Ile jest Niemca we współczesnym Niemcu?

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Przyznam, że jeszcze przeżywam serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przeżywam tym bardziej, że analizując to, co zostało pokazane i utwierdzając się w przekonaniu, że film naprawdę powstał żeby Niemcy poprawili sobie tym filmem nastrój, zaczynam się zastanawiać ile we współczesnych Niemcach jest… tej czystej niemieckiej krwi. Na ile matki ojcowie współczesnych Niemców rzeczywiście byli Niemcami…

Film nie poruszył wielu kwestii i to ważnych kwestii, o których już pisałam, ale przypomnę tylko: getto i getta w ogóle, powstanie w Getcie Warszawskim, obozy koncentracyjne, Powstanie Warszawskie. Nie poruszył też sprawy… germanizacji dzieci podbitych narodów. Z Polski, Rumunii, Czechosłowacji, Słowenii, Francji, Belgii, Luksemburga i Norwegii wywieziono w głąb III Rzeszy na zniemczenie ponad 250 tysięcy dzieci! Szacuje się, że do swoich ojczyzn po wojnie wróciło nie więcej niż 30 tysięcy z nich.  Najwięcej dzieci wywieziono z Polski. Dane mówią o liczbie od 150 tysięcy do 200 tysięcy. Ponad 50 tysięcy z nich to dzieci Zamojszczyzny.  Pomijam fakt, że te dzieci, których nie uznano za czyste rasowo zostały poddane szeregom eksperymentów medycznych. To wątki, które pojawiały się nawet w powieściach dla młodzieży. Jednym z przykładów jest „Gruby” Aleksandra Minkowskiego. Niejaki Maj – jeden z bohaterów książki nie miał nogi, bo mu ją amputowano w obozie. Najpierw wstrzykiwano jakieś świństwa aż wdała się gangrena „Pamiętam, że doktor aż się ucieszył, gdy zobaczył te rany”. Ten cytat z książki, którą przecież czytałam ponad 30 lat temu mocno wrył mi się w pamięć. W filmie w reżyserii Wojciecha Fiwka chłopiec miał obie kończyny.

Wątek przeprowadzania doświadczeń na dzieciach, który nota bene znalazł się nawet w tasiemcowym hiszpańskim serialu „Internat”, (o którym w swoim czasie pisałam, bo mimo pewnej tandetności wciągnął mnie niemiłosiernie), nie został nawet zarysowany w serialu, który miał rozliczyć Niemców z II wojną światową. Co ze zgermanizowanymi dziećmi? Być może dumni z tego, że ich rodzice nie byli nazistami, bo tak ukazał to film, siedziały przed telewizorami nie mając świadomości, że płynie w nich krew polska, czeska, rumuńska czy jakaś inna.

W 2005 roku IPN umorzył śledztwo w sprawie zniemczania polskich dzieci, bo nie udało się ustalić sprawców. Przecież dwu- czy czterolatek, który nie pamiętał swojego nazwiska tym bardziej nie zapamiętał nazwiska pielęgniarki zmieniającej mu tożsamość. Pokrzywdzonych są teoretycznie setki tysięcy, a w sumie… zaledwie garstka. Przed laty istniało Towarzystwo Dzieci Polskich Zgermanizowanych. W 2005 roku liczyło 62 członków. Tylu z nich żyło i wiedziało, że urodzili się, jako Polacy. Ilu nigdy się tego nie dowiedziało?

na zdjęciu ceremonia „chrztu” dziecka adoptowanego przez niemiecką rodzinę z ośrodka Lebensborn

Przygotowywałam w swoim czasie kilka materiałów dla telewizji o wspomnieniach dzieci z czasów wojny.  Publikowała je Fundacja „Moje wojenne dzieciństwo”. W drugim tomie znalazły się wspomnienia pani Anny Kociuby. Noszą tytuł „Element rasowo wartościowy”. Pozwolę sobie zacytować drobny fragment, bo kiedy przed laty to czytałam, ta historia zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Anna Kociuba została odebrana rodzicom, gdy miała sześć lat, bo pomyślnie przeszła testy rasowe, na które zabierano polskie dzieci w wieku 0-6 lat. Wywieziono ją do Kalisza do jednego z wielu ośrodków Lebensborn. Była to instytucja działająca w strukturach SS, której zadaniem było stworzenie odpowiednich warunków do „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi” poprzez odpowiednią selekcję kobiet i mężczyzn przeznaczonych do rozmnażania w ramach demograficzno-politycznych założeń nazistowskiej polityki rasowej. Ośrodki wybierały też dzieci, ich zdaniem rasowo odpowiednie, spośród dzieci podbitych narodów. Te dzieci poddawano germanizacji. Jednym z takich dzieci była Anna Kociuba. Mama zaszyła jej w płaszczyku kartkę z danymi osobowymi i przykazał nigdy nie rozstawać się z tym płaszczem.

„W Kaliszu byłam kilka miesięcy, nie pamiętam, czy już wtedy nauczyłam się języka niemieckiego, ale myślę, że jeszcze umiałam po polsku i pamiętam, jak się nazywam, choć nazwisko też mi odebrano i nazywałam się odtąd Anna Zachertm – Napisała Anna Kociuba w swoich wspomnieniach opublikowanych w 1999 roku. – Tak więc straciłam swoją tożsamość po raz pierwszy. Potem odesłano mnie do obozu w Oberweis koło Salzburga na terenie Austrii. Było jeszcze gorzej, większa dyscyplina, obowiązywał wyłącznie język niemiecki, panował głód i często stosowano kary cielesne za każde drobne „wykroczenie”. Do samotności i głodu byłam przyzwyczajona, ale strasznie bałam się zamknięcia w piwnicy (lęk przed ciemnością pozostał do dziś) i kar cielesnych, to znaczy bicia, a zwłaszcza tak upokarzającego bicia po twarzy. Czas jednak płynął i w końcu roku 1944 zaczęto dzieci „rozdawać” tym Austriakom, którzy byli chętni do adoptowania polskiego dziecka.
Poszłam na „pierwszy ogień” – pierwsza z dzieci zostałam zabrana z obozu przez bezdzietne małżeństwo mieszkające w Oberweis. Adoptowano mnie, posłano do konfirmacji, nazywałam się teraz Anna Pianek, miałam „mamę” i „tatę” – znów straciłam tożsamość. U tych ludzi miałam namiastkę domu, myślę, że na swój sposób mnie kochali, chcieli tylko wykorzenić ze mnie resztkę polskości, miałam uchodzić za ich rodzoną córkę i tak też wszystkim się przedstawiać. Stopniowo wrastałam w nowe środowisko – nie mówiłam już po polsku i sama już nie wiedziałam, kim tak naprawdę jestem. Stopniowo przeszłość zacierała się, choć jeszcze „po cichu” wspominałam prawdziwych rodziców i tamte przyjaciółki, tu miałam już nowe koleżanki i nie chciałam się od nich odróżnić i być przedmiotem szykan, jako „polski bękart”, czy też „polska świnia”. Byłam przecież zaledwie 8-letnim dzieckiem tak ciężko doświadczonym przez los, łaknącym uczuć miłości i serdecznej przyjaźni innych ludzi (może dlatego przez całe swoje dalsze życie chciałam mieć wielu przyjaciół i zaskarbić sobie życzliwość, bardzo się o to starałam). Do dziś utrata kogoś bliskiego to dla mnie cios w samo serce, dotyczy to nie tylko najbliższych, ale i przyjaciół.
Dzieci sąsiadów nie całkiem jednak traktowały mnie „jak swoją”. Moi przybrani rodzice nie mogli zmienić miejsca zamieszkania, a ich znajomi wiedzieli, że jestem Polką i z tego powodu często nie skąpili mi szyderstw ani obraźliwych epitetów. Czasy były trudne, moim przybranym rodzicom też nie powodziło się dobrze, ale dzielili się tym, co mieli. Tak doczekałam wyzwolenia, o czym oczywiście nie wiedziałam. Słyszałam rozmowy dorosłych i często siedziałam w rowie obok szosy, gdzie przejeżdżały kawalkady amerykańskich dżipów – często rzucali mi słodycze, suchary itp. Łupy te zwykle oddawałam przybranej matce. Pewnego razu taki właśnie dżip zatrzymał się koło naszego domu. Do mieszkania przyszli dwaj polscy oficerowie z chłopcem kilka lat starszym ode mnie o imieniu Olek, którego znałam z obozów w Kaliszu i Oberweis – powiedział tym oficerom, że jestem polskim dzieckiem, bo zapamiętał adres tej rodziny, która mnie adoptowała. Zapytana przez nich, kim jestem, odpowiedziałam zgodnie z żądaniem przybranych rodziców, że jestem ich córką – bałam się, że mogą mnie pobić. Nie rozumiałam już ani jednego słowa w języku polskim. Musieli do mnie mówić po niemiecku. Polacy widzieli moje przerażenie i nie uwierzyli, że jestem prawdziwym dzieckiem tych państwa. Znów przy akompaniamencie łez, rozpaczy i krzyków zostałam zabrana z ich domu. Po raz kolejny straciłam tożsamość – miałam już prawie 9 lat i znów nie wiedziałam, kim jestem.”

Anna wróciła do biologicznych rodziców.

„Wraz z opiekunką i starszym kolegą, który pochodził z Łodzi, etapami wróciłam do wytęsknionego kraju. I znów rozczarowanie i smutek – w Katowicach umieszczono nas w obozie za drutami, gdzie przebywali jeńcy niemieccy, którzy mieli być deportowani do Niemiec. Znów spałam na barłogu, nie było jedzenia, gryzły mnie insekty. Chłopiec był starszy i jakoś udało mu się wrócić szybko do Łodzi. Ja czekałam, żeby ktoś po mnie przyjechał, ale wszyscy zapomnieli o dziecku, plączącym się między jeńcami, głodnym i znów zapłakanym. Byłam spuchnięta od płaczu i straszliwie pogryziona przez pluskwy. Wreszcie po kilku strasznych tygodniach ktoś sobie przypomniał i powiadomił rodziców. Którejś nocy wszedł do baraku, do izby, w której spałam, mój tata – poznałam go, ale bałam się, że on mnie nie pozna po tylu latach i nie zechce zabrać. Krzyczałam –„Tatuś, to ja twoja córeczka, moja mama nazywa się Zosia, moja przyjaciółka nazywa się Terenia”. Tata oczywiście płakał z radości, poznał mnie, mimo że byłam strasznie wynędzniała. Kupił mi w pociągu bułkę z kiełbasą i jej smaku nigdy nie zapomnę, była taka dobra.”

Najbardziej znana jest historia Alojzego Twardeckiego. Urodzony w 1938 roku w Rogoźnie syn polskiego oficera, został w 1942 odebrany matce, przewieziony do sierocińca w Kaliszu, a następnie wywieziony do Berlina i oddany do adopcji niemieckiej rodzinie oficera NSDAP. Był przekonany, ze jest Niemcem. Gdy mając 14 lat dowiedział się, ze jest inaczej przeżył szok. Wiedział, że jest adoptowany. Był jednak przekonany, że jego prawdziwi rodzice byli Niemcami i zostali zamordowani przez Polaków. Jako 15 latek przyjechał do Polski zobaczyć kobietę, która bezczelnie podawała się za jego matkę. Chciał jej prosto w oczy powiedzieć, ze to pomyłka. Przyjechał… Skonfrontował to, co słyszał o Polsce od Niemieckich rodziców z tym, co usłyszał od Polskiej matki. Nie mógł uwierzyć w jej słowa. Kiedy opowiadała mu o prześladowaniach Polaków przez Niemców, o obozach koncentracyjnych i innych okrucieństwach II wojny światowej zaprzeczał powołując się na niemieckie gazety, które pisały o mordach dokonywanych przez Polaków na Niemcach. Jak sam napisał: „Słuchałem historii o heroicznych zmaganiach uczestników Powstania Warszawskiego, o bohaterstwie dzieci Warszawy, o Armii Krajowej, zamachu na Kutscherę i Cafe-Club, o potężnym ruchu partyzanckim… i traciłem poczucie rzeczywistości. Przecież nic o tym nie wiadomo w Niemczech. Polacy nie mają przecież zmysłu organizacyjnego, jak oni to zrobili? Niewiarygodne! A te bzdury o obozach koncentracyjnych! Nikt u nas nie dawał temu wiary i nie tylko u nas. Spotykałem Amerykanów, którzy również twierdzili, że to komunistyczna propaganda. Nawet dziadek i tata podawali takie wiadomości w wątpliwość.”

Jednak Twardecki został w Polsce. Nauczył się Polskiego, który to język wyparto z niego. Nakręcono o nim cztery filmy dokumentalne. Z czego dwa polskie, jeden brytyjski i jeden niemiecki. Napisał tez książkę „Szkoła janczarów” (z niej pochodzi powyższy cytat), w której opisał swoje życie w niemieckiej rodzinie z niemieckim tatą, mamą i dziadkami. Jak sam wspominał niemieccy rodzice byli dla niego cudowni: „Traktowali mnie jak swoje dziecko. Kiedyś w Bawarii jeździliśmy z tatą po wsiach i coś sprzedawaliśmy. Ojciec mówił po bawarsku, ja się nie odzywałem. Brali nas natychmiast za ojca i syna. Byliśmy obydwaj szczęśliwi. – Opowiadał po latach w wywiadzie udzielonym Wysokim Obcasom. – Mama pracowała, jako szefowa działu urlopowego Luftwaffe. Ojciec z zawodu był inżynierem. Był dyrektorem w jakiejś instytucji zajmującej się wydobyciem metali szlachetnych. Mama miała w środy czas kawowy, tzn. podwieczorek dla pań i rozmowy o dzieciach, a tata i inni mężczyźni spotykali się w czwartki. Palili fajkę czy cygara i grali w szachy.
Lubiłem patrzeć, jak ojciec malował obrazy, uczył mnie malować. Czekałem na weekendy, czas, kiedy będę z rodzicami w domu, nie w szkole. Ojciec wtedy malował, a mama grała na pianinie. Kiedyś dostałem od taty na Gwiazdkę zrobiony przez niego własnoręcznie teatrzyk kukiełkowy. 12 kukiełek wykonanych z gazet. Coś pięknego. Nigdy w życiu nie dostałem piękniejszego prezentu.
Dziadkowie mnie rozpieszczali. Siedziałem na kolanach u dziadka, a on opowiadał mi bajki. Mieliśmy ogromny ogród, w którym dziadek hodował róże. Od rana do wieczora pracował w ogrodzie. Dziadek powtarzał często, że cały ten piękny ogród będzie kiedyś mój. Mówił, że jak po jego śmierci nie będę dbał o róże, to on wstanie z grobu i mnie upomni.
Wiedzieliśmy wszyscy, że nie jestem ich prawdziwą rodziną, tylko niemieckim sierotą, ale nikt nie robił z tego powodu tajemnicy. Dziadek czasem nawet żartował: ‚Ciebie to chyba osioł zgubił w galopie’. To nie było złośliwe, tylko zabawne. Babcia podrzucała mi smakołyki i ukrywała przed rodziną moje przewinienia. Miała spiczasty nos i surowy wygląd, ale była ciepłą kobietą. Czułem, że mama bardzo mnie kocha. Codziennie dostawałem buziaka na dobranoc.
Byliśmy prawdziwą rodziną. Niczego mi u nich nie brakowało. Nigdy od nikogo z tej rodziny nie dostałem klapsa. Dzieciństwo w tym domu miałem wspaniałe. Mimo bomb, wojny i strasznej okupacji francuskiej. To, czego nigdy z tego czasu nie zapomnę, to powrót ojca, który służył w artylerii przeciwlotniczej, do domu. Nie mieliśmy w domu od niego przez jakiś czas wieści i myśleliśmy, że zginął w ostatnich dniach wojny.
W tamtym okresie poszedłem z mamą do wróżki. Mama pojechała tam ze mną na przedmieścia Koblencji. Chciała wiedzieć, czy ojciec żyje. Ta wróżka trzymała jakiś klucz nad zdjęciem ojca i powiedziała: ‚Żyje’. Wskazała na mnie i mówi: ‚To jest pani syn? Niemożliwe. On ma matkę, ona żyje. Ona go szuka’. Mama na mnie spojrzała, wiedzieliśmy, że byłem adoptowany. Wróżka: ‚On wróci do swojej matki’. Moja mama była cała w nerwach. Ja: ‚Mama, nie denerwuj się. Nie wrócę do żadnej matki’.”

Twardecki wrócił, ale… ilu nie wróciło? Zdaniem badaczy problemu do Polski nie wróciło około 180 tysięcy polskich dzieci. Nie wiedziały, nie wiedzą i pewnie nigdy się nie dowiedzą, ze ich rodzice byli Polakami. Uwierzyły w to, że są sierotami po niemieckich rodzicach. Być może teraz w kwietniu podczas emisji serialu przez ZDF siedziały wraz ze swoimi dziećmi i wnukami przed telewizorami czując dumę ze swoich wspaniałych rodziców, którzy nie byli nazistami, a walczyli w obronie honoru wielkich Niemiec, choć wcale tego nie chcieli, ale kiedyś tam im kazał zły pan Adolf Hitler.

„Nasze matki, nasi ojcowie” – tytuł serialu mówi, że jego twórcy pokazują historię pokolenia swoich matek i ojców. Czy wszystkich? Czy matki i ojcowie (babcie i dziadkowie) wszystkich współczesnych Niemców byli Niemcami? Oto pytanie, na które nikt nie próbuje odpowiedzieć. Bo grzebanie w przeszłości potrafi odkryć rzeczy, które ludzie lubią trzymać pod dywanem. Bo prawda częstokroć boli.

Profesor Tomasz Szarota po emisji serialu powiedział, że chciałby zobaczyć uczciwy niemiecki film. Ja też bym chciała. Taki film, w którym Niemcy pokażą i getta i obozy koncentracyjne i germanizację dzieci, bo 250 tysięcy ludzi to jest miasto! To dwa razy tyle, ile mieszkańców liczy Płock. To więcej niż Częstochowa czy wojewódzkie miasto Kielce! To dwa razy tyle co Koblencja, w której wychowywał się Alojzy Twardecki.

Tylko, czy społeczeństwo, którego prawie ćwierć miliona przodków zostało ukradzione z innych państw i wykorzeniono z nich ich prawdziwe pochodzenie, jest w stanie taki film zrobić i rzetelnie zmierzyć się z przeszłością?

I tak na sam koniec coś osobistego… Wiem, że czytelnicy bardzo to lubią.

Rzecz działa w dwie strony.  Mam w Berlinie siostrzeńca. Bardzo fajny chłopak. Urodził się Polakiem, ale jest Niemcem. Co się stało? Pod koniec lat 60-tych moja kuzynka (jego matka) wyszła za mąż. Rzecz miała miejsce w Szczecinie, gdzie schronił się przed bezpieką mój wujek – żołnierz Armii Krajowej. Gdy jego córka mówiła mu o narzeczonym – spytał o nazwisko. Podała mu. Brzmiało z niemiecka. Wujek wpadł w szał:
- Ja w partyzantce, w Armii Krajowej byłem i z Niemcami walczyłem, a ty za Niemca chcesz wyjść?
- Tata! On Polak!
Dziewczyna była jednak nieprzejednana i dopięła swego. „Wanda” zechciała Niemca wmawiając światu, a przede wszystkim sobie, że to Polak. Nadeszła pierwsza wigilia nowo poślubionych. Przy stole zebrały się obie rodziny. Wujek spytał się matkę swojego zięcia:
- Przyznaj się. Już jest po ślubie. Przecież nie rozwiedziemy ich. Czy wy jesteście Niemcami?
- My Polaki! – Mówiła teściowa bijąc się w piersi.
Kuzynka urodziła dwóch synów. Minęły lata. Najpierw umarła jej matka, potem ojciec, w między czasie zmarł również teść. Przez nasz kraj przetoczyła się fala strajków, a potem nastały czas kartek na cukier, mięso i wszystko inne. Małżeństwo rozwiodło się. On, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o polskości, wyciągnął dokumenty, którymi udowodnił swoje niemieckie pochodzenie i… wyjechał do kraju przodków, bo tam był dobrobyt. Przy okazji wyszło na jaw, że niemieckie nazwisko, które do tej pory nosił, nie było jego, ale to taki drobny szczegół. Okazało się, że mężczyzna, do którego mówił per „tato”, a synowie per „dziadku” był jedynie mężem matki i usynowił go, jako bodajże kilkumiesięcznego brzdąca. Prawdziwym ojcem był inny pan, choć również Niemiec. Ponoć niezwykle przystojny, ale żonaty i obarczony rodziną żołnierz. Matka poznała go pracując w czasie wojny w kinie w jednym z pomorskich miast. Gdy zaszła w ciążę i urodziła syna znalazł się taki, co zechciał ją z dzieckiem i dał małemu nazwisko. Mąż kuzynki dowiedział się o tym, mając na karku 40tkę. Wykrzyczał matce cały swój ból (człowiek, do którego mówił „tato” miał podobno ciężką rękę i nie oszczędzał chłopaka). Tak zatrzasnąwszy drzwi za Polską wyjechał do Berlina. Jego, jak się okazało, niemiecką matką – opiekowała się moja kuzynka – była synowa. On wziął ze sobą nową polską żonę i starszego z synów. Pięć lat temu przeszedł na emeryturę. Swój niemiecki dorobek sprzedał i… wrócił spędzić starość w Polsce. Jego starszy syn (mój siostrzeniec) mieszka w Berlinie. Odwiedziłam go w kwietniu. Z dokumentów wynika, że jest Niemcem. Ogląda jednak polską telewizję, ożenił się z Polką i w domu mówi po polsku. Jak powiedział, na starość przyjedzie mieszkać w Polsce. Gdy oprowadzał mnie po Berlinie i zwiedzaliśmy tereny dawnego muru berlińskiego, na murze pamięci, na którym zapisane są nazwiska ludzi, którym nie udało się uciec z Berlina wschodniego, pokazał mi swoje nazwisko. Zastanawiał się czy to ktoś z rodziny tego przybranego ojca jego ojca. Sam ciągle szuka swoich korzeni. Z jednej strony prosił o przesłanie zdjęć książeczki wojskowej mojego dziadka, a swojego pradziadka – bohatera wojny polsko-bolszewickiej. Ma też dokumenty o świadczące przeszłości akowskiej swojego dziadka. Z drugiej strony pielęgnuje w sobie to, co niemieckie. Stoi w rozkroku nad dwiema kulturami i nacjami, które złączyły się w jego postaci w jedność na skutek zawirowań II wojny światowej. Myślę, że oboje żałujemy, że jego niemiecka babcia aż do śmierci milczała. Ja mocno tego żałuję, bo zawsze fascynowała mnie historia, a szczególnie ta żywa. On pewnie żałuje, bo niewiele wie o tym, kim byli jego przodkowie ze strony biologicznego dziadka. Istnieje zresztą prawdopodobieństwo, że podczas II wojny światowej obaj biologiczni dziadkowie strzelali do siebie. W końcu jeden był w AK a drugi w armii niemieckiej.

Print Friendly
The following two tabs change content below.
dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka książek dla młodzieży, blogerka. Kontakt: piekarska@piekarska.com.pl