Obraz, czyli trzeba pozbyć się… diabła!

Nigdy nie wierzyłam w diabła. Owszem, twierdzę, że zło istnieje, ale tkwi w człowieku. Dlatego sceptycznie też podchodziłam do opowieści o nawiedzonych przez złe duchy domach, czy złych duchach na cmentarzu. Nie znaczy, że nie wierzę w duchy. W te wierzę jak najbardziej, ale być może dlatego, że wychowywano mnie wpajając, że ludzie są jednak mimo wszystko dobrzy, ciężko mi uwierzyć w złe duchy. Nawet w mojej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” wszystkie zjawy są dobre, sprawiedliwe i nawiedzają w tzw. słusznej sprawie. Gdy przez jakiś czas byłam zupełnie sama z nieletnim synem czułam obecność dobrych duchów moich przodków. Że kiedykolwiek nawiedzi mnie zły duch? Niemożliwe. To tylko na filmach. To tylko „Omen” i Gregory Peck. To tylko „Harry Angel” oraz Mickey Rourke i Robert de Niro. To tylko „Adwokat diabła” oraz Keanu Reeves i Al Pacino. To tylko… dziesięć, sto czy tysiąc innych filmów. W normalnym życiu zdarzyć się to nie może. Tak myślałam.

W ogóle nie przypuszczałam, że pewnego dnia diabeł zawita do mnie. Jak to? Wiele miesięcy temu przyszedł do nas kolega Panicza Syna z jakimś obrazem olejnym i pytaniem, czy mogłabym mu powiedzieć co to za malarz. Obraz przedstawiał postać z czarnymi, rozczochranymi włosami. Taki diabeł. Trochę straszny, a trochę śmieszny. Chyba nawet był podpisany „Diabeł”. Nazwisko autora (dziś już nie pamiętam) nic mi nie mówiło, ale sprawdziłam go w internecie. Nie żył od kilku lat. Malował diabły. Najwyraźniej lubił to. Kolega Panicza Syna powiedział, że kupił obraz na targu sztuki za 5 złotych, ale jego mama po kilku miesiącach poprosiła, by natychmiast wyniósł go z domu, bo obraz ma złą energię. Ubawiłam się. To, że ktoś namalował diabła to nie znaczy, że obraz ma złą energię. Kolega powiedział więc, że obraz mogę zatrzymać. Żal mu go wyrzucać, a ja pewnie docenię dzieło, bo w końcu ukończyłam historię sztuki.

Cóż… zawsze miałam miękkie serce. Zarówno dla ludzi i zwierząt, jak i dla przedmiotów. Moim pierwszym zawodem był zawód bibliotekarza. Dlatego przed wieloma laty ulitowałam się nad leżącym na stole w redakcji i przez nikogo niechcianym egzemplarzem harlequina. Tym, w którym na swoją zgubę wyczytałam zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.” To zdanie do dziś snuje się za mną jak cień będąc dla mnie symbolem grafomanii i złej literatury. Teraz na tej samej zasadzie ulitowałam się nad obrazem. Jednak w przeciwieństwie do harlequina obraz artystycznie nie był zły. Nie pasował mi jednak do wnętrza. Nie był też w moim guście. I w ogóle coś z nim było nie tak. Jednak dokładnie tak samo jak kiedyś harlequina tak teraz żal mi było obrazu. Dlatego przyjęłam dzieło i… schowałam. A potem o nim zupełnie zapomniałam.

Ostatnie półtora roku nie było dla nas dobre. Nie chodzi o życie osobiste, bo na to nie narzekamy, ale zawodowo mieliśmy sporo kłopotów. Były to kłopoty z komputerami, dyskami, spektaklem, książkami, filmami, a także ludźmi z którymi przyszło nam współpracować. Szkoda naprawdę czasu na opisywanie tego wszystkiego, zresztą w niektóre historie trudno byłoby czytelnikom uwierzyć. W każdym razie było nam w życiu ciężej niż zazwyczaj. Dlaczego? Olśnienie przyszło dwa dni temu, gdy siedziałam i próbowałam pisać, ale jak zwykle coś mi się przydarzyło, co to pisanie uniemożliwiło. I nagle… przypomniał mi się obraz. To było jak impuls. Gdy napomknęłam Ulubionemu, że mam wrażenie, że to ten obraz z diabłem ma złą energię i źle na nas działa, przez co mamy takie a nie inne kłopoty z pracą, on aż podskoczył. Szybko powiedział, że ma dokładnie taką sama myśl. Postanowiliśmy więc pozbyć się obrazu. Natychmiast zadzwoniłam do Panicza Syna, który studiuje w zupełnie innym mieście, by poinformował kolegę-ofiarodawcę, że obraz wyrzucamy. W odpowiedzi usłyszałam, że… w ogóle go to nie dziwi.

Ulubiony rozpoczął poszukiwania „Diabła”, ale obraz jakby zapadł się pod ziemię. Kompletnie nie umieliśmy sobie przypomnieć gdzie też go schowaliśmy, by nie drażnił naszych oczu. Poszukiwania trwały długo, ale na szczęście zakończyły się sukcesem. Gdy chciałam sfotografować obraz „na pamiątkę”, by móc komuś potem pokazać je, jako dowód, że coś z obrazem nie tak, Ulubiony aż krzyknął. „Żadnych zdjęć! Żadnych śladów po tym diable w naszym domu!” Zgodziłam się od razu. No i rozpoczęliśmy dysputę gdzie obraz wyrzucić! Wbrew pozorom było to dla nas obojga bardzo ważne, bo od razu stwierdziliśmy, że nasz śmietnik nie wchodzi w rachubę, ponieważ może go tam znaleźć sąsiadka i… zabrać do domu, a wtedy obraz też będzie obok nas, tyle, że nie będziemy mogli się go pozbyć już nigdy. Uznaliśmy więc, że trzeba znaleźć śmietnik tzw. wolnego dostępu i najlepiej z rzeczami z budowy bądź remontu, bo z takiego śmietnika nikt obrazu nie wyjmie i nie przyniesie zła do swojego domu. A przynajmniej ryzyko, że ktoś to zrobi jest mniejsze.

Wczoraj Ulubiony znalazł taki śmietnik i wyrzucił tam obraz z diabłem upychając go pod gruzem i deskami z budowy. A ja mam wrażenie, że powoli zaczyna się wszystko prostować. Dziś rano zadzwonił bowiem znajomy informatyk, by powiedzieć, że z jednego z uszkodzonych dysków udało się odzyskać 30 GB danych. A jeszcze tydzień temu twierdził, że pomóc w tym może tylko jedna firma, której usługi kosztują kilka tysięcy złotych. A wystarczyło pozbyć się diabła.

PS Cały czas nie mogę w to uwierzyć.

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Inne nie znaczy gorsze, czyli na koniec Dnia Kobiet słówko o równości

Zawsze wolałam Dzień Kobiet od Walentynek. Powód prosty: Walentynki są dla zakochanych, a Dzień Kobiet dla wszystkich kobiet. I dla małych dziewczynek i starych matron, nawet tych rodem z wierszyka Boya o Matronie Krakowskiej.

Od kilku dni w sieci wrze. Nie tylko za sprawą polskiego polityka unijnego, który obraził wszystkie kobiety, bo umówmy się, że zrobił to dla rozgłosu, aczkolwiek chyba nie przewidział skutków. Glosy popierające jego postawę pojawiły się tylko w naszym kraju. Uważam to zresztą za ciekawe. Jak polscy mężczyźni nisko cenią kobiety. Mam kilku kolegów, którzy wielokrotnie przekonywali mnie, że kobiety są głupsze, bo mniej wśród nich jest fizyczek czy matematyczek. Co ciekawe nikogo z nich matematyki nie uczył w żadnej ze szkół mężczyzna. Taki drobny szczegół, na który im zwróciłam uwagę, a oni odbili piłeczkę, że na uczelniach mężczyzn jest więcej. Naprawdę? Dwie moje bliskie koleżanki są profesorami SGH. Nie jest nim żaden z bliskich kolegów.

Nie jestem feministką. A przynajmniej nie taką, która twierdzi, że kobiety są równe mężczyznom. Biologicznie bowiem nie są. Są fizycznie słabsze i mniejsze. Ale prawo nie powinno nikogo dyskredytować z tego powodu. Biologia tak skonstruowała człowieka, że jednej płci coś dała, a drugiej zabrała. Na przykład mężczyzn obdarzyła większą siłą, ale… mniejszą odpornością na ból. Jest taki dowcip, który głosi, że gdyby mężczyźni mieli menstruację toby brali zwolnienie na cały czas jej trwania, a gdyby rodzili to przechodziliby na rentę. Coś w tym jest. Nie widziałam kobiet mdlejących przy pobieraniu krwi, ale widziałam w takiej sytuacji wielu mężczyzn i to często takich ponad stukilogramowych osiłków. Miałam kiedyś znajomego, który najmniejsze skaleczenie oklejał plasterkiem i kładł się przed telewizorem jako rekonwalescent, zaglądając co chwilę pod plaster z niepokojem czy nie rozwija się zakażenie. Mam też kilku kolegów z fobią dentystyczną tak straszną, że to co mają w gębie dawno przestało przypominać szczękę, a zamieniło się w stary i dziurawy płot Baby Jagi. Nie mam zaś żadnej koleżanki, która bałaby się stomatologa.

Kobiety są bardziej empatyczne, bardziej zapobiegliwe. Pewnie dlatego wśród bezdomnych przeważają mężczyźni, zaś bezdomne kobiety to margines, który zazwyczaj wiąże się z nadużywaniem przez nie alkoholu lub chorobami psychicznymi.

Mimo jednak tych oczywistych różnic między kobietami a mężczyznami obie płcie powinny być równo traktowane. Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak on jest dopełnieniem kobiety. I wszelkie próby wmówienia, że któraś z płci jest lepsza lub ważniejsza od drugiej są po prostu społecznie szkodliwe. Konstytucja bowiem głosi równość wobec prawa wszystkich obywateli be względu na płeć. Niestety w Polsce to tylko słowa na papierze. Nadal trwa grzebanie w naszych ciałach. Nadal trwa układanie nam życia pod dyktando mężczyzn.

Wiele lat temu, tu na blogu, pisałam, że to już John Lennon śpiewał, że kobieta jest Murzynem świata. Dziś jest też jego Żydem i Cyganem. Rasizm jest. To z czym spotykają się kobiety jest właśnie rodzajem rasizmu, choć nosi nazwę mizoginizm. Kobieta jest traktowana, jak ktoś gorszy i głupszy. I to niemal na każdym kroku. Kobieta ma swoją wartość tylko wtedy, gdy stoją przy niej spodnie. Bywały w moim życiu momenty, kiedy tych spodni przy mnie nie było. Pamiętam, jak traktowali mnie wtedy hydraulik, elektryk czy gazownik, którzy dowiadując się, że jestem „bez przydziału” zawyżali swe usługi, naciągając jak tylko się da, a także wymuszając naprawy, które dość szybko okazywały się zbędne. Ale cóż… przed nimi stałam ja, czyli baba, a baba jak wiadomo jest głupia, więc można ją naciągać. Widzę, jak zmienił się stosunek tych samych panów do mnie od kiedy jest ze mną Ulubiony. Naprawdę niebo a ziemia. Ja się nie zmieniłam. Może się zestarzałam, ale nadal jestem tą samą osobą. Jednak fakt, że zmienił się mój stan cywilny sprawił, że ci, którzy mnie lekceważyli teraz tego nie robią.

Jako dziennikarka wiele razy zauważałam, że gdy przyjeżdżałam gdzieś z kamerą moi rozmówcy kierowali swoje słowa bardziej do moich kolegów (operatora kamery czy dźwiękowca) niż do mnie, choć to ja „przewodziłam” temu małemu stadu w postaci reporterskiej ekipy. Ale dla wielu – co mężczyzna to mężczyzna! Nie ma sensu tłumaczyć kobiecie o co chodzi w czołgu, samolocie czy wozie pancernym.

Wielokrotnie na infolinii mojego dostawcy usług internetowych (czy obsługującego moją domenę) byłam traktowana przez męskich konsultantów jak kompletny ćwok, który nie radzi sobie z błahostką, choć na końcu rozmowy zawsze okazywało się, że to z czym dzwonię to grubsza awaria, wobec której nawet ci męscy konsultanci są kompletnie bezradni.

Mój Ojciec zawsze mówił, że kobiety są w stanie zmienić świat. Zarówno na lepsze jak i na gorsze, co zależy oczywiście od tego jakimi są ludźmi. Mają jednak wielką moc. Są cierpliwe i wytrwałe. W większości bardzo pracowite. Mam więc nadzieję, że pewnego dnia te cechy sprawią, że wypracujemy dla siebie lepszy los i szacunek, także męskiej części społeczeństwa.

Dziś przykre jest, że ten szacunek to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie kobiety mogą liczyć. Jesteśmy uprzedmiotawiane, bo za nas chce się decydować w sprawie pracy zarobkowej i wynagrodzeń, a także antykoncepcji, czyli świadomego lub nie macierzyństwa. Rozmawiałam ostatnio z kolegą o ciąży, jako stanie fizycznym i powiedziałam mu, że żaden mężczyzna nigdy nie dowie się, jakie lęki towarzyszą ciężarnej kobiecie. A towarzyszą jej one przez cały okres ciąży i to nie po kilka razy dziennie, ale niemal bez przerwy. Nigdy jednak nie dzieli się ona ze swoim partnerem wszystkimi obawami, by go nie zniechęcać, nie denerwować i nie obarczać!!! Wszystko dlatego, że żaden facet nie wytrzymałby rozmawiania o ciąży przez 24 godziny na dobę. Do tejże ciąży potrzebne są dwie osoby, ale jej konsekwencje ponosi zawsze tylko i wyłącznie kobieta. I niech to ona o tej ciąży decyduje. Pisałam kiedyś, że chciałam zrobić reportaż o tym, dlaczego mężczyźni (w 99%) porzucają rodziny, gdy na świat przychodzi chore dziecko. Nikt z panów, którzy zostawili swoje żony nie chciał się wypowiedzieć i to nawet anonimowo. Nikt nie chciał mi powiedzieć czemu nie chciał z matką swojego chorego dziecka dźwigać tego swoistego krzyża. Czemu uciekł jak szczur z tonącego okrętu zostawiając swoich bliskich na pastwę losu? Czemu skąpi alimentów? Czemu walczy o ich obniżenie? Choć jego dziecko jest ciężko chore i potrzeba więcej pieniędzy na opiekę nad nim? Czemu w ogóle ich nie płaci? Czemu przepisał swój majątek na nową żonę, rodziców etc.? Nie chciałam oceniać ani potępiać. Chciałam zrozumieć albo przynajmniej dostać szansę próby zrozumienia. Chciałam usłyszeć jakieś argumenty. Daremnie. Tymczasem każdy z tych mężczyzn opuszczając swoją żonę i dziecko zdecydował za kobietę. Przypomnę jeszcze tylko w tym miejscu, że gwałt też jest formą decydowania za kobietę! A słabsza fizycznie kobieta zawsze przegra pojedynek siłowy z mężczyzną, chyba, że zacznie trenować sztuki walki. Dlatego w przypadku gwałtu zawsze o wszystkim decyduje mężczyzna. A długość spódnicy czy dekolt nie mają tu naprawdę żadnego znaczenia.

Nie jestem zwolennikiem rewolucji, bo nie lubię przemocy, a poza tym rewolucja naprawdę zawsze pożera swoje dzieci. Dlatego nie uważam, by trzeba było np. iść na barykady i palić kukły szowinistów, którzy chcą decydować za kobiety. Wierzę w ewolucję, choć ona niestety zawsze trwa dłużej. Mam jednak ogromną nadzieję, że nadejdzie wreszcie taki dzień, gdy męska część świata dojrzeje i przestanie na nas patrzeć jak na gorsze i głupsze tylko dlatego, że podnosimy mniejsze ciężary. I chciałabym dożyć tego dnia. To moje jedyne życzenie z okazji Dnia Kobiet.

Korwinina i inne podroby

Wczoraj sieć obiegł film z Parlamentu Europejskiego, na którym widać pewnego polskiego eurodeputowanego, który twierdzi, że kobiety powinny zarabiać mniej niż mężczyźni, gdyż są od nich słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja się zgadzam z tym osobnikiem (pan to to nie jest, mężczyzna też nie), że jesteśmy mniejsze. Nie tylko wielu polskim parlamentarzystkom, ale i polskim kobietom daleko do rozmiarów np. Ryszarda Kalisza, który w swoim czasie uchodził za najgrubszego polskiego posła. Na pewno jesteśmy więc mniejsze. Na pewno jesteśmy też słabsze, choć podejrzewam, że gdyby nasza utytułowana kulomiotka przywaliła temu osobnikowi w pysk, co niewątpliwie mu się należy, bo przecież na pojedynek na szpady lub pistolety chama nikt nie będzie wyzywał, to by się nogami nakrył i zdziwił co może taka mała, słaba kobieta. Co do inteligencji kobiet mocno bym jednak z nim dyskutowała. Przykład z szachami czy olimpiadami z fizyki podany przez tego osobnika, (że więcej jest wybitnych szachistów niż szachistek i że brak jest kobiet w olimpiadach fizycznych), wydaje mi się dość niefortunny, nawet nie dlatego, że noblistka Maria Skłodowska-Curie była kobietą, ale rodzajów inteligencji jest kilka. A poza tym jak tam z fizyką u niego? Na pewno wszystko dobrze? Nic mu nie ciąży?

Uważam ponadto, że wypowiedzenie tych słów przez eurodeputowanego stawia go w dolnym rzędzie polskiej klasy inteligenckiej jeśli w ogóle do niej należy, co jest mocno wątpliwe. Najbardziej jednak fascynuje mnie w jego argumentacji, że kobiety powinny mniej zarabiać niż mężczyźni, ten niesamowity brak logiki, która niezbędna jest w szachach czy fizyce. Skoro kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni przy takich strasznych dysfunkcjach, jak słabość, mniejszość i mniejsza inteligencja powinny chyba dostawać dwa razy więcej pieniędzy, bo mimo tych dysfunkcji w swojej pracy dorównują mężczyznom.

Rozumiem, że ten osobnik sugeruje, że jako pisarka z racji płci powinnam otrzymywać mniejsze honoraria niż moi koledzy po piórze. Naprawdę? Bardzo bym wobec tego prosiła, by wyrzucił ze swojej biblioteki wszystkie książki napisane przez kobiety.

Jest takie powiedzenie, że po wołu można spodziewać się tylko wołowiny. Ośmielam się jednak zauważyć, że o ile wołowina zawiera sporo potrzebnego dla organizmu np. żelaza, o tyle korwinina jedynie strychninę i jad kiełbasiany. A ten ostatni pochodzi z mocno starej kiełbasy, którą obawiam się dźwignąć może już tylko viagra.

W starożytności tak starych ludzi jak ten osobnik w Grecji zrzucano ze skały. Podobnie było u Norwegów. Na Islandii też starców zabijano, ale wcześniej przedyskutowywano sprawę na zgromadzeniu być może podobnym do Europarlamentu. Potem zrzucano ich ze stromej skały, który to proceder potwierdzają niektóre nazwy miejsc na terenie dzisiejszej Skandynawii brzmiące w wolnym tłumaczeniu jako: „skała śmierci” lub „miejsce straceń”. W skandynawskich sagach mowa jest o maczudze śmierci do zabijania starców. Wyczytałam też gdzieś, że w starożytnej Skandynawii podeszli wiekiem nie jadali i nie przebywali ze swymi dziećmi i wnukami, a ich los był cięższy od losu zdolnych do pracy niewolników. Tymczasem nasza cywilizacja pozwoliła im nadal żyć, a nawet być jeszcze eurodeputowanymi. A w czym taki chamski staruch lepszy jest od kobiety? W szachach? Ponoć pierwsza zasada szachistów brzmi: „nie bij konia przy damie”. O to jestem spokojna. Damy od takiego obrzydliwego starucha uciekają w galopie. Ale ponieważ samo „życie jest jak gra w szachy: raz posuwasz królową, a raz bijesz konia” to chcę retorycznie spytać: Czy ktoś wierzy, że istnieje królowa, która pragnie tego starca?

PS W tym tekście dostosowałam się do poziomu dyskusji osobnika reprezentującego (niestety) Polskę w Europarlamencie. Jak chamstwo to chamstwo.

Złe polskie filmy, czyli słowo o mojej rozpaczy

Postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy. Drugi rok uczęszczam na zajęcia do pewnej szkoły scenariuszowej. Pierwszy rok zaliczyłam (na czwórkę) pisząc scenariusz filmu fabularnego krótkometrażowego. Drugi, a co za tym idzie ostatni rok, mam zaliczyć scenariuszem pełnometrażowego filmu fabularnego. W międzyczasie oglądam różne filmy. Generalnie jestem osobą tzw. „wyoglądaną”. W podstawówce i liceum chodziłam do kina na pewno częściej niż inni. Na dodatek namiętnie odwiedzałam tzw. Muzeum Sztuki Filmowej, czyli kino Iluzjon. Bywało, że wychodziłam z jednego seansu i wchodziłam na drugi oglądając tak trzy filmy z rzędu. Mój rekord to cztery filmy w Iluzjonie obejrzane jednego dnia. No i oglądałam też niemal wszystko, co pokazywała Telewizja Polska. Po maturze należałam do DKF, dzięki czemu obejrzałam najważniejsze dzieła światowej kinematografii. Jak przystało na kinomaniaka codziennie oglądam minimum jeden film i to właściwie po to mam telewizor. Tylko raz w swoim życiu wyszłam z kina w trakcie seansu, bo mam zasadę oglądania filmów do końca. Z tego filmu pewnie bym nie wyszła, gdyby nie to, że byliśmy całą paczką i większość z tej paczki chciała wyjść.

Lista moich ulubionych filmów jest długa. Długa jest też lista ulubionych reżyserów. Do wielu ich filmów wracam wiele razy i padam plackiem przed geniuszem twórców.

Niestety w ciągu ostatnich kilku tygodni obejrzałam (wiem, że z opóźnieniem) trzy bardzo złe polskie filmy. Przyznam jednak, że oddałabym wiele, by móc powiedzieć, że były one świetne. Nie jestem osobą, która sugeruje się recenzjami, opiniami itd. Lubię mieć własne zdanie. Te trzy bardzo złe polskie filmy to produkcje patriotyczno-historyczne.

Trzecie miejsce w tym moim prywatnym rankingu najgorszych polskich filmów z ambicjami zajmuje „Bitwa Warszawska 1920”. Wiem, minęło sporo czasu od premiery, ale bałam się tego filmu. Mój dziadek, Julian Stec, brał udział w wojnie podczas uderzenia znad Wieprza. Był ranny i leżał w szpitalu we Lwowie. Dla mnie to nie jest więc jakaś tam historia, ale coś niezwykle ważnego i niemal osobistego. Każdy ochotnik w tym filmie to przecież potencjalnie mój dziadek. Tymczasem co otrzymałam jako widz?

Tu pora na dygresję. Na zajęciach ze scenariopisarstwa uczą mnie ciągle, że film to nie życie. Że film to historia (smutna, wesoła, zwariowana lub poważna etc.), która ma być wciągająca. Żeby była wciągająca musi składać się (w tzw. wielkim skrócie) z krótkiego wstępu, kiedy poznajemy bohaterów. Potem następuje tzw. pierwszy punkt zwrotny, w którym bohater zostaje wypuszczony w jakąś podróż (może to być podróż w głąb siebie) mającą odmienić jego życie, plątane przez los. Ażeby ta „podróż” była ciekawa dla widza bohater musi przechodzić różne perypetie. Wreszcie w filmie dochodzi do kulminacji, kiedy następuje rozwiązanie jego problemu (lub bohater ponosi klęskę) i kończy się film. Film ma happy end lub nie. Wszystkie moje najukochańsze filmy świata, jak np. „Światła wielkiego miasta” Charlesa Chaplina, „Odrażający, brudni, źli” Ettore Scolli, czy „Strach na wróble” Jerry’ego Schatzberga, albo „Fanny i Alexander” Ingmara Bergmana, czy „Zawód: reporter”, „Zabriskie point” lub „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego albo „M jak morderca” Fritza Langa czy „Kobieta w oknie” (tegoż samego niemieckiego reżysera żydowskiego pochodzenia, który musiał opuścić Niemcy po dojściu Hitlera do władzy), a także „Viridiana” Luisa Buñuela, oraz polskie filmy pt. „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza, „Dwaj panowie N.” Tadeusza Chmielewskiego czy „Eroica” Andrzeja Munka lub „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hassa są wg. tego schematu. Co ciekawe. Schemat opisano potem. Najpierw postały te filmy. Bo schemat opisano, oglądając i analizując te najgenialniejsze dzieła światowego kina.

„Bitwa Warszawska 1920” w warstwie scenariuszowej przeczy wszystkiemu, czego uczą mnie w szkole. Jest przykładem (ale jeszcze nie „idealnym”) jak nie pisać scenariusza. Na dodatek poza Adamem Ferencym, którego uwielbiam, a który gra czarny charakter i niestety dość szybko ginie, wart uwagi jest tam jeszcze Jerzy Bończak, niestety wraz z momentem wydelegowania granego przez niego bohatera na front – kończą się dobre sceny w filmie. Zostają nam nijaki Borys Szyc, bo nie ma nic do grania i jeszcze gorsza Natasza Urbańska, której Pan Bóg dał urodę, ale albo poskąpił talentu albo czegoś innego co pomogłoby, bym uwierzyła w istnienie takiej postaci.

Drugie miejsce najgorszego polskiego filmu ma „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”. Proponuję zresztą zmienić tytuł na „Histeria Roja”, bo widać w tym obrazie histeryczny krzyk twórców pragnących za wszelką cenę przekonać, że stworzyli doskonałe dzieło. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo w tym filmie Ulubiony zagrał nawet epizod. Powinnam więc, przez wzgląd na niego, popatrzeć na ten film bardziej przychylnie. Naprawdę patrzyłam. Niestety nie jestem w stanie pochwalić. Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyczałam w czasie seansu. Panicz Syn dwukrotnie wpadał do salonu pytać: „Co się stało?”, bo film oglądałam dzięki tzw. VOD na platformie Orange, czyli zapłaciłam 15 złotych doliczane do rachunku za wypożyczenie go na 48 godzin. Moje krzyki sprowadzały się do wypowiadanych przeze mnie bardzo głośno raz po raz słów: „O matko!”, „O Boże!”, a także „Nie wierzę!”. Za ten film reżyser Jerzy Zalewski powinien przede wszystkim przeprosić swoich bohaterów. A pieniądze, które wydałam, by obejrzeć ten koszmar proszę by mi zwrócił wpłacając na jakikolwiek cel dobroczynny – najlepiej na Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Stworzył bowiem (znów pozbawiony spójnego scenariusza, a nawet można napisać, że scenariusza w ogóle) film klasy B, pełen wulgarnych przekleństw wykrzykiwanych w takim nadmiarze, że „Psy” Władysława Pasikowskiego to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci. Jest tu na dodatek taka masa strzelaniny, że w obsadzie właściwie brakuje Stevena Seagala lub Chucka Norrisa, bo to oni się w grze w tego typu filmach specjalizują, a to właśnie filmy z nimi przypominała mi produkcja Zalewskiego. Z tą różnicą, że filmy z Seagalem czy Norrisem, (choć w większości sprowadzają się do schematu „zabili kogoś i ktoś się mści”) mają trzymające się kupy scenariusze, czego o tym naprawdę powiedzieć nie można. Są tu rwane sceny, które można zresztą dowolnie poprzestawiać i film na tym nie straci, bo i tak nie wiemy o co w nim chodzi. Są tu też niestety nadęte, nudne, patriotyczne dialogi wplecione w ten stek przekleństw. Bohaterowie wycierają sobie gęby ojczyzną jakby to był papier toaletowy. Jest to jeszcze na dodatek bardzo źle zagrane (poza epizodami). Ale z drugiej strony przy tak złym scenariuszu i dialogach zapewne ciężko jest dobrze grać.

Wreszcie (albo niestety) pierwsze miejsce. Gdy ogłasza się je na gali Oskarów ludzie wzruszają się, zapiera im dech w piersiach. Tym razem z trzewi wydobywają się beknięcia, a z odwłoku zgoła inne odgłosy i reakcje. To pierwsze miejsce to „Smoleńsk”. Panie Antoni! Panie Krauze! Jest pan reżyserem moim zdaniem jednego z najlepszych w dziejach polskiej kinematografii filmu krótkometrażowego pt. „Monidło” wg. opowiadania Jana Himilsbacha. Ja się teraz Pana pytam i naprawdę mam łzy w oczach. Jak Pan, człowiek o takiej filmowej wrażliwości, mógł wyreżyserować takiego gniota? Czterej scenarzyści, a scenariusza jakby nie było!!! W 36 minucie nadal czekałam na pierwszy punkt zwrotny. Po godzinie prawie płakałam błagając niebiosa, by ta straszna nuda się skończyła. Jestem dla tego filmu idealnym widzem. Nie jestem z tzw. sekty pancernej brzozy. Nie mam w ogóle żadnej teorii dotyczącej katastrowy tupolewa. Nie wiem co zdarzyło się pod Smoleńskiem i chciałabym wyjaśnienia. Tymczasem dostaję film, który nie odpowiada na to pytanie. Nie przedstawia też żadnej teorii. (Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Nie jest to political fiction jaki można byłoby nakręcić. Z łezką w oku wspominam w tym miejscu oglądany przeze mnie po wielekroć film „Koziorożec 1” Petera Hyamsa, którego bohaterem też jest dziennikarz. Film jest o tym jak rząd dopuszcza się manipulacji w sprawie lotu w kosmos i trzyma widza w napięciu do końca. Mnie trzyma w tym napięciu bez względu na to, który raz go oglądam, a mam to na własność na DVD. Niestety „Smoleńsk” to tandetny fabularyzowany dokument z jakąś tezą, której nawet dokładnie nie jestem w stanie sformułować, bo wszystko jest tam niejasne. (Powtórzę: Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Najgorsze w filmie jest jednak to, że ma dialogi na poziomie programów typu: „Trudne sprawy”, „Ukryta prawda” lub „Dlaczego ja?”. Na dodatek, poza kilkoma dobrze zagranymi epizodami (Andrzej Mastalerz, Halina Łabonarska) ma tragicznie obsadzoną główną rolę – Beatę Fido. (Towarzyszący jej aktor grający kochanka, operatora kamery też straszny!) Ta pani z dwiema czy trzema dyżurnymi minami nie powinna nigdy w życiu grać niczego więcej poza melodią „wlazł kotek na płotek” na cymbałkach i to w domowym zaciszu. Czegoś tak złego aktorsko nie widziałam w żadnym profesjonalnym filmie!!! Widziałam to jedynie w serialach typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Sędzia Artur Lipiński”, „Szpital” i tym podobne głupoty. Ostatni raz tak wstydziłam się za coś, co oglądam na ekranie, kiedy Adam Małysz odbierał puchar za wygraną w Turnieju Czterech Skoczni, a dziennikarz TVP (którego na szczęcie był to ostatni występ) spytał publicznie jego żonę „co pani da mężowi jak wróci?” wtedy na to dwuznaczne pytanie pani Iza Małysz przytomnie odpowiedziała, że kaczkę i uratowała sytuację.

Piszę o tym wszystkim, bo jestem załamana. Oto kilka lat temu opisywałam tu moją osobistą historię z filmem „Szaleńcy”, czyli debiutem fabularnym Leona Buczkowskiego. Był to polski, fabularny film patriotyczny opowiadającym o wojnie polsko-bolszewickiej. Nie zachował się w całości. Nie wiemy, jak zginął główny bohater. Film oglądałam w 90 rocznicę tzw. Cudu nad Wisłą w Iluzjonie, który wtedy korzystał z sali w Bibliotece Narodowej. „Szaleńców” pokazywano z muzyką na żywo. Mimo braku kluczowych scen, bo się nie zachowały, film zebrał wielkie brawa. Urzeczony był również mój 14-letni wówczas syn. Cóż… w 1929 roku ten film został nagrodzony Złotym Medalem na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

I jest mi po prostu zwyczajnie, po ludzku i po polsku przykro, że prawie 90 lat później daleko nam do tego poziomu. Nie umiemy robić patriotycznego kina. Trzy filmy na trzy ważne tematy: wojna polsko-bolszewicka, żołnierze wyklęci i katastrofa smoleńska, a obejrzałam trzy gnioty. Nie ma takiej beczki piwa, której wypicie zabiłoby niesmak. Wiem jedno: Jerzy Hoffman powinien przeprosić mojego dziadka za film o wojnie, w której dziadek brał udział. Jerzy Zalewski powinien przeprosić żołnierzy wyklętych za patetyczne, pełne przekleństw i tandetnej strzelaniny nudziarstwo, którym starał się ich upamiętnić, a Antoni Krauze oraz scenarzyści filmu, powinni przeprosić 96 ofiar katastrofy smoleńskiej i ich rodziny za gniota, który został wyprodukowany i do którego wmontowano archiwalne, oryginalne zdjęcia z nudnymi dialogami z konferencji prasowych. Ja rozumiem, że na coś brak pieniędzy, ale zawsze też pamiętam, że Elia Kazan na własnej daczy amatorską kamerą, którą obsługiwał jego syn nakręcił rewelacyjny i wstrząsający film „Goście”, w którym rozprawił się ze skutkami wojny w Wietnamie wbrew temu co głosiła oficjalna amerykańska propaganda. Jest się od kogo uczyć i na kim wzorować.

Nie musi to być tworząca monumentalne dzieła Leni Riefenstahl, która wraz z Goebbelsem śmieją się z zaświatów z polskiego kina propagandowego. Cóż…, jest tak słabe jak bezalkoholowe piwo Żywiec, po którym nawet moja 8 miesięczna jamniczka Frytka mogłaby prowadzić samochód, gdyby sięgała łapami do kierownicy i pedałów.

W 1968 roku Polskę opuścił Aleksander Ford, któremu jako Żydowi pokazano drzwi. Po latach okazuje się, że jego „Krzyżacy” są niedoścignionym wzorem dla Hoffmanna. W latach 70-tych Mieczysław Waśkowski, członek PZPR i szef POP PZPR przy Zespołach Filmowych nakręcił wstrząsający film „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” wg. opartego na faktach scenariusza Andrzeja Mularczyka z Karolem Strasburgerem w roli dziennikarza idącego tropem niewręczonych po kampanii wrześniowej medali. Dziś Waśkowski jest be, bo lewicowy partyjniak (nie żyje zresztą). Tymczasem Jerzy Zalewski od Waśkowskiego powinien uczyć się robić dobre filmy, a scenarzyści Smoleńska pisania scenariuszy od Andrzeja Mularczyka.

Wszystko to piszę szczerze zrozpaczona. Po tym, co obejrzałam chce mi się po prostu płakać!!! W rodzinie miałam i bohaterów wojny polsko-bolszewickiej (m.in. dziadka Juliana Steca) i żołnierzy wyklętych (m.in. odsiadującą wyrok w Fordonie ciotkę Stenię z Ruszczykowskich Krosnowską za którą bardzo tęsknię, bo wiele jej zawdzięczam), a w katastrofie smoleńskiej zginęło wiele osób, które znałam osobiście i których numery telefonów do dziś tkwią w mojej komórce. Nie umiem ich wykasować, bo to tak jakbym kasowała pamięć o nich.

Długo myślałam, czy pisać o tych filmach, że są złe. Z jednej strony powinno się je przemilczeć. Niech popadną w zapomnienie. Ale z drugiej strony, jak się tego jasno nie napisze, ktoś może pomyśleć, że temat został wyczerpany. Nie został. Scenarzyści do piór! Niech powstaną wreszcie dobre, polskie filmy o wojnie polsko-bolszewickiej, o żołnierzach wyklętych, a także o katastrofie smoleńskiej. Bohaterowie tych wydarzeń zasługują na to, by ich upamiętnić dobrymi filmami.

I nie potrzebowali 500+, czyli co wiem dzięki genealogii

Od dzieciństwa zajmuję się historią swojej rodziny. Już jako kilkulatka z tatą rysowałam drzewo genealogiczne. Potem grzebaliśmy w skorowidzach miasta Warszawy, sprawdzając gdzie żyli przodkowie i porównując to z zachowanymi w domu dokumentami. W 2013 roku założyłam portal genealogiczny. Opisałam na nim m.in. historię i przyczyny jego powstania. I tak od listopada 2013 roku codziennie na tymże portalu coś zamieszczam. Przeważnie są to dokumenty, fotografie czy listy z moich zbiorów. Ostatnio metryki, których skany udostępniają na swoich stronach Archiwa Państwowe. Metryki potwierdzają wiedzę zdobytą przed laty przez Ojca, dziadka i pradziadka, a także to co mam w rodzinnych dokumentach w domu. Między innymi wiedzę o tym, że moi przodkowie Piekarscy byli kowalami, a Stalscy, Dobosiewiczowie i Rakowscy rzeźnikami. Wszyscy mieli sporo dzieci. Ich żony nie pracowały. I tak się zastanawiam od wielu, wielu, naprawdę wielu miesięcy, a może i nawet lat: Jak to jest, że mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) warszawski kowal, który z dwóch małżeństw (pierwszego z moją praprababcią Julią ze Stalskich, a drugiego z jej rodzoną siostrą Zofią ze Stalskich) miał 14-cioro dzieci żył na takim poziomie o jakim większość z nas dziś może tylko pomarzyć?

Mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) – warszawski kowal

Z czternaściorga jego dzieci, okresu dziecięcego nie przeżyła tylko trójka. Dwójka zmarła podczas porodu, a jeden Pawełek zmarł mając 10 lat. Pozostałą jedenastkę dzieci prapradziadek Michał Franciszek był w stanie nie tylko utrzymać, ale i wykształcić. Córki wydał dobrze za mąż dając im posagi. Za mąż wydał nawet siostrę Krystynę, która poszła za majstra szewskiego Drozdowicza. Synom Władysławowi i Henrykowi kupił sklep z dewocjonaliami. Jest on zresztą do dziś przy Krakowskim Przedmieściu niedaleko Resursy i Dziekanki, a ja mam z niego kilka pamiątek w postaci kilku ryngrafów, czy chociażby mojego medalika od chrztu. Dzięki temu sklepowi jeden z jego synów Władysław dorobił się potem kamienicy na Targowej, w miejscu której stoi dziś nowy dom, ale ja u siebie mam na pamiątkę tablicę z tamtego nieistniejącego domu z nazwiskiem przyrodniego brata pradziadka – Władysława Piekarskiego, jako właściciela. Najstarszy z synów – mój pradziadek Ludwik Roch Piekarski (1869-1945) ukończył Uniwersytet Warszawski i został inżynierem specjalistą od budowy wodociągów i kanalizacji. Ożenił się ze szlachcianką – córką doktora Bronisława Ruszczykowskiego h. Brochwicz (i Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich h. Jastrzębiec) – Zofią Konstancją Ruszczykowską (1879-1962), osobą dobrze wykształconą, znająca kilka języków, stenotypię i pisanie na maszynie. Ponad sto lat temu (rok 1880) warszawskiego kowala stać było także na to, by wybudować kamienicę, która stała w miejscu dzisiejszych Złotych Tarasów. Żadna z jego żon nie musiała pracować. Obie były zresztą wykształcone na pensjach, choć były córkami rzeźnika. Moja praprababcia Julia otrzymała w szkole jako nagrodę książkę z czytankami z pisma świętego.

Kowala i jego żonę stać było na służbę! Tak! Przeszło sto lat temu nawet warszawski kowal miał służącą!

Czemu stać ich było na to wszystko? Czemu pradziadowie mieli nawet na piękne nagrobki na starych Powązkach w zabytkowej części? Takie nagrobki z pięknymi płaskorzeźbami i rzeźbami? Po prostu nie płacili aż takich podatków! Tymczasem dzisiaj rzadko która rodzina jest w stanie utrzymać się z jednej pensji. Rząd wprowadził program 500+, by pomóc rodzinom wielodzietnym. Czy nie lepiej byłoby po prostu podnieść minimalne płace, zwiększyć kwotę wolną od podatku i zmusić pracodawców do przestrzegania prawa, a w szczególności terminów wypłat także za umowy o dzieło? Dla mnie dawanie pieniędzy za to, że się ma dzieci jest niemoralne. Moralne byłoby pozwalanie ludziom na nie po prostu zarobić.

Nie jestem zwolennikiem tego, by kobiety siedziały w domach, chyba że lubią. Jak chcą pracować (ja lubię) czemu mają tego nie robić? Jednak dzisiejsze czasy zmuszają po prostu kobiety do pracy, bo z jednej pensji nie da rady utrzymać się nawet rodzina z jednym dzieckiem. Mało tego! Często nie jest w stanie utrzymać się samotny kawaler czy panna! Wynajem mieszkania przekracza bowiem jego możliwości finansowe, a przecież jeszcze trzeba coś włożyć do garnka.

W latach 20-tych w Polsce (i na świecie) był straszny kryzys. Gdy w oczy pradziadkowi Ludwikowi zaglądał głód – pożyczał mu pieniądze… ojciec! Stary, emerytowany kowal! Kryzys był jednak wtedy tak wielki, że moja prababcia Zofia z Ruszczykowskich Piekarska poszła do pracy. A ponieważ nie znalazła zatrudnienia w Warszawie, gdzie mieszkała wraz z mężem, więc musiała pracować w… Częstochowie, (co zresztą przydało się potem w czasie okupacji, bo to do Częstochowy została wysiedlona moja rodzina po upadku powstania warszawskiego). Na szczęście synowie byli odchowani.

Mylę o tym wszystkim, ilekroć grzebię w swojej genealogii i przeglądam kolejne dokumenty. I naprawdę nie wiem, czy rodzenie dzieci po to, by dostać za nie 500+ jest dobrym pomysłem. Chyba lepiej, by przychodziły na świat dlatego, że ktoś pragnie ich, a nie comiesięcznej pięćsetki. Moi prapradziadowie nie mieli tej pokusy w postaci 500+. Mieli mnóstwo dzieci! Chociaż to przecież wtedy świat poznał pewną francuską pieśń przetłumaczoną na wiele języków świata i uznaną za swoisty hymn, a przez lata śpiewaną u nas jako słuszną. Jedna z jej zwrotek zakazana była nawet w PRL, a wszystko dlatego, że brzmiała:

Rząd nas uciska — kłamią prawa,
Podatków brzemię ciąży nam,
I z praw się naszych naigrawa
Ten, co z bezprawia żyje sam!

To jest niesamowite, jak ta zwrotka jest dziś aktualna. Jak jeszcze bardziej jest dziś prawdziwa. (Poświęciłam temu nawet jeden rozdział swojej książki Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy.) Bo dla mnie to kpina z człowieka, by np. wysokość rachunku za gaz, którym ogrzewa się mieszkanie, przekraczała wysokość pensji! I by ta minimalna kwota wolna od podatku była niższa od tego rachunku za gaz za cały sezon grzewczy.

PS Czy zacytowana zwrotka Międzynarodówki trafi na indeks tekstów zakazanych? Tak tylko pytam.

„A to Polaków już nie ma?”, czyli pożegnanie z imieniem

Zadzwoniono do mnie ostatnio z Oxford Encyklopedia, że chcą stworzyć mój biogram do „Księgi Wielkich Polaków”. Westchnęłam tylko. Pomijam to, że nie uważam się za wielką Polkę, ale dwa lata temu pewien Pan był u mnie w tej sprawie w Oborach. Zajął mi ze 2 godziny, choć mogłam mu to wszystko wysłać mailem w postaci swojego zawodowego CV. Jak się okazało mimo autoryzacji, jakiej udzieliłam biogramu w Encyklopedii nadal nie ma, czego nawet nie byłam świadoma, bo wisiało mi to przysłowiowym kalafiorem. Generalnie biorę udział w różnych ankietach, badaniach rynku itd., bo ludzie nie mają pracy i jeśli mogę poświęcić chwilę, by ktoś zarobił to po prostu daję mu zarobić. Tak było i w przypadku tamtego pana, którego imienia ani nazwiska już nawet nie pamiętam. Okazało się, że Pan już nie pracuje, że mnóstwa spraw nie dokończył itd., zgodziłam się więc na ponowne spotkanie w sprawie biogramu.
Tym razem przyszła do mnie Pani. Spotkałyśmy się w Domu Literatury w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. W tzw. „gabinecie prezesów” na ścianie wiszą bardzo stare, jeszcze przedwojenne, plakaty. Między innymi taki z teatru Bolszoj w Moskwie. Pani, która przyszła do mnie na wywiad spojrzała na ten plakat i powiedziała, że aż jej się miło na sercu zrobiło, bo ona w Moskwie się urodziła. Spytałam czy jest Polką, a usłyszawszy odpowiedź przeczącą spytałam jak długo w Polsce mieszka. Odpowiedziała, że 20 lat, ale pierwszy raz przyjechała tu jako czterolatka do cioci, która wyszła za Polaka. I potem tak już przyjeżdżała i przyjeżdżała, ukończyła studia w Polsce i związała się z Polakiem. Opowiedziałam o mającym polskie pochodzenie Ulubionym urodzonym w Moskwie i wychowanym na Ukrainie, traktowanym tu mimo tego polskiego pochodzenia i nazwiska jak „gorszy sort” i spytałam, jak ona jest tu traktowana.
- No… – pani zawahała się. – Akcentu już nie mam. Po polsku mówię dobrze, ale… musiałam zmienić imię.
- Jak to?
- A bo nazywałam się Swietłana i jak poszłam na wywiad do jednej pani profesor, to po przedstawieniu się usłyszałam: „A co to Polaków już nie ma? Musieli mi Ruską przysłać?”
Chciało mi się płakać i do tej pory chce, gdy o tym pomyślę. Potem pani opowiedziała mi o swoim synu, który czuje się Polakiem. Nikt nigdy w domu nie mówił mu, że Rosja jest zła, a już na pewno, że jest gorsza od reszty świata, a jednak… skądś wyniósł przekonanie, że jest to symbol strasznego jakiegoś syfu. Raz zawieziony do Moskwy chciał natychmiast stamtąd wracać. Nauki rosyjskiego odmówił.
Przed oczami stanęli mi moi koledzy z liceum dumni, że nie nauczyli się rosyjskiego. Zwłaszcza ten, który wykrzyczał mi w swoim czasie, gdy wychodziłam za mąż, że zdradziłam naród polski, a dziadek Ulubionego nie mógł być Polakiem, bo prawdziwi Polacy to po 1945 roku wrócili do Polski (czyli jak ktoś nie opuścił ojcowizny to nieprawdziwy Polak), a on w czasie wojny pewnie „spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie”. Obaj moi licealni koledzy nigdy nie byli ani w Rosji ani na Ukrainie. Jeden z nich tylko raz był na Litwie. Paradoksalnie rodzina tego drugiego pochodzi z… Kijowa, a jego krewnym był Henryk Józefski przyjaciel Semena Petlury.
Obu kolegom powiedziałam kiedyś, że nasza kultura w porównaniu z rosyjską jest dość uboga, choć się nią szczycimy i choć ja ją bardzo wysoko cenię. Fakty są jednak takie, że Polska jest mniejsza od Rosji, Polaków jest więc mniej niż Rosjan, a co za tym idzie świat zna o wiele mniej polskich twórców niż rosyjskich. Nasi światowej sławy literaci to wbrew pozorom nie Mickiewicz i Słowacki, a co najwyżej Sienkiewicz (i to dzięki rosyjskiej cenzurze), Miłosz, Lem i być może Szymborska, gdy tymczasem u Rosjan nie ma końca: Gogol, Czechow, Kryłow, Puszkin, Lermontow, Dostojewski, Tołstoj, Szołochow, Achmatowa, Bunin, Jesienin, Bułhakow, Mandelsztam i mogłabym jeszcze długo wymieniać. To samo z kompozytorami.
Polska pogarda dla ludzi zza Buga chyba od zawsze mnie denerwuje. Bo o ile byłam w stanie zrozumieć antysowiecką obsesję mojej matki, która przeżyła 17 września 1939 w Chełmie i tamże 22 lipca 1944, (choć i u niej obsesja nie dotyczyła zwykłych Rosjan), o tyle nie rozumiem tego u ludzi, którzy nie znają tamtych ziem. Że też matka mojego kolegi, która przeżyła rzeź wołyńską nie ma w sobie takiej pogardy i nienawiści?
Wschód jest skomplikowany. To kolorowa mieszanina zachowań spowodowanych skomplikowaną historią, które to zachowania wywołują jeszcze większą kakofonię uczuć i emocji. Nigdy nie chciałabym tam mieszkać, ale lubię tam jeździć, bo dzięki temu bardziej rozumiem spustoszenie jakie w umysłach robi autorytaryzm.
Denerwuje mnie utożsamianie Rosjan ze Stalinem czy Ukraińców z Banderą. Czemu Niemców aż tak bardzo nie utożsamiamy z Hitlerem? Odpowiedź jest prosta. Są bogatsi. A przecież bogatym wszystko się wybacza.
Dziwimy się, że zwykli Rosjanie nie przeżywają naszego Katynia? Ja się nie dziwię. „Swoich Katyni” mają kilka tysięcy. Opisywałam tu onegdaj jedno z takich miejsc pod Irkuckiem. Też byli tam rzecz jasna Polacy, ale większość ofiar to Rosjanie, bo los polskich oficerów podzieliły miliony Rosjan. Dlatego tak jak w Polsce nie ma rodziny, w której jakiś krewny lub powinowaty (członek bliższej lub dalszej rodziny) nie jest na Liście Katyńskiej, tak w Rosji czy na Ukrainie lub Białorusi nie ma rodziny, w której nie byłoby ofiar stalinowskiego terroru. Gułagi na jednej tylko Kołymie pochłonęły prawie 6 milionów istnień – głównie rosyjskich, choć nie brakowało tam więźniów innych narodowości.

„Ściana płaczu” na terenie miejsca stalinowskiego terroru w wiosce Piwowaricha pod Irkuckiem.

Jakieś dwa lata temu odwiedził nas znajomy aktor z Białorusi, z którym Ulubiony poznał się na planie filmu „Żywie Biełaruś”. Znajomy odwiedził nas z żoną, która spytała, czy może sfotografować moje mieszkanie. Zgodziłam się. Ona fotografując i oglądając rodzinne pamiątki wyznała wzdychając ciężko:
- Chcę mamie pokazać, bo mój dziadek też miał jakieś ciekawe fotografie i papiery, ale spalił. U nas za posiadanie takich rzeczy lądowało się na Syberii.
Moje pamiątki (w większości) można obejrzeć na moim portalu genealogicznym. To głównie papiery, listy, fotografie i portrety przodków. Ocalały, bo aż tak źle w Polsce jednak nie było.
I właśnie dlatego, że stalinowski terror nie oszczędził obywateli dawnego ZSRR, nie jestem w stanie pogodzić się z winieniem każdego kto przyjeżdża zza wschodniej granicy o całe zło gruzińskiego tyrana. Nie jestem w stanie zrozumieć pogardy jaką mamy dla tych ludzi, których jedyną zbrodnią okazuje się fakt, że urodzili się w kraju, którym kiedyś rządził Józef Stalin.
Trzeci dzień myślę o pani, która zmieniła imię Swietłana na takie, którego nie noszą Rosjanki. Zrobiła to nie dlatego, że jej się własne imię nie podobało, ale po to, byśmy ją lepiej traktowali. Najsmutniejsze, że to zadziała tylko do czasu. Dopóki ktoś nie dowie się skąd pochodzi i jakiej jest narodowości. (Mnie opowiedziała o sobie tylko dlatego, że wiedziała kto jest moim mężem.) Wtedy nic już nie pomoże. Wtedy znów zobaczy, jak jesteśmy życzliwi.

PS Wczoraj odwiedziła mnie ekipa telewizyjna, której dźwiękowiec pochodzi z Białorusi. Opowiedziałam mu o Swietłanie, a on na to:
- Jak studiowałem na Akademii Muzycznej, to tylko dlatego, że jeszcze wtedy źle mówiłem po polsku, usłyszałem od jednego z kolegów: „Tu się po polsku mówi, bo tu jest Polska”.
Że też francuski mąż mojej koleżanki, który mieszka w naszym kraju kilkanaście lat i po polsku „ani be ani me” nigdy nic takiego od nikogo nie usłyszał.

Przerwany łańcuszek, czyli co z tym autyzmem

Od początku istnienia Facebooka pojawiają się na nim łańcuszki. Przybierają różne formy. Na przykład ktoś coś wkleja na swoją tablicę i niejako psychologicznie zmusza do wklejenia na swoją. Albo śle ostrzeżenie, że krąży wirus, choć samo jego ostrzeżenie jest rodzajem nieznośnego wirusa. Albo zamieszcza idiotyczny status i gdy się go polubi lub skomentuje przysyła idiotyczną epistołę. Raz wzięłam udział, by zobaczyć co się stanie. W końcu jako dziennikarka sprawdzam różne rzeczy, wchodzę w nie itd. Nic się jednak nie stało. Po co więc to robić? Ignorowałam więc łańcuszki, ale… z roku na rok, z miesiąca na miesiąc przybywało ich. Momentami nie dawało się już czytać Facebooka, do którego podchodzę jak do swoistego rodzaju internetowej gazety. Dlatego kilka łańcuszków skomentowałam:

„Prosimy o litość! Tu lekarze pogotowia. Państwo Małgorzata Karolina i Zacharjasz zostali zjedzeni przez kota i psa. Zwierzęta zostawiły najbardziej niesmaczne… przepraszamy. Teraz ja biorę komórkę pani Małgorzaty. Tu lekarz specjalista do spraw, no… nie za bardzo przyjemnych, proszę wybaczyć, ale moja asystentka rzyga :( 
Zostało: jedno jajko Pana Zacharjasza, pół jego członka, który niestety zajmuje cały przedpokój i nie możemy wyjść. Czekamy teraz na straż pożarną. Ich pies, krwiożerczy jamnik odebrał to zresztą jako wielki żwacz i broni dostępu, stąd zapewne konieczna będzie jeszcze pomoc straży dla zwierząt. Jest też oko, pół cycka Pani Małgorzaty i jej lewa warga sromowa oraz duży palec u nogi pana Zacharjasza. 
Konferencja prasowa dla mediów będzie na Oczki w kostnicy. Zapraszamy! 
Wyrazy współczucia od zespołu ratowniczego Dr ZAŁUPSKI, Dr ŻOPULSKI, Dr SIORBOLSKI, prof. MINETA wraz z asystentką przybyłą z Niemiec mgr VON PIZDEN-SZPARCEN.”

Te wpisy wielu bawiły, ale niestety nie zlikwidowały łańcuszkomanii, która ostatnio wróciła ze zdwojoną niemal siłą, a ja po polubieniu kilku idiotycznych statusów znajomych dostałam od nich wiadomość o treści (pisownia oryginalna):

„Hehe nie powinnas byla polubic ani komentowac mojego ostatniego statusu hahaha. Teraz musisz wybrac i umiescic jedna opcje z ponizszych i umiescic jako swoj status. Jest to gra z okazji roku swiadomosci na temat autyzmu. Nie psuj zabawy. Wybierz jedna z ponizszych pozycji i opublikuj jako swoj status. 1. Wlasnie znalazlam wiewiorke w swoim samochodzie. 2. Wlasnie zgodzilam sie wyswiadczyc usluge seksualna w zamian za anulowanie mandatu. 3. Nie mam czystych majtek na jutro, wiec mam zamiar przelozyc te na druga strone. 4. Moje hemoroidy oszalaly dzis wieczorem! 5. Chyba wlasnie przyjelam oferte matrymonialna przez internet! 6. Zdecydowalam przestac zakladac majtki. 7. Potwierdzone: Bede mama! 8. Wlasnie zdobylam udzial w najnowszej edycji „Mam talent”! 9. Zaakceptowano mnie do ‚Randki w ciemno’. 10. Dostalam zywa malpke!!! 11. Wlasnie sie posikalam! 12. Powaznie mysle o implantach posladkow 13. Wlasnie wygralam w zdrapke 700 zl! 14. Wyprowadzamy sie do Oslo pod koniec tego roku! 15. Majonez z czekoladowymi kulkami Nesquick jest taki doooobry! 16. Dostalam sie do programu „Ugotowani”! Opublikuj post bez zadnego wyjasnienia. Wybacz, tez musialam tak zrobic. Czekam na Twoj status. Ach, i nie zepsuj tego (Nie zdradz sekretu). I pamietaj to jest rok swiadomosci na temat autyzmu. Baw sie dobrze! ale zrozumiem tez ze nie masz ochoty na kolejna gupawą zabawe”

Po entej tego typu wiadomości napisałam na Facebooku na oficjalnym profilu coś takiego:

„Chyba mi się już ulało, więc…
Drogi czytelniku, to śmieszne, ale nie przeczytasz tych bzdur do końca, choć ta wiadomość krąży po świecie od lat i leczy z autyzmu, raka oraz kiły i paradontozy. Trzeba ją rozesłać dalej, by krążyła po internecie, jak bąk po spodniach Sindbada Żeglarza. Tylko to gwarantuje ci powodzenie w grach liczbowych, nawet jeśli nie kupisz kuponu lotto. Jest bowiem szansa, że znajdziesz go w toalecie zamiast rolki papieru. Donald Trump otrzymał ją 50 lat temu, wysłał dalej, a potem znalazł w WC McDonalds’a kupon dzięki któremu został miliarderem, a ostatnio prezydentem USA. Bronisław Komorowski zignorował i jak przyszło co do czego przegrał wybory prezydenckie. Kaczor Donald też wysłał dalej i przyniósł szczęście swoim imiennikom Trumpowi i Tuskowi. Myszka Miki nie wysłała nawet Goofiemu i potem zjadł ją Skaza – brat Mufasy, bawiąc się nią okrutnie. Skopiuj ten tekst i roześlij do 10 osób. Zaśpiewaj przy tym na cały regulator „Wlazł kotek na płotek” akcentując ostatnie sylaby w wyrazach „mruga” oraz „długa”, a także „raz” oraz „raz”. Możesz dodać rymujące się z tym słowa: „kutas”, „smutas” i „Legolas”. Trump śpiewał i widzisz efekty. Komorowski nie śpiewał i teraz płacze. Tylko wysyłając tę wiadomość uratujesz ludzkość przed autyzmem, a także rakiem piersi, jajników, a przede wszystkim mózgu. Jeśli tego nie zrobisz czekają cię: syf, kiła i mogiła. A także rymujące się z tym: „piła”, „waliła” oraz „modliła”. By na sto procent znaleźć kupon nie kupując go, trzeba zdrapać jeszcze ugotowanych w Oslo. Najlepiej zdrapać ich po jajkach wiewiórki z samochodu. Anulować mandat za hemoroidy. Mieć talent do randek w ciemno, ale to nie problem, gdy wydłubiesz z dupska kulki nesquika w majonezie, co bezapelacyjnie potwierdzi, że będziesz mamą. No… może mamutem. To gra z okazji roku idioty. Tylko ona prawdziwie pomoże chorym na zidiocenie. Zastąpi leki, badania i wszystkie inne. A sekret zdradzi ten bąk ze spodni Sindbada, bo skoro doszedłeś aż dotąd i czytasz te słowa to oznacza, że właśnie wyleciał i fruwa śpiewając „Marsz Turecki” Mozarta ze słowami Zwoźniaka. Czytelniku, naprawdę myślałeś, że nie da się napisać nic głupszego? Zawsze się da! Spróbuj i ty!
PS Przepraszam. Musiałam. Nie mogę patrzeć na łańcuszki.”

Oficjalnie wszyscy napisali, że też na te łańcuszki patrzeć nie mogą, ale prywatnie… naczytałam się, że jestem… nieczuła na autyzm. Naprawdę????

Zapytałam więc moją znajomą Dorotę, matkę dorosłego i już ubezwłasnowolnionego, głęboko autystycznego Piotrusia, czy łańcuszek jej w czymkolwiek pomógł. Uśmiała się. Co zresztą miała zrobić? Łańcuszek taki, czy inny nikomu w niczym nie pomoże. To, że będziemy mówić o autyzmie, czy pomyślimy o nim raz dziennie, będzie czymś jak bezmyślne wypowiedzenie słowa „Ament” zamiast „amen” na końcu bezmyślnie wyklepanego pacierza. Dlatego jeśli ktokolwiek z moich czytelników chce pomoc autystycznemu Piotrowi niech przekaże swój jeden procent na jego terapię. Zebrane w ten sposób pieniądze pójdą na jego zajęcia dodatkowe, na transport na te zajęcia, a być może na nowy komputer, bo stary ma już 10 lat zaś dla Piotra komputer jest jednym z narzędzi terapeutycznych.

Piotr jest podopiecznym fundacji „Zdążyć z pomocą”.


http://dzieciom.pl/podopieczni/6771

By przekazać mu swój 1% trzeba w formularzu PIT wpisać numer:
KRS 0000037904
A w rubryce „Informacje uzupełniające – podać cel szczegółowy 1%:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub

Można też dokonać wpłat na jego subkonto w fundacji.

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
Alior Bank S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
Tytułem:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej