Archiwa kategorii: Życie prywatne

życie prywatne

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

Gdzie się podziała nasza lekkość, czyli słówko o poezji i Damie Fekaliowej

Bogdan Smoleń z kabaretu Tey śpiewał kiedyś piosenkę „Smutasy i Mazgaje” zaczynającą się od słów:

„Coś się z narodem dzieje niedobrego.
nie ma za grosz poczucia humoru ludowego”

Nie wiem co by zaśpiewał dziś, bo brak nam nie tylko poczucia humoru, ale i pewnej lekkości, którą mieliśmy kiedyś. 40 lat temu śmialiśmy się z jego piosenki, czuliśmy jej prześmiewczość, choć śpiewana była w sposób patetyczny. A dziś? Brak nam tej lekkości w pojmowaniu żartów, brak też zdolności abstrakcyjnego myślenia. Nie wiemy co to parafraza, przenośnia, metafora etc. Bierzemy wszystko dosłownie, na serio i ze stuprocentową pewnością, że to co napisane/obejrzane/opowiedziane jest prawdą, nawet, gdy autor nie miał zamiaru nas o tym przekonywać.

Prawie dwa lata temu poetka Eda Ostrowska przeżyła spory szok, gdy nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się książka pt. „Eda. Szkice o wyobraźni i poezji” będąca (ku mojemu zgorszeniu) pracą doktorską pani Katarzyny Niesporek. Przyznam, że nie chciałam o tym pisać. Uważałam i nadal uważam, że o bardzo złych rzeczach, a taką bez wątpienia jest ta publikacja (nie jestem w stanie nazwać tego „pracą”) nie powinno się pisać. Powinny one w milczeniu kurzyć się w magazynach bibliotek z Egzemplarzem Obowiązkowym, a do innych w ogóle nie trafić. Jednak zło tej książki opisali już inni – m.in. Elżbieta Binswanger-Stefańska i Kazimierz Bolesław Malinowski, więc mleko się rozlało. Ludzie interesujący się poezją już wiedzą, że powstają bardzo złe prace doktorskie, które na dodatek akceptują poważne autorytety. A ponieważ zło tej pożal się Boże „naukowej” publikacji pokazali już wyżej wspomniani ja chciałam tylko przytoczyć w tym miejscu jeden cytat, bo on świetnie ilustruje to, co dzieje się z naszym narodem, a co mnie mocno niepokoi. Otóż Katarzyna Niesporek w pewnym momencie pisze o twórczości Edy Ostrowskiej (poetki naprawdę wybitnej, której książka „Edessy poemat sowizdrzalski” jest w moim pojęciu czymś zapierającym dech w piersiach) w sposób następujący, gdy w wierszu [***Sama już nie wiem...] Eda Ostrowska pisze: Chrystus przeszedł obok / niósł w siatce księżyc i bajdurzył fajkę. Jak interpretuje to doktorantka Niesporek? Otóż tak:

Poetka doznaje objawienia albo kolejnych urojeń. /…/ Obraz Zbawiciela z siatką w ręku i fajką w ustach to wyobrażenie Boga w halucynacjach. Poetka zderza w utworze rzeczywistość narkomanów albo wariatów ze światem „normalnych”.

Przyznam, że początkowo (a takich kwiatków u Niesporek jest więcej) nie chciało mi się wierzyć, by ktoś kto studiuje literaturę wypisywał takie bzdury. Przecież poeci na przestrzeni wieków wielokrotnie posługiwali się metaforami, przenośniami, wizjami profetycznymi i nikt nie odsyłał ich z tego powodu do wariatkowa! Nikt nie oskarżał o halucynacje! I to nawet wtedy gdy korzystali z narkotyków czy innych używek. Przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w manifeście romantyków, czyli balladzie „Romantyczność”, której bohaterka widzi ducha swojego ukochanego? Ha!

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

„Romantyczność” ukazała się prawie 200 lat temu. Nikt wtedy Mickiewicza nie oskarżał o halucynacje, czy psychiczną chorobę tylko dlatego, że jako poeta wierzył Karusi – bohaterce swojego wiersza. Mało tego! Porwał za sobą tłum ludzi, którzy chcieli pisać jak on i patrzeć jak i on na świat. Wierzyli w metafizykę, zjawiska nadprzyrodzone, tajemniczość etc. Co stało się 200 lat później? Pytanie pozostawiam otwarte.

Literatura ma swoje prawa. Eda z tych praw skorzystała, bo wie, że literatura posługuje się specyficznym językiem z całym wachlarzem środków takich jak: metafora, przenośnia, alegoria, parafraza i wiele, wiele innych. Literatura może stosować prowokację językową, treściową itd. Nadal jednak pozostaje literaturą a nie życiem. Nawet literatura faktu jest tylko literaturą choć opisuje fakty. Przypomnę tylko, że te same fakty ktoś może opisać zupełnie innymi słowami sprawiając tym samym, że do jednych czytelników dany tekst przemówi bardziej, bo np. wzruszy. Wystarczy przeczytać kilka biografii tej samej osoby, by stwierdzić, że ktoś jej życie opisał ciekawiej niż drugi. Biografia Van Gogha autorstwa Irvinga Stone’a „Pasja życia” (zekranizowana potem przez Hollywood) do dziś uchodzi za jedną z lepszych, choć po niej powstały inne. A jednak to Stone tym, jak opisał życie malarza uczynił z niego postać niemal kultową. Literatura piękna, będąca z założenia fikcją literacką, nawet wtedy, gdy jest oparta na osobistych doznaniach autora pozostaje fikcją, bo autor wszystko przez siebie przepuszcza, przetwarza, ale i zmienia.

Ja, jako człowiek pióra, wiele miesięcy temu postanowiłam pobawić się literacko i raczyć znajomych opowieściami o mojej suczce Frytce, na punkcie której zwariował cały mój dom ze mną włącznie. Nazwałam te opowieści „Z życia Damy Fekaliowej”. Wydawało mi się, że moi znajomi, w większości ludzie wykształceni, odkryją bez problemu parafrazę tytułu powieści Aleksandra Dumasa (syna) „Dama Kameliowa”. (Stałym czytelnikom bloga przypomnę tylko, że juz kiedyś pisałam, że tak nazywa mnie mąż mojej kuzynki, gdyż jego zdaniem często opowiadam „kibelkowe” historie.) Dla przypomnienia dodam też, że „Dama Kameliowa” to napisana ponad 160 lat temu w formie melodramatu opowieść o kurtyzanie, która dla miłości porzuca dotychczasowe życie, ale potem na skutek pewnych wydarzeń do niego wraca. Jeśli ktoś widział „Traviatę” Giuseppe Verdiego to oparta jest na „Damie Kameliowej”. Aleksander Dumas opisał w niej autentyczną postać, kurtyzanę, z którą miał romans. A jednak nie wszystko w życiu Dumasa i Marie Duplesis (tak nazywała się kurtyzana, która była pierwowzorem tytułowej Damy Kameliowej) było tak, jak w jego powieści.

Jak to się ma do mojej suczki Frytki? U zwierząt instynkty są silne. Instynkt jedzenia, wypróżniania się i… seksu (przypomnę tylko w tym miejscu przeszłość Damy Kameliowej, czyli bycie kurtyzaną). A na dodatek pies – jak to pies lubi czasem zjadać odchody. Uznałam, że wyzwaniem dla mnie będzie opisywanie w sposób niedosłowny, a czasem nawet eufemistyczny życia suczki, która jest niesłychanie śliczna i budzi powszechny zachwyt przechodniów, mówiących, że wygląda jak księżniczka, a tymczasem, w zaciszu domowego ogniska ta dama zmienia się w półdiablę, gwałci naszego kota Szarlotka, robi kupę w gabinecie i zjada z lubością kocie ekskrementy prosto z kuwety, kot zaś wytrzeszcza oczy jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę.

Nie jest problemem napisać, że pies się za przeproszeniem „zesrał” i to sto dwudziesty raz. Jak napisać to w miarę elegancko? Jak zrobić to choć trochę dowcipnie? Jak napisać, żeby było to jeszcze ciekawe? Tak narodził się pomysł na wpisy o życiu Damy Fekaliowej. Pierwszy wpis był prosty, bo taki miał być. Prosto powiedzmy o co chodzi:

„Jamniczka Frytka po powrocie ze spaceru zrobiła kupę w gabinecie. By sprawa się nie wydała próbowała ją zjeść. Konsumpcję przerwał Pan Monż.”

Wpisy pojawiały się co kilka dni. Czasem częściej, czasem rzadziej. Przeważnie budziły uśmiech znajomych, którzy śledzili też zamieszczane przeze mnie na Instagramie fotografie tej ogoniastej „Miss obiektywu”. Z czasem dodawałam do wpisów pewne rzeczy bardziej literackie upiększając w ten sposób szarą rzeczywistość. I cóż się okazało? Im bardziej ja dodawałam do tekstów literatury tym dosłowniej odbierali je znajomi. Koniec końców zostałam oskarżona o całą masę najgorszych rzeczy. M.in. o ekshibicjonizm, a wszystko po tekście:

„Gdy człowiekowi się śni… (niestety) obóz koncentracyjny i Niemcy, którzy robią na nim eksperymenty medyczne wkładając coś w tylny otwór (pot leje się ze strachu) należy natychmiast się obudzić z tego koszmaru i… poprosić Pannę Frytkę, by wsadzała swój zimny nos gdzie indziej… Uff! To tylko zły sen!”

Ten tylny otwór! Jak ja mogłam??? I w ogóle publicznie przyznałam się, że pies śpi ze mną w łóżku!!! No okropne!!!

Potem przyszły oskarżenia, że mam w dom brud, gdyż napisałam:

„Pan Monż odzyskał ukradzione przez Pannę Frytkę moje trzy biustonosze skitrane pod łóżkiem i szafą. Moim zdaniem nie zostały przez nią użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż można w nie schować tylko sześć cycków, a Panna Frytka ma ich więcej.”

Staniki pod łóżkiem? Dno!

Wreszcie oskarżono mnie o zdradzanie intymnych szczegółów z życia Ulubionego, a wszystko po następującej opowieści:

„Wyjazd na długi weekend do Aquaparku Łazy w Puszczy Kampinoskiej tak rozbisurmanił pannę Frytkę, że bez przerwy jesteśmy zmuszani do rzucania piłeczki. Pan Monż jest do tego zmuszany nawet wtedy, gdy siedzi na sedesie. Prośby o litość wypowiadane przez niego w kilku europejskich językach nie pomagają. Panna Frytka odpowiada szczekaniem i podstępne turla piłeczkę znowu do WC. Hau hau!”

Tak. Tym intymnym szczegółem jest napisanie, że Ulubiony siedzi na sedesie. Żartobliwie to skomentuję, że rozumiem, iż znajomi siadają obok.

Mam jednak poważne obawy o kondycję naszego społeczeństwa, które dosłownie bierze literaturę. A czasem nawet nie domyśla się co nią jest. Dosłownie i na serio bierze każdy żart. Nabiera się na literackie prowokacje.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

By uświadomić, że „Z życia Damy Fekaliowej” to prowokacyjna prześmiewcza historyjka o przygodach suczki i kota stworzyłam literacki internetowy projekt pod tym tytułem i przeniosłam tam wszystkie wpisy wraz z niektórymi psimi i kocimi fotografiami. Mam wielką nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą jednak brali wszystkiego, co tam jest publikowane dosłownie tylko potraktują to z przymrużeniem oka jako literacki żart, zabawę słowem, opowieść o zwierzętach itd.

Przecież nie może być prawdą, że nie ma w naszym społeczeństwie luzu i nie czyta ono między wierszami humoru. Chociaż z drugiej strony, kiedy krytycy literaccy i doktoranci literatury nie potrafią czytać poezji to właściwie czego mam spodziewać się po zwykłych zjadaczach chleba? Naprawdę mniej niż po mojej… Damie Fekaliowej?

A teraz sprawa wyglada tak... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

Sadyba i figurki na kominku

Jakoś tak się dzieje, że w rocznicę katastrofy smoleńskiej zawsze myślę o kimś, kto w niej zginął, a kogo znałam osobiście. Dziś myślę o Katarzynie Piskorskiej, bo dwa dni temu jechałam Powsińską.

Katarzynę Piskorską znałam chyba od… zawsze. Wszystko dlatego, że Ojciec pochodził z Sadyby i wychowywał się w bloku oficerskim, mającym adresy Morszyńska, Okrężna i Powsińska. Na Powsińskiej w willi Podgórskich mieszkali też Piskorscy, a właściwie Maria Piskorska z córkami. Jej mąż działacz harcerski Tomasz Piskorski zginał w Katyniu. Mój Ojciec znał Marię Piskorską jeszcze z czasów okupacji. Cytuje ją w swojej części naszej wspólnej książki „Syn dwóch matek”, bo ona też pisała o transporcie dzieci z Zamojszczyzny. W końcu w czasie okupacji była lustratorką Rady Głównej Opiekuńczej. W czasie powstania warszawskiego jej willa była siedzibą dowództwa rejonu V obwodu Mokotów AK, którego dowódcą był Czesław Szczubełek ps. „Jaszczur” – lekarz, który leczył mojego Ojca jeszcze przed wojną, a którego imię nosi dziś sadybiański park, w którym się wychowałam.

Na Sadybie wszyscy się znali. Dwie klatki obok mieszkała Anna Czajkowska (pierwowzór pani Eulali z mojej powieści ‚Tropiciele’) wdowa najpierw po oficerze sanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił honorowe samobójstwo, a potem po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Jej najlepszą przyjaciółką była Irena Zyndram-Kościałkowska. Od lat 60-tych obie panie mieszkały razem i działały w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. Pani Irena zmarła w 1983 roku. Pani Anna zamówiła u Katarzyny Piskorskiej rzeźbę na grób przyjaciółki. Rzeźba przedstawiała ukochanego psa pani Ireny – Mucka. Był to ratlerkowaty kundelek. Przeżył swoją panią, a także… trzy odlewy swojej rzeźby, bo wyrzeźbionego przez Katarzynę Piskorską Mucka złodzieje kradli trzykrotnie. Czwartego odlewu pani Anna już nie zamówiła.

Gipsowa rzeźba Mucka autor: Katarzyna Piskorska

Grób po kradzieży

W willi Katarzyny Piskorskiej byłam z Ojcem kilka razy i przy różnych okazjach. Najbardziej wryła mi się w pamięć pierwsza wizyta. Miałam 8 lub 9 lat i po raz pierwszy byłam w domu rzeźbiarza. Na kominku w salonie stało całe mnóstwo figurek. Rzeźby były zresztą wszędzie. Także w ogrodzie. Wydawało mi się, że jestem w muzeum rzeźby a nie w domu. Potem odwiedzałam i widywałam panią Katarzynę wiele razy, ostatnie lata już jako dziennikarka.

Wspominam ją jednak ilekroć mijam willę Podgórskich na Powsińskiej. Myślę wtedy jak wszystko przemija. Jak zostaje w naszej pamięci i żyje w niej, dopóki… my żyjemy.

Na zachowanych w domu fotografiach mam pogrzeb Ireny Zyndram Kościałkowskiej. I fotografie jej grobu po jednej z kilku kradzieży Mucka. Zdjęcia zrobił mój Ojciec, by pomóc pani Annie w zgłaszaniu przestępstwa kradzieży na milicję. Sprawców jednak nigdy nie znaleziono, a rzeźby nigdy nie odzyskano. Kto ją kradł? Dlaczego? Czy skradziony z grobu rzeźbiony odlew Mucka jeszcze istnieje? Nigdy się już nie dowiemy.

Tak jak nie dowiemy się, co myślała Katarzyna Piskorska w niedzielę rano 10 kwietnia 2010 roku. To już siedem lat.

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Na koniec i początek, czyli słówko o baletnicy

Gdy byłam w podstawówce chodziłam na balet do ogniska baletowego. Prowadząca zajęcia pani Alina Depowska zwykła mawiać, że w tańcu najważniejsza jest ostatnia poza. Jak baletnica się ukłoni – tak da się zapamiętać publiczności. Może pomylić się na początku i w ogóle zatańczyć tak sobie, ale wystarczy, że przyjmie piękną pozę na końcu i otrzyma brawa, bo to koniec tańca czasem decyduje o wszystkim. Przypomniało mi się to w związku z końcem starego i początkiem nowego roku.

Jeszcze w starym roku #rondowaszyngtona #panmonz

Miniony rok nie był bowiem dla mnie zawodowo najgorszy. Udało mi się dokończyć film, nad którym pracowałam półtora roku („Zmartwychwstanie stulatka”), wydać książkę, o której myślałam wiele lat, a krystalizowała się od 2010 („Syn dwóch matek”), ukazały się też wznowienia kilku moich powieści (m.in. „Klasa pani Czajki” i „Tropiciele”) plus udało mi się zrobić jeszcze parę rzeczy. Również u Ulubionego ostatni rok też nie był zawodowo najgorszy. Poza „Bubloteką” zagrał jeszcze w operze matematycznej „Paradoksalny rozkład sfery” Romana Kołakowskiego, wystąpił w kilku serialach (m.in. „Bodo”, „Komisja morderstw”), a na ekrany weszły trzy filmy z jego udziałem (m.in. „Wołyń” i „Niewinne”).

Część napisana przez Ojca ma prawie 40 lat... Nadal nie mogę uwierzyć, że to się udało. #dom #ksiazka #trzeciastrona #syndwochmatek

Pan Monż czeka na moment, kiedy na sali kinowej schowa się pod fotelem, co robi zawsze na filmach, w których gra. #premiera #wolyn #kino #film

Należę do optymistów, doceniam życzliwość losu, który pomaga mi cokolwiek tworzyć i osiągać. Jednak zawodowa i towarzyska (ale nie tylko) końcówka roku oboje nas przytłoczyła. Felieton na blogu nie jest dobrym miejscem, by wypisywać szczegóły i powody. Zwłaszcza, gdy nie do końca chce się uwierzyć, że to wszystko prawda. A poza tym nie o to chodzi, by się żalić. (Ja zresztą nie lubię.) Szczególnie, gdy dopiero co wymieniło się jakiekolwiek osiągnięcia. Ale właśnie to przypomniało mi o pozie baletnicy, o której tyle razy mówiła nam pani Depowska. Miniony rok dla mnie ukłonił się obrzydliwie. Tak więc baletnica nr 2016, mimo całkiem niezłego tańca, ukłoniła się nam jak ostatnia pokraka. I obawiam się, że w mojej pamięci może waśnie jako pokraka pozostać. Jaka będzie baletnica nr 2017? Na jej ocenę mam 365 dni. Postaram się oczywiście pamiętać, że pomyłki na początku tańca nie decydują o tym, że w całości będzie on nieudany. Na razie jednak czarno widzę. Ale może to sprawka krótkich dni i tego, że mało jest słońca? Wrodzony optymizm pozwala mi wierzyć, że nasz zawodowy los się odmieni na lepsze. I tego życzę także wszystkim czytelnikom. Oby ten rok, w który weszliśmy był lepszy od poprzedniego i to aż do swojego końca. Niech baletnica nr 2017 nie tylko ładnie tańczy, ale gdy skończy swój taniec niech ukłoni się najpiękniej jak tylko można.

Jeden z symboli dzieciństwa, czyli kolejny dzień śpiewam

W latach 70-tych w Telewizji Polskiej nocne dyżury w dziale łączności z widzami miewali dziennikarze. Ojciec, który pracował w TVP, miał je dość często. Dlatego nabierał czasem znajomych opowiadając, że do działu łączności z widzami zadzwoniła zgorszona kobieta mówiąc, że w „Dzienniku Telewizyjnym” pokazywano porno. Po sprawdzeniu informacji dyżurujący w dziale łączności z widzami dziennikarz odpowiadał: „To nie było porno. To tylko Fidel Castro jadł banana”. Dowcip może i głupi, ale niesamowicie działał na wyobraźnię. A oboje z Ojcem uwielbialiśmy głupie dowcipy. Ojciec opowiadał ten świński dowcip przy mnie, bo Fidel Castro, jako jeden z nielicznych dyktatorów, nie był dla mnie abstrakcją. Dowcip Ojca był zresztą odpowiedzią na mój dowcip, który przyniosłam do domu i był o tym, jak dwóch Polaków na Kubie chciało kupić chleb, który był na kartki. Nie wiedzieli jak to zrobić, ale zauważyli, że do sklepu weszli dwaj mężczyźni powiedzieli: „Cubanos Partizanos” i dostali chleb. Postanowili więc też tak zrobić. Weszli do sklepu i powiedzieli: „Cubanos Partizanos”. A sprzedawczyni na to: „Jacy Cubanos Partizanos? Gdzie macie brody”, w odpowiedzi na to Polacy zdjęli spodnie i pokazując przyrodzenia powiedzieli: „Tajnos agentos”. Dowcip przyniosłam ze szkoły. Cóż… była to szkoła mocno związana z Kubą. Do Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie im. Ernesto Che Guevary (po reformie szkolnictwa, w wyniku której powstały gimnazja, podstawówka zmieniła patrona na Jana Brzechwę) poszłam w 1974 roku. Dwa lata wcześniej odwiedził ją Fidel Castro.
Gdy kilka lat temu powstał portal „Nasza Klasa” i rozpoczęliśmy wspominki na szkolnym forum, starszy kolega z podstawówki zamieścił w sieci zdobyte z CAF zdjęcia z tej pierwszej wizyty Fidela w naszej szkole. Rozpętały się dyskusje, dzięki którym kolega uzupełnił podpisy pod fotografiami. Obecni na uroczystości z Fidelem wspominali, że dziewczynką trzymająca kwiatki jest Ela Rychlica późniejsza drużynowa naszej 77 WDHiZ. Wspominali, że Castro od razu dostał od naszych harcerzy chustę i że obecna była wtedy kamera, choć to akurat widać na zdjęciach.

fot. CAF 1972

fot. CAF 1972

fot. CAF 1972

Poza tym dyskutowaliśmy o naszym patronie i Kubie obecnej w naszym szkolnym życiu. Pewne rzeczy pamiętaliśmy inaczej, ale… niektóre tak samo. Na przykład, że hymn szkoły miał refren:
„Tak jak Guevara przewodzi nam.
Wzór odwagi i wzór męstwa w walce o swój kraj”.

Wtedy chyba nikt z nas nie zwracał uwagi, że Guevara był Argentyńczykiem, a walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, zaś z hymnu nie wynika o jaki kraj chodzi. Wszystkie te kraje były dla nas zupełnie abstrakcyjne. Pani Alicja Mossakowska, nauczycielka muzycznego, uczyła wszystkie roczniki kubańskich pieśni rewolucyjnych i innych hiszpańskojęzycznych utworów popularnych na Kubie. Dla niektórych było to przekleństwo, dla innych coś fajnego. Należałam do tych drugich. Uwielbiałam śpiewać. Pewnie dlatego do dziś pamiętam tzw. „Bajamesę”, czyli hymn Kuby oraz pieśni „Hasta Siempre”, „Guantanamera” oraz pieśń rewolucyjną 26 lipca zwaną przez nas „Adelante Cubanos”. Pamiętam jak w pewne wakacje z koleżankami tak żarliwie śpiewałyśmy to w windzie bloku Elbląska 10A waląc przy tym pięściami w ścianki windy, że aż stanęła między piętrami.

Paradoksalnie, gdy jeżdżę samochodem na długie trasy i zmęczy mnie słuchanie radia sama śpiewam. Czasem wkradnie się do mojego samochodowego repertuaru coś z tamtych lat. Śpiewam przecież dla siebie i nikt tego nie słyszy. Kto mi zabroni śpiewać za kierownicą własnego samochodu hymn Kuby? Czasem jednak, gdy kończę śpiewanie na głos, pozdrawiam ewentualnych podsłuchujących. W dzisiejszych czasach można nas przecież inwigilować. Pieśni, które śpiewaliśmy nikt nam nie tłumaczył. Śpiewaliśmy je więc bezmyślnie, notując dyktowane przez panią Mossakowską słowa tak jak je słyszeliśmy. Treść pieśni poznałam dopiero jako dorosły człowiek. Wyjątkiem była wspomniana już pieśń rewolucyjna 26 lipca z refrenem zaczynającym się od słów „Adelante Cubanos”, bo miała też polską wersję językową z refrenem brzmiącym:

„Kubańczycy do broni!
Ojczyzna wynagrodzi wasze męstwo.
Nie będziemy pokorni,
tyraństwa wyplewimy podły chwast.
Nasze będzie zwycięstwo,
choć tyran jeszcze dzisiaj gnębi nas.
Dość już wyzysku, krzywdy dosyć
w boju się ważą nasze losy
naprzód bracia z osiedli i miast.”

Zarówno jej melodia jak i polski tekst od dziecka kojarzyły mi się trochę z „Międzynarodówką”. A ponieważ z domu wyniosłam wiedzę, że „Międzynarodówka” jest pieśnią francuską, na dodatek Francja kojarzyła mi się z wysoką kulturą i prababcią Zosią z Ruszczykowskich Piekarską, która kochała Balzaca, więc „Międzynarodówkę” lubiłam i zapewne z tego powodu również rewolucyjna pieśń Kubańczyków nie budziła mojego sprzeciwu i oburzenia.

Na akademii szkolnej jedną zwrotkę „Hasta siempre” śpiewałam jako solistka. Zwrotka brzmiała:

Tu braso gloriosa y fuerte
sobre la historia dispara
cuando todo Santa Clara
se despierta para verte.”

Potem był śpiewany przez cały chór refren kończący się słowami „Comendante che Guevara”.

Pewnego dnia do szkoły przyjechały panie z jakiegoś hiszpańskojęzycznego radia i nagrywały audycję o naszym patronie dla Kuby lub Argentyny. Zebrano kilka osób w jednej klasie i nagrywano z nami wywiady. Odpytywano z życiorysu Che Guevary, a ja musiałam zaśpiewać tę „moją” zwrotkę „Hasta siempre”, co zrobiłam dosyć chętnie, bo przecież lubiłam śpiewać. Potem panie spytały czy wiem o czym śpiewam. Miałam 11 lub 12 lat i kompletnie nie wiedziałam, ale jako dziecko, któremu inni dokuczają nie chciałam, by obecne przy tym niektóre koleżanki znów się ze mnie śmiały, więc zaczęłam strzelać korzystając z podobieństwa do innych języków, z których znałam pojedyncze słowa. Czasem jest to zbawienne a czasem bywa ryzykowne. Tym razem miałam wrażenie, że okazało się zbawienne. Powiedziałam, że jest tu coś o chwale (było słowo „gloria”, znane z kolęd) o śmierci (słowo „todos” kojarzyło mi się z niemieckim „todt”, a to było w śpiewanej w chórze piosence „Jest Warszawa”) i jest wyrażenie „Santa Clara”, a z życiorysu Che Guevary wiedziałam, że walczył w Santa Clara. Panie powiedziały, że dobrze, więc kamień spadł mi z serca. Pomyślałam, że mam szczęście, że nie pytają o inne pieśni, bo o czym jest „Guantanamera” dowiedziałam się już po skończeniu podstawówki. Również wtedy dowiedziałam się, że „todos” nie oznacza słowa „śmierć”, a „wszyscy” i że w związku z tym niezbyt dobrze zrozumiałam o czym jest śpiewana przeze mnie zwrotka „Hasta siempre”, ale po latach doceniam szlachetność dziennikarek, które zamiast mnie zganić – pochwaliły.

Paradoksalnie znajomość tych kubańskich pieśni bardzo mi kiedyś pomogła. W 2000 roku w Nowym Jorku wiózł mnie na lotnisko kubański taksówkarz. Było mało czasu do odlotu samolotu i groziło mi spóźnienie. Zaśpiewałam „Adelante Cubanos” oraz „Bajamesę” zaś… pan oddawszy gazu i złamawszy przepisy dowiózł na czas!

Czasem zastanawiam się ze znajomymi nad tym, czemu polskiej podstawówce dano takiego patrona jak Che Guevara. Ze szkolnych akademii wryło mi się w pamięć opowiadanie o nim, że był lekarzem. To jednało moją sympatię. Lekarz to ktoś dobry dla ludzi. Mówiono też, że był obywatelem argentyńskim, który walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, co wtedy w moim przekonaniu czyniło go szlachetnym człowiekiem, bo czyż każdy kto walczy by pomóc innym nie jest szlachetny? Jako dziecko nie miałam świadomości jak wygląda rewolucja, ani że potem pożera swoje dzieci. Nie wiedziałam o roli Fidela Castro w śmierci Che Guevary ani o tym, że być może stał za nią rownież Klaus Barbie. Dziś myślę, że mówiono nam tak o naszym patronie, bo ówczesna dyrekcja (w postaci pani Zdzieszyńskiej) chciała ambitniej podejść do problemu, a jednocześnie (mimo wszystko) nie zatruwać nam za bardzo umysłów.

Fidel poza tym 1972 rokiem nigdy więcej nie odwiedził naszej szkoły, ale delegacje z Kuby co jakiś czas przychodziły na szkolne akademie. W 1976 lub 1977 odwiedził nas Raul Castro z żoną Vilmą. To widziałam na własne oczy, bo cała szkoła była na akademii ku czci Che Guevary z udziałem gości z Kuby. Raul mnie nie zainteresował. Nawet nie pamiętam jego twarzy z tamtego okresu. Natomiast ogromne wrażenie zrobiła na mnie Vilma Castro, która wydała mi się interesująca, elegancka i bardzo światowa. Od szkolnej delegacji dostała wtedy szmacianą lalkę ze szkolną tarczą.

Dziś śmieszy mnie, gdy po latach czytam w sieci wspomnienia uczniów naszej szkoły, że komuś z nich z Guevarą było nie po drodze, albo że ktoś specjalnie zachorował, by nie być w szkole podczas wizyty Fidela Castro. Naprawdę? Czy nie jest to przypadkiem sztuczne kombatanctwo, w którego szatki tak lubimy się ubierać jako dorośli wmawiając sobie i światu, że od dziecka byliśmy tacy prawi i zbuntowani przeciwko reżimowi, w którym przyszło nam żyć? Na zdjęciach z wizyty Fidela w szkole widzę same uśmiechnięte twarze. Mnie wtedy interesowało tylko pisanie po kryjomu opowiadań i pamiętnika oraz śpiewanie. Ale naprawdę nie kojarzę wśród swoich rówieśników żadnego buntu przeciwko patronowi czy odwiedzającym nas delegacjom kubańskim. Pamiętam nawet żal koleżeństwa, że wtedy gdy mój rocznik był w 7 i 8 klasie nie mogliśmy pojechać z tradycyjną przeznaczoną dla 7 i 8 klas wycieczką na Kubę, bo były to czasy stanu wojennego.

Śmierć Castro to dla mnie koniec pewnej epoki w moim własnym życiu. I nie ma to nic wspólnego z polityką. Kubę na pewno czekają zmiany, bo nic nie trwa wiecznie, a przede wszystkim dyktatura i tyrania. Ja zaś piszę o tym, choć nie tęsknię za podstawówką, bo mi dokuczano. Szkoła mi się śni jako koszmar i raczej nie poszłabym na klasowe spotkanie po latach, bo i po co? Bywa jednak, że tęsknię za czasami, kiedy żyli oboje moi rodzice, a ja nie miałam dylematów czy Che Guevara to morderca czy bohater ani czy pieśni, których nas uczono to indoktrynacja czy nie. Bo śpiewałam je bez zrozumienia, ale z przyjemnością. Dla mnie po prostu miały piękne melodie.

Jamnikarium, czyli coś dla takich jak ja!

W kulturze znamy już bestiarium, znamy rosarium teraz jest Jamnikarium. To tytuł najnowszej książki Agaty Tuszyńskiej. Ponieważ w moim domu po raz kolejny mieszka jamnik, a właściwie jamniczka – Frytka, kolejny po Zraziku jamnik w moim życiu, nic więc chyba dziwnego, że nie mogłam obok „Jamnikarium” przejść obojętnie. Myli się jednak ten, kto uważa, że jest to książka tylko dla posiadaczy i miłośników jamników. To swoisty leksykon niebanalnej wiedzy o kulturze, w której jamnik jest punktem odniesienia. Bywał bowiem przyjacielem wielu twórców. Jest więc to opowieść o tym, jak jamnik wpływał na literaturę, malarstwo, muzykę, sztukę aktorską itd. To także historia jamnika w literaturze.

W podróż zabrałam... #ksiazka #podroz #jamnik #jamnikarium

To leksykon jamników znanych osób, wśród których Puzon Jerzego Waldorffa, czy Dupek Melchiora Wańkowicza są jednymi z wielu. Rzadko kto dziś wie, że miłośnikiem jamników był Napoleon, ani ile jamników miał Stanisław Lem? Albo co z jamnikami w czasie wojny? Okazuje się, że jamnik, najbardziej niemiecki pies, bo to z Niemiec pochodzi rasa, choć w przeciwieństwie do owczarka, nie ma w nazwie słowa „niemiecki”, w powojennej Europie stał się jedynym stworzeniem, które przysparzało Niemcom sympatii. Nieporadny, sympatyczny, uparty.

Wracam do domu. Przeczytałam, ale wracam do niektórych fragmentów... #jamnikarium #jamnik #ksiazka #czytanie #podroz

Książka to nie tylko pasjonująca lektura, ale także piękny edytorsko album pełen reprodukcji malarstwa, starych fotografii, rycin i pocztówek. Dawno nie widziałam tak ładnej książki. W zalewie publikacji, w których królują zdjęcia ze stocka ta prosta pomarańczowa okładka w jamnicze łapy z ich bohaterem po środku jest tylko zapowiedzią tego, co wewnątrz między kartkami.

Jeszcze raz przeglądamy. Teraz z autografem. #dom #jamnik #frytka #pies #jamnikarium #ksiazka

Choć w stworzonym przez Agatę Tuszyńską erudycyjnym jamniczym leksykonie zabrakło mi kilku jamników, jak na przykład tego, który w latach 70-tych należał do Jerzego Antczaka i Jadwigi Barańskiej (tak podobał się mojej mamie, że teraz ja mam ciągle jamniki), a w podróży przez jamniczą literaturę zabrakło mi powieści młodzieżowych, jak na przykład „Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć” Marii Krüger, w której za złe zachowanie wobec jamnika oprawcę spotyka surowa kara, czy „Księga strachów” Zbigniewa Nienackiego, gdzie jamnik Sebastian pomaga w tropieniu zagadki pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza, to właśnie te braki dają nadzieję, że powstanie „Jamnikarium 2”. Bardzo bym chciała.

Ekipa nie mieści się na scenie #premiera #wolyn #kino #film

„Wołyń” to trzeba zobaczyć

Byliśmy wczoraj z Ulubionym na premierze filmu „Wołyń”. Ulubiony zagrał tam Bohdana – czarny charakter. Trzy lata temu był na castingu i tak zaczęła się jego „przygoda” z tym filmem. Filmem ważnym także dla Ulubionego, bo jego dziadek mieszkał na południe od Wołynia, we wsi Glinki niedaleko Stanisławowa. Tam też dotarł nacjonalizm. Dziadkowi wymordowano braci za nieprzystąpienie do UPA, a sam dziadek sfałszował swoją metrykę, by ocalić życie. Dlatego mój teść, który jest po wylewie i dość słabo mówi, dowiedziawszy się, że syn gra w filmie o rzezi wołyńskiej tak strasznie krzyczał: „Bandera nie! Bandera nie!”  Ulubiony odpowiedział mu: „Spokojnie tato! Jestem agentem NKWD. „Uff! Może być” – stwierdził teść, co w świetle roli granej przez Ulubionego, zabrzmiało dość tragikomicznie.

Ekipa nie mieści się na scenie #premiera #wolyn #kino #film

Ekipa nie mieści się na scenie

Ulubiony prawie nigdy nie ogląda filmów w których gra. Nigdy nie ogląda też seriali, a zwłaszcza odcinków ze swoim udziałem. Na premierach kinowych albo wychodzi do WC i wraca po pół godzinie albo w kluczowych momentach, gdy zbliżają się sceny z jego udziałem, znika pod kinowymi fotelami niemal siadając na podłodze. Tak było na seansie „W ciemności” Agnieszki Holland, premierze „Niewinnych” Anne Fontaine, czy „Żyvie Biełaruś” Krzysztofa Łukaszewicza. Tym razem nie wyszedł do WC, nie schował się pod kinowym fotelem. Pierwszy raz w życiu usłyszałam z jego ust o jakimś polskim filmie, że to był dobry film. A przecież wymienione przeze mnie trzy tytuły też zbierały dobre recenzje. „W ciemności” było nawet polskim kandydatem do Oscara. Ulubiony jest po prostu bardzo krytyczny.

„Wołyń” wbija w fotel od pierwszych scen, choć okrucieństwo pojawia się dużo później. Najpierw wbija w fotel, bo zachwyca sielskością. Oto para bierze ślub. Ona Polka a on Ukrainiec. Kochają się i pobierają. Są więc tu tradycyjne polskie i ukraińskie pieśni weselne. Pokazane jest jak dwa narody żyją razem obok siebie. Niestety zło już czai się tuż obok… Wprawdzie ojciec panny młodej na pytanie czemu córka idzie „za Ruska” odpowiada innym pytaniem: „A co? Rusek gorszy?”, ale zarówno w gonitwie końmi, jak i w tradycyjnej weselnej bitwie na cepy wygrywają Ukraińcy. I choć walce towarzyszy śmiech jest ona zapowiedzią następnych potyczek i to takich już bez śmiechu. Zaś obcięcie na progu domu warkocza panny młodej siekierą jest zapowiedzią innego ciosu. Dlatego w filmie każda scena ma ogromne znaczenie. Film jest okrutny, tak jak okrutne są skutki nienawiści. Ale nie ma tu przesady, której tak pełno w filmach akcji czy horrorach. Jest to rzeczywiście uniwersalny film o miłości w trudnych czasach i o skutkach nacjonalizmu.

Dla mnie najstraszniejszą sceną jest ta, w której Ukrainiec zabija własnego brata. Zabija, bo ten każe mu zabić żonę, a każe to zrobić, bo żona jest Polką i jeśli mąż jej nie zabije wyda wyrok śmierci na swoich rodziców, braci i dzieci. Film naprawdę nie oszczędza nikogo. Nawet polskich partyzantów. Jednemu z nich zresztą bohaterka mówi z wyrzutem: „Jak wy chcecie bronić nas przed Niemcami skoro nie umiecie obronić przed hołotą z widłami i siekierami?”. Scena, gdy biegnie z dzieckiem na ręku w kierunku niemieckiego wojska, w którym widzi wybawienie przed tymi, z którymi nie tak dawno bawiła się na weselu, jest jedną z wielu, w których widz widzi bezradność bohaterów. Wiemy, że powinni uciekać. Ale dokąd?

Przyznam, że dawno nie widziałam tak uniwersalnego, tak antywojennego i antynacjonalistycznego filmu. Ten film pokazuje, że zło jest w każdym człowieku. Po premierze w kuluarach słyszałam glosy, że niepotrzebne były sceny, gdy Polacy biorą odwet. Naprawdę? Naprawdę niepotrzebne? Przecież tylko wtedy, gdy zobaczymy, że zło jest w każdym z nas, że nienawiść rodzi nienawiść i do czego ta nienawiść prowadzi, mamy szansę na oczyszczenie i szersze spojrzenie na otaczający świat.

Pisałam tu wielokrotnie, że moje małżeństwo z Ulubionym zmieniło moje kontakty z ludźmi. Odchudziło mi przyjaźnie, z których wiele okazało się nic niewartymi, bo nie wszyscy byli w stanie zaakceptować fakt, że związałam się z obywatelem Ukrainy. Najmocniej wbił mi się w głowę pogardliwy tekst jednego z kolegów. Najpierw wykrzyczał mi, że zdradziłam naród polski, a gdy zaczęłam pytać, czy ma świadomość co za bzdury mówi, że Ulubionego dziadek był Polakiem, a kolega chyba nie wie co on przeżył w czasie wojny, to usłyszałam pogardliwe: „A co? Spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie?”

Moment, kiedy Ulubiony otrzymał polskie obywatelstwo był drugim, który odchudził mi listę znajomych. Na ten ruch zdecydował się, bo na Ukrainie jest wojna i w domu czeka na niego bilet do wojska, a chciałby odwiedzić rodziców. Tylko ja wiem, ile razy usłyszałam od różnych osób, że na pewno zawdzięcza to obywatelstwo mnie i małżeństwu ze mną. Nikt nie rozumie, że dostał obywatelstwo ze względu na polskie pochodzenie i nasze małżeństwo nic do tego nie miało (nawet przeszkadzało, bo trzeba było dostarczyć więcej dokumentów). Dopiero moje pytanie: „Czy uważasz, że jego brat, a mój szwagier, też dostał polskie obywatelstwo dzięki mnie? Przecież nie jest moim mężem.” – zamykało ludziom usta.

W naszych rodzinnych polsko-ukraińskich opowieściach dla wielu znajomych nie do pojęcia było, że po tym, co Ukraińcy zrobili Polakom dziadek Ulubionego był w stanie ożenić się z Ukrainką, czyli jego babcią. A przecież miłość nie zna granic i narodowości! Mój teść ma w akcie urodzenia „Polak”, a teściowa „Ukrainka”, bo choć jej matka ma napisane „Słowaczka”, ale ojciec był Ukraińcem i na dodatek profesorem literatury ukraińskiej.

Film Wojtka Smarzowskiego pokazuje niezwykle jasno, że kiedy żyje się w społeczności wielonarodowościowej zdarza się miłość. Niestety zdarza się też i nienawiść. Ale to, które z uczuć się rozwinie, zależy od nas samych. Bo i dobro i zło jest w nas.

I dlatego „Wołyń” po prostu trzeba zobaczyć.

PS Byłam raz na planie „Wołynia”. Miałam spotkania autorskie w Nowym Sączu, gdy Ulubiony miał zdjęcia w skansenie w Sanoku. Postanowiłam go odwiedzić, bo nigdy w Sanoku nie byłam, a jest tam co zwiedzać. Po zwiedzeniu przeze mnie miasta i muzeum spotkaliśmy się w Skansenie. Ulubiony był między ujęciami i to stąd są te zdjęcia.

Z Ołesiem Fedorczenko

24 godziny to więcej niż tydzień

Kupowanie w sieci jest niezwykle wygodne. Nigdzie nie trzeba chodzić, więc oszczędza się czas. Jest taniej, ale… trzeba wiedzieć czego się chce. Ja przeważnie wiem.

Słucham starych kaset Ojca. Wywiady ze Stryjem i babcią Zosią Tchórz! Wielkie wzruszenie! #kasety #magnetofon #reportaz #wies #zamojszczyzna

Ostatnio robiłam spore zakupy. Zmieniałam laptopa, a co za tym idzie kupowałam do niego torbę, pokrowiec etc. Przy okazji kupowałam jeszcze mysz, bo laptop to MacBook, więc nie każda mysz pasuje. Kupowałam też skaner negatywowy, konwerter kaset magnetofonowych i całą masę jeszcze drobniejszych rzeczy ułatwiających życie osobie piszącej, jak na przykład podkładkę pod mysz, pokrowiec na mysz oraz koperty, papier do drukarki etc. Z zakupami w sieci mam przeważnie dobre doświadczenie. Raz jeden odsyłałam towar i zwracano mi pieniądze, bo zakupiona rzecz była obrzydliwa i absolutnie nie wyglądała tak jak na fotografii. Poza tym nie miałam uwag. Ostatnio jednak zrobiło się znacznie gorzej. Miesiąc temu, gdy urodziny miał mój syn, kupiłam mu dwa prezenty w sieci. O ile jeden z nich przyszedł na czas, o tyle z drugim był poważny kłopot. Prezent był żartem z mojej strony, bo był to powerbank w kształcie facebookowej kupy. Chciałam, by syn na ewentualne pytanie znajomych: „co dostałeś od matki?” odpowiedział „gówno” i była to prawda. Poza tym powerbank jest rzeczą przydatną. Kupując go spytałam sprzedawcę, czy na pewno będzie wysłany w ciągu obiecanych w opisie aukcji 24 godzin, gdyż urodziny syna są za tydzień i chciałabym mieć pewność, że dowcip się uda, czyli prezent przyjdzie na czas. Niestety mimo zapewnień ze strony sprzedawcy, że powerbank dojdzie przed urodzinami, przyszedł dzień po urodzinach. Po prostu 24 godziny trwały tydzień. Byłam wściekła. Wystawiłam jednak pozytywny komentarz, bo w końcu towar doszedł, zgadzał się z opisem itd. Tydzień później powerbank przestał działać.

Najbardziej jednak zirytowała mnie sprawa z twardym dyskiem zewnętrznym. Dwa zapełniłam już danymi, więc potrzebowałam nowy dysk. Zwłaszcza, ze kupowałam nowego laptopa, więc chciałam starego wyczyścić z danych. W sieci wybrałam ofertę, z której wynikało, że do każdego dysku jest pokrowiec (co bardzo mi pasowało, bo czasem biorę dysk do pracy), a wysyłka nastąpi w ciągu 24 godzin. Niestety, również ten przedmiot szedł do mnie z Warszawy do Warszawy długo. Tym razem te 24 godziny trwały ponad 10 dni. Dość szybko bowiem się okazało, że sprzedawca nie ma w magazynie dysków, którymi handluje, choć w ofercie napisał, że wysyłka natychmiast a sprzedaż „do wyczerpania zapasów”. Innymi słowy: zapasy się wyczerpały, ale handlujmy! Czemu nie! Na maile sprzedawca nie odpowiadał. Nie odbierał też żadnego z kilku telefonów. Gdy przyszło, co do czego otrzymałam sam dysk – bez pokrowca. Po przyjęciu przesyłki wystawiłam komentarz neutralny uznając, że to i tak wielka łaska z mojej strony. Spytałam o ten pokrowiec. Sprzedawca nie raczył odpowiedzieć, a faktem, że otrzymał komentarz neutralny w ogóle się nie przejął. Tego brakującego pokrowca nie dosłał do dziś.

Sprzedawcę dysku nazwałam w myślach „chujkiem” i takie imię otrzymał kupiony od niego nowy twardy dysk zewnętrzny, który przejął dane ze starego laptopa. (Drugi starszy mały dysk zewnętrzny ma na imię „Kurdupelek”, a najstarszy i wielki jak smok – z czasów, gdy nie sprzedawano jeszcze małych dysków – nazywa się nieortograficzne „Móżyn”.) Ulubionemu nic o ochrzczeniu dysku nie powiedziałam, więc gdy zasiadł do stacjonarnego komputera przeżył spory szok, ale przyjął moją argumentację dotyczącą imienia z pełnym zrozumieniem.

Myślę sobie teraz, że jednak zrobiłam błąd w tym, że od razu wystawiłam sprzedawcom komentarze. Po co wystawiałam jeden pochlebny, a drugi neutralny? Przecież powinnam była dwa negatywne. Dziś myślę, że fakt, że 24 godziny trwają dla jednych tydzień, a dla drugich dziesięć dni jest naganny. Tylko w kraju, w którym wszyscy są niepunktualni nie piętnujemy tego należycie. I nawet ja tego nie zrobiłam. A fakt, że pierwszy z przedmiotów przestał działać uważam za najwyższy obciach sprzedającego. Choć z drugiej strony… chciałam gówno – jest gówno!