Domokrążcy XXI wieku

Ostatnio jestem dość zabiegana. Siedzę nad książką, scenariuszem filmowym, spektakl, który przygotowywałam (wspólnie z Ulubionym i jeszcze jednym aktorem) jest grany, a do tego dochodzą zdjęcia w TVP, pisanie do gazet, praca na rzecz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i wiele innych zajęć. Jednym słowem nie bardzo jest czas na to, żeby żyć i zajmować się leniuchowaniem. Jak zwykle staram się pogodzić ileś rzeczy na raz.

 

Ostatnio robiłam więc manicure, oglądałam w TV pasjonujący film, a w przerwach na reklamy pisałam. Był wieczór. Dzwonek do drzwi. Ulubiony poszedł otworzyć. Za drzwiami stały dwie panie. Powiedziały mu coś, że przyszły w sprawie rachunków za prąd. Mamy nadpłacone i to do czerwca, więc… po co przyszły? Ulubiony nie rozumiał. Zawołał mnie. Panie powiedziały, że chcą zobaczyć ostatni rachunek, bo pytają o to, z jakiej korzystam taryfy. Zajęta oglądaniem filmu, nie pomyślałam, że gdyby to był ktoś z RWE Stoen, to by to wszystko wiedział. Zaprosiłam je do salonu. Weszły i… nagle zaczęły mówić, że… dużo u mnie książek, kto to czyta i skąd tyle pamiątek (stoją na wierzchu różne stare fotografie, na ścianie wiszą portrety rodzinne z Saską Kępą w tle). Coś mi nie pasowało, ale jeszcze nie wiedziałam co. W końcu leciał film. Chciałam, by panie szybko wyszły, bo za moment nie będę wiedziała, o co w tym filmie chodzi.  Ucięłam więc rozmowę, że książki są moje, bo jestem pisarką. Zignorowałam pytanie, o to, co piszę. Zaś kolejne dotyczące pamiątek skwitowałam stwierdzeniem, że moja rodzina na Saskiej Kępie od ponad 200 lat i nie ma się co podniecać.  Trochę je zamurowało. Zajrzałam w laptopie w ostatnia fakturę. Pani, która przycupnęła obok mnie zajrzała mi przez ramie i nagle zaczęła do mnie mówić per „Małgorzato”. Potem spytała, czy korzystam z prądu w dzień czy w nocy. Ja jej na to, że różnie i żeby powiedziała o co chodzi. Ona mi na to, że było słane do mnie pismo, a ponieważ nie odpowiedziałam na nie, więc stąd ich wizyta. Pismo? Zdziwiłam się. Przecież podpisałam zgodę na korespondencją elektroniczną. Nie kojarzę żadnego pisma.
- Skąd panie są? Z RWE? – Spytałam. I to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że nie. Podały nazwę firmy energetycznej, która ich zdaniem oferuje tańsze usługi. Kazałam wyjść pytając na odchodne ile osób naciągnęły, by przeszły do firmy energetycznej, którą one reprezentują?
Oczywiście powiedziały, że nikogo nie naciągają. Naprawdę?
Moim zdaniem uczciwa konkurencja nie polega na łażeniu po domach jak domokrążca, wyciąganiu od ludzi, by pokazywali rachunki, przymilnym wypytywaniu o wszystko co mają na ścianach. I po co to? Po to, by człowiek zauroczony włażeniem mu w dupsko podpisał jakąś umowę. Teraz rozumiem, czemu przyszły w czasie, gdy w telewizji leciał świetny film. Ludzie, by spławić intruza i wrócić np. do oglądania – wszystko podpiszą. Obawiam się, że nawet wyrok śmierci.

30 lat minęło

Czas leci szybko. Nie wiem, kiedy to wszystko przeminęło. Bo przecież wciąż wydaje mi się, że to było wczoraj. Był rok 1986, kiedy tata położył na moim biurku Życie Warszawy, w którym pokazał mi ogłoszenie, że Staromiejski Dom Kultury prowadzi nabór na warsztaty literackie dla młodzieży i dorosłych. Trzeba było wysłać swoje teksty, a o decyzji, czy kwalifikuję się, zostanę powiadomiona pocztą. Po kilku dniach dostałam odpowiedź, że mam stawić się w głównej Sali SDK na I piętrze. Przyszłam. Wraz ze mną był tłum ludzi. Spotkałam nawet koleżankę. Jedną z tych, które urodą i elokwencją wprawiały mnie w kompleksy. Przed nami stanął młody człowiek, który sprawował funkcję opiekuna naszej grupy, ludzi aspirujących do bycia literatami. Poinformował nas, że było dużo prac, że do grupy prozaików zakwalifikowały się 3 osoby. Westchnęłam tylko. Na sali było tych osób co najmniej ze dwieście. Szpilki nie można było wetknąć. Nagle ku memu zdumieniu wyczytano moje nazwisko. I tak, wraz z dwiema innymi osobami, których nazwisk i twarzy dziś już nie pamiętam, a czasu na zajrzenie do notatek ciągle brak, dostałam się na warsztaty literackie. Spędziłam w SDK kilka przyjemnych lat. Jeździłam na warsztaty poza Warszawę, na prawdziwe literackie maratony uczenia jak pisać. (Przestałam po okrągłym stole, kiedy dostałam się na studia.) Nasz opiekun dziwił się, że nie wszyscy piszemy teksty zaangażowane politycznie. On takie właśnie wiersze pisał, kiedy sam przed kilku laty dostał się na takie same warsztaty, jakie teraz organizował swoim młodszym kolegom. Był autorem tomiku wierszy, który ukazał się w 1988 roku. Był też działaczem NZS.

Tak było... #wiersze #michałarabudzki

Tak było… #wiersze #michałarabudzki

Kilka dni temu wróciłam do SDK poprowadzić wieczór autorski Michała Arabudzkiego – scenarzysty filmowego, filmowca, a prywatnie kolegi, który wtedy w SDK prowadził warsztaty scenariuszowe, (na które też chodziłam), sam zaś był we wcześniejszej warsztatowej grupie literackiej, nota bene z naszym opiekunem.

Na wieczór autorski Michała przyszło sporo naszych kolegów i koleżanek z dawnych lat. Wiersze wspaniale czytali Adam Bauman i Małgorzata Pieńkowska. Sebastian Lenart – dyrektor Staromiejskiego Domu Kultury powiedział, że skoro wracamy tu: Michał jako poeta z tomikiem wierszy „Purpurowe lustra” (nota bene świetnym), a ja jako prowadząca i prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, to znaczy, że warsztaty miały sens. Widać, że coś z nas wyrosło.

I pomyślałam wtedy o naszym koledze, opiekunie warsztatów sprzed lat. Dziś jest politykiem pewnej partii. Nawet był w swoim czasie ministrem. Zostawił poezję dla polityki. Czy słusznie? Spytam go przy najbliższej okazji, bo czasem widujemy się na różnych imprezach, na których bywam, jako dziennikarka. Zawsze jest serdeczny. Jak kiedyś. I tylko wątpię czy ktokolwiek patrząc na niego pomyślałby, że przed 30 laty pisał wiersze. Tak jak nikt z nas 30 lat temu nie przypuszczał, że kiedykolwiek porzuci literaturę. Ciekawi mnie, czy na takie w sumie intymne pytanie, otrzymam szczerą odpowiedź.

Kim był Bazyl Depczyk?

To nie jest rodzinny dokument. Zresztą gdyby był, zamieściłabym go na swoim genealogicznym portalu, który po dwóch latach ma ponad milion odsłon i co chwila ktoś z historyków, w jakiejś sprawie z nim związanej, odzywa się do mnie. Ten dokument dostałam kiedyś w prezencie od pewnego pana z Dzierżoniowa na Dolnym Śląsku. Ów pan kupił to na bazarze. Podarował mi go, bo nie przywiązywał do niego wagi. Dokument nie miał dla niego żadnej wartości. Dla mnie ma. Choć wisi w… toalecie. Ale to miejsce na specjalne rzeczy. Dokument właściwie wisiał tam, bo kilka dni temu spadł, zbiła się skrywająca go szybka, więc chwilowo czeka na ponowne oprawienie. I tak oto nadarzyła się okazja do zeskanowania. Dokument uwielbiam, bo jest taki „szwejkowski”… Brakuje w nim „Melduję posłusznie”. Nic zresztą dziwnego. To przecież rozkaz, a nie odpowiedź na rozkaz. Odpoczywając po ciężkiej pracy, lekcjach, odrabianiu ich, chorobie, użeraniu się z kotami itd., postanowiłam poszukać w sieci informacji o bohaterze, czyli kapralu Bazylu (lub Bazylim) Depczyku. Chciałabym poznać jego losy. Niestety nie znalazłam nic. Tak więc nadal nie wiem: skąd był i kiedy się urodził. Nie wiem też, kiedy zmarł i czy miał rodzinę. Wiem tylko, że istniał i 27 września 1916 roku w Przeworsku wystawiono dokument, który informuje, że „Kapral Depczyk ma sam wyszukać dobrego i na ordynansa nadającego się żołnierza i natychmiast jeszcze dzisiaj popołudniu do komendy Rejonowej go odesłać. Żołnierz ten musi być trzeźwy, spokojny, zręczny i posłuszny. Za dokładne wykonanie tegoż rozkazu czyni się kaprala Depczyka osobiście odpowiedzialnym.
Partiekomandt.
Kapral Depczyk Bazyl
Folwark Dębów.” 

Pod spodem dokumentu niewyraźny podpis naniesiony ołówkiem i również ołówkiem wykonany dopisek: „może Kurgan”.

Folwark Dębów leży w województwie Podkarpackim niecałe 10 kilometrów od Przeworska. Stamtąd zaledwie 100 kilometrów do Sanoka gdzie mniej więcej w tym samym czasie dzielny wojak Szwejk stacjonował z żołnierzami i wykonywał misję odnalezienia porucznika Duba „na kanapce panny Elly”. Czy rozkaz odnalezienia porucznika był spisany? A jeśli tak, to czy na podobnym papierze?

Pokazuję to, bo może ktoś wie coś o kapralu Depczyku? Czy znalazł ordynansa? Czy został nim Kugarn? Dla kogo był ordynans? Myślę też, że dokument jest też świetnym dowodem na to, że Jaroslav Hašek, czyli autor Szwejka, naprawdę opisał to, co przeżył i co widział. Bo takich rzeczy, jakie są w książce „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” nie da się wymyślić z niczego.

Ciekawe, że internet jest pojemny, rozrasta się szybciej niż wszechświat, a jednak nadal są rzeczy, których znaleźć w nim nie można i masa takich, które wylewają się ze wszystkich stron, a zbyt wartościowe nie są. Oto cały absurd tego wirtualnego świata.

 

Naprawdę trzeba?, czyli uciekam!

- Trzeba się opowiedzieć po jakiejś stronie – powiedziała moja przyjaciółka głośno wspierająca rząd namawiając na jakieś przyjście przed pałac prezydencki, a gdy spytałam czy naprawdę uważa, że jest to konieczne, zaczęła wypowiadać się, że jest to wręcz niezbędne, bo Polacy szkalują Polskę w Brukseli.

Paradoksalnie godzinę później to samo powtórzył przyjaciel. Tylko jego wybór był zgoła inny. On uważa, że zagrożona jest w Polsce demokracja i próbował mnie zmusić do pójścia w manifestacji KOD. Pomijając fakt, że nie biorę udziału nawet w paradzie jamników (i nie dlatego, że już nie mam jamnika, ale dlatego, że nie w smak mi parady), moja absencja na manifestacji KOD została usprawiedliwiona tylko dlatego, że w tym czasie miałam zajęcia w szkole/na uczelni. A ponieważ płacę za nie, mam je raz w miesiącu, więc przyjaciel łaskawie pozwolił mi nie iść na KOD! Tak, jak przyjaciółka (choć z trudem) przyjęła do wiadomości, że źle się czuję i łaskawie pozwoliła nie iść przed pałac.

Prawda jest jednak taka, że mam dość. Mam dość PiS, PO, KOD, Nowoczesnej, KUKIZ’2015, a także PSL i dogorywającego poza sejmem SLD. Mam w ogóle dość polityki, polityków, partii politycznych. Mam ich dość bardziej niż kiedykolwiek. Od wielu tygodni mam dość coraz bardziej. Chce mi się i rzygać i płakać. Oba uczucia są bardzo silne. Obrzydzenie narastało we mnie tygodniami. W listopadzie, gdy wraz z Ulubionym zrobiliśmy wspólne urodzino-imieniny, osiągnęło apogeum. Impreza była w momencie ciszy wyborczej. Na szczęście, w przeciwieństwie do wydarzeń sprzed wielu lat, obyło się bez awantur. Powód prosty. Zamiast 70 osób, które zazwyczaj mnie odwiedzały na imieninach, w gości przyszło zaledwie 20 osób. Myślałam, że jest to spowodowane moim małżeństwem z Ulubionym. Gdyż właściwie od początku znajomości z nim, tak zmalała mi liczba znajomych i przyjaciół, że i ja rzadko kogoś odwiedzam i rzadko do mnie ktoś wpada. Potem okazało się, że powód jest z gatunku politycznych. Część znajomych do mnie nie przyszła, bo… będą u mnie zwolennicy PO, a to jest po prostu straszne, bo to źli, antypolscy ludzie. Z kolei druga część nie przyszła, bo będą u mnie zwolennicy PIS, a to fanatycy i wariaci. Byli wprawdzie reprezentanci jednej i drugiej strony barykady wojny polsko-polskiej, ale w zmniejszonej liczbie. Nie kłócili się. Bo nie wszyscy odczuwają przymus mówienia o polityce. Oczywiście machnęłam ręką na tych, których zabrało. Nikt nikomu nie każe gadać o polityce. Mogli przyjść i rozmawiać o literaturze, o teatrze, o filmie – nie chcieli. Polityka mózgi im zżarła, zwariowali i nie przyszli – trudno.

Potem jednak nadszedł czas po wyborach. Ja zamilkłam na prywatnym profilu na FB. (Udostępniam tylko wydarzenia literackie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, no i wpadają tam moje zdjęcia z konta na instagramie.) Nie piszę jednak nic. I nic nie udostępniam. Nie tylko żadnych dowcipów, ale i żadnych artykułów, które czytam. A czytam sporo. Z prawa, z lewa, ze środka. Nie udostępniam nawet tych dotyczących literatury, archeologii, historii oraz kosmosu i UFO, które czytam namiętnie, a czasem wręcz maniakalnie. Miałam dość bycia pouczaną przez różnych ludzi, że jestem niepoprawna politycznie i z czegoś tam się śmiać mi nie wypada. Albo, że to nie jest ważna informacja. A przecież zakaz śmiania się i kaganiec na humor oraz cenzurę udostępnianych informacji starały się mi narzucić obie strony polsko-polskiego konfliktu oraz masa innych osób. Myślałam wówczas, że już gorzej być nie może. Okazało się jednak, że może. Zmiany polityczne spowodowały otwartą wojnę między znajomymi. Nagle pokończyły się długoletnie przyjaźnie. Ludzie masowo usuwają się z kręgów znajomych na FB i blokują dostęp do swoich tablic. Jedni na drugich próbują wymusić jakieś zachowania. Przeciągnąć na swoją stronę.

Jakieś dwadzieścia lat temu robiłam wywiad z pewnym znanym satyrykiem, który powiedział mi takie zdanie: „Satyra jeszcze nigdy nie przekonała nieprzekonanego”. Przypominam sobie to zdanie codziennie, gdy oglądam w sieci demoty. Dla kogo one są? Dla drugiej strony? Czy dla tej, która je tworzy? Pytam, bo mając w pamięci i zdanie satyryka oraz fakt, że obie strony jedna drugiej zakładają kaganiec na humor i zdarzają się przypadki grożenia prokuraturą, chciałabym wiedzieć.

Wielu moich znajomych mówi, że trzeba stanąć po którejś ze stron. Naprawdę? Naprawdę! Naprawdę są ludzie, którzy uważają, że obowiązkiem Polaka jest być po którejś stronie polsko-polskiej barykady, czyli naszej wspaniałej wojny domowej. Bo nie bójmy się tego słowa i nie oszukujmy się. Jest w Polsce wojna. Nie strzelamy do siebie tylko dlatego, że nie mamy pozwoleń na broń. Nikt nie przyjmuje do wiadomości, że rząd jeszcze nie ma stu dni, więc zarówno zachwyty z peanami jak i wieszanie psów są przedwczesne. I pomyśleć, że latami uczono nas wszystkich (i w tym i w poprzednim systemie), że Polska jest tylko jedna. I co się stało? Często myślę, czy to lata życia w PRL sprawiły, że ludzie obecni w polityce stosują metody systemu, który obalono i którym większość gardzi? Dlaczego musi być jedna słuszna linia? Dlaczego musi być jedna partia? Dlaczego musi być jeden wódz? W ustroju, który mamy, jest (i powinno się to rozumieć) naturalne, że „wodzowie” się zmieniają. Jak na razie żaden mi się nie podobał, ale ja wybredna jestem. Nie rozumiem jednak dlaczego posiadanie odmiennych poglądów oznacza bycie wrogiem?

Obejrzałam ostatnio (po raz kolejny) stary film w reżyserii Jean-Jacques Annaud pt. „Walka o ogień”. Lata ewolucji, a jak niewiele się zmienił człowiek. Naturę ma taką samą. Okropną.

Przez ostatnie wydarzenia nie jestem w stanie oglądać programów informacyjnych (a przecież zawodowo muszę, więc gdy to robię, to niemal z naczyniem na rzygi w garści). Uciekam od polityki jak mogę. Dlatego od rana pracując, jednym okiem i uchem patrzę i słucham stacji Focus TV. Przez ten czas dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lwach, marsie, teleskopach, luksusowych hotelach, zamachu na Kennedy’ego. Zero nerwów. Zero bieżącej polityki. Wprawdzie o 21:00 dziś zapowiedziano dokument o tym, jak wygląda wolność w Korei („Korea Północna – wielka iluzja”), ale to daleko od nas. Choć przecież niektórzy twierdzą, że mamy w Polsce swoją Koreę.

Wtorek i Jutrzenka, czyli kociokwik

Po śmierci wszystkich zwierząt w domu jest pustka. Ulubiony cały czas w żałobie po Welurku. Ja też w żałobie, ale ja bez zwierząt w domu bardzo źle się czuję. Nie jestem jednocześnie w stanie wziąć kolejnego szczura ani kolejnego psa. Co robić? Postanowiłam jakoś pogodzić sprawę żałoby Ulubionego i mojego złego samopoczucia spowodowanego brakiem zwierzaków. Nadarzyła się ku temu okazja. Przyjaciółka udaje się na trzy tygodnie na antypody i nie ma kto opiekować się jej dwoma kotami – Jutrzenką i Wtorkiem, czyli niebieskimi kotami rosyjskimi. Koty mają cztery lata, są z gatunku nieufnych. Nigdy nie dały mi się pogłaskać. Wczoraj zostały przyniesione do domu w dwóch transporterach. Przez dwie godziny nie chciały z nich wyjść. Wreszcie przyjaciółka przełożyła je do jednego transportera, bo drugi nie był jej, a jakiejś znajomej i musiała go oddać. Koty siedziały więc w jednym transporterze kot na kocie i ani myślały wyściubić nosy z kryjówki. Naszykowałam im jedzenie, kuwety, drapaki, trawkę w doniczce… daremnie. Koty nie wyszły z transportera. Po północy położyliśmy się spać. Wyjątkowo zostawiliśmy otwarte na noc drzwi do sypialni. Niech koty czują się swobodnie. Wstajemy rano… kotów nie ma w transporterze, nie ma też jedzenia, za to w kuwecie pojawiły się produkty uboczne przemiany kociej materii. Czyli żyją. Nie słyszałam bowiem o martwym żarłocznym kocie robiącym do kuwety. Rano ulubiony poleciał do studia na nagrania, a ja… do warsztatu z samochodem. Przed wyjściem jeszcze raz sprzątnęłam kuwetę i nasypałam żarcia do miski. Wracam. Żarcia nie ma. Kuweta pełna. Dzwonię do Ulubionego i pytam, czy on żarł z kociej miski i narżnął do kuwety? Nie przyznał się. Znaczy jednak to koty. Ale gdzie są? Nie wiem i z tego powodu mam kociokwik. Godzinę spędziłam na szukaniu ich w mieszkaniu. Wreszcie dałam sobie spokój. Pewnie jak zgłodnieją to wyjdą. Gorzej, że nigdy ich nie słyszę jak chodzą po domu. Przyznam, że też i nie widzę. „Może się niewidzialne?” – Spytała druga przyjaciółka. Chyba nie. W końcu wczoraj widziałam je w transporterze. Zrobiłam im nawet zdjęcie. Teraz patrzę na nie, by zapamiętać jak wyglądają i nie zdziwić się, gdy kiedyś wyjdą z ukrycia. W końcu ile można siedzieć pod meblami? I pomyśleć, że wszyscy ostrzegali, że kot w domu to straszny kłopot, a dwa koty to mi dom zdemolują. Jaki kot? Jakie dwa koty? Ktoś je widział? Bo ja tylko raz. Teraz znam je już tylko ze zdjęcia.

Jutrzenka i Wtorek u nas na przechowaniu #koty #kotyrosyjskie

Jutrzenka i Wtorek u nas na przechowaniu #koty #kotyrosyjskie

 

 

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej