Rozpaczliwy SMS, czyli bez refleksji

Od wielu lat czasem z przerażeniem, czasem ze zdumieniem, a czasem z zażenowaniem patrzę na to, co zrobiły z nami środki komunikacji, będące wyrazem postępu technicznego. Gdy mój syn był w gimnazjum, co i rusz słuchałam historii o zerwaniu kogoś z kimś za pomocą SMS-a, co wydało mi się głupsze i bardziej prymitywne od zerwania przez telefon. Potem doszły zerwania na Gadu-Gadu, wreszcie na Facebooku.

W swoim czasie cała chyba sieć śmiała się z rozmowy, której screen pozwalam sobie (dzięki uprzejmości portalu mistrzowie.org) zamieścić. Jego inicjatorka została moim zdaniem słusznie posądzona o „posiadanie tunelu powietrznego między uszami”. Choć pan, o którego były te emocje też w mojej opinii niezbyt się wykazał, bo co to za publiczne informowanie, że ktoś umie lub nie „zrobić loda”. Kompletny brak klasy. Choć z drugiej strony być może uznał, że jak nie zniży się do poziomu tej dziewczyny, to ona nic nie zrozumie.

Ten wpis mnie i śmieszył i żenował. Od wczoraj myślę o nim intensywnie, gdyż to wczoraj dostałam SMS o następującej treści.

„Pani Małgorzato dzisiaj wyprowadziłam się od X pomimo bycia z nim w 11 tygodniu ciąży. W takiej sytuacji życzę udanego wiosennego wspólnego wyjazdu.”

Ponieważ na początku widniało jak byk „Pani Małgorzato” uznałam więc, że tekst być może jest do mnie, choć nadawca na pewno się myli. Nie planuję żadnego wiosennego wyjazdu z żadnym X. Przyznaję. Korciło odpisać: „Dziękuję bardzo”, by zobaczyć co będzie dalej, ale… za tym rozpaczliwym i żałosnym w sumie SMS-em kryły się czyjeś mocno zranione uczucia. A ponieważ imię X mi nic nie mówiło (mam tylko jednego znajomego o tym imieniu. Jest mężem koleżanki. Nawet gdyby zrobił komuś na boku dziecko, w co szczerze wątpię, to nie sądzę, by ktoś akurat mnie o tym informował takim SMS-em), więc zdecydowałam się odpisać zgodnie z prawdą: „O jakiego X chodzi i kto pisze?” Odpowiedź przyszła natychmiast.

„Przepraszam bardzo, że pozwoliłam sobie zaniepokoić Panią. Chodzi o XYZ. Ale ja już naprawdę nie jestem żadną przeszkodą. Zapewniam Panią.”  

Nazwisko XYZ coś mi mówiło, ale nie wiem co. Odpisałam więc, że nie mam z tym nic wspólnego, bo XYZ chyba na oczy nie widziałam. Nadawczyni rozpaczliwego SMS-a przeprosiła i dialog się urwał. Cóż… XYZ chyba w ogóle nie znam osobiście. To znaczy mam w swojej komórce taki kontakt, ale bez numeru telefonu, a jedynie z e-mailem. Konto pocztowe zostało przez niego założone na serwerze pewnego uniwersytetu w Wielkiej Brytanii, więc należy do kogoś pracującego lub tam studiującego. Gdy potem za namową Ulubionego zajrzałam na stronę uczelni odkryłam, że ktoś taki robił tam doktorat, ale 9 lat temu… Nie wiem, więc jak facet wygląda. Nie kojarzę skąd ta znajomość. Może to jakiś mój czytelnik? Może znajomość z jakiegoś zlotu vel Zjazdu? Może po prostu do mnie napisał i adres zapisał się w pamięci telefonu i kontaktach? Nie jest to ważne. Istotne jest to, że ktoś nawet nie zadzwonił, a przysłał SMS. W intymnej sprawie, tak drażliwej i bolesnej uznał, że najlepiej jest coś takiego wysłać. Właściwie to dobrze, że wysłany został tylko SMS, a nie był to wpis na Facebooku. Niemniej jednak dziewczyna mogła zadzwonić. Głupota nie zostawiłaby w moim umyśle i telefonie takiego śladu. A tak… SMS tkwi. Jeszcze go nie wykasowałam. Patrzę na niego i dziwuję się do czego pcha ludzi rozpacz i… nowe technologie. Możliwość wysłania wiadomości natychmiast odbiera rozum. Nie daje czasu na refleksje. Bo gdybym była tą, która jedzie z XYZ na wiosenny wyjazd? Też mogłabym bez refleksji odpisać coś, co zraniłoby do żywego. A jak wiadomo od SMS do SMS i dalej… prosta droga do komórkowego piekła.

PS Znajomi znów twierdzą, że takie rzeczy przytrafiają się tylko mnie…

Fajnie wstrzelić się w rocznicę…

W ostatnim numerze miesięcznika „Stolica” opublikowano fragmenty mojej najnowszej książki, która jeszcze się nie ukazała, a której tytuł ostatecznie brzmi: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Miesięcznik, który jest patronem medialnym książki z osiemnastu rozdziałów wybrał ten o Wilanowie. Dlaczego? Jednym z jego bohaterów jest Szach Perski Naser ad-Din Szah Kadżar, a w tym roku przypada 540 rocznica nawiązania stosunków dyplomatycznych z dzisiejszym Iranem, czyli dawną Persją. Pisząc książkę nie miałam pojęcia, że wstrzelę się w taką rocznicę. 

Czytelników ciekawych hiistorii zapraszam do ostatniej Stolicy. Są tam dość obszerne fragmenty rozdziału o Wilanowie. Obszerniejsze niż na stronie projektu – Czucieiwiara.pl.

Zapraszam na spektakl

Gdy  w 2013 zaczynalismy pracę nad monodramem Ulubionego „Listy do Skręcipitki” wiedziałam, że będzie trudno, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Mimo wielu, naprawdę wielu listów, prób rozmów z warszawskimi teatrami, dopiero teraz, prawie dwa lata po premierze, po raz pierwszy monodram zostanie wystawiony na scenie prawdziwego teatru w Warszawie.

„Scena na Lubelskiej”, choć kameralna i urocza, bo offowa to z tej racji, że mieści się na trzecim piętrze kamienicy wykluczała możliwość przyjścia tam wielu znajomych – przede wszystkim osób starszych, a także tych na wózkach, o kulach itd.

Teraz wreszcie jest inaczej, ale cóż… Od 30 czerwca 2013 roku spektakl był pokazywany m.in. w Kutnie, Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie, Warszawie w czasie obchodów Święta Niepodległości na scenie Muzeum Niepodległości, a także w Wilnie gdzie zamykał II festiwal monodramu Monowschód w słynnym „Teatrze na Pohulance” i wreszcie w Chorzowie w „Teatrze Rozrywki” wygrywając tam „5. Obserwatorium Artystyczne Entree”.

Po tym wszystkim spektakl nabrał patyny. Kto z Warszawy zapraszam więc w najbliższą sobotę
28 lutego g. 20:00
Teatr DRUGA STREFA
ul. Magazynowa 14a.
Warszawa
Bilety w cenie 30 zł (normalny i 20 zł (ulgowy)

I przypominam, o czym są „Listy do Skręcipitki”:

„Listy do Skręcipitki” to monodram w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego. Scenariusz oparty o listy Antoniego Adamskiego (1884-1923) do żony Leokadii Karoliny z Przybytkowskich (1884-1969) napisała pisarka, dziennikarka i blogerka Małgorzata Karolina Piekarska (prawnuczka autora i adresatki listów). Małgorzata Szyszka zajęła się reżyserią przedstawienia.

Listy będące kanwą sztuki są specyficzne, bo powstały w latach 1913-1918. Ich chory na gruźlicę autor (rodem ze wsi Mokotowo) pisze je do żony (rodem ze wsi Saska Kępa) z podróży i z Szafranowa, położonego głęboko za Uralem sanatorium dla gruźlików. W listach (adresowanych najczęściej na pracownię malarską kuzyna na ulicę Nowy Świat) opisujących podróże, ludzi, klimat, piękno przyrody i sprawy 2 rodzinne jest swoiste pęknięcie. Oto na urlopie dopada go I wojna światowa, a potem Rewolucja Październikowa. Powrót do kraju staje się niemożliwy. Autor zostaje odcięty od bliskich, a na dodatek jego listy przestają docierać do Warszawy. Wreszcie dociera jeden z nich… pełen wątpliwości, czy ma jeszcze dokąd wracać. Czy żona jeszcze go kocha i chce widzieć.

„Listy do Skręcipitki” to pełna humoru i wzruszeń historia o miłości, tęsknocie za żoną (tytułową Skręcipitką), córką, Ojczyzną, Warszawą, Wisłą, Saską Kępą i Mokotowem oraz strachem przed umieraniem na obczyźnie. To opowieść o postrzeganiu Polski i Polaków przez konfrontację z Rosjanami i wielką Rosją. To swoista lekcja historii Polski i małych ojczyzn autora opowiedziana przez pryzmat jednostki, którą los rzucił tysiące kilometrów od domu.

Premiera spektaklu odbyła się 8 czerwca 2013 w Warszawie na Scenie Teatralnej Klubu Kultury Saska Kępa w ramach obchodów Święta Saskiej Kępy przebiegającego pod hasłem: „Czym Kępa bogata”. Wszystko dlatego, że bohaterowie spektaklu: Antoni Adamski i adresatka jego listów tytułowa „Skręcipitka” to postaci związane z Saską Kępa, która jest wspomina w listach.

Ślůnsko godka nie dla Goroli

Pojechaliśmy z Ulubionym do Chorzowa. Wyjazd w tzw. sprawach służbowych. Ponieważ ostatnio na drogach same wypadki, a PolskiBus coraz tańszy, więc zdecydowaliśmy się na jazdę autobusem. W dwie strony dla dwóch osób to 122 złote. I tak w cztery godziny komfortowo dojechaliśmy z Warszawy do Katowic skąd wzięliśmy tramwaj do Chorzowa. W tramwaju „Ślůnsko godka”. Joanna Bartel zapowiada przystanki. Ja zachwycona. Ulubiony rozbawiony, ale… co i rusz rozbawienie przechodziło u niego w zdumienie. Nic nie rozumiał. Dla mnie, która miałam ze 4 lata kiedy obejrzałam „Czterech pancernych” gdzie Ślązaków reprezentował dzielny Gustlik – śląska mowa jest czymś naturalnym. Ponieważ najeździłam się na wczasy, na obozy harcerskie i na kempingi pod namiot gdzie zawsze się trafił jakiś Ślązak, który „godoł”, więc dawno już przyjęłam do wiadomości jako coś naturalnego, że ja mówię – oni „godojom”. Nie rozumiem może wszystkiego, ale z 80% na pewno. Ulubiony, który „Czterech pancernych” oglądał dawno temu i po rosyjsku – nie rozumie ze „Ślůnskoj godki” prawie nic i jest to dla niego wielka egzotyka. W tramwaju wsłuchiwał się w zapowiedzi i w pewnym momencie mówi:
- Słowo „przystanok” rozumiem, ale czy może być przystanek „rutyna”?
Teoretycznie może, ale i mnie zaczęło interesować co to ta rutyna. Rondo? Może ulica? Skąd taka nazwa? Dość szybko jednak okazało się, że słowo, które Ulubiony rozumiał, jako: „rutyna” brzmiało jednak: „Szopyna”, bo był to przystanek przy ulicy… Chopina. Przystanek „Rutyna-Szopyna” Ulubiony przeżywał więc cały wieczór. Spędziliśmy go zresztą na kolacji w śląskiej knajpce, której właściciel pożyczył nam na chwilę słownik „Ślůnsko godka”, który sprawił nam wiele radości. W knajpce była też śląska gazeta z jednym opowiadaniem w całości po śląsku, więc miałam maksimum zabawy podczas prób czytania.
Następnego dnia zamówiliśmy taksówkę, której kierowca słuchał „Radia fest”. Podawało akurat wiadomości. Po śląsku. Znów ja słuchałam z zachwytem. Ulubiony znów słuchał z rozbawieniem, które powoli przechodziło w zdumienie, bo po wyjściu z taksówki spytał mnie, czy to jest możliwe, by jakieś radio, nawet jeśli jest radiem regionalnym, nazwało prezydenta „pedałem”.
- No chyba nie – dodał sam odpowiadając sobie na to pytanie i dorzucił po chwili: – Coś mi się wydaje, że o co innego chodziło, ale czy ty słyszałaś, jak ten spiker mówił: „Prezydent Komorowski pedzio”?
Przyznam, że mało nie przewróciłam się ze śmiechu na ulicy. Szybko wyjaśniłam, że zapewne było „Prezydent Komorowski pedzioł”, czyli „powiedział”, bo sama takie coś słyszałam. Ulubiony westchnął ciężko. No niestety. „Ślůnsko godka” nie dla Goroli. A zwłaszcza dla takich zza Buga. Chociaż… jak niektóre słowa są napisane to podobne i do ukraińskiego.

Wszystkie świństwa telewizyjnego korytarza

„Uważam, że dziewczyna ma zasługi. Niektórzy pierwszy raz w życiu przeczytali jakąś książkę.” – napisał na Facebooku mój kolega, z którym niemal dekadę przepracowałam w redakcji TVP. Tekst był komentarzem do zamieszczonego na portalu „Na temat” artykułu pt. „Pracownica TVP napisała książkę z momentami. Korytarze huczą od plotek, że obsmarowała kolegów.” O sprawie wiedziałam już od kilku dni, bo rzeczywiście huk plotek był straszny. Wszyscy na „nie”. Dziewczyna jest nikim, książka jest słaba i grafomańska, a poza tym… jak ona śmiała? Opisała Iksińskiego tak, że można go poznać, że to on! Po czym? Jeden z moich rozmówców twierdzi, że po opisie… spermy. Cóż… moja wiedza na temat Iksińskiego aż tak bogata nie jest. Domyślam się, że facet jakieś nasienie produkuje, gdyż jest ojcem, ale na oczy tego nasienia nie widziałam, nie mówiąc o całej reszcie. To, że nie jestem zainteresowana – pominę. Podobno wszyscy z książki są rozpoznawalni. Podobno po przeczytaniu wiadomo kto jest kto. Czy aby naprawdę?

Jolanta Mokrzyńska, autorka wydanej przez wydawnictwo „Sonia Draga” książki „Wszystkie świństwa świata” stworzyła powieść obyczajową, której akcja rozgrywa się w 2013 roku za kulisami telewizyjnego programu informacyjnego emitowanego przez Kanał Szósty. Autorkę książki znam tylko z korytarza. Wydawała mi się wyniosła, na co być może ma wpływ jej image. Nie rozmawiałam z nią jednak nigdy. Poza zwykłym „cześć” na korytarzu, które rzuca się każdemu przechodzącemu (czasem kilka razy dziennie) nie zamieniłyśmy nigdy słowa, nawet na temat zapchanych kibli, braku mydła czy żarcia w bufecie. Jest osobą rozpoznawalną ze względu na czerwoną szminkę i sukienki. Podobnie ubiera się bohaterka jej powieści, która opisana została jako bardzo zgrabna. Jednak… czy to autoportret? „Życzliwi” twierdzą, że trochę tak, a trochę pobożne życzenie. Czy wobec tego Mokrzyńska miała romans z Iksińskim w książce sportretowanym, jako Aleksander? Wszyscy twierdzą, że nie miała, ale najwyraźniej na pewno bardzo chciała i to co napisała w książce jest tego dowodem! Książka ich zdaniem jest też grafomańską zemstą na koleżankach i kolegach, którzy nie doceniali jej, przez których nie była ani reporterką ani prezenterką, ale zwykłą dziewczyną od informacji na pasku.

Wylewający się zewsząd jad pod jej adresem sprawił, że postanowiłam sama przeczytać książkę. Nie byłam do autorki nastawiona życzliwie, bo swoim wyglądem i obserwowanym na korytarzu zachowaniem nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Dlatego najpierw chciałam książkę pożyczyć, ale… gdy na portalu „Na temat” wyczytałam, że ludzie posyłają sobie PDF, żeby tylko dziewczyna nie zarobiła, zdecydowałam, że ja książkę kupię. Niech zarobi. Nawet jeśli jej wygląd nie budzi mojej sympatii. Przecież zarobek ze sprzedaży książek nie jest dziś zbyt wielki.

Złośliwość środowiska dziennikarskiego znam z własnego pisarskiego doświadczenia. Z niechęcią i pogardą tego środowiska spotykam się zawsze, gdy jakieś „moje dziecko” opuści drukarnię. Życzliwa okazuje się zawsze właściwie jedynie dyrekcja, bo daje patronat medialny. Z prawdziwą życzliwością reszty jest gorzej. Gdy jesienią ukazał się zbiór felietonów o dziennikarstwie, czyli „Kurs dziennikarstwa dla samouków” książkę kupiły dwie osoby – dźwiękowiec dla syna i szef techniki dla siebie, bo jak powiedział: lubi mnie. Pogratulowała mi redakcja „Qadransa Qltury” robiąc wzmiankę. Oczywiście kilka osób dostało ode mnie egzemplarze w prezencie, ale… nawet to było dla mnie pouczające inaczej. Oto jeden egzemplarz podarowałam koleżance na urodziny. Przyniosła ciasto i jakoś tak głupio było mi składać życzenia z pustymi rękoma, więc wyjęłam z szafki książkę. Reakcji środowiska nie opiszę, bo była nie tyle przykra, co żenująca, ale chyba na zawsze oduczyła mnie dawania takich prezentów. Pozostali z redakcji książki nie zauważyli. Norma, do której się tak przyzwyczaiłam, jak do tego, że po wypiciu kawy chce mi się siusiu.

„Wszystkie świństwa świata” Jolanty Mokrzyńskiej to inna bajka niż mój „Kurs”. Po pierwsze to powieść obyczajowa dla dorosłych. Wydało ją zresztą bardzo dobre wydawnictwo, co powinno „hejterom” dawać do myślenia. Książka ma też dobre recenzje w prestiżowych pismach, z których, jako najważniejsze, wymienię prestiżowy „Magazyn literacki Książki”. Wreszcie… nie jest to książka grafomańska. Przeczytajcie całość, a nie tendencyjnie wybrane fragmenty! Tendencyjna intonacja i interpretacja przy głośnym czytaniu może i z Mickiewicza zrobić literackiego nieudacznika. Niestety zawiść i złość telewizyjnego środowiska sprawiła, że ludzie chyba w ogóle zapomnieli czym jest grafomania. Przypominam więc, że jest to „patologiczny przymus pisania utworów literackich. (…) Zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.” Debiutancka powieść Mokrzyńskiej, nawet jeśli są w niej niezgrabne momenty (te znajdzie się w każdej książce, jak się szukający uprze), nie wypełnia znamion grafomanii, a autorka ma przed sobą całe pisarskie życie, by poprawiać styl. Zresztą ma całkiem niezły. Grafomanię raczej widziałabym w utworach zupełnie innych, związanych z TVP osób, które tych utworów nie publikują, ale biegają z wydrukowanymi na kartce po korytarzach i zmuszają wszystkich od montażystów i realizatorów, po panie z archiwum, do czytania i zachwycania się. Naprawdę znam takie osoby!

„Wszystkie świństwa świata” to zgrabnie napisana i zakrapiania erotyzmem powieść obyczajowa. To porządna babska literatura z seksem, który ktoś może określić, jako ostry. Zwłaszcza jeśli uprawia seks po Bożemu, raz w miesiącu i w pozycji na misjonarza. Korytarze zbulwersowały się cytowanymi w tekście esemesami i twierdzą, że są autentyczne, a to skandal! Wielkie mi co. Nie takie rzeczy pisaliśmy do siebie z moim zmarłym przyjacielem, z którym nigdy nie wylądowałam w sytuacji intymnej, ale świntuszyliśmy ile wlezie doskonaląc swój kunszt literacki, co czyniliśmy zresztą ku uciesze wielu znajomych w tym Ulubionego. Z nim zresztą też pisujemy do siebie różne świństwa, ale cóż… jesteśmy małżeństwem i nam wolno! A nawet gdybyśmy nie byli? To co?

Powieść nie jest niestety (wbrew napisowi na okładce) kryminałem. Nie jest też thrillerem ani powieścią sensacyjną. Jest obyczajową powieścią ze zbrodnią w tle, ale nie ta zbrodnia jest tu najważniejsza. Zresztą… ktoś, kto czyta dużo książek od początku wie czyje to rozkawałkowane zwłoki i kto zabił ofiarę. Babska literatura nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim i do książki wracać nie będę. (To nie „Patriotów 41” Marka Ławrynowicza, u którego nomen omen też jest ostry seks.) Jednak nigdy w życiu nie powiedziałabym, że Mokrzyńska napisała złą książkę, że jej „Wszystkie świństwa świata” to powieść źle napisana i grafomańska. Dziewczyna umie pisać i chwała jej za to!

A co z rozpoznawalnością bohaterów? Nasze redakcje są na tych samych piętrach. Zarówno mój Telewizyjny Kurier Warszawski z Kurierem Mazowieckim, jak i Panorama czy TVP Info rozłożone są w pokojach na II i I piętrze budynków przy Placu Powstańców i Jasnej. Niestety… nie rozpoznałabym w książce nikogo, gdyby nie… „życzliwe” korytarzowe plotki osób z redakcji autorki. To oni opowiedzieli mi pikantne szczegóły z życia ich redakcji, które ich zdaniem w książce zostały opisane. Nie słyszałam tych historii wcześniej. Gdyby o nich nie pisali w komentarzach na Facebooku, to na podstawie książki nie wysnułabym wniosków, że znany z anteny, korytarza i bufetu prezenter zdradza żonę, że jedna z dziewczyn się puszcza, wciąga kokainę i ma matkę pijaczkę. Nawet tego, że drugi prezenter jest z wykształcenia aktorem – nie wiedziałam. Tych informacji dostarczyła mi nie książka, a jej złośliwi i nieżyczliwi autorce czytelnicy, którzy być może rzeczywiście pierwszy raz po zdaniu matury przeczytali jakąś powieść. Przykre, że zrobili to, by dopiec koleżance, która wyszła poza tę przeciętność, nakazującą pozostałym, by nie robić nic oprócz pracy w newsach. Ci nie rozumieją, że pisarz zawsze czerpie inspirację z życia. W moich powieściach też roi się od historii z TVP, ale nikt na nie nie zwrócił uwagi, bo niewiele osób z koleżeństwa je przeczytało. W końcu w większości to książki dla młodzieży, a że w rodzicach bohaterów można odnaleźć fragmenty z życia realizatorki, realizatora czy prezentera? Ja też jestem i wszystkimi swoimi bohaterami i żadnym. Każdy ma pierwiastek mnie i jednocześnie nikt w stu procentach nie jest mną.

Błąd Jolanty Mokrzyńskiej polegał na tym, że wydała tę książkę teraz, gdy jeszcze tam pracuje, a cała akcja powieści dzieje się w jakieś telewizji w centrum Warszawy, zaś historie, które ją zainspirowały miały miejsce niedawno. Przykre, że redakcyjne głupki pomyliły powieść z reportażem i relacją z miejsca zdarzenia. Ale cóż… gdy wyszła moja „Klasa pani Czajki” nastoletni czytelnicy też myśleli, że Wojtek istnieje naprawdę i na mój numer gadu-gadu pisali, że: „Kamila to szmata. Zerwij z nią!”. Niektórzy prości ludzie mylą fikcję z rzeczywistością. Dwunastolatków usprawiedliwia wiek. Czy coś może usprawiedliwić naiwność dziennikarzy informacyjnych? Na dodatek jedni twierdzą, że autorka opisała wszystko tak, jak było. Inni, że zrobiła to inaczej. Złośliwi podkreślili sobie fragmenty, które uznają za grafomańskie. Jedna z koleżanek powiedziała, że pozostanie przy swoim zdaniu o grafomanii, a grafomańskie fragmenty mi przy okazji pokaże! Takie ot polskie piekiełko. Jakże dobrze je znam!

W 2007 roku był w Kielcach zlot z okazji 100-lecia harcerstwa. Zostałam zaproszona na wieczornicę z harcerzami, jako autorka która napisała współczesne powieści dla młodzieży, których bohaterami są harcerze („Tropiciele” i „Dzika”). Byłam wtedy jeszcze głupia i naiwna jeśli idzie o solidarność środowiskową. Pamiętam, że przed wyjazdem do Kielc zapytałam koleżankę wydawczynię, czy zamówi z tych Kielc relację z mojego spotkania z harcerzami. Naiwnie myślałam, że skoro jestem jedyną pisarką zaproszoną na międzynarodowy zlot harcerstwa z okazji stulecia skautingu, to redakcja może się mną pochwalić. Wydawczyni popatrzyła na mnie z pogardą mieszającą się ze wstrętem i powiedziała: „Przecież już kiedyś zrobiliśmy o twojej książeczce.” Korespondencję z Kielc zamówił wtedy wydawca TVP Info, którym był dawny redakcyjny kolega. Ten sam, który ostatnio napisał na FB, że Jolanta Mokrzyńska ma zasługi, bo dzięki niej niektórzy przeczytali książkę. Tak to jest. W TVP zdarzają się życzliwe wyjątki, ale jak to z wyjątkami bywa – można je przeważnie policzyć na placach jednej ręki. Po 19 latach pracy mam tam jedną przyjaciółkę. To podobno bardzo dużo.

Kilka lat temu do naszej redakcji przyszedł młody chłopak – Stefan Wroński. Po kilku miesiącach pracy u nas wydał swoją debiutancką książkę „Dzidek”. To cudowna powieść, której akcja dzieje się w Warszawie lat 30-tych. Powieść została oparta na faktach, bo główny bohater to… brat babci Stefana. Gdy książka miała się ukazać, usłyszałam od życzliwych koleżanek wypowiedziane z satysfakcją w głosie zdanie: „Już nie będziesz jedyną pisarką w redakcji”. (Jakby to kiedykolwiek było moim celem). Gdy nadeszła premiera „Dzidka” to ja zrobiłam temat o książce do naszego Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego. Bardzo chciałam to zrobić, bo cały czas chcę pokazywać w telewizji książki. Uważam, że za mało czytamy, za mało promujemy czytelnictwo, a przecież tylu mamy przyjaciół, ile przeczytaliśmy książek. Wtedy pojechałam też prywatnie na promocyjny wieczór Stefana, na który przyszli i inni ludzie z redakcji. Przede wszystkim jednak była cała rodzina autora, co powodowało, że chłopak potwornie się stresował. Robiłam mu zdjęcia, by miał na pamiątkę. Widać było, że ten wieczór to dla młodziutkiego Stefana duże przeżycie. Publicznie robiono z nim wywiad przy sali pełnej ludzi. Był zdenerwowany, czasem go ze stresu zatykało. Reakcja jednej z koleżanek: „Boże! I to ma być pisarz? Jak on mówi? Jak on zdania buduje!”. Tak wygląda redakcyjne wsparcie. Być może między innymi dlatego po jakimś czasie Stefan od nas uciekł. Zresztą… z roku na rok zastanawiam się, czy nie siedzę tu z rozpędu, przyzwyczajenia i szaleństwa?

Jedyny błąd jaki zrobiła Mokrzyńska w swojej książce to ten, że opublikowała ją teraz. Takie rzeczy robi się, gdy się już odchodzi z takiego miejsca. Poza tym reszta byłaby już czepialstwem. Swoją drogą skandal, romans – to zdarza się w każdej instytucji, w każdej redakcji. W naszej też takie rzeczy się działy i być może też kiedyś je opiszę w jakiejś powieści, bo czasem są to historie, które aż się proszą, by trafić do literatury. Jakiś przykład? Proszę bardzo! Wiele lat temu młoda reporterka wdała się w romans z żonatym dźwiękowcem. Gdy facet opamiętał się i chciał ów romans zakończyć okazało się, że sprawa zabrnęła na tyle daleko, iż wywołała u dziewczyny furię. Najpierw oblała mu łysinę kawą z automatu, potem utopiła dwie karty sim w WC. Następnie założyła ileś stron na portalach gejowskich i kilka razy zamówiła do domu panienki z agencji. Gdy i to nie odniosło rezultatu – pojechała do domu, by poinformować żonę, że zajmuje jej miejsce. Żona – dojrzała kobieta – pokazała jej drzwi. Niezrażona tym młoda reporterka stanęła na środku podwórka studni i wrzaskiem oznajmiła żonie dawnego kochanka, że… lepiej od niej robi laskę, co niezmiernie ucieszyło wszystkich sąsiadów radych, że wreszcie coś się dzieje. Rzucili się ponoć do okien oglądać „królową loda”. Niestety nie zwróciło to przychylności kochanka. Pewnie dlatego dziewczyna wezwała na pomoc rodziców, którzy ku zdumieniu nas wszystkich zamiast opierniczyć córkę za romans z żonatym, przyjechali pod redakcję i pobili wychodzącego do domu dźwiękowca parasolką (matka) plus zwyzywali (ojciec). Wtedy zrozumieliśmy czemu kilka dni wcześniej kochanka uczyniła to samo używając słów powszechnie uznawanych za obelżywe plus damskiej torebki. W końcu nie na darmo mówią „jaka mać taka nać”. Tego ostatniego czynu dokonała zresztą w chwili, gdy dźwiękowiec spełniając swoje zawodowe obowiązki trzymał tyczkę z mikrofonem nad głową dyrektora Filharmonii Narodowej, gdyż nagrywał jego wypowiedź na temat jakiegoś koncertu. Ponieważ to ostatnie zachowanie również nie pomogło młodej reporterce odzyskać uczucia dawnego kochanka – dziewczynie pozostało opowiedzenie wszystkim na prawo i lewo o zarażeniu jej przez dźwiękowca syfilisem. Być może dlatego, że nikt jej nie współczuł, a kilku osobom (w tym mnie) odebrało to apetyt, młoda reporterka uciekła za granicę, skąd po jakimś czasie wysłała kartkę. Treść przemilczę, bo była czymś tak żenującym, jak żenujący może być romans z żonatym i oczekiwanie, że rzuci żonę, by zaprowadzić kochankę przed ołtarz.

W każdym razie TVP, jako miejsce pracy, widziała już nie jedno nieobyczajne zachowanie. Niejeden seks w WC czy windzie. Nie takie rzeczy widziały i inne firmy, redakcje itd. Natomiast chyba tylko tu, tylko w TVP, gdy koleżanka wydaje powieść reszta zamiast promować ją, jako autorkę (co robi np. TVN) zawiadamia władze instytucji o domniemanym przestępstwie popełnionym poprzez opisanie życia intymnego pracowników po godzinach w powieści i pyta, czy nie można dziewczyny wyrzucić z pracy, za to co jest napisane w książce.

A kto wam kazał się przyznawać, że odnaleźliście się na jej kartach? Gdybyście tego nie zrobili nawet ja, pracująca na tych samych piętrach, nie miałabym takiej świadomości! Grafomańska książka? Nawet nie wiecie czym jest grafomania! Napisalibyście lepszą? Napiszcie nawet gorszą! Napiszcie jakąkolwiek! Ale napiszcie! O jej wydaniu już nic nie mówię. Przejdźcie tylko cały proces twórczy od pierwszego zdania do ostatniej kropki zazdrośnicy! Na razie umiecie tylko obgadywać po korytarzach. Wasza reakcja pokazała, że naprawdę stać was na „wszystkie świństwa świata”.

I na koniec… Podobnie jak Mokrzyńska też bywam zwykłą dziewczyną od informacji na pasku. Jednocześnie wiem, że złośliwcy zaraz powiedzą. Już nie dziewczyną Piekarska! Już dawno nie jesteś dziewczyną! Jesteś starą babą pod 50-tkę. Powiedzą przy tym jeszcze sto innych rzeczy, które mówili do tej pory za moimi plecami przy różnych okazjach, jak chociażby gdy brałam ślub z Ulubionym. Bo tak właśnie wygląda życie w polskim piekiełku, czyli w TVP od kulis. Nie Panie Prezesie i inni wszyscy święci, ja też nie zdradzam tu metod pracy, tajemnic korporacyjnych, a jedynie opisuję znany powszechnie fakt obrzydliwości panujących tam obyczajów i braku życzliwości. Nie ma powodów wyrzucania mnie z TVP za prowadzenie bloga, co już kiedyś powiedziałam jednemu z dyrektorów, któremu mój blog pokazali życzliwi inaczej z redakcji. Nie zdradzam tu sekretów pracy, a jedynie kulisy obyczajów. Ja się do tego piekiełka przyzwyczaiłam. Autorka „Wszystkich świństw świata” chyba jeszcze nie, bo w pracy wzięła na razie wolne. Ale cóż… za zrobienie czegoś, co wykracza ponad standard płaci się czasem wysoką cenę.

 

PS Z innej beczki. Startuję w konkursie Blog roku 2014 ze swoim projektem genealogicznym. Jakby ktoś z czytelników chciał oddać na mnie głos – zapraszam do zajrzenia na stronę projektu. Może ktoś zaryzykuje 1,23 PLN? W wygraną nie bardzo wierzę, ale ciekawi mnie z jakim hobby przegram w tym roku.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej