Sanatorium dla opornych, czyli płacę i… niedomagam

Pierwszy raz w życiu pojechałam do sanatorium. Powód banalny. Ponad miesiąc temu bolało mnie za mostkiem. Oczywiście jak każdy w tej sytuacji myślałam, że to zawał, nerwica etc. Miałam ku temu powody. Praca i obowiązki zawodowe. Wpisałam w Google „sanatorium dla znerwicowanych” i wyskoczyła mi oferta „Włókniarza” w Busku Zdroju. Pomyślałam: czemu nie? Była akurat jakaś promocja na tygodniowy turnus z 30 zabiegami, więc… zarezerwowałam i zgodnie z życzeniem placówki wpłaciłam 300 złotych zadatku. Potem okazało się, że to, co mi dolega to zapalenie błony śluzowej jelita i nie ma nic wspólnego z nerwami, ale… uznałam, że i tak pojadę. Zgodnie z poleceniem sanatoryjnym wykonałam EKG, badanie krwi, moczu i RTG klatki piersiowej. Pomyślałam, że sanatorium jest też dla chorych na kręgosłup, a zwyrodnienia mają chyba wszyscy po 25 roku życia. Poza tym leczą tu stresy i przemęczenia, a ja jestem przemęczona. I tak przyjechałam.

Już na wstępie okazało się, że sanatorium nie jest dla tych, którzy tu jadą pierwszy raz. Musiałam domyślać się takiej masy rzeczy, że gdybym miała inny charakter zdechłabym z głodu, umarła ze zgryzoty lub nerwów.

Zaczęło się od tego, że: w piśmie, które dostałam podczas rezerwacji napisano, że turnus zaczyna się 14 sierpnia w niedzielę kolacją. Nie napisano jednak, o której ta kolacja. Brałam wszystko na logikę, więc pomyślałam, że kolacja jest pewnie między 18:00 a 19:00 i przyjechałam na miejsce o 18:30. Tymczasem w weekendy i święta kolacja jest o 17:00 czego w życiu bym się nie domyśliła. Na wstępie zostałam delikatnie zbesztana za spóźnienie, ale zlitowano się nade mną i dostałam do pokoju kilka plasterków wędliny, chleb, masło i herbatę. Na talerzu było też ciasto, które następnego dnia oddałam sprzątaczce, bo nie przepadam za ciastami.

A tak to wyglada #sanatoriumwlokniarz #wlokniarz #buskozdroj #sanatorium

Zaraz po przyjeździe kazano mi pójść i zapłacić za resztę pobytu. Z góry. Powiedziałam, że nie jestem przygotowana na zapłatę gotówką i to natychmiast. Zwróciłam uwagę, że w liście, który otrzymałam nie było mowy o tym, że mam z góry zapłacić za całość. Poinformowałam, że zapłacę w połowie turnusu. Zgodzili się.

Pokój, który mi przydzielono uznałam za odpowiedni. Miał biurko, a to dla mnie ważne. Miał też nawet komputer, ale nie korzystałam z niego. I tak wzięłam swój. Miałam trochę rzeczy do napisania. Wzięłam nawet deskę do pisania w łóżku, ale ponieważ wolę pisać przy biurku, więc obecność biurka mnie ucieszyła.

Pani ma relaks! #sanatorium #buskozdroj #wlokniarz #sanatoriumwlokniarz

Na łóżku w pokoju leżały dwa ręczniki, jeden szamponik jednorazowy i malutkie mydełko, a także kawałek zielonej flizeliny o wymiarach metr na półtora. Do czego służy? Nie miałam pojęcia, ale na wszelki wypadek schowałam w szufladzie biurka. Odkryłam w niej instrukcję korzystania z sanatorium. Przeczytałam ją w całości. Było tam napisane, że korzystanie z internetu kosztuje 45 złotych doba, co sprawiło, że ucieszyłam się z tego, iż wzięłam swój komputer i swój Internet. Wyczytałam też, by na zabiegi nie brać biżuterii, no i że nie wolno siusiać do basenu, smarkać tam i włazić do wody z menstruacją. Uznałam, że skoro napisali te ostatnie trzy oczywistości, to znaczy, że ktoś już tu siusiał do basenu, smarkał i właził z menstruacją. Nie wiedziałam jednak, że instrukcja nie zawiera całej masy informacji, bez których przez pierwszy dzień trwania zabiegów będę się miotać po sanatorium jak przysłowiowy kot z pęcherzem.

W recepcji na specjalnej kartce zapisano mi numer pokoju, numer stolika oraz nazwisko lekarza prowadzącego i godzinę, o której następnego dnia mam przyjść na pierwszą wizytę. To wtedy zostaną mi przepisane zabiegi. Na tę wizytę zostałam zapisana na 15:40. Był poniedziałek 15 sierpnia, a więc święto. Na wizytę przyszłam punktualnie, a tu… kolejka. Pacjenci zostali zapisani co 10 minut, ale np. na 15:30 zapisano czteroosobową rodzinę. Lekarz zaczął z opóźnieniem. I tak w kolejce do doktora w sanatorium, za które płacę z własnej kieszeni, bo nie mam ubezpieczenia w ZUS, spędziłam półtorej godziny. A przecież zawsze słyszałam, że naturalnym jest, że kiedy płacę – to wymagam!

Do lekarza dostałam się na 5 minut przed kolacją, którą tego dnia podawano o 17:00, bo przecież święto. Pan doktor, bardzo zresztą miły, spytał co mi dolega. Opowiedziałam w skrócie, bo za mną w kolejce jeszcze czekali ludzie i nie chciałam być niekoleżeńska. Pan doktor uśmiechnął się i powiedział, że jakieś zabiegi dla mnie znajdzie. Prawdę mówiąc byłabym zdziwiona, gdyby nic nie znalazł, skoro za to płacę. Zaordynował: gimnastykę w basenie, grotę solno-jodową, kąpiele siarczkowe, masaże i kriokomorę. Pobiegłam do pielęgniarek z lekarskimi zaleceniami. Powiedziano mi, że rozpiska zabiegów zostanie mi przyniesiona do pokoju. Po kolacji zdecydowałam się pójść na zabawę przy grillu. W ciągu dnia podczas spaceru po ośrodku (to największe podobno sanatorium w Polsce) ujrzałam bowiem stanowisko do grillowania z miejscem do tańców i przezabawnym napisem na ścianie: „Zakaz wnoszenia i spożywania napojów alkoholowych i innych niezakupionych w naszym bufecie. W czasie zabawy przy grillu obowiązuje konsumpcja. Życzymy dobrej zabawy.” Uznałam, że to może być coś ciekawego zobaczyć miejsce, w którym jest się zmuszanym do konsumpcji. Ulubiony też powiedział, że muszę tam pójść i zdać mu relację. A jedna z przyjaciółek uśmiała się i też poleciła iść i koniecznie przesłać zdjęcie tabliczki, bo nie chciała wierzyć, że coś takiego można napisać. Jak widać można. No i miałam jej opowiedzieć o sanatoryjnych amantach i amantkach, bo – jak powiedziała – do sanatorium nie wszyscy przyjeżdżają się leczyć. Wiele osób przyjeżdża na podryw. Nie chciało mi się wierzyć. W poczekalni do lekarza siedziały właściwie niemal same kaleki. Miałam zresztą z tego powodu wyrzuty sumienia, że tu jestem. To dlatego skróciłam własną wizytę u lekarza do niezbędnego minimum. Wychodząc z pokoju znalazłam w drzwiach rozpiskę zabiegów. Zdziwiło mnie, ze nikt nie zapukał, by mi ją dać. Przecież byłam w pokoju. Zrezygnowana schowałam rozpiskę i poszłam w kierunku grilla. Po drodze napotkałam jakiegoś pana, który stamtąd wracał. Mijając mnie powiedział:

- Nie ma na kim oka zaczepić ani w jedną ani w drugą stronę.

Myślałam, że źle słyszę lub czegoś nie zrozumiałam, więc poprosiłam o powtórzenie. Pan powtórzył i dopiero po chwili do mnie dotarł sens jego słów. Od razu zresztą oniemiałam! Naprawdę ludzie do sanatorium jeżdżą na podryw! Pan szukał atrakcyjnych kobiet! A tu nie ma na kim oka zaczepić.

No to piję piwo ;) #sanatoriumwlokniarz #wlokniarz #buskozdroj #sanatorium #uzdrowisko

Na grillu spotkałam panów, z którymi los posadził mnie w jadalni przy jednym stoliku. Dosiedliśmy się do jednego ze stołów, przy których biesiadowali jacyś ludzie. Zmuszona tabliczką do konsumpcji zamówiłam piwo. Poobserwowałam tańce, do których przygrywał zespół śpiewający na żywo największe hity disco-polo. Nawet nagrałam kawałek, bo znów myślałam, że źle słyszę. Po 21:00 poszłam do pokoju. Rano o 7:15 czekał na mnie basen, a ja musiałam jeszcze kupić czepek.

Następnego dnia wstałam o 6:00. Szybciutko umyłam się, założyłam klapki i po wypiciu kawy pobiegłam na poszukanie czepka. Miałam ze sobą 20 złotych w papierku. Sanatorium „Włókniarz” to cztery wielkie budynki. Trzy hotelowe, z czego mój A1 to tzw. luksusowy dla tych, co płacą za pobyt, oraz budynek gdzie odbywają się zabiegi, czyli gmach tzw. Zakładu Przyrodoleczniczego. Pomiędzy wszystkimi budynkami są łączniki, więc by korzystać z zabiegów nie trzeba wychodzić na zewnątrz. Szybko dowiedziałam się gdzie jest sklep, ale okazało się, że on akurat jest na zewnątrz. Pobiegłam do niego tak jak stałam i wyczytałam, że czynny jest od 10:00. Na szczęście pani w recepcji Budynku A powiedziała, że czepek mogę kupić tuż przed wejściem na basen. Pobiegłam więc na parter Zakładu Przyrodoleczniczego, gdzie mieści się basen. Tam okazało się, że aby kupić czepek trzeba mieć 5 złotych w monecie, bo czepki sprzedaje automat. Skąd wziąć 5 złotych? Nie tylko nie mam przy sobie, ale nie mam też w pokoju. Na basenie nikt nie ma pieniędzy. Polecono mi pobiec do kasy do Bloku A na I piętro. Pobiegłam. Rozmienić 20 złotych udało mi się to na 10 minut przed rozpoczęciem zajęć na basenie. Szczęśliwa kupiłam czepek i… pobiegłam na basen. A tam… zażądano karty zabiegów. Tymczasem ja zostawiłam ją w pokoju. Jakiś pan zaczął na mnie pokrzykiwać, że oczywistym jest, że takie karty się ze sobą bierze. Odpowiedziałam, że jestem pierwszy raz w sanatorium, a to mój pierwszy zabieg. Nie wiedziałam. Myślałam, że skoro dostaję listę zabiegów wydrukowaną z systemu z komputera, to w każdym pokoju zabiegowym jest komputer i można to sprawdzić, czy to mój zabieg czy nie. Pan powiedział, że tu w pokojach lekarze komputerów nie mają. Rada nie rada pobiegłam więc do swojego pokoju po kartę z rozpisanymi zabiegami. Nie wiem, jak zrobiłam to w 5 minut, bo do pokonania miałam dwa piętra w górę w Zakładzie Przyrodoleczniczym, potem łącznik do Bloku A1, a potem znów dwa pietra w górę, ale udało się. Po schodach przeskakiwałam po dwa stopnie, choć w klapkach nie było mi wygodnie. Ale na 5 minut przed zajęciami wróciłam z kartą. Wtedy dowiedziałam się, że przy wejściu do szatni mam zmienić buty na klapki, a ponieważ przyszłam już w klapkach to musiałam wrócić się po inne buty, przyjsc w innychbutach i przed wejściem na basen zmienić je na klapki. I tak spóźniłam się na pierwszy zabieg. Na szczęście gimnastyka w basenie trwa 30 minut, więc i ja się załapałam. po prostu zaczęłam od drugiego ćwiczenia. Potem okazało się, że wszyscy przychodzą w klapkach, a przychodzenie w innych butach jest wymagane, gdy ktoś przychodzi z zewnątrz a nie ze swojego pokoju. Osobą, która wprowadziła mnie w błąd, był oczywiście pan kuracjusz, który tak zbeształ mnie za brak karty zabiegów.

Po tym doświadczeniu postanowiłam pobiec do pokoju pielęgniarek i dopytać się o wszystko czego mogę nie wiedzieć i nie domyślić się. Co potrzebuję mieć ze sobą na poszczególne zabiegi? I tak usłyszałam, że: do groty solno-jodowej potrzebuję sweter. Na masaż potrzebuję zielone prześcieradło z pokoju, czyli tę zieloną flizelinową tkaninę. Mam ją brać na wszystkie masaże. Do kąpieli siarczkowej mam wziąć ręcznik, by mieć się czym wytrzeć, a do kriokomory mieć dwie pary grubych skarpet, kostium bikini (im bardziej skąpy tym lepiej) oraz opaskę na uszy. To czego mi brak mogę kupić w tym sklepie czynnym od 10:00.

Co okazało się w praktyce? Do groty solno-jodowej nie tylko przydaje się sweter, ale też wchodzi się tam w ochraniaczach na obuwie. Dostaje się je przed pierwszym zabiegiem i mają starczyć do końca pobytu w sanatorium. Tymczasem, ponieważ klapki po basenie były wilgotne, więc przyszłam w innych klapkach, takich na obcasie. Od razu tymi obcasami zrobiłam w ochraniaczach dziury. Próbowałam dowiedzieć się gdzie kupić nowe ochraniacze, ale pani z obsługi tylko się kpiąco uśmiechnęła. To, że na ścianie za schodami wisi automat, w którym są ochraniacze po 1 zł, zauważyłam później. Oczywiście w portfelu nie miałam całej złotówki i też musiałam biegać do kasy po zmienienie mi dwóch pięćdziesięciogroszówek na monetę jednozłotową.

Idę na krioterapię. #sanatoriumwlokniarz #wlokniarz #buskozdroj #sanatorium #uzdrowisko

A kriokomora? Po pierwsze nikt nie powiedział mi, że kriokomora jest nie dla każdego. Szybko okazało się, że jestem tym, dla kogo na pewno nie jest. Ale po kolei. Jak wyglądał sam zabieg? W szatni musiałam rozebrać się do naga i ubrać w kostium bikini, na ręce i nogi nałożyć wełniane podkolanówki, a na uszy opaskę. Całość kosztowała mnie 50 złotych.Na  szczęście mogłam to kupić w tym sklepie czynnym od 10:00. Potem zgodnie z zaleceniem dobrałam sobie chodaki. Od pani obsługującej kriokomorę dostałam maseczkę na twarz. Wreszcie miałam wejść do kriokomory. Tu wchodzi się parami. Ze mną wchodziła młoda dziewczyna. Moja panika zaczęła się już przed niskimi drzwiczkami prowadzącymi do korytarza. Drzwiczki otworzyły się, a moje nogi owiał przeszywający ziąb. Potem miałam zejść dziesięć schodków w dół w zupełnej mlecznej i lodowatej mgle. Na dole miałam stanąć przed drzwiami i stać tak 30 sekund. To tak zwana adaptacja. Temperatura tu wynosiła już -60 stopni Celsjusza. Dygotałam. Ale chciałam być dzielna. Dlatego po chwili, na sygnał, gdy otworzyły się drzwi i wyszedł ze środka jakiś pan, wraz z tą młodą dziewczyną i ja weszłam do kriokomory. Tam temperatura wynosiła -120 stopni. Dygotałam podwójnie. Chyba nawet nie z mrozu, ale ogarnęło mnie przerażenie. Bałam się, że zaraz świat się skończy, umrę etc. Nawet nie umiem wyjaśnić czemu tak się przeraziłam. To podobno typowy atak paniki. Łzy same leciały mi po twarzy. Po kilku sekundach zaczęłam się bać jeszcze bardziej, choć nie przypuszczałam, że jeszcze bardziej można. Ale wyczytałam, że w kriokomorze trzeba być zupełnie suchym, by nie nabawić się odmrożeń, a tu z oczu lecą łzy. Twarz mam więc mokrą. Zaraz coś złego się stanie. Liczyłam do sześćdziesięciu, by wiedzieć, kiedy minie ta cholerna minuta, ale choć skończyłam liczyć, zbawienny dzwonek nie nadchodził. Wreszcie nadszedł. Nie wiem jak wyszłam stamtąd. Ani tym bardziej jak zdołałam wdrapać się na górę po schodach i jak znalazłam swoją kartę. W szatni potwornie ryczałam. Po ubraniu się i wyjściu, nagle dowiedziałam się, że po kriokomorze muszę mieć 30 minut gimnastyki. Nikt mi o tym nie powiedział, a na zabieg (jak i na większość) przyszłam w długiej spódnicy. Jest wygodna, bo zakłada się ją w sekundę. To rodzaj fartucha wiązanego wokół pasa. Zapłakana spytałam panią, co mam zrobić w związku z tym, że mam spódnicę, a nikt mi nie powiedział, że powinnam mieć dres czy cokolwiek do ćwiczeń. Pani niezbyt przejęła się moim stanem, a na moje pytanie odpowiedziała, że mogę wsiąść na rower, a spódnicę zarzucić sobie na ramiona.

- Będzie dobrze – dodała i poszła do innych pacjentów.

I tak zapłakana wsiadłam na rower i z zarzuconą na ramiona spódnicą pedałowałam ile sił. Gdy doszłam do pokoju ryczałam aż do kolacji. Wreszcie poszłam do pielęgniarki.

Nigdy więcej kriokomory #uzdrowisko #sanatorium #buskozdroj #wlokniarz #sanatoriumwlokniarz

- Nie chce więcej kriokomory. Nie ma żadnej siły, która by mnie zmusiła, żebym tam weszła – powiedziałam.

Pielęgniarka pokiwała głową ze zrozumieniem i kazała iść rano do lekarza. Tuż po basenie, a przed śniadaniem poszłam. W międzyczasie przeczytałam w internecie, że jak ktoś, tak jak ja, jest ciepłolubny, nie znosi mrozów i zimy, a uwielbia upały to kriokomora nie jest dla niego. Wyczytałam też, co jeszcze oferuje sanatorium. Znalazłam saunę. Dlatego podczas wizyty spytałam lekarza, czy może mi zmienić kriokomorę na saunę. Zgodził się bez wahania. Podmieniono mi zabiegi. Tego dnia odżyłam, ale dopiero po saunie, którą miałam o 15:00.

Jednak to wszystko to nie był koniec kłopotów. Pozostała sprawa płatności. Kasa w sanatorium jest czynna w tych godzinach, w których są zabiegi. Przeważnie między jednym zabiegiem a drugim miałam 10 minut, więc nie było mowy o tym, bym pobiegła do kasy i opłaciła. Zaś wtedy, gdy miałam tego czasu więcej – kasa była już zamknięta. Pobiegłam do recepcji spytać, czy mogę zapłacić za sanatorium przelewem. Powiedziano, że tak. Zleciłam więc przelew, ale… okazało się, że do kasy i tak muszę pójść. Po fakturę, no i żeby dopłacić za ostatnią noc. Bez tej dopłaty musiałabym opuścić sanatorium przed 7:00 rano w niedzielę i bez śniadania. Po kilku dniach nadszedł moment, kiedy miałam dłuższą przerwę między zabiegami. Zapewne dlatego, że już sprawniej poruszałam się między pokojem, a Zakładem Przyrodoleczniczym. Pobiegłam więc do kasy. Powiedziałam, że w niedzielę rano chcę jeszcze zjeść śniadanie i opuścić pokój dopiero potem. Pani poinformowała, że mam iść do recepcji i dowiedzieć się ile mam dopłacić, bo jestem w ramach oferty promocyjnej i ona nie wie jakie stawki obowiązują w takiej sytuacji. Spytałam, czy nie może tego sprawdzić przez telefon. Naprawdę mam biegać po gigantycznym sanatorium, jak ten kot z pęcherzem? Płacę przecież ciężkie pieniądze, a traktowana jestem jakbym zrobiła tu komuś krzywdę. Pani popatrzyła na mnie z politowaniem i westchnąwszy zdecydowała się jednak zatelefonować na tę recepcję, na którą przed chwilą kazała mi biec. Okazało się, że za nocleg mam dopłacić złotych 65, a za śniadanie 25 złotych.

Sanatorium okazało się dla mnie miejscem dość szokującym także ze względu na obsługę pokoi. Jak wspomniałam, pierwszego dnia w pokoju znalazłam jeden malusieńki szampon i jedno malusieńkie mydło. Były też dwa ręczniki – duży i mały oraz flizelinowe prześcieradło. Następnego dnia przyniesiono mi szlafrok. W połowie pobytu przyszła pani zmienić ręczniki i zdziwiła się, że nie mam łazienkowego dywanika pod stopy.

- Nie było go – powiedziałam zgodnie z prawdą.

- To, czemu pani nie zgłosiła? – Spytała pani pokojowa.

- A skąd ja miałam wiedzieć, że on powinien tu być?

Pani pokojowa nic nie odpowiedziała, tylko zadała drugie pytanie. Tym razem o ścierkę do naczyń. Odparłam, że nie mam, a w ogóle to kupiłam sobie ręczniki papierowe. W odpowiedzi na to pani pokojowa wręczyła mi ścierkę. Zrozumiałam, że taka ścierka powinna była być w pokoju.

W piątek, przedostatni dzień zabiegów, pani pokojowa (chyba zupełnie inna niż poprzednia) przyszła znów. Tym razem po to, by podpisać sprawdzenie pokoju. Zdziwił mnie ten zwyczaj, ale jak mus to mus. Pani pozaglądała mi do łazienki i spytała ile mam ręczników. Powiedziałam, że dwa tutejsze i dwa swoje.

- Nie miała pani dodatkowych?

- Nie. Nie wiedziałam, że mogę poprosić – odpowiedziałam.

Pani wzruszyła ramionami, podpisała mi kartę zabiegów (moim piórem zresztą, nie wiem czym by podpisała, gdybym nie miała przyborów do pisania) i poszła. Po pięciu minutach znów usłyszałam pukanie do drzwi pokoju. Tym razem pani pokojowa wprowadziła pana informatyka do… zepsutego komputera. Powiedziałam, że pan nie jest tu potrzebny, bo mam swój komputer, a z tego co jest w pokoju nie korzystam, ale zostałam zgromiona wzrokiem. Pan poinformował mnie, że i tak musi do tego komputera zajrzeć (szkoda, że nie może zrobić tego, gdy wyjadę). Rzucił na moje łóżko jakieś pudełka z komputerowymi częściami i dosłownie wysadził z krzesła. Zdążyłam zamknąć swój laptop. Pan zaś zaczął grzebać w tutejszym komputerze stacjonarnym. Nie wiedząc co mam ze sobą zrobić położyłam się na łóżku i zajęłam czyszczeniem wiadomości w telefonie. Pan przez ten czas coś instalował. W pewnym momencie spytał, czemu nie korzystam z tutejszej sieci internetowej. Odparłam, że czytałam w informatorze, iż kosztuje to 45 złotych za dobę. Pan odparł, że teraz jest za darmo. Tym razem ja wzruszyłam ramionami. Pan zachęcał do korzystania z tutejszej sieci, ale odpowiedziałam, że nie jest mi to potrzebne, bo mam swój Internet. Pomyślałam przy tym, że to zachęcanie jest dla mnie podejrzane – to raz. A instrukcja obsługi sanatorium, która znajduje się w biurku jest nieaktualna – to dwa. Po chwili pan poszedł sobie, a ja zostałam sama z kolejną myślą, że ja tu płacę i wymagam, ale chyba niedomagam. Szczególnie umysłowo. Nie jestem w stanie tego wszystkiego co się tu dzieje ogarnąć. Jak to jest, że za takie pieniądze jestem traktowana, jak zło konieczne i niemal wszyscy tutaj robią mi łaskę?

Co najciekawsze, to na dwa dni przed wyjazdem dowiedziałam się, że jako pełnopłatny klient mam posiłki lepsze niż ci opłacani przez NFZ. Lepszy mam też pokój, milszą obsługę etc. Powiedziała mi to pani, która zawsze przyjeżdżała i płaciła, a w tym roku po raz pierwszy przyjechała na ubezpieczenie, bo jest tu z mamusią staruszką, która skierowanie dostała od lekarza. 

W tym sanatorium codziennie przypomniał mi się stary kawał mojego Ojca o dwóch przyjaciołach, którzy mieli kłopot z nadwagą i ciągle się odchudzali. Pewnego dnia spotkali się i jeden z nich był chudziutki. Drugi pyta:  

- Jak to zrobiłeś, że jesteś taki chudy?

- Poszedłem do naszej przychodni i lekarz skierował mnie na taką terapię. Poszedłem, a tam w pokoju z pięknym łóżkiem z baldachimem czekała na mnie ponętna, naga blondynka, która powiedziała: „złapiesz mnie, to będę twoja.”
- No i co? Złapałeś ją?
- Nie. Goniłem wiele godzin i nie złapałem, ale za to sam widzisz, że schudłem.
Koledzy spotkali się po miesiącu. Ten drugi był jeszcze chudszy niż ten pierwszy miesiąc wcześniej i mówi do przyjaciela z pretensjami w głosie:
- Aleś mnie zrobił w konia. Poszedłem jak polecałeś, ale zamiast pięknej ponętnej, nagiej dziewczyny i łóżka z baldachimem była klatka z łożem madejowym, a w niej wielki Murzyn z kijem baseballowym, który powiedział: „Złapię cię i będziesz mój!”
- Stary! Musiałeś ty pewnie poszedłeś na to z ubezpieczenia, bo ja to byłem prywatnie.

Ale ja w tym sanatorium też byłam prywatnie. Najgłupsze jest to, że pewnie tu wrócę. Dlaczego? Bo zabiegi (poza kriokomorą) były super, a dowiedziałam się, że to co tu mnie spotkało to LUKSUS w porównaniu z innymi sanatoriami. Jeśli tak, to wolę już nie poznać tych innych.

PS Gdy wyjeżdżałam tak zmęczyłam się znoszeniem bagaży (choć jest winda i wózek bagażowy), że nie wiem czy korzyści z zabiegów szlag nie trafił. Że też sanatorium dla ludzi z chorym kręgosłupem nie ma usługi typu tragarz. Zapłaciłabym. W końcu i tak wszystko było na mój koszt.

Zmartwychwstanie stulatka

To film, który robiłam ponad półtora roku, bo same zdjęcia trwały półtora roku. Dokładnie tyle – ile remont instrumentu.

Zmartwychwstanie stulatka”

emisja na antenie TVP WARSZAWA: 22 sierpnia g. 21:15

Można będzie oglądać online na stronie 
http://warszawa.tvp.pl/

scenariusz, reżyseria, zdjęcia i dźwięk: Małgorzata Karolina Piekarska
montaż: Bożena Świerż
kierownictwo produkcji: Barbara Kubicka
Występują: Bogdan Bąberski, Mariola Bąberska, Marek Michalski, Piotr Majchrzak, Małgorzata Karolina Piekarska i Zacharjasz Muszyński.

To mój osobisty, autorski film dokumentalny przedstawiający historię stuletniego pianina i jego renowację. Pochodzące prawdopodobnie z szabru pianino szczecińskiej firmy Ewald Herzog trafiło do jej rodziny w 1945 roku. Zakupione w 1945 roku przez Eugeniusza Chodkowskiego dla siostrzeńca Andrzeja Przytulskiego było używane przez prawie 40 lat. Od śmierci właściciela, czyli od lat osiemdziesiątych instrument stał nieużywany i służył za mebel. Wreszcie rodzina podarowała je autorce filmu i tu zaczęła się nowa historia instrumentu. Stare, zdezelowane pianino po półtora roku prac konserwatorskich w pracowni mistrza Bogdana Bąberskiego, wreszcie zmartwychwstało. Jak brzmi?

image1 (3) Film jest opowieścią nie tylko o pianinie, ale też o spełnianiu się marzeń. O pianinie marzyłam całe życie. Wreszcie mam. Próbuję nawet grać.

Cudowny sposób na wolny czas?

Zadzwonił do mnie dziś pewien pan, który przedstawił się, powiedział, że dzwoni z pewnego centrum medycznego i uprzejmie zaprasza na bezpłatne badania medyczne w niedzielę 21 sierpnia. Nie mam zwyczaju rzucać słuchawką. Staram się każdego takiego rozmówcę przekonać, że nie jest dobrym pomysłem domokrążne dzwonienie do ludzi i wciskanie im czegokolwiek. Tak zrobiłam i tym razem, pytając najpierw uprzejmie grzecznego pana, skąd ma mój numer. Pan przyznał, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego uprzejmie powiedziałam, by najpierw się dowiedział, by miał się na kogo powołać, a dopiero potem do mnie w tej sprawie dzwonił, a tak w ogóle nie jestem tym wszystkim zainteresowana. Pan jednak był nieugięty, gdyż usłyszałam od niego, że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak atrakcyjne ma dla mnie prezenty za to, że przyjdę i się przebadam! Gdy spytałam, go czy z kolei on zdaje sobie sprawę z tego gdzie ja te prezenty mam, usłyszałam, że domyśla się, ale mimo tego namawia mnie na te badania, bo to przemiła forma spędzenia niedzieli. Z tegoż powodu odpowiedziałam mu, że znam milsze formy spędzania niedzieli niż badania lekarskie i spytałam, czy nie mógłby docenić tego, że na dźwięk jego propozycji nie rzuciłam słuchawką, co robią niemal wszyscy moi znajomi, ale grzecznie informuję, że nie jestem zainteresowana. Prawda jest bowiem taka, że do tej pory nie poznałam nikogo, kto by po takich telefonach zechciał skorzystać z tych ofert zwanych przeze mnie domokrążnymi.

Opisuję to wszystko nie dlatego, że liczba tych telefonów, a także SMS’ów, wzrasta w zastraszającym tempie (wczoraj dostałam SMS z zaproszeniem na… botox!), ale dlatego, że do wczoraj nie wiedziałam, że badania lekarskie są cudowną formą spędzania wolnego czasu.

Miejsce święte?

Kilka lat temu pewna bibliotekarka po spotkaniu autorskim spytała mnie, czy chciałabym żyć w XIX wieku. Zdziwiło mnie to pytanie.

- Tyle pani o nim opowiada, więc stąd taka moja refleksja – wytłumaczyła.

Cóż… rzeczywiście sporo o tym mówię, ale ze względów na ciekawą historię, obyczaje etc. Nie znaczy to jednak, że chciałabym cofnąć się w czasie. Zwłaszcza, że wtedy miałabym poważny problem z robieniem tego co robię. Musiałabym bez przerwy rodzić dzieci, być może mężowi, którego bym nie kochała, a na dodatek być może nie mogłabym się kształcić. Jest jednak coś w zamierzchłych czasach, co mi się podobało. To pewien obyczaj, który zapewniał nam bezpieczeństwo i w XIX wieku, a zwłaszcza poprzednich jeszcze obowiązywał. Nazywał się „miejsce święte”. Był nim kościół i cmentarz. Ten, kto bezcześcił kościół lub cmentarz podlegał najwyższej karze i społecznemu ostracyzmowi. Bo przez wieki to kościół był tym miejscem, w którym schronienie się w czasie wojny gwarantowało ludziom przeżycie. W kościele nikt na nikogo ręki by nie podniósł, ze strachu przed wiecznym potępieniem. Nie do pomyślenia też było podpalenie świątyni w celu wykurzenia z niej tych, którzy się tam ukryli. Nie do pomyślenia byłoby wtargnięcie tam i wywlekanie z niej ludzi. Tymczasem wczoraj z francuskiego kościoła wyrzucono siłą wiernych i księdza. Zrobiono to w trakcie mszy. Powód? Kościół wraz z terenem został sprzedany, ma być dekonsekrowany i zburzony, pod nową budowę.

Jakiś czas temu czytałam o historii z Aleksandrowa Łódzkiego, w którym „komornik zlicytuje za długi właściciela, czyli Fundacji Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur, wyposażenie kościoła św. Stanisława Kostki. Na sprzedaż trafią ławki, obrazy, ołtarze i żyrandole. Do kupienia jest m.in.: drewniany konfesjonał, ambona oraz kompletny ołtarz główny z tabernakulum. Po ich sprzedaży kościół zostanie niemal pusty.” 

Z kolei trzy dni temu para ludzi pomazała pomnik Bieruta. Posłużę się tu cytatem ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości: „W dniu 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, policja bez wiedzy i udziału prokuratury, zatrzymała dwoje ludzi, którzy na nagrobku Bolesława Bieruta namalowali czerwoną gwiazdę i napisali „kat” i „bandyta”. Zatrzymanych przewieziono na komisariat. (…) Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zażądał od prokuratora regionalnego doprowadzenia do natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej udali się na komisariat, aby doprowadzić do ich niezwłocznego wypuszczenia na wolność.”

W wieku XIX i wcześniejszych, bezczeszczenie grobu na cmentarzu spotykało się z najwyższym potępieniem i nie ważne kim był zmarły. Cmentarz uważano po prostu za miejsce święte, a miejsce ostatecznego spoczynku również świętym było. Nie bezczeszczono nawet grobów morderców. Najwyżej chowano ich pod płotem, bez tabliczek itd. Tymczasem dziś trwa schamienie obyczajów, o którym kiedyś pisałam. Dowodem jest nie tylko to, że wiele osób ucieka się do inwektyw w pisaniu o Prezydentach, Papieżach, Noblistach etc., a przecież jeszcze siedemdziesiąt lat temu nawet o Hitlerze tak nie mówiono. W książce „Satyra w konspiracji” nie ma nawet jednego dowcipu o Hitlerze, który by zawierał wyraz „chuj”. Tymczasem dziś dowodem na to schamienie jest również nasz stosunek do kościoła i cmentarza oraz znajdujących się na nim grobów. Czy to dobra droga?

Jeżeli tak, jeżeli ma to iść w tym kierunku, że wolno bezcześcić czyjś grób, to ja poproszę Ministerstwo Sprawiedliwości o listę nazwisk ludzi, których groby można mazać i na które można pluć. Przecież w naszym narodzie wzrasta liczba frustratów, którzy chętnie ulżą sobie plując, kopiąc, mażąc i dewastując takie miejsca.

I tylko tak na koniec refleksja. Ta lista nazwisk w miarę upływu czasu może się zmienić. Kto zagwarantuje spokojny wieczny odpoczynek tym, którzy dziś godzą się na niszczenie czyjegoś grobu? Przecież nie tylko fortuna kołem się toczy.

PS W związku z głosami, że zdarzało się iż w historii nie przestrzegano świętości chcę zauważyć, iż podobno z wiekami coraz bardziej się cywilizujemy! Dlatego jeżeli mamy równać do barbarzyńskiej hołoty, która tego niepisanego prawa nie przestrzegała, to tym bardziej proszę o tę listę!

Dziennikarski savoir-vivre

Półtora roku temu ukazała się moja książka „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. W ciągu roku sprzedał się cały pierwszy nakład, więc… zrobiono dodruk. Przyznam, że nie przypuszczałam, że książka okaże się aż tak potrzebna i zostanie aż tak doceniona. Piszę o tym, bo ostatnio zastanawiam się czy nie napisać czegoś w rodzaju dziennikarskiego savoir-vivre’u. Powód? Ba!

Ostatnie obchody rocznicy powstania warszawskiego były pierwszymi, kiedy zwróciłam uwagę na dziwnych „dziennikarzy” z różnych portali informacyjnych. Czemu dziwnych? Czemu słowo dziennikarz napisałam w cudzysłowie? Od wielu lat w Internecie powstają portale nazywające się niezależnymi. Skupiają ludzi, którzy chcą informować o tym co się dzieje w Polsce i na świecie, a jednocześnie twierdzą, że informacje podawane przez tzw. „mainstreamowi” media są tendencyjne, zafałszowane itd. Nie chcę się wdawać w to, czy mają rację, bo nie o to mi chodzi. Bardziej interesuje mnie to, że ci ludzie, nie mając przeszkolenia dziennikarskiego, zaczęli tworzyć nowe portale. Nie chcę jednak oceniać ich twórczości, bo też nie o to mi chodzi. Chcę opowiedzieć o zachowaniu niektórych z nich, bo przyznano im akredytacje na obchody.

Na uroczystościach państwowych, dla mediów, a zwłaszcza dla kamer, przygotowywane są specjalne zwyżki, by można było filmować to, co dzieje się podczas obchodów. Na te zwyżki wchodzą operatorzy kamer, czasem staje przy nich dziennikarz, by szeptem instruować operatora co ma mu nagrać. Bywa, że „przytulają się” fotografowie prasowi, czy agencyjni, czyli wchodzą, zrobią kilka zdjęć i po chwili schodzą, by przenieść się z aparatem w inne miejsce. W tym roku na zwyżkach znalazło się kilku „dziennikarzy” z różnych portali. Weszli tam z aparatami wielkości telefonu komórkowego i dzielnie stali przez całe uroczystości z rzadka robiąc zdjęcia, w których jakość, przyznam, że szczerze powątpiewam. To ich stanie nie przeszkadzałoby nikomu, gdyby nie drobiazg. Otóż ci sami „dziennikarze” pałali ogromną potrzebą manifestowania swojego patriotyzmu poprzez głośne śpiewanie pieśni granych na uroczystościach. Tyczyło to zarówno pieśni powstańczych, jak i hymnu państwowego. Tymczasem na zwyżce dla mediów, istnieje niepisany zwyczaj, (taki dziennikarski savoir-vivre), że tak, jak nie rozmawia się głośno, bo komuś się ta rozmowa nagra, tak też i się nie śpiewa, bo to też się nagra. Niestety „dziennikarze” z portali nie byli w stanie tego zrozumieć. Wszelkie próby uciszenia ich i proponowanie, by zeszli, stanęli dalej z tłumem ludzi i tam śpiewali spełzały na niczym. Ten, kto zwracał uwagę był przez nich oskarżany o brak patriotyzmu itd. No i tym, którzy mieli kamery najbliżej „dziennikarzy” ponagrywało się gromkie i często niestety fałszywie śpiewane „marsz, marsz dąbrowski” albo „warszawskie dzieci” i tak dalej.

Przyznam, że takiej groteski dawno nie widziałam i nie słyszałam. A że często ci sami „dziennikarze” ubrani są równie niestosownie, jak się zachowują stąd myśl, że może trzeba te wszystkie niepisane zasady dobrych dziennikarskich obyczajów po prostu spisać? Tak dla dobra nas wszystkich?

Naprawdę pisarz?

Wyczytałam dziś w sieci taki tekst: „Są zwykli autorzy bestsellerów. I jest James Patterson, amerykański pisarz, który sprzedaje miliony książek i zarabia dziesiątki milionów dolarów. Ale to nie tylko pisarz, to człowiek – instytucja: rocznie na rynek trafia kilkanaście tytułów z jego nazwiskiem! Jest to możliwe, bo w ich pisaniu pomaga mu grupa współpracowników, on przekazuje im założenia dotyczące fabuły, oni muszą obudować te wizje słowami.”

Przyznam, że po przeczytaniu tego mam zagwozdkę. W Wikipedii napisano bowiem, że pisarz to: osoba tworząca dzieła literackie (dramaty, poezję, prozę). (….) jest oficjalnie zarejestrowanym zawodem w Polsce, pisze prozą powieści, nowele, opowiadania, biografie, monografie, pamiętniki; pisze utwory poetyckie i dramaty, przeznaczone do realizacji na scenie np. w teatrze, w radiu lub w telewizji. W utworach podejmuje różnorodną tematykę, psychologiczną, romantyczną, religijną, obyczajową, kryminalno-sensacyjną. Do zadań zawodowych pisarza należy m.in. oddziaływanie estetyczne i artystyczne na czytelników poprzez opisywanie przeżyć wewnętrznych, stanów psychicznych, doznań, refleksji, poglądów za pomocą formy fabularnej, pamiętnika, autobiografii, wiersza, dramatu etc.

Dlatego zastanawiam się, czy taki ktoś, komu w (…) pisaniu pomaga (…) grupa współpracowników, on przekazuje im założenia dotyczące fabuły, oni muszą obudować te wizje słowami.” To jest pisarzem? Bo w jaki sposób osoba, która tylko przekazała założenia dotyczące fabuły oddziałowuje estetycznie i artystycznie na czytelnika poprzez opisywanie przeżyć wewnętrznych skoro pan James Patterson sam tego nie opisuje?

I pomyśleć, ze taki Józef Ignacy Kraszewski napisał ponad 400 powieści. Zrobił to sam. Nie mając do dyspozycji nie tylko sztabu ludzi obudowujących jego wizje słowami, ale nawet komputera. To był pisarz!

Ekspresowe opóźnienie

Ostatnio musiałam pilnie kupić kilka rzeczy niezbędnych do pracy. Czasu brak, więc… od czego internet. Myślałam, że kupię, zapłacę i w ciągu dwóch dni wszystko otrzymam. Nic bardziej mylnego. Na jedną rzecz, która wg oferty powinna być u mnie w ciągu 48 godzin czekałam 10 dni, bo… wakacje. Dotarła wczoraj. Na drugą, która dotarła przedwczoraj, czekałam dwa tygodnie (z tego samego powodu). Na trzecią do tej pory czekam, bo są Światowe Dni Młodzieży, a wysyłka idzie z Krakowa.

A mogłam pojechać do sklepów i poświęcając pół dnia kupić sobie wszystkie trzy…

Najgłupsze, że te przedmioty miały w ofercie napisane, że wysyłka jest EKSPRESOWA. Ładny ten ekspres.

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

Raport z oblężonej Kępy

Codzienne trąbienie o szczycie NATO w Warszawie już miesiąc temu wywołało u mnie panikę. Wiedziałam, że ma być zamknięty Most Poniatowskiego, obok mają być kompletnie wyłączone z ruchu ulice. No i niektóre stacje veturilo, czyli roweru miejskiego mają być nieczynne.

Jadziem do domu ba rowerku, bo szczyt NATO! #starapraga #nato2016 #rower #veturilo

Do tego zamknięta ma być plaża Poniatówka i ścieżka rowerowa wzdłuż Wybrzeża Szczecińskiego. Planowałam więc wyjechać z Warszawy. Ale los ma, co do mnie swoje plany. Obiecałam poprowadzić zajęcia z dziennikarstwa na letnim kursie i… zostałam w mieście i na Kępie. Sęk w tym, że na zajęcia trzeba dotrzeć. Na szczęście jest to ten sam brzeg, ale… na Starej Pradze przy Koneserze, czyli po drugiej stronie Stadionu Narodowego opanowanego przez delegatów na Szczyt NATO. Teoretycznie mogę jechać samochodem, ale… musiałabym jechać zupełnie dookoła, a nie wiadomo, co dzieje się po drodze, jakie są korki i czy w związku z tym dojadę na czas. Stąd decyzja: jadę rowerem veturilo.

Tak bym jechała, gdyby nie szczyt NATO

Normalnie jechałabym ze stacji Stadion Narodowy, ale w związku z jej zamknięciem na czas szczytu NATO rower wzięłam na Walecznych. Na dodatek na miejsce musiałam jechać dookoła. Przez Park sSkaryszewski nie mogłam, bo i tak wyjść z niego można tylko od strony Stanisława Augusta, a nie od strony Zielenieckiej przy Teatrze Powszechnym. Przyznam, że ta podróż dookoła to dość ciekawe doświadczenie, bo przy okazji zobaczyłam jak wszystko, co ma jechać na północ (w tym ja), najpierw jedzie na południe, udowadniając tym samym, że wszystkie drogi prowadzą do… celu!

Tak jechałam

W drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną rzecz. O ile poza saska Kępą miasto tętni zżyciem o tyle tu, gdzie wydzielona została strefa natowska jest cisza. Knajpki niemal puste (w porównaniu z tym, co zazwyczaj), ulice tez puste. Rzadko, kto spaceruje. Cóż… może wzięli sobie wszyscy do serca tę mapę Niewiadomskiej…

A ja tylko przypomnę, że do Warszawy przyjechało w sumie 65 delegacji z całego świata, w tym m.in. 18 prezydentów i 21 szefów rządów, a także ministrowie obrony, dyplomaci, itd. Delegacja Polska wynosi 42 osoby. Na szczyt zarejestrowało się ponad dwa tys. uczestników. Obrady relacjonuje blisko dwa tysiące dziennikarzy. Porządku w mieście przypilnuje około sześciu tysięcy policjantów oraz przedstawiciele innych służb. A Saska Kępa jakby wymarła.

U lekarza, czyli refleksja o chorobach

Stało się. Wczoraj na prostej drodze potknęłam się i wywróciłam. Wchodziłam do domu dziennikarza na Foksal, kiedy straciłam równowagę. Byłam w tenisówkach, nie jest to więc kwestia butów, a nierównego chodnika i wystającej płyty przykrywającej studzienkę telekomunikacyjną. Tracąc równowagę ciemieniem uderzyłam w pierwszy schodek. Ból był tak straszny, że nigdy w życiu, jak tyle lat żyję, tak się w czubek głowy nie uderzyłam. Było mi niedobrze, miałam mdłości i huczało mi w czaszce. W trakcie upadku rozmawiałam zresztą przez telefon z Ulubionym, więc on słyszał wszystko, co się działo, gdyż miałam w uchu bezprzewodową słuchawkę. Był strasznie zdenerwowany moim stanem, nawet chciał natychmiast wyjść z pracy w studio nagraniowym i przyjechać po mnie. Powiedziałam, że sobie poradzę. Ponieważ ból głowy nie przechodził, huczenie w czaszce również, więc po dwóch godzinach zdecydowałam się pójść do lekarza. Ostatni raz u internisty byłam w 2009 roku (a właściwie to on był wtedy u mnie). Ulubiony wrócił już z pracy, uparł się jechać ze mną, więc wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do przychodni niedaleko domu. Po drodze niemal umierałam, bo tak mi huczało w głowie, a smród ulicy powodował mdłości. Denerwowały mnie wszystkie odgłosy. Nawet gadanie Ulubionego. Ubłagałam go, by pomilczał do wejścia do przychodni. Po kwadransie, mimo korków, dotarliśmy na miejsce. Tuż przede mną w gabinecie była jakaś pacjentka, więc usiedliśmy na kanapie. Siedzący obok mnie starszy pan powiedział, że w gabinecie jest jego córka. W trakcie tego wyznania Ulubiony był w WC. Gdy kobieta wreszcie wyszła spojrzał na nią i powiedział:

- Widzisz, pan też z żoną.

- To córka jest.

Ulubionego zatkało. Popatrzyłam za odchodzącymi. Córka wyglądała na starsza panią, gdyż była tak przeraźliwie chuda, że spokojnie mogłaby statystować w filmach o obozach koncentracyjnych. Reszty opisu jej postaci oszczędzę. Nadeszła moja kolej, Ulubiony wpakował się ze mną do gabinetu. Powiedziałam, by wyszedł, że sama sobie poradzę. Lekarka na to:

- Co za dzień. Przed chwilą poprzednia pacjentka też chciała sama. A przyszła z ojcem, który chciał wiedzieć co z córką.

- Przecież gołym okiem widać, że ma anoreksję – stwierdziłam i usiadłam na krześle przed lekarskim biurkiem.

- Skąd pani wie? – spytała lekarka.

- Chociażby po tych udach grubości mojego nadgarstka.

Lekarka westchnęła i odpowiedziała:

- Ona u mnie już trzeci raz i za każdym razem jej to piszę, że moim zdaniem to anoreksja, ale by potwierdzić konieczna jest konsultacja u dietetyka. Ale ona nie chce. I tylko pyta, czemu jej jest słabo. Tego ojca mi żal. Taki załamany.

Nie kontynuowałyśmy już rozmowy na temat anorektyczki tylko pani doktor przystąpiła do badania. Stwierdziła, że objawów wstrząsu mózgu nie ma, kazała przykładać lód, zjeść loda, a najlepiej sorbet (bo nie tłusty) i pójść do domu poleżeć. Nie jeść tłustych i ciężkostrawnych rzeczy. Paradoksalnie już zjedzenie sorbeta rzeczywiście pomogło, bo jakimś cudem ustało huczenie w głowie i zniknęły mdłości. Do domu wróciliśmy więc spacerkiem przez park. Rozmawialiśmy o anorektyczce. Jej choroba była widoczna gołym okiem. Zastanawialiśmy się, czy ona naprawdę nie wie, co jej dolega czy nie dopuszcza do siebie tej myśli? I wydawało nam się, że to drugie. To zresztą ciekawe, że z anoreksją, jak z wieloma chorobami psychicznymi jest tak, że chory nie dopuszcza myśli, że może być chory.

Pani ma relaks #parkskaryszewski #skaryszak

Kiedyś rzadko na ulicach widziałam tak chude osoby. Rzadko też widziałam tak przerażająco grube, jakie spotykam teraz. Dziś jeden i drugi widok jest powszechny. Już nawet przestał szokować, choć czasem powoduje u niektórych uczucie obrzydzenia. I tylko to mnie dziwi, że ci strasznie chudzi i ci strasznie grubi ludzie nie chcą tego leczyć. Ja nie jestem fanką łażenia do przychodni. Ale mocne uderzenie w głowę sprawiło, że zmieniłam plany i poszłam na konsultację, choćby po to, by się uspokoić, że jest ok. Dlatego nie wiem, jak można wyglądać jak zombie i wypierać informacje, że to z powodu złej diety. I jak można wyglądać, jak nie przymierzając szafa trzydrzwiowa, z trudem wtaczać się do McDonald’s po cztery hamburgery i nie uważać, że to niezbyt normalne? Przecież nawet ja, które nie lubię lekarstw i wizyt u lekarzy zdecydowałam się skorzystać z pomocy, gdy po dwóch godzinach nadal było mi bardzo słabo.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej