Archiwa kategorii: Życie prywatne

życie prywatne

Gnębiona za winy sąsiada

Wiele tygodni temu z wielkim zdumieniem odebrałam telefon z firmy windykacyjnej z prośbą o kontakt z… sąsiadem. Zadzwoniono na moją prywatną komórkę. Z sąsiadem łączył mnie tylko adres domu, gdyż wiele, wiele lat temu miałam działalność gospodarczą, która była zarejestrowana pod adresem mojego miejsca zamieszkania. Mieszkam w malutkiej kamienicy, którą wybudowała moja prababcia. Kamienica ma cztery mieszkania. W jednym z mieszkań mieszkał pewien sympatyczny sąsiad, który jak się okazało trafił na listę dłużników tej firmy. W tej opowieści nie jest zresztą ważne, czy słusznie czy niesłusznie. Sąsiad nie był moim krewnym. Ani nawet powinowatym. Nie był również zatrudniony przeze mnie w mojej jednoosobowej firmie. Na dodatek kilka lat temu sąsiad wyprowadził się. Adresu nie znam. Wiem tylko mniej więcej gdzie. To „mniej więcej” to kilka hektarów podwórek i bloków – głownie stumieszkaniowych wieżowców. Dlatego poinformowałam dzwoniącą panią, że nie mam kontaktu z panem, że był moim sąsiadem, ale od wielu lat nie jest i nie mam do niego ani telefonu ani nie znam adresu. Wydawało mi się, że sprawa jest wyjaśniona. Niestety. Telefon z prośbą o kontakt z sąsiadem odebrałam jeszcze kilka razy. Po trzecim telefonie zablokowałam dzwoniący numer. Po czwartym telefonie, który nastąpił z innego numeru, nie tylko zablokowałam numer, ale zapisałam adres firmy i wysłałam list z prośbą o zaprzestanie nękania. Po piątym telefonie, którego numer również zablokowałam, wysłałam ponownie list, ale tym razem było to już żądanie zaprzestania nękania, do którego dodałam informację, że w przypadku braku odpowiedzi na mój list ze strony firmy skieruję sprawę do sądu. Równocześnie zamieściłam na swoim oficjalnym fanpage’u na portalu Facebook następujący post, w którym oznaczyłam nękającą mnie firmę:

Sprzeciw!
Od wielu miesięcy trwa nękanie mnie telefonami przez wydzwaniającą z różnych numerów firmę (tu nazwa)​ w sprawie długów mojego sąsiada, którego nazwisko pominę, gdyż uważam, że obowiązuje coś takiego jak ustawa o ochronie danych osobowych, zwłaszcza w tak drażliwych tematach jak długi.
Niestety średnio co dwa tygodnie, na mój prywatny telefon nr 602617897, (którego jestem właścicielką od 1997 roku i który nigdy nie należał do innego abonenta), wydzwania do mnie ktoś z firmy (tu nazwa) w sprawie długów mojego byłego sąsiada i żąda kontaktu z nim. Pomijam, że tymi telefonami powiadomili mnie, czyli obcą osobę, że ów pan ma długi.
Oświadczam natomiast, że nazywam się Małgorzata Karolina Piekarska. Nie jestem krewną, ani powinowatą swojego (byłego) sąsiada. Jedyne co nas łączyło, ale już nie łączy, to ta sama klatka schodowa. Uważam, że wydzwanianie do sąsiadów w sprawie czyichś długów jest chamstwem. Wydzwanianie do nich w celu uzyskania kontaktu z dłużnikiem jest również chamstwem. A gigantycznym chamstwem jest kontynuowanie tego procederu mimo wielokrotnych informacji, że sąsiad wyprowadził się wiele lat temu i nie mam z nim kontaktu, gdyż nie zostawił do siebie ani telefonu ani adresu.
Ponieważ firma (tu nazwa) nie odpowiada na moje listy, ignoruje również wielokrotnie powtarzane prośby o niewydzwanianie do mnie w sprawie długów sąsiada, dlatego publicznie żądam zaprzestania tego procederu i ostrzegam, że w przypadku ponawiania kontaktu ze mną w celu uzyskania kontaktu z byłym sąsiadem, którego adres i telefon nie są mi znane, powiadomię o nękaniu policję.
Nie wykluczam też skierowania sprawy do sądu z powództwa cywilnego.

Po tym poście odezwało się do mnie bardzo wiele osób, które opowiedziały bądź opisały swoje „przygody” z w/w firmą. Wynikało z nich jedno. To się może nigdy nie skończyć. Firma bowiem często ściga za długi przeterminowane a nawet nie istniejące.

Jakież było więc moje zdumienie, kiedy po mniej więcej 10 dniach przyszła odpowiedź:

Szanowna Pani,
Nawiązując do korespondencji otrzymanej drogą elektroniczną, dotyczącej wykonywanych połączeń telefonicznych na numer 602617897, firma (tu nazwa, adres i KRS) informuje, iż numer telefonu, którego Pani jest właścicielem został trwale usunięty z naszej bazy. Dbając o wysoki poziom obsługi, pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności wynikające z zaistniałej sytuacji. Zapewniamy, iż podobna sytuacja nie będzie miała miejsca w przyszłości. Mamy nadzieję, że podjęte działania wychodzą naprzeciw Pani oczekiwaniom.
W przypadku pytań prosimy o kontakt po numerem telefonu…

I tak sobie myślę, że to miłe, że odpowiedzieli i obiecali zaprzestać, ale przykre, że musiałam grozić sądem, oznaczać na Facebooku i pisać listy. Powinna wystarczyć pierwsza informacja, że telefon, na który dzwonią jest telefonem byłej sąsiadki. A tak w ogóle to co to za zwyczaj docierania do dłużnika przez… sąsiadów? To w tym wszystkim jest największa granda!

Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.

Jednak wolę minusy

Miałam trzy, może cztery lata, gdy rodzice, bacznie mi się przyglądając, stwierdzili, że czasem jedno oko leci mi w bok, czyli… mam zeza. Postanowili pójść ze mną do okulisty. Wtedy najlepsza w Warszawie okulistka przyjmowała w przychodni na ulicy Lwowskiej w Śródmieściu. Kamienica, w której mieściła się przychodnia była stara i bardzo piękna. Ogromne wrażenie robiła na mnie zwłaszcza klatka schodowa z pięknymi schodami i poręczami. Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszą wizytę – bardzo długo czekałam w kolejce. Wreszcie pani doktor obejrzała mnie i przepisała okulary, a także ćwiczenia korygujące zeza, na które przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie. Ćwiczenia polegały na tym, że patrzyłam w lupy specjalnego aparatu. Jednym okiem widziałam psa, a drugim budę. Ręce trzymałam na dwóch gałkach i, ruszając nimi, starałam się „wprowadzić” psa do budy. Po kilku próbach nudziło mnie to, więc pani doktor zmieniała obrazki i wtedy w jednej lupce pojawiał się pajacyk ze szmatką w prawej ręce, a w drugiej taki sam pajacyk, ale z kółkiem w lewej ręce. Moim zadaniem było zrobienie z dwóch pajacyków jednego. Takiego ze szmatką w prawej i kółkiem w lewej ręce. Te ćwiczenia najpierw wydawały mi się fajne, ale gdy co dwa tygodnie musiałam je powtarzać, męczyły. Okulary mi nie przeszkadzały, bo lepiej dzięki nim widziałam, ale dość szybko zorientowałam się, że w nich jestem inna, a dzieci nie lubią innych. Zaczęło się w przedszkolu, z którego wróciłam do domu z pytaniem, co to znaczy „okularnik”. Mama od razu domyśliła się, o co chodzi, ale chyba udawała, że nie wie, bo jej wyjaśnienie brzmiało, że jest to wąż. W encyklopedii Orgelbranda pokazała mi rysunek przedstawiający takiego węża. To mi w ogóle nie pasowało. Wąż? Ja? Na szczęście dzieci w przedszkolu po jakimś czasie przyzwyczaiły się do moich okularów. Gorzej było na wakacjach w rodzinnej miejscowości babci Konstancji, czyli w Zwierzyńcu nad Wieprzem. Tam moja daleka kuzynka nazwała mnie ślepą. Popłakałam się. Tak chciałam, by mnie polubiła. Ona miała długie, złote włosy i grzywkę zaplataną w warkoczyk i przypinaną wsuwką. Przy niej czułam się nieatrakcyjną szarą myszką. Tymczasem ona nie chciała się ze mną bawić. Jej zdaniem byłam brzydka, no i nosiłam okulary. To przekonanie o braku urody zostało mi do dziś. Na szczęście z wiekiem polubiłam okulary.

To fragment moich niepublikowanych wspomnień o tym, jak zostałam pisarką. Wspomnień opisujących moje życie do chwili, gdy skończyłam 8 lat, kiedy podjęłam życiową decyzję, że chce pisać i zaczęłam postanowienie wcielać w życie. Powyższy fragment przytoczyłam ze względu na okulary.

Od pierwszych moich okularów minęło bowiem ponad 45 lat. Przez ten czas zmieniło się wiele, także w medycynie, a co za tym idzie w okulistyce. Już wiem, że zez wynikał (i wynika) z braku obuoczności widzenia. Nie mam połączonych ze sobą w mózgu nerwów wzrokowych. Na otwieranie czaszki i grzebanie w mózgu raczej się nie zgodzę, choć z tegoż powodu wada wzroku powiększa mi się i teraz wynosi -4,5. Kilka dni temu okulistka (siostrzenica zresztą) przepisała mi recepty na okulary o mocy -4. Na mocniejsze mam je zmienić najwcześniej za pół roku. Ten brak obuoczności widzenia powoduje też, że bez okularów zezuję mocniej. Dlatego bardzo rzadko noszę szkła kontaktowe, które po prostu mnie męczą. Chyba, że… mam do nich zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Ze szkieł przeważnie korzystam na basenie, w czasie wycieczek rowerowych etc. Pewnie dlatego jakoś nigdy nie kupiłam sobie porządnych okularów przeciwsłonecznych, co z kolei powodowało, że rzadko korzystałam ze szkieł kontaktowych, bo nie lubię zezować. Teraz, przy okazji zmiany wszystkich par okularów, ponieważ na wstawienie nowych szkieł w oprawki trzeba poczekać kilka dni, więc postanowiłam zmienić także to. Korzystając z posezonowych wyprzedaży kupiłam porządne okulary przeciwsłoneczne, by móc czasem założyć szkła kontaktowe. No i… założyłam. Przyznam, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek siedziałam w szkłach kontaktowych przed laptopem, raczej jeśli już, to przed komputerem stacjonarnym. Pewnie dlatego nie miałam kłopotów z widzeniem. Tym razem okazało się, że w szkłach nie jestem w stanie obciąć sobie skórki przy paznokciach. Nie jestem też w stanie przeczytać czy napisać czegokolwiek na laptopie. Musiałam poważnie odsuwać się od monitora, a wtedy nie sięgałam dłońmi do klawiatury. Mało tego! Okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać nic na smartfonie. Była sobota, kiedy założyłam szkła. Chodzenie po ulicy super, ale… jak w nich pisać na komputerze? Pobiegłam do Rossmana po okulary do czytania. Wybrałam najtańsze o mocy +1 i okazało się, że mając szkła kontaktowe mogę dzięki nim czytać na komputerze i smartfonie. Stwierdziłam jednak, że taki zestaw będzie ostatecznością. Dlatego natychmiast wydłubałam z oczu szkła kontaktowe. Będę z nich korzystać wtedy, gdy będę wiedzieć, że przede mną wizyta w kinie lub teatrze, a nie długie pisanie.

A ponieważ droga do Rossmana wiodła przez bankomat, z którego chciałam skorzystać używając kodu blik, co z powodu szkieł kontaktowych jednak proste nie było, więc refleksję mam taką. Wolę jednak być krótkowidzem. Owszem, nie jestem w stanie oglądać bez okularów telewizji, nie mogę prowadzić samochodu, ale mogę czytać i pisać, a to dla mnie zdecydowanie najważniejsze.

Napisałam zaś to wszystko m.in. dlatego, że tyle osób namawia mnie na operację krótkowzroczności, a ja do tej pory wahałam się. Jednak po opowieści przyjaciółki, która zoperowała sobie taką wadę wzroku, a po kilku latach od operacji musiała zacząć nosić okulary do czytania oraz po moim ostatnim własnym doświadczeniu ze szkłami kontaktowymi, jednak się nie zdecyduję. Wiem dobrze, jak to jest być krótkowidzem, a teraz poznałam czym jest dalekowzroczność. I stwierdzam, że ta lepsza jest w życiu, a nie w okulistyce.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

5 minut spóźnienia, czyli kwadrans przed końcem pracy

Ponieważ od ponad 20 lat nie mam etatu, a od ponad 8 nie mam działalności gospodarczej, więc nie opłacam sobie ZUS. Emeryturę i tak będę mieć najmniejszą z możliwych, więc dalsze ubezpieczanie się emerytalnie nie ma już sensu, zaś ubezpieczenie zdrowotne w NFZ to jakiś horror, bo nie dość, że drogie to terminy wizyt straszne o czym bez przerwy wysłuchuję od koleżanek i kolegów. Owszem, przydałoby się czasem mieć zniżkę na leki, ale póki co żadne nie są mi potrzebne. Żebym jednak tak zupełnie nie była bez lekarza to wykupiłam wiele, wiele lat temu pakiet medyczny dla rodziny. Dla naszej trójki wynosi on 464 złote miesięcznie. Kiedy były momenty chude to zgrzytaliśmy zębami, ale… i tak się opłaca, bo pakiet obejmuje pełen zakres usług z niemal wszystkimi badaniami, a także pobytem w szpitalu włącznie. Mam wrażenie, że wiele razy mi się to zwróciło, bo jedna wizyta u specjalisty kosztuje ok. 150 złotych, a już tyle razy skorzystaliśmy z różnych lekarzy, że dawno przestałam to liczyć.

Dziś po raz kolejny miałam umówioną wizytę. Tym razem u ortopedy w POLMEDZIE na Targowej. Wszystko na ten mój pakiet. Co mi dolega?

Jakieś trzy tygodnie temu zaczęła boleć mnie pięta, jakby mi ze środka wyłaziły sztylety. Byłam jednak wtedy poza Warszawą, na mazowieckiej wsi, gdzie opiekowałam się działką kolegi. Pięta nie bolała mnie zresztą bez przerwy a tylko przy niektórych ruchach, nie w trakcie chodzenia, nie jest to ból podeszwy etc., więc postanowiłam nie panikować tylko poczekać aż wrócę z wakacji. W sprawie umówienia wizyty zadzwoniłam 16 sierpnia. Wizytę umówiłam na dziś (21 sierpnia) na 11:45. Byłabym w przychodni wcześniej, ale pod przychodnią zaparkować trudno, więc trochę mi się zeszło na szukaniu wolnego miejsca i do recepcji wparowałam punktualnie o 11:45. Kolejki nie było, ale pani dała mi do wypełnienia jakąś ankietę. Zajęło mi to 5 minut. Te 5 minut wystarczyło, by pan doktor, który miał zbadać mi piętę opuścił przychodnię. O 11:50 pocałowałam klamkę od jego gabinetu. Pani z recepcji ospale zaczęła szukać doktora mówiąc, że przyjmuje do 12:00, więc zaraz wróci. Powiedziałam jej, że pacjenci siedzący w korytarzu twierdzą, że wyszedł z teczką i powiedział głośno „do widzenia”. O 11:55 pani recepcjonistka zaczęła dzwonić do pana doktora, by usłyszeć od niego, bym przełożyła wizytę. Niestety… płacę to wymagam! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd. Próbowano zrzucić winę na mnie, że przyjechałam za późno. Pokazałam SMS, który dostałam od umawiającej wizytę konsultantki, który brzmiał, że wizyta o 11:45 i o tej byłam. Przy okazji zwróciłam uwagę, że cały czas na blacie leży moja ankieta z moimi danymi osobowymi, które każdy może sobie przeczytać. Wściekła zażądałam książki skarg i zażaleń. Pani z recepcji podniosła się ospale i pomaszerowała do pokoju kierownika przychodni. Po chwili wróciła i kazała poczekać pod drzwiami, bo kierownik rozmawia przez telefon. Było po 12, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła pani kierowniczka z pytaniem o co chodzi. Powtórzyłam całą sytuację, że pan doktor skończył pracę przed czasem i mnie nie przyjął, bo zostałam przetrzymana w recepcji na wypełnianie ankiety. Pani zaczęła twierdzić, że ankietę trzeba było wypełnić, bo nie mieli moich danych (choć w tej przychodni byłam kilka razy, ale u innych specjalistów), ale szybko odparłam, że chyba nie były potrzebne, skoro ankieta leżała na blacie, a poza tym nie dostałam informacji, że mam być wcześniej, bo inaczej wizyta przepadnie. Koniec końców powiedziałam, że mnie właściwie nic już nie interesuje, tylko chcę dziś do ortopedy i koniec, bo płacę i wymagam. Na szczęście w przychodni był drugi lekarz. Przyjął mnie po 15 minutach, zbadał i stwierdził zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Po czym dał skierowanie na USG.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

A piszę o tym wszystkim dlatego, że gdybym nie miała tego pakietu to pewnie odeszłabym z kwitkiem, a gdybym miała ubezpieczenie NFZ to siedziałabym w jakieś państwowej przychodni 8 godzin w kolejce w koszmarnych warunkach, jak siedział mój syn na pogotowiu, gdy złamał nogę.

Swoją drogą, gdy umawiałam potem USG (które też jest w pakiecie) i opowiedziałam konsultantce „przygodę” z panem ortopedą usłyszałam w jej głosie szczere zdumienie. Ciekawi mnie jaki będzie los lekarza z prywatnej przychodni, który wyszedł sobie do domciu kwadrans przed końcem pracy.

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Obłęd technologiczny, czyli internet w głuszy

Kilka lat temu namówiłam kolegę na kupno działki nad Liwcem. Gdy mu podałam zalety: las, rzeczka, stacja kolejowa i do Warszawy tylko 70 km, a pociąg z Wileńskiej jedzie godzinę, stwierdził, że kupuje i powiedział: „Ale będziesz przyjeżdżać tam pisać?” Obiecałam, że będę. Jednak przyjechałam dopiero teraz. Mam do pisania to, na co dostałam stypendium artystyczne MKiDN. Ale też mam pewne obowiązki zawodowe, bo stypendium kiedyś się skończy, a żyć nadal trzeba mieć z czego. Muszę więc odsyłać do pewnej redakcji zredagowane teksty. Bez internetu jednak ani rusz. Byłam na tej działce wcześniej. Komórka miała zasięg, a i maila w komórce tam odbierałam. Postanowiłam, że ponieważ kończy mi się umowa z Play na internet na kartę, więc ją przedłużę i… obniżę abonament. Przecież z tego internetu korzystam tylko na wyjazdach gdzie nie ma Wi-FI. Tak też zrobiłam. Przedłużyłam umowę na półtora roku i… spakowawszy siebie, rzeczy do pracy, śpiwór, mnóstwo koców i narzut oraz żarcie na dwa tygodnie tudzież sukę w odpowiedni transporter – pojechałam. Pół dnia się rozpakowywałam. Podejmowałam strategiczną decyzję gdzie spać (wygrała opcja z suką na werandzie). Wreszcie… przygotowałam sobie stanowisko do pracy, siadłam i… najpierw okazało się, że z domu zapomniałam zasilacza do laptopa, a dodatkowo jeszcze wyszło na jaw, że internetu to tu jest zdecydowanie brak. Modem działa, ale Play nie ma tu zasięgu. Połączyłam się przez komórkę (też w Play). Rwało, ale coś tam było. Jednak tak pracować się nie dało. Coś co robiłam 20 minut nagle zaczęło mi zajmować 4 godziny. Zadzwoniłam na infolinię Play z pytaniem jak to jest z ich zasięgiem internetu. Uprzejma pani powiedziała mi, że w tej miejscowości, w której jestem (musiałam podać kod pocztowy) zasięgu nie mają, że tam zasięg mają inne sieci, ale nie powie mi które. Przyjaciel, który w swoim czasie był na kierowniczym stanowisku w jednej z firm telekomunikacyjnych sprawdził które sieci mają tam maszty i powiedział, że są to T-Mobile z Orange, które mają wspólne maszty oraz Plus. Poradził, bym kupiła dwa startery (Orange lub T-Mobile oraz Plus), przyjechała z nimi na miejsce, sprawdziła, który ma lepszy zasięg i dopiero wtedy ten z lepszym zasięgiem doładowała. Była sobota popołudnie. Gdzie tu w centrum Polski w okolicy klasycznego mazowieckiego leśnego Pierdziszewa kupić starter do T-Mobile, Orange lub Plus i jeszcze go zarejestrować? Przyjaciel powiedział, że można to zrobić na stacji benzynowej. Zajaśniało więc słońce. Po południu Panicz Syn, który przywiózł mi z Warszawy zasilacz, został z suką na włościach, a ja pojechałam na poszukiwanie startera do internetu. Stacja benzynowa była kilkanaście kilometrów od mojej głuszy. Na miejscu pani powiedziała mi, że kupić starter mogę, ale tylko do T-Mobile, zaś co do rejestracji to nie jest pewna, bo jakiemuś panu dziś rejestrowała i nie udało się. Zaproponowała, że najpierw spróbuje mi zarejestrować, a dopiero jak się uda będę musiała zapłacić 5 złotych za starter. Tak też się stało. Objechałam jeszcze dwie stacje benzynowe (zajęło mi to wszystko 1,5 godziny) i stwierdziwszy, że poza tym T-Mobile nic więcej nie uświadczę zjechałam z powrotem do głuszy. Panicz Syn zrobił mi herbatę, a ja zajęłam się internetem. No i dopiero wtedy zaczęły się schody. Była godzina 19:00…

Po włożeniu karty w modem szybko okazało się, że internet jest. Słaby, bo słaby, ale lepszy niż w komórce. Doładować go można, ale… jak zmienić pakiet? To można zrobić tylko wysyłając SMS. Jak wysłać SMS z modemu? Teoretycznie przez stronę internetową, która pojawia się, gdy podłączę modem do komputera. Jest jeden problem. Do odbioru i wysyłania SMS strona żąda loginu i hasła do modemu, a ja nie wiem co wpisać. Gdy korzystam z modemu w sieci Play nigdy nie używam go do SMS. Nie wiem więc czy to żądanie modemu, czy może jednak sieci T-Mobile? Czytam wnikliwie całe opakowanie od startera T-Mobile. Jest tam podany numer: „Masz pytania? Skontaktuj się z nami”. Dzwonię do T-Mobile. Teraz drobna dygresja. T-Mobile jest to sieć, do której mam uraz z czasów, gdy jeszcze nazywała się Era. Opisywałam w swoim czasie burzliwe rozstanie z tą siecią. Głosu młodzieńca, który pouczał mnie, że dorosłość polega na tym, że przewiduje się utratę pracy, chorobę etc., a moja prośba o renegocjowanie warunków umowy i zmniejszenie abonamentu jest znanym mu skamleniem, poza tym jest bezczelna i niedojrzała, do dziś brzmi mi w uszach. Dlatego na samą myśl o kontakcie z tą infolinią muszę brać trzy głębokie oddechy. Wreszcie dzwonię. W słuchawce muszę wysłuchać komunikatu, że mam obowiązek rejestrować telefon na kartę. Zgrzytam zębami, bo po pierwsze wiem, a po drugie przecież zarejestrowałam. Potem automat informuje, że w związku z dużą liczbą interesantów czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi poniżej minuty. Oddycham z ulga. Słucham głupiej muzyczki, by po dwóch minutach dowiedzieć się, że ten czas oczekiwania wynosi… powyżej minuty, a po kolejnych dwóch znów usłyszeć, że poniżej i tak mija mi dobre dziesięć minut. Wreszcie młody człowiek, mający mnie ewidentnie za technologicznego głąba, po wysłuchaniu mojej historii informuje, że aby założyć konto na stronie lub wybrać pakiet powinnam… wysłać SMS. Opadają mi ręce. Zgrzytam zębami, ale cierpliwie tłumaczę wszystko jeszcze raz od początku. O modemie, który nie jest smartfonem i o tym, że jestem w lesie. Młody człowiek załapuje po jakimś czasie. Potem próbuje mi wmówić, że ów modem z Play ma simlocka. Informuję go, że na pewno nie ma, bo gdyby miał to bym się przez niego z internetem nie połączyła. Młody człowiek na chwilę milknie. Spytany co by zrobił na moim miejscu (skoro komputer nic mu nie podpowiada) radzi przełożyć kartę na chwilę do innego telefonu i wysłać z niego SMS. Pomijam już, że karta do modemu jest rozmiarów zwykłej karty SIM, a do mojego telefonu trzeba Nano SIM, więc czeka mnie w najlepszym razie zabawa ze zmienianiem rozmiarów karty. Ale cóż… panu na infolinii chyba wydaje się, że w środku lasu telefony po prostu rosną na drzewach. Na sośnie HTC, a na dębie iPhone. Nokia pewnie na lipie. Wzdycham ciężko. Pozostaje bowiem problem. Jak włożę kartę (po zmianie jej rozmiarów) do mojego telefonu, to w razie pytań nie będę miała innego aparatu do zatelefonowania. Starter jest tylko na internet. Pan nie ma innego pomysłu. Żegnam się więc z nim. Na szczęście jest jeszcze przy mnie Panicz Syn. Wkłada kartę do swojego telefonu. Próbuje wysłać SMS. Otrzymuje informację, że… nie jest to możliwe. Znów dzwonię na infolinię T-Mobile i ponownie po wysłuchaniu komunikatu, że mam zarejestrować kartę, a także po ponownym wysłuchaniu muzyczki oraz szeregu informacji, że oczekiwanie na połączenie poniżej jednej minuty, po kolejnych dziesięciu łączy mnie z kolejnym młodym człowiekiem, który informuje mnie, że na karcie zapewne nie ma już 5 złotych, które miała na starcie, bo korzystałam z mało korzystnego pakietu internetowego 1GB za 5 zł, więc część tych 5 złotych juz została wykorzystana, a żeby wysłać SMD muszę 5 złotych na karcie mieć. Zamknięte koło. Karta zostaje doładowana. Ale jak aktywować korzystniejszy pakiet? No i jak w ogóle założyć konto na T-Mobile na kartę, żeby kontrolować wydatki i w razie czego bez problemu sobie doładowywać? Trzeba wysłać ten cholerny SMS. Znowu mam przekładać kartę? Dzwonię do Play spytać o ten modem. Czy jest jakaś możliwość wysyłania z niego SMS? W Play (w przeciwieństwie do T-Mobile nie czekam na lini wysłuchując durnych i kłamliwych komunikatów o czasie oczekiwania poniżej minuty) natychmiast podają mi login i hasło do modemu. Trochę w tym wszystkim mojej winy, bo jest ono podane w modemie pod baterią, ale nigdy nie zwróciłam na to uwagi. W każdym razie była 20:30, gdy wreszcie udało mi się wysłać SMS, odebrać zwrotny z hasłem i aktywować korzystny pakiet, a nawet założyć konto na T-Mobile. Jest internet w głuszy. Wprawdzie jakoś pozostawia wiele do życzenia, ale… łączność ze światem jest. Jednak przez kilka godzin przezywałam prawdziwie technologiczny obłęd. Najpierw szukając startera, a potem instalując to wszystko.

PS Na zdjęciu widok z głuszy na moje leśne biuro.

Jednak spałam na tarasie. O 1 w nocy się tu przeniosłam. Teraz czytam. Pisać nie mogę, bo zasilacz został w domu. Panicz Syn obiecał przywieźć. #wyjazd #weranda #las #liwiec #rzeka

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

Gdzie się podziała nasza lekkość, czyli słówko o poezji i Damie Fekaliowej

Bogdan Smoleń z kabaretu Tey śpiewał kiedyś piosenkę „Smutasy i Mazgaje” zaczynającą się od słów:

„Coś się z narodem dzieje niedobrego.
nie ma za grosz poczucia humoru ludowego”

Nie wiem co by zaśpiewał dziś, bo brak nam nie tylko poczucia humoru, ale i pewnej lekkości, którą mieliśmy kiedyś. 40 lat temu śmialiśmy się z jego piosenki, czuliśmy jej prześmiewczość, choć śpiewana była w sposób patetyczny. A dziś? Brak nam tej lekkości w pojmowaniu żartów, brak też zdolności abstrakcyjnego myślenia. Nie wiemy co to parafraza, przenośnia, metafora etc. Bierzemy wszystko dosłownie, na serio i ze stuprocentową pewnością, że to co napisane/obejrzane/opowiedziane jest prawdą, nawet, gdy autor nie miał zamiaru nas o tym przekonywać.

Prawie dwa lata temu poetka Eda Ostrowska przeżyła spory szok, gdy nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się książka pt. „Eda. Szkice o wyobraźni i poezji” będąca (ku mojemu zgorszeniu) pracą doktorską pani Katarzyny Niesporek. Przyznam, że nie chciałam o tym pisać. Uważałam i nadal uważam, że o bardzo złych rzeczach, a taką bez wątpienia jest ta publikacja (nie jestem w stanie nazwać tego „pracą”) nie powinno się pisać. Powinny one w milczeniu kurzyć się w magazynach bibliotek z Egzemplarzem Obowiązkowym, a do innych w ogóle nie trafić. Jednak zło tej książki opisali już inni – m.in. Elżbieta Binswanger-Stefańska i Kazimierz Bolesław Malinowski, więc mleko się rozlało. Ludzie interesujący się poezją już wiedzą, że powstają bardzo złe prace doktorskie, które na dodatek akceptują poważne autorytety. A ponieważ zło tej pożal się Boże „naukowej” publikacji pokazali już wyżej wspomniani ja chciałam tylko przytoczyć w tym miejscu jeden cytat, bo on świetnie ilustruje to, co dzieje się z naszym narodem, a co mnie mocno niepokoi. Otóż Katarzyna Niesporek w pewnym momencie pisze o twórczości Edy Ostrowskiej (poetki naprawdę wybitnej, której książka „Edessy poemat sowizdrzalski” jest w moim pojęciu czymś zapierającym dech w piersiach) w sposób następujący, gdy w wierszu [***Sama już nie wiem...] Eda Ostrowska pisze: Chrystus przeszedł obok / niósł w siatce księżyc i bajdurzył fajkę. Jak interpretuje to doktorantka Niesporek? Otóż tak:

Poetka doznaje objawienia albo kolejnych urojeń. /…/ Obraz Zbawiciela z siatką w ręku i fajką w ustach to wyobrażenie Boga w halucynacjach. Poetka zderza w utworze rzeczywistość narkomanów albo wariatów ze światem „normalnych”.

Przyznam, że początkowo (a takich kwiatków u Niesporek jest więcej) nie chciało mi się wierzyć, by ktoś kto studiuje literaturę wypisywał takie bzdury. Przecież poeci na przestrzeni wieków wielokrotnie posługiwali się metaforami, przenośniami, wizjami profetycznymi i nikt nie odsyłał ich z tego powodu do wariatkowa! Nikt nie oskarżał o halucynacje! I to nawet wtedy gdy korzystali z narkotyków czy innych używek. Przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w manifeście romantyków, czyli balladzie „Romantyczność”, której bohaterka widzi ducha swojego ukochanego? Ha!

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

„Romantyczność” ukazała się prawie 200 lat temu. Nikt wtedy Mickiewicza nie oskarżał o halucynacje, czy psychiczną chorobę tylko dlatego, że jako poeta wierzył Karusi – bohaterce swojego wiersza. Mało tego! Porwał za sobą tłum ludzi, którzy chcieli pisać jak on i patrzeć jak i on na świat. Wierzyli w metafizykę, zjawiska nadprzyrodzone, tajemniczość etc. Co stało się 200 lat później? Pytanie pozostawiam otwarte.

Literatura ma swoje prawa. Eda z tych praw skorzystała, bo wie, że literatura posługuje się specyficznym językiem z całym wachlarzem środków takich jak: metafora, przenośnia, alegoria, parafraza i wiele, wiele innych. Literatura może stosować prowokację językową, treściową itd. Nadal jednak pozostaje literaturą a nie życiem. Nawet literatura faktu jest tylko literaturą choć opisuje fakty. Przypomnę tylko, że te same fakty ktoś może opisać zupełnie innymi słowami sprawiając tym samym, że do jednych czytelników dany tekst przemówi bardziej, bo np. wzruszy. Wystarczy przeczytać kilka biografii tej samej osoby, by stwierdzić, że ktoś jej życie opisał ciekawiej niż drugi. Biografia Van Gogha autorstwa Irvinga Stone’a „Pasja życia” (zekranizowana potem przez Hollywood) do dziś uchodzi za jedną z lepszych, choć po niej powstały inne. A jednak to Stone tym, jak opisał życie malarza uczynił z niego postać niemal kultową. Literatura piękna, będąca z założenia fikcją literacką, nawet wtedy, gdy jest oparta na osobistych doznaniach autora pozostaje fikcją, bo autor wszystko przez siebie przepuszcza, przetwarza, ale i zmienia.

Ja, jako człowiek pióra, wiele miesięcy temu postanowiłam pobawić się literacko i raczyć znajomych opowieściami o mojej suczce Frytce, na punkcie której zwariował cały mój dom ze mną włącznie. Nazwałam te opowieści „Z życia Damy Fekaliowej”. Wydawało mi się, że moi znajomi, w większości ludzie wykształceni, odkryją bez problemu parafrazę tytułu powieści Aleksandra Dumasa (syna) „Dama Kameliowa”. (Stałym czytelnikom bloga przypomnę tylko, że juz kiedyś pisałam, że tak nazywa mnie mąż mojej kuzynki, gdyż jego zdaniem często opowiadam „kibelkowe” historie.) Dla przypomnienia dodam też, że „Dama Kameliowa” to napisana ponad 160 lat temu w formie melodramatu opowieść o kurtyzanie, która dla miłości porzuca dotychczasowe życie, ale potem na skutek pewnych wydarzeń do niego wraca. Jeśli ktoś widział „Traviatę” Giuseppe Verdiego to oparta jest na „Damie Kameliowej”. Aleksander Dumas opisał w niej autentyczną postać, kurtyzanę, z którą miał romans. A jednak nie wszystko w życiu Dumasa i Marie Duplesis (tak nazywała się kurtyzana, która była pierwowzorem tytułowej Damy Kameliowej) było tak, jak w jego powieści.

Jak to się ma do mojej suczki Frytki? U zwierząt instynkty są silne. Instynkt jedzenia, wypróżniania się i… seksu (przypomnę tylko w tym miejscu przeszłość Damy Kameliowej, czyli bycie kurtyzaną). A na dodatek pies – jak to pies lubi czasem zjadać odchody. Uznałam, że wyzwaniem dla mnie będzie opisywanie w sposób niedosłowny, a czasem nawet eufemistyczny życia suczki, która jest niesłychanie śliczna i budzi powszechny zachwyt przechodniów, mówiących, że wygląda jak księżniczka, a tymczasem, w zaciszu domowego ogniska ta dama zmienia się w półdiablę, gwałci naszego kota Szarlotka, robi kupę w gabinecie i zjada z lubością kocie ekskrementy prosto z kuwety, kot zaś wytrzeszcza oczy jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę.

Nie jest problemem napisać, że pies się za przeproszeniem „zesrał” i to sto dwudziesty raz. Jak napisać to w miarę elegancko? Jak zrobić to choć trochę dowcipnie? Jak napisać, żeby było to jeszcze ciekawe? Tak narodził się pomysł na wpisy o życiu Damy Fekaliowej. Pierwszy wpis był prosty, bo taki miał być. Prosto powiedzmy o co chodzi:

„Jamniczka Frytka po powrocie ze spaceru zrobiła kupę w gabinecie. By sprawa się nie wydała próbowała ją zjeść. Konsumpcję przerwał Pan Monż.”

Wpisy pojawiały się co kilka dni. Czasem częściej, czasem rzadziej. Przeważnie budziły uśmiech znajomych, którzy śledzili też zamieszczane przeze mnie na Instagramie fotografie tej ogoniastej „Miss obiektywu”. Z czasem dodawałam do wpisów pewne rzeczy bardziej literackie upiększając w ten sposób szarą rzeczywistość. I cóż się okazało? Im bardziej ja dodawałam do tekstów literatury tym dosłowniej odbierali je znajomi. Koniec końców zostałam oskarżona o całą masę najgorszych rzeczy. M.in. o ekshibicjonizm, a wszystko po tekście:

„Gdy człowiekowi się śni… (niestety) obóz koncentracyjny i Niemcy, którzy robią na nim eksperymenty medyczne wkładając coś w tylny otwór (pot leje się ze strachu) należy natychmiast się obudzić z tego koszmaru i… poprosić Pannę Frytkę, by wsadzała swój zimny nos gdzie indziej… Uff! To tylko zły sen!”

Ten tylny otwór! Jak ja mogłam??? I w ogóle publicznie przyznałam się, że pies śpi ze mną w łóżku!!! No okropne!!!

Potem przyszły oskarżenia, że mam w dom brud, gdyż napisałam:

„Pan Monż odzyskał ukradzione przez Pannę Frytkę moje trzy biustonosze skitrane pod łóżkiem i szafą. Moim zdaniem nie zostały przez nią użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż można w nie schować tylko sześć cycków, a Panna Frytka ma ich więcej.”

Staniki pod łóżkiem? Dno!

Wreszcie oskarżono mnie o zdradzanie intymnych szczegółów z życia Ulubionego, a wszystko po następującej opowieści:

„Wyjazd na długi weekend do Aquaparku Łazy w Puszczy Kampinoskiej tak rozbisurmanił pannę Frytkę, że bez przerwy jesteśmy zmuszani do rzucania piłeczki. Pan Monż jest do tego zmuszany nawet wtedy, gdy siedzi na sedesie. Prośby o litość wypowiadane przez niego w kilku europejskich językach nie pomagają. Panna Frytka odpowiada szczekaniem i podstępne turla piłeczkę znowu do WC. Hau hau!”

Tak. Tym intymnym szczegółem jest napisanie, że Ulubiony siedzi na sedesie. Żartobliwie to skomentuję, że rozumiem, iż znajomi siadają obok.

Mam jednak poważne obawy o kondycję naszego społeczeństwa, które dosłownie bierze literaturę. A czasem nawet nie domyśla się co nią jest. Dosłownie i na serio bierze każdy żart. Nabiera się na literackie prowokacje.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

By uświadomić, że „Z życia Damy Fekaliowej” to prowokacyjna prześmiewcza historyjka o przygodach suczki i kota stworzyłam literacki internetowy projekt pod tym tytułem i przeniosłam tam wszystkie wpisy wraz z niektórymi psimi i kocimi fotografiami. Mam wielką nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą jednak brali wszystkiego, co tam jest publikowane dosłownie tylko potraktują to z przymrużeniem oka jako literacki żart, zabawę słowem, opowieść o zwierzętach itd.

Przecież nie może być prawdą, że nie ma w naszym społeczeństwie luzu i nie czyta ono między wierszami humoru. Chociaż z drugiej strony, kiedy krytycy literaccy i doktoranci literatury nie potrafią czytać poezji to właściwie czego mam spodziewać się po zwykłych zjadaczach chleba? Naprawdę mniej niż po mojej… Damie Fekaliowej?

A teraz sprawa wyglada tak... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

Sadyba i figurki na kominku

Jakoś tak się dzieje, że w rocznicę katastrofy smoleńskiej zawsze myślę o kimś, kto w niej zginął, a kogo znałam osobiście. Dziś myślę o Katarzynie Piskorskiej, bo dwa dni temu jechałam Powsińską.

Katarzynę Piskorską znałam chyba od… zawsze. Wszystko dlatego, że Ojciec pochodził z Sadyby i wychowywał się w bloku oficerskim, mającym adresy Morszyńska, Okrężna i Powsińska. Na Powsińskiej w willi Podgórskich mieszkali też Piskorscy, a właściwie Maria Piskorska z córkami. Jej mąż działacz harcerski Tomasz Piskorski zginał w Katyniu. Mój Ojciec znał Marię Piskorską jeszcze z czasów okupacji. Cytuje ją w swojej części naszej wspólnej książki „Syn dwóch matek”, bo ona też pisała o transporcie dzieci z Zamojszczyzny. W końcu w czasie okupacji była lustratorką Rady Głównej Opiekuńczej. W czasie powstania warszawskiego jej willa była siedzibą dowództwa rejonu V obwodu Mokotów AK, którego dowódcą był Czesław Szczubełek ps. „Jaszczur” – lekarz, który leczył mojego Ojca jeszcze przed wojną, a którego imię nosi dziś sadybiański park, w którym się wychowałam.

Na Sadybie wszyscy się znali. Dwie klatki obok mieszkała Anna Czajkowska (pierwowzór pani Eulali z mojej powieści ‚Tropiciele’) wdowa najpierw po oficerze sanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił honorowe samobójstwo, a potem po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Jej najlepszą przyjaciółką była Irena Zyndram-Kościałkowska. Od lat 60-tych obie panie mieszkały razem i działały w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. Pani Irena zmarła w 1983 roku. Pani Anna zamówiła u Katarzyny Piskorskiej rzeźbę na grób przyjaciółki. Rzeźba przedstawiała ukochanego psa pani Ireny – Mucka. Był to ratlerkowaty kundelek. Przeżył swoją panią, a także… trzy odlewy swojej rzeźby, bo wyrzeźbionego przez Katarzynę Piskorską Mucka złodzieje kradli trzykrotnie. Czwartego odlewu pani Anna już nie zamówiła.

Gipsowa rzeźba Mucka autor: Katarzyna Piskorska

Grób po kradzieży

W willi Katarzyny Piskorskiej byłam z Ojcem kilka razy i przy różnych okazjach. Najbardziej wryła mi się w pamięć pierwsza wizyta. Miałam 8 lub 9 lat i po raz pierwszy byłam w domu rzeźbiarza. Na kominku w salonie stało całe mnóstwo figurek. Rzeźby były zresztą wszędzie. Także w ogrodzie. Wydawało mi się, że jestem w muzeum rzeźby a nie w domu. Potem odwiedzałam i widywałam panią Katarzynę wiele razy, ostatnie lata już jako dziennikarka.

Wspominam ją jednak ilekroć mijam willę Podgórskich na Powsińskiej. Myślę wtedy jak wszystko przemija. Jak zostaje w naszej pamięci i żyje w niej, dopóki… my żyjemy.

Na zachowanych w domu fotografiach mam pogrzeb Ireny Zyndram Kościałkowskiej. I fotografie jej grobu po jednej z kilku kradzieży Mucka. Zdjęcia zrobił mój Ojciec, by pomóc pani Annie w zgłaszaniu przestępstwa kradzieży na milicję. Sprawców jednak nigdy nie znaleziono, a rzeźby nigdy nie odzyskano. Kto ją kradł? Dlaczego? Czy skradziony z grobu rzeźbiony odlew Mucka jeszcze istnieje? Nigdy się już nie dowiemy.

Tak jak nie dowiemy się, co myślała Katarzyna Piskorska w niedzielę rano 10 kwietnia 2010 roku. To już siedem lat.