Archiwa kategorii: Kultura

Czar Starego Gmachu

Był rok 1986, kiedy nie dostałam się na studia. Egzaminy zdałam na piątki i czwórki, ale słabe świadectwo i brak punktów za pochodzenie sprawiły, że miejsc na uczelni dla mnie zabrakło. W tamtych czasach można było na dodatkowe punkty na studia zapracować. I tak we wrześniu 1986 roku by zarobić na te punkty zjawiłam się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, która mieściła się w starym gmachu. To dzięki pracy w BUW przeczytałam wtedy książkę „Mikołajek w szkole PRL”. Nie była tak dobra literacko jak francuski pierwowzór, ale… opisywała coś, co znaliśmy wszyscy. To wtedy zdobyłam sporą kolekcję znaczków wydaną w latach 80-tych przez polskie podziemie niepodległościowe, bo pracownicy BUW sprzedawali je między sobą. Nie było podziału między ludźmi. Wszyscy byliśmy jednością. A najważniejsze dla nas były książki. To z powodu książek na swoje miejsce zdobywania punktów na studia wybrałam BUW, a nie na przykład szpital. W BUW przyjęto mnie do działu katalogów najpierw jako stażystkę, a potem na stanowisko młodszego bibliotekarza. W dziale obok pracował Piotr Matywiecki. W BUW w przerwach w pracy, na starej maszynie stojącej przy moim biurku, pisałam swoje pierwsze, drukowane w prasie opowiadania. Natomiast w ramach pracy m.in. przepisywałam stare, ręcznie pisane, przedwojenne karty katalogowe, a ponieważ te stare trzeba było wyrzucać, więc… brałam je na pamiątkę do domu. „Stary Gmach” Piotra Matywieckiego przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To dla mnie powrót do BUW, mojego pierwszego miejsca pracy. Jedynego, w którym byłam bezgranicznie szczęśliwa. Jedynego, w którym nie płakałam. Jedynego, za którym tęsknię, choć spędziłam tam tylko rok.

Myliłby się jednak czytelnik, który podejrzewałby, że „Stary Gmach” Matywieckiego to banalne wspomnienia starego bibliotekarza o statusie poety, czy wiecznego poety, w którym na zawsze tkwi bibliotekarz. To swoisty esej o kulturze i książce, przeplatany rzecz jasna wspomnieniami i anegdotami, ale będący próbą odpowiedzi na pytanie o rolę książki, literatury i biblioteki największej warszawskiej uczelni humanistycznej w życiu polskiego społeczeństwa i polskiej inteligencji.

Głównym bohaterem książki jest bowiem nie tyle sam budynek starego BUW, ile księgozbiór i literatura. Tak, jakby tytułowy „Stary Gmach” był pretekstem do opowiedzenia czytelnikom o książkach, które kształtowały i autora i jego środowisko i całe pokolenia czytelników tej specyficznej biblioteki. Matywiecki cytuje nie tylko bibliotekarzy, opowiadając przy okazji o historii księgozbioru, ale cytuje też poetów, pisarzy, naukowców i filozofów. Opowiada o ich wizytach w BUW. Jednak w większości te opowieści mają charakter anegdot nie tyle o człowieku, ale o kulturze czy literaturze. Dobrym przykładem jest ta o obwieszczaniu czytelnikom, że czas kończyć pracę, bo zbliża się pora zamknięcia. „Przechadzałem się po salach i z namaszczeniem, głośno, kilkakrotnie obwieszczałem: „Proszę Państwa, zamykamy!” – bawiło mnie, że w te sposób cytuję Ziemię jałową Eliota i że tylko ja jestem świadom tej mojej literackiej gry. Ale po jakimś czasie natrafiłem na felieton Tadeusza Komendanta w czasopiśmie „Nowy Wyraz”. Komendant bawił się w tym felietonie nieświadomością bibliotekarza BUW-u, który swoim „proszę państwa, zamykamy” bezwiednie wchodzi w literacki świat wtajemniczonych. Poczułem się śmieszne urażony w mojej poetyckiej erudycji.”

W tym roku księgozbiór BUW kończy 200 lat. Jego główna siedziba mieści się już w zupełnie nowym gmachu na Dobrej. I choć ten nowy i przestronny budynek na pewno jest wygodniejszy, przystosowany do niepełnosprawnych, obszerniejszy itd., to trudno spodziewać się, że szperając w jego magazynie znajdzie się wetknięte pomiędzy zgromadzone w nim książki karteczki, listy i notatki pamiętające poprzednie epoki i poprzednie pokolenia bibliotekarzy. Książka Piotra Matywieckiego zastępuje je wszystkie. Warto po nią sięgnąć, by zajrzeć tam jak do starego bibliotecznego magazynu. Można właściwie otwierać w dowolnym miejscu i czytać na wyrywki. Tak, jak ja przeszło 30 lat temu podczas nocnego dyżuru czytałam wyciągane z magazynu na chybił trafił książki traktując je jak swoistą wróżbę. „Co mnie, czytelnikowi, przyniesie los? Powiedz o książko!” Co powiedział mi „Stary Gmach?”

„I jest oczywiście ta zupełnie nowa wirtualna przestrzeń internetu, do której prosto z sali zapełnionej komputerami wchodzą „użytkownicy”. Może tam, w jakiejś zupełnie innej formie, odżyją mit i prawda wielkiej biblioteki?
Bo dawniej ten mit i prawda spełniały się na moich oczach. Nabywanie erudycji dokonywało się jako coś naturalnego, było oddechem czytelniczych sal.”

Warto wsłuchać się w ten oddech, a można to zrobić sięgając po „Stary Gmach”.

PS A ja tu kiedyś opisywałam panią Marię Kicińską, z którą pracowałam w BUW i szczerze żałuję, że Piotr w swojej książce ją pominął, bo była to niezwykle barwna postać, ale cóż… nie on z nią był w jednym pokoju, ale ja.

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

Sadyba i figurki na kominku

Jakoś tak się dzieje, że w rocznicę katastrofy smoleńskiej zawsze myślę o kimś, kto w niej zginął, a kogo znałam osobiście. Dziś myślę o Katarzynie Piskorskiej, bo dwa dni temu jechałam Powsińską.

Katarzynę Piskorską znałam chyba od… zawsze. Wszystko dlatego, że Ojciec pochodził z Sadyby i wychowywał się w bloku oficerskim, mającym adresy Morszyńska, Okrężna i Powsińska. Na Powsińskiej w willi Podgórskich mieszkali też Piskorscy, a właściwie Maria Piskorska z córkami. Jej mąż działacz harcerski Tomasz Piskorski zginał w Katyniu. Mój Ojciec znał Marię Piskorską jeszcze z czasów okupacji. Cytuje ją w swojej części naszej wspólnej książki „Syn dwóch matek”, bo ona też pisała o transporcie dzieci z Zamojszczyzny. W końcu w czasie okupacji była lustratorką Rady Głównej Opiekuńczej. W czasie powstania warszawskiego jej willa była siedzibą dowództwa rejonu V obwodu Mokotów AK, którego dowódcą był Czesław Szczubełek ps. „Jaszczur” – lekarz, który leczył mojego Ojca jeszcze przed wojną, a którego imię nosi dziś sadybiański park, w którym się wychowałam.

Na Sadybie wszyscy się znali. Dwie klatki obok mieszkała Anna Czajkowska (pierwowzór pani Eulali z mojej powieści ‚Tropiciele’) wdowa najpierw po oficerze sanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił honorowe samobójstwo, a potem po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Jej najlepszą przyjaciółką była Irena Zyndram-Kościałkowska. Od lat 60-tych obie panie mieszkały razem i działały w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. Pani Irena zmarła w 1983 roku. Pani Anna zamówiła u Katarzyny Piskorskiej rzeźbę na grób przyjaciółki. Rzeźba przedstawiała ukochanego psa pani Ireny – Mucka. Był to ratlerkowaty kundelek. Przeżył swoją panią, a także… trzy odlewy swojej rzeźby, bo wyrzeźbionego przez Katarzynę Piskorską Mucka złodzieje kradli trzykrotnie. Czwartego odlewu pani Anna już nie zamówiła.

Gipsowa rzeźba Mucka autor: Katarzyna Piskorska

Grób po kradzieży

W willi Katarzyny Piskorskiej byłam z Ojcem kilka razy i przy różnych okazjach. Najbardziej wryła mi się w pamięć pierwsza wizyta. Miałam 8 lub 9 lat i po raz pierwszy byłam w domu rzeźbiarza. Na kominku w salonie stało całe mnóstwo figurek. Rzeźby były zresztą wszędzie. Także w ogrodzie. Wydawało mi się, że jestem w muzeum rzeźby a nie w domu. Potem odwiedzałam i widywałam panią Katarzynę wiele razy, ostatnie lata już jako dziennikarka.

Wspominam ją jednak ilekroć mijam willę Podgórskich na Powsińskiej. Myślę wtedy jak wszystko przemija. Jak zostaje w naszej pamięci i żyje w niej, dopóki… my żyjemy.

Na zachowanych w domu fotografiach mam pogrzeb Ireny Zyndram Kościałkowskiej. I fotografie jej grobu po jednej z kilku kradzieży Mucka. Zdjęcia zrobił mój Ojciec, by pomóc pani Annie w zgłaszaniu przestępstwa kradzieży na milicję. Sprawców jednak nigdy nie znaleziono, a rzeźby nigdy nie odzyskano. Kto ją kradł? Dlaczego? Czy skradziony z grobu rzeźbiony odlew Mucka jeszcze istnieje? Nigdy się już nie dowiemy.

Tak jak nie dowiemy się, co myślała Katarzyna Piskorska w niedzielę rano 10 kwietnia 2010 roku. To już siedem lat.

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Obraz, czyli trzeba pozbyć się… diabła!

Nigdy nie wierzyłam w diabła. Owszem, twierdzę, że zło istnieje, ale tkwi w człowieku. Dlatego sceptycznie też podchodziłam do opowieści o nawiedzonych przez złe duchy domach, czy złych duchach na cmentarzu. Nie znaczy, że nie wierzę w duchy. W te wierzę jak najbardziej, ale być może dlatego, że wychowywano mnie wpajając, że ludzie są jednak mimo wszystko dobrzy, ciężko mi uwierzyć w złe duchy. Nawet w mojej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” wszystkie zjawy są dobre, sprawiedliwe i nawiedzają w tzw. słusznej sprawie. Gdy przez jakiś czas byłam zupełnie sama z nieletnim synem czułam obecność dobrych duchów moich przodków. Że kiedykolwiek nawiedzi mnie zły duch? Niemożliwe. To tylko na filmach. To tylko „Omen” i Gregory Peck. To tylko „Harry Angel” oraz Mickey Rourke i Robert de Niro. To tylko „Adwokat diabła” oraz Keanu Reeves i Al Pacino. To tylko… dziesięć, sto czy tysiąc innych filmów. W normalnym życiu zdarzyć się to nie może. Tak myślałam.

W ogóle nie przypuszczałam, że pewnego dnia diabeł zawita do mnie. Jak to? Wiele miesięcy temu przyszedł do nas kolega Panicza Syna z jakimś obrazem olejnym i pytaniem, czy mogłabym mu powiedzieć co to za malarz. Obraz przedstawiał postać z czarnymi, rozczochranymi włosami. Taki diabeł. Trochę straszny, a trochę śmieszny. Chyba nawet był podpisany „Diabeł”. Nazwisko autora (dziś już nie pamiętam) nic mi nie mówiło, ale sprawdziłam go w internecie. Nie żył od kilku lat. Malował diabły. Najwyraźniej lubił to. Kolega Panicza Syna powiedział, że kupił obraz na targu sztuki za 5 złotych, ale jego mama po kilku miesiącach poprosiła, by natychmiast wyniósł go z domu, bo obraz ma złą energię. Ubawiłam się. To, że ktoś namalował diabła to nie znaczy, że obraz ma złą energię. Kolega powiedział więc, że obraz mogę zatrzymać. Żal mu go wyrzucać, a ja pewnie docenię dzieło, bo w końcu ukończyłam historię sztuki.

Cóż… zawsze miałam miękkie serce. Zarówno dla ludzi i zwierząt, jak i dla przedmiotów. Moim pierwszym zawodem był zawód bibliotekarza. Dlatego przed wieloma laty ulitowałam się nad leżącym na stole w redakcji i przez nikogo niechcianym egzemplarzem harlequina. Tym, w którym na swoją zgubę wyczytałam zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.” To zdanie do dziś snuje się za mną jak cień będąc dla mnie symbolem grafomanii i złej literatury. Teraz na tej samej zasadzie ulitowałam się nad obrazem. Jednak w przeciwieństwie do harlequina obraz artystycznie nie był zły. Nie pasował mi jednak do wnętrza. Nie był też w moim guście. I w ogóle coś z nim było nie tak. Jednak dokładnie tak samo jak kiedyś harlequina tak teraz żal mi było obrazu. Dlatego przyjęłam dzieło i… schowałam. A potem o nim zupełnie zapomniałam.

Ostatnie półtora roku nie było dla nas dobre. Nie chodzi o życie osobiste, bo na to nie narzekamy, ale zawodowo mieliśmy sporo kłopotów. Były to kłopoty z komputerami, dyskami, spektaklem, książkami, filmami, a także ludźmi z którymi przyszło nam współpracować. Szkoda naprawdę czasu na opisywanie tego wszystkiego, zresztą w niektóre historie trudno byłoby czytelnikom uwierzyć. W każdym razie było nam w życiu ciężej niż zazwyczaj. Dlaczego? Olśnienie przyszło dwa dni temu, gdy siedziałam i próbowałam pisać, ale jak zwykle coś mi się przydarzyło, co to pisanie uniemożliwiło. I nagle… przypomniał mi się obraz. To było jak impuls. Gdy napomknęłam Ulubionemu, że mam wrażenie, że to ten obraz z diabłem ma złą energię i źle na nas działa, przez co mamy takie a nie inne kłopoty z pracą, on aż podskoczył. Szybko powiedział, że ma dokładnie taką sama myśl. Postanowiliśmy więc pozbyć się obrazu. Natychmiast zadzwoniłam do Panicza Syna, który studiuje w zupełnie innym mieście, by poinformował kolegę-ofiarodawcę, że obraz wyrzucamy. W odpowiedzi usłyszałam, że… w ogóle go to nie dziwi.

Ulubiony rozpoczął poszukiwania „Diabła”, ale obraz jakby zapadł się pod ziemię. Kompletnie nie umieliśmy sobie przypomnieć gdzie też go schowaliśmy, by nie drażnił naszych oczu. Poszukiwania trwały długo, ale na szczęście zakończyły się sukcesem. Gdy chciałam sfotografować obraz „na pamiątkę”, by móc komuś potem pokazać je, jako dowód, że coś z obrazem nie tak, Ulubiony aż krzyknął. „Żadnych zdjęć! Żadnych śladów po tym diable w naszym domu!” Zgodziłam się od razu. No i rozpoczęliśmy dysputę gdzie obraz wyrzucić! Wbrew pozorom było to dla nas obojga bardzo ważne, bo od razu stwierdziliśmy, że nasz śmietnik nie wchodzi w rachubę, ponieważ może go tam znaleźć sąsiadka i… zabrać do domu, a wtedy obraz też będzie obok nas, tyle, że nie będziemy mogli się go pozbyć już nigdy. Uznaliśmy więc, że trzeba znaleźć śmietnik tzw. wolnego dostępu i najlepiej z rzeczami z budowy bądź remontu, bo z takiego śmietnika nikt obrazu nie wyjmie i nie przyniesie zła do swojego domu. A przynajmniej ryzyko, że ktoś to zrobi jest mniejsze.

Wczoraj Ulubiony znalazł taki śmietnik i wyrzucił tam obraz z diabłem upychając go pod gruzem i deskami z budowy. A ja mam wrażenie, że powoli zaczyna się wszystko prostować. Dziś rano zadzwonił bowiem znajomy informatyk, by powiedzieć, że z jednego z uszkodzonych dysków udało się odzyskać 30 GB danych. A jeszcze tydzień temu twierdził, że pomóc w tym może tylko jedna firma, której usługi kosztują kilka tysięcy złotych. A wystarczyło pozbyć się diabła.

PS Cały czas nie mogę w to uwierzyć.

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Korwinina i inne podroby

Wczoraj sieć obiegł film z Parlamentu Europejskiego, na którym widać pewnego polskiego eurodeputowanego, który twierdzi, że kobiety powinny zarabiać mniej niż mężczyźni, gdyż są od nich słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja się zgadzam z tym osobnikiem (pan to to nie jest, mężczyzna też nie), że jesteśmy mniejsze. Nie tylko wielu polskim parlamentarzystkom, ale i polskim kobietom daleko do rozmiarów np. Ryszarda Kalisza, który w swoim czasie uchodził za najgrubszego polskiego posła. Na pewno jesteśmy więc mniejsze. Na pewno jesteśmy też słabsze, choć podejrzewam, że gdyby nasza utytułowana kulomiotka przywaliła temu osobnikowi w pysk, co niewątpliwie mu się należy, bo przecież na pojedynek na szpady lub pistolety chama nikt nie będzie wyzywał, to by się nogami nakrył i zdziwił co może taka mała, słaba kobieta. Co do inteligencji kobiet mocno bym jednak z nim dyskutowała. Przykład z szachami czy olimpiadami z fizyki podany przez tego osobnika, (że więcej jest wybitnych szachistów niż szachistek i że brak jest kobiet w olimpiadach fizycznych), wydaje mi się dość niefortunny, nawet nie dlatego, że noblistka Maria Skłodowska-Curie była kobietą, ale rodzajów inteligencji jest kilka. A poza tym jak tam z fizyką u niego? Na pewno wszystko dobrze? Nic mu nie ciąży?

Uważam ponadto, że wypowiedzenie tych słów przez eurodeputowanego stawia go w dolnym rzędzie polskiej klasy inteligenckiej jeśli w ogóle do niej należy, co jest mocno wątpliwe. Najbardziej jednak fascynuje mnie w jego argumentacji, że kobiety powinny mniej zarabiać niż mężczyźni, ten niesamowity brak logiki, która niezbędna jest w szachach czy fizyce. Skoro kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni przy takich strasznych dysfunkcjach, jak słabość, mniejszość i mniejsza inteligencja powinny chyba dostawać dwa razy więcej pieniędzy, bo mimo tych dysfunkcji w swojej pracy dorównują mężczyznom.

Rozumiem, że ten osobnik sugeruje, że jako pisarka z racji płci powinnam otrzymywać mniejsze honoraria niż moi koledzy po piórze. Naprawdę? Bardzo bym wobec tego prosiła, by wyrzucił ze swojej biblioteki wszystkie książki napisane przez kobiety.

Jest takie powiedzenie, że po wołu można spodziewać się tylko wołowiny. Ośmielam się jednak zauważyć, że o ile wołowina zawiera sporo potrzebnego dla organizmu np. żelaza, o tyle korwinina jedynie strychninę i jad kiełbasiany. A ten ostatni pochodzi z mocno starej kiełbasy, którą obawiam się dźwignąć może już tylko viagra.

W starożytności tak starych ludzi jak ten osobnik w Grecji zrzucano ze skały. Podobnie było u Norwegów. Na Islandii też starców zabijano, ale wcześniej przedyskutowywano sprawę na zgromadzeniu być może podobnym do Europarlamentu. Potem zrzucano ich ze stromej skały, który to proceder potwierdzają niektóre nazwy miejsc na terenie dzisiejszej Skandynawii brzmiące w wolnym tłumaczeniu jako: „skała śmierci” lub „miejsce straceń”. W skandynawskich sagach mowa jest o maczudze śmierci do zabijania starców. Wyczytałam też gdzieś, że w starożytnej Skandynawii podeszli wiekiem nie jadali i nie przebywali ze swymi dziećmi i wnukami, a ich los był cięższy od losu zdolnych do pracy niewolników. Tymczasem nasza cywilizacja pozwoliła im nadal żyć, a nawet być jeszcze eurodeputowanymi. A w czym taki chamski staruch lepszy jest od kobiety? W szachach? Ponoć pierwsza zasada szachistów brzmi: „nie bij konia przy damie”. O to jestem spokojna. Damy od takiego obrzydliwego starucha uciekają w galopie. Ale ponieważ samo „życie jest jak gra w szachy: raz posuwasz królową, a raz bijesz konia” to chcę retorycznie spytać: Czy ktoś wierzy, że istnieje królowa, która pragnie tego starca?

PS W tym tekście dostosowałam się do poziomu dyskusji osobnika reprezentującego (niestety) Polskę w Europarlamencie. Jak chamstwo to chamstwo.

Złe polskie filmy, czyli słowo o mojej rozpaczy

Postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy. Drugi rok uczęszczam na zajęcia do pewnej szkoły scenariuszowej. Pierwszy rok zaliczyłam (na czwórkę) pisząc scenariusz filmu fabularnego krótkometrażowego. Drugi, a co za tym idzie ostatni rok, mam zaliczyć scenariuszem pełnometrażowego filmu fabularnego. W międzyczasie oglądam różne filmy. Generalnie jestem osobą tzw. „wyoglądaną”. W podstawówce i liceum chodziłam do kina na pewno częściej niż inni. Na dodatek namiętnie odwiedzałam tzw. Muzeum Sztuki Filmowej, czyli kino Iluzjon. Bywało, że wychodziłam z jednego seansu i wchodziłam na drugi oglądając tak trzy filmy z rzędu. Mój rekord to cztery filmy w Iluzjonie obejrzane jednego dnia. No i oglądałam też niemal wszystko, co pokazywała Telewizja Polska. Po maturze należałam do DKF, dzięki czemu obejrzałam najważniejsze dzieła światowej kinematografii. Jak przystało na kinomaniaka codziennie oglądam minimum jeden film i to właściwie po to mam telewizor. Tylko raz w swoim życiu wyszłam z kina w trakcie seansu, bo mam zasadę oglądania filmów do końca. Z tego filmu pewnie bym nie wyszła, gdyby nie to, że byliśmy całą paczką i większość z tej paczki chciała wyjść.

Lista moich ulubionych filmów jest długa. Długa jest też lista ulubionych reżyserów. Do wielu ich filmów wracam wiele razy i padam plackiem przed geniuszem twórców.

Niestety w ciągu ostatnich kilku tygodni obejrzałam (wiem, że z opóźnieniem) trzy bardzo złe polskie filmy. Przyznam jednak, że oddałabym wiele, by móc powiedzieć, że były one świetne. Nie jestem osobą, która sugeruje się recenzjami, opiniami itd. Lubię mieć własne zdanie. Te trzy bardzo złe polskie filmy to produkcje patriotyczno-historyczne.

Trzecie miejsce w tym moim prywatnym rankingu najgorszych polskich filmów z ambicjami zajmuje „Bitwa Warszawska 1920”. Wiem, minęło sporo czasu od premiery, ale bałam się tego filmu. Mój dziadek, Julian Stec, brał udział w wojnie podczas uderzenia znad Wieprza. Był ranny i leżał w szpitalu we Lwowie. Dla mnie to nie jest więc jakaś tam historia, ale coś niezwykle ważnego i niemal osobistego. Każdy ochotnik w tym filmie to przecież potencjalnie mój dziadek. Tymczasem co otrzymałam jako widz?

Tu pora na dygresję. Na zajęciach ze scenariopisarstwa uczą mnie ciągle, że film to nie życie. Że film to historia (smutna, wesoła, zwariowana lub poważna etc.), która ma być wciągająca. Żeby była wciągająca musi składać się (w tzw. wielkim skrócie) z krótkiego wstępu, kiedy poznajemy bohaterów. Potem następuje tzw. pierwszy punkt zwrotny, w którym bohater zostaje wypuszczony w jakąś podróż (może to być podróż w głąb siebie) mającą odmienić jego życie, plątane przez los. Ażeby ta „podróż” była ciekawa dla widza bohater musi przechodzić różne perypetie. Wreszcie w filmie dochodzi do kulminacji, kiedy następuje rozwiązanie jego problemu (lub bohater ponosi klęskę) i kończy się film. Film ma happy end lub nie. Wszystkie moje najukochańsze filmy świata, jak np. „Światła wielkiego miasta” Charlesa Chaplina, „Odrażający, brudni, źli” Ettore Scolli, czy „Strach na wróble” Jerry’ego Schatzberga, albo „Fanny i Alexander” Ingmara Bergmana, czy „Zawód: reporter”, „Zabriskie point” lub „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego albo „M jak morderca” Fritza Langa czy „Kobieta w oknie” (tegoż samego niemieckiego reżysera żydowskiego pochodzenia, który musiał opuścić Niemcy po dojściu Hitlera do władzy), a także „Viridiana” Luisa Buñuela, oraz polskie filmy pt. „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza, „Dwaj panowie N.” Tadeusza Chmielewskiego czy „Eroica” Andrzeja Munka lub „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hassa są wg. tego schematu. Co ciekawe. Schemat opisano potem. Najpierw postały te filmy. Bo schemat opisano, oglądając i analizując te najgenialniejsze dzieła światowego kina.

„Bitwa Warszawska 1920” w warstwie scenariuszowej przeczy wszystkiemu, czego uczą mnie w szkole. Jest przykładem (ale jeszcze nie „idealnym”) jak nie pisać scenariusza. Na dodatek poza Adamem Ferencym, którego uwielbiam, a który gra czarny charakter i niestety dość szybko ginie, wart uwagi jest tam jeszcze Jerzy Bończak, niestety wraz z momentem wydelegowania granego przez niego bohatera na front – kończą się dobre sceny w filmie. Zostają nam nijaki Borys Szyc, bo nie ma nic do grania i jeszcze gorsza Natasza Urbańska, której Pan Bóg dał urodę, ale albo poskąpił talentu albo czegoś innego co pomogłoby, bym uwierzyła w istnienie takiej postaci.

Drugie miejsce najgorszego polskiego filmu ma „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”. Proponuję zresztą zmienić tytuł na „Histeria Roja”, bo widać w tym obrazie histeryczny krzyk twórców pragnących za wszelką cenę przekonać, że stworzyli doskonałe dzieło. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo w tym filmie Ulubiony zagrał nawet epizod. Powinnam więc, przez wzgląd na niego, popatrzeć na ten film bardziej przychylnie. Naprawdę patrzyłam. Niestety nie jestem w stanie pochwalić. Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyczałam w czasie seansu. Panicz Syn dwukrotnie wpadał do salonu pytać: „Co się stało?”, bo film oglądałam dzięki tzw. VOD na platformie Orange, czyli zapłaciłam 15 złotych doliczane do rachunku za wypożyczenie go na 48 godzin. Moje krzyki sprowadzały się do wypowiadanych przeze mnie bardzo głośno raz po raz słów: „O matko!”, „O Boże!”, a także „Nie wierzę!”. Za ten film reżyser Jerzy Zalewski powinien przede wszystkim przeprosić swoich bohaterów. A pieniądze, które wydałam, by obejrzeć ten koszmar proszę by mi zwrócił wpłacając na jakikolwiek cel dobroczynny – najlepiej na Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Stworzył bowiem (znów pozbawiony spójnego scenariusza, a nawet można napisać, że scenariusza w ogóle) film klasy B, pełen wulgarnych przekleństw wykrzykiwanych w takim nadmiarze, że „Psy” Władysława Pasikowskiego to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci. Jest tu na dodatek taka masa strzelaniny, że w obsadzie właściwie brakuje Stevena Seagala lub Chucka Norrisa, bo to oni się w grze w tego typu filmach specjalizują, a to właśnie filmy z nimi przypominała mi produkcja Zalewskiego. Z tą różnicą, że filmy z Seagalem czy Norrisem, (choć w większości sprowadzają się do schematu „zabili kogoś i ktoś się mści”) mają trzymające się kupy scenariusze, czego o tym naprawdę powiedzieć nie można. Są tu rwane sceny, które można zresztą dowolnie poprzestawiać i film na tym nie straci, bo i tak nie wiemy o co w nim chodzi. Są tu też niestety nadęte, nudne, patriotyczne dialogi wplecione w ten stek przekleństw. Bohaterowie wycierają sobie gęby ojczyzną jakby to był papier toaletowy. Jest to jeszcze na dodatek bardzo źle zagrane (poza epizodami). Ale z drugiej strony przy tak złym scenariuszu i dialogach zapewne ciężko jest dobrze grać.

Wreszcie (albo niestety) pierwsze miejsce. Gdy ogłasza się je na gali Oskarów ludzie wzruszają się, zapiera im dech w piersiach. Tym razem z trzewi wydobywają się beknięcia, a z odwłoku zgoła inne odgłosy i reakcje. To pierwsze miejsce to „Smoleńsk”. Panie Antoni! Panie Krauze! Jest pan reżyserem moim zdaniem jednego z najlepszych w dziejach polskiej kinematografii filmu krótkometrażowego pt. „Monidło” wg. opowiadania Jana Himilsbacha. Ja się teraz Pana pytam i naprawdę mam łzy w oczach. Jak Pan, człowiek o takiej filmowej wrażliwości, mógł wyreżyserować takiego gniota? Czterej scenarzyści, a scenariusza jakby nie było!!! W 36 minucie nadal czekałam na pierwszy punkt zwrotny. Po godzinie prawie płakałam błagając niebiosa, by ta straszna nuda się skończyła. Jestem dla tego filmu idealnym widzem. Nie jestem z tzw. sekty pancernej brzozy. Nie mam w ogóle żadnej teorii dotyczącej katastrowy tupolewa. Nie wiem co zdarzyło się pod Smoleńskiem i chciałabym wyjaśnienia. Tymczasem dostaję film, który nie odpowiada na to pytanie. Nie przedstawia też żadnej teorii. (Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Nie jest to political fiction jaki można byłoby nakręcić. Z łezką w oku wspominam w tym miejscu oglądany przeze mnie po wielekroć film „Koziorożec 1” Petera Hyamsa, którego bohaterem też jest dziennikarz. Film jest o tym jak rząd dopuszcza się manipulacji w sprawie lotu w kosmos i trzyma widza w napięciu do końca. Mnie trzyma w tym napięciu bez względu na to, który raz go oglądam, a mam to na własność na DVD. Niestety „Smoleńsk” to tandetny fabularyzowany dokument z jakąś tezą, której nawet dokładnie nie jestem w stanie sformułować, bo wszystko jest tam niejasne. (Powtórzę: Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Najgorsze w filmie jest jednak to, że ma dialogi na poziomie programów typu: „Trudne sprawy”, „Ukryta prawda” lub „Dlaczego ja?”. Na dodatek, poza kilkoma dobrze zagranymi epizodami (Andrzej Mastalerz, Halina Łabonarska) ma tragicznie obsadzoną główną rolę – Beatę Fido. (Towarzyszący jej aktor grający kochanka, operatora kamery też straszny!) Ta pani z dwiema czy trzema dyżurnymi minami nie powinna nigdy w życiu grać niczego więcej poza melodią „wlazł kotek na płotek” na cymbałkach i to w domowym zaciszu. Czegoś tak złego aktorsko nie widziałam w żadnym profesjonalnym filmie!!! Widziałam to jedynie w serialach typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Sędzia Artur Lipiński”, „Szpital” i tym podobne głupoty. Ostatni raz tak wstydziłam się za coś, co oglądam na ekranie, kiedy Adam Małysz odbierał puchar za wygraną w Turnieju Czterech Skoczni, a dziennikarz TVP (którego na szczęcie był to ostatni występ) spytał publicznie jego żonę „co pani da mężowi jak wróci?” wtedy na to dwuznaczne pytanie pani Iza Małysz przytomnie odpowiedziała, że kaczkę i uratowała sytuację.

Piszę o tym wszystkim, bo jestem załamana. Oto kilka lat temu opisywałam tu moją osobistą historię z filmem „Szaleńcy”, czyli debiutem fabularnym Leona Buczkowskiego. Był to polski, fabularny film patriotyczny opowiadającym o wojnie polsko-bolszewickiej. Nie zachował się w całości. Nie wiemy, jak zginął główny bohater. Film oglądałam w 90 rocznicę tzw. Cudu nad Wisłą w Iluzjonie, który wtedy korzystał z sali w Bibliotece Narodowej. „Szaleńców” pokazywano z muzyką na żywo. Mimo braku kluczowych scen, bo się nie zachowały, film zebrał wielkie brawa. Urzeczony był również mój 14-letni wówczas syn. Cóż… w 1929 roku ten film został nagrodzony Złotym Medalem na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

I jest mi po prostu zwyczajnie, po ludzku i po polsku przykro, że prawie 90 lat później daleko nam do tego poziomu. Nie umiemy robić patriotycznego kina. Trzy filmy na trzy ważne tematy: wojna polsko-bolszewicka, żołnierze wyklęci i katastrofa smoleńska, a obejrzałam trzy gnioty. Nie ma takiej beczki piwa, której wypicie zabiłoby niesmak. Wiem jedno: Jerzy Hoffman powinien przeprosić mojego dziadka za film o wojnie, w której dziadek brał udział. Jerzy Zalewski powinien przeprosić żołnierzy wyklętych za patetyczne, pełne przekleństw i tandetnej strzelaniny nudziarstwo, którym starał się ich upamiętnić, a Antoni Krauze oraz scenarzyści filmu, powinni przeprosić 96 ofiar katastrofy smoleńskiej i ich rodziny za gniota, który został wyprodukowany i do którego wmontowano archiwalne, oryginalne zdjęcia z nudnymi dialogami z konferencji prasowych. Ja rozumiem, że na coś brak pieniędzy, ale zawsze też pamiętam, że Elia Kazan na własnej daczy amatorską kamerą, którą obsługiwał jego syn nakręcił rewelacyjny i wstrząsający film „Goście”, w którym rozprawił się ze skutkami wojny w Wietnamie wbrew temu co głosiła oficjalna amerykańska propaganda. Jest się od kogo uczyć i na kim wzorować.

Nie musi to być tworząca monumentalne dzieła Leni Riefenstahl, która wraz z Goebbelsem śmieją się z zaświatów z polskiego kina propagandowego. Cóż…, jest tak słabe jak bezalkoholowe piwo Żywiec, po którym nawet moja 8 miesięczna jamniczka Frytka mogłaby prowadzić samochód, gdyby sięgała łapami do kierownicy i pedałów.

W 1968 roku Polskę opuścił Aleksander Ford, któremu jako Żydowi pokazano drzwi. Po latach okazuje się, że jego „Krzyżacy” są niedoścignionym wzorem dla Hoffmanna. W latach 70-tych Mieczysław Waśkowski, członek PZPR i szef POP PZPR przy Zespołach Filmowych nakręcił wstrząsający film „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” wg. opartego na faktach scenariusza Andrzeja Mularczyka z Karolem Strasburgerem w roli dziennikarza idącego tropem niewręczonych po kampanii wrześniowej medali. Dziś Waśkowski jest be, bo lewicowy partyjniak (nie żyje zresztą). Tymczasem Jerzy Zalewski od Waśkowskiego powinien uczyć się robić dobre filmy, a scenarzyści Smoleńska pisania scenariuszy od Andrzeja Mularczyka.

Wszystko to piszę szczerze zrozpaczona. Po tym, co obejrzałam chce mi się po prostu płakać!!! W rodzinie miałam i bohaterów wojny polsko-bolszewickiej (m.in. dziadka Juliana Steca) i żołnierzy wyklętych (m.in. odsiadującą wyrok w Fordonie ciotkę Stenię z Ruszczykowskich Krosnowską za którą bardzo tęsknię, bo wiele jej zawdzięczam), a w katastrofie smoleńskiej zginęło wiele osób, które znałam osobiście i których numery telefonów do dziś tkwią w mojej komórce. Nie umiem ich wykasować, bo to tak jakbym kasowała pamięć o nich.

Długo myślałam, czy pisać o tych filmach, że są złe. Z jednej strony powinno się je przemilczeć. Niech popadną w zapomnienie. Ale z drugiej strony, jak się tego jasno nie napisze, ktoś może pomyśleć, że temat został wyczerpany. Nie został. Scenarzyści do piór! Niech powstaną wreszcie dobre, polskie filmy o wojnie polsko-bolszewickiej, o żołnierzach wyklętych, a także o katastrofie smoleńskiej. Bohaterowie tych wydarzeń zasługują na to, by ich upamiętnić dobrymi filmami.