W roli radia i GPS, czyli sprawdzian czy jestem „kaleką”

Człowiek przyzwyczaja się do dobrego. A potem… trudno odzwyczaić. Piszę to nie tylko dlatego, że od wielu miesięcy obserwuje wewnętrzną walkę znajomego – niegdyś dość zamożnego, a teraz biednego, bo ma na głowie naście kredytów i komornika i zamiast jak niegdyś sushi – dziś je kaszę gryczaną. Piszę, bo… odbyłam wielką podróż bez GPS i radioodbiornika w samochodzie. (I jeszcze jestem w jej połowie.) Ale… po kolei.

Mój samochód jest w warsztacie. Ponieważ nieprędko będzie gotowy, więc… na umówione wiele miesięcy temu spotkania autorskie w Małopolsce wybrałam się autem zastępczym. Z autami zastępczymi jest tak, że nigdy nie dostaje się auta lepszego od własnego, a jedynie zbliżone standardem. Co może być zbliżone standardem do 10-letniego seicento? Wprawdzie z klimatyzacją, elektrycznymi szybami, wspomaganiem kierownicy, światłami przeciwmgielnymi i radiem, ale jednak dziesięcioletniego małego auta? Ano… panda bez elektrycznych szyb, radia, klimatyzacji i… co najstraszniejsze – gniazda zapalniczki.

Życie bez klimatyzacji, dla kogoś, kto się do niej przyzwyczaił jest ciężkie. Życie bez radia też smutne, ale wszystko to byłoby znośne, gdyby nie brak gniazda zapalniczki. To dlatego nie mogłam podłączyć GPS, a rozmowy telefoniczne za kierownicą (mam słuchawkę w uchu) musiałam ograniczyć do minimum. Co robić więc przez tyle godzin podczas samotnej podróży na zakorkowanej trasie Warszawa-Zakopane? Zwłaszcza, gdy spada ciśnienie? Postawiłam na… śpiewanie.

Przyznam, że zadziwiłam samą siebie. Nie przypuszczałam, jak dobrą mam pamięć i jak bogaty (he he) repertuar. Drżyjcie narody! Drżyjcie uczestnicy „The voice of Poland”, „Mam talent” i innych show. Nadchodzę! Mogę być groźna, bo może i ktoś śpiewa ode mnie lepiej, ale… nie tyle, nie tak różnorodne rzeczy i nie bez przerwy. Repertuar miałam naprawdę bogaty! Otóż: Presley, Beatlesi, Lady Pank, Maanam, Budka Suflera, Skaldowie, Czerwone gitary, Perfect, Republika, T. Love, Irena Santor, Zbigniew Wodecki, Irena Jarocka, Anna Jantar, Zdzisława Sośnicka, Kayah, Hey, Piasek, de Mono, ukraiński zespół Okean Elzy, słowacki Desmod, Metallica, AC/DC, Mieczysław Fogg, Kabaret Starszych Panów, Stanisław Grzesiuk, Grabaż, Brygada Kryzys, Tilt, Kapela Czerniakowska i piosenki warszawskie, arie operetkowe Ferenza Lehara i Emmericha Kalmana, Stanisław Moniuszko, Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta, Jan Szczepanik, piosenka turystyczna, piosenka harcerska, pieśni patriotyczne, a nawet piosenki przedszkolne oraz żołnierskie z zapamiętanych z dzieciństwa festiwali piosenki w Kołobrzegu. Przyznam, że gdy zaintonowałam na Zakopiance „Witaj Zosieńko” to nie dokończyłam, bo sama z siebie się uśmiałam. Ale co było robić? Zapadał zmierzch, drogę spowijała mgła, a z piosenką na ustach zawsze raźniej. Zwłaszcza, że jechałam bez GPS. Na miejsce do Zakopanego dojechałam bez problemu. Pamiętałam drogę. Choć Zakopane wiosną wygląda inaczej niż w zimie.

Dziś wyruszyłam do Nowego Sącza. Też z pieśnią na ustach i bez GPS. Dość szybko okazało się, że dojazd na miejsce nie był trudny, choć nie dysponowałam przecież mapą. Atlas samochodowy Polski został w moim samochodzie w warsztacie. Ale… wyjeżdżając spojrzałam raz w komputerze na mapę google, a potem… swoje zrobiły lata spędzone w harcerstwie na zajęciach z orientacji w terenie i.. rzecz jasna znaki drogowe plus tablice informacyjne. Gdyby kogoś interesowało, jak wracałam do Zakopanego to… przez Słowację. Bez mapy i GPS. Podjęłam taką decyzję, gdyż w drodze do Nowego Sącza ruch na szosie był spory. Wiedziałam, że gdy będę wracać do Zakopanego ten ruch będzie jeszcze większy. Pomyślałam, że słabo zaludniona Słowacja nie jest tak zakorkowana i podjęłam decyzję. Jak poradziłam sobie bez mapy i GPS? Na mapę drogową spojrzałam w bibliotece, a potem na małej karteczce zanotowałam numery dróg krajowych (polskich i słowackich). Z tymi numerkami przypiętymi do tablicy rozdzielczej auta wyruszyłam w drogę powrotną. Dojechałam. I tak myślę… usprawniamy sobie życie GPS’em. Umilamy radiem. Ale czy nie czynimy samych siebie pewnego rodzaju kalekami? Czy nie czynimy też siebie uboższymi? Wiem. Nie odkryłam Ameryki. Przyznam jednak, że nie pamiętam kiedy ostatni raz pojechałam poza Warszawę bez GPS. A ostatni raz tak dużo śpiewałam w dzieciństwie podczas obozów harcerskich. Śpiewałam wtedy z innymi. Potem już nie kojarzę takich momentów, bym z kimś (poza Ulubionym lub Paniczem Synem) cokolwiek śpiewała. Chyba, że po podlaniu alkoholem na jakiejś imprezie.

mój GPS na trasie Nowy Sącz – Zakopane

W większości wszyscy własne śpiewanie zabijamy radiem czy odtwarzaczami z muzyką. Po tych kilku godzinach samotnego śpiewania w aucie zastępczym stwierdzam, że może szkoda? W końcu to pewna forma ćwiczenia… pamięci. Ileż piosenek zapomnianych wydłubałam z niej, jakby były schowanymi w piwnicy skarbami.

A GPS? Już kilka razy przyłapałam się na myśli, że korzystanie z niego zabija orientację w terenie. Przyłapałam wielu znajomych na tym, że gdzieś jadą korzystając z GPS i nie wiedzą, czy to na północ czy na południe. Może dlatego, że od dziecka uwielbiam mapy zawsze wiem gdzie jadę? Wyznam jednak, że jazda bez GPS, choć przyzwyczaiłam się do tej „protezy”, nie była dla mnie tak trudna, jak bez radia. I tak się zastanawiam. Mamy w tym roku zmieniać auto. Z gniazda do zapalniczki na pewno nie zrezygnuję. Obawiam się, ze nie zrezygnuję również z radia. Ale… może będę je rzadziej włączać? Warto zobaczyć co zostało nam w głowie z tych lat…

I tak myślę, że może wracając do Warszawy przerzucę się na wiersze? Kto wie… recytowanie to też dobre ćwiczenie.

Ciekawe, że to dzięki takiemu mało nowoczesnemu samochodowi zastępczemu wiem, że jeszcze nie jestem kaleką w szponach protez XXI wieku. I pomyśleć… gdy odebrałam go z warsztatu byłam załamana. Jak ja dojadę…

Co czytamy?

Targi książki to dla pisarza czas, by spotkac się z czytelnikami, ale też moment, by samemu coś sobie taniej kupić oraz dowiedzieć się, co czytają inni.

Nie miałam na targach zbyt wiele czasu na krążenie po stoiskach. Kupowałam więc to, o czym wiedziałam, że jest i gdzie tego szukać. Wśród książek były więc m.in.: „Mała zagłada” Anny Janko, „Błagam, tlko nie profesor” Janusza Odrowąż-Pieniążka, „Dłoń” Michała Dąbrowskiego, kilka tomików wierszy itp.

Do mnie przychodzili starzy czytelnicy, ale i zupełnie obcy ludzie zwabieni tytułem i okładką. Przy okazji mogłam się dowiedzieć co ich interesuje. Przy mnie zatrzymywali się ci, którzy lubią historię, bo mój wydawca specjalizuje się w takich książkach. Dlatego wielu zachęconych przeze mnie opowieścią o tym, co jest w środku – kupowało. Jeden nie kupił. Powiedział bowiem tak:
- To bardzo ciekawe, co Pani mówi i ksiązka jest na pewno warta przeczytania, ale ja jestem w tym wieku i takim stanie zdrowia, że czytam już tylko Biblię i Świętego Tomasza z Akwinu.
Tego niestety nie mogłam temu panu zaoferować. Ani ja biblijny prorok ani Św. Tomasz z Akwinu.

„Czytajmy dobre książki. Wpływ jakości lektur na społeczeństwo”.

Poniższy tekst to treść mojego wystąpienia na specjalnej sejmowej konferencji pt. „Ocal książkę – kampania na rzecz przyszłości polskiej książki”, która odbyła się w polskim sejmie 12 maja o g. 14:00.

Konferencję zorganizowały: Klub Parlamentarny Polskiego Stronnictwa Ludowego, Polska Izba Książki oraz Artur Dębski – poseł prowadzący projekt Ustawy o Książce w Sejmie Rzeczypospolitej.

Szanowni Państwo,

Nie jestem ekonomistą, więc niespecjalnie znam się na finansach, ale znam się na książce. Jestem pisarką, a przede wszystkim czytelniczką. Miałam cztery lata, gdy nauczyłam się czytać, a osiem lat, gdy zdecydowałam, że chcę pisać książki. Oto pewnego dnia uznałam, że chcę zapisywać moje historie i dzielić się z nimi z innymi. Nie miałam wtedy świadomości, czy wiąże się to z jakimiś pieniędzmi, ale wiedziałam, że czytanie to moja pasja, zaś drugą jest wymyślanie historii. Chciałam po prostu opowiadać je innym przenosząc na papier. Mówię, więc dziś do Państwa nie tylko jako autor, nie tylko jako prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale przede wszystkim, jako czytelnik.

Podobno Święta Teresa z Avila kiedyś powiedziała: „Dużo czytaj a będziesz kierował innymi. Nic nie czytaj a będą kierowali tobą.” Kiedy ponad pięćset la temu wypowiadała te słowa znajomość sztuki czytania i pisania nie były tak powszechne. Nie było tego zalewu książek, jaki mamy obecnie. Nie było, więc takich, jak dziś dylematów, co czytać. Wtedy, kiedy coś oglądało świat drukiem było tego warte. Dziś, gdy umiejętność pisania jest powszechna, a czytania przynajmniej teoretycznie również, (bo jak wiemy z czytaniem ze zrozumieniem bywa w naszym społeczeństwie różnie), a na dodatek światem rządzi pieniądz, ogromne znaczenie ma też, jakość literatury. Po prostu ważne jest, co czytamy. Tymczasem dyktat pieniądza, a co za tym idzie pogoń za wielką sprzedażą powodują, że promowane są nie te najbardziej wartościowe dzieła literackie, ale te popularne. Te, które są łatwiejsze w odbiorze, które są czystą rozrywką, nawet często na dość niskim poziomie. Ale to one dają zarobić wydawcom, księgarzom, autorom etc.

Pamiętam, gdy dziesięć lat temu do pewnej z gazet codziennych dołożono jakieś romansidło. W redakcji TVP Warszawa, z którą związana jestem na co dzień od prawie 20 lat, to romansidło leżało na stole długi czas. Po mniej więcej dwóch tygodniach, gdy nikt książki nie chciał, ulitowałam się i wzięłam ją do domu. Tytułu dziś nie pamiętam. Pamiętam, że doszłam w lekturze do strony 14-tej, na której przeczytałam takie zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.”. Proszę Państwa! Czytając te głupoty i rzecz jasna myśląc, co by sądził o kobiecych krągłościach bohater książki, gdyby nie daj Boże nie był inteligentny – mało nie spadłam z kanapy! Ta książka miała nakład kilkuset tysięcy egzemplarzy. Nie wiem ilu miała czytelników, ale wiem, że promowano to dzieło odwrotnie proporcjonalnie do jego wartości literackiej. Jak to odbierał czytelnik? Być może cieszył się, że sam jest inteligentny, bo podobnie jak bohater książki też wie, że dwie wypukłości pod kobiecą koszulką to piersi, a nie na przykład łokcie czy pośladki.

Owszem, można powiedzieć, że w dzisiejszych czasach pogoni za sukcesem rozumianym przeważnie, jako pieniądz, powinniśmy się cieszyć, że społeczeństwo w ogóle coś czyta. Jednak naprawdę jakość i poziom czytanych przez ludzi lektur też ma znaczenie!

Nikt nie ma wątpliwości, jeśli idzie o muzykę, że Wolfgang Amadeusz Mozart, Ludwig van Beethoven czy Fryderyk Chopin to jednak wyższa półka niż muzyka disco polo. Wiadomo, że kanał telewizyjny „Mezzo” ma niższą oglądalność niż „Polo TV”. Nikt jednak nie próbuje wmawiać ludziom, że muzyka klasyczna jest mniej warta od disco polo. Tymczasem w literaturze, zwłaszcza w Polsce, bardzo często wartość książek mierzy się słupkami sprzedawalności. Coś sprzedaje się w dużych nakładach – to jest na pewno dobre, a coś w małych – nic nie warte. Jednocześnie nie czytamy, jako społeczeństwo, poezji. Dlatego nakłady tomików poetyckich są w Polsce minimalne. Wyjątkami są tu Nobliści i jeszcze kilka nazwisk polskich poetów. Tymczasem pozostali twórcy muszą zadowalać się niewielkimi nakładami swoich książek, wydawanych zresztą często dzięki dotacjom lub sponsorom.

Podobnie jest z wartościową prozą. Nie chcę rzucać nazwiskami polskich autorów literatury popularnej, bo nie chcę być odebrana, jako osoba niekoleżeńska lub zazdrosna o sprzedawane przez nich wysokie nakłady. Dziękuję im, że piszą coś dla tych, którzy chcą czytać tak zwane „przelatywacze”, czyli literaturę, której treść zapomina się po dwóch dniach. To też jest czytelnik. Są zarówno na świecie, jak i w Polsce pisarze, którzy sprzedają gigantyczne nakłady książek, choć ich lektura, znawców literatury wprawia w osłupienie. Są to książki, przy których wyśmiewana w dwudziestoleciu międzywojennym twórczość Heleny Mniszek, autorki „Trędowatej” jawi się Adamem Mickiewiczem.

A skoro jestem przy Adamie Mickiewiczu to wspomnę tylko, że w XIX wieku najlepiej sprzedającymi się książkami były kulinarne poradniki Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Biła swoimi nakładami dzieła Adama Mickiewicza na głowę, ale nikt nie próbował nikomu wmawiać, że jest to literatura bardziej od niego wartościowa. Nikt nie uważał, że „365 obiadów za pięć złotych” stoi literacko wyżej od „Pana Tadeusza”.

Dziś, gdy często literacki chłam wydawany jest w gigantycznych nakładach, autorzy ważnych książek mają kłopoty ze znalezieniem wydawców. Wielu na wstępie zadaje im pytanie: „Czy na pani/pana książce można zarobić?” Oczywiście wiele rzeczy zależy od promocji, na którą małe wydawnictwa nie zawsze mają pieniądze. Ale prawdą jest, że trudniejsze w odbiorze publikacje ciężko się promuje. Czytelnik przyzwyczajony do literatury lekkiej i łatwej szybko się zniechęci czytając trudniejszą książkę. Na dodatek wielkie sieci księgarskie mają swoje cenniki promocji. Tyle tysięcy kosztuje postawienie książki na wystawie, tyle tysięcy na środku sklepu i tak dalej. Sprostanie ich finansowym wymaganiom sprawi, że książka za promocje której wydawca zapłaci, trafi szybko na listy bestsellerów. Kto ma na to pieniądze? Przeważnie wielkie wydawnictwa. Choć te ostatnie często, by zarobić decydują się na wydawanie literatury niskich lotów, bo ją po prostu łatwiej sprzedać.

Rozmawiałam ostatnio z przedstawicielką jednego z czołowych polskich wydawnictw. Takich uznanych i wiodących. I spytałam ją o jedno z takich nazwijmy to „dziełek”. Widziałam tego fragmenty promowane przez portal Onet. Przyznam, że najpierw myślałam, że to streszczenie książki. Gdy zajrzałam do publikacji w księgarni, (a nie było to trudne, bo książka w sztywnej, lakierowanej i złoconej okładce jest we wszystkich salonach pewnej sieci wystawiona na samym środku), ujrzałam, że to co brałam za streszczenie książki jest jej pierwszym rozdziałem. Dalej było tylko gorzej. Dlatego przy okazji spytałam wydawcę tego „dziełka”: „Jak mogli państwo coś takiego wydać? Zajrzałam do środka i oniemiałam. To jest literacko straszne. A państwo wydali to w sztywnej lakierowanej okładce i oplakatowali pół Polski!” I co usłyszałam? „Proszę pani. Bo to się świetnie sprzedaje, a dzięki temu my możemy zarobić pieniądze na wydawanie wartościowych publikacji, które nie są dochodowe.”

Z jednej strony to ładnie, że chcą wydawać dzieła wartościowe. Z drugiej… Szkoda, że aby je wydawać, muszą zarobić na nie potwornym, literackim chłamem. Szkoda też, że aby sprzedać jeszcze więcej tego chłamu decydują się go promować. Nadszarpują bowiem w ten sposób swoją markę wydawnictwa wydającego dobrą literaturę. Pogoń za pieniądzem tych środowisk związanych z książką powoduje, że czytelnicy, zwłaszcza niewyrobieni literacko, nie zdają sobie sprawy z tego, że gdzieś tam istnieje literatura wartościowa. Odbierają świat jakby był czarno biały. Myśląc często, że coś, co lubią wszyscy to hit, a coś, co jest mało popularne to kit. Tymczasem w przypadku sztuki, a literatura jest jedną z jej dziedzin – sprawa ma się często zupełnie odwrotnie.

Głośno było w Polsce o książce autorstwa Eriki Mitchell, brytyjskiej dziennikarki, która pod pseudonimem E. L. James opublikowała powieść „50 twarzy Greya”. Książka uznana przez krytyków za literacko złą i fatalnie napisaną, sprzedała się jednak w gigantycznym nakładzie. Nawet w Polsce kupiło to ponad pół miliona czytelników. Cykl jest tak zwanym „fan fiction” sagi „Zmierzch”, która też nie jest uważana za dzieło wybitne. Jednak saga „Zmierzch” nie spotkała się z aż tak miażdżącą krytyką jak książka E.L. James „50 twarzy Graya”. Saga „Zmierzch” nie sprzedała się też w aż takim nakładzie jak „50 twarzy Graya”. Podobno nazwisko tytułowego bohatera powieści E. L. James jest nawiązaniem do „Portretu Doriana Graya” Oskara Wilde’a. Szkoda jednak, że książka pani Eriki Mitchell nie przyczyniła się do wzrostu zainteresowania Wildem. Sprawdzałam, czy w Polsce wzrosły nakłady sztandarowego dzieła irlandzkiego pisarza. Nic z tych rzeczy. Być może jednak wynika to z faktu, że dla większości jest to literatura za trudna, albo, co gorsza archaiczna, bo od powstania „portretu Doriana Graya” minęło już ponad 120 lat. Niestety przetaczająca się przez media i różne środowiska dyskusja o lekturach szkolnych, które uznano za nudne i archaiczne pokazała, że społeczeństwo nie wie, czemu służą szkolne lektury. One nie mają zachęcać do czytania, od tego są zupełnie inne książki. Lektury mają pokazywać historię literatury i polskiej i światowej. Jak ona się kształtowała i rozwijała.
Być może zresztą od zachęcania do czytania jest właśnie ta literatura niskich lotów. Naturalnym jednak dla ludzi inteligentnych, a nasze społeczeństwo za takie  się uważa, jest przechodzenie wraz z wiekiem od czytania literatury popularnej do literatury wyższej i trudniejszej.

Tymczasem polskie biblioteki często wycofują klasykę ograniczając liczbę tytułów do niezbędnego minimum. Książek ambitniejszych kupują zaś niewiele. Jeżdżąc sporo po Polsce ze spotkaniami autorskimi trafiłam jakiś czas temu do pewnej biblioteki na prowincji. Gdy po spotkaniu spytałam, czy mogę skorzystać z toalety pokazano mi pomieszczenie i uprzedzono, bym uważała i się nie wywróciła, bo tam na podłodze leżą książki. I tak po chwili z pozycji sedesu patrzyłam na dzieła Ernesta Hemingwaya, Liona Feuchtwanegra, Roberta Gravesa i wielu innych pisarzy, którzy kształtowali mnie niegdyś jako czytelniczkę. Gdy spytałam, co te dzieła tam robią – dowiedziałam się, że są wycofywane ze zbiorów. Od dawna nikt ich nie wypożycza, a poza tym mają brzydkie okładki. „Czytelnicy chcą teraz książek ładnych i kolorowych” – powiedziała mi bibliotekarka uświadamiając, że tym co czytają najczęściej są romanse, kryminały i wspomnienia celebrytów. Kilka miesięcy później o tym właśnie napisałam sztukę „Bubloteka”, która jesienią powinna mieć premierę w teatrze rozrywki w Chorzowie. Bo co raz częściej polskie społeczeństwo czyta właśnie buble.

Pogoń wydawców, księgarzy i hurtowników za pieniądzem (co jest zrozumiałe, bo każdy chce zarobić) oraz obłożenie książek podatkiem VAT, co podniosło cenę książki sprawiają, że ludzie którzy żyją z handlu książkami często zatracają poczucie misji, która powinna towarzyszyć sprzedaży literatury. Handel książkami to jest specyficzny handel. To handel sztuką. Literatura to jest sztuka! I owszem, kicz jest obecny w sztuce, bo jest obecny w życiu, trafia się, więc i w literaturze. Jest nim po prostu to, co sprzedawane masowo. Ale trzeba pomóc dobrej książce dotrzeć do czytelnika.

Wielkie sieci handlujące książkami patrzą na książkę jak na towar nie jak na sztukę. W księgarniach internetowych często jest nawet podawana waga książki, jakby sprzedawano ją na kilogramy. Ale rozumiem, że ma to znaczenie przy wysyłce publikacji.

W sieciówkach sprzedawcy nie wiedzą gdzie stoją dzieła Sofoklesa, bo oto rzadko kto pyta, choć nadal „Antygona” to lektura. Ale w tych samych sieciówkach sprzedawcy wiedzą gdzie stoi „50 twarzy Graya” i ile jest egzemplarzy tej książki na półce. Jednocześnie w sieciówkach często nie potrafią doradzić czytelnikowi. Sami nie czytają książek. Przyszli do pracy w handlu. Nie do pracy przy książkach! Zwłaszcza w hipermarketach, w których też kwietnie handel literaturą. Tam książka jest takim samym towarem do sprzedania, jak jogurt czy mięso. Ale czy rzeczywiście?

Nie znam się na ekonomii. Wiem jednak, że w obcowaniu ze sztuką, a dobre dzieło literackie jest sztuką, nie można patrzeć na książkę przez pryzmat pieniądza.

Cytowałam tu świętą Teresę z Avila, która powiedziała: „Dużo czytaj a będziesz kierował innymi. Nic nie czytaj a będą kierowali tobą.”. Dziś nie chodzi o to, by czytać cokolwiek, ale by czytać wartościową literaturę. Często zastanawiam się, czy fakt, że promowane są dzieła tak miałkie, nierozwijające czytelnika nie jest przypadkiem celowe. Nie jest po to, by ogłupić społeczeństwo? W końcu jak wiadomo głupkami łatwiej rządzić. Ale jako wrodzona optymistka mam ciągle nadzieje, że są wśród Państwa ludzie, którzy chcą byśmy, jako społeczeństwo byli mądrzejsi. W was nadzieja. Nie wiem jak rozwiązać ten problem. Wiem, że jakoś trzeba. Dziś nie chodzi o to, by książka trafiła pod strzechy. Chodzi o to, by trafiła tam dobra książka.

Veni, Vidi, Vici

Dla mnie wszystko zaczęło się wiele tygodni temu, kiedy kolega, z którym kiedyś obijałam się po korytarzach TVP spytał, czy nie chciałabym posiedzieć w komisji wyborczej. „Jest wolne miejsce w komisji w przedszkolu na twojej ulicy.” Ucieszyłam się. Wiele razy chciałam popracować w komisji wyborczej, ale ilekroć się zgłaszałam – nie było już miejsc. Tym razem były. Na mnie czekało miejsce z komitetu wyborczego Pawła Kukiza. Uznałam, że za tego Pana (jak na razie) nie musiałam się wstydzić, więc wchodzę w to. Siedzę na wyborach. Zobaczę z bliska całą tę „akcję”. Dopiero potem dowiedziałam się, że miejsca w komisji były zapewne dlatego, że obniżono stawki za pracę przy wyborach. Przyznam, że nigdy nie interesowałam się, ile za to płacą, co być może wynika z faktu, iż uważam, że powinna to być praca społeczna, ale o tym później. W każdym razie pewnego dnia przyjechałam na spotkanie w urzędzie dzielnicy. Gdy po raz trzeci padło pytanie o to, kto chce być przewodniczącym – zgłosiłam się. Bo jak nikt nie chce – to ja zawsze mogę mieć więcej obowiązków. I tak kilka dni później trafiłam na szkolenie dla przewodniczących komisji. Jechałam na nie prosto z pogrzebu Władysława Bartoszewskiego, więc kompletnie wymęczona. Ale wysłuchałam, a materiały instruktażowe przeczytałam. W sobotę 9-go maja punkt 10:00 wraz z dwoma innymi członkami komisji odebrałam karty do głosowania, materiały pomocnicze i zawiozłam do przedszkola, w którym następnego dnia mieliśmy spędzić niemal cały dzień. Karty liczyliśmy trzykrotnie, by na pewno było ich tysiąc. Ponieważ w czasie szkolenia powiedziano nam, że rano przed otwarciem lokalu wyborczego mogą przyjść do nas mężowie zaufania, więc dobrze by było, by na godzinę 6:00 na liczenie (kolejne już) kart do głosowania i stemplowanie ich, stawili się wszyscy członkowie komisji. Wysłałam więc do wszystkich stosowny SMS. Dzień przed wyborami przygotowaliśmy lokal, przyczepiając m.in. plakaty, instrukcje i obwieszczenia oraz spis członków komisji. Podzieliliśmy spis wyborców na trzy części, by szybciej pracować. Ja przygotowałam nasze identyfikatory używając do ich wypełnienia długopisów dostarczonych nam przez PKW, czyli tych, które zdaniem pewnych ugrupowań politycznych miały znikać po kilku godzinach.

Jak widać na zdjęciu powyżej – napis zrobiony 9-go maja cały czas ma się dobrze…  

Opuszczając lokal zaplombowaliśmy dokumenty w specjalnym pomieszczeniu. Następnego dnia wstałam 4:00 i po porannych ablucjach przed 6:00 zapukałam do przedszkola. O 6:00 byliśmy w komplecie w 9 osób. SMS podziałał. 8-ro było z różnych komitetów wyborczych, a jedna osoba to tak zwany pracownik społeczny, a konkretnie pracownik przedszkola, w którym mieści się komisja. Liczenie kart poszło nam sprawnie. Stemplowanie też. Ponieważ nie pojawili się mężowie zaufania, więc oplombowawszy urnę o 7:00 otworzyliśmy lokal. I się zaczęło. Na porannej zmianie było nas 5-ro. W obwodzie uprawnionych do głosowania było 1172 osoby. Do 14:00 przyszło 200 plus 2 z Gdyni ze specjalnymi zaświadczeniami. Jeden pan nie był w spisie wyborców, gdyż był wymeldowany administracyjnie i dowiedział się o tym dopiero teraz. Kilka osób demonstracyjnie pokazywało nam swoje sympatie polityczne. Sporo przychodziło z własnymi długopisami. Jeden pan sfotografował spis członków komisji, spytałam czy dać mu wizytówkę, bo to nie jest tajna sprawa i nasze dane są w Internecie, ale pan wizytówki nie chciał. Był natomiast nieprzyjemny. Padały sugestie, że wybory są fałszowane na poziomie komisji obwodowych, czyli jakby przez nas. Co piąta osoba pytała gdzie się wrzuca głos, co czwarta jak głosować, choć stosowna informacja jest przecież napisana na karcie do głosowania. Szczególnie zapamiętałam dwóch młodych ludzi, którzy spytali, w ktorym miejscu karty mają wpisac swoje dane. Musielismy im tłumaczyć, by nic takiego na karcie nie pisali, bo głosowanie jest tajne, a pisanie dodatkowych rzeczy może spowodowac uniewaznienie głosu. Panowie mieli ok. 25 lat i pierwszy raz poszli do wyborów. Była pani, która miała do nas pretensje, że nie ma w komisji mężów zaufania. Na naszą uwagę, że sama mogła zgłosić się do jakiejś partii i pobrać dokument, że jest jej mężem zaufania i przyjść do nas, jako taki mąż, odparła, że jest stara i się do tego nie nadaje. Informację, że brak mężów zaufania nie jest naszą winą, bo my chętnie każdego przywitamy, ale nie wiemy skąd ich wziąć, kiedy sami z siebie do nas nie przyszli – zignorowała. Po 14:00 moja zmiana się skończyła i przekazałam dyżur zastępcy, a sama poszłam do swojej komisji oddać głos. (Niestety zaraz po wyjściu musiałam się wracać, gdyż ze zmęczenia zostawiłam tam parasol.) W każdym razie około 14:30 dotarłam na obiad do knajpki na rondzie Waszyngtona, a o 15:00 do domu gdzie położyłam się na drzemkę. Do komisji wróciłam przed 20-tą. Wydanych zostało wtedy już ponad 700 kart. O 21:00 zamknęliśmy lokal, oplombowaliśmy wlot do urny i rozpoczęliśmy liczenie pozostałych kart do głosowania, a także wydanych kart. Gdy liczba wydanych i niewydanych po zsumowaniu wyniosła 1000 uznaliśmy, że jest wszystko ok. i po usunięciu z pomieszczenia wszystkich długopisów otworzyliśmy urnę. To, co w środku – sfotografowałam.

Na szkoleniu mówiono, że ludzie mogą wrzucać do urny różne przedmioty, a także mogą wrzucać podarte karty do głosowania. Nic takiego miejsca nie miało. Nie było żadnej porwanej karty, ani żadnego przedmiotu innego niż karta.
Policzyliśmy głosy i to kilka razy. Ja sfotografowałam sobie kawałek jednej karty z głosem nieważnym, bo mnie ubawiła.

Wysłaliśmy protokół elektronicznie uprzednio go drukując, podpisaliśmy trzy egzemplarze, z czego jeden wywiesiliśmy na drzwiach lokalu wyborczego, zaś zaplombowane wg instrukcji głosy zapakowaliśmy do worka. Potem ja wraz ze swoim zastępcą we dwójkę o północy zawieźliśmy wszystkie dokumenty do urzędu dzielnicy. Przez cały czas trwania wyborów towarzyszyła nam policja. Rano był pan oficer, potem pani oficer, a na końcu kolejny pan oficer.

Wyniki wyborów w naszej komisji przedstawiały się następująco:
Było 1180 uprawnionych do glosowania, bo do 1172 ze spisu doszło 8 osób z zaświadczeniami. Mieliśmy 1000 kart do głosowania, z których wydaliśmy 732. Głosów nieważnych oddano 11, a ważnych 721. Z tego:

  1. Grzegorz Michał Braun 8
  2. Duda Andrzej Sebastian 191
  3. Jarubas Adam Sebastian 2
  4. Komorowski Bronisław Maria 338
  5. Korwin-Mikke Janusz Ryszard 25
  6. Kowalski Marian Janusz 5
  7. Kukiz Paweł Piotr 103
  8. Ogórek Magdalena Agnieszka 20
  9. Palikot Janusz Marian 22
  10. Tanajno Paweł Jan 3
  11. Wilk Jacek 4

Wiele mówi się o fałszerstwach wyborczych. Przyznam, że nie wiem, jak na tym pierwszym etapie w tej pierwszej obwodowej komisji można sfałszować wybory. My byliśmy ludźmi, którzy po raz pierwszy w życiu spotkali się przy okazji prac w komisji. Nie znamy się. Nikt nie wie, jakie kto ma poglądy. Starłam się pilnować, by podczas wyborów nie było rozmów o polityce. Z kartki ze spisem członków komisji wynika, że każdy z nas jest z innego ugrupowania politycznego. Czy to jest prawda? Trudno powiedzieć. Tylko jeden z członków komisji przyznał się do sympatyzowania z partią, którą w komisji reprezentował. Ja w komitecie Pawła Kukiza znalazłam się przypadkiem, ale starałam się reprezentować ten jego komitet uznając, że skoro ów komitet obdarzył mnie zaufaniem i zgodził się, bym zasiadała w komisji, to ja pilnuję głosów oddanych na „swojego” kandydata. Pilnowałam jednak tak naprawdę wszystkich, bo chodzi mi o to, by było uczciwie i porządnie. Odniosłam wrażenie, że reszcie członków komisji też o to chodziło. Każdy sprawdzał po każdym liczenie i wydanych kart i stemplowanych kart i głosów itd. Kilka razy sprawdzaliśmy cyfry i liczby na protokole.

Obserwując wybory z bliska, a zwłaszcza zachowanie wyborców, często nieprzyjemne, czasem nawet wręcz obraźliwe, uważam, że każda z tych osób, które się tak nieprzyjemnie zachowywały powinna raz na jakiś czas posiedzieć i popracować w komisji wyborczej. Być może w Polsce powinno być tak jak w Stanach Zjednoczonych z ławą przysięgłych? Tam, każdy obywatel USA raz na jakiś czas jest losowo wybierany i wówczas ma obowiązek zasiąść w ławie przysięgłych. Nie pobiera za to pieniędzy, często musi zapłacić za bilet do sądu, jeśli jest to w innej miejscowości niż on mieszka, ale jedzie i ten obowiązek spełnia. Być może, gdyby udział w pracach komisji obwodowych był obywatelskim obowiązkiem, ludzie inaczej podchodziliby do komisji wyborczych i samych wyborów.

Swój wpis zatytułowałam „veni, vidi, vici”, bo podobnie jak kiedyś Juliusz Cezar przybyłam na wybory, zobaczyłam i czuję się zwycięzcą. Po prostu wiem już jak to jest! Wiem też, że mamy społeczeństwo i dowcipne i sfrustrowane. I schorowane i zdrowe. A także i radosne i smutne. A przede mną… jako komisarzem wyborczym, zapewne druga tura.

Po premierze, czyli zapraszam na targi

We wtorek w Domu Literatury odbyła się uroczysta premiera mojej najnowszej książki „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy. Spotkanie prowadziła Miłka Skalska, a fragmenty czytał Tomasz Sobczak. To ta książka, którą pisałam w ubiegłym roku, bo to na nią dostałam stypendium artystyczne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

A wszystko zaczęło się od mojego opowiadania „Tajemnica przystanku tramwajowego” napisanego w prezencie dla nieżyjącego już dziś Tomasza Zygadły. Opowiadanie, zamieszczone po jego śmierci tu na blogu, przyciągnęło czytelników. Większość z nich uwierzyła, że to wszystko prawda, bo… skoro Paweł Biedziak brał udział w śledztwie, to taki tramwaj widmo musiał istnieć. Ta wiara w fikcję sprawiła, że zapragnęłam napisać więcej niż jedno warszawskie opowiadanie z duchami. I tak powstał najpierw pomysł, a potem… cała książka zatytułowana „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy wydana przez wydawnictwo LTW. Tuż po premierze książki obecny na niej Paweł Biedziak napisał do mnie:

Bardzo dziękuję za wczorajsze spotkanie. Jakubowicza spotkałem kiedyś na… przystanku tramwajowym w Jerozolimie. Może dojechał tam z Warszawy? Musiał uciekać z Polski, bo chcieli zrzucić na niego winę za zabójstwo Mańki Penconek. Zdążył. Ominęły go nie tylko fałszywe oskarżenia. Był smutny. Mówił mi, że tęskni za Warszawą. Za Chłodną i za Wysockiego. Jakubowicz okazał się niewinny. Pracuję nad rozwiązaniem zagadki.
Paweł Biedziak”

To, że żyjący bohater wszedł w historię jest najwyższą dla mnie nagrodą. Zresztą… nie jeden Paweł Biedziak tak zrobił. Bohaterem rozdziału o Pradze Północ jest m.in. warszawski przewodnik Mieczysław Janiszewski, który po premierze zadzwonił i powiedział, że… nazywa się „dziękowalski”. Dziękowali też inni, choć wielu nie przybyło na spotkanie. Wszystkich czytelników ciekawych książki zapraszam do internetowych księgarń lub do sieci księgarń Matras, a spotkać się ze mną osobiście i porozmawiać o książce będzie można na tegorocznych Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym. Zapraszam.

16 maja w g. 13:00-14:00
stoisko (40/BC) Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

16 maja w g. 15:00-17:00
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

17 maja w g. 10:00-11:30
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej