Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

5 minut spóźnienia, czyli kwadrans przed końcem pracy

Ponieważ od ponad 20 lat nie mam etatu, a od ponad 8 nie mam działalności gospodarczej, więc nie opłacam sobie ZUS. Emeryturę i tak będę mieć najmniejszą z możliwych, więc dalsze ubezpieczanie się emerytalnie nie ma już sensu, zaś ubezpieczenie zdrowotne w NFZ to jakiś horror, bo nie dość, że drogie to terminy wizyt straszne o czym bez przerwy wysłuchuję od koleżanek i kolegów. Owszem, przydałoby się czasem mieć zniżkę na leki, ale póki co żadne nie są mi potrzebne. Żebym jednak tak zupełnie nie była bez lekarza to wykupiłam wiele, wiele lat temu pakiet medyczny dla rodziny. Dla naszej trójki wynosi on 464 złote miesięcznie. Kiedy były momenty chude to zgrzytaliśmy zębami, ale… i tak się opłaca, bo pakiet obejmuje pełen zakres usług z niemal wszystkimi badaniami, a także pobytem w szpitalu włącznie. Mam wrażenie, że wiele razy mi się to zwróciło, bo jedna wizyta u specjalisty kosztuje ok. 150 złotych, a już tyle razy skorzystaliśmy z różnych lekarzy, że dawno przestałam to liczyć.

Dziś po raz kolejny miałam umówioną wizytę. Tym razem u ortopedy w POLMEDZIE na Targowej. Wszystko na ten mój pakiet. Co mi dolega?

Jakieś trzy tygodnie temu zaczęła boleć mnie pięta, jakby mi ze środka wyłaziły sztylety. Byłam jednak wtedy poza Warszawą, na mazowieckiej wsi, gdzie opiekowałam się działką kolegi. Pięta nie bolała mnie zresztą bez przerwy a tylko przy niektórych ruchach, nie w trakcie chodzenia, nie jest to ból podeszwy etc., więc postanowiłam nie panikować tylko poczekać aż wrócę z wakacji. W sprawie umówienia wizyty zadzwoniłam 16 sierpnia. Wizytę umówiłam na dziś (21 sierpnia) na 11:45. Byłabym w przychodni wcześniej, ale pod przychodnią zaparkować trudno, więc trochę mi się zeszło na szukaniu wolnego miejsca i do recepcji wparowałam punktualnie o 11:45. Kolejki nie było, ale pani dała mi do wypełnienia jakąś ankietę. Zajęło mi to 5 minut. Te 5 minut wystarczyło, by pan doktor, który miał zbadać mi piętę opuścił przychodnię. O 11:50 pocałowałam klamkę od jego gabinetu. Pani z recepcji ospale zaczęła szukać doktora mówiąc, że przyjmuje do 12:00, więc zaraz wróci. Powiedziałam jej, że pacjenci siedzący w korytarzu twierdzą, że wyszedł z teczką i powiedział głośno „do widzenia”. O 11:55 pani recepcjonistka zaczęła dzwonić do pana doktora, by usłyszeć od niego, bym przełożyła wizytę. Niestety… płacę to wymagam! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd. Próbowano zrzucić winę na mnie, że przyjechałam za późno. Pokazałam SMS, który dostałam od umawiającej wizytę konsultantki, który brzmiał, że wizyta o 11:45 i o tej byłam. Przy okazji zwróciłam uwagę, że cały czas na blacie leży moja ankieta z moimi danymi osobowymi, które każdy może sobie przeczytać. Wściekła zażądałam książki skarg i zażaleń. Pani z recepcji podniosła się ospale i pomaszerowała do pokoju kierownika przychodni. Po chwili wróciła i kazała poczekać pod drzwiami, bo kierownik rozmawia przez telefon. Było po 12, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła pani kierowniczka z pytaniem o co chodzi. Powtórzyłam całą sytuację, że pan doktor skończył pracę przed czasem i mnie nie przyjął, bo zostałam przetrzymana w recepcji na wypełnianie ankiety. Pani zaczęła twierdzić, że ankietę trzeba było wypełnić, bo nie mieli moich danych (choć w tej przychodni byłam kilka razy, ale u innych specjalistów), ale szybko odparłam, że chyba nie były potrzebne, skoro ankieta leżała na blacie, a poza tym nie dostałam informacji, że mam być wcześniej, bo inaczej wizyta przepadnie. Koniec końców powiedziałam, że mnie właściwie nic już nie interesuje, tylko chcę dziś do ortopedy i koniec, bo płacę i wymagam. Na szczęście w przychodni był drugi lekarz. Przyjął mnie po 15 minutach, zbadał i stwierdził zapalenie przyczepu ścięgna Achillesa. Po czym dał skierowanie na USG.

Będzie USG, bom Achilles! #achilles #usg #pieta

A piszę o tym wszystkim dlatego, że gdybym nie miała tego pakietu to pewnie odeszłabym z kwitkiem, a gdybym miała ubezpieczenie NFZ to siedziałabym w jakieś państwowej przychodni 8 godzin w kolejce w koszmarnych warunkach, jak siedział mój syn na pogotowiu, gdy złamał nogę.

Swoją drogą, gdy umawiałam potem USG (które też jest w pakiecie) i opowiedziałam konsultantce „przygodę” z panem ortopedą usłyszałam w jej głosie szczere zdumienie. Ciekawi mnie jaki będzie los lekarza z prywatnej przychodni, który wyszedł sobie do domciu kwadrans przed końcem pracy.

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Pokolenie Google, czyli skąd wzięli się Stalin i Muszyński

Od dłuższego czasu obserwuję negatywne skutki internetu, którego przecież jestem i entuzjastką i użytkownikiem. Internet rozleniwia. Wszystko w nim jest, więc po co cokolwiek zapamiętywać? Na dodatek w szkołach coraz rzadziej każe się uczniom uczyć czegokolwiek na pamięć.

Dopiero co przypominałam tu głośną w swoim czasie historię Facebookowego profilu Żytniej, która zareklamowała się zdjęciem przedstawiającym postrzelonego Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Opatrzonym napisem: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Podobno osoba, która wówczas użyła zdjęcia nie wiedziała, że jest to historyczna fotografia.

W ubiegłą środę zmarła Wanda Chotomska. Zawiadamiałam o tym PAP wysyłając informacje o autorce, m.in. kilka wiadomości o jej dorobku. Tymczasem Gazeta Wyborcza powołując się na depeszę PAP napisała, że zmarła autorka… „Plastusiowego pamiętnika”! Tymczasem „Plastusiowy pamiętnik” napisała Maria Kownacka i został on opublikowany po raz pierwszy (w „Płomyczku” w 1931 roku), gdy Wanda Chotomska miała… 2 lata. Niestety zanim Gazeta Wyborcza wycofała się z tej „swoistej rewelacji” informacje o Chotomskiej jako autorce „Plastusiowego pamiętnika” krążyły po sieci.

Wczoraj zaproszono mnie do Polskiego Radia do audycji wspomnieniowej o Wandzie Chotomskiej. Miałam sporo do opowiedzenia nie tylko dlatego, że ją znałam, byłyśmy obie w Agencji Autorskiej „Autograf”, ale też dlatego, że piastuję to samo stanowisko, które niegdyś ona piastowała (jestem prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich) i często wpadają mi w ręce zabawne rzeczy z nią związane – np. prośba Muzeum Kolejnictwa o zwrot czapki kolejarskiej, chorągiewki i gwizdka zawiadowcy stacji, których Wanda Chotomska używała do specjalnych zajęć z dziećmi. Na nagranie poszłam przygotowana. Nawet wzięłam ze sobą książeczki, by w razie czego posłużyć się cytatami.

Poszło chyba nieźle. Prowadzący był przesympatyczny, także przygotowany i wyszłam z radia w miarę zadowolona, choć oczywiście potem przypomniałam sobie masę rzeczy, które mogłam opowiedzieć, a jednak tego nie zrobiłam. Późnym popołudniem otrzymałam od dalekiej znajomej maila z tekstem: „Musisz być bardzo zakochana w mężu.” Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale do listu był dołączony link. Kliknęłam, a to był link do tejże audycji z moim udziałem. Nie chciałam odsłuchiwać, bo jakoś niespecjalnie lubię się słuchać i oglądać. Ale na stronie był też krótki opis. Przeczytałam i… oniemiałam! Wg zamieszczonego na stronie tekstu powiedziałam: „Chotomska była Tuwimem, Brzechwą i Muszyńskim w spódnicy.”

No to się zdenerwowałam trochę. Rzeczywiście bardzo kocham Ulubionego, który jest przecież Muszyński (i nawet śmiejemy się, że jako Muszyński kocha muchy), ale czy naprawdę mogłam aż coś takiego palnąć? Czy naprawdę aż tak „oczadziałam miłością”, że tak żartobliwie spytam? Przecież miałam na myśli Kornela Makuszyńskiego autora m.in. książek o Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Całej audycji nie odsłuchałam, bo się jednak sobą zawsze żenuję, ale na szczęście pamiętałam, w której mniej więcej minucie o tym mówiłam, więc szybko odnalazłam ten fragmencik. Uff… Ja jednak powiedziałam „Makuszyński”! I to dwa razy. A mimo tego trzykrotnie przerobiono go na „Muszyńskiego” (dwa razy na stronie, a raz na Facebooku). Oczywiście po mojej interwencji wszystko poprawiono. Winę za potrójną pomyłkę ponoszą podobno informatycy. Naprawdę nie słyszeli o Makuszyńskim?

Od piątku internet „grzeje się” z kolei wpadką miasta Hel, którego pracownik przygotowywał plakat związany z obchodami powstania warszawskiego i zamieścił na nim zdjęcie młodego Stalina jako… Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jak napisał portal Onet: „Sekretarz ds. Promocji Miasta Helu Marek Dykta oświadczył, że plakat z niewłaściwym zdjęciem był efektem niezamierzonego błędu i pojawił się na afiszach przez przypadek. Osoba, która go umieściła, prawdopodobnie nie zauważyła pomyłki.” Internauci odkryli, że ów młody człowiek, który nie zauważył pomyłki czerpał wiedzę z… portalu Demotywatory!

Cóż… podobno stara jestem, więc zapewne dlatego nie przypuszczałam, że satyryczny portal z dowcipnymi komentarzami na temat rzeczywistości, ktoś potraktuje jako źródło wiedzy. Jednego nie rozumiem. Wprawdzie zdjęcie młodego Stalina jest bardzo znane, ale nie bywa w podręcznikach szkolnych w przeciwieństwie do zdjęć Baczyńskiego. Jego twarz patrzyła na mnie dodatkowo z każdej książki z poezją z okresu II wojny światowej.

Pewnie dlatego nie jestem w stanie pojąć aż takiej ignorancji. Ale z drugiej strony przypomniała mi się historia, jak to młodsza o dwie dekady koleżanka z byłej już redakcji została poproszona przez inną o przeczytanie za nią tekstu lektorskiego, bo ta prosząca miała zapalenie gardła i chrypiała. Chętna do czytania trzydziestolatka natknęła się w tekście na nazwisko niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Johannesa Brahmsa (autora m.in. słynnych „tańców węgierskich”) i przeczytała je wymawiając literę „h”, a na uwagę, że czyta się „Brams” odparła: „A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?”
Aż się chce zakrzyknąć: „A, kurwa, ze szkoły!”

Gdy GW wypluła rewelację o „Plastusiowym pamiętniku” jako dziele Wandy Chotomskiej, ktoś z internautów to skomentował: „Odstawcie praktykantów od komputera!” Ale moim zdaniem to nie chodzi o odstawienie tych praktykantów od komputera, bo wymiana pokoleń jest czymś naturanym, tylko o uczulenie tego pokolenia wychowanego na internecie i google, które nie uczy się czegokolwiek na pamięć, by przed publikacją wszystko od razu sprawdzali. Bo ludzie zapominają, ale internet nigdy!