Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.