Pozdrawiam z PRL

To będzie wyjątkowo krótki tekst okraszony wieloma fotografiami. Otóż przeniosłam się w czasie. Pojechaliśmy z Ulubionym do Chorzowa na Obserwatorium Artystyczne Entrée, którego Ulubiony ze swoim monodramem jest finalistą. Było cudownie. Zarówno w czasie przygotowań do występu, jak i samego występu etc. Poza tym… nocowaliśmy w „Domu Aktora”, który przeniósł nas do PRL. To chorzowski blok z piętrem wydzielonym na mieszkania służbowe dla aktorów przyjeżdżających do teatru. Każde z mieszkań to peerelowska kawalerka z łazienką, mikroskopijną kuchenką i balkonikiem. Wydało nam się to urocze. Mimo że Ulubiony już pierwszego wieczora (tuż po położeniu się) spadł z wersalki, gdyż okazała się delikatnie mówiąc „uszkodzona” lub jak kto woli „zużyta”, ja siedziałam wtedy na wprost na zapadający się fotelu, to śmialiśmy się do rozpuku. Było to wszystko rozczulające. Ta lodóweczka „Predom”, kucheneczka z okienkiem na salon, pawlaczyk w korytarzyku, wanienka na nóżkach (którą mój stryj nazywał „kadzią zamokową”) w łazieneczce z niebieską lamperią – wszystko to uznaliśmy za cudowne.

Ulubiony w kuchence z czajniczkiem. To z lewej strony to lodóweczka. :)

Przedpokoik i… buciki Ulubionego pierwszy raz w PRL

Spędziliśmy tam urocze dwie doby i… wyruszyliśmy do Krotoszyna, w którym w piątek mam spotkanie autorskie. Zarezerwowano mi nocleg w Hotelu „Krotosz”. Tu wróciłam do PRL po wielekroć. Z tym, że była pewna zasadnicza różnica. „Dom Aktora” to nie hotel. To po prostu mieszkania służbowe teatru. Hotel „Krotosz” jest jednak hotelem. Za Hotel „Krotosz” płacimy. Niby nie dużo, ale… myślałam, że w XXI wieku pewne standardy obowiązują. A jednak… myliłam się. Tu restauracja zamykana jest o 17-tej. Dojechaliśmy na miejsce o 17:30 i jeść musieliśmy na mieście. Drugą rzeczą, która mnie zdziwiła jest brak mydła w łazience (na szczęście mam swoje). Trzecią są okna zabite gwoździami. Całości dopełniają: smrodek papierosów, które na pewno ktoś palił w tym „lokalu”, niedomykające się drzwi na loggię (Ulubiony używał siły i fortelu, by zamknąć) i kibelek we wnęce. Po prostu peerelowska jest tu cała „scenografia”. Uznałam, że może jednak to wszystko pokażę. Zwłaszcza, że Ulubiony powiedział:
- Za dziesięć lat pobyt w takim miejscu będzie kosztował pięćset euro! Toż to egzotyka!
Tak więc… po europejsku zapowiem: Voila! Witam w Hotelu „Krotosz” w samym sercu Unii Europejskiej.

Przy wadze ponad 120 kg zapomnijmy o defekacji. Dobrze, że Ulubiony chudzinka…

Musieliśmy!!!!

Nie mogłam się powstrzymać

 

Buciki Ulubionego drugi raz w PRL

Ta fotografia wymagała wielu akrobacji, by moje stopy pozostały niewidzialne. Przed państwem… sedes warszawski z półką. Rzadkość w dzisiejszych czasach! Proszę zwrócić uwagę na gabaryty pomieszczenia.

Aha. Mieszkamy na V piętrze. Wi-Fi działa tylko przy windzie. Dobrze, że mam swój internet w postaci przenośnego modemu na kartę. Dzięki temu mogłam napisać, com napisała. Pozdrawiam. Z PRL.  W XXI wieku…

PS. Zdjęcia możliwe dzięki mojemu słynnemu obiektywowi fisheye

Otwarty i zamknięta

Wczoraj ruszył II Przegląd Filmów o Pisarzach pt. „Pisarz też człowiek” zorganizowany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. W mijającej kadencji byłam w Zarządzie Oddziału Warszawskiego. Praca społeczna, zajmująca dużo czasu, ale też czasem dająca satysfakcję. W każdym razie Przegląd zorganizowaliśmy bez wsparcia finansowego i pieniędzy. Wczoraj na otwarciu Przeglądu w Sali Widowiskowej Domu Literatury pokazany został mój króciutki film o Irenie Jurgielewiczowej „Zupełnie Inna Irena” oraz film Katarzyny Kościelak o Jacku Kaczmarskim „Bard”. Zderzenie tych dwóch filmów było piorunujące, bo skłaniało ku masie refleksji.

źródło: Wysokie obcasy

Po pierwsze sprawa czasu: Ten mój o Jurgielewiczowej był 15 minutowy, miałam na niego osiem godzin pracy kamery i cztery godziny montażu.
Ten o Kaczmarskim był półtoragodzinny, autorka przygotowywała go pięć lat, ile miała godzin pracy kamery nie pytałam, bo było mi głupio.

Po drugie sprawa wieku bohaterów: Irena Jurgielewiczowa zmarła mając sto lat. Swój film (właściwie przez porównanie z filmem o Kaczmarskim powinnam pisać „filmik”) zrobiłam na kilka tygodni przed śmiercią pisarki. Wczoraj wydawało mi się, że miał premierę w 2003 roku tuż po jej śmierci i nie zdążyła go zobaczyć. Ale teraz coś mi się kołacze po głowie, że film został wyemitowany jednak tuż przed jej śmiercią. Ona go widziała, ale już nic nie rozumiała, a zmarła niedługo po emisji filmu i wtedy nastąpiła jego powtórka na antenie.
Kaczmarski zmarł mając lat czterdzieści siedem. Film „Bard” powstał już po jego śmierci. Premierę miał w tym roku.

Po trzecie sprawa rozmówców: Ja miałam poważne kłopoty, by znaleźć rozmówców do swojego filmu. Stuletnia pisarka urodzona w XIX wieku była człowiekiem epoki, kiedy kobiety niezbyt otwarcie mówiły o swoich uczuciach czy przemyśleniach i przeżyciach. Gdy dzwoniłam do pani Ireny z pytaniem, czy mogę przyjść z kamerą – zgodziła się. Jednak, gdy po dwóch tygodniach (najpierw musiałam na nowo przeczytać wszystkie jej książki) przyjechałam na zdjęcia, nie pamiętała naszej rozmowy ani niczego. Siostrzenica powiedziała, że ciocia w ciągu ostatnich tygodni bardzo się posunęła. Dlatego jedyna wypowiedź Ireny Jurgielewiczowej, która jest w filmie pochodzi z 1998 roku, kiedy pisarka otrzymała nominację do nagrody literackiej Nike za książkę „Byłam, byliśmy”. Pani Irena została przeze mnie sfilmowana siedząca i podpisująca mi się w książce. Nie mówiła nic. Nie tylko do kamery. Także poza kamerą. Zamiast niej opowiadała siostrzenica, która mówiła dość oszczędnie. Udało mi się porozmawiać na temat pani Ireny z Wandą Chotomską, która powiedziała najważniejszą rzecz, padającą w filmie, że pani Irena zawsze była osobna i zamknięta. Nie krążyły o niej żądne anegdoty. Że była skryta i pewnie nigdy nie dowiemy się, co jest za tym „gorsetem milczenia”, jak to określiła pani Wanda. Kilka słów powiedziała o pani Irenie Jolanta Sztuczyńska, ówczesna dyrektor wydawnictwa Nasza Księgarnia. Resztę powiedzieli uczniowie pewnej podstawówki i ich nauczycielka polskiego. Że jej książka „Ten obcy”, która od pół wieku jest w lekturze szkolnej, nic a nic się nie zestarzała w swojej warstwie psychologicznej i jest nadal chętnie czytana zaś stopnie z wypracowań zawsze należą do najlepszych. Dla uczniów niesamowite było to, że jest to książka o tym, jakie problemy ma dziecko z dorosłymi. Nie dotarłam do nikogo więcej, kto by osobiście znał panią Irenę. Kto mógłby cokolwiek więcej powiedzieć o starej pisarce.
W filmie o Jacku Kaczmarskim wypowiadali się przyjaciele, współpracownicy itd. Była tych ludzi cała masa. W pewnej chwili przestałam ich liczyć. Mimo, że film trwał półtorej godziny, jako widzowie czuliśmy niedosyt. Wiedzieliśmy, że o Kaczmarskim można było powiedzieć więcej. Autorka musiała dokonać jakiegoś wyboru. Zrobiła naprawdę świetną robotę. Powstał rewelacyjny film, choć nie jest ubrązawiający, a rodzina – w tym córka – wycofała się z występu przed kamerą.

Po czwarte sprawa archiwaliów: W przypadku Jurgielewiczowej archiwa TVP miały tylko jedną rzecz. Ją odbierającą nominację do Nike. Nic więcej w przepastnych archiwach telewizji się nie zachowało.
Inaczej było z Kaczmarskim, którego można było obejrzeć w różnych okresach życia wypowiadającego się w programach telewizyjnych itd. Nawet były filmy archiwalne z VHS, które cudownie uzupełniały historie. Pozostało też po nim więcej fotografii.

Po projekcjach siedziałyśmy z koleżankami (innymi autorkami) w „Literatce” i dyskutowałyśmy o tym niesamowitym kontraście. Jeden bohater ma sto lat, a nie można było więcej o nim nakręcić. Nawet nie z powodu tych finansów, małej liczby godzin pracy kamery itd. Bardziej z tego powodu, że nie było, z kim rozmawiać o tym bohaterze. Sto lat i wiemy o Jurgielewiczowej tylko tyle, ile napisała w swoich książkach. Wśród których na szczęście są i takie, gdzie opisała swoje przeżycia. Po Jacku Kaczmarskim zostało wiele wspomnień. Wiele materiałów w archiwach publicznych i w prywatnych archiwach wielu ludzi. Owszem, ktoś powie, przecież to bard, występował publicznie, był więc bardziej medialny. Jak można go porównywać z Jurgielewiczową. Ale… Kaczmarski sam siebie miał za pisarza. Napisał ponad 650 tekstów poetyckich i 5 książek prozatorskich. Irena Jurgielewiczowa, która żyła dwa razy dłużej, opublikowała ich 19. (W porównaniu z czterystoma książkami Kraszewskiego, ktoś może powiedzieć, że to niewiele.)

Jan Twardowski napisał, że „spieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą”. Po wczorajszym kontrastowym pokazie stwierdzam, że spieszmy się krecić filmy o pisarzach, bo niektórzy, jak odejdą, to nie będzie, kto miał o nich, czego opowiadać. Zwłaszcza, gdy żyją cicho, skromnie, nie są bohaterami anegdot i skandali. Nie znaczy to jednak wcale, że mieli nieciekawe życie. Jurgielewiczowa – porucznik Armii Krajowej, więzień Lamsdorfu – miała bogate przeżycia. Niestety, kiedy wzięłam się za film nie żyli już ani jej obozowi koledzy czy koleżanki ani nikt, kto mógłby powiedzieć o niej słowo, jako o żołnierzu. Można było mówić już tylko o niej, jako pisarce i to w świetle 19 książek.

Film o Kaczmarskim polecam. Świetnie zrobiony. Naprawdę zachwycający i wzruszający o ciekawym niezwykle otwartym człowieku. Kończy się pogrzebem 47-letniego barda. Mój film tak nie wzrusza. Przecież to film o żyjącej wtedy jeszcze stulatce. Bardzo zamkniętej w sobie.

PS. Przegląd trwa. Dziś i jutro kolejne filmy o pisarzach.

Mnie się należy, czyli Nino z Lailonii i inni

„Mnie się należy dwa tysiące rubli, ale przewieźć można tylko 500. Mało tego, ale co robić?” – Pisał mój pradziadek w 1918 roku w liście do prababci. Jemu naprawdę tyle się należało, bo zarobił. Dziś często spotykam się z postawami ludzi, którzy twierdzą, że coś im się należy, choć nie zrobili nic, by zarobić złotówkę. To się objawia tak. Mam dostać, bo: jestem chory, biedny, nieudolny. Czy to PRL nauczył nas wyciągania ręki?

Ja od zawsze mam z tym problem. Czasem miewam kłopoty finansowe. Rzadko jednak proszę o pomoc. Moment, kiedy trzy tygodnie czekałam na przelew, który miał być następnego dnia a nie przychodził, skutecznie oduczył mnie proszenia. Teraz w chwilach kryzysu zwracam się dosłownie do kilku znajomych. Wtedy (a było to prawie dwa lata temu) ja i Ulubiony przez 3 tygodnie codziennie wypatrywaliśmy przelewów. Nie płacili żadnemu z nas. Jemu coś tam produkcja pomieszała i skierowała wypłaty za grę w serialu na następny miesiąc. Mnie też coś tam zaginęło. Gdy wyżarliśmy wszystkie zapasy, zjedzone zostało ostatnie jajko, w szafce, zazwyczaj pełnej kasz etc., została jedna torebka ryżu, a Panicz Syn rozpoczął regularne stołowanie się w domu swojej dziewczyny zwanej „Świnią”, ośmieliłam się zadzwonić do koleżanki, która jest na kierowniczym stanowisku w pewnym hipermarkecie. Znamy się z podstawówki. Wielokrotnie chwaliła się, że dostaje masy żarcia do testów i to się marnuje i mówiła wtedy, że jakby ktoś z nas (całej bandy znajomych) czegoś potrzebował, to żeby dzwonić. No to zadzwoniłam! Spytałam, czy jest możliwość dostania chleba, jajek i np. szamponu, bo forsę mamy mieć na pewno do końca miesiąca, a chętnie byśmy cos zżarli i umyli łby czymś innym niż psi. To, co nas wtedy spotkało wbiło mi się w pamięć mocno. Nikt mnie tak nie upokorzył, ale z drugiej strony ja sama… jak małe dziecko pozwoliłam na to. Bo nie chciałam koleżance robić przykrości. Najpierw kazała mi pisać pismo. Napisałam, kim jestem, że oboje z mężem pracujemy, nie jesteśmy lumpami etc., ale mamy wolne zawody i od miesiąca nikt nam nie zapłacił, na co przygotowani nie byliśmy. Koleżanka kazała zmieniać to pismo ileś razy. Wykreślać, że jestem pisarką, a mąż aktorem… Dopisywać jakam biedna, bo „to tylko dla dyrekcji, ale żeby nie było, ze ja dla siebie wyłudzam”. Tłumaczyła, że szef jest strasznym człowiekiem. Że jak coś (nie wiem co, bo nie pytałam), to będzie miała nieprzyjemności. Chciałam zrezygnować z tego wszystkiego, ale koleżanka oddzwaniała, że pomoże, że problemu nie ma. Pismo zmieniałam ileś razy, na coraz bardziej błagalne, co już mnie irytowało, ale koleżanka ponaglała, że to tylko wewnętrzne pismo, że nic takiego. Że formalność. Że da nam siatkę czegoś. Wreszcie pismo wysłałam. Koleżanka kazała punkt 17-ta przyjechać. Zapakowaliśmy się oboje w samochód odmawiając po drodze zdrowaśki, by starczyło benzyny, bo rezerwa już dawno się paliła i auto z tydzień stało w ogródku. Koleżanka wyszła do nas z wielki wózkiem (tak! Całym wózkiem, choć nam by wystarczyła siatka podstawowych rzeczy) żarcia i wrzaskiem na cale centrum handlowe:

- Co wy robicie z pieniędzmi! Czy wiecie ile można kupić za pięćdziesiąt złotych? Ostatni raz wam pomagam! – To ostatnie zdanie sugerowało, że robiła to wielokrotnie. Tymczasem poza historią, gdy przy okazji pogrzebu Eksia poprosiłam ją po pożyczenie na 3 dni 500 złotych (nikt mi urny z prochami nie wyda bez zapłacenia całości za pogrzeb) nigdy nie prosiłam o nic. Wtedy zresztą musiałam wysłuchać, że jak nie oddam w terminie, to ona nie będzie mogła wyjechać na wycieczkę za granicę! Te pięćset złotych w terminie oddałam i o sprawie zapomniałam. Byłam zresztą wtedy w szoku spowodowanym śmiercią. O więcej nigdy koleżankę nie prosiłam. Aż do sprawy z siatką żarcia. O to poprosiłam pierwszy i ostatni raz. A zrobiłam to tylko dlatego, że koleżanka wielokrotnie, chwaląc się kierowniczym stanowiskiem, zapewniała, że danie żarcia to dla niej przysłowiowy pikuś, bo i tak się marnuje! Wtedy, gdy wrzasnęła, że ostatni raz nam pomaga Ulubiony wykurzył się i powiedział, że to „chromoli”. Poszedł do samochodu. Ja zostałam na parkingu rozdarta i rozdygotana, by przepraszać. Tylko ja wiem, jak bardzo chciałam rzucić wózkiem i oddać jej wszystko, ale bałam się, że ona będzie miała awanturę od szefa z pracy, że prosiła o rzeczy dla jakichś ludzi, a oni tego nie chcą. Jak to powiedział potem Ulubiony – znów pomyślałam o niej nie o sobie. Wózek z produktami wzięłam i… rozdałam innym znajomym – przedstawicielom innych wolnych zawodów, którzy potrzebowali bardziej ode mnie. (Zdziwiłby się czytelnik bloga ilu malarzy, rzeźbiarzy, metaloplastyków etc. głoduje w dzisiejszej Polsce. Mimo, że codziennie pracują!) Z tego, co dostaliśmy od „życzliwej” koleżanki zatrzymaliśmy tylko sól. W końcu szła zima i trzeba było mieć czym czasem posypać chodnik przed domem, a soli były aż cztery worki. Spać położyliśmy się bez jedzenia. Najedliśmy się upokorzenia i wstydu. To syci. Nawet na dość długo. Na szczęście dwa dni potem wpłynęła nam kasa i można było i popłacić rachunki i zapełnić lodówkę i nawet znajomym pożyczyć cokolwiek. Z moją koleżanką kierowniczką w hipermarkecie do dziś właściwie nie rozmawiamy. A to znajomość jeszcze z podstawówki! Wtedy po tym zdarzeniu rozpłakałam się dopiero następnego dnia. Siedziałam o świcie w newsroomie w redakcji na tzw. „dyżurze paskowym” i zrozpaczona wyłam korzystając z tego, że jest 6 rano i jestem w pracy sama. Mogłam sobie spokojnie wyć do woli. Nie zauważyłam, gdy nagle otworzyły się drzwi i weszła montażystka. Usłyszawszy moje wycie myślała, że ktoś umarł. O tym, co się stało opowiedziałam urywanymi słowami. Była wstrząśnięta!

- Gocha! Ty tylu osobom pomagasz, jak ktoś mógł ciebie tak potraktować.

Skoro potraktował, to najwyraźniej mógł!

I właśnie dlatego, gdy ostatnio w październiku mieliśmy podobną sytuację i wyżarte było ze spiżarki wszystko, to poza drobnymi pożyczkami finansowymi od przyjaciół, nie odezwałam się słowem, że cokolwiek od kogokolwiek chcę! Gdy nadszedł wreszcie przelew, w spiżarce był już tylko, jak w PRL, ocet! Ponieważ od września jeżdżę do szpitala do kolegi, więc… gdy wtedy wpadały mi drobne pieniądze np. ze sprzedaży książki, to wszystko inwestowałam w benzynę na dojazd do bardzo odległego szpitala i jogurty dla chorego. Znamy się ponad 20 lat. Ja chodzę – on wylądował na wózku i jest rehabilitowany. Uznałam, że jest bardziej potrzebujący. Ulubiony taktownie nic nie mówił, a Panicz Syn pakował dla chorego książki do czytania.

Często robię coś dla innych. Nie o wszystkim piszę, bo nie dlatego to robię. Teraz wspominam, bo… zdarzenia ostatnich dwóch dni były dla mnie prawdziwym szokiem.

Byłam w podróży z Litwy, gdy zadzwoniły dziewczyny z działu łączności z widzami. Otóż zatelefonował do telewizji pan i powiedział, że tylko redaktor Piekarska, czyli ja, mogę mu pomóc w jego tragedii. Poleciłam im, by dały mu mój telefon na komórkę, niech facet dzwoni. Telefon i tak mam podany do publicznej wiadomości na stronie. Każdy może zadzwonić. Mam wprowadzoną blokadę na dzwonienie z zastrzeżonych numerów, więc dowcipy i inne nękania mi nie grożą. Po kilku minutach dziewczyny zadzwoniły drugi raz. Pan nie ma środków na koncie. Prosi, bym ja przedzwoniła. Przeżywa jakąś prawdziwą tragedię. Ponieważ prowadziłam samochód, a było już ciemno, więc poprosiłam, by wysłały mi jego numer SMS’em. Po kilku minutach połączyłam się z panem. Jaki był jego problem? Ja zadawałam pytania – on odpowiadał. Otóż został wyrzucony ze schroniska dla bezdomnych. Nie ma i nigdy nie miał nic wspólnego z alkoholem i narkotykami. Jak powiedział, spełnił wszystkie wymogi schroniska, czyli podszedł do szkoły. Jakiej? Gimnazjum. Jest najstarszym gimnazjalistą, bo ma… 37 lat! Czemu w swoim czasie nie zdobył wykształcenia? Błędy młodości i lenistwo plus kłopoty psychiczne. Gdy miał 19 lat dostał ospy wietrznej i przestał wychodzić na ulicę, bo bał się o swoją twarz. Dlatego w zamkniętym mieszkaniu z rodzicami spędził 10 lat!

Od razu przypomniało mi się „13 bajek z królestwa Lailonii” Leszka Kołakowskiego i jego „Piękna twarz”, której bohater Nino miał tak piękną twarz, że z obawy przed jej zniszczeniem postanowił zamknąć ją w kuferku. By kupić ten kuferek zadłużył się, a potem… Ba! Co było potem nie zdradzę. W każdym razie w myślach nazwałam bezdomnego Nino. Najpierw umarł mu ojciec. Potem mama. Eksmisję przeżył jeszcze za życia mamy. Ze schroniska wyleciał, gdyż jak twierdzi, nie był tam lubiany. Wyzywano go od pedałów. No jakichś dyżurów nie dopełnił, ale poza tym nie jest kłopotliwy. Obiecuję następnego dnia zająć się tą sprawą. Niestety do domu docieramy około 23-ej. Rano oboje spieszymy się do pracy. Jest 11 listopada i… tak sprawa bezdomnego Nino wylatuje mi z głowy. Pan dzwoni następnego dnia. Jest na Hożej, szuka miejsca w schronisku, nigdzie nie ma. Jest odsyłany. On chce wrócić tam, skąd go wyrzucili. A teraz ma zajęcia komputerowe dla bezdomnych i nie może ich opuścić. Zaczynam działać. Po wielu dziennikarskich doświadczeniach zaczęłam być tą, która najpierw próbuje bez kamery coś dla człowieka załatwić. Dopiero, jak się nie udaje, to wyciągam ten oręż i robię reportaż. Dlatego najpierw dzwonię do schroniska, z którego Nino został wyrzucony. Pytam, co się stało, że w XXI wieku o tej porze roku placówka, która powinna pomagać takim, jak Nino wyrzuca go na bruk. Osoba po drugiej stronie telefonu jest nieprzyjemna. Zasłania się GIODO, więc jak mówi nie może rozmawiać o Nino. Twierdzi przy tym, że każdy może sobie powiedzieć, że dzwoni z TVP etc. Wysyłam email ze służbowego adresu. Schronisko milczy. Obdzwaniam znajomych, którzy mogą pomoc. W tym kilku polityków i samorządowców. Może przed wyborami zechcą się wykazać. Na pomoc ruszają wszyscy. I ci z prawa i ci z lewa, z czego ci z lewa trzy razy bardziej. Koniec końców trafiam do samego dyrektora biura polityki społecznej urzędu miasta, który obiecuje zająć się sprawą osobiście. Po jakimś czasie dzwonię do Nino sprawdzić, czy ktoś się z nim skontaktował. Okazuje się, że dzwoniła jakaś pani z biura. Nino jest niezadowolony. Pani nic mu nie zaoferowała. On ma w tym schronisku, z którego go wyrzucono pozostawione 6 siatek z całym dobytkiem w tym fotografiami rodziców! Pewnie to wszystko zaraz wyląduje w śmieciach! Proszę o numer, z którego do niego dzwoniono. Po chwili rozmawiam z urzędniczką. Z jej punktu widzenia wygląda to… inaczej. Po pierwsze: Nino ma gdzie nocować, bo jest dla niego miejsce w noclegowni. Wprawdzie może tam przebywać po zmroku i nie może tam trzymać w ciągu dnia swoich rzeczy, ale… spać ma gdzie. Owszem, pozostaje sprawa gdzie ma odrabiać lekcje. W końcu Nino jest 37-letnim gimnazjalistą. Chyba najstarszym w Polsce. Pani poradziła mu kontakt z OPS w celu pomocy w napisaniu podania do dzielnicy o przydział lokalu socjalnego. Podała też kilka adresów schronisk. Nino nie ma jak tam dzwonić. Doładowuję jego telefon na 15 złotych i wysyłam SMS’sem wszystkie potrzebne numery do schronisk. Dzwonię po godzinie sprawdzić, co załatwił. Nino nic nie załatwił, bo miejsc w schroniskach już nie ma. Dwa schroniska mu nie odpowiadają (sic!). Robi się 16-ta. Urzędniczka mówi, że jest już za późno, by zweryfikować to, czy jest to prawda, że miejsc w schroniskach brak, więc zajmie się tym jutro. Nino rozpacza, że rzeczy mu wyrzucą na bruk. Mówię, że jeśli to problem to ja wsiadam do auta i wiozę mu je do swojej piwnicy. Nino zatyka w pierwszej chwili. Po sekundzie wyznaje, że rzeczy i tak nie można już odebrać, bo po 16-tej do schroniska nikt nie ma wstępu. Dlatego Nino zaczyna po raz kolejny mówić, że jemu chodzi o… pomoc.

- Panie! – Wykrzykuję. – Ja jestem konkretna. Czego pan oczekuje?

Otóż on napisał swoje wspomnienia. On chce to opublikować, by ludzie mu pomogli. Ręce mi opadają. Ale to dopiero początek. Cierpliwie tłumaczę, że pomijam fakt, że nie znam wydawnictwa, które by opublikowało wyznania nieznanego nikomu człowieka o tym, jak spędził 10 lat w domu, bo się bał o swoją twarz. Gorzej, że produkcja książki trwa, więc zysk będzie po półtora roku najmarniej, ale przede wszystkim zarobki z tego są naprawdę niewielkie. Ja jestem zawodową pisarką i honoraria z tytułu sprzedaży książek, to nie jest to, z czego utrzymuje się pisarz. Tym, co nas karmi są spotkania autorskie lub prawa do przekładów. Zwłaszcza na zachód. Nino wyjaśnia, że jemu chodzi o publikację w Internecie.

- No, ale za to nikt nie zapłaci – stwierdzam. I co słyszę? Co Nino z tego będzie miał? Odpowiedź dosłownie zwala mnie z nóg. Idę już ulicą, gdy rozmawiam z nim o tym przez telefon. Gdy słyszę, że on ma nadzieję, że przeczyta to jakiś milioner i da mu pieniądze, zaczynam się wściekać. Takich głupot jeszcze nie słyszałam. Wrzeszczę na Nino, że żaden milioner nie da mu złamanego grosza. Podaję przykład naszego monodramu, kiedy naprawdę majętnym ludziom proponowaliśmy za niewielką pomoc finansową reklamę w postaci zamieszczenie logo na materiałach reklamowych, publikację w programie teatralnym i nic. Dopiero moi czytelnicy ufundowali nam rzutnik, kolejkę elektryczną czy warte sto złotych wąsy.

- Ile by pan chciałby ten milioner panu dał? Sto tysięcy?! – Pytam rozeźlona.

- Nie… – odpowiada Nino. – Kilka tysięcy.

- Ile?

- No dziesięć tysięcy na start.

- I co by pan z tym zrobił?

- Wynająłbym mieszkanie.

- Panie! Wynajem kawalerki w Warszawie to koszt około ośmiuset złotych miesięcznie. Dziesięć tysięcy starczy panu na rok. A z czegoś trzeba żyć i znaleźć pracę.

- No to ja bym znalazł i się już potem utrzymał.

- A jakby pan nie znalazł? Przecież nie ma pan zawodu? Przecież nic pan nie umie? Proszę najpierw znaleźć pracę i zejść na ziemię! Nie można prosić o coś nie dając z siebie nic!

- A co ja mogę dać, jak ja nic nie mam?

- Pracę! – Wykrzykuję i opowiadam, jak przyszła do mnie kiedyś cyganka i chciała 20 złotych. Zaproponowałam jej, że dam, jak zaniesie makulaturę do domu obok. Weźmie sobie kasę z makulatury, a jak mi pokaże kwit, że odniosła, to ja jej dam te 20 złotych. W odpowiedzi cyganka mnie opluła. Nino mówi, że to nieładnie, ale on nic nikomu z siebie dać nie może. A wiele nie żąda. Tylko trochę pomocy. I mocno wierzy w to, że publikacja w Internecie jego historii, jak to dziesięć lat siedział w domu, bo bał się o swoją twarz, zmieni jego życie i przygna sponsorów, którzy dadzą dziesięć tysięcy na start. Bo ta suma na pewno rozwiąże wszystkie jego problemy. Mówię wiec, że mu to opublikuję w sieci, ale najpierw niech zajmie się znalezieniem sobie schroniska. Rozłączamy się. Po rozmowie czuję się jak odessana z sił witalnych. Na Rondzie Waszyngtona idę do „Café espresso” na obiad. Nazywam to „u pani Marysi”, bo za bufetem stoi pani Marysia. Oprócz obiadu zamawiam szklankę piwa, nad którą biedzę się ponad godzinę rozmyślając o Nino i zgrzytając zębami. Pani Marysia zna mnie dość dobrze, więc pyta, co się stało. W skrócie opowiadam, że pewien bezdomny z piękną twarzą wyssał ze mnie wszystkie soki. Kiwa ze zrozumieniem głową. Po godzinie wlokę się do domu. Wypijam kawę i biorę się do domowych spraw. Następnego dnia… z samego rana dzwoni rzecznik schronisk. Okazuje się, że Nino wyleciał ze schroniska, bo spał do 11-tej, nie chodził na swoje dyżury do kuchni, nie sprzątał, choć to był jego dyżur itd. Nie wchodził też w życie społeczności. Odmówił udziału w terapii grupowej. No i co najgorsze wyzywał innych, że są menelami, pijakami, narkomanami. On jest tym lepszym, bo nie pije i nie ćpa. Pod koniec rozmowy pan rzecznik obiecał, że „majątek”, czyli te sześć toreb z dobytkiem Nino, będzie przechowywany w tym schronisku do 30 listopada. Do tego czasu Nino ma sobie załatwić nowe miejsce pobytu.

- Myślę, że problemem jest jego wygląd – mówi na koniec pan rzecznik, a ja, ponieważ Nino nie widziałam, postanawiam go zobaczyć. Dzwonię do biedaka z w moim pojęciu dobrymi wiadomościami. Pierwsza taka, że jego bambetle mogą zostać w schronisku jeszcze ponad 2 tygodnie, a druga taka, że zapraszam go na swój koszt na obiad wraz z deserem do mieszczącej się w Domu Literatury restauracji „Literatka” na godzinę 14-tą. Wtedy porozmawiamy i o jego publikacji w internecie i wszystkich problemach.

- A nie może być to później? – pyta Nino i tłumaczy: – Bo ja na trzynastą idę do jednego stowarzyszenia. Tam jest szansa na przyjęcie mnie.

- Proszę bardzo – mówię. – Niech będzie piętnasta.

- A szesnasta nie może być? – Pyta Nino.

Zgadzam się i na szesnastą. I tak muszę jechać do Domu Literatury, by zawieźć swój film o Irenie Jurgielewiczowej. W poniedziałek zaczyna się II Przegląd Filmów o Pisarzach pt. „Pisarz też człowiek”. Ten film będzie otwierał imprezę. Muszę go dostarczyć. Do Domu Literatury docieram o 14:30. Biegnę do biblioteki i pożyczam na chwilę „13 bajek z królestwa Lailonii” Leszka Kołakowskiego (w domu znaleźć nie mogłam, a na pewno mam). Szybko kseruję bajkę „Piękna twarz”. Pół godziny później znów dzwoni Nino. Czy spotkanie to musi być o 16-tej? Odpowiadam, że obiady literackie poddawane są tylko do 16-tej. Nino mówi, że będzie. Potem dzwoni drugi raz o 15:30. Czy ja się nie pogniewam, bo jednak nie dotrze? Czy to będzie aktualne innego dnia? Odpowiadam, że tak, ale nie wiem kiedy. Dziś miałam dla niego czas, a teraz wolne będę miała po 21-szym. Nino łaskawie zgadza się i mówi, bym… mu się przypomniała!!! Ja! Ja mam zadzwonić do Nino. Mam zadzwonić do 37-letniego bezdomnego gimnazjalisty i spytać, czy łaskawie zje ze mną w „Literatce” obiad na mój koszt. No zamurowało mnie! Odpowiadam, że ja się nie chcę narzucać ze swoją pomocą. On, że dla niego najważniejsza jest publikacja. Tak…. Wydało się… bezdomność nie jest problemem. Zawsze gdzieś jakieś schronisko przygarnie. On się bardzo chce spotkać, bo chce mi pokazać, co napisał. On zadzwoni po 21-szym. Uprzedzam, że ma to być elektroniczne. On ma rękopis.

- Rękopisu panu w Internecie nie zamieszczę, bo nawet jak to zeskanuję, to wątpię, by ktoś chciał to czytać – mówię, choć już właściwie trafia mnie szlag.

- Czyli ja muszę mieć wydruk komputerowy? – pyta Nino.

- Nie wydruk. Pan musi mieć to w formie elektronicznej na jakimś nośniku. To ma być wpisane w komputer. Można mi to wysłać mailem. Można przynieść na pendrivie.

W tym momencie wysłuchuję, jak on nie wie, co to pendrive, nie ma maila i nie ma komputera. Zaciskam zęby i tłumaczę, że pendrive’a mu dam, komputery są za darmo w bibliotekach publicznych i przypominam, że chodzi na kurs komputerowy. Odpowiada, że kurs jest beznadziejny. To jest odbębnianie czegoś tam przez organizację, która go organizuje itd. Zniecierpliwiona mówię, że w bibliotece mu pokażą, jak napisać tekst, a on go wpisze w jakimkolwiek programie edytorskim, choćby jednym palcem. Nikt za niego tego nie zrobi.

- Ja panu daję wędkę, a nie rybę. Rybę pan ma sam złapać! – Kończę rozmowę umawiając się, że za kilka dni pendrive będzie na niego czekał w Domu Literatury, a ja dam mu o tym znać SMS’em. Spotkamy się, gdy on zadzwoni. Wtedy w Domu Literatury ja przy nim w Internecie założę mu stronę i opublikuję jego wstrząsającą historię o dziesięcioletnim siedzeniu w domu z powodu lęku, że coś się stanie z twarzą i tak nadszarpnięta przez ospę.

Obiad zjadam ciężko wzdychając. Nad herbatą siedzę dobre dwadzieścia minut grając na komórce w grę w jakieś bąbelki i kiwając głową nad własną głupotą. Że też zawsze muszę się w coś dać wrobić? Wreszcie zbieram się. Jadę do szpitala do kolegi. Wiozę mu jogurty od jednej koleżanki, słodycze od drugiej koleżanki, a od siebie jabłka, gruszki i twarożki. Do domu wracam około 20-tej. Porzucam samochód i już bez niego biegnę do przyjaciółki pisarki. Mieszkamy po dwóch stronach Parku Skaryszewskiego. Obiecałam jej pomóc ze stroną internetową. Czeka na mnie z żarciem, butelką wina i smakową herbatą. Opowiadam jej w skrócie o Nino. I… zaczynamy rozmowę o tym, że jest tak wiele osób, które pomocy żądają, bo im się należy, a jednocześnie nie dają w zamian nic. I właśnie wtedy… przypomina mi się jeszcze jedna z wielu tego typu historii. Bohaterka wypłakiwała mi się w mailach, że jest ciężko chora a OPS odmówił jej zasiłku. Byłam na urlopie. Temat dla TVP zrealizowała koleżanka. Zadzwoniła potem i mówi.

- Małgosiu, ta pani wykorzystała wszelkie możliwości pomocy ze strony OPS. Poza tym panie z OPS twierdzą, że jest niemiła, ma siebie za Bóg wie, kogo. Wszystkich innych za lumpów. Ona lepsza. Bo nie lump. OPS proponuje pomoc jednorazową celową. Ma być na konkretny cel. Pani musi napisać podanie.

Opowiadam to wspomnianej pani. Przyznaje, że przydałoby się jej iść do dentysty. Celowa pomoc się więc przyda, ale… ona jest tak chora, że sama sobie podania nie napisze. Postanawiam pomóc. Ja napiszę. I tak wieczorem macham dla tejże pani podanie do OPS. Wysyłam jej mailem. Przychodzi odpowiedź, że podanie jest ok., ale nie ma go gdzie wydrukować. Akurat u mnie jest ten okres posuchy finansowej, wiec… atramentu w drukarce brak. Jadę do redakcji. W końcu druk jednego podania dla potrzebującego to nie zbrodnia. Drukuję. Na oparach benzyny dowożę jej pod drzwi mieszkania na drugi koniec Warszawy podanie. Wracam do domu. Pani dostaje zapomogę. Po dwóch tygodniach dzwoni mówi, że się chce zabić. Wypiła, bo jest chora i jej się żyć nie chce. Nie wie, co ma zrobić. Co mam odpowiedzieć?

Gdy opowiadam to przyjaciółce pisarce wybucha śmiechem. Nie śmieje się rzecz jasna z pani, ale ze mnie. A i ja zaczynam śmiać się z siebie. Choć… nie wiem, czy to śmieszne, czy raczej tragiczne? A może żałosne? Lub straszne? Ile razy mnie będzie to spotykać? Nie tak dawno tu na blogu opisywałam historię pani, która chciała, abym poznała jej cudowną, zdolną i skrzywdzoną przez los córkę i załatwiła pracę. Do dziś nie wiem jaką, bo CV córki do mnie cały czas nie dotarło.

Czy to jest ten po peerelowski sposób myślenia, że państwo mi wszystko da? Ktoś inny mi wszystko da? Że ja mogę z siebie nie dawać zupełnie nic? Gdy o 1-szej w nocy zamawiałam sobie taksówkę, by wrócić do domu od przyjaciółki, wręczyła mi kasę.

- Nie zgadzam się, byś za to, że spędziłaś pół nocy nad robieniem mi strony internetowej, wracała taksówką na własny koszt.

Cóż… ona nie jest Nino. Za pomoc przy tym, co dla mnie jest pestką, a jej sprawia trudność, odwdzięczyła się jak umiała: żarciem, winem, pogaduchami, radami wydawniczymi i… zwrotem kasy za taksówkę. A przecież też wychowała się w PRL. W czym więc tkwi problem?

Za jakiś czas dam znać, co z Nino. No i wraz z pendrivem zostawię mu tę skserowaną bajkę Leszka Kołakowskiego. Bo to chyba o nim. Kiedyś myślałam, że Leszek Kołakowski był filozofem. A to był prorok! Zaś Lailonia istnieje naprawdę. Trzeba tylko uważniej rozejrzeć się wokół.

PS Ostatnio wszystkie przelewy przyszły na czas! Szok? Czy nagroda za cierpliwość do Nino i innych?

PS 2. Właśnie po pomoc zadzwoniła słynna Pani Wiktoria. Jest bezdomna. Aaa!

Strach, czyli co kto ma w sercu?

Strach to bardzo nieprzyjemne uczucie. Nie lubię się bać. Wczoraj się bałam. I to kilka razy. Pierwszy raz jadąc do pracy. W końcu zapowiedziano manifestacje w związku z Dniem Niepodległości. Do pracy pojechałam samochodem, bo miałam ze sobą paczkę niespodziankę. Przywiozłam prosto z Wilna dla koleżanek i kolegów z redakcji chleb litewski i dwie półtoralitrowe butelki kwasu chlebowego. A dla przyjaciółki z redakcji osobną torbę litewskich frykasów i durnot. (Między innymi setkę wódki w kubeczku. Wygląda to, jak jogurt, ale w środku jest wódka, a na kubeczku akcyza! Szok!) Tramwajem wieźć tego nie chciałam, bo ciężkie i nieporęczne, a na dodatek w święta tramwaje rzadko jeżdżą. Zresztą tego dnia był na mieście spory tłok. W święta parkowanie jest bezpłatne, więc… wzięłam samochód. Na Plac Powstańców jednak nie dojechałam. Musiałam zostawić auto na tyłach Nowego Światu. Przyznam, że bałam się, czy samochód nie zostanie obrzucony jakimiś petardami etc. W końcu w swoim czasie przy takiej okazji kilka aut zdemolowano.

Potem bałam się drugi raz. Gdy Marsz Niepodległości ruszył w kierunku Saskiej Kępy. Gdy w mediach podawano informacje o zamieszkach na „moim” rondzie, czyli rondzie Waszyngtona, zadzwoniłam do Panicza Syna spytać, czy jest cały i zdrowy. Na szczęście siedział w domu. Ku memu zdumieniu przed… telewizorem, co zdarza mu się rzadko, bo jego pokolenie częściej gapi się w internet niż TV. Tymczasem on wraz z dziewczyną i garstką znajomych oglądał relacje z zamieszek stwierdzając po raz kolejny, że nie wyjdą z domu, bo się boją. Nie tylko tego, że ktoś z nich dostanie w mordę od jakiegoś oszołoma. Także tego, że znów bez powodu Panicza Syna będzie spisywać policja. Panicz Syn ma długie włosy, co przeciętnemu policjantowi kojarzy się z przestępstwami i narkotykami i zawsze, ilekroć cokolwiek dzieje się na Stadionie Narodowym, Panicz Syn zanim dojdzie do domu, jest co najmniej trzy razy legitymowany przez policjantów, którzy do Warszawy zjeżdżają z całej Polski i nie potrafią zrozumieć, że ulica zameldowania, którą ma wpisaną w dowód jest o 30 metrów od miejsca, w którym go zatrzymują, a on sam właśnie zmierza do domu.

Potem bałam się trzeci raz, gdy już byłam po pracy. Samochód cały i zdrowy przywitałam najczulszymi słowami kierowcy. Pozostała sprawa drugiego ważnego domownika – Ulubionego. Ten zaś nie chciał mnie fatygować i powiedział, że wróci sam środkami komunikacji miejskiej, czyli od metra tramwajem przez Most Poniatowskiego. Spędził biedak dzień cały w studiu nagrań przed mikrofonem i nie miał świadomości, co się dzieje w centrum i w naszej okolicy. Musiałam siłą go przekonać, że przyjadę po niego autem, bo to będzie bezpieczniejsze. Do domu wróciliśmy Mostem Siekierkowskim.

To bardzo smutne, że w Święto Niepodległości tak dzieje się w Warszawie, jak się dzieje. Że mnie ogarnia strach o moje mienie (samochód), życie i bezpieczeństwo bliskich (Panicz Syn i Ulubiony). Powinnam przecież cieszyć się niepodległością, a nie bać. A jednak… bałam się!

Paradoksalnie dzień wcześniej wróciliśmy z Wilna, gdzie Ulubiony był oklaskiwany na festiwalu Monowschód. Tam grał w teatrze na Pohulance, który mimo życzenia twórców i fundatorów, czyli polskiej społeczności Wilna, by służył mieszkającym tam Polakom, Niepodległa Litwa podarowała Rosjanom. Jest tam teraz Rosyjski Teatr Narodowy Litwy. Na szczęście organizatorzy festiwalu wypożyczyli teatr na festiwal. I tak na scenie, na której w swoim czasie występowały takie gwiazdy, jak Irena Eichlerówna, Nina Andrycz, Henryk Borowski, Hanka Ordonówna, Aleksander Zelwerowicz, Zygmunt Bończa-Tomaszewski, Zdzisław Mrożewski, Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński, Igor Przegrodzki, Hanka Bielicka Ulubiony zaprezentował swój monodram „Listy do Skręcipitki”. Tuż potem pokazaliśmy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę” o prawdziwej historii bohaterów monodramu, czyli mojego pradziadka i prababci. Wileńska prasa napisała, że „Polski festiwal teatralny uwieńczył spektakl o miłości i patriotyzmie” wyjaśniając w artykule: „Minimum środków scenicznych, krótkie przerywniki muzyczne, godzinna przekonująca gra jednego aktora, tematy miłości, tęsknoty i patriotyzmu – monodram „Listy do Skręcipitki” w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego w niedzielę, 9 listopada, w wileńskim teatrze na Pohulance zakończył odbywający się na Litwie trzydniowy Międzynarodowy Festiwal Monospektaklu „MONOWschód II”.
 Swoistym komentarzem do monodramu, dopowiedzeniem głównego przesłania sztuki był wyświetlony po zakończeniu spektaklu 14-minutowy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę”, w którym autorka scenariusza Małgorzata Piekarska opowiada o tym, że do pracy nad sztuką zainspirowała ją zachowana korespondencja jej pradziadka i prababci, których rozdzieliły zawirowania życiowe. M. Piekarska nadmienia, że listy wysyłane przez pradziadka do żony są przepełnione patriotyzmem, miłością do ojczyzny, które to wartości obecnie, jak mówi, nie są w Polsce aktualne.”

"Listy do Skręcipitki" na scenie Teatru na Pohulance

„Listy do Skręcipitki” na scenie Teatru na Pohulance

Bo nikt mi nie wmówi, że to patriotyzm i miłość do Ojczyzny pchnęły ludzi z zamaskowanymi twarzami do rwania bruku, płyt chodnikowych i szarżowania na policjantów. Co z tego, że organizatorzy marszu odcięli się od takiego zachowania? W marszach (zarówno Prezydenckim jak i Niepodległości) idą ludzie z różnych pobudek, ale z moich obserwacji wynika, że patriotyzm nie jest głównym motorem ich działań. Raczej to walka polityczna. Gdyby było inaczej powstałby jeden marsz. Patriota kocha Ojczyznę bez względu na to, kto jest jej prezydentem, kto premierem i kto jest w opozycji. Ojczyzna to symbol. To coś ponad podziałami. To nie jest Polska żadnego z polityków tylko każdego z nas, którzy czujemy się Polakami lub jej mieszkańcami!

Po wileńskim spektaklu, zarówno w kuluarach, jak i potem na bankiecie podchodzili do nas różni ludzie z refleksjami. Mogłabym cytować wiele, ale chwalenie się zawsze mnie trochę jednak żenuje. Napiszę więc tylko to, co powiedział pewien Polak mieszkający na Litwie. „Małgosiu! To było o nas teraz! To my tak tęsknimy!” A przecież spektakl jest o moim pradziadku, który sto lat temu nie mógł wrócić do Polski, bo utknął w głębi Rosji, gdyż zastała go tam I wojna światowa i Rewolucja Październikowa. Pradziadek pisał o miłości do Ojczyzny, której jeszcze nie było na mapie, ale dla niego była. Gdy pierwszy raz czytałam te listy i śmiałam się (choćby z określenia Skręcipitka) i strasznie płakałam. Pradziadkowa tęsknota za Polską była przejmująca. Polska, której nie było na mapie istniała w jego sercu niezwykle silnie! Co jest w sercach tych, którzy co roku biorą udział w burdach? Zachodzę w głowę, ale nie wiem!

Taksa w taksi, czyli polsko-litewscy przedstawiciele pewnego rodu

Trzeba uważać na litewskie taksówki. To nasz wniosek po wczorajszej przygodzie. Rano pojechaliśmy do Matki Boskiej Ostrobramskiej, Klasztoru Bazylianów i celi Konrada oraz do Muzeum Mickiewicza etc. Ponieważ samochód mamy wypakowany scenografią, więc zostawiliśmy go na parkingu hotelowym i zamówiliśmy taksówkę, by zabrała nas spod hotelu do centrum. Koszt taksi (tak pisze się taxi po litewsku) to 12 litów. Wracając miałam zamówić taksówkę przez telefon, ale… koło pomnika Giedymina Ulubiony zobaczył postój, a tam trzy taksówki. Wsiedliśmy w jedną. Taksówkarz szybko zorientował się, że nie jesteśmy tutejsi. Rozmawialiśmy z nim po rosyjsku. Zerknęłam na wywieszony na szybie identyfikator, jak się nazywa kierowca. Napis głosił, że pan ma na nazwisko… kończące się na „vičiusa”, ale polskie i na dodatek bardzo w Polsce popularne. To ubawiło mnie do łez, bo to był po prostu jakiś litewski przedstawiciel rodu, który w Polsce kończy się na „icz”. (Na tej zasadzie, jak „Mickevičius”  to „Mickiewicz”.) Miałam znajomego o tym samym nazwisku, co litewski taksówkarz i skojarzenia mam słabe. Mój znajomy nie był zbyt uczciwy. Jeden ze wspólnych kolegów spłacał jego kredyt, bo był jego żyrantem. Gdy w pewnej rozmowie z „iczem” zwróciłam uwagę, że tak nieuczciwie postąpił z kimś, kto mu pomógł żyrując pożyczkę, usłyszałam:

- Widzisz? A mogło być tak pięknie. Twój tata miał mi to podżyrować. Potem by sobie umarł i nikt nie musiałby tego spłacać.

Tylko ja wiem, jaki diabeł we mnie wstąpił, gdy usłyszałam wtedy to „szczere wyznanie”. Przecież, jako jedyny spadkobierca swojego Ojca, taki kredyt musiałabym spłacać ja! Tak wrzeszczałam na „icza”, że trzeba było mnie uspokajać. Myślę więc, że nikogo nie dziwi, że mam niezbyt dobre skojarzenia z tym nazwiskiem. Nawet miałam ochotę powiedzieć to litewskiemu taksówkarzowi i jakoś zażartować, ale… ugryzłam się w język. Zresztą w tym momencie mój wzrok padł na taksometr bijący wszelkie rekordy prędkości. Cóż… spostrzegłam, że ustawiony jest na drugą taryfę. Poprzednia taksówka jechała na pierwszej. Swoją drogą na której taryfie ma jeździć w centrum miasta w środku dnia w tygodniu? Gdy dojeżdżaliśmy pod hotel powiedziałam po rosyjsku do litewskiego „icza” czyli „vičiusa”:

- Bardzo mi przykro, ale nie mamy takiej sumy. Nie byłam przygotowana na taki wydatek. W poprzednią stronę, i to nawet dalej, bo do Ostrej Bramy zapłaciliśmy 12 litów. Mamy więc przy sobie 27 litów gotówki. Czemuż to podróż z panem kosztowała ponad 30?

Taksówkarza trochę zatkało. Powiedział, że przyjmie 27 i nie będziemy się kłócić. A co do wyższej ceny oznajmił, że w Wilnie ceny mogą się różnić nawet czterokrotnie. Co miało oznaczać, że koszt naszej podróży nie był jeszcze najwyższy. Poinformowałam pana na odchodne, że ja mam nauczkę, by brać taksówki tylko zamawiane przez telefon, ale też, że rozumiem już czemu długo stał na postoju.

Och „icze” i „vičiusy”! Mam nadzieję, że spotkam kiedyś uczciwszych przedstawicieli tego polsko-litewskiego rodu.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej