Gdy jakaś książka w nas zostaje…

Ludzie różnie dzielą przeczytane książki. Na takie dla dzieci i dla dorosłych. Na literaturę obcą i polską. Dzielą też według gatunków, a więc wyróżniają kryminały, romanse, sci-fi i tak dalej. Ja też mam swoje systemu dzielenia książek. Nazywam to na dobrą i złą. Te dobre książki też dzielą się różnie. Na tzw. „przelatywacze” i te drugie, które pozostawiają w nas trwały ślad. To takie pozycje, które pamiętamy nawet 20 lat później. Mam to szczęście, że rzadko wpada mi w ręce zła literatura. Być może wynika to z oczytania i doświadczenia, które sprawia, ze po dwóch pierwszych zdaniach wiem, co może być w środku. Pamiętam książkę Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która zaczynała się od mniej więcej takich słów: „Jestem już w tym wieku i tym stanie zdrowia, że kładąc się spać muszę umyć nogi na wszelki wypadek, gdyby zabrało mnie pogotowie.” Już po tych słowach czułam, że w środku okładki musi być perła. Była.

Bywa, że czasem z obowiązku muszę przeczytać coś bardzo złego. Bo coś komuś obiecam. Bo ktoś bardzo prosił. I tylko ja wiem, jak wtedy się męczę. Bywa też inaczej. Czytam jakieś straszne g. i nawet sprawia mi to przyjemność. Tak jest głupie, że aż pocieszne. Pamiętam strasznego Harlequina, który poniewierał się w redakcji, a nad którym ja się ulitowałam. Wprawdzie spadłam z łóżka, gdy wyczytałam na bodajże 14-tej stronie zdanie: „Przez przymrużone powieki dostrzegł dwie krągłości pod koszulą. Inteligencja powiedziała mu, że to mogą być piersi.” Ale nie zmienia to wszystko faktu, że właśnie tymi bzdurami ta książka sprawiła mi masę radości. Zaczęłam bowiem wyobrażać sobie, co by było, gdyby bohater książki nie był inteligentny. Z czym owe krągłości mógłby pomylić?

Bywa też zupełnie, ale to zupełnie odwrotna sytuacja. Coś jest powszechnie nagradzane, ludzie się tym zachwycają, a ja… ani rusz. Nie jestem w stanie tego przeczytać. Tak mam z Josephem Conradem, którego „Lord Jim” pozostał jedyną nie przeczytaną przeze mnie lekturą szkolną. Tak jest z Dorotą Masłowską, do której książek podchodziłam kilka razy i nie byłam w stanie wyjść poza 20-tą stronę. Tak jest też z kilkoma innymi autorami. Zawsze pociesza mnie to, że nie jestem sama. Ostatnio przyjaciel z dzieciństwa zdradził mi sekret, że on nie może czytać prozy Andrzeja Sapkowskiego. Nie jest w stanie przez to przebrnąć, choć próbował. Znam też takich, którzy nigdy nie przebrnęli przez „Lalkę” Bolesława Prusa, którą ja średnio co 5 lat muszę na powrót przeczytać. Tak więc niemoc przeczytania czegoś zdarza się każdemu czytelnikowi. Wynika to z tego, że tak jak ludzie łączą się w pary, by stworzyć związek, tak i czytelnicy z książkami też te związki tworzą, choć bywają one krótkotrwałe i można je porównać z romansami.

Ten mój przydługi wstęp zrobiłam po to, by napisać o ostatniej książce, która pozostawiła i pozostawi chyba na jeszcze długo we mnie trwały ślad, choć…. połknęłam ją w 2-3 godziny. To książka, która już od pierwszego zdania o ulicy Patriotów budziła mój zachwyt. To powieść, która zawiera w sobie to, co w literaturze lubię najbardziej. Wyzwala szczery śmiech i całe pokłady wzruszeń. Jest jak ludzkie życie tragikomedią, farsą, satyrą i dramatem. Nosi tytuł „Patriotów 41” i jest autorstwa Marka Ławrynowicza. Jako Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zgłosiliśmy ją do nagrody m.st. Warszawy i ja gorąco tej książce kibicuję w wyścigu po nagrodę.

Właściwie od pierwszych stron mamy do czynienia z historią domu pod konkretnym adresem i ten zabieg, że to przez pryzmat domu i jego mieszkańców śledzimy losy Polski lat 40-tych i 50-tych sprawia, że przenosimy się w polski mikrokosmos z przyjemnością. Choć książka napisana jest z humorem, jeden z krytyków stwierdził, że po hrabalowsku, ja bym dodała, że i haskowsku, to są momenty wyciskające łzy. Dlatego śmiech, który u mnie wywołała był równie intensywny, jak płacz, który wycisnęła, gdy wraz z jedną z bohaterek powieści – Mamcią jeździłam do Rembertowa.

Typy charakterów opisane przez Ławrynowicza są różne. Autor wyraźnie czuje do nich sympatię, choć nie wszyscy są tej sympatii warci. Ubek Witek do sympatycznych nie należy, ale… życie mnie nauczyło, by prostakom i prymitywom nie stawiać zbyt wysoko poprzeczki. W końcu po wołu można się spodziewać tylko wołowiny, a czego spodziewać się po ubeku? Wprawdzie po odwilży wychodzi z ludzkim odruchem w kierunku Mamci, ale jaka jest tego przyczyna? Kto wie? Jego porzuconej dla młodszej żony specjalnie mi nie żal, ale cóż… czy może być mi żal kobiety, która wcześniej kazała sąsiadkom pierwszym m owić dzień dobry, bo mąż ma stanowisko i wiele może? Trudno litować się nad kobietą, która wcześniej szacunek współlokatorów chciała sobie nie zjednać, a wymusić strachem przed nową władzą. Sama Witkowa jest zresztą postacią dość okropną. Gdy sąsiadka (panna z dzieckiem) nie oddaje jej honorów należnych żonie funkcjonariusza publicznego, ta z zemsty opowiada, że jej syn jest… synem gestapowca. Tym można tłumaczyć wszystkie jego niegrzeczne zachowania. Przyznam, że moment, w którym w ośmiolatku wszyscy widzą gestapowca wywołał u mnie gromki śmiech, aczkolwiek syn mi uświadomił, że znaliśmy kilkoro dzieci, które zachowywały się jak przysłowiowy „gestapowski pomiot” w o wiele młodszym wieku i mając na pewno rodziców Polaków. Tak więc widzenie czegoś takiego w bardzo niegrzecznych dzieciach nie jest niczym dziwnym. To tylko uświadomiło mi, jak niesamowicie prawdziwa jest to książka i jak wielowartswowa.

Autor, sam zresztą przyznał na jednym ze spotkań, że w powieści pomieszał prawdę z fikcją. Ja też tak lubię robić, jako autor i lubię tego szukać, jako czytelnik. Znalazłam więc w książce historie, które znałam sama z doświadczeń wojennych mojej rodziny. Mamcia z Patriotów reaguje na każdy krok na klatce schodowej wypatrując syna akowca. U mnie w rodzinie cioteczna babka Eleonora Paderewska zwana Lorą, tak czekała na Janusza, swojego jedynego syna, który jako kapral podchorąży „Boruta” poległ pod Pęcicami ścięty serią pod lasem. Byli świadkowie jego śmierci, ale ciała nigdy nie znaleziono. To dlatego Lora ostatnie lata życia spędziła siedząc w fotelu i patrząc na drzwi wejściowe. W ławrynowiczowskiej Mamci widziałam Lorę. Widziałam w niej też ciocię Halę wdowę po Januszu. Mamcia jeździła na symboliczne miejsce śmierci syna. Ciocia Hala na miejsce śmierci męża. Mamcia do Rembertowa. Ciocia do lasu pod Pęcinami.

Ławrynowicz z humorem poradził sobie z opisem czegoś, co można łatwo zbanalizować, strywializować a także uczynić pornografią. Mam na myśli seks bohaterów. Dawno nie czytałam takich oszczędnych, a jednocześnie rozbudzających wyobraźnię opisów chwil uniesienia będących jednocześnie tak zabawnymi. Jeden z bohaterów obdarzony jest ogromnym „talentem erotycznym” sprawiającym, że żona śpiewa w jego ramionach, co z kolei powoduje przyspieszone dojrzewanie okolicznej młodzieży. Ów bohater stał się za sprawą tego talentu ojcem bliźniaków. To z kolei pozwoliło autorowi do opowiedzenia całej historii kryzysu powojennego, a także nacisków władz na jednostkę w kwestii wyboru imienia potomków. Bliźniaki, co do których rodzice mieli plany by nazywały się Anzelm i Modest, zostają zarejestrowane jako Józef i Bolesław, a ich chrzest odbywa się w zupełniej tajemnicy i nocą. W końcu o wszystkim może donieść gdzie trzeba ubek Witek.

Myślę, że mój romans z powieścią Ławrynowicza potrwa jeszcze dłuższą chwilę. Choć książkę pchnęłam do czytania innym będę nie raz wracała myślami do domu przy Patriotów 41 i jego mieszkańców. A może wybiorę się na przejażdżkę, by zobaczyć to miejsce na własne oczy? Ma podobno zupełnie inny adres. Marek podawał go na jednym ze spotkań. Jaki to adres? Można się tego będzie dowiedzieć 9 lutego o g. 19:00 kiedy w „Stacji Falenica” autor spotka się  z czytelnikami. Zachęcam do przyjścia i wcześniejszego przeczytania książki. To lektura, po której ma się mnóstwo pytań. Bo książka zostaje w czytelniku na długo. I bardzo, ale to bardzo bym chciała, by otrzymała nagrodę m.st. Warszawy. W końcu Patriotów to nasza stołeczna ulica.

PS Od chwili, gdy przeczytałam tę książkę minęło trochę czasu. Przeczytałam po niej jeszcze kilka a innych, ale to o tej powieści myślę kolejny dzień.

Kto nie ryzykuje – nie jedzie

To jedno z moich ulubionych powiedzonek ilekroć porywam się z motyką na słońce. W tym roku porywam się również. Znów zdecydowałam, że zgłoszę do konkursu Blog Roku swój projekt genealogiczny piekarscy.com.pl. Ubiegłoroczna edycja dała mojemu projektowi trochę czytelników. Dziś widzę, że samo zgłoszenie spowodowało ruch na stronie, a przecież o to mi chodzi. Zdecydowałam się uruchomić ten projekt, by moje badania rodzinne przydały się komuś, a także by przydały się innym ludziom moje z pozoru nic nie warte zbiory papierów i fotografii. W ciągu roku swojego istnienia witryna odnotowała ponad 150 tysięcy wejść. To sporo, jak na projekt tak niszowy, jak ten mój. Widzę też, że ta „zabawa” przyniosła sporo korzyści, których nie da się w żaden sposób wycenić. Poza tym, że nawiązałam sporo znajomości z dalekimi powinowatymi czy krewnymi, których istnienia nie byłam świadoma, to zyskałam kolejne dokumenty do moich badań.

Zgłoszenie do konkursu to moja kolejna próba zwiększenia zasięgu odbioru projektu, a tym samym zdobycia nowych czytelników (widzów). To także próba pokazania, że to co robię ma sens. Może teraz inni pójdą moim tropem? W końcu wiele jest osób, które mają w swoich domowych archiwach różne dziwne dokumenty. Może czas pokazać je publicznie? Te moje w wielu przypadkach już przydały się historykom. Mam nadzieję, że przydadzą się im kolejne.

Nie liczę ani na znalezienie się w pierwszej dziesiątce najlepszych blogów w kategorii PASJE I TWÓRCZOŚĆ, bo myślę, że moja pasja, a co za tym idzie cała sprawa jest tak niszowa, że ludzie będą głosować na inne bardziej uniwersalne pasje, twórczości modne lub blogowe projekty tematycznie bliższe większości ludzi. Z tego samego powodu nie oczekuję wygranej. Zresztą jurorem w tej kategorii jest tancerz – Michał Piróg, a genealogia ma tylko tyle wspólnego z tańcem, że mogą się w moim projekcie znaleźć sylwetki jakichś tancerzy jeśli tylko odnajdę ich związki ze mną. Ale… przecież sama napisałam: kto nie ryzykuje – nie jedzie. Proszę trzymać kciuki i zaglądać czasem na moją stronę genealogiczną. Może jakiś wpis przyda się do czegoś komuś z czytelników.


http://www.blogroku.pl/2014/kategorie/piekarscy-a-ich-przodkowie-krewni-i-powinowaci,93r,blog.html

Zbądźmy milczeniem

Jestem z tych, którzy gdy uważają, że coś jest mało wartościowe starają się istnienie tego czegoś pomijać milczeniem. To dlatego tu na blogu tylko kilka razy napisałam o słabych filmach, serialach, programach itd. Był to przeważnie przyczynek do napisania o czymś więcej. Zazwyczaj niestety o tym samym. O obniżającym się poziomie naszej kultury. Teraz podjęłam decyzję, że nie będę się tym zajmować. Tego, co ją obniża jest tak wiele, że gdybym chciała, aby mi nie zabrakło tematów do mojego świata absurdów, powinnam codziennie sięgać po jakieś głupkowate wiersze, książki, czy programy i pastwić się nad ich twórcami. Ale takie „hejterstwo”, jak to się teraz popularnie mówi, nigdy nie było moim ulubionym działaniem. Mimo, że nie dalej jak w czwartek wróciliśmy z Ulubionym do domu i włączyliśmy telewizor i na jednym z komercyjnych kanałów ujrzeliśmy program, którego istnienia nie byliśmy dotąd świadomi. Program był telenowelą dokumentalną z gatunku sądowych i przykuł naszą uwagę osobliwym dialogiem. Oto na sali sądowej w roli oskarżonego stał pan, a obok niego drugi, który mówił o oskarżonym: „Genialny człowiek. Mam hodowlę królików, które tak zaczęły się rozmnażać, że nie wiedziałem, co robić. Musiałem rozdzielić królika i samicę. No i królik dostał szału, rzucał się na klatkę, szarpał pręty, gdybym mu rzucił sznurek, to by się powiesił. Od znajomych dowiedziałem się, że jest pan, który robi zabawki dla zwierząt. Pojechałem. Kupiłem zabawkę. Dałem królikowi i się uspokoił.” Przyznaję, że ryknęłam takim śmiechem, że nie mogłam tchu złapać słysząc te bzdury. Gdy spojrzałam na Ulubionego odparł: „Nie patrz tak na mnie. Ja też to słyszę!” Dał mi tym do zrozumienia, że się nie przesłyszałam, że naprawdę z telewizora sączy się ogłupiające coś. Jednak dziś zdecydowałam, że ostatni raz piszę o tego typu sprawach. Kultura polska upada. Kiedyś tego typu program byłby nie do pomyślenia! To, jak ci ludzie mówią, jak wyglądają, jak zachowują się przed kamerami, a przede wszystkim treść – wszystko to jest straszne i już dawno niżej dna. To oscyluje wokół tej części ziemi, która jest jej jądrem. Gorącym, wirującym i pełnym lawy. Myślę, że to czym dziś karmi się społeczeństwo pewnego dnia wybuchnie, jak wulkan i wyleje się niszcząc niestety wszystko, co wartościowe. Spychając do śmietnika Szekspira, Horacego, Sofoklesa, a nawet Fredrę. Ale nie wiem, czy ktokolwiek ten trzask głupoty zauważy. Być może nie będzie już komu płakać po Mickiewiczu czy Słowackim. Elita intelektualna w tym kraju prawie nie istnieje. Zostały niedobitki, które powoli wymierają, a ci, którzy pozostają, nie są właściwie traktowani przez społeczeństwo, władzę, media itd. Marek Wawrzkiewicz. prezes Związku Literatów Polskich, czyli konkurencji zrzeszającego mnie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, napisał w swoim czasie bodajże do magazynu Literackiego MIGOTANIA, tekst o śmierci Juliana Kawalca. Kawalec umarł w wieku 98 lat, a jego śmierć przeszła niemal bez echa, gdyż w tym samym czasie zmarła przesympatyczna skądinąd aktorka Ania Przybylska i tym żyły media. Wawrzkiewicz dzwonił do MKiDN i próbował tłumaczyć urzędniczce, kim był Julian Kawalec. Na próżno. 98-latek z Glorią Artis umarł i tylko w kilka osób podyskutowaliśmy sobie na Facebooku o jego śmierci i roli, jaką odegrał w literaturze polskiej Julian Kawalec był twórcą tzw. nurtu chłopskiego. Świetnie pamiętam jego „Tańczącego Jastrzębia”. To była lektura szkolna, gdy chodziłam do liceum. Jej autora poznałam bodajże w 1987 roku w Sandomierzu, gdzie jako początkująca pisarka przyjechałam na warsztaty literackie. Wtedy nas, przyszłych pisarzy, zapoznawano z wielkimi żyjącymi polskiej literatury. Już wtedy leciwy Julian Kawalec niejako symbolicznie przekazywał pałeczkę pokoleń Wiesławowi Myśliwskiemu, którego książka „Kamień na kamieniu” ukazała się kilka lat wcześniej i robiła furorę. Tak! Wtedy książka żyła dłużej niż 3 miesiące! Nikt nie mówił, że pisarz jest kiepski, jeśli nie wypluwa z siebie kilku książek rocznie, jak terrorysta pocisków z kałacha.

Niedawna dysputa nad lekturami szkolnymi i zarzut, że są nudne obnażył straszną prawdę o społeczeństwie, które nie rozumie, że lektury szkolne nie mają być ciekawe. One mają nas nauczyć historii polskiej literatury. Jaka była 200 lat temu, a jaka sto lat temu. Inna sprawa, że dla wielu lektury nudne nie są. Ale to kwestia tego, czym człowiek nasiąkł w domu. Ja na przykład wiedziałam, że dziadek Julian Stec, ojciec mojej mamy, czytywał „Pana Tadeusza” w kościele, udając, że to modlitewnik (miał to malutkie wydanie w brązowej okładce). Podobno babcia zorientowała się, że coś jest nie tak z gorliwością religijną dziadka, gdy spostrzegła, że czytając próbuje powstrzymać śmiech. Od dziecka znałam tę anegdotę, więc czułam, że skoro dziadek czytał to w kościele dla przyjemności, to musi to być coś ciekawego. W każdym razie, jeżeli dla kogoś lektury szkolne są nudne być może nie odebrał starannego wychowania, a i szkoła, do której chodzi nie ma zbyt dobrych nauczycieli, którzy by mogli pokazać, że w klasyce też są fascynujące rzeczy. A że opisane innym językiem? Cóż… wszystko ewoluuje. Szkoda, że dziś w tak tandetną stronę. Niestety żyjemy w zalewie tandety. Pytanie tylko, czy warto ją piętnować i o niej mówić? Piętnowanie poprzez pisanie o niej sprawia, że ta tandeta nie tylko żyje, ale ma się coraz lepiej, bo zwiększa swój zasięg. Każdy chce zajrzeć do tandetnej grafomańskiej książki, czy okropnych wierszy, które wyszły spod pióra poetki należącej do tych, które tylko piszą a nie czytają. Takiej, której wydaje się, że jej opis zachodu słońca, burzy i łopotania serca jest najlepszy na świecie. Cóż… jak się nie zna Tuwima, Leśmiana, Kochanowskiego, Przerwy-Tetmajera, Asnyka i całej masy innych twórców – takie są skutki. Nie wiem skąd za kilka lat weźmiemy kandydatów do nagród Nobla w dziedzinie poezji, jeśli tego hodowania w społeczeństwie złego gustu nie powstrzymamy milczeniem i ignorowaniem pseudoliterackich kup. Faktem, jednak jest, że gdy ostatnio na jednym z portali ukazał się felieton o poziomie tekstów polskiej piosenki ludzie dzielili się linkiem do tekstu ze znajomymi. Komentarze uświadomiły mi, że pisanie o konkretnych autorach i konkretnych tekstach, nawet jeśli określa się je mianem grafomanii, mają fatalny skutek. Ludzie chcą na własne uszy i oczy przekonać się, czy to naprawdę jest złe. I czytają to lub słuchają tego. Ileż osób dopiero po przeczytaniu świetnego skądinąd felietonu o kiepskich tekstach posłuchało tych fatalnych tekstowo piosenek! Trzeba przestać to robić! Kilka razy natknęłam się, także wśród znajomych, na coś więcej niż jednorazowe napiętnowanie twórczości, która jest niskiego lotu. Są tacy, którzy rozpisują się na jej temat. Zwłaszcza, jeśli rzecz dotyczy literatury, bo to ta dziedzina jest dla mnie, z racji wykonywanego zawodu, ważna. Owszem, powszechna znajomość czytania i pisania, a także łatwość pisania i publikowania spowodowana postępem technicznym, wynalazkiem komputerów i Internetu sprawiły, że świat zalała fala grafomanii. Rozumiem oburzenie, że jest to promowane, bo rzeczywiście są książki, które psują gust literacki i nie wpływa to dobrze na poziom intelektualny społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że takie dzieła były zawsze. Owszem, za PRL, kiedy nie było prywatnych wydawnictw, aby wydać książkę trzeba było przejść przez sito krytyki, a potem cenzurę. Teraz tego nie ma i rozpanoszyło się wydawanie książek na własny koszt, czyli „selfpublishing”. Krytykujący to ludzie zapominają jednak, że w okresie XX-lecia też było to popularne. Też wydawane były książki za pieniądze autora. Mam w swojej bibliotece wiele takich. Między innymi „Wiśniowy Sad” Czechowa wydany nakładem tłumacza Konstantego Magnickiego. Ale taki sposób wydawania tyczył nie tylko literatury pięknej. Za własne pieniądze mój dziadek Bronisław Piekarski wydał „Zbiór wzorów matematycznych” i „Matematykę”. W rodzinnych dokumentach zachowały się umowy wydawnicze i umowy z księgarnią, do której wstawiał swój podręcznik.

„Selfpublishing” ma naprawdę swoje długie tradycje. Owszem można ubolewać nad poziomem dzisiejszych książek wydawanych za własne pieniądze. Można ubolewać nad brakiem talentu piszących i publikujących. Można wreszcie ubolewać nad brakiem redakcji i korekt, ale… tej czasem brak w poważnych wydawnictwach, czego sama w swoim czasie doświadczyłam odbierając wydaną książkę z rąk profesjonalnego wydawcy. Nie zrozumiem jednak nigdy prywatnej wojny różnych pisarzy, nomen omen wydających z niszowych wydawnictwach, z autorami publikującymi za własne pieniądze. Ci ludzie mają do tego prawo! Zapłacili. Ze swoimi pieniędzmi mają prawo robić, co im się żywnie podoba. Uważam, że zostawiają po sobie miłą, choć niestety też dramatyczną jeśli idzie o poziom, pamiątkę swoim potomkom. A co to daje literaturze? Otóż nie zaszkodzi to jej, gdy takie dzieła pozostaną niszowe, a tak będzie, jeśli pominie się je milczeniem zamiast rozdmuchiwać fakt ich istnienia i analizować każde zawarte w nich słowo. Niestety to ostatnie robi wiele osób. Jest taki autor, którego nawet poznałam osobiście. Prowadzi on coś w rodzaju prywatnej wojny z „selfpublishingiem” i grafomanami analizując na swoim blogu twórczość wielu z nich i czerpiący z tego ogromną przyjemność. Nie ma znaczenia dla mnie fakt, że robi to merytorycznie, że w swojej krytyce ma rację. Istotne jest dla mnie to, że nie pozwala innym ludziom przejść obok tych marnych publikacji obojętnie. Swoimi tekstami wręcz nakłania do sięgnięcia po te książki. Jest bowiem w ludziach coś takiego, że chcą za wszelką cenę się przekonać czy ta miażdżąca krytyka to prawda. Sięgają więc po literacką kupę, by przekonać się, czy jest nią naprawdę. Każdy z nas zna ten mechanizm. Ja też mu w swoim czasie uległam i tylko po to, by przekonać się, czy Tomasz Raczek, z którego zdaniem przecież się liczę, ma rację, obejrzałam w swoim czasie „Kac Wawa”. Filmu dziś nie pamiętam, ale gdzieś w sieci pozostał mój wpis, w którym na świeżo opisałam towarzyszące seansowi emocje. Dziś jednak uważam, że trzeba przestać mówić i pisać o kiepskiej literaturze. (Tak samo o kiepskich filmach, muzyce i tekstach piosenek.). Trzeba przestać to zjawisko tandety kulturowej komentować. Jeśli zaś idzie o „selfpublishing” to jest on przydatny i potrzebny. Zresztą nie wszystko, co jest wydawane tą metodą jest kompletnie bezwartościowe. Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie 99% w ten sposób wydawanych książek nie spełnia norm, które spełniać powinna kultura wysoka i literatura wyższych lotów. Uważam jednak, że każdy ma prawo robić z własnymi pieniędzmi to, co uważa za stosowne. I jeśli jakaś pani około 60tki pisze kiepskie romansidła i jest z tego powodu szczęśliwa, to niech tak będzie. Natomiast dyskutowanie o jej twórczości nakręca całą spiralę czytelniczą, dzięki której zwiększa się liczba jej czytelników, a nawet rośnie liczba zwolenników. Wszak wiadomo, że kicz ma największy zasięg i najwięcej miłośników, bo to, co proste zawsze znajdzie więcej odbiorców niż to, co bardziej skomplikowane. W 20-leciu też częściej sięgano po Mniszchównę niż Gojawiczyńską. Sama na razie nie planuję wydawania własnej twórczości na swój koszt, ale… na pewno nadejdzie dzień, kiedy tą metodą wydam wiersze moich przodków. Większości z nich nikt nie dopuściłby do druku. Mają po 60, 70, a nawet 100 i więcej lat. Stanowią ciekawy dokument minionych epok. Wydam to wraz z notatkami biograficznymi o ich autorach, zdjęciami, skanami rękopisów, a przede wszystkim wraz z rysem historycznym literatury w tym okresie, a także z merytorycznym wstępem literaturoznawcy, który być może przejedzie się po tych wierszach jak prawdziwy „hejter”, choć na pewno z nieznaną „hejterom” kulturą. Zwracając uwagę na to, że w przeciwieństwie do dzisiejszych literackich kup nie powstały z myślą o Noblu ani nawet nagrodzie w konkursie literackim w przysłowiowym Pcimiu Dolnym. Zrobię to, by mieć książkę na prezenty dla dalszej i bliższej rodziny, a także dla znajomych, którzy lubią rzeczy nietuzinkowe. By zastanowili się czasem, co zostało w ich pamięci z życia ich pradziadków i prababć. Nie będę jednak promowała tej książki, jako dzieła literackiego, ale jako coś w rodzaju wyników historycznego badania nad przeszłością własnej rodziny. Z tego właśnie powodu, że mam taki plan, nie jestem przeciwna drukowaniu książek na koszt autora. Nie zmienia to jednak faktu, że uważam, iż o złych książkach, złych autorów, wydanych tą metodą (a także innymi) trzeba przestać mówić i pisać. Trzeba przestać to zjawisko komentować. A przede wszystkim trzeba przestać podawać te nazwiska i tytuły. Nie tylko dlatego, że pastwienie się nad autorami tych strasznych dzieł nie świadczy dobrze o pastwiącym, nawet jeśli w ocenie ma rację. Przede wszystkim dlatego, że nie pozwala zniknąć tej literaturze, by w naturalny sposób zasiliła przestrzeń, w której jest jej należyte miejsce, czyli zakurzone biblioteczne magazyny pełne książek, których nikt już nie chce czytać i czytać nie powinien. Pisząc i mówiąc o grafomańskich dziełach drukowanych na koszt autorów a odrzuconych przez wszystkie wydawnictwa, wywołujemy demona grafomanii, jak przysłowiowego wilka z lasu. Nie róbmy tego. Niech zostanie w lesie. Inaczej wyprze prawdziwą literaturę i nic nam już nie pozostanie. Skąd bowiem wzięły się dysputy o nudzie lektur szkolnych jak nie z głupoty i zepsucia gustu tych, którzy nie wiedzą, czym jest literatura, bo naczytali się grafomańskiej kupy?

PS W tekście celowo nie podaję żadnych nazwisk, tytułów, ani nawet nazwy bloga pogromcy grafomanów. Zresztą… to człowiek, który ma tak paskudny charakter, że też nie warto o nim pisać.

Ostatnia wola pani Krystyny

Dziś w Warszawie pożegnaliśmy Krystynę Nepomucką – wybitną pisarkę i dziennikarkę, długoletniego członka Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Pani Krystyna to autorka ponad 30 powieści. W tym cyklu o doskonałościach i niedoskonałościach zapoczątkowanego wydaną w 1960 roku powieścią „Małżeństwo niedoskonałe”. Pisarka zmarła w Warszawie 8 stycznia. Miała 94 lata.
Spoczęła na cmentarzu Powązkowskim w Katakumbach. Obok takich postaci jak Adam Hollanek, Ireneusz Iredyński czy Alesander Bardini.


Jej ostatnim życzeniem było, aby uroczystość była skromna, zaś pieniądze przeznaczone na kwiaty wpłacić na konto schroniska opiekującego się kotami KOTERIA nr Konta PKO SA 47124061331111000048085915. Tytuł przelewu: „Ostatnia wola Krystyny Nepomuckiej”.

Choć już po pogrzebie – Jej ostatnią wolę nadal można spełniać…

Warszawa w oczach amerykańskich filmowców

Gdy przyjechałam w sobotę do Obór byłam tak padnięta, że gdy już rozpakowałam się, zjadłam kolację i ogarnęłam wszystkie obowiązki, postanowiłam się odprężyć i obejrzeć coś w TV. I tak… około 22-giej, bo wtedy się ze wszystkim uporałam, natknęłam się na film ze Stevenem Seagalem. Normalnie bym nie oglądała, ale… akcja filmu działa się w Warszawie. To mnie zaciekawiło. Tytuł filmu „Poza zasięgiem”. Treść banalna i schematyczna.

Seagal, który popularność zdobył jako „Nico” zawsze mnie trochę śmieszył ze względu na zwalistą sylwetkę i koślawe nogi iksy. Przed laty oglądałam z Eksiem jakiś film z Seagalem. Tytułu i treści nie pamiętam. Tylko jedną scenę, z powodu której rechotaliśmy jak głupi. Bohater grany przez Seagala był w śpiączce, leżał goły w łóżku i pielęgniarka zajrzała pod kołdrę. Po chwili na widok tego, co tam ujrzała, powiedziała głośno do siebie:
- Ty musisz żyć.
Eksio dostał wtedy ze śmiechu czkawki.

Koleżanki z redakcji, które robiły wywiady ze Stevenem Seagalem, gdy kręcił w Polsce film „Cudzoziemiec” (2003), mówiły, że jest to sympatyczny facet. „Cudzoziemca”, który to film, ze względu na obecną w nim Warszawę, bardzo chciałam obejrzeć, do dziś nie zmęczyłam. Taka to była sensacja, że choć oglądanie zaczynałam co najmniej 10 razy, zawsze zasypiałam w połowie. Nie wiem więc jak się film kończy, co tylko pokazuje jego wybitność. Dość podobnie jest z treścią powstałego rok później „Poza zasięgiem” (2004), choć ten film obejrzałam prawie do końca. Wymiękłam pod sam koniec, kiedy główna bohaterka napisała list, z którego wynikało, że WRESZCIE jest w Ameryce. No tak! Zdaniem Amerykanów raj na ziemi. Co tam ta nasza zapyziała Polska. Film jest nijaki i schematyczny. Jednak to o czym chcę napisać to nie treść, bo nie tylko „koń jaki jest każdy widzi”. Tak samo jak z koniem jest i z filmami z panem SS. Jakie są każdy widzi.

Mnie w tym filmie zafascynowała Warszawa i to co mogą grać pewne budowle. Oto Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi za siedzibę czegoś w rodzaju ONZ, co dla potrzeb filmu nazywa się zresztą jakoś inaczej. Dla mnie bomba! Tak nigdy jeszcze na BUW nie spojrzałam.

Oto po raz pierwszy zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki z czerwonym dywanem rozwiniętym na schodach na zewnątrz. W filmie zagrały ze 2-3 wejścia do pałacu, a sam pałac był miejscem gdzie jest bal ambasadora. Niestety nie wiem jakiego kraju, bo zdaje się, że ta informacja w filmie nie padła. Jeśli był to bal ambasadora amerykańskiego to mój szok jest jeszcze większy.

Szokiem była też Politechnika, w której swoją siedzibę mieli źli ludzie – przeciwnicy bohatera odgrywanego przez Stevena Seagala, choć mnie się wydaje, że on cały czas gra tego samego człowieka tylko imiona mu się zmieniają. Może ma schizofrenię lub cierpi na rozdwojenie jaźni? W każdym razie w głównym hallu Politechniki ci źli ludzie toczyli między sobą pojedynki na szpady. Tu także dzielny Steven Seagal zabija złego człowieka.

Jednak to co mnie najbardziej ubawiło to… najlepszy lokal w mieście. Gdzie kręcono zdjęcia – nie wiem, ale to co padło z ust bohaterki (nomen omen burdelmamy) zabiło mnie. Tekst był mniej więcej taki:
- To ulubione miejsce króla Stanisława. Spotykał się tu z Carycą Katarzyną, której był kochankiem. To miejsce ma wiele tajnych przejść.
Mój Boże! Zawsze uważałam, że amerykański przemysł filmowy, podobnie jak większość amerykańskiej literatury strzela obok faktów, historii, a nawet geografii. „Pamiętnik księżniczki” Meg Cabot sprawił, że amerykańskie dziewczynki uwierzyły w istnienie Genovii, która leży gdzieś w Europie koło Francji. Sama Meg Cabot opowiadała mi o tym w swoim czasie do kamery i robiła to z niekłamaną dumą.
Film „Gladiator” sprawił, że Amerykanie uwierzyli, że rzymski cesarz Kommodus zginął na środku Koloseum w czasie walki. Informacje, że to nieprawda pojawiły się w Wikipedii kilka lat później niż film.
Film „Poza zasięgiem” być może mógłby sprawić, że amerykanie uwierzą, że caryca Katarzyna przyjeżdżała do Warszawy sypiać z królem Stanisławem Augustem. Na szczęście tak, jak „Cudzoziemiec”, tak i ten stary schematyczny gniot jest tylko na video i czasem puszczany w TV, prawdopodobnie tylko w Polsce, być może po to, żeby nas bardziej ogłupić a na pewno po to, żebyśmy się nacieszyli, że nasi aktorzy czasem grają w amerykańskich filmach. Amerykanie chyba nie są w ogóle świadomi, że Stanisław August Poniatowski i Katarzyna II to byli kochankami zanim on został królem. Jeśli w ogóle wiedzą, że byli kochankami a nawet jeśli w ogóle wiedzą, że istnieli. Na pewno nie wiedzą, że caryca nigdy nie sypiała ze Stanisławem Augustem w Warszawie. Wreszcie, wątpię czy wiedzą, że zburzona po ostatniej wojnie stolica Polski nigdy nie miała takiego przybytku z sekretnymi przejściami, a nawet gdyby miała, to mógłby nie ocaleć po II wojnie światowej. A gdyby nawet był i ocalał, to wątpię, by dziś mieścił się w nim za przeproszeniem burdel z dziwkami. Prędzej jakiś urząd, którego pracownikom można wiele zarzucić, ale zapewne nie nierząd, choć to tak podobne słowo do urzędu. Wątpię czy Amerykanie wiedzą, że ulubionym miejscem ostatniego polskiego króla były Łazienki. Tych zresztą w tym filmie zabrakło. Ale cóż… już były w „Cudzoziemcu” i to jedyne obok grobu nieznanego żołnierza co zapamiętałam z tamtego filmu zanim zasnęłam.

Fajnie, że Warszawa grywa w amerykańskich filmach. Szkoda, że w tak głupich i klasy B. No, ale może od czegoś trzeba zacząć?

Tego bollywoodzkiego filmu sensacyjnego, w którym autobus spada z mostu gdańskiego nie widziałam. Chyba nie jestem gotowa. Steven Seagal mocno nadwerężył moją tolerancję na głupotę. A swoim poparciem dla Putina dodatkowo zniesmaczył. Ale cóż… facet nie zna ani polskiego ani rosyjskiego ani ukraińskiego. Nie wiem czy zna słowiańską mentalność. Wiem, że zna Warszawę. To jest wprawdzie jakiś plus. Ale tylko jeden.

PS Już wolałam, gdy w „Europa, Europa” Agnieszki Holland ulica Kanonia na tyłach warszawskiej katedry Św. Jana robiła za Berlin, a Muzeum Narodowe za szkołę Hitler Jugend. Ale cóż… przy dobrym scenariuszu i reżyserii nic człowieka nie razi.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej