Żeby nie było niczego, czyli zwycięstwo Kononowicza

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Gdy przeszło sześć lat temu Krzysztof Kononowicz kandydował na Prezydenta Białegostoku deklarował, że zrobi wszystko, „żeby nie było niczego”. Niedawno w Sejmie odrzucono wszystkie trzy wersje ustawy o związkach partnerskich i opinia publiczna zatrzęsła się z oburzenia. Nie zajmuję się tu polityką, ale czasem są wyjątki. To właśnie jest taki wyjątek. Muszę to napisać. Dziwię się, że ludzie się dziwią, że te ustawy odrzucono! Naprawdę! Jak w państwie, w którym faworyzowani są „single”, a sekowane małżeństwa i rodziny i to zarówno przez prawo jak i pełną hipokryzji opinię publiczną, ma ktoś zacząć popierać związki partnerskie? No jak? Naprawdę ktoś się łudził, że będzie inaczej? Przecież jak się przyjrzymy to sekowany jest każdy związek! I to nie tylko państwowo, ale również, a może przede wszystkim społecznie.

Zacznijmy od… narzeczeństwa. Modny kawał mówi, że chłopaka (albo dziewczynę, zależy kto dowcip opowiada) należy trzymać krótko, co znaczy nie długo. Nie ma mody na trwałe związki. Pytanie: „Z kim się dzisiaj spotykasz?” z naciskiem na słowo „dzisiaj”, „teraz” lub „aktualnie” jest dość popularne i najlepiej pokazuje, że wszystko jest tymczasowe. Żyjemy w czasach, gdy rodzina się zdewaluowała. Rozwody są popularne, a miłości nikt nikomu nie ślubuje do grobowej deski. Taki bloger Kominek (poznałam kiedyś osobiście i proszę nie ciągnąć za język, co sobie o nim myślę) napisał w swoim czasie tak: Od niepamiętnych czasów miałem zasadę, że jak tylko zaczyna mi się sypać w związku, zaczynają się niedomówienia, drobne pretensje, jakieś ciche dni, automatycznie przełączałem się na aktywny proces poszukiwania rezerwy. Dopóki jest dobrze w związku, nie spojrzę na inną kobietę, ale niech mi tylko laska zaczyna robić jakieś jazdy, to nie ma zmiłuj. To jest zasada przyświecająca większości. Ci, którzy ją wyznają, przeważnie, jak Kominek, którego znów tu zacytuję, uważają, że:  Większość ludzi nie kończy, bo nie potrafią przyznać się do porażki, bo zbyt wiele zainwestowali w związek, mieli przecież tyle pięknych planów – wspólny dom, dzieci, rodzina, obiadki u rodziców i prezenty pod choinką. Ja nie kończyłem z lenistwa, bo nigdy z żadną nie mieszkałem, a jak się spotykałem raz na jakiś czas to wcale mi tak bardzo ona nie przeszkadzała. No było fajnie, był seks, rano won. Żyć nie umierać. Można to ciągnąć dalej, a przy okazji bzykać sąsiadki.
Czasami powodem trwania w związku bez przyszłości był brak alternatywy. Kogo będę bzykał, jeśli nie ją? Znowu szukać, znowu poznawać, znowu uczyć wszystkiego od nowa? A daj pan spokój, komu by się chciało.
Rozstajemy się szybko. Rozwodzimy łatwiej niż kiedyś, choć zawsze jest to trudna i bardzo bolesna decyzja. Pewnie dlatego, że jest też kosztowna, a… mamy to w perspektywie, bo wokół tyle rozwodów, rzadko więc decydujemy się na ślub. Ale jeśli już się na ten ślub decydujemy to… przeważnie z jednego z trzech powodów:
- Ciąża, a co za tym idzie presja rodziny i coraz rzadkiej, ale gdzieniegdzie jeszcze jednak, opinii społecznej;
- Para jest ze sobą długo i już wypada zalegalizować;
- Para chce być razem na zawsze.
Ta ostatnia przyczyna jest paradoksem porównywalnym do sraczki. Występuje bowiem i rzadko i często. Oto coraz rzadziej zawieramy małżeństwa, ale jeśli już to przeważnie dlatego, by być razem na zawsze. Z opinią publiczną nie liczymy się już tak bardzo, jak kiedyś. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie boją się tego, co powiedzą inni, choć paradoksalnie sami chętnie też różne rzeczy mówią, tworząc tę pożal się Boże opinię publiczną. Częściej też boją się słów „zawsze” i „nigdy” powtarzając „nigdy nie mów nigdy”. Jak w epoce tymczasowości przekonać samego siebie, że małżeństwo jest nam potrzebne?

No właśnie! Jak to zrobić? Zwłaszcza, gdy w epoce tej tymczasowości państwo nie przychodzi z pomocą w tworzeniu związków. Małżeństw też nie. Ileż ja znam historii, gdy ludzie są razem kilkanaście lat i… nie pobierają się, choć ciąża była, a i staż taki, że wypada, no i chcą być razem na wieki? Nie robią tego jednak, bo… samotna matka ma ulgi, a więc lepiej jej być z facetem na kocią łapę, a oficjalnie w papierach być samotną matką. Zwłaszcza, że gdy będą małżeństwem żadnych ulg dla nich nie ma. Pamiętam, jak kilka lat temu koleżance z redakcji odebrano telewizyjny etat. Miała umowę na czas określony i nie przedłużono jej tej umowy, proponując przejście na współpracę. Usłyszała wtedy od dyrektora, że mąż ma etat w telewizji, więc jedna osoba w rodzinie może być bez etatu. Czy gdyby koleżanka była panną z dzieckiem też tak łatwo by jej ten etat odebrano?
Ostatnio znajoma, która w konkubinacie tkwi od lat 18-tu, zadzwoniła zapłakana. Mieli się wreszcie pobrać. Ileż rzeczy było ustalonych. Niestety okazało się, że mają jakieś kłopoty i jemu na pensję wszedł komornik.
- Jak to dobrze, że ja oficjalnie jestem panną z dzieckiem i mieszkanie kupiliśmy na mnie. Gdybyśmy byli małżeństwem, to by nam teraz mieszkanie licytowali!
Znam małżeństwo, będące 40 lat po ślubie i… 20 lat po rozwodzie. Cały czas, czyli od zawsze, mieszkają razem. Ślub zawarli z miłości. Rozwiedli się… też z miłości. Chodziło rzecz jasna o sprawy finansowe etc. Teraz też tej parze, jako dwójce samotnych emerytów jest lżej. Jako ci samotni emeryci mają jakieś zasiłki pielęgnacyjne.

No i tak słówko o homoseksualizmie i jałowości takiego związku. Mam kumpla, który od 8 lat jest w stałym związku z partnerem, mieszka z nim etc. Pamiętam jego dwie próby samobójcze, gdy rodzina nie chciała jego homoseksualizmu zaakceptować. On próbował to zmienić. Wszedł nawet w związek z dziewczyną. Były łzy. W niej do dziś jest wielki żal, że nie był szczery, że próbował wykorzystać, bo ona naprawdę go kochała, a on… nie aż tak, jakby to było potrzebne, by założyć rodzinę. Stopniowo coś się w jego życiu zmieniało. Najpierw homoseksualizm syna przyjęła do wiadomości matka. Potem ojciec. Gdy ojciec owdowiał i zachorował, nagle okazało się, że zająć się nim może tylko syn-gej. Stary ojciec nie mógł liczyć na swoje pozostałe heteroseksualne dzieci, bo te były zajęte własnym potomstwem. Mógł liczyć tylko na syna pedała i jego partnera – też pedała. Nagle dotarło, że nic nie tracąc, zyskał drugiego syna i opiekę. Jeśli związek tych dwóch, którzy do śmierci opiekowali się starym ojcem jednego z nich, jest jałowy, to czemu nie zajęły się ojcem heteroseksualne dzieci tkwiące w swoich niejałowych związkach? Odpowiedź jest prosta. Miały obowiązki wobec własnych dzieci.

Poza tym jeśli mowa o jałowości, Przy takim myśleniu aż korci zadać pytanie jaką wartość mają związki małżeńskie kobiet, które decydują się iść do ślubu po… menopauzie? W końcu stary kawał o Jasiu mówi, że kiedyś spytał on babcię, czy może mieć dzieci. Gdy babcia odparła, że nie może Jasio powiedział do Małgosi: „Widzisz? Mówiłem ci, że babcia to facet!”. Czy w związku z tym związek mężczyzny ze starszą panią (nawet zawarty w kościele) nie jest podobnym do związku dwóch gejów? W końcu prokreacji z tego nie będzie! A i na adopcje obowiązujące przepisy o górnej granicy wieku też nie pozwalają.

Gdy będziemy wymyślać i precyzować termin jałowości związku w kontekście posiadania dzieci lub nie, za moment grozi nam ustawa o zakazie małżeństw przez kobiety, które są po menopauzie. W końcu w myśl tego, co głosi pani posłanka (zwana też złośliwie „poślicą”) Krystyna Pawłowicz, one też będą jedynie hedonistycznie uprawiać seks. I to jak hedonistycznie! Do syta, bez grzechu i żadnych zabezpieczeń!

Wyszłam za mąż rok temu po raz drugi. (Eks, z którym byłam rozwiedziona – nie żyje.) Według statystyk… „W ubiegłym roku w Warszawie związek małżeński zawarło 8154 par. 4398 par (53,94 proc.) powiedziało „tak” przed urzędnikiem stanu cywilnego, a 3756 złożyło przysięgę małżeńską w kościele (46,06 proc.). 1436 kobiet zdecydowało się na nazwiska dwuczłonowe; 738 – zostało przy swoim nazwisku; tylko 26 mężczyzn przyjęło nazwiska żony.” Mam 45 lat. Jesteśmy wśród 4398 par, które wzięło ślub cywilny. (Kościelnego nie chcieliśmy.) Jestem wśród 738 kobiet, które pozostały przy swoim nazwisku. Napiszę coś bardzo osobistego. Chcielibyśmy mieć jeszcze dziecko, ale czy tak się stanie – zobaczymy. Jeśli zostaniemy rodzicami nie liczę na pomoc państwa polskiego. Becikowe, które i tak za Szymonem Majewskim nazywam „becipkowym” mam głęboko gdzieś. To motywacja do macierzyństwa dla prymitywów. Na razie nasza (z Ulubionym) decyzja o małżeństwie w kraju, w którym związki partnerskie są tak sekowane, nie spotkała się nie tylko z zachwytem, ani nawet z akceptacją większości znajomych, o czym już zresztą pisałam. Powody dwa najważniejsze: różnica wieku (jestem starsza 17 lat) plus ukraińskie obywatelstwo Ulubionego. Za naszymi plecami skrytykowano i decyzję o ślubie i sam ślub. (Jak ktoś ciekaw, jak było – zapraszam. Na YT jest niepubliczny siedmiominutowy film.) Że byliśmy w strojach muszkietersko-pirackich, że na wyjście wybrana została piosenka z rosyjskiego musicalu „Trzej muszkieterowie”, że wesele nie tradycyjne tylko zaprosiliśmy wszystkich do „Pstrąga” do Parku Skaryszewskiego na koszt gości. Bo wszystko było nie tak. Przecież powinno być nie tylko zgodnie ze spisanymi zasadami, ale też zgodnie z tymi niespisanymi. A niespisanych zasad jest wiele. W ich myśl to kobieta ma być młodsza, ślub ma być tylko w kościele, mają być oświadczyny, zaręczyny, zapowiedzi, suknia ma być biała, z welonem etc, wesele na tysiąc gości choćby na kredyt, muszą być oczepiny i inne durne macanki po kolanach etc. My złamaliśmy wszelkie tabu, więc też źle. Źle towarzysko, bo tabu złamane i chyba źle społecznie, czy urzędowo, bo profitów żadnych. Owszem, napotkani urzędnicy byli mili, ale na tym wszystko się skończyło. Teraz jest proza życia. Nie mogę rozliczyć PIT‘u za ubiegły rok, jako samotna matka. Nie możemy się też rozliczyć razem, jako małżeństwo. Zyskaliśmy, więc, czy straciliśmy na naszym urzędowym „Tak”? Decyzja o ślubie nie spowodowała, że którekolwiek z nas dostało etat, a co za tym idzie mamy opłacany ZUS. A przecież pracujemy! Ja piszę, jeżdżę z kamerą TVP, jako reporter etc. Ulubiony gra w filmach i serialach. (Ostatnio na Polsacie w „Pierwszej miłości” jako ruski bandzior bije kobiety. Wszystko legalnie! Podatek grzecznie odprowadzany!) Dostał nawet stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na monodram, ale to nie z okazji ślubu, ale dlatego, że złożony wniosek stypendialny z opisanym szczegółowo projektem spotkał się z akceptacją członków komisji.
Ponieważ żadne z nas w żadnym dokumencie nie ma wpisanego drugiego, jako współmałżonka (w końcu wszystko jest dziś tajne, a nie jawne, bo za rogiem czai się GIODO), dlatego gdy przychodzi policja wezwana przez sąsiadkę, że „ruski przybłęda” …. (Tu należy wpisać: „demoluje ogród”, „niszczy drzewostan”, „nie tak odśnieża, jak trzeba” etc.) akt ślubu trzymamy na wierzchu. Na wszelki wypadek. Gdyby ustne zapewnienie, że to mąż nie wystarczyło panom posterunkowym. Przecież nazwiska mamy inne. Ciekawe, czy jak któreś z nas wyląduje w szpitalu, to drugiemu uwierzą, że małżonek, czy trzeba będzie z tym papierem i tam latać?

Na portalu Gazety opublikowano list Michała Chudzińskiego, który jako gej pyta posłankę („poślicę”) Krystynę Pawłowicz, w czym jego związek jej przeszkadza. Napisał m.in.: Związki nieformalne ocenia Pani, jako jałowe i nietrwałe. A jak wygląda sytuacja małżeństw? W naszym kraju rośnie liczba rozwodów, nie brak też małżeńskich tragedii. Czy zawarcie związku małżeńskiego gwarantuje szczęśliwe pożycie? Nie. Czy gwarantuje, że związek nigdy się nie rozpadnie? Nie. To ostatnie osiągnąć można zapewne jedynie poprzez usunięcie z polskiego porządku prawnego możliwości rozwodu. Wydaje się jednak, że mogłoby to także sprawić, że znaczącemu zmniejszeniu uległaby liczba zawieranych małżeństw, a wzrostowi liczba dzieci rodzących się w związkach nieformalnych, niemających obecnie prawie żadnej ochrony ze strony państwa. Bardzo celna uwaga. Nie mniej celny jest internauta tobrze, który na swoim blogu, jako żyjący w nieformalnym związku heteryk pisze do pani posłanki („poślicy”) Krystyny Pawłowicz: Mój „szkodliwy, konkurencyjny wobec małżeństwa i z założenia nietrwały związek” trwa już drugą dekadę. (…) Z jałowości mojego związku społeczeństwo ma dwóch nowych obywateli, przyszłych podatników, przyszłych dorosłych mieszkańców naszej ojczyzny. Moi młodociani obywatele z jałowego związku dobrze się uczą (w publicznej szkole), nie sprawiają problemów nauczycielom i są chwaleni. Może będzie państwo polskie miało z nich pożytek. Znają świetnie hymn polski, (przypuszczam, że znają więcej zwrotek niż pani zna), znają (nie mając chrztu, nie chodząc na religię i do kościoła) większość polskich kolęd, czym nie raz zadziwiają rodziców ze zaznajomionej katolickiej rodziny. (…) Żyjąc z nami (w naszym konkurencyjnym dla małżeństwa związku) zwiedzają kraj. Pokazujemy im polskie zamki, pałace, parki narodowe, widzieli kawał ojczyzny. Niewiele urlopujemy pod palmami Teneryfy. Wyrabiamy w nich zamiłowanie do ojczystej przyrody, do polskich krajobrazów. (…) W mieście korzystamy z tramwajów i nie jeździmy na gapę. Nie niszczymy mienia publicznego. (…) Bardzo dużo jeździmy autem po Polsce, ale popieram fotoradary. Można przyjechać na czas i bezpiecznie. Od 2003 roku nie zapłaciłem mandatu. Nie dlatego, że mi darowano czy dałem stówkę. Jeżdżę bezpiecznie. Może tu jest problem? Jałowy związek nie płaci mandatów! Nie dokładam się do budżetu? Ale mam usprawiedliwienie pani poseł! Lubimy sobie wypić piwko, co też dokumentuję na tym blogasku. Nie dokładam do budżetu mandatowego, ale dokładamy do akcyzy. Dodam pani poseł, że kupujemy TYLKO piwo polskie. Nie pijemy też piw z zachodnich korporacji, dorabiamy polskie browary regionalne. Źle coś z tym też?

Państwo Polskie dawno pokazuje, że bycie singlem jest dla niego dochodowe. Na singlach zarabiają hotele, bo pokoje pojedyncze to rzadkość, a w sezonie dwójka dla jednej osoby zawsze droższa od jedynki. Zarabiają biura turystyczne, bo ofert dla singli nie ma. Trzeba wykupywać ofertę dla dwóch osób, a potem… kołować znajoma, przyjaciółkę lub partnera. Nawet zniżki w muzeach, kinach czy teatrach są dopiero przy zakupie większej liczby biletów. Dla państwa singiel to czysty zysk! Pracuje on na siebie i dla siebie! Pracuje jeszcze na emerytów! Samotna matka to z kolei podwójny czysty zysk! Sama pracować musi, bo z czego utrzyma dziecko? (Ja dostawałam dwieście złotych alimentów.) Musi też coś zrobić z dzieckiem, gdy jest w pracy. Zaharuje się więc na przedszkole, któremu odpali kilka stówek miesięcznie. Zaharuje się na opiekunkę, by zajęła się dzieckiem, kiedy przedszkole nie pracuje, a ona tak. Tym samym da zatrudnienie tym, którym państwo pracy dać nie może, bo nie ma, zlikwidowawszy kolejne stanowiska, urzędy etc.. No i jeszcze taka samotna matka chowa kolejnego człowieka, który potem będzie musiał to państwo utrzymać. Jak dorośnie zostanie dochodowym singlem? Czy niedochodowym, jałowym partnerem w nieformalnym hedonistycznym związku? A może zdecyduje się zawrzeć tradycyjny związek małżeński? Wszystko po to, by „życzliwi” sąsiedzi i „pseudoprzyjaciele” mieli co obgadywać, gdy tym małżeństwem złamie, choć jedno tabu.

Jak rząd wprowadzi jeszcze podatek od starokawalerstwa to dopiero się państwo obłowi. Pani posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz powinna zresztą jako żarliwa patriotka wystąpić z takim wnioskiem. Jako osoba żyjąca w hedonistycznym i prawdziwie jałowym związku z samą sobą niech podzieli się z budżetem państwa wynagrodzeniem pobieranym z tytułu bycia posłem. I to posłem bez rodziny.

I tak sobie myślę… Kononowicz wyborów na prezydenta Białegostoku nie wygrał. Na prezydenta RP nawet nie startował, bo nie zyskał poparcia. Jednak mentalnie gdzieś tam w naszym kraju ten Kononowicz zwyciężył. Było to zresztą do przewidzenia. W końcu, jak pytał Mikołaj Gogol „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!” Śmialiśmy się z Kononowicza i mamy Kononowicza. Kononowicz zwyciężył nawet nie dlatego, że jest starym kawalerem, tak jak starą panną jest posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz. On zwyciężył, bo my, jako społeczeństwo, nie mamy nic poza sejmem złożonym w większości z ludzi o horyzontach myślowych kandydata na prezydenta Białegostoku AD 2006. Małżeństw nie przybywa, związki partnerskie są nieformalne, choć istnieją, a rozstania w natarciu, natarciu, natarciu… Przed nami kolejne. Tym razem polityczne. Ale kto, z kim się rozwiedzie, to ja już pisać nie będę. Od polityki z daleka. Fuj! Brzydzę się, jak posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz gejami.

PS I tylko mam ostatnią myśl… gdyby pani posłanka („poślica”!) Krystyna Pawłowicz była w wieku prokreacyjnym, a ja byłabym prezesem jej partii, poprosiłabym grzecznie o zawarcie związku małżeńskiego z posłem Arturem Górskim. A potem czekałabym na prawdziwą miłość i potomstwo. Ale może jestem złośliwa, zazdrosna, zła. Z pewnością coś na Z.

Print Friendly
The following two tabs change content below.
dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka książek dla młodzieży, blogerka. Kontakt: piekarska@piekarska.com.pl