Archiwa kategorii: Blogowanie

życie blogera

Zwariowany świat byłej żony, czyli 400 adresów

Jakiś czas temu opisywałam tu pasjonującą przygodę z lekturą e-booka autorstwa pewnej byłej żony byłego premiera. Opisywałam jak owa pani przeczytawszy moje blogowe rozważania pt. „Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?” podarowała mi swojego e-booka zachęcając do lektury. A gdy poświęciłam na to kilka godzin, pochylając się nad nią z całą życzliwością i podzieliłam się swoimi spisanymi na piśmie wrażeniami, przeczytałam:

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Dodatkowo pani zablokowała mój profil na FB.

Po opisaniu tej historii na blogu (z zacytowaniem prawie wszystkich napisanych przez nią do mnie słów) dostałam mnóstwo listów. Wsparli mnie wszyscy ich autorzy. Chyba dla wszystkich moja korespondencja z autorką e-booka była sporym szokiem. Jednak więcej nie poruszałam tej sprawy na forum publicznym. Przyznam też, że szybko zapomniałam o byłej żonie byłego premiera. Do czasu. W listopadzie okazało się bowiem, że autorka słynnego e-booka nie zapomniała o mnie, a raczej… o moim adresie e-mail. Oto bowiem wysłała mi na ten adres zaproszenie do… zakupu nowego e-booka. Zaproszenie zignorowałam. W link do zakupu kolejnej książki nawet nie kliknęłam. Czytać jej rzeczy więcej nie będę, bo czasu szkoda, a po co mam się kontaktować z kimś tak pozbawionym kultury? Przemilczałam więc sprawę. Tymczasem kilka dni temu dostałam od niej kolejny list. Tytuł krzyczał wersalikami:

TYLKO W TYM TYGODNIU (tu tytuły obu e-booków) 50% TANIEJ. Wkrótce nowa książka!

Niestety ten list otworzył swoistą puszkę Pandory, gdyż nadawca, czyli osoba uważająca się za niezwykle inteligentną, umieściła adresy tych, do których wysłała ofertę tak, że były one jawne dla wszystkich nas znajdujących się na tej liście, czyli dla przeszło czterystu osób. No i się zaczęło:

„uprzejmi poproszę o wgląd do moich danych osobowych łącznie ze zgodą na komunikację marketingową, ktore Pani jak mniemam posiada – skoro wysyła Pani do mnie maile tego typu.
Nie jestem pewna, czy pozostałe 400 lub więcej osob, ktorych dane adresowe Pani udostępniła są z tego powodu szczęśliwe :)”

- napisała jedna z adresatek osobliwej oferty.

„To chyba nadaje się niestety do zgłoszenia…. Bo email jest daną osobową. Bardzo proszę o usunięcie moich danych osobowych ze swojej bazy.”

– napisała druga.

„Również oczekuję usunięcie moich danych , z Pani bazy danych. Oczekuje również od Pani potwierdzenia usuniętych danych/ osobisty Pani mail/.
Bardzo mi się nie podoba, że  tak łatwo można pozyskać gotowe dane dla marketingu bez mała wszystkich agencji reklamowych  biur marketingowych… etc…etc.. „

– napisała trzecia, a potem odezwały się pozostałe. Autorka e-booków wysłała do wszystkich kolejny list, w którym najpierw podany był link do książek, a potem w post scriptum dodano:

uprzejmie prosimy o skasowanie poprzedniego błędnie wysłanego e-maila.

Podpisany zaś pod całością był zespół, a także tytuł pierwszego e-booka oraz imię i nazwisko jego autorki. Ubawiłam się.

Przyznam, że tym razem korciło, by też coś napisać. Ale nie to, że ktoś podał mój adres do wiadomości innych osób i proszę o wykreślenie z bazy danych, bo przecież mogę zablokować maile przychodzące z konta tej pani, tak jak blokuję różne inne. Raczej korciło, by napisać coś w stylu:

Szanowna Pani, jestem zdumiona, że proponuje Pani zakup swojego kolejnego e-booka oraz informuje o planach kolejnej publikacji osobę, której opinię odrzuciła Pani bez czytania, a którą pozwalam sobie tu załączyć z nadzieją, że wreszcie Pani do niej zajrzy i uczynią to również Pani czytelnicy. W końcu w swoim czasie zarzuciła mi Pani, że promuję się Pani nazwiskiem. To dlatego nie chcąc Pani rozczarowywać przesyłam swą opinię jeszcze raz na Pani ręce, życząc tym razem wszystkim adresatom tego maila miłej lektury… i tu mój stary do niej list.

Ale nie zrobiłam tego. Bo przecież wiem, że była żona byłego premiera zapomniała o mnie. Nawet biedaczka pewnie nie wie, że w tej bazie, którą zgromadziła jest mój mail. A swoją drogą, gdybym była inną osobą (np. taką jak ona) i wykorzystała ten fakt, że dostaję na tacy adresy 400 osób, które kupiły jej e-booka oraz naprawdę odpowiedziała jej i tym wszystkim 400 osobom wysyłając ten swój stary list, to jaka byłaby jej reakcja?

Niby nic, a jednak coś, czyli ostatnie słowo o blog.pl

Kiedy zaczynałam blogować miałam już swoją stronę internetową. Zapłaciłam wtedy sporą sumę za napisanie silnika w cms. Mogłam jednak z powodzeniem umieścić na swojej stronie także blog. Wybrałam jednak blogowanie na portalu Onet. Wydawało mi się, że będę wtedy między innymi blogerami na równych z nimi prawach.

Po jakimś czasie Onet przydzielił mi nawet opiekuna, który miał mi pomagać w problemach, a nawet zajmował się wyszukiwaniem atrakcyjnych wpisów mojego autorstwa i zamieszczaniem ich na głównej stronie portalu. Blogowanie na Onecie nie było jednak sielanką. Miałam mnóstwo uwag. Zwłaszcza dotyczących przestrzeni dyskowej na zdjęcia. Napisałam raz w tej sprawie do swojego opiekuna, czy nie można prosić o jej zwiększenie – ja zapłacę. W odpowiedzi zwiększono mi ją za darmo, jako autorce bloga z rubryki „znani blogują”, ale to zwiększenie było mizerne i w krótkim czasie znów zapchałam przydzielone mi miejsce na serwerze.

Dwa lata temu mój osobisty opiekun zniknął. W chwilach, kiedy miałam jakieś problemy z portalem, moje listy pozostawały bez odpowiedzi. Ponieważ zbiegło się to ze zmianami politycznymi w Polsce, więc zaczęłam się zastanawiać, czy nie ma to jakiegoś związku. Nie podoba mi się rząd, ale niestety opozycja również. W podzielonym społeczeństwie większość wymaga jednak opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, a ja stoję na środku jak ta żaba z dowcipu. Czy to ma wpływ? Moje wpisy przechodzą bez echa tzn. czytelnicy piszą, ale Onet je olewa. O co chodzi?

Zaczęłam się też zastanawiać nad przeniesieniem bloga na swoją stronę, bo ze zdjęciami łatwiej, kontrola większa i nic nie znika, ale czasu nie miałam. Aż właściwie zdecydowano za mnie. Blog.pl przysłał swój „słynny” list. Moje listy do blog.pl na temat strony technicznej przenoszenia pozostały bez odpowiedzi. Poza jednym, w którym spytano o jaki adres chodzi, choć ten był podany w tytule maila i w stopce. Widać umiejętność czytania listów ze zrozumieniem nie jest mocna stroną pracowników portalu. Po udzieleniu odpowiedzi, że podałam adres w stopce i tytule, ale na wszelki wypadek podaje jeszcze raz nastała błoga, trwająca do dziś, cisza. Natomiast portal Wirtualnemedia.pl opublikował artykuł dotyczący zamknięcia onetowskiej blogosfery. Wynika z niego, że formuła platformy z blogami wypaliła się, bo zabiły ją media społecznościowe.

W ogóle tego nie kwestionuję. Na pewno blogowanie na własnej platformie i pod własną marką jest lepsze. A ludzie częściej czytają wpisy na Facebooku czy tweety na Twitterze niż wpisy na blogach. Natomiast zastanawia mnie konieczność zamykania całego portalu. Czy nie lepiej po prostu zamknąć możliwość publikowania nowych postów, a to co do tej pory zostawić, chyba, że autorzy napiszą, że już przenieśli swoją treść? Zupełne zamykanie portalu to dla mnie wyrzucanie do kosza całej masy blogów autorstwa ludzi, którzy już nie żyją. Przykładów jest wiele.

Jeden z nich to blog: „Zatrzymać chwilę” Dominiki, Darii i Patrycji - 
http://d-d-p.blog.onet.pl/

Ten blog dostał nagrodę w konkursie blog roku w 2007 roku. W swoim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie. Założyły go trzy dziewczyny, które poznały się podczas terapii nowotworowej w szpitalu onkologicznym. Dwie z nich już nie żyją:

Patrycja (ur. 11 lutego 1992 – zm. 9 października 2007) leczyła się na ostrą białaczkę nielimfoblastyczną. Uwielbiała zwierzęta, a szczególnie koty. Miała własnego, który się wabił Wacek. Była fanką Christiny Aguilery.

Dominika (ur. 11 listopada 1990 – zm. 26 marca 2009) leczyła się na mięsaka. Uwielbiała Paranienormalnych, łowców.b i ogólnie kabarety, szczególnie w występach „na żywo”. No i Szymona Majewskiego który dla niej był poza konkurencją. Jej pasją była fotografia i marzyła o porządnym sprzęcie.

Została Daria, która od ponad 8 lat jest zdrowa, ale… chemia odcisnęła w jej organizmie piętno. onet

Kilka lat temu napisała na blogu, że ich blog, który prowadziła z nieżyjącymi już koleżankami dostał się do tzw. Panteonu Blogerów. Co to takiego?

„Panteon Blogerów, co jest wyróżnieniem dla blogów ważnych, wartościowych, znanych, a z różnych powodów już nie prowadzonych. Co istotne, miejsce w Panteonie zarezerwowane jest tylko, dla tych blogerów, którzy odcisnęli piętno na blogosferze, czymś się wyróżnili lub ich wyróżniono, a zniknięcie ich internetowych dzienników byłoby niepowetowaną stratą. Dzięki dołączeniu blogu do Panteonu zyskuje on status niekasowalnego, co w praktyce oznacza, że jest odporny na działanie osławionego automatu kasującego blogi, do których długo nikt się nie logował.”

Czy naprawdę ten nie zostanie skasowany? Czy Daria, która pokonała chorobę, zostanie psychicznie zmuszona do przenoszenia treści bloga na inną platformę lub zakładania własnego portalu? Napomknę tylko, że fragmenty bloga znalazły się w swoim czasie w podręcznikach.

Drugim przykładem jest blog „Po stronie prawdy” autorstwa Jacka Gotliba - 
http://azraelkubacki.blog.onet.pl
. Poznaliśmy się kiedyś, a nawet wypiliśmy wysokoprocentowe „małe conieco” na jednej z imprez poświęconych blogosferze. Jacek blogujący pod pseudonimem Azrael Kubacki zmarł 10 kwietnia 2015 roku. Paradoksalnie jego ostatni wpis brzmiał:

Za kilka tygodni będziemy już mieli kolejną, dla wielu smutną rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Ostatnio, kiedy pojawiły się w mediach informacje o tragedii całej załogi Tu154M, samolotu pilotowanego przez polską załogę pod Smoleńskiem (z ważnej wysokości przekazywano pilotom informacje o wysokości ostatnich minut lotu tupolewa), odbicie dyskusji było bardzo nieduże. Dyskusji na temat katastrofy, była w polskich mediach obfitość, wartość była umocowana nie na tle badanych spraw, lecz po stronie politycznej. W tym roku było inaczej – nawet po stronie zespołu Antoniego Macierewicza. Jego poglądy i dowody straciły na znaczeniu – nie tylko politycznym.
W tym roku odczytano ważne informacje na temat wysokości lotu i pozwolenia do działań załogi tupolewa. Okazało nie tylko na podstawie zapisów technicznych, lecz głównie na podstawie nagrań i taśm, że samolot schodził poniżej zalecanej wysokości. Warto również wspomnieć, o czym nie mówiono i pisano w czasie tego raportu, w jaki sposób odczytano najważniejsze urządzenia wysokości. Dlaczego? Może będą te informacje w następnym raporcie.
Raport komisji Jerzego Millera wykluczył dwie sprawy. Nie było zamachu i związanej z tym destrukcji samolotu przed upadkiem na ziemię, nie było również nacisków bezpośrednich na załogę Tu 154M, choć była zapewne presja podjęcia próby lądowania. Skończyły swój żywot wszelkie teorie spiskowe, lansowane wprost przez środowiska „Gazety Polskiej”, Radia Maryja, będące podstawą i paliwem działalności zespołu Antoniego Macierewicza. Nie oznacza to jednak, że te teorie nie będą funkcjonować dalej, jak sobie tego życzy Antoni Macierewicz, i jak się okazuje, w placówce sejmowej także politycy PiS-u.

Pamiętam jego ostatnie zdjęcie na Twitterze, które zamieścił na dwa miesiące przed śmiercią.

Po śmierci w Internecie żegnali go ci, którzy się z nim zgadzali i ci którzy się nie zgadzali. Nawet Andrzej Duda, wówczas kandydat na prezydenta, napisał RIP.

Na szczęście blog Jacka, który wsadzał kij w polityczne mrowisko nie zniknie z sieci. Wszystko dlatego, że sam Jacek jeszcze za życia założył własną platformę –
http://www.azraelk.eu
. Ale ilu nie zdążyło?

Co ze zmarłą w 2007 roku Miriam, która swoje zapiski o walce z choroba prowadziła cztery lata, dając nimi nadzieję innym chorym? 
http://miria.blog.onet.pl
. 23 listopada 2007 roku pojawił się na jej blogu następujący wpis:

Jakiś czas temu Miriam do mnie napisała:
„(…)Sloneczko, juzpowoli odchodze i przepraszam za to.kocham cie.
MYŚLĘ, ŻE PAMIETASZ KOD DO MOJEGO BLOGA
jakby mi sie umarlo, otworz tego bloga, i powidz, ze mi sie zmarlo i zostaw komentarze otwarte.(…)”
Nadszedł właśnie ten dzień…
Szyba Wenecka

Nie wymagam, by Onet.pl ciągnął platformę blogową, skoro badania pokazują, że spada liczba czytelników. Ale moim zdaniem minimum szacunku dla zmarłych blogerów wymaga, by pochylić się nad ich wieloletnią pracą. Czy portal to zrobi? Do planowanego zamknięcia zostało niecałe półtora miesiąca.

Wszystko ma swoje dobre i złe strony, czyli nowy adres bloga

Nie dalej jak wczoraj otrzymałam z portalu Onet.pl list, z informacją, że do 31 stycznia 2017 roku platforma blog.pl zostanie zamknięta. Mam więc kilka tygodni na zabranie 10 lat swojej pracy z portalu. Poczułam się dziwnie, ale… nagle wszystko stało się jasne. Od mniej więcej dwóch lat czułam się przez Onet olewana. Osobisty opiekun odszedł, moje wpisy, kiedyś promowane przez portal, nagle pozostawały niezauważone. Przyznam, że myślałam, że to dlatego, że nie zajmuję się polityką. Ten list pokazał mi, że to coś stało się z Onetem. Rezygnuje z blogosfery, której gigantyczną przestrzeń miał w swoich rękach. Rzecz jasna ma do tego prawo. Może zdaniem jakichś zatrudnionych przez portal speców coś takiego, jak blogowanie się wypaliło?

Ja jednak jeszcze nie zamierzam zaprzestać, choć ostatnio mocno się zaniedbałam. Na razie jednak zapraszam pod nowy adres… Będzie już bardzo u mnie. Ten adres to: 
http://blog.piekarska.com.pl.

Przenoszenie treści archiwalnych pod nowy adres już się zakończyło, ale prace nad oprawą graficzną jeszcze chwilę potrwają, bo wbrew temu co szumnie zapowiadał Onet, nie udało mi się pobrać wszystkich fotografii. Z przenoszeniem też miałam masę kłopotów, z którymi musiałam poradzić sobie sama. Na ich biuro obsługi klienta spuśćmy zasłonę miłosierdzia.

Swoją drogą, żeby tak wyrzucać do śmietnika lata czyjejś pracy? No bo co stanie się np. z blogiem ś.p. Azraela Kubackiego? Pewnie do niego też wysłali informację, że ma przenieść się ze swoim „Po stronie prawdy” w inne miejsce. Sęk w tym, że on już dawno przeniósł się do niebiańskiej blogosfery. I pewnie nie jest jedynym zmarłym blogerem, po którym ślad za chwilę zniknie w sieci, bo Onet tak postanowił.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

W szponach Koprofaga, czyli jak rzyć? Z takim czytelnikiem?

Uwaga! Nie jeść przy czytaniu! 

Wiele miesięcy temu pewien pan pisał do mnie osobliwe listy o defekacji. Było ich kilka. W jednym z nich wyczytałam (pisownia oryginalna):

„kiszka stolcowa nie może być ofiarą pisarskiej wrażliwości poznawczej i trzeba umieć oddzielić ją od kału, a więc elementu bardziej hedonistycznego w tym konkretnym pani przypadku ja nie wiem, po co pani w ogóle pisze, proszę się więcej koncentrować na niepisaniu i proszę się wyciszyć wewnętrznie, to wpłynie korzystnie na jelito.”

W innym:

„Nie można delektować się wyjadaniem kupy z czyjegoś jelita, jednocześnie odgryzając darczyńcy kiszkę stolcową, która naturalnie jest bardziej pożywna, smaczna, ale to jest sprzeczne z historycznie ewoluującym imperatywem moralnym.”

Do dziś nie wiem, czym sprowokowałam te listy, więc zapewne jestem debilem, jak ów pan to sugeruje. W każdym razie wtedy odesłałam nadawcę do psychiatry i o sprawie zapomniałam. Miałam nawet wrzucić jego adres do blokowanych, ale z nadmiaru zajęć też wyleciało mi to z głowy. Pan zresztą przestał pisać. Dziś nadszedł list:

„Pani zasugerowała, abym poszedł do psychiatry, nie mając do tego uprawnień medycznych. Pisarzyna czwartej kategorii nie ma prawa wydawać diagnoz medycznych. To niemoralne w świecie wartości liberalnych oraz nieliberalnych. To zdradza manię na tle menopauzy albo na tle własnej zbydlęconej natury.
Pani powinna zrobić wiwisekcję swojej twórczości. Proszę teraz wdrapać się na stół albo biurko, rozkraczyć się i obesrać wszystkie swoje maszynopisy, łącznie z klawiaturą komputera. Jeśli jelito grube nie chce wydalić gówna, proszę podrapać je paznokciem wskazującego palca, nawet dyscyplinarnie raniąc odbytnicę. Paznokieć powinien być polakierowany na brązowo. Proszę starać się wybrać z kału wszystkie niestrawione elementy i jeszcze raz je zjeść. Wszystko powinno być strawione. Bo jeśli nie, to znów będzie Pani zmuszona obesrać swoją twórczość od nowa, no i oczywiście jeszcze raz skonsumować niesfermentowane części kupy. Być może trzeba będzie namawiać Panią do konsumpcji własnych sików. Pewien krakowski kompozytor po takiej wiwisekcji napisał wspaniałą sonatę na wiolonczelę, pierdzący tyłek i fortepian. Pani nigdy nie stworzy arcydzieła, ale jest szansa malutkiego postępu. Proszę dbać o higienę własnej sraki i po skończeniu srania oraz wyjadania niestrawionego kału trzeba dupę wytrzeć o ścianę. A potem to wylizać.
Rozumiem, że ma Pani odrobinę sprytu, aby wiwisekcja się udała. Nie potrzeba wielkiego rozumu, Pani móżdżek jest akurat odpowiedniej wielkości do przeprowadzenia tej prostej przecież procedury.
Proszę również nie pisać do mnie, bo jestem zajęty i nie zamierzam w tym roku poświęcić Pani więcej czasu. Ponadto nie chcę czuć tego paskudnego odoru towarzyszącego wiwisekcji.”

Najpierw siedziałam wmurowana i w tym porannym stuporze piłam poranną kawę mocno wytrzeszczając oczy. Pewnie z powodu niskiego ciśnienia i zaspania nie od razu skojarzyłam autora. (Jednak od czasu poprzedniej korespondencji minęło kilka miesięcy.) Ale chwile później ten „kał” i „odbyt” zaczęły mi coś przypominać… Ułożyłam listy w poczcie wg nadawców i… błyskawicznie znalazłam poprzednie. O matko! Na pewno nie mam uprawnień medycznych, więc może rzeczywiście nie powinnam odsyłać pana do psychiatry tylko do lekarza chorób wewnętrznych, albo do proktologa, a najlepiej pierwszego kontaktu – niech on zdecyduje. W końcu ma uprawnienia. Ale… co trzeba mieć w głowie, by do obcego człowieka pisać takie rzeczy? No i po co to robić? Jak ja kogoś nie lubię, nie szanuję itd., to omijam szerokim łukiem. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że większość ludzi chce, by znienawidzony przez nich osobnik zniknął. Najlepiej w mękach. Czytelnik koprofag życzy mi wprawdzie tylko „obesrania” itp., ale podejrzewam, że w jego ustach to jest życzenie takie, jak śmierć. Zresztą chyba to ma być ta tzw. „usrana śmierć”.

Nie mam (jeszcze) menopauzy, problemów z jelitem ani jelitami w ogóle, nie używam brązowych lakierów do paznokci, a na biurku nie leżą maszynopisy, bo ze względu na dbanie o środowisko rzadko coś drukuję. Dlatego pytam: Jak żyć? Choć pewnie nadawca listu spyta: „Jak rzyć?”

Stanisław Lem powiedział podobno kiedyś takie słowa: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do internetu.” Jak zdefiniowałby ten przypadek? Ale może to ja rzeczywiście mam coś z głową? Może to zupełnie normalna korespondencja tylko ja się nie znam?

Tanim sumptem, czyli znalazłem na stronie i sprzedam

Jak wzbogacić się tanim sumptem? Wystarczy pohandlować na allegro skanami dokumentów wziętych z sieci. Nigdy bym na to nie wpadła, gdyby nie list czytelnika, który napisał:

„Szanowna Pani,
jeden z dokumentów dotyczących Pani przodków, którego zdjęcie umieściła Pani na swojej stronie, jest sprzedawany obecnie na Allegro za niewielką, zupełnie symboliczną kwotę.”

I podał link. Kliknęłam i oniemiałam. Zobaczyłam to, co opublikowałam na swojej stronie genealogicznej, czyli dokument dotyczący mojego praprapradziadka Pawła Piekarskiego.

Skan tego, co wisi u mnie na ścianie, jak byk. Nawet nazwisko to samo. Ta sama plama w rogu, zagięcia itd. Jak to jest możliwe, że skan dokumentu, który wisi u mnie na ścianie pieczołowicie oprawiony przez ojca można kupić na allegro za 33 złote? Zadałam sprzedającemu pytanie, czy to legalne i zgłosiłam sprawę allegro. Czekam teraz na odpowiedź. Wnioski mam takie. Jeśli okaże się, że jest to legalne, to łatwo można się wzbogacić szperając w sieci i handlując dokumentami, które zeskanował ktoś inny. (Pan oferuje jeszcze inne dokumenty. Za te same kwoty. Podejrzewam, że zdobył je w ten sam sposób, co mój dokument.)

Ktoś powie, że sama jestem sobie winna, bo publikuję skany bez znaku, że są z mojej strony. Publikuję je jednak dla historyków do badań i prac naukowych, a nie dla handlarzy, by mogli zarabiać na cudzej naiwności.

PS Z ostatniej chwili. Ponieważ do sprzedającego napisałam list:
„Chciałam spytać, jak to jest, ze sprzedaje Pan coś, czego oryginał wisi u mnie w domu na ścianie i tyczy mojego trzy razy pradziadka Pawła Piekarskiego?
To w ogóle jest legalne?”
Otrzymałam mail zwrotny:
 ”Witam. 
Przepraszam najmocniej za zanistniala sytuacje.
Aukcja zostala usunieta i juz sie wiecej nie pojawi.
Jeszcze raz przepraszam i zycze milego dnia.”
Czyli wnioski dotyczące legalności handlu takimi rzeczami nasuwają się same…

Wesołych Świąt

Wszystkim czytelnikom życzę zdrowych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

A w ramach prezentu obraz z Galerii Narodowej w Londynie.

adoracja

Szkoła Rembrandta van Rijn: „Adoracja pasterzy”

„Narodzenie Jezusa
W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.
Pasterze u żłóbka
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach,
a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: „Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił”. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.”
Ewangelia wg Świętego Łukasza