Archiwa kategorii: Społeczeństwo

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!

Pokolenie Romboli, czyli dokąd zmierza świat?

Podobno prawidłową drogą ewolucji jest to, że kolejne pokolenia są mądrzejsze od poprzednich, dzieci zdobywają wyższe wykształcenie niż rodzice, lepiej rozumieją świat. Czy rzeczywiście? Zastanawiam się nad tym od dobrych kilku lat. A powodem jest drastycznie obniżający się poziom moich nastoletnich czytelników, co podczas spotkań autorskich stwierdzam z prawdziwym smutkiem. Niestety inteligentny czytelnik trafia się, ale rzadziej niż kiedyś. I słowo „trafia się” jest tym najsmutniejszym.

Mija właśnie 20 lat, gdy na łamach „Cogito” publikowałam felietony „Wzrockowisko”. Były to okołomuzyczne teksty o tym co dookoła nas. Muzyka była tylko pretekstem do opowiedzenia o tolerancji, głupocie itd.. Nazywałam je wyrobem muzykopodobnym, bo były jak wyrób czekoladopodobny w stosunku do czekolady. Trochę trąciły muzyką. Były jednak o świecie. Dostawałam wtedy setki listów. I to takich pisanych jeszcze pocztą tradycyjną. Czytelnicy pisali mi różne rzeczy i choć zdarzały się listy prowokacyjne to większość była takimi od inteligentnych nastolatków. Czy dlatego, że pismo, które czytały było/jest dla chcących czegoś więcej niż konsumpcja?

Co się zmieniło w ciągu tych dziesięciu lat? Raczej nie jest to tylko i wyłącznie (a może nawet wcale) sprawka gimnazjów, bo gimnazja były i 10 lat temu, a jednak gdy ruszałam na spotkania autorskie, mój czytelnik posiadał o wiele większą wiedzę ogólną niż ten obecny. Teraz jest prawdziwy dramat.

Jakieś 2 lata temu, co opisywałam zresztą na blogu, nie po raz pierwszy na spotkaniu z licealistami (i warto podkreślić, że byli to licealiści), gdy mówiłam o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” poświęconej historii brata mojego dziadka – ucznia polskiej szkoły morskiej w Tczewie, gdy spytałam: „Jak myślicie, czemu na początku lat 20-tych Szkołę Morską otwarto w Tczewie” usłyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Musiałam znowu rysować na tablicy z głowy mapę Polski, nanosić na niej Tczew i tłumaczyć, że jednak nad morzem nie leży, a szkołę otwarto tam, bo stamtąd był jeden z założycieli Szkoły, ponadto Tczew miał dobre połączenie kolejowe z Gdańskiem, nie było jeszcze wtedy portu w Gdyni, że Polska miała krotką linię brzegową, że Gdańsk był wolnym miastem, a jego ludność stanowili w ponad 90% Niemcy. Tego dnia, po raz pierwszy, gdy przeszłam do pytania o to, czemu statek szkolny „Lwów” nazwano „Lwów” usłyszałam, że dlatego, że Lwów… leży nad morzem! Spytałam nad jakim i dowiedziałam się, że nad Bałtykiem. Potem padła powtarzająca się od kilku lat, a nieobecna na spotkaniach autorskich 10 lat wcześniej (książka ukazała się w 2005 roku) koncepcja, że statek nazwano tak dlatego, że… Lwów to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, jeden życzliwy czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest… Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski, a gdy zwróciłam mu na to uwagę był zdumiony. Łączenie faktów historycznych z geografią okazało się dla niego i wielu innych czymś niezwykle karkołomnym. O bitwie o Lwów, o Orlętach Lwowskich nie słyszał nikt ze zgromadzonych wtedy na sali licealistów. Popłakałam się. Powiedziałam, że jeśli choć trochę mnie polubili to proszę ich, by w domu na YouTube posłuchali piosenki „Orlątko” do słów Artura Oppmana. Do domu wróciłam przygnębiona.

Teraz jest jeszcze gorzej. Lwów i Tczew leżące nad morzem stały się normą. Na dodatek pojawił się zanik logicznego myślenia.

Od początku mojej „kariery” pisarskiej jeżdżąc na spotkania autorskie pokazuję różne prezentacje poświęcone swoim książkom. Jedną z nich jest kryminał dla młodzieży pt. „Tropiciele”, który po raz pierwszy ukazał się w 2006 roku, a ostatnio pół roku temu nakładem Naszej Księgarni. Jego bohaterowie szukają skarbu, a wskazówki dotyczące skarbu ukryte są na pocztówkach w postaci rebusów. Ostatnie dwa lata to dla mnie rebusowy horror. Oto co drugie spotkanie wygląda tak, że czytelnicy nie są w stanie rozszyfrować prostego rebusu.

Specjalnie dla moich potrzeb rysownik Robert Trojanowski do pierwszego wydania książki do autentycznych pocztówek Wacława Chodkowskiego, będących niemymi bohaterami książki, dorobił rebusy. Ich rozwiązanie to imię i nazwisko osoby na pocztówce. Oczywiście osoby fikcyjnej. Nie myślałam, że imię Alina ukryte pod rysunkiem przedstawiającym literę A i linę jest nie do odcyfrowania dla czytelnika. A jednak!

Z kolejnymi rebusami radzą sobie raz lepiej raz gorzej, najlepiej z Jerzym Piekarskim, ale dramat następuje, gdy na pocztówce pojawia się facet, którego imię ukrywa się pod symbolem pewnego koloru w kartach i litery L.

Współczesne nastolatki nie grają w karty, a jeśli już to rzadko. Chyba też nie znają tych szlachetnych nazw, jak „kier,”, „karo”, „piki” czy „trefle”, ale nawet nie znają tych nazw tzw. plebejskich jak: „dzwonek”, „czerwień” vel „czerwo”, „żołądź” oraz „wino”, gdyż ich zdaniem postać na pocztówce to nie Karol Jabłoński a… „Rombol”! Gdyż symbol „karo” jest im nieznany. Oczywiście powinnam się cieszyć z wiedzy o istnieniu rombu, bo to znaczy, że geometria jeszcze w szkołach jest, ale… co z ogólną wiedzą? Nauczycielki tłumaczyły to brakiem rebusów w podręcznikach. Ale czy od kilkunastu lat nie jesteśmy coraz głupsi? Dokąd zmierzamy?

Przypomniała mi ostatnio znajoma o starym eksperymencie amerykańskiego etologa Johna Calhouna. Eksperyment przeprowadzał on na myszach i powtarzał kilkakrotnie. Za każdym razem wyniki były takie same. Eksperyment polegał na tym, że postanowił stworzyć myszom raj. Co mu z tego wyszło?

Mysia utopia. Na zdjęciu John Calhoun. Źródło: Wikipedia

Jego myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, pozbawiono je zagrożenia ze strony drapieżników, a w zamian za to otrzymały opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – gigantyczna klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników. Jednak takiej liczby osobników nie udało się wyhodować. Wpuszczone do środka 4 pary myszy rozmnożyły się, ale populacja osiągnęła maksymalnie 2200 osobników, gdyż po jakimś czasie w tym idealnym świecie myszy rodzaju męskiego stały się homoseksualne, a te rodzaju żeńskiego zatraciły zdolność reprodukcji. Ostatni tysiąc mysich osobników nie wykształcił w sobie jakichkolwiek reakcji społecznych. Nieznana im była agresja oraz zachowania prowadzące do ochrony gniazda i potomstwa. Nie angażowały się w inne działania niż picie, jedzenie, spanie oraz dbanie o siebie. Osobniki w tym czasie wyglądały wyjątkowo ładnie i zadbanie, ale nie potrafiły poradzić sobie z jakimkolwiek nietypowym bodźcem. Choć wyglądały wyjątkowo dobrze, były również wyjątkowo głupie. Ostatnie zapłodnienie miało miejsce w 920 dniu trwania eksperymentu, a ostatnia mysz umarła w samotności w dniu 1588.

W którym dniu eksperymentu my jesteśmy? To oczywiście tylko prowokacyjne pytanie, bo krytycy Calhouna twierdzą, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych, co wpływa na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

Ale z drugiej strony czy warunki bytowe jakie sobie tworzymy, te zamknięte getta osiedli, ta pełna izolacja od zarazków etc. nie sprawiają, że zamieniamy świat wokół siebie w laboratorium? Czy to dlatego tak głupiejemy?

Gdy miałam 15 lat w I klasie liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie na lekcji historii pani profesor Maria Wernik opowiadała o tym, jak małpa uczłowieczyła się przez pracę. Opowiedziała, że dowodem na to jest wynalezienie przez nią pierwszego narzędzia. Jakiego? Oto pani profesor podała przykład małpy, której nie chciało się wchodzić na drzewo, ale chciało się zjeść wiszącego na nim banana. Dlatego zamiast wchodzić na to drzewo głodny małpiszon wziął z ziemi kijek i postanowił rzucać tym kijkiem, by zrzucić banana. Na to wszystko odezwałam się ja i powiedziałam, że jest to przykład na uczłowieczenie się przez lenistwo, bo małpie nie chciało się wchodzić na drzewo. Że to podobnie jak z pilotem do telewizora, które to urządzenia już są na zachodzie (był rok 1982), który wymyślono, by człowiek nie wstawał z fotela czy kanapy. Rozpętała się burza. Do szkoły wzywano ojca, bo jak powiedziała pani profesor swoim stwierdzeniem o uczłowieczaniu się małpy przez lenistwo a nie pracę podważyłam „Dialektykę przyrody” Fryderyka Engelsa. (Potem wyrzucono mnie z tej szkoły, ale to już inna historia.)

Nie wiem co powiedziałby Engels, gdyby spotkał Calhouna i zapoznał się w wynikami jego badań, ale patrząc na myszy, małpy i ludzi, a zwłaszcza czytelników mam wrażenie, że z lenistwa, z powodu którego wynajdujemy coraz wymyślniejszy sprzęt, by jak najmniej pracować, jak najwięcej odpoczywać i bawić się, degenerujemy się i stajemy pokoleniem Romboli.

Pozostaje pytanie: jak Rombole przejmą władzę nad światem, gdy wymrze moje pokolenie, czy pokolenie mojego syna skoro teraz nie radzą sobie z geografią i prostymi logicznymi zadaniami?

Jak Bożena Szwejka, ale z trudem się powstrzymuję…

Dzielny Wojak Szwejk nie rozstawał się z listem od pewnej Bożeny. Jego treść czytelnicy znają stąd, że przeczytał go kiedyś na głos porucznikowi Lukasowi. Co napisała Bożena?

Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam ‘Pod Indykami’, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz ‘Pod Zieloną Żabą’ z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop.

Gdyby rzecz się działa nie 100 lat temu, tylko obecnie, to owa Bożena nie pisałaby listu do Szwejka, a dzwoniła do niego z… wychodka. Twarz zapewne trzymając koło wyżej wspomnianej dziury w desce. Twierdzę tak na tej podstawie, że ostatnio rzadko bywam w domu, a co za tym idzie sporo skorzystam z publicznych szaletów w różnych miejscach. I w tychże miejscach bardzo często zmuszona jestem wysłuchiwać rozmów telefonicznych ludzi, którzy oddają się czynnościom fizjologicznym nie przerywając konwersacji. Za każdym razem zdumiewa mnie to, bo przecież w trakcie tych rozmów tu i owdzie rozlegają się różne „kiblowe odgłosy”, z których spuszczanie wody lub trzask zamykanej deski są tymi najłagodniejszymi i najbardziej eleganckimi.

Przyznam, że z trudem się powstrzymuję, by będąc zmuszaną do wysłuchiwania paplanin i trajkotań (obgadywanie znajomych, relacja z wykładu na uczelni, relacja z zebrania w pracy, relacja z zakupów, kłótnia z rodzicielką), nie dodać od siebie kilkudziesięciu skandalicznie głośnych odgłosów. Wprawdzie dodałabym je ustami, ale już we wczesnym dzieciństwie (jak każde pacholę) do perfekcji opanowałam naśladowanie tych wykonywanych całkiem odwrotną częścią ciała. Bo myślę, że albo świat zwariował albo w XXI wieku WC jest ostatnim miejscem, w którym w ciszy i skupieniu jesteśmy sam na sam z własną fizjologią.

I pomyśleć, że u Luisa Buñuela w filmie „Widmo wolności” była scena, która wszystkich śmieszyła. Oto ludzie siedzieli przy stole na… sedesach. Rozmawiali przeglądając gazety i… defekując. Oglądając to pierwszy raz nie odbierałam tej sceny jako proroczą, a jednak! Po ostatnich wizytach w publicznych szaletach nie jestem pewna, czy nie zmierzamy w tym kierunku.

No to… do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania. Koniecznie koło tej dziury w desce.

Okiem genealoga, czyli my potomkowie Targowiczan. Ciekawostka na 3 maja

Obejrzałam w sieci wywiad z prezydentem RP Andrzejem Dudą, którego treść mnie zdumiała, zmartwiła i mocno zastanowiła. Czy wszyscy nie powinniśmy zostać skazani np. na karę… śmierci? Za przewinienia przodków, którzy dopuścili się zdrady narodowej? Jak pogrzebiemy w papierach zawsze jakiś fatalny krewny się znajdzie, co potwierdzi każdy genealog. (W swoim czasie pisałam o tym na blogu).

Jakiś czas temu, gdy byłam gościem Polskiego Radia w audycji poświęconej genealogii, kolega z Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego opowiedział, że znalazł informację o tym, jakoby jego bodajże prapradziadek siedział w więzieniu w Rawiczu. W XIX wieku nie siedziało się tam jednak za niewinność. Może prapradziadek był mordercą? Może złodziejem? Może bandytą? A może wszystkimi trzema na raz? Kolega mówił o tym bardzo spokojnie. Jako genealog jest świadom, co można odkryć grzebiąc w swoich korzeniach. Naprawdę niejeden trup wypadnie z przysłowiowej szafy. Nie wiem więc, czy za moment nie okaże się, że po obarczeniu nas winami przodków w naszym społeczeństwie nie zostanie nikt godzien bycia prawdziwym Polakiem.

Ale wróćmy do Pana Prezydenta. Stwierdził on bowiem w wywiadzie (udzielonym TVP Historia w Pałacu Prezydenckim, w związku z jubileuszem 10-lecia istnienia kanału) m.in., że ma świadomość, iż polityka historyczna „będzie [również] prowadziła do podziałów” dalej  powiedział, iż „ci, którzy są potomkami zdrajców, nigdy nie będą chcieli tego przyznać, że są potomkami zdrajców. I oni będą walczyli z prawdą historyczną. Tak jak powiedziałem: miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk – w biznesie, w mediach, w różnych wpływowych miejscach. Oni nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną. Będą zawsze przeciwko temu walczyli”. (Pełna treść wywiadu tutaj.)

Wielu psychologów twierdzi, że rodzice nie są odpowiedzialni za wszystkie czyny swoich dzieci. Nie są też winni tych czynów. Można rodziców obarczać winą i odpowiedzialnością, dopóki dziecko jest małe i jest całkowicie pod ich opieką, ale później? Nawet odpowiedzialność za czyny dziewiętnastolatka mieszkającego z rodzicami jest już niemożliwa nie tylko w świetle prawa, ale i zdaniem psychologów często i trudna do udowodnienia rodzicom z punktu widzenia psychologii. A co z odpowiedzialnością za czyny dorosłego dziecka od dawna niemieszkającego z rodzicami? Czy 70.letni ojciec 50.letniego mordercy na pewno odpowiada za zbrodnię syna? Czy na pewno wynika ona z tego, jak morderca został wychowany? Przecież w każdej zbrodni wszystko zależy od okoliczności, w jakich została popełniona.

Dlaczego jednak dzieci mają odpowiadać za zbrodnie rodziców? Przecież często w chwili ich popełnienia nie było ich na świecie. Co jest też złego w tym, że próbują ich wybielić? To naturalne! W imię miłości dziecko zawsze chce wybielić rodziców. Rozszerzenia tej odpowiedzialności na zbrodnie popełnione przez dziadków i pradziadków wydaje mi się kuriozum prawnym. Zwłaszcza, że większość społeczeństwa nie wie nic o swoich pradziadkach. Gdybym wcieliła w życie powiedzenie Wańkowicza: „Nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu”  musiałabym zerwać kontakty z wieloma przyjaciółmi.

Stanowisko Episkopatu Polski w sprawie tzw. grzechu pokoleniowego (bo o tym mowa) jest jasne. Ogłosił on je jeszcze w 2015 roku. Można w nim wyczytać m.in.:

„Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech.” Zaś „Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny, co wyraźnie podkreślił Sobór Trydencki w Dekrecie o grzechu pierworodnym.” Pełny tekst do przeczytania i przemyślenia jest tutaj.

Lekturę mogą sobie darować ateiści. Jest ona skierowana do osób wierzących. A ja kieruję ją przede wszystkim do prezydenta RP Andrzeja Dudy, który jest katolikiem i prawnikiem, a swoją wypowiedzią pokazał, że chyba chce wprowadzić jakieś (być może nawet prawne) sankcje dla dzieci za grzechy ojców oraz dziadków i pradziadków.

Teraz pozwolę sobie na pewien dość makabryczny żart. A co by było, gdyby je… rozwinąć? Może społeczeństwo jeszcze bardziej oczyściłoby się z potomków różnego rodzaju zdrajców. Na przykład pozbawmy praw publicznych lub osądźmy więzieniem, a nawet śmiercią potomków… Targowiczan? Dziś jest 3 maja. W tym właśnie dniu w 1791 roku Sejm Wielki uchwalił konstytucję, którą się szczycimy. (Obaloną później Targowicą.) Jesteśmy z niej dumni, często zapominając, że nie została uchwalona przez wszystkich posłów Sejmu Wielkiego. 226 lat temu na Zamek Królewski w Warszawie z 500 posłów Sejmu Wielkiego przybyło tylko 182, a więc mniej niż połowa, zaś 72 z nich było przeciwnikami Konstytucji.

Jan Matejko „Konstytucja 3 Maja 1791 roku”

Protesty opozycji sejmowej były widowiskowe. Np. poseł kaliski Jan Suchorzewski wyciągnął na środek sali swojego kilkuletniego syna i wołał: „Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą ten projekt krajowi gotuje”. O przyjęciu napawającej nas dziś dumą konstytucji (i to bez jednego nawet czytania!) przesądził przypadek. Otóż poseł inflancki niejaki Michał Zabiełło wezwał króla do jej zaprzysiężenia. Jak relacjonowali świadkowie władca podniósł rękę, chcąc przemówić, ale zwolennicy konstytucji poczytali za gotowość Stanisława Augusta do złożenia przysięgi. Za przyjęciem konstytucji głosowało… 110 posłów, a więc nie wiele więcej niż 1/5 całego Sejmu.

Kilka lat temu dr Marek Jerzy Minakowski rozpoczął tworzenie dwóch baz genealogicznych: „małej” i „wielkiej”. „Mała” to Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego (Sejm-Wielki.pl), dostępna dla każdego za darmo, ale ograniczona do rodzin uczestników Sejmu Wielkiego (Czteroletniego). Ok. 100.000 osób.
„Wielka” (Wielcy.pl) to elity polskie od Piasta Kołodzieja do roku 2011.  Tworząc „małą” dr Marek Jerzy Minakowski wyszedł z założenia, że:

W dniach 7 X 1788 i 16 XII 1790 nasi przodkowie — posłowie i senatorowie Sejmu Wielkiego — podpisali w Sejmie „Akt konfederacyi generalnej”. Ślubowali, że o wszystkim będą decydować większością (per pluralitatem). Owa większość 3 V 1791 uchwaliła Ustawę Rządową. Jak w każdym demokratycznym parlamencie część z nich głosowała przeciw, inna część nie wzięła udziału w głosowaniu. Jednak na veto miejsca nie było, bo wcześniej każdy z nich zaprzysiągł Konfederację.
Na tych stronach budujemy kompletne drzewo genealogiczne potomków wszystkich Konfederatów (a także ich rodzeństwa).

Chyba każdy, kto znajdzie się w Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego jest dumny, że tam jest. Jest dumny, że jego przodkowie (lub rodzeństwo przodków) uczestniczyli w pracach nad pierwszą w europie demokratyczną Konstytucją, ale… czy ci przodkowie rzeczywiście ją poparli? W końcu zrobiło to 110 na 500!!!

Zacznę od siebie. Moim przodkiem Konfederatem jest Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm.
Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari. Był rodzonym bratem mojej praprapraprapraprababki Apolonii Skórzewskiej z Mącznik h. Drogosław.

Jest więc wśród tych 110 osób, które poparły konstytucję. I choć genealogią zajmuję się od dziecka, bo najpierw „bawiłam się” w to z ojcem, tak jak on ze swoim ojcem i dziadkiem, to… dopiero ja, i to dzięki portalowi wielcy.pl, odkryłam to pokrewieństwo. Odkryłam jednak i inne, choć dalsze… np. z… Targowiczaninem Adamem ks. Ponińskim h. Łodzia, który w czasie przeprowadzania I rozbioru Polski, miał przyznane przez trzy państwa rozbiorcze ze wspólnej kasy, przeznaczonej na korumpowanie posłów na Sejm Rozbiorowy 1773–1775 46 tys. czerwonych złotych na utrzymanie. Zajmował się też grabieżą majątku rozwiązanego zakonu jezuitów przeznaczonego na działanie Komisji Edukacji Narodowej. Na Sejmie Rozbiorowym 1773–1775 został członkiem Komisji Rozdawniczej Koronnej, ustanowionej dla likwidacji majątku skasowanego w Rzeczypospolitej zakonu jezuitów. Podskarbiostwo wielkie koronne kupił od Teodora Wessla. W 1778 roku był członkiem Departamentu Skarbowego Rady Nieustającej. Pomimo sprawowania popłatnego urzędu Poniński był namiętnym graczem w karty, co w błyskawicznym czasie przyczyniło się do wzrostu jego długów (w 1785 roku ogłoszono jego bankructwo) i spowodowało gotowość sprzedania swoich usług jako polityka każdemu, kto tylko był gotów zapłacić. Był członkiem konfederacji Sejmu Czteroletniego w 1788 roku. Ostatecznie został płatnym agentem ambasady rosyjskiej, ściśle współpracując z przedstawicielami dyplomatycznymi Rosji – Nikołajem Repninem i Otto Magnusem von Stackelbergiem, za co 1 września 1790 roku został skazany przez Sejm Czteroletni na wygnanie i pozbawienie wszystkich tytułów. Wyrok został uchylony 13 maja 1793 roku przez konfederację targowicką.

Jan Matejko „Reytan”. Leżącemu na progu Reytanowi Adam Poniński uniesioną ręką pokazuje żołnierzy rosyjskich w uchylonych drzwiach sali zamkowej.

Co mam teraz zrobić? Dopiero co Jarosław Kaczyński krzyczał o Targowicy, które to określenie teraz niezwykle często pojawia się w naszej debacie publicznej. Czy ma on świadomość, że wśród Targowiczan są i jego przodkowie?

Jarosław Kaczyński też jest bowiem na portalu sejm-wielki.pl. Przodków konfederatów ma aż trzech. Jednym z nich jest… Dezydery Leszczyński herbu Belina – poseł województwa inowrocławskiego na Sejm Czteroletni w 1788 roku, marszałek województwa brzeskokujawskiego i inowrocławskiego w konfederacji targowickiej, starosta grabowiecki.
Figurował na liście posłów i senatorów posła rosyjskiego Jakowa Bułhakowa w 1792 roku, która zawierała zestawienie osób, na które Rosjanie mogą liczyć przy rekonfederacji i obaleniu dzieła 3 maja. Z ramienia konfederacji targowickiej wybrany w 1793 roku członkiem Komisji Skarbowej Koronnej.

 Drugim: Psarski Fryderyk Jakub h. Pomian (ok. 1730–1805), poseł na sejmy, przywódca powstania 1794 r. w Wieluńskiem.

Trzecim: Leszczyński Józef h. Belina (zm. po 1815), podczaszy i poseł rawski na Sejm Czteroletni. W sejmie Leszczyński należał do przeciętnie aktywnych posłów; część jego „głosów” została ogłoszona drukiem podczas kadencji sejmu. Przemawiał m. in. w sprawie królewszczyzn (27 I 1789), występował za rewindykacją donatyw (19, 22 i 29 III 1790), a przede wszystkim popierał Konstytucję 3 maja. W przeddzień jej uchwalenia uczestniczył w słynnym zebraniu w Pałacu Radziwiłłowskim i podpisał akt „Asekuracji”. Następnie został członkiem Zgromadzenia Przyjaciół Konstytucji Rządowej 3 Maja.

Ostatni dwaj są wśród tych 110 osób popierających konstytucję. Czy dwóch przodków zwolenników Konstytucji 3 maja jest w stanie zmazać winy Jarosława Kaczyńskiego za tego trzeciego przodka, który był jej przeciwnikiem? Zwłaszcza, że straszliwy Adam ks. Poniński h. Łodzia jest także krewnym Jarosława Kaczyńskiego?

A sam Pan Prezydent Andrzej Duda?
Tu niestety źródła portalu sejm-wielki.pl milczą, gdyż jego związki z potomkami Sejmu Wielkiego są poza Genealogią Potomków Sejmu Wielkiego, czyli jedynie na portalu wielcy.pl.

Łatwo potępiać innych, łatwo potępiać ich za przodków, gdy samemu niewiele się wie o własnych lub nie są oni postaciami w jakikolwiek sposób tworzącymi kiedyś historię.

Stowarzyszenie Potomków Sejmu Wielkiego w swoim credo w swoim czasie napisało: „Przodkowie nasi nie byli aniołami, walczyli często ze sobą (nie zawsze cnymi metodami), a jednak konfederacja przez nich zawiązana potrafiła uchwalić Ustawę Rządową z 3 maja 1791 – pierwszą europejską nowoczesną konstytucję.”

Dlatego Stowarzyszenie zrzesza potomków wszystkich Konfederatów. I tych, którzy byli za Konstytucją 3 maja i tych, którzy byli jej przeciw. Bo historia powinna naród jednoczyć a nie dzielić. Powinniśmy o tym pamiętać i działać na rzecz tej jedności mówiąc prawdę o  historii – bez wybielania, ale i bez zaciemniania.
W przeciwnym razie naprawdę wszyscy jesteśmy do odstrzału, bo korzenie każdego z nas w bardziej lub mniej kręty sposób mogą prowadzić do jakiegoś Adama ks. Ponińskiego h. Łodzia.

PS W podawaniu życiorysów przodków Konfederatów korzystałam z Polskiego Słownika Biograficznego i Wikipedii.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Polskie tabu, czyli jak wyłączyć przemoc?

Moje pierwsze małżeństwo nie należało do udanych. Powód? Właściwie dwa: picie i bicie. Eksio za kołnierz nie wylewał, a jak już się napił to agresja: dziesięć! Od naszego rozwodu mija właśnie dziewiętnaście lat, a od jego śmierci niedługo minie pięć. Ponieważ Eksio nie żyje, nie chcę go tu obgadywać, bo już nie zmieni swojego postępowania. Wieko trumny się nad nim zamknęło, a potem krematorium w Wyszkowie zrobiło swoje. Spoczął w urnie na cmentarzu Bródnowskim. Jednak nadal mam różne fobie, w które wpędziło mnie to moje pierwsze małżeństwo. Jedną z nich jest lęk przed podniesionym głosem i awanturami. To dlatego od lat staram się każdemu niemal we wszystkim ustępować. Byle byłby święty spokój. To ustępowanie dla świętego spokoju nie raz ściągnęło na mnie kłopoty, ale cóż… święty spokój kosztuje. Lęk przed podniesionym głosem daje mi się we znaki w życiu codziennym. Nienawidzę, gdy ktoś w pracy podnosi głos. Ilekroć słyszę wrzaski tylekroć podskakuję i kulę się w sobie! Bo przemoc domowa dawno jest za mną, ale… odruch Pawłowa każe mojemu ciału na dźwięk podniesionego głosu podskakiwać i kulić się.

Przeżycia sprawiły jednak, że interesuję się sprawą przemocy domowej. A ponieważ wiem, czemu kobietom trudno jest uwolnić się od mężów-katów (m.in. nikt tak nie przeprasza jak ten który krzywdzi), dlatego od lat śledzę co dzieje się z konwencją antyprzemocową, niebieską linią etc. Czytam historie kobiet, które próbują uwolnić się od swoich oprawców. Myślę o nich wszystkich i o każdej z osobna.

Kilka dni temu media obiegło nagranie umieszczone w sieci przez żonę jednego polityka, (zrezygnował z członkostwa partii), jak znęca się nad żoną. Kobieta, choć z mężem-katem mieszkała w Bydgoszczy, wniosła sprawę na policję w Warszawie, dokąd uciekła przed nim zabierając ze sobą dzieci. Prawie 40. minutowe nagranie jest naprawdę wstrząsające. Wynika z niego, że kobieta była maltretowana przez wiele lat. Para ma dzieci. Na nagraniu słychać bicie, poniżanie, wyzwiska i niesamowitą rozpacz kobiety. Mąż raz po raz wyznaje swojej żonie, że jej nienawidzi i co chwilę każe jej się wynosić z domu. Żona wyzywana jest od: „pedałów”, „gównojadów”, „cweli”, „chujów jebanych” i „kurew”. Z nagrania wynika, że afera wybuchła, bo małżeństwo poszło na bal charytatywny, a żona zapomniała z balu zabrać kwiatek, który od niego dostała. Zresztą nie okazała takiej radości jakiej mąż oczekiwał, gdy zaproponował jej pójście bal. „Przepraszam, że nie tańczyłam, jak chciałeś”. Oraz „Jestem głupia, niewdzięczna.” – to wypowiadane przez kobietę słowa, które wstrząsnęły mną najbardziej. Patriarchalny świat polityka wymagającego od żony absolutnego posłuszeństwa jest dla kobiety piekłem. Polityk nie rozumie, że można, a nawet i trzeba żyć inaczej. Nie rozumie, że kobieta nie jest własnością męża. Takich sytuacji jest wiele. Od kiedy kobiety poszły do pracy, zaczęły stanowić o sobie, dla słabszych psychicznie męskich jednostek są solą w oku. To te jednostki znęcają się nad nimi. Paradoksalnie robią to przy milczącej aprobacie społeczeństwa, które uważa, że społeczny podział ról, w którym miejsce żony jest w kuchni i przy dzieciach a męża przed telewizorem lub z kumplami na meczu jest tym właściwym. Wielu uważa bowiem, że żona pracująca wracając do domu musi w nim pracować zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku. A wracający z pracy mąż nie musi jej w niczym pomagać również zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku.

W mojej sprawie społeczeństwo też w większości milczało, ale nie chcę tego roztrząsać, bo przecież Eksio nie żyje. Paradoksalnie dwa lata przed śmiercią wyznał ze łzami w oczach, że gdyby niektórzy głośno go potępili, gdyby spotkał się np. z ostracyzmem może coś by ze sobą zrobił. Przyznał też, że nikt mu nie pomógł i chyba nie ma przyjaciół, a jedynym człowiekiem, który był dla niego dobrym jestem… ja. Było to wstrząsające! Niestety wyznanie przyszło za późno. Eksia nie udało się uratować i zmarł. Do dziś mi go żal. Bo paradoksalnie w przemocy domowej w większości przypadków pomóc trzeba obu stronom – zarówno ofierze jak i katu, choć dla każdej z tych osób ratunkiem jest co innego. Dla ofiary jest to izolacja od kata, a dla kata terapia, często w izolacji.

Czy bydgoski polityk podda się jakiejś terapii? Najpierw musi zrozumieć, że jest chory. W tym musi mu jednak pomóc otoczenie. Czy otoczenie to robi? Nie wiem, jak zachowuje się jego rodzina ani nawet czy ją ma, ale jeśli ma matkę, siostrę, brata etc., to powinni oni zrobić wszystko, by zaczął się leczyć, bo zachowanie, które można poznać słuchając strasznego nagrania, jest skandaliczne! Zbigniew Hołdys nazwał je gestapowskim. Ja bym określiła je mianem „ubeckich tortur”, bo przypomniały mi to, co czytałam we wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli ubeckie więzienia. Obawiam się jednak, że społeczeństwo przyzwala na takie zachowania. Czemu tak myślę?

Otóż w sobotę wielkanocną tradycyjnie poszliśmy ze święconką i suką Frytką do żoliborskiego kościoła pw. Stanisława Kostki. Była nas dwójka, czyli ja i Panicz Syn, gdyż Ulubiony poprzedniego dnia miał zdjęcia we Wrocławiu do pewnego serialu i skończył pracę późno. Wyjechał z Wrocławia polskim busem w sobotni poranek z nadzieją, że zdąży na święconkę, ale… bus zepsuł się i bardzo niepocieszony Ulubiony utkwił na dwie godziny w Łodzi. Nie zdążył nie tylko na święconkę, ale i na uroczystą konsumpcję święconych jaj, co od wielu lat wraz z gromadą przyjaciół robimy w pubie na Kępie Potockiej. Mieliśmy zbierać się do domu, gdy zadzwonił, że wreszcie dojeżdża na dworzec PKS Młociny. Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i znajomymi i wraz z Paniczem Synem ruszyliśmy do auta. Niestety 20 metrów od pubu nasza suczka Frytka zaplątała mi się pod nogi i na oczach Panicza Syna runęłam jak długa na ziemię. Zrobiłam to tak nieszczęśliwie, że uderzyłam twarzą w asfalt wbijając sobie w policzek okulary. Konkretnie to cztery śrubki mocujące uszko do szkła zrobiły mi cztery dziurki w skórze na wysokości oka i kości policzkowej. Krew chlusnęła. Panicz Syn strasznie się zdenerwował. Suka była zdezorientowana. Pobiegłam przemyć twarz wodą do pubu, z którego dopiero co wyszliśmy. Znajomi wytrzeszczyli oczy na mój widok, a ja ujrzawszy się w lustrze trochę się przeraziłam, choć wszyscy pocieszali, że nie jest źle. W każdym razie po Ulubionego pojechałam puchnąc i w okularach przeciwsłonecznych, które na szczęcie mam w samochodzie. Tego dnia wszyscy, którym opowiadałam o tym, że się wywróciłam dowcipkowali, że to pewnie mnie „mąż pobił, bo zupa była za słona”. Wydaje mi się, że o ile mnie wolno tak żartować z siebie, o tyle znajomym, którzy znają mój życiorys chyba nie bardzo wypada, choć rozumiem, że znając moje poczucie humoru puszczają im hamulce. Pewnie dlatego dowcipu o przesolonej zupie wysłuchiwałam do końca sobotniego wieczora.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Skutki spaceru z psem.

Sjesta! Pan śpi! #dom #panmonz #pies #frytka #jamnik

Winowajczyni Frytka…

W niedzielny poranek oko lekko podeszło mi fioletem. Przypudrowałam je, by nie straszyć i pojechaliśmy na śniadanie do przyjaciół, którzy na szczęście wiedzieli co mi się stało, bo widzieliśmy się na święconce, a ich synowie byli świadkami jak dwie minuty po wyjściu z pubu wróciłam do niego obmyć twarz. W ciągu dnia puder powoli z twarzy opadał, a siniak powoli zmieniał kolor na bardzo mocno fioletowy, więc kiedy wracaliśmy po obiedzie do domu z daleka widać było, że mam podbite oko. Ponieważ to lewa strona twarzy, więc wygląda tak, jakby ktoś praworęczny przyłożył mi pięścią rozgniatając na twarzy moje własne okulary. Przeglądając się w samochodowym lusterku stwierdziłam, że przez najbliższe dwa dni lepiej nie wychodzić z domu. Inaczej wszyscy będą się na mnie gapić, a ja będę musiała bez przerwy opowiadać co mi się stało. Ujechaliśmy kilka kilometrów i na Wisłostradzie zatrzymał mnie patrol policji. Myślałam, że każą tylko dmuchnąć w balonik, ale oni zwrócili uwagę, że nie mam jednego światła mijania. Westchnęłam. W swoim blisko 30-letnim życiu kierowcy, ilekroć nie miałam światła mijania i zatrzymywała mnie policja, tylekroć kosztowało mnie to mandat. Jednak tym razem… policjanci przyjrzawszy się uważnie naszej trójce, a zwłaszcza Ulubionemu, (który dla potrzeb serialu, w którym jak zwykle grał bandytę ogolił się na zero), tylko mnie pouczyli. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że może to z okazji Wielkanocy ta wielkoduszność. Dopiero po chwili analizując wyraz twarzy policjanta i jego smutne spojrzenie etc., doszłam do wniosku, że to miało chyba związek z moim podbitym okiem. Chyba policjant pomyślał, że mąż mnie pobił (tyle jest awantur przed świętami, a tu image bandyty) i nie chcąc, bym dostała od męża drugi raz za mandat i brak światła postanowił ocalić mnie przed kolejnymi ciosami nie wypisując mandatu. Podzieliłam się refleksją z Ulubionym. Zastanowił się i… przyznał mi rację. A ja stwierdziłam, że z jednej strony to zachowanie policjanta było miłe, ale z drugiej… czyż nie powinien był zaprosić mnie do radiowozu i spytać czy nic mi nie jest? Czy nie powinien zaoferować pomocy, jeśli uznał, że jestem ofiarą przemocy? Choć właściwie co drogówce do innych przewinień niż drogowe. Ale z drugiej strony… wszyscy napotkani po drodze ludzie do mojego podbitego oka podeszli z lekkim uśmieszkiem, często spojrzeniami sugerując, że na pewno mąż mi je podbił. Zupełnie jakby małżeńskie mordobicia były czymś bardzo śmiesznym.

Znam setki dowcipów o przemocy domowej. Niektóre mimo moich osobistych przeżyć naprawdę mnie śmieszą. Jednak ja mam świadomość, że dowcip jest zawsze pewną abstrakcją, a życie jest życiem. I byłoby dobrze, gdybyśmy opowiadając sobie dowcipy i żartując z ciemnych stron życia reagowali na przemoc. Na razie mam bowiem wrażenie, że jest ona tabu i w świadomości społecznej istnieje tylko w dowcipie.

Moje życie z Eksiem nie było jednak dowcipem. Nie jest nim też życie żony bydgoskiego polityka, choć nie brak w sieci głosów, że podanie przez nią do wiadomości publicznej informacji o przemocy to strategia w ramach toczącego się postępowania rozwodowego. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto nie słyszał nagrania. Panicz Syn i Ulubiony usłyszeli tylko jego fragmenty i mieli dosyć słuchania. O ile jednak nagranie można wyłączyć o tyle guzika wyłączającego przemoc na razie nikt nie wymyślił. A szkoda.



Pustka, czyli rozważanie na Wielki Piątek

Miałam napisać dwa dni temu, miało być o czymś zupełnie innym, ale umarło dziecko znajomych i w środę poszłam na pogrzeb na Stare Powązki. Z pogrzebami jest tak, że albo idzie się za kimś albo idzie się z kimś. Tu szłam i za kimś (za dzieckiem, które znałam od jego urodzenia) i z kimś, że znajomymi, z których zwłaszcza ona – matka przeżywa najgorszy moment życia. Dziecko miało 6 lat i było od urodzenia ciężko chore. Z tymi wadami, które miało (m.in. zespół duplikacji mecp2) dożywa się podobno góra 10 lat. Ta dzidzia dożyła 6. Jeszcze dwa lata temu bawiłam się z nim (bo to chłopczyk) pluszową zabawką (wodził za nią wzrokiem) i karmiłam jakimś musem. Potem już nie mógł sam jeść. Odżywiany był pozajelitowo. Od urodzenia siusiał przez specjalną dziurkę pod pępkiem. Ostatnie dwa lata były jego powolnym umieraniem. Oboje rodzice, a zwłaszcza matka (co ojciec podkreślił przemawiając nad grobem), stoczyli heroiczną walkę o godne życie dziecka i jego bezbolesną śmierć. Pogrzeb chłopczyka był w środę. Najpiękniejszy pogrzeb jaki widziałam i jednocześnie najsmutniejszy. Widziałam wiele pogrzebów dzieci, ale pogrzeb dziecka niepełnosprawnego, które nigdy się nie śmiało i nie mówiło, jest czymś szczególnym. W kazaniu ksiądz powiedział, że rodzice mają swojego anioła, nad grobem na trąbce odegrano mu kołysankę „Na Wojtusia z popielnika”, a potem puszczono z odtwarzacza piosenkę „Bóg się mamo nie pomylił – narodziłem się z miłości” – swoisty hymn dzieci niepełnosprawnych. Naprawdę płakał cały cmentarz. Gdy dotarłam do samochodu jeszcze bardziej coś we mnie pękło. Cały czas myślałam o mojej koleżance – matce dziecka. Właściwie myślę o niej bez przerwy i przestać nie potrafię. Wydaje mi się, że więzi matki z dzieckiem są w ogóle czymś szczególnym, ale więzi matki z dzieckiem niepełnosprawnym, które jest absolutnie bezbronne i skazane na opiekę, to coś czego nigdy nie zrozumiemy, dopóki sami nie przeżyjemy lub nie spotkamy się z tym w swoim otoczeniu. To dlatego w aucie rozpłakałam się jeszcze gorzej niż na cmentarzu. Poczułam potworną bezsilność. I postanowiłam zadzwonić do kogoś życzliwego, by z nim popłakać, bo o ile przeważnie ryczę sobie sama, o tyle tym smutkiem chciałam się podzielić. Była 11:45. Nie chciałam dzwonić do Ulubionego, by go nie budzić. Wrócił z pracy o 6 nad ranem, a położył się o 7, więc myślałam, że jeszcze śpi. Panicz syn z kolei był na uczelni. Zadzwoniłam więc do jednej z przyjaciółek. Wykonuje wolny zawód, więc na pewno jej nie przeszkodzę. Poza tym w rodzinie miała taki przypadek. „Ty zapomniałaś, że do mnie nie dzwoni się tak wcześnie?” spytał mnie w słuchawce jej głos. Zaniemówiłam. Po chwili tłumiąc łzy powiedziałam, że wracam z pogrzebu dziecka koleżanki i chciałam z nią popłakać, ale usłyszawszy w odpowiedzi ciszę przeprosiłam i rozłączyłam się. Myślałam, że zreflektuje się i oddzwoni, ale tak się nie stało. Przez chwilę siedziałam jak ogłuszona. W końcu zadzwoniłam do innej przyjaciółki – jest od pół roku wdową. Powiedziała, bym natychmiast przyjechała do niej na kawę. Ucieszyłam się. Za półtorej godziny powinnam była być w „Radiu Zet” na wywiadzie, a nie nadawałam się do niczego. Pojechałam na kawę. Na miejscu opowiedziałam jej całą historię o pogrzebie z telefonem do przyjaciółki włącznie. Pokiwała głową ze zrozumieniem. A potem z uśmiechem powiedziała mając na myśli nie pogrzeb, a historię z telefonem: „Ja tam jestem zaprawiona w takich sytuacjach. Nawet nie wiesz co przeżywam jako wdowa. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że wdowa w Polsce jest takim śmieciem, którego można tylko kopnąć, to bym się zdziwiła. Teraz już to wiem. Moje uczucia są zupełnie nieważne, a nawet nie mam do nich prawa.” I opowiedziała wiele naprawdę tragikomicznych historii o polskiej znieczulicy, które sprowadzić można do kilku zdań. Obcy ludzie najlepiej wiedzą, ile powinna trwać nasza żałoba, jak powinna wyglądać, a przede wszystkim kto ma do niej prawo. Ich zdaniem śmierć jest naturalną koleją rzeczy i nie przesadzajmy z rozpaczą. Spytała mnie też, czy nie słyszałam, jak ktoś mówił na przykład, że teraz matce dziecka będzie lepiej, bo nie będzie się męczyć? Oczywiście, że słyszałam. Sęk w tym, że ludzie nie rozumieją, że ona wolałaby nadal przeżywać tę mękę, byle tylko trzymać swoje dziecko w ramionach. Miłość jest nieodgadniona. Miłość matki szczególnie. A miłość wdowy, dla której zmarły mąż był najlepszym przyjacielem jest wbrew pozorom bardzo podobna, bo też występuje tu głęboka intymna więź. Są pustki, które trudno wypełnić, ale z czasem się to udaje. Są takie, których wypełnić nie da się nigdy. Wtedy pustka zostaje na zawsze.

Myślę, że miłość to dobry temat do rozważania w Wielki Piątek zarówno dla chrześcijan jak i wyznawców innych religii, a nawet ateistów. Zastanówmy się nad nią w Wielki Piątek, gdy pod krzyżem też stała matka.

Sadyba i figurki na kominku

Jakoś tak się dzieje, że w rocznicę katastrofy smoleńskiej zawsze myślę o kimś, kto w niej zginął, a kogo znałam osobiście. Dziś myślę o Katarzynie Piskorskiej, bo dwa dni temu jechałam Powsińską.

Katarzynę Piskorską znałam chyba od… zawsze. Wszystko dlatego, że Ojciec pochodził z Sadyby i wychowywał się w bloku oficerskim, mającym adresy Morszyńska, Okrężna i Powsińska. Na Powsińskiej w willi Podgórskich mieszkali też Piskorscy, a właściwie Maria Piskorska z córkami. Jej mąż działacz harcerski Tomasz Piskorski zginał w Katyniu. Mój Ojciec znał Marię Piskorską jeszcze z czasów okupacji. Cytuje ją w swojej części naszej wspólnej książki „Syn dwóch matek”, bo ona też pisała o transporcie dzieci z Zamojszczyzny. W końcu w czasie okupacji była lustratorką Rady Głównej Opiekuńczej. W czasie powstania warszawskiego jej willa była siedzibą dowództwa rejonu V obwodu Mokotów AK, którego dowódcą był Czesław Szczubełek ps. „Jaszczur” – lekarz, który leczył mojego Ojca jeszcze przed wojną, a którego imię nosi dziś sadybiański park, w którym się wychowałam.

Na Sadybie wszyscy się znali. Dwie klatki obok mieszkała Anna Czajkowska (pierwowzór pani Eulali z mojej powieści ‚Tropiciele’) wdowa najpierw po oficerze sanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił honorowe samobójstwo, a potem po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Jej najlepszą przyjaciółką była Irena Zyndram-Kościałkowska. Od lat 60-tych obie panie mieszkały razem i działały w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. Pani Irena zmarła w 1983 roku. Pani Anna zamówiła u Katarzyny Piskorskiej rzeźbę na grób przyjaciółki. Rzeźba przedstawiała ukochanego psa pani Ireny – Mucka. Był to ratlerkowaty kundelek. Przeżył swoją panią, a także… trzy odlewy swojej rzeźby, bo wyrzeźbionego przez Katarzynę Piskorską Mucka złodzieje kradli trzykrotnie. Czwartego odlewu pani Anna już nie zamówiła.

Gipsowa rzeźba Mucka autor: Katarzyna Piskorska

Grób po kradzieży

W willi Katarzyny Piskorskiej byłam z Ojcem kilka razy i przy różnych okazjach. Najbardziej wryła mi się w pamięć pierwsza wizyta. Miałam 8 lub 9 lat i po raz pierwszy byłam w domu rzeźbiarza. Na kominku w salonie stało całe mnóstwo figurek. Rzeźby były zresztą wszędzie. Także w ogrodzie. Wydawało mi się, że jestem w muzeum rzeźby a nie w domu. Potem odwiedzałam i widywałam panią Katarzynę wiele razy, ostatnie lata już jako dziennikarka.

Wspominam ją jednak ilekroć mijam willę Podgórskich na Powsińskiej. Myślę wtedy jak wszystko przemija. Jak zostaje w naszej pamięci i żyje w niej, dopóki… my żyjemy.

Na zachowanych w domu fotografiach mam pogrzeb Ireny Zyndram Kościałkowskiej. I fotografie jej grobu po jednej z kilku kradzieży Mucka. Zdjęcia zrobił mój Ojciec, by pomóc pani Annie w zgłaszaniu przestępstwa kradzieży na milicję. Sprawców jednak nigdy nie znaleziono, a rzeźby nigdy nie odzyskano. Kto ją kradł? Dlaczego? Czy skradziony z grobu rzeźbiony odlew Mucka jeszcze istnieje? Nigdy się już nie dowiemy.

Tak jak nie dowiemy się, co myślała Katarzyna Piskorska w niedzielę rano 10 kwietnia 2010 roku. To już siedem lat.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Inne nie znaczy gorsze, czyli na koniec Dnia Kobiet słówko o równości

Zawsze wolałam Dzień Kobiet od Walentynek. Powód prosty: Walentynki są dla zakochanych, a Dzień Kobiet dla wszystkich kobiet. I dla małych dziewczynek i starych matron, nawet tych rodem z wierszyka Boya o Matronie Krakowskiej.

Od kilku dni w sieci wrze. Nie tylko za sprawą polskiego polityka unijnego, który obraził wszystkie kobiety, bo umówmy się, że zrobił to dla rozgłosu, aczkolwiek chyba nie przewidział skutków. Glosy popierające jego postawę pojawiły się tylko w naszym kraju. Uważam to zresztą za ciekawe. Jak polscy mężczyźni nisko cenią kobiety. Mam kilku kolegów, którzy wielokrotnie przekonywali mnie, że kobiety są głupsze, bo mniej wśród nich jest fizyczek czy matematyczek. Co ciekawe nikogo z nich matematyki nie uczył w żadnej ze szkół mężczyzna. Taki drobny szczegół, na który im zwróciłam uwagę, a oni odbili piłeczkę, że na uczelniach mężczyzn jest więcej. Naprawdę? Dwie moje bliskie koleżanki są profesorami SGH. Nie jest nim żaden z bliskich kolegów.

Nie jestem feministką. A przynajmniej nie taką, która twierdzi, że kobiety są równe mężczyznom. Biologicznie bowiem nie są. Są fizycznie słabsze i mniejsze. Ale prawo nie powinno nikogo dyskredytować z tego powodu. Biologia tak skonstruowała człowieka, że jednej płci coś dała, a drugiej zabrała. Na przykład mężczyzn obdarzyła większą siłą, ale… mniejszą odpornością na ból. Jest taki dowcip, który głosi, że gdyby mężczyźni mieli menstruację toby brali zwolnienie na cały czas jej trwania, a gdyby rodzili to przechodziliby na rentę. Coś w tym jest. Nie widziałam kobiet mdlejących przy pobieraniu krwi, ale widziałam w takiej sytuacji wielu mężczyzn i to często takich ponad stukilogramowych osiłków. Miałam kiedyś znajomego, który najmniejsze skaleczenie oklejał plasterkiem i kładł się przed telewizorem jako rekonwalescent, zaglądając co chwilę pod plaster z niepokojem czy nie rozwija się zakażenie. Mam też kilku kolegów z fobią dentystyczną tak straszną, że to co mają w gębie dawno przestało przypominać szczękę, a zamieniło się w stary i dziurawy płot Baby Jagi. Nie mam zaś żadnej koleżanki, która bałaby się stomatologa.

Kobiety są bardziej empatyczne, bardziej zapobiegliwe. Pewnie dlatego wśród bezdomnych przeważają mężczyźni, zaś bezdomne kobiety to margines, który zazwyczaj wiąże się z nadużywaniem przez nie alkoholu lub chorobami psychicznymi.

Mimo jednak tych oczywistych różnic między kobietami a mężczyznami obie płcie powinny być równo traktowane. Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak on jest dopełnieniem kobiety. I wszelkie próby wmówienia, że któraś z płci jest lepsza lub ważniejsza od drugiej są po prostu społecznie szkodliwe. Konstytucja bowiem głosi równość wobec prawa wszystkich obywateli be względu na płeć. Niestety w Polsce to tylko słowa na papierze. Nadal trwa grzebanie w naszych ciałach. Nadal trwa układanie nam życia pod dyktando mężczyzn.

Wiele lat temu, tu na blogu, pisałam, że to już John Lennon śpiewał, że kobieta jest Murzynem świata. Dziś jest też jego Żydem i Cyganem. Rasizm jest. To z czym spotykają się kobiety jest właśnie rodzajem rasizmu, choć nosi nazwę mizoginizm. Kobieta jest traktowana, jak ktoś gorszy i głupszy. I to niemal na każdym kroku. Kobieta ma swoją wartość tylko wtedy, gdy stoją przy niej spodnie. Bywały w moim życiu momenty, kiedy tych spodni przy mnie nie było. Pamiętam, jak traktowali mnie wtedy hydraulik, elektryk czy gazownik, którzy dowiadując się, że jestem „bez przydziału” zawyżali swe usługi, naciągając jak tylko się da, a także wymuszając naprawy, które dość szybko okazywały się zbędne. Ale cóż… przed nimi stałam ja, czyli baba, a baba jak wiadomo jest głupia, więc można ją naciągać. Widzę, jak zmienił się stosunek tych samych panów do mnie od kiedy jest ze mną Ulubiony. Naprawdę niebo a ziemia. Ja się nie zmieniłam. Może się zestarzałam, ale nadal jestem tą samą osobą. Jednak fakt, że zmienił się mój stan cywilny sprawił, że ci, którzy mnie lekceważyli teraz tego nie robią.

Jako dziennikarka wiele razy zauważałam, że gdy przyjeżdżałam gdzieś z kamerą moi rozmówcy kierowali swoje słowa bardziej do moich kolegów (operatora kamery czy dźwiękowca) niż do mnie, choć to ja „przewodziłam” temu małemu stadu w postaci reporterskiej ekipy. Ale dla wielu – co mężczyzna to mężczyzna! Nie ma sensu tłumaczyć kobiecie o co chodzi w czołgu, samolocie czy wozie pancernym.

Wielokrotnie na infolinii mojego dostawcy usług internetowych (czy obsługującego moją domenę) byłam traktowana przez męskich konsultantów jak kompletny ćwok, który nie radzi sobie z błahostką, choć na końcu rozmowy zawsze okazywało się, że to z czym dzwonię to grubsza awaria, wobec której nawet ci męscy konsultanci są kompletnie bezradni.

Mój Ojciec zawsze mówił, że kobiety są w stanie zmienić świat. Zarówno na lepsze jak i na gorsze, co zależy oczywiście od tego jakimi są ludźmi. Mają jednak wielką moc. Są cierpliwe i wytrwałe. W większości bardzo pracowite. Mam więc nadzieję, że pewnego dnia te cechy sprawią, że wypracujemy dla siebie lepszy los i szacunek, także męskiej części społeczeństwa.

Dziś przykre jest, że ten szacunek to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie kobiety mogą liczyć. Jesteśmy uprzedmiotawiane, bo za nas chce się decydować w sprawie pracy zarobkowej i wynagrodzeń, a także antykoncepcji, czyli świadomego lub nie macierzyństwa. Rozmawiałam ostatnio z kolegą o ciąży, jako stanie fizycznym i powiedziałam mu, że żaden mężczyzna nigdy nie dowie się, jakie lęki towarzyszą ciężarnej kobiecie. A towarzyszą jej one przez cały okres ciąży i to nie po kilka razy dziennie, ale niemal bez przerwy. Nigdy jednak nie dzieli się ona ze swoim partnerem wszystkimi obawami, by go nie zniechęcać, nie denerwować i nie obarczać!!! Wszystko dlatego, że żaden facet nie wytrzymałby rozmawiania o ciąży przez 24 godziny na dobę. Do tejże ciąży potrzebne są dwie osoby, ale jej konsekwencje ponosi zawsze tylko i wyłącznie kobieta. I niech to ona o tej ciąży decyduje. Pisałam kiedyś, że chciałam zrobić reportaż o tym, dlaczego mężczyźni (w 99%) porzucają rodziny, gdy na świat przychodzi chore dziecko. Nikt z panów, którzy zostawili swoje żony nie chciał się wypowiedzieć i to nawet anonimowo. Nikt nie chciał mi powiedzieć czemu nie chciał z matką swojego chorego dziecka dźwigać tego swoistego krzyża. Czemu uciekł jak szczur z tonącego okrętu zostawiając swoich bliskich na pastwę losu? Czemu skąpi alimentów? Czemu walczy o ich obniżenie? Choć jego dziecko jest ciężko chore i potrzeba więcej pieniędzy na opiekę nad nim? Czemu w ogóle ich nie płaci? Czemu przepisał swój majątek na nową żonę, rodziców etc.? Nie chciałam oceniać ani potępiać. Chciałam zrozumieć albo przynajmniej dostać szansę próby zrozumienia. Chciałam usłyszeć jakieś argumenty. Daremnie. Tymczasem każdy z tych mężczyzn opuszczając swoją żonę i dziecko zdecydował za kobietę. Przypomnę jeszcze tylko w tym miejscu, że gwałt też jest formą decydowania za kobietę! A słabsza fizycznie kobieta zawsze przegra pojedynek siłowy z mężczyzną, chyba, że zacznie trenować sztuki walki. Dlatego w przypadku gwałtu zawsze o wszystkim decyduje mężczyzna. A długość spódnicy czy dekolt nie mają tu naprawdę żadnego znaczenia.

Nie jestem zwolennikiem rewolucji, bo nie lubię przemocy, a poza tym rewolucja naprawdę zawsze pożera swoje dzieci. Dlatego nie uważam, by trzeba było np. iść na barykady i palić kukły szowinistów, którzy chcą decydować za kobiety. Wierzę w ewolucję, choć ona niestety zawsze trwa dłużej. Mam jednak ogromną nadzieję, że nadejdzie wreszcie taki dzień, gdy męska część świata dojrzeje i przestanie na nas patrzeć jak na gorsze i głupsze tylko dlatego, że podnosimy mniejsze ciężary. I chciałabym dożyć tego dnia. To moje jedyne życzenie z okazji Dnia Kobiet.