Wszystkie wpisy, których autorem jest Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka książek dla młodzieży, blogerka. Kontakt: piekarska@piekarska.com.pl
Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.

Jednak wolę minusy

Miałam trzy, może cztery lata, gdy rodzice, bacznie mi się przyglądając, stwierdzili, że czasem jedno oko leci mi w bok, czyli… mam zeza. Postanowili pójść ze mną do okulisty. Wtedy najlepsza w Warszawie okulistka przyjmowała w przychodni na ulicy Lwowskiej w Śródmieściu. Kamienica, w której mieściła się przychodnia była stara i bardzo piękna. Ogromne wrażenie robiła na mnie zwłaszcza klatka schodowa z pięknymi schodami i poręczami. Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszą wizytę – bardzo długo czekałam w kolejce. Wreszcie pani doktor obejrzała mnie i przepisała okulary, a także ćwiczenia korygujące zeza, na które przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie. Ćwiczenia polegały na tym, że patrzyłam w lupy specjalnego aparatu. Jednym okiem widziałam psa, a drugim budę. Ręce trzymałam na dwóch gałkach i, ruszając nimi, starałam się „wprowadzić” psa do budy. Po kilku próbach nudziło mnie to, więc pani doktor zmieniała obrazki i wtedy w jednej lupce pojawiał się pajacyk ze szmatką w prawej ręce, a w drugiej taki sam pajacyk, ale z kółkiem w lewej ręce. Moim zadaniem było zrobienie z dwóch pajacyków jednego. Takiego ze szmatką w prawej i kółkiem w lewej ręce. Te ćwiczenia najpierw wydawały mi się fajne, ale gdy co dwa tygodnie musiałam je powtarzać, męczyły. Okulary mi nie przeszkadzały, bo lepiej dzięki nim widziałam, ale dość szybko zorientowałam się, że w nich jestem inna, a dzieci nie lubią innych. Zaczęło się w przedszkolu, z którego wróciłam do domu z pytaniem, co to znaczy „okularnik”. Mama od razu domyśliła się, o co chodzi, ale chyba udawała, że nie wie, bo jej wyjaśnienie brzmiało, że jest to wąż. W encyklopedii Orgelbranda pokazała mi rysunek przedstawiający takiego węża. To mi w ogóle nie pasowało. Wąż? Ja? Na szczęście dzieci w przedszkolu po jakimś czasie przyzwyczaiły się do moich okularów. Gorzej było na wakacjach w rodzinnej miejscowości babci Konstancji, czyli w Zwierzyńcu nad Wieprzem. Tam moja daleka kuzynka nazwała mnie ślepą. Popłakałam się. Tak chciałam, by mnie polubiła. Ona miała długie, złote włosy i grzywkę zaplataną w warkoczyk i przypinaną wsuwką. Przy niej czułam się nieatrakcyjną szarą myszką. Tymczasem ona nie chciała się ze mną bawić. Jej zdaniem byłam brzydka, no i nosiłam okulary. To przekonanie o braku urody zostało mi do dziś. Na szczęście z wiekiem polubiłam okulary.

To fragment moich niepublikowanych wspomnień o tym, jak zostałam pisarką. Wspomnień opisujących moje życie do chwili, gdy skończyłam 8 lat, kiedy podjęłam życiową decyzję, że chce pisać i zaczęłam postanowienie wcielać w życie. Powyższy fragment przytoczyłam ze względu na okulary.

Od pierwszych moich okularów minęło bowiem ponad 45 lat. Przez ten czas zmieniło się wiele, także w medycynie, a co za tym idzie w okulistyce. Już wiem, że zez wynikał (i wynika) z braku obuoczności widzenia. Nie mam połączonych ze sobą w mózgu nerwów wzrokowych. Na otwieranie czaszki i grzebanie w mózgu raczej się nie zgodzę, choć z tegoż powodu wada wzroku powiększa mi się i teraz wynosi -4,5. Kilka dni temu okulistka (siostrzenica zresztą) przepisała mi recepty na okulary o mocy -4. Na mocniejsze mam je zmienić najwcześniej za pół roku. Ten brak obuoczności widzenia powoduje też, że bez okularów zezuję mocniej. Dlatego bardzo rzadko noszę szkła kontaktowe, które po prostu mnie męczą. Chyba, że… mam do nich zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Ze szkieł przeważnie korzystam na basenie, w czasie wycieczek rowerowych etc. Pewnie dlatego jakoś nigdy nie kupiłam sobie porządnych okularów przeciwsłonecznych, co z kolei powodowało, że rzadko korzystałam ze szkieł kontaktowych, bo nie lubię zezować. Teraz, przy okazji zmiany wszystkich par okularów, ponieważ na wstawienie nowych szkieł w oprawki trzeba poczekać kilka dni, więc postanowiłam zmienić także to. Korzystając z posezonowych wyprzedaży kupiłam porządne okulary przeciwsłoneczne, by móc czasem założyć szkła kontaktowe. No i… założyłam. Przyznam, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek siedziałam w szkłach kontaktowych przed laptopem, raczej jeśli już, to przed komputerem stacjonarnym. Pewnie dlatego nie miałam kłopotów z widzeniem. Tym razem okazało się, że w szkłach nie jestem w stanie obciąć sobie skórki przy paznokciach. Nie jestem też w stanie przeczytać czy napisać czegokolwiek na laptopie. Musiałam poważnie odsuwać się od monitora, a wtedy nie sięgałam dłońmi do klawiatury. Mało tego! Okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać nic na smartfonie. Była sobota, kiedy założyłam szkła. Chodzenie po ulicy super, ale… jak w nich pisać na komputerze? Pobiegłam do Rossmana po okulary do czytania. Wybrałam najtańsze o mocy +1 i okazało się, że mając szkła kontaktowe mogę dzięki nim czytać na komputerze i smartfonie. Stwierdziłam jednak, że taki zestaw będzie ostatecznością. Dlatego natychmiast wydłubałam z oczu szkła kontaktowe. Będę z nich korzystać wtedy, gdy będę wiedzieć, że przede mną wizyta w kinie lub teatrze, a nie długie pisanie.

A ponieważ droga do Rossmana wiodła przez bankomat, z którego chciałam skorzystać używając kodu blik, co z powodu szkieł kontaktowych jednak proste nie było, więc refleksję mam taką. Wolę jednak być krótkowidzem. Owszem, nie jestem w stanie oglądać bez okularów telewizji, nie mogę prowadzić samochodu, ale mogę czytać i pisać, a to dla mnie zdecydowanie najważniejsze.

Napisałam zaś to wszystko m.in. dlatego, że tyle osób namawia mnie na operację krótkowzroczności, a ja do tej pory wahałam się. Jednak po opowieści przyjaciółki, która zoperowała sobie taką wadę wzroku, a po kilku latach od operacji musiała zacząć nosić okulary do czytania oraz po moim ostatnim własnym doświadczeniu ze szkłami kontaktowymi, jednak się nie zdecyduję. Wiem dobrze, jak to jest być krótkowidzem, a teraz poznałam czym jest dalekowzroczność. I stwierdzam, że ta lepsza jest w życiu, a nie w okulistyce.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

5 minut spóźnienia, czyli kwadrans przed końcem pracy

Ponieważ od ponad 20 lat nie mam etatu, a od ponad 8 nie mam działalności gospodarczej, więc nie opłacam sobie ZUS. Emeryturę i tak będę mieć najmniejszą z możliwych, więc dalsze ubezpieczanie się emerytalnie nie ma już sensu, zaś ubezpieczenie zdrowotne w NFZ to jakiś horror, bo nie dość, że drogie to terminy wizyt straszne o czym bez przerwy wysłuchuję od koleżanek i kolegów. Owszem, przydałoby się czasem mieć zniżkę na leki, ale póki co żadne nie są mi potrzebne. Żebym jednak tak zupełnie nie była bez lekarza to wykupiłam wiele, wiele lat temu pakiet medyczny dla rodziny. Dla naszej trójki wynosi on 464 złote miesięcznie. Kiedy były momenty chude to zgrzytaliśmy zębami, ale… i tak się opłaca, bo pakiet obejmuje pełen zakres usług z niemal wszystkimi badaniami, a także pobytem w szpitalu włącznie. Mam wrażenie, że wiele razy mi się to zwróciło, bo jedna wizyta u specjalisty kosztuje ok. 150 złotych, a już tyle razy skorzystaliśmy z różnych lekarzy, że dawno przestałam to liczyć.

Dziś po raz kolejny miałam umówioną wizytę. Tym razem u ortopedy w POLMEDZIE na Targowej. Wszystko na ten mój pakiet. Co mi dolega?

Jakieś trzy tygodnie temu zaczęła boleć mnie pięta, jakby mi ze środka wyłaziły sztylety. Byłam jednak wtedy poza Warszawą, na mazowieckiej wsi, gdzie opiekowałam się działką kolegi. Pięta nie bolała mnie zresztą bez przerwy a tylko przy niektórych ruchach, nie w trakcie chodzenia, nie jest to ból podeszwy etc., więc postanowiłam nie panikować tylko poczekać aż wrócę z wakacji. W sprawie umówienia wizyty zadzwoniłam 16 sierpnia. Wizytę umówiłam na dziś (21 sierpnia) na 11:45. Byłabym w przychodni wcześniej, ale pod przychodnią zaparkować trudno, więc trochę mi się zeszło na szukaniu wolnego miejsca i do recepcji wparowałam punktualnie o 11:45. Kolejki nie było, ale pani dała mi do wypełnienia jakąś ankietę. Zajęło mi to 5 minut. Te 5 minut wystarczyło, by pan doktor, który miał zbadać mi piętę opuścił przychodnię. O 11:50 pocałowałam klamkę od jego gabinetu. Pani z recepcji ospale zaczęła szukać doktora mówiąc, że przyjmuje do 12:00, więc zaraz wróci. Powiedziałam jej, że pacjenci siedzący w korytarzu twierdzą, że wyszedł z teczką i powiedział głośno „do widzenia”. O 11:55 pani recepcjonistka zaczęła dzwonić do pana doktora, by usłyszeć od niego, bym przełożyła wizytę. Niestety… płacę to wymagam! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd. Próbowano zrzucić winę na mnie, że przyjechałam za późno. Pokazałam SMS, który dostałam od umawiającej wizytę konsultantki, który brzmiał, że wizyta o 11:45 i o tej byłam. Przy okazji zwróciłam uwagę, że cały czas na blacie leży moja ankieta z moimi danymi osobowymi, które każdy może sobie przeczytać. Wściekła zażądałam książki skarg i zażaleń. Pani z recepcji podniosła się ospale i pomaszerowała do pokoju kierownika przychodni. Po chwili wróciła i kazała poczekać pod drzwiami, bo kierownik rozmawia przez telefon. Było po 12, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła pani kierowniczka z pytaniem o co chodzi. Powtórzyłam całą sytuację, że pan doktor skończył pracę przed czasem i mnie nie przyjął, bo zostałam przetrzymana w recepcji na wypełnianie ankiety. Pani zaczęła twierdzić, że ankietę trzeba było wypełnić, bo nie mieli moich danych (choć w tej przychodni byłam kilka razy, ale u innych specjalistów), ale szybko odparłam, że chyba nie były potrzebne, skoro ankieta leżała na blacie, a poza tym nie dostałam informacji, że mam być wcześniej, bo inaczej wizyta przepadnie. Koniec końców powiedziałam, że mnie właściwie nic już nie interesuje, tylko chcę dziś do ortopedy i koniec, bo płacę i wymagam. Na szczęście w przychodni był drugi lekarz. Przyjął mnie po 15 minutach, zbadał i stwierdził zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Po czym dał skierowanie na USG.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

A piszę o tym wszystkim dlatego, że gdybym nie miała tego pakietu to pewnie odeszłabym z kwitkiem, a gdybym miała ubezpieczenie NFZ to siedziałabym w jakieś państwowej przychodni 8 godzin w kolejce w koszmarnych warunkach, jak siedział mój syn na pogotowiu, gdy złamał nogę.

Swoją drogą, gdy umawiałam potem USG (które też jest w pakiecie) i opowiedziałam konsultantce „przygodę” z panem ortopedą usłyszałam w jej głosie szczere zdumienie. Ciekawi mnie jaki będzie los lekarza z prywatnej przychodni, który wyszedł sobie do domciu kwadrans przed końcem pracy.

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Obłęd technologiczny, czyli internet w głuszy

Kilka lat temu namówiłam kolegę na kupno działki nad Liwcem. Gdy mu podałam zalety: las, rzeczka, stacja kolejowa i do Warszawy tylko 70 km, a pociąg z Wileńskiej jedzie godzinę, stwierdził, że kupuje i powiedział: „Ale będziesz przyjeżdżać tam pisać?” Obiecałam, że będę. Jednak przyjechałam dopiero teraz. Mam do pisania to, na co dostałam stypendium artystyczne MKiDN. Ale też mam pewne obowiązki zawodowe, bo stypendium kiedyś się skończy, a żyć nadal trzeba mieć z czego. Muszę więc odsyłać do pewnej redakcji zredagowane teksty. Bez internetu jednak ani rusz. Byłam na tej działce wcześniej. Komórka miała zasięg, a i maila w komórce tam odbierałam. Postanowiłam, że ponieważ kończy mi się umowa z Play na internet na kartę, więc ją przedłużę i… obniżę abonament. Przecież z tego internetu korzystam tylko na wyjazdach gdzie nie ma Wi-FI. Tak też zrobiłam. Przedłużyłam umowę na półtora roku i… spakowawszy siebie, rzeczy do pracy, śpiwór, mnóstwo koców i narzut oraz żarcie na dwa tygodnie tudzież sukę w odpowiedni transporter – pojechałam. Pół dnia się rozpakowywałam. Podejmowałam strategiczną decyzję gdzie spać (wygrała opcja z suką na werandzie). Wreszcie… przygotowałam sobie stanowisko do pracy, siadłam i… najpierw okazało się, że z domu zapomniałam zasilacza do laptopa, a dodatkowo jeszcze wyszło na jaw, że internetu to tu jest zdecydowanie brak. Modem działa, ale Play nie ma tu zasięgu. Połączyłam się przez komórkę (też w Play). Rwało, ale coś tam było. Jednak tak pracować się nie dało. Coś co robiłam 20 minut nagle zaczęło mi zajmować 4 godziny. Zadzwoniłam na infolinię Play z pytaniem jak to jest z ich zasięgiem internetu. Uprzejma pani powiedziała mi, że w tej miejscowości, w której jestem (musiałam podać kod pocztowy) zasięgu nie mają, że tam zasięg mają inne sieci, ale nie powie mi które. Przyjaciel, który w swoim czasie był na kierowniczym stanowisku w jednej z firm telekomunikacyjnych sprawdził które sieci mają tam maszty i powiedział, że są to T-Mobile z Orange, które mają wspólne maszty oraz Plus. Poradził, bym kupiła dwa startery (Orange lub T-Mobile oraz Plus), przyjechała z nimi na miejsce, sprawdziła, który ma lepszy zasięg i dopiero wtedy ten z lepszym zasięgiem doładowała. Była sobota popołudnie. Gdzie tu w centrum Polski w okolicy klasycznego mazowieckiego leśnego Pierdziszewa kupić starter do T-Mobile, Orange lub Plus i jeszcze go zarejestrować? Przyjaciel powiedział, że można to zrobić na stacji benzynowej. Zajaśniało więc słońce. Po południu Panicz Syn, który przywiózł mi z Warszawy zasilacz, został z suką na włościach, a ja pojechałam na poszukiwanie startera do internetu. Stacja benzynowa była kilkanaście kilometrów od mojej głuszy. Na miejscu pani powiedziała mi, że kupić starter mogę, ale tylko do T-Mobile, zaś co do rejestracji to nie jest pewna, bo jakiemuś panu dziś rejestrowała i nie udało się. Zaproponowała, że najpierw spróbuje mi zarejestrować, a dopiero jak się uda będę musiała zapłacić 5 złotych za starter. Tak też się stało. Objechałam jeszcze dwie stacje benzynowe (zajęło mi to wszystko 1,5 godziny) i stwierdziwszy, że poza tym T-Mobile nic więcej nie uświadczę zjechałam z powrotem do głuszy. Panicz Syn zrobił mi herbatę, a ja zajęłam się internetem. No i dopiero wtedy zaczęły się schody. Była godzina 19:00…

Po włożeniu karty w modem szybko okazało się, że internet jest. Słaby, bo słaby, ale lepszy niż w komórce. Doładować go można, ale… jak zmienić pakiet? To można zrobić tylko wysyłając SMS. Jak wysłać SMS z modemu? Teoretycznie przez stronę internetową, która pojawia się, gdy podłączę modem do komputera. Jest jeden problem. Do odbioru i wysyłania SMS strona żąda loginu i hasła do modemu, a ja nie wiem co wpisać. Gdy korzystam z modemu w sieci Play nigdy nie używam go do SMS. Nie wiem więc czy to żądanie modemu, czy może jednak sieci T-Mobile? Czytam wnikliwie całe opakowanie od startera T-Mobile. Jest tam podany numer: „Masz pytania? Skontaktuj się z nami”. Dzwonię do T-Mobile. Teraz drobna dygresja. T-Mobile jest to sieć, do której mam uraz z czasów, gdy jeszcze nazywała się Era. Opisywałam w swoim czasie burzliwe rozstanie z tą siecią. Głosu młodzieńca, który pouczał mnie, że dorosłość polega na tym, że przewiduje się utratę pracy, chorobę etc., a moja prośba o renegocjowanie warunków umowy i zmniejszenie abonamentu jest znanym mu skamleniem, poza tym jest bezczelna i niedojrzała, do dziś brzmi mi w uszach. Dlatego na samą myśl o kontakcie z tą infolinią muszę brać trzy głębokie oddechy. Wreszcie dzwonię. W słuchawce muszę wysłuchać komunikatu, że mam obowiązek rejestrować telefon na kartę. Zgrzytam zębami, bo po pierwsze wiem, a po drugie przecież zarejestrowałam. Potem automat informuje, że w związku z dużą liczbą interesantów czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi poniżej minuty. Oddycham z ulga. Słucham głupiej muzyczki, by po dwóch minutach dowiedzieć się, że ten czas oczekiwania wynosi… powyżej minuty, a po kolejnych dwóch znów usłyszeć, że poniżej i tak mija mi dobre dziesięć minut. Wreszcie młody człowiek, mający mnie ewidentnie za technologicznego głąba, po wysłuchaniu mojej historii informuje, że aby założyć konto na stronie lub wybrać pakiet powinnam… wysłać SMS. Opadają mi ręce. Zgrzytam zębami, ale cierpliwie tłumaczę wszystko jeszcze raz od początku. O modemie, który nie jest smartfonem i o tym, że jestem w lesie. Młody człowiek załapuje po jakimś czasie. Potem próbuje mi wmówić, że ów modem z Play ma simlocka. Informuję go, że na pewno nie ma, bo gdyby miał to bym się przez niego z internetem nie połączyła. Młody człowiek na chwilę milknie. Spytany co by zrobił na moim miejscu (skoro komputer nic mu nie podpowiada) radzi przełożyć kartę na chwilę do innego telefonu i wysłać z niego SMS. Pomijam już, że karta do modemu jest rozmiarów zwykłej karty SIM, a do mojego telefonu trzeba Nano SIM, więc czeka mnie w najlepszym razie zabawa ze zmienianiem rozmiarów karty. Ale cóż… panu na infolinii chyba wydaje się, że w środku lasu telefony po prostu rosną na drzewach. Na sośnie HTC, a na dębie iPhone. Nokia pewnie na lipie. Wzdycham ciężko. Pozostaje bowiem problem. Jak włożę kartę (po zmianie jej rozmiarów) do mojego telefonu, to w razie pytań nie będę miała innego aparatu do zatelefonowania. Starter jest tylko na internet. Pan nie ma innego pomysłu. Żegnam się więc z nim. Na szczęście jest jeszcze przy mnie Panicz Syn. Wkłada kartę do swojego telefonu. Próbuje wysłać SMS. Otrzymuje informację, że… nie jest to możliwe. Znów dzwonię na infolinię T-Mobile i ponownie po wysłuchaniu komunikatu, że mam zarejestrować kartę, a także po ponownym wysłuchaniu muzyczki oraz szeregu informacji, że oczekiwanie na połączenie poniżej jednej minuty, po kolejnych dziesięciu łączy mnie z kolejnym młodym człowiekiem, który informuje mnie, że na karcie zapewne nie ma już 5 złotych, które miała na starcie, bo korzystałam z mało korzystnego pakietu internetowego 1GB za 5 zł, więc część tych 5 złotych juz została wykorzystana, a żeby wysłać SMD muszę 5 złotych na karcie mieć. Zamknięte koło. Karta zostaje doładowana. Ale jak aktywować korzystniejszy pakiet? No i jak w ogóle założyć konto na T-Mobile na kartę, żeby kontrolować wydatki i w razie czego bez problemu sobie doładowywać? Trzeba wysłać ten cholerny SMS. Znowu mam przekładać kartę? Dzwonię do Play spytać o ten modem. Czy jest jakaś możliwość wysyłania z niego SMS? W Play (w przeciwieństwie do T-Mobile nie czekam na lini wysłuchując durnych i kłamliwych komunikatów o czasie oczekiwania poniżej minuty) natychmiast podają mi login i hasło do modemu. Trochę w tym wszystkim mojej winy, bo jest ono podane w modemie pod baterią, ale nigdy nie zwróciłam na to uwagi. W każdym razie była 20:30, gdy wreszcie udało mi się wysłać SMS, odebrać zwrotny z hasłem i aktywować korzystny pakiet, a nawet założyć konto na T-Mobile. Jest internet w głuszy. Wprawdzie jakoś pozostawia wiele do życzenia, ale… łączność ze światem jest. Jednak przez kilka godzin przezywałam prawdziwie technologiczny obłęd. Najpierw szukając startera, a potem instalując to wszystko.

PS Na zdjęciu widok z głuszy na moje leśne biuro.

Jednak spałam na tarasie. O 1 w nocy się tu przeniosłam. Teraz czytam. Pisać nie mogę, bo zasilacz został w domu. Panicz Syn obiecał przywieźć. #wyjazd #weranda #las #liwiec #rzeka

Nie stać mnie na robienie na ścianę

Na początku lipca pojechałam do Koszalina poprowadzić warsztaty literackie dla dzieci. Nocowałam w hotelu Gromada. Z góry uprzedzając wszelkie pytania informuję, że uważam ten Hotel za bardzo fajny, choć do kuchni mam zastrzeżenia, bo jest bardzo droga, a ma słabą ofertę – brak pierogów, brak makaronów itd., ale nie o to chodzi.

Mam taki zwyczaj, że fotografuję zajmowane przeze mnie pokoje hotelowe i starannie oglądam wszystko, co znajduje w szufladach mebli hotelowego pokoju. Są to przeważnie informacje o tym, kiedy kończy się doba hotelowa, o hotelowych ofertach typu SPA, kosmetyczka, fryzjer etc. (jeśli hotel oferuje), ile kosztuje pranie, czy jest możliwa dostawa jedzenia do pokoju, jest też informacja o numerach kierunkowych, numerach telefonu do poszczególnych pokoi, a także o cenniku różnych innych hotelowych usług. Tym razem ten cennik dosłownie zwalił mnie z nóg. Dotyczył bowiem opłat za… pomazanie krwią, wymiocinami i fekaliami: ręczników, mebli, wykładziny a także ścian. Ręczniki to 300 złotych, meble i wykładzina 600, a ściany 1500.

Sfotografowałam to natychmiast, bo byłam w szoku. A potem rozpoczęłam dysputę ze znajomymi. Wniosek był jeden: hotel z sufitu tego nie wziął (nawet nie dlatego, że o krwi, wymiocinach i kale na suficie nie ma w cenniku słowa). To musiało się już zdarzyć. Znajomi sugerowali, że może robiły to wycieczki z Izraela. Cóż… jeszcze w 2007 roku tygodnik Przekrój pisał o wycieczkach młodzieży z Izraela: „Zdarza się, że gdzieś między wizytą w Treblince a Majdankiem młodzi Izraelczycy spędzają czas na zamówionym przez hotelowy telefon striptizie. Zdarza się, że obsługa hotelowa musi zbierać ludzkie odchody z łózek i umywalek. Zdarza się, że musi oddawać pieniądze za nocleg innym turystom, którzy nie mogą spać, bo Izraelczycy postanowili zagrać w hotelowym holu w piłkę nożną. O drugiej w nocy.” Jednak trasa wycieczek z Izraela nigdy nie zahacza o Koszalin. Kto więc robił na ścianę w koszalińskim hotelu?

Dość szybko z rozmowy z kilkoma osobami z obsługi, a także z rozmów z mieszkańcami, kelnerką w pobliskiej knajpie, sprzedawczynią w sklepie etc., dowiedziałam się, że to w tym hotelu nocowali wielokrotnie muzycy zespołów disco polo i to oni demolowali hotel. Podobno z okien leciały nawet telewizory, a wino i „inne” płyny oraz substancje płynęły po ścianach. Przyznam, że kompletnie nie rozumiem nie tylko takiego zachowania, ale trwonienia pieniędzy na kary za coś takiego. Ile ich trzeba mieć, by wydawać 1500 złotych na rzyganie i fajdanie na ścianę??? I to w momencie, kiedy ludzie żyją za 900 złotych renty? Jestem ostatnią, która by kontrolowała czyjeś dochody i wydatki, bo nienawidzę zaglądania do portfela. Są jednak jakieś granice szaleństwa, które ten, kogo zachowanie spowodowało, że powstał taki regulamin, zdecydowanie przekroczył. Mnie tam nie stać na to, by sobie ot tak za przeproszeniem „nasrać na ścianę”. Pomijam, fakt, że nie wiem jaką musiałabym przybrać pozycję, by mi się to udało. Ale cóż… na jodze tego nie uczą.

Tak przykro, że słów brak, czyli o obecnych reporterach TVP

Bardzo rzadko piszę tu o polityce. Wynika to z prostego faktu, że uważam WSZYSTKIE partie polityczne za legalnie działające mafie, na które niestety wszyscy płacimy podatki. Obecna partia rządząca (na którą nie głosowałam, ale po wygranej w wyborach jako państwowiec dawałam szanse) nie jest wolna od tego grzechu mafijności, o czym przekonałam się, gdy jeszcze współpracowałam z TVP i widziałam, że „swoi” zarabiają krocie, obcy są „brani głodem”, by oddalili się czym prędzej gdzie pieprz rośnie. Oddaliłam się więc pisząc na koniec stosowny list do Pana Prezesa, na który do dziś nie otrzymałam odpowiedzi. Ale nie jestem człowiekiem rządzących. Jestem niczyja.

Niestety zastąpiono mnie (i kilkuset innych reporterów) takimi „dziennikarzełkami”, że wyć się chce, obserwując ich poczynania.

Oto kilka godzin temu Adam Kądziela z młodzieżówki partii Nowoczesna zamieścił na twitterze filmik pokazujący zachowanie dwóch młodych reporterów TVP Info: Filipa Styczyńskiego i Lucjana Ołtarzewskiego na czwartkowej demonstracji przed Sejmem. Młodzi reporterzy pokazywali niestosowne gesty demonstrantom i robili sobie w trakcie tzw. „sweetfocie”. Pierwszy raz od odejścia z TVP popłakałam się z jej powodu, choć grozę budziły już manipulacje jakich dopuszczają się programy informacyjne w TVP. Do tej pory była to domena TVN. Pisałam kiedyś o tym, jak wyglądała prawda o bohaterach pewnego reportażu, który realizowałam, a co zobaczyłam na antenie TVN w ich materiale filmowym. Teraz ta sama manipulacja jest w telewizji publicznej. W „Wiadomościach” królują wybrane, wyrwane z kontekstu wypowiedzi z odpowiednim komentarzem napisanym pod tezę. Oczywiście z komentarzem negatywnym i szkalującym tych, którzy mają inne zdanie niż rząd sprawujący władzę nad telewizją narodową.

Jednak zgodnie z zasadą „nie mój las – nie moje małpy” machałam na to ręką. Przełączałam kanały, oglądając filmy, seriale i programy przyrodnicze. Jednak to, co pokazały nagrania Adama Kądzieli sprawiło, że po raz kolejny załamałam się.

Oto na moich oczach w nagraniu wykonanym komórką widzę dwóch młodych ludzi, którzy na demonstracji wykonują nieprzyzwoite gesty w stosunku do demonstrantów.

Moim zdaniem chyba nikt nigdy w historii TVP tak jej nie opluł jak te dwa niedojrzałe smarkacze. Przez 21 lat pracy jako reporterka TVP byłam na setkach demonstracji i z wieloma demonstrantami się nie zgadzałam, ale nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, by się tak w stosunku nich zachowywać. Uczono mnie szacunku do demonstrujących. Dlatego nie wyzywałam starszych pań, które na słynnym ingresie Stanisława Wielgusa wbijały mi między żebra parasolki tylko dlatego, że widziały na towarzyszącej mi kamerze logo TVP. Z tego samego powodu jedna z nich napluła mi w twarz. Nie wykonałam w jej stronę żadnego gestu. Choć to zachowanie bolało mnie i psychicznie i fizycznie, a do domu wróciłam posiniaczona. Nie wyzywałam ludzi, którzy na marszu w obronie Telewizji Trwam wgniatali mnie w ścianę miażdżąc żebra. Tylko popłakałam się w samochodzie, bo było mi przykro. Jechałam do Muzeum Niepodległości a tu odmawiano mi miłości do ojczyzny, zarzucano, że nie jestem patriotką.

Nie odpowiadałam pluciem na narodowców, którzy pluli na mnie, gdy filmowałam ich, kiedy podczas parady równości skakali i krzyczeli: „kto nie skacze jest pedałem. Hej! Hej! Hej!” Z pokorą odbierałam ich petycję z korkiem do zatykania tyłka, choć uważałam i uważam to za chamstwo.

Kiedyś reporter TVP miał wpajane, że ma relacjonować wydarzenia, a nie je interpretować i oceniać. A już nie do pomyślenia było, aby je oceniał takimi gestami. Nawet, gdy gdzieś byłam prywatnie uważałam, że powinnam zachowywać się godnie, bo może ktoś mnie rozpoznać, jako reporterkę TVP, więc obowiązują mnie wysokie standardy. Dlatego starałam się być grzeczna w sklepach, urzędach, na bazarach etc. Tym dwóm młodzieńcom (bo określenie „panowie” jest w moim języku zarezerwowane jednak dla panów a nie osób zachowujących się jak chamy) zabrakło dobrego wychowania. Nie wynieśli go z domu, ale mogli z redakcji. Szkoda, że się tak nie stało, ale mocno zastanawiam się czy nie jest to wynik tego, że kiedyś trzeba było terminować dwa lata, by samemu pojechać z kamerą na temat. Moje koleżanki nosiły za redaktorami kasety zanim same dostąpiły zaszczytu zrealizowania własnego tematu. Teraz ten czas się skrócił do kilku dni. Odeszłam z TVP w kwietniu. Nie kojarzę żadnej z tych twarzy z telewizyjnego korytarza, a przecież jeszcze w listopadzie 2016 realizowałam tematy dla TVP Info o odzyskaniu przez Polskę Niepodległości wysłuchując, bym nie nagrywała dyrektora z Muzeum Niepodległości, bo jest „nie z tej opcji politycznej”. Kiedy więc ci młodzi ludzie przyszli do TVP? Jak to jest, że polityk Nowoczesnej ich rozpoznał jako reporterów? Musieli już gdzieś pojawiać się z kamerą. Wirtualnemedia twierdzą, że robili materiały do „Minęła 20”. Kto im na to pozwolił? Nie wiem. Wiem, że wszyscy widzimy efekty tak skróconej ścieżki kariery. Zero kindersztuby, moralności i szacunku do stacji, w której się pracuje. Płakać się chce!

PS Wiem, że szef Klaudiusz Pobudzin ich zwolnił, ale moje pytanie brzmi: kto tak szybko pozwolił im poczuć się reporterami? A o Pobudzinie nie napiszę ni słowa.

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?