Tęsknię, czyli mur

Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy jednością. Przez lata byliśmy nią w ten jeden dzień, gdy w całej Polsce odbywały się koncerty finałowe Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie umiemy jednak być razem. Gdy nie mamy wrogów (np. obcych z kosmosu) wymyślamy ich. Inny kolor skóry, inne wyznanie, inny klub sportowy, inne poglądy polityczne, inny język, inna narodowość – wróg. Czemu człowiek musi dzielić się na stada? Czy nie umie, czy nie chce stworzyć jednego? Paradoksalnie Jerzemu Owsiakowi udawało się przez wiele lat stworzyć w Polsce jedno stado pomocowe. W Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy grała cała Polska, a ten kto nie grał, kogo jąkający się showman denerwował, siedział cicho. Byli i tacy, których denerwował, ale jednak wspierali. Bo liczył się cel, a nie ten, kto to wymyślił czy realizował. Dziś w modzie jest manifestowanie niechęci do WOŚP. Ostatnio do tradycyjnych oskarżeń o defraudację pieniędzy ze zbiórek doszło oskarżanie o to, że kto popiera WOŚP popiera aborcję i eutanazję. Naprawdę??? Czy kupowany przez Fundację sprzęt (jego istnienia nikt nie kwestionuje) służy aborcji lub eutanazji czy ratowaniu życia? Czy naprawdę źli ludzie popierają WOŚP, a dobrzy Caritas? Czy nie ma w Polsce miejsca dla wielu Fundacji? Ależ lubimy dzielić! Ktoś więc podzielił ten naród w sprawie pomagania. W jakim celu to zrobił?

Nie lubię takich podziałów. Jestem państwowcem. Dlatego nie jestem w stanie zrozumieć, walki legalnie wybranego rządu z legalnie wybranymi władzami Warszawy czy legalnie wybranymi władzami samorządu województwa mazowieckiego i odwrotnie. Tymczasem ta walka wynika z partyjno-politycznego podziału. Władza państwa jest w rękach PIS, władzę w mieście sprawuje PO, a samorządem na Mazowszu rządzi PSL. Dla mnie Polska jest jedna. Jej obywatele, nawet jeśli mają różne poglądy i są różnego wyznania, a nawet narodowości, powinni być jednością. Dlatego jeszcze w grudniu ubiegłego roku, kiedy moja skrzynka pękała w szwach od wezwań na marsze, protesty, pikiety oraz żądań podpisania petycji w obronie tego i owego na prywatnym profilu na FB napisałam: „W związku z ostatnimi wydarzeniami w kraju i na FB oświadczam, że moim zdaniem nie należy wierzyć władzy, bo władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Nie należy też wierzyć opozycji, bo ta chce władzy, a przecież już wiadomo, że władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Dlatego nie przeszkadzają mi znajomi popierający KOD ani popierający rząd PiS, choć dziwię się zaangażowaniu ich wszystkich, wrzaskom, piekleniu się etc. Bardzo jednak proszę, by nikt nie narzucał mi swojej wizji rzeczywistości, jako jedynej słusznej. Nikogo nie zamierzam wyrzucać z grona znajomych, nawet gdy przyłapię go na zaspokajaniu oralnie lub ręcznie liderów władzy lub liderów opozycji. Wyznaję zasadę pełnej wolności poglądów, choćby były nie wiem jak głupie. I tylko przypominam, że politycy to zupełnie nic nie wiedzą o życiu, bo rzadko który sam robi zakupy, chodzi na zebrania w szkole, czy rozmawia ze zwykłymi ludźmi, których nie stać nawet na jeden w miesiącu bilet do kina. I tyczy to zarówno władzy jak i opozycji.”

Ci, którzy mnie znają, a znajomi z racji bycia znajomymi (samo słowo oznacza „znanie”) powinni wiedzieć, że zgodnie z moim zwariowanym poczuciem humoru przymiotnik „oralny” oznacza „słowny”, a więc „werbalny”, zaś „ręczny” oznacza wymachiwanie różnego rodzaju przedmiotami. Jednak zrozumieli nieliczni. Posypały się na mnie bowiem straszne gromy. I to ze strony wszystkich, którzy wyznają jedną z dwóch przeciwnych sobie, a ostatnio panujących w Polsce religii – kijowskiej i smoleńskiej. Naciskano, że muszę się opowiedzieć. Muszę coś wyznawać. Brak opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron tego obrzydliwego polsko-polskiego sporu (a może już wojny?) oznacza zgadzanie się ze stroną przeciwną od tej, z którą zgadza się wywierający na mnie nacisk. Jeden ze znajomych, którego wyciągnęłam z zawodowego niebytu, a nawet zrobiłam mu stronę internetową, publicznie zarzucił mi, że w TVP zagarnęłam jego… dorobek! (sic!) Naprawdę? Przyszłam tam 20 lat temu, pół roku po jego odejściu i nie na jego stanowisko, a jako zwykły reporter. Na dodatek nie przyszłam tam na jakiejkolwiek fali politycznej, a zwyczajnie, jako dziennikarz zajmujący się kulturą. On zaś też nie odszedł z przyczyn politycznych, a (jak sam mi zresztą opowiadał) zupełnie innych, które jednak (tak, jak jego nazwisko) przemilczę, gdyż nie chcę być nieelegancka. Teraz, gdy jest zaangażowany politycznie, ryczy w jedynej w swoim pojęciu słusznej sprawie siekąc na oślep ciosami życzliwych sobie, którzy nie płyną z tym prądem, z którym on płynie. Po tym swoistym ataku płakałam tak, że ani przyjaciółka ani Ulubiony długo nie mogli mnie uspokoić. Chciałam wszystkim pozwolić na bycie sobą, a tu… dostałam od wszystkich w twarz. Napisałam więc po kilku dniach bardzo rozgoryczona:

„A śpiewak także był sam” przypomniał mi mój syn ten cytat. Ponieważ okazało się, że jestem wrogiem popierających PiS i wrogiem zwolenników KOD chciałam wszystkich przeprosić za to, że jestem sobą. Przepraszam za to, że brzydzą mnie politycy. Przepraszam za to, że brzydzi mnie władza. Przepraszam za to, że brzydzi mnie opozycja. 
Nie umiem inaczej. Nie jestem tchórzem. Nie idę z żadnym prądem dla jakichkolwiek korzyści. Nigdy nie lizałam dupy żadnej władzy!!! I nie będę!!!
Ale przecież trzeba się opowiedzieć! Ktoś kto (jak ja) nie chce – jest takim śmieciem, że można na niego tylko pluć. Podziwiam jak jesteście pewni racji liderów popieranych przez siebie opcji.
Gdyby środowisko dziennikarskie było solidarne i przez tydzień nie napisało słowa o politykach (jest wiele innych tematów) bylibyśmy naprawdę czwartą władzą i Sejm by się zesrał ze strachu, a nie wprowadzał ograniczenia dla mediów, a tak… jedni z Was chodzą na pasku władzy a drudzy opozycji, która chce być władzą. Ja na niczyim. Widzę, że nie jesteście w stanie tego znieść. Zawsze śmialiście się z tego, że nie chcę robić tematów politycznych. Myślicie, że nie wiem?
Boli was to, że przez 20 lat współpracy z TVP nie skorzystałam z żadnych politycznych znajomości, by załatwić sobie etat czy program.
Tak bardzo Was wkurwia moja postawa?
Nie kupujcie moich książek. I tak zresztą tego nie robiliście. Przecież za każdym razem, gdy jakąś wydawałam zadawaliście mi w prywatnych rozmowach durne pytania; „gdzie można kupić?” udając tym samym zainteresowanie, choć świetnie wszyscy wiemy, że to co robię macie tak głęboko w dupie, że ani James Bond ani CSI Warsaw ani nawet zachodnioniemiecka maszyna do drenowania tego nie znajdzie. Wszyscy też wiemy, że przecież byle Debil wie, gdzie kupuje się książki. W mięsnym przecież. No… może w warzywniczym. Księgarnia to zbyt trudne dla Was słowo. Promocja ostatniej, napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem, który w grobie się przewraca patrząc na ogarniającą mnie rzeczywistość, jest 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią. Nie musicie na niej być. Nie jestem przecież nikim ważnym. Tak więc obecność na niej nikomu z Was nic nie załatwi. A nieobecność też nie zaszkodzi. Nie jestem przecież mściwa i nie odgrywam się na ludziach. Jestem głupia i opowiadam dowcipy o seksie i defekacji.
Z pokorą przez lata przyjmowałam: odbieranie mi programów, zdejmowanie mnie z funkcji wydawcy, wyrzucanie z grafika (trzeci miesiąc jestem poza grafikiem), a nawet kradzież moich pomysłów.
Z pokorą przyjmowałam traktowanie mnie jak zboczonego kretyna z powodu poczucia humoru. To słanie na priv wszystkich świńskich obrazków, które na pewno mi się spodobają, a których nie mieliście odwagi wrzucić na swoją facebookową tablicę, bo „co inni pomyślą”…
Z pokorą przyjmowałam śmianie się z moich zainteresowań, z mojego portalu genealogicznego, małżeństwa z młodszym facetem itd.
Z bólem, już bez pokory, przyjmowałam do wiadomości fakty, że ci, którzy odzywali się do mnie, gdy byłam wydawcą, redaktorem prowadzącym etc., zapominali o mnie, gdy spadałem ze stołka.
Ponieważ nie wiem, kto z Was to przyjaciel a kto wróg, więc być może (jak dożyję, bo mam wrażenie, że zaraz przyjdziecie po prostu zatłuc mnie jak karalucha) wyślę komuś z Was zaproszenie na promocję napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem książki „Syn dwóch matek”. Spokojnie możecie je olać!
Ojca też olewano. Świetnie pamiętam jak wracał do domu z pracy i na próżno szukał w „Kurierze” swojego tematu, który przeważnie spadał, bo ważniejsze były te polityczne od tych historycznych. „Może jutro puszczą” mówił. I tylko ja widziałam jak mu przykro.
Teraz jego imię nosi studio D. Pomysł Bartka. Ale wątpię czy Ojciec cieszy się teraz patrząc na niektóre z emitowanych z tego studia programów.
I tak tego nie zrozumiecie. Dla Was istnieją tylko dwa kolory. Ja widzę całą paletę.
Ale nie czytajcie też mojego bloga. Po co czytać coś tak niezaangażowanego politycznie?
Nie piszcie do mnie (i tak zresztą nie piszecie jak nie macie interesu, a ostatnio nie macie). Nie dzwońcie do mnie (i tak nie dzwonicie, bo przecież wyszłam za mąż za Zacharjasza, który waszym zdaniem „jest po ukraińsku nieszczery”, a poza tym ostatnio z wiadomych względów nie macie interesu). Spierdalajcie! Wystarczą mi „Pan Monż” i „Panicz Syn” oraz pies i kot. Prawdziwych przyjaciół, poza nimi dwoma, mogę policzyć na palcach. I to jednej ręki.
Ale dziękuję za lekcję życia. Teraz już wiem: „każdy dobry uczynek musi być pomszczony”. A „Wolność ma swoją cenę”. Ja jestem wolna. A Wy?”

Znów mi się dostało. Zwłaszcza za cytat z „Murów”. Odezwał się nawet kolega, którego nie widziałam na oczy 25 lat. On też nie nauczył się czytać ze zrozumieniem. Bo to jest niesamowite, jak wybiórczo traktujemy te piosenkę. Zwłaszcza, kiedy się tak mocno w coś angażujemy. Bierzemy tylko słowa, że „mury runą”. Zapominamy o tym, co jest na końcu songu. O zwrotce, która po słowach:

„kto sam ten nasz najgorszy wróg,
a śpiewak także był sam”

brzmi:

„Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg.”

Ta ostatnia zwrotka jest często pomijana. Jest niewygodna zarówno dla dzisiejszych rządzących elit, jak i dla dzisiejszej opozycji. W końcu i jedni i drudzy wycierają sobie gęby opozycją z czasów PRL, jako jedyni prawdziwi spadkobiercy jej ideałów. Ostatnia zwrotka niewygodna była zawsze. Także w latach 80. Sam Kaczmarski wspominał, że podczas występu w Poznaniu w 1981 roku zgromadzeni krzyczeli: Mury nie rosną, ale runą, runą! W  jednym z wywiadów powiedział zresztą: „Mury” napisałem w 1978 r. jako utwór o nieufności do wszelkich ruchów masowych. Usłyszałem nagranie Luisa Llacha i śpiewający, wielotysięczny tłum i wyobraziłem sobie sytuację – jako egoista i człowiek, który ceni sobie indywidualizm w życiu – że ktoś tworzy coś bardzo pięknego, bo jest to przepiękna muzyka, przepiękna piosenka, a potem zostaje pozbawiony tego swojego dzieła, bo ludzie to przechwytują. Dzieło po prostu przestaje być własnością artysty i o tym są „Mury”. I ballada ta sama siebie wywróżyła, bo z nią się to samo stało. Stała się hymnem, pieśnią ludzi i przestała być moja.

Ja też cenię sobie indywidualizm. Dlatego żal mi Jacka Kaczmarskiego i jego piosenki. Tego, jak bardzo jej sens został wypaczony. Ale cóż… poeta sam to przewidział.

Dziś do budowania muru wykorzystuje się nie tylko piosenkę, ciągnąc ja jak starą kołdrę. Wykorzystuje się też WOŚP. Kiedyś Polska żyła kolejnymi finałami. Wczoraj mój znajomy publicznie napisał, że WOŚP popierają głównie zwolennicy KOD i PO. A przecież WOŚP powstała dużo wcześniej niż istniejące na dzisiejszej scenie politycznej partie (PiS, PO, SLD, Nowoczesna itd.), powstała też dużo wcześniej niż KOD.

WOŚP to całe życie mojego Panicza Syna, bo Fundacja powstała w marcu 1993 roku, a on urodził się kilka miesięcy później. I co roku oboje dziękujemy, że kupiony za zgromadzone podczas finału pieniądze sprzęt, nigdy nie był nam potrzebny.

Czwarty miesiąc siedzę w domu i wychodzę tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę. Piszę. Idzie mi średnio. Może dlatego, że tęsknię? Tęsknię za dawną jednością. Za czasami, kiedy w takim dniu, jak dzisiejszy, wszystkie stacje telewizyjne i radiowe relacjonowały jak polscy obywatele są hojni. Kiedy prezenterki i prezenterzy wszystkich kanałów telewizyjnych miały przyczepione do ubrań serduszka. Kiedy w finałach brało udział wojsko, straż pożarna, harcerze, ratownicy i każdy kto chciał. Kiedy żaden urzędnik nie odmówił podarowania choćby drobiazgu na licytację, dzięki czemu licytowano ciekawsze rzeczy niż pisma o odmowie wzięcia udziału w finale WOŚP. Kiedy mogłam z przepustką współpracownika wejść do sztabu na Woronicza i pokazać to wszystko synowi z bliska, bo finał relacjonowała telewizja publiczna – w końcu zbiórka też jest publiczna. Kiedy ten, kto nie chciał w finale uczestniczyć siedział cicho i ze swojego niewspierania nie robił manifestacji. Czułam wtedy, jak wszyscy byliśmy bardzo zjednoczeni. Szkoda, że to już przeszłość. A jaka jest przyszłość? Przecież mamy na nią wpływ. Czy będziemy dalej budować mur? Czy może przeczytamy słowa Jacka Kaczmarskiego ze zrozumieniem i oddamy mu jego piosenkę?

A ja tradycyjnie gram… Tu można kliknąć, by wziąć udział w aukcji moich książek na cele WOŚP. 

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

Tradycyjnie gram wraz z Orkiestrą

Od wielu lat, jak co roku, gram wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. W tym roku cele są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Udział w licytacjach moich książek to okazja do upieczenia dwóch pieczeni na ogniu. Moje książki można wylicytować wspierając oba w/w cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale także wygrywając licytację można wesprzeć dowolną placówkę biblioteczną, gdyż nie trzeba książek licytować dla siebie. Wygrywający może zażyczyć sobie, bym wysłała książkę w dowolne miejsce i do dowolnego odbiorcy – Biblioteki Szkolnej w zapadłej wsi, do Domu Dziecka itd. Każda książka będzie z autografem i dedykacją zgodnie z życzeniem wygrywającego licytację.

Poniżej linki do licytacji:

Świnki, czyli rzecz o świecie, cenzurze i poczuciu humoru

Któż nie zna bajki o trzech świnkach? To stara, bo pochodząca jeszcze z XIX wieku, angielska bajka, której bohaterami są trzy małe świnki. Opowiada o tym, przemierzały świat, szukając miejsca do zbudowania domu. Gdy wreszcie znalazły odpowiednie miejsce każda postanowiła zbudować dom dla siebie. Jedna zbudowała go ze słomy, druga z drewna, a trzecia (najbardziej pracowita) z cegieł. Kiedy domy były gotowe, w okolicy pojawił się zły wilk, chciał zjeść świnki. Oczywiście najtrwalszym okazał się dom z cegieł i to dzięki niemu i zaradności jego budowniczki świnki przeżyły. Jest to w gruncie rzeczy bajka o tym, że pracowitość i zaradność zapewniają nam bezpieczeństwo. Nasiąkamy tym w dzieciństwie, a potem… nadchodzi dorosłość i nagle okazuje się, że są ludzie, którym bezpieczeństwo i zaradność gwarantują zupełnie inne cechy.

Myślę o tym ostatnio, ilekroć oglądam polskie programy informacyjne. Mam bowiem niestety wrażenie, że chyba wszystkie odleciały już dawno od zwykłego człowieka. Rzadko pokazywani są w nich zwykli ludzie z ich codziennymi problemami. Może raz na program? Rzadko pokazywana jest prawdziwa bieda, której w Polsce coraz więcej. Mało też jest tam rzeczy do śmiechu. Króluje polityka, którą rozumieją może 3 procent społeczeństwa, co stwierdzam na podstawie informacji opublikowanych przez różne ośrodki badania opinii publicznej, z których wynika, że ludzie nie wiedzą co to trybunał konstytucyjny, czym zajmuje się senat, jakie są kompetencje prezydenta, czym zajmuje się premier itd. Czemu więc tak niewiele jest informacji dla pozostałych 97% ludzi? Chciałabym zobaczyć, jak sobie radzą z emeryturą 1300 złotych, gdy tyle wynosi ich rachunek za gaz. Ktoś powie, że zwykli ludzie i ich problemy to też polityczna sprawa. Ale bliższa nam wszystkim. No to może pośmiejmy się? Niestety programy satyryczne już dawno przestały być śmieszne. A masa rzeczy, z których śmialiśmy się kiedyś jest teraz politycznie niepoprawna. Opowiadałam ostatnio znajomej, że na Boże Narodzenie na obiedzie u przyjaciół był mnich z Chin (katolicki). Rozmawialiśmy wtedy o językach, bo towarzystwo przy stole było międzynarodowe. Oprócz mnicha z Chin byli jeszcze mnisi z Etiopii, Włoch, Argentyny i Ukrainy. Zeszliśmy na język chiński i to z ilu składa się znaków. Zacytowałam koziołka Matołka „jest tych znaków nie tak wiele / ze czterdzieści coś tysięcy / więc się będzie uczył krótko / sto lat może, lecz nie więcej”. Towarzystwo się uśmiało. Nie uśmiała się jednak ta, której to relacjonowałam, bo uznała cytat z Makuszyńskiego za obraźliwy dla chińskiego mnicha i ksenofobiczny. Co by powiedziała na stary kawał o tym, jak Chińczycy nadają dzieciom imiona? Podobno rzucają łyżeczkę na podłogę. Jak brzęknie – tak nazwane będzie dziecko. O fuj! Co za okropny rasistowski kawał! Doprawdy fuj! Z czego, wobec tego wolno się nam śmiać? Z policjantów nie, z blondynek nie, z księży nie. Czarny humor na indeksie, bo od czasu katastrofy smoleńskiej tu polewu z żadnej tragedii być nie może. Śmianie się z władzy? Chamstwo! Kto pamięta co działo się z autorem strony „Antykomor”? Strona „Poranny Kwaśniewski” z alkoholowymi memami też została zlikwidowana. Nawet napis „Andrzej D..a” na ścianie w szkolnym WC był badany.

I w świetle tych wszystkich ponuractw w naszej telewizji (od prawa do lewa), oglądaliśmy wczoraj z Ulubionym ukraiński program informacyjny. Nie pamiętam, kiedy podczas oglądania tego typu programu tak bardzo się śmiałam. Otóż przygotowano w nim m.in. informację o tym, że eksport ślimaków z Ukrainy przewyższa eksport wieprzowiny. W reportażu wystąpił rolnik, który jednak woli hodować świnie. Mieszkający pod Czernichowem hodowca świń pokazał maciorę, której 5 prosiąt otrzymało imiona: Szufrycz, Aksionow, Janukowycz, Azarow i Putin. Co stało się ze świnkami? Właściciel mówił o tym do kamery z zupełną obojętnością. Janukowycz mu zdechł, bo ważył 25 kilogramów i po prostu szlag go trafił. Azarowa zabił gospodarz, bo tak go męczył, że „wszystką krew z niego wypił”. Co robił? Ano bez przerwy „srał do koryta”. A Putina to po trzech dniach matka zadusiła. Jednym słowem żadna z tych trzech ukraińskich świnek nie była zaradna, jak bohaterki angielskiej bajki. Co z pozostałymi dwoma? Program i jego bohater milczą. Zresztą… kto by tam się nimi przejmował, skro lepiej od świń sprzedają się ślimaki. Temat gospodarczy, a więc poniekąd polityczny, a jednak przyniósł tyle radości!

Sprawdzałam dzisiaj ukraińskie serwisy. Czy chłop z reportażu został przez kogoś (np. Nestora Szufrycza) pozwany za te pięć świnek? Nie. Czy ukraiński kanał 1+1 płacił jakąś karę za emisję reportażu o ślimakach i świnkach? Też nie. Czy ambasada Rosji wysłała protestacyjną notę do władz Ukrainy o to, że ukraiński chłop nazwał świnkę Putin? Nic z tych rzeczy. W eterze panuje cisza. Pokazałam ten reportaż Paniczowi Synowi. Był w szoku. Po pierwsze, że ukraińskie wiadomości trwają prawie 50 minut. Po drugie, że są w nich takie rzeczy. A podobno to u nas jest wolność i demokracja.

Tych pięciu wschodnich polityków, których imiona otrzymały ukraińskie świnki ma się dobrze. Szkoda tylko, że zagwarantowały im to zupełnie inne cechy niż śwince z angielskiej bajki. Ale cóż… życie zawsze wygląda inaczej niż w bajce.

PD. Dla tych co nie wierzą. Ok. 35 minuty.


http://1plus1.ua/tsn/video/vipusk-tsn1930-za-5-sicna-2017-roku

Na koniec i początek, czyli słówko o baletnicy

Gdy byłam w podstawówce chodziłam na balet do ogniska baletowego. Prowadząca zajęcia pani Alina Depowska zwykła mawiać, że w tańcu najważniejsza jest ostatnia poza. Jak baletnica się ukłoni – tak da się zapamiętać publiczności. Może pomylić się na początku i w ogóle zatańczyć tak sobie, ale wystarczy, że przyjmie piękną pozę na końcu i otrzyma brawa, bo to koniec tańca czasem decyduje o wszystkim. Przypomniało mi się to w związku z końcem starego i początkiem nowego roku.

Jeszcze w starym roku #rondowaszyngtona #panmonz

Miniony rok nie był bowiem dla mnie zawodowo najgorszy. Udało mi się dokończyć film, nad którym pracowałam półtora roku („Zmartwychwstanie stulatka”), wydać książkę, o której myślałam wiele lat, a krystalizowała się od 2010 („Syn dwóch matek”), ukazały się też wznowienia kilku moich powieści (m.in. „Klasa pani Czajki” i „Tropiciele”) plus udało mi się zrobić jeszcze parę rzeczy. Również u Ulubionego ostatni rok też nie był zawodowo najgorszy. Poza „Bubloteką” zagrał jeszcze w operze matematycznej „Paradoksalny rozkład sfery” Romana Kołakowskiego, wystąpił w kilku serialach (m.in. „Bodo”, „Komisja morderstw”), a na ekrany weszły trzy filmy z jego udziałem (m.in. „Wołyń” i „Niewinne”).

Część napisana przez Ojca ma prawie 40 lat... Nadal nie mogę uwierzyć, że to się udało. #dom #ksiazka #trzeciastrona #syndwochmatek

Pan Monż czeka na moment, kiedy na sali kinowej schowa się pod fotelem, co robi zawsze na filmach, w których gra. #premiera #wolyn #kino #film

Należę do optymistów, doceniam życzliwość losu, który pomaga mi cokolwiek tworzyć i osiągać. Jednak zawodowa i towarzyska (ale nie tylko) końcówka roku oboje nas przytłoczyła. Felieton na blogu nie jest dobrym miejscem, by wypisywać szczegóły i powody. Zwłaszcza, gdy nie do końca chce się uwierzyć, że to wszystko prawda. A poza tym nie o to chodzi, by się żalić. (Ja zresztą nie lubię.) Szczególnie, gdy dopiero co wymieniło się jakiekolwiek osiągnięcia. Ale właśnie to przypomniało mi o pozie baletnicy, o której tyle razy mówiła nam pani Depowska. Miniony rok dla mnie ukłonił się obrzydliwie. Tak więc baletnica nr 2016, mimo całkiem niezłego tańca, ukłoniła się nam jak ostatnia pokraka. I obawiam się, że w mojej pamięci może waśnie jako pokraka pozostać. Jaka będzie baletnica nr 2017? Na jej ocenę mam 365 dni. Postaram się oczywiście pamiętać, że pomyłki na początku tańca nie decydują o tym, że w całości będzie on nieudany. Na razie jednak czarno widzę. Ale może to sprawka krótkich dni i tego, że mało jest słońca? Wrodzony optymizm pozwala mi wierzyć, że nasz zawodowy los się odmieni na lepsze. I tego życzę także wszystkim czytelnikom. Oby ten rok, w który weszliśmy był lepszy od poprzedniego i to aż do swojego końca. Niech baletnica nr 2017 nie tylko ładnie tańczy, ale gdy skończy swój taniec niech ukłoni się najpiękniej jak tylko można.

Piotrek czeka na Maciuncia #dom #swiezak #pieczarka

Witaj w domu Piotrze Pieczarko!, czyli… wieści z Biedronki

Dziennikarze mają różne skrzywienia zawodowe. Ja staram się przeglądać wszystkie gazety, a także oglądać minimum jeden odcinek każdego programu telewizyjnego. Nawet teraz, gdy właściwie trzeci miesiąc siedzę poza TVP. Niby nadal jestem współpracownikiem, ale nic nie robię. Jednak śledzę co robią znajomi i konkurencja. Również z dziennikarskiej ciekawości biorę udział w badaniach rynku, akcjach promocyjnych itd. Mam chyba wszystkie karty lojalnościowe. Zbieram wszelkie punkty w sklepach. Powód? Nigdy nie wiadomo, czy nie narodzi się z tego temat na reportaż, artykuł czy chociażby felieton. Mam jednak zasadę, że w przeciwieństwie do wielu innych klientów, których obserwuję w czasie zakupów, nie proszę kasjerów o dodatkowe punkty, nalepki etc. Nie proszę też innych, którzy punktów nie zbierają, o zgodę na nabicie ich punktów na moją kartę, gdy spotykamy się przy kasie. Wszystko dlatego, że badam, na ile przeciętny człowiek może skorzystać z oferowanych przez sklepy akcji lojalnościowych. Przyznam, że słabo z tym. Może gdybym miała wielodzietną rodzinę, a co za tym idzie kupowała więcej, to te lojalki byłyby opłacalne. A tak… Na większość rzeczy, które mogę dostać za zrobione zakupy i zebrane z tego tytułu punkty – nie załapuję się. Promocja się kończy, a ja odchodzę z niczym. Wyjątkiem są przedmioty, które trzeba kupić. Niby dzięki programom lojalnościowym taniej, ale jednak trzeba za nie zapłacić. Na te mogłabym załapać się bez problemu, tyle, że zazwyczaj nie korzystam z okazji, bo nie są to przedmioty dla mnie atrakcyjne. Przez ostatnie lata za jakieś znaczki upoważniające do zniżki kupiłam jedynie tasak, bo tego akurat naprawdę potrzebowałam.

Pamiętam jak Eksia mama, czyli moja była ś.p. teściowa zbierała naklejki, za które można było dostać pieski oferowane przez jeden ze sklepów. Mówiła, że jak zbierze kolekcję to będzie dla wnusia, czyli Panicza Syna, choć ten był już gimnazjalistą. Udało jej się zgromadzić znaczki na dwa pieski z kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu (już teraz nie pamiętam) oferowanych przez sklep. Promocja trwała długo, ale teściowa zmarła zanim promocja się skończyła. Jednego pieska włożyliśmy jej do trumny, bo zawsze kochała psy, drugiego Eksio podarował mnie za pochowanie teściowej. Piesek siedzi do dziś w salonie. Po śmierci matki Eksio postanowił zresztą kontynuować zbieranie piesków. Udało mu się zebrać znaczki na jednego i akcja promocyjna się skończyła. Jakiś czas potem Eksio również zmarł. Trzeci piesek pojechał wraz z nim do krematorium. Nie chcieliśmy, by w ostatniej drodze Eksio był sam.

Mam sześć lat i nazywam się Nos. #dom #pies

Po Eksiu została karta Payback. Miałam też taką, ale nigdy nie udawało mi się wymienić zebranych na niej punktów na nic. Dopiero po połączeniu obu kart okazało się, że mogę otrzymać mikser, co prawda najmniejszy z możliwych, ale jednak.

Ostatnio zbierałam punkty w Biedronce, by dostać Świeżaka. Nie był mi do niczego potrzebny, bo Panicz Syn już student, ale… jako dowcip zawsze zabawkę przyjmie. Ponadto zaciekawiło mnie, czy ze Świeżakiem będzie tak jak z pieskiem mamy Eksia? Ile zakupów musi zrobić przeciętna matka, by dostać dla swojego dziecka zabawkę? To zbieranie nalepek w Biedronce okazało się jednym z moich najdziwniejszych dziennikarskich doświadczeń z kartami lojalnościowymi. Najdziwniejszym nie tylko z powodu ilości pieniędzy, które musiałam wydać, by otrzymać pluszaka wartego 40 złotych, a którego bym nigdy dobrowolnie nie kupiła. Także z tego powodu jak skomplikowana była droga owego pluszaka do mojego domu.

Na samym początku akcji wydało mi się to wszystko idiotyczne. Bieda w kraju piszczy, a tu rodzinom, zamiast czegoś praktycznego, oferuje się za zrobienie zakupów pluszaka i to jeszcze niezbyt ładnego. Na dodatek jedna nalepka należy się dopiero po wydaniu na zakupy 40 złotych, ażeby dostać za darmo świeżaka trzeba zebrać 60 nalepek, co oznacza, że by mieć jedną maskotkę trzeba wydać 2 400 zł! I tak aby zebrać wszystkie trzeba zostawić w kasie Biedronki ponad 19 000 zł. Promocja trwa trzy miesiące. Kto jest w stanie w takim czasie wydać w Biedronce tak gigantyczną kwotę? Chyba tylko milioner. Ale czy Biedronka to sklep dla milionerów?

Jedna z przyjaciółek powiedziała mi jednak, że biednym wystarczy jeden świeżak, a w akcji chodzi o to, by w tych ciężkich czasach dziecko uśmiechnęło się. Potaknęłam głową starając się zrozumieć czemu dziecko ma uśmiechać się na widok idiotycznego pluszaka przypominającego na przykład brokuła, ale nic nie wpadło mi do głowy. Propozycja, by przytuliło się do niego też wydała mi się lekko debilna. Jednak czym innym jest misio, czy piesek a czym innym brokuł lub pomidor! Dzieci marzą o własnym zwierzęciu i przytuleniu się do niego. Nie słyszałam jednak, by marzyły o spaniu z marchewką! W co się tym brokułem czy pomidorem bawić? Przyznam, że mam w sobie sporo z dziecka. Do dziś układam w głowie historie, w których występują moje lalki i misie, choć lalek prawie już nie ma, a misie zostały tylko dwa. Trudno mi jednak wymyślić historię, w której do akcji wkracza brokuł. Naprawdę przed wyobraźnią współczesnych dzieci sieć Biedronka postawiła nie lada wyzwanie. Bo w co tu bawić się brokułem czy pieczarką? Chyba tylko w gotowanie. A jak gotować coś, co ma oczy i buźkę? Wyobraziłam sobie co prawdę parę historii, w których do miasta rządzonego przez książęcą parę w postaci lalki Barbie i jej męża Kena wkracza brokuł, ale w roli bandziora, bo już na księcia walczącego o rękę księżniczki się nie nadaje. Która Barbie zechce brokuła? To już Shrek lepszy. Chyba, że księżniczką jest marchewka, ale wtedy do zabawy potrzeba naprawdę dużo Świeżaków i wracamy do problemu owych 19 000 złotych, które trzeba wydać, by zgarnąć cały gang.

Tymczasem ja przez cały czas trwania akcji promocyjnej z trudem uzbierałam znaczki na jednego Świeżaka. Żeby było już zupełnie zabawnie, gdy chciałam go odebrać zostałam poinformowana, że pluszaków już nie ma. Na moje pytanie: „Po co pięć minut wcześniej wydano mi nalepki, które upoważniają do odebrania Świeżaka” usłyszałam od kasjerki, że mogę zapisać się na pluszaka, ale muszę poczekać na kierowniczkę sklepu. To oczywiście jeszcze bardziej mnie zainteresowało. Cóż za wspaniała promocja! Nie dość, że lojalność nagradzana jest czymś niezbyt urodziwym to jeszcze nagrody brak, ale można ją dostać na zapisy! Czysty PRL rodem z filmów Barei. Czy będą komitety kolejkowe w celu odebrania Świeżaka? Oczywiście postanowiłam doprowadzić sprawę do końca. Na kierowniczkę czekałam kwadrans odpisując w komórce na maile. Wreszcie szefowa „mojej” Biedronki przyszła. Kazała mi podać imię, numer telefonu, numer karty klienta, pokazać też kartę z naklejkami i zapisała mnie na jakąś listę, którą musiałam podpisać. Ona zaś złożyła podpis na mojej karcie z naklejkami. Kazała też powiedzieć jakiego Świeżaka chcę. Powiedziałam, że Pieczarkę. Stwierdziłam bowiem, że dam ją Paniczowi Synowi na Mikołajki z adnotacją: „Grzyb od Świętego Mikołaja”. Brzmi to bardziej dwuznacznie niż „Brokuł od Świętego Mikołaja”, a co za tym idzie mieści się w kategoriach naszych idiotycznych rodzinnych żartów. Niestety wiadomość o tym, że grzyb czeka na mnie w sklepie nadeszła już po Mikołajkach, bo dopiero 16 grudnia odczytałam: „Swiezak Pieczarka z Twojego zamowienia czeka na Ciebie od 18.12 do 31.12 w sklepie (…). Pamietaj o karcie z naklejkami.”

18 grudnia miałam zaplanowane zakupy, więc najpierw rano zahaczyłam o Biedronkę. Niestety powiedziano mi, że pora niedobra. Pani kierowniczka przyjmuje towar, więc musze poczekać lub przyjść jeszcze raz. Pojechałam na kolejne zakupy do innego sklepu po prezenty. Wracając znów zajechałam do Biedronki, zwłaszcza, że zapomniałam o papierowych ręcznikach, w Biedronce są na pewno. Znów spotkało mnie to samo. Znów usłyszałam, że kierowniczka przyjmuje towar, więc muszę poczekać lub przyjść później. Tym razem postanowiłam poczekać. Kierowniczka, ta sama, która przed tygodniami podpisywała mi kartę z naklejkami, przyszła po 10 minutach, by powiedzieć mi, że teraz mi Świeżaka nie wyda, bo przyjmuje towar. Albo przyjdę potem albo poczekam. Powiedziałam, że poczekam, ale żeby określiła jak długo to potrwa. Powiedziała, że kwadrans. Spojrzałam na zegarek i dodając 15 minut podałam jej godzinę, o której się jej z powrotem spodziewam. Zdążyłam odpisać na jednego maila, gdyż nie minęło jednak 5 minut, kiedy z miną cierpiętniczki Pani kierowniczka znów stanęła przede mną. Zaprowadziła mnie do umiejscowionego w podziemiach sklepowego magazynu, gdzie na biurku pełnym papierów stał komputer. Nieprzyjemnym głosem zażądała ode mnie karty z naklejkami oraz podania imienia. Niestety w systemie nie odnalazła mnie ani jako Małgorzaty ani Karoliny, co spowodowało, że zaczęła być jeszcze bardziej opryskliwa. Zupełnie jak panie z „WSS Społem” PRL, choć jestem pewna, że kierowniczka z PRL nic nie pamięta. Powiedziałam jej, że nie zmyśliłam sobie niczego i nie przyszłam tu wyłudzić Świeżaka. Pokazałam jej własny podpis widniejący na mojej karcie z naklejkami. Pokazałam jej też SMS na mojej komórce, a na końcu podałam numer telefonu, na który został wysłany i podsunęłam pod nos kartę Biedronki. Po długich poszukiwaniach Świeżak się znalazł. Spytałam na odchodne czy naprawdę miała podejrzenia, że chcę wyłudzić Świeżaka? Coś tam burknęła. Powiedziałam, że Świeżak jest idiotyczny, a ja po prostu jestem dziennikarką i badam takie akcje promocyjno-lojalnościowe. Po tym wyznaniu pani kierowniczka nagle zrobiła się milsza i życzyła mi „Wesołych Świąt”, choć wątpię, by było to szczere.

Napisałam o tym wszystkim, bo myślę sobie, że skoro przeciętna, mała rodzina, nie jest w stanie z punktów lojalnościowych uzbierać czegokolwiek, a jeśli już to jednego Świeżaka, to jaki cel mają te akcje? Odpowiedź nasuwa się sama i jest raczej smutna. One mają w psychologiczny sposób wpłynąć na nas, byśmy kupowali więcej niż nam potrzeba. W przypadku akcji Biedronki wszystko po to, by odebrać tę darmową nagrodę, choćby była ona nie wiem jak głupia. Tylko czy naprawdę jest darmowa? Piotrek Pieczarka nie nadwerężył mojej kieszeni, bo nie starałam się kupować więcej, by go dostać, chociaż, by go odebrać jeździłam do Biedronki częściej niż zazwyczaj. Natomiast to, jak byłam traktowana w Biedronce pokazało mi wiele. A gdybym naprawdę była matką małego dziecka, które marzy o takiej maskotce? Cóż… matki dla swoich dzieci gotowe są na każde poświęcenie i upokorzenie. Zupełnie, jak ja, gdy jako dziennikarka, gotowa jestem wejść w mysią dziurę, by zbadać sprawę. Witaj w domu Piotrze Pieczarko!

Piotrek czeka na Maciuncia #dom #swiezak #pieczarka

I tak na sam koniec. Wiem, że z tym psychologicznym zmuszaniem nas do robienia większych zakupów Ameryki nie odkryłam. Ale nigdy bym nie przypuszczała, że po tandetnego Świeżaka wiedzie aż taka droga przez mękę. Teraz przy okazji zakupów w Biedronce zbieram jakieś nie mniej idiotyczne karty i naklejki i ku rozbawieniu Ulubionego wklejam je do albumu. Co ciekawsze za każdym razem po zakupach dostaję te same karty i naklejki. Czy uda mi się zapełnić cały album i zebrać całą kolekcję kart? O tym będzie w kolejnym, mrożącym krew w żyłach odcinku wieści z Biedronki.

Jeden z symboli dzieciństwa, czyli kolejny dzień śpiewam

Kolejny dzień czytam o śmierci Fidela Castro i kolejny dzień śpiewam hiszpańskie piosenki z dzieciństwa, bo Castro właśnie dzieciństwo mi przypomina.

W latach 70-tych w Telewizji Polskiej nocne dyżury w dziale łączności z widzami miewali dziennikarze. Ojciec, który pracował w TVP, miał je dość często. Dlatego nabierał czasem znajomych opowiadając, że do działu łączności z widzami zadzwoniła zgorszona kobieta mówiąc, że w „Dzienniku Telewizyjnym” pokazywano porno. Po sprawdzeniu informacji dyżurujący w dziale łączności z widzami dziennikarz odpowiadał: „To nie było porno. To tylko Fidel Castro jadł banana”. Dowcip może i głupi, ale niesamowicie działał na wyobraźnię. A oboje z Ojcem uwielbialiśmy głupie dowcipy. Ojciec opowiadał ten świński dowcip przy mnie, bo Fidel Castro, jako jeden z nielicznych dyktatorów, nie był dla mnie abstrakcją. Dowcip Ojca był zresztą odpowiedzią na mój dowcip, który przyniosłam do domu i był o tym, jak dwóch Polaków na Kubie chciało kupić chleb, który był na kartki. Nie wiedzieli jak to zrobić, ale zauważyli, że do sklepu weszli dwaj mężczyźni powiedzieli: „Cubanos Partizanos” i dostali chleb. Postanowili więc też tak zrobić. Weszli do sklepu i powiedzieli: „Cubanos Partizanos”. A sprzedawczyni na to: „Jacy Cubanos Partizanos? Gdzie macie brody”, w odpowiedzi na to Polacy zdjęli spodnie i pokazując przyrodzenia powiedzieli: „Tajnos agentos”. Dowcip przyniosłam ze szkoły. Cóż… była to szkoła mocno związana z Kubą. Do Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie im. Ernesto Che Guevary (po reformie szkolnictwa, w wyniku której powstały gimnazja, podstawówka zmieniła patrona na Jana Brzechwę) poszłam w 1974 roku. Dwa lata wcześniej odwiedził ją Fidel Castro.
Gdy kilka lat temu powstał portal „Nasza Klasa” i rozpoczęliśmy wspominki na szkolnym forum, starszy kolega z podstawówki zamieścił w sieci zdobyte z CAF zdjęcia z tej pierwszej wizyty Fidela w naszej szkole. Rozpętały się dyskusje, dzięki którym kolega uzupełnił podpisy pod fotografiami. Obecni na uroczystości z Fidelem wspominali, że dziewczynką trzymająca kwiatki jest Ela Rychlica późniejsza drużynowa naszej 77 WDHiZ. Wspominali, że Castro od razu dostał od naszych harcerzy chustę i że obecna była wtedy kamera, choć to akurat widać na zdjęciach.

fot. CAF 1972


fot. CAF 1972


fot. CAF 1972

Poza tym dyskutowaliśmy o naszym patronie i Kubie obecnej w naszym szkolnym życiu. Pewne rzeczy pamiętaliśmy inaczej, ale… niektóre tak samo. Na przykład, że hymn szkoły miał refren:
„Tak jak Guevara przewodzi nam.
Wzór odwagi i wzór męstwa w walce o swój kraj”.

Wtedy chyba nikt z nas nie zwracał uwagi, że Guevara był Argentyńczykiem, a walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, zaś z hymnu nie wynika o jaki kraj chodzi. Wszystkie te kraje były dla nas zupełnie abstrakcyjne. Pani Alicja Mossakowska, nauczycielka muzycznego, uczyła wszystkie roczniki kubańskich pieśni rewolucyjnych i innych hiszpańskojęzycznych utworów popularnych na Kubie. Dla niektórych było to przekleństwo, dla innych coś fajnego. Należałam do tych drugich. Uwielbiałam śpiewać. Pewnie dlatego do dziś pamiętam tzw. „Bajamesę”, czyli hymn Kuby oraz pieśni „Hasta Siempre”, „Guantanamera” oraz pieśń rewolucyjną 26 lipca zwaną przez nas „Adelante Cubanos”. Pamiętam jak w pewne wakacje z koleżankami tak żarliwie śpiewałyśmy to w windzie bloku Elbląska 10A waląc przy tym pięściami w ścianki windy, że aż stanęła między piętrami.

Paradoksalnie, gdy jeżdżę samochodem na długie trasy i zmęczy mnie słuchanie radia sama śpiewam. Czasem wkradnie się do mojego samochodowego repertuaru coś z tamtych lat. Śpiewam przecież dla siebie i nikt tego nie słyszy. Kto mi zabroni śpiewać za kierownicą własnego samochodu hymn Kuby? Czasem jednak, gdy kończę śpiewanie na głos, pozdrawiam ewentualnych podsłuchujących. W dzisiejszych czasach można nas przecież inwigilować. Pieśni, które śpiewaliśmy nikt nam nie tłumaczył. Śpiewaliśmy je więc bezmyślnie, notując dyktowane przez panią Mossakowską słowa tak jak je słyszeliśmy. Treść pieśni poznałam dopiero jako dorosły człowiek. Wyjątkiem była wspomniana już pieśń rewolucyjna 26 lipca z refrenem zaczynającym się od słów „Adelante Cubanos”, bo miała też polską wersję językową z refrenem brzmiącym:

„Kubańczycy do broni!
Ojczyzna wynagrodzi wasze męstwo.
Nie będziemy pokorni,
tyraństwa wyplewimy podły chwast.
Nasze będzie zwycięstwo,
choć tyran jeszcze dzisiaj gnębi nas.
Dość już wyzysku, krzywdy dosyć
w boju się ważą nasze losy
naprzód bracia z osiedli i miast.”

Zarówno jej melodia jak i polski tekst od dziecka kojarzyły mi się trochę z „Międzynarodówką”. A ponieważ z domu wyniosłam wiedzę, że „Międzynarodówka” jest pieśnią francuską, na dodatek Francja kojarzyła mi się z wysoką kulturą i prababcią Zosią z Ruszczykowskich Piekarską, która kochała Balzaca, więc „Międzynarodówkę” lubiłam i zapewne z tego powodu również rewolucyjna pieśń Kubańczyków nie budziła mojego sprzeciwu i oburzenia.

Na akademii szkolnej jedną zwrotkę „Hasta siempre” śpiewałam jako solistka. Zwrotka brzmiała:

Tu braso gloriosa y fuerte
sobre la historia dispara
cuando todo Santa Clara
se despierta para verte.”

Potem był śpiewany przez cały chór refren kończący się słowami „Comendante che Guevara”.

Pewnego dnia do szkoły przyjechały panie z jakiegoś hiszpańskojęzycznego radia i nagrywały audycję o naszym patronie dla Kuby lub Argentyny. Zebrano kilka osób w jednej klasie i nagrywano z nami wywiady. Odpytywano z życiorysu Che Guevary, a ja musiałam zaśpiewać tę „moją” zwrotkę „Hasta siempre”, co zrobiłam dosyć chętnie, bo przecież lubiłam śpiewać. Potem panie spytały czy wiem o czym śpiewam. Miałam 11 lub 12 lat i kompletnie nie wiedziałam, ale jako dziecko, któremu inni dokuczają nie chciałam, by obecne przy tym niektóre koleżanki znów się ze mnie śmiały, więc zaczęłam strzelać korzystając z podobieństwa do innych języków, z których znałam pojedyncze słowa. Czasem jest to zbawienne a czasem bywa ryzykowne. Tym razem miałam wrażenie, że okazało się zbawienne. Powiedziałam, że jest tu coś o chwale (było słowo „gloria”, znane z kolęd) o śmierci (słowo „todos” kojarzyło mi się z niemieckim „todt”, a to było w śpiewanej w chórze piosence „Jest Warszawa”) i jest wyrażenie „Santa Clara”, a z życiorysu Che Guevary wiedziałam, że walczył w Santa Clara. Panie powiedziały, że dobrze, więc kamień spadł mi z serca. Pomyślałam, że mam szczęście, że nie pytają o inne pieśni, bo o czym jest „Guantanamera” dowiedziałam się już po skończeniu podstawówki. Również wtedy dowiedziałam się, że „todos” nie oznacza słowa „śmierć”, a „wszyscy” i że w związku z tym niezbyt dobrze zrozumiałam o czym jest śpiewana przeze mnie zwrotka „Hasta siempre”, ale po latach doceniam szlachetność dziennikarek, które zamiast mnie zganić – pochwaliły.

Paradoksalnie znajomość tych kubańskich pieśni bardzo mi kiedyś pomogła. W 2000 roku w Nowym Jorku wiózł mnie na lotnisko kubański taksówkarz. Było mało czasu do odlotu samolotu i groziło mi spóźnienie. Zaśpiewałam „Adelante Cubanos” oraz „Bajamesę” zaś… pan oddawszy gazu i złamawszy przepisy dowiózł na czas!

Czasem zastanawiam się ze znajomymi nad tym, czemu polskiej podstawówce dano takiego patrona jak Che Guevara. Ze szkolnych akademii wryło mi się w pamięć opowiadanie o nim, że był lekarzem. To jednało moją sympatię. Lekarz to ktoś dobry dla ludzi. Mówiono też, że był obywatelem argentyńskim, który walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, co wtedy w moim przekonaniu czyniło go szlachetnym człowiekiem, bo czyż każdy kto walczy by pomóc innym nie jest szlachetny? Jako dziecko nie miałam świadomości jak wygląda rewolucja, ani że potem pożera swoje dzieci. Nie wiedziałam o roli Fidela Castro w śmierci Che Guevary ani o tym, że być może stał za nią rownież Klaus Barbie. Dziś myślę, że mówiono nam tak o naszym patronie, bo ówczesna dyrekcja (w postaci pani Zdzieszyńskiej) chciała ambitniej podejść do problemu, a jednocześnie (mimo wszystko) nie zatruwać nam za bardzo umysłów.

Fidel poza tym 1972 rokiem nigdy więcej nie odwiedził naszej szkoły, ale delegacje z Kuby co jakiś czas przychodziły na szkolne akademie. W 1976 lub 1977 odwiedził nas Raul Castro z żoną Vilmą. To widziałam na własne oczy, bo cała szkoła była na akademii ku czci Che Guevary z udziałem gości z Kuby. Raul mnie nie zainteresował. Nawet nie pamiętam jego twarzy z tamtego okresu. Natomiast ogromne wrażenie zrobiła na mnie Vilma Castro, która wydała mi się interesująca, elegancka i bardzo światowa. Od szkolnej delegacji dostała wtedy szmacianą lalkę ze szkolną tarczą.

Dziś śmieszy mnie, gdy po latach czytam w sieci wspomnienia uczniów naszej szkoły, że komuś z nich z Guevarą było nie po drodze, albo że ktoś specjalnie zachorował, by nie być w szkole podczas wizyty Fidela Castro. Naprawdę? Czy nie jest to przypadkiem sztuczne kombatanctwo, w którego szatki tak lubimy się ubierać jako dorośli wmawiając sobie i światu, że od dziecka byliśmy tacy prawi i zbuntowani przeciwko reżimowi, w którym przyszło nam żyć? Na zdjęciach z wizyty Fidela w szkole widzę same uśmiechnięte twarze. Mnie wtedy interesowało tylko pisanie po kryjomu opowiadań i pamiętnika oraz śpiewanie. Ale naprawdę nie kojarzę wśród swoich rówieśników żadnego buntu przeciwko patronowi czy odwiedzającym nas delegacjom kubańskim. Pamiętam nawet żal koleżeństwa, że wtedy gdy mój rocznik był w 7 i 8 klasie nie mogliśmy pojechać z tradycyjną przeznaczoną dla 7 i 8 klas wycieczką na Kubę, bo były to czasy stanu wojennego.

Śmierć Castro to dla mnie koniec pewnej epoki w moim własnym życiu. I nie ma to nic wspólnego z polityką. Kubę na pewno czekają zmiany, bo nic nie trwa wiecznie, a przede wszystkim dyktatura i tyrania. Ja zaś piszę o tym, choć nie tęsknię za podstawówką, bo mi dokuczano. Szkoła mi się śni jako koszmar i raczej nie poszłabym na klasowe spotkanie po latach, bo i po co? Bywa jednak, że tęsknię za czasami, kiedy żyli oboje moi rodzice, a ja nie miałam dylematów czy Che Guevara to morderca czy bohater ani czy pieśni, których nas uczono to indoktrynacja czy nie. Bo śpiewałam je bez zrozumienia, ale z przyjemnością. Dla mnie po prostu miały piękne melodie.

Grafomania źródłem życia

Znajoma pisarka, koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pokazała mi w sieci pewien teledysk. Przeszłabym obok niego obojętnie, bo śpiew taki sobie, zdjęcia nudne, a tekst banalny, ale… piosenkę nagrała inna pisarka w celu promowania swojej książki. Słyszałam już o tej autorce. Powiem więcej. Miałam wątpliwe szczęście przeczytać dwa rozdziały jednej z jej książek. Były zamieszczone w internecie, kiedy książka była promowana przez jeden z ogólnopolskich portali. Po lekturze tych dwóch rozdziałów, do książki z której pochodziły zajrzałam tylko na chwilę, by ze smutkiem się przekonać, że to co przeczytałam w sieci to nie „sen wariata”, ale coś, co naprawdę zostało wydrukowane i wydane przez profesjonalne wydawnictwo. Na dodatek jedno z najlepszych w Polsce. Byłam tym szczerze i prawdziwie przerażona. Po pierwsze: to co pierwotnie wzięłam za nieudolne streszczenie banalnej książki było… jej fragmentem! Po drugie: język utworu był koszmarny! Po trzecie: w powieści (co stwierdzam na podstawie naprawdę uważnie przeczytanych dwóch rozdziałów) autorka ślizga się po tematach streszczając wydarzenia jakby szybciej chciała to opowiedzieć. Jednym słowem pisze na kolanie i chyba nie czyta tego co sama napisała. Pisze zaś bardzo dużo. Tylko w tym roku wydała kilka książek. Kim jest człowiek, który dużo pisze i sam tego nie czyta? Ano grafomanem. Grafomania jest to bowiem „patologiczny przymus pisania utworów literackich”. Kim jest człowiek ogarnięty grafomanią? Przeważnie jest to ktoś, kto „łączy przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego przez fachowców”.

Wspomniana przeze mnie autorka jest bez wątpienia grafomanką. Jej twórczość nosi wszystkie znamiona tego zjawiska. Fachowcy literatury zbywają ją milczeniem. Prywatnie poproszeni przeze mnie o ocenę załamują ręce: nad językiem, stylem i tym ślizganiem się po tematach. Szanowani i uznani krytycy literaccy zgodnie mówią, że to najgorsza rzecz jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Zwłaszcza, że wydawane jest to w gigantycznych nakładach, a nawet dodawane do poczytnych gazet. Poważni pisarze milczą na temat tego zjawiska, bo krytyka z ich strony oznacza zmierzenie się z zarzutem bycia zazdrosnym o liczbę napisanych przez tę panią książek, ich wielkie nakłady i sumy zarabiane przez nią. Mam o tyle komfortową sytuację, że nie boję się zarzucenia mi zazdrości. Pewnie dlatego, że mam świadomość, że na myśli i opinie innych nie mam wpływu, a naprawdę nie zazdroszczę. Po pierwsze: moim celem nigdy nie było napisanie dużej liczby książek, gdyż twierdzę, że pisarz powinien dojrzewać, a to wymaga czasu. Po drugie: moim celem nie jest sprzedawanie milionowych nakładów, bo mam świadomość, że większość każdego społeczeństwa jest niestety głupia, a ja jednak wolę mieć mądrych czytelników. Wreszcie po trzecie: nie interesuje mnie bycie bogatym człowiekiem, bo z reguły bogactwo bywa szkodliwe dla jego posiadacza.

By jednak lepiej poznać zjawisko fenomenu tej kuriozalnej wręcz grafomanii spędziłam ostatnią niedzielę na czytaniu fragmentów jej książek (czytam bardzo szybko) oraz czytaniu blogów i recenzji poświęconych krytyce i zachwytowi nad jej twórczością. Przyznam, że najpierw śmiałam się do rozpuku. Szczególnie z pozytywnych recenzji zachwyconych blogerek piszących oprócz „ochów” i „achów” informacje, że mają komplety jej książek, które… pięknie wyglądają na półce (sic!). Co mnie tak w tym ubawiło? Otóż mam w domu sporo świetnych książek, które na półce wyglądają wręcz tragicznie, bo są mocno zniszczone przez czas, jak np. osiemnastotomowa encyklopedia Orgelbranda, czy dzieła wszystkie Mickiewicza, z których niestety odpadają okładki. Wolę jednak te rozpadające się książki od tych napisanych przez panią grafomankę. Śmiałam się też z tych pozytywnych recenzji, bo kompletnie nie były merytoryczne. Żadnych rzeczowych argumentów. Tylko przymiotniki, że wspaniałe i wzruszające. Kwiczałam czytając teksty tych, którzy grafomankę krytykują, ale… jak mówi stare przysłowie „im dalej w las tym więcej drzew” tak i mnie z każdym czytanym tekstem (lub oglądanym vlogiem) było coraz mniej do śmiechu, a i ten śmiech, który mną wstrząsał, powoli przestawał być tak radosny, jak na początku. Powód? Do czasu poznania twórczości tej pani twierdziłam, że polska literatura popularna nie jest grafomańska. Wielokrotnie w rozmowach ze znajomymi broniłam kilku poczytnych polskich pisarek, których książki uważam za ciekawe i sympatyczne, choć może rzeczywiście mało ambitne. Uważam jednak, że one swoimi książkami dają ambitniejszym pisarzom nadzieję, że czytelnik w pewnym momencie sięgnie po tę ambitniejszą literaturę. Niestety czytelnicy grafomanii autorstwa tej pani po ambitniejsze rzeczy mogą nie sięgnąć. Dlaczego? Im starszy czytelnik tym wolniej dojrzewa. A po tak strasznej grafomanii na pewno nie sięgnie po ambitniejszą literaturę. Najpierw będzie musiał poczytać dobrą literaturę popularną. Na tę ambitniejszą może mu już po prostu nie starczyć życia, bo im niższy poziom intelektualny człowieka tym dłużej trwa jego czytelnicza ewolucja.

Ponieważ jednak jestem przeciwnikiem pisania negatywnych recenzji, gdyż uważam, że to co złe powinno być pomijane milczeniem, dlatego nie tylko nie podaję nazwiska grafomanki oraz tytułów wydawanych przez nią w gigantycznych nakładach książek, a także nazw wydających ją wydawnictw, ale z prawdziwym bólem serca (bo też wielu by się ubawiło, a ja lubię śmiech) rezygnuję z cytowania zarówno jej powieści, jak i niezwykle trafnych (i bardzo zabawnych) tekstów krytykujących ją blogerów i vlogerów. Nie chcę, by mój czytelnik miał stuprocentową pewność o kim piszę. Z tego samego powodu nie podaję nazwisk i ksywek tych blogerów, którzy jadą po niej, choć robią to w sposób niezwykle inteligentny obnażając przy tym literacką miernotę, słabość języka i potworny brak logiki w napisanych przez grafomankę powieściach. Autorka np. co jakiś czas w jednym zdaniu stosuje i czas teraźniejszy i przeszły, czyli robi to, czego moja przyjaciółka – nauczycielka polskiego oducza uczniów klas IV-VI w szkole podstawowej. A jeśli idzie o brak logiki to podam tylko jeden drobny przykład. Oto w jednej z powieści główna bohaterka jedzie za granicę do ciepłych krajów, a kilkanaście stron dalej stwierdza, że nigdy nie była za granicą. I nie jest to bohaterka cierpiąca na amnezję, a przynajmniej z powieści to nie wynika.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po to, by pokazać w jak strasznej jesteśmy pułapce. Dlaczego ta pani jest wydawana przez najlepsze polskie wydawnictwa? Dlaczego jest popularyzowana przez największe i najpopularniejsze polskie portale? Bo ta jej grafomania jest dla wielu (i nie chodzi mi tu o nią) źródłem życia i dochodu! Tyczy to zarówno zwolenników jak i przeciwników takiej literatury. Po pierwsze: blogerzy, którzy z zachwytem omawiali jej twórczość, mieli dzięki jej płodności ruch na swoich blogach i częstą dostawę książek do zachwycania się. Po drugie: (o ironio!) ci, którzy jej twórczość krytykowali robili to tak często i poświęcali temu tyle miejsca, że licznik na ich stronach przewijał się znacznie szybciej niż na stronach tych, którzy się grafomanką zachwycali. Krytyczna blogerka rekordzistka poświęciła jednej złej książce grafomańskiej autorki aż 10 wpisów, a jeden z vlogerow aż sześć odcinków swojego videobloga! Po trzecie: grafoman dla wydawnictw jest źródłem gigantycznego wręcz zarobku! Jedna z pracownic działu promocji wydawnictwa, które wydaje tę konkretną grafomankę, zapytana przed laty przeze mnie (kiedy znałam tylko te dwa straszne rozdziały autorstwa tej pani), czemu to wydawnictwo wydaje coś tak złego literacko, odpowiedziała mi, że muszą czymś zarobić na ambitniejszą literaturę, która sprzedaje się w małych nakładach i do której trzeba dopłacać. Tak więc pieniądz rządzi światem! Ludzie zarabiają na narkotykach i prostytucji, choć to nielegalne. Zarabianie na grafomanii, czyli psuciu gustów czytelniczych społeczeństwa niestety nie jest nielegalne, a co za tym idzie karalne. Szkoda! Przecież czytanie głupot też jest szkodliwe. Na paczkach papierosów od dawna mamy napisy mówiące o tym, że „palenie powoduje raka” lub „palenie zabija”. Szkoda, że nikt nie napisze na okładkach książek tej pani: „czytanie tego dzieła może być przyczyną spaczenia gustu literackiego” albo: „czytanie tej książki ogłupia”. I przyznam, że zastanawiam się, czy jeśli chcemy mieć mądrzejsze i bardziej wykształcone społeczeństwo to taki napis na okładkach pewnych książek nie powinien by jednak umieszczony? Czy może chcemy być głupi?

I tak na sam koniec. Dziś nawet ja dzięki tej grafomanii żyję, bo mam temat na blog. Gdyby nie grafomanka być może napisałabym o gangu świeżaków z Biedronki, do czego od wielu dni się przymierzam (pewnie w końcu o tym napiszę). Obiecuję jednak, że nieprędko napiszę o słabej literaturze. Nie chcę karmić grafomańskiego trolla. A ponieważ mam świadomość, że ten wpis również może przyczynić się do jej popularności dlatego bardzo proszę o niezadawanie pytania kogo mam na myśli. A wszystkich, którzy mają się za ludzi inteligentnych, wyjątkowo proszę o niekorzystanie z wyszukiwarek google. Ciekawość to przecież pierwszy stopień do piekła. Zaspokojenie tej ciekawości to sprowadzenie piekła na ziemię. Wprawdzie tylko piekła literackiego, ale to też piekło.

Spokojnie! To już się dzieje!

Droga Pani posłanko,

w przeciwieństwie do części społeczeństwa przeczytałam Pani tekst naprawdę uważnie. Dlatego nie proszę o deportację. Wiem, że nie o mnie Pani chodziło. Poza tym to mój kraj! Nawet, gdy rządzą nim niezbyt mądrzy ludzie. I nie zamierzam go porzucać dla kaprysu, by tym niemądrym ludziom go pozostawiać. Rozumiem co Pani chciała powiedzieć. Ale to zupełnie Pani nie wyszło. Myślę, że jednak nie przemyślała Pani sprawy. Po obejrzeniu filmu „Wołyń” (który ja też widziałam i o którym też pisałam, bo mój mąż jest aktorem i we wspominanym filmie zagrał Bohdana, który rozrywa końmi polskiego patriotę) miała Pani po prostu taki mętlik w głowie, że nie zapanowała Pani ani nad swoimi myślami ani językiem. Z jednej strony to rozumiem, bo film jest mocny, ale z drugiej strony szczerze zalecam najpierw przemyśleć, potem napisać, a jeszcze potem odetchnąć głęboko i kilka razy przeczytać to, co się napisało. Podobno grafomana i złego publicystę poznaje się po tym, że napisze i nie przeczyta własnego tekstu. Dobry publicysta przeczyta kilka razy, zwłaszcza pod kątem jak jego tekst mogą zinterpretować wrogowie. Ale zacznijmy od początku.

Napisała Pani o Wołyniu „nie znam tych ziem, ani żyjących tam ludzi. Połowa Polski w granicach sprzed 1939 jest nieznana współczesnym Polakom. Tak samo jak przeszłość i los żyjących tam Polaków. Tę niewiedzę i niepamięć zawdzięczamy przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.”  

Wydaje mi się, że osoba, która nie zna tamtych ziem, czyli jak rozumiem nigdy nie była na Ukrainie i jak rozumiem nie ma tam znajomych ani przyjaciół, w ogóle nie powinna w tej sprawie zabierać głosu. Z tekstu wynika, że niewiele Pani wie na temat Ukrainy i Ukraińców. Co gorsza z tego samego Pani tekstu wnioskuję, że jeszcze mniej wie Pani na temat Polski i Polaków. Nie widzi Pani jacy jesteśmy? Wystarczy przyjrzeć się… sobie.

Napisała Pani: Jak dotąd nie czytałam i nie słyszałam w polskich mediach pytania: kim są ci ludzie z Ukrainy, których w Polsce pracuje już ponad milion? Potomkami morderców? A jeśli tak, to czy uważają ludobójstwo, jakiego dopuścili się ich krewni na Polakach, za zło, które ich dzisiaj boli? A może są tymi, którzy za zarobione u nas pieniądze fundują na Ukrainie pomniki Bandery?”

Nie jest łatwo przyjechać z Ukrainy do Polski. W większości znanych mi przypadków przyjeżdżający tu Ukraińcy albo mają polskie pochodzenie albo… są to tacy ludzie, którzy chcą polepszyć swój los. Bywa więc, że zapłacili w łapę naszym rodakom żyjącym z wystawiania za pieniądze zaproszeń. Czyli są tu dzięki naszym (Pani i moim) rodakom żerującym na ludzkim nieszczęściu! Retorycznie tylko spytam, czemu nie martwi się Pani tym czy ci nasi rodacy odprowadzili podatek od zarobionych w ten sposób pieniędzy?

Wróćmy jednak do przyjeżdżających tu z Ukrainy. Tych o polskich korzeniach trudno posądzać o fundowanie za zarobione w Polsce pieniądze pomników Bandery, choć te posądzenia też padają. A jakże! Co z tymi drugimi? Podobnie jak my w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych w Niemczech, tak i oni dziś w Polsce szorują nasze kible i podłogi za upokarzające stawki będąc co chwilę posądzanymi o kradzieże oraz… bycie właśnie banderowcami, bandytami lub przydrożnymi prostytutkami. Traktujemy więc ich tak, jak my byliśmy traktowani pracując w Niemczech, kiedy sławę Polsce za Odrą przynosiła Teresa Orlovsky, gwiazda filmów porno. Teraz ten sam zarzut bycia złodziejem, bandytą, prostytutką dość często spotyka przyjeżdżających ze wschodu Polaków! Zwłaszcza gdy przez pierwsze miesiące czy lata pobytu w Polsce mają akcent. To po akcencie od razu inni rozpoznają skąd oni są. A jeśli są ze wschodu to mogą być jedynie najgorszym sortem ludzi. Nawet nie Polaków. A już bron Boże prawdziwych Polaków! I to mimo posiadania nie tylko polskich korzeni, ale nawet typowo polskobrzmiących nazwisk. Mieszkający w kraju rodacy zapominają, albo nie wiedzą, że za wschodnią granicą po 1945 roku zostało sporo Polaków, którzy postanowili tam żyć. Oni nie opuścili Polski. To Polska ich opuściła. A teraz słowami takich posłów jak Pani, ta Polska pluje im dalej w twarz.

Mój mąż, który urodzi się w Moskwie, ale wychował na Ukrainie w rodzinie o polskich (ale też ukraińskich, słowackich i innych) korzeniach, do końca życia nie zapomni jak chodząca co tydzień do kościoła i żarliwie modląca się tam nasza sąsiadka wezwała na niego służby imigracyjne, by zbadały jego dokumenty. Czy aby na pewno przebywa w Polsce legalnie. Nie wystarczyło jej to, że jako polski aktor otrzymuje stypendium polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na przygotowanie patriotycznego monodramu, który potem w 2013 roku był zresztą wystawiany w Muzeum Niepodległości 11 listopada.

Napisała Pani: „Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby.”

To się już dzieje i działo. Zapomniała Pani o abolicji dla przebywających nielegalnie obywateli Ukrainy, która została przygotowana przez poprzedni rząd? Owszem. Nie wszyscy z niej skorzystali. Wielu bało się deportacji mimo zapewnień, że tak się nie stanie. Wychowani na Ukrainie ludzie nie wierzą władzy. Nawet jeśli jest to władza polska. I nie dlatego, że wtedy, gdy uchwalano abolicję u władzy była Platforma Obywatelska. Nie wierzą i teraz, gdy u władzy jest Prawo i Sprawiedliwość. Bo i to i to władza, a władza zdaniem ludzi wychowanych na wschodzie, zawsze kłamie.

Jeśli idzie o żądanie od cudzoziemców, by legalizowali pobyt, to chcę tylko Pani przypomnieć, że w USA nielegalnie przebywa około 60-80 tysięcy Polaków. Gdy w 2000 roku byłam w Stanach Zjednoczonych poznałam ich dość sporo. Żyją tam przez lata z daleka od ojczyzny. Pracują na fałszywych papierach. W świetle tamtejszego prawa przestępcy. A z ludzkiego punktu widzenia? Co Pani o nich sądzi? Nie zna Pani nikogo, kto by w Stanach przebywał nielegalnie? Nie słyszała Pani o żadnej znajomej znajomego? Córce sąsiadów? Czy dalekich krewnych? Jeśli tak, to proszę szybciutko poinformować o tym tamtejszy rząd. Przecież to przestępcy, a my z USA mamy umowy. Miła propozycja?

A Polska? Ludzie ze wschodu nie legalizują tu swojego pobytu, bo się boją. Trudno Pani zrozumieć ich strach? Ja, czytając Pani tekst, w ogóle się im nie dziwię. Proszę go przeczytać jeszcze raz wyobrażając sobie, że jest Pani nielegalnie przebywającą tu Ukrainką. Może tą Swietłaną Jakowlewą, która najpierw przebywała tu nielegalnie, potem zachorowała na raka, a potem umierając szukała polskiego domu dla swojej czwórki dzieci, by nie zostały deportowane na Ukrainę. W internecie nic nie ginie. Proszę korzystając z google znaleźć jej historię. Proszę sobie wyobrazić, że Swietłana żyje i napisany przez Panią tekst czyta teraz.

Napisała Pani: „powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.”

Rozumiem, że tekst powstał z myślą o przyjezdnych i z troską o nasz kraj, bo boi się Pani muzułmańskich terrorystów walczących na rzecz tzw. Państwa Islamskiego. Wszyscy się ich boimy. Ale nie można każdego podejrzewać o najgorsze! Nie każdy przyjezdny jest terrorystą! Gdy przeczytałam te słowa zaczęłam się zastanawiać. Co Pani wie o swoim kraju i jego historii? Z Pani tekstu nie wynika, by była Pani świadoma, że przez lata Polska była krajem wielonarodowościowym i wielowyznaniowym. Nie tylko Polska Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego czy Stanisława Augusta, ale też i ta XIX-wieczna ciemiężona przez zaborców, a także ta z dwudziestolecia międzywojennego. W Polsce mieszkali Niemcy, którzy kochali te miasta, mieszkali Tatarzy, a nawet Rosjanie, którzy pracowali dla tych ziem, że tyko nieśmiało wspomnę Sokratesa Starynkiewicza urzędnika zaborcy, który ma tu swój pomnik i grób na cmentarzu prawosławnym tłumnie odwiedzany przez Warszawiaków w okresie Zaduszek. Mieszkali tu Polacy, którzy niekoniecznie byli katolikami. Piszę to do Pani nie tylko jako żona człowieka o polskich korzeniach, który przyjechał tu z ukraińskim paszportem. Piszę to także jako osoba, która od lat zajmuje się genealogią własnej rodziny. O swoich przodkach wiem sporo i wiem, że mam w sobie krew niemal wszystkich europejskich nacji, a wśród moich antenatów byli i książęta i magnateria i szlachta, a także mieszczanie i włościanie. Byli wśród nich również wyznawcy niemal wszystkich religii, bo: kalwini, luteranie, wyznawcy prawosławia i unici. Nie wszyscy byli patriotami, choć nie brakowało powstańców listopadowych, styczniowych i warszawskich oraz uczestników walk w obu wojnach światowych i w wojnie polsko-bolszewickiej. Czy na pewno zna Pani wszystkich swoich pradziadów i prababki na tyle dobrze, by być pewną ich patriotyzmu i katolicyzmu i z taką stanowczością stygmatyzować przyjezdnych? Byłby to chyba pierwszy w Polsce przypadek posiadania przez stulecia czysto polskich i tylko katolickich korzeni. Gdzież się wobec tego Pani uchowała? Na pewno tutaj?

Czy znane są Pani takie postaci historyczne jak Berek Joselewicz? Żyd walczący w powstaniu Kościuszkowskim? Albo Józef Bielak? To samo powstanie, a nazwisko tylko pozornie polskie, bo był to Muzułmanin i Tatar. Czy słyszała pani o Leonie Sulkiewiczu? Bohaterze wojny polsko-bolszewickiej? Też był Tatarem! Czy słyszała Pani o takim człowieku jak Francesco Nullo? Włoskim pułkowniku, który w powstaniu styczniowym walczył o wolność „waszą i naszą”? Czy wie Pani, że przodek wielkiego polskiego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki otrzymał przywileje szlacheckie zapisane w języku ruskim? Mogłabym wymienić Pani jeszcze wielu znamienitych Polaków, którzy przodkowie kiedyś do Polski przybyli. Proszę samej sprawdzić skąd wzięły się w historii naszego kraju takie nazwiska jak: Traugutt, Bacciarelli, Norblin, Fontana, a także Chopin – „sercem Warszawianin”.

Romuald Traugutt w mundurze rosyjskim. Jego rodzina od strony ojca, niemieckiego pochodzenia, przybyła do Polski w XVIII w. w czasach saskich. W styczniu będziemy obchodzić kolejną rocznicę powstania narodowego, którego był dyktatorem.

Komu zawdzięcza Pani tę balansującą na granicy ignorancji pogardę do własnego kraju, jego historii, korzeni i demografii? Czy tylko „przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.” Czy może jednak swojemu domowi, z którego jak wnioskuje po Pani tekście niewiele Pani wyniosła. A może winnym jest środowisko, w którym Pani przebywa?

Mam dużą wątpliwość czy czytała Pani książki na temat Wołynia, których tytułami Pani rzuca na prawo i lewo. Jestem natomiast pewna, że nie wie Pani nic o grających w filmie ukraińskich aktorach i ich motywacjach do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, ale to już pominę taktownym milczeniem.

W swoim tekście napisała Pani, że w rzezi wołyńskiej zginęło 60 tysięcy Polaków. Zapomniała Pani, bo to takie niewygodne, choć przecież zostało świetnie w tym filmie pokazane, że w II Rzeczpospolitej na tamtych ziemiach ci, którzy czuli się Ukraińcami, (a często mieli polskie korzenie) byli traktowani gorzej. I to właśnie było jedną z wielu przyczyn rzezi, w wyniku której polska strona też brała odwet, bo zginęło ok. 10 tysięcy Ukraińców. By przerwać zło, jakim jest nacjonalizm i nienawiść do drugiego człowieka spowodowaną jego odmiennością narodową czy religijną trzeba pisać ostrożnie i z poszanowaniem wszystkich racji! By takie wydarzenia jak ludobójstwo na kresach nigdy się nie powtórzyło nie powinno się siać nienawiści. A Pani tekst ją sieje! Zarówno wśród Polaków jak i Ukraińców, a także innych grup etnicznych, narodowościowych czy religijnych. Pani też w swoim tekście traktuje przebywających tu Ukraińców gorzej, a stąd naprawdę krok do… No? Do czego? Na dodatek pisząc o ukraińskich dyskusjach o filmie zacytowała Pani akurat takie dwie wypowiedzi. Igor Gawryłow: „W Polsce za rolę taką jak w filmie „Wołyń” spaliliby dom”. Jarosław Swatko: „To co dzieje się w Polsce, to dobrze założona praca rosyjskiej agentury”. Rozumiem. Inne wypowiedzi były niezgodne z Pani przekonaniami. Film „Wołyń” przez nacjonalistyczne środowiska Ukrainie został odebrany jako antyukraiński. Paradoksalnie nacjonalistyczne polskie środowiska odebrały „Idę” jako antypolską. Przypadek? Nie sądzę. Europa nacjonalizuje się. Nakręcona w ubiegłym roku w Niemczech komedia „On wrócił”, której głównym bohaterem jest Hitler, zjawiający się 70 lat po wojnie w Berlinie i przedstawiający swoje poglądy współczesnym Niemcom aż zostaje gwiazdą mediów, świetnie to pokazuje. Publiczność na filmie śmieje się, ale od połowy filmu jest to już inny śmiech. Tylko ci, którzy są u władzy mogą to nacjonalizowanie się Europy przerwać. Szkoda, że Pani nie chce zacząć tego robić. Szkoda, że dzieli Pani ludzi na lepszych i gorszych ze względu na pochodzenie, narodowość, wyznanie. Nie jestem pewna czy jest to prawe, a już na pewno nie jest to sprawiedliwe.

I tak już przez zwykłą ciekawość chciałam na koniec spytać: czemu wymyślone przez Panią oświadczenia o znajomości konstytucji mają składać jedynie „ateiści, muzułmanie i wyznawcy prawosławia”? Czemu wykluczyła Pani mariawitów, luteranów i kalwinów oraz zielonoświątkowców, baptystów, świadków jehowy, buddystów, pastafarian i innych? Za mało ich w Polsce? Według konstytucji wszyscy polscy obywatele są równi wobec prawa. A co do przyjezdnych i gości to obowiązują nas jeszcze Konwencja Genewska i Powszechna Deklaracja Praw Człowieka.

No ale spokojnie Pani poseł! Niech się Pani tak nie denerwuje. To czy przyjezdni są lojalni wobec naszej konstytucji i czy przebywają tu legalnie już jest sprawdzane. Wspomniana przeze mnie sąsiadka katoliczka wzywająca na mojego męża urząd imigracyjny, wielokrotnie policję, a także wytaczająca mu (na szczęście przegrywająca i to także w apelacji) trzy procesy przed polskimi sądami (oskarżając o takie rzeczy, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać) nie jest sama. Gdy przyznawano mężowi polskie obywatelstwo (ze względu na polskie pochodzenie) musiał zdać państwowy egzamin ze znajomości języka polskiego i polskiej kultury, dokładnie sprawdziły go też wszystkie polskie służby. Zapewniam Panią jednak, że jego polskość i poglądy na Polskę i Banderę moi znajomi badają na każdym kroku, choć czasem być może nieświadomie. Dwa lata temu pomagający mi odpalić samochód kolega pytał, czy ukraińscy przodkowie męża nie byli w UPA. Bo wielu jest przekonanych o tym, że gdyby jego przodkowie byli prawdziwymi Polakami nigdy przenigdy nie zostali by w ZSRR po zmianie granic. A już na pewno nigdy nie żeniliby się z Ukrainkami. Bo przecież dla prawdziwych Polaków miłość ma granice!

Tak więc droga Pani poseł. Nie trzeba nam dodatkowych służb. Te które są działają świetnie. Wystarczył jeden telefon sąsiadki! A i my sami nawzajem siebie posprawdzamy. Donos na bliźniego to najskuteczniejsza metoda. Sprawdzili to już, jak ich Pani nazwała, „przodkowie polityczni panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego”, a teraz posprawdzają tacy jak Pani. Powodzenia!

Małgorzata Karolina Piekarska

Powyższy tekst jest odpowiedzią na dwa teksty pani Poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy. Pierwszy zamieściła na portalu „wpolityce”.


http://wpolityce.pl/historia/315441-wydarzenia-wokol-wolynia-utwierdzaja-mnie-w-przekonaniu-ze-nie-uciekniemy-od-problemu-wspolczesnej-oceny-ludobojstwa-sprzed-lat

Drugim jest jej oświadczenie zamieszczone na Facebooku.


https://www.facebook.com/Mateusiak.Pielucha/posts/1200522493360285

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej