Uporczywie namawiana na…

Nikt nie lubi być traktowany jak idiota, pouczany, a już najbardziej chyba nie lubi być nachalnie namawiany na coś, co go kompletnie nie interesuje. Prawdy stare, jak świat. Ja jednak ostatnio jestem co chwilę pouczana i co chwilę traktowana, jakby była kompletnym debilem, bo ktoś coś mi wciska i próbuje nachalnie namawiać na coś wmawiając, że jest mi to coś niemal niezbędne do życia.

Najpierw zadzwoniła pani z super ofertą, która brzmiała tak:
- Proszę pani, ponieważ jest pani właścicielem domeny psedytor.waw.pl, więc mam dla pani super ofertę. Właśnie zwolniła się domena psedytor.com.pl i mam ją dla pani w super cenie…
Zgrzytnęłam zębami, ale grzecznie odpowiedziałam:
- To jest bardzo ciekawe, co pani mówi, bo nazwa „psedytor” to nazwa, którą sama wymyśliłam zakładając kiedyś firmę. Firmy zresztą już nie mam. Nigdy nikt takim adresem nie był zainteresowany, więc pierwsze słyszę, by tego typu adres się zwolnił…
Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo pani rozłączyła się, tym samym przyznając do nieudanej próby wciśnięcia mi kitu.
Cóż… PS-Edytor, czyli agencja dziennikarska, którą w swoim czasie prowadziłam, miała nazwę złożoną z prostych skojarzeń. Edytor od edycji tekstu, a PS trochę od „post scriptum”, a trochę od nazwiska mojego i Eksia, bo działalność gospodarczą zaczęłam prowadzić jeszcze jako jego żona w 1997 roku. Wciskanie mi kitu, że domena „psedytor” z jakimś tam rozszerzeniem cudem się zwolniła jest po prostu debilizmem a może i nawet chamstwem.
Pominę już fakt, że pani ewidentnie nie sprawdziła, co jest pod adresem psedytor.waw.pl, a jest on „sprzężony” z domeną podstawową, czyli piekarska.com.pl.

Jednak to jeszcze nic. Pewien portal społecznościowy, na którym za namową kumpla zamieściłam kilka lat temu swój profil, z nadzieją na ewentualne zlecenia pisarsko-dziennikarskie, od niemal początku atakuje mnie ofertami, które są kompletnie nie dla mnie. Właściwie atakuje mnie nie portal, ile inni jego użytkownicy. Średnio cztery do dziesięciu razy dziennie ( w dni powszednie ok. 15 w weekendy 3-4) dostaję więc listy, których nadawcy oferują mi rzeczy absolutnie poza zasięgiem moich zainteresowań. Przeważnie są to szkolenia handlowe lub ubezpieczeniowe. Czyli coś, co napawa mnie potwornym obrzydzeniem i z czym kompletnie nie chcę mieć nic wspólnego. Lub oferty lokat i inwestycji finansowych dla moich milionów, które gdzieś tam pewnie w jakiejś śmierdzącej skarpecie kiszę. Bywa, że ci ludzie dzwonią do mnie. Staram się być miła. Cierpliwie tłumaczę, że mnie to nie interesuje. Potem jest kolejny telefon. I kolejny. Zgrzytam zębami, ale cały czas nadal staram się być miła. W końcu każdy orze, jak może. Częściej niestety dostaję list. Co w połączeniu z tymi, które dostaję na adres mailowy, daje liczbę pięćdziesięciu dziennie. Tak! Dziennie 50 osób proponuje mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń, czy innych tego typu rzeczy. Ostatni list sprawił, że miarka się przebrała. Stwierdziłam, że „rozbiorę” sprawę dogłębnie i wdam się w korespondencję. W końcu na jeden z 50 listów dziennie oferujących szkolenia mogę chyba odpowiedzieć. Zwłaszcza, że jestem na tzw. „pracowitym urlopie”, czyli siedzę w Domu Pracy Twórczej w Oborach nad książką. Mogę więc na chwilę oderwać się od pracy i napisać cokolwiek innego niż kolejny rozdział legend warszawskich. Irytujący mnie list był taki (pisownia oryginalna):

Witam Pani Małorzato
nie chce abys żle odebrała moją wiadomośc i uznała to za spam wydajęsz mi sie ciekawą osoba i
myśle ze mam coś co może Cię zainteresować, chciałem ci zaproponowac ciekawe szkolenia. „Kobieta Niezależna” 30.07 Z ….. info masz pod adresem: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
bądz szkolenie mocno ze sprzedaży „mistrz sprzedaży 2014 edycja finałowa”
więcej info: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
Pozdrawiam

Odpowiedziałam następująco:

Witam,
Nie chce by źle odebrał Pan moją odpowiedź, ale wydaje mi się, że osoba, która czymś handluje, powinna sprawdzić, czy swoją ofertę handlową kieruje do właściwych odbiorców.
Niedobrze jest oferować płyty CD głuchoniememu, buty kalece bez nóg poruszającemu się na wózku. Nie wiem, czy nie gorzej jest oferować płyty CD z muzyką disco polo profesorowi śpiewu z Akademii Muzycznej, a tandetne buty z Deichmana szewcowi Kielmanowi.
W każdym razie, uważam, że przed wysłaniem ludziom ofert, zwłaszcza przez ten portal, warto jest sprawdzić, kim ci ludzie są z zawodu.
Nie gniewam się, że zrobił Pan masę literówek, w tym w moim imieniu nazywając Małorzatą, bo nie jestem drobiazgowa. Nie gniewam się, że raz pisał Pan do mnie na per „Pani”, a raz na per „Ty”, bo wprawdzie amerykanizmy mnie wkurzają, ale często macham na nie ręką, bo nie chce mi się walczyć z wiatrakami. Natomiast fakt, że oferuje Pan takie DEBILIZMY właśnie mnie – jest wyjątkowo irytujące.
Jestem kobietą niezależną. I to od zawsze. Pracuję w zawodzie, który jest moja pasją z różnym sutkiem, jak to bywa przy zawodach artystycznych. Nie jestem służącą mojego męża etc. Jednocześnie nie znam się na handlu i NIE CHCĘ się na tym znać, co wie każdy, kto choć trochę mnie poznał. Nie jest to trudne, wystarczy skorzystać z wyszukiwarki google. Mimo, że korzystam z usług takich osób, to jednak obrzydzeniem napawa mnie myśl o handlowaniu Avonem czy Oriflame, czym szczyci się pani …, której szkolenie z 50% zniżką usiłuje mi Pan wcisnąć. Nie zamierzam zostać handlowcem! O szkoleniu „mocno ze sprzedaży” pisać nawet mi się nie chce, bo samo sformułowanie „mocno ze sprzedaży” zasługuje na wylądowanie w śmieciach. Czy Państwo oferujący te szkolenia znają jeszcze język polski? Czy słowa marketing i coaching już do tego stopnia zdominowały Państwa język, że brak Państwu polskich słów, określeń etc?Odpisuję na ten list tylko dlatego, że marzy mi się, by na przyszłość tacy ludzie jak Pan starannie sprawdzali osoby, którym ślą swoje oferty, korzystając z tego portalu. Nie wszystkich w tym stopniu, co handlowców, interesują pieniądze. Nie wszystkich interesuje bycie busines woman i łażenie w garsonkach na brunche czy lunche.
Proszę się nie gniewać, ale dostaje takich listów jak Pański kilka dziennie. Dziś po raz kolejny zaczęłam zastanawiać się nad likwidacją konta na …., bo więcej tu „śmietnika” niż rzeczywistego dla mnie pożytku. Będzie mi miło, gdy dowiem się, czym Pan się kierował śląc mi swoją SUPER OFERTĘ z tymi zniżkami na szkolenia, z których bym nie skorzystała nawet, gdyby były za darmo.
Chcę zrozumieć, czemu kilka razy dziennie skrzynka pocztowa kogoś, kto jest pisarką i dziennikarką i ma to napisane w swoim profilu, zapełnia się propozycjami, bym wzięła udział w szkoleniach z handlu, ubezpieczeń, samodoskonalenia się etc.
Przy braku odpowiedzi uznam, że mój list został skasowany bez czytania. A to też nie będzie o Państwu najlepiej świadczyć.
Co złego, to nie ja.
Pozdrawiam.

Odpowiedź nadeszła dość szybko. Pan przeprosił za spamowanie, za to, że nie zapoznałęm się z Pani profilem dogłębnie, a jak wół ma Pani napisane, że nie chce Pani otrzymywać takich wiadomości.” i znów mnie załamał. Napisał bowiem coś takiego, że postanowiłam raz na zawsze, właściwie dla spokoju własnego sumienia, takiemu komuś, kto śle mi oferty handlowych szkoleń, wyłuszczyć o co chodzi, i m.in. napisałam:

Pozwolę sobie na cytat z Pana listu: „Co do sprzedaży to zapewne dobrze Pani wie, że każdy z nas, Pani również czy tego chce czy nie, coś sprzedaje z takim bądź innym skutkiem i od tego nie uciekniemy, a umiejętność sprzedaży może nam jedynie ułatwić życie.”
Rzeczą, którą jak Pan ujął „sprzedaję” jest moje pisanie. Nie sprzedaję ani gazet ani książek, bo tym zajmują się kioski ruchu lub księgarnie i księgarze. Nie jest mi więc potrzebna wiedza, jak z przedmiotem, jakim jest wydrukowana książka dotrzeć do odbiorcy, ale jak z dziełem, jakim jest dopiero napisana książka dotrzeć do wydawcy! Tę zresztą posiadam w stopniu myślę, że dość znacznym. Ale to jednak nie jest handel, ale coś zupełnie innego. Podobnie Państwa szkolenia z handlu nie pomogą np. mojemu mężowi, który jest aktorem, jak ze swoim produktem, jakim jest aktorska gra, zachęcić agencję aktorską lub reżysera obsady, by obsadził go w filmie lub wysłał zaproszenie na aktorskie przesłuchanie. Pan może go nauczyć jak sprzedawać płyty DVD z filmami, w których zagrał, ale to akurat mojego męża nie interesuje. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie każdy produkt, nawet jak jest czymś na sprzedaż, podlega takim samym zasadom handlowym, jak jogurt, czy kosmetyki Oriflame. Są tzw. produkty intelektualne, w tym np. muzyka, którą sprzedawać można Państwa metodami dopiero wtedy, gdy jest biletem na koncert lub płytą, a nie w początkowej swojej fazie tworzenia. 
Szkolenie handlowe jest przydatne dla twórcy np. pisarza, tylko wtedy, gdy chce napisać powieść o handlowcach… Aktorowi, gdy ma grać handlowca, a muzykowi nie mam pojęcia po co. W każdym razie nie po to, by w praktyce skorzystać ze sprzedawanej tam wiedzy. Chyba, że ktoś się chce przekwalifikować. Nie znam jednak nikogo, kto jest zawodowym twórcą i pragnie zostać handlowcem. Raczej historie odwrotne.”

Mam nadzieję, że do tego jednego Pana to dotarło. Co z pozostałymi 49-cioma, którzy codziennie oferują mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń? Nie wiem, ale pozwolę sobie sparafrazować słynnego paprykarza i krzyknę tu głośno: „Jak żyć?!” (By ich nie znienawidzić?)

A korespondencję przeprowadziłam naprawdę dla uspokojenia własnego sumienia, że zrobiłam wszystko, by zmniejszyć liczbę przesyłanych mi ofert. Choć podskórnie czuję, że jestem w tym jak Don Kichot w swej walce z wiatrakami.

Cztery okresy, kiedy może odbić

Jako dziennikarka przeprowadzam masę wywiadów. Czasem długich, czasem krótkich. To daje możliwość poznania setek, a nawet chyba już setek tysięcy ludzi. Przez prawie 20 lat bycia w zawodzie podzieliłam rozmówców na różne typy. Szczególarzy, którzy potem w czasie autoryzacji wypowiedzi do prasy zmieniają każe ze słów, tumiwiselców, którym wszystko jedno i tak dalej… Zauważyłam tez jedną rzecz. Ludziom często odbija. Potrafi im przewrócić w głowie nawet najdrobniejszy sukces. Moim zdaniem (i podkreślam, że jest to moje zdanie wypracowane na podstawie obserwacji i rozmów z setkami ludzi) są cztery niebezpieczne okresy w życiu człowieka, kiedy może mu odbić, gdy ma na koncie jakieś osiągnięcia.

Pierwszy moment jest w wieku 20-25 lat. Człowiek jest już właściwie dorosły, więc wydaje mu się, że coś wie. Gdy odnosi odrobinę większy sukces niż rówieśnicy, a ma słabą psychikę – nie trudno o odlot i zaprzestanie chodzenia po ziemi. Przykłady mogłabym mnożyć. Podam jeden, który wszyscy znają – Justin Biber. Ale i w polskim świecie show bussinesu też się kilka najdzie. Zostawiam kropki w ramach wolnego miejsca…

Potem jest drugi okres. Między 40-tym a 50-tym rokiem życia. Odbija ludziom zwłaszcza wtedy, gdy ciężko pracowali na swój sukces i osiągnęli go dopiero teraz.  Czują się w obowiązku bycia mentorami dla młodszego pokolenia ludzi, którzy mogliby być ich dziećmi. Znają się na niemal wszystkim, choć jeszcze nie aż tak jak ci, którym odbija, gdy odnoszą sukces w trzecim niebezpiecznym okresie.

Ten następuje ok. 65-go roku życia, czyli wtedy, gdy jest czas przechodzenia na emeryturę. Gdy sukces przychodzi w okresie emerytalnym, to się należał jak psu kość! Po prostu oni nie tylko na niego pracowali, ale docenieni po latach starają się odbić sobie za lata niepowodzenia. Młodsi maja jeszcze czas, na swój sukces są za głupi i tak dalej. W 65-latkach, którym odbija, bo los uśmiechnął się dopiero teraz i dopiero teraz pozwolił spełnić, jest sporo goryczy i pogardy. A czasem nawet pretensje, ze sukces jest za mały.

Najgorszy jest jednak okres późniejszy. Gdy odbija ludziom po 80-tce. A tak też się dzieje. Zdarza się nawet, że jeden medal, jeden dyplom potrafi wprawić staruszka czy staruszkę w stan euforyczny i zaczynają myśleć, że są niemal bogami. Na dodatek, jako niezliczeni ze swego pokolenia, który tego wieku dożyli, zaczynają wychodzić do ludzi z punktu widzenia mentorów. Wiedzą wszystko nie tylko na temat dziedziny, którą się latami zajmowali, ale także na temat wszystkich innych dziedzin, a wiedzę posiedli tylko i wyłącznie, dlatego, że są w wieku, w którym są.

Uwielbiam spotkania ze starymi ludźmi. Zawsze dowiem się czegoś, czego nie powie mi ktoś inny. Żałuję wszystkich nienagranych rozmów. Ale przyznam, że czasem szlag mnie trafia, gdy żądają czołobitności, domagają się obchodzenia jak z celebrytą i tak dalej…

Piszę o tym, bo kilka dni temu znajoma koleżanka dziennikarka radiowa zadzwoniła do mnie, że ma fajnego dziadka powstańca i chce go nagrać do przygotowywanej audycji, ale dziadek stawia warunki. Nie chce, by tracić jego cenny czas, wiec powie jej swoją historie, gdy wraz z nią przyjedzie telewizja. Ok. Pan podany na tacy, więc czemu nie? Dogadałam się w redakcji, że nagram pana i zrobię o nim opowieść, czyli „human story”. Dogadałam się z koleżanką. Przyszedł czas dogadać termin z panem. I tu zaczęły się tzw. schody. Pan najpierw zażądał przyjechania na dokumentację. Przyjechałyśmy. Pan zaczął z nami rozmowę, jak ja to mówię, z górnego „C”. Po pierwsze zajmujemy mu czas. Gdy to usłyszałam, to od razu chciałam wstać i wyjść. Nie znoszę nikomu zajmować czasu. Nie znoszę się nikomu narzucać. Moim zdaniem wywiad ma sprawiać przyjemność obu stronom. Jak robię uliczną sondę i ktoś nie chce mówić, to ja nie namawiam. Ale koleżance zależało na panu, więc cierpliwie czekałam, co będzie dalej. Pan mówił, że jest bardzo zapracowany. Nie powie nam tego, co chcemy, bo szykuje się do wielkiego odczytu i my mu ten odczyt spalimy naszymi wywiadami! Nasłuchałyśmy się jeszcze o głupich dziennikarzach z jakieś stacji, których musiał nauczyć, o czym mają robić wywiad. Dla nas też miał propozycje rozmów na zupełnie inne tematy niż nas interesowały. I tak siedziałyśmy we dwie, a na wprost nas wielki, wszechwiedzący pan.

W końcu nie wytrzymałam i mówię:

- Proszę pana. Nie chcę, by pan się na mnie pogniewał. Z całym szacunkiem do Pana i pańskiego życiorysu, ale: po pierwsze, jeżeli w jakikolwiek sposób burzę pański dzień, to absolutnie nie chcę tego robić. Jeżeli panu taki wywiad nie sprawia przyjemności i nie ma pan na niego ochoty, to trzeba powiedzieć i tyle. Po drugie reprezentuję Telewizyjny Kurier Warszawski i z rozmowy z panem mogę zrobić na antenę najwyżej półtoraminutowy felieton, którego będzie pan bohaterem. Nie ma wiec możliwości, bym w ten sposób spaliła panu jakikolwiek odczyt. Ile potrwa odczyt? Poł godziny? Wreszcie trzecia sprawa. Poprosił pan, byśmy tu przyjechały najpierw na rozmowę. Przyjechaliśmy. Ja musiałam wyjść w połowie redakcyjnego zebrania, co nie bardzo się moim szefom podoba, ale jestem. Pan mówi o zabieraniu panu czasu. Ja jestem teraz bez kamery, bo to dokumentacja. Jak mam zrobić z panem wywiad, to muszę tu przyjechać z kamerą, a wtedy znów zajmę panu czas… około godziny. Pytanie, czy pan ma na to ochotę? Bo to nie jest moja prywatna kamera tylko telewizji polskiej i ja nie wiem, czy mam ją teraz odwoływać, czy nie?

No i okazało się, że to wyznanie poskutkowało. Pan spuścił z tonu i właściwie, gdy przyjechałam do niego wieczorem na rozmowę, to nagraliśmy bardzo przyjemny wywiad. Pan opowiedział mi masę cudownych rzeczy, anegdot i tak dalej. Ale początek naprawdę był straszny!!! Wieczorem pan tez oczywiście chwalił się odznaczeniami, orderami, publikacjami i osiągnięciami. Ja taktownie milczałam. Co miałam mówić? Że takie odznaczenia mają wszyscy jego koledzy z powstania warszawskiego, których jeszcze trochę jest i że są od niego skromniejsi? Że poznałam wielu powstańców, którzy nie zachowywali się w ten sposób? Że wielu ludzi w jego wieku ma na swoim koncie różne publikacje? Pokiwałam głową ze zrozumieniem i dodałam pana do sporego dość grona rozmówców, którym sukces przewrócił w głowie. I to przewrócił w tym czwartym okresie życia.

Moim zdaniem wszystkie okresy są niebezpieczne i dlatego ciągle powtarzam w domu swoim panom. Jak mi kiedyś odbije – zastrzelcie. Bez litości.

W zabieganiu

Tak to jest, że jestem zabiegana. Czasu nie mam dosłownie na nic. Po prostu piszę, pracuję, biegam, rozmawiam, załatwiam sprawy i końca nie widać. Przez ten czas setki pomysłów na wpis na blogu wpadają, by potem z braku czasu popaść w niebyt.

Nie piszę więc o doktorze Chazanie, choć przyznam, ze wyjątkowo miałam chęć. Nawet nie dlatego, że z kilkoma jego pacjentkami leżałam 20 lat temu na porodówce, bo to stare sprawy i nawet nie wiem, jak się skończyły. Być może niektóre niestety trwają i mają się gorzej, bo w Polsce łatwiej o opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem niż niepełnosprawnym dorosłym, a te dzieci jeśli żyją, są już metrykalnie dorosłe.  Bardziej miałam chęć na pisanie o tym dlatego, że znajoma neonatolog opowiedziała mi (zresztą już dawno temu), jak tuż po studiach medycznych, a jeszcze w czasie stażu w szpitalu, przyszło jej badać bezczaszkowca. Było to jedno z pierwszych „jej dzieci”, jakie miała badać po ich przyjściu na świat. Opowiadała (nota bene przy dużej wódce, bo jak twierdziła na trzeźwo pewnie by tego nie opowiedziała), że przeżycie było tak straszne, że zastanawiała się wtedy nad zmianą specjalizacji, a nawet porzuceniem medycyny w ogóle. Potem przyznała, że z czasem lekarz na pewne rzeczy obojętnieje. Ona po ćwierćwieczu bycia lekarzem – zobojętniała, ale pierwszy bezczaszkowiec i jego wspomnienie cały czas w niej silnie tkwi.

Nie piszę o wizycie na zlocie blogerów i pisarzy w Sopocie pod tytułem: „a może znów z książką nad morze”, bo właściwie było fajnie i zawarłam nowe znajomości i książek sporo przywiozłam (matko! Jakie super tytuły!), a że w miejscu spotkania mieliśmy zjeść na własny koszt z upustem, co okazało się i tak trzy razy drożej niż u mnie na Saskiej Kępie – cóż… było minęło. Aczkolwiek zobaczywszy rachunek jęknęłam! Naprawdę piwa za 10 złotych długo nie zapomnę! Podobnie jak bardzo drogiego, a niestety bardzo niedobrego spaghetti alio e olio.

Nie piszę o genealogicznych odkryciach, których ostatnio dokonałam, a które znajdą się w prasie i książce. Choć korci, by opowiedzieć „światu” tak niezwykłą historię, którą żyję od bez mała dwóch tygodni. Ale nie mogę „spalić” sobie ani książki, ani artykułów.

Nie piszę szczegółowo o wizycie Szwagra, zwanego przeze mnie Szwagroszczakiem, który przyjechał załatwiać tzw. sprawy i jak zwykle ubawił mnie do łez. Ciągle głodny, a chudy jak szczapa. Posiadaniu lokatora stanowczo zaprzecza. Najbardziej jednak ubawił mnie tym, że spraw swoich nie załatwił i wiadomo było, że będzie jeszcze raz tu w tym celu jechał. Mówiłam mu, by został z tydzień, wtedy się wszystko wyjaśni i wszystko od razu załatwi, a z nami trochę pobędzie. Dla mnie to zawsze weselej i rodzina większa i generalnie lubię, jak przyjeżdża. No, ale Szwagroszczak uparł się wracać. I co? Że musi z powrotem przyjechać do Warszawy, bo wszystko na niego już czeka, dowiedział się, gdy był w autobusie relacji Warszawa – Śląsk. Dlatego wieczorem znów wsiadł w autobus, tym razem relacji Śląsk – Warszawa, i rano o piątej wylądował u nas na kanapie w postaci pół żywego trupa. Zostać na dłużej nie chciał, bo już był „podjarany” czymś innym, więc po południu znów wskoczył w autobus i pojechał na Śląsk. Gdy wieczorem zadzwonił, by dać znać, że jest w domu, oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spytała z kamienną twarzą i śmiertelną powagą, o której będzie jutro.

- Bardzo śmieszne – odparł i jak we czwórkę z nim, Ulubionym i Paniczem Synem zaczęliśmy się śmiać, tak końca śmiechu nie było. Ja wyobrażałam sobie wszystkie poranki ze Szwagroszczakiem pukającym do drzwi o piątej rano i padającym na twarz na kanapie z pierdzącym psem leżącym w nogach. Nie wiem, co wyobrażali sobie moi wszyscy trzej panowie. Panicz Syn, gdy rano zobaczył Szwagroszczaka, którego poprzedniego dnia pożegnał – dosłownie zaniemówił.

W każdym razie dzieje się wokół. Młyn jest cały czas i w zabieganiu to trudno myśli zebrać, a co dopiero napisać jakikolwiek w miarę rozsądny tekst blogowy. Tak więc tłumacząc długotrwałe milczenie – obiecuję poprawę!

Margines do połowy kartki

Pisałam kiedyś o kuratorze sądowym i jego blogu „Na marginesie życia”. Pisałam o nim dwukrotnie. Jakiś czas temu ukazała się książka opublikowana przez kuratora pod pseudonimem, a zatytułowana „Na marginesach życia”. To pokłosie bloga. Autor przesłał mi ją do domu wprawiając tym w rozczulenie. Jest to publikacja zawierająca wpisy z kuratorskiego bloga. Niestety nikt (chyba) nie pokusił się o to, by podesłać ją naszym posłom, senatorom, ani proboszczom. Wnioskuję tak, gdyż nadal obserwuję, czytając o tym, co dzieje się w kraju, skutki myślenia, że uda się ludzi nauczyć moralności poprzez straszenie ich piekłem i gniewem Bożym. Cóż… gdyby tak było, świat nie wyglądałby tak, jak wygląda.

Kurator w swoich wpisach, a teraz w książce, pokazał czytelnikowi Polskę bynajmniej nie jak z bajki, ale jak z horroru Wojciecha Smarzowskiego. Wielokrotnie rozmawiałam o tym „polskim piekiełku” ze znajomymi. I wielokrotnie okazywało się, że dopiero ta rozmowa ze mną sprawiała, że zaczynali dostrzegać świat, który dzieje się tuż obok – na (jak to świetnie określił kurator) marginesie życia.

Wśród wpisów kuratora jest jeden, który dla mnie do dziś jest najbardziej wstrząsający i w rozmowach ze znajomymi podaję tę historię, jako przykład patologii. Na kuratorskim blogu nosi tytuł „Worki gówna”. W książce jest zatytułowany łagodniej: „Jaś i Pawełek”. Jest wstrząsającą historią o tym, jak rodzice sprzedawali własne dziecko pedofilowi za flaszkę wódki. Co stało się ze świetliczanką, która to odkryła i doprowadziła do ukarania sprawców, a także poprawy losu dzieci? Jak napisał kurator: „Pani świetliczanka szybko zrezygnowała z pracy na tej wiosce. Dwa razy wybito szyby w świetlicy, ktoś obrzucał jej kamieniami samochód. Także mniej dzieci zaczęło do niech przychodzić, a starsze zaczęły ją wyzywać. Nie wytrzymała i odeszła. Złamała tabu, o którym wszyscy wiedzieli i wielu znienawidziło ją za to.”

Wielu z nas żyje w takim tabu. Godzi się na pewne rzeczy. Przymykamy oczy na sąsiada lejącego dzieciaki. Na matkę pijaczkę. Ja już na to się nie godzę, ale niestety też często z tego powodu podzielam los świetliczanki. Przykład najbliższy. Moja sąsiadka tłucze matkę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę kupę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę siusiu. Za to, że matka coś jej zje. Słuchałam tego, ale za którymś razem poinformowałam opiekę społeczną. Napisałam, że z obiema paniami jestem w konflikcie, ale czuję się w obowiązku zgłosić, ze coś jest nie tak. W końcu matka po 80-tce. Nie chciałabym, by pewnego dnia została zatłuczona. Sama nie mam rodziców. Byłoby mi wstyd, gdybym potem usłyszała, że nie reagowałam. Przesłałam na dowód swojej prawdomówności stosowne nagrania (dziś każdego można nagrać, a te wrzaski słychać u mnie dobrze i wyraźnie). Reakcja OPS była szybka. Niestety niewiele wniosła, bo matka nie przyznaje się, że jest bita. Żyją obie w dziwnej symbiozie i uzależnieniu jedna od drugiej. Nadal więc, co jakiś czas matka otrzymuje ciosy za swoje, czyli siusiu, kupę, czy zjedzenie. Jej los się nie poprawił. I tylko ja mam gorzej. Jej córka ciąga nas po sądach. Zawsze znajdzie jakiś powód. Od dwóch lat jest nim złamana w ogrodzie różyczka. Są też inne. Szkoda wymieniać.

Podałam ten przykład, bo to taki drobiazg. Taki margines. Problem jest jednak w tym, że od lat tego typu margines w naszym kraju się rozrasta. Nie mam na myśli sprawy mojej sąsiadki. To zresztą wykształcona kobieta. Nomen omen prawniczka. I zapewne chora psychicznie. Jednak z roku na rok wzrasta liczba innych, o wiele bardziej drastycznych spraw. Wszystko dlatego, ze patologia, o czym już wspominałam, namnaża się jak wirus! Stąd co jakiś czas czytamy, że matka latami zabijała swoje własne nowonarodzone dzieci, a ich płody trzymała w lodówce. Albo że zakopywała je na swojej posesji. Lub topiła je w pobliskim szambie. Ostatnio wyczytałam, że pewna mama zgłosiła się na pogotowie z noworodkiem w reklamówce. Urodziła, ale po odcięciu pępowiny zajęła się innymi czynnościami. Do szpitala z dzieckiem w siatce poszła po kilku godzinach. Oczywiście przyszła z trupem. No, ale w końcu, jak można w siatce trzymać wołowinę, czemu nie dzieciaka? To zapewne jej zdaniem też mięso. Nie była pierwszą, która tak zrobiła. Informacji o podobnych historiach znalazłam w sieci kilka. Za każdym razem mama była osobą niepełnosprawną intelektualnie. Oczywiście z tzw. patologicznego środowiska, w którym alkohol jest na porządku dziennym. I właśnie na tej podstawie mam wrażenie, że taki margines sięga już połowy kartki, która jest symbolem całej Polski. A my nadal nie wiemy co z nim zrobić. Nadal chcemy prymitywów nauczyć moralności katechizmem. A lekarzom wydaje się, że ich klauzula sumienia i odmówienie wykonania aborcji sprawi, że ludzie pokochają swoje dzieci z gwałtów i wpadek z diabli wiedzą kim. Mało tego, myślą, że ci ludzie pokochają swoje upośledzone dzieci i będą je w miłości chować. Moim zdaniem marne szanse, skoro mimo otwierania „okien życia” w gnojowiskach lądują dzieci, które urodziły się zupełnie zdrowe. Skoro te zdrowe nie znajdują miłości. Jakie szanse mają chore?

Mam wielki szacunek do profesora Chazana, o którym ostatnio głośno, ale chciałabym zobaczyć go w akcji, kiedy tym prymitywnym matkom tłumaczy, że mają pokochać swoje dzieci. Że on zaoferuje im pomoc. Warszawa to nie cała Polska. W Warszawie patologii sporo, ale też i więcej możliwości edukacji. Jak natomiast on wytłumaczy to wszystko, tym wiejskim matkom z popeegerowskich wsi, które rodzą w gnojowiskach, a u ginekologa nie były ani razu? Bo dla nich rozkładanie nóg przed pierwszym lepszym facetem nawet za flaszkę jest mniej obrzydliwe i naturalne niż rozkładanie ich przed ginekologiem?

A swoją drogą… czy ktoś zbadał, ilu jest w Polsce lekarzy, którzy teraz podpisali klauzulę sumienia, a wcześniej w czasach PRL „wyskrobali” sobie mieszkania czy domki z ogródkiem? Wiem. Pytanie nie na miejscu. To ono powinno wylądować w gnojowisku. Niestety o wiele częściej lądują tam dzieci. Margines? Też kiedyś tak myślałam. Ostatnio jednak zauważam, że w niektórych środowiskach powoli staje się pewną normą. A my udajemy, że tego nie widzimy. Co z naszą klauzulą sumienia. Czy też jest na marginesie życia?

PS A kto chce zrobić dobry uczynek. Niech kupi książkę kuratora jakiemuś twardogłowemu zwolennikowi nawracania patologii krzyżem, różańcem i katechizmem. (Książka jest łagodniejsza od bloga. mniej w niej ostrych sformułowań, które rażą wielu.) A potem niech da mi znać. Jakie ten ktoś ma wnioski po lekturze.  A przede wszystkim jakie pomysły, bo na tym najbardziej mi zależy. W końcu margines rośnie…

Spotkania, spotkania, spotkania

Wakacje. Dla mnie czas odpoczynku od spotkań autorskich. Lubię jeździć i spotykać się z czytelnikami, choć paradoksalnie im starszy czytelnik, tym mniej zadaje pytań. Wprawdzie kilka razy usłyszałam, że nie zadaje, bo wszystko tak opowiadam, że o nic pytać nie musi, ale… jest tyle możliwości. No nic. Czas wakacji, czyli czas bez  spotkań, to czas refleksji. Między innymi właśnie na temat spotkań. Czasem zastanawiam się czy zapraszający nie mogliby popatrzeć na to z naszego – autorów – punktu widzenia? O co chodzi? Kilka przykładów. Takie podsumowanie ostatnich lat. Wszystkie opisane sytuacje miały miejsce niejednokrotnie.

Sytuacja jedna: Jadę wiele godzin pociągiem gdzieś tam na drugi koniec Polski. Przyjeżdżam. Teoretycznie ktoś ma mnie odebrać z pociągu. Na peronie nikogo nie ma. Rozpoczynam poszukiwania. Najpierw biegam po peronie, potem po dworcu, bo komórką, która mi poddano nie jest do tej osoby, która z dworca mnie odbiera. Sprawa wyjaśnia się, ale zgrzana jestem do nieprzytomności od tego biegania.

Sytuacja druga: Przyjeżdżam samochodem gdzieś tam. Wchodzę do biblioteki. Ręce urywają się, bo w jednej torba z laptopem, w drugiej książki, a czasem jeszcze mam jedną torbę z książkami. W każdym razie drzwi otwieram pchając je barkiem lub nogą. Pani bibliotekarka wita mnie uśmiechnięta i… wyciąga na powitanie rękę. Którą rękę mam jej podać i jak to zrobić? Skoro obie zajęte torbami? Ulubiony mówi: „Podawaj nogę!”. No na to jeszcze nie wpadłam. Przeważnie mówię, że „przepraszam, ale ręce mam zajęte”. I wtedy pani odpowiada: „Rzeczywiście”. Co mnie tak potwornie śmieszy, że z trudem powstrzymuję się, by nie zacząć się śmiać.

Sytuacja trzecia: Znów przyjeżdżam samochodem gdzieś tam. Wchodzę do biblioteki. Ręce urywają się, bo w nich… cały wcześniej już opisany przeze mnie dobytek. Patrzy na mnie pani i pyta: „W jakiej sprawie?” „Nazywam się Małgorzata Karolina Piekarska i zaproszono mnie tu na spotkanie autorskie.” „Pani poczeka, bo ja nic nie wiem.” I stoję, jak debil z urywającymi się od toreb rękoma. Czekam. Jak przykazano. Po dziesięciu minutach słyszę. „Mówi pani prawdę. (To stwierdzenie wprawia mnie zawsze w świetnym humor. Chce mi się parsknąć śmiechem, ale jakoś się powstrzymuję.) Rzeczywiście ma tu pani spotkanie. Ale szefowej nie ma. Musimy sobie jakoś poradzić”. No… skoro musimy… jakoś sobie radzimy… Ale ja mam cały czas uśmiech od ucha do ucha, bo nie mogę utrzymać powagi.

Sytuacja czwarta: Przyjeżdżam czymś tam i stoję przed grupą słuchaczy gotowa do spotkania. Pani Bibliotekarka postanawia mnie zapowiedzieć. Przedstawia więc, że jestem… Elizą Piotrowską albo… Karoliną Korwin Piotrowską, albo… Katarzyną Marią Piekarską. Jest mi głupio, że muszę to prostować, bo pani bibliotekarka zawsze wtedy jest czerwona na twarzy. Ale nie mogę przecież prowadzić spotkania pod innym nazwiskiem.

Sytuacja piąta: Przyjeżdżam samochodem. Nie jest to moje ostatnie spotkanie tego dnia. Z tego miejsca mam pędzić jeszcze gdzieś. Pada pytanie: „Może kawy?” Przeważnie odmawiam, bo gdy kilka razy poprosiłam, to mi ją przyniesiono w połowie spotkania, a mnie jest głupio pić kawę przy ludziach, którzy kawy nie dostali, a być może też by chcieli. Inaczej jest z wodą dla tzw. prelegenta, czyli mnie. Przeważnie jest i czeka, ale bywa, że to ja proszę o szklankę wody. Zdarza się niestety, że dostaję zakręcone na amen dwa litry (czasem nawet dwa i pół) mineralnej. Zero szklanki. Że nie jestem tego w stanie odkręcić, orientuję się w połowie spotkania, kiedy z wyschniętym ozorem aprobuje kręcić zakrętką. Zrezygnowana odstawiam butelkę. I tak trwam na posterunku o suchym pysku do końca.

Sytuacja szósta: Przyjeżdżam na drugi koniec Polski. Nie ważne czy samochodem czy pociągiem. Wykończona podróżą padam na twarz w hotelu. Następnego dnia mam trzy spotkania. Pierwsze po ósmej rano. Gdy docieram na trzecie, a jest to z reguły około 14-tej, kiedy młodzież chce iść do domu, słyszę pytanie jednego młodego człowieka (czasem dwóch): „Proszę pani długo to potrwa?” (Boże! Ileż razy coś takiego słyszałam! Zawsze na zabitej dechami wsi, do której trudno trafić i wątpię, by mieli tam jakieś inne atrakcje poza piwem w krzakach). „Jak dla mnie może pięć minut – odpowiadam. – Bo ja tu jestem dla was a nie wy dla mnie. Będzie więc spotkanie trwało tyle, ile sobie zażyczycie.” Pewnego razu nawet dodałam: „Jeśli w ciągu pięciu minut was nie zaciekawię upoważniam do rzucenia we mnie zgniłym jajem”. Zawsze zapada krępująca cisza. Młody człowiek nie wie czy żartuję, czy mówię poważnie. Spotkanie trwa godzinę. Raz taki młody człowiek został jeszcze przed rozpoczęciem spotkania odesłany do szkoły z jakąś karteczką. Musiał siedzieć w szkole do końca lekcji. Zupełnie sam. W szkolnej bibliotece czy gdzieś tam. Nauczycielka ukarała go w ten sposób za zadawanie mi głupich pytań. Jeszcze nikt nie rzucił we mnie jajem.

Nie. Nie narzekam. Po prostu opisuję fakty. Fakty, z których zawsze potem się śmieję i opowiadam, jako anegdoty ku uciesze znajomych. Gdy przyjaciółce z dzieciństwa opowiedziałam historię „pani, w jakiej sprawie?” powiedziała: „Trzeba było odpowiedzieć, że w sprawie liści. A na pytanie, jakich liści odpowiedzieć: tych, którymi się dupę czyści”. Sęk w tym, że ja nie lubię być niemiła. Zwłaszcza w stosunku do bogu ducha winnych bibliotekarek, które czasem po prostu są odrealnione w swoich poczynaniach. Kładę to zawsze na karb zaczytania się. A spotykające mnie „kwiatki” uważam w sumie nawet urokliwe. Szkoda, że postrzegam to dopiero wtedy, gdy już odpoczną mi ręce, te urywające się od książek, laptopa itp. I gdy siedzę już w domu. Wypoczęta po podróżach.

Oczywiście oprócz tych absurdalnych i czasem groteskowych sytuacji anegdotycznych jest też cała masa, a nawet przeważająca większość innych, kiedy jest cudownie, bibliotekarki, które zawsze kocham miłością wielką okazują się empatyczne, pomagają mi nosić torbę, witają mnie obiadami, pieką dla mnie ciasta, dostaję od nich i ich czytelników laurki, kwiaty, ręcznie robione upominki, które potem w domu przypominają mi te spotkania. Tylko, że to, co miłe i cudowne, jest nie do opowiadania, bo można spotkać się z zarzutem, że się chwalę. A poza tym jest mało absurdalne. A ja tu przecież o absurdach mam pisać.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej


Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy