Archiwa kategorii: Dziennikarstwo

życie dziennikarskie

Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Obłęd technologiczny, czyli internet w głuszy

Kilka lat temu namówiłam kolegę na kupno działki nad Liwcem. Gdy mu podałam zalety: las, rzeczka, stacja kolejowa i do Warszawy tylko 70 km, a pociąg z Wileńskiej jedzie godzinę, stwierdził, że kupuje i powiedział: „Ale będziesz przyjeżdżać tam pisać?” Obiecałam, że będę. Jednak przyjechałam dopiero teraz. Mam do pisania to, na co dostałam stypendium artystyczne MKiDN. Ale też mam pewne obowiązki zawodowe, bo stypendium kiedyś się skończy, a żyć nadal trzeba mieć z czego. Muszę więc odsyłać do pewnej redakcji zredagowane teksty. Bez internetu jednak ani rusz. Byłam na tej działce wcześniej. Komórka miała zasięg, a i maila w komórce tam odbierałam. Postanowiłam, że ponieważ kończy mi się umowa z Play na internet na kartę, więc ją przedłużę i… obniżę abonament. Przecież z tego internetu korzystam tylko na wyjazdach gdzie nie ma Wi-FI. Tak też zrobiłam. Przedłużyłam umowę na półtora roku i… spakowawszy siebie, rzeczy do pracy, śpiwór, mnóstwo koców i narzut oraz żarcie na dwa tygodnie tudzież sukę w odpowiedni transporter – pojechałam. Pół dnia się rozpakowywałam. Podejmowałam strategiczną decyzję gdzie spać (wygrała opcja z suką na werandzie). Wreszcie… przygotowałam sobie stanowisko do pracy, siadłam i… najpierw okazało się, że z domu zapomniałam zasilacza do laptopa, a dodatkowo jeszcze wyszło na jaw, że internetu to tu jest zdecydowanie brak. Modem działa, ale Play nie ma tu zasięgu. Połączyłam się przez komórkę (też w Play). Rwało, ale coś tam było. Jednak tak pracować się nie dało. Coś co robiłam 20 minut nagle zaczęło mi zajmować 4 godziny. Zadzwoniłam na infolinię Play z pytaniem jak to jest z ich zasięgiem internetu. Uprzejma pani powiedziała mi, że w tej miejscowości, w której jestem (musiałam podać kod pocztowy) zasięgu nie mają, że tam zasięg mają inne sieci, ale nie powie mi które. Przyjaciel, który w swoim czasie był na kierowniczym stanowisku w jednej z firm telekomunikacyjnych sprawdził które sieci mają tam maszty i powiedział, że są to T-Mobile z Orange, które mają wspólne maszty oraz Plus. Poradził, bym kupiła dwa startery (Orange lub T-Mobile oraz Plus), przyjechała z nimi na miejsce, sprawdziła, który ma lepszy zasięg i dopiero wtedy ten z lepszym zasięgiem doładowała. Była sobota popołudnie. Gdzie tu w centrum Polski w okolicy klasycznego mazowieckiego leśnego Pierdziszewa kupić starter do T-Mobile, Orange lub Plus i jeszcze go zarejestrować? Przyjaciel powiedział, że można to zrobić na stacji benzynowej. Zajaśniało więc słońce. Po południu Panicz Syn, który przywiózł mi z Warszawy zasilacz, został z suką na włościach, a ja pojechałam na poszukiwanie startera do internetu. Stacja benzynowa była kilkanaście kilometrów od mojej głuszy. Na miejscu pani powiedziała mi, że kupić starter mogę, ale tylko do T-Mobile, zaś co do rejestracji to nie jest pewna, bo jakiemuś panu dziś rejestrowała i nie udało się. Zaproponowała, że najpierw spróbuje mi zarejestrować, a dopiero jak się uda będę musiała zapłacić 5 złotych za starter. Tak też się stało. Objechałam jeszcze dwie stacje benzynowe (zajęło mi to wszystko 1,5 godziny) i stwierdziwszy, że poza tym T-Mobile nic więcej nie uświadczę zjechałam z powrotem do głuszy. Panicz Syn zrobił mi herbatę, a ja zajęłam się internetem. No i dopiero wtedy zaczęły się schody. Była godzina 19:00…

Po włożeniu karty w modem szybko okazało się, że internet jest. Słaby, bo słaby, ale lepszy niż w komórce. Doładować go można, ale… jak zmienić pakiet? To można zrobić tylko wysyłając SMS. Jak wysłać SMS z modemu? Teoretycznie przez stronę internetową, która pojawia się, gdy podłączę modem do komputera. Jest jeden problem. Do odbioru i wysyłania SMS strona żąda loginu i hasła do modemu, a ja nie wiem co wpisać. Gdy korzystam z modemu w sieci Play nigdy nie używam go do SMS. Nie wiem więc czy to żądanie modemu, czy może jednak sieci T-Mobile? Czytam wnikliwie całe opakowanie od startera T-Mobile. Jest tam podany numer: „Masz pytania? Skontaktuj się z nami”. Dzwonię do T-Mobile. Teraz drobna dygresja. T-Mobile jest to sieć, do której mam uraz z czasów, gdy jeszcze nazywała się Era. Opisywałam w swoim czasie burzliwe rozstanie z tą siecią. Głosu młodzieńca, który pouczał mnie, że dorosłość polega na tym, że przewiduje się utratę pracy, chorobę etc., a moja prośba o renegocjowanie warunków umowy i zmniejszenie abonamentu jest znanym mu skamleniem, poza tym jest bezczelna i niedojrzała, do dziś brzmi mi w uszach. Dlatego na samą myśl o kontakcie z tą infolinią muszę brać trzy głębokie oddechy. Wreszcie dzwonię. W słuchawce muszę wysłuchać komunikatu, że mam obowiązek rejestrować telefon na kartę. Zgrzytam zębami, bo po pierwsze wiem, a po drugie przecież zarejestrowałam. Potem automat informuje, że w związku z dużą liczbą interesantów czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi poniżej minuty. Oddycham z ulga. Słucham głupiej muzyczki, by po dwóch minutach dowiedzieć się, że ten czas oczekiwania wynosi… powyżej minuty, a po kolejnych dwóch znów usłyszeć, że poniżej i tak mija mi dobre dziesięć minut. Wreszcie młody człowiek, mający mnie ewidentnie za technologicznego głąba, po wysłuchaniu mojej historii informuje, że aby założyć konto na stronie lub wybrać pakiet powinnam… wysłać SMS. Opadają mi ręce. Zgrzytam zębami, ale cierpliwie tłumaczę wszystko jeszcze raz od początku. O modemie, który nie jest smartfonem i o tym, że jestem w lesie. Młody człowiek załapuje po jakimś czasie. Potem próbuje mi wmówić, że ów modem z Play ma simlocka. Informuję go, że na pewno nie ma, bo gdyby miał to bym się przez niego z internetem nie połączyła. Młody człowiek na chwilę milknie. Spytany co by zrobił na moim miejscu (skoro komputer nic mu nie podpowiada) radzi przełożyć kartę na chwilę do innego telefonu i wysłać z niego SMS. Pomijam już, że karta do modemu jest rozmiarów zwykłej karty SIM, a do mojego telefonu trzeba Nano SIM, więc czeka mnie w najlepszym razie zabawa ze zmienianiem rozmiarów karty. Ale cóż… panu na infolinii chyba wydaje się, że w środku lasu telefony po prostu rosną na drzewach. Na sośnie HTC, a na dębie iPhone. Nokia pewnie na lipie. Wzdycham ciężko. Pozostaje bowiem problem. Jak włożę kartę (po zmianie jej rozmiarów) do mojego telefonu, to w razie pytań nie będę miała innego aparatu do zatelefonowania. Starter jest tylko na internet. Pan nie ma innego pomysłu. Żegnam się więc z nim. Na szczęście jest jeszcze przy mnie Panicz Syn. Wkłada kartę do swojego telefonu. Próbuje wysłać SMS. Otrzymuje informację, że… nie jest to możliwe. Znów dzwonię na infolinię T-Mobile i ponownie po wysłuchaniu komunikatu, że mam zarejestrować kartę, a także po ponownym wysłuchaniu muzyczki oraz szeregu informacji, że oczekiwanie na połączenie poniżej jednej minuty, po kolejnych dziesięciu łączy mnie z kolejnym młodym człowiekiem, który informuje mnie, że na karcie zapewne nie ma już 5 złotych, które miała na starcie, bo korzystałam z mało korzystnego pakietu internetowego 1GB za 5 zł, więc część tych 5 złotych juz została wykorzystana, a żeby wysłać SMD muszę 5 złotych na karcie mieć. Zamknięte koło. Karta zostaje doładowana. Ale jak aktywować korzystniejszy pakiet? No i jak w ogóle założyć konto na T-Mobile na kartę, żeby kontrolować wydatki i w razie czego bez problemu sobie doładowywać? Trzeba wysłać ten cholerny SMS. Znowu mam przekładać kartę? Dzwonię do Play spytać o ten modem. Czy jest jakaś możliwość wysyłania z niego SMS? W Play (w przeciwieństwie do T-Mobile nie czekam na lini wysłuchując durnych i kłamliwych komunikatów o czasie oczekiwania poniżej minuty) natychmiast podają mi login i hasło do modemu. Trochę w tym wszystkim mojej winy, bo jest ono podane w modemie pod baterią, ale nigdy nie zwróciłam na to uwagi. W każdym razie była 20:30, gdy wreszcie udało mi się wysłać SMS, odebrać zwrotny z hasłem i aktywować korzystny pakiet, a nawet założyć konto na T-Mobile. Jest internet w głuszy. Wprawdzie jakoś pozostawia wiele do życzenia, ale… łączność ze światem jest. Jednak przez kilka godzin przezywałam prawdziwie technologiczny obłęd. Najpierw szukając startera, a potem instalując to wszystko.

PS Na zdjęciu widok z głuszy na moje leśne biuro.

Jednak spałam na tarasie. O 1 w nocy się tu przeniosłam. Teraz czytam. Pisać nie mogę, bo zasilacz został w domu. Panicz Syn obiecał przywieźć. #wyjazd #weranda #las #liwiec #rzeka

Tak przykro, że słów brak, czyli o obecnych reporterach TVP

Bardzo rzadko piszę tu o polityce. Wynika to z prostego faktu, że uważam WSZYSTKIE partie polityczne za legalnie działające mafie, na które niestety wszyscy płacimy podatki. Obecna partia rządząca (na którą nie głosowałam, ale po wygranej w wyborach jako państwowiec dawałam szanse) nie jest wolna od tego grzechu mafijności, o czym przekonałam się, gdy jeszcze współpracowałam z TVP i widziałam, że „swoi” zarabiają krocie, obcy są „brani głodem”, by oddalili się czym prędzej gdzie pieprz rośnie. Oddaliłam się więc pisząc na koniec stosowny list do Pana Prezesa, na który do dziś nie otrzymałam odpowiedzi. Ale nie jestem człowiekiem rządzących. Jestem niczyja.

Niestety zastąpiono mnie (i kilkuset innych reporterów) takimi „dziennikarzełkami”, że wyć się chce, obserwując ich poczynania.

Oto kilka godzin temu Adam Kądziela z młodzieżówki partii Nowoczesna zamieścił na twitterze filmik pokazujący zachowanie dwóch młodych reporterów TVP Info: Filipa Styczyńskiego i Lucjana Ołtarzewskiego na czwartkowej demonstracji przed Sejmem. Młodzi reporterzy pokazywali niestosowne gesty demonstrantom i robili sobie w trakcie tzw. „sweetfocie”. Pierwszy raz od odejścia z TVP popłakałam się z jej powodu, choć grozę budziły już manipulacje jakich dopuszczają się programy informacyjne w TVP. Do tej pory była to domena TVN. Pisałam kiedyś o tym, jak wyglądała prawda o bohaterach pewnego reportażu, który realizowałam, a co zobaczyłam na antenie TVN w ich materiale filmowym. Teraz ta sama manipulacja jest w telewizji publicznej. W „Wiadomościach” królują wybrane, wyrwane z kontekstu wypowiedzi z odpowiednim komentarzem napisanym pod tezę. Oczywiście z komentarzem negatywnym i szkalującym tych, którzy mają inne zdanie niż rząd sprawujący władzę nad telewizją narodową.

Jednak zgodnie z zasadą „nie mój las – nie moje małpy” machałam na to ręką. Przełączałam kanały, oglądając filmy, seriale i programy przyrodnicze. Jednak to, co pokazały nagrania Adama Kądzieli sprawiło, że po raz kolejny załamałam się.

Oto na moich oczach w nagraniu wykonanym komórką widzę dwóch młodych ludzi, którzy na demonstracji wykonują nieprzyzwoite gesty w stosunku do demonstrantów.

Moim zdaniem chyba nikt nigdy w historii TVP tak jej nie opluł jak te dwa niedojrzałe smarkacze. Przez 21 lat pracy jako reporterka TVP byłam na setkach demonstracji i z wieloma demonstrantami się nie zgadzałam, ale nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, by się tak w stosunku nich zachowywać. Uczono mnie szacunku do demonstrujących. Dlatego nie wyzywałam starszych pań, które na słynnym ingresie Stanisława Wielgusa wbijały mi między żebra parasolki tylko dlatego, że widziały na towarzyszącej mi kamerze logo TVP. Z tego samego powodu jedna z nich napluła mi w twarz. Nie wykonałam w jej stronę żadnego gestu. Choć to zachowanie bolało mnie i psychicznie i fizycznie, a do domu wróciłam posiniaczona. Nie wyzywałam ludzi, którzy na marszu w obronie Telewizji Trwam wgniatali mnie w ścianę miażdżąc żebra. Tylko popłakałam się w samochodzie, bo było mi przykro. Jechałam do Muzeum Niepodległości a tu odmawiano mi miłości do ojczyzny, zarzucano, że nie jestem patriotką.

Nie odpowiadałam pluciem na narodowców, którzy pluli na mnie, gdy filmowałam ich, kiedy podczas parady równości skakali i krzyczeli: „kto nie skacze jest pedałem. Hej! Hej! Hej!” Z pokorą odbierałam ich petycję z korkiem do zatykania tyłka, choć uważałam i uważam to za chamstwo.

Kiedyś reporter TVP miał wpajane, że ma relacjonować wydarzenia, a nie je interpretować i oceniać. A już nie do pomyślenia było, aby je oceniał takimi gestami. Nawet, gdy gdzieś byłam prywatnie uważałam, że powinnam zachowywać się godnie, bo może ktoś mnie rozpoznać, jako reporterkę TVP, więc obowiązują mnie wysokie standardy. Dlatego starałam się być grzeczna w sklepach, urzędach, na bazarach etc. Tym dwóm młodzieńcom (bo określenie „panowie” jest w moim języku zarezerwowane jednak dla panów a nie osób zachowujących się jak chamy) zabrakło dobrego wychowania. Nie wynieśli go z domu, ale mogli z redakcji. Szkoda, że się tak nie stało, ale mocno zastanawiam się czy nie jest to wynik tego, że kiedyś trzeba było terminować dwa lata, by samemu pojechać z kamerą na temat. Moje koleżanki nosiły za redaktorami kasety zanim same dostąpiły zaszczytu zrealizowania własnego tematu. Teraz ten czas się skrócił do kilku dni. Odeszłam z TVP w kwietniu. Nie kojarzę żadnej z tych twarzy z telewizyjnego korytarza, a przecież jeszcze w listopadzie 2016 realizowałam tematy dla TVP Info o odzyskaniu przez Polskę Niepodległości wysłuchując, bym nie nagrywała dyrektora z Muzeum Niepodległości, bo jest „nie z tej opcji politycznej”. Kiedy więc ci młodzi ludzie przyszli do TVP? Jak to jest, że polityk Nowoczesnej ich rozpoznał jako reporterów? Musieli już gdzieś pojawiać się z kamerą. Wirtualnemedia twierdzą, że robili materiały do „Minęła 20”. Kto im na to pozwolił? Nie wiem. Wiem, że wszyscy widzimy efekty tak skróconej ścieżki kariery. Zero kindersztuby, moralności i szacunku do stacji, w której się pracuje. Płakać się chce!

PS Wiem, że szef Klaudiusz Pobudzin ich zwolnił, ale moje pytanie brzmi: kto tak szybko pozwolił im poczuć się reporterami? A o Pobudzinie nie napiszę ni słowa.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.