Ukryta prawda o ogłupianiu społeczeństwa

Czas choroby to dobry moment na zatrzymanie się. Zmogło mnie. Zatrucie pokarmowe albo „rotawirus”. Jednym słowem jakaś koszmarna „jelitówka”. Nieważne zresztą. W każdym razie wylądowałam z potworną temperaturą w łóżku, odwodniona i słaba. Siły nie miałam ani na to by trzymać książkę, tablet, komórkę ani nawet najcieńszą gazetę. Ulubionego w domu nie było, bo na nagraniach. Panicza Syna też nie, bo na uczelni. Włączyłam telewizor, ale nie miałam siły patrzeć. Okulary położyłam więc obok. Bez nich niewiele widzę, więc… leżałam, trochę drzemałam i słuchałam tego, co sączyło się z ekranu. Ponieważ nie miałam siły na przerzucanie kanałów, więc… grało to, co grało. Program nazywał się „Ukryta prawda”. Trafiłam na to kilka razy. Kiedyś w Oborach w czasie deszczu przy tragicznym spadku ciśnienia obejrzałam jednym okiem drugą połowę jakiegoś odcinka, którego bohaterka była tak głupia, że ukochanemu piszącemu doktorat kupiła lusterko, bo była przekonana, że to tablet. Wtedy myślałam, że to z powodu owego spadku ciśnienia źle widzę i jak to się dziś mówi „nie ogarniam” swoim umysłem tych głupot. Wczoraj było podobnie. Miałam wrażenie, że to sen. Taka głupota sączyła się z ekranu.

W połowie odcinka tego czegoś do domu wrócił Ulubiony. Miał mi zrobić kleik ryżowy z prażonym jabłkiem. Wszedł do sypialni, a tam… na ekranie facet w peruce i makijażu. Jak się okazało ojciec bohaterki. Jej rodzice rozwodzą się nie dlatego, że mama zdradza tatę, ale dlatego, że tata chce być kobietą. Nie może patrzeć na swoje ciało i genitalia. Taka sfabularyzowana wersja przypadku a’la Anna Grodzka i wiele innych.
- Co ty oglądasz?
- Jakieś g. – mruknęłam, bo byłam zbyt słaba nawet by mówić.
Ulubiony pokręcił głową. Z kleikiem dla mnie uwinął się dość szybko, ale… gdy wszedł z powrotem do sypialni na ekranie panował… „Szpital”. W odcinku szesnastolatka, która połknęła kupioną w internecie pigułkę „antykoncepcja po” i ma krwotok z dróg rodnych. Ulubiony stwierdził, że poziom tego wszystkiego przechodzi ludzkie pojęcie. Jakbym nie wiedziała. Ale nie zmieniliśmy stacji, bo czekałam na „Fakty”, by potem porównać je z „Wiadomościami” – co, jako dziennikarz newsowy staram się robić regularnie.

Ciamkając (ja ciamkałam) kleik z jabłuszkiem rozmawialiśmy o tych koszmarach, którymi wszystkie prywatne stacje raczą nas po południu. To jest jakiś szczyt debilizmu! Ulubiony, co jakiś czas dostaje propozycje zagrania w tego typu koszmarze. Z reguły odmawia powołując się na niską stawkę, która jest poniżej wszelkiej krytyki. Ja od jakiegoś czas namawiam go na zmianę taktyki. Ma odpowiedzieć tak:
- Zagram nawet za darmo, gdy obok mnie wystąpią:Janusz Gajos, Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Adam Ferency, Jerzy Trela, Andrzej Seweryn, Jerzy Stuhr lub Jan Englert.
Nie wiem, jak zareagują agencje.

Czy organizujący produkcję ludzie nie widzą, że te telenowele paradokumentalne to jest jakiś koszmar? Gdyby te „seriale” miały jakąś wartość – występowaliby tam najlepsi aktorzy, dostawałyby one prestiżowe nagrody. Tymczasem tak nie jest! Wiele osób oglądając to coś się załamuje. Niestety podobno te pożal się Boże „seriale” mają wielką oglądalność i są niezwykle popularne. Ja często się zastanawiam, kim jest statystyczny odbiorca, który uważa, że to fajna rzecz. I coraz częściej stwierdzam, że prawdą być musi, że 97% każdego społeczeństwa to idioci, bo inaczej nikt by tego oglądać nie chciał. Chyba, ze po pijaku i dla śmiechu. Ale dla śmiechu to można raz. A to leci codziennie!

Pozostaje sprawa jeszcze… kto to produkuje? Kto reżyseruje? Ci już idiotami nie są. Ci potrafią to robić, a przede wszystkim… liczyć zyski. Bo skoro to ma taka oglądalność to chyba robią to dla pieniędzy. I tylko… kim jest ten, kto im to zleca? Komu zależy na tak strasznym ogłupieniu naszego społeczeństwa? Od kiedy zaczęły się liczyć słupki oglądalności, w pogoni za nimi produkowane są coraz mniej wartościowe rzeczy. A ludzie tworzący sztukę niszową zdychają z głodu. Mam tu na myśli zarówno reżyserów, jak i aktorów, muzyków, pisarzy etc. Sama ciągle, być może z uporem godnym lepszej sprawy, powtarzam, że Mozart nie był dla wszystkich! Ale to nie znaczy, że ma być uważany za coś gorszego niż disco polo.

Tymczasem coraz częściej spotykam ludzi, którzy są dumni, że nie przeczytali ani jednej książki, twierdzą, że nieważne kim był Ingmar Bergman, a Beethoven to dla nich albo pies albo autor dzwonka na komórkę.

Nieżyjący już Eksio powiedział mi kiedyś, że gdy był dzieckiem każda gazeta była dla niego ciekawa i każdą, nawet tę nie dla niego, przeglądał z uwagą i często czytał od deski do deski. Tyczyło to „Kobiety i życia”, „Przyjaciółki”, „Razem”, a nawet „Życia Warszawy” czy „Trybuny Ludu”. W dzisiejszej Polsce zaledwie, co dziesiąta gazeta zawiera jakieś treści warte przeczytania. Podobnie z telewizjami. Poza filmami i to też nie wszystkimi – reszta jest koszmarem. A to dowodzi, że ukryta prawda o tym, co nas otacza jest straszniejsza niż ta na ekranie.

PS Ostatni raz tak chora byłam w 2009 roku.

Między bezczelnością a nieświadomością

Kiedy wiele tygodni temu opisywałam tu historię pewnego festiwalu, w którym miałam wątpliwą przyjemność uczestniczyć, wiedziałam, że to nie koniec. Przecież podjęłam decyzję o prześwietleniu stowarzyszenia organizującego imprezę. Stąd potem mój kolejny wpis. Poza tym… dostałam na tyle sporo listów, że ciąg dalszy na pewno jeszcze za jakiś czas nastąpi. Niech no zbiorę dalsze dane. Jednak w między czasie nadszedł pewien list, który treścią wbił mnie w fotel. Zacytuję go niemal w całości, wykropkowując to, co może zidentyfikować stowarzyszenie. Kto ma wiedzieć i tak wie o kogo chodzi. Natomiast list najpierw uznałam za bezczelność. Refleksja, ze to może jednak nieświadomość nadeszła dopiero po chwili.

Witam:)
Mam nadzieję że nie pogniewa się Pani na moją prośbę i jednoczesne zapytanie..
Otóż od pewnego czasu wspieram akcję charytatywną, organizowaną przez Stowarzyszenie X, której elementem jest aukcja różnego rodzaju przedmiotów związanych z kulturą, z której to całkowity dochód będzie przeznaczony na wyposażenie placówek oświatowych na ternach wiejskich, najczęściej małych bibliotek i świetlic, których to zasoby literackie sięgają najczęściej pozycji z lat 70-tych.
I tak namawiam przede wszystkim pisarzy, publicystów, artystów, którzy mogliby przekazać egz. swojej książki z dedykacją i autografem na tę aukcję.
 Jeśli by istniała taka możliwość i dysponowałaby Pani takim egzemplarzem, to bylibyśmy bardzo wdzięczni za wspomożenie akcji.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów na polu literatury – Ula.

Oczywiście odpisałam.

Mnie? Bym wsparła X??? Po tym jak mnie potraktowano w Y???
Każdą organizację charytatywną, ale nie tych ludzi. Opisałam to tutaj… na gorąco.
Jeśli Pani o tym nie słyszała, to jest Pani nowa. Radzę stamtąd uciekać.

Podpisana pod listem Ula więcej się nie odezwała, ale… odezwało się sporo znajomych, a także nieznajomych, którzy tak, jak i ja, otrzymali propozycje wsparcia stowarzyszenia i jego charytatywnych akcji. Odzywają się niemal codziennie. Z pytaniami, czy to o X chodzi. Tak. O tych, którzy zorganizowali na Dolnym Śląsku festiwal literacki.
Na pewno coś tam to stowarzyszenie charytatywnie robi, bo cokolwiek zgodnie ze statutem robić musi. Niestety ja już nie mam do niego i jego władz zaufania. Byłam. Widziałam. Dziękuję.

Nie przypuszczam, żeby Ula pisząca do mnie list była świadoma tego, co działo się w Y pod koniec sierpnia. Nie wiem, czy spotkała osobiście Wielkiego K, bo chyba działa na odległość i nie wie o wszystkim. Ale jej list jest dowodem na to, że czasem między bezczelnością a nieświadomością jest niezwykle cienka granica.

Bez skandalu nie ma szmalu?

Takie pytanie zadałam ostatnio w rozmowie z kolegą po piórze. Rzecz zaczęła się od dysputy o pewnym skandalu związanym z pewną nagrodą. Oto pewna pisarka na FB poprosiła o zwrot kasy pewnego pisarza. Pisarz odpowiedział, że kasę już zwrócił, a ona tak w ogóle to go molestowała a nawet gwałciła. W odpowiedzi na to pisarka wyznała, że pisarz jest w związku z sekretarzem pewnej literackiej nagrody. Sekretarz jest mężczyzną, więc… wyszło, że pisarz to gej. Pisarki nigdy nie poznałam osobiście, ale to z nią się solidaryzuję, bo… niestety poznałam pisarza. Zapamiętałam go źle. Nie ma to nic wspólnego z orientacją, ale potwierdzam, że gej albo bi, co mnie nie gorszy, nie drażni i nie odrzuca. (Jestem gejfriendly, choć głośno żartobliwie też się zastanawiam, jak to się dzieje, że dwóch facetów nie może mieć dzieci, a mimo tego gejów wokół jest coraz więcej. Przyjaciele geje też się śmieją, ale wytłumaczyć nie potrafią.) Zła pamięć nie ma też nic wspólnego z faktem, że pisarz jest osobą nadużywającą alkoholu, bo to też jeszcze nic złego. Zwłaszcza, jeśli nie ma się dzieci i nie prowadzi się samochodu. Tym, co mną wstrząsnęło i spowodowało, że nie zapamiętałam tej postaci pozytywnie, było obserwowane przez mnie chętne życie na czyjś koszt i wykorzystywanie znajomości poprzez udawanie uczuć lub wykorzystywanie czyichś uczuć względem siebie, czyli łaskawe przyzwolenie na miłość. Poznałam go właśnie, jako wykorzystującego jedną z takich znajomości. Wykorzystującego do cna. Potem… jak to napisał Fryderyk Schiller: „Murzyn zrobił swoje. Murzyn może odejść”. Osoba wpływowa, która była moją znajomą, przestała być potrzebna, bo już wszędzie gdzie się dało wkręciła pisarza. Została więc wypluta. Jak wacik u dentysty.

Ponieważ ten blog jest publicznym, a czytelnik i tak domyśla się o kogo chodzi – nie będę podawać więcej szczegółów. Wystarczy tego dobrego. Czytając przez wiele dni wszystko, co wpadło w ten publiczny wentylator, pożałowałam tylko jednego. Że po słowach pisarki o długu nie odezwali się też inni wykorzystani. Wiem, że są. Domyślam się, że prawdopodobnie nie chcieli tych emocji, które mogłyby towarzyszyć włączeniu się w publiczną dyskusję. No i tego czym mogliby zostać obrzuceni przez pisarza. Na pewno tego nie chciała moja znajoma.

Jeden z publicystów katolickich, z którego zdaniem się bardzo często nie zgadzam, ale liczę, bo to inteligentny człowiek, napisał felieton, w którym zawarł świetne podsumowanie postawy artysty, a nomen omen swojego krajana. Otóż obaj panowie spotkali się pewnego razu, bo obaj otrzymali tę samą nagrodę prezydenta pewnego miasta, z którego pochodzą. Następnego dnia umówili się na kawę na pisarskie plotki. Po jakimś czasie dziennikarz odnalazł detaliczny opis tego spotkania w jednym z opowiadań pisarza. Relacji nie kontynuował, bo jak napisał, ciężko by mu było przyjaźnić się z „twórcą totalnym, przekonanym, że świat i wszelkie na nim relacje stworzono po to, by stanowiły paszę dla jego artystycznego popędu.”

Z kolegą po piórze, z którym gadaliśmy o tym twórcy, rozmawialiśmy też ogólnie o przyzwoitości w dzisiejszym pisarskim świecie. O tym, że kult, jakim otaczani się niektórzy artyści zachowujący się nieprzyzwoicie daje sygnał innym: nie warto być przyzwoitym. I to jest bardzo smutne. Kolega podał przykład Marka Hłaski. No i rzecz jasna kultu jakim jest otaczany do dziś. Kultu, który nie dotyczy tylko twórczości, ale i życia. Cóż, kontakty Hłaski z kobietami i mężczyznami, przeszły już do legendy. Niektórzy badacze twierdzili, że był bi, inni, że homo, a jeszcze inni (i to jest najsmutniejsze), że nie był ani bi, ani homo, a mężczyznom pozwalał się emablować, a może i coś więcej, bo dzięki temu wiele mógł załatwić. Ci mężczyźni byli takimi postaciami, od których zależało jego literackie być albo nie być – Andrzejewski, Iwaszkiewicz etc.

Przyznam, że coraz częściej wokół siebie słyszę głosy, że aby za życia osiągnąć pozycję w świecie artystycznym – trzeba wypromować się na skandalu. Ja ciągle jeszcze – choć być może naiwnie – wierzę w ciężką pracę. Bo jeśli nie ona jest drogą do sukcesu – to po cholerę nam szkoły i nauka. Jeśli nie przyzwoitość jest wartością – to po czorta wszystkim wierzącym dekalog i katechizm, a niewierzącym etyka. Dzień, w którym i ja stwierdzę, że nie warto być przyzwoitym jedni znajomi już teraz nazywają zbliżającym się wielkimi krokami dniem mojego przebudzenia. Usłyszałam ostatnio: „Zbudź się królewno! Heloł!”. Ale… po co budzić się w takim świecie, w którym wartością nie jest to co dobre, mądre i uczciwe, ale całkowite przeciwieństwo? Wolę spać, czyli nadal robić swoje. Nawet jeśli bez skandalu nie ma szmalu.

PS A co do Marka Hłaski polecam tekst, który kiedyś opublikował portal onet

PS.2. Ponieważ w tekście poruszyłam sprawę pieniędzy, więc chciałam zdradzić swój sekret na najtańsze jedzenie świata, gdy w domu za wiele nie ma. Może się czytelnikom przyda.
Po pierwsze: Zawsze trzeba mieć smalec, jajka i kaszę gryczaną.
Po drugie: Ogórki kiszone w Polsce są tanie. Cebula również. O tej porze warto kupić na bazarze wór. Obie te rzeczy są zdrowe.
Po trzecie: Gotujemy kaszę, topimy smalec, smażymy na nim jajko sadzone. Ogórki kiszone i cebula robią za surówkę.
Po czwarte: Jedzmy przyzwoicie. Łokcie ze stołu. Danie, jak najbardziej na dziś, bo piątek dla wielu jest dniem bez mięsnym. Smalec można zastąpić masłem. Sucha kasza też się nadaje do jedzenia. Może być ze zsiadłym mlekiem. Burżuje nich piją z kefirem a snoby z ajranem…

Znów nominacja, czyli w zaganianiu uprzejmie donoszę…

Miałam ambitne plany napisania o różnych rzeczach, ale czasu absolutny brak. Już w niedzielę planowałam tekst o niemieckim pianiście (Arne Schmitt), który grał na fortepianie ustawionym na Placu Zamkowym. Bo to niezwykłe! „Uliczny grajek” z… fortepianem! A jak gra! Niestety… tekst zaczęłam pisać w redakcji, wyszłam z pokoju i ktoś zresetował komputer. Tekst spadł w niebyt! Wena nie tyle odleciała, ile zabiła ją proza dnia codziennego.

Potem chciałam napisać o dowodzie rejestracyjnym mojego pojazdu. Jak to skończył się i trzeba go wyrobić, bo nie ma miejsca na nowe wpisy o kolejnych badaniach technicznych. Chyba znak, że trzeba sprzedać auto. Tylko co dalej? Niestety. Z tym tekstem (mrożącym krew w żyłach, bo co chwilę jakiś dokument gubiłam, by znaleźć) stało się to samo co z poprzednim. Wyleciał w kosmos niczym Gagarin wraz z resetem komputera przez inną redakcyjną koleżankę.

Dalej były plany opisania jak to przyjechała do mnie kuzynka, z którą pokrewieństwo staram się ustalić, a poznałyśmy się dzięki mojemu portalowi genealogicznemu. Niestety zabrakło czasu na opis podróży do Pułtuska śladami dawnych przodków Bellonów.
Na szczęście jest mój portal genealogiczny. Za jakiś czas „małe conieco” z tej wyprawy się tam znajdzie. Bo na coś czas był – na coś go nie było. Spotykałam się z potencjalnymi wydawcami książek i tak dni przeleciały. 

Aż nadszedł moment, kiedy powinnam się zatrzymać. Choć na chwilę. By powiedzieć, że znów (po raz drugi w życiu) nominowano mnie do nagrody ALMA, czyli… międzynarodowej nagrody literatury dziecięcej, ustanowionej przez szwedzki rząd w 2002 na cześć Astrid Lindgren. Nagroda przyznawana jest corocznie do wysokości pięciu milionów szwedzkich koron. Może ją dostać pisarz, ilustrator, narrator lub promotor czytania, którego praca jest zgodna z duchem Astrid Lindgren. Celem nagrody jest zwiększenie zainteresowania literaturą dla dzieci i młodzieży, a także promowanie praw dzieci do kultury na poziomie globalnym.

Nagroda jest czasem nazywana „małym Noblem”. Chyba z tego względu, że administruje nią Szwecja. Nominację na rok 2015 dostało 197 kandydatów z 61 krajów świata. Polskę (oprócz mnie) reprezentują ilustrator Jan Pieńkowski i fundacja ABC z projektem „Cała Polska czyta dzieciom”.
Wprawdzie nie wierzę w wygraną, bo ci, którzy wygrywali dotychczas mieli o wiele większy dorobek, a poza tym… do czego jak czego, ale nagród – szczęścia nigdy nie miałam. Natomiast jedna rzecz mnie niesłychanie bawi. To bardzo prestiżowa nagroda literacka. Nominacja do niej jest w świecie uznawana za „coś”. Zagraniczne media od kilku dni sporo piszą na ten temat. W Polsce zająknął się o tym tylko kwartalnik „Ryms”. Bo tak to jest, że u nas literatura dla dzieci i młodzieży, kryminały, fantastyka, fantasy etc. – to literatura drugiej kategorii. Już dawno temu stwierdziłam, że w Polsce liczą się tylko dzieła zaangażowane. Najlepiej politycznie: agenci, teczki i tajne przez poufne. Albo dzieła obrazoburcze: seks, waginy, łechtaczki i sperma. A jedno i drugie to na razie nie moja specjalność. Ale kto wie… Jakbym połączyła tajne przez poufne z jakąś bardzo obrazoburczą waginą… Pomysły mam, ale na razie… czasu brak, bo siedzę nad czymś zupełnie innym. Ale jeśli kiedykolwiek się zdecyduję na politykę i seks w literaturze – dam znać.

Ach ta potrzeba!

Wszędzie nas pędzi, wszędzie gna
potrzeba fizjologiczna!

Tak śpiewali moi koledzy na obozach harcerskich na melodię „Harcerskiej doli”, wędrując za potrzebą do latryny. Ja też czasem nucę i to tyle lat po harcerskich obozach. Co do potrzeb fizjologicznych mam swoją teorię. Załatwianie ich to przyjemność. Wnioskuje tak na podstawie obserwacji. Tych samych, które kiedyś pozwoliły jednemu z bohaterów książki „Imię Róży” bezbłędnie odgadnąć gdzie jest to miejsce, do którego nawet król chodzi piechotą. Biedny i przebierający nogami Adso z Melku usłyszał wtedy, że jego Mistrz widział jednego brata biegnącego w tamto miejsce z miną nieszczególną, a po chwili tenże sam brat wracał stamtąd zadowolony.

Gdy jedna z moich koleżanek z redakcji powiedziała kiedyś, że nie lubi robić kupy z miejsca powiedziałam do niej:
- To nie rób! Nigdy więcej nie rób!
Ja tam lubię, bo lubię być wolna. Od kału, moczu, głodu, pragnienia i wszystkich innych zniewoleń. I dawno jeszcze przed lekturą „Imienia Róży” zauważyłam, że z WC przeważnie wychodzą zadowoleni ludzie.

I teraz przejdę do meritum. Czemu o tym piszę? Ano to wszystko przez… Chojnice! Wylądowałam tam na dworcu na 45 minut przed odjazdem pociągu. Ponieważ godzinę wcześniej wypiłam pół litra herbaty z cytryną, więc… pęcherz domagał się opróżnienia. Najpierw odbierałam telefony etc., więc czasu na zajmowanie się sobą nie miałam, a potem było już za późno na bieganie do miasta. Na 20 minut przed odjazdem pociągu zorientowałam się, że dworcowa toaleta jest nieczynna. Na moje pytanie zadane pani w kasie, a które brzmiało:
- Co mam zrobić?
Usłyszałam:
- Nie wiem.
- A gdzie jest jakaś inna toaleta?
- Nie wiem – odparła pani i wzruszywszy ramionami wróciła do wydawania reszty innej pani.
- Czyli jeśli teraz zdejmę majtki i tu nasiusiam na środku, to będzie w porządku? – Spytałam, bo wierzyć mi się nie chciało, by można było odesłać człowieka z takim problemem z kwitkiem.
- Jak pani chce – odparła „panienka z okienka” nie przerywając wydawania reszty, a ja pomyślałam, że znam kilka osób, które po takiej odpowiedzi mogłyby to zrobić na trzeźwo, a także z dziesięć razy tyle takich, które po dwóch głębszych zrobiłyby to z ochotą. Na złość tej pani i całemu PKP.
Ja nie zrobiłam. Zacisnęłam zęby, zwieracze itd. Wytrzymałam. Poszłam do WC dopiero w pociągu relacji Chojnice – Tczew.

Przypomniała mi się jednak od razu opowieść koleżanki, która w mróz szukała z czteroletnią córką w podwarszawskiej miejscowości toalety. Nie znalazła. Na dodatek wszystkie sklepy konsekwentnie odmawiały jej prośbom o wpuszczenie do swoich kibelków dziecka, które coraz bardziej przebierało nogami. Mróz zaś był taki, że wystawienie pupy na trawniku nie wchodziło w grę. Jak mi powiedziała koleżanka:
- Nie wiem, czy gdybym miała syna zdecydowałabym się go w te pogodę wysadzić pod drzewkiem.
Po pół godzinie ulitowała się nad obiema przedstawicielkami płci pięknej jedna pani z ciastkarni. A przecież ona, z tej racji, że handluje żywnością, powinna mieć najwięcej obaw. A może dzieciak jest na coś chory i to coś przyniesie do niej do ciastkarni? Jednak zgodziła się wpuścić małą na zaplecze. W przeciwieństwie do tej z obuwniczego, która burknęła, że tu się butami handluje a nie chodzi za potrzebą, czy tej z księgarni, która stwierdziła, że tu się czyta a nie „leje” i czego to moja koleżanka uczy córkę! No jasne! Powinna wtłaczać do głowy Mickiewicza i Konopnicką, a pęcherz zawiązać na supeł lub zatkać korkiem.

Co zrobiłaby moja koleżanka na tym dworcu? Jak tę niemożność pójścia do WC zniosłoby jej dziecko? Jak znoszą to inne dzieci, które trafiają na dworzec w Chojnicach? Czy może to ja mam pecha, że akurat toaleta nie działała?

To jest bardzo ciekawe, że w XXI wieku, w sporym miasteczku, gdy psuje się dworcowa toaleta, nikt nie robi nic, by ulżyć ludziom w potrzebie. Nie stawia przenośnego klopika typu „toi-toi” lub nie podaje pracownikom instrukcji, co odpowiadać, gdy ktoś zapyta o WC. A sami pracownicy? Gdzie te potrzeby załatwiają? W majtki? Czy może mają pampersa? Obawiam się, że dla nich jednak jest jakaś toaleta. I tu jest pies pogrzebany! Chcemy do Europy! Ponoć w niej od zawsze jesteśmy! Ale naprawdę to tylko u nas i w krajach byłego ZSRR na pytanie o WC urzędnik (a kimś takim jest kasjerka PKP) może odpowiedzieć: „nie wiem” zamiast zaprowadzić do własnej urzędniczej toalety. Chojnice nie są jedyne. Dlatego nie rozumiem czemu dziwimy się, że mamy zaszczane przejścia podziemne, uliczki, zaułki itd.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej