Mam na imię Kropeczka, bo jestem dziewczynką w białym perłowym kolorze! Jestem nowym autem Małgosi Karolci. Zastąpiłam 12letniego Jubisia, którego przejął Panicz Syn. Zostałam nawet poświęcona przez pewnego księdza, który był pierwszym moim pasażerem. Będę dobrym samochodem, bo mam fajne imię. No i wreszcie będzie można mną wygodnie przewieźć i książki i teatralną scenografię oraz wszystkie rekwizyty... #kropeczka #auto #fiat #fiatpunto #punto

Tak źle i tak niedobrze, czyli… bądźmy szczęśliwi

Rzucił mi się dziś rano w sieci artykuł pt. „Doda zrobiła z Nositorby kura domowego”. Abstrahując od tego, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kur czy knur, ale… z treści wynika, że obecny facet niejakiej Dody, czyli Doroty Rabczewskiej „sprząta i robi jej zakupy. Jest jak prawdziwa perfekcyjna pani domu.” Życie Dody mnie nie interesuje, ale określenie „nositorba” zainteresowało. Ulubiony zawsze nosi za mną torbę, nosi też zakupy i często sprząta. Jednak kolejny tabloid w odniesieniu do towarzysza życia Dody za każdym razem pisze o nim (i jego względem niej zachowaniu) z pogardą. I tak zaczęłam się zastanawiać. Jak facet jest twardzielem: pije, bije itd. to źle. Ale jak widać, gdy sprząta, gotuje i nosi za nią torbę też niedobrze.

Opinii publicznej trudno dogodzić, a już znajomym to w ogóle. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje. Mieszkanie za małe to źle, bo ciasno. Za duże to źle, bo tyle sprzątania i trzeba to ogrzać. Mieszkanie w bloku to źle, bo nie ma ogródka. Dom z ogródkiem też źle, bo trzeba uprawiać. Facet z brodą to źle, bo jak całuje to kłuje. Bez brody też źle, bo wygląda jak dziecko. I tak dalej…

Ostatnio przekonałam się o tym wszystkim po raz enty. Oto po 12 latach zmieniłam samochód. Przed świętami wyjechałam z salonu nowym Fiatem punto. Przy moim „szczęściu” uważam, że trzeba kupować rzeczy nowe i na gwarancji. W swoim życiu kupiłam już nowe, a zepsute następujące dość drogie przedmioty, które musiałam wymieniać u sprzedawców tracąc na reklamację czas: pralkę, lodówkę, dwa telewizory, (trzeci nieprzestrojony na polski system), klawiaturę do komputera, grę na komputer bez kodu i kilka jeszcze innych drobniejszych rzeczy. Gdy raz w życiu kupiłam używany samochód to po 2 tygodnia eksploatacji skrzynia biegów wypadła mi na ulicę na środku mostu Grota Roweckiego, a komis wypiął się na mnie tyłkiem. Naprawa kosztowała mnie wtedy majątek. Tak więc od tamtej pory zawsze kupuję nowe auta. To moje trzecie. Pierwszy był Fiat 126p, który mi niestety po 2 latach skradziono, potem Fiat 600 50th zwany Jubisiem”, a teraz Fiat punto, ochrzczony mianem „Kropeczka”, bo uznałam, że to dziewczynka. Lubię Fiaty, bo rzadko się psują, a ich eksploatacja nie pochłania majątku. Na dodatek jako dziennikarka akurat na tę markę mam zniżkę. Ostatnim Fiatem jeździłam… 12 lat – przemierzyłam niemal całą Polskę i kawał Europy! Zdecydowałam się zmienić go na nowe auto, bo było w nim coraz ciaśniej. A kiedy jeździliśmy z monodramem Ulubionego to nie można było szpilki wetknąć. Tak więc przyszedł czas zmiany. Mam zwyczaj, że kupuję to, na co mnie stać. Samochód jest rzecz jasna na kredyt, ale raty znośne (paradoksalnie nie mogłabym sobie na niego pozwolić, gdybym nadal pracowała w TVP, ale to już inna sprawa). W każdym razie wyjechałam z salonu „Kropeczką” i… zaczęło się. Niewielu znajomych umie się ze mną cieszyć. Wysłuchuję więc, że Fiat (marka) jest beznadziejny, choć nikt nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego i skąd taka wiedza. Kiedy wskazuję im, że mają obsesję postpeerelowską, bo im się kojarzy z Fiatami 125p i 126p to milkną. Najlepsza była rozmowa z jedną z koleżanek, która próbowała wmawiać, że Fiaty się psują.

- My mieliśmy Fiata i ciągle się psuł, pamiętasz? – powiedziała przy mnie do męża z nadzieją, że jej przytaknie.

- Nie psuł się! Co ty za bzdury opowiadasz – zaoponował mąż i przypomniał, że jeździli nim 14 lat.

- To czemu go sprzedaliśmy?

- Bo ciągle mówiłaś, że nie chcesz jeździć Fiatem.

Tak więc usłyszałam już sto opinii, że dokonałam fatalnego zakupu i bez sensu się cieszę. Fatalny jest kolor, marka, model itd. (Paradoksalnie, gdy do testów dziennikarskich dostawałam jakieś francuskie auto, to nie miało znaczenia czy jest to Renault, czy Peugeot czy Citroën, czy sportowy czy dostawczy czy terenowy – też zawsze znajdował się ktoś, dla kogo to był beznadziejny samochód.) W każdym razie teraz usłyszałam, że powinnam kupić wóz terenowy, albo bardziej damski, i sexy i z czujnikami parkowania i tak dalej. A w ogóle za te pieniądze mogłam sobie kupić coś lepszego dwuletniego. Argumenty, że chciałam mieć samochód zupełnie nowy, na gwarancji i akurat na ten mnie stać, a na dodatek jestem zadowolona – uznano za głupie. Bo przecież jestem głupia, skoro nie postępuję tak, jak proponują znajomi, którzy zawsze wiedzą lepiej jaki samochód jest najlepszy, jaki najlepszy jest komputer, sprzęt RTV i AGD (ja zawsze słyszę, że kupiłam zły), jaki jest najlepszy przepis na zupę, sałatkę, mięso duszone, marka butów, ciuchów  itd.

Tak jakoś się dzieje, że inni ludzie zawsze lepiej od nas wiedzą, jak wychowywać nasze dzieci, jak postępować z naszym mężem, psem, kotem itd. Ostatnio kupiłam suce wieprzową raciczkę i usłyszałam, że psy nie mogą wieprzowiny, choć na raciczce napisane było „psi przysmak” i kupiłam ją w sklepie dla zwierząt. Ale koleżanki wiedzą wszystko lepiej nawet od weterynarzy. Lepiej też wiedzą jaki powinien być prawdziwy facet: czy nosić torbę za dziewczyną i otwierać przed nią drzwi, czy mieć na wszystko wywalone i leżeć na kanapie wtedy, gdy ona szoruje podłogę. Ostatnio zresztą usłyszałam opowieść o kobiecie, która umierała na raka i gdy była już po chemii, łysa i słaba, sprzątała kuchnię, a jej mąż, jak prawdziwy macho leżał i czekał na podany przez nią obiad. Co ciekawe, co najmniej setka moich koleżanek lub dalszych znajomych powiedziała mi, że w życiu nie wytrzymałyby z mężem, który je bije lub źle traktuje (ja wytrzymałam 4 lata). Na moją uwagę, że też tak kiedyś twierdziłam, dopóki nie spotkało mnie to co spotkało, przeważnie wzruszały ramionami. Nie rozumiały o co mi chodzi. Cóż… moje pierwsze małżeństwo na zawsze nauczyło mnie, że tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Dlatego nie zdziwiłam się, że w tym roku i mnie dopadła depresja, choć kiedyś myślałam, że to wymysł i byłam pewna, że mnie to nie dotyczy. Niestety odejście z TVP, a konkretnie bilans mojej pracy dla tej instytucji oraz okoliczności odejścia z niej, wpędziły i mnie w depresję. Piszę o tym, bo wiem, że ludzie potrzebują wsparcia. Potrzebują też pochwalenia własnych wyborów i decyzji, zwłaszcza, gdy się cieszą, a nie ganienia. Szczególnie, gdy ten wybór czy decyzja, jak w przypadku samochodu, nie jest wyborem na całe życie.

- Fajne dostałam perfumy? – spytałam koleżankę.

- Nic nie czuję – odpowiedziała, choć obie wiedziałyśmy, że to nieprawda, ale po co pochwalić? Nawet grzecznościowo? Lepiej wbić szpilę. Nie bolało? Uśmiałaś się? Szkoda. To powiedziały mi jej oczy, gdy zaśmiałam się słysząc odpowiedź.

Ludzie robią postanowienia na Nowy Rok. Ja mam jedno. Być szczęśliwą i głośniej śmiać się z tych wspaniałych rad, że powinnam kupić inny samochód, sweter, spodnie, buty, perfumy niż te, które wybrałam i które mnie się podobają. A moim czytelnikom życzę tego samego. Bądźmy szczęśliwi. A właściwie: bądźmy życzliwi, a wtedy na pewno będziemy szczęśliwi. A jak zaczniemy cieszyć się szczęściem innych to i nasze się pomnoży. Życzę wszystkim dużo szczęścia na ten nowy rok!

Wesołych Świąt

Jeśli jest coś, czego nigdy nie chciałabym „odzobaczyć” to malarstwo Rembrandta. W latach 90. byłam na jego wystawie w Berlinie. Przed wieloma obrazami płakałam ze wzruszenia. Uważam, że był to jeden z największych malarzy świata. Dlatego z okazji Świąt Bożego Narodzenia wszystkim czytelnikom, przyjaciołom i znajomym przesyłam wirtualny prezent w postaci jego obrazu „pokłon pasterzy”, a poza tym… życzę:

zdrowych, spokojnych i wesołych Świąt

Małgorzata Karolina Piekarska

„W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: «Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu:  dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie». I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami:
«Chwała Bogu na wysokościach,
a na ziemi pokój
ludziom Jego upodobania».
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: «Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił». Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.”

Łk, 2, 8-20

Niby nic, a jednak coś, czyli ostatnie słowo o blog.pl

Kiedy zaczynałam blogować miałam już swoją stronę internetową. Zapłaciłam wtedy sporą sumę za napisanie silnika w cms. Mogłam jednak z powodzeniem umieścić na swojej stronie także blog. Wybrałam jednak blogowanie na portalu Onet. Wydawało mi się, że będę wtedy między innymi blogerami na równych z nimi prawach.

Po jakimś czasie Onet przydzielił mi nawet opiekuna, który miał mi pomagać w problemach, a nawet zajmował się wyszukiwaniem atrakcyjnych wpisów mojego autorstwa i zamieszczaniem ich na głównej stronie portalu. Blogowanie na Onecie nie było jednak sielanką. Miałam mnóstwo uwag. Zwłaszcza dotyczących przestrzeni dyskowej na zdjęcia. Napisałam raz w tej sprawie do swojego opiekuna, czy nie można prosić o jej zwiększenie – ja zapłacę. W odpowiedzi zwiększono mi ją za darmo, jako autorce bloga z rubryki „znani blogują”, ale to zwiększenie było mizerne i w krótkim czasie znów zapchałam przydzielone mi miejsce na serwerze.

Dwa lata temu mój osobisty opiekun zniknął. W chwilach, kiedy miałam jakieś problemy z portalem, moje listy pozostawały bez odpowiedzi. Ponieważ zbiegło się to ze zmianami politycznymi w Polsce, więc zaczęłam się zastanawiać, czy nie ma to jakiegoś związku. Nie podoba mi się rząd, ale niestety opozycja również. W podzielonym społeczeństwie większość wymaga jednak opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, a ja stoję na środku jak ta żaba z dowcipu. Czy to ma wpływ? Moje wpisy przechodzą bez echa tzn. czytelnicy piszą, ale Onet je olewa. O co chodzi?

Zaczęłam się też zastanawiać nad przeniesieniem bloga na swoją stronę, bo ze zdjęciami łatwiej, kontrola większa i nic nie znika, ale czasu nie miałam. Aż właściwie zdecydowano za mnie. Blog.pl przysłał swój „słynny” list. Moje listy do blog.pl na temat strony technicznej przenoszenia pozostały bez odpowiedzi. Poza jednym, w którym spytano o jaki adres chodzi, choć ten był podany w tytule maila i w stopce. Widać umiejętność czytania listów ze zrozumieniem nie jest mocna stroną pracowników portalu. Po udzieleniu odpowiedzi, że podałam adres w stopce i tytule, ale na wszelki wypadek podaje jeszcze raz nastała błoga, trwająca do dziś, cisza. Natomiast portal Wirtualnemedia.pl opublikował artykuł dotyczący zamknięcia onetowskiej blogosfery. Wynika z niego, że formuła platformy z blogami wypaliła się, bo zabiły ją media społecznościowe.

W ogóle tego nie kwestionuję. Na pewno blogowanie na własnej platformie i pod własną marką jest lepsze. A ludzie częściej czytają wpisy na Facebooku czy tweety na Twitterze niż wpisy na blogach. Natomiast zastanawia mnie konieczność zamykania całego portalu. Czy nie lepiej po prostu zamknąć możliwość publikowania nowych postów, a to co do tej pory zostawić, chyba, że autorzy napiszą, że już przenieśli swoją treść? Zupełne zamykanie portalu to dla mnie wyrzucanie do kosza całej masy blogów autorstwa ludzi, którzy już nie żyją. Przykładów jest wiele.

Jeden z nich to blog: „Zatrzymać chwilę” Dominiki, Darii i Patrycji - 
http://d-d-p.blog.onet.pl/

Ten blog dostał nagrodę w konkursie blog roku w 2007 roku. W swoim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie. Założyły go trzy dziewczyny, które poznały się podczas terapii nowotworowej w szpitalu onkologicznym. Dwie z nich już nie żyją:

Patrycja (ur. 11 lutego 1992 – zm. 9 października 2007) leczyła się na ostrą białaczkę nielimfoblastyczną. Uwielbiała zwierzęta, a szczególnie koty. Miała własnego, który się wabił Wacek. Była fanką Christiny Aguilery.

Dominika (ur. 11 listopada 1990 – zm. 26 marca 2009) leczyła się na mięsaka. Uwielbiała Paranienormalnych, łowców.b i ogólnie kabarety, szczególnie w występach „na żywo”. No i Szymona Majewskiego który dla niej był poza konkurencją. Jej pasją była fotografia i marzyła o porządnym sprzęcie.

Została Daria, która od ponad 8 lat jest zdrowa, ale… chemia odcisnęła w jej organizmie piętno. onet

Kilka lat temu napisała na blogu, że ich blog, który prowadziła z nieżyjącymi już koleżankami dostał się do tzw. Panteonu Blogerów. Co to takiego?

„Panteon Blogerów, co jest wyróżnieniem dla blogów ważnych, wartościowych, znanych, a z różnych powodów już nie prowadzonych. Co istotne, miejsce w Panteonie zarezerwowane jest tylko, dla tych blogerów, którzy odcisnęli piętno na blogosferze, czymś się wyróżnili lub ich wyróżniono, a zniknięcie ich internetowych dzienników byłoby niepowetowaną stratą. Dzięki dołączeniu blogu do Panteonu zyskuje on status niekasowalnego, co w praktyce oznacza, że jest odporny na działanie osławionego automatu kasującego blogi, do których długo nikt się nie logował.”

Czy naprawdę ten nie zostanie skasowany? Czy Daria, która pokonała chorobę, zostanie psychicznie zmuszona do przenoszenia treści bloga na inną platformę lub zakładania własnego portalu? Napomknę tylko, że fragmenty bloga znalazły się w swoim czasie w podręcznikach.

Drugim przykładem jest blog „Po stronie prawdy” autorstwa Jacka Gotliba - 
http://azraelkubacki.blog.onet.pl
. Poznaliśmy się kiedyś, a nawet wypiliśmy wysokoprocentowe „małe conieco” na jednej z imprez poświęconych blogosferze. Jacek blogujący pod pseudonimem Azrael Kubacki zmarł 10 kwietnia 2015 roku. Paradoksalnie jego ostatni wpis brzmiał:

Za kilka tygodni będziemy już mieli kolejną, dla wielu smutną rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Ostatnio, kiedy pojawiły się w mediach informacje o tragedii całej załogi Tu154M, samolotu pilotowanego przez polską załogę pod Smoleńskiem (z ważnej wysokości przekazywano pilotom informacje o wysokości ostatnich minut lotu tupolewa), odbicie dyskusji było bardzo nieduże. Dyskusji na temat katastrofy, była w polskich mediach obfitość, wartość była umocowana nie na tle badanych spraw, lecz po stronie politycznej. W tym roku było inaczej – nawet po stronie zespołu Antoniego Macierewicza. Jego poglądy i dowody straciły na znaczeniu – nie tylko politycznym.
W tym roku odczytano ważne informacje na temat wysokości lotu i pozwolenia do działań załogi tupolewa. Okazało nie tylko na podstawie zapisów technicznych, lecz głównie na podstawie nagrań i taśm, że samolot schodził poniżej zalecanej wysokości. Warto również wspomnieć, o czym nie mówiono i pisano w czasie tego raportu, w jaki sposób odczytano najważniejsze urządzenia wysokości. Dlaczego? Może będą te informacje w następnym raporcie.
Raport komisji Jerzego Millera wykluczył dwie sprawy. Nie było zamachu i związanej z tym destrukcji samolotu przed upadkiem na ziemię, nie było również nacisków bezpośrednich na załogę Tu 154M, choć była zapewne presja podjęcia próby lądowania. Skończyły swój żywot wszelkie teorie spiskowe, lansowane wprost przez środowiska „Gazety Polskiej”, Radia Maryja, będące podstawą i paliwem działalności zespołu Antoniego Macierewicza. Nie oznacza to jednak, że te teorie nie będą funkcjonować dalej, jak sobie tego życzy Antoni Macierewicz, i jak się okazuje, w placówce sejmowej także politycy PiS-u.

Pamiętam jego ostatnie zdjęcie na Twitterze, które zamieścił na dwa miesiące przed śmiercią.

Po śmierci w Internecie żegnali go ci, którzy się z nim zgadzali i ci którzy się nie zgadzali. Nawet Andrzej Duda, wówczas kandydat na prezydenta, napisał RIP.

Na szczęście blog Jacka, który wsadzał kij w polityczne mrowisko nie zniknie z sieci. Wszystko dlatego, że sam Jacek jeszcze za życia założył własną platformę –
http://www.azraelk.eu
. Ale ilu nie zdążyło?

Co ze zmarłą w 2007 roku Miriam, która swoje zapiski o walce z choroba prowadziła cztery lata, dając nimi nadzieję innym chorym? 
http://miria.blog.onet.pl
. 23 listopada 2007 roku pojawił się na jej blogu następujący wpis:

Jakiś czas temu Miriam do mnie napisała:
„(…)Sloneczko, juzpowoli odchodze i przepraszam za to.kocham cie.
MYŚLĘ, ŻE PAMIETASZ KOD DO MOJEGO BLOGA
jakby mi sie umarlo, otworz tego bloga, i powidz, ze mi sie zmarlo i zostaw komentarze otwarte.(…)”
Nadszedł właśnie ten dzień…
Szyba Wenecka

Nie wymagam, by Onet.pl ciągnął platformę blogową, skoro badania pokazują, że spada liczba czytelników. Ale moim zdaniem minimum szacunku dla zmarłych blogerów wymaga, by pochylić się nad ich wieloletnią pracą. Czy portal to zrobi? Do planowanego zamknięcia zostało niecałe półtora miesiąca.

Urodzona w trzynastej minucie, czyli jak to u mnie przeważnie wygląda

Nie mogę powiedzieć, że mam pecha, choć wielu znajomych tak uważa. Ja twierdze jednak, że nie jest tak źle, bo przecież w końcu w ostateczności zawsze spadam na przysłowiowe cztery łapy. Faktem jednak jest, że zanim dojdzie do szczęśliwego lądowania z reguły czeka mnie masa przygód. Tak było i ostatnio. To z ich powodu zaniedbałam pisanie bloga, ale niestety nie tylko bloga. Na szczęście powoli wracam do regularnego pisania.

Przygody nazywały się wysyp różnych dolegliwości zdrowotnych zmieszanych z nawałem spotkań autorskich, warsztatów literackich czy dziennikarskich.

Dolegliwości zdrowotne pominę i od razu przejdę do swoich „przygód”. Oto w czasie podróży po Śląsku, kiedy w pociągach starałam się czytać, to niestety ku swojej radości i jednocześnie przekleństwu wzięłam ze sobą jako lekturę najnowszą książkę Pawła Dunin-Wąsowicza „Dzika Biblioteka”. Niestety czytanie w publicznym miejscu czegoś takiego jak swoista autobiografia literacka, napisana przez kogoś, kogo zna się od 7 roku życia, nie może dobrze się skończyć. Ponieważ w czasie lektury zdarzyło mi się kilka razy dostać ataku niepohamowanego śmiechu, więc dostało mi się od współtowarzyszy podróży. Epitety, których się nasłuchałam pominę. Na dodatek srebrna zakładka, którą Ulubiony zamówił mi u jubilera z okazji 5 rocznicy ślubu, spadła mi kilka razy w pociągu za fotel i dokonywałam cudów, by ją stamtąd wyciągnąć. Jednak to wszystko było jeszcze niczym, choć podróżowałam wtedy po Śląsku z temperaturą, lekami itd.

Najgorętszym momentem był bowiem ten, kiedy wyruszyłam w podróż trasą: Mława, Białystok, Augustów, Ełk, Gdańsk, Gdynia. Z powodu pory roku w dłuższe trasy jeżdżę pociągami i autobusami. Uwielbiam prowadzić samochód, ale teraz zbyt szybko robi się ciemno, droga bywa więc niebezpieczna, a przez to także strasznie męcząca. Do Mławy wybrałam się więc pociągiem. Tam dojechałam z Dworca Wschodniego w godzinę jakąś „Luxtorpedą”, ale z powrotem do Warszawy, (skąd po kilku godzinach odchodził pociąg do Białegostoku), wracałam na Dworzec Gdański. Ten pociąg relacji Mława-Warszawa był osobowym, zatrzymującym się na każdej stacji i jadącym dwa razy dłużej niż wspomniana przeze mnie „Luxtorpeda”. Miałam rzecz jasna książkę do czytania, ale… uwagę moją przykuła grupka kilku mężczyzn jadących do pracy do jakiejś warszawskiej fabryki na drugą zmianę (ponieważ wysiedli na stacji Warszawa-Żerań, więc znajomi sugerowali potem, że może Polfa Tarchomin). Przyznam, że dawno nie słyszałam takich rozmów jak te pociągowe. Kolejna wzięta w trasę książka po chwili okazała się zupełnie nieważna, bo oto uświadomiłam sobie, że zupełnie nie wiem o czym rozmawiają tzw. zwykli ludzie. Nie chodzi o to, że mam siebie za niezwykłą, ale większość moich znajomych to ludzie wykształceni. Ci, sądząc z zachowania, języka i tematów wykształceni nie byli. O czym mówili? Zaczęło się od kłótni o Pudzianowskiego. Jeden twierdził, że to „dziad” i już „do niczego się nie nadaje”. Drugi, że przecież wygrał walkę. Pierwszy z rozmówców twierdził, że to niemożliwe, bo widział jak „ten dziad dostaje po ryju”, ale wtedy pozostali dwaj zaczęli przekonywać, że trochę dostał, ale na końcu wygrał. „Chyba” – dodał drugi. A trzeci stwierdził, że „chyba tak”. Pierwszy z rozmówców uwierzył kolegom na słowo, choć przekonywali o wygranej Pudzianowskiego używając słówka „chyba” i z rozmowy wyszło, że żaden nie obejrzał walki do końca. Ale cała trójka uznała, że racja jest po stronie tych dwóch, bo są dwaj, a większość ma rację. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić w internecie w komórce, czy Pudzianowski wygrał czy nie. Ja, jak to dziennikarka, w międzyczasie sprawdziłam. (Wygrał z Jay Silvą w październiku w Dublinie na punkty). Ale dla panów nie miało to znaczenia. Rozpoczęli obgadywanie znajomych. Tak… faceci też plotkują. Nawet tacy twardzi robole. Ofiarą ich plotek padł kolega. Rozmowę sobie zanotowałam, bo była niezwykła. Brzmiała tak:

- Zenek to hajta się. Koledzy już dla niego nie istnieją – powiedział jeden z nich.

- Dziewczynę ma? – spytał drugi.

- Jakaś dziwa – stwierdził ten pierwszy.

- Fajna?- spytał drugi.

- Nie wiem. Pierdoli ją bez przerwy. Tak oszalał na jej punkcie.

- No i co? – spytali obaj niemal na raz.

- Nic. Już ma nas w dupie.

Ta porywająca rozmowa sprawiła, że się zadumałam nad tematami polskiego ludu i jego słownictwem, że o mały włos, a odjechałabym pociągiem na bocznicę, bo nie zauważyłam, że jestem na stacji końcowej, czyli Warszawa Gdańska. Ale to był dopiero początek tego „seta przygód”. Tego dnia jechałam bowiem dalej, czyli do Białegostoku. Zapowiadano śnieg, więc założyłam długie, czerwone buty. Krótkie nubukowe wsadziłam do walizki. Pogoda zmieniła się w połowie podróży. Gdy wysiadłam na białostockim peronie walił śnieg z deszczem. Peron zmienił się w wielką kałużę, a ja zanim doszłam do postoju taksówek, zdążyłam kompletnie przemoczyć buty. Nocowałam w Centrum Kultury Prawosławnej. W przemoczonych butach nie chciałam iść na kolację. A nubukowych było żal, bo wiedziałam, że przemoczę je natychmiast. Kolacja z dowozem mogła być najwcześniej za godzinę, więc położyłam się spać bez jedzenia, popijając aspirynę gorzką herbatą i kładąc na kaloryferze wypchane papierem toaletowym buty. Do rana wyschły. Przemyłam je płynem micelarnym do demakijażu, smarując potem kremem Nivea, bo tylko to miałam w kosmetyczce. Rano pojechałam do Augustowa na spotkanie autorskie, niestety po drodze powtórnie przemoczyłam nogi. W trzech augustowskich sklepach obuwniczych usiłowałam kupić kalosze, ale tylko jedne były mojego rozmiaru. Niestety zbyt długie, bym mogła w nich chodzić. Kompletnie uniemożliwiały mi zginanie nóg w kolanach. Żeby było weselej, po przymierzeniu nie byłam w stanie ich zdjąć. Musiały mi pomagać panie bibliotekarki, które usłużnie zawiozły mnie do sklepu słysząc o przemoczonych nogach. W autobusie Augustów – Ełk, a potem w pociągu Ełk – Gdańsk, wyobrażałam sobie siebie w tych za długich kaloszach, jak idę w nich niczym robot, a potem w pokoju gościnnym gdańskiej Biblioteki Publicznej błagam pana ochroniarza, by pomógł mi je zdjąć. Ech… pewnie jednak bym się wstydziła prosić o pomoc i znając siebie położyła do snu w kaloszach.

W Gdańsku miałam być przed 20:00. Planowałam więc kupno kaloszy w pobliskiej Galerii Handlowej, czynnej do 21:00. W pociągu sprawdziłam jaki tam jest sklep z butami i wybrałam stosowny model. Chodziło mi o to, by zakupu dokonać szybko i pójść jeść. W końcu poza śniadaniem w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej tego dnia zjadłam tylko kanapkę na dworcu w Ełku. Niestety pociąg miał opóźnienie i w Gdańsku znalazłam się na pół godziny przed zamknięciem Galerii. Poprosiłam taksówkarza, by zawiózł mnie do Biblioteki (bardzo blisko dworca), gdzie miałam nocować w pokoju gościnnym, bym zostawiła tam bagaże. On miał na mnie poczekać i zawieźć po te kalosze. Szybko jednak okazało się, że u mnie nic nie może być prosto. Gdańsk rozkopany i choć bibliotekę widzieliśmy oboje żadne z nas nie wiedziało jak się tam dostać, bo budynek obstawiony był płotami budowy. Jakoś wreszcie się udało. Zostawiłam bagaże panu ochroniarzowi i pojechaliśmy do Galerii, w której do sklepu CCC wpadłam na 5 minut przed zamknięciem krzycząc od progu, że ‚proszę o kalosze Lasocki nr 39!’ Były.

Zapłaciłam, zmieniłam przemoczone buty na kalosze i… postanowiłam coś zjeść. Na mapie sprawdziłam, gdzie jest najbliższa knajpa. Niestety… był w niej tłok, tylko jeden wolny stolik, przy którym siadłam i po kwadransie czekania na to aż zauważy mnie obsługa, dla której, jako osoba samotna, byłam chyba mało atrakcyjnym klientem – wyszłam na dwór. Wyszukałam w sieci inną knajpę, sprawdziłam opinie o niej i zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Tam okazało się, że zupa kosztuje majątek, ale… byłam tak zmęczona, że stwierdziłam: „raz kozie śmierć” i zjadłam chyba najdroższą samotną kolację. Wprawdzie wartą swojej ceny, bo przepyszną, ale jednak w takiej scenie, jaką płacę za 5 obiadów literackich w Domu Literatury. Wreszcie zamówiłam taksówkę do Biblioteki, by położyć się spać. Niestety nic nie może być w porządku, więc w połowie drogi zorientowałam się, że tam gdzie jadłam kolację zostawiłam moje przemoczone buty i musiałam się wracać. W łóżku byłam po 23:00, wcześniej ponownie myjąc buty płynem micelarnym do twarzy i smarując kremem Nivea. Następnego dnia spotkanie miałam w Gdyni o 15:00, ale wcześniej byłam umówiona ze znajomym w knajpce w Gdańsku. Sama wybrałam knajpkę i podałam godzinę. Chyba nie byłam jednak specjalnie zdumiona, gdy następnego dnia stanęłam przed… zamkniętymi drzwiami, na których wisiała kartka z informacją, że w lokalu do 6 grudnia trwa remont. Powlekłam się do lokalu obok, gdzie znajomy mnie odnalazł. Popołudniowe spotkanie z czytelnikami zostało zaplanowane na 15:00. Miało być dla młodzieży – uczestników warsztatów, ale… było dla dorosłych, bo młodzież nie przyszła. Tego dnia w domu byłam przed północą. Następnego była niedziela. Nie miałam siły wstać, ale… musiałam, bo przecież czekały na mnie kolejne obowiązki.

A opisałam to wszystko, bo… spadłam na cztery łapy? Spadłam! A to, że po drodze się poobijałam, połykałam aspirynkę, pobolało mnie to czy tamto, zapłaciłam za kolację „jak Cygan za matkę” cóż… urodziłam się o godzinie 11:13…, a ponieważ u mnie wszystko przeważnie tak wygląda, więc? To chyba sprawka tej trzynastki. Oczywiście pod warunkiem, że to ona naprawdę przynosi pecha.

Wszystko ma swoje dobre i złe strony, czyli nowy adres bloga

Nie dalej jak wczoraj otrzymałam z portalu Onet.pl list, z informacją, że do 31 stycznia 2017 roku platforma blog.pl zostanie zamknięta. Mam więc kilka tygodni na zabranie 10 lat swojej pracy z portalu. Poczułam się dziwnie, ale… nagle wszystko stało się jasne. Od mniej więcej dwóch lat czułam się przez Onet olewana. Osobisty opiekun odszedł, moje wpisy, kiedyś promowane przez portal, nagle pozostawały niezauważone. Przyznam, że myślałam, że to dlatego, że nie zajmuję się polityką. Ten list pokazał mi, że to coś stało się z Onetem. Rezygnuje z blogosfery, której gigantyczną przestrzeń miał w swoich rękach. Rzecz jasna ma do tego prawo. Może zdaniem jakichś zatrudnionych przez portal speców coś takiego, jak blogowanie się wypaliło?

Ja jednak jeszcze nie zamierzam zaprzestać, choć ostatnio mocno się zaniedbałam. Na razie jednak zapraszam pod nowy adres… Będzie już bardzo u mnie. Ten adres to: 
http://blog.piekarska.com.pl.

Przenoszenie treści archiwalnych pod nowy adres już się zakończyło, ale prace nad oprawą graficzną jeszcze chwilę potrwają, bo wbrew temu co szumnie zapowiadał Onet, nie udało mi się pobrać wszystkich fotografii. Z przenoszeniem też miałam masę kłopotów, z którymi musiałam poradzić sobie sama. Na ich biuro obsługi klienta spuśćmy zasłonę miłosierdzia.

Swoją drogą, żeby tak wyrzucać do śmietnika lata czyjejś pracy? No bo co stanie się np. z blogiem ś.p. Azraela Kubackiego? Pewnie do niego też wysłali informację, że ma przenieść się ze swoim „Po stronie prawdy” w inne miejsce. Sęk w tym, że on już dawno przeniósł się do niebiańskiej blogosfery. I pewnie nie jest jedynym zmarłym blogerem, po którym ślad za chwilę zniknie w sieci, bo Onet tak postanowił.