Archiwa kategorii: Warszawa

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

Raport z oblężonej Kępy

Codzienne trąbienie o szczycie NATO w Warszawie już miesiąc temu wywołało u mnie panikę. Wiedziałam, że ma być zamknięty Most Poniatowskiego, obok mają być kompletnie wyłączone z ruchu ulice. No i niektóre stacje veturilo, czyli roweru miejskiego mają być nieczynne.

Jadziem do domu ba rowerku, bo szczyt NATO! #starapraga #nato2016 #rower #veturilo

Do tego zamknięta ma być plaża Poniatówka i ścieżka rowerowa wzdłuż Wybrzeża Szczecińskiego. Planowałam więc wyjechać z Warszawy. Ale los ma, co do mnie swoje plany. Obiecałam poprowadzić zajęcia z dziennikarstwa na letnim kursie i… zostałam w mieście i na Kępie. Sęk w tym, że na zajęcia trzeba dotrzeć. Na szczęście jest to ten sam brzeg, ale… na Starej Pradze przy Koneserze, czyli po drugiej stronie Stadionu Narodowego opanowanego przez delegatów na Szczyt NATO. Teoretycznie mogę jechać samochodem, ale… musiałabym jechać zupełnie dookoła, a nie wiadomo, co dzieje się po drodze, jakie są korki i czy w związku z tym dojadę na czas. Stąd decyzja: jadę rowerem veturilo.

Tak bym jechała, gdyby nie szczyt NATO

Normalnie jechałabym ze stacji Stadion Narodowy, ale w związku z jej zamknięciem na czas szczytu NATO rower wzięłam na Walecznych. Na dodatek na miejsce musiałam jechać dookoła. Przez Park sSkaryszewski nie mogłam, bo i tak wyjść z niego można tylko od strony Stanisława Augusta, a nie od strony Zielenieckiej przy Teatrze Powszechnym. Przyznam, że ta podróż dookoła to dość ciekawe doświadczenie, bo przy okazji zobaczyłam jak wszystko, co ma jechać na północ (w tym ja), najpierw jedzie na południe, udowadniając tym samym, że wszystkie drogi prowadzą do… celu!

Tak jechałam

W drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną rzecz. O ile poza saska Kępą miasto tętni zżyciem o tyle tu, gdzie wydzielona została strefa natowska jest cisza. Knajpki niemal puste (w porównaniu z tym, co zazwyczaj), ulice tez puste. Rzadko, kto spaceruje. Cóż… może wzięli sobie wszyscy do serca tę mapę Niewiadomskiej…

A ja tylko przypomnę, że do Warszawy przyjechało w sumie 65 delegacji z całego świata, w tym m.in. 18 prezydentów i 21 szefów rządów, a także ministrowie obrony, dyplomaci, itd. Delegacja Polska wynosi 42 osoby. Na szczyt zarejestrowało się ponad dwa tys. uczestników. Obrady relacjonuje blisko dwa tysiące dziennikarzy. Porządku w mieście przypilnuje około sześciu tysięcy policjantów oraz przedstawiciele innych służb. A Saska Kępa jakby wymarła.

Ja, pra…wnuczka Mieszka, czyli z okazji 1050-lecia chrztu Polski

Zapytano mnie niedawno, od kiedy interesuję się historią swojej rodziny. Odpowiedź brzmi… od zawsze. Gdy spytano mnie: dlaczego? Nie umiałam odpowiedzieć. Dziś myślę, że jest to u mnie naturalna kolej rzeczy. Interesował się tym ojciec, dziadek i pradziadek. Od małego dotykałam w domu przedmiotów należących do przodków. Często o niewielkiej wartości finansowej, ale ogromnej wartości historycznej czy emocjonalnej. Przekładałam też kartki dokumentów związanych z praszczurami. Jako mała dziewczynka bawiłam się drzewem genealogicznym, które ojciec próbował narysować na wielu połączonych ze sobą kartkach papieru, a porzucił, gdy rozrosło się tak, że rozkładanie owych kartek zrobiło się dla niego niewygodne. Kiedyś spędziliśmy pół dnia nad reprintami XIX-wiecznych spisów mieszkańców Warszawy podkreślając czerwonym ołówkiem naszych praszczurów.

Gdy jako 19-latka rozpoczęłam pracę w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, pod wpływem koleżanki sięgnęłam po stojąca na półce książkę „Znaczy kapitan” Karola Olgierda Borchardta. Ojciec ujrzawszy mnie nad lekturą powiedział, że w rodzinie też był marynarz ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Był to jego stryj – Zbigniew Piekarski. Tata położył mi wtedy na łóżku teczkę z jego listami. Zachwyciłam się i… po raz pierwszy mocno „zaprzyjaźniłam” z jakimś swoim przodkiem. Miałam przecież 19 lat, jak on, kiedy te listy pisał. A przecież nic tak nie przybliża nam człowieka, jak jego listy do bliskich. Wtedy zresztą przeprowadziłam swoje pierwsze śledztwo rodzinne, które po latach zaowocowało książką „Dziewiętnastoletni marynarz”. To w niej ujawniłam skrywaną rodzinną tajemnicę, która gdyby nie ja umarłaby, jak wiele innych tajemnic, tworzących naszą historię.

W listopadzie 2013 roku Jolanta Adamiec-Furgał zaprosiła mnie do nagrania telewizyjnego programu „Saga Rodów”, bym opowiedziała o swoich przodkach. Wiedziała, że genealogia zawsze była moją pasją. Tak powstał odcinek jej programu p.t. „Saga Rodu Piekarskich”.

Już w trakcie nagrania uświadomiłam sobie po raz kolejny, że sporo o swoich przodkach wiem, ale… nie wszystko. Wielu rzeczy, które opowiadali mi Ojciec, Matka czy ciotki już nie pamiętam. O ile mniej będzie wiedział mój syn? Tak zrodził się pomysł na witrynę, na której postanowiłam zamieszczać informacje, zdjęcia i skany dokumentów tych, którzy byli na tym świecie przede mną i z którymi w jakikolwiek sposób jestem związana. I tak od listopada 2013 roku, a więc już od ponad dwóch lat, na portalu piekarscy.com.pl codziennie pojawia się jeden wpis, a wraz z nim minimum jeden dokument, jedno zdjęcie itp.

Gdy zaczynałam ten swój projekt, wielu znajomych śmiało się ze mnie. Oczywiście poza moimi plecami. Powtarzano mi potem, że mają mnie za dziwaka i tak dalej. Jednak z czasem śmiech zniknął. Cóż… ze statystykami nikt nie dyskutuje, a do dziś mój genealogiczny portal miał ponad milion trzysta tysięcy odsłon. Jakby tego było mało, w ciągu tych ponad dwóch lat okazało się, że publikowane przeze mnie rzeczy przydały się wielu osobom pracującym nad różnymi historiami i to zarówno miast, jak i ludzi. Historycy i różnego rodzaju badacze zaczęli do mnie odzywać się, a nawet umawiać się na bardziej szczegółowe rozmowy. Odezwało się też kilka osób, z którymi jestem spokrewniona lub spowinowacona, a wspólny przodek był… nawet pięć pokoleń wstecz. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien telefon. Pan przedstawił się, że jest prawnukiem… rodzonego brata mojego prapradziadka. Umówiliśmy się na cmentarzu na spacer, a potem usiedliśmy na herbatkę w domu pogrzebowym, przy jednym z niewielu wolnych stolików. Za ścianą odbywała się stypa. Żałobnicy wchodzili do środka i przechodzili koło stolika, przy którym my piliśmy herbatę i oglądaliśmy rozrysowane drzewa genealogiczne. To spotkanie zaowocowało potem tekstem, który lada moment ukaże się w prasie, a dotyczyć będzie Kamionka i Saskiej Kępy. Moje genealogiczne zabawy zaowocowały zresztą kilkoma varsavianistycznymi artykułami do miesięcznika Stolica, przydały się, gdy pisałam książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” oraz sprawiły, że w ubiegłym roku zrobiłam film dokumentalny „100 lat w Warszawie”, w którym pokazałam Warszawę z czasów mojego pradziadka Michała Franciszka Piekarskiego, który żył 97 lat.

Michał Franciszek Piekarski

Także dzięki pracy nad portalem genealogicznym napisałam w swoim czasie tekst na portal… motoryzacyjny… o wujku Bogdanie Szenku, który dawno temu był szefem warszawskiego klubu miłośników Citroëna.

Wuj Bogdan Szenk na zlocie cytrynek

Najbardziej niesamowitego odkrycia, dokonałam jednak nawiązując kontakt z doktorem Markiem Jerzym Minakowskim, prowadzącym Wielką Genealogię Polaków. Wielka Genealogia to projekt, którym dr Minakowski chce udowodnić postawioną przez siebie tezę, że my – wszyscy Polacy – jesteśmy jedną, wielką rodziną. Chce też udowodnić, że elitę intelektualną Polski tworzą potomkowie twórców Sejmu Wielkiego. Że to potomkami twórców Sejmu Wielkiego byli powstańcy styczniowi, powstańcy warszawscy, rozstrzelani z listy katyńskiej czy bohaterowie Polskiego Słownika Biograficznego. Zaglądałam na tę jego stronę dość często, szukając różnych informacji. Wykupiłam nawet dożywotni abonament, by móc grzebać także w szerszych zasobach. I nagle, pewnego dnia, odnalazłam na portalu Minakowskiego mojego cztery razy pradziadka Józefa Faustyna Gorczyckiego, którego fotografia stoi na komodzie u mnie w sypialni. Odezwałam się do pana doktora i podałam informacje, które wiedziałam o nim, jego żonie i tak dalej. Doktor, jako zawodowy genealog, wszystkie te informacje weryfikował, a po pozytywnej weryfikacji wprowadził do portalu.

Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec

I tak, po jakimś czasie znalazłam się tam, jako potomek jednego z twórców Sejmu Wielkiego. Tym „moim” przodkiem twórcą Sejmu Wielkiego był (i tu pozwolę sobie na dokładny cytat z Wikipedii): „Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm. Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari.”
Przyznam, że nie miałam świadomości. Jednak to odkrycie okazało się być niczym w porównaniu z innym, które nastąpiło jakiś czas później (już z półtora roku temu). Otóż pewnego dnia, gadając z przyjaciółką przez telefon, klikałam bezmyślnie w tych, którzy byli przed tymi moimi przodkami, o których istnieniu wiedziałam z przekazów rodzinnych. Patrzyłam, w nic niemówiące mi coraz dziwniejsze nazwiska. Ciekawiło mnie, jak daleko zajdę w tych przodkach. Klikałam tak, i klikałam, a czas płynął. Przyjaciółka gadała, a ja nagle przerwałam jej mówiąc: „Słuchaj, klikam w przodków na portalu wielcy.pl i doszłam do… Przemyślidów. Toż to jakieś jaja!” Pośmiałyśmy się obie i…. wróciłyśmy do rozmowy. Ona opowiadała dalej, a ja dalej słuchałam bezmyślnie klikając w informacje, kto był przed Przemyślidami. I tak klikałam, aż doszłam do… Piastów. Po jakimś czasie, jednym kliknięciem ustawiło mi się cało drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Trochę mnie przytkało. Wynika z niego bowiem, że jestem w 40 pokoleniu prawnuczką Mieszka I. Najpierw wydało mi się to śmieszne, a nawet głupie. Czy to w ogóle możliwe? Ale zaraz potem przyszła druga myśl. Przecież to nie ja zbadałam. Dr Minakowski sam pisze, że pewne rzeczy zrobili za niego polscy genealodzy już dawno temu. Ja tylko odnalazłam w Wielkiej Genealogii Polaków Joannę Nieszkowską h. Kościesza, córkę Bogusława, której grób jest na cmentarzu kalwińskim w Warszawie. Jej zdjęcie znajduje się w jednym z rodzinnych albumów. Joanna była moją cztery razy prababką. Przodkowie przed Joanną i jej ojcem Bogusławem zostali ustaleni przez obcych mi zupełnie genealogów. Przyglądając się temu dziwnemu drzewu uświadomiłam też sobie, że kiedyś ludzie mieli więcej dzieci. Nasze dzisiejsze rodziny o modelu 2+1, a rzadko 2+2 sprawiają, że o tym zapominamy. A przecież jedna moja praprababcia miała jedenaścioro, a druga trzynaścioro dzieci. Po tych przemyśleniach szybko utworzyłam kilkadziesiąt takich drzew moim kuzynom i kuzynkom, stryjkom i stryjenkom i tak dalej. Nie jestem bowiem sama. Jest nas cała rzesza.

Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza

Grób praprapraprababki Joanny Nieszkowskiej na cmentarzu Kalwińskim w Warszawie

A piszę o tym, bo w tym roku obchodzimy 1050 lecie chrztu Polski. Przez portale i media przewala się cała masa informacji o Mieszku I oraz jego żonie Dąbrówce, na której ulicy (o ironio!) mieszkam. I właściwie codziennie dowiaduję się o nim czegoś nowego. Nie ma jednak informacji, ilu nas jest – potomków Mieszka. A przecież tylko ja znam, co najmniej kilkudziesięciu spośród moich bliższych i dalszych krewnych. Moim zdaniem są ich (nas) tysiące! I tak myślę, że naprawdę jesteśmy wielką rodziną. Tylko na co dzień się nad tym nie zastanawiamy.

A na koniec, jako ciekawostka – to drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Ulubiony po ujrzeniu tam nazwiska Rurykowicz żartobliwie stwierdził, że czas iść odzyskać Kijów! Wreszcie jest pretekst. Ale tak naprawdę to dziwne uczucie. Od półtora roku czytam życiorysy tych ludzi i nadal są mi obcy. Dobrze więc, że o Mieszku tyle piszą. Może „zaprzyjaźnię się” z nim, jak w swoim czasie z tymi, których listy i zdjęcia mam w domu. 1050 rocznica chrztu Polski to dobra okazja.

Dla niezorientowanych:
Skrót „bohater PSB” oznacza Polski Słownik Biograficzny, czyli dana postać jest bohaterem tego słownika.
Skrót „bohater Wiki” oznacza Wikipedię.

  1. Mieszko «I» ks. Piast, bohater PSB 922-992
    &965 Dubrawka Dobrawa Przemyślida, bohater PSB 930-977
  2. Świętosława Sygryda Syryta Storrada? ks. Piastówna, bohater PSB 967-1014
    &985 Eryk «Zwycięski» Szwedzki, król Szwecji 960-995
  3. Olaf «III» Szwedzki, król Szwecji 970-1021/1022
    &980 Astryda N. 960
  4. Ingegerda Anna Szwedzka 990-1050
    &1019 Jarosław «Mądry» ks. Rurykowicz, wielki książę [kij] Kijów 978-1054
  5. Wsiewołod Wsewołod «I» ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1029/1030-1093
    &1046 Irena Bizantyńska 1020-1067
  6. Włodzimierz «Monomach» ks. Rurykowicz, bohater Wiki 1053-1125
    &1090 N. N. 1070-1107
  7. Jerzy «Dołgoruki» ks. Rurykowicz, książę rostowski i suzdalski 1091-1157
    &1108 N. Połowcy 1092
  8. Rościsław ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1109-1151
    &1120 N. N. 1150-1176
  9. Eufrozyna ks. Rurykowicz 1120
    &1140 Gleb ks. Rurykowicz, książę riazański 1120-1178
  10. Igor ks. Rurykowicz, książę riazański 1160-1194
    &1160 Agrafena ks. Rurykowicz 1140-1237
  11. Ingwar «I» ks. Rurykowicz, książę riazański 1170-1237
    & ? ?
  12. Oleg ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1230-1258/1258
    & ? ?
  13. Roman ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1210-1270
    &1230 Anastazja N. 1210
  14. Jarosław ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1260-1299
    & ? ?
  15. Michał ks. Rurykowicz, książę proński 1300-1303
    & ? ?
  16. Aleksander ks. Rurykowicz, książę proński 1280-1340
    & ? ?
  17. Iwan ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1310-1350/1351
    & ? ?
  18. Oleg Jakub ks. Riazański, wielki książę riazański 1336-1402
    &1354 N. (Eufrozyna ?) ks. Rurykowicz 1337-1405
  19. Anastazja ks. Riazańska 1360
    &1388 Korybut Dymitr «Młodszy» ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1358-1404
  20. Helena ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1380-1449
    &1407 Jan «II» ks. Przemyślida-Raciborski, książę raciborski 1375-1424
  21. Wacław ks. Przemyślida-Raciborski na Raciborzu, książę raciborski 1410-1456
    &1445 Małgorzata Świdwa-Szamotulska z Dzwonowa h. Nałęcz, bohater PSB 1420-1464
  22. Katarzyna ks. Przemyślida-Raciborska na Raciborzu 1450-1478
    &1430 Włodek Włodko Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [kal] Nakło 1410-1467
  23. Jan «senior» Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [poz] Rogoźno 1440-1518
    &1484 Petronela Piotrusza Oporowska h. Sulima 1450-1535
  24. Zofia Danaborska z Danaborza h. Topór (Pałuka) 1480-1535
    &1513 Michał Białośliwski z Łukowa h. Topór (Pałuka), surrogator grodzki [kal] Nakło 1480-1524
  25. Jadwiga Białośliwska z Łukowa h. Topór (Pałuka) 1530
    &1555 Jerzy Wojnowski 1530
  26. Katarzyna Wojnowska 1550-1615
    &1582 Maciej Baranowski z Baranowa h. Jastrzębiec, kasztelan [kal] Biechowo 1550-1607
  27. Zofia Baranowska z Baranowa h. Jastrzębiec 1570
    &1603 Hieronim Gembart 1570
  28. Katarzyna Gembart 1600
    &1620 Stanisław Zawadzki h. Korzbok 1590
  29. Jadwiga Zawadzka h. Korzbok 1620-1686
    &1646 Samuel Mielęcki h. Ciołek (Aulok), dworzanin [cen] dwór królewski 1590-1652
  30. Adam Konstanty Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1630-1703
    &1664 Anna Gorzeńska h. Nałęcz 1630-1701
  31. Jan Mielęcki h. Ciołek (Aulok), miecznik [poz] Wschowa 1666-1726
    &1701 Anna Elżbieta Potworowska z Sienna h. Dębno 1684-1720
  32. Jan Adam Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1700-1785
    &1738 Wiktoria Eleonora Dziembowska 1710
  33. Joanna Aleksandra Mielęcka h. Ciołek (Aulok) 1741-1805
    &1761 Teodor Wespazjan Kossecki h. Rawicz, pułkownik wojsko polskie 1730-1805
  34. Aleksandra Wiktoria Kossecka h. Rawicz 1780
    &1793 Bogusław August Bogumił Nieszkowski h. Kościesza 1765
  35. Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza 1797
    &1820 Stanisław Jan Konst Nieszkowski h. Kościesza 1776-1841
  36. Konstancja Nieszkowska h. Kościesza 1826-1901
    &1846 Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1821-1880
  37. Stanisława Anna Sabina Gorczycka h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1849-1929
    &1850 Bronisław Franciszek Ksawery Ruszczykowski 1840-1916
  38. Zofia Konstancja Ruszczykowska, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1879-1962
    &1900 Ludwik Roch Piekarski 1869-1945
  39. Bronisław Michał «Omega» Piekarski, uczestnik Powstania Warszawskiego 1901-1960
    &1920 Janina Karolina Adamska 1905-1974
  40. Maciej Piekarski, bohater Wiki 1932-1999
    &1960 Halina Małgorzata Stec 1927-1995
  41. Małgorzata Karolina Piekarska, bohater Wiki 1967-

PS Jakby ktoś z badaczy potrzebował moje DNA służę włosem. ;)

PS 2 A swoją drogą co za upadek rodu. 40 razy pradziadek był księciem i twórcą państwa polskiego, a ja czasem nie mam na tramwajowy bilet. ;)

PS 3 Wszystkich interesujących się genealogią, rodzinnymi archiwami itp., zapraszam już teraz na spotkanie ze mną:

20 kwietnia 2016, g. 14:00
Archiwum Akt Nowych,
02-103 Warszawa,
ul. Hankiewicza 1,
Sala im. I. J. Paderewskiego

Zawsze znajdzie się jakiś złodziej czasu

Gdy podejmowałam decyzję, że nie będę więcej prywatnie udzielać się na Facebooku wydawało mi się, że zyskam mnóstwo czasu. Przecież tyle go tam traciłam. I cóż? Oczywiście czas zyskałam, ale że życie nie znosi próżni, więc nagle zwaliło mi się na głowę tyle zajęć i obowiązków, że znów czasu na cokolwiek brak. A ja coraz bardziej żałuję, że decyzję o pozostawieniu tylko oficjalnego konta na FB podjęłam tak późno. Ileż czasu bym zaoszczędziła?

Kiedyś opowiadała mi przyjaciółka o swojej mamie, że nie umiała sobie zorganizować pracy, więc pracując z powodu złej organizacji mnóstwo tego czasu traciła. Ja staram się zapełniać rozsądnie każdą minutę. Notuję zadania na kartce, skreślam i… końca nie widać, bo po chwili pojawiają się nowe rzeczy do zrobienia. Często niestety takie bardzo nieprzyjemne.

Piszę to wszystko dlatego, by uspokoić. Nie zaniedbuję bloga. Lada moment coś dłuższego napiszę, a na razie… zmagam się z rzeczywistością, która dorzuciła mi zajęć, kradnąc mój cenny czas.

W dzieciństwie czytałam mojemu Tacie humory z zeszytów. Najbardziej podobał mu się taki: „Telewizja to złodziej czasu, ale ja tego złodzieja lubię.” Tata uważał to zarówno za trafne, jak i śmieszne. Niestety ze smutkiem przyznaję, że moi złodzieje czasu aż tak przyjemni nie są jak telewizja, a ja wcale ich nie lubię. Mam jednak nadzieję, że lada moment i z nimi się uporam.

A tymczasem… zapraszam w najbliższy piątek 13 listopada o g. 6:55 i 18:25 czasu warszawskiego przed ekrany TVP Polonia. Będzie można obejrzeć mój ostatni film pt. „100 lat w Warszawie”, który niestety w programach telewizyjnych jest zapowiadany pod błędnym, bo roboczym tytułem: „Prawie sto lat w Warszawie”.

Pora umierać?, czyli Kolumbowie i Columbo

Mówi się często, że pora umierać. Używamy tego określenia, gdy napotykamy na coś, co nas przygnębia, ale nic z tym nie możemy zrobić. Nie chcąc na to patrzeć, myślimy o śmierci. Też czasem o tym myślę. Czy moja walka z wiatrakami o to, bym ja wiedziała więcej, by ludzie, z którymi obcuję wiedzieli więcej, ma sens? Mój tata dzielił się ze mną swoją wiedzą, mama też, stryj też, a i babcia jak żyła mówiła, co wiedziała i co uważała, że może mnie zainteresować. Zwłaszcza o polskim, przedwojennym kinie. Ja też dzieliłam się tym co wiedziałam ze znajomymi, z przyjaciółmi itd., a przede wszystkim z synem. Mam wprawdzie za sobą trwający kilka lat okres, kiedy nie mogłam tak swobodnie wymieniać z nikim myśli, bo od pewnego osobnika na każdym kroku słyszałam, że się wywyższam i podkreślam dzielącą nas barierę intelektualną, ale… właściwie przez całe życie większość moich kontaktów ze znajomymi polegała na rozmowach będących wymianą wiedzy na dość ważne tematy: historia, kultura, geografia, obyczaje, podróże. Teoretycznie między ludźmi tak jest i dzisiaj, ale… coś stało się z poziomem tej wiedzy i nie wiem, czy winien temu nie jest system edukacji i powszechna globalizacja. Brak jest mody na bycie mądrym. A to jest potrzebne. Niestety przeważa myslenie, że mądry = bogaty, a to czyni poważne szkody. Jako nastolatka czytałam „Zapałkę na zakręcie” Krystyny Siesickiej, której bohaterka Mada „mordowała” Williama Faulknera „Absalome, Absalome”, którego jak sama przyznała nie rozumiała. Ale czytała, by być mądrzejsza i zaszpanować przed chłopakiem, który jej się podobał. Chciała mu pokazać, że czyta mądre książki. Jednak nie tylko o ksiązki mi tu chodzi. Wielokrotnie na spotkaniach autorskich mówiąc o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” pytałam czytelników: „Jak myślicie, czemu w 1920 roku Szkołę Morską otwarto w Tczewie”. Ileż razy słyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Na pytanie, czemu statek szkolny Lwów nazwano Lwów odpowiadano mi, że dlatego, że… to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, życzliwi czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski. W tych wielu sytuacjach młodzież kilka razy poratowała się stwierdzeniem, że…  „Lwów leży nad morzem”. Tylko raz spytałam, nad jakim i dowiedziałam się, że chyba nad Bałtykiem.

Ostatnie dni, to dla mnie podobne doświadczenie. Robię film o Kolumbach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, choć jestem już po zdjęciach, ale jeszcze przed montażem. W każdym razie wczoraj nagrywałam sondę: „Czy mówi coś pani/panu określenie Kolumbowie?”. Rzadko ktoś wiedział, o co pytam, choć im starszy tym więcej miał wiedzy. Młodzież nie wiedziała nic. Osobliwe było to, że nic to określenie nie mówiło harcerzom. Lilijki na beretach, a w głowie pustka. Podpowiadałam, więc całym zdaniem: „pokolenie Kolumbów”, „Kolumbowie rocznik 20.” Nic. Zero reakcji. Puste twarze, puste oczy, czasem głupi śmiech. Cóż… książki Romana Bratnego nie ma w lekturze. Prawdopodobnie kara dla autora za jego wydany w 1983 roku „Rok w trumnie”.

Dla potrzeb swojego filmu muszę przypomnieć sobie serial Janusza Morgensterna i wykodować fragmenty, które będę wykorzystywać. Nie chcę siedzieć w telewizyjnym archiwum koleżankom nad głową, więc… postanowiłam kupić serial w sklepie na DVD i obejrzeć w domu. Najbliżej redakcji jest znienawidzony przeze mnie empik. Sprawdziłam w Internecie. Wg. Internetu w tymże empiku serial jest i kosztuje niecałe 14 złotych. Dzwonię więc do salonu i pytam, czy na pewno ten serial tam jest. Pan każe poczekać i mówi po chwili, że nie ma. „Gdzie wobec tego serial znajdę?” – dopytuję. Pada odpowiedź, że jest w Arkadii, ale… tylko druga seria. „Jaka druga Seria?” – Pytam. – Przecież to dwie płytki i pięć odcinków”. W słuchawce zapada cisza i po chwili pan mówi, że Colombo to kilka serii, a oni dysponują tylko drugą.

Kolumbowie. reż. Janusz Morgenstern. Źródło: Filmweb

Moja mama stawiała mi bardzo wysoko poprzeczkę. Czasem myślę, że za wysoko, by ktokolwiek ją przeskoczył. Dlatego bez przerwy była ze mnie niezadowolona. Często myślę, że gdyby żyła, bez przerwy by mnie krytykowała. Zawsze podkreślała, że moje pokolenie jest niedouczone. „O tempora! O mores!” krzyczała po wielekroć wytykając mi, że nie wiem tego czy tamtego i jak to w szkole beznadziejnie mnie uczą. Zmarła, gdy miałam lat 26, zapewne załamana tym, że nie wiem wielu rzeczy, które wiedziała ona. Ostatnio doszłam do bardzo smutnego wniosku, że gdyby mama nadal żyła (miałaby 88 lat) byłaby po stokroć załamana poziomem wiedzy dzisiejszej młodzieży. Gdybym opowiedziała jej rozmowy z czytelnikami, z niektórych moich spotkań autorskich, mogłaby wpaść w depresję. Gdybym opowiedziała jej historię z empiku pewnie by krzyczała swoje „O temporta! O mores!” Mój syn powiedział kilka lata temu, że świat schodzi na psy po to, by nikomu nie było żal umierać. Takie słowa wypowiedziane przez nastolatka uznałam za straszne. Ale nie wiem, czy nie są bardzo prawdziwe. Bo nie wiem, co zrobić, by odwrócić proces degeneracji intelektualnej społeczeństwa. Czasem myślę, że niektóre moje wpisy na blogu są samotnym wołaniem o pomoc. Zwłaszcza, że te w moim pojęciu najważniejsze, nigdy nie mają aż tylu czytelników, co inne o wiele mniej istotne, ale z czymś chwytliwym mogącym wrzucić wpis w nurt popkultury.

PS Uwielbiam serial o poruczniku Columbo, ale to jednak innego rodzaju kino niż Kolumbowie.

W sidłach miejskiego korka

Stwierdziłam wczoraj, że komunikacja w stolicy jest jednak najlepsza na świecie. Dowód? Wczoraj miałam być gościem pewnego lokalnego radia internetowego. Konkretnie radia Praga z siedzibą na rogu Szwedzkiej i Stalowej. Zaś godzinna audycja ze mną miała zacząć się o 18:00. Prowadzącemu ją dziennikarzowi obiecałam być o 17:40. Była godzina mniej więcej 15:30, kiedy wyjechała ze szpitala w Tworkach w Pruszkowie, w którym odwiedzałam znajomego. Niepokoić zaczęłam się o 16:50 kiedy stałam w gigantycznym korasie (czymś więcej niż korku) na rondzie Jazdy Polskiej. Dopiero po 20 minutach dojechałam na plac Konstytucji. Zadzwoniłam do prowadzącego audycje i powiedziałam, ze jadę, ale to co dzieje się na mieście to horror. Polecił nie martwic się. Do audycji jest przecież prawie godzina. Potem łączyliśmy się jeszcze Iles razy, a on mówił, że najwyżej zacznie beze mnie itd. O 17:20 stałam na Żurawiej, o 17:40 na Książęcej. Dlatego o 17:50 porzuciłam samochód przy stacji SKM Warszawa powidle i wpadłam jak burza do pociągu jadącego do Otwocka. Przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Stadion, gdzie zbiegłam na sam dół do metra. Tam gubiąc niemal buty wpadłam jak burza do wagonu i znów przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Wileńska, wbiegłam znów gubiąc buty i oddech na górę i autobusem dojechałam jeden przystanek do radia. Była 18:12. Leciały piosenki, reklamy i właściwie można powiedzieć, że… zdążyłam. Wracałam tą samą drogą po samochód, który stał jakby nic się nie stało. Jakby nie było wcześniej żadnych korków, w których spalił on astronomiczne ilości benzyny, choć normalnie pali 4 litry na setkę. Po tym zdarzeniu poważnie zastanawiam się, czy następnym razem do Tworek w odwiedziny nie pojechać jednak SKM-ką. Taniej, mniej nerwowo, no i przede wszystkim można w czasie podróży spokojnie po drodze poczytać. I tylko niewygodnie nosić siaty i niebezpiecznie jeździć z laptopem, aparatem foto itd. 

Warszawa w oczach amerykańskich filmowców

Gdy przyjechałam w sobotę do Obór byłam tak padnięta, że gdy już rozpakowałam się, zjadłam kolację i ogarnęłam wszystkie obowiązki, postanowiłam się odprężyć i obejrzeć coś w TV. I tak… około 22-giej, bo wtedy się ze wszystkim uporałam, natknęłam się na film ze Stevenem Seagalem. Normalnie bym nie oglądała, ale… akcja filmu działa się w Warszawie. To mnie zaciekawiło. Tytuł filmu „Poza zasięgiem”. Treść banalna i schematyczna.

Seagal, który popularność zdobył jako „Nico” zawsze mnie trochę śmieszył ze względu na zwalistą sylwetkę i koślawe nogi iksy. Przed laty oglądałam z Eksiem jakiś film z Seagalem. Tytułu i treści nie pamiętam. Tylko jedną scenę, z powodu której rechotaliśmy jak głupi. Bohater grany przez Seagala był w śpiączce, leżał goły w łóżku i pielęgniarka zajrzała pod kołdrę. Po chwili na widok tego, co tam ujrzała, powiedziała głośno do siebie:
- Ty musisz żyć.
Eksio dostał wtedy ze śmiechu czkawki.

Koleżanki z redakcji, które robiły wywiady ze Stevenem Seagalem, gdy kręcił w Polsce film „Cudzoziemiec” (2003), mówiły, że jest to sympatyczny facet. „Cudzoziemca”, który to film, ze względu na obecną w nim Warszawę, bardzo chciałam obejrzeć, do dziś nie zmęczyłam. Taka to była sensacja, że choć oglądanie zaczynałam co najmniej 10 razy, zawsze zasypiałam w połowie. Nie wiem więc jak się film kończy, co tylko pokazuje jego wybitność. Dość podobnie jest z treścią powstałego rok później „Poza zasięgiem” (2004), choć ten film obejrzałam prawie do końca. Wymiękłam pod sam koniec, kiedy główna bohaterka napisała list, z którego wynikało, że WRESZCIE jest w Ameryce. No tak! Zdaniem Amerykanów raj na ziemi. Co tam ta nasza zapyziała Polska. Film jest nijaki i schematyczny. Jednak to o czym chcę napisać to nie treść, bo nie tylko „koń jaki jest każdy widzi”. Tak samo jak z koniem jest i z filmami z panem SS. Jakie są każdy widzi.

Mnie w tym filmie zafascynowała Warszawa i to co mogą grać pewne budowle. Oto Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi za siedzibę czegoś w rodzaju ONZ, co dla potrzeb filmu nazywa się zresztą jakoś inaczej. Dla mnie bomba! Tak nigdy jeszcze na BUW nie spojrzałam.

Oto po raz pierwszy zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki z czerwonym dywanem rozwiniętym na schodach na zewnątrz. W filmie zagrały ze 2-3 wejścia do pałacu, a sam pałac był miejscem gdzie jest bal ambasadora. Niestety nie wiem jakiego kraju, bo zdaje się, że ta informacja w filmie nie padła. Jeśli był to bal ambasadora amerykańskiego to mój szok jest jeszcze większy.

Szokiem była też Politechnika, w której swoją siedzibę mieli źli ludzie – przeciwnicy bohatera odgrywanego przez Stevena Seagala, choć mnie się wydaje, że on cały czas gra tego samego człowieka tylko imiona mu się zmieniają. Może ma schizofrenię lub cierpi na rozdwojenie jaźni? W każdym razie w głównym hallu Politechniki ci źli ludzie toczyli między sobą pojedynki na szpady. Tu także dzielny Steven Seagal zabija złego człowieka.

Jednak to co mnie najbardziej ubawiło to… najlepszy lokal w mieście. Gdzie kręcono zdjęcia – nie wiem, ale to co padło z ust bohaterki (nomen omen burdelmamy) zabiło mnie. Tekst był mniej więcej taki:
- To ulubione miejsce króla Stanisława. Spotykał się tu z Carycą Katarzyną, której był kochankiem. To miejsce ma wiele tajnych przejść.
Mój Boże! Zawsze uważałam, że amerykański przemysł filmowy, podobnie jak większość amerykańskiej literatury strzela obok faktów, historii, a nawet geografii. „Pamiętnik księżniczki” Meg Cabot sprawił, że amerykańskie dziewczynki uwierzyły w istnienie Genovii, która leży gdzieś w Europie koło Francji. Sama Meg Cabot opowiadała mi o tym w swoim czasie do kamery i robiła to z niekłamaną dumą.
Film „Gladiator” sprawił, że Amerykanie uwierzyli, że rzymski cesarz Kommodus zginął na środku Koloseum w czasie walki. Informacje, że to nieprawda pojawiły się w Wikipedii kilka lat później niż film.
Film „Poza zasięgiem” być może mógłby sprawić, że amerykanie uwierzą, że caryca Katarzyna przyjeżdżała do Warszawy sypiać z królem Stanisławem Augustem. Na szczęście tak, jak „Cudzoziemiec”, tak i ten stary schematyczny gniot jest tylko na video i czasem puszczany w TV, prawdopodobnie tylko w Polsce, być może po to, żeby nas bardziej ogłupić a na pewno po to, żebyśmy się nacieszyli, że nasi aktorzy czasem grają w amerykańskich filmach. Amerykanie chyba nie są w ogóle świadomi, że Stanisław August Poniatowski i Katarzyna II to byli kochankami zanim on został królem. Jeśli w ogóle wiedzą, że byli kochankami a nawet jeśli w ogóle wiedzą, że istnieli. Na pewno nie wiedzą, że caryca nigdy nie sypiała ze Stanisławem Augustem w Warszawie. Wreszcie, wątpię czy wiedzą, że zburzona po ostatniej wojnie stolica Polski nigdy nie miała takiego przybytku z sekretnymi przejściami, a nawet gdyby miała, to mógłby nie ocaleć po II wojnie światowej. A gdyby nawet był i ocalał, to wątpię, by dziś mieścił się w nim za przeproszeniem burdel z dziwkami. Prędzej jakiś urząd, którego pracownikom można wiele zarzucić, ale zapewne nie nierząd, choć to tak podobne słowo do urzędu. Wątpię czy Amerykanie wiedzą, że ulubionym miejscem ostatniego polskiego króla były Łazienki. Tych zresztą w tym filmie zabrakło. Ale cóż… już były w „Cudzoziemcu” i to jedyne obok grobu nieznanego żołnierza co zapamiętałam z tamtego filmu zanim zasnęłam.

Fajnie, że Warszawa grywa w amerykańskich filmach. Szkoda, że w tak głupich i klasy B. No, ale może od czegoś trzeba zacząć?

Tego bollywoodzkiego filmu sensacyjnego, w którym autobus spada z mostu gdańskiego nie widziałam. Chyba nie jestem gotowa. Steven Seagal mocno nadwerężył moją tolerancję na głupotę. A swoim poparciem dla Putina dodatkowo zniesmaczył. Ale cóż… facet nie zna ani polskiego ani rosyjskiego ani ukraińskiego. Nie wiem czy zna słowiańską mentalność. Wiem, że zna Warszawę. To jest wprawdzie jakiś plus. Ale tylko jeden.

PS Już wolałam, gdy w „Europa, Europa” Agnieszki Holland ulica Kanonia na tyłach warszawskiej katedry Św. Jana robiła za Berlin, a Muzeum Narodowe za szkołę Hitler Jugend. Ale cóż… przy dobrym scenariuszu i reżyserii nic człowieka nie razi.

Świat, który odchodzi…

Codziennie jakaś część Warszawy znika. Bezpowrotnie. Burzone są domy, budynki fabryczne, dawne zakłady pracy. Kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam na Żoliborzu, gdy czekałam na „naszym” przystanku autobusowym na rogu Przasnyskiej i Krasińskiego, autobus często zatrzymywał się na przejeździe kolejowym przed szlabanem. Po torach z okolicznych fabryk jechały pociągi towarowe z materiałami, półfabrykatami itd. Na harcerskich zbiórkach bawiliśmy się w podchody biegając po tych torach, na których podkładach kredą wziętą ze szkoły malowaliśmy strzałki i inne znaki patrolowe. Dziś nie tylko nie ma szlabanu, a budka dróżnika straszy, ale zniknęły tory i zakłady. W ich miejscu powstają nowoczesne, ekskluzywne osiedla, których mieszkańcy zapewne odgrodzą się przed światem setkami bram i furtek z domofonami. Na straży postawią pana, który będzie notował nazwiska przychodzących i numery mieszkań tych, których goście odwiedzają. Bo tak dziś jest wszędzie. Wszystkie miejsca, gdy jeden człowiek, jest bliski swoim sąsiadom znikają. Strzeżone molochy pełne obcych sobie ludzi rosną, jak grzyby po deszczu. To co stare znika, jak prawdziwki podczas porannego grzybobrania w sezonie.

W sobotę, znajomy (znajomy rodziny od zawsze, czyli od dziecka), a od ponad 40tu lat przewodnik warszawski Mieczysław Janiszewski pokazał nam (mnie i Ulubionemu) jedno z takich miejsc. Bar z jednym stolikiem. Taki „ostatni Mohikanin” w bramie pewnego, przeznaczonego do wyburzenia, domu przy ulicy Łuckiej. Poza barem, w wielkiej kamienicy. Ostał się jeszcze tylko jeden lokator. Czeka na powrót kogoś tam z zagranicy. Potem też się wyprowadzi.

Bar funkcjonuje tu od ponad 19-tu lat. Nakręcono o nim kilka filmów, bo to miejsce kultowe. Zwłaszcza dla warszawskiej bohemy. Kto tu nie bywał? Pani Grażynka, która po odebraniu telefonu, że przyjedziemy, rozpoczęła przygotowywanie dla nas schabowych kotletów, z ziemniakami i mizerią, opowiadała, że uwielbiał tu bywać Marek Nowakowski. Raz przyjechał z Krzysztofem Karaskiem. Byli po wizycie w teatrze, więc ubrani w bardzo eleganckie garnitury, z białymi szalikami, prezentowali się niezwykle dostojnie. Siedzieli, jak powiedziała pani Grażynka, do trzeciej w nocy, bo bar bywa otwarty do ostatniego klienta. Na co dzień otwierany jest… na telefon. Na telefon realizuje tez zlecenia kulinarne. Można tu zam,owić potrawy do domu, na przyjęcie z gośćmi. Niedługo swą siedzibę przeniesie w inne miejsce, bo na róg Ogrodowej i Wroniej. Lokal będzie nowocześniejszy i większy.

W barze w obecnym miejscu, jakby zatrzymał się czas. To cały jego urok. Przeniosłam się w nim w przeszłość, bo lada jak sprzed lat, waga jak sprzed wieku, a potrawy, jak z domu babuni. Tu zjadłam najlepszego schabowego w życiu. Byłam tak zachwycona, ze… zapomniałam sfotografować talerz. Jest tyle osób, które chciałabym tam zaprowadzić. Niekoniecznie na schabowego. Pani Grażynka przygotowuje też śledzia, kurczaka, pierogi i tak dalej… Norwegowie, którzy przyjechali na Wolę robić graffiti, chcieli ją porwać do Norwegii, by tam serwowała swoje pierogi. Odmówiła. jej miejsce jest tu. Czy zdążę spróbować tych smakołyków, zanim bar przeniesie się do lokalu, w którym będzie nowocześniej, a miejsce znajdzie się dla większej liczby stolików? Czy przed przeprowadzką zdążę zaprowadzić tam wszystkich, którym warto pokazać takie miejsce?

Spieszmy się jadać w warszawskich barach, tak szybko wypierają je chińskie i tureckie… Nie to, żebym miała coś przeciwko obcym kuchniom. Ale lubię jeść, jak u babci.

Kto chce zobaczyć więcej zdjęć – zapraszam tutaj.