Mam prawo?

Miałam kiedyś znajomego pisarza. Kontakt z nim zerwałam po wielu różnych historiach. Kilka tu opisywałam, ale wielu innych nie. Chyba jednak pora to zrobić, bo… Ale po kolei. 

Otóż wspomniany tu przeze mnie pisarz w pewnym momencie wrócił do tematu nieprzeczytanej przeze mnie książki swojego autorstwa. Rozpętała się potworna awantura, w wyniku której postanowiłam mu tę książkę oddać, bo na pewno już jej nie przeczytam. Mam tzw. „brzyda” i tyle. Ponieważ była jego zdaniem „zmarnowana” przez wpisaną dedykację dla mnie, więc zdecydowałam się kupić mu nową książkę w empiku. Kupiłam przez internet, ale z odbiorem osobistym. Tygodniowe prośby o podanie przez niego adresu, na jaki mam tę książkę przesłać (wiem gdzie mieszka, ale nie będę stała pod blokiem i darła się) spełzły na niczym. W efekcie postanowiłam odwieźć ją do wydawnictwa. Przyjechałam na miejsce, poinformowałam panią z promocji, że sprawa jest delikatna. Powiedziałam, że autor mimo że zrobiłam o nim program w TV zwyzywał mnie, naubliżał mi etc. Ja się nie obraziłam, ale nie chcę mieć z nim nic wspólnego i proszę o oddanie mu tych dwóch książek – tej z autografem i tej nowiutkiej, nieodpakowanej a kupionej w empiku przez internet. Zaznaczyłam, że nie chcę by do niego dzwonili, ale oddali mu przy okazji. Co usłyszałam od pani? To był dopiero szok! Pani ucieszyła się, że przyszedł ktoś, komu może wylać swoje żale i kto zrozumie ją. W wielkim skrócie powiedziała mi, że to ostatnia rzecz, jaką mu w tym wydawnictwie wydali. I nie dlatego, że ja przyszłam oddać jego książkę. Tę decyzje podjęli już w czasie promocji. Mają go po prostu dosyć. Traktował wszystkich jak „śmieć i gówno”. Poniżał, poniewierał, gwiazdorzył itd. Kilka anegdotek, które usłyszałam zbiły mnie z nóg, choć myślałam, że jeśli idzie o tę osobę nic mnie nie zadziwi. W każdym razie pani obiecała książki oddać. Co stało się dalej w wydawnictwie – nie wiem, ale… do byłego kolegi-pisarza trafiła tylko książka z jego własną dedykacją dla mnie, a książka kupiona w empiku trafiła… do empiku nieodpakowana. Empik chciał mi oddać pieniądze. Stanowczo odmówiłam. Powiedziałam, by odesłali ją do wydawnictwa lub wyrzucili na ulicę. Tymczasem jej autor twierdził, że książki mu nie dodałam, tylko bezczelnie do wydawnictwa odwiozłam jedynie tę z autografem. Przesłałam mu emailem internetowy dowód zakupu dodając, że jak poda adres wysyłkowy, to kupię mu jeszcze raz i to nawet kilka egzemplarzy. Byleby tylko dał mi święty spokój. Adresu jednak nie podał. Ja zaś po raz kolejny powiedziałam, że nie życzę sobie więcej z nim kontaktu. Ponieważ przez wiele dni nękał mnie i ubliżał mi publicznie na Facebooku, a na dodatek zasypywał obraźliwymi mailami itd., zdecydowałam się zablokować go na portalu społecznościowym, jego adres mailowy zdefiniować, jako spam tak, by nawet do spamu nie wpadał, a od razu na serwerze był kasowany. Znajomych poprosiłam, by przekazali, że nie chce go znać, bo meczy mnie ta znajomość. Nikt się nie zdziwił. W środowisku pisarskim wiele osób omija go szerokim łukiem. Przez lata dziwili się, że się kontaktujemy i że znoszę te zachowania poniżej – zdaniem wielu osób – wszelkiej krytyki. Były kolega-pisarz ma opinie wyjątkowo konfliktowej osoby. Kabotyn, mizogin, bufon – to najczęstsze określenia. Fakt, że ma talent pisarski nie jest w stanie zrekompensować ciężkiego charakteru. Mam więc chyba prawo – podobnie jak inni – nie chcieć utrzymywać z nim kontaktu. I nie pisałabym o tym, gdyby w ciągu ostatniego pół roku nie przysłał mi kilku SMS-ów. Nie odpowiedziałam na żaden, bo nie chce kontynuować znajomości. Brzmiały rożnie „Nie bądź głupia!” „Odezwij się!” „Przeszło ci kretynko?” Plus różne inne epitety. Generalnie kolega-pisarz ma bardzo złe zdanie o kobietach. Podobne do tego, jak Janusz Korwin-Mikke. Chętnie by im założył chomąto i pozbawił praw publicznych. Gejem jednak nie jest, więc ma tu spory problem. Nie wszystkie kobiety lubią być traktowane jak przedmioty.


Ponieważ wczoraj przyszedł kolejny SMS od niego, więc zdecydowałam się na FB napisać apel do wspólnych znajomych i przyjaciół. Brzmiał tak:

„Proszę wspólnych znajomych moich i Przerośniętego Krasnala Ogrodowego o inicjałach … o poinformowanie go, że ja nie jestem obrażona ani się nie gniewam. Ja po prostu nie chcę utrzymywać tej znajomości. Dlatego nie odblokuję go na FB, nie usunę blokady na jego mail i to z tego powodu nie odpowiadam na SMS. Wcale nie dlatego, że ostatni brzmi: „Odbanuj mnie głupia ruro!”. Jestem wolnym człowiekiem i mam prawo nie chcieć z kimś się kolegować. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Nobla w dziedzinie literatury, wielu doktoratów i milionów fanów, zwłaszcza płci żeńskiej, bo wiem, że nic go tak nie kręci jak wpatrzone w niego adoratorki. Niech wiec adorują do upadłego! Jego numer telefonu mam w komórce, bo nie wyrzucam niczyich numerów. Nawet osób zmarłych. A co dopiero żywego. Choć bufon. Natomiast być może ten numer dodam do spamu i blokowanych. Bo uważam, że średnio inteligentny człowiek powinien zrozumieć, że jeśli ktoś nie odpowiada na SMS, to nie chce kontaktu.
Z góry dziękuję za spełnienie mej prośby.
Jego ewentualnego komentarza proszę mi nie przekazywać, bo mnie nie interesuje.”

Prośbę zdecydował się przekazać mu mój przyjaciel, którego znam od 40 lat. Autor SMSów wyparł się, że to on do mnie pisze. Co niezwykle mnie ubawiło. Zaraz tez przyszedł kolejny SMS. Cóż… „corpus delicti” w postaci tych dwóch ostatnich istnieje. (Poprzednie zostały wykasowane przy reinstalacji systemu w telefonie.)

DSC_6532

Mam znajomych z realnego świata, którzy powyrzucali mnie z grona znajomych na FB, a w życiu realnym nie chcą ze mną rozmawiać, a nawet udają, że nie poznają mnie na ulicy. Mimo wielu wspólnych przeżyć i naprawdę mocnych więzi. W wielu przypadkach nawet nie znam przyczyn, a jedynie się ich domyślam lub dowiaduję się o nich od osób trzecich otwierając szeroko oczy ze zdumienia. I owszem, dziwi mnie, że można bez wyjaśnienia czegoś, tak się zachowywać. Uważam jednak, że mimo wszystko mają pełne prawo nie chcieć mnie znać! Mają prawo nie chcieć ze mną się kontaktować i to nawet bez powodu, albo choćby tylko dlatego, że im się mój ryj nie podoba i wnerwiam ich całym swoim jestestwem. Ja się im nie narzucam! Dlatego nigdy nie zrozumiem kogoś, kto na siłę chce być w gronie moich znajomych, mimo tak jasnych przekazów, że ja już znajomości nie chcę! Rzadko kogoś skreślam ze swojego życia. Właściwie skreśliłam chyba tylko trzy osoby. Tu – nawet nie skreślam! Tylko izoluję się. Mam nadzieję, że do szczęśliwego końca żywota mojego lub jego. Choć oczywiście gdyby zaszła potrzeba podania żarcia – podam. Umycia za przeproszeniem dupy, bo sparaliżowany – umyję. Ale nie chcę z tą osobą prowadzić żadnych rozmów i wymian myśli! No chyba mam prawo!?

Znajomi nie znający sprawy ani sprawcy radzili zgłosić stalking. Nie chcę się zajmować takimi rzeczami. Uważam, że zablokowanie jego numeru, emalia i jego osoby na portalach społecznościowych powinno w zupełności wystarczyć.

Dostałam przyspieszenia

Byłam przekonana, że książkę o roboczym tytule „Nowe legendy warszawskie”, na którą dostałam półroczne stypendium od MKiDN muszę złożyć w MKiDN do 31 grudnia. Tymczasem… termin ostateczny to 29 sierpnia. Wesoło! Prawda? Tak więc dostałam zawrotnego przyspieszenia. Nie wiem wprawdzie z czego będę teraz żyła, bo muszę przestać chodzić do redakcji i tylko pisać. Jednak taki bat nad głową to nie żarty. W przeciwnym razie będę musiała zwracać stypendium, a przecież już je „przeżyłam”. Na analizę, czemu tak się stało, że mi się sierpień z grudniem pomylił będzie czas później. Na razie do dzieła. Będę tu pisała więc teraz krótko. Na razie zapraszam do śledzenia moich poczynań na stronie poświęconej projektowi i proszę o trzymanie kciuków za szczęśliwy koniec, bo jak wiadomo „miłe złego początki a koniec żałosny”. Ja na żałosny koniec nie mogę sobie pozwolić.

Starzy czytelnicy bloga pamiętają, że wszystko zaczęło się od… Tajemnicy przystanku tramwajowego

A dla zachęty…

PRZEDMOWA, CZYLI… JAK PRAWDA MIESZA SIĘ Z FIKCJĄ

Nie jest to opracowanie historyczne, a zbiór opowiadań łączących się w całość i przenoszących czytelnika w głąb historii mojego miasta. To moja intelektualna zabawa, stworzona z myślą o wszystkich, którzy lubią czytać. I tych starych i tych młodych, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są tu postaci żyjące, gdy piszę te słowa i takie, które już dawno odeszły z tego świata. Są historie, które zdarzyły się naprawdę i takie, które nie miały miejsca. Mieszam tu prawdę historyczną z fikcją czerpiąc całymi garściami z własnego domowego archiwum Warszawianki od wielu pokoleń oraz domowych archiwów przyjaciół i znajomych. Przede wszystkim jednak czerpię z bogatej historii Warszawy i jej mieszkańców. Ożywiam tu duchy ludzi, którzy kiedyś chodzili lub mogli chodzić ulicami mojego miasta. Wszystko po to, by pokazać, że Warszawa to nie tylko zbiór budynków, ulic i placów, ale żywy organizm, którego mieszkańcami zawsze, bez względu na epokę, targały jakieś namiętności. Tu rozkwitały romanse, dochodziło do zbrodni, ludzie się rodzili i umierali.
Gdy byłam jeszcze studentką historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, podczas jednego z wykładów o klasycystycznej architekturze Warszawy profesor Tadeusz S. Jaroszewski, który miał zwyczaj przytaczać też anegdotki dotyczące budowli, opowiedział o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce w Pałacu Potockich w 4 kwietnia 1782 roku. Otóż tego dnia zmarł w nim August Aleksander Czartoryski, twórca potęgi tego rodu. Zmarł grając w wista z Nuncjuszem Papieskim. Jako człowiek dobrze wychowany konając powiedział:
- Jego ekscelencja wybaczy, ale nie dokończymy tej partii, gdyż umieram.
Jak powiedział pan profesor, Nuncjusz, którym w tym czasie na ziemiach polskich był Jan Andrzej Archetii, usłyszawszy takie wyznanie zdurniał ponoć do tego stopnia, że konającego przeżegnał ręką pełną kart.
Ta anegdota pozwoliła mi inaczej spojrzeć na gmach Ministerstwa Kultury, które w 2014 roku przyznało mi półroczne stypendium literackie właśnie na tę książkę. Dzięki profesorowi Jaroszewskiemu i jego wykładom wiem, że pałac w którym dziś mieści się Ministerstwo, niejedno w życiu widział. Również ta anegdota sprawiła, że inaczej patrzę na pozostałe stołeczne budynki, a także ulice i place.
Co w tej książce jest prawdą, a co zmyśliłam? To zagadka dla varsavianistów i historyków, którzy mam nadzieję, że będą się przy lekturze bawić równie dobrze, jak ja podczas pisania. Gdy przegryzając się przez stosy opasłych tomów i artykułów o naszej stolicy, łączyłam niewidzialne a czasem nieistniejące wątki i dopasowywałam je do osnowy, jaką jest historia Warszawy. Mam też nadzieję, że żyjący, którzy odnajdą siebie na kartach tej książki, nie skrzyczą mnie za to, że nie pytając ich o zdanie, kazałam im mówić rzeczy, których nigdy nie mówili. Zrobiłam to ze szczerej sympatii do nich. Dziękuję Wam wszystkim za to, że byliście moim natchnieniem.

czytaj dalej… Legendy Warszawskie

Kupiec w świątyni

„Są granice, których przekroczyć niewolno” powiedział pamiętnego 13 grudnia generał Jaruzelski. To jedyne jego zdanie, które czasem cytuję, choć on miał, co innego na myśli, a ja przeważnie, co innego. Fakt jednak pozostaje faktem. „Są granice, których przekroczyć niewolno.”

Wczoraj minęła 25 rocznica, gdy odsłonięto Pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. W latach 80-tych mój Ojciec był rzecznikiem prasowym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, bo tak się to wtedy nazywało. To Tata wymyślił cegiełki obrączki, które dziś uzyskują dość spore sumy na aukcjach allegro. Były wtedy spory o miejsce, nazwę pomnika, wykonawcze, artystę etc. Wreszcie pomnik stanął. 31 lipca 1989 roku, jako córka pana rzecznika,  byłam na jego odsłonięciu na tzw. trybunie honorowej. Długo wahałam się, czy podawać rękę Jaruzelowi, który jako prezydent witał się ze wszystkim gośćmi trybuny. Ostatecznie podałam. Zwyciężyło dobre wychowanie. W końcu reprezentował urząd prezydenta, a nie siebie prywatnie. A ja uznałam, że „są granice, których przekroczyć nie wolno” i tu granicą było własnie dobre wychowanie.

Piszę to wszystko dlatego, że wczoraj przypomniał mi się ten cytat. Wszystko za sprawą zdarzenia, które miało miejsce właśnie na placu Krasińskich. Była msza polowa i apel poległych (ileż ich przez te lata widziałam na własne oczy? Prawie wszystkie!). Realizowałam o tym temat dla Kuriera, więc by nie przeszkadzać tym, którzy tu przyszli modlić się, siadłam na mało atrakcyjnym miejscu, bo tuż za tzw. zwyżką dla mediów. Skwapliwie notowałam czasy, treści homilii, wystąpień itd., by potem, po powrocie do redakcji, szybko napisać swój temat. Nie było to proste. Tuż przede mną kręcił się pewien pan. Wyglądnął dość osobliwie. Ten wygląd mocno kontrastował z wyglądem Powstańców, którzy przybyli na uroczystość niejednokrotnie w bardzo  eleganckich strojach. Ów pan miał nałożone na bose stopy sandały, odsłaniające zaawansowaną grzybicę paznokci. Ubrany był jak podstarzały harcerzyk. Jednak tym, co mnie poraziło był nie jego wygląd, ale zachowanie. Pan otwarcie handlował swoimi książkami! Robił to w czasie mszy i apelu poległych! Jedna z książek była o tym, co Żydzi zawdzięczają Polakom, a druga o kijowskim majdanie. Pan oferował je słowami: „Tylko dziś 10 złotych. Autograf gratis!”. Pan był starszym człowiekiem. Zerknęłam na nazwisko na okładce, które obce mi nie było, ale nie chciało mi się wierzyć, by osoba z takiej rodziny, tak się zachowywała. Dlatego błyskawicznie go „wygooglałam” w swoim smartfonie. Wyskoczył mi życiorys, zasługi, publikacje i zdjęcia. To był on. Rzeczywiście był tą osobą, którą myślałam, że jest. Niestety to tylko spotęgowało moje załamanie się. Oto syn znakomitego publicysty i dziennikarza, (którego opowiadanie o emigrancie walczącym w wolność w Hiszpanii w 1936 roku było szkolną lekturą, a inne, dopełniające legendę hejnału mariackiego wielokrotnie wycisnęło ze mnie łzy), w trakcie mszy przeszkadza ludziom, bo kupczy swoimi książkami. Dalej niestety było jeszcze gorzej. Tuż obok mnie było miejsce przeznaczone dla towarzyszącego mi kolegi operatora kamery. W pewnym momencie pan spytał, czy może je zająć. Odparłam zgodnie z prawdą, że na razie tak, ale generalnie siedzi tu mój operator, tylko teraz akurat filmuje (mieliśmy na placu wóz transmisyjny, a kamera, z którą przyjechałam była do tzw. przebitek i bliskich planów). Pan rozsiadł się więc obok. Ja cały czas notowałam. Akurat były przemówienia, więc notowałam skwapliwie i minuty i słowa, by wybrać stosowny fragment i sprawniej to wszystko potem zmontować. W pewnym momencie pan podsunął mi pod nos jedną ze swoich książek. Powiedziałam więc:
- Przepraszam, ale jestem w pracy. Jakby mógł pan mi nie przeszkadzać.
Pan książkę położył na kolanach, ale jakby niczym niezrażony zaglądał mi przez ramię w notatki. Kiedy zakryłam je dłonią, podstawił pod nos palec z sygnetem i powiedział:
- Też mam.
Przyznaję, że w pierwszym odruchu miałam chęci swój stuletni, zabytkowy sygnet po stryjecznej babce wywalić w tłum! Jednak żal mi było pamiątki. Posłałam panu mordercze spojrzenie. Pewnie, dlatego po chwili wstał. Nie odszedł jednak nigdzie dalej. Stanął niemal przed moim nosem i rozpoczął dość głośną rozmowę z drugim panem, którego zaczepił. Akurat trwał apel poległych. Z jednej strony było, więc: „Wołam was polegli”… z drugiej pan. Perorujący o książce traktującej o tym, co Polacy dobrego zrobili dla niewdzięcznych Żydów i z drugą o kijowskim majdanie. Z powtarzaną co jakiś czas niemal jak mantra informacją, że tylko dziś 10 złotych, a autograf gratis. Cóż… w księgarni internetowej książka kosztuje ok. 14 złotych. Okazja, więc jest, ale jednak uważam, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Na mszy i apelu poległych jakieś standardy obowiązują. Wszedłeś między wrony – kraczesz jak i one. A Jezus wyrzucił kiedyś kupców ze świątyni.

Po nas choćby potop?

Tak podobno mawiała madame Pompadour, której zarzuca się, że trwoniła pieniądze na przyjemności, mówiąc, ze liczy się tu i teraz, a po nas choćby potop. Przypomniały mi się te słowa, bo właściwie… coś w sobie mają. Zwłaszcza w świetle wydarzeń z ostatnich dni.

Siedząc nad ksiązką o nowych legendach warszawskich, której tytuł będzie brzmiał jednak najprawdopodobniej: ‚Duchy Warszawy’, wlazłam w temat wojen ze Szwedami. Tylko dlatego zauważyłam, że 28 lipca 1656 roku rozpoczęła się największa bitwa potopu szwedzkiego, czyli bitwa o Warszawę z wojskami Karola Gustawa. Trwała ona trzy dni. Zakończyła się 30 lipca (wczoraj rocznica) klęską wojsk polskich. Tego dnia nastąpiła pierwsza rzeź Pragi. Karol Gustaw kazał wyciąć w pień jej mieszkańców. Nie oszczędzano nikogo. Prawy brzeg został zrównany z ziemią. Wtedy do historii przeszedł pierwowzór sienkiewiczowskiego Rocha Kowalskiego. Polski husarz osobiście ranił szwedzkiego króla. Został zabity, ale Król w uznaniu dla jego męstwa kazał mu wyprawić wojskowy pogrzeb. Literacki odpowiednik prawdziwego bohatera ma swój symboliczny grób na ulicy Ratuszowej koło kościoła Matki Bożej Loretańskiej. O rozmiarach tamtej wojny świadczy też fakt, że Warszawiacy wynieśli na mury miejskie obraz Matki Bożej Łaskawej (znajdujący się do dziś w kościele jezuitów) i oddali Warszawę w jej opiekę. Na próżno. Miasto zostało zniszczone, a Zamek Królewski obrabowany. To wtedy Szwedzi zerwali boazerię, sztukaterie i kosztowności. Części łupu wywieźć się nie udało. Statek ze skarbami zatonął w Wiśle. Kilka lat temu udało się wydobyć szczątki.

pomnikWydarzenia upamiętnia jedyny pomnik, który stoi w Warszawie na Saskiej Kępie. Gdy trafiłam tam dwa dni temu, czyli w połowie rocznicy, zastałam pod nim starą materiałową wiązankę. Pomnik postawiono sto lat temu z inicjatywy wodociągowców i na ich koszt. Bo to tu w trakcie prac odkryto szczątki żołnierzy poległych w bitwie ze Szwedami.

O tej rocznicy w tym roku zapomnieli wszyscy. Ja też bym zapomniała, gdyby nie prace nad książką. Zaproponowałam temat do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego i wczoraj zrealizowałam. Gdy rano zadzwoniłam na Pragę Południe, burmistrz podziękował za przypomnienie. O 13-tej delegacja dzielnicy złożyła wieniec. Dzielnica dba o pomnik. W 2008 został on odnowiony. Wtedy też odbyła się pierwsza i jak dotąd jedyna rekonstrukcja największej bitwy potopu szwedzkiego.

Ale ja w świetle tych wszystkich ostatnich wydarzeń mam taką refleksję. Łatwiej nam myśleć o pierwszej wojnie światowej czy powstaniu Warszawskim, bo żyją jeszcze ostatni świadkowie lub ci, którzy słyszeli relacje z ich ust. Fakt, że Warszawa prawie przegapiła rocznicę tej bitwy, każe się zastanowić, jaka będzie za kilkaset lat pamięć o wydarzeniach, które dziś czcimy z taką pieczołowitością. Chyba naprawdę po nas choćby potop…

Jak to z wywiadami bywa…

Czytałam dziś wywiad z Jackiem Dehnelem o udzielaniu wywiadów. Zasadniczo z wszystkimi rzeczami, które w nim powiedział zgadzam się. Zwłaszcza z tymi dotyczącymi internetu, literatury, czytelnictwa, ale… jedna rzecz dała mi sporo do myślenia.

Wywiad w formie internetowej rozmowy, na zasadzie podesłane pytania – odebrane odpowiedzi, przeprowadziła z nim Anna Wittenberg. Dehnel otwarcie przyznał, że woli wywiady na piśmie.

„Po pierwsze dlatego, że nieprzypadkowo zostałem pisarzem, a nie mówcą: najwidoczniej myślę powoli, bo jeśli mam powiedzieć coś w miarę ciekawego, to muszę właściwie to ułożyć sobie w głowie. A wydaje mi się, że nie należy czytelnikowi – choćby czytał tylko wywiad, a nie coś poważniejszego – dawać do ręki tekstu zrobionego na odwal. Po drugie, mam bardzo ograniczone zaufanie do dziennikarzy; czasem zdarzają mi się wywiady przeprowadzane przez ludzi gruntownie przygotowanych i pytających niebanalnie, częściej, niestety, wygląda to bardzo smętnie, a po spisaniu jeszcze gorzej. Oczywiście, raz na jakiś czas naiwnie daję się namówić na wywiad mówiony, spisany z dyktafonu lub notatek, oddany do autoryzacji. I potem pluję sobie w brodę, bo wykonuję drugi raz tę samą pracę: czyli biorę tekst na warsztat i redaguję go gruntownie. Począwszy od interpunkcji, bo widzę różnicę między przecinkiem, dwukropkiem, myślnikiem a średnikiem, przez melodię zdania, jego okresy retoryczne, aż po zmiany zupełnie zasadnicze, kiedy dziennikarz czegoś nie zrozumiał lub pomylił wszystko, spisując z pamięci. No i te nieszczęsne frazeologizmy: mówię, że coś tam zapamiętałem, a w wywiadzie czytam „najgłębiej wryło mi się w pamięć”. Może jeszcze „zima zaskoczyła drogowców”?

Jako czytelniczka, też wolę wywiady na piśmie. Jednak, jako pisarka udzielająca wywiadów, takich przez internet, że ktoś śle mi pytania, a ja drogą mailową odpowiadam – nie lubię. Bo jednak to jest po pierwsze: „odrabianie za kogoś lekcji”. A po drugie: taki wywiad nie pozwala mi poznać dziennikarza, a ja lubię poznawać ludzi. Wolę nanieść poprawki, nawet jeśli jest to pisanie za kogoś od nowa. Jest jeszcze jedna sprawa: jako dziennikarka nie chciałabym przeprowadzać wywiadu z panem Jackiem Dehnelem, gdyż po lekturze tego z nim wywiadu, mam wrażenie, że należy do tzw. „grupy czepiaczy”. Takich, co to słowo „pisarz” poprawią na „artysta”, bo po przemyśleniu stwierdzają, że lepiej brzmi. Wywiad mówiony jest inny od pisanego, bo język pisany jest inny od mówionego. Dlatego wywiad spisany z mówionego, to jest zawsze pewnego rodzaju dziennikarska kreacja. Ludzie udzielający wywiadów powinni mieć tego świadomość. Zapisanie słowo w słowo na papierze mówionego wywiadu, to może być czasem katastrofa dla rozmówcy! Jako dziennikarka staram się nie zmieniać tego, co mówią mi bohaterowie wywiadów, ale gdy wygląda to „słabo stylistycznie”, to jednak poprawiam, by nie ośmieszać mojego bohatera. Przeważnie ci, którzy dobrze mówią, nie mają uwag. Ale zdarzają się wyjątki. Najczęściej wtedy, gdy rozmówcą jest osoba udzielająca wywiadów rzadko i na dodatek słabo władająca piórem. Kilka razy zdarzyło mi się, że taki ktoś, z kim przeprowadzałam wywiad, po otrzymaniu tekstu do autoryzacji twierdził: „Ja takich rzeczy nie mówiłem!”. Zawsze wtedy miałam ochotę włączyć taśmę z nagraniem i powiedzieć: „To posłuchaj, co mówiłeś i jak!” Gdybym spisywała z taśmy słowo w słowo wypowiedzi tych moich rozmówców – nie wiem, czy czytelnicy nie załamaliby się. Jacek Dehnel w wywiadzie, którego udzielił Annie Wittenberg, przyznał, że myśli powoli, że musi się dłużej zastanowić nad odpowiedziami. To bardzo pięknie, ale wywiad mówiony jest też dla udzielającego go, sprawdzianem tego, co mówi i jak mówi, a także, a może przede wszystkim tego, jak jest rozumiany, gdy mówi. Ja, gdy np. słucham radiowych wywiadów ze sobą, to stwierdzam, że gdybym mogła odpowiedzieć jeszcze raz, powiedziałabym coś innego lub inaczej. Słucham więc tych wywiadów tylko raz i do tego nie wracam. A słucham, by sprawdzić, jak mówię i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Świetnie wiem rozumiem ból Jacka Dehnela, że wolno myśli i musi pytanie przemyśleć. Jednak przy wywiadach pisanych, po to jest właśnie autoryzacja. To czas na przemyślenie jeszcze raz tego, co mówiliśmy. Czasem warto się sprawdzić i jednak udzielać wywiadów-rozmów, a potem popatrzeć, jak zrozumiał to dziennikarz dając nam tekst do autoryzacji. A że trzeba napisać od nowa? Przecież jesteśmy pisarzami!

Bookcrossing na dworcu PKP Warszawa Centralna
lato 2013
Od lewej: Jacek Dehnel, Anna Janko, ja, Joanna Niwińska

PS Na dniach ukaże się wywiad ze mną nt. mojej pasji genealogicznej. Zapraszam zaś do posłuchania audycji o moich książkach w litewskim radiu polskojęzycznym „Znad Willi”. Audycja radiowa, a że YT nie zamieszcza samych dźwięków, więc zilustrowałam zdjęciami z festiwalu poetyckiego „Maj nad Wilią”, kiedy to poznałam rozmawiającą ze mną dziennikarkę. Polecam posłuchać zwłaszcza części drugiej audycji. Jak mówi dziewczynka-czytelniczka-słuchaczka. Bo tu nie tylko ze mną rozmawia autorka audycji.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej


Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy