Archiwa kategorii: Dziennikarstwo

życie dziennikarskie

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?

Od kilku dni media informują mnie (na szczęście nie wszystkie), że była żona pewnego byłego premiera wydała książkę. Ponieważ i tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a owa pani bardzo chce być medialna – napiszę wprost. Mam na myśli Izabelę Olchowicz-Marcinkiewicz i jej książkę „Zmiana”. Ponieważ półtora roku temu napisałam sztukę o tym, jak popkultura zżera kulturę, jak pamiętniki celebrytów wypierają z bibliotek naprawdę wartościowe dzieła, więc… postanowiłam zajrzeć do wyznań „słynnej” z „fajnej bluzeczki” Izabel, która w swoim czasie pisała wiersze na blogu eks premiera, dziś występującego w roli podwójnego eks, bo także eks męża. Gdyby nie moja własna sztuka na pewno nie miałabym takich chęci. Ale chciałam zobaczyć, czy od napisania przeze mnie „Bubloteki”, jako społeczeństwo nadal zjeżdżamy po równi pochyłej w piekielną otchłań bzdur?

Najpierw pojawiły się u mnie dwa podstawowe pytania. Kto to wydał? Gdzie tę książkę znaleźć? I tu natknęłam się na pierwszy problem. Szybko bowiem okazało się, że książka istnieje jedynie na specjalnej stronie internetowej założonej przez… samą Izabel (i na portalu Amazon). Mało tego! By ją przeczytać trzeba ją kupić, czyli zapłacić prawie 20 złotych. Nie jest to wielka suma, ale nie lubię kupować kota w worku. Lubię książkę obejrzeć. Zwłaszcza gdy nie wiem, jak autor pisze, albo podejrzewam, że nie robi tego zbyt dobrze. Tu miałam takie podejrzenia, bo pamiętałam „wiersze” tej pani. Tej książki i tak bym zresztą nie kupiła. Mam gigantyczną bibliotekę liczącą kilka tysięcy woluminów i już mi się książki w domu nie mieszczą, więc starannie dobieram te, które kupuję. Tę bym przeczytała na stojaka w księgarni lub pożyczyłabym z biblioteki. Nie jest to jednak możliwe. Książka jest bowiem tylko w wersji elektronicznej. Zajrzałam więc we fragmenty oferowane za darmo. Treści nie ma tam za wiele, ale można poznać styl. Powinnam przemilczeć, ale napomknę, że przydałaby się jednak jakaś redakcja i korekta. Tak, jak i umieszczone na stronie nagranie, w którym autorka zachęca do przeczytania, powinno być zrobione jeszcze raz, bo pani robi koszmarne błędy językowe. Wrócę jednak jeszcze do książki. Na górze każdej ze stron darmowych fragmentów napisano: „wersja demonstracyjna – kopiowanie zabronione”. Nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego, co przeczytałam (dostępne są cztery strony i okładka) miałabym skopiować i w jakim celu. Nie bardzo jest bowiem co cytować. Nie bardzo jest też co streszczać. Ktoś powie, że przecież to tylko cztery strony, ale są dzieła, których cztery strony to AŻ cztery strony. Te cztery strony „Zmiany” nie zachęciły mnie. Nawet nie dlatego, że nie lubię elektronicznych wersji. Lubię papier. Lubię czytając zobaczyć, ile zostało mi do końca lektury. Lubię wrócić do początku, jak książka jest dobra. Lubię też czasem ołówkiem napisać coś na jej marginesie. Ale jeśli coś jest pasjonujące to przeczytam i na ekranie komputera. Po czterech stronach wnioskuję, że „Zmiana” taka nie jest. Jednak tej książki w ogóle nie ma w formie papierowej. Mimo tego Izabel i jej publikacja trafiły do mediów, a nawet telewizji śniadaniowej. Redaktor Mateusz Hładki przeprowadził z autorką wywiad w Dzień Dobry TVN, z czym zapoznałam się w sieci. Wprawdzie moim zdaniem fakt, że w ogóle wywiad powstał jest szkodliwy, bo są osoby, których nie powinno się zapraszać do żadnych stacji telewizyjnych, ani do żadnych programów,  gdyż te osoby nic sobą nie reprezentują. Pal jednak sześć! Takie mamy widać czasy, że mentorami są już nie tylko dziewczyny wydymające ostrzyknięte botoksem wargi na trybunach stadionów, nie tylko żony piłkarzy, ale też byłe żony byłych premierów same sobie wydające książki w wersji elektronicznej. W każdym razie powstał bardzo zgrabnie przeprowadzony wywiad, z którego wynika (a nie mam podstaw by nie wierzyć dziennikarzowi, który publikację przeczytał), że w „Zmianie” wszystko kręci się wokół małżeństwa Izabel z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Małżeństwa, które w swoim czasie ośmieszyło polityka. Nawet nie dlatego, że pozwalał narzeczonej korzystać ze swojego bloga, by zamieszczała na nim te straszne wiersze. Ani nie dlatego, że do sieci wyciekło nagranie, kiedy premier szykował się do wywiadu, a tuląca się do niego Izabel pytała, czy ma fajną bluzeczkę, co zaowocowało potem grą komputerową w ubieranie Izabel. Promowanie prywatnego życia w tak tandetnej formie musiało doprowadzić polityczną karierę Kazimierza Marcinkiewicza do tragicznego końca. Dziś rzadko kto pyta go o zdanie, choć być może pytano by częściej, gdyby nie eks żona.

fot. za www.bijamnieniemcy.pl źródło gazeta.pl

Autorka we wstępie „Zmiany” napisała: „Nie jestem pisarką, nie miałam ambicji nią zostać, jednak czasem przychodzi moment, że zbiera się w człowieku masa przemyśleń i wtedy zabiera się do pisania.” Prawda. Też mam różne przemyślenia. Też je zapisuję. Ale na litość boską nie wszystkie publikuję! Ludzie często piszą. Nie wszystkie jednak swoje zapiski upubliczniają. Barbara Himilsbach, którą miałam przyjemność poznać, pisała pamiętnik. Pisała dla siebie. Pisała z tęsknoty za mężem – Janem Himilsbachem. Nie miała zresztą zamiaru tego pamiętnika wydawać. Został opublikowany po jej śmierci. Stanowi wstrząsający zapis trudnej miłości i tęsknoty za zmarłym mężem, z którym życie nie było usłane różami.

„Książka” byłej żony nieszczęsnego polityka podobno jest o adopcji, bezpłodności i depresji. Tak twierdzi autorka. Ale z wywiadu wynika, że w większości jest jednak o jej małżeństwie. Tak też wnioskuję na postawie tych czterech stron bezpłatnej zajawki. Izabel twierdzi, że mąż nigdy jej nie kochał. Być może. Problem jest w tym czy to kogokolwiek poza nią obchodzi? Z zainteresowania mediów publikacją „Zmiana” oraz faktu zaproszenia tej pani do TVN-owskiej śniadaniówki wnioskuję, że niektórzy dziennikarze myślą, że tak. A skoro ludzi to interesuje powstaje pytanie. Czemu ta pani nie znalazła poważnego wydawcy na swoje wyznania? Takiego, który zrobiłby chociaż korektę tekstu, że o redakcji nieśmiało napomknę? (Własnych błędów nigdy się nie widzi. Dlatego pisarze mają redaktorów i korektorów swoich książek.) Z badań polskiego rynku wydawniczego wynika, że gdy książka sprzeda się w nakładzie wyższym niż 5 tysięcy jest to sukces. Czemu żaden wydawca nie zainwestował w to „dzieło” i nie zechciał tego wydać? Czemu słynna Izabel wydała to sama i to w takiej formie? Książka papierowa zawsze trafia do Biblioteki Narodowej. Gdzie trafia taka, która jest tylko elektroniczną?

PS W czym gorszy jest „mój” Nino z Lailonii i jego opowieść o bezdomności? A jednak nikt nie chce go zaprosić do żadnej telewizji. Ale cóż… nie był mężem żadnej pani polityk.

PS.2. Ponieważ po tym tekście odezwała się do mnie jego bohaterka, co zostało przeze mnie opisane tutaj, zniesmaczona tym kontaktem usunęłam z wpisu tagi z nazwiskiem jej i jej byłego męża.
Nie chcę cenzurować tego tekstu, ale ponieważ ten wpis na blogu wyskakuje w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwisk tych państwa, wolę, by link do niego był umieszczony na szarym końcu listy wyszukiwania.

Świnki, czyli rzecz o świecie, cenzurze i poczuciu humoru

Któż nie zna bajki o trzech świnkach? To stara, bo pochodząca jeszcze z XIX wieku, angielska bajka, której bohaterami są trzy małe świnki. Opowiada o tym, przemierzały świat, szukając miejsca do zbudowania domu. Gdy wreszcie znalazły odpowiednie miejsce każda postanowiła zbudować dom dla siebie. Jedna zbudowała go ze słomy, druga z drewna, a trzecia (najbardziej pracowita) z cegieł. Kiedy domy były gotowe, w okolicy pojawił się zły wilk, chciał zjeść świnki. Oczywiście najtrwalszym okazał się dom z cegieł i to dzięki niemu i zaradności jego budowniczki świnki przeżyły. Jest to w gruncie rzeczy bajka o tym, że pracowitość i zaradność zapewniają nam bezpieczeństwo. Nasiąkamy tym w dzieciństwie, a potem… nadchodzi dorosłość i nagle okazuje się, że są ludzie, którym bezpieczeństwo i zaradność gwarantują zupełnie inne cechy.

Myślę o tym ostatnio, ilekroć oglądam polskie programy informacyjne. Mam bowiem niestety wrażenie, że chyba wszystkie odleciały już dawno od zwykłego człowieka. Rzadko pokazywani są w nich zwykli ludzie z ich codziennymi problemami. Może raz na program? Rzadko pokazywana jest prawdziwa bieda, której w Polsce coraz więcej. Mało też jest tam rzeczy do śmiechu. Króluje polityka, którą rozumieją może 3 procent społeczeństwa, co stwierdzam na podstawie informacji opublikowanych przez różne ośrodki badania opinii publicznej, z których wynika, że ludzie nie wiedzą co to trybunał konstytucyjny, czym zajmuje się senat, jakie są kompetencje prezydenta, czym zajmuje się premier itd. Czemu więc tak niewiele jest informacji dla pozostałych 97% ludzi? Chciałabym zobaczyć, jak sobie radzą z emeryturą 1300 złotych, gdy tyle wynosi ich rachunek za gaz. Ktoś powie, że zwykli ludzie i ich problemy to też polityczna sprawa. Ale bliższa nam wszystkim. No to może pośmiejmy się? Niestety programy satyryczne już dawno przestały być śmieszne. A masa rzeczy, z których śmialiśmy się kiedyś jest teraz politycznie niepoprawna. Opowiadałam ostatnio znajomej, że na Boże Narodzenie na obiedzie u przyjaciół był mnich z Chin (katolicki). Rozmawialiśmy wtedy o językach, bo towarzystwo przy stole było międzynarodowe. Oprócz mnicha z Chin byli jeszcze mnisi z Etiopii, Włoch, Argentyny i Ukrainy. Zeszliśmy na język chiński i to z ilu składa się znaków. Zacytowałam koziołka Matołka „jest tych znaków nie tak wiele / ze czterdzieści coś tysięcy / więc się będzie uczył krótko / sto lat może, lecz nie więcej”. Towarzystwo się uśmiało. Nie uśmiała się jednak ta, której to relacjonowałam, bo uznała cytat z Makuszyńskiego za obraźliwy dla chińskiego mnicha i ksenofobiczny. Co by powiedziała na stary kawał o tym, jak Chińczycy nadają dzieciom imiona? Podobno rzucają łyżeczkę na podłogę. Jak brzęknie – tak nazwane będzie dziecko. O fuj! Co za okropny rasistowski kawał! Doprawdy fuj! Z czego, wobec tego wolno się nam śmiać? Z policjantów nie, z blondynek nie, z księży nie. Czarny humor na indeksie, bo od czasu katastrofy smoleńskiej tu polewu z żadnej tragedii być nie może. Śmianie się z władzy? Chamstwo! Kto pamięta co działo się z autorem strony „Antykomor”? Strona „Poranny Kwaśniewski” z alkoholowymi memami też została zlikwidowana. Nawet napis „Andrzej D..a” na ścianie w szkolnym WC był badany.

I w świetle tych wszystkich ponuractw w naszej telewizji (od prawa do lewa), oglądaliśmy wczoraj z Ulubionym ukraiński program informacyjny. Nie pamiętam, kiedy podczas oglądania tego typu programu tak bardzo się śmiałam. Otóż przygotowano w nim m.in. informację o tym, że eksport ślimaków z Ukrainy przewyższa eksport wieprzowiny. W reportażu wystąpił rolnik, który jednak woli hodować świnie. Mieszkający pod Czernichowem hodowca świń pokazał maciorę, której 5 prosiąt otrzymało imiona: Szufrycz, Aksionow, Janukowycz, Azarow i Putin. Co stało się ze świnkami? Właściciel mówił o tym do kamery z zupełną obojętnością. Janukowycz mu zdechł, bo ważył 25 kilogramów i po prostu szlag go trafił. Azarowa zabił gospodarz, bo tak go męczył, że „wszystką krew z niego wypił”. Co robił? Ano bez przerwy „srał do koryta”. A Putina to po trzech dniach matka zadusiła. Jednym słowem żadna z tych trzech ukraińskich świnek nie była zaradna, jak bohaterki angielskiej bajki. Co z pozostałymi dwoma? Program i jego bohater milczą. Zresztą… kto by tam się nimi przejmował, skro lepiej od świń sprzedają się ślimaki. Temat gospodarczy, a więc poniekąd polityczny, a jednak przyniósł tyle radości!

Sprawdzałam dzisiaj ukraińskie serwisy. Czy chłop z reportażu został przez kogoś (np. Nestora Szufrycza) pozwany za te pięć świnek? Nie. Czy ukraiński kanał 1+1 płacił jakąś karę za emisję reportażu o ślimakach i świnkach? Też nie. Czy ambasada Rosji wysłała protestacyjną notę do władz Ukrainy o to, że ukraiński chłop nazwał świnkę Putin? Nic z tych rzeczy. W eterze panuje cisza. Pokazałam ten reportaż Paniczowi Synowi. Był w szoku. Po pierwsze, że ukraińskie wiadomości trwają prawie 50 minut. Po drugie, że są w nich takie rzeczy. A podobno to u nas jest wolność i demokracja.

Tych pięciu wschodnich polityków, których imiona otrzymały ukraińskie świnki ma się dobrze. Szkoda tylko, że zagwarantowały im to zupełnie inne cechy niż śwince z angielskiej bajki. Ale cóż… życie zawsze wygląda inaczej niż w bajce.

PD. Dla tych co nie wierzą. Ok. 35 minuty.


http://1plus1.ua/tsn/video/vipusk-tsn1930-za-5-sicna-2017-roku

Spokojnie! To już się dzieje!

Droga Pani posłanko,

w przeciwieństwie do części społeczeństwa przeczytałam Pani tekst naprawdę uważnie. Dlatego nie proszę o deportację. Wiem, że nie o mnie Pani chodziło. Poza tym to mój kraj! Nawet, gdy rządzą nim niezbyt mądrzy ludzie. I nie zamierzam go porzucać dla kaprysu, by tym niemądrym ludziom go pozostawiać. Rozumiem co Pani chciała powiedzieć. Ale to zupełnie Pani nie wyszło. Myślę, że jednak nie przemyślała Pani sprawy. Po obejrzeniu filmu „Wołyń” (który ja też widziałam i o którym też pisałam, bo mój mąż jest aktorem i we wspominanym filmie zagrał Bohdana, który rozrywa końmi polskiego patriotę) miała Pani po prostu taki mętlik w głowie, że nie zapanowała Pani ani nad swoimi myślami ani językiem. Z jednej strony to rozumiem, bo film jest mocny, ale z drugiej strony szczerze zalecam najpierw przemyśleć, potem napisać, a jeszcze potem odetchnąć głęboko i kilka razy przeczytać to, co się napisało. Podobno grafomana i złego publicystę poznaje się po tym, że napisze i nie przeczyta własnego tekstu. Dobry publicysta przeczyta kilka razy, zwłaszcza pod kątem jak jego tekst mogą zinterpretować wrogowie. Ale zacznijmy od początku.

Napisała Pani o Wołyniu „nie znam tych ziem, ani żyjących tam ludzi. Połowa Polski w granicach sprzed 1939 jest nieznana współczesnym Polakom. Tak samo jak przeszłość i los żyjących tam Polaków. Tę niewiedzę i niepamięć zawdzięczamy przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.”  

Wydaje mi się, że osoba, która nie zna tamtych ziem, czyli jak rozumiem nigdy nie była na Ukrainie i jak rozumiem nie ma tam znajomych ani przyjaciół, w ogóle nie powinna w tej sprawie zabierać głosu. Z tekstu wynika, że niewiele Pani wie na temat Ukrainy i Ukraińców. Co gorsza z tego samego Pani tekstu wnioskuję, że jeszcze mniej wie Pani na temat Polski i Polaków. Nie widzi Pani jacy jesteśmy? Wystarczy przyjrzeć się… sobie.

Napisała Pani: Jak dotąd nie czytałam i nie słyszałam w polskich mediach pytania: kim są ci ludzie z Ukrainy, których w Polsce pracuje już ponad milion? Potomkami morderców? A jeśli tak, to czy uważają ludobójstwo, jakiego dopuścili się ich krewni na Polakach, za zło, które ich dzisiaj boli? A może są tymi, którzy za zarobione u nas pieniądze fundują na Ukrainie pomniki Bandery?”

Nie jest łatwo przyjechać z Ukrainy do Polski. W większości znanych mi przypadków przyjeżdżający tu Ukraińcy albo mają polskie pochodzenie albo… są to tacy ludzie, którzy chcą polepszyć swój los. Bywa więc, że zapłacili w łapę naszym rodakom żyjącym z wystawiania za pieniądze zaproszeń. Czyli są tu dzięki naszym (Pani i moim) rodakom żerującym na ludzkim nieszczęściu! Retorycznie tylko spytam, czemu nie martwi się Pani tym czy ci nasi rodacy odprowadzili podatek od zarobionych w ten sposób pieniędzy?

Wróćmy jednak do przyjeżdżających tu z Ukrainy. Tych o polskich korzeniach trudno posądzać o fundowanie za zarobione w Polsce pieniądze pomników Bandery, choć te posądzenia też padają. A jakże! Co z tymi drugimi? Podobnie jak my w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych w Niemczech, tak i oni dziś w Polsce szorują nasze kible i podłogi za upokarzające stawki będąc co chwilę posądzanymi o kradzieże oraz… bycie właśnie banderowcami, bandytami lub przydrożnymi prostytutkami. Traktujemy więc ich tak, jak my byliśmy traktowani pracując w Niemczech, kiedy sławę Polsce za Odrą przynosiła Teresa Orlovsky, gwiazda filmów porno. Teraz ten sam zarzut bycia złodziejem, bandytą, prostytutką dość często spotyka przyjeżdżających ze wschodu Polaków! Zwłaszcza gdy przez pierwsze miesiące czy lata pobytu w Polsce mają akcent. To po akcencie od razu inni rozpoznają skąd oni są. A jeśli są ze wschodu to mogą być jedynie najgorszym sortem ludzi. Nawet nie Polaków. A już bron Boże prawdziwych Polaków! I to mimo posiadania nie tylko polskich korzeni, ale nawet typowo polskobrzmiących nazwisk. Mieszkający w kraju rodacy zapominają, albo nie wiedzą, że za wschodnią granicą po 1945 roku zostało sporo Polaków, którzy postanowili tam żyć. Oni nie opuścili Polski. To Polska ich opuściła. A teraz słowami takich posłów jak Pani, ta Polska pluje im dalej w twarz.

Mój mąż, który urodzi się w Moskwie, ale wychował na Ukrainie w rodzinie o polskich (ale też ukraińskich, słowackich i innych) korzeniach, do końca życia nie zapomni jak chodząca co tydzień do kościoła i żarliwie modląca się tam nasza sąsiadka wezwała na niego służby imigracyjne, by zbadały jego dokumenty. Czy aby na pewno przebywa w Polsce legalnie. Nie wystarczyło jej to, że jako polski aktor otrzymuje stypendium polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na przygotowanie patriotycznego monodramu, który potem w 2013 roku był zresztą wystawiany w Muzeum Niepodległości 11 listopada.

Napisała Pani: „Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby.”

To się już dzieje i działo. Zapomniała Pani o abolicji dla przebywających nielegalnie obywateli Ukrainy, która została przygotowana przez poprzedni rząd? Owszem. Nie wszyscy z niej skorzystali. Wielu bało się deportacji mimo zapewnień, że tak się nie stanie. Wychowani na Ukrainie ludzie nie wierzą władzy. Nawet jeśli jest to władza polska. I nie dlatego, że wtedy, gdy uchwalano abolicję u władzy była Platforma Obywatelska. Nie wierzą i teraz, gdy u władzy jest Prawo i Sprawiedliwość. Bo i to i to władza, a władza zdaniem ludzi wychowanych na wschodzie, zawsze kłamie.

Jeśli idzie o żądanie od cudzoziemców, by legalizowali pobyt, to chcę tylko Pani przypomnieć, że w USA nielegalnie przebywa około 60-80 tysięcy Polaków. Gdy w 2000 roku byłam w Stanach Zjednoczonych poznałam ich dość sporo. Żyją tam przez lata z daleka od ojczyzny. Pracują na fałszywych papierach. W świetle tamtejszego prawa przestępcy. A z ludzkiego punktu widzenia? Co Pani o nich sądzi? Nie zna Pani nikogo, kto by w Stanach przebywał nielegalnie? Nie słyszała Pani o żadnej znajomej znajomego? Córce sąsiadów? Czy dalekich krewnych? Jeśli tak, to proszę szybciutko poinformować o tym tamtejszy rząd. Przecież to przestępcy, a my z USA mamy umowy. Miła propozycja?

A Polska? Ludzie ze wschodu nie legalizują tu swojego pobytu, bo się boją. Trudno Pani zrozumieć ich strach? Ja, czytając Pani tekst, w ogóle się im nie dziwię. Proszę go przeczytać jeszcze raz wyobrażając sobie, że jest Pani nielegalnie przebywającą tu Ukrainką. Może tą Swietłaną Jakowlewą, która najpierw przebywała tu nielegalnie, potem zachorowała na raka, a potem umierając szukała polskiego domu dla swojej czwórki dzieci, by nie zostały deportowane na Ukrainę. W internecie nic nie ginie. Proszę korzystając z google znaleźć jej historię. Proszę sobie wyobrazić, że Swietłana żyje i napisany przez Panią tekst czyta teraz.

Napisała Pani: „powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.”

Rozumiem, że tekst powstał z myślą o przyjezdnych i z troską o nasz kraj, bo boi się Pani muzułmańskich terrorystów walczących na rzecz tzw. Państwa Islamskiego. Wszyscy się ich boimy. Ale nie można każdego podejrzewać o najgorsze! Nie każdy przyjezdny jest terrorystą! Gdy przeczytałam te słowa zaczęłam się zastanawiać. Co Pani wie o swoim kraju i jego historii? Z Pani tekstu nie wynika, by była Pani świadoma, że przez lata Polska była krajem wielonarodowościowym i wielowyznaniowym. Nie tylko Polska Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego czy Stanisława Augusta, ale też i ta XIX-wieczna ciemiężona przez zaborców, a także ta z dwudziestolecia międzywojennego. W Polsce mieszkali Niemcy, którzy kochali te miasta, mieszkali Tatarzy, a nawet Rosjanie, którzy pracowali dla tych ziem, że tyko nieśmiało wspomnę Sokratesa Starynkiewicza urzędnika zaborcy, który ma tu swój pomnik i grób na cmentarzu prawosławnym tłumnie odwiedzany przez Warszawiaków w okresie Zaduszek. Mieszkali tu Polacy, którzy niekoniecznie byli katolikami. Piszę to do Pani nie tylko jako żona człowieka o polskich korzeniach, który przyjechał tu z ukraińskim paszportem. Piszę to także jako osoba, która od lat zajmuje się genealogią własnej rodziny. O swoich przodkach wiem sporo i wiem, że mam w sobie krew niemal wszystkich europejskich nacji, a wśród moich antenatów byli i książęta i magnateria i szlachta, a także mieszczanie i włościanie. Byli wśród nich również wyznawcy niemal wszystkich religii, bo: kalwini, luteranie, wyznawcy prawosławia i unici. Nie wszyscy byli patriotami, choć nie brakowało powstańców listopadowych, styczniowych i warszawskich oraz uczestników walk w obu wojnach światowych i w wojnie polsko-bolszewickiej. Czy na pewno zna Pani wszystkich swoich pradziadów i prababki na tyle dobrze, by być pewną ich patriotyzmu i katolicyzmu i z taką stanowczością stygmatyzować przyjezdnych? Byłby to chyba pierwszy w Polsce przypadek posiadania przez stulecia czysto polskich i tylko katolickich korzeni. Gdzież się wobec tego Pani uchowała? Na pewno tutaj?

Czy znane są Pani takie postaci historyczne jak Berek Joselewicz? Żyd walczący w powstaniu Kościuszkowskim? Albo Józef Bielak? To samo powstanie, a nazwisko tylko pozornie polskie, bo był to Muzułmanin i Tatar. Czy słyszała pani o Leonie Sulkiewiczu? Bohaterze wojny polsko-bolszewickiej? Też był Tatarem! Czy słyszała Pani o takim człowieku jak Francesco Nullo? Włoskim pułkowniku, który w powstaniu styczniowym walczył o wolność „waszą i naszą”? Czy wie Pani, że przodek wielkiego polskiego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki otrzymał przywileje szlacheckie zapisane w języku ruskim? Mogłabym wymienić Pani jeszcze wielu znamienitych Polaków, którzy przodkowie kiedyś do Polski przybyli. Proszę samej sprawdzić skąd wzięły się w historii naszego kraju takie nazwiska jak: Traugutt, Bacciarelli, Norblin, Fontana, a także Chopin – „sercem Warszawianin”.

Romuald Traugutt w mundurze rosyjskim. Jego rodzina od strony ojca, niemieckiego pochodzenia, przybyła do Polski w XVIII w. w czasach saskich. W styczniu będziemy obchodzić kolejną rocznicę powstania narodowego, którego był dyktatorem.

Komu zawdzięcza Pani tę balansującą na granicy ignorancji pogardę do własnego kraju, jego historii, korzeni i demografii? Czy tylko „przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.” Czy może jednak swojemu domowi, z którego jak wnioskuje po Pani tekście niewiele Pani wyniosła. A może winnym jest środowisko, w którym Pani przebywa?

Mam dużą wątpliwość czy czytała Pani książki na temat Wołynia, których tytułami Pani rzuca na prawo i lewo. Jestem natomiast pewna, że nie wie Pani nic o grających w filmie ukraińskich aktorach i ich motywacjach do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, ale to już pominę taktownym milczeniem.

W swoim tekście napisała Pani, że w rzezi wołyńskiej zginęło 60 tysięcy Polaków. Zapomniała Pani, bo to takie niewygodne, choć przecież zostało świetnie w tym filmie pokazane, że w II Rzeczpospolitej na tamtych ziemiach ci, którzy czuli się Ukraińcami, (a często mieli polskie korzenie) byli traktowani gorzej. I to właśnie było jedną z wielu przyczyn rzezi, w wyniku której polska strona też brała odwet, bo zginęło ok. 10 tysięcy Ukraińców. By przerwać zło, jakim jest nacjonalizm i nienawiść do drugiego człowieka spowodowaną jego odmiennością narodową czy religijną trzeba pisać ostrożnie i z poszanowaniem wszystkich racji! By takie wydarzenia jak ludobójstwo na kresach nigdy się nie powtórzyło nie powinno się siać nienawiści. A Pani tekst ją sieje! Zarówno wśród Polaków jak i Ukraińców, a także innych grup etnicznych, narodowościowych czy religijnych. Pani też w swoim tekście traktuje przebywających tu Ukraińców gorzej, a stąd naprawdę krok do… No? Do czego? Na dodatek pisząc o ukraińskich dyskusjach o filmie zacytowała Pani akurat takie dwie wypowiedzi. Igor Gawryłow: „W Polsce za rolę taką jak w filmie „Wołyń” spaliliby dom”. Jarosław Swatko: „To co dzieje się w Polsce, to dobrze założona praca rosyjskiej agentury”. Rozumiem. Inne wypowiedzi były niezgodne z Pani przekonaniami. Film „Wołyń” przez nacjonalistyczne środowiska Ukrainie został odebrany jako antyukraiński. Paradoksalnie nacjonalistyczne polskie środowiska odebrały „Idę” jako antypolską. Przypadek? Nie sądzę. Europa nacjonalizuje się. Nakręcona w ubiegłym roku w Niemczech komedia „On wrócił”, której głównym bohaterem jest Hitler, zjawiający się 70 lat po wojnie w Berlinie i przedstawiający swoje poglądy współczesnym Niemcom aż zostaje gwiazdą mediów, świetnie to pokazuje. Publiczność na filmie śmieje się, ale od połowy filmu jest to już inny śmiech. Tylko ci, którzy są u władzy mogą to nacjonalizowanie się Europy przerwać. Szkoda, że Pani nie chce zacząć tego robić. Szkoda, że dzieli Pani ludzi na lepszych i gorszych ze względu na pochodzenie, narodowość, wyznanie. Nie jestem pewna czy jest to prawe, a już na pewno nie jest to sprawiedliwe.

I tak już przez zwykłą ciekawość chciałam na koniec spytać: czemu wymyślone przez Panią oświadczenia o znajomości konstytucji mają składać jedynie „ateiści, muzułmanie i wyznawcy prawosławia”? Czemu wykluczyła Pani mariawitów, luteranów i kalwinów oraz zielonoświątkowców, baptystów, świadków jehowy, buddystów, pastafarian i innych? Za mało ich w Polsce? Według konstytucji wszyscy polscy obywatele są równi wobec prawa. A co do przyjezdnych i gości to obowiązują nas jeszcze Konwencja Genewska i Powszechna Deklaracja Praw Człowieka.

No ale spokojnie Pani poseł! Niech się Pani tak nie denerwuje. To czy przyjezdni są lojalni wobec naszej konstytucji i czy przebywają tu legalnie już jest sprawdzane. Wspomniana przeze mnie sąsiadka katoliczka wzywająca na mojego męża urząd imigracyjny, wielokrotnie policję, a także wytaczająca mu (na szczęście przegrywająca i to także w apelacji) trzy procesy przed polskimi sądami (oskarżając o takie rzeczy, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać) nie jest sama. Gdy przyznawano mężowi polskie obywatelstwo (ze względu na polskie pochodzenie) musiał zdać państwowy egzamin ze znajomości języka polskiego i polskiej kultury, dokładnie sprawdziły go też wszystkie polskie służby. Zapewniam Panią jednak, że jego polskość i poglądy na Polskę i Banderę moi znajomi badają na każdym kroku, choć czasem być może nieświadomie. Dwa lata temu pomagający mi odpalić samochód kolega pytał, czy ukraińscy przodkowie męża nie byli w UPA. Bo wielu jest przekonanych o tym, że gdyby jego przodkowie byli prawdziwymi Polakami nigdy przenigdy nie zostali by w ZSRR po zmianie granic. A już na pewno nigdy nie żeniliby się z Ukrainkami. Bo przecież dla prawdziwych Polaków miłość ma granice!

Tak więc droga Pani poseł. Nie trzeba nam dodatkowych służb. Te które są działają świetnie. Wystarczył jeden telefon sąsiadki! A i my sami nawzajem siebie posprawdzamy. Donos na bliźniego to najskuteczniejsza metoda. Sprawdzili to już, jak ich Pani nazwała, „przodkowie polityczni panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego”, a teraz posprawdzają tacy jak Pani. Powodzenia!

Małgorzata Karolina Piekarska

Powyższy tekst jest odpowiedzią na dwa teksty pani Poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy. Pierwszy zamieściła na portalu „wpolityce”.


http://wpolityce.pl/historia/315441-wydarzenia-wokol-wolynia-utwierdzaja-mnie-w-przekonaniu-ze-nie-uciekniemy-od-problemu-wspolczesnej-oceny-ludobojstwa-sprzed-lat

Drugim jest jej oświadczenie zamieszczone na Facebooku.


https://www.facebook.com/Mateusiak.Pielucha/posts/1200522493360285

Po jedenaste: Nie poddawać się

Polska wróciła z paraolimpiady w Rio z większą liczbą medali niż z olimpiady, w której rywalizowali ludzie zdrowi. Wśród olimpijczyków mamy bowiem 11 medalistów z czego 2 złotych 3 srebrnych i 6 brązowych, a wśród paraolimpijczyków 39 medalistów z czego 9 złotych, 18 srebrnych i 12 brązowych. Na dodatek w klasyfikacji medalowej olimpijczycy są na 33 miejscu, a paraolimpijczycy na 10. Wtedy, gdy paraolimpiada jeszcze trwała, dostałam od mojego niewidomego czytelnika list z linkiem do tekstu Adama Pietrasiewicza, który jest osobą niepełnosprawną, bo jeżdżącą na wózku i prośbą o komentarz do tego tekstu.

Przeczytałam i trochę mną wstrząsnęło. Konkretnie ten fragment:

„jeśli patrząc w TV na paraolimpiadę czujecie jakieś zażenowanie, połączone z lekkim przerażeniem, gdy wyobrażacie sobie siebie samych z takimi kalectwami, jakie wam pokazują w telewizji i jest to dla was nieprzyjemne, jeśli macie wrażenie, że ten spektakl ma w sobie coś niezdrowego, to wiedzcie, że macie rację! To jest chore.
Nie, nie to, że inwalidzi uprawiają sobie sport. Sport to takie samo zajęcie jak każde inne i każdy może sobie zajmować czas tak, jak mu to odpowiada. Istnieją kluby sportowe dla inwalidów, sam nawet do takiego kiedyś należałem. Nie ma dla mnie niczego specjalnego w organizowaniu zawodów czy meczów różnych niepełnosprawnych praktykujących sport.
Chore jest dla mnie robienie z tego gigantycznego, ogólnoświatowego spektaklu udając, że jest on przeznaczony dla wszystkich, że powinien wszystkich zachwycać. Że powinien być na wszystkich ekranach telewizorów, w godzinach największej oglądalności. Tak, jak Olimpiada.
Warto sobie przypomnieć, że Olimpiady miały początkowo na celu promowanie właśnie sprawności, piękna ludzkiego ciała. Mówi się, że atleci w Grecji startowali nago do niektórych zawodów właśnie po to, by pokazać wszystkim swoje wyćwiczone ciało.
Świat, w którym żyjemy jest światem osób sprawnych. Warto o tym pamiętać. To ciała osób sprawnych wyznaczają kanony piękna – dla mnie, kaleki na wózku inwalidzkim również. Ja też z zachwytem patrzę na piękne sprawne kobiety, i to takie właśnie mi się podobają, a nie buduję sobie innego kanonu piękna tylko dlatego że nie mogę chodzić.”

Mojemu czytelnikowi odpisałam:

„Nie oglądałam ani normalnej olimpiady ani nie oglądam paraolimpiady, ale cieszę się z medali. Złe rzeczy to takie, które szkodzą innym i krzywdzą. Uprawianie sportu nikomu nic złego nie robi i nikogo nie krzywdzi. Chyba, że stosuje się doping, ale nie o tym mówimy. Był film biograficzny o surferce, której rękę zjadł rekin. Jestem z niej dumna. I z paraolimpijczyków tez. Bo mogli być siedzącymi w domu zapłakanymi ludźmi. A walczą! I to przykład dla sprawnych!”  

Nie zgadzam się właściwie w niczym w tekście, który podesłał mi mój czytelnik, poza stwierdzeniem, że niepełnosprawni „są zazwyczaj mniej sprawni fizycznie, często nie radzą sobie w życiu, w ogromnej większości są w o wiele gorszej sytuacji pod każdym względem.”

Być może dlatego, że niemal wychowywałam się w szpitalu, w ogóle nie brzydzi mnie i nie żenuje choroba, ludzkie ciało, fizjologia czy kalectwo. Moja mama chciała być lekarzem, ale związki rodziny z Armią Krajową uniemożliwiły pójście na studia. Poszła więc do szkoły pomaturalnej i została technikiem obsługi aparatów rentgenowskich. Przepracowała ponad 30 lat w Instytucie Matki i Dziecka na rentgenoterapii. Odwiedzałam ją tam bardzo często. I wiem jedno: człowiek kaleki to tylko człowiek kaleki. Reszta jest w głowie. Gdy wiele miesięcy temu zdecydowaliśmy się operować szczura, któremu rękę zaatakował nowotwór, martwiliśmy się, jak będzie żył bez ręki. Lekarka powiedziała: „Szczur poradzi sobie. Funkcję tej łapy, której teraz już i tak nie używa, bo guz mu przeszkadza, przejmą pozostałe trzy. Zwierzęta świetnie sobie radzą po amputacjach. To tylko nam, ludziom, brak kończyny wydaje się tragedią.” Szczur niestety nie przeżył operacji. Nie wiem więc jak biegałby na trzech łapach. Ale w mojej klinice weterynaryjnej jest trzynoga kotka. Radzi sobie świetnie i jest ulubienicą wszystkich – i ludzi i zwierząt. Komuś może wydawać się niestosowne porównanie człowieka do szczura czy kota, ale… z logicznego punktu widzenia, człowiek też radzi sobie w życiu po stracie kończyny, czy innego rodzaju wypadku. Paraolimpiada jest tego dowodem. Nie brzydzą mnie zdjęcia ludzi, którzy bez jakiejś kończyny (czy wielu kończyn) stoją na podium. Nie brzydzi mnie też to, jak ćwiczą, trenują itd. Tak, jak napisałam w liście do czytelnika, jestem z nich wszystkich dumna! Dla mnie to są prawdziwi sportowcy. Natomiast faktem jest, że niepełnosprawni ludzie mają trudniej niż zwierzęta, bo chociaż w świecie zwierząt są przypadki, że stado odrzuca chorego osobnika, to są też i takie sytuacje, gdy opiekują się kaleką. Przypomnę tylko bociana, który chorej żonie zbudował gniazdo na ziemi. A my przecież aspirujemy, by być kimś lepszym od zwierząt, prawda? Przecież głosimy, jako humaniści, że człowiek to brzmi dumnie. A jednak to my sami stygmatyzujemy ludzi! My zdrowi.

fot. Fakt

Wczoraj, jadąc do pracy, zatrzymałam się na światłach i minęła mnie para. On po paraliżu dziecięcym, więc idący przez pasy niemal na palcach, z nogami zgiętymi w kolanach, z mocnym przykurczem, a ona zdrowa, bardzo ładna i zgrabna – niczym modelka. Szli za ręce. Pomyślałam, że chciałabym zobaczyć taką parę w odwrotnej konfiguracji. Żeby to ona była po dziecięcym paraliżu, a on zdrowy i przystojny, jak młody bóg. I doznałam olśnienia, że chyba w płci tkwi problem. Autorem tekstu jest facet. I nie ważne, że na wózku. To w ogóle go nie usprawiedliwia, ale poniekąd tłumaczy. Faceci rzadko wiążą się z kalekimi kobietami, rzadko też zostają z nimi, gdy rodzi im się kalekie dziecko. Mężczyźni uciekają od takich obrazków i takich przeżyć. Gdy sami zostają kalekami chcą za wszelką cenę udowodnić swoją pełną sprawność. Ten wpis na blogu Adama Pietrasiewicza jest jednym z dowodów na to. Najlepiej zamieść niepełnosprawnych pod dywan. A zwłaszcza kobiety. „Ja też z zachwytem patrzę na piękne sprawne kobiety, i to takie właśnie mi się podobają.” – napisał autor.

fot. niepełnopsrawni.org

A przecież fakt, że ludzie z kalectwem walczą nie tylko ze swoimi słabościami, ale i rywalizując z innymi, jest pięknym przykładem nie tylko dla innych kalek, ale i dla nas – zdrowych. Przykładem, by nie poddawać się. I tyczy to wszystkich dziedzin życia. Powinno być takie przykazanie. Jedenaste: nie poddawaj się! Może było na jednej z tych tablic rozbitych przez Mojżesza?

fot. Facebook

fot. Facebook

fot. facebook

Fot. facebook

PS A olimpiady i paraolimpiady nie oglądałam z braku czasu. Ostatnio mam go coraz mniej.

Skaner i psie cycki

Wyczytałam ostatnio w sieci historie o pewnym dziennikarzu, który wytknął pewnemu prawicowemu portalowi reklamę serwisu randkowego z Ukrainkami. Internauci natychmiast zwrócili uwagę, że takie reklamy są dobierane m.in. według stron, które wcześniej odwiedzał internauta. Dziennikarz zapewnił, że takich portali nie odwiedza. To mnie zainteresowało. Jak to jest z tymi reklamami? Gadałam wczoraj przez telefon z infolinią banku, więc oczekując na połączenie z kolejnym doradcą, postanowiłam zajrzeć na ów prawicowy portal, by przekonać się, kto w sporze ma rację. Internauci, czy dziennikarz? Moim oczom ukazała się reklama skanera negatywowego na portalu sklepu Conrad. Gdy odświeżyłam stronę wyskoczyła mi karma dla kotów. Tego się spodziewałam. Zabrakło tylko książek. Bo nie dalej jak miesiąc temu w sklepie internetowym Conrad kupiłam konwerter kaset magnetofonowych oraz poszukiwałam skanera negatywowego, który ostatecznie kupiłam na allegro, bo taniej. Trzy dni temu poszukiwałam karmy dla kotów, którą polecił mi kolega. Codziennie szukam w sieci jakichś książek. Skanuję negatywy! Ale jazda! Witajcie w latach 70! #dom #skaner #negatywy Cóż… Google AdSense dobiera reklamy wg tego, czego szukamy. Zauważyłam to dawno temu, kiedy w internetowych księgarniach sprawdzałam rozpiętość cen moich książek. Potem na każdej stronie wyświetlały mi się reklamy tego, co napisałam wkurzając przy tym niemiłosiernie. Dlatego dziwię się dziennikarzowi, że tego nie wie i brnie w zaparte, że nie ogląda serwisów randkowych. Mógłby przyznać, że raz zajrzał, bo potrzebował do jakiegoś dziennikarskiego materiału i ludzie daliby mu spokój. A tak, facet poszedł w zaparte. Chyba, że… naprawdę tam nie zaglądał. A wtedy powstaje pytanie: Kto korzysta z jego komputera, pod jego nieobecność? Odpowiedź znalazłam w sieci.

PS I taką mam refleksję dzięki skanerowi „reflecta”.

Zmartwychwstanie stulatka

To film, który robiłam ponad półtora roku, bo same zdjęcia trwały półtora roku. Dokładnie tyle – ile remont instrumentu.

Zmartwychwstanie stulatka”

emisja na antenie TVP WARSZAWA: 22 sierpnia g. 21:15

Można będzie oglądać online na stronie 
http://warszawa.tvp.pl/

scenariusz, reżyseria, zdjęcia i dźwięk: Małgorzata Karolina Piekarska
montaż: Bożena Świerż
kierownictwo produkcji: Barbara Kubicka
Występują: Bogdan Bąberski, Mariola Bąberska, Marek Michalski, Piotr Majchrzak, Małgorzata Karolina Piekarska i Zacharjasz Muszyński.

To mój osobisty, autorski film dokumentalny przedstawiający historię stuletniego pianina i jego renowację. Pochodzące prawdopodobnie z szabru pianino szczecińskiej firmy Ewald Herzog trafiło do jej rodziny w 1945 roku. Zakupione w 1945 roku przez Eugeniusza Chodkowskiego dla siostrzeńca Andrzeja Przytulskiego było używane przez prawie 40 lat. Od śmierci właściciela, czyli od lat osiemdziesiątych instrument stał nieużywany i służył za mebel. Wreszcie rodzina podarowała je autorce filmu i tu zaczęła się nowa historia instrumentu. Stare, zdezelowane pianino po półtora roku prac konserwatorskich w pracowni mistrza Bogdana Bąberskiego, wreszcie zmartwychwstało. Jak brzmi?

image1 (3) Film jest opowieścią nie tylko o pianinie, ale też o spełnianiu się marzeń. O pianinie marzyłam całe życie. Wreszcie mam. Próbuję nawet grać.