Archiwa kategorii: Pisarstwo

życie pisarskie

Czyny przychodzą później, czyli kto jest człowiekiem?

Podobno w życiu nie ma przypadków. Chyba coś w tym jest, bo oto wiele tygodni temu na swoim portalu genealogicznym rozpoczęłam publikowanie skanów książek autorstwa Antoniego Skrzyneckiego, czyli dziadka mojej ukochanej stryjeczno-ciotecznej babki, do której mówiłam per „ciociu” – Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Nie przypuszczałam, że za moment wybuchnie afera z ustawą IPN.

Z ciotką Stenią, która zmarła jeszcze w 1991 roku, a pochowana została z wojskowymi honorami na cmentarzu powązkowskim, „rozmawiam” właściwie codziennie. Jej zdjęcie stoi u mnie na honorowym miejscu w gabinecie. To ona, wraz z moim ojcem, zainteresowała mnie genealogią. To ona była autorką maksymy, którą często na spotkaniach autorskich przekazuję moim nastoletnim czytelnikom: „Jeśli ktoś nienawidzi szkoły to powinien ją jak najszybciej skończyć, czyli… zdawać z klasy do klasy”. Bywałam u niej często na kawie i rodzinnych plotkach. Do niej pobiegłam po pogrzebie Grzegorza Przemyka, a półtora roku później po pogrzebie Jerzego Popiełuszki, bo ciotka mieszkała niedaleko, czyli na ulicy, która dziś nosi jego imię. Była osobą niesamowitą nie tylko ze względu na przeżycia sanitariuszki w powstaniu warszawskim, żołnierza AK czynnego także po wojnie, a więc jak to dziś się mówi, „żołnierza wyklętego”, a po wojnie więźnia Fordonu, ale także ze względu na niezwykłą erudycję. Z zawodu była bibliotekarzem i księgarzem (lub jak wolą feministki bibliotekarką i księgarką). Gdy po maturze nie dostałam się na studia i wylądowałam w BUW jako młodszy bibliotekarz powiedziała, że to najpiękniejsze miejsce, w którym mogłam pracować. Dość szybko okazało się, że miała rację. Ciotka była jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

Pierwsza w rodzinie traktowała mnie jak dorosłego człowieka. Na kawkach czy herbatkach rozmawiałyśmy o sztuce, historii i literaturze. Czytałam jej swoje pierwsze opowiadania, bo ona sama w młodości pisała wiersze. Po latach okazało się, że te patriotyczne znalazły się w jej teczce IPN jako nieprawomyślne. Wynosił je do UB jej dowódcza z Armii Krajowej, ale to historia na inną opowieść.

Antoni Skrzynecki z córką Zofią Ruszczykowską

Ciotka opowiadała, że w rodzinie tradycje literackie czy dziennikarskie są bardzo silne. Choćby jej dziadek, a szwagier mojej praprababci, był i literatem, i dziennikarzem. Nazywał się Antoni Skrzynecki. Co pisał? O czym? Kiedyś spytałam ją o to. Odparła, że pisał różne powieści. Nie drążyłam tematu, bo myślałam, że może jej przykro, że ich nie ma. Byłam pewna, że spuścizna jej dziadka spłonęła w powstaniu warszawskim w mieszkaniu jej matki na Powiślu. Być może rzeczywiście tak się stało, ale teraz, gdy poznałam o czym pisał jej dziadek myślę, że ciocia Stenia wstydziła się tej twórczości. Gdyby było inaczej z pewnością po wojnie starałaby się zgromadzić na powrót jego książki. A jednak nie zrobiła tego. Obawiam się, że przyczyną była… tematyka. Gdy zaczęłam zgłębiać sprawę odkryłam, że ciotki rodzony dziadek był… antysemitą. I to nie jakimś tam drobnym… Tytuły jego książek przerażają: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków”, czy „Czerwona jarmułka”. W każdej Żydzi przedstawiani są jako najgorsze zło, które toczy nasz kraj niczym rak. Wprawdzie znalazło się kilku historyków literatury, którzy twierdzili, że Antoni Skrzynecki miał ciekawe literackie pomysły, łatwość pisania, poczucie humoru, budował zgrabne dialogi, ale… wszyscy zgodnie twierdzili też, że treść i wydźwięk jego utworów wydaje się przerażający albo co najmniej niestosowny. Nie bronię go, bo lektura książek naprawdę przeraża. Można ją zresztą znaleźć na portalu Polona, a od wielu tygodni na moim portalu genealogicznym piekarscy.com.pl, na którym zgodnie z przyjętą na początku zasadą, prezentuję wszystko co dotyczy krewnych i powinowatych takim, jakim jest, czyli bez lukrowania. I tak kilka tygodni temu, choć nie przewidziałam wydarzeń związanych z ustawą o IPN, rozpoczęłam tam publikację skanów potwornej literatury, której odkrycie było dla mnie w swoim czasie sporym szokiem. O matko! W rodzinie (wprawdzie dalszej, ale jednak!) byli antysemici!

Postawę i poglądy Skrzyneckiego, których nie usprawiedliwiałam i nie usprawiedliwiam, a jedynie starałam się zrozumieć, tłumaczyłam sobie w sposób następujący. W dawnej Polsce były miliony Żydów, którzy kulturą, językiem i religią odstawali, a ponieważ inność i obcość budzą strach, zaś strach budzi nienawiść, więc automatycznie prowadzi to do antysemityzmu. Na szczęście nie wszyscy dają się nim zarazić. Szwagier praprababci, czyli dziadek ukochanej ciotki, Antoni Skrzynecki zaraził się nim dość mocno. To wynika z lektury jego tekstów. Czytanie powoduje u mnie dreszcze obrzydzenia i przerażenia zmieszane z zażenowaniem. Ale patrzę też na nie z punktu widzenia historyka. Tak było w Polsce przełomu wieków XIX i XX.

Skrzynecki zmarł w 1923 roku, a więc na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Nie wiedział więc, że antysemityzm doprowadzi do wojny i holocaustu, w którym odartych z człowieczeństwa Żydów zamknie się w gettach lub ześle do obozów, gdzie komory gazowe będą dla nich codziennością.

Jednak my dziś to wiemy. I dlatego nie mogę pojąć tego wylewu antysemityzmu, tych antysemickich tekstów i to często z ust ludzi, po których w ogóle bym się tego nie spodziewała. A piszę o tym wszystkim dlatego, że od kilku dni niemal codziennie otrzymuję od czytelników portalu gratulacje z powodu tak wspaniałego antenata. Przy pierwszym liście nie wierzyłam oczom i myślałam, że ktoś sobie ze mnie kpi. Potem już tylko zgrzytałam zębami odpisując, że nie jestem dumna tylko się wstydzę, ale z założenia na portalu publikuję wszystko, bo jest to portal historyczny, na którym nie dyskutuję z faktami.

I tak zupełnie na koniec. Ze opublikowanych wspomnień ojca („Tak zapamiętałem” – PIW 1979) pamiętam jego opis żydowskiego pogrzebu z płaczkami, który widział przed wojną w nowym dworze, gdy utopiła się córka jednego ze sklepikarzy. Sama byłam na kilku pogrzebach na cmentarzu żydowskim, ale żaden z nich nie był pogrzebem takim, jaki opisał mój ojciec. Były to bowiem pogrzeby świeckie. W Polsce rzadko kto, nawet jeśli jest pochodzenia żydowskiego, jest naprawdę wyznania mojżeszowego i np. obchodzi szabas – znam tylko trzy takie osoby. Z czego tylko jedna z nich jest na tyle ortodoksyjna, że naprawdę nie odbiera w soboty telefonu. Ludzi w rytualnych szatach żydowskich widziałam tylko na obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim i w Nowym Jorku, gdzie znajomy zawiózł mnie do dzielnicy żydowskiej, bym zobaczyła ich na własne oczy, bo bardzo chciałam i byłam ciekawa jak to wygląda.

Nie wiem więc, czy nie mamy przypadkiem tak naprawdę w Polsce do czynienia z antysemityzmem bez Żydów. A nienawiść do nieznanego oznacza tak naprawdę uprzedzenia. A to z kolei sprawia, że chcę zapytać. Czy umiemy wyciągnąć wnioski z historii? Czy mamy świadomość, że każda wojna zaczyna się od słów? Czyny przychodzą później.

A jako pisarka, chciałam w ramach post scriptum zacytować do przemyślenia wiersz polskiego poety pochodzenia żydowskiego Antoniego Słonimskiego.

Ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina.
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -
Gdy naród grecki z głodu obumiera,
ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Zwariowany świat byłej żony, czyli 400 adresów

Jakiś czas temu opisywałam tu pasjonującą przygodę z lekturą e-booka autorstwa pewnej byłej żony byłego premiera. Opisywałam jak owa pani przeczytawszy moje blogowe rozważania pt. „Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?” podarowała mi swojego e-booka zachęcając do lektury. A gdy poświęciłam na to kilka godzin, pochylając się nad nią z całą życzliwością i podzieliłam się swoimi spisanymi na piśmie wrażeniami, przeczytałam:

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Dodatkowo pani zablokowała mój profil na FB.

Po opisaniu tej historii na blogu (z zacytowaniem prawie wszystkich napisanych przez nią do mnie słów) dostałam mnóstwo listów. Wsparli mnie wszyscy ich autorzy. Chyba dla wszystkich moja korespondencja z autorką e-booka była sporym szokiem. Jednak więcej nie poruszałam tej sprawy na forum publicznym. Przyznam też, że szybko zapomniałam o byłej żonie byłego premiera. Do czasu. W listopadzie okazało się bowiem, że autorka słynnego e-booka nie zapomniała o mnie, a raczej… o moim adresie e-mail. Oto bowiem wysłała mi na ten adres zaproszenie do… zakupu nowego e-booka. Zaproszenie zignorowałam. W link do zakupu kolejnej książki nawet nie kliknęłam. Czytać jej rzeczy więcej nie będę, bo czasu szkoda, a po co mam się kontaktować z kimś tak pozbawionym kultury? Przemilczałam więc sprawę. Tymczasem kilka dni temu dostałam od niej kolejny list. Tytuł krzyczał wersalikami:

TYLKO W TYM TYGODNIU (tu tytuły obu e-booków) 50% TANIEJ. Wkrótce nowa książka!

Niestety ten list otworzył swoistą puszkę Pandory, gdyż nadawca, czyli osoba uważająca się za niezwykle inteligentną, umieściła adresy tych, do których wysłała ofertę tak, że były one jawne dla wszystkich nas znajdujących się na tej liście, czyli dla przeszło czterystu osób. No i się zaczęło:

„uprzejmi poproszę o wgląd do moich danych osobowych łącznie ze zgodą na komunikację marketingową, ktore Pani jak mniemam posiada – skoro wysyła Pani do mnie maile tego typu.
Nie jestem pewna, czy pozostałe 400 lub więcej osob, ktorych dane adresowe Pani udostępniła są z tego powodu szczęśliwe :)”

- napisała jedna z adresatek osobliwej oferty.

„To chyba nadaje się niestety do zgłoszenia…. Bo email jest daną osobową. Bardzo proszę o usunięcie moich danych osobowych ze swojej bazy.”

– napisała druga.

„Również oczekuję usunięcie moich danych , z Pani bazy danych. Oczekuje również od Pani potwierdzenia usuniętych danych/ osobisty Pani mail/.
Bardzo mi się nie podoba, że  tak łatwo można pozyskać gotowe dane dla marketingu bez mała wszystkich agencji reklamowych  biur marketingowych… etc…etc.. „

– napisała trzecia, a potem odezwały się pozostałe. Autorka e-booków wysłała do wszystkich kolejny list, w którym najpierw podany był link do książek, a potem w post scriptum dodano:

uprzejmie prosimy o skasowanie poprzedniego błędnie wysłanego e-maila.

Podpisany zaś pod całością był zespół, a także tytuł pierwszego e-booka oraz imię i nazwisko jego autorki. Ubawiłam się.

Przyznam, że tym razem korciło, by też coś napisać. Ale nie to, że ktoś podał mój adres do wiadomości innych osób i proszę o wykreślenie z bazy danych, bo przecież mogę zablokować maile przychodzące z konta tej pani, tak jak blokuję różne inne. Raczej korciło, by napisać coś w stylu:

Szanowna Pani, jestem zdumiona, że proponuje Pani zakup swojego kolejnego e-booka oraz informuje o planach kolejnej publikacji osobę, której opinię odrzuciła Pani bez czytania, a którą pozwalam sobie tu załączyć z nadzieją, że wreszcie Pani do niej zajrzy i uczynią to również Pani czytelnicy. W końcu w swoim czasie zarzuciła mi Pani, że promuję się Pani nazwiskiem. To dlatego nie chcąc Pani rozczarowywać przesyłam swą opinię jeszcze raz na Pani ręce, życząc tym razem wszystkim adresatom tego maila miłej lektury… i tu mój stary do niej list.

Ale nie zrobiłam tego. Bo przecież wiem, że była żona byłego premiera zapomniała o mnie. Nawet biedaczka pewnie nie wie, że w tej bazie, którą zgromadziła jest mój mail. A swoją drogą, gdybym była inną osobą (np. taką jak ona) i wykorzystała ten fakt, że dostaję na tacy adresy 400 osób, które kupiły jej e-booka oraz naprawdę odpowiedziała jej i tym wszystkim 400 osobom wysyłając ten swój stary list, to jaka byłaby jej reakcja?

Urodzona w trzynastej minucie, czyli jak to u mnie przeważnie wygląda

Nie mogę powiedzieć, że mam pecha, choć wielu znajomych tak uważa. Ja twierdze jednak, że nie jest tak źle, bo przecież w końcu w ostateczności zawsze spadam na przysłowiowe cztery łapy. Faktem jednak jest, że zanim dojdzie do szczęśliwego lądowania z reguły czeka mnie masa przygód. Tak było i ostatnio. To z ich powodu zaniedbałam pisanie bloga, ale niestety nie tylko bloga. Na szczęście powoli wracam do regularnego pisania.

Przygody nazywały się wysyp różnych dolegliwości zdrowotnych zmieszanych z nawałem spotkań autorskich, warsztatów literackich czy dziennikarskich.

Dolegliwości zdrowotne pominę i od razu przejdę do swoich „przygód”. Oto w czasie podróży po Śląsku, kiedy w pociągach starałam się czytać, to niestety ku swojej radości i jednocześnie przekleństwu wzięłam ze sobą jako lekturę najnowszą książkę Pawła Dunin-Wąsowicza „Dzika Biblioteka”. Niestety czytanie w publicznym miejscu czegoś takiego jak swoista autobiografia literacka, napisana przez kogoś, kogo zna się od 7 roku życia, nie może dobrze się skończyć. Ponieważ w czasie lektury zdarzyło mi się kilka razy dostać ataku niepohamowanego śmiechu, więc dostało mi się od współtowarzyszy podróży. Epitety, których się nasłuchałam pominę. Na dodatek srebrna zakładka, którą Ulubiony zamówił mi u jubilera z okazji 5 rocznicy ślubu, spadła mi kilka razy w pociągu za fotel i dokonywałam cudów, by ją stamtąd wyciągnąć. Jednak to wszystko było jeszcze niczym, choć podróżowałam wtedy po Śląsku z temperaturą, lekami itd.

Najgorętszym momentem był bowiem ten, kiedy wyruszyłam w podróż trasą: Mława, Białystok, Augustów, Ełk, Gdańsk, Gdynia. Z powodu pory roku w dłuższe trasy jeżdżę pociągami i autobusami. Uwielbiam prowadzić samochód, ale teraz zbyt szybko robi się ciemno, droga bywa więc niebezpieczna, a przez to także strasznie męcząca. Do Mławy wybrałam się więc pociągiem. Tam dojechałam z Dworca Wschodniego w godzinę jakąś „Luxtorpedą”, ale z powrotem do Warszawy, (skąd po kilku godzinach odchodził pociąg do Białegostoku), wracałam na Dworzec Gdański. Ten pociąg relacji Mława-Warszawa był osobowym, zatrzymującym się na każdej stacji i jadącym dwa razy dłużej niż wspomniana przeze mnie „Luxtorpeda”. Miałam rzecz jasna książkę do czytania, ale… uwagę moją przykuła grupka kilku mężczyzn jadących do pracy do jakiejś warszawskiej fabryki na drugą zmianę (ponieważ wysiedli na stacji Warszawa-Żerań, więc znajomi sugerowali potem, że może Polfa Tarchomin). Przyznam, że dawno nie słyszałam takich rozmów jak te pociągowe. Kolejna wzięta w trasę książka po chwili okazała się zupełnie nieważna, bo oto uświadomiłam sobie, że zupełnie nie wiem o czym rozmawiają tzw. zwykli ludzie. Nie chodzi o to, że mam siebie za niezwykłą, ale większość moich znajomych to ludzie wykształceni. Ci, sądząc z zachowania, języka i tematów wykształceni nie byli. O czym mówili? Zaczęło się od kłótni o Pudzianowskiego. Jeden twierdził, że to „dziad” i już „do niczego się nie nadaje”. Drugi, że przecież wygrał walkę. Pierwszy z rozmówców twierdził, że to niemożliwe, bo widział jak „ten dziad dostaje po ryju”, ale wtedy pozostali dwaj zaczęli przekonywać, że trochę dostał, ale na końcu wygrał. „Chyba” – dodał drugi. A trzeci stwierdził, że „chyba tak”. Pierwszy z rozmówców uwierzył kolegom na słowo, choć przekonywali o wygranej Pudzianowskiego używając słówka „chyba” i z rozmowy wyszło, że żaden nie obejrzał walki do końca. Ale cała trójka uznała, że racja jest po stronie tych dwóch, bo są dwaj, a większość ma rację. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić w internecie w komórce, czy Pudzianowski wygrał czy nie. Ja, jak to dziennikarka, w międzyczasie sprawdziłam. (Wygrał z Jay Silvą w październiku w Dublinie na punkty). Ale dla panów nie miało to znaczenia. Rozpoczęli obgadywanie znajomych. Tak… faceci też plotkują. Nawet tacy twardzi robole. Ofiarą ich plotek padł kolega. Rozmowę sobie zanotowałam, bo była niezwykła. Brzmiała tak:

- Zenek to hajta się. Koledzy już dla niego nie istnieją – powiedział jeden z nich.

- Dziewczynę ma? – spytał drugi.

- Jakaś dziwa – stwierdził ten pierwszy.

- Fajna?- spytał drugi.

- Nie wiem. Pierdoli ją bez przerwy. Tak oszalał na jej punkcie.

- No i co? – spytali obaj niemal na raz.

- Nic. Już ma nas w dupie.

Ta porywająca rozmowa sprawiła, że się zadumałam nad tematami polskiego ludu i jego słownictwem, że o mały włos, a odjechałabym pociągiem na bocznicę, bo nie zauważyłam, że jestem na stacji końcowej, czyli Warszawa Gdańska. Ale to był dopiero początek tego „seta przygód”. Tego dnia jechałam bowiem dalej, czyli do Białegostoku. Zapowiadano śnieg, więc założyłam długie, czerwone buty. Krótkie nubukowe wsadziłam do walizki. Pogoda zmieniła się w połowie podróży. Gdy wysiadłam na białostockim peronie walił śnieg z deszczem. Peron zmienił się w wielką kałużę, a ja zanim doszłam do postoju taksówek, zdążyłam kompletnie przemoczyć buty. Nocowałam w Centrum Kultury Prawosławnej. W przemoczonych butach nie chciałam iść na kolację. A nubukowych było żal, bo wiedziałam, że przemoczę je natychmiast. Kolacja z dowozem mogła być najwcześniej za godzinę, więc położyłam się spać bez jedzenia, popijając aspirynę gorzką herbatą i kładąc na kaloryferze wypchane papierem toaletowym buty. Do rana wyschły. Przemyłam je płynem micelarnym do demakijażu, smarując potem kremem Nivea, bo tylko to miałam w kosmetyczce. Rano pojechałam do Augustowa na spotkanie autorskie, niestety po drodze powtórnie przemoczyłam nogi. W trzech augustowskich sklepach obuwniczych usiłowałam kupić kalosze, ale tylko jedne były mojego rozmiaru. Niestety zbyt długie, bym mogła w nich chodzić. Kompletnie uniemożliwiały mi zginanie nóg w kolanach. Żeby było weselej, po przymierzeniu nie byłam w stanie ich zdjąć. Musiały mi pomagać panie bibliotekarki, które usłużnie zawiozły mnie do sklepu słysząc o przemoczonych nogach. W autobusie Augustów – Ełk, a potem w pociągu Ełk – Gdańsk, wyobrażałam sobie siebie w tych za długich kaloszach, jak idę w nich niczym robot, a potem w pokoju gościnnym gdańskiej Biblioteki Publicznej błagam pana ochroniarza, by pomógł mi je zdjąć. Ech… pewnie jednak bym się wstydziła prosić o pomoc i znając siebie położyła do snu w kaloszach.

W Gdańsku miałam być przed 20:00. Planowałam więc kupno kaloszy w pobliskiej Galerii Handlowej, czynnej do 21:00. W pociągu sprawdziłam jaki tam jest sklep z butami i wybrałam stosowny model. Chodziło mi o to, by zakupu dokonać szybko i pójść jeść. W końcu poza śniadaniem w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej tego dnia zjadłam tylko kanapkę na dworcu w Ełku. Niestety pociąg miał opóźnienie i w Gdańsku znalazłam się na pół godziny przed zamknięciem Galerii. Poprosiłam taksówkarza, by zawiózł mnie do Biblioteki (bardzo blisko dworca), gdzie miałam nocować w pokoju gościnnym, bym zostawiła tam bagaże. On miał na mnie poczekać i zawieźć po te kalosze. Szybko jednak okazało się, że u mnie nic nie może być prosto. Gdańsk rozkopany i choć bibliotekę widzieliśmy oboje żadne z nas nie wiedziało jak się tam dostać, bo budynek obstawiony był płotami budowy. Jakoś wreszcie się udało. Zostawiłam bagaże panu ochroniarzowi i pojechaliśmy do Galerii, w której do sklepu CCC wpadłam na 5 minut przed zamknięciem krzycząc od progu, że ‚proszę o kalosze Lasocki nr 39!’ Były.

Zapłaciłam, zmieniłam przemoczone buty na kalosze i… postanowiłam coś zjeść. Na mapie sprawdziłam, gdzie jest najbliższa knajpa. Niestety… był w niej tłok, tylko jeden wolny stolik, przy którym siadłam i po kwadransie czekania na to aż zauważy mnie obsługa, dla której, jako osoba samotna, byłam chyba mało atrakcyjnym klientem – wyszłam na dwór. Wyszukałam w sieci inną knajpę, sprawdziłam opinie o niej i zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Tam okazało się, że zupa kosztuje majątek, ale… byłam tak zmęczona, że stwierdziłam: „raz kozie śmierć” i zjadłam chyba najdroższą samotną kolację. Wprawdzie wartą swojej ceny, bo przepyszną, ale jednak w takiej scenie, jaką płacę za 5 obiadów literackich w Domu Literatury. Wreszcie zamówiłam taksówkę do Biblioteki, by położyć się spać. Niestety nic nie może być w porządku, więc w połowie drogi zorientowałam się, że tam gdzie jadłam kolację zostawiłam moje przemoczone buty i musiałam się wracać. W łóżku byłam po 23:00, wcześniej ponownie myjąc buty płynem micelarnym do twarzy i smarując kremem Nivea. Następnego dnia spotkanie miałam w Gdyni o 15:00, ale wcześniej byłam umówiona ze znajomym w knajpce w Gdańsku. Sama wybrałam knajpkę i podałam godzinę. Chyba nie byłam jednak specjalnie zdumiona, gdy następnego dnia stanęłam przed… zamkniętymi drzwiami, na których wisiała kartka z informacją, że w lokalu do 6 grudnia trwa remont. Powlekłam się do lokalu obok, gdzie znajomy mnie odnalazł. Popołudniowe spotkanie z czytelnikami zostało zaplanowane na 15:00. Miało być dla młodzieży – uczestników warsztatów, ale… było dla dorosłych, bo młodzież nie przyszła. Tego dnia w domu byłam przed północą. Następnego była niedziela. Nie miałam siły wstać, ale… musiałam, bo przecież czekały na mnie kolejne obowiązki.

A opisałam to wszystko, bo… spadłam na cztery łapy? Spadłam! A to, że po drodze się poobijałam, połykałam aspirynkę, pobolało mnie to czy tamto, zapłaciłam za kolację „jak Cygan za matkę” cóż… urodziłam się o godzinie 11:13…, a ponieważ u mnie wszystko przeważnie tak wygląda, więc? To chyba sprawka tej trzynastki. Oczywiście pod warunkiem, że to ona naprawdę przynosi pecha.

List otwarty do Krystyny Pawłowicz

Szanowna Pani,

Z oburzeniem, ale przede wszystkim z wielkim smutkiem, przeczytałam Pani wpis na Facebooku dotyczący samobójczej śmierci czternastoletniego Kacpra. W dzieciństwie przeszłam straszny mobbing w szkole, bo byłam inna. Wzruszałam się byle drobiazgiem. Nazywano mnie beksą. Wyzywano od ślepych (okulary nosiłam od 4 roku życia), a przede wszystkim głupich. Bito i kopano. Wleczono po podłodze. Wkładano mi głowę do sedesu, przygniatano deską i spuszczano wodę. Metod gnębienia mnie było wiele. Sporo na ten temat w swoim czasie napisałam na swoim blogu i powtarzać się nie mam zamiaru. Konkluzja? Przeżyłam tylko dlatego, że wtedy jeszcze nie było… internetu i Facebooka, na którym dziś różne osoby, w tym Pani, wyrzucają z siebie swoje frustracje opluwając innych. Często zakładają strony lub grupy, by gnębić bliźnich. Podejrzewam, że gdybym dziś miała 12 lat rzuciłabym się z mostu do Wisły. Na szczęście tak się nie stało, więc moi oprawcy mogą spokojnie żyć bez wyrzutów sumienia, jakie za jakiś czas zapewne dopadną tych, z powodu których zabił się czternastoletni Kacper.

Gnębienie w okresie nastoletnim bywa nie tylko z powodu orientacji seksualnej. Częściej z powodu tuszy, okularów, jąkania się, wystających zębów, nadwrażliwości itd., po prostu z powodu jakiejkolwiek inności. Czy rozumie Pani określenie „jakakolwiek inność”? Czy dla Pani inna może być tylko orientacja seksualna?

Czy naprawdę polska kobieta, naukowiec i parlamentarzystka w Pani osobie, nie jest w stanie wykazać się odrobiną empatii w stosunku do nieżyjącego czternastolatka i innych, którzy teraz przeżywają to, co przeżywał on zanim zdecydował się na swój tragiczny w skutkach desperacki krok? Zachowuje się Pani nie jak wrażliwa kobieta i dama, którą powinna Pani być, ale jak głupia Maria Antonina, która kazała głodnemu ludowi żądającemu chleba jeść ciastka oraz jak Pani szalony oponent Stefan Niesiołowski, co to proponował niedożywionym dzieciom, by jadły szczaw rosnący przy torach.

Jak większość polityków jest Pani oderwana od rzeczywistości, a jako osoba, która nie jest ani matką ani babką, nie wie Pani nic o tym, co dzieje się w polskich szkołach, a tym samym jakimi słowami obrzuca się polska młodzież. Tymczasem wszyscy polscy politycy mają w tym swój udział. Pani także! To wasze teksty o szmatach, zdradzieckich mordach, uchodźcach, pedałach itd. mają swoje odzwierciedlenie w codziennym języku polskiej młodzieży. Naprawianie świata i Polski proszę zacząć od siebie i swojego języka debaty publicznej!

Jako pisarka, pisząca m.in. dla młodzieży, niemal po każdym spotkaniu autorskim wysłuchuję od kogoś z czytelników opowieści o tym jak, jako jednostka, jest gnębiony przez rówieśników. Tak bowiem jest, że w każdej szkolnej społeczności jest lider i kozioł ofiarny. Opisywał to już Bolesław Prus w słynnej nowelce „Grzechy dzieciństwa”, której bohater przyjaźnił się z gnębionym garbusem Józiem. Przypominam Pani, że akcja noweli dzieje się w XIX wieku. Przypominam też Pani lekturę szkolną pt. „Chłopcy z placu Broni” węgierskiego pisarza Ferenca Molnara, której bohater Nemeczek był gnębiony m.in. dlatego, że był najmłodszy, najmniejszy i najsłabszy. Gnębienie w szkole nie jest więc wymysłem XXI-wiecznych lewaków, ale taka jest psychologia człowieka i tłumu. Mechanizm antropologiczny kozła ofiarnego występuje bowiem we wszystkich kulturach. Ludzie w grupie czują się mocni. Zwłaszcza, gdy mają lidera. Przeciwnikiem lidera albo całej grupy zwykle jest kozioł ofiarny. Może się nim stać każdy!!! Zwłaszcza, gdy jest słabszy, wrażliwy i trochę odstaje od reszty. No i gdy jest nowy. Kozłem nie chce być nikt. Ale niestety zawsze ktoś jest. Czasem grupa traktuje go w miarę znośnie szydząc tylko trochę, a czasem gnębi wprost obrzydliwie. Niestety obecna szkoła nie broni dzieci pełniących rolę kozłów ofiarnych w swojej grupie przed atakiem rówieśników. Nie zostały wdrożone żadne procedury mogące przeciwdziałać takim zachowaniom. Zaś atak poza szkołą szerzy się dodatkowo w internecie, do którego przenosi się dzięki nowym technologiom. Dlatego to gnębienie ma większy zasięg i bardziej boli. Nie ma już dla zaszczutego dziecka bezpiecznego miejsca jakim kiedyś był dom. Bywa, że nie pomaga nawet zmiana szkoły, bo internet nie zapomina. Ohydne wpisy ciągną się za ofiarą jak piętno. Pani też internet tego wpisu nie zapomni. Zwłaszcza, że dała nim Pani zgodę na gnębienie słabszych psychicznie dzieci. Obarczyła Pani winą za ten stan rzeczy jedną stronę sceny politycznej, a tymczasem winni są temu wszyscy politycy. Czy rozumie Pani słowo „wszyscy”? Winien jest język debaty publicznej! Język jakim zwracają się do siebie dorośli. To język, którego używają w parlamencie. To język, którego i Pani używa na portalu Facebook, zapewne po to, by zyskać popularność.

Kozłem ofiarnym może stać się też cała grupa ludzi dla jakiegoś narodu. W latach 30. XX wieku byli to Żydzi, dziś… uchodźcy. Naukowcy twierdzą, że grupa szuka kozła ofiarnego w momencie kryzysu, którego przyczyną może być m.in. katastrofa polityczna, do której należy np. polityczna słabość struktur danej kultury. Coś w tym jest. To wy polscy politycy jesteście słabi, a swoją słabość obnażacie wypowiadając i wypisując słowa, które potem bezmyślnie powtarzają czternastolatkowie, a także dwunastolatkowie, a nawet dziesięciolatkowie i młodsi używając ich do gnębienia innych. Moja przyjaciółka, która jest nauczycielką, opowiedziała mi, jak gnębiono dwunastoletnią uczennicę w jej szkole. Były to między innymi słowa: „ty zawszony uchodźco, ty szmato, ty prostytutko, ty dziwko arabska, ty brudna kurwo!”. Klasa nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co zarzuca koleżance i dlaczego wypisuje takie rzeczy o niej w internecie, poza tym, że dziewczynka była… nowa. Miała polskie imię i nazwisko, bo była Polką. Nie miała innego koloru skóry. Nie była lesbijką. Bycie nową w klasie to była jedyna popełniona przez nią „zbrodnia”. A nawet gdyby była innej orientacji seksualnej, innego wyznania, koloru skóry, pochodzenia, narodowości to co? Wolno wyzywać i gnębić? Pani swoim wpisem właśnie dała zgodę na tego typu zachowanie. Wstyd! I hańba!

Jednak wolę minusy

Miałam trzy, może cztery lata, gdy rodzice, bacznie mi się przyglądając, stwierdzili, że czasem jedno oko leci mi w bok, czyli… mam zeza. Postanowili pójść ze mną do okulisty. Wtedy najlepsza w Warszawie okulistka przyjmowała w przychodni na ulicy Lwowskiej w Śródmieściu. Kamienica, w której mieściła się przychodnia była stara i bardzo piękna. Ogromne wrażenie robiła na mnie zwłaszcza klatka schodowa z pięknymi schodami i poręczami. Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszą wizytę – bardzo długo czekałam w kolejce. Wreszcie pani doktor obejrzała mnie i przepisała okulary, a także ćwiczenia korygujące zeza, na które przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie. Ćwiczenia polegały na tym, że patrzyłam w lupy specjalnego aparatu. Jednym okiem widziałam psa, a drugim budę. Ręce trzymałam na dwóch gałkach i, ruszając nimi, starałam się „wprowadzić” psa do budy. Po kilku próbach nudziło mnie to, więc pani doktor zmieniała obrazki i wtedy w jednej lupce pojawiał się pajacyk ze szmatką w prawej ręce, a w drugiej taki sam pajacyk, ale z kółkiem w lewej ręce. Moim zadaniem było zrobienie z dwóch pajacyków jednego. Takiego ze szmatką w prawej i kółkiem w lewej ręce. Te ćwiczenia najpierw wydawały mi się fajne, ale gdy co dwa tygodnie musiałam je powtarzać, męczyły. Okulary mi nie przeszkadzały, bo lepiej dzięki nim widziałam, ale dość szybko zorientowałam się, że w nich jestem inna, a dzieci nie lubią innych. Zaczęło się w przedszkolu, z którego wróciłam do domu z pytaniem, co to znaczy „okularnik”. Mama od razu domyśliła się, o co chodzi, ale chyba udawała, że nie wie, bo jej wyjaśnienie brzmiało, że jest to wąż. W encyklopedii Orgelbranda pokazała mi rysunek przedstawiający takiego węża. To mi w ogóle nie pasowało. Wąż? Ja? Na szczęście dzieci w przedszkolu po jakimś czasie przyzwyczaiły się do moich okularów. Gorzej było na wakacjach w rodzinnej miejscowości babci Konstancji, czyli w Zwierzyńcu nad Wieprzem. Tam moja daleka kuzynka nazwała mnie ślepą. Popłakałam się. Tak chciałam, by mnie polubiła. Ona miała długie, złote włosy i grzywkę zaplataną w warkoczyk i przypinaną wsuwką. Przy niej czułam się nieatrakcyjną szarą myszką. Tymczasem ona nie chciała się ze mną bawić. Jej zdaniem byłam brzydka, no i nosiłam okulary. To przekonanie o braku urody zostało mi do dziś. Na szczęście z wiekiem polubiłam okulary.

To fragment moich niepublikowanych wspomnień o tym, jak zostałam pisarką. Wspomnień opisujących moje życie do chwili, gdy skończyłam 8 lat, kiedy podjęłam życiową decyzję, że chce pisać i zaczęłam postanowienie wcielać w życie. Powyższy fragment przytoczyłam ze względu na okulary.

Od pierwszych moich okularów minęło bowiem ponad 45 lat. Przez ten czas zmieniło się wiele, także w medycynie, a co za tym idzie w okulistyce. Już wiem, że zez wynikał (i wynika) z braku obuoczności widzenia. Nie mam połączonych ze sobą w mózgu nerwów wzrokowych. Na otwieranie czaszki i grzebanie w mózgu raczej się nie zgodzę, choć z tegoż powodu wada wzroku powiększa mi się i teraz wynosi -4,5. Kilka dni temu okulistka (siostrzenica zresztą) przepisała mi recepty na okulary o mocy -4. Na mocniejsze mam je zmienić najwcześniej za pół roku. Ten brak obuoczności widzenia powoduje też, że bez okularów zezuję mocniej. Dlatego bardzo rzadko noszę szkła kontaktowe, które po prostu mnie męczą. Chyba, że… mam do nich zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Ze szkieł przeważnie korzystam na basenie, w czasie wycieczek rowerowych etc. Pewnie dlatego jakoś nigdy nie kupiłam sobie porządnych okularów przeciwsłonecznych, co z kolei powodowało, że rzadko korzystałam ze szkieł kontaktowych, bo nie lubię zezować. Teraz, przy okazji zmiany wszystkich par okularów, ponieważ na wstawienie nowych szkieł w oprawki trzeba poczekać kilka dni, więc postanowiłam zmienić także to. Korzystając z posezonowych wyprzedaży kupiłam porządne okulary przeciwsłoneczne, by móc czasem założyć szkła kontaktowe. No i… założyłam. Przyznam, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek siedziałam w szkłach kontaktowych przed laptopem, raczej jeśli już, to przed komputerem stacjonarnym. Pewnie dlatego nie miałam kłopotów z widzeniem. Tym razem okazało się, że w szkłach nie jestem w stanie obciąć sobie skórki przy paznokciach. Nie jestem też w stanie przeczytać czy napisać czegokolwiek na laptopie. Musiałam poważnie odsuwać się od monitora, a wtedy nie sięgałam dłońmi do klawiatury. Mało tego! Okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać nic na smartfonie. Była sobota, kiedy założyłam szkła. Chodzenie po ulicy super, ale… jak w nich pisać na komputerze? Pobiegłam do Rossmana po okulary do czytania. Wybrałam najtańsze o mocy +1 i okazało się, że mając szkła kontaktowe mogę dzięki nim czytać na komputerze i smartfonie. Stwierdziłam jednak, że taki zestaw będzie ostatecznością. Dlatego natychmiast wydłubałam z oczu szkła kontaktowe. Będę z nich korzystać wtedy, gdy będę wiedzieć, że przede mną wizyta w kinie lub teatrze, a nie długie pisanie.

A ponieważ droga do Rossmana wiodła przez bankomat, z którego chciałam skorzystać używając kodu blik, co z powodu szkieł kontaktowych jednak proste nie było, więc refleksję mam taką. Wolę jednak być krótkowidzem. Owszem, nie jestem w stanie oglądać bez okularów telewizji, nie mogę prowadzić samochodu, ale mogę czytać i pisać, a to dla mnie zdecydowanie najważniejsze.

Napisałam zaś to wszystko m.in. dlatego, że tyle osób namawia mnie na operację krótkowzroczności, a ja do tej pory wahałam się. Jednak po opowieści przyjaciółki, która zoperowała sobie taką wadę wzroku, a po kilku latach od operacji musiała zacząć nosić okulary do czytania oraz po moim ostatnim własnym doświadczeniu ze szkłami kontaktowymi, jednak się nie zdecyduję. Wiem dobrze, jak to jest być krótkowidzem, a teraz poznałam czym jest dalekowzroczność. I stwierdzam, że ta lepsza jest w życiu, a nie w okulistyce.

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!