Historia pewnej strony, czyli naiwna, głupia ja

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Od wielu, bardzo wielu lat trzymam swoją stronę internetową na serwerach jednej z wiodących polskich firm hostingowych. Płacę za to prawie 750 złotych rocznie, bo w pakiecie mam nielimitowany transfer danych, ileś baz, serwer FTP i całą masę udogodnień z ogromną przestrzenią włącznie. Ponieważ nie wykorzystuję całego przydzielonego mi miejsca na serwerach, więc przystań na mojej hostingowanej przestrzeni znalazły także strony przyjaciół i znajomych. Wielu z nich sama je zrobiłam, bo opanowałam umiejętność pracy z wordpressem na tyle dobrze, że mogę pomóc tym, którzy się na tym kompletnie nie znają. To, co im zrobiłam teoretycznie kosztuje. Wg informacji wziętych z Internetu ok. 1500 złotych samo przygotowanie strony. Zaś najtańszy hosting rocznie ok. 150 złotych z limitem transferu danych. Jednak nikt z moich przyjaciół nie musiał płacić za hosting, bo ja i tak za to miejsce na serwerze płacę, a pracę przy ich stronach wykonałam za darmo, bo od tego ma się przyjaciół, by sobie pomagać. Oni jedynie raz na rok muszą opłacić sobie swoje domeny, co przeważnie nie przekracza 100 złotych.

Ostatnio zrobiłam kilka stron ludziom, którzy mieli ze mną pracować przy pewnym projekcie artystycznym. Pieniądze z niego mogą być w przyszłości. Najpierw jednak trzeba włożyć w to trochę pracy. Moja propozycja była więc taka: „Ty ze mną popracuj, a ja w zamian za to zrobię ci stronę i dam miejsce na moim serwerze.” Wszyscy na to poszli. Wykupiłam im domeny, stworzyłam strony administrując je i aktualizując. Każdemu podałam dane do strony, by mógł sobie sam tam coś pozmieniać. Ale nikt nie chciał się w to bawić. Praca z jedną osobą nie wypaliła. Strona jednak pozostała, a ja, co jakiś czas, mimo wszystko ją aktualizuję. Praca z drugą osobą wypaliła, więc strona jest stale przeze mnie uzupełniana. Niestety praca z trzecią osobą też nie wypaliła. Jednak w przeciwieństwie do pierwszej osoby, która ze mną nie współpracuje, ta trzecia osoba obraziła się, choć przecież o ile jej praca można powiedzieć „zmarnowała się”, (a i współpraca z nią zmarnowała mój czas), o tyle moja praca dla niej cały czas jest! Było mi głupio, że tak się sprawy potoczyły, ale wszyscy znający temat mówili: „Nic temu komuś nie jesteś winna. Zapłaciłaś mu zrobieniem strony i wykupieniem domeny! Ten ktoś się nie sprawdził i tyle! Twoja praca dla niego pozostała.” Dośc szybko po rozstaniu w jednym z maili ten ktoś zażądał danych do obsługi zrobionej przeze mnie strony. Zdziwiłam się, bo przecież już mu je wcześniej system wysłał, ale może myslał, że ta wiadomośc to spam i wykasował? Dane rzecz jasna dostał ode mnie jeszcze raz i… zmienił hasło dla administratora, bym nie mogła nic uzupełniać na tej „jego stronie” (umieszczonej na moim serwerze, której dane są zarejestrowane na moje nazwisko). Oczywiście dla mnie to nawet dobrze, bo dzięki temu mam mniej roboty. Po tym zachowaniu wnioskuję jednak, że gdyby była odwrotna sytuacja, to ta osoba usunęłaby moją stronę ze swojego serwera jednym kliknięciem. (Ona chyba nie jest świadoma, że i ja w każdej chwili mogę to zrobić.) A jeśli by nawet tego nie zrobiła, to być może wystawiła rachunek za zrobienie strony oraz za hosting.

Pewnie słowem bym się nie zająknęła na ten temat, bo o sprawie niemal zapomniałam, gdyby nie doszły mnie słuchy (zresztą od różnych czytelników tego bloga), jak bardzo gdzieś tam „w wielkim świecie” obrabia mi tyłek. Panicz Syn skwitował to stwierdzeniem: „Mamo, bo ty zawsze chcesz być w porządku w stosunku do wszystkich ludzi. Nawet tych, którzy w stosunku do ciebie nie są w porządku. I teraz sama widzisz. Weź wykasuj mu tę stronę. Będziesz miała spokój i więcej miejsca na serwerze. No i nie będzie ci tak przykro.”

Ale ja jakoś nie umiem tego zrobić. Chyba naprawdę jestem głupia i naiwna, bo ciągle łudzę się, że ten ktoś zrozumie, że za jego pracę, która nie spełniła moich oczekiwań i zmarnowała mój czas, zapłaciłam mu zrobieniem strony internetowej oraz udzieleniem bezpłatnego hostingu na własnej przestrzeni internetowej. Naprawdę nie jestem mu nic winna. 

Print Friendly
The following two tabs change content below.
dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka książek dla młodzieży, blogerka. Kontakt: piekarska@piekarska.com.pl