 lecie chrztu Polski. Przez portale i media przewala się cała masa informacji o Mieszku I oraz jego żonie Dąbrówce, na której ulicy (o ironio!) mieszkam. I właściwie codziennie dowiaduję się o nim czegoś nowego. Nie ma jednak informacji, ilu nas jest – potomków Mieszka. A przecież tylko ja znam, co najmniej kilkudziesięciu spośród moich bliższych i dalszych krewnych. Moim zdaniem są ich (nas) tysiące! I tak myślę, że naprawdę jesteśmy wielką rodziną. Tylko na co dzień się nad tym nie zastanawiamy.

A na koniec, jako ciekawostka – to drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Ulubiony po ujrzeniu tam nazwiska Rurykowicz żartobliwie stwierdził, że czas iść odzyskać Kijów! Wreszcie jest pretekst. Ale tak naprawdę to dziwne uczucie. Od półtora roku czytam życiorysy tych ludzi i nadal są mi obcy. Dobrze więc, że o Mieszku tyle piszą. Może „zaprzyjaźnię się” z nim, jak w swoim czasie z tymi, których listy i zdjęcia mam w domu. 1050 rocznica chrztu Polski to dobra okazja.

Dla niezorientowanych:
Skrót „bohater PSB” oznacza Polski Słownik Biograficzny, czyli dana postać jest bohaterem tego słownika.
Skrót „bohater Wiki” oznacza Wikipedię.

  1. Mieszko «I» ks. Piast, bohater PSB 922-992
    &965 Dubrawka Dobrawa Przemyślida, bohater PSB 930-977
  2. Świętosława Sygryda Syryta Storrada? ks. Piastówna, bohater PSB 967-1014
    &985 Eryk «Zwycięski» Szwedzki, król Szwecji 960-995
  3. Olaf «III» Szwedzki, król Szwecji 970-1021/1022
    &980 Astryda N. 960
  4. Ingegerda Anna Szwedzka 990-1050
    &1019 Jarosław «Mądry» ks. Rurykowicz, wielki książę [kij] Kijów 978-1054
  5. Wsiewołod Wsewołod «I» ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1029/1030-1093
    &1046 Irena Bizantyńska 1020-1067
  6. Włodzimierz «Monomach» ks. Rurykowicz, bohater Wiki 1053-1125
    &1090 N. N. 1070-1107
  7. Jerzy «Dołgoruki» ks. Rurykowicz, książę rostowski i suzdalski 1091-1157
    &1108 N. Połowcy 1092
  8. Rościsław ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1109-1151
    &1120 N. N. 1150-1176
  9. Eufrozyna ks. Rurykowicz 1120
    &1140 Gleb ks. Rurykowicz, książę riazański 1120-1178
  10. Igor ks. Rurykowicz, książę riazański 1160-1194
    &1160 Agrafena ks. Rurykowicz 1140-1237
  11. Ingwar «I» ks. Rurykowicz, książę riazański 1170-1237
    & ? ?
  12. Oleg ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1230-1258/1258
    & ? ?
  13. Roman ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1210-1270
    &1230 Anastazja N. 1210
  14. Jarosław ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1260-1299
    & ? ?
  15. Michał ks. Rurykowicz, książę proński 1300-1303
    & ? ?
  16. Aleksander ks. Rurykowicz, książę proński 1280-1340
    & ? ?
  17. Iwan ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1310-1350/1351
    & ? ?
  18. Oleg Jakub ks. Riazański, wielki książę riazański 1336-1402
    &1354 N. (Eufrozyna ?) ks. Rurykowicz 1337-1405
  19. Anastazja ks. Riazańska 1360
    &1388 Korybut Dymitr «Młodszy» ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1358-1404
  20. Helena ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1380-1449
    &1407 Jan «II» ks. Przemyślida-Raciborski, książę raciborski 1375-1424
  21. Wacław ks. Przemyślida-Raciborski na Raciborzu, książę raciborski 1410-1456
    &1445 Małgorzata Świdwa-Szamotulska z Dzwonowa h. Nałęcz, bohater PSB 1420-1464
  22. Katarzyna ks. Przemyślida-Raciborska na Raciborzu 1450-1478
    &1430 Włodek Włodko Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [kal] Nakło 1410-1467
  23. Jan «senior» Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [poz] Rogoźno 1440-1518
    &1484 Petronela Piotrusza Oporowska h. Sulima 1450-1535
  24. Zofia Danaborska z Danaborza h. Topór (Pałuka) 1480-1535
    &1513 Michał Białośliwski z Łukowa h. Topór (Pałuka), surrogator grodzki [kal] Nakło 1480-1524
  25. Jadwiga Białośliwska z Łukowa h. Topór (Pałuka) 1530
    &1555 Jerzy Wojnowski 1530
  26. Katarzyna Wojnowska 1550-1615
    &1582 Maciej Baranowski z Baranowa h. Jastrzębiec, kasztelan [kal] Biechowo 1550-1607
  27. Zofia Baranowska z Baranowa h. Jastrzębiec 1570
    &1603 Hieronim Gembart 1570
  28. Katarzyna Gembart 1600
    &1620 Stanisław Zawadzki h. Korzbok 1590
  29. Jadwiga Zawadzka h. Korzbok 1620-1686
    &1646 Samuel Mielęcki h. Ciołek (Aulok), dworzanin [cen] dwór królewski 1590-1652
  30. Adam Konstanty Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1630-1703
    &1664 Anna Gorzeńska h. Nałęcz 1630-1701
  31. Jan Mielęcki h. Ciołek (Aulok), miecznik [poz] Wschowa 1666-1726
    &1701 Anna Elżbieta Potworowska z Sienna h. Dębno 1684-1720
  32. Jan Adam Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1700-1785
    &1738 Wiktoria Eleonora Dziembowska 1710
  33. Joanna Aleksandra Mielęcka h. Ciołek (Aulok) 1741-1805
    &1761 Teodor Wespazjan Kossecki h. Rawicz, pułkownik wojsko polskie 1730-1805
  34. Aleksandra Wiktoria Kossecka h. Rawicz 1780
    &1793 Bogusław August Bogumił Nieszkowski h. Kościesza 1765
  35. Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza 1797
    &1820 Stanisław Jan Konst Nieszkowski h. Kościesza 1776-1841
  36. Konstancja Nieszkowska h. Kościesza 1826-1901
    &1846 Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1821-1880
  37. Stanisława Anna Sabina Gorczycka h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1849-1929
    &1850 Bronisław Franciszek Ksawery Ruszczykowski 1840-1916
  38. Zofia Konstancja Ruszczykowska, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1879-1962
    &1900 Ludwik Roch Piekarski 1869-1945
  39. Bronisław Michał «Omega» Piekarski, uczestnik Powstania Warszawskiego 1901-1960
    &1920 Janina Karolina Adamska 1905-1974
  40. Maciej Piekarski, bohater Wiki 1932-1999
    &1960 Halina Małgorzata Stec 1927-1995
  41. Małgorzata Karolina Piekarska, bohater Wiki 1967-

PS Jakby ktoś z badaczy potrzebował moje DNA służę włosem. ;)

PS 2 A swoją drogą co za upadek rodu. 40 razy pradziadek był księciem i twórcą państwa polskiego, a ja czasem nie mam na tramwajowy bilet. ;)

PS 3 Wszystkich interesujących się genealogią, rodzinnymi archiwami itp., zapraszam już teraz na spotkanie ze mną:

20 kwietnia 2016, g. 14:00
Archiwum Akt Nowych,
02-103 Warszawa,
ul. Hankiewicza 1,
Sala im. I. J. Paderewskiego

Ja, uczciwy przedsiębiorca

Mija siedem lat, gdy zawiesiłam, a prawie pięć, gdy zlikwidowałam działalność gospodarczą, którą była agencja dziennikarska. W międzyczasie nawet zlikwidowałam służbowy e-mail. Gdy ktoś na niego napisze, otrzymuje wiadomość, że firma nie istnieje, a ze mną można skontaktować się pod zupełnie innym adresem. Paradoksalnie to na ten nowy adres regularnie przychodzą listy, z których treści wnioskuję, że dla ich nadawców nadal jestem… przedsiębiorcą. Oto proponowane jest mi szkolenie BHP dla pracowników. Nie wiem jakich. Przecież nie tylko nie mam żadnego przedsiębiorstwa, ale nawet jak miałam nie zatrudniałam w nim nikogo. Proponowane jest mi też poprawienie wyników sprzedaży produkowanych przeze mnie towarów. A przecież w życiu poza tekstami, książkami, spektaklami i filmami – nic nie produkowałam! Dostaję też oferty stworzenia strony internetowej, która podniesie rozpoznawalność mojej firmy na rynku albo poprawi moją sprzedaż. Czasem odpowiadam jednym zdaniem: „A cóż takiego produkuję?” albo: „A czymże to ja handluję?” ewentualnie: „A czym zajmuje się moja firma?” Odpowiedź nigdy nie nadchodzi. A ja kasuję maile. Średnio kilkadziesiąt razy dziennie. Są wśród nich oferty leasingu dla mojej firmy. Ubezpieczeń medycznych dla moich pracowników. Propozycje imprez integracyjnych dla nich. A nawet bazy danych mailingowych ludzi, którym mogę wysłać swoją ofertę (sic!). I tak dalej… Każdy z maili zawiera zresztą formułę, że mój adres zaczerpnięto z ogólnopolskiej bazy danych polskich przedsiębiorców. Nic tylko siąść i płakać. W swoim czasie spędziłam przecież miesiąc na usuwaniu danych ze wszystkich możliwych książek telefonicznych. Po wielu bojach dane usunięto. Myślałam, że to już koniec. Tymczasem… pojawiły się nowe bazy, a w nich moja nieistniejąca od wielu lat działalność gospodarcza. Znów przysiadłam i pół dnia poświęciłam na prośby o wykreślenie. Jest jednak cała masa serwisów, z którymi nie wiadomo jak się skontaktować, gdyż podają informacje, ale nie ma wiadomości o tym, jak skontaktować się z ich twórcami. Nie wiem już jak wydostać się z tych cholernych baz. Codziennie kasuję maile pisane do mnie, jako do przedsiębiorcy. W piątek dostałam maila, którego treść przebiła chyba wszystko.

Witamy,
Twoja firma została zgłoszona do weryfikacji przez Kontrahenta i mamy zaszczyt poinformować, iż otrzymała POZYTYWNĄ opinię i jest uprawniona do odbioru Ogólnopolskiego Certyfikatu Uczciwy Przedsiębiorca 2016.
Aby odebrać Certyfikat należy zarejestrować się na www.uczciwyprzedsiebiorca.pl 
Pozdrawiamy serdecznie
Biuro Obsługi
Uczciwy Przedsiębiorca – Certyfikat dla Firmy – Buduje zaufanie
Infolinia: 0-801-055-052,   (+48) 22-39-009-19
info@uczciwyprzedsiebiorca.pl

Nie dość, że nie mam przedsiębiorstwa, to ktoś mi pisze, że jakiś kontrahent zgłosił mnie, jako uczciwego przedsiębiorcę! Ciekawi mnie: jaki? Z maila dowiaduję się, by odebrać certyfikat uczciwego przedsiębiorcy wystarczy zarejestrować się! Czy ktoś to bada? Co wart jest certyfikat, jeśli może go otrzymać ktoś taki, jak ja, kto od dawna nie prowadzi żadnego przedsiębiorstwa?

Odpisałam. Krótko: „Cudowna wiadomość. Zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja nie ma żadnej firmy”. Natychmiast odpowiedział mi tzw. autoresponder:

Witamy,  
dziękujemy za kontakt z Biurem Obsługi Ogólnopolskiego Certyfikatu Uczciwy Przedsiębiorca. Postaramy się możliwie szybko odpowiedzieć na Państwa wiadomość.  
Nasi Konsultanci dostępni są od poniedziałku do piątku w godzinach 9-17.   Zapraszamy do kontaktu bezpośredniego z infolinią: 801-055-052, 22-39-009-19  
Pozdrawiamy serdecznie pozostając w kontakcie  
Biuro Obsługi 
UCZCIWY PRZEDSIĘBIORCA – Certyfikat dla Firmy – Buduje zaufanie. 
www.uczciwyprzedsiebiorca.pl – nr 1 w Polsce

Mojego zaufania ta firma nie zdobyła i szczerze wątpię, czy zbuduje zaufanie do kogokolwiek, jako do przedsiębiorcy, jeśli działa tak, jak działa. Przecież proponuje certyfikat komuś, kto nie ma firmy! Pytanie mam jedno. I to retoryczne. Czy to się kiedyś skończy? Czy jako ten „uczciwy przedsiębiorca” po zlikwidowaniu działalności nie mam prawa do świętego spokoju??? Że też przez tyle lat moje dane nadal są nieusuwalne.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej