Coście uczynili?

„Coście skurwysyny uczynili z tą krainą?” pytał kiedyś Kazik Staszewski w jednej z piosenek. A ja pytam o to od miesięcy. Od miesięcy rzadko piszę na blogu. Nie tylko z powodu braku czasu, walki z depresją, która dopadła mnie po przemianach w TVP, pracy nad scenariuszem, książką, artykułami itd., lecz także dlatego, że nie chcę się powtarzać lub „płynąć z prądem modnych tematów”. Choć przyznam, że korci, by napisać o #meetoo. Może zresztą w końcu to zrobię.

Zastanawiam się jednak nad tym, co dzieje się z naszym narodem? To uporczywa myśl. Spotęgowana ostatnim świętem niepodległości, ale też i poprzedzającymi je wydarzeniami. Rok temu o tej porze przygotowałam ostatnie (nie licząc styczniowej relacji z pogrzebu koleżanki) reportaże dla TVP. Były o odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Tylko nie nagrywaj dyrektora Muzeum Niepodległości, bo tym zarządza Adam Struzik, a to PSL”. – brzmiało jedno z ówczesnych poleceń służbowych wywołując u mnie potworne obrzydzenie. I między innymi to sprawiło, że nie walczyłam o powrót na grafik. Czekałam. Daremnie.

Ale wróćmy do święta. Od czasu, gdy na trasie marszu spłonął wóz TVN (rok 2011) uważam, że coś złego stało się z naszym narodem. To, czym powinniśmy się zajmować, to jednoczeniem go, budowaniem wspólnej przyszłości, a tymczasem… podziały się pogłębiają. Przez ostatnie lata pracy reporterskiej nie jeździłam już w „narodowy tłum”, bo po opisanych wielokrotnie na blogu doświadczeniach, zwyczajnie się go boję. To co dzieje się po marszach też przeraża.

W 2014 media donosiły o bójce dwóch prawicowców po marszu. Pisano wtedy, że jeden z nich przewrócił stolik i uderzył drugiego butelką w głowę, a potem próbował to samo powtórzyć ze szklanką. Uderzonemu otworzyła się rana na głowie i popłynęła krew. Po chwili zakrwawiony był też atakujący, który pokaleczył się szklanką, chcąc ponownie uderzyć swoją ofiarę. Doszłoby do gorszych rzeczy, gdyby obecny na miejscu klient lokalu, który siedział obok, nie powstrzymał napastnika.

Wtedy wydawało mi się to odległe. Teraz… coraz bliższe. Nawet nie dlatego, że tamten napastnik dziś piastuje stanowisko w TVP zaś relacjonujący wówczas to wszystko w mediach świadek to inny prawicowiec, który dziś prowadzi program w radio i tv. Obecne opowieści znajomych, którzy 3 czy 2 lata temu,  także wczoraj znaleźli się na trasie marszu są coraz straszniejsze. Wyzwiska, groźby – były tam na porządku dziennym. Z ostatniego marszu zdjęcia są przerażające – pozdrowienia faszystowskie powiązane z wycieraniem gęby Panem Bogiem. Nagrania jeszcze gorsze – agresja werbalna i fizyczna. Czy kogoś więc dziwi to, że 11 listopada kolejny rok spędzam w domu nie wyściubiając z niego nosa?

Wieszam na domu flagę – jak zawsze, piszę artykuł do „Mieszkańca” – jak od lat, i… to wszystko.

Mieszkam w pobliżu Stadionu Narodowego. Odgłosy marszu słychać u mnie w domu, gdy wyłączę TV. Nie brzmią przyjaźnie. Dlatego pytam: „Coście skurwysyny uczynili z tą krainą”, że święto odzyskania niepodległości spędzam w domu?

Tymczasem u Eksia... koledzy już byli. Teraz my... #cmentarz #cmentarzbrodnowski #grob

Najtłumniej na pogrzebie, a potem…

W tym roku na groby poszłam w Wigilię Wszystkich Świętych, czyli w Halloween, którego angielska nazwa najprawdopodobniej oznacza zresztą Wigilię Wszystkich Świętych. Jest to bowiem prawdopodobnie skrót od „All Hallows’ E’en”, czyli wcześniejszym „All Hallows’ Eve”.

Na cmentarzach były jeszcze pustki, więc sprawnie przebiegliśmy z Paniczem Synem i moim stryjecznym bratem przez rodzinne groby na trzech warszawskich cmentarzach. Na pozostałe dwa (a może i kolejne dwa lub trzy) wybieram się jutro.

Jednak w tym roku na cmentarzach towarzyszyła mi taka myśl. Na groby, by zapalić duszom zmarłych światło, przychodzi mniej ludzi niż na ich pogrzeby. I nawet nie dlatego, że na kilku odwiedzonych przeze mnie grobach byłam kiedyś na pogrzebach, na których były tłumy, a teraz nie było nawet jednej świeczki. Oto kilka dni wcześniej spotkaliśmy się redakcją pewnej gazety, (z którą jestem związana od lat), na mogile naszego Redaktora Naczelnego. Zmarł rok temu tuż przed Zaduszkami. W rocznicę śmierci na jego grobie była nas garstka – mniej niż 10 osób. A przecież za życia zmarłego na organizowane przez niego „jajeczka” i „opłatki” przychodziły tłumy. Na pogrzebie też był tłum. Teraz – skromniutko. Choć zaproszenie zostało wysłane.

Tłum był kiedyś na pogrzebie mojej koleżanki z klasy licealnej. Nie zdała matury, potem wylądowała w szpitalu, rok później jesienią zaginęła, a potem… znaleziono jej zmumifikowane zwłoki w piaskach nad Wisłą. Zaglądam na jej grób, ilekroć jestem na tym cmentarzu, gdzie spoczywa. Odwiedzają ją chyba już tylko rodzice.

Tłum był na pogrzebie Eksia. Potem nastąpiła cisza. Dopiero w tym roku przyszli koledzy i przynieśli mu obraz z ukochanym Lemmym.

Kiedy dwa lata temu odkryłam groby moich cztery razy pradziadków jestem jedyną osobą, która zapala im świeczki. Cóż… inni potomkowie, nawet jak są, nie są świadomi pokrewieństwa. Przecież nawet mój Ojciec nie znał tych grobów.

Grób teściów mojego prapradziadka Michała Piekarskiego, czyli moich praprapradziadków Stalskich oraz rodziców prapraprababci Stalskiej, czyli prapraprapradziadków Dobosiewiczów. Obok grób brata mojej prapraprababci Dobosiewiczówny. 

I taką mam refleksję, że umierając, w czasie pogrzebu na chwilę stajemy się gwizdami. Żałobnicy płaczą, a potem… zaczyna się normalne życie. Grób i leżące w nim szczątki czy prochy popadają w zapomnienie.

Kardynał Stefan Wyszyński powiedział kiedyś, że „gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie.” Ale czy na pewno rozumiemy tę mowę? Czy wyciągamy z niej wnioski?

Gnębiona za winy sąsiada

Wiele tygodni temu z wielkim zdumieniem odebrałam telefon z firmy windykacyjnej z prośbą o kontakt z… sąsiadem. Zadzwoniono na moją prywatną komórkę. Z sąsiadem łączył mnie tylko adres domu, gdyż wiele, wiele lat temu miałam działalność gospodarczą, która była zarejestrowana pod adresem mojego miejsca zamieszkania. Mieszkam w malutkiej kamienicy, którą wybudowała moja prababcia. Kamienica ma cztery mieszkania. W jednym z mieszkań mieszkał pewien sympatyczny sąsiad, który jak się okazało trafił na listę dłużników tej firmy. W tej opowieści nie jest zresztą ważne, czy słusznie czy niesłusznie. Sąsiad nie był moim krewnym. Ani nawet powinowatym. Nie był również zatrudniony przeze mnie w mojej jednoosobowej firmie. Na dodatek kilka lat temu sąsiad wyprowadził się. Adresu nie znam. Wiem tylko mniej więcej gdzie. To „mniej więcej” to kilka hektarów podwórek i bloków – głownie stumieszkaniowych wieżowców. Dlatego poinformowałam dzwoniącą panią, że nie mam kontaktu z panem, że był moim sąsiadem, ale od wielu lat nie jest i nie mam do niego ani telefonu ani nie znam adresu. Wydawało mi się, że sprawa jest wyjaśniona. Niestety. Telefon z prośbą o kontakt z sąsiadem odebrałam jeszcze kilka razy. Po trzecim telefonie zablokowałam dzwoniący numer. Po czwartym telefonie, który nastąpił z innego numeru, nie tylko zablokowałam numer, ale zapisałam adres firmy i wysłałam list z prośbą o zaprzestanie nękania. Po piątym telefonie, którego numer również zablokowałam, wysłałam ponownie list, ale tym razem było to już żądanie zaprzestania nękania, do którego dodałam informację, że w przypadku braku odpowiedzi na mój list ze strony firmy skieruję sprawę do sądu. Równocześnie zamieściłam na swoim oficjalnym fanpage’u na portalu Facebook następujący post, w którym oznaczyłam nękającą mnie firmę:

Sprzeciw!
Od wielu miesięcy trwa nękanie mnie telefonami przez wydzwaniającą z różnych numerów firmę (tu nazwa)​ w sprawie długów mojego sąsiada, którego nazwisko pominę, gdyż uważam, że obowiązuje coś takiego jak ustawa o ochronie danych osobowych, zwłaszcza w tak drażliwych tematach jak długi.
Niestety średnio co dwa tygodnie, na mój prywatny telefon nr 602617897, (którego jestem właścicielką od 1997 roku i który nigdy nie należał do innego abonenta), wydzwania do mnie ktoś z firmy (tu nazwa) w sprawie długów mojego byłego sąsiada i żąda kontaktu z nim. Pomijam, że tymi telefonami powiadomili mnie, czyli obcą osobę, że ów pan ma długi.
Oświadczam natomiast, że nazywam się Małgorzata Karolina Piekarska. Nie jestem krewną, ani powinowatą swojego (byłego) sąsiada. Jedyne co nas łączyło, ale już nie łączy, to ta sama klatka schodowa. Uważam, że wydzwanianie do sąsiadów w sprawie czyichś długów jest chamstwem. Wydzwanianie do nich w celu uzyskania kontaktu z dłużnikiem jest również chamstwem. A gigantycznym chamstwem jest kontynuowanie tego procederu mimo wielokrotnych informacji, że sąsiad wyprowadził się wiele lat temu i nie mam z nim kontaktu, gdyż nie zostawił do siebie ani telefonu ani adresu.
Ponieważ firma (tu nazwa) nie odpowiada na moje listy, ignoruje również wielokrotnie powtarzane prośby o niewydzwanianie do mnie w sprawie długów sąsiada, dlatego publicznie żądam zaprzestania tego procederu i ostrzegam, że w przypadku ponawiania kontaktu ze mną w celu uzyskania kontaktu z byłym sąsiadem, którego adres i telefon nie są mi znane, powiadomię o nękaniu policję.
Nie wykluczam też skierowania sprawy do sądu z powództwa cywilnego.

Po tym poście odezwało się do mnie bardzo wiele osób, które opowiedziały bądź opisały swoje „przygody” z w/w firmą. Wynikało z nich jedno. To się może nigdy nie skończyć. Firma bowiem często ściga za długi przeterminowane a nawet nie istniejące.

Jakież było więc moje zdumienie, kiedy po mniej więcej 10 dniach przyszła odpowiedź:

Szanowna Pani,
Nawiązując do korespondencji otrzymanej drogą elektroniczną, dotyczącej wykonywanych połączeń telefonicznych na numer 602617897, firma (tu nazwa, adres i KRS) informuje, iż numer telefonu, którego Pani jest właścicielem został trwale usunięty z naszej bazy. Dbając o wysoki poziom obsługi, pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności wynikające z zaistniałej sytuacji. Zapewniamy, iż podobna sytuacja nie będzie miała miejsca w przyszłości. Mamy nadzieję, że podjęte działania wychodzą naprzeciw Pani oczekiwaniom.
W przypadku pytań prosimy o kontakt po numerem telefonu…

I tak sobie myślę, że to miłe, że odpowiedzieli i obiecali zaprzestać, ale przykre, że musiałam grozić sądem, oznaczać na Facebooku i pisać listy. Powinna wystarczyć pierwsza informacja, że telefon, na który dzwonią jest telefonem byłej sąsiadki. A tak w ogóle to co to za zwyczaj docierania do dłużnika przez… sąsiadów? To w tym wszystkim jest największa granda!

List otwarty do Krystyny Pawłowicz

Szanowna Pani,

Z oburzeniem, ale przede wszystkim z wielkim smutkiem, przeczytałam Pani wpis na Facebooku dotyczący samobójczej śmierci czternastoletniego Kacpra. W dzieciństwie przeszłam straszny mobbing w szkole, bo byłam inna. Wzruszałam się byle drobiazgiem. Nazywano mnie beksą. Wyzywano od ślepych (okulary nosiłam od 4 roku życia), a przede wszystkim głupich. Bito i kopano. Wleczono po podłodze. Wkładano mi głowę do sedesu, przygniatano deską i spuszczano wodę. Metod gnębienia mnie było wiele. Sporo na ten temat w swoim czasie napisałam na swoim blogu i powtarzać się nie mam zamiaru. Konkluzja? Przeżyłam tylko dlatego, że wtedy jeszcze nie było… internetu i Facebooka, na którym dziś różne osoby, w tym Pani, wyrzucają z siebie swoje frustracje opluwając innych. Często zakładają strony lub grupy, by gnębić bliźnich. Podejrzewam, że gdybym dziś miała 12 lat rzuciłabym się z mostu do Wisły. Na szczęście tak się nie stało, więc moi oprawcy mogą spokojnie żyć bez wyrzutów sumienia, jakie za jakiś czas zapewne dopadną tych, z powodu których zabił się czternastoletni Kacper.

Gnębienie w okresie nastoletnim bywa nie tylko z powodu orientacji seksualnej. Częściej z powodu tuszy, okularów, jąkania się, wystających zębów, nadwrażliwości itd., po prostu z powodu jakiejkolwiek inności. Czy rozumie Pani określenie „jakakolwiek inność”? Czy dla Pani inna może być tylko orientacja seksualna?

Czy naprawdę polska kobieta, naukowiec i parlamentarzystka w Pani osobie, nie jest w stanie wykazać się odrobiną empatii w stosunku do nieżyjącego czternastolatka i innych, którzy teraz przeżywają to, co przeżywał on zanim zdecydował się na swój tragiczny w skutkach desperacki krok? Zachowuje się Pani nie jak wrażliwa kobieta i dama, którą powinna Pani być, ale jak głupia Maria Antonina, która kazała głodnemu ludowi żądającemu chleba jeść ciastka oraz jak Pani szalony oponent Stefan Niesiołowski, co to proponował niedożywionym dzieciom, by jadły szczaw rosnący przy torach.

Jak większość polityków jest Pani oderwana od rzeczywistości, a jako osoba, która nie jest ani matką ani babką, nie wie Pani nic o tym, co dzieje się w polskich szkołach, a tym samym jakimi słowami obrzuca się polska młodzież. Tymczasem wszyscy polscy politycy mają w tym swój udział. Pani także! To wasze teksty o szmatach, zdradzieckich mordach, uchodźcach, pedałach itd. mają swoje odzwierciedlenie w codziennym języku polskiej młodzieży. Naprawianie świata i Polski proszę zacząć od siebie i swojego języka debaty publicznej!

Jako pisarka, pisząca m.in. dla młodzieży, niemal po każdym spotkaniu autorskim wysłuchuję od kogoś z czytelników opowieści o tym jak, jako jednostka, jest gnębiony przez rówieśników. Tak bowiem jest, że w każdej szkolnej społeczności jest lider i kozioł ofiarny. Opisywał to już Bolesław Prus w słynnej nowelce „Grzechy dzieciństwa”, której bohater przyjaźnił się z gnębionym garbusem Józiem. Przypominam Pani, że akcja noweli dzieje się w XIX wieku. Przypominam też Pani lekturę szkolną pt. „Chłopcy z placu Broni” węgierskiego pisarza Ferenca Molnara, której bohater Nemeczek był gnębiony m.in. dlatego, że był najmłodszy, najmniejszy i najsłabszy. Gnębienie w szkole nie jest więc wymysłem XXI-wiecznych lewaków, ale taka jest psychologia człowieka i tłumu. Mechanizm antropologiczny kozła ofiarnego występuje bowiem we wszystkich kulturach. Ludzie w grupie czują się mocni. Zwłaszcza, gdy mają lidera. Przeciwnikiem lidera albo całej grupy zwykle jest kozioł ofiarny. Może się nim stać każdy!!! Zwłaszcza, gdy jest słabszy, wrażliwy i trochę odstaje od reszty. No i gdy jest nowy. Kozłem nie chce być nikt. Ale niestety zawsze ktoś jest. Czasem grupa traktuje go w miarę znośnie szydząc tylko trochę, a czasem gnębi wprost obrzydliwie. Niestety obecna szkoła nie broni dzieci pełniących rolę kozłów ofiarnych w swojej grupie przed atakiem rówieśników. Nie zostały wdrożone żadne procedury mogące przeciwdziałać takim zachowaniom. Zaś atak poza szkołą szerzy się dodatkowo w internecie, do którego przenosi się dzięki nowym technologiom. Dlatego to gnębienie ma większy zasięg i bardziej boli. Nie ma już dla zaszczutego dziecka bezpiecznego miejsca jakim kiedyś był dom. Bywa, że nie pomaga nawet zmiana szkoły, bo internet nie zapomina. Ohydne wpisy ciągną się za ofiarą jak piętno. Pani też internet tego wpisu nie zapomni. Zwłaszcza, że dała nim Pani zgodę na gnębienie słabszych psychicznie dzieci. Obarczyła Pani winą za ten stan rzeczy jedną stronę sceny politycznej, a tymczasem winni są temu wszyscy politycy. Czy rozumie Pani słowo „wszyscy”? Winien jest język debaty publicznej! Język jakim zwracają się do siebie dorośli. To język, którego używają w parlamencie. To język, którego i Pani używa na portalu Facebook, zapewne po to, by zyskać popularność.

Kozłem ofiarnym może stać się też cała grupa ludzi dla jakiegoś narodu. W latach 30. XX wieku byli to Żydzi, dziś… uchodźcy. Naukowcy twierdzą, że grupa szuka kozła ofiarnego w momencie kryzysu, którego przyczyną może być m.in. katastrofa polityczna, do której należy np. polityczna słabość struktur danej kultury. Coś w tym jest. To wy polscy politycy jesteście słabi, a swoją słabość obnażacie wypowiadając i wypisując słowa, które potem bezmyślnie powtarzają czternastolatkowie, a także dwunastolatkowie, a nawet dziesięciolatkowie i młodsi używając ich do gnębienia innych. Moja przyjaciółka, która jest nauczycielką, opowiedziała mi, jak gnębiono dwunastoletnią uczennicę w jej szkole. Były to między innymi słowa: „ty zawszony uchodźco, ty szmato, ty prostytutko, ty dziwko arabska, ty brudna kurwo!”. Klasa nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co zarzuca koleżance i dlaczego wypisuje takie rzeczy o niej w internecie, poza tym, że dziewczynka była… nowa. Miała polskie imię i nazwisko, bo była Polką. Nie miała innego koloru skóry. Nie była lesbijką. Bycie nową w klasie to była jedyna popełniona przez nią „zbrodnia”. A nawet gdyby była innej orientacji seksualnej, innego wyznania, koloru skóry, pochodzenia, narodowości to co? Wolno wyzywać i gnębić? Pani swoim wpisem właśnie dała zgodę na tego typu zachowanie. Wstyd! I hańba!

Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.

Jednak wolę minusy

Miałam trzy, może cztery lata, gdy rodzice, bacznie mi się przyglądając, stwierdzili, że czasem jedno oko leci mi w bok, czyli… mam zeza. Postanowili pójść ze mną do okulisty. Wtedy najlepsza w Warszawie okulistka przyjmowała w przychodni na ulicy Lwowskiej w Śródmieściu. Kamienica, w której mieściła się przychodnia była stara i bardzo piękna. Ogromne wrażenie robiła na mnie zwłaszcza klatka schodowa z pięknymi schodami i poręczami. Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszą wizytę – bardzo długo czekałam w kolejce. Wreszcie pani doktor obejrzała mnie i przepisała okulary, a także ćwiczenia korygujące zeza, na które przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie. Ćwiczenia polegały na tym, że patrzyłam w lupy specjalnego aparatu. Jednym okiem widziałam psa, a drugim budę. Ręce trzymałam na dwóch gałkach i, ruszając nimi, starałam się „wprowadzić” psa do budy. Po kilku próbach nudziło mnie to, więc pani doktor zmieniała obrazki i wtedy w jednej lupce pojawiał się pajacyk ze szmatką w prawej ręce, a w drugiej taki sam pajacyk, ale z kółkiem w lewej ręce. Moim zadaniem było zrobienie z dwóch pajacyków jednego. Takiego ze szmatką w prawej i kółkiem w lewej ręce. Te ćwiczenia najpierw wydawały mi się fajne, ale gdy co dwa tygodnie musiałam je powtarzać, męczyły. Okulary mi nie przeszkadzały, bo lepiej dzięki nim widziałam, ale dość szybko zorientowałam się, że w nich jestem inna, a dzieci nie lubią innych. Zaczęło się w przedszkolu, z którego wróciłam do domu z pytaniem, co to znaczy „okularnik”. Mama od razu domyśliła się, o co chodzi, ale chyba udawała, że nie wie, bo jej wyjaśnienie brzmiało, że jest to wąż. W encyklopedii Orgelbranda pokazała mi rysunek przedstawiający takiego węża. To mi w ogóle nie pasowało. Wąż? Ja? Na szczęście dzieci w przedszkolu po jakimś czasie przyzwyczaiły się do moich okularów. Gorzej było na wakacjach w rodzinnej miejscowości babci Konstancji, czyli w Zwierzyńcu nad Wieprzem. Tam moja daleka kuzynka nazwała mnie ślepą. Popłakałam się. Tak chciałam, by mnie polubiła. Ona miała długie, złote włosy i grzywkę zaplataną w warkoczyk i przypinaną wsuwką. Przy niej czułam się nieatrakcyjną szarą myszką. Tymczasem ona nie chciała się ze mną bawić. Jej zdaniem byłam brzydka, no i nosiłam okulary. To przekonanie o braku urody zostało mi do dziś. Na szczęście z wiekiem polubiłam okulary.

To fragment moich niepublikowanych wspomnień o tym, jak zostałam pisarką. Wspomnień opisujących moje życie do chwili, gdy skończyłam 8 lat, kiedy podjęłam życiową decyzję, że chce pisać i zaczęłam postanowienie wcielać w życie. Powyższy fragment przytoczyłam ze względu na okulary.

Od pierwszych moich okularów minęło bowiem ponad 45 lat. Przez ten czas zmieniło się wiele, także w medycynie, a co za tym idzie w okulistyce. Już wiem, że zez wynikał (i wynika) z braku obuoczności widzenia. Nie mam połączonych ze sobą w mózgu nerwów wzrokowych. Na otwieranie czaszki i grzebanie w mózgu raczej się nie zgodzę, choć z tegoż powodu wada wzroku powiększa mi się i teraz wynosi -4,5. Kilka dni temu okulistka (siostrzenica zresztą) przepisała mi recepty na okulary o mocy -4. Na mocniejsze mam je zmienić najwcześniej za pół roku. Ten brak obuoczności widzenia powoduje też, że bez okularów zezuję mocniej. Dlatego bardzo rzadko noszę szkła kontaktowe, które po prostu mnie męczą. Chyba, że… mam do nich zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Ze szkieł przeważnie korzystam na basenie, w czasie wycieczek rowerowych etc. Pewnie dlatego jakoś nigdy nie kupiłam sobie porządnych okularów przeciwsłonecznych, co z kolei powodowało, że rzadko korzystałam ze szkieł kontaktowych, bo nie lubię zezować. Teraz, przy okazji zmiany wszystkich par okularów, ponieważ na wstawienie nowych szkieł w oprawki trzeba poczekać kilka dni, więc postanowiłam zmienić także to. Korzystając z posezonowych wyprzedaży kupiłam porządne okulary przeciwsłoneczne, by móc czasem założyć szkła kontaktowe. No i… założyłam. Przyznam, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek siedziałam w szkłach kontaktowych przed laptopem, raczej jeśli już, to przed komputerem stacjonarnym. Pewnie dlatego nie miałam kłopotów z widzeniem. Tym razem okazało się, że w szkłach nie jestem w stanie obciąć sobie skórki przy paznokciach. Nie jestem też w stanie przeczytać czy napisać czegokolwiek na laptopie. Musiałam poważnie odsuwać się od monitora, a wtedy nie sięgałam dłońmi do klawiatury. Mało tego! Okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać nic na smartfonie. Była sobota, kiedy założyłam szkła. Chodzenie po ulicy super, ale… jak w nich pisać na komputerze? Pobiegłam do Rossmana po okulary do czytania. Wybrałam najtańsze o mocy +1 i okazało się, że mając szkła kontaktowe mogę dzięki nim czytać na komputerze i smartfonie. Stwierdziłam jednak, że taki zestaw będzie ostatecznością. Dlatego natychmiast wydłubałam z oczu szkła kontaktowe. Będę z nich korzystać wtedy, gdy będę wiedzieć, że przede mną wizyta w kinie lub teatrze, a nie długie pisanie.

A ponieważ droga do Rossmana wiodła przez bankomat, z którego chciałam skorzystać używając kodu blik, co z powodu szkieł kontaktowych jednak proste nie było, więc refleksję mam taką. Wolę jednak być krótkowidzem. Owszem, nie jestem w stanie oglądać bez okularów telewizji, nie mogę prowadzić samochodu, ale mogę czytać i pisać, a to dla mnie zdecydowanie najważniejsze.

Napisałam zaś to wszystko m.in. dlatego, że tyle osób namawia mnie na operację krótkowzroczności, a ja do tej pory wahałam się. Jednak po opowieści przyjaciółki, która zoperowała sobie taką wadę wzroku, a po kilku latach od operacji musiała zacząć nosić okulary do czytania oraz po moim ostatnim własnym doświadczeniu ze szkłami kontaktowymi, jednak się nie zdecyduję. Wiem dobrze, jak to jest być krótkowidzem, a teraz poznałam czym jest dalekowzroczność. I stwierdzam, że ta lepsza jest w życiu, a nie w okulistyce.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

5 minut spóźnienia, czyli kwadrans przed końcem pracy

Ponieważ od ponad 20 lat nie mam etatu, a od ponad 8 nie mam działalności gospodarczej, więc nie opłacam sobie ZUS. Emeryturę i tak będę mieć najmniejszą z możliwych, więc dalsze ubezpieczanie się emerytalnie nie ma już sensu, zaś ubezpieczenie zdrowotne w NFZ to jakiś horror, bo nie dość, że drogie to terminy wizyt straszne o czym bez przerwy wysłuchuję od koleżanek i kolegów. Owszem, przydałoby się czasem mieć zniżkę na leki, ale póki co żadne nie są mi potrzebne. Żebym jednak tak zupełnie nie była bez lekarza to wykupiłam wiele, wiele lat temu pakiet medyczny dla rodziny. Dla naszej trójki wynosi on 464 złote miesięcznie. Kiedy były momenty chude to zgrzytaliśmy zębami, ale… i tak się opłaca, bo pakiet obejmuje pełen zakres usług z niemal wszystkimi badaniami, a także pobytem w szpitalu włącznie. Mam wrażenie, że wiele razy mi się to zwróciło, bo jedna wizyta u specjalisty kosztuje ok. 150 złotych, a już tyle razy skorzystaliśmy z różnych lekarzy, że dawno przestałam to liczyć.

Dziś po raz kolejny miałam umówioną wizytę. Tym razem u ortopedy w POLMEDZIE na Targowej. Wszystko na ten mój pakiet. Co mi dolega?

Jakieś trzy tygodnie temu zaczęła boleć mnie pięta, jakby mi ze środka wyłaziły sztylety. Byłam jednak wtedy poza Warszawą, na mazowieckiej wsi, gdzie opiekowałam się działką kolegi. Pięta nie bolała mnie zresztą bez przerwy a tylko przy niektórych ruchach, nie w trakcie chodzenia, nie jest to ból podeszwy etc., więc postanowiłam nie panikować tylko poczekać aż wrócę z wakacji. W sprawie umówienia wizyty zadzwoniłam 16 sierpnia. Wizytę umówiłam na dziś (21 sierpnia) na 11:45. Byłabym w przychodni wcześniej, ale pod przychodnią zaparkować trudno, więc trochę mi się zeszło na szukaniu wolnego miejsca i do recepcji wparowałam punktualnie o 11:45. Kolejki nie było, ale pani dała mi do wypełnienia jakąś ankietę. Zajęło mi to 5 minut. Te 5 minut wystarczyło, by pan doktor, który miał zbadać mi piętę opuścił przychodnię. O 11:50 pocałowałam klamkę od jego gabinetu. Pani z recepcji ospale zaczęła szukać doktora mówiąc, że przyjmuje do 12:00, więc zaraz wróci. Powiedziałam jej, że pacjenci siedzący w korytarzu twierdzą, że wyszedł z teczką i powiedział głośno „do widzenia”. O 11:55 pani recepcjonistka zaczęła dzwonić do pana doktora, by usłyszeć od niego, bym przełożyła wizytę. Niestety… płacę to wymagam! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd. Próbowano zrzucić winę na mnie, że przyjechałam za późno. Pokazałam SMS, który dostałam od umawiającej wizytę konsultantki, który brzmiał, że wizyta o 11:45 i o tej byłam. Przy okazji zwróciłam uwagę, że cały czas na blacie leży moja ankieta z moimi danymi osobowymi, które każdy może sobie przeczytać. Wściekła zażądałam książki skarg i zażaleń. Pani z recepcji podniosła się ospale i pomaszerowała do pokoju kierownika przychodni. Po chwili wróciła i kazała poczekać pod drzwiami, bo kierownik rozmawia przez telefon. Było po 12, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła pani kierowniczka z pytaniem o co chodzi. Powtórzyłam całą sytuację, że pan doktor skończył pracę przed czasem i mnie nie przyjął, bo zostałam przetrzymana w recepcji na wypełnianie ankiety. Pani zaczęła twierdzić, że ankietę trzeba było wypełnić, bo nie mieli moich danych (choć w tej przychodni byłam kilka razy, ale u innych specjalistów), ale szybko odparłam, że chyba nie były potrzebne, skoro ankieta leżała na blacie, a poza tym nie dostałam informacji, że mam być wcześniej, bo inaczej wizyta przepadnie. Koniec końców powiedziałam, że mnie właściwie nic już nie interesuje, tylko chcę dziś do ortopedy i koniec, bo płacę i wymagam. Na szczęście w przychodni był drugi lekarz. Przyjął mnie po 15 minutach, zbadał i stwierdził zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Po czym dał skierowanie na USG.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

A piszę o tym wszystkim dlatego, że gdybym nie miała tego pakietu to pewnie odeszłabym z kwitkiem, a gdybym miała ubezpieczenie NFZ to siedziałabym w jakieś państwowej przychodni 8 godzin w kolejce w koszmarnych warunkach, jak siedział mój syn na pogotowiu, gdy złamał nogę.

Swoją drogą, gdy umawiałam potem USG (które też jest w pakiecie) i opowiedziałam konsultantce „przygodę” z panem ortopedą usłyszałam w jej głosie szczere zdumienie. Ciekawi mnie jaki będzie los lekarza z prywatnej przychodni, który wyszedł sobie do domciu kwadrans przed końcem pracy.

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej