Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Obłęd technologiczny, czyli internet w głuszy

Kilka lat temu namówiłam kolegę na kupno działki nad Liwcem. Gdy mu podałam zalety: las, rzeczka, stacja kolejowa i do Warszawy tylko 70 km, a pociąg z Wileńskiej jedzie godzinę, stwierdził, że kupuje i powiedział: „Ale będziesz przyjeżdżać tam pisać?” Obiecałam, że będę. Jednak przyjechałam dopiero teraz. Mam do pisania to, na co dostałam stypendium artystyczne MKiDN. Ale też mam pewne obowiązki zawodowe, bo stypendium kiedyś się skończy, a żyć nadal trzeba mieć z czego. Muszę więc odsyłać do pewnej redakcji zredagowane teksty. Bez internetu jednak ani rusz. Byłam na tej działce wcześniej. Komórka miała zasięg, a i maila w komórce tam odbierałam. Postanowiłam, że ponieważ kończy mi się umowa z Play na internet na kartę, więc ją przedłużę i… obniżę abonament. Przecież z tego internetu korzystam tylko na wyjazdach gdzie nie ma Wi-FI. Tak też zrobiłam. Przedłużyłam umowę na półtora roku i… spakowawszy siebie, rzeczy do pracy, śpiwór, mnóstwo koców i narzut oraz żarcie na dwa tygodnie tudzież sukę w odpowiedni transporter – pojechałam. Pół dnia się rozpakowywałam. Podejmowałam strategiczną decyzję gdzie spać (wygrała opcja z suką na werandzie). Wreszcie… przygotowałam sobie stanowisko do pracy, siadłam i… najpierw okazało się, że z domu zapomniałam zasilacza do laptopa, a dodatkowo jeszcze wyszło na jaw, że internetu to tu jest zdecydowanie brak. Modem działa, ale Play nie ma tu zasięgu. Połączyłam się przez komórkę (też w Play). Rwało, ale coś tam było. Jednak tak pracować się nie dało. Coś co robiłam 20 minut nagle zaczęło mi zajmować 4 godziny. Zadzwoniłam na infolinię Play z pytaniem jak to jest z ich zasięgiem internetu. Uprzejma pani powiedziała mi, że w tej miejscowości, w której jestem (musiałam podać kod pocztowy) zasięgu nie mają, że tam zasięg mają inne sieci, ale nie powie mi które. Przyjaciel, który w swoim czasie był na kierowniczym stanowisku w jednej z firm telekomunikacyjnych sprawdził które sieci mają tam maszty i powiedział, że są to T-Mobile z Orange, które mają wspólne maszty oraz Plus. Poradził, bym kupiła dwa startery (Orange lub T-Mobile oraz Plus), przyjechała z nimi na miejsce, sprawdziła, który ma lepszy zasięg i dopiero wtedy ten z lepszym zasięgiem doładowała. Była sobota popołudnie. Gdzie tu w centrum Polski w okolicy klasycznego mazowieckiego leśnego Pierdziszewa kupić starter do T-Mobile, Orange lub Plus i jeszcze go zarejestrować? Przyjaciel powiedział, że można to zrobić na stacji benzynowej. Zajaśniało więc słońce. Po południu Panicz Syn, który przywiózł mi z Warszawy zasilacz, został z suką na włościach, a ja pojechałam na poszukiwanie startera do internetu. Stacja benzynowa była kilkanaście kilometrów od mojej głuszy. Na miejscu pani powiedziała mi, że kupić starter mogę, ale tylko do T-Mobile, zaś co do rejestracji to nie jest pewna, bo jakiemuś panu dziś rejestrowała i nie udało się. Zaproponowała, że najpierw spróbuje mi zarejestrować, a dopiero jak się uda będę musiała zapłacić 5 złotych za starter. Tak też się stało. Objechałam jeszcze dwie stacje benzynowe (zajęło mi to wszystko 1,5 godziny) i stwierdziwszy, że poza tym T-Mobile nic więcej nie uświadczę zjechałam z powrotem do głuszy. Panicz Syn zrobił mi herbatę, a ja zajęłam się internetem. No i dopiero wtedy zaczęły się schody. Była godzina 19:00…

Po włożeniu karty w modem szybko okazało się, że internet jest. Słaby, bo słaby, ale lepszy niż w komórce. Doładować go można, ale… jak zmienić pakiet? To można zrobić tylko wysyłając SMS. Jak wysłać SMS z modemu? Teoretycznie przez stronę internetową, która pojawia się, gdy podłączę modem do komputera. Jest jeden problem. Do odbioru i wysyłania SMS strona żąda loginu i hasła do modemu, a ja nie wiem co wpisać. Gdy korzystam z modemu w sieci Play nigdy nie używam go do SMS. Nie wiem więc czy to żądanie modemu, czy może jednak sieci T-Mobile? Czytam wnikliwie całe opakowanie od startera T-Mobile. Jest tam podany numer: „Masz pytania? Skontaktuj się z nami”. Dzwonię do T-Mobile. Teraz drobna dygresja. T-Mobile jest to sieć, do której mam uraz z czasów, gdy jeszcze nazywała się Era. Opisywałam w swoim czasie burzliwe rozstanie z tą siecią. Głosu młodzieńca, który pouczał mnie, że dorosłość polega na tym, że przewiduje się utratę pracy, chorobę etc., a moja prośba o renegocjowanie warunków umowy i zmniejszenie abonamentu jest znanym mu skamleniem, poza tym jest bezczelna i niedojrzała, do dziś brzmi mi w uszach. Dlatego na samą myśl o kontakcie z tą infolinią muszę brać trzy głębokie oddechy. Wreszcie dzwonię. W słuchawce muszę wysłuchać komunikatu, że mam obowiązek rejestrować telefon na kartę. Zgrzytam zębami, bo po pierwsze wiem, a po drugie przecież zarejestrowałam. Potem automat informuje, że w związku z dużą liczbą interesantów czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi poniżej minuty. Oddycham z ulga. Słucham głupiej muzyczki, by po dwóch minutach dowiedzieć się, że ten czas oczekiwania wynosi… powyżej minuty, a po kolejnych dwóch znów usłyszeć, że poniżej i tak mija mi dobre dziesięć minut. Wreszcie młody człowiek, mający mnie ewidentnie za technologicznego głąba, po wysłuchaniu mojej historii informuje, że aby założyć konto na stronie lub wybrać pakiet powinnam… wysłać SMS. Opadają mi ręce. Zgrzytam zębami, ale cierpliwie tłumaczę wszystko jeszcze raz od początku. O modemie, który nie jest smartfonem i o tym, że jestem w lesie. Młody człowiek załapuje po jakimś czasie. Potem próbuje mi wmówić, że ów modem z Play ma simlocka. Informuję go, że na pewno nie ma, bo gdyby miał to bym się przez niego z internetem nie połączyła. Młody człowiek na chwilę milknie. Spytany co by zrobił na moim miejscu (skoro komputer nic mu nie podpowiada) radzi przełożyć kartę na chwilę do innego telefonu i wysłać z niego SMS. Pomijam już, że karta do modemu jest rozmiarów zwykłej karty SIM, a do mojego telefonu trzeba Nano SIM, więc czeka mnie w najlepszym razie zabawa ze zmienianiem rozmiarów karty. Ale cóż… panu na infolinii chyba wydaje się, że w środku lasu telefony po prostu rosną na drzewach. Na sośnie HTC, a na dębie iPhone. Nokia pewnie na lipie. Wzdycham ciężko. Pozostaje bowiem problem. Jak włożę kartę (po zmianie jej rozmiarów) do mojego telefonu, to w razie pytań nie będę miała innego aparatu do zatelefonowania. Starter jest tylko na internet. Pan nie ma innego pomysłu. Żegnam się więc z nim. Na szczęście jest jeszcze przy mnie Panicz Syn. Wkłada kartę do swojego telefonu. Próbuje wysłać SMS. Otrzymuje informację, że… nie jest to możliwe. Znów dzwonię na infolinię T-Mobile i ponownie po wysłuchaniu komunikatu, że mam zarejestrować kartę, a także po ponownym wysłuchaniu muzyczki oraz szeregu informacji, że oczekiwanie na połączenie poniżej jednej minuty, po kolejnych dziesięciu łączy mnie z kolejnym młodym człowiekiem, który informuje mnie, że na karcie zapewne nie ma już 5 złotych, które miała na starcie, bo korzystałam z mało korzystnego pakietu internetowego 1GB za 5 zł, więc część tych 5 złotych juz została wykorzystana, a żeby wysłać SMD muszę 5 złotych na karcie mieć. Zamknięte koło. Karta zostaje doładowana. Ale jak aktywować korzystniejszy pakiet? No i jak w ogóle założyć konto na T-Mobile na kartę, żeby kontrolować wydatki i w razie czego bez problemu sobie doładowywać? Trzeba wysłać ten cholerny SMS. Znowu mam przekładać kartę? Dzwonię do Play spytać o ten modem. Czy jest jakaś możliwość wysyłania z niego SMS? W Play (w przeciwieństwie do T-Mobile nie czekam na lini wysłuchując durnych i kłamliwych komunikatów o czasie oczekiwania poniżej minuty) natychmiast podają mi login i hasło do modemu. Trochę w tym wszystkim mojej winy, bo jest ono podane w modemie pod baterią, ale nigdy nie zwróciłam na to uwagi. W każdym razie była 20:30, gdy wreszcie udało mi się wysłać SMS, odebrać zwrotny z hasłem i aktywować korzystny pakiet, a nawet założyć konto na T-Mobile. Jest internet w głuszy. Wprawdzie jakoś pozostawia wiele do życzenia, ale… łączność ze światem jest. Jednak przez kilka godzin przezywałam prawdziwie technologiczny obłęd. Najpierw szukając startera, a potem instalując to wszystko.

PS Na zdjęciu widok z głuszy na moje leśne biuro.

Jednak spałam na tarasie. O 1 w nocy się tu przeniosłam. Teraz czytam. Pisać nie mogę, bo zasilacz został w domu. Panicz Syn obiecał przywieźć. #wyjazd #weranda #las #liwiec #rzeka

Nie stać mnie na robienie na ścianę

Na początku lipca pojechałam do Koszalina poprowadzić warsztaty literackie dla dzieci. Nocowałam w hotelu Gromada. Z góry uprzedzając wszelkie pytania informuję, że uważam ten Hotel za bardzo fajny, choć do kuchni mam zastrzeżenia, bo jest bardzo droga, a ma słabą ofertę – brak pierogów, brak makaronów itd., ale nie o to chodzi.

Mam taki zwyczaj, że fotografuję zajmowane przeze mnie pokoje hotelowe i starannie oglądam wszystko, co znajduje w szufladach mebli hotelowego pokoju. Są to przeważnie informacje o tym, kiedy kończy się doba hotelowa, o hotelowych ofertach typu SPA, kosmetyczka, fryzjer etc. (jeśli hotel oferuje), ile kosztuje pranie, czy jest możliwa dostawa jedzenia do pokoju, jest też informacja o numerach kierunkowych, numerach telefonu do poszczególnych pokoi, a także o cenniku różnych innych hotelowych usług. Tym razem ten cennik dosłownie zwalił mnie z nóg. Dotyczył bowiem opłat za… pomazanie krwią, wymiocinami i fekaliami: ręczników, mebli, wykładziny a także ścian. Ręczniki to 300 złotych, meble i wykładzina 600, a ściany 1500.

Sfotografowałam to natychmiast, bo byłam w szoku. A potem rozpoczęłam dysputę ze znajomymi. Wniosek był jeden: hotel z sufitu tego nie wziął (nawet nie dlatego, że o krwi, wymiocinach i kale na suficie nie ma w cenniku słowa). To musiało się już zdarzyć. Znajomi sugerowali, że może robiły to wycieczki z Izraela. Cóż… jeszcze w 2007 roku tygodnik Przekrój pisał o wycieczkach młodzieży z Izraela: „Zdarza się, że gdzieś między wizytą w Treblince a Majdankiem młodzi Izraelczycy spędzają czas na zamówionym przez hotelowy telefon striptizie. Zdarza się, że obsługa hotelowa musi zbierać ludzkie odchody z łózek i umywalek. Zdarza się, że musi oddawać pieniądze za nocleg innym turystom, którzy nie mogą spać, bo Izraelczycy postanowili zagrać w hotelowym holu w piłkę nożną. O drugiej w nocy.” Jednak trasa wycieczek z Izraela nigdy nie zahacza o Koszalin. Kto więc robił na ścianę w koszalińskim hotelu?

Dość szybko z rozmowy z kilkoma osobami z obsługi, a także z rozmów z mieszkańcami, kelnerką w pobliskiej knajpie, sprzedawczynią w sklepie etc., dowiedziałam się, że to w tym hotelu nocowali wielokrotnie muzycy zespołów disco polo i to oni demolowali hotel. Podobno z okien leciały nawet telewizory, a wino i „inne” płyny oraz substancje płynęły po ścianach. Przyznam, że kompletnie nie rozumiem nie tylko takiego zachowania, ale trwonienia pieniędzy na kary za coś takiego. Ile ich trzeba mieć, by wydawać 1500 złotych na rzyganie i fajdanie na ścianę??? I to w momencie, kiedy ludzie żyją za 900 złotych renty? Jestem ostatnią, która by kontrolowała czyjeś dochody i wydatki, bo nienawidzę zaglądania do portfela. Są jednak jakieś granice szaleństwa, które ten, kogo zachowanie spowodowało, że powstał taki regulamin, zdecydowanie przekroczył. Mnie tam nie stać na to, by sobie ot tak za przeproszeniem „nasrać na ścianę”. Pomijam, fakt, że nie wiem jaką musiałabym przybrać pozycję, by mi się to udało. Ale cóż… na jodze tego nie uczą.

Tak przykro, że słów brak, czyli o obecnych reporterach TVP

Bardzo rzadko piszę tu o polityce. Wynika to z prostego faktu, że uważam WSZYSTKIE partie polityczne za legalnie działające mafie, na które niestety wszyscy płacimy podatki. Obecna partia rządząca (na którą nie głosowałam, ale po wygranej w wyborach jako państwowiec dawałam szanse) nie jest wolna od tego grzechu mafijności, o czym przekonałam się, gdy jeszcze współpracowałam z TVP i widziałam, że „swoi” zarabiają krocie, obcy są „brani głodem”, by oddalili się czym prędzej gdzie pieprz rośnie. Oddaliłam się więc pisząc na koniec stosowny list do Pana Prezesa, na który do dziś nie otrzymałam odpowiedzi. Ale nie jestem człowiekiem rządzących. Jestem niczyja.

Niestety zastąpiono mnie (i kilkuset innych reporterów) takimi „dziennikarzełkami”, że wyć się chce, obserwując ich poczynania.

Oto kilka godzin temu Adam Kądziela z młodzieżówki partii Nowoczesna zamieścił na twitterze filmik pokazujący zachowanie dwóch młodych reporterów TVP Info: Filipa Styczyńskiego i Lucjana Ołtarzewskiego na czwartkowej demonstracji przed Sejmem. Młodzi reporterzy pokazywali niestosowne gesty demonstrantom i robili sobie w trakcie tzw. „sweetfocie”. Pierwszy raz od odejścia z TVP popłakałam się z jej powodu, choć grozę budziły już manipulacje jakich dopuszczają się programy informacyjne w TVP. Do tej pory była to domena TVN. Pisałam kiedyś o tym, jak wyglądała prawda o bohaterach pewnego reportażu, który realizowałam, a co zobaczyłam na antenie TVN w ich materiale filmowym. Teraz ta sama manipulacja jest w telewizji publicznej. W „Wiadomościach” królują wybrane, wyrwane z kontekstu wypowiedzi z odpowiednim komentarzem napisanym pod tezę. Oczywiście z komentarzem negatywnym i szkalującym tych, którzy mają inne zdanie niż rząd sprawujący władzę nad telewizją narodową.

Jednak zgodnie z zasadą „nie mój las – nie moje małpy” machałam na to ręką. Przełączałam kanały, oglądając filmy, seriale i programy przyrodnicze. Jednak to, co pokazały nagrania Adama Kądzieli sprawiło, że po raz kolejny załamałam się.

Oto na moich oczach w nagraniu wykonanym komórką widzę dwóch młodych ludzi, którzy na demonstracji wykonują nieprzyzwoite gesty w stosunku do demonstrantów.

Moim zdaniem chyba nikt nigdy w historii TVP tak jej nie opluł jak te dwa niedojrzałe smarkacze. Przez 21 lat pracy jako reporterka TVP byłam na setkach demonstracji i z wieloma demonstrantami się nie zgadzałam, ale nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, by się tak w stosunku nich zachowywać. Uczono mnie szacunku do demonstrujących. Dlatego nie wyzywałam starszych pań, które na słynnym ingresie Stanisława Wielgusa wbijały mi między żebra parasolki tylko dlatego, że widziały na towarzyszącej mi kamerze logo TVP. Z tego samego powodu jedna z nich napluła mi w twarz. Nie wykonałam w jej stronę żadnego gestu. Choć to zachowanie bolało mnie i psychicznie i fizycznie, a do domu wróciłam posiniaczona. Nie wyzywałam ludzi, którzy na marszu w obronie Telewizji Trwam wgniatali mnie w ścianę miażdżąc żebra. Tylko popłakałam się w samochodzie, bo było mi przykro. Jechałam do Muzeum Niepodległości a tu odmawiano mi miłości do ojczyzny, zarzucano, że nie jestem patriotką.

Nie odpowiadałam pluciem na narodowców, którzy pluli na mnie, gdy filmowałam ich, kiedy podczas parady równości skakali i krzyczeli: „kto nie skacze jest pedałem. Hej! Hej! Hej!” Z pokorą odbierałam ich petycję z korkiem do zatykania tyłka, choć uważałam i uważam to za chamstwo.

Kiedyś reporter TVP miał wpajane, że ma relacjonować wydarzenia, a nie je interpretować i oceniać. A już nie do pomyślenia było, aby je oceniał takimi gestami. Nawet, gdy gdzieś byłam prywatnie uważałam, że powinnam zachowywać się godnie, bo może ktoś mnie rozpoznać, jako reporterkę TVP, więc obowiązują mnie wysokie standardy. Dlatego starałam się być grzeczna w sklepach, urzędach, na bazarach etc. Tym dwóm młodzieńcom (bo określenie „panowie” jest w moim języku zarezerwowane jednak dla panów a nie osób zachowujących się jak chamy) zabrakło dobrego wychowania. Nie wynieśli go z domu, ale mogli z redakcji. Szkoda, że się tak nie stało, ale mocno zastanawiam się czy nie jest to wynik tego, że kiedyś trzeba było terminować dwa lata, by samemu pojechać z kamerą na temat. Moje koleżanki nosiły za redaktorami kasety zanim same dostąpiły zaszczytu zrealizowania własnego tematu. Teraz ten czas się skrócił do kilku dni. Odeszłam z TVP w kwietniu. Nie kojarzę żadnej z tych twarzy z telewizyjnego korytarza, a przecież jeszcze w listopadzie 2016 realizowałam tematy dla TVP Info o odzyskaniu przez Polskę Niepodległości wysłuchując, bym nie nagrywała dyrektora z Muzeum Niepodległości, bo jest „nie z tej opcji politycznej”. Kiedy więc ci młodzi ludzie przyszli do TVP? Jak to jest, że polityk Nowoczesnej ich rozpoznał jako reporterów? Musieli już gdzieś pojawiać się z kamerą. Wirtualnemedia twierdzą, że robili materiały do „Minęła 20”. Kto im na to pozwolił? Nie wiem. Wiem, że wszyscy widzimy efekty tak skróconej ścieżki kariery. Zero kindersztuby, moralności i szacunku do stacji, w której się pracuje. Płakać się chce!

PS Wiem, że szef Klaudiusz Pobudzin ich zwolnił, ale moje pytanie brzmi: kto tak szybko pozwolił im poczuć się reporterami? A o Pobudzinie nie napiszę ni słowa.

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!