Pokolenie Romboli, czyli dokąd zmierza świat?

Podobno prawidłową drogą ewolucji jest to, że kolejne pokolenia są mądrzejsze od poprzednich, dzieci zdobywają wyższe wykształcenie niż rodzice, lepiej rozumieją świat. Czy rzeczywiście? Zastanawiam się nad tym od dobrych kilku lat. A powodem jest drastycznie obniżający się poziom moich nastoletnich czytelników, co podczas spotkań autorskich stwierdzam z prawdziwym smutkiem. Niestety inteligentny czytelnik trafia się, ale rzadziej niż kiedyś. I słowo „trafia się” jest tym najsmutniejszym.

Mija właśnie 20 lat, gdy na łamach „Cogito” publikowałam felietony „Wzrockowisko”. Były to okołomuzyczne teksty o tym co dookoła nas. Muzyka była tylko pretekstem do opowiedzenia o tolerancji, głupocie itd.. Nazywałam je wyrobem muzykopodobnym, bo były jak wyrób czekoladopodobny w stosunku do czekolady. Trochę trąciły muzyką. Były jednak o świecie. Dostawałam wtedy setki listów. I to takich pisanych jeszcze pocztą tradycyjną. Czytelnicy pisali mi różne rzeczy i choć zdarzały się listy prowokacyjne to większość była takimi od inteligentnych nastolatków. Czy dlatego, że pismo, które czytały było/jest dla chcących czegoś więcej niż konsumpcja?

Co się zmieniło w ciągu tych dziesięciu lat? Raczej nie jest to tylko i wyłącznie (a może nawet wcale) sprawka gimnazjów, bo gimnazja były i 10 lat temu, a jednak gdy ruszałam na spotkania autorskie, mój czytelnik posiadał o wiele większą wiedzę ogólną niż ten obecny. Teraz jest prawdziwy dramat.

Jakieś 2 lata temu, co opisywałam zresztą na blogu, nie po raz pierwszy na spotkaniu z licealistami (i warto podkreślić, że byli to licealiści), gdy mówiłam o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” poświęconej historii brata mojego dziadka – ucznia polskiej szkoły morskiej w Tczewie, gdy spytałam: „Jak myślicie, czemu na początku lat 20-tych Szkołę Morską otwarto w Tczewie” usłyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Musiałam znowu rysować na tablicy z głowy mapę Polski, nanosić na niej Tczew i tłumaczyć, że jednak nad morzem nie leży, a szkołę otwarto tam, bo stamtąd był jeden z założycieli Szkoły, ponadto Tczew miał dobre połączenie kolejowe z Gdańskiem, nie było jeszcze wtedy portu w Gdyni, że Polska miała krotką linię brzegową, że Gdańsk był wolnym miastem, a jego ludność stanowili w ponad 90% Niemcy. Tego dnia, po raz pierwszy, gdy przeszłam do pytania o to, czemu statek szkolny „Lwów” nazwano „Lwów” usłyszałam, że dlatego, że Lwów… leży nad morzem! Spytałam nad jakim i dowiedziałam się, że nad Bałtykiem. Potem padła powtarzająca się od kilku lat, a nieobecna na spotkaniach autorskich 10 lat wcześniej (książka ukazała się w 2005 roku) koncepcja, że statek nazwano tak dlatego, że… Lwów to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, jeden życzliwy czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest… Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski, a gdy zwróciłam mu na to uwagę był zdumiony. Łączenie faktów historycznych z geografią okazało się dla niego i wielu innych czymś niezwykle karkołomnym. O bitwie o Lwów, o Orlętach Lwowskich nie słyszał nikt ze zgromadzonych wtedy na sali licealistów. Popłakałam się. Powiedziałam, że jeśli choć trochę mnie polubili to proszę ich, by w domu na YouTube posłuchali piosenki „Orlątko” do słów Artura Oppmana. Do domu wróciłam przygnębiona.

Teraz jest jeszcze gorzej. Lwów i Tczew leżące nad morzem stały się normą. Na dodatek pojawił się zanik logicznego myślenia.

Od początku mojej „kariery” pisarskiej jeżdżąc na spotkania autorskie pokazuję różne prezentacje poświęcone swoim książkom. Jedną z nich jest kryminał dla młodzieży pt. „Tropiciele”, który po raz pierwszy ukazał się w 2006 roku, a ostatnio pół roku temu nakładem Naszej Księgarni. Jego bohaterowie szukają skarbu, a wskazówki dotyczące skarbu ukryte są na pocztówkach w postaci rebusów. Ostatnie dwa lata to dla mnie rebusowy horror. Oto co drugie spotkanie wygląda tak, że czytelnicy nie są w stanie rozszyfrować prostego rebusu.

Specjalnie dla moich potrzeb rysownik Robert Trojanowski do pierwszego wydania książki do autentycznych pocztówek Wacława Chodkowskiego, będących niemymi bohaterami książki, dorobił rebusy. Ich rozwiązanie to imię i nazwisko osoby na pocztówce. Oczywiście osoby fikcyjnej. Nie myślałam, że imię Alina ukryte pod rysunkiem przedstawiającym literę A i linę jest nie do odcyfrowania dla czytelnika. A jednak!

Z kolejnymi rebusami radzą sobie raz lepiej raz gorzej, najlepiej z Jerzym Piekarskim, ale dramat następuje, gdy na pocztówce pojawia się facet, którego imię ukrywa się pod symbolem pewnego koloru w kartach i litery L.

Współczesne nastolatki nie grają w karty, a jeśli już to rzadko. Chyba też nie znają tych szlachetnych nazw, jak „kier,”, „karo”, „piki” czy „trefle”, ale nawet nie znają tych nazw tzw. plebejskich jak: „dzwonek”, „czerwień” vel „czerwo”, „żołądź” oraz „wino”, gdyż ich zdaniem postać na pocztówce to nie Karol Jabłoński a… „Rombol”! Gdyż symbol „karo” jest im nieznany. Oczywiście powinnam się cieszyć z wiedzy o istnieniu rombu, bo to znaczy, że geometria jeszcze w szkołach jest, ale… co z ogólną wiedzą? Nauczycielki tłumaczyły to brakiem rebusów w podręcznikach. Ale czy od kilkunastu lat nie jesteśmy coraz głupsi? Dokąd zmierzamy?

Przypomniała mi ostatnio znajoma o starym eksperymencie amerykańskiego etologa Johna Calhouna. Eksperyment przeprowadzał on na myszach i powtarzał kilkakrotnie. Za każdym razem wyniki były takie same. Eksperyment polegał na tym, że postanowił stworzyć myszom raj. Co mu z tego wyszło?

Mysia utopia. Na zdjęciu John Calhoun. Źródło: Wikipedia

Jego myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, pozbawiono je zagrożenia ze strony drapieżników, a w zamian za to otrzymały opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – gigantyczna klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników. Jednak takiej liczby osobników nie udało się wyhodować. Wpuszczone do środka 4 pary myszy rozmnożyły się, ale populacja osiągnęła maksymalnie 2200 osobników, gdyż po jakimś czasie w tym idealnym świecie myszy rodzaju męskiego stały się homoseksualne, a te rodzaju żeńskiego zatraciły zdolność reprodukcji. Ostatni tysiąc mysich osobników nie wykształcił w sobie jakichkolwiek reakcji społecznych. Nieznana im była agresja oraz zachowania prowadzące do ochrony gniazda i potomstwa. Nie angażowały się w inne działania niż picie, jedzenie, spanie oraz dbanie o siebie. Osobniki w tym czasie wyglądały wyjątkowo ładnie i zadbanie, ale nie potrafiły poradzić sobie z jakimkolwiek nietypowym bodźcem. Choć wyglądały wyjątkowo dobrze, były również wyjątkowo głupie. Ostatnie zapłodnienie miało miejsce w 920 dniu trwania eksperymentu, a ostatnia mysz umarła w samotności w dniu 1588.

W którym dniu eksperymentu my jesteśmy? To oczywiście tylko prowokacyjne pytanie, bo krytycy Calhouna twierdzą, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych, co wpływa na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

Ale z drugiej strony czy warunki bytowe jakie sobie tworzymy, te zamknięte getta osiedli, ta pełna izolacja od zarazków etc. nie sprawiają, że zamieniamy świat wokół siebie w laboratorium? Czy to dlatego tak głupiejemy?

Gdy miałam 15 lat w I klasie liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie na lekcji historii pani profesor Maria Wernik opowiadała o tym, jak małpa uczłowieczyła się przez pracę. Opowiedziała, że dowodem na to jest wynalezienie przez nią pierwszego narzędzia. Jakiego? Oto pani profesor podała przykład małpy, której nie chciało się wchodzić na drzewo, ale chciało się zjeść wiszącego na nim banana. Dlatego zamiast wchodzić na to drzewo głodny małpiszon wziął z ziemi kijek i postanowił rzucać tym kijkiem, by zrzucić banana. Na to wszystko odezwałam się ja i powiedziałam, że jest to przykład na uczłowieczenie się przez lenistwo, bo małpie nie chciało się wchodzić na drzewo. Że to podobnie jak z pilotem do telewizora, które to urządzenia już są na zachodzie (był rok 1982), który wymyślono, by człowiek nie wstawał z fotela czy kanapy. Rozpętała się burza. Do szkoły wzywano ojca, bo jak powiedziała pani profesor swoim stwierdzeniem o uczłowieczaniu się małpy przez lenistwo a nie pracę podważyłam „Dialektykę przyrody” Fryderyka Engelsa. (Potem wyrzucono mnie z tej szkoły, ale to już inna historia.)

Nie wiem co powiedziałby Engels, gdyby spotkał Calhouna i zapoznał się w wynikami jego badań, ale patrząc na myszy, małpy i ludzi, a zwłaszcza czytelników mam wrażenie, że z lenistwa, z powodu którego wynajdujemy coraz wymyślniejszy sprzęt, by jak najmniej pracować, jak najwięcej odpoczywać i bawić się, degenerujemy się i stajemy pokoleniem Romboli.

Pozostaje pytanie: jak Rombole przejmą władzę nad światem, gdy wymrze moje pokolenie, czy pokolenie mojego syna skoro teraz nie radzą sobie z geografią i prostymi logicznymi zadaniami?

Lecę! Czekam na odprawę paszportową! Bagażowa mnie wykończyła. Kazano mi wyrzucić malutki krem nivea, bo nie mieścił się w jakąś zasmarkaną przezroczystą siatkę #wycieczka #podroz #lotnisko #modlin #lotniskomodlin #dublin #irlandia

Podróż koleją skraca czas?

Spędziłam ostatnio sporo dni w podróży. Właściwie ponad miesiąc. Poza spotkaniami autorskimi, na które jeździłam raz samochodem jako kierowca a raz pociągiem, odbyłam trzy duże podróże z czego dwie zagraniczne. Najpierw pojechałam do Wilna na festiwal poetycki Maj nad Wilią, potem poleciałam do Dublina na spotkanie autorskie w polskiej szkole i były to przyjemne podróże. Potem niestety pojechałam na jeden dzień do Szczecina – na pogrzeb. I to już było mało przyjemne. Do Szczecina pojechałam pociągiem, a że pogrzeby zdarzają się nagle nie miałam kuszetki ani sypialnego a jechałam drugą klasą na szczęście z miejscówką. Mimo, że na Trasie Warszawa – Szczecin – Warszawa spędziłam dwie noce w pociągu nie zmęczyłam się tak, jak wtedy, gdy wracałam z Dublina, do którego przecież poleciałam samolotem. Dlaczego? Ba!

Lecę! Czekam na odprawę paszportową! Bagażowa mnie wykończyła. Kazano mi wyrzucić malutki krem nivea, bo nie mieścił się w jakąś zasmarkaną przezroczystą siatkę #wycieczka #podroz #lotnisko #modlin #lotniskomodlin #dublin #irlandia

Do Dublina najtaniej jest polecieć samolotami linii Ryanair. Tak też stało się w moim przypadku. Tam i z powrotem poleciałam Ryanairem. Niestety loty odbywają się tylko z lotniska Warszawa-Modlin. W swoim czasie odlatywał z niego Panicz Syna, a ja odwoziłam go i odbierałam z lotniska. Wydawało mi się więc to podróżowanie bardzo komfortowe. Nawet, gdy nie ma się do dyspozycji samochodu z kierowcą lub kupy kasy na przetrzymywanie auta na płatnym parkingu na lotnisku w Modlinie – jest pociąg Kolei Mazowieckich. Jakże myliłam się w kwestii kolei. Ale po kolei. W pewien piątek rano wraz z Ulubionym udaliśmy się do Modlina. Najpierw… tramwajem na dworzec Warszawa Wschodnia. Tam okazało się, że pociąg Kolei Mazowieckich odjeżdża za 4 minuty lub… za godzinę i 4 minuty. Uznaliśmy, że pojedziemy tym za 4 minuty, która to decyzja uniemożliwiła nam zresztą kupno biletu w kasie. Musieliśmy kupić go u konduktora o kilka złotych drożej, ale to drobny szczegół. Bilet upoważniał do jazdy specjalnym autobusem z dworca PKP w Modlinie na lotnisko. Uznałam, że trasę lotnisko-dom mam przećwiczoną, więc gdy wracałam z Dublina poprosiłam, by Ulubiony odebrał mnie dopiero z dworca Warszawa Wschodnia. Samolot w Modlinie wylądował po 3 godzinach lotu, czyli przed 22:00. Bilet Kolei Mazowieckich kupiłam w automatycznej kasie w ciągu kilku minut po wyjściu z lotniska. Napisane było, że do pociągu muszę wsiąść najpóźniej godzinę od zakupu. Autobus wiozący na dworzec kolejowy przyjechał po 20 minutach i stał drugie 20 na przystanku. Na dworcu byłam prawie 45 minut później. Szybko okazało się, że najbliższy pociąg do Warszawy nie jedzie na dworzec wschodni a Gdański, co absolutnie mnie nie interesuje, bo będę miała daleko do domu. Szybko zresztą okazało się, że będzie opóźniony. Po mniej więcej 40 minutach doczekałam się pociągu do stacji Warszawa Wschodnia. Na szczęście sprawdzający bilety konduktor nie kazał mi kupować nowego biletu, choć ten, który mu okazałam stracił ważność, gdyż od kupienia minęło prawie półtorej godziny a nie godzina jak napisano na bilecie. Na „swojej” stacji wylądowałam około północy. Z Ulubionym, który czekał na peronie, poszliśmy na przystanek autobusowy, bo i jemu i mnie rozładowały się telefony, a stojące na miejscu taksówki chciały nas dowieźć do domu za 50 złotych (choć wiem świetnie, że koszt takiej podróży wynosi od 14 do 20 złotych w zależności od pory dnia i tygodnia), a ja nie znoszę finansować naciągactwa. W domu byliśmy grubo po 1 w nocy. I tak moja podróż z Modlina do Warszawy trwała dłużej niż z Dublina do Modlina. A podobno to podróż koleją skraca czas.

PS. Naprawdę pociągi na tej trasie nie mogą jeździć częściej? A może zbudować tory do samego lotniska?

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Jaka szkoda, że Warszawa nie jednoczy

Byłam wczoraj na uroczystym otwarciu Muzeum Warszawy. Dla mnie to najważniejsza placówka muzealna w moim mieście. Nawet nie dlatego, że do moich przodków (Stalskich) należała jedna z 11 kamienic tworzących dziś Muzeum, czyli kamienica Montelupich (narożna z ul. Nowomiejską).

Zapraszamy na wystawę #otwarcie #muzeum #muzeumwarszawy

Zapraszamy na wystawę #otwarcie #muzeum #muzeumwarszawy

Miałam 6-7 lat, gdy przyszłam tu po raz pierwszy. Wszystko robiło wrażenie, a najbardziej pokój pokazujący zniszczenia Warszawy po wojnie. Ale też zachwycały warszawskie platery, portrety, makieta mieszczańskiej kamienicy i inne. Przez ostatnie 4 lata Muzeum niemal nie istniało dla zwiedzających. W 11 kamienicach trwał remont przeprowadzany przy użyciu funduszy norweskich. Jutro zostaną one otwarte dla wszystkich, choć na razie pokazanych zostanie jedynie 8 z przewidzianych 21 gabinetów: Gabinet pomników, Gabinet Syren, Gabinet Suwenirów, Gabinet Pocztówek, Gabinet Widoków Warszawy, Gabinet Portretów, Gabinet sreber i platerów, Gabinet Archeologiczny. Jedyną pozostałością po pierwszej wystawie stałej z lat 50 jest makieta XVIII-wiecznej Warszawy w skali 1:300.

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Na otwarciu i bankiecie byłam jako prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Przyznam w tym miejscu, że jako prezeska zaproszeń na różne imprezy mam mnóstwo, ale rzadko z nich korzystam. Powodów jest kilka, jednak to nie pora o nich pisać. Tym razem nie tylko skorzystałam, ale wręcz nie mogłam się doczekać wieczoru. Nawet na otwarciu przebierałam nogami, bo tak ciekawiły mnie odnowione sale i wystawy. Mimo, że to dopiero 8 gabinetów – jest co zwiedzać. Na mnie największe wrażenie zrobił archeologiczny, bo pokazuje bogactwo, zainteresowania i obyczaje dawnych mieszkańców Warszawy. Ale cudowne są pocztówki, portrety i widoki Warszawy.

O ty, który stoisz pod łóżkiem... ;) #Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

O ty, który stoisz pod łóżkiem… ;) #Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Wystawny wieczór otwierający ekspozycję stalą po remoncie był niezwykle przyjemny. Spotkałam samych znajomych, cóż… 21 lat pracy dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego zrobiło swoje. Znam niemal wszystkie najważniejsze osoby w mieście, bo to miasto mnie z nimi łączy. Jedno natomiast mnie zastanowiło. Przez lata na takich imprezach bywali dziennikarze z mojej byłej już stacji. Nie chodzi o bywanie z kamerą, ale prywatnie też przychodzili. Wczoraj nie było ani jednego. Ponoć z kamerą byli wcześniej, za dnia. Prywatnie, pobiesiadować przy otwarciu najważniejszej warszawskiej placówki nie przyszedł nikt z nich. Jak mi powiedział jeden z byłych radnych „Nie jest to proszę Pani proPiSowska impreza, więc wielu ludzi nie przyszło.”

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Straszne to jest, że nastały takie czasy, w których Warszawa nie jednoczy Warszawiaków. Kiedy liczy się kto z prawa a kto z lewa, nie zaś ten, kto kocha swoje miasto.

A wieczór uświetniła harfistka... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

A wieczór uświetniła harfistka… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zapraszam wszystkich do Muzeum. Także w swoim imieniu, jako Warszawianki i Varsavianistki. To nie jest tylko 8, a aż 8 z 21 gabinetów. Zwiedzajcie je teraz. Na kolejne 13 gabinetów przyjdzie czas za pół roku.

Jak Bożena Szwejka, ale z trudem się powstrzymuję…

Dzielny Wojak Szwejk nie rozstawał się z listem od pewnej Bożeny. Jego treść czytelnicy znają stąd, że przeczytał go kiedyś na głos porucznikowi Lukasowi. Co napisała Bożena?

Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam ‘Pod Indykami’, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz ‘Pod Zieloną Żabą’ z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop.

Gdyby rzecz się działa nie 100 lat temu, tylko obecnie, to owa Bożena nie pisałaby listu do Szwejka, a dzwoniła do niego z… wychodka. Twarz zapewne trzymając koło wyżej wspomnianej dziury w desce. Twierdzę tak na tej podstawie, że ostatnio rzadko bywam w domu, a co za tym idzie sporo skorzystam z publicznych szaletów w różnych miejscach. I w tychże miejscach bardzo często zmuszona jestem wysłuchiwać rozmów telefonicznych ludzi, którzy oddają się czynnościom fizjologicznym nie przerywając konwersacji. Za każdym razem zdumiewa mnie to, bo przecież w trakcie tych rozmów tu i owdzie rozlegają się różne „kiblowe odgłosy”, z których spuszczanie wody lub trzask zamykanej deski są tymi najłagodniejszymi i najbardziej eleganckimi.

Przyznam, że z trudem się powstrzymuję, by będąc zmuszaną do wysłuchiwania paplanin i trajkotań (obgadywanie znajomych, relacja z wykładu na uczelni, relacja z zebrania w pracy, relacja z zakupów, kłótnia z rodzicielką), nie dodać od siebie kilkudziesięciu skandalicznie głośnych odgłosów. Wprawdzie dodałabym je ustami, ale już we wczesnym dzieciństwie (jak każde pacholę) do perfekcji opanowałam naśladowanie tych wykonywanych całkiem odwrotną częścią ciała. Bo myślę, że albo świat zwariował albo w XXI wieku WC jest ostatnim miejscem, w którym w ciszy i skupieniu jesteśmy sam na sam z własną fizjologią.

I pomyśleć, że u Luisa Buñuela w filmie „Widmo wolności” była scena, która wszystkich śmieszyła. Oto ludzie siedzieli przy stole na… sedesach. Rozmawiali przeglądając gazety i… defekując. Oglądając to pierwszy raz nie odbierałam tej sceny jako proroczą, a jednak! Po ostatnich wizytach w publicznych szaletach nie jestem pewna, czy nie zmierzamy w tym kierunku.

No to… do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania. Koniecznie koło tej dziury w desce.

Okiem genealoga, czyli my potomkowie Targowiczan. Ciekawostka na 3 maja

Obejrzałam w sieci wywiad z prezydentem RP Andrzejem Dudą, którego treść mnie zdumiała, zmartwiła i mocno zastanowiła. Czy wszyscy nie powinniśmy zostać skazani np. na karę… śmierci? Za przewinienia przodków, którzy dopuścili się zdrady narodowej? Jak pogrzebiemy w papierach zawsze jakiś fatalny krewny się znajdzie, co potwierdzi każdy genealog. (W swoim czasie pisałam o tym na blogu).

Jakiś czas temu, gdy byłam gościem Polskiego Radia w audycji poświęconej genealogii, kolega z Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego opowiedział, że znalazł informację o tym, jakoby jego bodajże prapradziadek siedział w więzieniu w Rawiczu. W XIX wieku nie siedziało się tam jednak za niewinność. Może prapradziadek był mordercą? Może złodziejem? Może bandytą? A może wszystkimi trzema na raz? Kolega mówił o tym bardzo spokojnie. Jako genealog jest świadom, co można odkryć grzebiąc w swoich korzeniach. Naprawdę niejeden trup wypadnie z przysłowiowej szafy. Nie wiem więc, czy za moment nie okaże się, że po obarczeniu nas winami przodków w naszym społeczeństwie nie zostanie nikt godzien bycia prawdziwym Polakiem.

Ale wróćmy do Pana Prezydenta. Stwierdził on bowiem w wywiadzie (udzielonym TVP Historia w Pałacu Prezydenckim, w związku z jubileuszem 10-lecia istnienia kanału) m.in., że ma świadomość, iż polityka historyczna „będzie [również] prowadziła do podziałów” dalej  powiedział, iż „ci, którzy są potomkami zdrajców, nigdy nie będą chcieli tego przyznać, że są potomkami zdrajców. I oni będą walczyli z prawdą historyczną. Tak jak powiedziałem: miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk – w biznesie, w mediach, w różnych wpływowych miejscach. Oni nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną. Będą zawsze przeciwko temu walczyli”. (Pełna treść wywiadu tutaj.)

Wielu psychologów twierdzi, że rodzice nie są odpowiedzialni za wszystkie czyny swoich dzieci. Nie są też winni tych czynów. Można rodziców obarczać winą i odpowiedzialnością, dopóki dziecko jest małe i jest całkowicie pod ich opieką, ale później? Nawet odpowiedzialność za czyny dziewiętnastolatka mieszkającego z rodzicami jest już niemożliwa nie tylko w świetle prawa, ale i zdaniem psychologów często i trudna do udowodnienia rodzicom z punktu widzenia psychologii. A co z odpowiedzialnością za czyny dorosłego dziecka od dawna niemieszkającego z rodzicami? Czy 70.letni ojciec 50.letniego mordercy na pewno odpowiada za zbrodnię syna? Czy na pewno wynika ona z tego, jak morderca został wychowany? Przecież w każdej zbrodni wszystko zależy od okoliczności, w jakich została popełniona.

Dlaczego jednak dzieci mają odpowiadać za zbrodnie rodziców? Przecież często w chwili ich popełnienia nie było ich na świecie. Co jest też złego w tym, że próbują ich wybielić? To naturalne! W imię miłości dziecko zawsze chce wybielić rodziców. Rozszerzenia tej odpowiedzialności na zbrodnie popełnione przez dziadków i pradziadków wydaje mi się kuriozum prawnym. Zwłaszcza, że większość społeczeństwa nie wie nic o swoich pradziadkach. Gdybym wcieliła w życie powiedzenie Wańkowicza: „Nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu”  musiałabym zerwać kontakty z wieloma przyjaciółmi.

Stanowisko Episkopatu Polski w sprawie tzw. grzechu pokoleniowego (bo o tym mowa) jest jasne. Ogłosił on je jeszcze w 2015 roku. Można w nim wyczytać m.in.:

„Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech.” Zaś „Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny, co wyraźnie podkreślił Sobór Trydencki w Dekrecie o grzechu pierworodnym.” Pełny tekst do przeczytania i przemyślenia jest tutaj.

Lekturę mogą sobie darować ateiści. Jest ona skierowana do osób wierzących. A ja kieruję ją przede wszystkim do prezydenta RP Andrzeja Dudy, który jest katolikiem i prawnikiem, a swoją wypowiedzią pokazał, że chyba chce wprowadzić jakieś (być może nawet prawne) sankcje dla dzieci za grzechy ojców oraz dziadków i pradziadków.

Teraz pozwolę sobie na pewien dość makabryczny żart. A co by było, gdyby je… rozwinąć? Może społeczeństwo jeszcze bardziej oczyściłoby się z potomków różnego rodzaju zdrajców. Na przykład pozbawmy praw publicznych lub osądźmy więzieniem, a nawet śmiercią potomków… Targowiczan? Dziś jest 3 maja. W tym właśnie dniu w 1791 roku Sejm Wielki uchwalił konstytucję, którą się szczycimy. (Obaloną później Targowicą.) Jesteśmy z niej dumni, często zapominając, że nie została uchwalona przez wszystkich posłów Sejmu Wielkiego. 226 lat temu na Zamek Królewski w Warszawie z 500 posłów Sejmu Wielkiego przybyło tylko 182, a więc mniej niż połowa, zaś 72 z nich było przeciwnikami Konstytucji.

Jan Matejko „Konstytucja 3 Maja 1791 roku”

Protesty opozycji sejmowej były widowiskowe. Np. poseł kaliski Jan Suchorzewski wyciągnął na środek sali swojego kilkuletniego syna i wołał: „Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą ten projekt krajowi gotuje”. O przyjęciu napawającej nas dziś dumą konstytucji (i to bez jednego nawet czytania!) przesądził przypadek. Otóż poseł inflancki niejaki Michał Zabiełło wezwał króla do jej zaprzysiężenia. Jak relacjonowali świadkowie władca podniósł rękę, chcąc przemówić, ale zwolennicy konstytucji poczytali za gotowość Stanisława Augusta do złożenia przysięgi. Za przyjęciem konstytucji głosowało… 110 posłów, a więc nie wiele więcej niż 1/5 całego Sejmu.

Kilka lat temu dr Marek Jerzy Minakowski rozpoczął tworzenie dwóch baz genealogicznych: „małej” i „wielkiej”. „Mała” to Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego (Sejm-Wielki.pl), dostępna dla każdego za darmo, ale ograniczona do rodzin uczestników Sejmu Wielkiego (Czteroletniego). Ok. 100.000 osób.
„Wielka” (Wielcy.pl) to elity polskie od Piasta Kołodzieja do roku 2011.  Tworząc „małą” dr Marek Jerzy Minakowski wyszedł z założenia, że:

W dniach 7 X 1788 i 16 XII 1790 nasi przodkowie — posłowie i senatorowie Sejmu Wielkiego — podpisali w Sejmie „Akt konfederacyi generalnej”. Ślubowali, że o wszystkim będą decydować większością (per pluralitatem). Owa większość 3 V 1791 uchwaliła Ustawę Rządową. Jak w każdym demokratycznym parlamencie część z nich głosowała przeciw, inna część nie wzięła udziału w głosowaniu. Jednak na veto miejsca nie było, bo wcześniej każdy z nich zaprzysiągł Konfederację.
Na tych stronach budujemy kompletne drzewo genealogiczne potomków wszystkich Konfederatów (a także ich rodzeństwa).

Chyba każdy, kto znajdzie się w Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego jest dumny, że tam jest. Jest dumny, że jego przodkowie (lub rodzeństwo przodków) uczestniczyli w pracach nad pierwszą w europie demokratyczną Konstytucją, ale… czy ci przodkowie rzeczywiście ją poparli? W końcu zrobiło to 110 na 500!!!

Zacznę od siebie. Moim przodkiem Konfederatem jest Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm.
Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari. Był rodzonym bratem mojej praprapraprapraprababki Apolonii Skórzewskiej z Mącznik h. Drogosław.

Jest więc wśród tych 110 osób, które poparły konstytucję. I choć genealogią zajmuję się od dziecka, bo najpierw „bawiłam się” w to z ojcem, tak jak on ze swoim ojcem i dziadkiem, to… dopiero ja, i to dzięki portalowi wielcy.pl, odkryłam to pokrewieństwo. Odkryłam jednak i inne, choć dalsze… np. z… Targowiczaninem Adamem ks. Ponińskim h. Łodzia, który w czasie przeprowadzania I rozbioru Polski, miał przyznane przez trzy państwa rozbiorcze ze wspólnej kasy, przeznaczonej na korumpowanie posłów na Sejm Rozbiorowy 1773–1775 46 tys. czerwonych złotych na utrzymanie. Zajmował się też grabieżą majątku rozwiązanego zakonu jezuitów przeznaczonego na działanie Komisji Edukacji Narodowej. Na Sejmie Rozbiorowym 1773–1775 został członkiem Komisji Rozdawniczej Koronnej, ustanowionej dla likwidacji majątku skasowanego w Rzeczypospolitej zakonu jezuitów. Podskarbiostwo wielkie koronne kupił od Teodora Wessla. W 1778 roku był członkiem Departamentu Skarbowego Rady Nieustającej. Pomimo sprawowania popłatnego urzędu Poniński był namiętnym graczem w karty, co w błyskawicznym czasie przyczyniło się do wzrostu jego długów (w 1785 roku ogłoszono jego bankructwo) i spowodowało gotowość sprzedania swoich usług jako polityka każdemu, kto tylko był gotów zapłacić. Był członkiem konfederacji Sejmu Czteroletniego w 1788 roku. Ostatecznie został płatnym agentem ambasady rosyjskiej, ściśle współpracując z przedstawicielami dyplomatycznymi Rosji – Nikołajem Repninem i Otto Magnusem von Stackelbergiem, za co 1 września 1790 roku został skazany przez Sejm Czteroletni na wygnanie i pozbawienie wszystkich tytułów. Wyrok został uchylony 13 maja 1793 roku przez konfederację targowicką.

Jan Matejko „Reytan”. Leżącemu na progu Reytanowi Adam Poniński uniesioną ręką pokazuje żołnierzy rosyjskich w uchylonych drzwiach sali zamkowej.

Co mam teraz zrobić? Dopiero co Jarosław Kaczyński krzyczał o Targowicy, które to określenie teraz niezwykle często pojawia się w naszej debacie publicznej. Czy ma on świadomość, że wśród Targowiczan są i jego przodkowie?

Jarosław Kaczyński też jest bowiem na portalu sejm-wielki.pl. Przodków konfederatów ma aż trzech. Jednym z nich jest… Dezydery Leszczyński herbu Belina – poseł województwa inowrocławskiego na Sejm Czteroletni w 1788 roku, marszałek województwa brzeskokujawskiego i inowrocławskiego w konfederacji targowickiej, starosta grabowiecki.
Figurował na liście posłów i senatorów posła rosyjskiego Jakowa Bułhakowa w 1792 roku, która zawierała zestawienie osób, na które Rosjanie mogą liczyć przy rekonfederacji i obaleniu dzieła 3 maja. Z ramienia konfederacji targowickiej wybrany w 1793 roku członkiem Komisji Skarbowej Koronnej.

 Drugim: Psarski Fryderyk Jakub h. Pomian (ok. 1730–1805), poseł na sejmy, przywódca powstania 1794 r. w Wieluńskiem.

Trzecim: Leszczyński Józef h. Belina (zm. po 1815), podczaszy i poseł rawski na Sejm Czteroletni. W sejmie Leszczyński należał do przeciętnie aktywnych posłów; część jego „głosów” została ogłoszona drukiem podczas kadencji sejmu. Przemawiał m. in. w sprawie królewszczyzn (27 I 1789), występował za rewindykacją donatyw (19, 22 i 29 III 1790), a przede wszystkim popierał Konstytucję 3 maja. W przeddzień jej uchwalenia uczestniczył w słynnym zebraniu w Pałacu Radziwiłłowskim i podpisał akt „Asekuracji”. Następnie został członkiem Zgromadzenia Przyjaciół Konstytucji Rządowej 3 Maja.

Ostatni dwaj są wśród tych 110 osób popierających konstytucję. Czy dwóch przodków zwolenników Konstytucji 3 maja jest w stanie zmazać winy Jarosława Kaczyńskiego za tego trzeciego przodka, który był jej przeciwnikiem? Zwłaszcza, że straszliwy Adam ks. Poniński h. Łodzia jest także krewnym Jarosława Kaczyńskiego?

A sam Pan Prezydent Andrzej Duda?
Tu niestety źródła portalu sejm-wielki.pl milczą, gdyż jego związki z potomkami Sejmu Wielkiego są poza Genealogią Potomków Sejmu Wielkiego, czyli jedynie na portalu wielcy.pl.

Łatwo potępiać innych, łatwo potępiać ich za przodków, gdy samemu niewiele się wie o własnych lub nie są oni postaciami w jakikolwiek sposób tworzącymi kiedyś historię.

Stowarzyszenie Potomków Sejmu Wielkiego w swoim credo w swoim czasie napisało: „Przodkowie nasi nie byli aniołami, walczyli często ze sobą (nie zawsze cnymi metodami), a jednak konfederacja przez nich zawiązana potrafiła uchwalić Ustawę Rządową z 3 maja 1791 – pierwszą europejską nowoczesną konstytucję.”

Dlatego Stowarzyszenie zrzesza potomków wszystkich Konfederatów. I tych, którzy byli za Konstytucją 3 maja i tych, którzy byli jej przeciw. Bo historia powinna naród jednoczyć a nie dzielić. Powinniśmy o tym pamiętać i działać na rzecz tej jedności mówiąc prawdę o  historii – bez wybielania, ale i bez zaciemniania.
W przeciwnym razie naprawdę wszyscy jesteśmy do odstrzału, bo korzenie każdego z nas w bardziej lub mniej kręty sposób mogą prowadzić do jakiegoś Adama ks. Ponińskiego h. Łodzia.

PS W podawaniu życiorysów przodków Konfederatów korzystałam z Polskiego Słownika Biograficznego i Wikipedii.

Czar Starego Gmachu

Był rok 1986, kiedy nie dostałam się na studia. Egzaminy zdałam na piątki i czwórki, ale słabe świadectwo i brak punktów za pochodzenie sprawiły, że miejsc na uczelni dla mnie zabrakło. W tamtych czasach można było na dodatkowe punkty na studia zapracować. I tak we wrześniu 1986 roku by zarobić na te punkty zjawiłam się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, która mieściła się w starym gmachu. To dzięki pracy w BUW przeczytałam wtedy książkę „Mikołajek w szkole PRL”. Nie była tak dobra literacko jak francuski pierwowzór, ale… opisywała coś, co znaliśmy wszyscy. To wtedy zdobyłam sporą kolekcję znaczków wydaną w latach 80-tych przez polskie podziemie niepodległościowe, bo pracownicy BUW sprzedawali je między sobą. Nie było podziału między ludźmi. Wszyscy byliśmy jednością. A najważniejsze dla nas były książki. To z powodu książek na swoje miejsce zdobywania punktów na studia wybrałam BUW, a nie na przykład szpital. W BUW przyjęto mnie do działu katalogów najpierw jako stażystkę, a potem na stanowisko młodszego bibliotekarza. W dziale obok pracował Piotr Matywiecki. W BUW w przerwach w pracy, na starej maszynie stojącej przy moim biurku, pisałam swoje pierwsze, drukowane w prasie opowiadania. Natomiast w ramach pracy m.in. przepisywałam stare, ręcznie pisane, przedwojenne karty katalogowe, a ponieważ te stare trzeba było wyrzucać, więc… brałam je na pamiątkę do domu. „Stary Gmach” Piotra Matywieckiego przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To dla mnie powrót do BUW, mojego pierwszego miejsca pracy. Jedynego, w którym byłam bezgranicznie szczęśliwa. Jedynego, w którym nie płakałam. Jedynego, za którym tęsknię, choć spędziłam tam tylko rok.

Myliłby się jednak czytelnik, który podejrzewałby, że „Stary Gmach” Matywieckiego to banalne wspomnienia starego bibliotekarza o statusie poety, czy wiecznego poety, w którym na zawsze tkwi bibliotekarz. To swoisty esej o kulturze i książce, przeplatany rzecz jasna wspomnieniami i anegdotami, ale będący próbą odpowiedzi na pytanie o rolę książki, literatury i biblioteki największej warszawskiej uczelni humanistycznej w życiu polskiego społeczeństwa i polskiej inteligencji.

Głównym bohaterem książki jest bowiem nie tyle sam budynek starego BUW, ile księgozbiór i literatura. Tak, jakby tytułowy „Stary Gmach” był pretekstem do opowiedzenia czytelnikom o książkach, które kształtowały i autora i jego środowisko i całe pokolenia czytelników tej specyficznej biblioteki. Matywiecki cytuje nie tylko bibliotekarzy, opowiadając przy okazji o historii księgozbioru, ale cytuje też poetów, pisarzy, naukowców i filozofów. Opowiada o ich wizytach w BUW. Jednak w większości te opowieści mają charakter anegdot nie tyle o człowieku, ale o kulturze czy literaturze. Dobrym przykładem jest ta o obwieszczaniu czytelnikom, że czas kończyć pracę, bo zbliża się pora zamknięcia. „Przechadzałem się po salach i z namaszczeniem, głośno, kilkakrotnie obwieszczałem: „Proszę Państwa, zamykamy!” – bawiło mnie, że w te sposób cytuję Ziemię jałową Eliota i że tylko ja jestem świadom tej mojej literackiej gry. Ale po jakimś czasie natrafiłem na felieton Tadeusza Komendanta w czasopiśmie „Nowy Wyraz”. Komendant bawił się w tym felietonie nieświadomością bibliotekarza BUW-u, który swoim „proszę państwa, zamykamy” bezwiednie wchodzi w literacki świat wtajemniczonych. Poczułem się śmieszne urażony w mojej poetyckiej erudycji.”

W tym roku księgozbiór BUW kończy 200 lat. Jego główna siedziba mieści się już w zupełnie nowym gmachu na Dobrej. I choć ten nowy i przestronny budynek na pewno jest wygodniejszy, przystosowany do niepełnosprawnych, obszerniejszy itd., to trudno spodziewać się, że szperając w jego magazynie znajdzie się wetknięte pomiędzy zgromadzone w nim książki karteczki, listy i notatki pamiętające poprzednie epoki i poprzednie pokolenia bibliotekarzy. Książka Piotra Matywieckiego zastępuje je wszystkie. Warto po nią sięgnąć, by zajrzeć tam jak do starego bibliotecznego magazynu. Można właściwie otwierać w dowolnym miejscu i czytać na wyrywki. Tak, jak ja przeszło 30 lat temu podczas nocnego dyżuru czytałam wyciągane z magazynu na chybił trafił książki traktując je jak swoistą wróżbę. „Co mnie, czytelnikowi, przyniesie los? Powiedz o książko!” Co powiedział mi „Stary Gmach?”

„I jest oczywiście ta zupełnie nowa wirtualna przestrzeń internetu, do której prosto z sali zapełnionej komputerami wchodzą „użytkownicy”. Może tam, w jakiejś zupełnie innej formie, odżyją mit i prawda wielkiej biblioteki?
Bo dawniej ten mit i prawda spełniały się na moich oczach. Nabywanie erudycji dokonywało się jako coś naturalnego, było oddechem czytelniczych sal.”

Warto wsłuchać się w ten oddech, a można to zrobić sięgając po „Stary Gmach”.

PS A ja tu kiedyś opisywałam panią Marię Kicińską, z którą pracowałam w BUW i szczerze żałuję, że Piotr w swojej książce ją pominął, bo była to niezwykle barwna postać, ale cóż… nie on z nią był w jednym pokoju, ale ja.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Polskie tabu, czyli jak wyłączyć przemoc?

Moje pierwsze małżeństwo nie należało do udanych. Powód? Właściwie dwa: picie i bicie. Eksio za kołnierz nie wylewał, a jak już się napił to agresja: dziesięć! Od naszego rozwodu mija właśnie dziewiętnaście lat, a od jego śmierci niedługo minie pięć. Ponieważ Eksio nie żyje, nie chcę go tu obgadywać, bo już nie zmieni swojego postępowania. Wieko trumny się nad nim zamknęło, a potem krematorium w Wyszkowie zrobiło swoje. Spoczął w urnie na cmentarzu Bródnowskim. Jednak nadal mam różne fobie, w które wpędziło mnie to moje pierwsze małżeństwo. Jedną z nich jest lęk przed podniesionym głosem i awanturami. To dlatego od lat staram się każdemu niemal we wszystkim ustępować. Byle byłby święty spokój. To ustępowanie dla świętego spokoju nie raz ściągnęło na mnie kłopoty, ale cóż… święty spokój kosztuje. Lęk przed podniesionym głosem daje mi się we znaki w życiu codziennym. Nienawidzę, gdy ktoś w pracy podnosi głos. Ilekroć słyszę wrzaski tylekroć podskakuję i kulę się w sobie! Bo przemoc domowa dawno jest za mną, ale… odruch Pawłowa każe mojemu ciału na dźwięk podniesionego głosu podskakiwać i kulić się.

Przeżycia sprawiły jednak, że interesuję się sprawą przemocy domowej. A ponieważ wiem, czemu kobietom trudno jest uwolnić się od mężów-katów (m.in. nikt tak nie przeprasza jak ten który krzywdzi), dlatego od lat śledzę co dzieje się z konwencją antyprzemocową, niebieską linią etc. Czytam historie kobiet, które próbują uwolnić się od swoich oprawców. Myślę o nich wszystkich i o każdej z osobna.

Kilka dni temu media obiegło nagranie umieszczone w sieci przez żonę jednego polityka, (zrezygnował z członkostwa partii), jak znęca się nad żoną. Kobieta, choć z mężem-katem mieszkała w Bydgoszczy, wniosła sprawę na policję w Warszawie, dokąd uciekła przed nim zabierając ze sobą dzieci. Prawie 40. minutowe nagranie jest naprawdę wstrząsające. Wynika z niego, że kobieta była maltretowana przez wiele lat. Para ma dzieci. Na nagraniu słychać bicie, poniżanie, wyzwiska i niesamowitą rozpacz kobiety. Mąż raz po raz wyznaje swojej żonie, że jej nienawidzi i co chwilę każe jej się wynosić z domu. Żona wyzywana jest od: „pedałów”, „gównojadów”, „cweli”, „chujów jebanych” i „kurew”. Z nagrania wynika, że afera wybuchła, bo małżeństwo poszło na bal charytatywny, a żona zapomniała z balu zabrać kwiatek, który od niego dostała. Zresztą nie okazała takiej radości jakiej mąż oczekiwał, gdy zaproponował jej pójście bal. „Przepraszam, że nie tańczyłam, jak chciałeś”. Oraz „Jestem głupia, niewdzięczna.” – to wypowiadane przez kobietę słowa, które wstrząsnęły mną najbardziej. Patriarchalny świat polityka wymagającego od żony absolutnego posłuszeństwa jest dla kobiety piekłem. Polityk nie rozumie, że można, a nawet i trzeba żyć inaczej. Nie rozumie, że kobieta nie jest własnością męża. Takich sytuacji jest wiele. Od kiedy kobiety poszły do pracy, zaczęły stanowić o sobie, dla słabszych psychicznie męskich jednostek są solą w oku. To te jednostki znęcają się nad nimi. Paradoksalnie robią to przy milczącej aprobacie społeczeństwa, które uważa, że społeczny podział ról, w którym miejsce żony jest w kuchni i przy dzieciach a męża przed telewizorem lub z kumplami na meczu jest tym właściwym. Wielu uważa bowiem, że żona pracująca wracając do domu musi w nim pracować zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku. A wracający z pracy mąż nie musi jej w niczym pomagać również zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku.

W mojej sprawie społeczeństwo też w większości milczało, ale nie chcę tego roztrząsać, bo przecież Eksio nie żyje. Paradoksalnie dwa lata przed śmiercią wyznał ze łzami w oczach, że gdyby niektórzy głośno go potępili, gdyby spotkał się np. z ostracyzmem może coś by ze sobą zrobił. Przyznał też, że nikt mu nie pomógł i chyba nie ma przyjaciół, a jedynym człowiekiem, który był dla niego dobrym jestem… ja. Było to wstrząsające! Niestety wyznanie przyszło za późno. Eksia nie udało się uratować i zmarł. Do dziś mi go żal. Bo paradoksalnie w przemocy domowej w większości przypadków pomóc trzeba obu stronom – zarówno ofierze jak i katu, choć dla każdej z tych osób ratunkiem jest co innego. Dla ofiary jest to izolacja od kata, a dla kata terapia, często w izolacji.

Czy bydgoski polityk podda się jakiejś terapii? Najpierw musi zrozumieć, że jest chory. W tym musi mu jednak pomóc otoczenie. Czy otoczenie to robi? Nie wiem, jak zachowuje się jego rodzina ani nawet czy ją ma, ale jeśli ma matkę, siostrę, brata etc., to powinni oni zrobić wszystko, by zaczął się leczyć, bo zachowanie, które można poznać słuchając strasznego nagrania, jest skandaliczne! Zbigniew Hołdys nazwał je gestapowskim. Ja bym określiła je mianem „ubeckich tortur”, bo przypomniały mi to, co czytałam we wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli ubeckie więzienia. Obawiam się jednak, że społeczeństwo przyzwala na takie zachowania. Czemu tak myślę?

Otóż w sobotę wielkanocną tradycyjnie poszliśmy ze święconką i suką Frytką do żoliborskiego kościoła pw. Stanisława Kostki. Była nas dwójka, czyli ja i Panicz Syn, gdyż Ulubiony poprzedniego dnia miał zdjęcia we Wrocławiu do pewnego serialu i skończył pracę późno. Wyjechał z Wrocławia polskim busem w sobotni poranek z nadzieją, że zdąży na święconkę, ale… bus zepsuł się i bardzo niepocieszony Ulubiony utkwił na dwie godziny w Łodzi. Nie zdążył nie tylko na święconkę, ale i na uroczystą konsumpcję święconych jaj, co od wielu lat wraz z gromadą przyjaciół robimy w pubie na Kępie Potockiej. Mieliśmy zbierać się do domu, gdy zadzwonił, że wreszcie dojeżdża na dworzec PKS Młociny. Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i znajomymi i wraz z Paniczem Synem ruszyliśmy do auta. Niestety 20 metrów od pubu nasza suczka Frytka zaplątała mi się pod nogi i na oczach Panicza Syna runęłam jak długa na ziemię. Zrobiłam to tak nieszczęśliwie, że uderzyłam twarzą w asfalt wbijając sobie w policzek okulary. Konkretnie to cztery śrubki mocujące uszko do szkła zrobiły mi cztery dziurki w skórze na wysokości oka i kości policzkowej. Krew chlusnęła. Panicz Syn strasznie się zdenerwował. Suka była zdezorientowana. Pobiegłam przemyć twarz wodą do pubu, z którego dopiero co wyszliśmy. Znajomi wytrzeszczyli oczy na mój widok, a ja ujrzawszy się w lustrze trochę się przeraziłam, choć wszyscy pocieszali, że nie jest źle. W każdym razie po Ulubionego pojechałam puchnąc i w okularach przeciwsłonecznych, które na szczęcie mam w samochodzie. Tego dnia wszyscy, którym opowiadałam o tym, że się wywróciłam dowcipkowali, że to pewnie mnie „mąż pobił, bo zupa była za słona”. Wydaje mi się, że o ile mnie wolno tak żartować z siebie, o tyle znajomym, którzy znają mój życiorys chyba nie bardzo wypada, choć rozumiem, że znając moje poczucie humoru puszczają im hamulce. Pewnie dlatego dowcipu o przesolonej zupie wysłuchiwałam do końca sobotniego wieczora.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Skutki spaceru z psem.

Sjesta! Pan śpi! #dom #panmonz #pies #frytka #jamnik

Winowajczyni Frytka…

W niedzielny poranek oko lekko podeszło mi fioletem. Przypudrowałam je, by nie straszyć i pojechaliśmy na śniadanie do przyjaciół, którzy na szczęście wiedzieli co mi się stało, bo widzieliśmy się na święconce, a ich synowie byli świadkami jak dwie minuty po wyjściu z pubu wróciłam do niego obmyć twarz. W ciągu dnia puder powoli z twarzy opadał, a siniak powoli zmieniał kolor na bardzo mocno fioletowy, więc kiedy wracaliśmy po obiedzie do domu z daleka widać było, że mam podbite oko. Ponieważ to lewa strona twarzy, więc wygląda tak, jakby ktoś praworęczny przyłożył mi pięścią rozgniatając na twarzy moje własne okulary. Przeglądając się w samochodowym lusterku stwierdziłam, że przez najbliższe dwa dni lepiej nie wychodzić z domu. Inaczej wszyscy będą się na mnie gapić, a ja będę musiała bez przerwy opowiadać co mi się stało. Ujechaliśmy kilka kilometrów i na Wisłostradzie zatrzymał mnie patrol policji. Myślałam, że każą tylko dmuchnąć w balonik, ale oni zwrócili uwagę, że nie mam jednego światła mijania. Westchnęłam. W swoim blisko 30-letnim życiu kierowcy, ilekroć nie miałam światła mijania i zatrzymywała mnie policja, tylekroć kosztowało mnie to mandat. Jednak tym razem… policjanci przyjrzawszy się uważnie naszej trójce, a zwłaszcza Ulubionemu, (który dla potrzeb serialu, w którym jak zwykle grał bandytę ogolił się na zero), tylko mnie pouczyli. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że może to z okazji Wielkanocy ta wielkoduszność. Dopiero po chwili analizując wyraz twarzy policjanta i jego smutne spojrzenie etc., doszłam do wniosku, że to miało chyba związek z moim podbitym okiem. Chyba policjant pomyślał, że mąż mnie pobił (tyle jest awantur przed świętami, a tu image bandyty) i nie chcąc, bym dostała od męża drugi raz za mandat i brak światła postanowił ocalić mnie przed kolejnymi ciosami nie wypisując mandatu. Podzieliłam się refleksją z Ulubionym. Zastanowił się i… przyznał mi rację. A ja stwierdziłam, że z jednej strony to zachowanie policjanta było miłe, ale z drugiej… czyż nie powinien był zaprosić mnie do radiowozu i spytać czy nic mi nie jest? Czy nie powinien zaoferować pomocy, jeśli uznał, że jestem ofiarą przemocy? Choć właściwie co drogówce do innych przewinień niż drogowe. Ale z drugiej strony… wszyscy napotkani po drodze ludzie do mojego podbitego oka podeszli z lekkim uśmieszkiem, często spojrzeniami sugerując, że na pewno mąż mi je podbił. Zupełnie jakby małżeńskie mordobicia były czymś bardzo śmiesznym.

Znam setki dowcipów o przemocy domowej. Niektóre mimo moich osobistych przeżyć naprawdę mnie śmieszą. Jednak ja mam świadomość, że dowcip jest zawsze pewną abstrakcją, a życie jest życiem. I byłoby dobrze, gdybyśmy opowiadając sobie dowcipy i żartując z ciemnych stron życia reagowali na przemoc. Na razie mam bowiem wrażenie, że jest ona tabu i w świadomości społecznej istnieje tylko w dowcipie.

Moje życie z Eksiem nie było jednak dowcipem. Nie jest nim też życie żony bydgoskiego polityka, choć nie brak w sieci głosów, że podanie przez nią do wiadomości publicznej informacji o przemocy to strategia w ramach toczącego się postępowania rozwodowego. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto nie słyszał nagrania. Panicz Syn i Ulubiony usłyszeli tylko jego fragmenty i mieli dosyć słuchania. O ile jednak nagranie można wyłączyć o tyle guzika wyłączającego przemoc na razie nikt nie wymyślił. A szkoda.



Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Pustka, czyli rozważanie na Wielki Piątek

Miałam napisać dwa dni temu, miało być o czymś zupełnie innym, ale umarło dziecko znajomych i w środę poszłam na pogrzeb na Stare Powązki. Z pogrzebami jest tak, że albo idzie się za kimś albo idzie się z kimś. Tu szłam i za kimś (za dzieckiem, które znałam od jego urodzenia) i z kimś, że znajomymi, z których zwłaszcza ona – matka przeżywa najgorszy moment życia. Dziecko miało 6 lat i było od urodzenia ciężko chore. Z tymi wadami, które miało (m.in. zespół duplikacji mecp2) dożywa się podobno góra 10 lat. Ta dzidzia dożyła 6. Jeszcze dwa lata temu bawiłam się z nim (bo to chłopczyk) pluszową zabawką (wodził za nią wzrokiem) i karmiłam jakimś musem. Potem już nie mógł sam jeść. Odżywiany był pozajelitowo. Od urodzenia siusiał przez specjalną dziurkę pod pępkiem. Ostatnie dwa lata były jego powolnym umieraniem. Oboje rodzice, a zwłaszcza matka (co ojciec podkreślił przemawiając nad grobem), stoczyli heroiczną walkę o godne życie dziecka i jego bezbolesną śmierć. Pogrzeb chłopczyka był w środę. Najpiękniejszy pogrzeb jaki widziałam i jednocześnie najsmutniejszy. Widziałam wiele pogrzebów dzieci, ale pogrzeb dziecka niepełnosprawnego, które nigdy się nie śmiało i nie mówiło, jest czymś szczególnym. W kazaniu ksiądz powiedział, że rodzice mają swojego anioła, nad grobem na trąbce odegrano mu kołysankę „Na Wojtusia z popielnika”, a potem puszczono z odtwarzacza piosenkę „Bóg się mamo nie pomylił – narodziłem się z miłości” – swoisty hymn dzieci niepełnosprawnych. Naprawdę płakał cały cmentarz. Gdy dotarłam do samochodu jeszcze bardziej coś we mnie pękło. Cały czas myślałam o mojej koleżance – matce dziecka. Właściwie myślę o niej bez przerwy i przestać nie potrafię. Wydaje mi się, że więzi matki z dzieckiem są w ogóle czymś szczególnym, ale więzi matki z dzieckiem niepełnosprawnym, które jest absolutnie bezbronne i skazane na opiekę, to coś czego nigdy nie zrozumiemy, dopóki sami nie przeżyjemy lub nie spotkamy się z tym w swoim otoczeniu. To dlatego w aucie rozpłakałam się jeszcze gorzej niż na cmentarzu. Poczułam potworną bezsilność. I postanowiłam zadzwonić do kogoś życzliwego, by z nim popłakać, bo o ile przeważnie ryczę sobie sama, o tyle tym smutkiem chciałam się podzielić. Była 11:45. Nie chciałam dzwonić do Ulubionego, by go nie budzić. Wrócił z pracy o 6 nad ranem, a położył się o 7, więc myślałam, że jeszcze śpi. Panicz syn z kolei był na uczelni. Zadzwoniłam więc do jednej z przyjaciółek. Wykonuje wolny zawód, więc na pewno jej nie przeszkodzę. Poza tym w rodzinie miała taki przypadek. „Ty zapomniałaś, że do mnie nie dzwoni się tak wcześnie?” spytał mnie w słuchawce jej głos. Zaniemówiłam. Po chwili tłumiąc łzy powiedziałam, że wracam z pogrzebu dziecka koleżanki i chciałam z nią popłakać, ale usłyszawszy w odpowiedzi ciszę przeprosiłam i rozłączyłam się. Myślałam, że zreflektuje się i oddzwoni, ale tak się nie stało. Przez chwilę siedziałam jak ogłuszona. W końcu zadzwoniłam do innej przyjaciółki – jest od pół roku wdową. Powiedziała, bym natychmiast przyjechała do niej na kawę. Ucieszyłam się. Za półtorej godziny powinnam była być w „Radiu Zet” na wywiadzie, a nie nadawałam się do niczego. Pojechałam na kawę. Na miejscu opowiedziałam jej całą historię o pogrzebie z telefonem do przyjaciółki włącznie. Pokiwała głową ze zrozumieniem. A potem z uśmiechem powiedziała mając na myśli nie pogrzeb, a historię z telefonem: „Ja tam jestem zaprawiona w takich sytuacjach. Nawet nie wiesz co przeżywam jako wdowa. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że wdowa w Polsce jest takim śmieciem, którego można tylko kopnąć, to bym się zdziwiła. Teraz już to wiem. Moje uczucia są zupełnie nieważne, a nawet nie mam do nich prawa.” I opowiedziała wiele naprawdę tragikomicznych historii o polskiej znieczulicy, które sprowadzić można do kilku zdań. Obcy ludzie najlepiej wiedzą, ile powinna trwać nasza żałoba, jak powinna wyglądać, a przede wszystkim kto ma do niej prawo. Ich zdaniem śmierć jest naturalną koleją rzeczy i nie przesadzajmy z rozpaczą. Spytała mnie też, czy nie słyszałam, jak ktoś mówił na przykład, że teraz matce dziecka będzie lepiej, bo nie będzie się męczyć? Oczywiście, że słyszałam. Sęk w tym, że ludzie nie rozumieją, że ona wolałaby nadal przeżywać tę mękę, byle tylko trzymać swoje dziecko w ramionach. Miłość jest nieodgadniona. Miłość matki szczególnie. A miłość wdowy, dla której zmarły mąż był najlepszym przyjacielem jest wbrew pozorom bardzo podobna, bo też występuje tu głęboka intymna więź. Są pustki, które trudno wypełnić, ale z czasem się to udaje. Są takie, których wypełnić nie da się nigdy. Wtedy pustka zostaje na zawsze.

Myślę, że miłość to dobry temat do rozważania w Wielki Piątek zarówno dla chrześcijan jak i wyznawców innych religii, a nawet ateistów. Zastanówmy się nad nią w Wielki Piątek, gdy pod krzyżem też stała matka.

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej