Archiwa kategorii: Społeczeństwo

Czyny przychodzą później, czyli kto jest człowiekiem?

Podobno w życiu nie ma przypadków. Chyba coś w tym jest, bo oto wiele tygodni temu na swoim portalu genealogicznym rozpoczęłam publikowanie skanów książek autorstwa Antoniego Skrzyneckiego, czyli dziadka mojej ukochanej stryjeczno-ciotecznej babki, do której mówiłam per „ciociu” – Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Nie przypuszczałam, że za moment wybuchnie afera z ustawą IPN.

Z ciotką Stenią, która zmarła jeszcze w 1991 roku, a pochowana została z wojskowymi honorami na cmentarzu powązkowskim, „rozmawiam” właściwie codziennie. Jej zdjęcie stoi u mnie na honorowym miejscu w gabinecie. To ona, wraz z moim ojcem, zainteresowała mnie genealogią. To ona była autorką maksymy, którą często na spotkaniach autorskich przekazuję moim nastoletnim czytelnikom: „Jeśli ktoś nienawidzi szkoły to powinien ją jak najszybciej skończyć, czyli… zdawać z klasy do klasy”. Bywałam u niej często na kawie i rodzinnych plotkach. Do niej pobiegłam po pogrzebie Grzegorza Przemyka, a półtora roku później po pogrzebie Jerzego Popiełuszki, bo ciotka mieszkała niedaleko, czyli na ulicy, która dziś nosi jego imię. Była osobą niesamowitą nie tylko ze względu na przeżycia sanitariuszki w powstaniu warszawskim, żołnierza AK czynnego także po wojnie, a więc jak to dziś się mówi, „żołnierza wyklętego”, a po wojnie więźnia Fordonu, ale także ze względu na niezwykłą erudycję. Z zawodu była bibliotekarzem i księgarzem (lub jak wolą feministki bibliotekarką i księgarką). Gdy po maturze nie dostałam się na studia i wylądowałam w BUW jako młodszy bibliotekarz powiedziała, że to najpiękniejsze miejsce, w którym mogłam pracować. Dość szybko okazało się, że miała rację. Ciotka była jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

Pierwsza w rodzinie traktowała mnie jak dorosłego człowieka. Na kawkach czy herbatkach rozmawiałyśmy o sztuce, historii i literaturze. Czytałam jej swoje pierwsze opowiadania, bo ona sama w młodości pisała wiersze. Po latach okazało się, że te patriotyczne znalazły się w jej teczce IPN jako nieprawomyślne. Wynosił je do UB jej dowódcza z Armii Krajowej, ale to historia na inną opowieść.

Antoni Skrzynecki z córką Zofią Ruszczykowską

Ciotka opowiadała, że w rodzinie tradycje literackie czy dziennikarskie są bardzo silne. Choćby jej dziadek, a szwagier mojej praprababci, był i literatem, i dziennikarzem. Nazywał się Antoni Skrzynecki. Co pisał? O czym? Kiedyś spytałam ją o to. Odparła, że pisał różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Byłam pewna, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na Powiślu. Być może rzeczywiście tak się stało, ale teraz, gdy poznałam o czym pisał jej dziadek myślę, że ciocia Stenia wstydziła się tej twórczości. Gdyby było inaczej z pewnością po wojnie starałaby się zgromadzić na powrót jego książki. A jednak nie zrobiła tego. Obawiam się, że przyczyną była… tematyka. Gdy zaczęłam zgłębiać sprawę odkryłam, że ciotki rodzony dziadek był… antysemitą. I to nie jakimś tam drobnym… Tytuły jego książek przerażają: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków”, czy „Czerwona jarmułka”. W każdej Żydzi przedstawiani są jako najgorsze zło, które toczy nasz kraj niczym rak. Wprawdzie znalazło się kilku historyków literatury, którzy twierdzili, że Antoni Skrzynecki miał ciekawe literackie pomysły, łatwość pisania, poczucie humoru, budował zgrabne dialogi, ale… wszyscy zgodnie twierdzili też, że treść i wydźwięk jego utworów wydaje się przerażający albo co najmniej niestosowny. Nie bronię go, bo lektura książek naprawdę przeraża. Można ją zresztą znaleźć na portalu Polona, a od wielu tygodni na moim portalu genealogicznym piekarscy.com.pl, na którym zgodnie z przyjętą na początku zasadą, prezentuję wszystko co dotyczy krewnych i powinowatych takim, jakim jest, czyli bez lukrowania. I tak kilka tygodni temu, choć nie przewidziałam wydarzeń związanych z ustawą o IPN, rozpoczęłam tam publikację skanów potwornej literatury, której odkrycie było dla mnie w swoim czasie sporym szokiem. O matko! W rodzinie (wprawdzie dalszej, ale jednak!) byli antysemici!

Postawę i poglądy Skrzyneckiego, których nie usprawiedliwiałam i nie usprawiedliwiam, a jedynie starałam się zrozumieć, tłumaczyłam sobie w sposób następujący. W dawnej Polsce były miliony Żydów, którzy kulturą, językiem i religią odstawali, a ponieważ inność i obcość budzą strach, zaś strach budzi nienawiść, więc automatycznie prowadzi to do antysemityzmu. Na szczęście nie wszyscy dają się nim zarazić. Szwagier praprababci, czyli dziadek ukochanej ciotki, Antoni Skrzynecki zaraził się nim dość mocno. To wynika z lektury jego tekstów. Czytanie powoduje u mnie dreszcze obrzydzenia i przerażenia zmieszane z zażenowaniem. Ale patrzę też na nie z punktu widzenia historyka. Tak było w Polsce przełomu wieków XIX i XX.

Skrzynecki zmarł w 1923 roku, a więc na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Nie wiedział więc, że antysemityzm doprowadzi do wojny i holocaustu, w którym odartych z człowieczeństwa Żydów zamknie się w gettach lub ześle do obozów, gdzie komory gazowe będą dla nich codziennością.

Jednak my dziś to wiemy. I dlatego nie mogę pojąć tego wylewu antysemityzmu, tych antysemickich tekstów i to często z ust ludzi, po których w ogóle bym się tego nie spodziewała. A piszę o tym wszystkim dlatego, że od kilku dni niemal codziennie otrzymuję od czytelników portalu gratulacje z powodu tak wspaniałego antenata. Przy pierwszym liście nie wierzyłam oczom i myślałam, że ktoś sobie ze mnie kpi. Potem już tylko zgrzytałam zębami odpisując, że nie jestem dumna tylko się wstydzę, ale z założenia na portalu publikuję wszystko, bo jest to portal historyczny, na którym nie dyskutuję z faktami.

I tak zupełnie na koniec. Ze opublikowanych wspomnień ojca („Tak zapamiętałem” – PIW 1979) pamiętam jego opis żydowskiego pogrzebu z płaczkami, który widział przed wojną w nowym dworze, gdy utopiła się córka jednego ze sklepikarzy. Sama byłam na kilku pogrzebach na cmentarzu żydowskim, ale żaden z nich nie był pogrzebem takim, jaki opisał mój ojciec. Były to bowiem pogrzeby świeckie. W Polsce rzadko kto, nawet jeśli jest pochodzenia żydowskiego, jest naprawdę wyznania mojżeszowego i np. obchodzi szabas – znam tylko trzy takie osoby. Z czego tylko jedna z nich jest na tyle ortodoksyjna, że naprawdę nie odbiera w soboty telefonu. Ludzi w rytualnych szatach żydowskich widziałam tylko na obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim i w Nowym Jorku, gdzie znajomy zawiózł mnie do dzielnicy żydowskiej, bym zobaczyła ich na własne oczy, bo bardzo chciałam i byłam ciekawa jak to wygląda.

Nie wiem więc, czy nie mamy przypadkiem tak naprawdę w Polsce do czynienia z antysemityzmem bez Żydów. A nienawiść do nieznanego oznacza tak naprawdę uprzedzenia. A to z kolei sprawia, że chcę zapytać. Czy umiemy wyciągnąć wnioski z historii? Czy mamy świadomość, że każda wojna zaczyna się od słów? Czyny przychodzą później.

A jako pisarka, chciałam w ramach post scriptum zacytować do przemyślenia wiersz polskiego poety pochodzenia żydowskiego Antoniego Słonimskiego.

Ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina.
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -
Gdy naród grecki z głodu obumiera,
ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Czy jesteśmy jeszcze jacyś my?

Nad tym czy istniejemy jeszcze jacyś my zastanawiam się od kilku dni. Podział w społeczeństwie pogłębia się w zastraszającym tempie. Pogłębia się i niszczy nas wszystkich od środka. Oto Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która jeszcze kilkanaście lat temu jednoczyła Polaków w jeden dzień w roku, teraz dzieli. W dniu finału kolega-sąsiad zamieścił na Facebooku post (pisownia oryginalna):

Wrzuciliście dziś złotówkę do puszki? Gratuluje spokoju sumienia! Jesteście zajebiści! Uratowaliście „milion istnień”! Teraz przez 2 tygodnie nie będziecie prać kurtki, żeby serduszko się nie odlepiło – serduszko , które potwierdza jak zajebiści jesteście !

a ja mam do Was prośbę i pytanie : ” chcecie być zajebiście pomocni ludziom , którzy potrzebują Waszej pomocy ? „… jak już to serduszko się zmechaci i nie będzie można pokazać „że graliście w zaje..stej orkiestrze” to nie grajcie , nie oklejajcie się , nie piszcie nic na fejsbuniu , tylko w marcu, kwietniu, lipcu czy wrześniu przelejcie parę złotych temu kolesiowi! On naprawdę potrzebuje Waszej pomocy! Albo chociaż udostępnijcie link do Jego strony !

I tu zamieszczony był link do strony człowieka zmagającego się z chorobą.

Zwróciłam uwagę, że ta forma namawiania do pomocy nie jest zbyt elegancka. Można robić to w sposób pozytywny, nie nawiązując w ogóle do WOŚP i nie dyskredytując ludzi, którzy biorą udział w tej zbiórce, tłumaczyłam o wadze używanych słów i… się zaczęło. Jeden z jego znajomych (z którym podobno pracowałam w TVP, ale go nie kojarzę), właściwie odsądził mnie od czci i wiary. Były nawet teksty o patriotyzmie i tym, że krew moich przodków wsiąkła na darmo w piach, a wszystko dlatego, że Owsiak jest synem milicjanta. Ów znajomy-nieznajomy napisał, że stracił do mnie szacunek i… w sumie zaliczył do jakiejś bliżej nieprecyzowanej bolszewii. A ja chciałam tylko zaapelować o to, by prosząc o pomoc dla innych robić to w sposób pozytywny nie dezawuując innych form pomocy.

Nie chciałam w ogóle pisać w tym roku na blogu o orkiestrze (temat już dla mnie ograny), ale to co stało się i cały czas dzieje wokół tego zjawiska pokazuje, że społeczeństwo dzieli na pół nie rysa, nie kreska, ale rów i to chyba głębszy od Rowu Mariańskiego. Ludzie z obu stron polsko-polskiej barykady obrzucają się wyzwiskami, inwektywami i odmawiają prawa tym, którzy mają inne zdanie do bycia Polakami, patriotami, ludźmi uczciwymi, inteligentnymi, dobrymi itd.

Bloger, który na nienawiści do Owsiaka zbudował całą swoją internetową popularność, w dniu finału WOŚP napisał:

„Ja niżej podpisany, w pełni świadomy swoich słów i czynów uroczyście oświadczam, że kategorycznie nie wyrażam zgody, aby moje ewentualne leczenie było realizowane za pomocą sprzętu WOŚP! Wobec lekarzy, którzy się nie zastosują do mojej woli, wyciągnę konsekwencje prawne.”

W zamian za to przeczytał od zwolenników WOŚP życzenia, by zmarł, a nawet zdechł, a także, by rak zabrał mu rodzinę i tym podobne życzliwości. Na dodatek przeciwnicy PiS rozpoczęli kampanię „na złość Kaczorowi dawaj Owsiakowi”. Czy wrzucanie do puszek na złość komukolwiek to dobra motywacja?

Niejako w odpowiedzi na to lekarz z Pomorza wywiesił na drzwiach swojego gabinetu ogłoszenie, że nie będzie obsługiwał zwolenników z PiS, za co został potępiony, stracił pracę w miejscowej przychodni, choć to nie w niej nakleił kartkę na drzwiach gabinetu, zaś Komisja Etyki Lekarskiej zastanawia się nad jego zachowaniem, bo doniesienie złożyła jedna z posłanek. Dodatkowo internet cały czas grzeje się od plujących na siebie jadem zwolenników i przeciwników zachowania lekarza.

Do tego wszystkiego pewien minister, który ma syna z zespołem Downa zakwestionował zasadność zbiórek i powiedział, że z tych składek finansowany jest przystanek Woodstock. Po ripoście Owsiaka, że ze zbiorek jest finansowany tylko sprzęt, a Woodstock finansują sponsorzy, ministrowi odpowiedzieli rodzice dziewczynki, która nie doczekała się przeszczepu serca. Wypomnieli, że jego syn też korzystał ze sprzętu zakupionego przez WOŚP. Na co minister odpowiedział, że rodzice politycznie wykorzystują śmierć córki. Tak, jakby on w różnych sporach nie wykorzystywał politycznie faktu bycia ojcem dziecka z zespołem Downa.

Do pieca dorzucił jeszcze prawicowy dziennikarz proponując zdjęcie serduszek ze szpitalnego sprzętu zakupionego przez WOŚP, na co spytano go czy akcje Caritasu i Szlachetnej Paczki też mają nie mieć swojego logo.

Aż się chce krzyknąć! Ludzie! Co z wami! Pomagajcie tak jak chcecie i komu chcecie! Jak nie chcecie to nie pomagajcie. Ale nie brońcie innym pomagać wg własnego uznania. Wolność polega na tym, że każdy ma prawo do wyboru czy pomagać czy nie i komu pomagać lub nie nawet jeśli to wybór naszym zdaniem zły. „Errare humanum est”, czyli rzeczą ludzką jest błądzić mawiali starożytni. Organizacji pomocowych jest masa.

Czy nie lepiej zająć się pomaganiem w tych, które uważamy za lepsze zamiast przeszkadzaniem w pomaganiu?

A z drugiej strony, czy tym, którzy w tym pomaganiu przeszkadzają, trzeba odpowiadać taką nienawiścią?

Nigdy nie byłam zbyt religijną osobą, ale dobrze by było, gdybyśmy wszyscy wzięli sobie do serca hasło księdza Jerzego Popiełuszki „Zło dobrem zwyciężaj” i jeśli coś uważamy za zło zwalczali je dobrem, a nie nienawiścią. Ta naprawdę rodzi kolejną nienawiść.

Natomiast jeżeli doszliśmy do takiego momentu, że żadne dobro nie może nas zjednoczyć, to czarno widzę przyszłość naszego narodu. Tak w ogóle to istniejemy jeszcze jacyś my? Czy już tylko my i oni pojmowani przez każdą ze stron po swojemu?

PS Nie jestem fanką Jerzego Owsiaka, o którym mam swoje zdanie (wyrażane tu nawet w swoim czasie na blogu), ale jego akcja zbiorki na sprzęt dla szpitali jest moim zdaniem cenna. Od lat biorę w niej udział wystawiając na allegro swoje książki z autografem i zawsze powtarzam: licytując je można pomóc dwojako. Datek na cele statutowe WOŚP, czyli z wpłaconych pieniędzy jest sprzęt dla szpitali, a wylicytowana książka może trafić do jakiejś biednej biblioteki. W ciągu ostatnich lat słałam swoje książki wylicytowane przez czytelników na WOŚP do różnych bibliotek. Także do polskich bibliotek na Ukrainie, Białorusi i Litwie.

Ja: darmozjad i hołota

„Każdy dobry uczynek musi być pomszczony” – mawiała pewna moja znajoma twierdząc, że gdy coś robimy dla kogoś powinniśmy przygotować się na to, że nie podziękuje, a jeszcze opluje. Im jestem starsza tym częściej przekonuję się, że coś w tym jest. Dlatego nigdy nie oczekuję wdzięczności. Z roku na rok coraz mniej mnie dziwi fakt, że często za dobry uczynek dostaję w łeb. Dziś jednak oniemiałam. Tak najzwyczajniej w świecie odebrało mi mowę.

Stałam (a właściwie siedziałam) w kolejce w banku, by załatwić drobną sprawę. Przede mną było ok. 7 osób, więc cierpliwie siedziałam i czytałam na komórce artykuły na internetowych portalach. Nagle do banku weszła kobieta lat ok. 60 i zorientowawszy się w długości kolejki spytała, czy byśmy jej nie przepuścili. Wyjaśniła, że za dwie godziny ma samolot, a nie ma pieniędzy. Chce tylko dokonać wypłaty. Nie odezwałam się nawet słowem zostawiając decyzję pozostałym osobom. Byłam za tym, by przepuścić, ale niech decyduje większość. Mimo protestu jednej pani, która zwróciła uwagę, że każdy jest tu w ważnej sprawie, ludzie w kolejce zgodzili się przepuścić proszącą panią. Ta zaś tłumaczyła, że mieszka za granicą, w Polsce bywa rzadko. Padały przy tym słowa, że Polska jest niecywilizowana, zacofana itd. Ostatecznie przepuszczona przez nas bez kolejki klientka obiecała, że pieniądze podejmie błyskawicznie.

- Potrwa to minutę! – zapewniała dziękując nam wszystkim.

I dosłownie po chwili zasiadła przed nami przy stanowisku do obsługi. Tam wdała się w długą dysputę z panią z banku. Dysputa toczyła się na cały regulator. Klientka narzekała na bank. Perorowała, że daleko nam do zachodu itp. W tym czasie pani z banku przygotowywała dla niej pieniądze i dokumenty. Wreszcie poprosiła ją o podpisanie jednego z nich. Wtedy klientka spytała:

- Jak mam podpisać? Imieniem i nazwiskiem? Czy parafką?

- Tak jak w karcie wzoru podpisu – odpowiedziała pani z banku.

- To ja nie pamiętam jak tam się podpisałam, bo to dawno było – stwierdziła klientka.

- Ja pani nie pomogę – odparła na to pani z banku i wyjaśniła, że podpis jest formą zabezpieczenia. Bank sprawdza, czy klient pamięta swój podpis, dlatego pani z banku nie podpowie klientce jak wygląda jej podpis na karcie wzoru podpisu. W tym momencie klientka zaczęła się kłócić, że zabezpieczeniem powinien być dowód osobisty. Pani z banku zaczęła wyjaśniać, że dowód można podrobić, dlatego zabezpieczeń jest kilka. A czas płynął. Kolejka zaczęła się niecierpliwić. Ludzie zaczęli szeptać, że klientka miała sprawę załatwić szybko. Postanowiłam więc przywołać panią do porządku i powiedziałam głośno:

- Proszę pani! Przepuściliśmy panią, by szybko załatwiła pani swoje sprawy, a nie wdawała się w niepotrzebne dysputy. Proszę kończyć.

Ludzie w kolejce mnie poparli, a wtedy w klientkę jakby diabeł wstąpił. Kazała nam wszystkim natychmiast zamknąć się. Powiedziała, że wszyscy „jesteśmy hołotą”, a ona „całe życie ciężko pracuje na utrzymanie takich darmozjadów jak my”. Ludzi w kolejce zatkało. Mnie na chwilę też, ale szybko odzyskałam mowę i powiedziałam pani, że fatalne sobie wystawiła świadectwo, bo zrobiliśmy jej grzeczność, a ona zachowuje się jak cham. Poza tym, zwróciłam uwagę, że pani nie wie kim jesteśmy, więc opowiadanie, że pracuje na nasze utrzymanie, a my jesteśmy darmozjadami jest nieuprawnione. Klientka jednak nadal na nas krzyczała, a po chwili wyszła obrażona na wszystkich trzaskając drzwiami. W banku pozostaliśmy my. W większości zdumieni. Po chwili odezwał się jeden z panów:

- Moim zdaniem ona od początku kłamała, że ma za dwie godziny samolot, bo na całym świecie są banki i można w XXI wieku załatwić sobie przelew.

- A ja mówiłam, by nie przepuszczać. Przepuszcza się staruszki i matki z dzieckiem – powiedziała pani, która jako jedyna nie chciała się zgodzić na przepuszczenie pani bez kolejki.

- A ja traktuję ludzi tak, jak sama chciałabym być traktowana, więc przepuszczam – odpowiedziałam i zamyśliłam się.

Czy klientka chciałaby być tak potraktowana przez innych jak potraktowała nas wszystkich? A w ogóle co to za moda mówienia o ludziach, których się nie zna, że są darmozjadami i hołotą? Gdyby ktokolwiek z nas nią był to pani zapewne dostałaby po prostu w twarz. A tak… wyszła z banku trzaskając drzwiami i zostawiając wszystkich sam na sam ze swoimi myślami o poziomie kultury i życzliwości polskiego społeczeństwa.

Mam na imię Kropeczka, bo jestem dziewczynką w białym perłowym kolorze! Jestem nowym autem Małgosi Karolci. Zastąpiłam 12letniego Jubisia, którego przejął Panicz Syn. Zostałam nawet poświęcona przez pewnego księdza, który był pierwszym moim pasażerem. Będę dobrym samochodem, bo mam fajne imię. No i wreszcie będzie można mną wygodnie przewieźć i książki i teatralną scenografię oraz wszystkie rekwizyty... #kropeczka #auto #fiat #fiatpunto #punto

Tak źle i tak niedobrze, czyli… bądźmy szczęśliwi

Rzucił mi się dziś rano w sieci artykuł pt. „Doda zrobiła z Nositorby kura domowego”. Abstrahując od tego, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kur czy knur, ale… z treści wynika, że obecny facet niejakiej Dody, czyli Doroty Rabczewskiej „sprząta i robi jej zakupy. Jest jak prawdziwa perfekcyjna pani domu.” Życie Dody mnie nie interesuje, ale określenie „nositorba” zainteresowało. Ulubiony zawsze nosi za mną torbę, nosi też zakupy i często sprząta. Jednak kolejny tabloid w odniesieniu do towarzysza życia Dody za każdym razem pisze o nim (i jego względem niej zachowaniu) z pogardą. I tak zaczęłam się zastanawiać. Jak facet jest twardzielem: pije, bije itd. to źle. Ale jak widać, gdy sprząta, gotuje i nosi za nią torbę też niedobrze.

Opinii publicznej trudno dogodzić, a już znajomym to w ogóle. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje. Mieszkanie za małe to źle, bo ciasno. Za duże to źle, bo tyle sprzątania i trzeba to ogrzać. Mieszkanie w bloku to źle, bo nie ma ogródka. Dom z ogródkiem też źle, bo trzeba uprawiać. Facet z brodą to źle, bo jak całuje to kłuje. Bez brody też źle, bo wygląda jak dziecko. I tak dalej…

Ostatnio przekonałam się o tym wszystkim po raz enty. Oto po 12 latach zmieniłam samochód. Przed świętami wyjechałam z salonu nowym Fiatem punto. Przy moim „szczęściu” uważam, że trzeba kupować rzeczy nowe i na gwarancji. W swoim życiu kupiłam już nowe, a zepsute następujące dość drogie przedmioty, które musiałam wymieniać u sprzedawców tracąc na reklamację czas: pralkę, lodówkę, dwa telewizory, (trzeci nieprzestrojony na polski system), klawiaturę do komputera, grę na komputer bez kodu i kilka jeszcze innych drobniejszych rzeczy. Gdy raz w życiu kupiłam używany samochód to po 2 tygodnia eksploatacji skrzynia biegów wypadła mi na ulicę na środku mostu Grota Roweckiego, a komis wypiął się na mnie tyłkiem. Naprawa kosztowała mnie wtedy majątek. Tak więc od tamtej pory zawsze kupuję nowe auta. To moje trzecie. Pierwszy był Fiat 126p, który mi niestety po 2 latach skradziono, potem Fiat 600 50th zwany Jubisiem”, a teraz Fiat punto, ochrzczony mianem „Kropeczka”, bo uznałam, że to dziewczynka. Lubię Fiaty, bo rzadko się psują, a ich eksploatacja nie pochłania majątku. Na dodatek jako dziennikarka akurat na tę markę mam zniżkę. Ostatnim Fiatem jeździłam… 12 lat – przemierzyłam niemal całą Polskę i kawał Europy! Zdecydowałam się zmienić go na nowe auto, bo było w nim coraz ciaśniej. A kiedy jeździliśmy z monodramem Ulubionego to nie można było szpilki wetknąć. Tak więc przyszedł czas zmiany. Mam zwyczaj, że kupuję to, na co mnie stać. Samochód jest rzecz jasna na kredyt, ale raty znośne (paradoksalnie nie mogłabym sobie na niego pozwolić, gdybym nadal pracowała w TVP, ale to już inna sprawa). W każdym razie wyjechałam z salonu „Kropeczką” i… zaczęło się. Niewielu znajomych umie się ze mną cieszyć. Wysłuchuję więc, że Fiat (marka) jest beznadziejny, choć nikt nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego i skąd taka wiedza. Kiedy wskazuję im, że mają obsesję postpeerelowską, bo im się kojarzy z Fiatami 125p i 126p to milkną. Najlepsza była rozmowa z jedną z koleżanek, która próbowała wmawiać, że Fiaty się psują.

- My mieliśmy Fiata i ciągle się psuł, pamiętasz? – powiedziała przy mnie do męża z nadzieją, że jej przytaknie.

- Nie psuł się! Co ty za bzdury opowiadasz – zaoponował mąż i przypomniał, że jeździli nim 14 lat.

- To czemu go sprzedaliśmy?

- Bo ciągle mówiłaś, że nie chcesz jeździć Fiatem.

Tak więc usłyszałam już sto opinii, że dokonałam fatalnego zakupu i bez sensu się cieszę. Fatalny jest kolor, marka, model itd. (Paradoksalnie, gdy do testów dziennikarskich dostawałam jakieś francuskie auto, to nie miało znaczenia czy jest to Renault, czy Peugeot czy Citroën, czy sportowy czy dostawczy czy terenowy – też zawsze znajdował się ktoś, dla kogo to był beznadziejny samochód.) W każdym razie teraz usłyszałam, że powinnam kupić wóz terenowy, albo bardziej damski, i sexy i z czujnikami parkowania i tak dalej. A w ogóle za te pieniądze mogłam sobie kupić coś lepszego dwuletniego. Argumenty, że chciałam mieć samochód zupełnie nowy, na gwarancji i akurat na ten mnie stać, a na dodatek jestem zadowolona – uznano za głupie. Bo przecież jestem głupia, skoro nie postępuję tak, jak proponują znajomi, którzy zawsze wiedzą lepiej jaki samochód jest najlepszy, jaki najlepszy jest komputer, sprzęt RTV i AGD (ja zawsze słyszę, że kupiłam zły), jaki jest najlepszy przepis na zupę, sałatkę, mięso duszone, marka butów, ciuchów  itd.

Tak jakoś się dzieje, że inni ludzie zawsze lepiej od nas wiedzą, jak wychowywać nasze dzieci, jak postępować z naszym mężem, psem, kotem itd. Ostatnio kupiłam suce wieprzową raciczkę i usłyszałam, że psy nie mogą wieprzowiny, choć na raciczce napisane było „psi przysmak” i kupiłam ją w sklepie dla zwierząt. Ale koleżanki wiedzą wszystko lepiej nawet od weterynarzy. Lepiej też wiedzą jaki powinien być prawdziwy facet: czy nosić torbę za dziewczyną i otwierać przed nią drzwi, czy mieć na wszystko wywalone i leżeć na kanapie wtedy, gdy ona szoruje podłogę. Ostatnio zresztą usłyszałam opowieść o kobiecie, która umierała na raka i gdy była już po chemii, łysa i słaba, sprzątała kuchnię, a jej mąż, jak prawdziwy macho leżał i czekał na podany przez nią obiad. Co ciekawe, co najmniej setka moich koleżanek lub dalszych znajomych powiedziała mi, że w życiu nie wytrzymałyby z mężem, który je bije lub źle traktuje (ja wytrzymałam 4 lata). Na moją uwagę, że też tak kiedyś twierdziłam, dopóki nie spotkało mnie to co spotkało, przeważnie wzruszały ramionami. Nie rozumiały o co mi chodzi. Cóż… moje pierwsze małżeństwo na zawsze nauczyło mnie, że tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Dlatego nie zdziwiłam się, że w tym roku i mnie dopadła depresja, choć kiedyś myślałam, że to wymysł i byłam pewna, że mnie to nie dotyczy. Niestety odejście z TVP, a konkretnie bilans mojej pracy dla tej instytucji oraz okoliczności odejścia z niej, wpędziły i mnie w depresję. Piszę o tym, bo wiem, że ludzie potrzebują wsparcia. Potrzebują też pochwalenia własnych wyborów i decyzji, zwłaszcza, gdy się cieszą, a nie ganienia. Szczególnie, gdy ten wybór czy decyzja, jak w przypadku samochodu, nie jest wyborem na całe życie.

- Fajne dostałam perfumy? – spytałam koleżankę.

- Nic nie czuję – odpowiedziała, choć obie wiedziałyśmy, że to nieprawda, ale po co pochwalić? Nawet grzecznościowo? Lepiej wbić szpilę. Nie bolało? Uśmiałaś się? Szkoda. To powiedziały mi jej oczy, gdy zaśmiałam się słysząc odpowiedź.

Ludzie robią postanowienia na Nowy Rok. Ja mam jedno. Być szczęśliwą i głośniej śmiać się z tych wspaniałych rad, że powinnam kupić inny samochód, sweter, spodnie, buty, perfumy niż te, które wybrałam i które mnie się podobają. A moim czytelnikom życzę tego samego. Bądźmy szczęśliwi. A właściwie: bądźmy życzliwi, a wtedy na pewno będziemy szczęśliwi. A jak zaczniemy cieszyć się szczęściem innych to i nasze się pomnoży. Życzę wszystkim dużo szczęścia na ten nowy rok!

Coście uczynili?

„Coście skurwysyny uczynili z tą krainą?” pytał kiedyś Kazik Staszewski w jednej z piosenek. A ja pytam o to od miesięcy. Od miesięcy rzadko piszę na blogu. Nie tylko z powodu braku czasu, walki z depresją, która dopadła mnie po przemianach w TVP, pracy nad scenariuszem, książką, artykułami itd., lecz także dlatego, że nie chcę się powtarzać lub „płynąć z prądem modnych tematów”. Choć przyznam, że korci, by napisać o #meetoo. Może zresztą w końcu to zrobię.

Zastanawiam się jednak nad tym, co dzieje się z naszym narodem? To uporczywa myśl. Spotęgowana ostatnim świętem niepodległości, ale też i poprzedzającymi je wydarzeniami. Rok temu o tej porze przygotowałam ostatnie (nie licząc styczniowej relacji z pogrzebu koleżanki) reportaże dla TVP. Były o odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Tylko nie nagrywaj dyrektora Muzeum Niepodległości, bo tym zarządza Adam Struzik, a to PSL”. – brzmiało jedno z ówczesnych poleceń służbowych wywołując u mnie potworne obrzydzenie. I między innymi to sprawiło, że nie walczyłam o powrót na grafik. Czekałam. Daremnie.

Ale wróćmy do święta. Od czasu, gdy na trasie marszu spłonął wóz TVN (rok 2011) uważam, że coś złego stało się z naszym narodem. To, czym powinniśmy się zajmować, to jednoczeniem go, budowaniem wspólnej przyszłości, a tymczasem… podziały się pogłębiają. Przez ostatnie lata pracy reporterskiej nie jeździłam już w „narodowy tłum”, bo po opisanych wielokrotnie na blogu doświadczeniach, zwyczajnie się go boję. To co dzieje się po marszach też przeraża.

W 2014 media donosiły o bójce dwóch prawicowców po marszu. Pisano wtedy, że jeden z nich przewrócił stolik i uderzył drugiego butelką w głowę, a potem próbował to samo powtórzyć ze szklanką. Uderzonemu otworzyła się rana na głowie i popłynęła krew. Po chwili zakrwawiony był też atakujący, który pokaleczył się szklanką, chcąc ponownie uderzyć swoją ofiarę. Doszłoby do gorszych rzeczy, gdyby obecny na miejscu klient lokalu, który siedział obok, nie powstrzymał napastnika.

Wtedy wydawało mi się to odległe. Teraz… coraz bliższe. Nawet nie dlatego, że tamten napastnik dziś piastuje stanowisko w TVP zaś relacjonujący wówczas to wszystko w mediach świadek to inny prawicowiec, który dziś prowadzi program w radio i tv. Obecne opowieści znajomych, którzy 3 czy 2 lata temu,  także wczoraj znaleźli się na trasie marszu są coraz straszniejsze. Wyzwiska, groźby – były tam na porządku dziennym. Z ostatniego marszu zdjęcia są przerażające – pozdrowienia faszystowskie powiązane z wycieraniem gęby Panem Bogiem. Nagrania jeszcze gorsze – agresja werbalna i fizyczna. Czy kogoś więc dziwi to, że 11 listopada kolejny rok spędzam w domu nie wyściubiając z niego nosa?

Wieszam na domu flagę – jak zawsze, piszę artykuł do „Mieszkańca” – jak od lat, i… to wszystko.

Mieszkam w pobliżu Stadionu Narodowego. Odgłosy marszu słychać u mnie w domu, gdy wyłączę TV. Nie brzmią przyjaźnie. Dlatego pytam: „Coście skurwysyny uczynili z tą krainą”, że święto odzyskania niepodległości spędzam w domu?

Tymczasem u Eksia... koledzy już byli. Teraz my... #cmentarz #cmentarzbrodnowski #grob

Najtłumniej na pogrzebie, a potem…

W tym roku na groby poszłam w Wigilię Wszystkich Świętych, czyli w Halloween, którego angielska nazwa najprawdopodobniej oznacza zresztą Wigilię Wszystkich Świętych. Jest to bowiem prawdopodobnie skrót od „All Hallows’ E’en”, czyli wcześniejszym „All Hallows’ Eve”.

Na cmentarzach były jeszcze pustki, więc sprawnie przebiegliśmy z Paniczem Synem i moim stryjecznym bratem przez rodzinne groby na trzech warszawskich cmentarzach. Na pozostałe dwa (a może i kolejne dwa lub trzy) wybieram się jutro.

Jednak w tym roku na cmentarzach towarzyszyła mi taka myśl. Na groby, by zapalić duszom zmarłych światło, przychodzi mniej ludzi niż na ich pogrzeby. I nawet nie dlatego, że na kilku odwiedzonych przeze mnie grobach byłam kiedyś na pogrzebach, na których były tłumy, a teraz nie było nawet jednej świeczki. Oto kilka dni wcześniej spotkaliśmy się redakcją pewnej gazety, (z którą jestem związana od lat), na mogile naszego Redaktora Naczelnego. Zmarł rok temu tuż przed Zaduszkami. W rocznicę śmierci na jego grobie była nas garstka – mniej niż 10 osób. A przecież za życia zmarłego na organizowane przez niego „jajeczka” i „opłatki” przychodziły tłumy. Na pogrzebie też był tłum. Teraz – skromniutko. Choć zaproszenie zostało wysłane.

Tłum był kiedyś na pogrzebie mojej koleżanki z klasy licealnej. Nie zdała matury, potem wylądowała w szpitalu, rok później jesienią zaginęła, a potem… znaleziono jej zmumifikowane zwłoki w piaskach nad Wisłą. Zaglądam na jej grób, ilekroć jestem na tym cmentarzu, gdzie spoczywa. Odwiedzają ją chyba już tylko rodzice.

Tłum był na pogrzebie Eksia. Potem nastąpiła cisza. Dopiero w tym roku przyszli koledzy i przynieśli mu obraz z ukochanym Lemmym.

Kiedy dwa lata temu odkryłam groby moich cztery razy pradziadków jestem jedyną osobą, która zapala im świeczki. Cóż… inni potomkowie, nawet jak są, nie są świadomi pokrewieństwa. Przecież nawet mój Ojciec nie znał tych grobów.

Grób teściów mojego prapradziadka Michała Piekarskiego, czyli moich praprapradziadków Stalskich oraz rodziców prapraprababci Stalskiej, czyli prapraprapradziadków Dobosiewiczów. Obok grób brata mojej prapraprababci Dobosiewiczówny. 

I taką mam refleksję, że umierając, w czasie pogrzebu na chwilę stajemy się gwizdami. Żałobnicy płaczą, a potem… zaczyna się normalne życie. Grób i leżące w nim szczątki czy prochy popadają w zapomnienie.

Kardynał Stefan Wyszyński powiedział kiedyś, że „gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie.” Ale czy na pewno rozumiemy tę mowę? Czy wyciągamy z niej wnioski?

Gnębiona za winy sąsiada

Wiele tygodni temu z wielkim zdumieniem odebrałam telefon z firmy windykacyjnej z prośbą o kontakt z… sąsiadem. Zadzwoniono na moją prywatną komórkę. Z sąsiadem łączył mnie tylko adres domu, gdyż wiele, wiele lat temu miałam działalność gospodarczą, która była zarejestrowana pod adresem mojego miejsca zamieszkania. Mieszkam w malutkiej kamienicy, którą wybudowała moja prababcia. Kamienica ma cztery mieszkania. W jednym z mieszkań mieszkał pewien sympatyczny sąsiad, który jak się okazało trafił na listę dłużników tej firmy. W tej opowieści nie jest zresztą ważne, czy słusznie czy niesłusznie. Sąsiad nie był moim krewnym. Ani nawet powinowatym. Nie był również zatrudniony przeze mnie w mojej jednoosobowej firmie. Na dodatek kilka lat temu sąsiad wyprowadził się. Adresu nie znam. Wiem tylko mniej więcej gdzie. To „mniej więcej” to kilka hektarów podwórek i bloków – głownie stumieszkaniowych wieżowców. Dlatego poinformowałam dzwoniącą panią, że nie mam kontaktu z panem, że był moim sąsiadem, ale od wielu lat nie jest i nie mam do niego ani telefonu ani nie znam adresu. Wydawało mi się, że sprawa jest wyjaśniona. Niestety. Telefon z prośbą o kontakt z sąsiadem odebrałam jeszcze kilka razy. Po trzecim telefonie zablokowałam dzwoniący numer. Po czwartym telefonie, który nastąpił z innego numeru, nie tylko zablokowałam numer, ale zapisałam adres firmy i wysłałam list z prośbą o zaprzestanie nękania. Po piątym telefonie, którego numer również zablokowałam, wysłałam ponownie list, ale tym razem było to już żądanie zaprzestania nękania, do którego dodałam informację, że w przypadku braku odpowiedzi na mój list ze strony firmy skieruję sprawę do sądu. Równocześnie zamieściłam na swoim oficjalnym fanpage’u na portalu Facebook następujący post, w którym oznaczyłam nękającą mnie firmę:

Sprzeciw!
Od wielu miesięcy trwa nękanie mnie telefonami przez wydzwaniającą z różnych numerów firmę (tu nazwa)​ w sprawie długów mojego sąsiada, którego nazwisko pominę, gdyż uważam, że obowiązuje coś takiego jak ustawa o ochronie danych osobowych, zwłaszcza w tak drażliwych tematach jak długi.
Niestety średnio co dwa tygodnie, na mój prywatny telefon nr 602617897, (którego jestem właścicielką od 1997 roku i który nigdy nie należał do innego abonenta), wydzwania do mnie ktoś z firmy (tu nazwa) w sprawie długów mojego byłego sąsiada i żąda kontaktu z nim. Pomijam, że tymi telefonami powiadomili mnie, czyli obcą osobę, że ów pan ma długi.
Oświadczam natomiast, że nazywam się Małgorzata Karolina Piekarska. Nie jestem krewną, ani powinowatą swojego (byłego) sąsiada. Jedyne co nas łączyło, ale już nie łączy, to ta sama klatka schodowa. Uważam, że wydzwanianie do sąsiadów w sprawie czyichś długów jest chamstwem. Wydzwanianie do nich w celu uzyskania kontaktu z dłużnikiem jest również chamstwem. A gigantycznym chamstwem jest kontynuowanie tego procederu mimo wielokrotnych informacji, że sąsiad wyprowadził się wiele lat temu i nie mam z nim kontaktu, gdyż nie zostawił do siebie ani telefonu ani adresu.
Ponieważ firma (tu nazwa) nie odpowiada na moje listy, ignoruje również wielokrotnie powtarzane prośby o niewydzwanianie do mnie w sprawie długów sąsiada, dlatego publicznie żądam zaprzestania tego procederu i ostrzegam, że w przypadku ponawiania kontaktu ze mną w celu uzyskania kontaktu z byłym sąsiadem, którego adres i telefon nie są mi znane, powiadomię o nękaniu policję.
Nie wykluczam też skierowania sprawy do sądu z powództwa cywilnego.

Po tym poście odezwało się do mnie bardzo wiele osób, które opowiedziały bądź opisały swoje „przygody” z w/w firmą. Wynikało z nich jedno. To się może nigdy nie skończyć. Firma bowiem często ściga za długi przeterminowane a nawet nie istniejące.

Jakież było więc moje zdumienie, kiedy po mniej więcej 10 dniach przyszła odpowiedź:

Szanowna Pani,
Nawiązując do korespondencji otrzymanej drogą elektroniczną, dotyczącej wykonywanych połączeń telefonicznych na numer 602617897, firma (tu nazwa, adres i KRS) informuje, iż numer telefonu, którego Pani jest właścicielem został trwale usunięty z naszej bazy. Dbając o wysoki poziom obsługi, pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności wynikające z zaistniałej sytuacji. Zapewniamy, iż podobna sytuacja nie będzie miała miejsca w przyszłości. Mamy nadzieję, że podjęte działania wychodzą naprzeciw Pani oczekiwaniom.
W przypadku pytań prosimy o kontakt po numerem telefonu…

I tak sobie myślę, że to miłe, że odpowiedzieli i obiecali zaprzestać, ale przykre, że musiałam grozić sądem, oznaczać na Facebooku i pisać listy. Powinna wystarczyć pierwsza informacja, że telefon, na który dzwonią jest telefonem byłej sąsiadki. A tak w ogóle to co to za zwyczaj docierania do dłużnika przez… sąsiadów? To w tym wszystkim jest największa granda!

List otwarty do Krystyny Pawłowicz

Szanowna Pani,

Z oburzeniem, ale przede wszystkim z wielkim smutkiem, przeczytałam Pani wpis na Facebooku dotyczący samobójczej śmierci czternastoletniego Kacpra. W dzieciństwie przeszłam straszny mobbing w szkole, bo byłam inna. Wzruszałam się byle drobiazgiem. Nazywano mnie beksą. Wyzywano od ślepych (okulary nosiłam od 4 roku życia), a przede wszystkim głupich. Bito i kopano. Wleczono po podłodze. Wkładano mi głowę do sedesu, przygniatano deską i spuszczano wodę. Metod gnębienia mnie było wiele. Sporo na ten temat w swoim czasie napisałam na swoim blogu i powtarzać się nie mam zamiaru. Konkluzja? Przeżyłam tylko dlatego, że wtedy jeszcze nie było… internetu i Facebooka, na którym dziś różne osoby, w tym Pani, wyrzucają z siebie swoje frustracje opluwając innych. Często zakładają strony lub grupy, by gnębić bliźnich. Podejrzewam, że gdybym dziś miała 12 lat rzuciłabym się z mostu do Wisły. Na szczęście tak się nie stało, więc moi oprawcy mogą spokojnie żyć bez wyrzutów sumienia, jakie za jakiś czas zapewne dopadną tych, z powodu których zabił się czternastoletni Kacper.

Gnębienie w okresie nastoletnim bywa nie tylko z powodu orientacji seksualnej. Częściej z powodu tuszy, okularów, jąkania się, wystających zębów, nadwrażliwości itd., po prostu z powodu jakiejkolwiek inności. Czy rozumie Pani określenie „jakakolwiek inność”? Czy dla Pani inna może być tylko orientacja seksualna?

Czy naprawdę polska kobieta, naukowiec i parlamentarzystka w Pani osobie, nie jest w stanie wykazać się odrobiną empatii w stosunku do nieżyjącego czternastolatka i innych, którzy teraz przeżywają to, co przeżywał on zanim zdecydował się na swój tragiczny w skutkach desperacki krok? Zachowuje się Pani nie jak wrażliwa kobieta i dama, którą powinna Pani być, ale jak głupia Maria Antonina, która kazała głodnemu ludowi żądającemu chleba jeść ciastka oraz jak Pani szalony oponent Stefan Niesiołowski, co to proponował niedożywionym dzieciom, by jadły szczaw rosnący przy torach.

Jak większość polityków jest Pani oderwana od rzeczywistości, a jako osoba, która nie jest ani matką ani babką, nie wie Pani nic o tym, co dzieje się w polskich szkołach, a tym samym jakimi słowami obrzuca się polska młodzież. Tymczasem wszyscy polscy politycy mają w tym swój udział. Pani także! To wasze teksty o szmatach, zdradzieckich mordach, uchodźcach, pedałach itd. mają swoje odzwierciedlenie w codziennym języku polskiej młodzieży. Naprawianie świata i Polski proszę zacząć od siebie i swojego języka debaty publicznej!

Jako pisarka, pisząca m.in. dla młodzieży, niemal po każdym spotkaniu autorskim wysłuchuję od kogoś z czytelników opowieści o tym jak, jako jednostka, jest gnębiony przez rówieśników. Tak bowiem jest, że w każdej szkolnej społeczności jest lider i kozioł ofiarny. Opisywał to już Bolesław Prus w słynnej nowelce „Grzechy dzieciństwa”, której bohater przyjaźnił się z gnębionym garbusem Józiem. Przypominam Pani, że akcja noweli dzieje się w XIX wieku. Przypominam też Pani lekturę szkolną pt. „Chłopcy z placu Broni” węgierskiego pisarza Ferenca Molnara, której bohater Nemeczek był gnębiony m.in. dlatego, że był najmłodszy, najmniejszy i najsłabszy. Gnębienie w szkole nie jest więc wymysłem XXI-wiecznych lewaków, ale taka jest psychologia człowieka i tłumu. Mechanizm antropologiczny kozła ofiarnego występuje bowiem we wszystkich kulturach. Ludzie w grupie czują się mocni. Zwłaszcza, gdy mają lidera. Przeciwnikiem lidera albo całej grupy zwykle jest kozioł ofiarny. Może się nim stać każdy!!! Zwłaszcza, gdy jest słabszy, wrażliwy i trochę odstaje od reszty. No i gdy jest nowy. Kozłem nie chce być nikt. Ale niestety zawsze ktoś jest. Czasem grupa traktuje go w miarę znośnie szydząc tylko trochę, a czasem gnębi wprost obrzydliwie. Niestety obecna szkoła nie broni dzieci pełniących rolę kozłów ofiarnych w swojej grupie przed atakiem rówieśników. Nie zostały wdrożone żadne procedury mogące przeciwdziałać takim zachowaniom. Zaś atak poza szkołą szerzy się dodatkowo w internecie, do którego przenosi się dzięki nowym technologiom. Dlatego to gnębienie ma większy zasięg i bardziej boli. Nie ma już dla zaszczutego dziecka bezpiecznego miejsca jakim kiedyś był dom. Bywa, że nie pomaga nawet zmiana szkoły, bo internet nie zapomina. Ohydne wpisy ciągną się za ofiarą jak piętno. Pani też internet tego wpisu nie zapomni. Zwłaszcza, że dała nim Pani zgodę na gnębienie słabszych psychicznie dzieci. Obarczyła Pani winą za ten stan rzeczy jedną stronę sceny politycznej, a tymczasem winni są temu wszyscy politycy. Czy rozumie Pani słowo „wszyscy”? Winien jest język debaty publicznej! Język jakim zwracają się do siebie dorośli. To język, którego używają w parlamencie. To język, którego i Pani używa na portalu Facebook, zapewne po to, by zyskać popularność.

Kozłem ofiarnym może stać się też cała grupa ludzi dla jakiegoś narodu. W latach 30. XX wieku byli to Żydzi, dziś… uchodźcy. Naukowcy twierdzą, że grupa szuka kozła ofiarnego w momencie kryzysu, którego przyczyną może być m.in. katastrofa polityczna, do której należy np. polityczna słabość struktur danej kultury. Coś w tym jest. To wy polscy politycy jesteście słabi, a swoją słabość obnażacie wypowiadając i wypisując słowa, które potem bezmyślnie powtarzają czternastolatkowie, a także dwunastolatkowie, a nawet dziesięciolatkowie i młodsi używając ich do gnębienia innych. Moja przyjaciółka, która jest nauczycielką, opowiedziała mi, jak gnębiono dwunastoletnią uczennicę w jej szkole. Były to między innymi słowa: „ty zawszony uchodźco, ty szmato, ty prostytutko, ty dziwko arabska, ty brudna kurwo!”. Klasa nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co zarzuca koleżance i dlaczego wypisuje takie rzeczy o niej w internecie, poza tym, że dziewczynka była… nowa. Miała polskie imię i nazwisko, bo była Polką. Nie miała innego koloru skóry. Nie była lesbijką. Bycie nową w klasie to była jedyna popełniona przez nią „zbrodnia”. A nawet gdyby była innej orientacji seksualnej, innego wyznania, koloru skóry, pochodzenia, narodowości to co? Wolno wyzywać i gnębić? Pani swoim wpisem właśnie dała zgodę na tego typu zachowanie. Wstyd! I hańba!

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

5 minut spóźnienia, czyli kwadrans przed końcem pracy

Ponieważ od ponad 20 lat nie mam etatu, a od ponad 8 nie mam działalności gospodarczej, więc nie opłacam sobie ZUS. Emeryturę i tak będę mieć najmniejszą z możliwych, więc dalsze ubezpieczanie się emerytalnie nie ma już sensu, zaś ubezpieczenie zdrowotne w NFZ to jakiś horror, bo nie dość, że drogie to terminy wizyt straszne o czym bez przerwy wysłuchuję od koleżanek i kolegów. Owszem, przydałoby się czasem mieć zniżkę na leki, ale póki co żadne nie są mi potrzebne. Żebym jednak tak zupełnie nie była bez lekarza to wykupiłam wiele, wiele lat temu pakiet medyczny dla rodziny. Dla naszej trójki wynosi on 464 złote miesięcznie. Kiedy były momenty chude to zgrzytaliśmy zębami, ale… i tak się opłaca, bo pakiet obejmuje pełen zakres usług z niemal wszystkimi badaniami, a także pobytem w szpitalu włącznie. Mam wrażenie, że wiele razy mi się to zwróciło, bo jedna wizyta u specjalisty kosztuje ok. 150 złotych, a już tyle razy skorzystaliśmy z różnych lekarzy, że dawno przestałam to liczyć.

Dziś po raz kolejny miałam umówioną wizytę. Tym razem u ortopedy w POLMEDZIE na Targowej. Wszystko na ten mój pakiet. Co mi dolega?

Jakieś trzy tygodnie temu zaczęła boleć mnie pięta, jakby mi ze środka wyłaziły sztylety. Byłam jednak wtedy poza Warszawą, na mazowieckiej wsi, gdzie opiekowałam się działką kolegi. Pięta nie bolała mnie zresztą bez przerwy a tylko przy niektórych ruchach, nie w trakcie chodzenia, nie jest to ból podeszwy etc., więc postanowiłam nie panikować tylko poczekać aż wrócę z wakacji. W sprawie umówienia wizyty zadzwoniłam 16 sierpnia. Wizytę umówiłam na dziś (21 sierpnia) na 11:45. Byłabym w przychodni wcześniej, ale pod przychodnią zaparkować trudno, więc trochę mi się zeszło na szukaniu wolnego miejsca i do recepcji wparowałam punktualnie o 11:45. Kolejki nie było, ale pani dała mi do wypełnienia jakąś ankietę. Zajęło mi to 5 minut. Te 5 minut wystarczyło, by pan doktor, który miał zbadać mi piętę opuścił przychodnię. O 11:50 pocałowałam klamkę od jego gabinetu. Pani z recepcji ospale zaczęła szukać doktora mówiąc, że przyjmuje do 12:00, więc zaraz wróci. Powiedziałam jej, że pacjenci siedzący w korytarzu twierdzą, że wyszedł z teczką i powiedział głośno „do widzenia”. O 11:55 pani recepcjonistka zaczęła dzwonić do pana doktora, by usłyszeć od niego, bym przełożyła wizytę. Niestety… płacę to wymagam! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd. Próbowano zrzucić winę na mnie, że przyjechałam za późno. Pokazałam SMS, który dostałam od umawiającej wizytę konsultantki, który brzmiał, że wizyta o 11:45 i o tej byłam. Przy okazji zwróciłam uwagę, że cały czas na blacie leży moja ankieta z moimi danymi osobowymi, które każdy może sobie przeczytać. Wściekła zażądałam książki skarg i zażaleń. Pani z recepcji podniosła się ospale i pomaszerowała do pokoju kierownika przychodni. Po chwili wróciła i kazała poczekać pod drzwiami, bo kierownik rozmawia przez telefon. Było po 12, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła pani kierowniczka z pytaniem o co chodzi. Powtórzyłam całą sytuację, że pan doktor skończył pracę przed czasem i mnie nie przyjął, bo zostałam przetrzymana w recepcji na wypełnianie ankiety. Pani zaczęła twierdzić, że ankietę trzeba było wypełnić, bo nie mieli moich danych (choć w tej przychodni byłam kilka razy, ale u innych specjalistów), ale szybko odparłam, że chyba nie były potrzebne, skoro ankieta leżała na blacie, a poza tym nie dostałam informacji, że mam być wcześniej, bo inaczej wizyta przepadnie. Koniec końców powiedziałam, że mnie właściwie nic już nie interesuje, tylko chcę dziś do ortopedy i koniec, bo płacę i wymagam. Na szczęście w przychodni był drugi lekarz. Przyjął mnie po 15 minutach, zbadał i stwierdził zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Po czym dał skierowanie na USG.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

A piszę o tym wszystkim dlatego, że gdybym nie miała tego pakietu to pewnie odeszłabym z kwitkiem, a gdybym miała ubezpieczenie NFZ to siedziałabym w jakieś państwowej przychodni 8 godzin w kolejce w koszmarnych warunkach, jak siedział mój syn na pogotowiu, gdy złamał nogę.

Swoją drogą, gdy umawiałam potem USG (które też jest w pakiecie) i opowiedziałam konsultantce „przygodę” z panem ortopedą usłyszałam w jej głosie szczere zdumienie. Ciekawi mnie jaki będzie los lekarza z prywatnej przychodni, który wyszedł sobie do domciu kwadrans przed końcem pracy.

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.