W szponach własnych książek

Kilka tygodni temu skończyłam pisać, składającą się z szeregu opowiadań, varsavianistyczną powieść – kryminał. Teraz to już właściwie trwają rozmowy z wydawnictwami, które mam nadzieję, że coś przyniosą. Tzw. „recenzje wewnętrzne”, które książka otrzymała, są bardzo dobre. Powinna więc znaleźć „swojego amatora”. Tytuł roboczy (zawsze możliwa jest zmiana) brzmi: „Czucie i Wiara”. Dlaczego?

„Czucie i Wiara” to nazwa biura detektywistycznego prowadzonego przez Józefa Krosnowskiego, wdowca lat ok. 60 i syna Bronisława z wykształcenia prawnika lat ok. 30. Zajmują się wyjaśnianiem zjawisk paranormalnych, których przyczynami są wydarzenia z przeszłości. Akcja dzieje się współcześnie, a bohaterowie swoje biuro prowadzą w starym domu w Warszawie na Saskiej Kępie. Książka to 18 rozdziałów, będących opowieściami o osiemnastu sprawach, prowadzonych przez biuro z mniejszym lub większym powodzeniem.
Każdy rozdział, to jedno zjawisko paranormalne lub jak kto woli jeden duch i… jedna dzielnica, a także jedna, różnie pojmowana przeze mnie, epoka lub wydarzenie historyczne. Są tu więc powstania narodowe, wojny ze Szwedami, rewolucja 1905 roku a także różne inne historie np. słynna Lurierka, w której domu publicznym król Stanisław August Poniatowski obradował z ministrami i Szach Perski, który w końcu XIX wieku odwiedził Polskę. Tu miesza się współczesność z historią, bo duchy, gdy dają swoje znaki zawsze czegoś od żyjących chcą.
Rozdziały są ułożone alfabetycznie dzielnicami. Dlatego historie nie są chronologicznym zapisem pracy biura. Duchy przejawiają się tu nie tylko, jako widziadła i mary, ale też jako sny, tajemnicze zjawiska, znikające fotografie, pojawiające się kartki, siły zmuszające ludzi do określonych zachowań.
Na początku jest wstęp opowiadający o tym, czym zajmują się bohaterowie, czyli opowiadający o ich biurze i czemu nosi ono taką nazwę, wyśmiewaną niejednokrotnie przez ludzi. Jest też posłowie wyjaśniające czytelnikom, że tu prawda została zmieszana z fikcją. Temu też służy indeks postaci autentycznych.
Cały pomysł powstał dość dawno podczas tworzenia przeze mnie cyklicznego programu telewizyjnego „Detektyw Warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Nabrał realnych kształtów, gdy wraz z nieżyjącym już reżyserem Tomaszem Zygadło omawialiśmy nakręcenie fabularyzowanego dokumentu. On pokazał mi przystanek na Targówku, a ja mu w odpowiedzi na to, po szperaniu w źródłach itd. napisałam „Tajemnicę przystanku tramwajowego”. Ten rozdział (teraz trochę poprawiony, by pasował do całej książki) opublikowałam już po śmierci Tomasza, bo w styczniu 2013 roku na swoim blogu. Ku memu zdumieniu tekst przeczytało kilkaset tysięcy czytelników. Wielu pisało do mnie wierząc, że to… prawdziwa historia, bo przecież pomnik jest i przystanek też jest! Ponieważ wtedy też odezwał się do mnie portal Targówek.info i spytał o zgodę na przedruk „Tajemnicy przystanku tramwajowego” (byli zafascynowani pomysłem, bo uznali, że to ogromna promocja ich dzielnicy), tak więc wróciłam do pierwotnego zamysłu stworzenia książki ze zmyślonymi legendami. W trakcie pisania ewoluowało to do „wywołania duchów”. Chciałam, by te pełne paranormalnych zjawisk opowieści były przekrojem historii miasta ze wszystkimi jego odcieniami.
W 2014 roku dostałam półroczne stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie tej książki.
Tekst jest po dwóch autorskich korektach i autorskich poprawkach redakcyjnych, ale mogą zdarzyć się błędy, gdyż, jak powszechnie wiadomo, nie myli się ten, kto nic nie robi.
Dla potrzeb projektu powstała strona pod adresem:
http://legendywarszawskie.pl
. Będzie ona z pewnością dużym wsparciem dla potencjalnego wydawcy.

Taką informację dostali ode mnie ci, którym słałam ofertę. Na razie nie uderzałam tylko do tych wydawnictw, które domagają się przysłania wydruku, bo to jednak dla mnie dodatkowe koszty, na które na razie nie mogę sobie pozwolić. 

Wczoraj z kolei odebrałam z wydawnictwa „Biblioteka Analiz” autorskie egzemplarze mojej książki, która nie jest powieścią, tylko czymś w rodzaju felietonowo napisanego podręcznika. Do kupienia będzie już od 23-go września. 

kurs dziennikarstwa

Tytuł: „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. Jak napisał wydawca, to „Praca na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie, z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do osób, które chcą związać swoją przyszłość z radiem, gazetą czy telewizją. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka. Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.”
Z kolei recenzujący książkę wieloletni dziennikarz Jacek Moskwa stwierdził: „Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”.

Kilka dni wcześniej poczta przyniosła mi paczkę, w której znalazłam pięć egzemplarzy ukraińskiej wersji mojej książki „LO-teria”. „Klasa pani Czajki” cieszy się na Ukrainie sporym powodzeniem, nawet miała dodruk, więc wydawca zdecydował się na wydanie ukraińskiej wersji „LO-terii” i… zaczął pytać o część trzecią.

I tak… zmotywowana tymi wprawdzie drobnymi, ale jednak sukcesami, stwierdziłam, że będąc w fazie poważnego rozpisania, mimo iż wcześniej tego nie planowałam, siadam do kontynuacji losów Maćka, Małgosi, Kamili, Olka, Białego Michała, Ewki, Kingi, Czarnego Michała i tak dalej… (Nie podaję jeszcze tytułu, bo zastanawiam się.) Oczywiście od razu pojawił się problem. Nie pamiętam poprzednich tomów. Zaczęłam więc czytać. To jest bardzo dziwne uczucie. Czytałam swoją książkę, a było to dla mnie jakby obce dzieło. Wiele rzeczy pamiętałam, ale wielu drobiazgów już nie. Musiałam robić notatki. Po raz kolejny rozpisywać drzewo genealogiczne postaci itd. Od razu przypomniała mi się rozmowa z panią Krystyną Nepomucką, która opowiadała, jak czytała swoją książkę po 50-ciu latach od pierwszego wydania. Wszystko było dla niej zupełnie nowe i obce. Z moją lekturą własnych książek aż tak nie było, ale… kilka rzeczy mnie zdumiało.

Po skończeniu czytania siadłam do pisania pierwszego rozdziału kontynuacji. Biurko zawalone było notatkami etc. no, ale coś mi z tym rozdziałem nie szło. Zajrzałam z powrotem do „LO-terii” i… od razu się wyjaśniło. Namotałam, pokręciłam i… dzień pracy poszedł do kosza. Niestety ciężko jest wejść w świat, w którym ostatni raz tak mocno tkwiło się cztery lata temu. Ale myślę, że do końca tygodnia wejdę weń na tyle silnie, że potem już każdy powrót będzie łatwiejszy.

A piszę o tym wszystkim, bo miałam ambitne plany, by w przerwach poczytać. Niestety. Już wiem, że dopóki nie wejdę w klimat własnej powieści i jej bohaterów, nie mogę zagłębiać się w innych lekturach. Muszą mi wystarczyć wrażenia z tych kilkuset książek przeczytanych przy okazji ślęczenia nad kwerendą do varsavianistycznego kryminału. Kilka z nich cały czas przeżywam i to do tego stopnia, że musiałam je sobie kupić na własność. Na razie tkwię więc w szponach własnych książek. Napisanych, wydanych, piszących się… Na cudze spoglądam tęsknym wzrokiem. Ale już za chwileczkę…

Życiowi Barbara i Jan

Był kiedyś taki serial o tytule „Barbara i Jan”, ale to nie o nim chcę pisać. Chcę skreślić tych kilka słów o Barbarze i Janie Himilsbachach, bo oboje tkwią mocno w moim sercu.

Jana Himilsbacha nigdy nie poznałam osobiście. Natomiast „ocieram” się o niego bez przerwy, bo w końcu ja pisarka, a Ulubiony to aktor. Dlatego chcąc nie chcąc chodzimy czasem tymi ścieżkami, którymi chodził i Jan Himilsbach. Spotykamy ludzi, którzy go znali i wysłuchujemy setek dykteryjek, anegdot itd. Często go też cytuję, bo był to życiowy chłop. Na przykład jeżdżąc do Obór (jutro znów tam się wybieram pisać kolejną książkę) zawsze biorę pokój tylko z umywalką, bo tańszy. Łazienka i tak jest na korytarzu, a nie przesadzajmy z tymi wygodami i rozrzutnością. Nie jestem niedołężna, mogę wyjść z pokoju i pójść się myć do łazienki za ścianą. Himilsbach zresztą zawsze powtarzał na widok pokoju z łazienką: „Jest gdzie się odlać i nogi umyć”. Co do odlewania się do umywalki to bez przesady (kobiecie trudno to zrobić), ale do innych celów – wymycie kubka, zębów itd. sama umywalka w pokoju naprawdę wystarczy. Tamże w Oborach opowiadano mi zresztą inną anegdotę o Himilsbachu i pokoju z umywalką. Otóż na pewnej imprezie literackiej wylądował on w jednym pokoju z Mieczysławem Jastrunem. Ów pokój był też tylko z umywalką i na dodatek na pierwszym piętrze, a łazienka z WC była na parterze. Himilsbach podobno na dzień dobry powiedział: „Ustalmy zasady. Szczamy przez okno czy do zlewu?” Ktoś może powiedzieć, że cham. Jak można do autora podręcznikowych wierszy Mieczysława Jastruna przypuścić taki tekst?! Ale po pierwsze wyżej wymieniony nie obraził się, choć nie wiem, jaką podjął decyzję. Innymi słowy, czy wybrał zlew czy okno. Natomiast dla mnie znany z opowieści jego, a dziś i moich znajomych, Jan Himilsbach, to był konkretny i niezwykle życiowy facet. A powyższa anegdota jest jednym z wielu na to dowodów.

We wspomnianych wcześniej Oborach, jeden ze wspólnych znajomych, którego nie wymienię z imienia i nazwiska, bo może sobie tego nie życzyć, ale nazwijmy go „Profesorem”, opowiedział mi jeszcze taką anegdotę. Był na studiach, gdy koleżanka z roku poprosiła go o zapoznanie z Himilsbachem. „Profesor” zgodził się i przyprowadził ją do kawiarni PIW na ulicę Foksal. Tam zapoznał Studentkę z Himilsbachem, która poinformowała go, że chciała go poznać. Oczywiście rzeczonego to ucieszyło, ale spytał, w jakim celu. Na to studentka wypaliła:

- Mam bardzo duże kłopoty finansowe i zdecydowałam się skurwić. Pan ze swoimi koneksjami w półświatku ułatwi mi znalezienie klientów.

Himilsbacha ponoć zatkało. Spytał studentkę, czy jest pewna swojej decyzji. Ta przytaknęła, opowiadając o swoim tragicznym położeniu finansowym. Dlatego Himilsbach, jako osoba konkretna i rzeczowa, powiedział:

- Za tydzień o tej samej porze „U Hopfera”.

W wyznaczonym terminie, w nieistniejącym już niestety lokalu „U Hopfera” spotkali się Himilsbach i „Profesor”. Studentka nie przyszła. Być może przemyślała sprawę i zrezygnowała z uprawianiu najstarszego zawodu świata. Himilsbach, po pół godzinie oczekiwania, powiedział:

- To głupia cipa. Wprawdzie przygotowałem dla niej cios w mordę, ale i pięćset złotych.

Taki był życiowy. Miał swój honor, ale i zasady, które kazały ratować z upadku moralnego Studentkę, przygotowując dla niej finansowe wsparcie w wysokości 500 złotych. I cios w mordę w celu sprowadzenia na ziemię. Oprócz tej życiowości i zasad miał też… Barbarę, którą kochał nad życie. Była podobnie, jak mąż – życiowa i konkretna. Miałam przyjemność ją poznać i rozmawiać z nią kilkakrotnie na festiwalach Jana Himilsbacha, których pierwsze edycje organizowała Telewizja Polska. W 2008 roku w Mińsku Mazowieckim odbywał się pierwszy taki festiwal. (To wtedy zrobiłam to zdjęcie. Na nim pani Barbara i Antoni Krauze.)

Wówczas po raz pierwszy wręczano „Monidło”, czyli nagrodę dla najlepszego niezawodowego aktora. (Wtedy laureatem został Henryk Gołębiewski.)

Pani Barbara Himilsbach, to była urocza, inteligentna, elokwentna i niezwykle błyskotliwa osoba. Gdy siedzieliśmy przy stoliku na pogaduchach opowiadała, że życie ze świętej pamięci mężem było niezwykle trudne. Opowiadała to wielekroć. Wiedziałam, o czym mówi, bo przecież miałam kiedyś męża alkoholika. Nie chce jednak rozpisywać się o sobie. Poza tym ja się rozwiodłam. Ona była z nim do końca, bo łączyła ich miłość silniejsza niż nałóg. A może tak samo silna? W trakcie tegorocznego festiwalu Jana Himilsbacha, którego pani Barbara już nie dożyła, odbyła się promocja książki Piotra Siły pt. „Mój Himilsbach, czyli wspomnienia o Janku H.” To zbiór opowieści o Janie Himilsbachu. Historie zabawne, groteskowe, ale i smutne. Najsmutniejszy jest opublikowany pamiętnik pani Barbary. Pół książki przeczytałam od razu, gdy wpadła w moje ręce. Były to wspomnienia przyjaciół Himilsbacha i tych, którzy opiekowali się nim, gdy został sierotą. Jednak ten pamiętnik pani Barbary musiał odczekać. Dopiero dziś w nocy sięgnęłam po niego. Przeczytałam jednym tchem i długo nie mogłam się uspokoić. Zacytuję jeden z wielu fragmentów:

„Około wpół do dwunastej w nocy zbudziło mnie stukanie do drzwi i szczekanie Topa (zasnęłam w fotelu, czekając na Himilsbacha, który nie wracał). Odtworzyłam, za drzwiami stało dwoje ludzi: starsza pani i mężczyzna; kobieta tłumaczyła mi, ze spotkała na ulicy leżącego człowieka, który prosił ich o ratunek, pomogli mu podejść pod dom i posadzili na ławce. To był Himilsbach, podał im adres, żebym przyszła po niego. Szybko zjechałam widną na dół, siedział na ławce kompletnie pijany,. Sama nie dałabym rady wwieść go do domu, pomogło mi w tym dwóch mężczyzn. Był rozebrany z kurtki, koszula porozpinana, podkoszulek prawie pod brodą, brzuch goły. Zmarznięty i głodny. Szybko, jak najszybciej rozebrałam go i położyłam do łóżka, obmyłam leżącego już i nakarmiłam, i szczelnie okryłam puchową kołdrą – szczękał zębami i długo powtarzał, że mu zimno aż wreszcie zasnął, a ja jeszcze długo, leżąc obok niego, grzałam go własnym ciałem. Co on najlepszego wyprawia, a dopiero dzień wcześniej wrócił ze szpitala do domu.”

Smutne...

Pamiętnik pani Barbary, która nie pisała go z myślą o publikacji, tylko ewidentnie dla siebie, robi ogromne wrażenie. Ten klasyczny PRL-owski zeszyt z dobrze mi znanym z czasów szkolnych symbolem krwiodawstwa i odręcznie napisanym stwierdzeniem „zapiski na kolanach”, z jednej strony przygnębia, ale z drugiej pokazuje, czym jest naprawdę miłość. Te momenty, kiedy po śmierci męża pani Barbra opisuje swoje z nim sny, czy jak kładła się na jego części łóżka, bo zwyczajnie za nim tęskniła, unaoczniają jej rozpacz i samotność, ale też pokazują prawdziwe oblicze miłości. Trudnej miłości. Takiej nieopisywanej w bajkach czy tandetnych romansidłach. Pani Barbara napisała: „Jasio Himilsbach był dla mnie nie tylko mężem, był również moją matką, ojcem, siostrą, bratem, a także moim dzieckiem drogim i ukochanym – był dla mnie wszystkim, cała rodziną i całym światem, napełnił mnie miłością, tą w tym właściwym rozumieniu słowa, miłością, która jest wyrzeczeniem się siebie, wyzbyciem się egoizmu i gotowością służenia na każdy moment i każdy czas.” Chyba nigdy nie czytałam bardziej wstrząsającej, ale i prawdziwej definicji miłości. Miłości trudnej, ale i pełnej romantyzmu, choć trudno w to uwierzyć czytając tylko zacytowane przeze mnie fragmenty.

Dawno żadna książka nie poruszyła mnie tak, jak ta prawdziwa o Himilsbachu. O niezwykłym aktorze, wspaniałym pisarzu i zwyczajnym kamieniarzu, który wolał swój kamieniarski fach od innych, bo jak twierdził „nagrobkiem nikt dupy nie podetrze”. Cóż za życiowy facet. Dziś ze świecą szukać.

Czas płynie, czyli prawda o zwierzynie

Dawno nie pisałam o swoim „stadzie”, a jest o czym pisać. Zwłaszcza, że czas płynie, a ten jego upływ daje o sobie znać.

Po pierwsze pan senior Zrazik (marki jamnik, jakby to powiedzieli policjanci) śmierdzi. I też zrymuję. Nie pomaga nawet mycie, pies cuchnie niesamowicie. Podobno to wiek robi swoje. Senior Pan Zraz ma lat 14 i pół. Jeszcze rok temu myślałam, że puszczane przez niego gazy, to broń biologiczna najwyższej generacji. Teraz dochodzę do wniosku, że standard gazowy podwyższa się z miesiąca na miesiąc. Obecnie jego bron biologiczna bije na głowę swym zasięgiem wszystkie biologiczne bronie, jakie kiedykolwiek wymyślili terroryści. Strach się bać, który stopień skażenia bąkami Zraza, będzie obowiązywał w naszym domu za np. kolejne pół roku. Ostatnio Panicz Syn głośno protestował z powodu bycia zagazowanym. Ponieważ nie wpuścił Zraza do pokoju, więc ten ułożył się pod drzwiami i puszczał gazy szparą u dołu tychże drzwi. Ulubiony już nawet nie protestuje. Choć Zraz, z tej racji, że już nie jest w stanie wskoczyć na łóżko, uwielbia zaczaić się pod stołem i stamtąd razić swą biologiczną bronią dalekiego zasięgu. jest to szczególnie nieprzyjemne, gdy się np. coś je. Dlatego teraz Ulubiony reakcję ma jedną. Brzmi: „O matko! Znowu”. A owo „znowu” jest tak częste, że ja już nawet nie liczę. Każda chwila, gdy siedzę w gabinecie jest chwilą w oparach psich gazów, bo przecież on od zawsze towarzyszył mi w pisaniu. Kiedyś na moim fotelu tuż za plecami. Teraz u moich stóp. Kiedyś tak nie gazował. Teraz jakby nadrabiał zaległości. A przecież nie zmieniła mu się dieta, przyzwyczajenia, tryb życia itd. Jedyne, co się zmieniło, to wiek i kondycja fizyczna. O wskoczeniu na fotel pies już chyba nie marzy. Bo od dawna nie próbuje.

Nie lepiej ma się sprawa z Panami Szczurami. Po wielu próbach połączenia ich w stado, zakończonych atakiem Gieroja na Welura i potwornymi ranami szarpanymi u Welura, zostawiliśmy każdego w osobnej klatce. Choć klatki stoją jedna obok drugiej i oba szczury oglądają się przez kraty. Starszy, czyli Gieroj – ten przywieziony od księdza z pewnej warszawskiej plebanii – właśnie kończy przegryzanie na wylot trzeciego hamaczka. Niedługo będzie miał rok. Jest z nami bardzo zaprzyjaźniony. Zaprzyjaźniony do tego stopnia, że gdy siedzi na ramieniu, a ja coś wezmę do buzi potrafi mi to po prostu wyrwać. Postawiony na biurku wypija mi kawę, herbatę etc. Urósł do tego stopnia, że musieliśmy mu kupić o wiele większy domek, bo miał kłopoty z wchodzeniem i wychodzeniem do tego, który dostał kilka miesięcy temu, gdy myśleliśmy, że osiągnął swój ostateczny rozmiar. Ostatnio dość często wychodząc z domku, ten zostawał mu na dupsku i jak twierdził Ulubiony, biedne zwierzę zamieniało się w ślimaka, ciągnąc domek za sobą lub, jak kto woli, na sobie.

O wiele bardziej jednak upływ czasu widać u Welurka. Czterotygodniowa łysa szara kuleczka wielkości kasztana jest teraz półkilogramowym, włochatym szczurzyskiem o niezwykle gęstej sierści. Sam chyba nie zauważył, ze aż tak urósł, bo nie dalej, jak dziś… ugrzązł w okienku własnego domku. Ugrzązł tak, że nie mógł ani wejść do środka ani wycofać się. Takiego wrzasku dawno nie słyszałam. Rzuciliśmy się z Paniczem Synem na ratunek. Welurek darł się jak opętany, a jego ciało tkwiło zaklinowane w okienku domku. Cóż… domek jest dla takich jak on, ale okienko najwyraźniej przepuści samiczkę, a nie tłustego (choć nie spasionego) i o wiele większego samca. Nawet nie wiem, jak pomogłam mu się wydostać. Wiem, że pod koniec całej operacji w środku była głowa, a na zewnątrz dupsko z ogonem. Ponieważ zaś szczur nagle przekręcił się do góry nogami, więc przed nosem miałam szczurze genitalia i majtający się ogon. W środku domku była rozdarta i zapewne wyrażająca przerażenie szczurza morda. Już po wyciagnięciu go z pułapki z pół godziny uspokajałam biedaka nosząc po domu na ramieniu. Dopiero jak przestał się trząść odniosłam do klatki gdzie od razu wgramolił się na hamak. Na domek z dwoma ciasnymi okienkami jakby się obraził, choć wejście ma tam naprawdę duże.

Patrzę na tę zwierzynę i często wspominam dzień, w którym trafiła do mojego domu. Pamiętam, jak trzymiesięczny Zrazik zginął mi w mieszkaniu w czasie montowania okien. Myślałam, że w czasie zamieszania spadł z balkonu i szukałam w ogrodzie trupa, a on… taki malusieńki po prostu spał pod serwantką z porcelaną. Czasem mi się zdaje, że to było wczoraj, a przecież od tamtego momentu minęło 14 lat. Zdążył już tak osiwieć, że tylko grzbiet pokazuje, że jest rudy. Morda zupełnie biała.

Gieroja też dopiero co wiozłam samochodem z plebanii. A przecież to już 9 miesięcy, jak jest z nami. A Welurek? Ze zwierzaczka wielkości kasztana zmienił się w bydlę wielkości bakłażana. Nie da się oszukać czasu. Nie da się ukryć, że przemija. Nie da się go zatrzymać. Widzimy to po dzieciach, a jeszcze szybciej po zwierzętach. Pewnie dlatego, że niestety żyją krócej.

Bezlitośni czy idioci?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że moja podjęta wiele lat temu decyzja, by nie można było komentować mojego bloga, jest jedną z najsłuszniejszych.

Kilka dni temu zaginął kolega z redakcji. Już się na szczęście odnalazł, ale tylko ja wiem, ile osób przez ponad tydzień niemal odchodziło od zmysłów zastanawiając się nad tym gdzie się podziewa, czy żyje, czy jest cały, czy stracił pamięć i tak dalej. Tych „czy” było naprawdę wiele. Tak samo wiele, jak „dlaczego”? Równie dużo było w nas wszystkich innych pytań. Gdy informację o poszukiwaniach opublikowała na swojej stronie Komenda Policji, wiedzieliśmy już, że i my możemy oficjalnie publikować wiadomość, że szukamy kolegi. Taką informację opublikowały też portale informacyjne. Nie wiem, co mnie podkusiło, by zajrzeć w komentarze. Przecież z reguły nie czytam. Teraz przeczytałam kilka. Wystarczyło mi. Wniosek straszny! Statystyczny, anonimowy internauta jest bezwzględnym prymitywem. Pisze straszne głupoty, bez zastanowienia, że gdzieś ktoś przeżywa tragedię. Komentuje w sposób skandaliczny, nieuprawniony, chamski i pozbawiony empatii. A tu nie ma co komentować. Zaginał człowiek.

Gdy zasmucona lekturą komentarzy podzieliłam się refleksją z przyjaciółką usłyszałam, że to… norma, na którą, jako rzadko czytająca komentarze, nie zwróciłam uwagi. Podobno pod każdą informacją, która mówi o jakiejś ludzkiej tragedii, zawsze pojawiają się bezmyślne komentarze. Na przykład utopił się człowiek, bo płynął kajakiem bez kapoka, albo był pijany, a tu ktoś „życzliwy” pisze: „O jednego idiotę mniej”.

I ja się tak zastanawiam. Rzeczywiście? O jednego idiotę mniej? Przecież sądząc po liczbie i treści tych głupich komentarzy, to cały czas po świecie chodzi masa idiotów. Bo nie chce mi się wierzyć, by takie rzeczy pod takimi informacjami publikowali rozumni ludzie. Chyba, ze nie ma w nich cienia empatii i litości dla tych, dla których opisywana tragedia jest osobistym cierpieniem.

Świat, który odchodzi…

Codziennie jakaś część Warszawy znika. Bezpowrotnie. Burzone są domy, budynki fabryczne, dawne zakłady pracy. Kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam na Żoliborzu, gdy czekałam na „naszym” przystanku autobusowym na rogu Przasnyskiej i Krasińskiego, autobus często zatrzymywał się na przejeździe kolejowym przed szlabanem. Po torach z okolicznych fabryk jechały pociągi towarowe z materiałami, półfabrykatami itd. Na harcerskich zbiórkach bawiliśmy się w podchody biegając po tych torach, na których podkładach kredą wziętą ze szkoły malowaliśmy strzałki i inne znaki patrolowe. Dziś nie tylko nie ma szlabanu, a budka dróżnika straszy, ale zniknęły tory i zakłady. W ich miejscu powstają nowoczesne, ekskluzywne osiedla, których mieszkańcy zapewne odgrodzą się przed światem setkami bram i furtek z domofonami. Na straży postawią pana, który będzie notował nazwiska przychodzących i numery mieszkań tych, których goście odwiedzają. Bo tak dziś jest wszędzie. Wszystkie miejsca, gdy jeden człowiek, jest bliski swoim sąsiadom znikają. Strzeżone molochy pełne obcych sobie ludzi rosną, jak grzyby po deszczu. To co stare znika, jak prawdziwki podczas porannego grzybobrania w sezonie.

W sobotę, znajomy (znajomy rodziny od zawsze, czyli od dziecka), a od ponad 40tu lat przewodnik warszawski Mieczysław Janiszewski pokazał nam (mnie i Ulubionemu) jedno z takich miejsc. Bar z jednym stolikiem. Taki „ostatni Mohikanin” w bramie pewnego, przeznaczonego do wyburzenia, domu przy ulicy Łuckiej. Poza barem, w wielkiej kamienicy. Ostał się jeszcze tylko jeden lokator. Czeka na powrót kogoś tam z zagranicy. Potem też się wyprowadzi.

Bar funkcjonuje tu od ponad 19-tu lat. Nakręcono o nim kilka filmów, bo to miejsce kultowe. Zwłaszcza dla warszawskiej bohemy. Kto tu nie bywał? Pani Grażynka, która po odebraniu telefonu, że przyjedziemy, rozpoczęła przygotowywanie dla nas schabowych kotletów, z ziemniakami i mizerią, opowiadała, że uwielbiał tu bywać Marek Nowakowski. Raz przyjechał z Krzysztofem Karaskiem. Byli po wizycie w teatrze, więc ubrani w bardzo eleganckie garnitury, z białymi szalikami, prezentowali się niezwykle dostojnie. Siedzieli, jak powiedziała pani Grażynka, do trzeciej w nocy, bo bar bywa otwarty do ostatniego klienta. Na co dzień otwierany jest… na telefon. Na telefon realizuje tez zlecenia kulinarne. Można tu zam,owić potrawy do domu, na przyjęcie z gośćmi. Niedługo swą siedzibę przeniesie w inne miejsce, bo na róg Ogrodowej i Wroniej. Lokal będzie nowocześniejszy i większy.

W barze w obecnym miejscu, jakby zatrzymał się czas. To cały jego urok. Przeniosłam się w nim w przeszłość, bo lada jak sprzed lat, waga jak sprzed wieku, a potrawy, jak z domu babuni. Tu zjadłam najlepszego schabowego w życiu. Byłam tak zachwycona, ze… zapomniałam sfotografować talerz. Jest tyle osób, które chciałabym tam zaprowadzić. Niekoniecznie na schabowego. Pani Grażynka przygotowuje też śledzia, kurczaka, pierogi i tak dalej… Norwegowie, którzy przyjechali na Wolę robić graffiti, chcieli ją porwać do Norwegii, by tam serwowała swoje pierogi. Odmówiła. jej miejsce jest tu. Czy zdążę spróbować tych smakołyków, zanim bar przeniesie się do lokalu, w którym będzie nowocześniej, a miejsce znajdzie się dla większej liczby stolików? Czy przed przeprowadzką zdążę zaprowadzić tam wszystkich, którym warto pokazać takie miejsce?

Spieszmy się jadać w warszawskich barach, tak szybko wypierają je chińskie i tureckie… Nie to, żebym miała coś przeciwko obcym kuchniom. Ale lubię jeść, jak u babci.

Kto chce zobaczyć więcej zdjęć – zapraszam tutaj.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej