Archiwa kategorii: Pisarstwo

życie pisarskie

Czar Starego Gmachu

Był rok 1986, kiedy nie dostałam się na studia. Egzaminy zdałam na piątki i czwórki, ale słabe świadectwo i brak punktów za pochodzenie sprawiły, że miejsc na uczelni dla mnie zabrakło. W tamtych czasach można było na dodatkowe punkty na studia zapracować. I tak we wrześniu 1986 roku by zarobić na te punkty zjawiłam się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, która mieściła się w starym gmachu. To dzięki pracy w BUW przeczytałam wtedy książkę „Mikołajek w szkole PRL”. Nie była tak dobra literacko jak francuski pierwowzór, ale… opisywała coś, co znaliśmy wszyscy. To wtedy zdobyłam sporą kolekcję znaczków wydaną w latach 80-tych przez polskie podziemie niepodległościowe, bo pracownicy BUW sprzedawali je między sobą. Nie było podziału między ludźmi. Wszyscy byliśmy jednością. A najważniejsze dla nas były książki. To z powodu książek na swoje miejsce zdobywania punktów na studia wybrałam BUW, a nie na przykład szpital. W BUW przyjęto mnie do działu katalogów najpierw jako stażystkę, a potem na stanowisko młodszego bibliotekarza. W dziale obok pracował Piotr Matywiecki. W BUW w przerwach w pracy, na starej maszynie stojącej przy moim biurku, pisałam swoje pierwsze, drukowane w prasie opowiadania. Natomiast w ramach pracy m.in. przepisywałam stare, ręcznie pisane, przedwojenne karty katalogowe, a ponieważ te stare trzeba było wyrzucać, więc… brałam je na pamiątkę do domu. „Stary Gmach” Piotra Matywieckiego przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To dla mnie powrót do BUW, mojego pierwszego miejsca pracy. Jedynego, w którym byłam bezgranicznie szczęśliwa. Jedynego, w którym nie płakałam. Jedynego, za którym tęsknię, choć spędziłam tam tylko rok.

Myliłby się jednak czytelnik, który podejrzewałby, że „Stary Gmach” Matywieckiego to banalne wspomnienia starego bibliotekarza o statusie poety, czy wiecznego poety, w którym na zawsze tkwi bibliotekarz. To swoisty esej o kulturze i książce, przeplatany rzecz jasna wspomnieniami i anegdotami, ale będący próbą odpowiedzi na pytanie o rolę książki, literatury i biblioteki największej warszawskiej uczelni humanistycznej w życiu polskiego społeczeństwa i polskiej inteligencji.

Głównym bohaterem książki jest bowiem nie tyle sam budynek starego BUW, ile księgozbiór i literatura. Tak, jakby tytułowy „Stary Gmach” był pretekstem do opowiedzenia czytelnikom o książkach, które kształtowały i autora i jego środowisko i całe pokolenia czytelników tej specyficznej biblioteki. Matywiecki cytuje nie tylko bibliotekarzy, opowiadając przy okazji o historii księgozbioru, ale cytuje też poetów, pisarzy, naukowców i filozofów. Opowiada o ich wizytach w BUW. Jednak w większości te opowieści mają charakter anegdot nie tyle o człowieku, ale o kulturze czy literaturze. Dobrym przykładem jest ta o obwieszczaniu czytelnikom, że czas kończyć pracę, bo zbliża się pora zamknięcia. „Przechadzałem się po salach i z namaszczeniem, głośno, kilkakrotnie obwieszczałem: „Proszę Państwa, zamykamy!” – bawiło mnie, że w te sposób cytuję Ziemię jałową Eliota i że tylko ja jestem świadom tej mojej literackiej gry. Ale po jakimś czasie natrafiłem na felieton Tadeusza Komendanta w czasopiśmie „Nowy Wyraz”. Komendant bawił się w tym felietonie nieświadomością bibliotekarza BUW-u, który swoim „proszę państwa, zamykamy” bezwiednie wchodzi w literacki świat wtajemniczonych. Poczułem się śmieszne urażony w mojej poetyckiej erudycji.”

W tym roku księgozbiór BUW kończy 200 lat. Jego główna siedziba mieści się już w zupełnie nowym gmachu na Dobrej. I choć ten nowy i przestronny budynek na pewno jest wygodniejszy, przystosowany do niepełnosprawnych, obszerniejszy itd., to trudno spodziewać się, że szperając w jego magazynie znajdzie się wetknięte pomiędzy zgromadzone w nim książki karteczki, listy i notatki pamiętające poprzednie epoki i poprzednie pokolenia bibliotekarzy. Książka Piotra Matywieckiego zastępuje je wszystkie. Warto po nią sięgnąć, by zajrzeć tam jak do starego bibliotecznego magazynu. Można właściwie otwierać w dowolnym miejscu i czytać na wyrywki. Tak, jak ja przeszło 30 lat temu podczas nocnego dyżuru czytałam wyciągane z magazynu na chybił trafił książki traktując je jak swoistą wróżbę. „Co mnie, czytelnikowi, przyniesie los? Powiedz o książko!” Co powiedział mi „Stary Gmach?”

„I jest oczywiście ta zupełnie nowa wirtualna przestrzeń internetu, do której prosto z sali zapełnionej komputerami wchodzą „użytkownicy”. Może tam, w jakiejś zupełnie innej formie, odżyją mit i prawda wielkiej biblioteki?
Bo dawniej ten mit i prawda spełniały się na moich oczach. Nabywanie erudycji dokonywało się jako coś naturalnego, było oddechem czytelniczych sal.”

Warto wsłuchać się w ten oddech, a można to zrobić sięgając po „Stary Gmach”.

PS A ja tu kiedyś opisywałam panią Marię Kicińską, z którą pracowałam w BUW i szczerze żałuję, że Piotr w swojej książce ją pominął, bo była to niezwykle barwna postać, ale cóż… nie on z nią był w jednym pokoju, ale ja.

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?

Od kilku dni media informują mnie (na szczęście nie wszystkie), że była żona pewnego byłego premiera wydała książkę. Ponieważ i tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a owa pani bardzo chce być medialna – napiszę wprost. Mam na myśli Izabelę Olchowicz-Marcinkiewicz i jej książkę „Zmiana”. Ponieważ półtora roku temu napisałam sztukę o tym, jak popkultura zżera kulturę, jak pamiętniki celebrytów wypierają z bibliotek naprawdę wartościowe dzieła, więc… postanowiłam zajrzeć do wyznań „słynnej” z „fajnej bluzeczki” Izabel, która w swoim czasie pisała wiersze na blogu eks premiera, dziś występującego w roli podwójnego eks, bo także eks męża. Gdyby nie moja własna sztuka na pewno nie miałabym takich chęci. Ale chciałam zobaczyć, czy od napisania przeze mnie „Bubloteki”, jako społeczeństwo nadal zjeżdżamy po równi pochyłej w piekielną otchłań bzdur?

Najpierw pojawiły się u mnie dwa podstawowe pytania. Kto to wydał? Gdzie tę książkę znaleźć? I tu natknęłam się na pierwszy problem. Szybko bowiem okazało się, że książka istnieje jedynie na specjalnej stronie internetowej założonej przez… samą Izabel (i na portalu Amazon). Mało tego! By ją przeczytać trzeba ją kupić, czyli zapłacić prawie 20 złotych. Nie jest to wielka suma, ale nie lubię kupować kota w worku. Lubię książkę obejrzeć. Zwłaszcza gdy nie wiem, jak autor pisze, albo podejrzewam, że nie robi tego zbyt dobrze. Tu miałam takie podejrzenia, bo pamiętałam „wiersze” tej pani. Tej książki i tak bym zresztą nie kupiła. Mam gigantyczną bibliotekę liczącą kilka tysięcy woluminów i już mi się książki w domu nie mieszczą, więc starannie dobieram te, które kupuję. Tę bym przeczytała na stojaka w księgarni lub pożyczyłabym z biblioteki. Nie jest to jednak możliwe. Książka jest bowiem tylko w wersji elektronicznej. Zajrzałam więc we fragmenty oferowane za darmo. Treści nie ma tam za wiele, ale można poznać styl. Powinnam przemilczeć, ale napomknę, że przydałaby się jednak jakaś redakcja i korekta. Tak, jak i umieszczone na stronie nagranie, w którym autorka zachęca do przeczytania, powinno być zrobione jeszcze raz, bo pani robi koszmarne błędy językowe. Wrócę jednak jeszcze do książki. Na górze każdej ze stron darmowych fragmentów napisano: „wersja demonstracyjna – kopiowanie zabronione”. Nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego, co przeczytałam (dostępne są cztery strony i okładka) miałabym skopiować i w jakim celu. Nie bardzo jest bowiem co cytować. Nie bardzo jest też co streszczać. Ktoś powie, że przecież to tylko cztery strony, ale są dzieła, których cztery strony to AŻ cztery strony. Te cztery strony „Zmiany” nie zachęciły mnie. Nawet nie dlatego, że nie lubię elektronicznych wersji. Lubię papier. Lubię czytając zobaczyć, ile zostało mi do końca lektury. Lubię wrócić do początku, jak książka jest dobra. Lubię też czasem ołówkiem napisać coś na jej marginesie. Ale jeśli coś jest pasjonujące to przeczytam i na ekranie komputera. Po czterech stronach wnioskuję, że „Zmiana” taka nie jest. Jednak tej książki w ogóle nie ma w formie papierowej. Mimo tego Izabel i jej publikacja trafiły do mediów, a nawet telewizji śniadaniowej. Redaktor Mateusz Hładki przeprowadził z autorką wywiad w Dzień Dobry TVN, z czym zapoznałam się w sieci. Wprawdzie moim zdaniem fakt, że w ogóle wywiad powstał jest szkodliwy, bo są osoby, których nie powinno się zapraszać do żadnych stacji telewizyjnych, ani do żadnych programów,  gdyż te osoby nic sobą nie reprezentują. Pal jednak sześć! Takie mamy widać czasy, że mentorami są już nie tylko dziewczyny wydymające ostrzyknięte botoksem wargi na trybunach stadionów, nie tylko żony piłkarzy, ale też byłe żony byłych premierów same sobie wydające książki w wersji elektronicznej. W każdym razie powstał bardzo zgrabnie przeprowadzony wywiad, z którego wynika (a nie mam podstaw by nie wierzyć dziennikarzowi, który publikację przeczytał), że w „Zmianie” wszystko kręci się wokół małżeństwa Izabel z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Małżeństwa, które w swoim czasie ośmieszyło polityka. Nawet nie dlatego, że pozwalał narzeczonej korzystać ze swojego bloga, by zamieszczała na nim te straszne wiersze. Ani nie dlatego, że do sieci wyciekło nagranie, kiedy premier szykował się do wywiadu, a tuląca się do niego Izabel pytała, czy ma fajną bluzeczkę, co zaowocowało potem grą komputerową w ubieranie Izabel. Promowanie prywatnego życia w tak tandetnej formie musiało doprowadzić polityczną karierę Kazimierza Marcinkiewicza do tragicznego końca. Dziś rzadko kto pyta go o zdanie, choć być może pytano by częściej, gdyby nie eks żona.

fot. za www.bijamnieniemcy.pl źródło gazeta.pl

Autorka we wstępie „Zmiany” napisała: „Nie jestem pisarką, nie miałam ambicji nią zostać, jednak czasem przychodzi moment, że zbiera się w człowieku masa przemyśleń i wtedy zabiera się do pisania.” Prawda. Też mam różne przemyślenia. Też je zapisuję. Ale na litość boską nie wszystkie publikuję! Ludzie często piszą. Nie wszystkie jednak swoje zapiski upubliczniają. Barbara Himilsbach, którą miałam przyjemność poznać, pisała pamiętnik. Pisała dla siebie. Pisała z tęsknoty za mężem – Janem Himilsbachem. Nie miała zresztą zamiaru tego pamiętnika wydawać. Został opublikowany po jej śmierci. Stanowi wstrząsający zapis trudnej miłości i tęsknoty za zmarłym mężem, z którym życie nie było usłane różami.

„Książka” byłej żony nieszczęsnego polityka podobno jest o adopcji, bezpłodności i depresji. Tak twierdzi autorka. Ale z wywiadu wynika, że w większości jest jednak o jej małżeństwie. Tak też wnioskuję na postawie tych czterech stron bezpłatnej zajawki. Izabel twierdzi, że mąż nigdy jej nie kochał. Być może. Problem jest w tym czy to kogokolwiek poza nią obchodzi? Z zainteresowania mediów publikacją „Zmiana” oraz faktu zaproszenia tej pani do TVN-owskiej śniadaniówki wnioskuję, że niektórzy dziennikarze myślą, że tak. A skoro ludzi to interesuje powstaje pytanie. Czemu ta pani nie znalazła poważnego wydawcy na swoje wyznania? Takiego, który zrobiłby chociaż korektę tekstu, że o redakcji nieśmiało napomknę? (Własnych błędów nigdy się nie widzi. Dlatego pisarze mają redaktorów i korektorów swoich książek.) Z badań polskiego rynku wydawniczego wynika, że gdy książka sprzeda się w nakładzie wyższym niż 5 tysięcy jest to sukces. Czemu żaden wydawca nie zainwestował w to „dzieło” i nie zechciał tego wydać? Czemu słynna Izabel wydała to sama i to w takiej formie? Książka papierowa zawsze trafia do Biblioteki Narodowej. Gdzie trafia taka, która jest tylko elektroniczną?

PS W czym gorszy jest „mój” Nino z Lailonii i jego opowieść o bezdomności? A jednak nikt nie chce go zaprosić do żadnej telewizji. Ale cóż… nie był mężem żadnej pani polityk.

PS.2. Ponieważ po tym tekście odezwała się do mnie jego bohaterka, co zostało przeze mnie opisane tutaj, zniesmaczona tym kontaktem usunęłam z wpisu tagi z nazwiskiem jej i jej byłego męża.
Nie chcę cenzurować tego tekstu, ale ponieważ ten wpis na blogu wyskakuje w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwisk tych państwa, wolę, by link do niego był umieszczony na szarym końcu listy wyszukiwania.

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

Grafomania źródłem życia

Znajoma pisarka, koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pokazała mi w sieci pewien teledysk. Przeszłabym obok niego obojętnie, bo śpiew taki sobie, zdjęcia nudne, a tekst banalny, ale… piosenkę nagrała inna pisarka w celu promowania swojej książki. Słyszałam już o tej autorce. Powiem więcej. Miałam wątpliwe szczęście przeczytać dwa rozdziały jednej z jej książek. Były zamieszczone w internecie, kiedy książka była promowana przez jeden z ogólnopolskich portali. Po lekturze tych dwóch rozdziałów, do książki z której pochodziły zajrzałam tylko na chwilę, by ze smutkiem się przekonać, że to co przeczytałam w sieci to nie „sen wariata”, ale coś, co naprawdę zostało wydrukowane i wydane przez profesjonalne wydawnictwo. Na dodatek jedno z najlepszych w Polsce. Byłam tym szczerze i prawdziwie przerażona. Po pierwsze: to co pierwotnie wzięłam za nieudolne streszczenie banalnej książki było… jej fragmentem! Po drugie: język utworu był koszmarny! Po trzecie: w powieści (co stwierdzam na podstawie naprawdę uważnie przeczytanych dwóch rozdziałów) autorka ślizga się po tematach streszczając wydarzenia jakby szybciej chciała to opowiedzieć. Jednym słowem pisze na kolanie i chyba nie czyta tego co sama napisała. Pisze zaś bardzo dużo. Tylko w tym roku wydała kilka książek. Kim jest człowiek, który dużo pisze i sam tego nie czyta? Ano grafomanem. Grafomania jest to bowiem „patologiczny przymus pisania utworów literackich”. Kim jest człowiek ogarnięty grafomanią? Przeważnie jest to ktoś, kto „łączy przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego przez fachowców”.

Wspomniana przeze mnie autorka jest bez wątpienia grafomanką. Jej twórczość nosi wszystkie znamiona tego zjawiska. Fachowcy literatury zbywają ją milczeniem. Prywatnie poproszeni przeze mnie o ocenę załamują ręce: nad językiem, stylem i tym ślizganiem się po tematach. Szanowani i uznani krytycy literaccy zgodnie mówią, że to najgorsza rzecz jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Zwłaszcza, że wydawane jest to w gigantycznych nakładach, a nawet dodawane do poczytnych gazet. Poważni pisarze milczą na temat tego zjawiska, bo krytyka z ich strony oznacza zmierzenie się z zarzutem bycia zazdrosnym o liczbę napisanych przez tę panią książek, ich wielkie nakłady i sumy zarabiane przez nią. Mam o tyle komfortową sytuację, że nie boję się zarzucenia mi zazdrości. Pewnie dlatego, że mam świadomość, że na myśli i opinie innych nie mam wpływu, a naprawdę nie zazdroszczę. Po pierwsze: moim celem nigdy nie było napisanie dużej liczby książek, gdyż twierdzę, że pisarz powinien dojrzewać, a to wymaga czasu. Po drugie: moim celem nie jest sprzedawanie milionowych nakładów, bo mam świadomość, że większość każdego społeczeństwa jest niestety głupia, a ja jednak wolę mieć mądrych czytelników. Wreszcie po trzecie: nie interesuje mnie bycie bogatym człowiekiem, bo z reguły bogactwo bywa szkodliwe dla jego posiadacza.

By jednak lepiej poznać zjawisko fenomenu tej kuriozalnej wręcz grafomanii spędziłam ostatnią niedzielę na czytaniu fragmentów jej książek (czytam bardzo szybko) oraz czytaniu blogów i recenzji poświęconych krytyce i zachwytowi nad jej twórczością. Przyznam, że najpierw śmiałam się do rozpuku. Szczególnie z pozytywnych recenzji zachwyconych blogerek piszących oprócz „ochów” i „achów” informacje, że mają komplety jej książek, które… pięknie wyglądają na półce (sic!). Co mnie tak w tym ubawiło? Otóż mam w domu sporo świetnych książek, które na półce wyglądają wręcz tragicznie, bo są mocno zniszczone przez czas, jak np. osiemnastotomowa encyklopedia Orgelbranda, czy dzieła wszystkie Mickiewicza, z których niestety odpadają okładki. Wolę jednak te rozpadające się książki od tych napisanych przez panią grafomankę. Śmiałam się też z tych pozytywnych recenzji, bo kompletnie nie były merytoryczne. Żadnych rzeczowych argumentów. Tylko przymiotniki, że wspaniałe i wzruszające. Kwiczałam czytając teksty tych, którzy grafomankę krytykują, ale… jak mówi stare przysłowie „im dalej w las tym więcej drzew” tak i mnie z każdym czytanym tekstem (lub oglądanym vlogiem) było coraz mniej do śmiechu, a i ten śmiech, który mną wstrząsał, powoli przestawał być tak radosny, jak na początku. Powód? Do czasu poznania twórczości tej pani twierdziłam, że polska literatura popularna nie jest grafomańska. Wielokrotnie w rozmowach ze znajomymi broniłam kilku poczytnych polskich pisarek, których książki uważam za ciekawe i sympatyczne, choć może rzeczywiście mało ambitne. Uważam jednak, że one swoimi książkami dają ambitniejszym pisarzom nadzieję, że czytelnik w pewnym momencie sięgnie po tę ambitniejszą literaturę. Niestety czytelnicy grafomanii autorstwa tej pani po ambitniejsze rzeczy mogą nie sięgnąć. Dlaczego? Im starszy czytelnik tym wolniej dojrzewa. A po tak strasznej grafomanii na pewno nie sięgnie po ambitniejszą literaturę. Najpierw będzie musiał poczytać dobrą literaturę popularną. Na tę ambitniejszą może mu już po prostu nie starczyć życia, bo im niższy poziom intelektualny człowieka tym dłużej trwa jego czytelnicza ewolucja.

Ponieważ jednak jestem przeciwnikiem pisania negatywnych recenzji, gdyż uważam, że to co złe powinno być pomijane milczeniem, dlatego nie tylko nie podaję nazwiska grafomanki oraz tytułów wydawanych przez nią w gigantycznych nakładach książek, a także nazw wydających ją wydawnictw, ale z prawdziwym bólem serca (bo też wielu by się ubawiło, a ja lubię śmiech) rezygnuję z cytowania zarówno jej powieści, jak i niezwykle trafnych (i bardzo zabawnych) tekstów krytykujących ją blogerów i vlogerów. Nie chcę, by mój czytelnik miał stuprocentową pewność o kim piszę. Z tego samego powodu nie podaję nazwisk i ksywek tych blogerów, którzy jadą po niej, choć robią to w sposób niezwykle inteligentny obnażając przy tym literacką miernotę, słabość języka i potworny brak logiki w napisanych przez grafomankę powieściach. Autorka np. co jakiś czas w jednym zdaniu stosuje i czas teraźniejszy i przeszły, czyli robi to, czego moja przyjaciółka – nauczycielka polskiego oducza uczniów klas IV-VI w szkole podstawowej. A jeśli idzie o brak logiki to podam tylko jeden drobny przykład. Oto w jednej z powieści główna bohaterka jedzie za granicę do ciepłych krajów, a kilkanaście stron dalej stwierdza, że nigdy nie była za granicą. I nie jest to bohaterka cierpiąca na amnezję, a przynajmniej z powieści to nie wynika.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po to, by pokazać w jak strasznej jesteśmy pułapce. Dlaczego ta pani jest wydawana przez najlepsze polskie wydawnictwa? Dlaczego jest popularyzowana przez największe i najpopularniejsze polskie portale? Bo ta jej grafomania jest dla wielu (i nie chodzi mi tu o nią) źródłem życia i dochodu! Tyczy to zarówno zwolenników jak i przeciwników takiej literatury. Po pierwsze: blogerzy, którzy z zachwytem omawiali jej twórczość, mieli dzięki jej płodności ruch na swoich blogach i częstą dostawę książek do zachwycania się. Po drugie: (o ironio!) ci, którzy jej twórczość krytykowali robili to tak często i poświęcali temu tyle miejsca, że licznik na ich stronach przewijał się znacznie szybciej niż na stronach tych, którzy się grafomanką zachwycali. Krytyczna blogerka rekordzistka poświęciła jednej złej książce grafomańskiej autorki aż 10 wpisów, a jeden z vlogerow aż sześć odcinków swojego videobloga! Po trzecie: grafoman dla wydawnictw jest źródłem gigantycznego wręcz zarobku! Jedna z pracownic działu promocji wydawnictwa, które wydaje tę konkretną grafomankę, zapytana przed laty przeze mnie (kiedy znałam tylko te dwa straszne rozdziały autorstwa tej pani), czemu to wydawnictwo wydaje coś tak złego literacko, odpowiedziała mi, że muszą czymś zarobić na ambitniejszą literaturę, która sprzedaje się w małych nakładach i do której trzeba dopłacać. Tak więc pieniądz rządzi światem! Ludzie zarabiają na narkotykach i prostytucji, choć to nielegalne. Zarabianie na grafomanii, czyli psuciu gustów czytelniczych społeczeństwa niestety nie jest nielegalne, a co za tym idzie karalne. Szkoda! Przecież czytanie głupot też jest szkodliwe. Na paczkach papierosów od dawna mamy napisy mówiące o tym, że „palenie powoduje raka” lub „palenie zabija”. Szkoda, że nikt nie napisze na okładkach książek tej pani: „czytanie tego dzieła może być przyczyną spaczenia gustu literackiego” albo: „czytanie tej książki ogłupia”. I przyznam, że zastanawiam się, czy jeśli chcemy mieć mądrzejsze i bardziej wykształcone społeczeństwo to taki napis na okładkach pewnych książek nie powinien by jednak umieszczony? Czy może chcemy być głupi?

I tak na sam koniec. Dziś nawet ja dzięki tej grafomanii żyję, bo mam temat na blog. Gdyby nie grafomanka być może napisałabym o gangu świeżaków z Biedronki, do czego od wielu dni się przymierzam (pewnie w końcu o tym napiszę). Obiecuję jednak, że nieprędko napiszę o słabej literaturze. Nie chcę karmić grafomańskiego trolla. A ponieważ mam świadomość, że ten wpis również może przyczynić się do jej popularności dlatego bardzo proszę o niezadawanie pytania kogo mam na myśli. A wszystkich, którzy mają się za ludzi inteligentnych, wyjątkowo proszę o niekorzystanie z wyszukiwarek google. Ciekawość to przecież pierwszy stopień do piekła. Zaspokojenie tej ciekawości to sprowadzenie piekła na ziemię. Wprawdzie tylko piekła literackiego, ale to też piekło.

Kochamy kłamstwa

Po ostatnim moim wpisie o idiokracji posypały się na mnie (na szczęście nieliczne) gromy. Tekst został zrozumiany przez niektórych w sposób następujący: „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie proszę Państwa. Ludzie są idiotami nie dlatego, że nie kupują mojej książki, ale że w ogóle nie kupują książek tylko NOTESY! Halo! Proszę się obudzić! Dla pisarza ambitnej literatury normą jest przegrywanie w nakładach z czytadłami, a w popularności z autorami tych czytadeł. Lucyna Ćwierczakiewiczowa sprzedawała więcej książek niż Henryk Sienkiewicz. Tak więc nawet popularność książek kucharskich i ich przewaga nad popularnością literatury nie jest niczym nowym. Nikt przy zdrowych zmysłach i zdolny do logicznego myślenia nie buntuje się, że popularne (nawet niech będzie, że tandetne) romansidło sprzedaje się w gigantycznym nakładzie, a ambitna powieść w mniejszym. Od tego jest romansidło, by ludzie je czytali nagminnie. Ku pokrzepieniu serc, ku rozrywce itd. Zresztą… każda książka mało ambitna stwarza szansę, że ktoś naczyta się takich rzeczy, potem zechce pójść dalej, głębiej i otworzy się na przykład na takich autorów jak Marcel Proust, Jean Paul Sartre’a itd. Bunt pisarzy następuje, gdy np. autorka taniego romansu jest stawiana na równi z noblistami, ale to też z reguły jest tylko wewnętrzny sprzeciw. Nikt z pisarzy z tym nic nie robi. Nie odchodzi z wydawnictwa tylko dlatego, że oprócz noblistów to wydawnictwo wydaje literaturę dla mas. Handel, nawet jeśli jest to handel książkami, ma swoje prawa. Jakoś trzeba zarabiać. Ja to rozumiem.

fot. Targi Książki w Krakowie

Nie wiem jednak jak jaśniej miałam napisać, że nie chodzi mi o to, że ktoś mnie nie kupił i nie czyta. Książka wyszła 5 dni przed targami i jeszcze nie miała promocji. Zresztą czytanie mnie to w ogóle nie jest obowiązek! Ja jestem w tej sprawie naprawdę wyluzowana jak kaczka z jabłkami. Chodzi mi o to, że tłumy ludzi chcą kupić ten czy inny notes!!! Chcą coś z pustymi kartkami! Być może nawet ze względu na trzepaczkę między atrakcyjnymi piersiami, choć ciągle jeszcze łudzę się, że nie dlatego. Łudzę się, że ludzie naprawdę chcą gotować, choć i statystki i temu przeczą. Wzrasta przecież liczba stołujących się w restauracjach, tak jak wzrasta liczba restauracji. Czytelnicy Ćwierczakiewiczowej jednak naprawdę częściej gotowali niż dzisiejsi czytelnicy książek kucharskich, w których zdjęcia przeważnie nie są zdjęciami prawdziwych potraw. Moja książka może być dla wszystkich gniotem. Ale nawet będąc nim, powstawała dłużej niż wstęp do notesu pani Ewy Wachowicz. Naprawdę do tej pani nic nie mam. Świetnie wiem, że to nie jej wina, że wydano notes sygnowany jej imieniem i nazwiskiem. Tak w ogóle to jestem dziwnie spokojna, że nie był to jej pomysł. Przecież nie ona pierwsza z notesem startuje do ludzi (przepraszam: czytelników), choć przyznam, że na poprzednich tego typu publikacjach nie widziałam tak atrakcyjnych piersi w towarzystwie trzepaczki do jajek.
Czy wszyscy czytający i krytykujący mój wpis Państwo mają świadomość, że to KUPOWANIE NOTESÓW wchodzi do statystyk czytelniczych? Czy wiedzą Państwo, że ludzie zaznajamiający się ze statystykami wierzą, że nie jest tak źle z czytaniem? W statystykach sprzedanych książek nie ma bowiem wyszczególnienia jaki procent sprzedanych publikacji stanowią te notesy!!! Nie wiemy ile dokładnie miejsca w tych statystykach zajmują  książki typu „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, ale zapewne dużo, bo to bestseller, którego nakład przekroczył 2 miliony egzemplarzy. Podobnie z książką Francis Alan pt. „Wszystko, co mężczyźni wiedzą o kobietach”.
Kiedy ostatni raz widzieli Państwo kolejkę do poety? Czemu w Krakowie nie było tłumu do np. prof. Jerzego Bralczyka?
Po swoistym ataku na mnie (w sieci i mailach) wnioski mam takie. Powinnam była skłamać. Powinnam była nie przyznać się do tego, co się dzieje. Ale dlaczego mam to robić? Dlatego, że kochamy kłamstwa? Dlaczego mam milczeć nad trumną polskiego czytelnictwa? Przecież, jako pisarka nie jestem sama. Nikt z moich znajomych pisarzy publicznie tego nie napisał o sobie! Wszyscy udają, że do nich są kolejki! A przecież to nieprawda! Proszę uważnie przejrzeć w sieci fotografie z targów. Naprawdę nieliczne wyjątki, kiedy jest kolejka do pisarza, tylko potwierdzają tę smutną regułę. Pozostali, którzy owymi wyjątkami nie są, zamieszczają w internecie zdjęcia z targów, na których mają uśmiechnięte miny i jest u nich jakiś czytelnik! Niewielu oglądających potem te fotografie wie, że to jeden z pięciu lub sześciu czytelników na całą godzinę podpisywania. Ludzie pióra wstydzą się, że podzielili mój los. Ja się nie wstydzę do tego przyznać, że do mnie nikt nie przyszedł. To co się stało, naprawdę, jako pisarka, pokornie przyjmuję do wiadomości. Mogłam, zresztą jak inni koledzy po piórze skłamać i sfotografować się np. z odwiedzającą mnie na targach kuzynką, a potem wrzucić wspólne zdjęcie i udawać, że to czytelniczka! I pisać publicznie, że dziękuję fanom – bo to jest teraz modne słowo – za „liczne” przybycie. Mogłam to zrobić nawet wiedząc, że za słowem „liczne” kryje się liczba „jeden”, czyli wspomniana przeze mnie kuzynka. U innych to „liczne” przybycie wynosi „sześć”, czasem w porywach „dziesięć”. Nie potępiam ich, ale nie chcę brać udziału w tej farsie. Po co mam to robić? Dlaczego mam zakłamywać rzeczywistość? Przecież częściej niż pisarką jestem… czytelnikiem. I właśnie jako czytelnik nie chciałabym być uważana za czytelnika notesów! Ale gdybym nie była pisarką, nie miałabym takiej świadomości, bo nie miałabym czasu na tego typu obserwację.
Tak w ogóle to po tych targach mam bardzo smutne myśli jeśli idzie o to, co ludzie czytają. Bo, że są wyjątki, które to robią, to naprawdę nie wątpię, ale niestety znaczna większość nie czyta nic. Zaś na targach KSIĄŻKI od lat najlepiej sprzedają się gry i zabawki. Przyznam, że poważnie zastanowię się, czy w maju zdecyduję się na siedzenie na targach na jakimkolwiek stoisku. I to wcale nie dlatego, że z mojego punktu widzenia to potworna strata czasu, ale nie wiem czy chcę jeszcze raz oglądać ludzi mylących pisarzy z celebrytami i rzucających się na „notesy” oraz tych wynoszących z targów KSIĄŻKI torby gier. Nawet jeśli są to gry planszowe, które uwielbiam i których sama mam cały regał.

PS Przy okazji dziękuję za te kilka listów ze słowami pocieszenia. Dziękuję tym, którzy docenili moją odwagę w przyznawaniu się do klęski. Pozdrawiam tych, którzy posądzają mnie o niskie pobudki, czyli oburzanie się, że „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie kupujcie mnie. Jest wielu innych pisarzy. Ale pomyślcie zanim kupicie notes. Czy to na pewno jest literatura? No i czy targi KSIĄŻKI to dobre miejsce do zakupu zabawek i gier. Ale to pytanie już raczej do ich organizatorów. Ktoś wystawców gier i zabawek na te targi wpuścił.

Idiokracja?

Wspominałam kiedyś film zatytułowany „Idiokracja”, którego bohater z niskim IQ budzi się po kilkuset latach z hibernacji i zostaje prezydentem USA, bo jest najinteligentniejszy na świecie. Po ostatnich Targach Książki w Krakowie stwierdzam, że jesteśmy bliżej niż dalej tego „ideału”. Pierwszy raz w życiu nie podpisałam nawet jednego egzemplarza swojej nowej książki pt. „Syn dwóch matek”. Powód? Triumfy świecą poradniki. Zwłaszcza takie, w których niewiele jest. Oto tuż po mnie, przy tym samym stoliku co ja, miała siąść i podpisywać książki (choć może powinnam napisać „książki”) Ewa Wachowicz autorka programu telewizyjnego „Ewa gotuje”. Na pewno jest to bardzo sympatyczna i płodna w przepisy kobieta. Ostatnio wydała coś, co nosi tytuł „Zapiski kulinarne na każdą porę roku” w księgarniach jest to za ok. 25 złotych, na targach było za niecałe 18. To osobliwa „książka”. Jest tam jedna strona wstępu, w którym autorka wyjaśnia, że od zawsze robiła takie zapiski kulinarne i teraz daje możliwość robienia ich innym. Reszta stron jest notesem, z pustymi kartkami i pustym spisem treści, które każdy może wypełnić we własnym zakresie. Po autograf Ewy Wachowicz kolejka ustawiła się na 40 minut przed terminem. Byłam więc właściwie osłonięta ze wszystkich stron przez fanów Ewy Wachowicz, którzy z tą książką oraz innymi pełnymi przepisów stali i czekali na idolkę. To ostatnie słowo jest najwłaściwsze. Bo o ile książki Agnieszki Perepeczko, aczkolwiek zawierają przepisy i porady, są pełnymi anegdot opowieściami o życiu, wspomnieniami itd., o tyle książki Ewy Wachowicz to jedynie przepisy, a ta ostatnia „książka” to po prostu zeszyt. Można taki kupić za 3 złote w markecie tylko nie będzie na okładce jej zdjęcia z trzepaczką między piersiami i nie będzie tego wstępu na jedną stronę. Dlatego nie nazywałabym autorki tych dzieł pisarką. To po prostu pisząca przepisy kulinarne celebrytka. Krótko mówiąc idolka.

Bardzo długa kolejka do tej pani (nie mam nic do niej), a to jej książka. Napracowała się kobieta przy pisaniu. ;) #krakow #targiksiazki #ksiazka

Czekając aż skończy się czas mojej nasiadówki rozmawiałam z wydawcą, a potem z kuzynką i obserwowałam tłumek. To jest niesamowite zjawisko! Nie wiem kiedy zniknęła chęć otrzymania autografu pisarza, a została zastąpiona przez chęć otrzymania go od celebryty. Pamiętam kiedyś takie kolejki do Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Dziś nikt nie chce już poetów. Teraz dobry towar to nie tomik wierszy, a książka wydana przez celebrytę. Po pierwsze pozwala ludziom wierzyć, że coś czytają. Pozwala im udawać, że mają w domu biblioteki. I choć nadal w społeczeństwie jest masa ludzi kochających czytać i czytających dobre książki to znów przeważa ta tzw. „szara masa” kupująca zwierzenia celebrytów lub pisane przez nich poradniki. O tym był/jest mój spektakl „Bubloteka”, którego bohater odbywa terapię w bibliotece i w trakcie wpycha czytelnikowi „Wyznania Ludmiły F.”, książkę celebrytki, z którą miał romans, a której owa celebrytka nawet sama nie napisała. Takie są teraz czasy. Nawet gorzej. Nie liczy się już bowiem książka z treścią, a książka bez treści. Zapiski Ewy Wachowicz to drobny przykład. Była już publikacja pt. „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, której „czytelnicy” mogli sami kreatywnie pomazać notes. Były tego typu „dzieła” sygnowane przez Beatę Pawlikowską. I podobno świetnie się sprzedają. Podobnie jak książka „Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach” autorstwa Francis Alan reklamowana jako odsłaniająca „szokująca prawdę” i zawierająca 120 pustych stron. Dowcip naprawdę świetny. Ma to wszystko jednak drugie dno. Nazywa się szacunek dla literatury i pisarstwa. On gdzieś zniknął. Zniknął też szacunek do ciężkiej, mrówczej pracy. Od lat obserwuję pomiatanie naukowcami, zwłaszcza humanistami. Bo tak jest w społeczeństwie, dla którego filozof to po prostu wariat, a może nawet idiota.

Nie wiem jak długo Ewa Wachowicz tworzyła swoje zapiski, czyli tę jedną stronę wstępu do książki zawierającej kilkaset stron czystych. Wiem, że moja napisana do spółki z nieżyjącym Ojcem Maciejem Piekarskim książka „Syn dwóch matek” powstawała długo. Najpierw był napisany prawie 40 lat temu reportaż mojego Ojca pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” opisujący gehennę rodziny wysiedlonej przez Niemców z Zamojszczyzny i matki, która traci połowę swoich dzieci. W 2001 roku zajrzałam do niego i wtedy po raz pierwszy powstała myśl, żeby to wydać, ale żeby tak się stało muszę ja dopisać całe partie. Koncepcję zaczęłam obmyślać jeszcze w 2010 roku. W styczniu bieżącego roku siadłam do pisania i pisałam bite 8 miesięcy. Chcę być teraz dobrze zrozumiana. Nie jestem rozżalona faktem, że nikt do mnie nie przyszedł. Ta książka jeszcze znajdzie swoich czytelników, choć na pewno nie będą ich miliony. Jest na rynku dopiero kilka dni. Ubolewam jednak nad kondycją polskiego czytelnictwa i poziomem intelektualnym polskiego czytelnika. Podobno dzień wcześniej do uwielbianego przeze mnie profesora Jerzego Bralczyka stała garstka ludzi po autograf, zaś dziki tłum szturmował stoisko, na którym książki podpisywała Nela podróżniczka, dziesięcioletnia dziewczynka, która ma swój program na TVP ABC. Oczywiście sama nie jest autorką swoich książek, bo pisze to za nią jakiś dorosły (teraz zapomniałam już nazwisko wpisane w Copyright tekst). Książki są pełne zdjęć Neli w podróżach i to przed przemierzającą świat Nelą dzieci padają plackiem. Jak mi relacjonowano, podczas podpisywania dziewczynkę chroniło kilku ochroniarzy, zaś dzieci, których rodzice odmawiali stania w tak długiej kolejce wpadały w histerię, rzucały się na ziemię i rozpaczały jakby stała się prawdziwa tragedia. Kolejek z histerią czytelniczą nie ma nawet do Wandy Chotomskiej będącej żywą ikoną polskiej literatury dziecięcej!

W świetle tej opowieści o Neli i zajrzenia do książek sygnowanych jej imieniem, które zresztą uważam za ciekawy pomysł pisania dla dzieci, fascynujące wydaje mi się to, że kiedyś podróżnik (nawet ten piszący dla dorosłych) opowiadał jak wygląda świat. Teraz opowiada o sobie. Opowiada o tym, co w tym świecie robi. I to ludzie kupują najchętniej. Dzieci bowiem nie chcą dowiedzieć się niczego o słoniu, ale o przygodach Neli ze słoniem.

Gdy przez ponad 40 minut siedziałam przy stoliku i czekałam na czytelnika, który jak od początku podejrzewałam nie przyjdzie, bo poobserwowałam co ludzi interesuje najbardziej, patrzyłam na twarze czekających na autograf Ewy Wachowicz. Gdyby wzrok mógł zabijać już bym nie mogła zrobić tego wpisu. Miałam bowiem wrażenie, że niemal wszyscy chcieli bym zniknęła i zwolniła miejsce dla ich idolki. Sęk w tym, że nie mogłam tego zrobić. Musiałam odsiedzieć swoje, a ich idolka i tak nie przyszłaby wcześniej. Tak więc ja siedziałam, a oni mnie nienawidzili i gardzili mną, co widać było w tych spojrzeniach. W trakcie w miarę dyskretnie (mam nadzieję, że dyskretnie) obserwowałam to zjawisko. Wstałam ze stoiska na 5 minut przed końcem. Ewy Wachowicz jeszcze nie było. Sfotografowałam jej „książkę”, by wysłać MMS Ulubionemu i kilku przyjaciołom. Uznałam bowiem całą rzecz za mocno zabawną. Ulubiony był przerażony, znajomi współczuli, choć nie było mi to potrzebne. Jedna przyjaciółka przysłała SMS. „Kiedyś, jak była rocznica okrągła wybuchu Powstania Norman Davies wydał o nim książkę. Jechałam z kolegą na Hel. Książkę mieli sprzedawać od 17. Ubłagałam go, mimo że była 16, żeby poczekał godzinę. Ja dumna jak paw, ale ze łzami w oczach wchodzę do Empiku, przed którym kłębi się tłum. Prawie się biją! To Wiśniewski płytę podpisywał, a ja myślałam, że ludzie wcześniej przyszli. Do Daviesa było 5 osób, w tym ja.”
Z mojej historii, która jest zresztą podobna do tej, kiedy czekałam na certyfikat na Zamku Królewskim i zapomniano mnie wyczytać, więc wręczono mi go w szatni na zamkowych schodach, nie śmiał się nikt poza mną. A przecież to jest też śmieszne. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że kiedyś moja mama stała 2 godziny po autograf Melchiora Wańkowicza. Dzisiaj, by ktoś tak chętnie czytał Wańkowicza musiałby on pokazywać w telewizji nie swojego psa Dupka (jamnika!), a dupę. Gotowanie mogłoby mu nie pomóc, bo co to za atrakcja facet z trzepaczką do jajek między cyckami? Chyba, że włożyłby ją między jajka… A tu jednak kłania się cenzura. Ale być może tylko na razie. Bo już za chwileczkę…

Część napisana przez Ojca ma prawie 40 lat... Nadal nie mogę uwierzyć, że to się udało. #dom #ksiazka #trzeciastrona #syndwochmatek

PS Znajomi i przyjaciele mówią, bym nie przyznawała się i nie pisała, że nikt do mnie nie przyszedł. No dobrze. Napiszę więc prawdę! Był do mnie tłum! Mało mnie czytelnicy nie stratowali, a nawet wykupili cały nakład. A fani drąc się „Zamojszczyzna!” rozdzierali szaty i podcinali sobie żyły! 

Prosto z drukarni i wydawnictwa. Jeszcze pachnie... #ksiazka #syndwochmatek #druk #trzeciastrona

Zapraszam do Krakowa na Targi

Na targach będzie miała miejsce premiera mojej najnowszej książki. Zapraszam więc do Krakowa.

30 października 2016 g. 12:00
woj. małopolskie
Kraków 

Targi Książki w Krakowie
Stoisko C55 (Hala Wisła).
ul. Galicyjska 9
31-586 Kraków

A oto słowo o książce:

 Tytuł: Syn dwóch matek
Seria: Reportaż! Fakty to nie wszystko
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski
Wydawnictwo: Trzecia Strona
Ilość stron: 250
Numer wydania: I
Data premiery: 2016-10-27
Rok wydania: 2016
ISBN: 978-83-64526-38-1
ilustracje:  archiwa rodzinne Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i Jana Tchórza, archiwum Muzeum Zamojskiego, archiwum Przedszkola Samorządowego im. Wandy Cebrykow w Zwierzyńcu

O książce:

Książka o zagładzie Zamojszczyzny pokazana przez pryzmat losów Jana Tchórza, dziś emerytowanego gospodarza we wsi Borowina Starozamojska. Wtedy 2,5-letniego chłopca dwukrotnie wydzieranego od matki – raz biologicznej, drugi raz adopcyjnej.

W 1943 roku Janina i Bronisław Piekarscy, rodzice Macieja Piekarskiego wzięli z sierocińca pozbawione rodziców dziecko o nieznanej tożsamości, uratowane przez warszawskich kolejarzy z tzw. transportu śmierci. Ta decyzja na zawsze splotła ze sobą losy dwóch rodzin.

Autorami są zmarły w 1999 roku Maciej Piekarski i jego córka Małgorzata Karolina Piekarska. To swoisty dwugłos, w którym napisany w latach 70-tych reportaż przeplata się ze współczesną opowieścią, jaką snuje zmarłemu Ojcu córka. Opowiada mu, jak przed laty odebrała historię swojego przybranego Stryja, jak zmieniła ona jej spojrzenie na świat oraz o obecnych losach Jana Tchórza. Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie: czy wojna i jej okrucieństwo istnieją tylko dopóki żyje ostatni świadek?