Wszystkie wpisy, których autorem jest Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka książek dla młodzieży, blogerka. Kontakt: piekarska@piekarska.com.pl

Czyny przychodzą później, czyli kto jest człowiekiem?

Podobno w życiu nie ma przypadków. Chyba coś w tym jest, bo oto wiele tygodni temu na swoim portalu genealogicznym rozpoczęłam publikowanie skanów książek autorstwa Antoniego Skrzyneckiego, czyli dziadka mojej ukochanej stryjeczno-ciotecznej babki, do której mówiłam per „ciociu” – Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Nie przypuszczałam, że za moment wybuchnie afera z ustawą IPN.

Z ciotką Stenią, która zmarła jeszcze w 1991 roku, a pochowana została z wojskowymi honorami na cmentarzu powązkowskim, „rozmawiam” właściwie codziennie. Jej zdjęcie stoi u mnie na honorowym miejscu w gabinecie. To ona, wraz z moim ojcem, zainteresowała mnie genealogią. To ona była autorką maksymy, którą często na spotkaniach autorskich przekazuję moim nastoletnim czytelnikom: „Jeśli ktoś nienawidzi szkoły to powinien ją jak najszybciej skończyć, czyli… zdawać z klasy do klasy”. Bywałam u niej często na kawie i rodzinnych plotkach. Do niej pobiegłam po pogrzebie Grzegorza Przemyka, a półtora roku później po pogrzebie Jerzego Popiełuszki, bo ciotka mieszkała niedaleko, czyli na ulicy, która dziś nosi jego imię. Była osobą niesamowitą nie tylko ze względu na przeżycia sanitariuszki w powstaniu warszawskim, żołnierza AK czynnego także po wojnie, a więc jak to dziś się mówi, „żołnierza wyklętego”, a po wojnie więźnia Fordonu, ale także ze względu na niezwykłą erudycję. Z zawodu była bibliotekarzem i księgarzem (lub jak wolą feministki bibliotekarką i księgarką). Gdy po maturze nie dostałam się na studia i wylądowałam w BUW jako młodszy bibliotekarz powiedziała, że to najpiękniejsze miejsce, w którym mogłam pracować. Dość szybko okazało się, że miała rację. Ciotka była jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

Pierwsza w rodzinie traktowała mnie jak dorosłego człowieka. Na kawkach czy herbatkach rozmawiałyśmy o sztuce, historii i literaturze. Czytałam jej swoje pierwsze opowiadania, bo ona sama w młodości pisała wiersze. Po latach okazało się, że te patriotyczne znalazły się w jej teczce IPN jako nieprawomyślne. Wynosił je do UB jej dowódcza z Armii Krajowej, ale to historia na inną opowieść.

Antoni Skrzynecki z córką Zofią Ruszczykowską

Ciotka opowiadała, że w rodzinie tradycje literackie czy dziennikarskie są bardzo silne. Choćby jej dziadek, a szwagier mojej praprababci, był i literatem, i dziennikarzem. Nazywał się Antoni Skrzynecki. Co pisał? O czym? Kiedyś spytałam ją o to. Odparła, że pisał różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Byłam pewna, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na Powiślu. Być może rzeczywiście tak się stało, ale teraz, gdy poznałam o czym pisał jej dziadek myślę, że ciocia Stenia wstydziła się tej twórczości. Gdyby było inaczej z pewnością po wojnie starałaby się zgromadzić na powrót jego książki. A jednak nie zrobiła tego. Obawiam się, że przyczyną była… tematyka. Gdy zaczęłam zgłębiać sprawę odkryłam, że ciotki rodzony dziadek był… antysemitą. I to nie jakimś tam drobnym… Tytuły jego książek przerażają: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków”, czy „Czerwona jarmułka”. W każdej Żydzi przedstawiani są jako najgorsze zło, które toczy nasz kraj niczym rak. Wprawdzie znalazło się kilku historyków literatury, którzy twierdzili, że Antoni Skrzynecki miał ciekawe literackie pomysły, łatwość pisania, poczucie humoru, budował zgrabne dialogi, ale… wszyscy zgodnie twierdzili też, że treść i wydźwięk jego utworów wydaje się przerażający albo co najmniej niestosowny. Nie bronię go, bo lektura książek naprawdę przeraża. Można ją zresztą znaleźć na portalu Polona, a od wielu tygodni na moim portalu genealogicznym piekarscy.com.pl, na którym zgodnie z przyjętą na początku zasadą, prezentuję wszystko co dotyczy krewnych i powinowatych takim, jakim jest, czyli bez lukrowania. I tak kilka tygodni temu, choć nie przewidziałam wydarzeń związanych z ustawą o IPN, rozpoczęłam tam publikację skanów potwornej literatury, której odkrycie było dla mnie w swoim czasie sporym szokiem. O matko! W rodzinie (wprawdzie dalszej, ale jednak!) byli antysemici!

Postawę i poglądy Skrzyneckiego, których nie usprawiedliwiałam i nie usprawiedliwiam, a jedynie starałam się zrozumieć, tłumaczyłam sobie w sposób następujący. W dawnej Polsce były miliony Żydów, którzy kulturą, językiem i religią odstawali, a ponieważ inność i obcość budzą strach, zaś strach budzi nienawiść, więc automatycznie prowadzi to do antysemityzmu. Na szczęście nie wszyscy dają się nim zarazić. Szwagier praprababci, czyli dziadek ukochanej ciotki, Antoni Skrzynecki zaraził się nim dość mocno. To wynika z lektury jego tekstów. Czytanie powoduje u mnie dreszcze obrzydzenia i przerażenia zmieszane z zażenowaniem. Ale patrzę też na nie z punktu widzenia historyka. Tak było w Polsce przełomu wieków XIX i XX.

Skrzynecki zmarł w 1923 roku, a więc na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Nie wiedział więc, że antysemityzm doprowadzi do wojny i holocaustu, w którym odartych z człowieczeństwa Żydów zamknie się w gettach lub ześle do obozów, gdzie komory gazowe będą dla nich codziennością.

Jednak my dziś to wiemy. I dlatego nie mogę pojąć tego wylewu antysemityzmu, tych antysemickich tekstów i to często z ust ludzi, po których w ogóle bym się tego nie spodziewała. A piszę o tym wszystkim dlatego, że od kilku dni niemal codziennie otrzymuję od czytelników portalu gratulacje z powodu tak wspaniałego antenata. Przy pierwszym liście nie wierzyłam oczom i myślałam, że ktoś sobie ze mnie kpi. Potem już tylko zgrzytałam zębami odpisując, że nie jestem dumna tylko się wstydzę, ale z założenia na portalu publikuję wszystko, bo jest to portal historyczny, na którym nie dyskutuję z faktami.

I tak zupełnie na koniec. Ze opublikowanych wspomnień ojca („Tak zapamiętałem” – PIW 1979) pamiętam jego opis żydowskiego pogrzebu z płaczkami, który widział przed wojną w nowym dworze, gdy utopiła się córka jednego ze sklepikarzy. Sama byłam na kilku pogrzebach na cmentarzu żydowskim, ale żaden z nich nie był pogrzebem takim, jaki opisał mój ojciec. Były to bowiem pogrzeby świeckie. W Polsce rzadko kto, nawet jeśli jest pochodzenia żydowskiego, jest naprawdę wyznania mojżeszowego i np. obchodzi szabas – znam tylko trzy takie osoby. Z czego tylko jedna z nich jest na tyle ortodoksyjna, że naprawdę nie odbiera w soboty telefonu. Ludzi w rytualnych szatach żydowskich widziałam tylko na obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim i w Nowym Jorku, gdzie znajomy zawiózł mnie do dzielnicy żydowskiej, bym zobaczyła ich na własne oczy, bo bardzo chciałam i byłam ciekawa jak to wygląda.

Nie wiem więc, czy nie mamy przypadkiem tak naprawdę w Polsce do czynienia z antysemityzmem bez Żydów. A nienawiść do nieznanego oznacza tak naprawdę uprzedzenia. A to z kolei sprawia, że chcę zapytać. Czy umiemy wyciągnąć wnioski z historii? Czy mamy świadomość, że każda wojna zaczyna się od słów? Czyny przychodzą później.

A jako pisarka, chciałam w ramach post scriptum zacytować do przemyślenia wiersz polskiego poety pochodzenia żydowskiego Antoniego Słonimskiego.

Ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina.
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -
Gdy naród grecki z głodu obumiera,
ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Czy jesteśmy jeszcze jacyś my?

Nad tym czy istniejemy jeszcze jacyś my zastanawiam się od kilku dni. Podział w społeczeństwie pogłębia się w zastraszającym tempie. Pogłębia się i niszczy nas wszystkich od środka. Oto Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która jeszcze kilkanaście lat temu jednoczyła Polaków w jeden dzień w roku, teraz dzieli. W dniu finału kolega-sąsiad zamieścił na Facebooku post (pisownia oryginalna):

Wrzuciliście dziś złotówkę do puszki? Gratuluje spokoju sumienia! Jesteście zajebiści! Uratowaliście „milion istnień”! Teraz przez 2 tygodnie nie będziecie prać kurtki, żeby serduszko się nie odlepiło – serduszko , które potwierdza jak zajebiści jesteście !

a ja mam do Was prośbę i pytanie : ” chcecie być zajebiście pomocni ludziom , którzy potrzebują Waszej pomocy ? „… jak już to serduszko się zmechaci i nie będzie można pokazać „że graliście w zaje..stej orkiestrze” to nie grajcie , nie oklejajcie się , nie piszcie nic na fejsbuniu , tylko w marcu, kwietniu, lipcu czy wrześniu przelejcie parę złotych temu kolesiowi! On naprawdę potrzebuje Waszej pomocy! Albo chociaż udostępnijcie link do Jego strony !

I tu zamieszczony był link do strony człowieka zmagającego się z chorobą.

Zwróciłam uwagę, że ta forma namawiania do pomocy nie jest zbyt elegancka. Można robić to w sposób pozytywny, nie nawiązując w ogóle do WOŚP i nie dyskredytując ludzi, którzy biorą udział w tej zbiórce, tłumaczyłam o wadze używanych słów i… się zaczęło. Jeden z jego znajomych (z którym podobno pracowałam w TVP, ale go nie kojarzę), właściwie odsądził mnie od czci i wiary. Były nawet teksty o patriotyzmie i tym, że krew moich przodków wsiąkła na darmo w piach, a wszystko dlatego, że Owsiak jest synem milicjanta. Ów znajomy-nieznajomy napisał, że stracił do mnie szacunek i… w sumie zaliczył do jakiejś bliżej nieprecyzowanej bolszewii. A ja chciałam tylko zaapelować o to, by prosząc o pomoc dla innych robić to w sposób pozytywny nie dezawuując innych form pomocy.

Nie chciałam w ogóle pisać w tym roku na blogu o orkiestrze (temat już dla mnie ograny), ale to co stało się i cały czas dzieje wokół tego zjawiska pokazuje, że społeczeństwo dzieli na pół nie rysa, nie kreska, ale rów i to chyba głębszy od Rowu Mariańskiego. Ludzie z obu stron polsko-polskiej barykady obrzucają się wyzwiskami, inwektywami i odmawiają prawa tym, którzy mają inne zdanie do bycia Polakami, patriotami, ludźmi uczciwymi, inteligentnymi, dobrymi itd.

Bloger, który na nienawiści do Owsiaka zbudował całą swoją internetową popularność, w dniu finału WOŚP napisał:

„Ja niżej podpisany, w pełni świadomy swoich słów i czynów uroczyście oświadczam, że kategorycznie nie wyrażam zgody, aby moje ewentualne leczenie było realizowane za pomocą sprzętu WOŚP! Wobec lekarzy, którzy się nie zastosują do mojej woli, wyciągnę konsekwencje prawne.”

W zamian za to przeczytał od zwolenników WOŚP życzenia, by zmarł, a nawet zdechł, a także, by rak zabrał mu rodzinę i tym podobne życzliwości. Na dodatek przeciwnicy PiS rozpoczęli kampanię „na złość Kaczorowi dawaj Owsiakowi”. Czy wrzucanie do puszek na złość komukolwiek to dobra motywacja?

Niejako w odpowiedzi na to lekarz z Pomorza wywiesił na drzwiach swojego gabinetu ogłoszenie, że nie będzie obsługiwał zwolenników z PiS, za co został potępiony, stracił pracę w miejscowej przychodni, choć to nie w niej nakleił kartkę na drzwiach gabinetu, zaś Komisja Etyki Lekarskiej zastanawia się nad jego zachowaniem, bo doniesienie złożyła jedna z posłanek. Dodatkowo internet cały czas grzeje się od plujących na siebie jadem zwolenników i przeciwników zachowania lekarza.

Do tego wszystkiego pewien minister, który ma syna z zespołem Downa zakwestionował zasadność zbiórek i powiedział, że z tych składek finansowany jest przystanek Woodstock. Po ripoście Owsiaka, że ze zbiorek jest finansowany tylko sprzęt, a Woodstock finansują sponsorzy, ministrowi odpowiedzieli rodzice dziewczynki, która nie doczekała się przeszczepu serca. Wypomnieli, że jego syn też korzystał ze sprzętu zakupionego przez WOŚP. Na co minister odpowiedział, że rodzice politycznie wykorzystują śmierć córki. Tak, jakby on w różnych sporach nie wykorzystywał politycznie faktu bycia ojcem dziecka z zespołem Downa.

Do pieca dorzucił jeszcze prawicowy dziennikarz proponując zdjęcie serduszek ze szpitalnego sprzętu zakupionego przez WOŚP, na co spytano go czy akcje Caritasu i Szlachetnej Paczki też mają nie mieć swojego logo.

Aż się chce krzyknąć! Ludzie! Co z wami! Pomagajcie tak jak chcecie i komu chcecie! Jak nie chcecie to nie pomagajcie. Ale nie brońcie innym pomagać wg własnego uznania. Wolność polega na tym, że każdy ma prawo do wyboru czy pomagać czy nie i komu pomagać lub nie nawet jeśli to wybór naszym zdaniem zły. „Errare humanum est”, czyli rzeczą ludzką jest błądzić mawiali starożytni. Organizacji pomocowych jest masa.

Czy nie lepiej zająć się pomaganiem w tych, które uważamy za lepsze zamiast przeszkadzaniem w pomaganiu?

A z drugiej strony, czy tym, którzy w tym pomaganiu przeszkadzają, trzeba odpowiadać taką nienawiścią?

Nigdy nie byłam zbyt religijną osobą, ale dobrze by było, gdybyśmy wszyscy wzięli sobie do serca hasło księdza Jerzego Popiełuszki „Zło dobrem zwyciężaj” i jeśli coś uważamy za zło zwalczali je dobrem, a nie nienawiścią. Ta naprawdę rodzi kolejną nienawiść.

Natomiast jeżeli doszliśmy do takiego momentu, że żadne dobro nie może nas zjednoczyć, to czarno widzę przyszłość naszego narodu. Tak w ogóle to istniejemy jeszcze jacyś my? Czy już tylko my i oni pojmowani przez każdą ze stron po swojemu?

PS Nie jestem fanką Jerzego Owsiaka, o którym mam swoje zdanie (wyrażane tu nawet w swoim czasie na blogu), ale jego akcja zbiorki na sprzęt dla szpitali jest moim zdaniem cenna. Od lat biorę w niej udział wystawiając na allegro swoje książki z autografem i zawsze powtarzam: licytując je można pomóc dwojako. Datek na cele statutowe WOŚP, czyli z wpłaconych pieniędzy jest sprzęt dla szpitali, a wylicytowana książka może trafić do jakiejś biednej biblioteki. W ciągu ostatnich lat słałam swoje książki wylicytowane przez czytelników na WOŚP do różnych bibliotek. Także do polskich bibliotek na Ukrainie, Białorusi i Litwie.

Zwariowany świat byłej żony, czyli 400 adresów

Jakiś czas temu opisywałam tu pasjonującą przygodę z lekturą e-booka autorstwa pewnej byłej żony byłego premiera. Opisywałam jak owa pani przeczytawszy moje blogowe rozważania pt. „Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?” podarowała mi swojego e-booka zachęcając do lektury. A gdy poświęciłam na to kilka godzin, pochylając się nad nią z całą życzliwością i podzieliłam się swoimi spisanymi na piśmie wrażeniami, przeczytałam:

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Dodatkowo pani zablokowała mój profil na FB.

Po opisaniu tej historii na blogu (z zacytowaniem prawie wszystkich napisanych przez nią do mnie słów) dostałam mnóstwo listów. Wsparli mnie wszyscy ich autorzy. Chyba dla wszystkich moja korespondencja z autorką e-booka była sporym szokiem. Jednak więcej nie poruszałam tej sprawy na forum publicznym. Przyznam też, że szybko zapomniałam o byłej żonie byłego premiera. Do czasu. W listopadzie okazało się bowiem, że autorka słynnego e-booka nie zapomniała o mnie, a raczej… o moim adresie e-mail. Oto bowiem wysłała mi na ten adres zaproszenie do… zakupu nowego e-booka. Zaproszenie zignorowałam. W link do zakupu kolejnej książki nawet nie kliknęłam. Czytać jej rzeczy więcej nie będę, bo czasu szkoda, a po co mam się kontaktować z kimś tak pozbawionym kultury? Przemilczałam więc sprawę. Tymczasem kilka dni temu dostałam od niej kolejny list. Tytuł krzyczał wersalikami:

TYLKO W TYM TYGODNIU (tu tytuły obu e-booków) 50% TANIEJ. Wkrótce nowa książka!

Niestety ten list otworzył swoistą puszkę Pandory, gdyż nadawca, czyli osoba uważająca się za niezwykle inteligentną, umieściła adresy tych, do których wysłała ofertę tak, że były one jawne dla wszystkich nas znajdujących się na tej liście, czyli dla przeszło czterystu osób. No i się zaczęło:

„uprzejmi poproszę o wgląd do moich danych osobowych łącznie ze zgodą na komunikację marketingową, ktore Pani jak mniemam posiada – skoro wysyła Pani do mnie maile tego typu.
Nie jestem pewna, czy pozostałe 400 lub więcej osob, ktorych dane adresowe Pani udostępniła są z tego powodu szczęśliwe :)”

- napisała jedna z adresatek osobliwej oferty.

„To chyba nadaje się niestety do zgłoszenia…. Bo email jest daną osobową. Bardzo proszę o usunięcie moich danych osobowych ze swojej bazy.”

– napisała druga.

„Również oczekuję usunięcie moich danych , z Pani bazy danych. Oczekuje również od Pani potwierdzenia usuniętych danych/ osobisty Pani mail/.
Bardzo mi się nie podoba, że  tak łatwo można pozyskać gotowe dane dla marketingu bez mała wszystkich agencji reklamowych  biur marketingowych… etc…etc.. „

– napisała trzecia, a potem odezwały się pozostałe. Autorka e-booków wysłała do wszystkich kolejny list, w którym najpierw podany był link do książek, a potem w post scriptum dodano:

uprzejmie prosimy o skasowanie poprzedniego błędnie wysłanego e-maila.

Podpisany zaś pod całością był zespół, a także tytuł pierwszego e-booka oraz imię i nazwisko jego autorki. Ubawiłam się.

Przyznam, że tym razem korciło, by też coś napisać. Ale nie to, że ktoś podał mój adres do wiadomości innych osób i proszę o wykreślenie z bazy danych, bo przecież mogę zablokować maile przychodzące z konta tej pani, tak jak blokuję różne inne. Raczej korciło, by napisać coś w stylu:

Szanowna Pani, jestem zdumiona, że proponuje Pani zakup swojego kolejnego e-booka oraz informuje o planach kolejnej publikacji osobę, której opinię odrzuciła Pani bez czytania, a którą pozwalam sobie tu załączyć z nadzieją, że wreszcie Pani do niej zajrzy i uczynią to również Pani czytelnicy. W końcu w swoim czasie zarzuciła mi Pani, że promuję się Pani nazwiskiem. To dlatego nie chcąc Pani rozczarowywać przesyłam swą opinię jeszcze raz na Pani ręce, życząc tym razem wszystkim adresatom tego maila miłej lektury… i tu mój stary do niej list.

Ale nie zrobiłam tego. Bo przecież wiem, że była żona byłego premiera zapomniała o mnie. Nawet biedaczka pewnie nie wie, że w tej bazie, którą zgromadziła jest mój mail. A swoją drogą, gdybym była inną osobą (np. taką jak ona) i wykorzystała ten fakt, że dostaję na tacy adresy 400 osób, które kupiły jej e-booka oraz naprawdę odpowiedziała jej i tym wszystkim 400 osobom wysyłając ten swój stary list, to jaka byłaby jej reakcja?

Ja: darmozjad i hołota

„Każdy dobry uczynek musi być pomszczony” – mawiała pewna moja znajoma twierdząc, że gdy coś robimy dla kogoś powinniśmy przygotować się na to, że nie podziękuje, a jeszcze opluje. Im jestem starsza tym częściej przekonuję się, że coś w tym jest. Dlatego nigdy nie oczekuję wdzięczności. Z roku na rok coraz mniej mnie dziwi fakt, że często za dobry uczynek dostaję w łeb. Dziś jednak oniemiałam. Tak najzwyczajniej w świecie odebrało mi mowę.

Stałam (a właściwie siedziałam) w kolejce w banku, by załatwić drobną sprawę. Przede mną było ok. 7 osób, więc cierpliwie siedziałam i czytałam na komórce artykuły na internetowych portalach. Nagle do banku weszła kobieta lat ok. 60 i zorientowawszy się w długości kolejki spytała, czy byśmy jej nie przepuścili. Wyjaśniła, że za dwie godziny ma samolot, a nie ma pieniędzy. Chce tylko dokonać wypłaty. Nie odezwałam się nawet słowem zostawiając decyzję pozostałym osobom. Byłam za tym, by przepuścić, ale niech decyduje większość. Mimo protestu jednej pani, która zwróciła uwagę, że każdy jest tu w ważnej sprawie, ludzie w kolejce zgodzili się przepuścić proszącą panią. Ta zaś tłumaczyła, że mieszka za granicą, w Polsce bywa rzadko. Padały przy tym słowa, że Polska jest niecywilizowana, zacofana itd. Ostatecznie przepuszczona przez nas bez kolejki klientka obiecała, że pieniądze podejmie błyskawicznie.

- Potrwa to minutę! – zapewniała dziękując nam wszystkim.

I dosłownie po chwili zasiadła przed nami przy stanowisku do obsługi. Tam wdała się w długą dysputę z panią z banku. Dysputa toczyła się na cały regulator. Klientka narzekała na bank. Perorowała, że daleko nam do zachodu itp. W tym czasie pani z banku przygotowywała dla niej pieniądze i dokumenty. Wreszcie poprosiła ją o podpisanie jednego z nich. Wtedy klientka spytała:

- Jak mam podpisać? Imieniem i nazwiskiem? Czy parafką?

- Tak jak w karcie wzoru podpisu – odpowiedziała pani z banku.

- To ja nie pamiętam jak tam się podpisałam, bo to dawno było – stwierdziła klientka.

- Ja pani nie pomogę – odparła na to pani z banku i wyjaśniła, że podpis jest formą zabezpieczenia. Bank sprawdza, czy klient pamięta swój podpis, dlatego pani z banku nie podpowie klientce jak wygląda jej podpis na karcie wzoru podpisu. W tym momencie klientka zaczęła się kłócić, że zabezpieczeniem powinien być dowód osobisty. Pani z banku zaczęła wyjaśniać, że dowód można podrobić, dlatego zabezpieczeń jest kilka. A czas płynął. Kolejka zaczęła się niecierpliwić. Ludzie zaczęli szeptać, że klientka miała sprawę załatwić szybko. Postanowiłam więc przywołać panią do porządku i powiedziałam głośno:

- Proszę pani! Przepuściliśmy panią, by szybko załatwiła pani swoje sprawy, a nie wdawała się w niepotrzebne dysputy. Proszę kończyć.

Ludzie w kolejce mnie poparli, a wtedy w klientkę jakby diabeł wstąpił. Kazała nam wszystkim natychmiast zamknąć się. Powiedziała, że wszyscy „jesteśmy hołotą”, a ona „całe życie ciężko pracuje na utrzymanie takich darmozjadów jak my”. Ludzi w kolejce zatkało. Mnie na chwilę też, ale szybko odzyskałam mowę i powiedziałam pani, że fatalne sobie wystawiła świadectwo, bo zrobiliśmy jej grzeczność, a ona zachowuje się jak cham. Poza tym, zwróciłam uwagę, że pani nie wie kim jesteśmy, więc opowiadanie, że pracuje na nasze utrzymanie, a my jesteśmy darmozjadami jest nieuprawnione. Klientka jednak nadal na nas krzyczała, a po chwili wyszła obrażona na wszystkich trzaskając drzwiami. W banku pozostaliśmy my. W większości zdumieni. Po chwili odezwał się jeden z panów:

- Moim zdaniem ona od początku kłamała, że ma za dwie godziny samolot, bo na całym świecie są banki i można w XXI wieku załatwić sobie przelew.

- A ja mówiłam, by nie przepuszczać. Przepuszcza się staruszki i matki z dzieckiem – powiedziała pani, która jako jedyna nie chciała się zgodzić na przepuszczenie pani bez kolejki.

- A ja traktuję ludzi tak, jak sama chciałabym być traktowana, więc przepuszczam – odpowiedziałam i zamyśliłam się.

Czy klientka chciałaby być tak potraktowana przez innych jak potraktowała nas wszystkich? A w ogóle co to za moda mówienia o ludziach, których się nie zna, że są darmozjadami i hołotą? Gdyby ktokolwiek z nas nią był to pani zapewne dostałaby po prostu w twarz. A tak… wyszła z banku trzaskając drzwiami i zostawiając wszystkich sam na sam ze swoimi myślami o poziomie kultury i życzliwości polskiego społeczeństwa.

Albo zły serial albo mnie źle uczono

Przez ostatni tydzień „bawiłam” w sanatorium w Busku Zdroju. Tam obejrzałam dwa odcinki serialu „Korona królów” i załamałam się. Scenariuszowo jest to bardzo słabe. Jak drugi odcinek zaczął się od streszczenia tego co stało się pomiędzy końcem pierwszego odcinka (czyli opowiedzeniem nienakręconych scen) to po prostu odpadłam! Tam gdzie można podgonić akcję to w serialu mamy dłużyzny, a tam gdzie najciekawsze rzeczy się dzieją to je streszczają. Te siedem lat, które przepadło między pierwszym a drugim odcinkiem to okres m.in. bitwy pod Płowcami i skandalu obyczajowego na dworze węgierskim.

Przez dwa lata chodziłam do „Wytwórni Scenariuszy”, czyli szkoły uruchomionej przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, w której uczono zawodowego pisania scenariuszy. W październiku obroniłam dyplom. 

To co zobaczyłam na ekranie jest zaprzeczeniem tego, czego na zajęciach w WFDiF uczyli mnie Maciej Karpiński, Sławomir Fabicki, Krzysztof Zanussi, Marek Hendrykowski, Feliks Falk, Jerzy Domaradzki i kilku innych twórców, którzy są dla mnie autorytetem.

Dlatego możliwości są dwie.

Pierwsza, że źle mnie uczono i WFDiF powinno się zrównać z ziemią, a moim wykładowcom nigdy więcej nie dać już nic do realizacji. Ja zaś powinnam wyrzucić dyplom do śmieci.

Druga, że jest to po prostu zły scenariusz.

Obstawiam to drugie, być może błędnie, ale ciężko byłoby mi na sercu, gdyby okazało się, że wyrzuciłam w błoto pieniądze, które wydałam na naukę. Tymczasem to tam nauczono mnie, że telenowelę się ciągnie a nie skraca. Zaś robienie przeskoku 7 lat później możliwe jest jedynie w ostatnim odcinku telenoweli. Nigdy w drugim. I to jest zdanie latynoamerykańskich scenarzystów, którzy w telenowelach się specjalizują.

Na zajęciach opowiadano nam kilka anegdot. Przytoczę jedną.

W polskiej telenoweli bohater wsiada do pociągu w Warszawie i jedzie w ważnej sprawie do Krakowa. W następnym odcinku jest w Krakowie. Latynosi zarykują się ze śmiechu jak Polacy zmarnowali super okazję, by nakręcić minimum 15 odcinków o tym jak jedzie pociągiem i co go w tym pociągu spotkało. Amerykanie nakręciliby o tym „tylko” 5.

Tymczasem twórcy „Korony królów” zmarnowali 7 lat dziejów Polski, podczas których mogli nakręcić co najmniej sto odcinków. Rozumiem, że TVP nie ma pieniędzy, by pokazywać sceny batalistyczne, ale można pokazywać intrygi w obozie króla, to co w tym czasie dzieje się na dworze itd. Tymczasem twórcy tego widzom „oszczędzili”. Oszczędzili też im smakowitego kąsku pt. skandal obyczajowy na dworze węgierskim. Oto właśnie wtedy polski królewicz miał romans z piękną Klarą Zach, dwórką swej siostry Elżbiety, choć niektórzy twierdzą, że był to nie romans a gwałt (jedno i drugie świetne jako temat na telenowelę). Podobno w zorganizowaniu schadzki Kazimierza i Klary pomagała sama królowa, czyli siostra Kazimierza Wielkiego. Po odjeździe królewicza sprawa wyszła na jaw, a 17 kwietnia 1330 roku (tak, tak! data jest znana) ojciec Klary Felicjan Zach wtargnął z mieczem do komnaty królewskiej, zaatakował królową i odciął jej cztery palce, a próbującego ją bronić króla zranił w ramię. Został zabity przez Jana Cselenyiego, dworzanina królowej. Król rozkazał poćwiartować zwłoki zamachowca i wystawić na widok publiczny w większych miastach węgierskich. Tymczasem ten wątek został pominięty.

Mamy za to pseudo telenowelę, której bohaterowie odziani tandetnie jakby stroje kupiono im w galerii handlowej w dziale z kostiumami karnawałowymi mówią językiem z XXI wieku (do kompletu brakuje „siema” i „spoko”). Na dodatek w przedsięwzięciu (telenowelą tego jednak nie nazwę, serialem też nie) grają drewniani aktorzy, a jedynym plusem jest Halina Łabonarska. Nie jest to jednak plus, który przesłoni mi minusy. Żaden z dwóch obejrzanych przeze mnie odcinków nie skończył się tak, by mnie ciekawiło co będzie dalej, więc na tych dwóch odcinkach poprzestałam spełniając obowiązek obejrzenia. I przyznam, że przykro mi. Rozumiem, że to nie „Gra o tron”, ale nie jest to nawet „Wspaniałe stulecie”. To jest tragiczne nieporozumienie za publiczne pieniądze. Albo… naprawdę dwa lata nauki powinnam wyrzucić do kosza na śmieci a dyplom spalić.

„Matki” fragment scenariusza filmu fabularnego – Zrealizowano w ramach stypendium MKiDN

ZAMOŚĆ. ZAKŁAD FOTOGRAFICZNY. WNĘTRZE.

SIERPIEŃ 1939

Biedny zakład fotograficzny. Mało rekwizytów. ZOFIA (35) JAN (40) TCHÓRZOWIE pozują do zdjęcia. Wraz z nimi córki STEFANIA (9) i WALERKA (11) oraz synowie TADZIO (3) I BOLESŁAW (5). Zofia siedzi i trzyma na kolanach najmłodszego z synów. Starszy syn stoi pomiędzy małżonkami. Córki stoją po bokach. FOTOGRAF (50) ustawia kadr. Poprawia rodzinę. palcem pokazuje na obiektyw aparatu.

FOTOGRAF

Tu patrzymy! Uśmiech!

WARSZAWA. ZAKŁAD FOTOGRAFICZNY. WNĘTRZE

SIERPIEŃ 1939

JANINA ADAMSKA (35) wraz z synem EDZIEM (4). Do zdjęcia w luksusowym atelier pozuje tylko chłopiec. W ręku trzyma pluszowego misia. Janina poprawia mu włosy i ubranko.

JANINA

Edziu, uśmiechnij się.

WARSZAWA. PODWÓRKO PRZED DOMEM JANINY I BRONISŁAWA. PLENER.

WRZESIEŃ 1939.

Janina biegnie wśród huku bomb w kierunku klatki schodowej. Za rękę trzyma Edzia, który w drugim ręku ściska swojego pluszowego misia. Huk. Janina pada. Z głowy cieknie jej krew. Edzio stoi na środku płacze.

EDZIO

(zanosząc się od płaczu)

Maaaama!

Podchodzi do niego KOBIETA. Nie widzimy jej twarzy, nie wiemy ile ma lat. Pochyla się nad Janiną. Potem nad malcem. Cały czas nie widzimy jej twarzy.

KOBIETA

(do malca)

Nie żyje. Chodź ze mną.

Wokół spadają bomby. Kobieta bierze wyjącego chłopca za rękę i ciągnie ze sobą. Ten idzie, ale ociągając się i płacząc. Ogląda się w kierunku leżącej na ziemi Janiny. W pobliżu znów spada kolejna bomba.

WARSZAWA. KOSTNICA. WNĘTRZE.

BRONISŁAW ADAMSKI (40) ogląda uważnie leżące w środku ciała. Kręci przecząco głową.

WARSZAWA. SZPITAL. WNĘTRZE.

Janina z obandażowaną głową leży na szpitalnym łóżku. Przy niej Bronisław. Trzyma ją za rękę.

BRONISŁAW

Nigdzie nie znalazłem ciała Edzia.

JANINA

(z ulgą)

To znaczy, że żyje!

BRONISŁAW

Będziemy go szukać.

WARSZAWA. DOM DZIECKA. WNĘTRZE. SEKWENCJA SCEN.

Janina z Bronisławem rozglądają się po sali. Pokazują zdjęcie Edzia pielęgniarce. Ta kręci przecząco głową. Sytuacja powtarza się w kilku podobnych miejscach. Zmieniają się tylko pielęgniarki.

CHOMĘCISKA MAŁE. CHATA ZOFII. IZBA SYPIALNA. WNĘTRZE.

STYCZEŃ 1941.

Wnętrze drewnianej chłopskiej chaty. Łóżko, skrzynia, stara szafa. Na ścianie obraz z Jezusem. Obok fotografia zrobiona w zamojskim zakładzie. Obok łóżka stoi nocny stolik. Na nim gliniany kubek z wodą. Na łóżku leży Zofia (35) i rodzi dziecko. Pomagają jej AKUSZERKA (50) i sąsiadka ANNA (36). Zofia rodzi w milczeniu. Widać tylko pot na czole.

AKUSZERKA

(Ściszając głos)
Jeszcze trochę.

Sąsiadka przeciera twarz Zofii mokrą szmatką.

ANNA

Zosiu, dasz radę. Janek zaraz wróci. Będzie miał niespodziankę.

CHOMĘCISKA MAŁE. CHATA ZOFII. IZBA KUCHENNA. WNĘTRZE.

Czwórka ciemnowłosych, pyzatych dzieci. Tadzio i Bolek siedzą na podłodze pod stołem i bawią się figurkami wystruganymi z drzewa. Stefania obiera ziemniaki. Walerka podkłada drewno pod kuchnię węglową. Patrzy przez oszronione okno na padający śnieg. Co chwilę kładąc palec na ustach ucisza dokazujących chłopców. Nagle za drzwiami sypialni rodziców rozlega się płacz dziecka. Stefania z wrażenia kaleczy się nożem w rękę. Obie dziewczynki dobiegają do drzwi i przykładają uszy nasłuchując. Po chwili obie starają się zajrzeć do wnętrza izby przez dziurkę od klucza. Przepychają się. Wygrywa Walerka. Kładzie palec na ustach nakazując ciszę. Spogląda przez dziurkę od klucza. Widzi ręce akuszerki podnoszące do góry płaczące dziecko. Szeptem mówi do reszty:

WALERKA

Jest! Chyba chłopak.

W tym momencie zza okna dobiega szczekanie psa i rżenie konia. Znak, że ktoś nadjechał wozem. Walerka odskakuje od drzwi i podbiega do okna, krzycząc radośnie:

WALERKA

Tato!

Przez okno widać podwórko ze studnią, a także budynek gospodarczy, który jest i oborą i stodołą. Budynek jest spory. O wiele większy niż chałupa, w której mieszka rodzina. Widać, że jeszcze nie tak dawno powodziło im się całkiem nieźle, ale teraz jest trochę gorzej. zbita szybka w oborze nie jest wstawiona tylko okno zostało zalatane deską. Po podwórku biegają kury.

Walerka wygląda przez okno i nagle nieruchomieje. Wyraz jej twarzy zmienia się. Spostrzega, że ojciec nie siedzi na koźle, ale spadł z niego i leży oparty o przyprószony śniegiem węgiel. Ma otwarte oczy. Na piersiach widoczna ogromna plama krwi. Najwyraźniej koń sam przywiózł trupa.

STARY ZAMOŚĆ. CMENTARZ. PLENER.

Pogrzeb męża Zofii. Pochmurny dzień. Wzmaga się wiatr. Ksiądz pospiesznie odmawia modlitwę starając sobie poradzić z wiatrem zatykającym usta.

KSIĄDZ

Wieczny odpoczynek racz mu dać panie… A światłość wiekuista niechaj mu świeci.

Zapłakana Zofia stoi nad grobem trzymając w ręku becik ze szczelnie opatulonym dzieckiem i próbuje powtarzać za księdzem słowa modlitwy. Obok pozostała czwórka dzieci. Najmłodszy Tadeusz milczy. Starsze jakby bezmyślnie powtarzają za księdzem słowa. Walerka i Stefcia bezgłośnie płaczą. Ksiądz kończy modlitwę. Błogosławi wszystkich. Kropi kropidłem.

KSIĄDZ

Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn i Duch Święty.

Ksiądz podchodzi do Zofii i wręcza jej święty obrazek. Zofia całuje księdza w rękę. Po niej do księdza podchodzą pozostałe dzieci i rownież całują go w rękę. Ksiądz też im wręcza obrazki. Odchodzi. Do Zofii przyciskającej do piersi becik z dzieckiem podchodzą sąsiadki: BARBARA (35) i HELENA (37).

BARBARA

Jakby drewna trza było narąbać to Kazek przyjdzie.

Druga z kobiet podaje Zofii zawiniątko.

HELENA

To po moim najmłodszym. Nada się.

Kobieta pochyla się nad becikiem. Uśmiecha się na widok twarzy dziecka.

HELENA

Jakie ma imię?

ZOFIA

(szeptem)

Po ojcu.

Zofia i dzieci zostają sami przy grobie. Zaczyna padać śnieg. Na krzyżu nagrobnym tabliczka, na niej napisane niewprawnym charakterem pisma: „Jan Tchórz. Żył lat 37. Zm. 10 stycznia 1941.”

WARSZAWA. MIESZKANIE JANINY I BRONISŁAWA. WNĘTRZE.

Janina i Bronisław mieszkają na ostatnim piętrze eleganckiego bloku w wysokim mansardowym mieszkaniu. To dość zamożny dom. Eleganckie meble, na ścianach obrazy i portrety obojga małżonków. W salonie dywan, w przestronnej kuchni rzeźbiony kredens. (Bronisław jest inżynierem-elektyrkiem). W jego gabinecie na biurku plik rozrzuconych listów z nadrukiem „Polski Czerwony Krzyż”. Oraz kupka takich samych zdjęć przedstawiających Edzia. Janina czyta jeden list na głos:

JANINA

„Polski Czerwony Krzyż oddział w Krakowie zawiadamia, że nie znane są jej losy Edwarda Adamskiego, zaginionego w Warszawie we wrześniu 1939 roku.”

(do Bronisława)

Trzeba jeszcze raz do nich napisać i wysłać zdjęcie.

Bronisław kiwa głową. Stuka w maszynę do pisania. Widzimy początek listu, który brzmi: „Zwracam się z uprzejmym pytaniem, czy chłopiec z załączonej fotografii…”

CHOMĘCISKA MAŁE. CHATA ZOFII. WNĘTRZE.

GRUDZIEŃ 1942.

Starsze dzieci siedzą przy kuchennym stole i robią ze słomy ozdoby choinkowe. Dwuletni Janek siedzi pod stołem i bawi się drewnianym konikiem na kółkach. Zofia gotuje mleko. Po chwili nalewa dzieciom mleka i podaje kubki.

ZOFIA

Do łóżek.

Zofia otwiera drzwi do sieni, w której leży pies. Stawia przed nim niewielką miskę z resztką mleka.

ZOFIA

Na!

Pies łapczywie pije. Po chwili Zofia zabiera pustą miskę, otwiera drzwi na dwór i wypycha psa.

ZOFIA

Idź! Pilnuj domu!

Zofia zamyka drzwi.

CHOMĘCISKA MAŁE. CHATA ZOFII. WNĘTRZE. PÓŹNIEJ.

Czwórka dzieci już śpi. Tylko najstarsza córka Walerka krząta się jeszcze po kuchni. Wyciera kubeczki. Przestawia na okno koszyczek z choinkowymi ozdobami ze słomy. Do chaty wchodzi Zofia. Na rękach ma szczapy porąbanego drewna. W węglarce węgiel. Zofia przez chwilę tupie w sieni, by otrzepać buty ze śniegu.

WALERKA

Czy mama słyszała?

ZOFIA

Co?

WALERKA

Coś jakby strzał. Chyba Niemcy idą.

Obie patrzą na siebie. Po chwili słuchać drugi strzał.

ZOFIA

Zacięłam kurę. Jak idą to nie wiem, czy dam radę jeszcze sprawić.

Nagle za oknem zaczyna szczekać pies, potem słychać strzał, krótki psi skowyt i gwałtowne, brutalne łomotanie do drzwi. Słychać głos mówiący po niemiecku.

OFICER NIEMIECKI

Aufschlagen! Schneller!

TŁUMACZ

Otwieracz. Szybko.

Zofia żegna się krzyżem i podchodzi do drzwi. Jest przestraszona. Do chaty szybkim krokiem wkraczają Niemcy:  oficer, tłumacz i dwóch żołnierzy. Rozglądają się po chacie. Zaglądają do garnków.

OFICER NIEMIECKI

Heraus da! Sie haben nur halb Uhr!

Zofia jest przerażona. Nic nie rozumie. Trzęsą jej się ręce. Próbuje jeszcze raz przeżegnać się. Jeden z Niemców popycha ją w głąb chaty krzycząc:

ŻOŁNIERZ PIERWSZY

Schneller! Schneller!

TŁUMACZ

Zbieracz sze. Macze pół godżyny.

Zofia patrzy przerażona. Tłumacz pokazuje palcem na zegarek.

TŁUMACZ

Pół godżyny. Budżycz dżeczy.

Jeden z Niemców z hukiem otwiera drzwi do sypialni.

ŻOŁNIERZ DRUGI

(krzyczy)

Aufstehen!

Dzieci budzą się. Są przerażone. Najmłodszy Janek zaczyna płakać. Zofia wbiega do pokoju. Podchodzi do łóżeczka. Bierze Janka na ręce i tuli starając się go uspokoić.

ZOFIA

(Drżącym głosem)

Cichutko. Musimy wstawać.

JANEK

(zaspanym głosem)

Mama ja ne! Mama ja ne! Lulu!

ŻOŁNIERZ DRUGI

(krzyczy)

Halt’s Maul!

Żołnierz podstawia Jankowi pięść pod nos. Zofia zakrywa dziecko własnym ciałem. Mały jeszcze bardziej zanosi się płaczem. Oficer Niemiecki łapie żołnierza za rękę.

OFICER NIEMIECKI

Nein. Sie haben halb uhr!

(zniecierpliwiony do dziecka)

Sei still!

Oficer podchodzi do kuchni i palcem pokazuje kubeczek.

OFICER NIEMIECKI

Top. Für kleine.

TŁUMACZ

Bierz naczynie. Dla małego.

Zofia składa pościel. Zdejmuje ze ściany zdjęcie rodzinne z wetkniętymi za ramkę świętymi obrazkami otrzymanymi od księdza na pogrzebie męża. W tym czasie Oficer wyjmuje z kieszeni papierośnicę. Częstuje tłumacza. Spostrzegłszy to jeden z żołnierzy podchodzi do okna w kuchni i bierze do ręki stojący na parapecie koszyk ze słomianymi ozdobami choinkowymi. Wyjmuje jedną z nich i wkłada na chwilę do pieca. Ozdoba się zapala. Żołnierz przypala nią papierosy oficerowi i tłumaczowi. Wrzuca resztkę pod kuchnię.

Mam na imię Kropeczka, bo jestem dziewczynką w białym perłowym kolorze! Jestem nowym autem Małgosi Karolci. Zastąpiłam 12letniego Jubisia, którego przejął Panicz Syn. Zostałam nawet poświęcona przez pewnego księdza, który był pierwszym moim pasażerem. Będę dobrym samochodem, bo mam fajne imię. No i wreszcie będzie można mną wygodnie przewieźć i książki i teatralną scenografię oraz wszystkie rekwizyty... #kropeczka #auto #fiat #fiatpunto #punto

Tak źle i tak niedobrze, czyli… bądźmy szczęśliwi

Rzucił mi się dziś rano w sieci artykuł pt. „Doda zrobiła z Nositorby kura domowego”. Abstrahując od tego, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kur czy knur, ale… z treści wynika, że obecny facet niejakiej Dody, czyli Doroty Rabczewskiej „sprząta i robi jej zakupy. Jest jak prawdziwa perfekcyjna pani domu.” Życie Dody mnie nie interesuje, ale określenie „nositorba” zainteresowało. Ulubiony zawsze nosi za mną torbę, nosi też zakupy i często sprząta. Jednak kolejny tabloid w odniesieniu do towarzysza życia Dody za każdym razem pisze o nim (i jego względem niej zachowaniu) z pogardą. I tak zaczęłam się zastanawiać. Jak facet jest twardzielem: pije, bije itd. to źle. Ale jak widać, gdy sprząta, gotuje i nosi za nią torbę też niedobrze.

Opinii publicznej trudno dogodzić, a już znajomym to w ogóle. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje. Mieszkanie za małe to źle, bo ciasno. Za duże to źle, bo tyle sprzątania i trzeba to ogrzać. Mieszkanie w bloku to źle, bo nie ma ogródka. Dom z ogródkiem też źle, bo trzeba uprawiać. Facet z brodą to źle, bo jak całuje to kłuje. Bez brody też źle, bo wygląda jak dziecko. I tak dalej…

Ostatnio przekonałam się o tym wszystkim po raz enty. Oto po 12 latach zmieniłam samochód. Przed świętami wyjechałam z salonu nowym Fiatem punto. Przy moim „szczęściu” uważam, że trzeba kupować rzeczy nowe i na gwarancji. W swoim życiu kupiłam już nowe, a zepsute następujące dość drogie przedmioty, które musiałam wymieniać u sprzedawców tracąc na reklamację czas: pralkę, lodówkę, dwa telewizory, (trzeci nieprzestrojony na polski system), klawiaturę do komputera, grę na komputer bez kodu i kilka jeszcze innych drobniejszych rzeczy. Gdy raz w życiu kupiłam używany samochód to po 2 tygodnia eksploatacji skrzynia biegów wypadła mi na ulicę na środku mostu Grota Roweckiego, a komis wypiął się na mnie tyłkiem. Naprawa kosztowała mnie wtedy majątek. Tak więc od tamtej pory zawsze kupuję nowe auta. To moje trzecie. Pierwszy był Fiat 126p, który mi niestety po 2 latach skradziono, potem Fiat 600 50th zwany Jubisiem”, a teraz Fiat punto, ochrzczony mianem „Kropeczka”, bo uznałam, że to dziewczynka. Lubię Fiaty, bo rzadko się psują, a ich eksploatacja nie pochłania majątku. Na dodatek jako dziennikarka akurat na tę markę mam zniżkę. Ostatnim Fiatem jeździłam… 12 lat – przemierzyłam niemal całą Polskę i kawał Europy! Zdecydowałam się zmienić go na nowe auto, bo było w nim coraz ciaśniej. A kiedy jeździliśmy z monodramem Ulubionego to nie można było szpilki wetknąć. Tak więc przyszedł czas zmiany. Mam zwyczaj, że kupuję to, na co mnie stać. Samochód jest rzecz jasna na kredyt, ale raty znośne (paradoksalnie nie mogłabym sobie na niego pozwolić, gdybym nadal pracowała w TVP, ale to już inna sprawa). W każdym razie wyjechałam z salonu „Kropeczką” i… zaczęło się. Niewielu znajomych umie się ze mną cieszyć. Wysłuchuję więc, że Fiat (marka) jest beznadziejny, choć nikt nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego i skąd taka wiedza. Kiedy wskazuję im, że mają obsesję postpeerelowską, bo im się kojarzy z Fiatami 125p i 126p to milkną. Najlepsza była rozmowa z jedną z koleżanek, która próbowała wmawiać, że Fiaty się psują.

- My mieliśmy Fiata i ciągle się psuł, pamiętasz? – powiedziała przy mnie do męża z nadzieją, że jej przytaknie.

- Nie psuł się! Co ty za bzdury opowiadasz – zaoponował mąż i przypomniał, że jeździli nim 14 lat.

- To czemu go sprzedaliśmy?

- Bo ciągle mówiłaś, że nie chcesz jeździć Fiatem.

Tak więc usłyszałam już sto opinii, że dokonałam fatalnego zakupu i bez sensu się cieszę. Fatalny jest kolor, marka, model itd. (Paradoksalnie, gdy do testów dziennikarskich dostawałam jakieś francuskie auto, to nie miało znaczenia czy jest to Renault, czy Peugeot czy Citroën, czy sportowy czy dostawczy czy terenowy – też zawsze znajdował się ktoś, dla kogo to był beznadziejny samochód.) W każdym razie teraz usłyszałam, że powinnam kupić wóz terenowy, albo bardziej damski, i sexy i z czujnikami parkowania i tak dalej. A w ogóle za te pieniądze mogłam sobie kupić coś lepszego dwuletniego. Argumenty, że chciałam mieć samochód zupełnie nowy, na gwarancji i akurat na ten mnie stać, a na dodatek jestem zadowolona – uznano za głupie. Bo przecież jestem głupia, skoro nie postępuję tak, jak proponują znajomi, którzy zawsze wiedzą lepiej jaki samochód jest najlepszy, jaki najlepszy jest komputer, sprzęt RTV i AGD (ja zawsze słyszę, że kupiłam zły), jaki jest najlepszy przepis na zupę, sałatkę, mięso duszone, marka butów, ciuchów  itd.

Tak jakoś się dzieje, że inni ludzie zawsze lepiej od nas wiedzą, jak wychowywać nasze dzieci, jak postępować z naszym mężem, psem, kotem itd. Ostatnio kupiłam suce wieprzową raciczkę i usłyszałam, że psy nie mogą wieprzowiny, choć na raciczce napisane było „psi przysmak” i kupiłam ją w sklepie dla zwierząt. Ale koleżanki wiedzą wszystko lepiej nawet od weterynarzy. Lepiej też wiedzą jaki powinien być prawdziwy facet: czy nosić torbę za dziewczyną i otwierać przed nią drzwi, czy mieć na wszystko wywalone i leżeć na kanapie wtedy, gdy ona szoruje podłogę. Ostatnio zresztą usłyszałam opowieść o kobiecie, która umierała na raka i gdy była już po chemii, łysa i słaba, sprzątała kuchnię, a jej mąż, jak prawdziwy macho leżał i czekał na podany przez nią obiad. Co ciekawe, co najmniej setka moich koleżanek lub dalszych znajomych powiedziała mi, że w życiu nie wytrzymałyby z mężem, który je bije lub źle traktuje (ja wytrzymałam 4 lata). Na moją uwagę, że też tak kiedyś twierdziłam, dopóki nie spotkało mnie to co spotkało, przeważnie wzruszały ramionami. Nie rozumiały o co mi chodzi. Cóż… moje pierwsze małżeństwo na zawsze nauczyło mnie, że tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Dlatego nie zdziwiłam się, że w tym roku i mnie dopadła depresja, choć kiedyś myślałam, że to wymysł i byłam pewna, że mnie to nie dotyczy. Niestety odejście z TVP, a konkretnie bilans mojej pracy dla tej instytucji oraz okoliczności odejścia z niej, wpędziły i mnie w depresję. Piszę o tym, bo wiem, że ludzie potrzebują wsparcia. Potrzebują też pochwalenia własnych wyborów i decyzji, zwłaszcza, gdy się cieszą, a nie ganienia. Szczególnie, gdy ten wybór czy decyzja, jak w przypadku samochodu, nie jest wyborem na całe życie.

- Fajne dostałam perfumy? – spytałam koleżankę.

- Nic nie czuję – odpowiedziała, choć obie wiedziałyśmy, że to nieprawda, ale po co pochwalić? Nawet grzecznościowo? Lepiej wbić szpilę. Nie bolało? Uśmiałaś się? Szkoda. To powiedziały mi jej oczy, gdy zaśmiałam się słysząc odpowiedź.

Ludzie robią postanowienia na Nowy Rok. Ja mam jedno. Być szczęśliwą i głośniej śmiać się z tych wspaniałych rad, że powinnam kupić inny samochód, sweter, spodnie, buty, perfumy niż te, które wybrałam i które mnie się podobają. A moim czytelnikom życzę tego samego. Bądźmy szczęśliwi. A właściwie: bądźmy życzliwi, a wtedy na pewno będziemy szczęśliwi. A jak zaczniemy cieszyć się szczęściem innych to i nasze się pomnoży. Życzę wszystkim dużo szczęścia na ten nowy rok!

Wesołych Świąt

Jeśli jest coś, czego nigdy nie chciałabym „odzobaczyć” to malarstwo Rembrandta. W latach 90. byłam na jego wystawie w Berlinie. Przed wieloma obrazami płakałam ze wzruszenia. Uważam, że był to jeden z największych malarzy świata. Dlatego z okazji Świąt Bożego Narodzenia wszystkim czytelnikom, przyjaciołom i znajomym przesyłam wirtualny prezent w postaci jego obrazu „pokłon pasterzy”, a poza tym… życzę:

zdrowych, spokojnych i wesołych Świąt

Małgorzata Karolina Piekarska

„W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: «Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu:  dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie». I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami:
«Chwała Bogu na wysokościach,
a na ziemi pokój
ludziom Jego upodobania».
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: «Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił». Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.”

Łk, 2, 8-20

Niby nic, a jednak coś, czyli ostatnie słowo o blog.pl

Kiedy zaczynałam blogować miałam już swoją stronę internetową. Zapłaciłam wtedy sporą sumę za napisanie silnika w cms. Mogłam jednak z powodzeniem umieścić na swojej stronie także blog. Wybrałam jednak blogowanie na portalu Onet. Wydawało mi się, że będę wtedy między innymi blogerami na równych z nimi prawach.

Po jakimś czasie Onet przydzielił mi nawet opiekuna, który miał mi pomagać w problemach, a nawet zajmował się wyszukiwaniem atrakcyjnych wpisów mojego autorstwa i zamieszczaniem ich na głównej stronie portalu. Blogowanie na Onecie nie było jednak sielanką. Miałam mnóstwo uwag. Zwłaszcza dotyczących przestrzeni dyskowej na zdjęcia. Napisałam raz w tej sprawie do swojego opiekuna, czy nie można prosić o jej zwiększenie – ja zapłacę. W odpowiedzi zwiększono mi ją za darmo, jako autorce bloga z rubryki „znani blogują”, ale to zwiększenie było mizerne i w krótkim czasie znów zapchałam przydzielone mi miejsce na serwerze.

Dwa lata temu mój osobisty opiekun zniknął. W chwilach, kiedy miałam jakieś problemy z portalem, moje listy pozostawały bez odpowiedzi. Ponieważ zbiegło się to ze zmianami politycznymi w Polsce, więc zaczęłam się zastanawiać, czy nie ma to jakiegoś związku. Nie podoba mi się rząd, ale niestety opozycja również. W podzielonym społeczeństwie większość wymaga jednak opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, a ja stoję na środku jak ta żaba z dowcipu. Czy to ma wpływ? Moje wpisy przechodzą bez echa tzn. czytelnicy piszą, ale Onet je olewa. O co chodzi?

Zaczęłam się też zastanawiać nad przeniesieniem bloga na swoją stronę, bo ze zdjęciami łatwiej, kontrola większa i nic nie znika, ale czasu nie miałam. Aż właściwie zdecydowano za mnie. Blog.pl przysłał swój „słynny” list. Moje listy do blog.pl na temat strony technicznej przenoszenia pozostały bez odpowiedzi. Poza jednym, w którym spytano o jaki adres chodzi, choć ten był podany w tytule maila i w stopce. Widać umiejętność czytania listów ze zrozumieniem nie jest mocna stroną pracowników portalu. Po udzieleniu odpowiedzi, że podałam adres w stopce i tytule, ale na wszelki wypadek podaje jeszcze raz nastała błoga, trwająca do dziś, cisza. Natomiast portal Wirtualnemedia.pl opublikował artykuł dotyczący zamknięcia onetowskiej blogosfery. Wynika z niego, że formuła platformy z blogami wypaliła się, bo zabiły ją media społecznościowe.

W ogóle tego nie kwestionuję. Na pewno blogowanie na własnej platformie i pod własną marką jest lepsze. A ludzie częściej czytają wpisy na Facebooku czy tweety na Twitterze niż wpisy na blogach. Natomiast zastanawia mnie konieczność zamykania całego portalu. Czy nie lepiej po prostu zamknąć możliwość publikowania nowych postów, a to co do tej pory zostawić, chyba, że autorzy napiszą, że już przenieśli swoją treść? Zupełne zamykanie portalu to dla mnie wyrzucanie do kosza całej masy blogów autorstwa ludzi, którzy już nie żyją. Przykładów jest wiele.

Jeden z nich to blog: „Zatrzymać chwilę” Dominiki, Darii i Patrycji - 
http://d-d-p.blog.onet.pl/

Ten blog dostał nagrodę w konkursie blog roku w 2007 roku. W swoim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie. Założyły go trzy dziewczyny, które poznały się podczas terapii nowotworowej w szpitalu onkologicznym. Dwie z nich już nie żyją:

Patrycja (ur. 11 lutego 1992 – zm. 9 października 2007) leczyła się na ostrą białaczkę nielimfoblastyczną. Uwielbiała zwierzęta, a szczególnie koty. Miała własnego, który się wabił Wacek. Była fanką Christiny Aguilery.

Dominika (ur. 11 listopada 1990 – zm. 26 marca 2009) leczyła się na mięsaka. Uwielbiała Paranienormalnych, łowców.b i ogólnie kabarety, szczególnie w występach „na żywo”. No i Szymona Majewskiego który dla niej był poza konkurencją. Jej pasją była fotografia i marzyła o porządnym sprzęcie.

Została Daria, która od ponad 8 lat jest zdrowa, ale… chemia odcisnęła w jej organizmie piętno. onet

Kilka lat temu napisała na blogu, że ich blog, który prowadziła z nieżyjącymi już koleżankami dostał się do tzw. Panteonu Blogerów. Co to takiego?

„Panteon Blogerów, co jest wyróżnieniem dla blogów ważnych, wartościowych, znanych, a z różnych powodów już nie prowadzonych. Co istotne, miejsce w Panteonie zarezerwowane jest tylko, dla tych blogerów, którzy odcisnęli piętno na blogosferze, czymś się wyróżnili lub ich wyróżniono, a zniknięcie ich internetowych dzienników byłoby niepowetowaną stratą. Dzięki dołączeniu blogu do Panteonu zyskuje on status niekasowalnego, co w praktyce oznacza, że jest odporny na działanie osławionego automatu kasującego blogi, do których długo nikt się nie logował.”

Czy naprawdę ten nie zostanie skasowany? Czy Daria, która pokonała chorobę, zostanie psychicznie zmuszona do przenoszenia treści bloga na inną platformę lub zakładania własnego portalu? Napomknę tylko, że fragmenty bloga znalazły się w swoim czasie w podręcznikach.

Drugim przykładem jest blog „Po stronie prawdy” autorstwa Jacka Gotliba - 
http://azraelkubacki.blog.onet.pl
. Poznaliśmy się kiedyś, a nawet wypiliśmy wysokoprocentowe „małe conieco” na jednej z imprez poświęconych blogosferze. Jacek blogujący pod pseudonimem Azrael Kubacki zmarł 10 kwietnia 2015 roku. Paradoksalnie jego ostatni wpis brzmiał:

Za kilka tygodni będziemy już mieli kolejną, dla wielu smutną rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Ostatnio, kiedy pojawiły się w mediach informacje o tragedii całej załogi Tu154M, samolotu pilotowanego przez polską załogę pod Smoleńskiem (z ważnej wysokości przekazywano pilotom informacje o wysokości ostatnich minut lotu tupolewa), odbicie dyskusji było bardzo nieduże. Dyskusji na temat katastrofy, była w polskich mediach obfitość, wartość była umocowana nie na tle badanych spraw, lecz po stronie politycznej. W tym roku było inaczej – nawet po stronie zespołu Antoniego Macierewicza. Jego poglądy i dowody straciły na znaczeniu – nie tylko politycznym.
W tym roku odczytano ważne informacje na temat wysokości lotu i pozwolenia do działań załogi tupolewa. Okazało nie tylko na podstawie zapisów technicznych, lecz głównie na podstawie nagrań i taśm, że samolot schodził poniżej zalecanej wysokości. Warto również wspomnieć, o czym nie mówiono i pisano w czasie tego raportu, w jaki sposób odczytano najważniejsze urządzenia wysokości. Dlaczego? Może będą te informacje w następnym raporcie.
Raport komisji Jerzego Millera wykluczył dwie sprawy. Nie było zamachu i związanej z tym destrukcji samolotu przed upadkiem na ziemię, nie było również nacisków bezpośrednich na załogę Tu 154M, choć była zapewne presja podjęcia próby lądowania. Skończyły swój żywot wszelkie teorie spiskowe, lansowane wprost przez środowiska „Gazety Polskiej”, Radia Maryja, będące podstawą i paliwem działalności zespołu Antoniego Macierewicza. Nie oznacza to jednak, że te teorie nie będą funkcjonować dalej, jak sobie tego życzy Antoni Macierewicz, i jak się okazuje, w placówce sejmowej także politycy PiS-u.

Pamiętam jego ostatnie zdjęcie na Twitterze, które zamieścił na dwa miesiące przed śmiercią.

Po śmierci w Internecie żegnali go ci, którzy się z nim zgadzali i ci którzy się nie zgadzali. Nawet Andrzej Duda, wówczas kandydat na prezydenta, napisał RIP.

Na szczęście blog Jacka, który wsadzał kij w polityczne mrowisko nie zniknie z sieci. Wszystko dlatego, że sam Jacek jeszcze za życia założył własną platformę –
http://www.azraelk.eu
. Ale ilu nie zdążyło?

Co ze zmarłą w 2007 roku Miriam, która swoje zapiski o walce z choroba prowadziła cztery lata, dając nimi nadzieję innym chorym? 
http://miria.blog.onet.pl
. 23 listopada 2007 roku pojawił się na jej blogu następujący wpis:

Jakiś czas temu Miriam do mnie napisała:
„(…)Sloneczko, juzpowoli odchodze i przepraszam za to.kocham cie.
MYŚLĘ, ŻE PAMIETASZ KOD DO MOJEGO BLOGA
jakby mi sie umarlo, otworz tego bloga, i powidz, ze mi sie zmarlo i zostaw komentarze otwarte.(…)”
Nadszedł właśnie ten dzień…
Szyba Wenecka

Nie wymagam, by Onet.pl ciągnął platformę blogową, skoro badania pokazują, że spada liczba czytelników. Ale moim zdaniem minimum szacunku dla zmarłych blogerów wymaga, by pochylić się nad ich wieloletnią pracą. Czy portal to zrobi? Do planowanego zamknięcia zostało niecałe półtora miesiąca.

Urodzona w trzynastej minucie, czyli jak to u mnie przeważnie wygląda

Nie mogę powiedzieć, że mam pecha, choć wielu znajomych tak uważa. Ja twierdze jednak, że nie jest tak źle, bo przecież w końcu w ostateczności zawsze spadam na przysłowiowe cztery łapy. Faktem jednak jest, że zanim dojdzie do szczęśliwego lądowania z reguły czeka mnie masa przygód. Tak było i ostatnio. To z ich powodu zaniedbałam pisanie bloga, ale niestety nie tylko bloga. Na szczęście powoli wracam do regularnego pisania.

Przygody nazywały się wysyp różnych dolegliwości zdrowotnych zmieszanych z nawałem spotkań autorskich, warsztatów literackich czy dziennikarskich.

Dolegliwości zdrowotne pominę i od razu przejdę do swoich „przygód”. Oto w czasie podróży po Śląsku, kiedy w pociągach starałam się czytać, to niestety ku swojej radości i jednocześnie przekleństwu wzięłam ze sobą jako lekturę najnowszą książkę Pawła Dunin-Wąsowicza „Dzika Biblioteka”. Niestety czytanie w publicznym miejscu czegoś takiego jak swoista autobiografia literacka, napisana przez kogoś, kogo zna się od 7 roku życia, nie może dobrze się skończyć. Ponieważ w czasie lektury zdarzyło mi się kilka razy dostać ataku niepohamowanego śmiechu, więc dostało mi się od współtowarzyszy podróży. Epitety, których się nasłuchałam pominę. Na dodatek srebrna zakładka, którą Ulubiony zamówił mi u jubilera z okazji 5 rocznicy ślubu, spadła mi kilka razy w pociągu za fotel i dokonywałam cudów, by ją stamtąd wyciągnąć. Jednak to wszystko było jeszcze niczym, choć podróżowałam wtedy po Śląsku z temperaturą, lekami itd.

Najgorętszym momentem był bowiem ten, kiedy wyruszyłam w podróż trasą: Mława, Białystok, Augustów, Ełk, Gdańsk, Gdynia. Z powodu pory roku w dłuższe trasy jeżdżę pociągami i autobusami. Uwielbiam prowadzić samochód, ale teraz zbyt szybko robi się ciemno, droga bywa więc niebezpieczna, a przez to także strasznie męcząca. Do Mławy wybrałam się więc pociągiem. Tam dojechałam z Dworca Wschodniego w godzinę jakąś „Luxtorpedą”, ale z powrotem do Warszawy, (skąd po kilku godzinach odchodził pociąg do Białegostoku), wracałam na Dworzec Gdański. Ten pociąg relacji Mława-Warszawa był osobowym, zatrzymującym się na każdej stacji i jadącym dwa razy dłużej niż wspomniana przeze mnie „Luxtorpeda”. Miałam rzecz jasna książkę do czytania, ale… uwagę moją przykuła grupka kilku mężczyzn jadących do pracy do jakiejś warszawskiej fabryki na drugą zmianę (ponieważ wysiedli na stacji Warszawa-Żerań, więc znajomi sugerowali potem, że może Polfa Tarchomin). Przyznam, że dawno nie słyszałam takich rozmów jak te pociągowe. Kolejna wzięta w trasę książka po chwili okazała się zupełnie nieważna, bo oto uświadomiłam sobie, że zupełnie nie wiem o czym rozmawiają tzw. zwykli ludzie. Nie chodzi o to, że mam siebie za niezwykłą, ale większość moich znajomych to ludzie wykształceni. Ci, sądząc z zachowania, języka i tematów wykształceni nie byli. O czym mówili? Zaczęło się od kłótni o Pudzianowskiego. Jeden twierdził, że to „dziad” i już „do niczego się nie nadaje”. Drugi, że przecież wygrał walkę. Pierwszy z rozmówców twierdził, że to niemożliwe, bo widział jak „ten dziad dostaje po ryju”, ale wtedy pozostali dwaj zaczęli przekonywać, że trochę dostał, ale na końcu wygrał. „Chyba” – dodał drugi. A trzeci stwierdził, że „chyba tak”. Pierwszy z rozmówców uwierzył kolegom na słowo, choć przekonywali o wygranej Pudzianowskiego używając słówka „chyba” i z rozmowy wyszło, że żaden nie obejrzał walki do końca. Ale cała trójka uznała, że racja jest po stronie tych dwóch, bo są dwaj, a większość ma rację. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić w internecie w komórce, czy Pudzianowski wygrał czy nie. Ja, jak to dziennikarka, w międzyczasie sprawdziłam. (Wygrał z Jay Silvą w październiku w Dublinie na punkty). Ale dla panów nie miało to znaczenia. Rozpoczęli obgadywanie znajomych. Tak… faceci też plotkują. Nawet tacy twardzi robole. Ofiarą ich plotek padł kolega. Rozmowę sobie zanotowałam, bo była niezwykła. Brzmiała tak:

- Zenek to hajta się. Koledzy już dla niego nie istnieją – powiedział jeden z nich.

- Dziewczynę ma? – spytał drugi.

- Jakaś dziwa – stwierdził ten pierwszy.

- Fajna?- spytał drugi.

- Nie wiem. Pierdoli ją bez przerwy. Tak oszalał na jej punkcie.

- No i co? – spytali obaj niemal na raz.

- Nic. Już ma nas w dupie.

Ta porywająca rozmowa sprawiła, że się zadumałam nad tematami polskiego ludu i jego słownictwem, że o mały włos, a odjechałabym pociągiem na bocznicę, bo nie zauważyłam, że jestem na stacji końcowej, czyli Warszawa Gdańska. Ale to był dopiero początek tego „seta przygód”. Tego dnia jechałam bowiem dalej, czyli do Białegostoku. Zapowiadano śnieg, więc założyłam długie, czerwone buty. Krótkie nubukowe wsadziłam do walizki. Pogoda zmieniła się w połowie podróży. Gdy wysiadłam na białostockim peronie walił śnieg z deszczem. Peron zmienił się w wielką kałużę, a ja zanim doszłam do postoju taksówek, zdążyłam kompletnie przemoczyć buty. Nocowałam w Centrum Kultury Prawosławnej. W przemoczonych butach nie chciałam iść na kolację. A nubukowych było żal, bo wiedziałam, że przemoczę je natychmiast. Kolacja z dowozem mogła być najwcześniej za godzinę, więc położyłam się spać bez jedzenia, popijając aspirynę gorzką herbatą i kładąc na kaloryferze wypchane papierem toaletowym buty. Do rana wyschły. Przemyłam je płynem micelarnym do demakijażu, smarując potem kremem Nivea, bo tylko to miałam w kosmetyczce. Rano pojechałam do Augustowa na spotkanie autorskie, niestety po drodze powtórnie przemoczyłam nogi. W trzech augustowskich sklepach obuwniczych usiłowałam kupić kalosze, ale tylko jedne były mojego rozmiaru. Niestety zbyt długie, bym mogła w nich chodzić. Kompletnie uniemożliwiały mi zginanie nóg w kolanach. Żeby było weselej, po przymierzeniu nie byłam w stanie ich zdjąć. Musiały mi pomagać panie bibliotekarki, które usłużnie zawiozły mnie do sklepu słysząc o przemoczonych nogach. W autobusie Augustów – Ełk, a potem w pociągu Ełk – Gdańsk, wyobrażałam sobie siebie w tych za długich kaloszach, jak idę w nich niczym robot, a potem w pokoju gościnnym gdańskiej Biblioteki Publicznej błagam pana ochroniarza, by pomógł mi je zdjąć. Ech… pewnie jednak bym się wstydziła prosić o pomoc i znając siebie położyła do snu w kaloszach.

W Gdańsku miałam być przed 20:00. Planowałam więc kupno kaloszy w pobliskiej Galerii Handlowej, czynnej do 21:00. W pociągu sprawdziłam jaki tam jest sklep z butami i wybrałam stosowny model. Chodziło mi o to, by zakupu dokonać szybko i pójść jeść. W końcu poza śniadaniem w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej tego dnia zjadłam tylko kanapkę na dworcu w Ełku. Niestety pociąg miał opóźnienie i w Gdańsku znalazłam się na pół godziny przed zamknięciem Galerii. Poprosiłam taksówkarza, by zawiózł mnie do Biblioteki (bardzo blisko dworca), gdzie miałam nocować w pokoju gościnnym, bym zostawiła tam bagaże. On miał na mnie poczekać i zawieźć po te kalosze. Szybko jednak okazało się, że u mnie nic nie może być prosto. Gdańsk rozkopany i choć bibliotekę widzieliśmy oboje żadne z nas nie wiedziało jak się tam dostać, bo budynek obstawiony był płotami budowy. Jakoś wreszcie się udało. Zostawiłam bagaże panu ochroniarzowi i pojechaliśmy do Galerii, w której do sklepu CCC wpadłam na 5 minut przed zamknięciem krzycząc od progu, że ‚proszę o kalosze Lasocki nr 39!’ Były.

Zapłaciłam, zmieniłam przemoczone buty na kalosze i… postanowiłam coś zjeść. Na mapie sprawdziłam, gdzie jest najbliższa knajpa. Niestety… był w niej tłok, tylko jeden wolny stolik, przy którym siadłam i po kwadransie czekania na to aż zauważy mnie obsługa, dla której, jako osoba samotna, byłam chyba mało atrakcyjnym klientem – wyszłam na dwór. Wyszukałam w sieci inną knajpę, sprawdziłam opinie o niej i zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Tam okazało się, że zupa kosztuje majątek, ale… byłam tak zmęczona, że stwierdziłam: „raz kozie śmierć” i zjadłam chyba najdroższą samotną kolację. Wprawdzie wartą swojej ceny, bo przepyszną, ale jednak w takiej scenie, jaką płacę za 5 obiadów literackich w Domu Literatury. Wreszcie zamówiłam taksówkę do Biblioteki, by położyć się spać. Niestety nic nie może być w porządku, więc w połowie drogi zorientowałam się, że tam gdzie jadłam kolację zostawiłam moje przemoczone buty i musiałam się wracać. W łóżku byłam po 23:00, wcześniej ponownie myjąc buty płynem micelarnym do twarzy i smarując kremem Nivea. Następnego dnia spotkanie miałam w Gdyni o 15:00, ale wcześniej byłam umówiona ze znajomym w knajpce w Gdańsku. Sama wybrałam knajpkę i podałam godzinę. Chyba nie byłam jednak specjalnie zdumiona, gdy następnego dnia stanęłam przed… zamkniętymi drzwiami, na których wisiała kartka z informacją, że w lokalu do 6 grudnia trwa remont. Powlekłam się do lokalu obok, gdzie znajomy mnie odnalazł. Popołudniowe spotkanie z czytelnikami zostało zaplanowane na 15:00. Miało być dla młodzieży – uczestników warsztatów, ale… było dla dorosłych, bo młodzież nie przyszła. Tego dnia w domu byłam przed północą. Następnego była niedziela. Nie miałam siły wstać, ale… musiałam, bo przecież czekały na mnie kolejne obowiązki.

A opisałam to wszystko, bo… spadłam na cztery łapy? Spadłam! A to, że po drodze się poobijałam, połykałam aspirynkę, pobolało mnie to czy tamto, zapłaciłam za kolację „jak Cygan za matkę” cóż… urodziłam się o godzinie 11:13…, a ponieważ u mnie wszystko przeważnie tak wygląda, więc? To chyba sprawka tej trzynastki. Oczywiście pod warunkiem, że to ona naprawdę przynosi pecha.