Obraz, czyli trzeba pozbyć się… diabła!

Nigdy nie wierzyłam w diabła. Owszem, twierdzę, że zło istnieje, ale tkwi w człowieku. Dlatego sceptycznie też podchodziłam do opowieści o nawiedzonych przez złe duchy domach, czy złych duchach na cmentarzu. Nie znaczy, że nie wierzę w duchy. W te wierzę jak najbardziej, ale być może dlatego, że wychowywano mnie wpajając, że ludzie są jednak mimo wszystko dobrzy, ciężko mi uwierzyć w złe duchy. Nawet w mojej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” wszystkie zjawy są dobre, sprawiedliwe i nawiedzają w tzw. słusznej sprawie. Gdy przez jakiś czas byłam zupełnie sama z nieletnim synem czułam obecność dobrych duchów moich przodków. Że kiedykolwiek nawiedzi mnie zły duch? Niemożliwe. To tylko na filmach. To tylko „Omen” i Gregory Peck. To tylko „Harry Angel” oraz Mickey Rourke i Robert de Niro. To tylko „Adwokat diabła” oraz Keanu Reeves i Al Pacino. To tylko… dziesięć, sto czy tysiąc innych filmów. W normalnym życiu zdarzyć się to nie może. Tak myślałam.

W ogóle nie przypuszczałam, że pewnego dnia diabeł zawita do mnie. Jak to? Wiele miesięcy temu przyszedł do nas kolega Panicza Syna z jakimś obrazem olejnym i pytaniem, czy mogłabym mu powiedzieć co to za malarz. Obraz przedstawiał postać z czarnymi, rozczochranymi włosami. Taki diabeł. Trochę straszny, a trochę śmieszny. Chyba nawet był podpisany „Diabeł”. Nazwisko autora (dziś już nie pamiętam) nic mi nie mówiło, ale sprawdziłam go w internecie. Nie żył od kilku lat. Malował diabły. Najwyraźniej lubił to. Kolega Panicza Syna powiedział, że kupił obraz na targu sztuki za 5 złotych, ale jego mama po kilku miesiącach poprosiła, by natychmiast wyniósł go z domu, bo obraz ma złą energię. Ubawiłam się. To, że ktoś namalował diabła to nie znaczy, że obraz ma złą energię. Kolega powiedział więc, że obraz mogę zatrzymać. Żal mu go wyrzucać, a ja pewnie docenię dzieło, bo w końcu ukończyłam historię sztuki.

Cóż… zawsze miałam miękkie serce. Zarówno dla ludzi i zwierząt, jak i dla przedmiotów. Moim pierwszym zawodem był zawód bibliotekarza. Dlatego przed wieloma laty ulitowałam się nad leżącym na stole w redakcji i przez nikogo niechcianym egzemplarzem harlequina. Tym, w którym na swoją zgubę wyczytałam zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.” To zdanie do dziś snuje się za mną jak cień będąc dla mnie symbolem grafomanii i złej literatury. Teraz na tej samej zasadzie ulitowałam się nad obrazem. Jednak w przeciwieństwie do harlequina obraz artystycznie nie był zły. Nie pasował mi jednak do wnętrza. Nie był też w moim guście. I w ogóle coś z nim było nie tak. Jednak dokładnie tak samo jak kiedyś harlequina tak teraz żal mi było obrazu. Dlatego przyjęłam dzieło i… schowałam. A potem o nim zupełnie zapomniałam.

Ostatnie półtora roku nie było dla nas dobre. Nie chodzi o życie osobiste, bo na to nie narzekamy, ale zawodowo mieliśmy sporo kłopotów. Były to kłopoty z komputerami, dyskami, spektaklem, książkami, filmami, a także ludźmi z którymi przyszło nam współpracować. Szkoda naprawdę czasu na opisywanie tego wszystkiego, zresztą w niektóre historie trudno byłoby czytelnikom uwierzyć. W każdym razie było nam w życiu ciężej niż zazwyczaj. Dlaczego? Olśnienie przyszło dwa dni temu, gdy siedziałam i próbowałam pisać, ale jak zwykle coś mi się przydarzyło, co to pisanie uniemożliwiło. I nagle… przypomniał mi się obraz. To było jak impuls. Gdy napomknęłam Ulubionemu, że mam wrażenie, że to ten obraz z diabłem ma złą energię i źle na nas działa, przez co mamy takie a nie inne kłopoty z pracą, on aż podskoczył. Szybko powiedział, że ma dokładnie taką sama myśl. Postanowiliśmy więc pozbyć się obrazu. Natychmiast zadzwoniłam do Panicza Syna, który studiuje w zupełnie innym mieście, by poinformował kolegę-ofiarodawcę, że obraz wyrzucamy. W odpowiedzi usłyszałam, że… w ogóle go to nie dziwi.

Ulubiony rozpoczął poszukiwania „Diabła”, ale obraz jakby zapadł się pod ziemię. Kompletnie nie umieliśmy sobie przypomnieć gdzie też go schowaliśmy, by nie drażnił naszych oczu. Poszukiwania trwały długo, ale na szczęście zakończyły się sukcesem. Gdy chciałam sfotografować obraz „na pamiątkę”, by móc komuś potem pokazać je, jako dowód, że coś z obrazem nie tak, Ulubiony aż krzyknął. „Żadnych zdjęć! Żadnych śladów po tym diable w naszym domu!” Zgodziłam się od razu. No i rozpoczęliśmy dysputę gdzie obraz wyrzucić! Wbrew pozorom było to dla nas obojga bardzo ważne, bo od razu stwierdziliśmy, że nasz śmietnik nie wchodzi w rachubę, ponieważ może go tam znaleźć sąsiadka i… zabrać do domu, a wtedy obraz też będzie obok nas, tyle, że nie będziemy mogli się go pozbyć już nigdy. Uznaliśmy więc, że trzeba znaleźć śmietnik tzw. wolnego dostępu i najlepiej z rzeczami z budowy bądź remontu, bo z takiego śmietnika nikt obrazu nie wyjmie i nie przyniesie zła do swojego domu. A przynajmniej ryzyko, że ktoś to zrobi jest mniejsze.

Wczoraj Ulubiony znalazł taki śmietnik i wyrzucił tam obraz z diabłem upychając go pod gruzem i deskami z budowy. A ja mam wrażenie, że powoli zaczyna się wszystko prostować. Dziś rano zadzwonił bowiem znajomy informatyk, by powiedzieć, że z jednego z uszkodzonych dysków udało się odzyskać 30 GB danych. A jeszcze tydzień temu twierdził, że pomóc w tym może tylko jedna firma, której usługi kosztują kilka tysięcy złotych. A wystarczyło pozbyć się diabła.

PS Cały czas nie mogę w to uwierzyć.

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Inne nie znaczy gorsze, czyli na koniec Dnia Kobiet słówko o równości

Zawsze wolałam Dzień Kobiet od Walentynek. Powód prosty: Walentynki są dla zakochanych, a Dzień Kobiet dla wszystkich kobiet. I dla małych dziewczynek i starych matron, nawet tych rodem z wierszyka Boya o Matronie Krakowskiej.

Od kilku dni w sieci wrze. Nie tylko za sprawą polskiego polityka unijnego, który obraził wszystkie kobiety, bo umówmy się, że zrobił to dla rozgłosu, aczkolwiek chyba nie przewidział skutków. Glosy popierające jego postawę pojawiły się tylko w naszym kraju. Uważam to zresztą za ciekawe. Jak polscy mężczyźni nisko cenią kobiety. Mam kilku kolegów, którzy wielokrotnie przekonywali mnie, że kobiety są głupsze, bo mniej wśród nich jest fizyczek czy matematyczek. Co ciekawe nikogo z nich matematyki nie uczył w żadnej ze szkół mężczyzna. Taki drobny szczegół, na który im zwróciłam uwagę, a oni odbili piłeczkę, że na uczelniach mężczyzn jest więcej. Naprawdę? Dwie moje bliskie koleżanki są profesorami SGH. Nie jest nim żaden z bliskich kolegów.

Nie jestem feministką. A przynajmniej nie taką, która twierdzi, że kobiety są równe mężczyznom. Biologicznie bowiem nie są. Są fizycznie słabsze i mniejsze. Ale prawo nie powinno nikogo dyskredytować z tego powodu. Biologia tak skonstruowała człowieka, że jednej płci coś dała, a drugiej zabrała. Na przykład mężczyzn obdarzyła większą siłą, ale… mniejszą odpornością na ból. Jest taki dowcip, który głosi, że gdyby mężczyźni mieli menstruację toby brali zwolnienie na cały czas jej trwania, a gdyby rodzili to przechodziliby na rentę. Coś w tym jest. Nie widziałam kobiet mdlejących przy pobieraniu krwi, ale widziałam w takiej sytuacji wielu mężczyzn i to często takich ponad stukilogramowych osiłków. Miałam kiedyś znajomego, który najmniejsze skaleczenie oklejał plasterkiem i kładł się przed telewizorem jako rekonwalescent, zaglądając co chwilę pod plaster z niepokojem czy nie rozwija się zakażenie. Mam też kilku kolegów z fobią dentystyczną tak straszną, że to co mają w gębie dawno przestało przypominać szczękę, a zamieniło się w stary i dziurawy płot Baby Jagi. Nie mam zaś żadnej koleżanki, która bałaby się stomatologa.

Kobiety są bardziej empatyczne, bardziej zapobiegliwe. Pewnie dlatego wśród bezdomnych przeważają mężczyźni, zaś bezdomne kobiety to margines, który zazwyczaj wiąże się z nadużywaniem przez nie alkoholu lub chorobami psychicznymi.

Mimo jednak tych oczywistych różnic między kobietami a mężczyznami obie płcie powinny być równo traktowane. Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak on jest dopełnieniem kobiety. I wszelkie próby wmówienia, że któraś z płci jest lepsza lub ważniejsza od drugiej są po prostu społecznie szkodliwe. Konstytucja bowiem głosi równość wobec prawa wszystkich obywateli be względu na płeć. Niestety w Polsce to tylko słowa na papierze. Nadal trwa grzebanie w naszych ciałach. Nadal trwa układanie nam życia pod dyktando mężczyzn.

Wiele lat temu, tu na blogu, pisałam, że to już John Lennon śpiewał, że kobieta jest Murzynem świata. Dziś jest też jego Żydem i Cyganem. Rasizm jest. To z czym spotykają się kobiety jest właśnie rodzajem rasizmu, choć nosi nazwę mizoginizm. Kobieta jest traktowana, jak ktoś gorszy i głupszy. I to niemal na każdym kroku. Kobieta ma swoją wartość tylko wtedy, gdy stoją przy niej spodnie. Bywały w moim życiu momenty, kiedy tych spodni przy mnie nie było. Pamiętam, jak traktowali mnie wtedy hydraulik, elektryk czy gazownik, którzy dowiadując się, że jestem „bez przydziału” zawyżali swe usługi, naciągając jak tylko się da, a także wymuszając naprawy, które dość szybko okazywały się zbędne. Ale cóż… przed nimi stałam ja, czyli baba, a baba jak wiadomo jest głupia, więc można ją naciągać. Widzę, jak zmienił się stosunek tych samych panów do mnie od kiedy jest ze mną Ulubiony. Naprawdę niebo a ziemia. Ja się nie zmieniłam. Może się zestarzałam, ale nadal jestem tą samą osobą. Jednak fakt, że zmienił się mój stan cywilny sprawił, że ci, którzy mnie lekceważyli teraz tego nie robią.

Jako dziennikarka wiele razy zauważałam, że gdy przyjeżdżałam gdzieś z kamerą moi rozmówcy kierowali swoje słowa bardziej do moich kolegów (operatora kamery czy dźwiękowca) niż do mnie, choć to ja „przewodziłam” temu małemu stadu w postaci reporterskiej ekipy. Ale dla wielu – co mężczyzna to mężczyzna! Nie ma sensu tłumaczyć kobiecie o co chodzi w czołgu, samolocie czy wozie pancernym.

Wielokrotnie na infolinii mojego dostawcy usług internetowych (czy obsługującego moją domenę) byłam traktowana przez męskich konsultantów jak kompletny ćwok, który nie radzi sobie z błahostką, choć na końcu rozmowy zawsze okazywało się, że to z czym dzwonię to grubsza awaria, wobec której nawet ci męscy konsultanci są kompletnie bezradni.

Mój Ojciec zawsze mówił, że kobiety są w stanie zmienić świat. Zarówno na lepsze jak i na gorsze, co zależy oczywiście od tego jakimi są ludźmi. Mają jednak wielką moc. Są cierpliwe i wytrwałe. W większości bardzo pracowite. Mam więc nadzieję, że pewnego dnia te cechy sprawią, że wypracujemy dla siebie lepszy los i szacunek, także męskiej części społeczeństwa.

Dziś przykre jest, że ten szacunek to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie kobiety mogą liczyć. Jesteśmy uprzedmiotawiane, bo za nas chce się decydować w sprawie pracy zarobkowej i wynagrodzeń, a także antykoncepcji, czyli świadomego lub nie macierzyństwa. Rozmawiałam ostatnio z kolegą o ciąży, jako stanie fizycznym i powiedziałam mu, że żaden mężczyzna nigdy nie dowie się, jakie lęki towarzyszą ciężarnej kobiecie. A towarzyszą jej one przez cały okres ciąży i to nie po kilka razy dziennie, ale niemal bez przerwy. Nigdy jednak nie dzieli się ona ze swoim partnerem wszystkimi obawami, by go nie zniechęcać, nie denerwować i nie obarczać!!! Wszystko dlatego, że żaden facet nie wytrzymałby rozmawiania o ciąży przez 24 godziny na dobę. Do tejże ciąży potrzebne są dwie osoby, ale jej konsekwencje ponosi zawsze tylko i wyłącznie kobieta. I niech to ona o tej ciąży decyduje. Pisałam kiedyś, że chciałam zrobić reportaż o tym, dlaczego mężczyźni (w 99%) porzucają rodziny, gdy na świat przychodzi chore dziecko. Nikt z panów, którzy zostawili swoje żony nie chciał się wypowiedzieć i to nawet anonimowo. Nikt nie chciał mi powiedzieć czemu nie chciał z matką swojego chorego dziecka dźwigać tego swoistego krzyża. Czemu uciekł jak szczur z tonącego okrętu zostawiając swoich bliskich na pastwę losu? Czemu skąpi alimentów? Czemu walczy o ich obniżenie? Choć jego dziecko jest ciężko chore i potrzeba więcej pieniędzy na opiekę nad nim? Czemu w ogóle ich nie płaci? Czemu przepisał swój majątek na nową żonę, rodziców etc.? Nie chciałam oceniać ani potępiać. Chciałam zrozumieć albo przynajmniej dostać szansę próby zrozumienia. Chciałam usłyszeć jakieś argumenty. Daremnie. Tymczasem każdy z tych mężczyzn opuszczając swoją żonę i dziecko zdecydował za kobietę. Przypomnę jeszcze tylko w tym miejscu, że gwałt też jest formą decydowania za kobietę! A słabsza fizycznie kobieta zawsze przegra pojedynek siłowy z mężczyzną, chyba, że zacznie trenować sztuki walki. Dlatego w przypadku gwałtu zawsze o wszystkim decyduje mężczyzna. A długość spódnicy czy dekolt nie mają tu naprawdę żadnego znaczenia.

Nie jestem zwolennikiem rewolucji, bo nie lubię przemocy, a poza tym rewolucja naprawdę zawsze pożera swoje dzieci. Dlatego nie uważam, by trzeba było np. iść na barykady i palić kukły szowinistów, którzy chcą decydować za kobiety. Wierzę w ewolucję, choć ona niestety zawsze trwa dłużej. Mam jednak ogromną nadzieję, że nadejdzie wreszcie taki dzień, gdy męska część świata dojrzeje i przestanie na nas patrzeć jak na gorsze i głupsze tylko dlatego, że podnosimy mniejsze ciężary. I chciałabym dożyć tego dnia. To moje jedyne życzenie z okazji Dnia Kobiet.

Korwinina i inne podroby

Wczoraj sieć obiegł film z Parlamentu Europejskiego, na którym widać pewnego polskiego eurodeputowanego, który twierdzi, że kobiety powinny zarabiać mniej niż mężczyźni, gdyż są od nich słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja się zgadzam z tym osobnikiem (pan to to nie jest, mężczyzna też nie), że jesteśmy mniejsze. Nie tylko wielu polskim parlamentarzystkom, ale i polskim kobietom daleko do rozmiarów np. Ryszarda Kalisza, który w swoim czasie uchodził za najgrubszego polskiego posła. Na pewno jesteśmy więc mniejsze. Na pewno jesteśmy też słabsze, choć podejrzewam, że gdyby nasza utytułowana kulomiotka przywaliła temu osobnikowi w pysk, co niewątpliwie mu się należy, bo przecież na pojedynek na szpady lub pistolety chama nikt nie będzie wyzywał, to by się nogami nakrył i zdziwił co może taka mała, słaba kobieta. Co do inteligencji kobiet mocno bym jednak z nim dyskutowała. Przykład z szachami czy olimpiadami z fizyki podany przez tego osobnika, (że więcej jest wybitnych szachistów niż szachistek i że brak jest kobiet w olimpiadach fizycznych), wydaje mi się dość niefortunny, nawet nie dlatego, że noblistka Maria Skłodowska-Curie była kobietą, ale rodzajów inteligencji jest kilka. A poza tym jak tam z fizyką u niego? Na pewno wszystko dobrze? Nic mu nie ciąży?

Uważam ponadto, że wypowiedzenie tych słów przez eurodeputowanego stawia go w dolnym rzędzie polskiej klasy inteligenckiej jeśli w ogóle do niej należy, co jest mocno wątpliwe. Najbardziej jednak fascynuje mnie w jego argumentacji, że kobiety powinny mniej zarabiać niż mężczyźni, ten niesamowity brak logiki, która niezbędna jest w szachach czy fizyce. Skoro kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni przy takich strasznych dysfunkcjach, jak słabość, mniejszość i mniejsza inteligencja powinny chyba dostawać dwa razy więcej pieniędzy, bo mimo tych dysfunkcji w swojej pracy dorównują mężczyznom.

Rozumiem, że ten osobnik sugeruje, że jako pisarka z racji płci powinnam otrzymywać mniejsze honoraria niż moi koledzy po piórze. Naprawdę? Bardzo bym wobec tego prosiła, by wyrzucił ze swojej biblioteki wszystkie książki napisane przez kobiety.

Jest takie powiedzenie, że po wołu można spodziewać się tylko wołowiny. Ośmielam się jednak zauważyć, że o ile wołowina zawiera sporo potrzebnego dla organizmu np. żelaza, o tyle korwinina jedynie strychninę i jad kiełbasiany. A ten ostatni pochodzi z mocno starej kiełbasy, którą obawiam się dźwignąć może już tylko viagra.

W starożytności tak starych ludzi jak ten osobnik w Grecji zrzucano ze skały. Podobnie było u Norwegów. Na Islandii też starców zabijano, ale wcześniej przedyskutowywano sprawę na zgromadzeniu być może podobnym do Europarlamentu. Potem zrzucano ich ze stromej skały, który to proceder potwierdzają niektóre nazwy miejsc na terenie dzisiejszej Skandynawii brzmiące w wolnym tłumaczeniu jako: „skała śmierci” lub „miejsce straceń”. W skandynawskich sagach mowa jest o maczudze śmierci do zabijania starców. Wyczytałam też gdzieś, że w starożytnej Skandynawii podeszli wiekiem nie jadali i nie przebywali ze swymi dziećmi i wnukami, a ich los był cięższy od losu zdolnych do pracy niewolników. Tymczasem nasza cywilizacja pozwoliła im nadal żyć, a nawet być jeszcze eurodeputowanymi. A w czym taki chamski staruch lepszy jest od kobiety? W szachach? Ponoć pierwsza zasada szachistów brzmi: „nie bij konia przy damie”. O to jestem spokojna. Damy od takiego obrzydliwego starucha uciekają w galopie. Ale ponieważ samo „życie jest jak gra w szachy: raz posuwasz królową, a raz bijesz konia” to chcę retorycznie spytać: Czy ktoś wierzy, że istnieje królowa, która pragnie tego starca?

PS W tym tekście dostosowałam się do poziomu dyskusji osobnika reprezentującego (niestety) Polskę w Europarlamencie. Jak chamstwo to chamstwo.