Jeden z symboli dzieciństwa, czyli kolejny dzień śpiewam

Kolejny dzień czytam o śmierci Fidela Castro i kolejny dzień śpiewam hiszpańskie piosenki z dzieciństwa, bo Castro właśnie dzieciństwo mi przypomina.

W latach 70-tych w Telewizji Polskiej nocne dyżury w dziale łączności z widzami miewali dziennikarze. Ojciec, który pracował w TVP, miał je dość często. Dlatego nabierał czasem znajomych opowiadając, że do działu łączności z widzami zadzwoniła zgorszona kobieta mówiąc, że w „Dzienniku Telewizyjnym” pokazywano porno. Po sprawdzeniu informacji dyżurujący w dziale łączności z widzami dziennikarz odpowiadał: „To nie było porno. To tylko Fidel Castro jadł banana”. Dowcip może i głupi, ale niesamowicie działał na wyobraźnię. A oboje z Ojcem uwielbialiśmy głupie dowcipy. Ojciec opowiadał ten świński dowcip przy mnie, bo Fidel Castro, jako jeden z nielicznych dyktatorów, nie był dla mnie abstrakcją. Dowcip Ojca był zresztą odpowiedzią na mój dowcip, który przyniosłam do domu i był o tym, jak dwóch Polaków na Kubie chciało kupić chleb, który był na kartki. Nie wiedzieli jak to zrobić, ale zauważyli, że do sklepu weszli dwaj mężczyźni powiedzieli: „Cubanos Partizanos” i dostali chleb. Postanowili więc też tak zrobić. Weszli do sklepu i powiedzieli: „Cubanos Partizanos”. A sprzedawczyni na to: „Jacy Cubanos Partizanos? Gdzie macie brody”, w odpowiedzi na to Polacy zdjęli spodnie i pokazując przyrodzenia powiedzieli: „Tajnos agentos”. Dowcip przyniosłam ze szkoły. Cóż… była to szkoła mocno związana z Kubą. Do Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie im. Ernesto Che Guevary (po reformie szkolnictwa, w wyniku której powstały gimnazja, podstawówka zmieniła patrona na Jana Brzechwę) poszłam w 1974 roku. Dwa lata wcześniej odwiedził ją Fidel Castro.
Gdy kilka lat temu powstał portal „Nasza Klasa” i rozpoczęliśmy wspominki na szkolnym forum, starszy kolega z podstawówki zamieścił w sieci zdobyte z CAF zdjęcia z tej pierwszej wizyty Fidela w naszej szkole. Rozpętały się dyskusje, dzięki którym kolega uzupełnił podpisy pod fotografiami. Obecni na uroczystości z Fidelem wspominali, że dziewczynką trzymająca kwiatki jest Ela Rychlica późniejsza drużynowa naszej 77 WDHiZ. Wspominali, że Castro od razu dostał od naszych harcerzy chustę i że obecna była wtedy kamera, choć to akurat widać na zdjęciach.

fot. CAF 1972


fot. CAF 1972


fot. CAF 1972

Poza tym dyskutowaliśmy o naszym patronie i Kubie obecnej w naszym szkolnym życiu. Pewne rzeczy pamiętaliśmy inaczej, ale… niektóre tak samo. Na przykład, że hymn szkoły miał refren:
„Tak jak Guevara przewodzi nam.
Wzór odwagi i wzór męstwa w walce o swój kraj”.

Wtedy chyba nikt z nas nie zwracał uwagi, że Guevara był Argentyńczykiem, a walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, zaś z hymnu nie wynika o jaki kraj chodzi. Wszystkie te kraje były dla nas zupełnie abstrakcyjne. Pani Alicja Mossakowska, nauczycielka muzycznego, uczyła wszystkie roczniki kubańskich pieśni rewolucyjnych i innych hiszpańskojęzycznych utworów popularnych na Kubie. Dla niektórych było to przekleństwo, dla innych coś fajnego. Należałam do tych drugich. Uwielbiałam śpiewać. Pewnie dlatego do dziś pamiętam tzw. „Bajamesę”, czyli hymn Kuby oraz pieśni „Hasta Siempre”, „Guantanamera” oraz pieśń rewolucyjną 26 lipca zwaną przez nas „Adelante Cubanos”. Pamiętam jak w pewne wakacje z koleżankami tak żarliwie śpiewałyśmy to w windzie bloku Elbląska 10A waląc przy tym pięściami w ścianki windy, że aż stanęła między piętrami.

Paradoksalnie, gdy jeżdżę samochodem na długie trasy i zmęczy mnie słuchanie radia sama śpiewam. Czasem wkradnie się do mojego samochodowego repertuaru coś z tamtych lat. Śpiewam przecież dla siebie i nikt tego nie słyszy. Kto mi zabroni śpiewać za kierownicą własnego samochodu hymn Kuby? Czasem jednak, gdy kończę śpiewanie na głos, pozdrawiam ewentualnych podsłuchujących. W dzisiejszych czasach można nas przecież inwigilować. Pieśni, które śpiewaliśmy nikt nam nie tłumaczył. Śpiewaliśmy je więc bezmyślnie, notując dyktowane przez panią Mossakowską słowa tak jak je słyszeliśmy. Treść pieśni poznałam dopiero jako dorosły człowiek. Wyjątkiem była wspomniana już pieśń rewolucyjna 26 lipca z refrenem zaczynającym się od słów „Adelante Cubanos”, bo miała też polską wersję językową z refrenem brzmiącym:

„Kubańczycy do broni!
Ojczyzna wynagrodzi wasze męstwo.
Nie będziemy pokorni,
tyraństwa wyplewimy podły chwast.
Nasze będzie zwycięstwo,
choć tyran jeszcze dzisiaj gnębi nas.
Dość już wyzysku, krzywdy dosyć
w boju się ważą nasze losy
naprzód bracia z osiedli i miast.”

Zarówno jej melodia jak i polski tekst od dziecka kojarzyły mi się trochę z „Międzynarodówką”. A ponieważ z domu wyniosłam wiedzę, że „Międzynarodówka” jest pieśnią francuską, na dodatek Francja kojarzyła mi się z wysoką kulturą i prababcią Zosią z Ruszczykowskich Piekarską, która kochała Balzaca, więc „Międzynarodówkę” lubiłam i zapewne z tego powodu również rewolucyjna pieśń Kubańczyków nie budziła mojego sprzeciwu i oburzenia.

Na akademii szkolnej jedną zwrotkę „Hasta siempre” śpiewałam jako solistka. Zwrotka brzmiała:

Tu braso gloriosa y fuerte
sobre la historia dispara
cuando todo Santa Clara
se despierta para verte.”

Potem był śpiewany przez cały chór refren kończący się słowami „Comendante che Guevara”.

Pewnego dnia do szkoły przyjechały panie z jakiegoś hiszpańskojęzycznego radia i nagrywały audycję o naszym patronie dla Kuby lub Argentyny. Zebrano kilka osób w jednej klasie i nagrywano z nami wywiady. Odpytywano z życiorysu Che Guevary, a ja musiałam zaśpiewać tę „moją” zwrotkę „Hasta siempre”, co zrobiłam dosyć chętnie, bo przecież lubiłam śpiewać. Potem panie spytały czy wiem o czym śpiewam. Miałam 11 lub 12 lat i kompletnie nie wiedziałam, ale jako dziecko, któremu inni dokuczają nie chciałam, by obecne przy tym niektóre koleżanki znów się ze mnie śmiały, więc zaczęłam strzelać korzystając z podobieństwa do innych języków, z których znałam pojedyncze słowa. Czasem jest to zbawienne a czasem bywa ryzykowne. Tym razem miałam wrażenie, że okazało się zbawienne. Powiedziałam, że jest tu coś o chwale (było słowo „gloria”, znane z kolęd) o śmierci (słowo „todos” kojarzyło mi się z niemieckim „todt”, a to było w śpiewanej w chórze piosence „Jest Warszawa”) i jest wyrażenie „Santa Clara”, a z życiorysu Che Guevary wiedziałam, że walczył w Santa Clara. Panie powiedziały, że dobrze, więc kamień spadł mi z serca. Pomyślałam, że mam szczęście, że nie pytają o inne pieśni, bo o czym jest „Guantanamera” dowiedziałam się już po skończeniu podstawówki. Również wtedy dowiedziałam się, że „todos” nie oznacza słowa „śmierć”, a „wszyscy” i że w związku z tym niezbyt dobrze zrozumiałam o czym jest śpiewana przeze mnie zwrotka „Hasta siempre”, ale po latach doceniam szlachetność dziennikarek, które zamiast mnie zganić – pochwaliły.

Paradoksalnie znajomość tych kubańskich pieśni bardzo mi kiedyś pomogła. W 2000 roku w Nowym Jorku wiózł mnie na lotnisko kubański taksówkarz. Było mało czasu do odlotu samolotu i groziło mi spóźnienie. Zaśpiewałam „Adelante Cubanos” oraz „Bajamesę” zaś… pan oddawszy gazu i złamawszy przepisy dowiózł na czas!

Czasem zastanawiam się ze znajomymi nad tym, czemu polskiej podstawówce dano takiego patrona jak Che Guevara. Ze szkolnych akademii wryło mi się w pamięć opowiadanie o nim, że był lekarzem. To jednało moją sympatię. Lekarz to ktoś dobry dla ludzi. Mówiono też, że był obywatelem argentyńskim, który walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, co wtedy w moim przekonaniu czyniło go szlachetnym człowiekiem, bo czyż każdy kto walczy by pomóc innym nie jest szlachetny? Jako dziecko nie miałam świadomości jak wygląda rewolucja, ani że potem pożera swoje dzieci. Nie wiedziałam o roli Fidela Castro w śmierci Che Guevary ani o tym, że być może stał za nią rownież Klaus Barbie. Dziś myślę, że mówiono nam tak o naszym patronie, bo ówczesna dyrekcja (w postaci pani Zdzieszyńskiej) chciała ambitniej podejść do problemu, a jednocześnie (mimo wszystko) nie zatruwać nam za bardzo umysłów.

Fidel poza tym 1972 rokiem nigdy więcej nie odwiedził naszej szkoły, ale delegacje z Kuby co jakiś czas przychodziły na szkolne akademie. W 1976 lub 1977 odwiedził nas Raul Castro z żoną Vilmą. To widziałam na własne oczy, bo cała szkoła była na akademii ku czci Che Guevary z udziałem gości z Kuby. Raul mnie nie zainteresował. Nawet nie pamiętam jego twarzy z tamtego okresu. Natomiast ogromne wrażenie zrobiła na mnie Vilma Castro, która wydała mi się interesująca, elegancka i bardzo światowa. Od szkolnej delegacji dostała wtedy szmacianą lalkę ze szkolną tarczą.

Dziś śmieszy mnie, gdy po latach czytam w sieci wspomnienia uczniów naszej szkoły, że komuś z nich z Guevarą było nie po drodze, albo że ktoś specjalnie zachorował, by nie być w szkole podczas wizyty Fidela Castro. Naprawdę? Czy nie jest to przypadkiem sztuczne kombatanctwo, w którego szatki tak lubimy się ubierać jako dorośli wmawiając sobie i światu, że od dziecka byliśmy tacy prawi i zbuntowani przeciwko reżimowi, w którym przyszło nam żyć? Na zdjęciach z wizyty Fidela w szkole widzę same uśmiechnięte twarze. Mnie wtedy interesowało tylko pisanie po kryjomu opowiadań i pamiętnika oraz śpiewanie. Ale naprawdę nie kojarzę wśród swoich rówieśników żadnego buntu przeciwko patronowi czy odwiedzającym nas delegacjom kubańskim. Pamiętam nawet żal koleżeństwa, że wtedy gdy mój rocznik był w 7 i 8 klasie nie mogliśmy pojechać z tradycyjną przeznaczoną dla 7 i 8 klas wycieczką na Kubę, bo były to czasy stanu wojennego.

Śmierć Castro to dla mnie koniec pewnej epoki w moim własnym życiu. I nie ma to nic wspólnego z polityką. Kubę na pewno czekają zmiany, bo nic nie trwa wiecznie, a przede wszystkim dyktatura i tyrania. Ja zaś piszę o tym, choć nie tęsknię za podstawówką, bo mi dokuczano. Szkoła mi się śni jako koszmar i raczej nie poszłabym na klasowe spotkanie po latach, bo i po co? Bywa jednak, że tęsknię za czasami, kiedy żyli oboje moi rodzice, a ja nie miałam dylematów czy Che Guevara to morderca czy bohater ani czy pieśni, których nas uczono to indoktrynacja czy nie. Bo śpiewałam je bez zrozumienia, ale z przyjemnością. Dla mnie po prostu miały piękne melodie.

Grafomania źródłem życia

Znajoma pisarka, koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pokazała mi w sieci pewien teledysk. Przeszłabym obok niego obojętnie, bo śpiew taki sobie, zdjęcia nudne, a tekst banalny, ale… piosenkę nagrała inna pisarka w celu promowania swojej książki. Słyszałam już o tej autorce. Powiem więcej. Miałam wątpliwe szczęście przeczytać dwa rozdziały jednej z jej książek. Były zamieszczone w internecie, kiedy książka była promowana przez jeden z ogólnopolskich portali. Po lekturze tych dwóch rozdziałów, do książki z której pochodziły zajrzałam tylko na chwilę, by ze smutkiem się przekonać, że to co przeczytałam w sieci to nie „sen wariata”, ale coś, co naprawdę zostało wydrukowane i wydane przez profesjonalne wydawnictwo. Na dodatek jedno z najlepszych w Polsce. Byłam tym szczerze i prawdziwie przerażona. Po pierwsze: to co pierwotnie wzięłam za nieudolne streszczenie banalnej książki było… jej fragmentem! Po drugie: język utworu był koszmarny! Po trzecie: w powieści (co stwierdzam na podstawie naprawdę uważnie przeczytanych dwóch rozdziałów) autorka ślizga się po tematach streszczając wydarzenia jakby szybciej chciała to opowiedzieć. Jednym słowem pisze na kolanie i chyba nie czyta tego co sama napisała. Pisze zaś bardzo dużo. Tylko w tym roku wydała kilka książek. Kim jest człowiek, który dużo pisze i sam tego nie czyta? Ano grafomanem. Grafomania jest to bowiem „patologiczny przymus pisania utworów literackich”. Kim jest człowiek ogarnięty grafomanią? Przeważnie jest to ktoś, kto „łączy przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego przez fachowców”.

Wspomniana przeze mnie autorka jest bez wątpienia grafomanką. Jej twórczość nosi wszystkie znamiona tego zjawiska. Fachowcy literatury zbywają ją milczeniem. Prywatnie poproszeni przeze mnie o ocenę załamują ręce: nad językiem, stylem i tym ślizganiem się po tematach. Szanowani i uznani krytycy literaccy zgodnie mówią, że to najgorsza rzecz jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Zwłaszcza, że wydawane jest to w gigantycznych nakładach, a nawet dodawane do poczytnych gazet. Poważni pisarze milczą na temat tego zjawiska, bo krytyka z ich strony oznacza zmierzenie się z zarzutem bycia zazdrosnym o liczbę napisanych przez tę panią książek, ich wielkie nakłady i sumy zarabiane przez nią. Mam o tyle komfortową sytuację, że nie boję się zarzucenia mi zazdrości. Pewnie dlatego, że mam świadomość, że na myśli i opinie innych nie mam wpływu, a naprawdę nie zazdroszczę. Po pierwsze: moim celem nigdy nie było napisanie dużej liczby książek, gdyż twierdzę, że pisarz powinien dojrzewać, a to wymaga czasu. Po drugie: moim celem nie jest sprzedawanie milionowych nakładów, bo mam świadomość, że większość każdego społeczeństwa jest niestety głupia, a ja jednak wolę mieć mądrych czytelników. Wreszcie po trzecie: nie interesuje mnie bycie bogatym człowiekiem, bo z reguły bogactwo bywa szkodliwe dla jego posiadacza.

By jednak lepiej poznać zjawisko fenomenu tej kuriozalnej wręcz grafomanii spędziłam ostatnią niedzielę na czytaniu fragmentów jej książek (czytam bardzo szybko) oraz czytaniu blogów i recenzji poświęconych krytyce i zachwytowi nad jej twórczością. Przyznam, że najpierw śmiałam się do rozpuku. Szczególnie z pozytywnych recenzji zachwyconych blogerek piszących oprócz „ochów” i „achów” informacje, że mają komplety jej książek, które… pięknie wyglądają na półce (sic!). Co mnie tak w tym ubawiło? Otóż mam w domu sporo świetnych książek, które na półce wyglądają wręcz tragicznie, bo są mocno zniszczone przez czas, jak np. osiemnastotomowa encyklopedia Orgelbranda, czy dzieła wszystkie Mickiewicza, z których niestety odpadają okładki. Wolę jednak te rozpadające się książki od tych napisanych przez panią grafomankę. Śmiałam się też z tych pozytywnych recenzji, bo kompletnie nie były merytoryczne. Żadnych rzeczowych argumentów. Tylko przymiotniki, że wspaniałe i wzruszające. Kwiczałam czytając teksty tych, którzy grafomankę krytykują, ale… jak mówi stare przysłowie „im dalej w las tym więcej drzew” tak i mnie z każdym czytanym tekstem (lub oglądanym vlogiem) było coraz mniej do śmiechu, a i ten śmiech, który mną wstrząsał, powoli przestawał być tak radosny, jak na początku. Powód? Do czasu poznania twórczości tej pani twierdziłam, że polska literatura popularna nie jest grafomańska. Wielokrotnie w rozmowach ze znajomymi broniłam kilku poczytnych polskich pisarek, których książki uważam za ciekawe i sympatyczne, choć może rzeczywiście mało ambitne. Uważam jednak, że one swoimi książkami dają ambitniejszym pisarzom nadzieję, że czytelnik w pewnym momencie sięgnie po tę ambitniejszą literaturę. Niestety czytelnicy grafomanii autorstwa tej pani po ambitniejsze rzeczy mogą nie sięgnąć. Dlaczego? Im starszy czytelnik tym wolniej dojrzewa. A po tak strasznej grafomanii na pewno nie sięgnie po ambitniejszą literaturę. Najpierw będzie musiał poczytać dobrą literaturę popularną. Na tę ambitniejszą może mu już po prostu nie starczyć życia, bo im niższy poziom intelektualny człowieka tym dłużej trwa jego czytelnicza ewolucja.

Ponieważ jednak jestem przeciwnikiem pisania negatywnych recenzji, gdyż uważam, że to co złe powinno być pomijane milczeniem, dlatego nie tylko nie podaję nazwiska grafomanki oraz tytułów wydawanych przez nią w gigantycznych nakładach książek, a także nazw wydających ją wydawnictw, ale z prawdziwym bólem serca (bo też wielu by się ubawiło, a ja lubię śmiech) rezygnuję z cytowania zarówno jej powieści, jak i niezwykle trafnych (i bardzo zabawnych) tekstów krytykujących ją blogerów i vlogerów. Nie chcę, by mój czytelnik miał stuprocentową pewność o kim piszę. Z tego samego powodu nie podaję nazwisk i ksywek tych blogerów, którzy jadą po niej, choć robią to w sposób niezwykle inteligentny obnażając przy tym literacką miernotę, słabość języka i potworny brak logiki w napisanych przez grafomankę powieściach. Autorka np. co jakiś czas w jednym zdaniu stosuje i czas teraźniejszy i przeszły, czyli robi to, czego moja przyjaciółka – nauczycielka polskiego oducza uczniów klas IV-VI w szkole podstawowej. A jeśli idzie o brak logiki to podam tylko jeden drobny przykład. Oto w jednej z powieści główna bohaterka jedzie za granicę do ciepłych krajów, a kilkanaście stron dalej stwierdza, że nigdy nie była za granicą. I nie jest to bohaterka cierpiąca na amnezję, a przynajmniej z powieści to nie wynika.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po to, by pokazać w jak strasznej jesteśmy pułapce. Dlaczego ta pani jest wydawana przez najlepsze polskie wydawnictwa? Dlaczego jest popularyzowana przez największe i najpopularniejsze polskie portale? Bo ta jej grafomania jest dla wielu (i nie chodzi mi tu o nią) źródłem życia i dochodu! Tyczy to zarówno zwolenników jak i przeciwników takiej literatury. Po pierwsze: blogerzy, którzy z zachwytem omawiali jej twórczość, mieli dzięki jej płodności ruch na swoich blogach i częstą dostawę książek do zachwycania się. Po drugie: (o ironio!) ci, którzy jej twórczość krytykowali robili to tak często i poświęcali temu tyle miejsca, że licznik na ich stronach przewijał się znacznie szybciej niż na stronach tych, którzy się grafomanką zachwycali. Krytyczna blogerka rekordzistka poświęciła jednej złej książce grafomańskiej autorki aż 10 wpisów, a jeden z vlogerow aż sześć odcinków swojego videobloga! Po trzecie: grafoman dla wydawnictw jest źródłem gigantycznego wręcz zarobku! Jedna z pracownic działu promocji wydawnictwa, które wydaje tę konkretną grafomankę, zapytana przed laty przeze mnie (kiedy znałam tylko te dwa straszne rozdziały autorstwa tej pani), czemu to wydawnictwo wydaje coś tak złego literacko, odpowiedziała mi, że muszą czymś zarobić na ambitniejszą literaturę, która sprzedaje się w małych nakładach i do której trzeba dopłacać. Tak więc pieniądz rządzi światem! Ludzie zarabiają na narkotykach i prostytucji, choć to nielegalne. Zarabianie na grafomanii, czyli psuciu gustów czytelniczych społeczeństwa niestety nie jest nielegalne, a co za tym idzie karalne. Szkoda! Przecież czytanie głupot też jest szkodliwe. Na paczkach papierosów od dawna mamy napisy mówiące o tym, że „palenie powoduje raka” lub „palenie zabija”. Szkoda, że nikt nie napisze na okładkach książek tej pani: „czytanie tego dzieła może być przyczyną spaczenia gustu literackiego” albo: „czytanie tej książki ogłupia”. I przyznam, że zastanawiam się, czy jeśli chcemy mieć mądrzejsze i bardziej wykształcone społeczeństwo to taki napis na okładkach pewnych książek nie powinien by jednak umieszczony? Czy może chcemy być głupi?

I tak na sam koniec. Dziś nawet ja dzięki tej grafomanii żyję, bo mam temat na blog. Gdyby nie grafomanka być może napisałabym o gangu świeżaków z Biedronki, do czego od wielu dni się przymierzam (pewnie w końcu o tym napiszę). Obiecuję jednak, że nieprędko napiszę o słabej literaturze. Nie chcę karmić grafomańskiego trolla. A ponieważ mam świadomość, że ten wpis również może przyczynić się do jej popularności dlatego bardzo proszę o niezadawanie pytania kogo mam na myśli. A wszystkich, którzy mają się za ludzi inteligentnych, wyjątkowo proszę o niekorzystanie z wyszukiwarek google. Ciekawość to przecież pierwszy stopień do piekła. Zaspokojenie tej ciekawości to sprowadzenie piekła na ziemię. Wprawdzie tylko piekła literackiego, ale to też piekło.

Spokojnie! To już się dzieje!

Droga Pani posłanko,

w przeciwieństwie do części społeczeństwa przeczytałam Pani tekst naprawdę uważnie. Dlatego nie proszę o deportację. Wiem, że nie o mnie Pani chodziło. Poza tym to mój kraj! Nawet, gdy rządzą nim niezbyt mądrzy ludzie. I nie zamierzam go porzucać dla kaprysu, by tym niemądrym ludziom go pozostawiać. Rozumiem co Pani chciała powiedzieć. Ale to zupełnie Pani nie wyszło. Myślę, że jednak nie przemyślała Pani sprawy. Po obejrzeniu filmu „Wołyń” (który ja też widziałam i o którym też pisałam, bo mój mąż jest aktorem i we wspominanym filmie zagrał Bohdana, który rozrywa końmi polskiego patriotę) miała Pani po prostu taki mętlik w głowie, że nie zapanowała Pani ani nad swoimi myślami ani językiem. Z jednej strony to rozumiem, bo film jest mocny, ale z drugiej strony szczerze zalecam najpierw przemyśleć, potem napisać, a jeszcze potem odetchnąć głęboko i kilka razy przeczytać to, co się napisało. Podobno grafomana i złego publicystę poznaje się po tym, że napisze i nie przeczyta własnego tekstu. Dobry publicysta przeczyta kilka razy, zwłaszcza pod kątem jak jego tekst mogą zinterpretować wrogowie. Ale zacznijmy od początku.

Napisała Pani o Wołyniu „nie znam tych ziem, ani żyjących tam ludzi. Połowa Polski w granicach sprzed 1939 jest nieznana współczesnym Polakom. Tak samo jak przeszłość i los żyjących tam Polaków. Tę niewiedzę i niepamięć zawdzięczamy przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.”  

Wydaje mi się, że osoba, która nie zna tamtych ziem, czyli jak rozumiem nigdy nie była na Ukrainie i jak rozumiem nie ma tam znajomych ani przyjaciół, w ogóle nie powinna w tej sprawie zabierać głosu. Z tekstu wynika, że niewiele Pani wie na temat Ukrainy i Ukraińców. Co gorsza z tego samego Pani tekstu wnioskuję, że jeszcze mniej wie Pani na temat Polski i Polaków. Nie widzi Pani jacy jesteśmy? Wystarczy przyjrzeć się… sobie.

Napisała Pani: Jak dotąd nie czytałam i nie słyszałam w polskich mediach pytania: kim są ci ludzie z Ukrainy, których w Polsce pracuje już ponad milion? Potomkami morderców? A jeśli tak, to czy uważają ludobójstwo, jakiego dopuścili się ich krewni na Polakach, za zło, które ich dzisiaj boli? A może są tymi, którzy za zarobione u nas pieniądze fundują na Ukrainie pomniki Bandery?”

Nie jest łatwo przyjechać z Ukrainy do Polski. W większości znanych mi przypadków przyjeżdżający tu Ukraińcy albo mają polskie pochodzenie albo… są to tacy ludzie, którzy chcą polepszyć swój los. Bywa więc, że zapłacili w łapę naszym rodakom żyjącym z wystawiania za pieniądze zaproszeń. Czyli są tu dzięki naszym (Pani i moim) rodakom żerującym na ludzkim nieszczęściu! Retorycznie tylko spytam, czemu nie martwi się Pani tym czy ci nasi rodacy odprowadzili podatek od zarobionych w ten sposób pieniędzy?

Wróćmy jednak do przyjeżdżających tu z Ukrainy. Tych o polskich korzeniach trudno posądzać o fundowanie za zarobione w Polsce pieniądze pomników Bandery, choć te posądzenia też padają. A jakże! Co z tymi drugimi? Podobnie jak my w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych w Niemczech, tak i oni dziś w Polsce szorują nasze kible i podłogi za upokarzające stawki będąc co chwilę posądzanymi o kradzieże oraz… bycie właśnie banderowcami, bandytami lub przydrożnymi prostytutkami. Traktujemy więc ich tak, jak my byliśmy traktowani pracując w Niemczech, kiedy sławę Polsce za Odrą przynosiła Teresa Orlovsky, gwiazda filmów porno. Teraz ten sam zarzut bycia złodziejem, bandytą, prostytutką dość często spotyka przyjeżdżających ze wschodu Polaków! Zwłaszcza gdy przez pierwsze miesiące czy lata pobytu w Polsce mają akcent. To po akcencie od razu inni rozpoznają skąd oni są. A jeśli są ze wschodu to mogą być jedynie najgorszym sortem ludzi. Nawet nie Polaków. A już bron Boże prawdziwych Polaków! I to mimo posiadania nie tylko polskich korzeni, ale nawet typowo polskobrzmiących nazwisk. Mieszkający w kraju rodacy zapominają, albo nie wiedzą, że za wschodnią granicą po 1945 roku zostało sporo Polaków, którzy postanowili tam żyć. Oni nie opuścili Polski. To Polska ich opuściła. A teraz słowami takich posłów jak Pani, ta Polska pluje im dalej w twarz.

Mój mąż, który urodzi się w Moskwie, ale wychował na Ukrainie w rodzinie o polskich (ale też ukraińskich, słowackich i innych) korzeniach, do końca życia nie zapomni jak chodząca co tydzień do kościoła i żarliwie modląca się tam nasza sąsiadka wezwała na niego służby imigracyjne, by zbadały jego dokumenty. Czy aby na pewno przebywa w Polsce legalnie. Nie wystarczyło jej to, że jako polski aktor otrzymuje stypendium polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na przygotowanie patriotycznego monodramu, który potem w 2013 roku był zresztą wystawiany w Muzeum Niepodległości 11 listopada.

Napisała Pani: „Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby.”

To się już dzieje i działo. Zapomniała Pani o abolicji dla przebywających nielegalnie obywateli Ukrainy, która została przygotowana przez poprzedni rząd? Owszem. Nie wszyscy z niej skorzystali. Wielu bało się deportacji mimo zapewnień, że tak się nie stanie. Wychowani na Ukrainie ludzie nie wierzą władzy. Nawet jeśli jest to władza polska. I nie dlatego, że wtedy, gdy uchwalano abolicję u władzy była Platforma Obywatelska. Nie wierzą i teraz, gdy u władzy jest Prawo i Sprawiedliwość. Bo i to i to władza, a władza zdaniem ludzi wychowanych na wschodzie, zawsze kłamie.

Jeśli idzie o żądanie od cudzoziemców, by legalizowali pobyt, to chcę tylko Pani przypomnieć, że w USA nielegalnie przebywa około 60-80 tysięcy Polaków. Gdy w 2000 roku byłam w Stanach Zjednoczonych poznałam ich dość sporo. Żyją tam przez lata z daleka od ojczyzny. Pracują na fałszywych papierach. W świetle tamtejszego prawa przestępcy. A z ludzkiego punktu widzenia? Co Pani o nich sądzi? Nie zna Pani nikogo, kto by w Stanach przebywał nielegalnie? Nie słyszała Pani o żadnej znajomej znajomego? Córce sąsiadów? Czy dalekich krewnych? Jeśli tak, to proszę szybciutko poinformować o tym tamtejszy rząd. Przecież to przestępcy, a my z USA mamy umowy. Miła propozycja?

A Polska? Ludzie ze wschodu nie legalizują tu swojego pobytu, bo się boją. Trudno Pani zrozumieć ich strach? Ja, czytając Pani tekst, w ogóle się im nie dziwię. Proszę go przeczytać jeszcze raz wyobrażając sobie, że jest Pani nielegalnie przebywającą tu Ukrainką. Może tą Swietłaną Jakowlewą, która najpierw przebywała tu nielegalnie, potem zachorowała na raka, a potem umierając szukała polskiego domu dla swojej czwórki dzieci, by nie zostały deportowane na Ukrainę. W internecie nic nie ginie. Proszę korzystając z google znaleźć jej historię. Proszę sobie wyobrazić, że Swietłana żyje i napisany przez Panią tekst czyta teraz.

Napisała Pani: „powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.”

Rozumiem, że tekst powstał z myślą o przyjezdnych i z troską o nasz kraj, bo boi się Pani muzułmańskich terrorystów walczących na rzecz tzw. Państwa Islamskiego. Wszyscy się ich boimy. Ale nie można każdego podejrzewać o najgorsze! Nie każdy przyjezdny jest terrorystą! Gdy przeczytałam te słowa zaczęłam się zastanawiać. Co Pani wie o swoim kraju i jego historii? Z Pani tekstu nie wynika, by była Pani świadoma, że przez lata Polska była krajem wielonarodowościowym i wielowyznaniowym. Nie tylko Polska Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego czy Stanisława Augusta, ale też i ta XIX-wieczna ciemiężona przez zaborców, a także ta z dwudziestolecia międzywojennego. W Polsce mieszkali Niemcy, którzy kochali te miasta, mieszkali Tatarzy, a nawet Rosjanie, którzy pracowali dla tych ziem, że tyko nieśmiało wspomnę Sokratesa Starynkiewicza urzędnika zaborcy, który ma tu swój pomnik i grób na cmentarzu prawosławnym tłumnie odwiedzany przez Warszawiaków w okresie Zaduszek. Mieszkali tu Polacy, którzy niekoniecznie byli katolikami. Piszę to do Pani nie tylko jako żona człowieka o polskich korzeniach, który przyjechał tu z ukraińskim paszportem. Piszę to także jako osoba, która od lat zajmuje się genealogią własnej rodziny. O swoich przodkach wiem sporo i wiem, że mam w sobie krew niemal wszystkich europejskich nacji, a wśród moich antenatów byli i książęta i magnateria i szlachta, a także mieszczanie i włościanie. Byli wśród nich również wyznawcy niemal wszystkich religii, bo: kalwini, luteranie, wyznawcy prawosławia i unici. Nie wszyscy byli patriotami, choć nie brakowało powstańców listopadowych, styczniowych i warszawskich oraz uczestników walk w obu wojnach światowych i w wojnie polsko-bolszewickiej. Czy na pewno zna Pani wszystkich swoich pradziadów i prababki na tyle dobrze, by być pewną ich patriotyzmu i katolicyzmu i z taką stanowczością stygmatyzować przyjezdnych? Byłby to chyba pierwszy w Polsce przypadek posiadania przez stulecia czysto polskich i tylko katolickich korzeni. Gdzież się wobec tego Pani uchowała? Na pewno tutaj?

Czy znane są Pani takie postaci historyczne jak Berek Joselewicz? Żyd walczący w powstaniu Kościuszkowskim? Albo Józef Bielak? To samo powstanie, a nazwisko tylko pozornie polskie, bo był to Muzułmanin i Tatar. Czy słyszała pani o Leonie Sulkiewiczu? Bohaterze wojny polsko-bolszewickiej? Też był Tatarem! Czy słyszała Pani o takim człowieku jak Francesco Nullo? Włoskim pułkowniku, który w powstaniu styczniowym walczył o wolność „waszą i naszą”? Czy wie Pani, że przodek wielkiego polskiego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki otrzymał przywileje szlacheckie zapisane w języku ruskim? Mogłabym wymienić Pani jeszcze wielu znamienitych Polaków, którzy przodkowie kiedyś do Polski przybyli. Proszę samej sprawdzić skąd wzięły się w historii naszego kraju takie nazwiska jak: Traugutt, Bacciarelli, Norblin, Fontana, a także Chopin – „sercem Warszawianin”.

Romuald Traugutt w mundurze rosyjskim. Jego rodzina od strony ojca, niemieckiego pochodzenia, przybyła do Polski w XVIII w. w czasach saskich. W styczniu będziemy obchodzić kolejną rocznicę powstania narodowego, którego był dyktatorem.

Komu zawdzięcza Pani tę balansującą na granicy ignorancji pogardę do własnego kraju, jego historii, korzeni i demografii? Czy tylko „przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.” Czy może jednak swojemu domowi, z którego jak wnioskuje po Pani tekście niewiele Pani wyniosła. A może winnym jest środowisko, w którym Pani przebywa?

Mam dużą wątpliwość czy czytała Pani książki na temat Wołynia, których tytułami Pani rzuca na prawo i lewo. Jestem natomiast pewna, że nie wie Pani nic o grających w filmie ukraińskich aktorach i ich motywacjach do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, ale to już pominę taktownym milczeniem.

W swoim tekście napisała Pani, że w rzezi wołyńskiej zginęło 60 tysięcy Polaków. Zapomniała Pani, bo to takie niewygodne, choć przecież zostało świetnie w tym filmie pokazane, że w II Rzeczpospolitej na tamtych ziemiach ci, którzy czuli się Ukraińcami, (a często mieli polskie korzenie) byli traktowani gorzej. I to właśnie było jedną z wielu przyczyn rzezi, w wyniku której polska strona też brała odwet, bo zginęło ok. 10 tysięcy Ukraińców. By przerwać zło, jakim jest nacjonalizm i nienawiść do drugiego człowieka spowodowaną jego odmiennością narodową czy religijną trzeba pisać ostrożnie i z poszanowaniem wszystkich racji! By takie wydarzenia jak ludobójstwo na kresach nigdy się nie powtórzyło nie powinno się siać nienawiści. A Pani tekst ją sieje! Zarówno wśród Polaków jak i Ukraińców, a także innych grup etnicznych, narodowościowych czy religijnych. Pani też w swoim tekście traktuje przebywających tu Ukraińców gorzej, a stąd naprawdę krok do… No? Do czego? Na dodatek pisząc o ukraińskich dyskusjach o filmie zacytowała Pani akurat takie dwie wypowiedzi. Igor Gawryłow: „W Polsce za rolę taką jak w filmie „Wołyń” spaliliby dom”. Jarosław Swatko: „To co dzieje się w Polsce, to dobrze założona praca rosyjskiej agentury”. Rozumiem. Inne wypowiedzi były niezgodne z Pani przekonaniami. Film „Wołyń” przez nacjonalistyczne środowiska Ukrainie został odebrany jako antyukraiński. Paradoksalnie nacjonalistyczne polskie środowiska odebrały „Idę” jako antypolską. Przypadek? Nie sądzę. Europa nacjonalizuje się. Nakręcona w ubiegłym roku w Niemczech komedia „On wrócił”, której głównym bohaterem jest Hitler, zjawiający się 70 lat po wojnie w Berlinie i przedstawiający swoje poglądy współczesnym Niemcom aż zostaje gwiazdą mediów, świetnie to pokazuje. Publiczność na filmie śmieje się, ale od połowy filmu jest to już inny śmiech. Tylko ci, którzy są u władzy mogą to nacjonalizowanie się Europy przerwać. Szkoda, że Pani nie chce zacząć tego robić. Szkoda, że dzieli Pani ludzi na lepszych i gorszych ze względu na pochodzenie, narodowość, wyznanie. Nie jestem pewna czy jest to prawe, a już na pewno nie jest to sprawiedliwe.

I tak już przez zwykłą ciekawość chciałam na koniec spytać: czemu wymyślone przez Panią oświadczenia o znajomości konstytucji mają składać jedynie „ateiści, muzułmanie i wyznawcy prawosławia”? Czemu wykluczyła Pani mariawitów, luteranów i kalwinów oraz zielonoświątkowców, baptystów, świadków jehowy, buddystów, pastafarian i innych? Za mało ich w Polsce? Według konstytucji wszyscy polscy obywatele są równi wobec prawa. A co do przyjezdnych i gości to obowiązują nas jeszcze Konwencja Genewska i Powszechna Deklaracja Praw Człowieka.

No ale spokojnie Pani poseł! Niech się Pani tak nie denerwuje. To czy przyjezdni są lojalni wobec naszej konstytucji i czy przebywają tu legalnie już jest sprawdzane. Wspomniana przeze mnie sąsiadka katoliczka wzywająca na mojego męża urząd imigracyjny, wielokrotnie policję, a także wytaczająca mu (na szczęście przegrywająca i to także w apelacji) trzy procesy przed polskimi sądami (oskarżając o takie rzeczy, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać) nie jest sama. Gdy przyznawano mężowi polskie obywatelstwo (ze względu na polskie pochodzenie) musiał zdać państwowy egzamin ze znajomości języka polskiego i polskiej kultury, dokładnie sprawdziły go też wszystkie polskie służby. Zapewniam Panią jednak, że jego polskość i poglądy na Polskę i Banderę moi znajomi badają na każdym kroku, choć czasem być może nieświadomie. Dwa lata temu pomagający mi odpalić samochód kolega pytał, czy ukraińscy przodkowie męża nie byli w UPA. Bo wielu jest przekonanych o tym, że gdyby jego przodkowie byli prawdziwymi Polakami nigdy przenigdy nie zostali by w ZSRR po zmianie granic. A już na pewno nigdy nie żeniliby się z Ukrainkami. Bo przecież dla prawdziwych Polaków miłość ma granice!

Tak więc droga Pani poseł. Nie trzeba nam dodatkowych służb. Te które są działają świetnie. Wystarczył jeden telefon sąsiadki! A i my sami nawzajem siebie posprawdzamy. Donos na bliźniego to najskuteczniejsza metoda. Sprawdzili to już, jak ich Pani nazwała, „przodkowie polityczni panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego”, a teraz posprawdzają tacy jak Pani. Powodzenia!

Małgorzata Karolina Piekarska

Powyższy tekst jest odpowiedzią na dwa teksty pani Poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy. Pierwszy zamieściła na portalu „wpolityce”.


http://wpolityce.pl/historia/315441-wydarzenia-wokol-wolynia-utwierdzaja-mnie-w-przekonaniu-ze-nie-uciekniemy-od-problemu-wspolczesnej-oceny-ludobojstwa-sprzed-lat

Drugim jest jej oświadczenie zamieszczone na Facebooku.


https://www.facebook.com/Mateusiak.Pielucha/posts/1200522493360285

Niczyja, czyli obita morda

Jestem niczyja. To moje wnioski z kolejnych rozmów, z kolejnymi znajomymi zaangażowanymi po którejś ze stron polsko-polskiej barykady. Gdybym chciała być złośliwa powiedziałabym, że „PiS mam w pisi” oraz „lepiej w smrodzie niż w kodzie”. Zwariowaliśmy! Zwariowaliśmy już niestety wiele lat temu! Zwariowaliśmy wybierając poprzednie rządy, ten rząd i zwariujemy jeszcze nie raz wybierając kolejne. Tak jakoś bowiem jest, że do polityki i władzy garną się delikatnie rzecz ujmując wariaci. Gdyby wprowadzono wśród posłów i senatorów badania psychiatryczne i badania osobowościowe mogłoby się okazać, że co drugi (a może i każdy) jest albo psychopatą albo socjopatą albo charakteropatą.

Jakieś dziesięć lat temu wysłano mnie do sejmu z kamerą, na jakąś pilnie zwołaną konferencję prasową. Szłam korytarzem z nieżyjącym już dziś operatorem Markiem Kaczorowskim i mikrofonem w ręku. Nagle zastąpił mi drogę pan z krawatem Samoobrony i powiedział: „A może mnie by pani nagrała”. Spytałam: „Na jaki temat?” Pan odparł: „Wypowiem się na każdy”. Przyznam się, że czasem, jak każdemu, tak i mnie siedzi diabeł na ramieniu. Poprosiłam więc Marka, który oczy miał jak spodki, o rozstawienie kamery, podłączyliśmy mikrofon, a ja zadałam posłowi pytanie: „Jak podobał się panu ostatni tom przygód o Harrym Potterze?”. Posła zatkało. „Pani żartuje?” – spytał. „Ależ skąd – odparłam ze śmiertelną powagą. – Przyszłam do sejmu zrobić sondę na ten temat, bo to jest bestseller.” Pan na to opowiedział, że na temat HP nie może się wypowiedzieć, bo nie czytał. Zwinęliśmy sprzęt i poszliśmy dalej. Marek całą drogę chichotał. Ale mnie do śmiechu nie było. Miałam potem sprawdzić, co to za poseł, ale wyleciało mi z głowy, a dziś nie pamiętam nawet jego twarzy. Tylko krawat.

Jakiś czas temu na uczęszczane przeze mnie zajęcia z pisania scenariuszy przyniosłam pomysł na film, który nie spotkał się z uznaniem wykładowców. Powiedzieli, że to pomysł na skecz, opowiadanie itd., ale nie na film. Nie będę się kłócić. Ja tylko uczennica. Oni profesorowie. Dlatego z czystym sumieniem go tu przedstawiam. Być może kiedyś rozwinę. Pomysł nazywa się „Morda”.  O co chodzi? Oto aby zwiększyć zainteresowanie społeczeństwa losami kraju wprowadzone zostaje prawo, że każdy poseł na sejm, by móc uczestniczyć w obradach, musi przedstawić zaświadczenie, że zaliczył cios w mordę od zwykłego obywatela. W kraju obowiązuje konkordat i kościół jest nowym prawem zachwycony, bo walenie w mordę jest zgodne z chrześcijańską zasadą nadstawiania drugiego policzka. Dawać po mordzie mogą tylko osoby, które nie uczestniczą w życiu publicznym kraju. Wyłączeni są więc artyści, naukowcy, dziennikarze etc. Nie mogą też wymierzać ciosów sportowcy, a w szczególności osoby uprawiające sztuki walki. Kobiet nie mogą policzkować mężczyźni, co wywołuje dysputy o równości.
Tymczasem nowe prawo rzeczywiście zwiększa zainteresowanie społeczeństwa wyborami. Problem w tym, że jest mniej kandydatów na posłów niż przed laty. Partie polityczne zaczynają też mieć wątpliwości, czy kandydaci zostają wybierani dlatego, że są najlepsi, czy może ludzie głosują na najgorszych, byle tylko móc im dać w mordę.
Rozpoczyna się kampania wyborcza. W wyborach startują nowi politycy. Mają nadzieję, że dochrapią się stanowisk, a ewentualne ciosy nie napawają ich przerażeniem. By wystartować do sejmu trzeba udowodnić na piśmie, że dostało się w mordę 3 razy. Z nowego prawa niezwykle cieszą się lekarze, a także farmaceuci oraz producenci kosmetyków. Kłopoty mają politycy. I to zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy walenia w pysk.
Są tacy, którzy twierdzą, że nowe prawo powoduje nadużycia. Oto posłanka Hanna Rudzka, która jest osobą po operacji zmiany płci nie może być, zgodnie z prawem, policzkowana przez mężczyznę. Z walenia w mordę sobie nic nie robi. Dzielnie przyjmuje ciosy i ze stosownym zaświadczeniem o spełnieniu poselskiego obowiązku sieje w sejmie zamęt propozycjami ustaw, które uderzają w opozycję. Tymczasem rośnie liczba zwolenników opozycji chętnych do dania w mordę „facetowi z cyckami”. Protestują przed biurem posłanki-transseksualistki.
Krystian Paliński, idealista, ma wizję jak powinno wyglądać mądrze zarządzane państwo. Jego program spotyka się jednak z takim poparciem społecznym, że ma kłopoty ze zdobyciem ciosów. Nikt nie chce go bić.
Jego zaciekłym wrogiem jest Andrzej Dziura, który przez cztery kadencje zasiadał w sejmowych ławach. Po wprowadzeniu nowego prawa nie decyduje się na start w wyborach. Nie chce mieć obitej mordy. Próbuje zwalczyć nowe prawo zawiadamiając Unię Europejską oraz Międzynarodowy Trybunał w Strasbourgu, że w jego kraju łamane są prawa człowieka. Wyborcy próbują go namówić na start. Przed jego domem ustawiają się kolejki ludzi, którzy oferują ciosy w ryj tak niezbędne do znalezienia się na liście kandydatów do sejmu. Dziura postanawia sprowokować Palińskiego do kupna na czarnym rynku fałszywego zaświadczenia o otrzymaniu ciosu w psyk. 

Tyle mój pomysł o świecie, w którym by wejść do sejmu trzeba dostać w mordę. Właściwie to już teraz to mamy. Tylko nie trzeba w ryj dostać, ale pozwolić się opluć. Plują na siebie bowiem już chyba wszyscy. I tylko po to, by nie dostać ciosu w ryj od społeczeństwa oferują mu pieniądze. I tak dalej…

Niech was nie zmyli ten widok. To nie jest niewinna suczka. To potwór! Ta PEDAŁKA zgwałciła dziś kota Szarlotka i zjadła moje skórzane, czerwone rękawiczki! #dom #pies #jamnik #frytka

MORDA

Mamy już program 500 plus. Fajnie, że jest, bo wielu ludziom daje pomoc w wychowaniu dzieci. Szkoda, że pomaga też rozmnażać się patologii. Za moment w życie wejdzie program 4000 złotych na chore dziecko. Złośliwi twierdzą, że gdy będzie z gwałtu to jest kumulacja, więc matce będzie przysługiwało 8000 złotych. Też nie źle. To starczy na kasę dla księży za chrzciny i pogrzeb, a nawet zostanie na skromną konsolację dla najbliższych i nie trzeba będzie oszczędzać na wieńcu. No, chyba, że kumulacji nie będzie. Wtedy te 4000 złotych to za mało. Wiem, co mówię, bo gdy 4 lata temu chowałam Eksia to pogrzeb kosztował ponad 4000 złotych, choć zrezygnowałam z mszy na cmentarzu (500 złotych) na rzecz modlitwy nad grobem (tylko 150) i wielkiego wieńca, bo ani Eksio ani ja nie mieliśmy ubezpieczenia, więc był to pogrzeb na mój koszt. Nie chciałam chować go na koszt państwa. Wracając do 4000 za poród to w przypadku urodzenia chorego dziecka może być tez niestety wersja pesymistyczna, czyli… chore dziecko żyje. I to przed długie lata. Na chore dziecko trzeba niestety więcej niż 4 tysiące MIESIĘCZNIE! Co wiem od koleżanek mających ciężko chore dzieci i chowających je same, bo jakoś ojcowie wtedy odpadają. Jedna z nich wyemigrowała nawet do USA. Dzięki temu jej córka przeszła kilkanaście operacji i studiuje! W Polsce pewnie byłaby w jakimś zakładzie. Może nawet przywiązana do łóżka sznurkiem, bo jako osoba o uszkodzonym ciele, ale świetnie działającym mózgu zapewne by się buntowała. Dlatego lepsze jednorazowo te 4000 złotych niż nic. Zresztą o tym, co się stanie, kiedy to chore dziecko skończy 18 lat, to już rządzący nie myślą. Po co myśleć? Trzeba chronić dzieci, a nie dorosłych. A przecież ktoś, kto ma 18 lat jest w świetle prawa dorosły. I to nawet wtedy, gdy jest ubezwłasnowolniony i niezdolny do samodzielnej egzystencji.

Często myślę, że chodzenie do wyborów powinno być obowiązkiem, którego złamanie grozi mandatem. Skarb państwa by się wzbogacił i byłoby więcej na dzieci niż 500 złotych miesięcznie na drugie i jednorazowo 4000 złotych na chore. No i nikt by potem nie krzyczał, że ten czy poprzedni rząd jest nie taki. Przecież wszystkie są straszne, ale wybieraliby je naprawdę wszyscy. Niestety na razie nikt nie wymyślił innego ustroju, który by „jako tako” się sprawdzał. Może więc jednak mój pomysł „morda” nie jest taki zły?

A piszę o tym wszystkim dlatego, że kolejny dzień słucham ostatniej piosenki T.Love. Znamy się z Muńkiem ponad 20 lat. Zawsze miał bardzo uniwersalne piosenki. Ta też taka jest. Mnie niesie nadzieję, że w swoich umiarkowanych poglądach, choć jestem niczyja, nie jestem sama.

Kiedyś Onet polecał moje wpisy. Dziś nie poleca. Współpracujący z portalem kolega powiedział mi, że to chyba dlatego, że ich zdaniem jestem zwolennikiem PiS. Dowodem na to jest fakt, że nie wywalono mnie z TVP, a i ja sama nie odeszłam. Cóż… Nie wywalono. Nie odeszłam. Nie ma mnie na grafiku. Nie byłam w redakcji od miesiąca. Przecież jestem niczyja.

PS Na zdjęciu… Fajna morda! (Frytka 5 miesięcy.)

Kochamy kłamstwa

Po ostatnim moim wpisie o idiokracji posypały się na mnie (na szczęście nieliczne) gromy. Tekst został zrozumiany przez niektórych w sposób następujący: „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie proszę Państwa. Ludzie są idiotami nie dlatego, że nie kupują mojej książki, ale że w ogóle nie kupują książek tylko NOTESY! Halo! Proszę się obudzić! Dla pisarza ambitnej literatury normą jest przegrywanie w nakładach z czytadłami, a w popularności z autorami tych czytadeł. Lucyna Ćwierczakiewiczowa sprzedawała więcej książek niż Henryk Sienkiewicz. Tak więc nawet popularność książek kucharskich i ich przewaga nad popularnością literatury nie jest niczym nowym. Nikt przy zdrowych zmysłach i zdolny do logicznego myślenia nie buntuje się, że popularne (nawet niech będzie, że tandetne) romansidło sprzedaje się w gigantycznym nakładzie, a ambitna powieść w mniejszym. Od tego jest romansidło, by ludzie je czytali nagminnie. Ku pokrzepieniu serc, ku rozrywce itd. Zresztą… każda książka mało ambitna stwarza szansę, że ktoś naczyta się takich rzeczy, potem zechce pójść dalej, głębiej i otworzy się na przykład na takich autorów jak Marcel Proust, Jean Paul Sartre’a itd. Bunt pisarzy następuje, gdy np. autorka taniego romansu jest stawiana na równi z noblistami, ale to też z reguły jest tylko wewnętrzny sprzeciw. Nikt z pisarzy z tym nic nie robi. Nie odchodzi z wydawnictwa tylko dlatego, że oprócz noblistów to wydawnictwo wydaje literaturę dla mas. Handel, nawet jeśli jest to handel książkami, ma swoje prawa. Jakoś trzeba zarabiać. Ja to rozumiem.

fot. Targi Książki w Krakowie

Nie wiem jednak jak jaśniej miałam napisać, że nie chodzi mi o to, że ktoś mnie nie kupił i nie czyta. Książka wyszła 5 dni przed targami i jeszcze nie miała promocji. Zresztą czytanie mnie to w ogóle nie jest obowiązek! Ja jestem w tej sprawie naprawdę wyluzowana jak kaczka z jabłkami. Chodzi mi o to, że tłumy ludzi chcą kupić ten czy inny notes!!! Chcą coś z pustymi kartkami! Być może nawet ze względu na trzepaczkę między atrakcyjnymi piersiami, choć ciągle jeszcze łudzę się, że nie dlatego. Łudzę się, że ludzie naprawdę chcą gotować, choć i statystki i temu przeczą. Wzrasta przecież liczba stołujących się w restauracjach, tak jak wzrasta liczba restauracji. Czytelnicy Ćwierczakiewiczowej jednak naprawdę częściej gotowali niż dzisiejsi czytelnicy książek kucharskich, w których zdjęcia przeważnie nie są zdjęciami prawdziwych potraw. Moja książka może być dla wszystkich gniotem. Ale nawet będąc nim, powstawała dłużej niż wstęp do notesu pani Ewy Wachowicz. Naprawdę do tej pani nic nie mam. Świetnie wiem, że to nie jej wina, że wydano notes sygnowany jej imieniem i nazwiskiem. Tak w ogóle to jestem dziwnie spokojna, że nie był to jej pomysł. Przecież nie ona pierwsza z notesem startuje do ludzi (przepraszam: czytelników), choć przyznam, że na poprzednich tego typu publikacjach nie widziałam tak atrakcyjnych piersi w towarzystwie trzepaczki do jajek.
Czy wszyscy czytający i krytykujący mój wpis Państwo mają świadomość, że to KUPOWANIE NOTESÓW wchodzi do statystyk czytelniczych? Czy wiedzą Państwo, że ludzie zaznajamiający się ze statystykami wierzą, że nie jest tak źle z czytaniem? W statystykach sprzedanych książek nie ma bowiem wyszczególnienia jaki procent sprzedanych publikacji stanowią te notesy!!! Nie wiemy ile dokładnie miejsca w tych statystykach zajmują  książki typu „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, ale zapewne dużo, bo to bestseller, którego nakład przekroczył 2 miliony egzemplarzy. Podobnie z książką Francis Alan pt. „Wszystko, co mężczyźni wiedzą o kobietach”.
Kiedy ostatni raz widzieli Państwo kolejkę do poety? Czemu w Krakowie nie było tłumu do np. prof. Jerzego Bralczyka?
Po swoistym ataku na mnie (w sieci i mailach) wnioski mam takie. Powinnam była skłamać. Powinnam była nie przyznać się do tego, co się dzieje. Ale dlaczego mam to robić? Dlatego, że kochamy kłamstwa? Dlaczego mam milczeć nad trumną polskiego czytelnictwa? Przecież, jako pisarka nie jestem sama. Nikt z moich znajomych pisarzy publicznie tego nie napisał o sobie! Wszyscy udają, że do nich są kolejki! A przecież to nieprawda! Proszę uważnie przejrzeć w sieci fotografie z targów. Naprawdę nieliczne wyjątki, kiedy jest kolejka do pisarza, tylko potwierdzają tę smutną regułę. Pozostali, którzy owymi wyjątkami nie są, zamieszczają w internecie zdjęcia z targów, na których mają uśmiechnięte miny i jest u nich jakiś czytelnik! Niewielu oglądających potem te fotografie wie, że to jeden z pięciu lub sześciu czytelników na całą godzinę podpisywania. Ludzie pióra wstydzą się, że podzielili mój los. Ja się nie wstydzę do tego przyznać, że do mnie nikt nie przyszedł. To co się stało, naprawdę, jako pisarka, pokornie przyjmuję do wiadomości. Mogłam, zresztą jak inni koledzy po piórze skłamać i sfotografować się np. z odwiedzającą mnie na targach kuzynką, a potem wrzucić wspólne zdjęcie i udawać, że to czytelniczka! I pisać publicznie, że dziękuję fanom – bo to jest teraz modne słowo – za „liczne” przybycie. Mogłam to zrobić nawet wiedząc, że za słowem „liczne” kryje się liczba „jeden”, czyli wspomniana przeze mnie kuzynka. U innych to „liczne” przybycie wynosi „sześć”, czasem w porywach „dziesięć”. Nie potępiam ich, ale nie chcę brać udziału w tej farsie. Po co mam to robić? Dlaczego mam zakłamywać rzeczywistość? Przecież częściej niż pisarką jestem… czytelnikiem. I właśnie jako czytelnik nie chciałabym być uważana za czytelnika notesów! Ale gdybym nie była pisarką, nie miałabym takiej świadomości, bo nie miałabym czasu na tego typu obserwację.
Tak w ogóle to po tych targach mam bardzo smutne myśli jeśli idzie o to, co ludzie czytają. Bo, że są wyjątki, które to robią, to naprawdę nie wątpię, ale niestety znaczna większość nie czyta nic. Zaś na targach KSIĄŻKI od lat najlepiej sprzedają się gry i zabawki. Przyznam, że poważnie zastanowię się, czy w maju zdecyduję się na siedzenie na targach na jakimkolwiek stoisku. I to wcale nie dlatego, że z mojego punktu widzenia to potworna strata czasu, ale nie wiem czy chcę jeszcze raz oglądać ludzi mylących pisarzy z celebrytami i rzucających się na „notesy” oraz tych wynoszących z targów KSIĄŻKI torby gier. Nawet jeśli są to gry planszowe, które uwielbiam i których sama mam cały regał.

PS Przy okazji dziękuję za te kilka listów ze słowami pocieszenia. Dziękuję tym, którzy docenili moją odwagę w przyznawaniu się do klęski. Pozdrawiam tych, którzy posądzają mnie o niskie pobudki, czyli oburzanie się, że „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie kupujcie mnie. Jest wielu innych pisarzy. Ale pomyślcie zanim kupicie notes. Czy to na pewno jest literatura? No i czy targi KSIĄŻKI to dobre miejsce do zakupu zabawek i gier. Ale to pytanie już raczej do ich organizatorów. Ktoś wystawców gier i zabawek na te targi wpuścił.

Idiokracja?

Wspominałam kiedyś film zatytułowany „Idiokracja”, którego bohater z niskim IQ budzi się po kilkuset latach z hibernacji i zostaje prezydentem USA, bo jest najinteligentniejszy na świecie. Po ostatnich Targach Książki w Krakowie stwierdzam, że jesteśmy bliżej niż dalej tego „ideału”. Pierwszy raz w życiu nie podpisałam nawet jednego egzemplarza swojej nowej książki pt. „Syn dwóch matek”. Powód? Triumfy świecą poradniki. Zwłaszcza takie, w których niewiele jest. Oto tuż po mnie, przy tym samym stoliku co ja, miała siąść i podpisywać książki (choć może powinnam napisać „książki”) Ewa Wachowicz autorka programu telewizyjnego „Ewa gotuje”. Na pewno jest to bardzo sympatyczna i płodna w przepisy kobieta. Ostatnio wydała coś, co nosi tytuł „Zapiski kulinarne na każdą porę roku” w księgarniach jest to za ok. 25 złotych, na targach było za niecałe 18. To osobliwa „książka”. Jest tam jedna strona wstępu, w którym autorka wyjaśnia, że od zawsze robiła takie zapiski kulinarne i teraz daje możliwość robienia ich innym. Reszta stron jest notesem, z pustymi kartkami i pustym spisem treści, które każdy może wypełnić we własnym zakresie. Po autograf Ewy Wachowicz kolejka ustawiła się na 40 minut przed terminem. Byłam więc właściwie osłonięta ze wszystkich stron przez fanów Ewy Wachowicz, którzy z tą książką oraz innymi pełnymi przepisów stali i czekali na idolkę. To ostatnie słowo jest najwłaściwsze. Bo o ile książki Agnieszki Perepeczko, aczkolwiek zawierają przepisy i porady, są pełnymi anegdot opowieściami o życiu, wspomnieniami itd., o tyle książki Ewy Wachowicz to jedynie przepisy, a ta ostatnia „książka” to po prostu zeszyt. Można taki kupić za 3 złote w markecie tylko nie będzie na okładce jej zdjęcia z trzepaczką między piersiami i nie będzie tego wstępu na jedną stronę. Dlatego nie nazywałabym autorki tych dzieł pisarką. To po prostu pisząca przepisy kulinarne celebrytka. Krótko mówiąc idolka.

Bardzo długa kolejka do tej pani (nie mam nic do niej), a to jej książka. Napracowała się kobieta przy pisaniu. ;) #krakow #targiksiazki #ksiazka

Czekając aż skończy się czas mojej nasiadówki rozmawiałam z wydawcą, a potem z kuzynką i obserwowałam tłumek. To jest niesamowite zjawisko! Nie wiem kiedy zniknęła chęć otrzymania autografu pisarza, a została zastąpiona przez chęć otrzymania go od celebryty. Pamiętam kiedyś takie kolejki do Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Dziś nikt nie chce już poetów. Teraz dobry towar to nie tomik wierszy, a książka wydana przez celebrytę. Po pierwsze pozwala ludziom wierzyć, że coś czytają. Pozwala im udawać, że mają w domu biblioteki. I choć nadal w społeczeństwie jest masa ludzi kochających czytać i czytających dobre książki to znów przeważa ta tzw. „szara masa” kupująca zwierzenia celebrytów lub pisane przez nich poradniki. O tym był/jest mój spektakl „Bubloteka”, którego bohater odbywa terapię w bibliotece i w trakcie wpycha czytelnikowi „Wyznania Ludmiły F.”, książkę celebrytki, z którą miał romans, a której owa celebrytka nawet sama nie napisała. Takie są teraz czasy. Nawet gorzej. Nie liczy się już bowiem książka z treścią, a książka bez treści. Zapiski Ewy Wachowicz to drobny przykład. Była już publikacja pt. „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, której „czytelnicy” mogli sami kreatywnie pomazać notes. Były tego typu „dzieła” sygnowane przez Beatę Pawlikowską. I podobno świetnie się sprzedają. Podobnie jak książka „Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach” autorstwa Francis Alan reklamowana jako odsłaniająca „szokująca prawdę” i zawierająca 120 pustych stron. Dowcip naprawdę świetny. Ma to wszystko jednak drugie dno. Nazywa się szacunek dla literatury i pisarstwa. On gdzieś zniknął. Zniknął też szacunek do ciężkiej, mrówczej pracy. Od lat obserwuję pomiatanie naukowcami, zwłaszcza humanistami. Bo tak jest w społeczeństwie, dla którego filozof to po prostu wariat, a może nawet idiota.

Nie wiem jak długo Ewa Wachowicz tworzyła swoje zapiski, czyli tę jedną stronę wstępu do książki zawierającej kilkaset stron czystych. Wiem, że moja napisana do spółki z nieżyjącym Ojcem Maciejem Piekarskim książka „Syn dwóch matek” powstawała długo. Najpierw był napisany prawie 40 lat temu reportaż mojego Ojca pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” opisujący gehennę rodziny wysiedlonej przez Niemców z Zamojszczyzny i matki, która traci połowę swoich dzieci. W 2001 roku zajrzałam do niego i wtedy po raz pierwszy powstała myśl, żeby to wydać, ale żeby tak się stało muszę ja dopisać całe partie. Koncepcję zaczęłam obmyślać jeszcze w 2010 roku. W styczniu bieżącego roku siadłam do pisania i pisałam bite 8 miesięcy. Chcę być teraz dobrze zrozumiana. Nie jestem rozżalona faktem, że nikt do mnie nie przyszedł. Ta książka jeszcze znajdzie swoich czytelników, choć na pewno nie będą ich miliony. Jest na rynku dopiero kilka dni. Ubolewam jednak nad kondycją polskiego czytelnictwa i poziomem intelektualnym polskiego czytelnika. Podobno dzień wcześniej do uwielbianego przeze mnie profesora Jerzego Bralczyka stała garstka ludzi po autograf, zaś dziki tłum szturmował stoisko, na którym książki podpisywała Nela podróżniczka, dziesięcioletnia dziewczynka, która ma swój program na TVP ABC. Oczywiście sama nie jest autorką swoich książek, bo pisze to za nią jakiś dorosły (teraz zapomniałam już nazwisko wpisane w Copyright tekst). Książki są pełne zdjęć Neli w podróżach i to przed przemierzającą świat Nelą dzieci padają plackiem. Jak mi relacjonowano, podczas podpisywania dziewczynkę chroniło kilku ochroniarzy, zaś dzieci, których rodzice odmawiali stania w tak długiej kolejce wpadały w histerię, rzucały się na ziemię i rozpaczały jakby stała się prawdziwa tragedia. Kolejek z histerią czytelniczą nie ma nawet do Wandy Chotomskiej będącej żywą ikoną polskiej literatury dziecięcej!

W świetle tej opowieści o Neli i zajrzenia do książek sygnowanych jej imieniem, które zresztą uważam za ciekawy pomysł pisania dla dzieci, fascynujące wydaje mi się to, że kiedyś podróżnik (nawet ten piszący dla dorosłych) opowiadał jak wygląda świat. Teraz opowiada o sobie. Opowiada o tym, co w tym świecie robi. I to ludzie kupują najchętniej. Dzieci bowiem nie chcą dowiedzieć się niczego o słoniu, ale o przygodach Neli ze słoniem.

Gdy przez ponad 40 minut siedziałam przy stoliku i czekałam na czytelnika, który jak od początku podejrzewałam nie przyjdzie, bo poobserwowałam co ludzi interesuje najbardziej, patrzyłam na twarze czekających na autograf Ewy Wachowicz. Gdyby wzrok mógł zabijać już bym nie mogła zrobić tego wpisu. Miałam bowiem wrażenie, że niemal wszyscy chcieli bym zniknęła i zwolniła miejsce dla ich idolki. Sęk w tym, że nie mogłam tego zrobić. Musiałam odsiedzieć swoje, a ich idolka i tak nie przyszłaby wcześniej. Tak więc ja siedziałam, a oni mnie nienawidzili i gardzili mną, co widać było w tych spojrzeniach. W trakcie w miarę dyskretnie (mam nadzieję, że dyskretnie) obserwowałam to zjawisko. Wstałam ze stoiska na 5 minut przed końcem. Ewy Wachowicz jeszcze nie było. Sfotografowałam jej „książkę”, by wysłać MMS Ulubionemu i kilku przyjaciołom. Uznałam bowiem całą rzecz za mocno zabawną. Ulubiony był przerażony, znajomi współczuli, choć nie było mi to potrzebne. Jedna przyjaciółka przysłała SMS. „Kiedyś, jak była rocznica okrągła wybuchu Powstania Norman Davies wydał o nim książkę. Jechałam z kolegą na Hel. Książkę mieli sprzedawać od 17. Ubłagałam go, mimo że była 16, żeby poczekał godzinę. Ja dumna jak paw, ale ze łzami w oczach wchodzę do Empiku, przed którym kłębi się tłum. Prawie się biją! To Wiśniewski płytę podpisywał, a ja myślałam, że ludzie wcześniej przyszli. Do Daviesa było 5 osób, w tym ja.”
Z mojej historii, która jest zresztą podobna do tej, kiedy czekałam na certyfikat na Zamku Królewskim i zapomniano mnie wyczytać, więc wręczono mi go w szatni na zamkowych schodach, nie śmiał się nikt poza mną. A przecież to jest też śmieszne. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że kiedyś moja mama stała 2 godziny po autograf Melchiora Wańkowicza. Dzisiaj, by ktoś tak chętnie czytał Wańkowicza musiałby on pokazywać w telewizji nie swojego psa Dupka (jamnika!), a dupę. Gotowanie mogłoby mu nie pomóc, bo co to za atrakcja facet z trzepaczką do jajek między cyckami? Chyba, że włożyłby ją między jajka… A tu jednak kłania się cenzura. Ale być może tylko na razie. Bo już za chwileczkę…

Część napisana przez Ojca ma prawie 40 lat... Nadal nie mogę uwierzyć, że to się udało. #dom #ksiazka #trzeciastrona #syndwochmatek

PS Znajomi i przyjaciele mówią, bym nie przyznawała się i nie pisała, że nikt do mnie nie przyszedł. No dobrze. Napiszę więc prawdę! Był do mnie tłum! Mało mnie czytelnicy nie stratowali, a nawet wykupili cały nakład. A fani drąc się „Zamojszczyzna!” rozdzierali szaty i podcinali sobie żyły! 

Prosto z drukarni i wydawnictwa. Jeszcze pachnie... #ksiazka #syndwochmatek #druk #trzeciastrona

Zapraszam do Krakowa na Targi

Na targach będzie miała miejsce premiera mojej najnowszej książki. Zapraszam więc do Krakowa.

30 października 2016 g. 12:00
woj. małopolskie
Kraków 

Targi Książki w Krakowie
Stoisko C55 (Hala Wisła).
ul. Galicyjska 9
31-586 Kraków

A oto słowo o książce:

 Tytuł: Syn dwóch matek
Seria: Reportaż! Fakty to nie wszystko
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski
Wydawnictwo: Trzecia Strona
Ilość stron: 250
Numer wydania: I
Data premiery: 2016-10-27
Rok wydania: 2016
ISBN: 978-83-64526-38-1
ilustracje:  archiwa rodzinne Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i Jana Tchórza, archiwum Muzeum Zamojskiego, archiwum Przedszkola Samorządowego im. Wandy Cebrykow w Zwierzyńcu

O książce:

Książka o zagładzie Zamojszczyzny pokazana przez pryzmat losów Jana Tchórza, dziś emerytowanego gospodarza we wsi Borowina Starozamojska. Wtedy 2,5-letniego chłopca dwukrotnie wydzieranego od matki – raz biologicznej, drugi raz adopcyjnej.

W 1943 roku Janina i Bronisław Piekarscy, rodzice Macieja Piekarskiego wzięli z sierocińca pozbawione rodziców dziecko o nieznanej tożsamości, uratowane przez warszawskich kolejarzy z tzw. transportu śmierci. Ta decyzja na zawsze splotła ze sobą losy dwóch rodzin.

Autorami są zmarły w 1999 roku Maciej Piekarski i jego córka Małgorzata Karolina Piekarska. To swoisty dwugłos, w którym napisany w latach 70-tych reportaż przeplata się ze współczesną opowieścią, jaką snuje zmarłemu Ojcu córka. Opowiada mu, jak przed laty odebrała historię swojego przybranego Stryja, jak zmieniła ona jej spojrzenie na świat oraz o obecnych losach Jana Tchórza. Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie: czy wojna i jej okrucieństwo istnieją tylko dopóki żyje ostatni świadek?

Jamnikarium, czyli coś dla takich jak ja!

W kulturze znamy już bestiarium, znamy rosarium teraz jest Jamnikarium. To tytuł najnowszej książki Agaty Tuszyńskiej. Ponieważ w moim domu po raz kolejny mieszka jamnik, a właściwie jamniczka – Frytka, kolejny po Zraziku jamnik w moim życiu, nic więc chyba dziwnego, że nie mogłam obok „Jamnikarium” przejść obojętnie. Myli się jednak ten, kto uważa, że jest to książka tylko dla posiadaczy i miłośników jamników. To swoisty leksykon niebanalnej wiedzy o kulturze, w której jamnik jest punktem odniesienia. Bywał bowiem przyjacielem wielu twórców. Jest więc to opowieść o tym, jak jamnik wpływał na literaturę, malarstwo, muzykę, sztukę aktorską itd. To także historia jamnika w literaturze.

W podróż zabrałam... #ksiazka #podroz #jamnik #jamnikarium

To leksykon jamników znanych osób, wśród których Puzon Jerzego Waldorffa, czy Dupek Melchiora Wańkowicza są jednymi z wielu. Rzadko kto dziś wie, że miłośnikiem jamników był Napoleon, ani ile jamników miał Stanisław Lem? Albo co z jamnikami w czasie wojny? Okazuje się, że jamnik, najbardziej niemiecki pies, bo to z Niemiec pochodzi rasa, choć w przeciwieństwie do owczarka, nie ma w nazwie słowa „niemiecki”, w powojennej Europie stał się jedynym stworzeniem, które przysparzało Niemcom sympatii. Nieporadny, sympatyczny, uparty.

Wracam do domu. Przeczytałam, ale wracam do niektórych fragmentów... #jamnikarium #jamnik #ksiazka #czytanie #podroz

Książka to nie tylko pasjonująca lektura, ale także piękny edytorsko album pełen reprodukcji malarstwa, starych fotografii, rycin i pocztówek. Dawno nie widziałam tak ładnej książki. W zalewie publikacji, w których królują zdjęcia ze stocka ta prosta pomarańczowa okładka w jamnicze łapy z ich bohaterem po środku jest tylko zapowiedzią tego, co wewnątrz między kartkami.

Jeszcze raz przeglądamy. Teraz z autografem. #dom #jamnik #frytka #pies #jamnikarium #ksiazka

Choć w stworzonym przez Agatę Tuszyńską erudycyjnym jamniczym leksykonie zabrakło mi kilku jamników, jak na przykład tego, który w latach 70-tych należał do Jerzego Antczaka i Jadwigi Barańskiej (tak podobał się mojej mamie, że teraz ja mam ciągle jamniki), a w podróży przez jamniczą literaturę zabrakło mi powieści młodzieżowych, jak na przykład „Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć” Marii Krüger, w której za złe zachowanie wobec jamnika oprawcę spotyka surowa kara, czy „Księga strachów” Zbigniewa Nienackiego, gdzie jamnik Sebastian pomaga w tropieniu zagadki pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza, to właśnie te braki dają nadzieję, że powstanie „Jamnikarium 2”. Bardzo bym chciała.

Odwrotny skutek, czyli L-4 od wszystkiego

Nikt nie lubi przymusu. Gdy jesteśmy dziećmi i każą nam coś czytać, bo jest w lekturze, podchodzimy do tego jak do jeża. Potem w dorosłym życiu często okazuje się, że niesłusznie. Nie ma lepszej metody niż znienawidzenie czegoś, od uczynienia tego koniecznym do poznania. A zmuszanie do polubienia z reguły ma odwrotny skutek. Już Gombrowicz pisał, że Słowacki go nie zachwyca. „Jak mam się zachwycać skoro mnie nie zachwyca?”. Zastanawiam się, czy za moment losu gombrowiczowskiego Słowackiego nie podzieli masa innych rzeczy z patriotyzmem na czele?

Moje dzieciństwo to lata 70-te a czasy nastoletnie to lata 80-te. Dzieci i nastolatkowie robią to, czego im się zakazuje, a nie robią tego, co im się każe. Moje pokolenie nie lubiło więc pochodów pierwszomajowych. Uwielbiało zaś… kościół. Gdy miałam 10-11 lat i jeździłam na obozy harcerskie w niedziele drużyna szła do kościoła. Nie oficjalnie, ale że był czas wolny to robiliśmy co chcieliśmy. Większość wybierała kościół, chyba, że był bardzo daleko. Tylko na jednym z obozów nie chodziliśmy, bo do najbliższego kościoła było 14 kilometrów i żadnego transportu. W kościele chłopcy stawali w głównej nawie w mundurkach, z czapkami w rękach. Jeden z kolegów powiedział, że tak robili harcerze przed wojną, a każdy chciał być takim prawdziwym harcerzem, z którego wyrośnie Alek lub Zośka. Wtedy też kwitły Oazy, czyli ruch światło życie. W latach 80-tych nawet z grupą konstestujących hippisów jeżdżących do Jarocina pojawialiśmy się na spotkaniach oazowych w warszawskiej parafii Dzieciątka Jezus. To z tą parafią wyruszałam na mszę papieską na Stadion X-lecia. Dzisiaj trudno znaleźć młodzież w kościele, a i ja zaglądam tam rzadko. Nigdy tez nie wzięłam ślubu kościelnego, choć i z pierwszym i drugim mężem mogłam. Mierzi mnie polityka sącząca się z ambony. Mam jednak maturę z religii. Choć robiłam ją nie w szkole, a w kościele. Wtedy na religii było ciekawie. U Jana Kantego był ksiądz Witkowski, ze względu na złamany nos w toczonych w młodszości walkach bokserskich, nazywany przez nas „Marabutem”, a potem drugi ksiądz, którego nazwiska nie pamiętam, ale ze względu na wielkie czarne okulary nazywany „Bzykiem”. Zajęcia z obydwoma były dość ciekawe. Gdy odeszli z parafii przeniosłam się do Św. Zygmunta na plac Konfederacji gdzie katechezy prowadziła siostra Maria i toczyłam z nią zacięte spory światopoglądowe, a potem pisałam maturę o roli rodziny we współczesnym świecie. Wtedy na religii w kościele często nie mieściliśmy się w ławkach takie nas były tłumy. Mój syn nie ma nawet bierzmowania, bo tak mu się nie podobały zajęcia w szkole, że poprosił o zamianę religii na etykę. Nie protestowałam. Uważam, że przymusowa indoktrynacja młodych ludzi nie jest dobrym pomysłem. Sami muszą znaleźć swoją drogę.

Gdy byłam dzieckiem na obozach harcerskich uczyliśmy się piosenek patriotycznych. Przepisywaliśmy je ze śpiewników starszych harcerek, bo książek z takimi rzeczami nikt nie wydawał. Pamiętam, że jedna z druhen miała „Marsz Żoliborza” wpisany z takim tekstem: „w bój przeciw nam rzucili tysiąc sztuk asów” i reszta (w tym ja) też tak przepisaliśmy. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to „sztukas”, ale asa znał każdy, bo graliśmy w karty. To harcerstwo uczyło hymnu państwowego. Gdy 3 lata temu na zebraniu w liceum syna wychowawczyni powiedziała, że z jego klasy tekst hymnu zna tylko 5 osób mało nie spadłam z krzesła. Syn znał. Między innymi z harcerstwa. Gdy byłam dzieckiem to także harcerstwo uczyło całej masy pieśni, które ówczesna władza pewnie by potępiła. Ogromnym powodzeniem cieszył się „Pierwiosnek” piosenka o tym, że:

W polu zakwita pierwiosnek
wokoło trawka zielona
wszystkie tego byś nie miał
gdyby nie armia czerwona”

Nikt nas do śpiewania tych rzeczy nie zmuszał. Nawet wręcz przeciwnie. To co nam nakazywano nie cieszyło się powodzeniem. Pamiętam, że zwrotka hymnu harcerskiego „socjalistycznej biało czerwonej” była mruczana, a często zastępowana „wszystko co nasze oddam za kaszę a co nie nasze oddam za ryż. Świty się bielą krowy się cielą” i jeden z kolegów za śpiewanie tego na cały regulator musiał stać na karnej warcie. Śpiewaliśmy wtedy masę piosenek z drugiego obiegu, nawet Kaczmarskiego.

Jak jest dziś? Propaganda sączy się zewsząd. Podobno w słusznym celu. By młodzież znała hymn, by kochała ojczyznę. Czy dzięki temu naprawdę ją pokocha?

W latach 50-tych, gdy był kult jednostki też do czegoś ludzi zmuszano. Z jakim skutkiem? Film Krzysztofa Zanussiego „Cwał” widziałam kilka razy, bo jest jednym z moich ulubionych. Scena ze śmiechem w czasie warty po śmierci Stalina nie jest wzięta znikąd. Znam takich historii wiele, gdy za śmianie się dziecko wyrzucano ze szkoły, a rodzice tracili pracę. Czy tak będzie i teraz?

Ostatnio dowiedziałam się, że są organizowane wyjścia szkół na film „Smoleńsk”. (W wielu miastach seanse są w godzinach rannych.) Dyrektorzy wprowadzają to do programu, bo boją się utraty stanowisk. W szkołach mają być lekcje patriotyzmu. Nie wiem czy to nie odniesie odwrotnego skutku. Dzieci i młodzież nie lubią narzucania poglądów. Lubią buntować się przeciwko rodzicom i wszystkim dorosłym. Czy taki bunt, jak powstanie, a podejrzewam, że może się tak stać, zostanie powstrzymany represjami? Jak w czasach stalinowskich? Czytałam ostatnio w sieci wypowiedz jakiegoś ojca, że jak jego synowi każą iść na „Smoleńsk”, to załatwi mu L-4 od lekarza. Pod spodem był tekst innego internauty, który brzmiał: „A co jak lekarz będzie się bał wystawić to L-4? Przecież ktoś może sprawdzić, a wtedy…” Ja od przymusu zawsze jestem na L-4, choć nie mam nigdzie etatu i nawet nie wiem jak wygląda taki druk.

To woła o pomstę do nieba!

Dwa tygodnie temu byłam na uroczystym otwarciu teatru Górnośląskiego w Bytomiu. Teatru, który wymyślił Marian Makula – piewca kultury Śląska. Na otwarcie zaserwowano nam „Pomstę” wg. Aleksandra Fredry, ale z tekstem Makuli i muzyką Katarzyny Gärtner.

Prosza piknie kawalera  Tinty napusc do filera  #pomsta #teatrgornoslaski #teatr #tyjater

To kolejny po „Wesołej gdowce” i „Zolyty” spektakl Makuli, który miałam przyjemność oglądać. Każdy poprzedni był perełką. Ten również. Awangardowi twórcy polskiego teatru pewnie zarzucaliby mu wtórność i konserwatyzm, bo nie było tu nowoczesnych rozwiązań, a klasyczna scena, kostiumy i scenografia, ale do kultury śląskiej to wszystko niesłychanie pasowało. Ja jak zwykle ubawiłam się przednio historią o sąsiedzkim konflikcie. Zwłaszcza, że jest to coś absolutnie ponadczasowego. W tej chwili kłoci się jedna połowa Polski z drugą połową i jest to konflikt coraz bardziej przypominający spór Cześnika Raptusiewicza z Rejentem Milczkiem o mur graniczny. Makula zresztą skrzętnie to wykorzystał, bo sporo w spektaklu odwołań do obecnej polityki, co czyni przedstawienie jeszcze zabawniejszym.

Żałuję, że nie jestem w stanie zacytować przezabawnych tekstów, ale wynika to z tego, że śląski rozumiem, ale w nim nie godom. I to dlatego nie mogę czytelnikom zaprezentować tego, że po śląsku słynne pisanie listu przez Dyndalskiego, które w oryginalne zaczyna się od słów „bardzo proszę Mocium panie” jest jeszcze śmieszniejsze. Niestety zapamiętałam tylko: „prosza piknie kawalera/tinty napuść do filera” i że „kurwa” pisze się przez o z umlautem. Ale to naprawdę nie oddaje uroku tekstu, którego bohaterowie przez cały spektakl odczuwają „herckloty”, bo w końcu jest to także sztuka o miłości.

Tyjater #pomsta  #teatrgornoslaski  #teatr #tyjater

 

Myślę, że to, że cała Polska nie zobaczyła jeszcze „Pomsty” – woła o pomstę do nieba. Jedźcie ludzie do Bytomia. Zwłaszcza jeśli chcecie popatrzeć na Polskę i Polaków w krzywym zwierciadle fredrowskim i wersji śląskiej. Ślązacy zawsze są weseli. Dlatego na spektaklu Mariana Makuli podwójna dawka śmiechu – gwarantowana.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej