Archiwa kategorii: POMÓŻMY

Pustka, czyli rozważanie na Wielki Piątek

Miałam napisać dwa dni temu, miało być o czymś zupełnie innym, ale umarło dziecko znajomych i w środę poszłam na pogrzeb na Stare Powązki. Z pogrzebami jest tak, że albo idzie się za kimś albo idzie się z kimś. Tu szłam i za kimś (za dzieckiem, które znałam od jego urodzenia) i z kimś, że znajomymi, z których zwłaszcza ona – matka przeżywa najgorszy moment życia. Dziecko miało 6 lat i było od urodzenia ciężko chore. Z tymi wadami, które miało (m.in. zespół duplikacji mecp2) dożywa się podobno góra 10 lat. Ta dzidzia dożyła 6. Jeszcze dwa lata temu bawiłam się z nim (bo to chłopczyk) pluszową zabawką (wodził za nią wzrokiem) i karmiłam jakimś musem. Potem już nie mógł sam jeść. Odżywiany był pozajelitowo. Od urodzenia siusiał przez specjalną dziurkę pod pępkiem. Ostatnie dwa lata były jego powolnym umieraniem. Oboje rodzice, a zwłaszcza matka (co ojciec podkreślił przemawiając nad grobem), stoczyli heroiczną walkę o godne życie dziecka i jego bezbolesną śmierć. Pogrzeb chłopczyka był w środę. Najpiękniejszy pogrzeb jaki widziałam i jednocześnie najsmutniejszy. Widziałam wiele pogrzebów dzieci, ale pogrzeb dziecka niepełnosprawnego, które nigdy się nie śmiało i nie mówiło, jest czymś szczególnym. W kazaniu ksiądz powiedział, że rodzice mają swojego anioła, nad grobem na trąbce odegrano mu kołysankę „Na Wojtusia z popielnika”, a potem puszczono z odtwarzacza piosenkę „Bóg się mamo nie pomylił – narodziłem się z miłości” – swoisty hymn dzieci niepełnosprawnych. Naprawdę płakał cały cmentarz. Gdy dotarłam do samochodu jeszcze bardziej coś we mnie pękło. Cały czas myślałam o mojej koleżance – matce dziecka. Właściwie myślę o niej bez przerwy i przestać nie potrafię. Wydaje mi się, że więzi matki z dzieckiem są w ogóle czymś szczególnym, ale więzi matki z dzieckiem niepełnosprawnym, które jest absolutnie bezbronne i skazane na opiekę, to coś czego nigdy nie zrozumiemy, dopóki sami nie przeżyjemy lub nie spotkamy się z tym w swoim otoczeniu. To dlatego w aucie rozpłakałam się jeszcze gorzej niż na cmentarzu. Poczułam potworną bezsilność. I postanowiłam zadzwonić do kogoś życzliwego, by z nim popłakać, bo o ile przeważnie ryczę sobie sama, o tyle tym smutkiem chciałam się podzielić. Była 11:45. Nie chciałam dzwonić do Ulubionego, by go nie budzić. Wrócił z pracy o 6 nad ranem, a położył się o 7, więc myślałam, że jeszcze śpi. Panicz syn z kolei był na uczelni. Zadzwoniłam więc do jednej z przyjaciółek. Wykonuje wolny zawód, więc na pewno jej nie przeszkodzę. Poza tym w rodzinie miała taki przypadek. „Ty zapomniałaś, że do mnie nie dzwoni się tak wcześnie?” spytał mnie w słuchawce jej głos. Zaniemówiłam. Po chwili tłumiąc łzy powiedziałam, że wracam z pogrzebu dziecka koleżanki i chciałam z nią popłakać, ale usłyszawszy w odpowiedzi ciszę przeprosiłam i rozłączyłam się. Myślałam, że zreflektuje się i oddzwoni, ale tak się nie stało. Przez chwilę siedziałam jak ogłuszona. W końcu zadzwoniłam do innej przyjaciółki – jest od pół roku wdową. Powiedziała, bym natychmiast przyjechała do niej na kawę. Ucieszyłam się. Za półtorej godziny powinnam była być w „Radiu Zet” na wywiadzie, a nie nadawałam się do niczego. Pojechałam na kawę. Na miejscu opowiedziałam jej całą historię o pogrzebie z telefonem do przyjaciółki włącznie. Pokiwała głową ze zrozumieniem. A potem z uśmiechem powiedziała mając na myśli nie pogrzeb, a historię z telefonem: „Ja tam jestem zaprawiona w takich sytuacjach. Nawet nie wiesz co przeżywam jako wdowa. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że wdowa w Polsce jest takim śmieciem, którego można tylko kopnąć, to bym się zdziwiła. Teraz już to wiem. Moje uczucia są zupełnie nieważne, a nawet nie mam do nich prawa.” I opowiedziała wiele naprawdę tragikomicznych historii o polskiej znieczulicy, które sprowadzić można do kilku zdań. Obcy ludzie najlepiej wiedzą, ile powinna trwać nasza żałoba, jak powinna wyglądać, a przede wszystkim kto ma do niej prawo. Ich zdaniem śmierć jest naturalną koleją rzeczy i nie przesadzajmy z rozpaczą. Spytała mnie też, czy nie słyszałam, jak ktoś mówił na przykład, że teraz matce dziecka będzie lepiej, bo nie będzie się męczyć? Oczywiście, że słyszałam. Sęk w tym, że ludzie nie rozumieją, że ona wolałaby nadal przeżywać tę mękę, byle tylko trzymać swoje dziecko w ramionach. Miłość jest nieodgadniona. Miłość matki szczególnie. A miłość wdowy, dla której zmarły mąż był najlepszym przyjacielem jest wbrew pozorom bardzo podobna, bo też występuje tu głęboka intymna więź. Są pustki, które trudno wypełnić, ale z czasem się to udaje. Są takie, których wypełnić nie da się nigdy. Wtedy pustka zostaje na zawsze.

Myślę, że miłość to dobry temat do rozważania w Wielki Piątek zarówno dla chrześcijan jak i wyznawców innych religii, a nawet ateistów. Zastanówmy się nad nią w Wielki Piątek, gdy pod krzyżem też stała matka.

Przerwany łańcuszek, czyli co z tym autyzmem

Od początku istnienia Facebooka pojawiają się na nim łańcuszki. Przybierają różne formy. Na przykład ktoś coś wkleja na swoją tablicę i niejako psychologicznie zmusza do wklejenia na swoją. Albo śle ostrzeżenie, że krąży wirus, choć samo jego ostrzeżenie jest rodzajem nieznośnego wirusa. Albo zamieszcza idiotyczny status i gdy się go polubi lub skomentuje przysyła idiotyczną epistołę. Raz wzięłam udział, by zobaczyć co się stanie. W końcu jako dziennikarka sprawdzam różne rzeczy, wchodzę w nie itd. Nic się jednak nie stało. Po co więc to robić? Ignorowałam więc łańcuszki, ale… z roku na rok, z miesiąca na miesiąc przybywało ich. Momentami nie dawało się już czytać Facebooka, do którego podchodzę jak do swoistego rodzaju internetowej gazety. Dlatego kilka łańcuszków skomentowałam:

„Prosimy o litość! Tu lekarze pogotowia. Państwo Małgorzata Karolina i Zacharjasz zostali zjedzeni przez kota i psa. Zwierzęta zostawiły najbardziej niesmaczne… przepraszamy. Teraz ja biorę komórkę pani Małgorzaty. Tu lekarz specjalista do spraw, no… nie za bardzo przyjemnych, proszę wybaczyć, ale moja asystentka rzyga :( 
Zostało: jedno jajko Pana Zacharjasza, pół jego członka, który niestety zajmuje cały przedpokój i nie możemy wyjść. Czekamy teraz na straż pożarną. Ich pies, krwiożerczy jamnik odebrał to zresztą jako wielki żwacz i broni dostępu, stąd zapewne konieczna będzie jeszcze pomoc straży dla zwierząt. Jest też oko, pół cycka Pani Małgorzaty i jej lewa warga sromowa oraz duży palec u nogi pana Zacharjasza. 
Konferencja prasowa dla mediów będzie na Oczki w kostnicy. Zapraszamy! 
Wyrazy współczucia od zespołu ratowniczego Dr ZAŁUPSKI, Dr ŻOPULSKI, Dr SIORBOLSKI, prof. MINETA wraz z asystentką przybyłą z Niemiec mgr VON PIZDEN-SZPARCEN.”

Te wpisy wielu bawiły, ale niestety nie zlikwidowały łańcuszkomanii, która ostatnio wróciła ze zdwojoną niemal siłą, a ja po polubieniu kilku idiotycznych statusów znajomych dostałam od nich wiadomość o treści (pisownia oryginalna):

„Hehe nie powinnas byla polubic ani komentowac mojego ostatniego statusu hahaha. Teraz musisz wybrac i umiescic jedna opcje z ponizszych i umiescic jako swoj status. Jest to gra z okazji roku swiadomosci na temat autyzmu. Nie psuj zabawy. Wybierz jedna z ponizszych pozycji i opublikuj jako swoj status. 1. Wlasnie znalazlam wiewiorke w swoim samochodzie. 2. Wlasnie zgodzilam sie wyswiadczyc usluge seksualna w zamian za anulowanie mandatu. 3. Nie mam czystych majtek na jutro, wiec mam zamiar przelozyc te na druga strone. 4. Moje hemoroidy oszalaly dzis wieczorem! 5. Chyba wlasnie przyjelam oferte matrymonialna przez internet! 6. Zdecydowalam przestac zakladac majtki. 7. Potwierdzone: Bede mama! 8. Wlasnie zdobylam udzial w najnowszej edycji „Mam talent”! 9. Zaakceptowano mnie do ‚Randki w ciemno’. 10. Dostalam zywa malpke!!! 11. Wlasnie sie posikalam! 12. Powaznie mysle o implantach posladkow 13. Wlasnie wygralam w zdrapke 700 zl! 14. Wyprowadzamy sie do Oslo pod koniec tego roku! 15. Majonez z czekoladowymi kulkami Nesquick jest taki doooobry! 16. Dostalam sie do programu „Ugotowani”! Opublikuj post bez zadnego wyjasnienia. Wybacz, tez musialam tak zrobic. Czekam na Twoj status. Ach, i nie zepsuj tego (Nie zdradz sekretu). I pamietaj to jest rok swiadomosci na temat autyzmu. Baw sie dobrze! ale zrozumiem tez ze nie masz ochoty na kolejna gupawą zabawe”

Po entej tego typu wiadomości napisałam na Facebooku na oficjalnym profilu coś takiego:

„Chyba mi się już ulało, więc…
Drogi czytelniku, to śmieszne, ale nie przeczytasz tych bzdur do końca, choć ta wiadomość krąży po świecie od lat i leczy z autyzmu, raka oraz kiły i paradontozy. Trzeba ją rozesłać dalej, by krążyła po internecie, jak bąk po spodniach Sindbada Żeglarza. Tylko to gwarantuje ci powodzenie w grach liczbowych, nawet jeśli nie kupisz kuponu lotto. Jest bowiem szansa, że znajdziesz go w toalecie zamiast rolki papieru. Donald Trump otrzymał ją 50 lat temu, wysłał dalej, a potem znalazł w WC McDonalds’a kupon dzięki któremu został miliarderem, a ostatnio prezydentem USA. Bronisław Komorowski zignorował i jak przyszło co do czego przegrał wybory prezydenckie. Kaczor Donald też wysłał dalej i przyniósł szczęście swoim imiennikom Trumpowi i Tuskowi. Myszka Miki nie wysłała nawet Goofiemu i potem zjadł ją Skaza – brat Mufasy, bawiąc się nią okrutnie. Skopiuj ten tekst i roześlij do 10 osób. Zaśpiewaj przy tym na cały regulator „Wlazł kotek na płotek” akcentując ostatnie sylaby w wyrazach „mruga” oraz „długa”, a także „raz” oraz „raz”. Możesz dodać rymujące się z tym słowa: „kutas”, „smutas” i „Legolas”. Trump śpiewał i widzisz efekty. Komorowski nie śpiewał i teraz płacze. Tylko wysyłając tę wiadomość uratujesz ludzkość przed autyzmem, a także rakiem piersi, jajników, a przede wszystkim mózgu. Jeśli tego nie zrobisz czekają cię: syf, kiła i mogiła. A także rymujące się z tym: „piła”, „waliła” oraz „modliła”. By na sto procent znaleźć kupon nie kupując go, trzeba zdrapać jeszcze ugotowanych w Oslo. Najlepiej zdrapać ich po jajkach wiewiórki z samochodu. Anulować mandat za hemoroidy. Mieć talent do randek w ciemno, ale to nie problem, gdy wydłubiesz z dupska kulki nesquika w majonezie, co bezapelacyjnie potwierdzi, że będziesz mamą. No… może mamutem. To gra z okazji roku idioty. Tylko ona prawdziwie pomoże chorym na zidiocenie. Zastąpi leki, badania i wszystkie inne. A sekret zdradzi ten bąk ze spodni Sindbada, bo skoro doszedłeś aż dotąd i czytasz te słowa to oznacza, że właśnie wyleciał i fruwa śpiewając „Marsz Turecki” Mozarta ze słowami Zwoźniaka. Czytelniku, naprawdę myślałeś, że nie da się napisać nic głupszego? Zawsze się da! Spróbuj i ty!
PS Przepraszam. Musiałam. Nie mogę patrzeć na łańcuszki.”

Oficjalnie wszyscy napisali, że też na te łańcuszki patrzeć nie mogą, ale prywatnie… naczytałam się, że jestem… nieczuła na autyzm. Naprawdę????

Zapytałam więc moją znajomą Dorotę, matkę dorosłego i już ubezwłasnowolnionego, głęboko autystycznego Piotrusia, czy łańcuszek jej w czymkolwiek pomógł. Uśmiała się. Co zresztą miała zrobić? Łańcuszek taki, czy inny nikomu w niczym nie pomoże. To, że będziemy mówić o autyzmie, czy pomyślimy o nim raz dziennie, będzie czymś jak bezmyślne wypowiedzenie słowa „Ament” zamiast „amen” na końcu bezmyślnie wyklepanego pacierza. Dlatego jeśli ktokolwiek z moich czytelników chce pomoc autystycznemu Piotrowi niech przekaże swój jeden procent na jego terapię. Zebrane w ten sposób pieniądze pójdą na jego zajęcia dodatkowe, na transport na te zajęcia, a być może na nowy komputer, bo stary ma już 10 lat zaś dla Piotra komputer jest jednym z narzędzi terapeutycznych.

Piotr jest podopiecznym fundacji „Zdążyć z pomocą”.


http://dzieciom.pl/podopieczni/6771

By przekazać mu swój 1% trzeba w formularzu PIT wpisać numer:
KRS 0000037904
A w rubryce „Informacje uzupełniające – podać cel szczegółowy 1%:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub

Można też dokonać wpłat na jego subkonto w fundacji.

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
Alior Bank S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
Tytułem:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Tęsknię, czyli mur

Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy jednością. Przez lata byliśmy nią w ten jeden dzień, gdy w całej Polsce odbywały się koncerty finałowe Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie umiemy jednak być razem. Gdy nie mamy wrogów (np. obcych z kosmosu) wymyślamy ich. Inny kolor skóry, inne wyznanie, inny klub sportowy, inne poglądy polityczne, inny język, inna narodowość – wróg. Czemu człowiek musi dzielić się na stada? Czy nie umie, czy nie chce stworzyć jednego? Paradoksalnie Jerzemu Owsiakowi udawało się przez wiele lat stworzyć w Polsce jedno stado pomocowe. W Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy grała cała Polska, a ten kto nie grał, kogo jąkający się showman denerwował, siedział cicho. Byli i tacy, których denerwował, ale jednak wspierali. Bo liczył się cel, a nie ten, kto to wymyślił czy realizował. Dziś w modzie jest manifestowanie niechęci do WOŚP. Ostatnio do tradycyjnych oskarżeń o defraudację pieniędzy ze zbiórek doszło oskarżanie o to, że kto popiera WOŚP popiera aborcję i eutanazję. Naprawdę??? Czy kupowany przez Fundację sprzęt (jego istnienia nikt nie kwestionuje) służy aborcji lub eutanazji czy ratowaniu życia? Czy naprawdę źli ludzie popierają WOŚP, a dobrzy Caritas? Czy nie ma w Polsce miejsca dla wielu Fundacji? Ależ lubimy dzielić! Ktoś więc podzielił ten naród w sprawie pomagania. W jakim celu to zrobił?

Nie lubię takich podziałów. Jestem państwowcem. Dlatego nie jestem w stanie zrozumieć, walki legalnie wybranego rządu z legalnie wybranymi władzami Warszawy czy legalnie wybranymi władzami samorządu województwa mazowieckiego i odwrotnie. Tymczasem ta walka wynika z partyjno-politycznego podziału. Władza państwa jest w rękach PIS, władzę w mieście sprawuje PO, a samorządem na Mazowszu rządzi PSL. Dla mnie Polska jest jedna. Jej obywatele, nawet jeśli mają różne poglądy i są różnego wyznania, a nawet narodowości, powinni być jednością. Dlatego jeszcze w grudniu ubiegłego roku, kiedy moja skrzynka pękała w szwach od wezwań na marsze, protesty, pikiety oraz żądań podpisania petycji w obronie tego i owego na prywatnym profilu na FB napisałam: „W związku z ostatnimi wydarzeniami w kraju i na FB oświadczam, że moim zdaniem nie należy wierzyć władzy, bo władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Nie należy też wierzyć opozycji, bo ta chce władzy, a przecież już wiadomo, że władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Dlatego nie przeszkadzają mi znajomi popierający KOD ani popierający rząd PiS, choć dziwię się zaangażowaniu ich wszystkich, wrzaskom, piekleniu się etc. Bardzo jednak proszę, by nikt nie narzucał mi swojej wizji rzeczywistości, jako jedynej słusznej. Nikogo nie zamierzam wyrzucać z grona znajomych, nawet gdy przyłapię go na zaspokajaniu oralnie lub ręcznie liderów władzy lub liderów opozycji. Wyznaję zasadę pełnej wolności poglądów, choćby były nie wiem jak głupie. I tylko przypominam, że politycy to zupełnie nic nie wiedzą o życiu, bo rzadko który sam robi zakupy, chodzi na zebrania w szkole, czy rozmawia ze zwykłymi ludźmi, których nie stać nawet na jeden w miesiącu bilet do kina. I tyczy to zarówno władzy jak i opozycji.”

Ci, którzy mnie znają, a znajomi z racji bycia znajomymi (samo słowo oznacza „znanie”) powinni wiedzieć, że zgodnie z moim zwariowanym poczuciem humoru przymiotnik „oralny” oznacza „słowny”, a więc „werbalny”, zaś „ręczny” oznacza wymachiwanie różnego rodzaju przedmiotami. Jednak zrozumieli nieliczni. Posypały się na mnie bowiem straszne gromy. I to ze strony wszystkich, którzy wyznają jedną z dwóch przeciwnych sobie, a ostatnio panujących w Polsce religii – kijowskiej i smoleńskiej. Naciskano, że muszę się opowiedzieć. Muszę coś wyznawać. Brak opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron tego obrzydliwego polsko-polskiego sporu (a może już wojny?) oznacza zgadzanie się ze stroną przeciwną od tej, z którą zgadza się wywierający na mnie nacisk. Jeden ze znajomych, którego wyciągnęłam z zawodowego niebytu, a nawet zrobiłam mu stronę internetową, publicznie zarzucił mi, że w TVP zagarnęłam jego… dorobek! (sic!) Naprawdę? Przyszłam tam 20 lat temu, pół roku po jego odejściu i nie na jego stanowisko, a jako zwykły reporter. Na dodatek nie przyszłam tam na jakiejkolwiek fali politycznej, a zwyczajnie, jako dziennikarz zajmujący się kulturą. On zaś też nie odszedł z przyczyn politycznych, a (jak sam mi zresztą opowiadał) zupełnie innych, które jednak (tak, jak jego nazwisko) przemilczę, gdyż nie chcę być nieelegancka. Teraz, gdy jest zaangażowany politycznie, ryczy w jedynej w swoim pojęciu słusznej sprawie siekąc na oślep ciosami życzliwych sobie, którzy nie płyną z tym prądem, z którym on płynie. Po tym swoistym ataku płakałam tak, że ani przyjaciółka ani Ulubiony długo nie mogli mnie uspokoić. Chciałam wszystkim pozwolić na bycie sobą, a tu… dostałam od wszystkich w twarz. Napisałam więc po kilku dniach bardzo rozgoryczona:

„A śpiewak także był sam” przypomniał mi mój syn ten cytat. Ponieważ okazało się, że jestem wrogiem popierających PiS i wrogiem zwolenników KOD chciałam wszystkich przeprosić za to, że jestem sobą. Przepraszam za to, że brzydzą mnie politycy. Przepraszam za to, że brzydzi mnie władza. Przepraszam za to, że brzydzi mnie opozycja. 
Nie umiem inaczej. Nie jestem tchórzem. Nie idę z żadnym prądem dla jakichkolwiek korzyści. Nigdy nie lizałam dupy żadnej władzy!!! I nie będę!!!
Ale przecież trzeba się opowiedzieć! Ktoś kto (jak ja) nie chce – jest takim śmieciem, że można na niego tylko pluć. Podziwiam jak jesteście pewni racji liderów popieranych przez siebie opcji.
Gdyby środowisko dziennikarskie było solidarne i przez tydzień nie napisało słowa o politykach (jest wiele innych tematów) bylibyśmy naprawdę czwartą władzą i Sejm by się zesrał ze strachu, a nie wprowadzał ograniczenia dla mediów, a tak… jedni z Was chodzą na pasku władzy a drudzy opozycji, która chce być władzą. Ja na niczyim. Widzę, że nie jesteście w stanie tego znieść. Zawsze śmialiście się z tego, że nie chcę robić tematów politycznych. Myślicie, że nie wiem?
Boli was to, że przez 20 lat współpracy z TVP nie skorzystałam z żadnych politycznych znajomości, by załatwić sobie etat czy program.
Tak bardzo Was wkurwia moja postawa?
Nie kupujcie moich książek. I tak zresztą tego nie robiliście. Przecież za każdym razem, gdy jakąś wydawałam zadawaliście mi w prywatnych rozmowach durne pytania; „gdzie można kupić?” udając tym samym zainteresowanie, choć świetnie wszyscy wiemy, że to co robię macie tak głęboko w dupie, że ani James Bond ani CSI Warsaw ani nawet zachodnioniemiecka maszyna do drenowania tego nie znajdzie. Wszyscy też wiemy, że przecież byle Debil wie, gdzie kupuje się książki. W mięsnym przecież. No… może w warzywniczym. Księgarnia to zbyt trudne dla Was słowo. Promocja ostatniej, napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem, który w grobie się przewraca patrząc na ogarniającą mnie rzeczywistość, jest 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią. Nie musicie na niej być. Nie jestem przecież nikim ważnym. Tak więc obecność na niej nikomu z Was nic nie załatwi. A nieobecność też nie zaszkodzi. Nie jestem przecież mściwa i nie odgrywam się na ludziach. Jestem głupia i opowiadam dowcipy o seksie i defekacji.
Z pokorą przez lata przyjmowałam: odbieranie mi programów, zdejmowanie mnie z funkcji wydawcy, wyrzucanie z grafika (trzeci miesiąc jestem poza grafikiem), a nawet kradzież moich pomysłów.
Z pokorą przyjmowałam traktowanie mnie jak zboczonego kretyna z powodu poczucia humoru. To słanie na priv wszystkich świńskich obrazków, które na pewno mi się spodobają, a których nie mieliście odwagi wrzucić na swoją facebookową tablicę, bo „co inni pomyślą”…
Z pokorą przyjmowałam śmianie się z moich zainteresowań, z mojego portalu genealogicznego, małżeństwa z młodszym facetem itd.
Z bólem, już bez pokory, przyjmowałam do wiadomości fakty, że ci, którzy odzywali się do mnie, gdy byłam wydawcą, redaktorem prowadzącym etc., zapominali o mnie, gdy spadałem ze stołka.
Ponieważ nie wiem, kto z Was to przyjaciel a kto wróg, więc być może (jak dożyję, bo mam wrażenie, że zaraz przyjdziecie po prostu zatłuc mnie jak karalucha) wyślę komuś z Was zaproszenie na promocję napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem książki „Syn dwóch matek”. Spokojnie możecie je olać!
Ojca też olewano. Świetnie pamiętam jak wracał do domu z pracy i na próżno szukał w „Kurierze” swojego tematu, który przeważnie spadał, bo ważniejsze były te polityczne od tych historycznych. „Może jutro puszczą” mówił. I tylko ja widziałam jak mu przykro.
Teraz jego imię nosi studio D. Pomysł Bartka. Ale wątpię czy Ojciec cieszy się teraz patrząc na niektóre z emitowanych z tego studia programów.
I tak tego nie zrozumiecie. Dla Was istnieją tylko dwa kolory. Ja widzę całą paletę.
Ale nie czytajcie też mojego bloga. Po co czytać coś tak niezaangażowanego politycznie?
Nie piszcie do mnie (i tak zresztą nie piszecie jak nie macie interesu, a ostatnio nie macie). Nie dzwońcie do mnie (i tak nie dzwonicie, bo przecież wyszłam za mąż za Zacharjasza, który waszym zdaniem „jest po ukraińsku nieszczery”, a poza tym ostatnio z wiadomych względów nie macie interesu). Spierdalajcie! Wystarczą mi „Pan Monż” i „Panicz Syn” oraz pies i kot. Prawdziwych przyjaciół, poza nimi dwoma, mogę policzyć na palcach. I to jednej ręki.
Ale dziękuję za lekcję życia. Teraz już wiem: „każdy dobry uczynek musi być pomszczony”. A „Wolność ma swoją cenę”. Ja jestem wolna. A Wy?”

Znów mi się dostało. Zwłaszcza za cytat z „Murów”. Odezwał się nawet kolega, którego nie widziałam na oczy 25 lat. On też nie nauczył się czytać ze zrozumieniem. Bo to jest niesamowite, jak wybiórczo traktujemy te piosenkę. Zwłaszcza, kiedy się tak mocno w coś angażujemy. Bierzemy tylko słowa, że „mury runą”. Zapominamy o tym, co jest na końcu songu. O zwrotce, która po słowach:

„kto sam ten nasz najgorszy wróg,
a śpiewak także był sam”

brzmi:

„Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg.”

Ta ostatnia zwrotka jest często pomijana. Jest niewygodna zarówno dla dzisiejszych rządzących elit, jak i dla dzisiejszej opozycji. W końcu i jedni i drudzy wycierają sobie gęby opozycją z czasów PRL, jako jedyni prawdziwi spadkobiercy jej ideałów. Ostatnia zwrotka niewygodna była zawsze. Także w latach 80. Sam Kaczmarski wspominał, że podczas występu w Poznaniu w 1981 roku zgromadzeni krzyczeli: Mury nie rosną, ale runą, runą! W  jednym z wywiadów powiedział zresztą: „Mury” napisałem w 1978 r. jako utwór o nieufności do wszelkich ruchów masowych. Usłyszałem nagranie Luisa Llacha i śpiewający, wielotysięczny tłum i wyobraziłem sobie sytuację – jako egoista i człowiek, który ceni sobie indywidualizm w życiu – że ktoś tworzy coś bardzo pięknego, bo jest to przepiękna muzyka, przepiękna piosenka, a potem zostaje pozbawiony tego swojego dzieła, bo ludzie to przechwytują. Dzieło po prostu przestaje być własnością artysty i o tym są „Mury”. I ballada ta sama siebie wywróżyła, bo z nią się to samo stało. Stała się hymnem, pieśnią ludzi i przestała być moja.

Ja też cenię sobie indywidualizm. Dlatego żal mi Jacka Kaczmarskiego i jego piosenki. Tego, jak bardzo jej sens został wypaczony. Ale cóż… poeta sam to przewidział.

Dziś do budowania muru wykorzystuje się nie tylko piosenkę, ciągnąc ja jak starą kołdrę. Wykorzystuje się też WOŚP. Kiedyś Polska żyła kolejnymi finałami. Wczoraj mój znajomy publicznie napisał, że WOŚP popierają głównie zwolennicy KOD i PO. A przecież WOŚP powstała dużo wcześniej niż istniejące na dzisiejszej scenie politycznej partie (PiS, PO, SLD, Nowoczesna itd.), powstała też dużo wcześniej niż KOD.

WOŚP to całe życie mojego Panicza Syna, bo Fundacja powstała w marcu 1993 roku, a on urodził się kilka miesięcy później. I co roku oboje dziękujemy, że kupiony za zgromadzone podczas finału pieniądze sprzęt, nigdy nie był nam potrzebny.

Czwarty miesiąc siedzę w domu i wychodzę tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę. Piszę. Idzie mi średnio. Może dlatego, że tęsknię? Tęsknię za dawną jednością. Za czasami, kiedy w takim dniu, jak dzisiejszy, wszystkie stacje telewizyjne i radiowe relacjonowały jak polscy obywatele są hojni. Kiedy prezenterki i prezenterzy wszystkich kanałów telewizyjnych miały przyczepione do ubrań serduszka. Kiedy w finałach brało udział wojsko, straż pożarna, harcerze, ratownicy i każdy kto chciał. Kiedy żaden urzędnik nie odmówił podarowania choćby drobiazgu na licytację, dzięki czemu licytowano ciekawsze rzeczy niż pisma o odmowie wzięcia udziału w finale WOŚP. Kiedy mogłam z przepustką współpracownika wejść do sztabu na Woronicza i pokazać to wszystko synowi z bliska, bo finał relacjonowała telewizja publiczna – w końcu zbiórka też jest publiczna. Kiedy ten, kto nie chciał w finale uczestniczyć siedział cicho i ze swojego niewspierania nie robił manifestacji. Czułam wtedy, jak wszyscy byliśmy bardzo zjednoczeni. Szkoda, że to już przeszłość. A jaka jest przyszłość? Przecież mamy na nią wpływ. Czy będziemy dalej budować mur? Czy może przeczytamy słowa Jacka Kaczmarskiego ze zrozumieniem i oddamy mu jego piosenkę?

A ja tradycyjnie gram… Tu można kliknąć, by wziąć udział w aukcji moich książek na cele WOŚP. 

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

Tradycyjnie gram wraz z Orkiestrą

Od wielu lat, jak co roku, gram wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. W tym roku cele są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Udział w licytacjach moich książek to okazja do upieczenia dwóch pieczeni na ogniu. Moje książki można wylicytować wspierając oba w/w cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale także wygrywając licytację można wesprzeć dowolną placówkę biblioteczną, gdyż nie trzeba książek licytować dla siebie. Wygrywający może zażyczyć sobie, bym wysłała książkę w dowolne miejsce i do dowolnego odbiorcy – Biblioteki Szkolnej w zapadłej wsi, do Domu Dziecka itd. Każda książka będzie z autografem i dedykacją zgodnie z życzeniem wygrywającego licytację.

Poniżej linki do licytacji:

U lekarza, czyli refleksja o chorobach

Stało się. Wczoraj na prostej drodze potknęłam się i wywróciłam. Wchodziłam do domu dziennikarza na Foksal, kiedy straciłam równowagę. Byłam w tenisówkach, nie jest to więc kwestia butów, a nierównego chodnika i wystającej płyty przykrywającej studzienkę telekomunikacyjną. Tracąc równowagę ciemieniem uderzyłam w pierwszy schodek. Ból był tak straszny, że nigdy w życiu, jak tyle lat żyję, tak się w czubek głowy nie uderzyłam. Było mi niedobrze, miałam mdłości i huczało mi w czaszce. W trakcie upadku rozmawiałam zresztą przez telefon z Ulubionym, więc on słyszał wszystko, co się działo, gdyż miałam w uchu bezprzewodową słuchawkę. Był strasznie zdenerwowany moim stanem, nawet chciał natychmiast wyjść z pracy w studio nagraniowym i przyjechać po mnie. Powiedziałam, że sobie poradzę. Ponieważ ból głowy nie przechodził, huczenie w czaszce również, więc po dwóch godzinach zdecydowałam się pójść do lekarza. Ostatni raz u internisty byłam w 2009 roku (a właściwie to on był wtedy u mnie). Ulubiony wrócił już z pracy, uparł się jechać ze mną, więc wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do przychodni niedaleko domu. Po drodze niemal umierałam, bo tak mi huczało w głowie, a smród ulicy powodował mdłości. Denerwowały mnie wszystkie odgłosy. Nawet gadanie Ulubionego. Ubłagałam go, by pomilczał do wejścia do przychodni. Po kwadransie, mimo korków, dotarliśmy na miejsce. Tuż przede mną w gabinecie była jakaś pacjentka, więc usiedliśmy na kanapie. Siedzący obok mnie starszy pan powiedział, że w gabinecie jest jego córka. W trakcie tego wyznania Ulubiony był w WC. Gdy kobieta wreszcie wyszła spojrzał na nią i powiedział:

- Widzisz, pan też z żoną.

- To córka jest.

Ulubionego zatkało. Popatrzyłam za odchodzącymi. Córka wyglądała na starsza panią, gdyż była tak przeraźliwie chuda, że spokojnie mogłaby statystować w filmach o obozach koncentracyjnych. Reszty opisu jej postaci oszczędzę. Nadeszła moja kolej, Ulubiony wpakował się ze mną do gabinetu. Powiedziałam, by wyszedł, że sama sobie poradzę. Lekarka na to:

- Co za dzień. Przed chwilą poprzednia pacjentka też chciała sama. A przyszła z ojcem, który chciał wiedzieć co z córką.

- Przecież gołym okiem widać, że ma anoreksję – stwierdziłam i usiadłam na krześle przed lekarskim biurkiem.

- Skąd pani wie? – spytała lekarka.

- Chociażby po tych udach grubości mojego nadgarstka.

Lekarka westchnęła i odpowiedziała:

- Ona u mnie już trzeci raz i za każdym razem jej to piszę, że moim zdaniem to anoreksja, ale by potwierdzić konieczna jest konsultacja u dietetyka. Ale ona nie chce. I tylko pyta, czemu jej jest słabo. Tego ojca mi żal. Taki załamany.

Nie kontynuowałyśmy już rozmowy na temat anorektyczki tylko pani doktor przystąpiła do badania. Stwierdziła, że objawów wstrząsu mózgu nie ma, kazała przykładać lód, zjeść loda, a najlepiej sorbet (bo nie tłusty) i pójść do domu poleżeć. Nie jeść tłustych i ciężkostrawnych rzeczy. Paradoksalnie już zjedzenie sorbeta rzeczywiście pomogło, bo jakimś cudem ustało huczenie w głowie i zniknęły mdłości. Do domu wróciliśmy więc spacerkiem przez park. Rozmawialiśmy o anorektyczce. Jej choroba była widoczna gołym okiem. Zastanawialiśmy się, czy ona naprawdę nie wie, co jej dolega czy nie dopuszcza do siebie tej myśli? I wydawało nam się, że to drugie. To zresztą ciekawe, że z anoreksją, jak z wieloma chorobami psychicznymi jest tak, że chory nie dopuszcza myśli, że może być chory.

Pani ma relaks #parkskaryszewski #skaryszak

Kiedyś rzadko na ulicach widziałam tak chude osoby. Rzadko też widziałam tak przerażająco grube, jakie spotykam teraz. Dziś jeden i drugi widok jest powszechny. Już nawet przestał szokować, choć czasem powoduje u niektórych uczucie obrzydzenia. I tylko to mnie dziwi, że ci strasznie chudzi i ci strasznie grubi ludzie nie chcą tego leczyć. Ja nie jestem fanką łażenia do przychodni. Ale mocne uderzenie w głowę sprawiło, że zmieniłam plany i poszłam na konsultację, choćby po to, by się uspokoić, że jest ok. Dlatego nie wiem, jak można wyglądać jak zombie i wypierać informacje, że to z powodu złej diety. I jak można wyglądać, jak nie przymierzając szafa trzydrzwiowa, z trudem wtaczać się do McDonald’s po cztery hamburgery i nie uważać, że to niezbyt normalne? Przecież nawet ja, które nie lubię lekarstw i wizyt u lekarzy zdecydowałam się skorzystać z pomocy, gdy po dwóch godzinach nadal było mi bardzo słabo.

A to ci historia, czyli Nino wreszcie opisał swoje życie

Gdy w swoim czasie opisywałam tu historię bezdomnego, nazwanego przeze mnie Nino z Lailonii podskórnie czułam, że to nie będzie finał. I nie był. Bezdomny, którego marzeniem jest, jak się okazało, sława, cały czas wierzy, że znajdzie się na świecie choć jeden bogaty człowiek, który pomoże mu finansowo, by jego los się odmienił. Musi tylko zamieścić w internecie historię swojego życia.

Już wtedy powiedziałam mu, że ja mogę mu dać wędkę, a nie rybę. I tak… półtora roku dawałam tę wędkę. Skoro facet wierzy, że gdy ktoś pozna jego historię, to sypnie groszem – niech sam ją opisze. Ja pomogę mu zrobić stronę internetową. Nie było łatwo namówić go, by to zrobił. Słyszałam setki wymówek, że pisze wolno, że robi błędy itd. Oczywiście wszystkie przeszkody obalałam mówiąc, że nigdzie się nie spieszymy, a błędy można poprawić. Gdy mówił, że nie ma gdzie i na czym pisać, opowiadałam o bibliotekach publicznych, w których może za darmo korzystać z komputera i obiecałam pendrive. Dałam zresztą najlepszy i najwygodniejszy, jaki miałam, bo rozmiarów dowodu osobistego lub karty kredytowej. Bezdomny nie był zadowolony. Twierdził, że jego kolega informatyk mówi, że to nie pendrive. Dałam więc inny – zupełnie nowy, który specjalnie dla niego kupiłam. Prace nad spisaniem życiorysu posuwały się wolno, bo prawie półtora roku. Dziś wreszcie Mój Nino z Lailonii odwiedził mnie w Domu Literatury z napisaną do końca historią swojego życia. Opis zajął mu 75 stron znormalizowanego maszynopisu. Wszystko roiło się od błędów utrudniających zrozumienie. Nie miałam czasu na profesjonalną korektę. Skorzystałam z autokorekty worda, inaczej musiałabym poświęcić tydzień na to. Nie poprawiałam więc stylistyki, gramatyki, a tylko ortografię i to po łebkach. Coś na pewno przeoczyłam. (Co ciekawe w angielskich nazwach facet nie robił błędów. W polskich słowach – straszne. Handel przez „ch”, rzeczy przez „ż” itd.) Wprawdzie sporą część jego wspomnień zajmuje streszczanie filmów pornograficznych z Rocco Siffredi oraz opowieści o tym, jakiej muzyki słuchał, a potem kto mu pomógł, a kto nie, ale po półtora roku napisał. Czy znajdzie w internecie to, czego szuka? Czy znajdzie kogoś, kto po przeczytaniu historii jego życia i tego, jak został bezdomnym zdecyduje się dać mu 10 tysięcy? Sfinansować operację plastyczną? Ocenę zostawiam jego czytelnikom. Chcą Państwo nimi zostać? Zapraszam tutaj. I uprzedzam: lektura jest… ciężka! A ponieważ jest to blog, to choć jest na nim na razie jeden post, pamiętać należy, że na blogach wpisów z czasem przybywa…

Jak zwykle gram

Drodzy czytelnicy. Niewiele obchodzą mnie spory i zamieszanie wokół Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W szpitalach widzę sprzęt ufundowany przez Orkiestrę i to jest niezaprzeczalny fakt. Dlatego wspieram jej coroczne granie od dawna, wystawiając na aukcję swoje „wypociny”.
„Moje aukcje” to propozycja zarówno dla zwolenników, jaki i dla przeciwników WOŚP.
Ci ostatni też mogą bowiem wziąć udział w licytacji, nie myśląc o wsparciu WOŚP, ale dowolnej wiejskiej Biblioteki lub Domu Dziecka (czy innej placówki, w której jest mało książek), gdyż wylicytowaną książkę (lub audiobook) z autografem wyślę na swój koszt w dowolne miejsce na świecie – pod warunkiem, że otrzymam adres…

Tym razem licytować można:

http://aukcje.wosp.org.pl/kurs-dziennikarstwa-dla-samoukow-z-autografem-i2705671

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Tytuł: Kurs dziennikarstwa dla samouków
wydawca: Biblioteka Analiz
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: wrzesień 2014
ISBN: 978-83-63879-03-7
liczba stron: 112
kategoria: podręcznik, felieton
premiera: 23 września 2014
format książki: 135 x 200 cm
okładka: miękka

Książka Małgorzaty Karoliny Piekarskiej na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do tych osób, które chcą pracować jako dziennikarze. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka.

Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.

Rekomendacja Jacka Moskwy:

„Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”

A kto nie chce licytować zabawnego felietonowego podręcznika – zapraszam do licytacji audiobooka.

http://aukcje.wosp.org.pl/klasa-pani-czajki-audiobook-i2705719

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
tytuł: Klasa pani Czajki
lektor: Janusz Zadura
Nazwa kolekcji/serii: Dla dzieci
Nośnik: CD – mp3
Data premiery: 2015-10-21
Wydawca: Biblioteka Akustyczna
Wiek czytelnika: 11 – 14 lat
Długość nagrania: 12 godz. 10 min
Format okładki: 140 x 125 x 6 mm

Opowieść o paczce gimnazjalistów zmagających się ze szkolną codziennością i problemami okresu dorastania. Trzy lata z życia młodzieży to historie młodzieńczych przyjaźni, rodzących się pasji i szkolnych miłości. Bohaterów „Klasy Pani Czajki” poznajemy na początku pierwszej klasy gimnazjum. Różni ich wiele – zainteresowania, stan majątkowy, uroda i temperament. Łączy jedno – wszyscy są uczniami klasy, której wychowawczynią jest polonistka Barbara Czajka – osoba surowa, ale bardzo sprawiedliwa. Pierwsze wydanie powieści w wersji drukowanej rozeszło się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy i znalazło się na liście bestsellerów „Wprost” jako jedyna pozycja dla młodzieży polskiego autora.

Liczę, że moi czytelnicy wzniosą się ponad narodowe podziały.

Szlachetna paczka, czyli czego oczy nie widzą…

Czy lubimy pomagać innym? Podobno tak, ale… jeśli… coś z tego mamy. Jeśli nam się to opłaca i to w jakikolwiek sposób. Czyli liczymy na wzajemność, liczmy, ze wzrośnie nasz prestiż, liczymy, że zyskamy w oczach innych itd. To kiedyś przeczytałam i… postanowiłam walczyć z tym. Jak to ja. Jak walczę? Pomagam tym, którym wiem, że nikt nie pomoże a ja nic z tego mieć nie będę. Rzadko też o tym mówię. Czemu więc zdecydowałam się napisać?

Od roku pomagam pewnemu znajomemu, któremu noga w życiu się powinęła i wylądował w szpitalu na bardzo długim leczeniu. Znajomy raczej nigdy się nie odwdzięczy. Nawet liczę się z tym, że się kiedyś odwróci i usunie sprzed swojego nosa, bym mu swoją osobą nie przypominała tego, co w jego życiu było złe. Już kiedyś tego doświadczyłam ze strony kilku osób, dlatego robiąc coś dla innych liczę się z tym, że tak się stać może. I pewnie bym o tym nie pisała, gdyby nie jeden drobiazg. To osoba, z którą mam masę wspólnych znajomych. Masę idącą w setki osób! Kiedy więc odkryłam, że jego dzieci mają za małe ubrania i nie mają w czym chodzić, zwróciłam się do tej setki osób wspólnych znajomych z prośbą o RZECZOWĄ pomoc dla dwójki jego dzieci. Podałam wymiary dzieci i rozmiary butów. Może ktoś ma po swoich pociechach niepotrzebne ubrania i buty? Z setek ludzi, do których skierowałam prośbę odpowiedziały cztery osoby. Jedna – mocno poruszona – kupiła dwie kurtki i czapki w sklepie. Druga nie miała dzieci w tym wieku, więc… kupiła słodycze, przybory szkolne, bo bardzo chciała pomóc. Dwie pozostałe osoby dały ciuchy po swoich dzieciach.

Paradoksalnie miesiąc potem szacowne grono ludzi, do których skierowałam prośbę o pomoc rzeczową dla dzieci kolegi, zbierało na tzw. „szlachetną paczkę” dla jakiejś obcej zupełnie rodziny – małżeństwa z czwórką dzieci. Wszyscy dostali list, w którym opisana była jej sytuacja materialna, ale nikt tej rodziny nie widział. Podane były jej potrzeby – dość spore. Na pomoc obcej rodzinie rzucili się wszyscy. Tez się dorzuciłam, bo jestem za tym, by pomagać. Ale gdy ujrzałam zebrane rzeczy dla tej obcej rodziny, czyli skalę pomocy zdumiałam się. Prezentami dla obcej rodziny zawalone było niemal całe pół pokoju. Błyskawicznie stanęły mi przed oczami skromne cztery paczuszki dla dzieci kolegi, którego znają wszyscy składający się na szlachetną paczkę dla obcych ludzi.

I tylko dlatego, że był tak ogromny rozdźwięk między odpowiedzią na mój apel o pomoc koledze a odpowiedzią na apel o pomoc obcej rodzinie piszę te słowa. Ja rozumiem, bo z pokorą wysłuchałam opinii o koledze, że zawsze był egoistą, że jest chamem, że nie ma sensu mu pomagać, że sobie na to wszystko zasłużył, a ja jestem głupia, bo jeszcze tak mi podziękuje, że będę płakać. Ale czy to ma znaczenie? Co wiemy o rodzinie od szlachetnej paczki? Nic poza tym, że to dwójka rodziców z czwórką dzieci. Jaką mamy gwarancję, że są na pewno lepsi i szlachetniejsi niż kolega, od którego większość się odwróciła? Myślę, że żadnej. A pomagamy! Dlaczego? Obcych łatwiej nam sobie wyidealizować. Jakże prawdziwe jest powiedzenie: „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”.

Trzy złote

Pojechałam ostatnio ze znajomym do Chorzowa na rozmowy w sprawie przygotowywanego przez nas spektaklu. Z przyczyn od nas niezależnych trzeba było przesuwać premierę i przerabiać scenografię. Pojechaliśmy „Polskim Busem” tam i z powrotem. W drodze powrotnej w Katowicach poszliśmy na obiad. Zamówiłam moje ulubione pierogi ruskie. Niestety nie dałam rady zjeść ośmiu. Wcięłam cztery i na resztę mój stargany nerwami żołądek okazał się za mały. Bardzo nie lubię wyrzucać jedzenia. Co robić? Znajomy zaproponował, by komuś to żarcie dać. Poprosiłam więc o pojemnik i… z zapakowanymi pierogami oraz ogórkami kiszonymi ruszyliśmy w stronę katowickiego dworca PKS. Ledwo doszliśmy na miejsce, kiedy podszedł do nas mężczyzna i bez ogródek poprosił o trzy złote na bułkę. Uśmiechnęłam się i powiedziałam:

- Z nieba nam Pan spada. Mam dla pana coś lepszego. Mam cztery pierogi i ogórki kiszone.

- Jestem uczulony na ogórki – odpowiedział pan, a usłyszawszy, że trzech złotych nie dostanie – oddalił się obrażony.

W hali dworca PKS siedział młody człowiek. Brudny, zapuszczony itd. Spytałam czy jest głodny. Przytaknął. Spytałam czy się nie obrazi, gdy dam mu do dojedzenia moje pierogi i ogórki. Nie obraził się. Nawet ucieszył. Dojadł.

I tak sobie myślę, że naprawdę nie każdy, kto prosi o trzy złote na bułkę jest głodny. Zaś pierwszy raz w życiu słyszałam o uczuleniu na ogórki kiszone. Prędzej zrozumiałabym uczulenie na pierogi. W końcu to mąka. Ale cóż… „Jak ktoś bardzo chce się napić, to żarcie zawsze w gębę kole”  - mawiała moja babcia. I widzę, że miała rację.