Raport z oblężonej Kępy

Codzienne trąbienie o szczycie NATO w Warszawie już miesiąc temu wywołało u mnie panikę. Wiedziałam, że ma być zamknięty Most Poniatowskiego, obok mają być kompletnie wyłączone z ruchu ulice. No i niektóre stacje veturilo, czyli roweru miejskiego mają być nieczynne.

Jadziem do domu ba rowerku, bo szczyt NATO! #starapraga #nato2016 #rower #veturilo

Do tego zamknięta ma być plaża Poniatówka i ścieżka rowerowa wzdłuż Wybrzeża Szczecińskiego. Planowałam więc wyjechać z Warszawy. Ale los ma, co do mnie swoje plany. Obiecałam poprowadzić zajęcia z dziennikarstwa na letnim kursie i… zostałam w mieście i na Kępie. Sęk w tym, że na zajęcia trzeba dotrzeć. Na szczęście jest to ten sam brzeg, ale… na Starej Pradze przy Koneserze, czyli po drugiej stronie Stadionu Narodowego opanowanego przez delegatów na Szczyt NATO. Teoretycznie mogę jechać samochodem, ale… musiałabym jechać zupełnie dookoła, a nie wiadomo, co dzieje się po drodze, jakie są korki i czy w związku z tym dojadę na czas. Stąd decyzja: jadę rowerem veturilo.

Tak bym jechała, gdyby nie szczyt NATO

Normalnie jechałabym ze stacji Stadion Narodowy, ale w związku z jej zamknięciem na czas szczytu NATO rower wzięłam na Walecznych. Na dodatek na miejsce musiałam jechać dookoła. Przez Park sSkaryszewski nie mogłam, bo i tak wyjść z niego można tylko od strony Stanisława Augusta, a nie od strony Zielenieckiej przy Teatrze Powszechnym. Przyznam, że ta podróż dookoła to dość ciekawe doświadczenie, bo przy okazji zobaczyłam jak wszystko, co ma jechać na północ (w tym ja), najpierw jedzie na południe, udowadniając tym samym, że wszystkie drogi prowadzą do… celu!

Tak jechałam

W drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną rzecz. O ile poza saska Kępą miasto tętni zżyciem o tyle tu, gdzie wydzielona została strefa natowska jest cisza. Knajpki niemal puste (w porównaniu z tym, co zazwyczaj), ulice tez puste. Rzadko, kto spaceruje. Cóż… może wzięli sobie wszyscy do serca tę mapę Niewiadomskiej…

A ja tylko przypomnę, że do Warszawy przyjechało w sumie 65 delegacji z całego świata, w tym m.in. 18 prezydentów i 21 szefów rządów, a także ministrowie obrony, dyplomaci, itd. Delegacja Polska wynosi 42 osoby. Na szczyt zarejestrowało się ponad dwa tys. uczestników. Obrady relacjonuje blisko dwa tysiące dziennikarzy. Porządku w mieście przypilnuje około sześciu tysięcy policjantów oraz przedstawiciele innych służb. A Saska Kępa jakby wymarła.

U lekarza, czyli refleksja o chorobach

Stało się. Wczoraj na prostej drodze potknęłam się i wywróciłam. Wchodziłam do domu dziennikarza na Foksal, kiedy straciłam równowagę. Byłam w tenisówkach, nie jest to więc kwestia butów, a nierównego chodnika i wystającej płyty przykrywającej studzienkę telekomunikacyjną. Tracąc równowagę ciemieniem uderzyłam w pierwszy schodek. Ból był tak straszny, że nigdy w życiu, jak tyle lat żyję, tak się w czubek głowy nie uderzyłam. Było mi niedobrze, miałam mdłości i huczało mi w czaszce. W trakcie upadku rozmawiałam zresztą przez telefon z Ulubionym, więc on słyszał wszystko, co się działo, gdyż miałam w uchu bezprzewodową słuchawkę. Był strasznie zdenerwowany moim stanem, nawet chciał natychmiast wyjść z pracy w studio nagraniowym i przyjechać po mnie. Powiedziałam, że sobie poradzę. Ponieważ ból głowy nie przechodził, huczenie w czaszce również, więc po dwóch godzinach zdecydowałam się pójść do lekarza. Ostatni raz u internisty byłam w 2009 roku (a właściwie to on był wtedy u mnie). Ulubiony wrócił już z pracy, uparł się jechać ze mną, więc wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do przychodni niedaleko domu. Po drodze niemal umierałam, bo tak mi huczało w głowie, a smród ulicy powodował mdłości. Denerwowały mnie wszystkie odgłosy. Nawet gadanie Ulubionego. Ubłagałam go, by pomilczał do wejścia do przychodni. Po kwadransie, mimo korków, dotarliśmy na miejsce. Tuż przede mną w gabinecie była jakaś pacjentka, więc usiedliśmy na kanapie. Siedzący obok mnie starszy pan powiedział, że w gabinecie jest jego córka. W trakcie tego wyznania Ulubiony był w WC. Gdy kobieta wreszcie wyszła spojrzał na nią i powiedział:

- Widzisz, pan też z żoną.

- To córka jest.

Ulubionego zatkało. Popatrzyłam za odchodzącymi. Córka wyglądała na starsza panią, gdyż była tak przeraźliwie chuda, że spokojnie mogłaby statystować w filmach o obozach koncentracyjnych. Reszty opisu jej postaci oszczędzę. Nadeszła moja kolej, Ulubiony wpakował się ze mną do gabinetu. Powiedziałam, by wyszedł, że sama sobie poradzę. Lekarka na to:

- Co za dzień. Przed chwilą poprzednia pacjentka też chciała sama. A przyszła z ojcem, który chciał wiedzieć co z córką.

- Przecież gołym okiem widać, że ma anoreksję – stwierdziłam i usiadłam na krześle przed lekarskim biurkiem.

- Skąd pani wie? – spytała lekarka.

- Chociażby po tych udach grubości mojego nadgarstka.

Lekarka westchnęła i odpowiedziała:

- Ona u mnie już trzeci raz i za każdym razem jej to piszę, że moim zdaniem to anoreksja, ale by potwierdzić konieczna jest konsultacja u dietetyka. Ale ona nie chce. I tylko pyta, czemu jej jest słabo. Tego ojca mi żal. Taki załamany.

Nie kontynuowałyśmy już rozmowy na temat anorektyczki tylko pani doktor przystąpiła do badania. Stwierdziła, że objawów wstrząsu mózgu nie ma, kazała przykładać lód, zjeść loda, a najlepiej sorbet (bo nie tłusty) i pójść do domu poleżeć. Nie jeść tłustych i ciężkostrawnych rzeczy. Paradoksalnie już zjedzenie sorbeta rzeczywiście pomogło, bo jakimś cudem ustało huczenie w głowie i zniknęły mdłości. Do domu wróciliśmy więc spacerkiem przez park. Rozmawialiśmy o anorektyczce. Jej choroba była widoczna gołym okiem. Zastanawialiśmy się, czy ona naprawdę nie wie, co jej dolega czy nie dopuszcza do siebie tej myśli? I wydawało nam się, że to drugie. To zresztą ciekawe, że z anoreksją, jak z wieloma chorobami psychicznymi jest tak, że chory nie dopuszcza myśli, że może być chory.

Pani ma relaks #parkskaryszewski #skaryszak

Kiedyś rzadko na ulicach widziałam tak chude osoby. Rzadko też widziałam tak przerażająco grube, jakie spotykam teraz. Dziś jeden i drugi widok jest powszechny. Już nawet przestał szokować, choć czasem powoduje u niektórych uczucie obrzydzenia. I tylko to mnie dziwi, że ci strasznie chudzi i ci strasznie grubi ludzie nie chcą tego leczyć. Ja nie jestem fanką łażenia do przychodni. Ale mocne uderzenie w głowę sprawiło, że zmieniłam plany i poszłam na konsultację, choćby po to, by się uspokoić, że jest ok. Dlatego nie wiem, jak można wyglądać jak zombie i wypierać informacje, że to z powodu złej diety. I jak można wyglądać, jak nie przymierzając szafa trzydrzwiowa, z trudem wtaczać się do McDonald’s po cztery hamburgery i nie uważać, że to niezbyt normalne? Przecież nawet ja, które nie lubię lekarstw i wizyt u lekarzy zdecydowałam się skorzystać z pomocy, gdy po dwóch godzinach nadal było mi bardzo słabo.

Z Londynu do Łodzi, czyli jak bardziej pokochać Warszawę

Panicz Syn studiuje anglistykę. Studiuje w Łodzi. Próbował swoich sił na różnych kierunkach, ale ostatecznie zwyciężyła miłość do angielskiego. Wzięła się z podstawówki, kiedy jego anglistką była pani Katarzyna Engwert-Malajkat, o której do dziś mówi, że jest najlepszym nauczycielem angielskiego, jakiego może sobie wymarzyć dziecko. Podstawówka, do której uczęszczał była dwujęzyczna. Stąd wzięła się w szóstej klasie jego pierwsza wycieczka do Londynu. Potem poszedł do dwujęzycznego gimnazjum, gdzie część przedmiotów miał po angielsku. Wtedy do Londynu pojechał po raz drugi. Trzeci raz wysłałam go tam ja, na wakacje na obóz językowy ATAS. Londyn mu się podobał. Poszedł tam do kina, a nawet do jakiegoś kościoła na anglojęzyczną mszę, by posłuchać, jak to u nich jest. Jeszcze w gimnazjum, gdy oglądaliśmy angielskojęzyczne filmy na DVD, zaczęłam wyłączać napisy. Ile zrozumie – tyle zrozumie, ale oglądamy. To zaowocowało. W liceum najlepiej radził sobie właśnie z angielskim. Był to jedyny przedmiot, z którego miał najwyższe noty i najlepiej zdaną maturę rozszerzoną. Niestety, jako nieodrodny syn swojej mamusi, czyli mój, Panicz Syn jest pyskaty. To w szkole powodowało konflikty z nauczycielami i znalazło, jak niegdyś u mnie, odzwierciedlenie w wielu trójach na świadectwie. A w efekcie sprawiło, że nie dostał się na anglistykę w Warszawie, tylko w Łodzi. Najpierw się cieszył. Ma tam kilku kolegów, których poznał na koncertach, na Przystanku Woodstock itd. W październiku jechał do Łodzi z uśmiechem na ustach. Potem nastała cisza, aż nadszedł dzień, kiedy przyjechał do domu na weekend. Pojechaliśmy gdzieś samochodem. Byliśmy na Wybrzeżu Szczecińskim w okolice Mostu Świętokrzyskiego, gdy nagle Panicz Syn westchnął i zawołał:

- Mama! Jak mi tego brakowało! Tej przestrzeni! Miasto bez rzeki jest straszne!

Potem było coraz gorzej. Wspominał ponure wieczory, zaściankowość i straszny charakter sąsiadów. W Łodzi zamieszkał na stancji. Znaleźliśmy ją z ogłoszenia na OLX. Zbyt tanio nie było, bo 650 złotych za pokój w dwuosobowym mieszkaniu, na dodatek wystrój przypominał PRL, ale… mieszkanie bardzo blisko wydziału, bo zaledwie 2 przystanki tramwajem. Pani wydała nam się sympatyczna, wynajmujący z Paniczem Synem chłopak też. Schody zaczęły się później. Mimo uszu puściliśmy uwagi, że wersalka kosztowała 600 złotych i żeby się nie zniszczyła, ale na wszelki wypadek kupiłam Paniczowi Synowi narzutę, na to badziewie, nad którym trzęsła się matka właściciela, z którą Panicz podpisywał umowę. Zdziwiliśmy się, ale przyjęliśmy do wiadomości, że Panicz Syn nie może korzystać ze wszystkich półek i szafek w meblach stojących w wynajmowanym przez siebie pokoju. Przytaknęliśmy też na uwagę, że ma nie robić imprez, bo to akurat wydało nam się normalne. Nie myśleliśmy jednak, że oznacza to całkowity zakaz przyjmowania gości. Panicz Syn od początku narzekał na wynajmującą, choć mówiłam, że tak blisko uczelni trudno jest znaleźć pokój i żeby nie przesadzał. Zaciskał więc zęby i chyba mało mi mówił, bo do mnie ta okropna prawda dotarła w grudniu.

Byliśmy wtedy z Ulubionym w Chorzowie. Wieczorem miała być premiera spektaklu „Bubloteka”, gdy o trzeciej w nocy obudził mnie telefon matki właściciela mieszkania. Najpierw nie zrozumiałam, kto dzwoni, choć imię i nazwisko wyświetliło mi się na wyświetlaczu. Gdy dotarło do mnie, że to ona i która jest godzina, przeraziłam się. Myślałam, że moje dziecko nie żyje. Rozdygotałam się potwornie. Pani jednak zamiast mi powiedzieć, od razu, że z synem wszystko w porządku, zaczęła dawkować emocje.

- Stała się rzecz straszna pani Małgorzato! Była policja! Wezwali sąsiedzi…

Zaczęłam rozdygotana dopytywać czy dziecko żyje, ale pani najpierw mówiła o policji, sąsiadach i spędzie narkomanów w mieszkaniu wynajmowanym przez syna. Dopiero potem, po mniej więcej pięciu minutach, które dla mnie wtedy były wiecznością, dotarła do sedna, że do Panicza przyszli goście i dwóch pobiło się na klatce schodowej.

Nie zmrużyłam oka do samego rana, a na premierze byłam jak zombie. Pani zresztą nie dawała mi spokoju, bo dzwoniła jeszcze kilka razy wygłaszając całe referaty, że się tego po moim synu nie spodziewała, a w ogóle to… ona (a właściwie jej syn) to wynajmują pokój mojemu synowi po to, by się uczył, a nie po to, by przyjmował gości.

Gdy potem na zimno zaczęłam dowiadywać się, o co chodzi, wyszło szydło z worka, bo o sprawie mówiła i pani i Panicz Syn, a także inni.

Rzeczywiście do Panicza przyszli goście, ale w liczbie 3 osób, na partię gry planszowej „Eurobiznes”. Pili przy tym piwo, co wydaje mi się, że w tym kraju, jak na razie jest dozwolone, zwłaszcza wieczorem w weekend. Niestety w trakcie gry dwóch z trzech kolegów się pokłóciło i dało sobie po razie. Panicz się na nich wściekł i obu wyrzucił z domu. Niestety nie mogli uspokoić się i dokończyć kłótni na dworze, tylko kontynuowali na klatce, gdyż zapewne w grudniu było im tam cieplej. Jeden drugiemu dał w mordę, aż ten podobno z hukiem poleciał na drzwi sąsiadów. Ale Panicz nawet nie był tego świadkiem, bo został w domu, naiwnie myśląc, że wraz z wyrzuceniem skłóconych kolegów problem zniknie. Dopiero awantura na klatce wywołała go z powrotem. Sąsiedzi grozili policją, jednak wbrew temu, co mówiła mama wynajmującego nie wezwali.

Sąsiedzi to w ogóle problem. Wychowana w PRLowskim bloku wiem, że bywa z tym różnie, choć zawsze się dogadywałam. Teraz na Saskiej Kępie mam wyjątek w postaci „swądsiadki”, ale to przypadek kliniczny. Tam w Łodzi „swądsiadek” i „swądsiadów” moc. Opowieści Panicza Syna i wynajmującego drugi pokój studenta, były niczym z horroru i komedii absurdów razem. Na klatce mieszka bowiem kilka starszych osób z gatunku, delikatnie mówiąc, „nieskomplikowanych”, których jedyną rozrywką jest podglądanie sąsiadów. Nawet oglądanie TV jest bowiem dla nich za trudne, a co dopiero czytanie gazet, że o książkach napomknę. O pracach ręcznych też zapomnijmy, chyba, że jest to trwające godzinami majsterkowanie przy zaparkowanych na podwórku autach. To świetna rozrywka, bo też i dobry punkt obserwacyjny. Można bezkarnie śledzić życie bloku i jego mieszkańców. A tam ludzie żyją życiem innych. Dlatego każde wyjście Panicza z domu było przez sąsiadów odnotowywane. Każde przyjście również. Gdy towarzyszyli mu jacyś koledzy lub koleżanki, sąsiedzi bacznie obserwowali ze swojego balkonu, co dzieje się w mieszkaniu, a potem… dzwonili do matki właściciela mieszkania i przekazywali jej te informacje, że teraz właśnie ktoś stoi na balkonie i pali papierosa. Do tego doszło stereotypowe myślenie. Panicz Syn ma długie włosy, a dla wielu ludzi długowłosy to tylko narkoman. Jak się zejdzie kilku, co mają długie włosy to na pewno ćpają. W rezultacie Panicz Syn przestał przyjmować nawet pojedyncze osoby w gościach. I tak doszło do poniekąd absurdalnej sytuacji, w której Panicz Syn, mieszkający ze wszystkich osób na roku najbliżej uczelni, zamiast zimą w okienku między zajęciami (trwającym np. 3 godziny) wpaść do domu na gorącą herbatę z 2-3 kolegami, wysiadywał w uczelnianych bufetach, a jak przychodził do mieszkania to sam. Do tego doszła sprawa śmieci… W czasie grudniowej rozmowy telefonicznej, kiedy matka właściciela informowała mnie o strasznej sprawie, policji itd., dorzucając mi siwych włosów oraz wywołując nerwicę i inne dolegliwości, usłyszałam od niej, że ona prosi, by na weekendy do Panicza Syna nie przyjeżdżała jego dziewczyna. Dlaczego? Ano dlatego, że sąsiedzi się skarżą, że płacone jest za śmieci od dwóch mieszkających osób, a tu, w co drugi weekend jest trzecia. Powiedziałam, by pani podała kwotę, a ja za te śmieci od trzeciej osoby przyjeżdżającej na cztery dni w miesiącu dopłacę. Usłyszałam, że nie trzeba, że to sąsiedzi, że ona nie ma pretensji itd. Spytałam, którzy sąsiedzi. Może ja pojadę do Łodzi (w końcu to tylko 100 km) i pójdę do nich na rozmowę? Pani zaczęła się wycofywać rakiem, bo… nie wie którzy. Nie wie? Czy nie chce powiedzieć? Koniec końców dziewczyna odwiedziła Panicza Syna na stancji jeszcze tylko dwa razy, czyli raz na trzy miesiące, gdyż Panicz Syn zdecydował się spędzać weekendy poza Łodzią. Na gwiazdkę dostał od nas bezprzewodowe słuchawki do mini wieży hi-fi, by nie denerwować sąsiadów słuchaniem muzyki. W styczniu matka właściciela podniosła mu czynsz o sto złotych.

Nie wiem, kiedy się zorientowałam, że zaczęliśmy z Paniczem Synem coraz częściej marnować czas na rozmowy o matce właściciela mieszkania i o mieszkaniu. Słyszałam więc opowieści o tym, że pani przychodzi raz w tygodniu na inspekcje i sprawdza, co dzieje się w lodówce, co w pralce, czy jest pozamiatane, czy wanna jest umyta, czy umyty jest sedes, a zlew nie ma zacieków, no i w jakim stanie jest ta ohydna wersalka za 600 zł. Kręciłam głową w zdumieniu. Najbardziej jednak zdziwiłam się, gdy opowiedział, że pewnego dnia mama właściciela zwróciła się do niego z następującą prośbą:

- Czy mógłby pan porozmawiać z Sublokatorem, by ciszej uprawiał seks ze swoją dziewczyną? Bo sąsiedzi się skarżą.

- No i co jej odpowiedziałeś? – spytałam.

- By sama załatwiała takie sprawy – odparł mój syn, a ja stwierdziłam, że naprawdę jest już dorosły i jednak dobrze go wychowałam.

Nadszedł wreszcie koniec roku. Panicz Syn zdecydował, że od października zamieszka gdzie indziej. Gdzie? Ma coś wynająć z kolegami z roku. Wszystko jedno gdzie. Byle dalej od wścibskiej matki właściciela, sąsiadów itd. W piątek, tuż po pracy, pojechałam odebrać go i przewieźć do domu, by nie tłukł się pociągiem z masą bagaży. Była 19:30, gdy wjechałam na łódzkie podwórko. Ledwo zatrzymałam samochód i zgasiłam silnik, a tu… podbiega jakiś facet i pyta, czy jestem mieszkańcem, bo tu tylko dla mieszkańców.

- Przyjechałam zabrać syna do domu, bo skończył rok akademicki. Ma pan jeszcze jakieś uwagi? – Spytałam, ale on po raz kolejny powtórzył, że podwórko jest dla mieszkańców.

- Pana zdaniem mam parkować kilka ulic dalej i nosić bagaże? Taksówki też przecież tu wjeżdżają.

- Tu jest druga przeciwpożarowa i może jechać straż pożarna – powiedział pan starając się przegnać mnie za wszelką cenę. Sam montował na dachu swojego auta bagażnik. Jak mi potem powiedział Panicz Syn, robił to powolutku i trwało to całe popołudnie. Cóż za pasjonująca rozrywka. Przede mną stało kilka samochodów, a na całej „drodze przeciwpożarowej” kilkanaście aut.

- To jak będzie jechać ta straż, to ja odjadę – stwierdziłam.

- To proszę mnie opuszczać samochodu – powiedział pan do mnie cały czas siedzącej wewnątrz zaparkowanego auta.

- Przecież nawet nie wysiadłam. Jak coś się panu nie podoba proszę natychmiast wezwać policję.

Pan jak niepyszny wrócił do swojego auta i montowania bagażnika. Syn rozpoczął znoszenie bagaży. Trochę tego było, bo i ubrania i naczynia i narzuta i śpiwór i komputer i mini wieża hi-fi i drukarka, a nawet stołek jamnik, który kupiliśmy mu z Ulubionym za zdanie matury. Pan sąsiad tak montował bagażnik, by móc nas obserwować. W pewnym momencie podeszła do niego jakaś pani. Rozpoczęli niezwykle głośną dyskusję o parkowaniu aut przez „nie mieszkańców”. Ileż było w tej wymianie zdań nienawiści do przyjezdnych. Przyznam, że miałam ochotę polecić im wzięcie gwoździa i rysowanie po karoserii, ale nie zrozumieliby sarkazmu.

Wreszcie nadszedł Panicz Syn. Klucze zostawione czekają na stole, na matkę właściciela, która przyjęła do wiadomości, że Panicz Syn, choć studiuje dwa przystanki dalej, nie chce mieszkać więcej w słonecznym wielkim pokoiku, w którym króluje tandetna wersalka za 600 złotych, której stan sprawdzany jest co tydzień, i z PRL-owska stara meblościanka z półkami w większości zajętymi przez rzeczy właściciela.

Panicz Syn siadł w samochodzie. Powiedziałam mu o uwagach montującego bagażnik.

- Trzeba było powiedzieć, że zaraz odjedziemy i zostanie sobie sam ze swoją piękną Łodzią – stwierdził.

Ruszyliśmy.

- Wiesz mamo, ja się już nie dziwię, że Bogusław Linda powiedział to, co powiedział o tym mieście. Tu jest strasznie. A ja po rocznym pobycie jeszcze bardziej kocham Warszawę.

PS Po pół godzinie jazdy z Łodzi do Warszawy Panicz Syn dorzucił:

- Pamiętasz filmik o tych babciach, co grzebały w pokojach studentów? Często rozmawialiśmy z sublokatorem o tym, czy i u nas tak nie było. Najgorsze jest to, że ja ciągle miałem wrażenie, że ona mi robi łaskę, że jej syn mi wynajmuje pokój. A przecież ja za to płacę!

To dlatego dla przypomnienia…

Hobby? – narzekanie!, czyli refleksja pod koniec dnia Ojca

Nie wiem ile miałam lat, kiedy odkryłam kim tak naprawdę są starzy ludzie chodzący po ulicach i wiecznie narzekający, ale było to późno. Dlaczego? Mój ojciec, mimo wszystkich kłopotów i przeciwności, był osobą zadowoloną z życia. To on uczył, bym na ludzi patrzyła przez palce, bym była tolerancyjna, cierpliwa, uparta i rozwijała wszystkie swoje pasje. „Człowiek bez zainteresowań jest zerem” – mawiał. Sam miał ich wiele. Zostały po nim rysunki, obrazy pastelowe, olejne, grafiki i masa prac metaloplastycznych, w tym biżuteria. Był majsterkowiczem. Domek dla lalek, który zrobił mi z dykty, gdy byłam dzieckiem był najpiękniejszym domkiem na świecie. Do dziś wspominam zawiasy do drzwi ze skóry, klamkę z drutu i maszynę do pisania z gumki myszki. Ja zrobiłam tylko z koronki fikuśne zasłonki do wyciętego laubzegą weneckiego okna. Ojciec umiał wszystko. To on zainteresował swojego młodszego brata rusznikarstwem. Ja dzięki niemu umiem sporo domowych prac zrobić sama. To, że nie zawsze je robię wynika z tego, że po prostu nie mam czasu. Ojciec miał go więcej, bo wtedy, gdy byłam dzieckiem żyliśmy jednak wolniej. Mimo tego, gdy stuknęła mu 50-tka zaczął usuwać ze swojego życia rzeczy, których już nie zrobi.

- Już nie będę robił aplik – powiedział i niedokończoną blachę lustra lampy schował w piwnicy. Dziś wisi u mnie w salonie i przypomina, że trzeba mieć zainteresowania i umieć rezygnować z jednych na rzecz drugich. Bo wtedy, po porzuceniu majsterkowania ojciec bardziej poświęcił się pisaniu, historii, publicystyce i filmowi.

Niedokończone dzieło taty... #aplika #lampa #dzienojca

Piszę o tym wszystkim dziś w dzień Ojca, choć planowałam od dawna. Bo niemal codziennie mijam ludzi niezadowolonych z życia, narzekających i nienawidzących bliźnich i codziennie myślę o swoim Ojcu. To dzięki niemu wiem, że są tacy, bo nie spełnili swoich marzeń z dzieciństwa i nie mają żadnych zainteresowań. No… może jedno. Narzekanie. Czasem dochodzi jeszcze takie osobliwe hobby, jak łażenie po lekarzach i jęczenie w poczekalni, że kolejka za długa, że lekarz przyjmuje za wolno, że leki nie działają, że są drogie, że emerytura niska i tak dalej.

Im jestem starsza tym szybciej się orientuję w sytuacji. Ostatnio wystarczy mi, że tylko spojrzę na twarz starego człowieka i wiem: ma zainteresowania czy nie? Wszyscy przyjaciele Ojca z powstania czy z organizacji kombatanckich nie mieli i nie mają czasu na narzekanie. Ci, którzy mijają mnie na ulicach, którzy też są starymi ludźmi, ale urodzili się już po wojnie – narzekają. Ostatnio jakiś pan z niezwykłą agresją w głosie skrzyczał mnie, że stanęłam przed autobusem i nie nacisnęłam guzika, by kierowca otworzył drzwi, a on chciał wysiąść (ja wsiąść). Nie powiedziałam nic. Pomyślałam tylko, że on też mógł ów guzik nacisnąć. I mógł to zrobić wcześniej niż ja, bo podczas zbliżania się autobusu do przystanku.  Pan oddalił sięvbarzekając. Przykłady mogłabym mnożyć. Mogłabym je też zbić z Władysławem Bartoszewskim, który zmarł na zawał, bo mimo emerytalnego wieku żył szybciej niż niejeden człowiek w pełni sił, gdyż nie miał czasu na lenistwo. Ale on nie był jedyny. Taki Janusz Odrowąż-Pieniążek, wieloletni dyrektor Muzeum Literatury, również pracował po przejściu na emeryturę, bo… kochał Mickiewicza. Gdy jako nastolatka pracowałam w BUW moją „koleżanką” z pracy była Pani Maria Kicińska – emerytowana bibliotekarka, która rozpoczęła karierę jeszcze przed wojną. Wiele się od niej nauczyłam. Zwłaszcza o zawodzie bibliotekarza. Pani Maria nie jęczała, nie krytykowała, choć czasem rzeczywistość ją załamywała, o czym nawet kiedyś napisałam. Zdarzają się więc ludzie, którzy nigdy nie narzekają, nie jęczą a ich hobby to nie gnicie w poczekalniach, tylko poszerzanie swojej wiedzy i praca dla innych. Szkoda, że tylko zdarzają.

Trzy dni temu jechałam taksówką i rozmawiałam z taksówkarzem o starości. On zaczął. Musiał się wygadać, bo przy mnie zadzwoniła matka i krzyczała do słuchawki. O czym? Oto nie dostała się do lekarza, bo już wszystkie numerki były wydane.
- Co mamie dolega? – spytałam.
- Moim zdaniem nic – odpowiedział taksówkarz.
- To po co chodzi do lekarza?
- Nudzi się.
- To trzeba jej znaleźć zajęcie – powiedziałam. – Na przykład uniwersytet trzeciego wieku. Mnóstwo starszych ludzi korzysta z tego. Jeżdżą na wycieczki, chodzą na wystawy, koncerty, do muzeów.
- Ale matka sama nie pójdzie.
- No, ale tam będzie miała koleżanki. Nie będzie już sama.
- Ona nie miewa koleżanek.
- To co robi całe dnie?
- Narzeka.
- A co lubi robić najbardziej?
- Narzekać i chodzić do lekarza – odparł taksówkarz, a po chwili milczenia dodał: – Wie pani, to jej hobby. Taka już jest.
Rozmawiałam potem z przyjaciółką, że ta pani to taka osoba, która nie ma żadnego hobby. Ale przyjaciółka zaprzeczyła.
- Jak to nie ma? Ma! Właśnie to narzekanie i łażenie po lekarzach.

Cóż. Jak się przeanalizuje moją rozmowę z taksówkarzem to wychodzi na to, że faktycznie tak jest. Niestety narzekanie i łażenie po lekarzach to hobby większości starych Polaków. I często nie ma to niestety nic wspólnego z prawdziwymi chorobami. Ojciec nie znosił chodzić lekarzy. Nie miał cierpliwości do stania w kolejkach. Miał tyle do zrobienia, a czasu, jak twierdził, coraz mniej. Żył siedem lat dłużej niż jego Ojciec, dlatego, gdy przekroczył 60 rok życia uważał, ze każdy dzień jest darowany. Czasem myślę, że może nie narzekał dlatego, że nie miał czasu i miał zupełnie inne hobby? Realizował swoje pasje i marzenia. Codziennie myślę o tym, ilu rzeczy nie dokończył, z tych które chciał dokończyć i ilu rzeczy nie dokończył, bo zrezygnował z nich w pewnym momencie na rzecz ważniejszych. Czy gdyby choć trochę lubił łażenie po lekarzach byłoby inaczej? Wykryliby choroby wcześniej? Czy żyłby dłużej? Nigdy się nie dowiem.

Postanowiłam pracować w ogródku. Zestaw mebelków kupiony. #dom #ogrod #mebelki #pisanie #ksiazka

Gdybym miała cztery nogi

Mam do skończenia książkę, a za oknem piękna pogoda. Jak to pogodzić? Rok temu jeździłam do Pałacu w Oborach, ale skończyło się. Obory zwrócone dawnym właścicielom. Postanowiłam wrócić do swojego ogródka. Kiedyś namiętnie w nim siedziałam i pisałam, od kilku lat tego nie robię. Nawet nie dlatego, że dawne meble ogrodowe wywiozłam na pewną działkę, z której nie wróciły. Powód jest o wiele bardziej banalny: ciągająca po sądach „swądsiadka”. Jednak teraz, gdy miejsca w Domach Pracy Twórczej brak, a termin oddania książki się zbliża, postanowiłam kupić nowe ogrodowe mebelki, by móc pisać na świeżym powietrzu. Próbowałam na balkonie, ale ciasno, no i nie w cieniu. W końcu to pierwsze, ale i ostatnie piętro. Mebelki oglądaliśmy kilka razy. Miały być lekkie, nie plastikowe i szybkie do zabrania. Padło na zestaw ogrodowy w OBI. Cena atrakcyjna 399 zł. Pojechaliśmy, kupiliśmy. Była dwunasta w południe. Chciałam od razu je skręcić, by po godzince siąść pod drzewkiem z laptopem. Zaczęłam więc skręcać. Najpierw jeden fotel, potem drugi, wreszcie ławkę i… nadeszła pora skręcenia stołu, a tu… brak nóg. Gdzie są nogi? Przewracaliśmy z Ulubionym, (który dokręcał mocniej śrubki) pudło po mebelkach na prawo i lewo, na plecy i na bok, oglądaliśmy tez nawet samochód, choć bez większej nadziei, że są tam nogi, bo pudło przecież było zapakowane. Wreszcie doszliśmy do jedynego, słusznego wniosku. W pudle nóg nie było. Zaczęłam dzwonić do OBI. Najpierw na infolinię. Po 10 minutach wreszcie się dodzwoniłam. Pan kazał dzwonić do konkretnego sklepu i wyjaśniać. By mi ułatwić sprawę podał numer na Dział Ogrodniczy. Niestety. dzwoniłam cztery razy i nikt nie odebrał, choć uparcie wisiałam drucie jak nie przymierzając małpa. Zadzwoniłam wreszcie na numer ogólny. Nikt nie odebrał. System kazał mi coś wybrać, wybrałam Dział Obsługi Klienta, bo przecież jak wybiorę Dział Ogrodniczy to może nikt nie odebrać. Cisza. Znów dzwoniłam kilka razy. Wreszcie dodzwoniłam się. Powiedzieli, że połączą z kierownikiem. Kierownik jednak nie odebrał i system mnie rozłączył. Moich prób dodzwonienia się było jeszcze kilka. Wreszcie wściekła jak osa wsiadłam w samochód. Stojąc w korkach po godzinie dojechałam do marketu, do którego kilka godzin wcześniej dojechałam w kwadrans. Była siedemnasta. Dwa fotele i ławka od trzech godzin stały skręcone i czekały na stół. W sklepie popatrzono trochę jak na wariatkę, bo oto przyjechałam i powiedziałam:

- Kupiłam dziś zestaw mebelków do ogrodu, niestety stół nie ma nóg, czy mogłabym prosić o nogi?

Jednak po chwili miły pan z Działu Ogrodniczego poszedł ze mną do pudeł z zestawami mebelków, by znaleźć dla mnie nóżki. I tu zaczęły się schody. Nóżki były… dopiero w trzecim zestawie. Pan skwitował to stwierdzeniem:

- To się zdarza. Ten, kto pakował po prostu zapomniał zapakować.

Postanowiłam pracować w ogródku. Zestaw mebelków kupiony. #dom #ogrod #mebelki #pisanie #ksiazka

Chciałam dodać, że zapomniał nawet kilka razy, ale machnęłam ręką. I tylko wracając stwierdziłam, że właściwie to powinnam się była spodziewać, że coś takiego mnie spotka. Przecież już kiedyś kupiłam telewizor nieprzestrojony na polski system, telewizor uszkodzony, niedziałająca pralkę, zepsutą klawiaturę, grę bez kodu odblokowującego etc. Natomiast faktem jest, że po powrocie z OBI z nóżkami i skręceniu stołu, już do pisania nie siadłam. Wczoraj byłam poza domem. Dlatego dopiero dziś siedzę w ogródku i piszę. Ale cóż… lepiej późno niż wcale. A gdybym od razu miała te cztery nogi?

Dzień dziwaka i dziwki, czyli świat na opak

Podczas porannej prasówki, (w której nie ukrywam, pomaga Facebook), natrafiłam na artykuł sprzed dwóch tygodni, jaki ukazał się w Gazecie Powiatowej, o tym, że ktoś oskarżył iż, szkoła w Chotomowie promuje ideologię gender i zboczenia. O co chodziło? „Rodzice ze Szkoły Podstawowej w Chotomowie postanowili zorganizować dla swoich dzieci zabawę, która na celu miała uczyć dzieci tolerancji, dystansu do siebie a także integrować. Zabawa o nazwie „Dni Dziwaka” miała trwać przez cały tydzień i miała zaangażować dzieci, nauczycieli, pracowników szkoły. Na poszczególne dni przygotowano dla dzieci kolejne zadania.” – napisano w artykule. Dalej podano treść zadań, którymi miał być: m.in. „dzień dziwnych nakryć głowy”, „dzień kibica”, „dzień ważniaka i człowieka sukcesu”, „dzień skarpetek nie do pary” i „dzień na opak”, kiedy to dziewczynki miały się przebrać za chłopców, a chłopcy za dziewczynki. I ta ostatnia propozycja spowodowała, że Pan podpisujący się jako Aleksander Podlecki napisał do szkoły list z protestem. List brzmiał: „Dzień na opak – dziewczyna czy chłopak” to propozycja szkodliwa psychologicznie dla dzieci. Zaburza ona układ identyfikacji płciowej osobowości dziecka i przeciwdziała integracji jego osobowości. Oswaja z patologiami identyfikacji płciowej ze świata dorosłych i sprawia, że dziecko staje się na takie patologie otwarte. Stanowczo przeciw temu protestuję. Zabawa i kreatywność może być dobra i zła. Ta zabawa jest destrukcyjna. W szkole więcej potrzeba kreatywności w nauce niż w szalonych zabawach.”

Kadr z filmu „Dziewczyna i Chłopak” (źródło: Filmpolski.pl)

Teoretycznie powinnam się przyzwyczaić, że z roku na rok stajemy się coraz bardziej święci od Papieża, bo tylko przypomnę święte oburzenie jednej matki na moją książkę „Tropiciele”, w której znalazł się wyraz „dziwka”. Jednak zatracanie się niektórych osób w chorej poprawności politycznej zaczyna przybierać rozmiary mocno karykaturalne. A przecież przebieranki znane są od wieków. Pomijam antyk, gdzie w antycznych teatrach greckich role kobiece grali tylko mężczyźni. Pomijam ludowość i fakt, że od ponad 150 lat w podradomskim Jedlińsku wystawiane jest zapustne widowisko pt. „Ścięcie śmierci”, w którym biorą udział tylko mężczyźni odgrywając różne role, w tym kobiece. Jak na razie nie czytałam, by ktokolwiek z nich z tego powodu został… homoseksualistą, czy zboczeńcem! Ale cóż… dorośli. A co z dziećmi? Przed ponad półwieczem Hanna Ożogowska napisała książkę pt.: „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek”. O Tosi i Tomku, bardzo podobnym do siebie rodzeństwie, które by nie denerwować taty, na chwilę zamieniło się rolami. Chwila jednak zmieniła się w całe wakacje. Jak się to stało? Otóż chłopak narozrabiał i dostał do wyjazdu na wakacje szlaban na wychodzenie z domu. Gdy tata wyszedł do pracy Tomek uparł się na chwilę wyjść, by rozprawić się „po męsku” z kolegą. Żeby sprawa się nie wydała w domu została siostra, która miała udawać brata. Niestety w międzyczasie przyjechał znajomy zabrać Tomka na wakacje do leśniczówki. I tak Tosia przebrana za Tomka wyruszyła w świat pełen ciemności, zwierząt, jazdy konnej itd. Gdy do domu wrócił Tomek musiał z podbitym okiem, w sukience w różyczki wyjechać jako Tosia na wieś do ciotki Isi i odgrywać tam rolę niańki dla cioteczno-ciotecznego rodzeństwa. Dzięki przebierance rodzeństwo przeżywa masę przygód, dowiadując się czegoś nie tylko o sobie, ale i swoich płciach. „Oj! Nie łatwo być dziewczyną!” „Oj. Nie łatwo być chłopakiem!” – wołała do czytelników w swojej książce Hanna Ożogowska. Dziś, po raz pierwszy w życiu myślę, że to dobrze, że już nie żyje. Umarła by zapewne po raz drugi ze zgryzoty, zdumienia i nerwów. Bo sądząc po reakcjach na moją książkę, na „Dzień dziwaka” i inne historie, pewnie za „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na czternaście fajerek” byłaby najpierw ciągana po sądach przez oburzonych rodziców, którzy w książce znaleźliby deprawację i zmuszanie chłopaka do „spedalenia”. Podejrzewam, że stowarzyszenia pisarskie zostałyby zawalone donosami, na nią, bo przecież zmuszanie chłopaka do chodzenia w spódnicy to straszna genderowa zbrodnia. A i głupi rodzice, którzy zapewne zapomnieli, jak sami byli dziećmi, wypisywaliby różne protesty, których treść mogę sobie tylko wyobrazić. A gdyby zajrzeli do jej książek „Chłopak na opak” oraz „Raz gdy chciałem być szlachetny” mogliby zwrócić uwagę na pochwałę lenistwa, kombinatorstwa, kłamstwa itd. Brrr!

Wspomnienie dzieciństwa. #ozogowska #hannaozogowska #ksiazka #autograf

Co ciekawe, po proteście pana Aleksandra zmieniono w szkole zasady dnia dziwaka. „Przychylając się do państwa próśb, zmieniamy zasady jutrzejszego dnia dziwaka. Wtorek – „Dzień na opak – świat staje na głowie”. Tego dnia zaszalejemy!!! Rób wszystko na opak – załóż ubranie na lewą stronę, a może tył na przód. But prawy na lewą, a lewy na prawą, idź do przodu cofając się i cofaj się idąc do przodu. Może dzień zamieni Ci się z nocą? Liczymy na wasze kreatywne pomysły. – Rada Rodziców.” A ja czytając te rewelacje, a zwłaszcza komentarze pod artykułem obawiam się, że wariactwo w społeczeństwie dopiero się zaczyna, zaś kreatywność poprawnych politycznie rodziców się dopiero rozkręca. Podejrzewam też, że teraz, gdyby jednak jakiś chłopiec chciał się przebrać za dziewczynkę, to jego rodzice zostaliby postawieni przed sądem rodzinnym za chowanie w domu zboczeńca. Nikt by tego zachowania nie nazywał kreatywnością. A szkoda. bo gdy byłam dzieckiem przebieranki były normalne. Ten szlaban na zabawę w przebierankę zmusza mnie do zadania pytania. W co dzieci mają się bawić? Bo na drugim biegunie są zabawy w wojnę i w… aż się boję napisać w co. Dlatego posłużę się cytatem: „…dr Epstein – praski profesor, przechodząc któregoś poranka między barakami oświęcimskimi zobaczył bawiące się dzieci. Siedziały sobie w piasku i przesuwały jakieś patyczki. Starszy człowiek zapytał je, co robią. W odpowiedzi usłyszał słowa, które go zmroziły i zszokowały do głębi: „My się bawimy w palenie Żydów”. Nie wiem, jak Pan Aleksander Podlecki, ale ja wolę „Dzień dziwaka”. A nawet dziwki, że tak nawiąże do świętego oburzenia matki czytelniczki moich „Tropicieli”, w których znalazł się poświęcony wyzwiskom rozdział pt. „Dziwak i dziwka”.

W szponach Koprofaga, czyli jak rzyć? Z takim czytelnikiem?

Uwaga! Nie jeść przy czytaniu! 

Wiele miesięcy temu pewien pan pisał do mnie osobliwe listy o defekacji. Było ich kilka. W jednym z nich wyczytałam (pisownia oryginalna):

„kiszka stolcowa nie może być ofiarą pisarskiej wrażliwości poznawczej i trzeba umieć oddzielić ją od kału, a więc elementu bardziej hedonistycznego w tym konkretnym pani przypadku ja nie wiem, po co pani w ogóle pisze, proszę się więcej koncentrować na niepisaniu i proszę się wyciszyć wewnętrznie, to wpłynie korzystnie na jelito.”

W innym:

„Nie można delektować się wyjadaniem kupy z czyjegoś jelita, jednocześnie odgryzając darczyńcy kiszkę stolcową, która naturalnie jest bardziej pożywna, smaczna, ale to jest sprzeczne z historycznie ewoluującym imperatywem moralnym.”

Do dziś nie wiem, czym sprowokowałam te listy, więc zapewne jestem debilem, jak ów pan to sugeruje. W każdym razie wtedy odesłałam nadawcę do psychiatry i o sprawie zapomniałam. Miałam nawet wrzucić jego adres do blokowanych, ale z nadmiaru zajęć też wyleciało mi to z głowy. Pan zresztą przestał pisać. Dziś nadszedł list:

„Pani zasugerowała, abym poszedł do psychiatry, nie mając do tego uprawnień medycznych. Pisarzyna czwartej kategorii nie ma prawa wydawać diagnoz medycznych. To niemoralne w świecie wartości liberalnych oraz nieliberalnych. To zdradza manię na tle menopauzy albo na tle własnej zbydlęconej natury.
Pani powinna zrobić wiwisekcję swojej twórczości. Proszę teraz wdrapać się na stół albo biurko, rozkraczyć się i obesrać wszystkie swoje maszynopisy, łącznie z klawiaturą komputera. Jeśli jelito grube nie chce wydalić gówna, proszę podrapać je paznokciem wskazującego palca, nawet dyscyplinarnie raniąc odbytnicę. Paznokieć powinien być polakierowany na brązowo. Proszę starać się wybrać z kału wszystkie niestrawione elementy i jeszcze raz je zjeść. Wszystko powinno być strawione. Bo jeśli nie, to znów będzie Pani zmuszona obesrać swoją twórczość od nowa, no i oczywiście jeszcze raz skonsumować niesfermentowane części kupy. Być może trzeba będzie namawiać Panią do konsumpcji własnych sików. Pewien krakowski kompozytor po takiej wiwisekcji napisał wspaniałą sonatę na wiolonczelę, pierdzący tyłek i fortepian. Pani nigdy nie stworzy arcydzieła, ale jest szansa malutkiego postępu. Proszę dbać o higienę własnej sraki i po skończeniu srania oraz wyjadania niestrawionego kału trzeba dupę wytrzeć o ścianę. A potem to wylizać.
Rozumiem, że ma Pani odrobinę sprytu, aby wiwisekcja się udała. Nie potrzeba wielkiego rozumu, Pani móżdżek jest akurat odpowiedniej wielkości do przeprowadzenia tej prostej przecież procedury.
Proszę również nie pisać do mnie, bo jestem zajęty i nie zamierzam w tym roku poświęcić Pani więcej czasu. Ponadto nie chcę czuć tego paskudnego odoru towarzyszącego wiwisekcji.”

Najpierw siedziałam wmurowana i w tym porannym stuporze piłam poranną kawę mocno wytrzeszczając oczy. Pewnie z powodu niskiego ciśnienia i zaspania nie od razu skojarzyłam autora. (Jednak od czasu poprzedniej korespondencji minęło kilka miesięcy.) Ale chwile później ten „kał” i „odbyt” zaczęły mi coś przypominać… Ułożyłam listy w poczcie wg nadawców i… błyskawicznie znalazłam poprzednie. O matko! Na pewno nie mam uprawnień medycznych, więc może rzeczywiście nie powinnam odsyłać pana do psychiatry tylko do lekarza chorób wewnętrznych, albo do proktologa, a najlepiej pierwszego kontaktu – niech on zdecyduje. W końcu ma uprawnienia. Ale… co trzeba mieć w głowie, by do obcego człowieka pisać takie rzeczy? No i po co to robić? Jak ja kogoś nie lubię, nie szanuję itd., to omijam szerokim łukiem. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że większość ludzi chce, by znienawidzony przez nich osobnik zniknął. Najlepiej w mękach. Czytelnik koprofag życzy mi wprawdzie tylko „obesrania” itp., ale podejrzewam, że w jego ustach to jest życzenie takie, jak śmierć. Zresztą chyba to ma być ta tzw. „usrana śmierć”.

Nie mam (jeszcze) menopauzy, problemów z jelitem ani jelitami w ogóle, nie używam brązowych lakierów do paznokci, a na biurku nie leżą maszynopisy, bo ze względu na dbanie o środowisko rzadko coś drukuję. Dlatego pytam: Jak żyć? Choć pewnie nadawca listu spyta: „Jak rzyć?”

Stanisław Lem powiedział podobno kiedyś takie słowa: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do internetu.” Jak zdefiniowałby ten przypadek? Ale może to ja rzeczywiście mam coś z głową? Może to zupełnie normalna korespondencja tylko ja się nie znam?

Tanim sumptem, czyli znalazłem na stronie i sprzedam

Jak wzbogacić się tanim sumptem? Wystarczy pohandlować na allegro skanami dokumentów wziętych z sieci. Nigdy bym na to nie wpadła, gdyby nie list czytelnika, który napisał:

„Szanowna Pani,
jeden z dokumentów dotyczących Pani przodków, którego zdjęcie umieściła Pani na swojej stronie, jest sprzedawany obecnie na Allegro za niewielką, zupełnie symboliczną kwotę.”

I podał link. Kliknęłam i oniemiałam. Zobaczyłam to, co opublikowałam na swojej stronie genealogicznej, czyli dokument dotyczący mojego praprapradziadka Pawła Piekarskiego.

Skan tego, co wisi u mnie na ścianie, jak byk. Nawet nazwisko to samo. Ta sama plama w rogu, zagięcia itd. Jak to jest możliwe, że skan dokumentu, który wisi u mnie na ścianie pieczołowicie oprawiony przez ojca można kupić na allegro za 33 złote? Zadałam sprzedającemu pytanie, czy to legalne i zgłosiłam sprawę allegro. Czekam teraz na odpowiedź. Wnioski mam takie. Jeśli okaże się, że jest to legalne, to łatwo można się wzbogacić szperając w sieci i handlując dokumentami, które zeskanował ktoś inny. (Pan oferuje jeszcze inne dokumenty. Za te same kwoty. Podejrzewam, że zdobył je w ten sam sposób, co mój dokument.)

Ktoś powie, że sama jestem sobie winna, bo publikuję skany bez znaku, że są z mojej strony. Publikuję je jednak dla historyków do badań i prac naukowych, a nie dla handlarzy, by mogli zarabiać na cudzej naiwności.

PS Z ostatniej chwili. Ponieważ do sprzedającego napisałam list:
„Chciałam spytać, jak to jest, ze sprzedaje Pan coś, czego oryginał wisi u mnie w domu na ścianie i tyczy mojego trzy razy pradziadka Pawła Piekarskiego?
To w ogóle jest legalne?”
Otrzymałam mail zwrotny:
 ”Witam. 
Przepraszam najmocniej za zanistniala sytuacje.
Aukcja zostala usunieta i juz sie wiecej nie pojawi.
Jeszcze raz przepraszam i zycze milego dnia.”
Czyli wnioski dotyczące legalności handlu takimi rzeczami nasuwają się same…

Po co są książki, czyli słówko o protestującej mamusi

Gdy kilka lat temu była dyskusja o zmianie lektur szkolnych, bo są nudne i nie zachęcają do czytania, oniemiałam. Lektury szkolne nie mają zachęcać do czytania! One mają uczyć historii literatury – polskiej i światowej. Chyba dotarło to wreszcie do decydentów, bo wrzawa wokół tematu ucichła. Niestety rozgorzała gdzie indziej. Czemu służą książki w ogóle? Zwłaszcza te dla dzieci i młodzieży?

Dostałam ostatnio taki list (pisownia oryginalna):

,,Mamo co to jest dziwka?”
Takie pytanie zadała mi moja dziesięcioletnia córka po przeczytaniu książki  Pani Małgorzaty Piekarskiej pt. ,, Tropiciele”. Nie mogłam uwierzyć że taką informację uzyskała z książki dla dzieci, na pewno z szkoły , z podwórka…
A jednak nie. Moje dziecko pierwszy raz wymówiło słowo DZIWKA dzięki książce dla dzieci.
Po moim oględnym wytłumaczeniu znaczenia tego słowa stwierdziła że są tam też inne brzydkie słowa np ,,kuźwa” i że to dziwne że są tam takie rzeczy bo ,,przecież z książek czerpie się wiedzę!”
Moja córka przez dziesięć lat swojego życia miała kontakt z różnymi dziećmi z różnych środowisk. Chodziła do zwyczajnego przedszkola, teraz chodzi do zwykłej publicznej szkoły. Mieszkamy na zwyczajnym osiedlu gdzie gania po podwórku z dzieciakami z różnych domów i pomimo to nigdy nie słyszała tego słowa!
Są tam też inne ,,zarypiste” słowa : gnojek, mendo i usrana …  Czy taką wiedzę chcecie przekazywać dzieciom?
Oczywiście są dzieci które używają takich słów a nawet lepszych i robią takie rzeczy których dorośli nie zrobią przez całe swoje życie. Pracowałam z takimi dziećmi to wiem. Jednak to są dzieci nieszczęśliwe! Dzieci zaniedbane i zepsute przez dorosłych od których biorą przykład.
Dzieci rodzą się piękne i czyste w środku.  Wszystkie.To dorośli sprawiają że staja się zepsute, wulgarne i zblazowane.  Dzieci powinny pozostać jak najdłużej niewinne i naruszone brudem świata.
Powinno się je otaczać miłością, pięknem i poczuciem bezpieczeństwa. Powinno się je uczyć dobrych rzeczy. Dobrze odnosić się do siebie nawzajem a nie ,,cool” sformułowań dziwka, zarypińscie, usrana itd. Na to naprawdę jest całe życie. A dzieci jednak tak się  do siebie nie odnoszą jak to się wydaje autorce. Dlaczego coś takiego promuje?
Dlaczego Wy coś takiego popieracie? Mówicie tak do swoich dzieci?
Zostałam oszukana. Z reguły zakładam że ludzie są dobrzy i tak podchodzę do świata , niestety z naiwnością!
Widząc książkę dla dzieci zakładam że jest to coś specjalnego. Coś wyjątkowo stworzonego z troską i dbałością bo to książka dla DZIECI! Powierzyłam wam coś najcenniejszego co mam. Moją córkę, jej wrażliwość i wyobraźnię. Z zaufaniem wpuściłam Was do jej dziecięcego świata.I czego się nauczyła ? Słowa ,,dziwka”.
Jak to zrekompensujecie? Ale co to takiego złego? I tak by się nauczyła…
A ja się nauczyłam że nie można ufać ludziom, którzy określają siebie przyjaciółmi dzieci i dla nich tworzą. To wszystko fałsz. Dziękuje za tę lekcję.
Książkę tę dostała w prezencie od koleżanki. Jej mama ją kupiła. Zachęcił ją opis książki z tyłu okładki , taki piękny i gładki!:”

Odpisałam owej Pani następująco:

„Szanowna Pani,
książka jest na rynku od 10 lat i pierwszy raz spotkałam się z zarzutem, że są w niej niestosowne rzeczy. Jest ona przeznaczona dla młodzieży, a nie dzieci, gdyż pisana była z myślą o czytelnikach powyżej 11-go roku życia. Bohaterami są gimnazjaliści. Gdyby przeczytała Pani książkę w całości razem z córką, zobaczyłaby Pani, jakie wartości ona promuje i na pewno nie jest to przeklinanie czy wyzywanie. Sądzę, że ocenianie po wyrwanych z kontekstu fragmentach nie jest odpowiednie.
W ciągu dziesięciu lat od pierwszego wydania książka nie zebrała ani jednej negatywnej recenzji. A pisali je specjaliści od tego typu literatury. Czytali oni książkę, jako całość, a nie wyrwane z kontekstu zdania, czy słowa. W wielu szkołach jest omawiana ona, jako lektura i nikt z nauczycieli nie miał o te słowa pretensji, nie uznał też ich za niestosowne w tej formie i kontekście, w jakiej są one w tej książce napisane. Faktem jednak jest, że były to klasy szóste (koniec szkolnej edukacji) lub pierwsze gimnazjum. Myślę jednak, że brak reakcji nauczycieli na to, co oburzyło Panią o czymś świadczy. Wielokrotnie czytałam wypracowania na temat tej książki. Dotyczyły one także młodzieżowego języka.
Poniżej odsyłam do recenzji. Są zebrane na mojej stronie z podaniem źródeł:

http://piekarska.com.pl/?page_id=1937

Bardzo Pani współczuję sytuacji. Niestety jest to tylko dla mnie dowód, że przez całą podstawówkę lepiej czytać książki razem z dziećmi i na bieżąco omawiać z nimi to, co się przeczytało. Ma Pani cudowną córkę, która zapytała. I to jest w tej sytuacji najważniejsze. Zachęcam do przeczytania książki – zobaczy Pani, ze nie ma czego się bać.”

Pani jednak nie przyjęła argumentów. Zaczęły się kolejne listy, a w nich opowieści o jej kryształowej rodzinie, w której nikt nie mówi żadnych brzydkich słów. I kryształowej dziewczynce, którą właśnie niemal „pozbawiłam cnoty”, bo pewne wyrazy: „dziwka”, „zarypiście” (nomen omen wymyślone przeze mnie), „usrany”, „gnojek” i „menda”) poznała dopiero w mojej książce. Naprawdę? Aż wierzyć mi się nie chce. Gdzież to dziecko się uchowało? Gdy mój syn był w 2 klasie podstawówki i jeździłam z jego klasą na basen, za każdym razem musiałam uspokajać dzieciaki, wyzywające się od „chujów”, „pedałów” i mówiące do siebie „spierdalaj cwelu” tudzież „won kurwo”. Działo się to wśród dzieci z Saskiej Kępy, uczniów szkoły uchodzącej za jedną z lepszych w dzielnicy, których rodzice nie byli menelami, a aktorami, naukowcami, prawnikami itd. Wynosiły te słowa nie z domów, ale np. z telewizji i filmów szpiegowskich, które rodzice oglądali przy nich zupełnie nieświadomi, że dziecko chłonie to, co mówią bohaterowie np. policjanci w slumsach.

Jako ciekawostkę wyznam, że owa pani wysłała swój list nie tylko do mnie. Także do mojego wydawcy, patronów medialnych, dyrekcji i władz TVP itd. Tamże odesłałam i ja swoją odpowiedź, bo uznałam jej wysyłanie do dyrekcji za wywieranie na nich nacisku do rozprawienia się ze mną. Ona swojej kolejnej odpowiedzi już do nich nie posłała, więc zostałyśmy na dobry tydzień przy wymienia zdań „jeden do jednego”. Korespondencja pewnie nadal by trwała, gdybym nie urwała jej stwierdzeniem, że z mojej strony temat został wyczerpany. Pani i tak nie zrozumie, że celem książek dla młodzieży jest rozbudzenie zamiłowania do czytania, a także obeznanie z otaczającym światem. Ten zaś jest, jaki jest. Nie zachęcimy do czytania książkami uładzonymi, tak jak nie zrobimy tego lekturami szkolnymi, których celem jest nauka historii literatury lub historii w ogóle. Nie zrobi się tego podsuwając nastolatkom papierowych, grzecznych bohaterów, którzy szurają nóżkami i co chwile mówią: „Tak, mamuniu! Nie, mamuniu!”. Od takich historii dzieciaki naprawdę uciekają.  

Podzieliłam się korespondencją z przyjaciółką pisarką Małgosią Strękowską-Zarembą. Jej książki dla dzieci z serii o Filipku też zostały w swoim czasie zaatakowane przez jakąś babcię, która oburzała się, że ich bohater Filipek Zaskroniec jest wyzywany przez kolegów od… „padalców”! No straszne! Protestująca przeciwko Filipkowi Pani też napisała swoje pismo wszędzie gdzie się dało. Małgosia też pisała wyjaśnienia. Pani nie zrozumiała. Tak, jak ta moja. W jednej z książek o Filipku bohater obsiusiał babcię. To też wywoływało oburzenie różnych starszych babć. Ja załamywałam nad nimi ręce. Dlaczego? Otóż gdyby żyła moja mama, to skończyłaby w tym roku 89 lat. Pamiętam jej historię z rodzinną awanturą, kiedy… obsiusiała własną matkę! A tak! Rzecz działa się przed wojną. W czasach, gdy niemal w każdym polskim domu wisiała dyscyplina w postaci sarniej nóżki do okładania nią nieposłusznych dzieci. Mama coś przeskrobała, a była wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem, którego w niegrzeczności n a głowę bił tylko rodzony starszy brat – wuj Stefan, później żołnierz Armii Krajowej. Babcia goniła niegrzeczną mamę, by dać jej sarnią nóżką w skórę. Mama uciekała dookoła okrągłego stołu w salonie odwracając za sobą krzesła, by spowolnić pościg. Wreszcie wypadła do ogrodu i wskoczyła na trzepak. Babcia pogroziła jej palcem: „Czekaj! Czekaj! – powiedziała: – Zejdziesz to dostaniesz”. Mama jednak ani myślała zejść. Siedziała na trzepaku i obżerała się renklodami, które zwisały z gałęzi nad trzepakiem. W pewnym momencie zachciało jej się siusiu. Poinformowała babcię, a ta stwierdziła, że to cudowna wiadomość, bo jak teraz mama zejdzie na siusiu to dostanie w skórę. Co zrobiła mama? Odchyliła nogawkę szarawarów (tak się mówiło wtedy na letnie krótkie spodenki) i zaczęła siusiać z trzepaka oblewając moczem babcię, czyli swoją własną mamę, która wrzeszczała na cały ogród do dziadka: „Julek! Nie wytrzymam! Ona leje na mnie z góry!” Historia skończyła się tak, że moja mama, korzystając z babcinej nieuwagi ześlizgnęła się z trzepaka i pobiegła do sąsiadów, u których zjadła i obiad i kolację, ale na noc wróciła do domu. No i dostała w skórę sarnią nóżką, bo babcia swoje dzieci trzymała krótko. Historia siusiającego na babcię Filipka nie jest więc nieprawdopodobna, wydumana i wyuzdana. Moja mama coś takiego zrobiła i to 80 lat temu! Było to w czasach, gdy dziecko nie mówiło do mamy: „Mamo daj!”, ale: „Mamo, czy mama może dać.” Moja mama zresztą powiedziała do swojej: „Mamusiu, mamusia się odsunie, bo będę siusiać.”

Takie rzeczy czytam w wannie! #ksiazka #filipek #strekowskazaremba

Przyznam, że to przykre ilu współczesnym ludziom wydaje się, że lektury mają zachęcać do czytania, a literatura dla dzieci wychowywać, by wszyscy byli grzeczni. To jest jakieś idiotyczne przekonanie wyniesione chyba z XIX w. Literatura, i to zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, pokazuje świat i oswaja z nim. Wszelkie większe zafałszowania rzeczywistości, przesłodzenia, są przez dzieci odbierane jak kłamstwo i traktowanie czytelnika z góry. Dziecko i nastolatek nie znoszą pouczania. Dobranockę o „Misiu Uszatku” oglądałam nie dlatego, że moralizował, ale dlatego, że były to piękne lalki i do dziś mnie zachwycają. Treściowo wydawał mi się dydaktycznym smrodkiem. Nie byłam w tym odbiorze jedyna. I nie ja jedyna oglądałam go dla tych lalek i jego słodkiego, przytulnego domku, a nie tych wypowiadanych treści, z których wynikało, że „nie wolno dzieci śmiać się z babuleńki”.

Faktem jednak jest, że jeśli ktoś chce, żeby słowo pisane wychowywało jego dziecko, powinien pozostać przy czytankach szkolnych. Są uładzone, odległe od rzeczywistości i wychowują dzieci nieświadome zagrożeń, z którymi wcześniej lub później dziecko się zetknie. A zetknie się z nimi na pewno i to mimo tego, że jest chronione przez rodziców. Co się stanie, gdy się z nimi zetknie? Czy sobie poradzi? Różnie to być może. Zwłaszcza, gdy było chronione przed tą szarą strefą życia. Jak poradzi sobie z wyzwiskami od „chujów”, „pedałów”, które osobiście słyszałam wydobywające się z ust ośmiolatków z dobrych domów? Jak poradzi sobie  z gnębieniem, popychaniem, dokuczaniem?

Pisałam tu kiedyś, jak mi w szkole dokuczano. W radzeniu sobie z tym pomagały mi właśnie książki. I to nie dydaktyczne czytanki o grzecznych dzieciach, ale Adam Bahdaj i Hanna Ożogowska, których bohaterowie byli potwornie niegrzeczni. I tez czasem przeklinali, co z wiekiem nam umknęło, bo język cały czas ewoluuje, więc nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przed laty jakieś słowo było uważane za niezbyt kulturalne.

Zapraszam na Warszawskie Targi Książki

W tym roku na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym będę swoje książki podpisywać 22 maja (w niedzielę) o 12:00 na stoisku Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – numer stoiska: (50/BC). Będę na nim siedzieć wraz z koleżanką Manulą Kalicką.

Będę wtedy podpisywała (i będzie można to u mnie kupić):

A jak ktoś przyniesie z domu jakieś stare wydania moich książek – też mu podpiszę.

Ponieważ ze względu na obowiązki prezesowskie będę na targach także w pozostałe dni (poza czwartkiem), ale w postaci „krążącej”, więc zawsze można się ze mną umówić, że chce się przyjść i pogadać. E-mail działa. odbieram go w komórce.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej