Niezadowoleni z własnych twarzy

Zrobiłam ostatnio swoim aparatem fotoraficznym sporo portretów bliższych i dalszych znajomych.  Moim zdaniem większość jest super, ale… ich bohaterowie twierdzą inaczej.

Prawie każdy jest rozczarowany tym jak wyszedł. Co zabawniejsze ogólnie zdjecia podobają się wszystkim, ale zawsze ten, który patrzy na swoje jest z niego niezadowolony. Cóż… To zdjęcia zrobione aparatem analogowym. Potem nie są poddawane żadnej obróbce. Wszystko zgodnie z moją dewizą „Photoshop to łgarz”. Chciałam pokazać znajomych takimi jacy są naprawdę. Co drugi wołał: „weź wywal to zdjęcie!” Krzyczeli zarówno mężczyźni jak kobiety. Najciekawsze jednak jest to, że kolega który swoim zdjęciem był załamany pokazał je swojej dziewczynie, a ta… zachwyciła się podobnie jak ja i wszyscy, którzy zdjęcie widzieli. Cóż… zawsze wydajemy się sobie ładniejsi, szczuplejsi, a w pewnym wieku także młodsi niż jesteśmy.

Dwa dni temu na imprezie, z której miałam zdać relację, spotkałam kumpla zawodowego fotografa. Przy stoliku dla prasy gadaliśmy o fotografowaniu, więc opowiedziałam mu historię z portretami, a on na to:

- Nomalne. Robiłem kiedyś sesję ze znaną aktorką. Kiedy zobaczyła swoje zdjęcia zaczęła na mnie krzyczeć, że ma rzadkie włosy. Odpowiedziałem jej: „Bo takie masz!” Była śmiertelnie obrażona. By poprawic jej humor powtórzyliśmy zdjęcie, ale z włączonym wiatrakiem, który te włosy rozwiewał. Ja tam nie mam żalu jak ktoś mi zrobi zdjęcie i wyjdzie na nim, że jestem łysy. Przecież jestem!

PS. W bajkach jak w zwierciadle wciąż się przeglądamy…

Malarze

Dwaj portretów malarze słynęli przed laty:
Piotr dobry, a ubogi, Jan zły, a bogaty.
Piotr malował wybornie, a głód go uciskał,
Jan mało i źle robił, więcej jednak zyskał.
Dlaczegóż los tak różny mieli ci malarze?
Piotr malował podobne, Jan piękniejsze twarze.

Ignacy Krasicki

Pomaga czy szkodzi?

„Roześlij gdzie możesz. Poszukiwana krew A Rh- dla umierającego dziecka. telefon nr… 0604…. Prośba o pomoc od” i…  tu wpisane różne bardzo znane nazwiska. Wszystko po to, by uwiarygodnić prośbę. Takich SMS-ów dostałam wczoraj kilkadziesiąt. Od różnych osób. (Tych bardzo znanych szerszemu ogółowi społeczeństwa i tych na co dzień anonimowych). Nigdy nie rozsyłam ich bez sprawdzenia czy dana wiadomość jest prawdziwa, czyli bez zadzwonienia pod wskazany w SMS-ie numer telefonu. Już wiele razy okazywało sie, że to spam. Wczoraj jednak nie miałam czasu sprawdzić numeru na 604, bo intensywnie pracowałam do późna. Sama i tak zresztą mam grupe krwi ”0 RH+”, więc za wiele bym nie pomogła, a przychodzące raz po raz SMS-y o tej samej treści utwierdzały mnie, że i tak pomoc się znajdzie. Odebrałam ich ponad 40! Rano ustały. Kolejny – ostatni przyszedł jednak dziś tuż po 18. Akurat zbierałam się do studia na wydanie Kuriera Mazowieckiego. Po programie już „na spokojnie” zadzwoniłam i….

- Podany numer jest nieprawidłowy – poinformował mnie automat w słuchawce.

Potem okazało sie, że pod ten numer dzwoniło wielu znajomych. Przejęli się losem gasnącego dziecka i uruchomili wszelkie znajomości – także te w kręgach honorowych krwiodawców.

Myślę sobie, że warto jednak przez rozesłaniem takich informacji dalej sprawdzić je. Bo tylko wszyscy się denerwują i myślą o gasnącym dziecku, a ono może nie istnieć. I tylko smutne jest to, że taki SMS zamiast pomagać szkodzi. Ja, jak już napisałam, od dawna taka wyrywna w rozsyłaniu tego typu wiadomości nie jestem. A przez te spamy może okazać się, że gdy krew będzie naprawdę potrzebna to nikt nie pospieszy z pomocą. Po prostu nie uwierzy, że podany numer jest prawidłowy.

I taka drobna uwaga. Taki SMS z reguły dotyczy grup z „Rh-”, bo tych z czynnikiem „Rh+” jest 85%. ”A Rh-” w Polsce ma 6% społeczeństwa, podobnie grupę „0 Rh-”. Najrzadsze są „B Rh-” tylko 2% i „AB Rh-”, którą ma zaledwie 1% Polaków.

Jaką grupę krwi ma ten, kto wymyslił okrutny łańcuszek?

Nie cierpię konkursów! Ale…

Nie cierpię ich od dzieciństwa. Pewnie dlatego, że tylko raz w życiu coś wygrałam. Ponad dwadzieścia lat temu dostałam trzecią nagrodę za poniższy wiersz:

O wyższości radia nad homo sapiens

W skrzynce z dziurkami w jednym miejscu
mieszka wiele głosów.
Różnych jak te w tobie.
Pociągając za sznurek można im przerwać.
Ale kto odważy się wyrwać ci język?

(1986)

Potem już w żadnym nic nie wygrałam. Tyczy to nawet tych konkursów, których warunki nie wymagały żadnej wiedzy ani talentu.  Nawet w lotka najwyższa moja wygrana to 12 złotych (piszę słownie dwanaście złotych, gdyby ktoś myslał, że chodzi o dwanaście tysięcy. Niestety tylko dwanaście złotych!). Dlatego teraz na zadawane mi w e-mailach pytanie czemu nie zgłosiłam swojego bloga na konkurs „blog roku 2007″ odpowiadam. Bo nie mam szczęścia w konkursach. Nie zgłaszam też na „Web site festiwal” swojej strony internetowej www.piekarska.net. Aby jednak nie było, że nie wierzę w rzetelność jurorów ogłaszam, że… sama jestem jurorem w konkursie na blog organizowanym przez Dom Kultury Rakowiec. Szczegóły wkrótce.

Co z poetą po śmierci?

Cały wczorajszy dzień męczył mnie wiersz Broniewskiego.  Zapewne pod wpływem krajobrazu, który towarzyszył mi podczas tego średnioudanego pobytu poza Warszawą. W każdym razie recytowałam:

Mnie ta ziemia od innych droższa,
ani chcę, ani umiem stąd odejść,
tutaj Wisłą i wiatrami Mazowsza
przeszumiało mi dzieciństwo i młodość.

Nie pamiętałam jednak co dalej. Postanowiłam poszukać tego wiersza. Tomików poezji u mnie wiele, ale Broniewskiego mam jedynie „Ankę” z wierszami poświęconymi zmarłej córce. (Pierwsze po Kochanowskim „Treny”. ) Reszta Broniewskiego gdzieś może i jest, ale wśród tylu tysięcy książek naprawdę czasem ciężko znaleźć tę, której się szuka. Gdzie tu znaleźć wiersze Władysława Broniewskiego? Chciałam w księgarni.

- Pani! Od dawna nie ma! Nikt go już nie drukuje! – usłyszałam.

I chyba coś w tym jest, bo w Merlinie Władka nawet na lekarstwo. Przypomniałam sobie, że była propozycja radnych, by ulicę w Warszawie mu odebrać. Zaczęłam szperać w internecie w poszukiwaniu życiorysu, bo choć mi się telepało, że socjalista, ale… i uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. No i znalazłam. Mając siedemnaście lat zgłosił sie na ochotnika do Legionów Piłsudskiego, wielokrotnie odznaczony – m.in. Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Za udział w kryzysie przysięgowym internowany w Szczypiornie. W 1939 roku w obliczu zagrożenia najazdem niemieckim, Broniewski opublikował słynny wiersz Bagnet na broń. We wrześniu 1939 zgłosił się do wojska na ochotnika. Przejechał z Warszawy przez Lublin i Lwów do Tarnopola, ale zanim miał okazję stanąć do walki, nastąpił sowiecki najazd na Polskę.

Broniewski był świadkiem wkroczenia Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939. Nie mógł pogodzić się z tym, że Związek Radziecki napadł na Polskę, czemu dawał wyraz w swojej późniejszej więziennej twórczości. Aresztowany w 1940 roku odmówił wspólpracy z NKWD. W więzieniu na Łubiance spędził trzynaście miesięcy. Po amnestii wynikającej z układu Sikorski-Majski został wypuszczony z więzienia i wstąpił do armii polskiej formowanej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. W 1942 roku ewakuował się wraz z oddziałami polskimi do Iranu, później wraz z II Korpusem Polskim poprzez Irak trafił do Palestyny. Do kraju wrócił po długich wahaniach (związanych z więzieniem sowieckim i opublikowanymi w Palestynie antysowieckimi wierszami) w 1945 roku.

W okresie powojennym początkowo tworzył poezję polityczno-propagandową, później utwory refleksyjne o motywach osobistych. W czasach stalinizmu był poetą głęboko zaangażowanym w budowę nowej rzeczywistości. Odmówił jednak napisania słów nowego hymnu polskiego, z czego propozycją zwrócił się do niego Bolesław Bierut. Wręczył mu podobno tylko kartkę z napisem „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Czy to aż tak zły życiorys? Że teraz w prawie pięćdziesiąt lat po śmierci nie mogę dorwać w żadnej z księgarń poematu Mazowsze?  Jest jedynie płyta z wierszami Broniewskiego śpiewanymi przez różnych artystów.

Na szczęście od czego internet? Znalazłam to, co mnie tak gnębiło.

A skąd się to w mojej głowie wzięło? Załączam zdjęcia. Sama zrobiłam (i to nie cyfrówką!) Mazowsze i Wisła w okolicy Obórek i Kępy Oborskiej. Czyż nie piękne?

Broniewskiego pamiętam dlatego, że uczyli mnie o nim w szkole. Synowi sama musiałam wczoraj przeczytać wiersz i opowiedzieć o tomiku „Anka”. Traf chciał, że dziś powiedział, że zaczynają „Treny” Kochanowskiego. Cóż… poeta na tyle odległy, że nie budzi żadnych kontrowersji. Choć ktoś z badaczy poddawał ostatnio w wątpliwość istnienie Orszulki. Anka Broniewska istniała naprawdę. Niestety jej ojciec żył w strasznych czasach. I teraz tylko „szumią nadwiślańskie drzewa, o tym wszystkim, co czuł i kochał, o tym wszystkim, czego nie wyśpiewał.” Księgarnie milczą.

Mój pogrzeb

Mnie ta ziemia od innych droższa,
ani chcę, ani umiem stąd odejść,
tutaj Wisłą i wiatrami Mazowsza
przeszumiało mi dzieciństwo i młodość.

W moim oknie pole i topole,
i ja wiem, że to właśnie – Polska.
Stąd i radość i chmura na czole,
tutaj słowa me zbroję jak wojska.

A te słowa zrozumie ziemia,
choćby miały krwią się wysączyć:
przecież nawet mury więzienia
obrastają poezją jak pnączem.

Tutaj do mnie najcichszym listkiem
ufnie mówią topole i wierzby,
moje serce tu wie o wszystkiem,
chyba tutaj umrę – bo gdzieżby?

Więc gdy umrę, dobrze mnie otul,
ziemio czarna, znajoma, dobra,
szeregami żałobnych topól
niechaj idzie za mną krajobraz

i niech w srebrnym liści popłochu
długo szumią nadwiślańskie drzewa
o tym wszystkim, com czuł i kochał,
o tym wszystkim, czegom nie wyśpiewał.

Władysław Broniewski

O tym jak pisanie diabli wzięli

Miało być tak pięknie. Pierwszy raz od półtora roku miałam wyjechać na trzy dni i pisać. W domu – ze względów psychicznych (dochodzenie do siebie po pewnej traumie nadal trwa) – nie bardzo mogę. Umówiłam się więc z kumplem po piórze, że zaszyjemy się we dwójkę z naszymi laptopami u niego w domu pod Warszawą i przez bite trzy dni będziemy walić w klawisze jak opętani. Oboje mamy do skończenia powieści. Plan był ambitny. Pozostawała tylko sprawa naszych dzieci. Kumpel ma lepiej – w domu z dorastającym synem została żona. Ja nie mam nikogo. Mój syn został sam, a przyjaciele i znajomi zostali obdzwonieni, że błagam o pomoc. Muszę skończyć powieść. Dajcie mi te trzy dni. Pomóżcie! Obiecali, że pomogą. Pierwszego dnia pisało mi się świetnie. Prawie 15-letni syn, do którego kilka razy dzwoniłam, nie narzekał. Robił lekcje (przynajmniej tak twierdził), oglądał TV, żarł pizze. Schody zaczęły się następnego dnia o 9:30, kiedy zadzwoniono ze szkoły, że Maciek ma zatrucie pokarmowe. (Cholerna pizza!) Poprosiłam o pomoc jedną z przyjaciółek. Powiedziała, że nie ma sprawy. Odebrała Maćka ze szkoły i zapakowała do łóżka. Maciek mówił, że wszystko ok, że śpi, że nie muszę przyjeżdżać. Sąsiadka miała do niego zajrzeć o 15-tej. Zadzwoniłam do jeszcze jednej przyjaciółki. Czy wracając z pracy może zajrzeć do Maćka? Przecież ma po drodze. Mieszka całkiem niedaleko. Zna Maćka od małego. Po godzinie dostałam od niej SMS, że jej zdaniem powinnam wrócić do domu. Była 15-ta. Dzwoniłam do sąsiadki, do Maćka, do tej przyjaciółki, która odebrała go ze szkoły – wszyscy mówili, że sprawa jest pod kontrolą i że przyjeżdżać nie muszę. Ale SMS nie dawał spokoju. Pisanie diabli wzięli. Dopisałam kilka linijek i… o 18-tej z minutami wskoczyłam do samochodu. Kumpel po piórze powiedział, że dalsze moje siedzenie nie ma sensu.

- Już widzę jak chodzisz na słonych paluszkach! Jednak oboje rodzice się przydają.

Owszem. Wiem to doskonale. Cóż jednak z tego? Jest jak jest. Mam takie życie jakie mam. Na pocieszenie kumpel powiedział mi jeszcze, że jak sam wybrał się pisać do brata do Hiszpanii to po pierwszym dniu dostał telefon, że musi wracać, bo zmarł teść. No tak… też się cieszę, że to tylko zatrucie.

Kiedy wróciłam do domu Maciek siedział przed telewizorem. Czuł się słaby, ale w sumie ok. Obejrzeliśmy Spider-mana 3 na DVD. A ja dziś, mimo ostatniego wolnego dnia i prawie 12-tej na cyferblacie, nie mogę zabrać się do roboty.

Jestem zapchajdziurą

Pojechałam wczoraj zrobić wywiad z pewnym skandalizującym pisarzem. W jego książkach jest brudny seks, narkotyki, chlańsko na potęgę. Klimat punkrockowy. Znam to dobrze, bo z tego klimatu wyrosłam. Imprezy, samobójstwa przyjaciół, grzyby, marijuana, lejący się strumieniami alkohol itp. Dawno nie mam z tym nic wspólnego. Nie piszę o tym i rzadko opowiadam (choć zdobyte doświadczenie bardzo się czasem przydaje). Pewnie dlatego, że w tym środowisku obracałam się z zupełnie innych powodów niż reszta. Nie musiałam aż tak uciekać z domu jak oni. Wprawdzie też nie było mi w nim za dobrze, ale nie był to patologiczny dom. Po prostu zakochałam się w niejakim Jerzym, który miał ksywkę „stary Kopernik” (w odróżnieniu od swojego młodszego brata Kopernika) i w jego domu – „mecie Koperników” – spędziłam sześć lat. Kto tam nie bywał? Nawet Skandal – pierwszy wokalista „Dezertera”. Wymieniam akurat jego nie bez powodu. Kiedy wczoraj jechałam na wspomniany wywiad zadzwoniłam do kumpla z Gazety Wyborczej. Znamy się z dawnej żoliborskiej załogi. Chciałam jeszcze dowiedzieć się czegoś o moim bohaterze poza tym co wyczytałam w prasie czy na jego stronie. Nie wiedział nic. Kończyliśmy już rozmowę, kiedy powiedział:

- Aha Gośka! Ten wywiad, to cały czas jest i czeka. Szef powiedział, że jak nie będzie miał co dać to puści.

Śmiać mi się chciało, ale… świetnie to rozumiem. Wywiad, ktory kumpel zrobił ze mną dwa miesiące temu (nota bene po moim zadanym w akcie desperacji pytaniu, czy nie może tego dla mnie zrobić, bo wydaje ksiązki i panuje wokół nich medialna cisza)  ma być zapchajdziurą, kiedy inne ciekawsze tematy się skończą. Tak sam z siebie nie będzie opublikowany, bo jestem zbyt nudna. (Wywiad nie, ale nie ma skandalu. Nawet nie Skandala). Gdybym opowiedziała np., że po LSD uprawiałam seks przez 14 godzin do bólu narządów to ok. To byłoby super. Taki skandal! Pisarka dla młodzieży, której książki są w podręcznikach a tu… taka skandaliczna przeszłość z LSD nawet nie SLD w tle. Od razu byłabym na pierwszych stronach nie tylko Wyborczej, ale i Faktu, Superexpressu a nawet Pudelka, choć gdyby Gazeta Polska lub Nasz Dziennik zrobiły literówkę i przekręciły LSD na SLD to pewnie i tam. Gdybym np. opowiadała o próbach samobójczych to fajno! Już dajemy na pierwszą stronę Vivy czy cholera wie czego. Gdybym opisywała jak pojechałam do Empiku na rondo (wtedy nie de Gaulle’a) w odwiedziny do niejakiego Przema, który wyszedł z odwyku, a poznałam giganciarza, który się we nie zakochał, bo dałam mu pacyfkę z łupiny orzeszka i słał listy miłosne z jakichś Szypliszek, gdzie po mordzie lał go psychopatyczny ojciec, plus parę pikantnych szczegółów to ok. Sama z siebie nie jestem ciekawa. No i jeszcze nawet nie chcę opowiadać za bardzo o małżeństwie z eksiem-punkowcem, który do dziś ma mentalnośc nastoletniego punkowca, bo nie wyrósł i śle mi SMS-y „wskocz na mnie mokrom brohom”, bo wie, że nic mnie tak nie wkurza jak błędy ortograficzne. A gdybym tak więcej zacytowała? O super by było! To byłby wywiad! No i o tym ostatnim pętaku też nie opowiadam, że zmarnował mi osiem lat życia. Ale może gdybym wywaliła bebechy na wierzch i opowiedziała o love story najpierw z internetem, potem z trawą, a na końcu z Centralnym Biurem Śledczym w tle to… Ech… mogłabym powymieniać sto a może i miliard rzeczy, które zainteresowałyby brukowce i uczyniły moją sylwetkę ciekawszą dla dziennikarzy. A ja taka głupia cipa, chcę by ktoś zainteresował się tym co robię bez skandali. Nawet to co napisałam powyżej – nikt nie wie czy było naprawdę czy nazmyślałam teraz w rozgoryczeniu. Cóż… Jak skandalu nie ma to wywiad może być tylko zapchajdziurą. Niczym więcej. No… chyba, że jako pisarka napiszę coś bardzo skandalicznego jak Masłowska czy Gretkowska. Bo tylko skandal się sprzedaje. Tylko skandal promujemy. Choć np. Skandal z Dezertera dawno nie żyje. Zaćpał się. Ja nie ćpam. Nawet papierosów od 10 lat nie palę. A pies ze mną tańcował. Z zapchajdziurą.

Pali się!

  

Wczoraj wysłano mnie na zdjęcia do walącej się kamienicy, w której w nocy spaliło się jedno mieszkanie.  Niby nic nadzwyczajnego. Codziennie w Polsce pali się jakiś dom. Tu ofiar w ludziach na szczęście nie było. Czemu raptem o tym piszę? Bo ciekawe są kulisy pożaru. Kulisy, o których oficjalnie nic nie można powiedzieć ani napisać, bo… nie wypada, bo to, śmo i ble! 

Kamienica jest własnością prywatną, ale dekretem Bieruta objęto ją kwaterunkiem. Dlatego mieszkało w niej kilkanaście rodzin. Ponieważ w żadnym z lokali nie ma łazienki, a warunki mieszkaniowe są coraz gorsze, bo dom grozi zawaleniem, więc po wielu bojach gmina zdecydowała przyznać ludziom mieszkania zastępcze. Niestety żadne z przyznanych mieszkań nie było w stanie nadającym się od razu do zamieszkania. To dlatego lokatorzy nie wyprowadzali się z rudery, ale czekali aż gmina lokale przygotuje. (W nowych lokalach trzeba zerwać podłogi, położyć od nowa instalacje elektryczną, czasem nawet nie tylko wstawić szyby, ale i okna).

Kilku lokatorów rozpadającej się kamienicy to mówiąc po prostu… żule. Jeden z nich odrzucił proponowany przez gminę lokal jako niewystarczający, choć sam w wersalu nie mieszkał. Chciał szybko wymusić nowy i lepszy. Znalazł na to „rewelacyjny” sposób… podpalił mieszkanie. Nie zrobił tegio w sposób zwyczajny – benzyna, zapałka itp. Najpierw chciał zdobyć trochę forsy na flaszkę, by osłodzić sobie życie w koszmarnych warunkach. A że najwięcej płacą w skupie metali za metale kolorowe… to i postanowił wydłubać z płynących ścianą przewodów drut miedziany. Rozpoczął za pomocą ognia i przy pomocy kolegów opalanie izolacji na tkwiących w ścianie kablach!!! Na efekty długo nie trzeba było czekać. Pstryk – zwarcie – pożar. Ewakuowano cały dom. Lokator mieszkający na przeciwko spalonego mieszkania, który akurat też lubi wypić, w chwili wybuchu pożaru był… po sześciu piwach. Kiedy przyjechałam z kamerą z dumą mówił mi, że nic nie pamięta i ocknął się pod tlenem w karetce. Było to chyba mocne dla niego przeżycie, bo powtarzał tę historię co najmniej kilkanaście razy. Najgłośniej też dopytywał się, kiedy zostanie przeniesiony do nowego lokalu, bo teraz to już chyba przeniosą?

Dzielnica rozpoczęła uwijanie się jak w ukropie, by jaknajszybciej przygotować nowe lokale dla mieszkańców spalonej rudery. (Nie wiem jak szybko im się to uda.) Głupio, że wykwaterowanie musiał przyspieszyć pożar. Jeszcze głupiej, że ludzie sami go wzniecili. Z dobytku „pana najbardziej chętnego do wyprowadzki” nie zostało nic. Czy naprawdę kilka metrów miedzianego kabla było więcej warte niż wyposażenie mieszkania? Jeśli tak… to naprawdę straszne.

PS. I tak retorycznie spytam tylko… co też ów pan wstawi do nowego lokalu? A kiedy tam trafi? Ba! Najpierw stanie przed sądem, a ten może go skazać nawet na odsiadkę.

  

Wspomnień czar

 

 Zawsze wydawało mi sie, że historia to coś bardzo odległego. Teraz… nie jestem tego już taka pewna. Wczoraj byłam na imieninach koleżanki. Spotkałam się z ludźmi, z którymi co jakiś czas się widuję, ale oczywiście rzadziej niż kiedyś, gdy nie obrosłam jeszcze rodziną. Zaczęliśmy rozmawiać o „Naszej klasie”. W końcu naprawdę wiele osób zaraziło się bakcylem „Naszej klasy”. Ja też. Nawet nie myślałam, że tak się wciągnę. Dlaczego? Właściwie ze wszystkimi dawnymi znajomymi utrzymuję kontakty. Ci, którzy się wykruszyli, a chcą mnie znaleźć – znajdują. Nazwiska nie zmieniłam nawet, gdy zmieniałam stan cywilny, no i mam przecież swoją stronę. A jednak… prawie zupełnie nie mam kontaktu z ludźmi z podstawówki. To znaczy z kilkoma oczywiście mam, ale to właściwie kropla w morzu. Dlatego na portalu „Naszej klasy” śledzę forum swojej szkoły podstawowej. Zaglądam do klas obok, wyżej, niżej i patrzę kto jest. Przypominam sobie nazwiska i twarze. A pamiętam sporo, bo w końcu należałam do harcerstwa, a to pozwalało znać ludzi z innych klas. Teraz przypominam ich sobie. Ćwiczę pamięć, choć na nią nigdy narzekać nie mogłam. Odpowiadam też oczywiście na nurtujące mnie od lat pytanie. Co z nas wyrosło? Z pokolenia, którego dzieciństwo przeciął stan wojenny. No i dowiaduję się. Patrzę kto ma ile dzieci… Tak… ciekawość bywa twórcza. Wpadają mi do głowy kolejne rozdziały powieści.

Wracam jednak do wczorajszych imienin. Gadaliśmy o portalu. U kogo w klasie ile jest osób, co u kogo słychać, ale też wspominaliśmy dawne zdjęcia, które mamy w swoich archiwach.

Ja miałam ze sobą aparat. Oprócz tradycyjnej dokumentacji imprezy postanowiłam zrobić sobie zdjęcie z jednym z kumpli. Podobne mam juz w swoim w archiwum. Zamieszczam tu oba. Między jednym a drugim różnica jest… 20 lat. Coś jak między czarodziejką a czarownicą. To pierwsze (czarno-0białe) jest już historią. To drugie… dopiero nią będzie. A może już jest? Przecież „wczoraj” już się skończyło. A i jutro zagląda do okna.

245 złotych na WOŚP

Mogę przytrzeć nosa koledze? Mogę, chociaż… pewnie i tak powie, że rekordu nie pobiłam, a jednak! Mój rekord został pobity. O czym mówię?

Zakończył się XVI finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Liczenie pieniędzy jeszcze trwa, ale już wiem ile udało się ich zebrać z aukcji, na których na licytację wystawiłam swoje trzy książki. Otóż 245 złotych. (słownie dwieście czterdzieści pięć! złotych)

pierwsze wydanie „Klasy pani Czajki” poszło za 102,50 PLN
„Dziewiętnastoletni marynarz” za 34 PLN
„Wzrockowisko” za 108,50 PLN

To nie pierwszy raz, kiedy wystawiłam na aukcję WOŚP swoje książki. Jednak po raz pierwszy ktoś je licytował. Do tej pory moje książki „szły” zawsze w ostatnim dniu za złotówkę i ten, kto „wygrywał” te „licytacje” (celowo piszę w cudzysłowie, bo ani to licytacja ani wygrana) nigdy książek nie odbierał. Tym razem wszystkie książki były licytowane, a kwoty przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Myślałam, że jesli zostaną zlicytowane to maksimum za 30 zotych. W końcu nie były to aukcje promowane przez WOŚP. Jurek Owsiak pewnie nawet o nich nie wiedział. To, że ktoś to w ogóle licytował zawdzięczam znajomym i czytelnikom, do których powysyłałam maile z informacjami o licytacji. To miłe, że puścili je dalej w świat.

Miłe też, że sami wzięli udział w licytacji.

Celem tegorocznej Orkiestry była pomoc dzieciom ze schorzeniami laryngologicznymi. WOŚP chce w sposób systemowy wesprzeć dziecięce oddziały laryngologiczne i otolaryngologiczne, koncentrując się na trzech głównych obszarach.
1. wsparcie zaawansowanej diagnostyki i leczenia wad słuchu u noworodków i małych dzieci.
2. wsparcie oddziałów zajmujących się ratowaniem życia dzieci z poważnymi schorzeniami laryngologicznymi, takich jak chociażby tkwiące w układzie oddechowym ciała obce, czy też poważne poparzenia układu oddechowego.
3. wsparcie oddziałów zajmujących się leczeniem dzieci ze schorzeniami onkologicznymi w obrębie głowy i szyi.

Fajnie, że udało się ją wesprzeć moimi książkami. I tylko jedno mnie zastanawia. gdybym nie wysłała kilkudziesięciu e-maili, informacji na gadu-gadu i skypie i nie poprosiła wydawcy (Kamil Witkowski Wydawnictwo Nowy Świat) o zamieszczenie informacji na swoim blogu – pewnie pies z kulawą nogą nie licytowałby książek.  teraz juz wiem, że aby cokolwiek w aukcjach WOŚP było lictowaone nie wtsraczy tego wystawiać. Trzeba jeszcze odwalić kupę roboty w poinformowanie o tym „świata”. Nawet niestety za cenę otrzymania z powrotem obraźliwych e-mailii. A i takie zdarzyło mi się dostać.

Cóż… szlachetny cel wymaga poświęceń. :)

PS. Ciekawe jak zareaguje kolega, dla którego 30 złotych to było nic. Na razie milczy.

Telefon z księgarni

 Nigdy publicznie nie mowiłam i nie pisałam jak to z „Klasą pani Czajki” było…  teraz też nie chcę wszystkiego opisywać, ale jedną rzecz muszę. Szkoda, że ponad osiem tysięcy egzemplarzy tej książki wydawca wysłał na przemiał. Dziś wiem, że by się sprzedały.

Jak to? Otóż podpisana w 2004 roku umowa opiewała na druk 40 tysięcy egzemplarzy. Wydawca był pewien, że wszystko się natychmiast sprzeda i będzie dodruk. Większość książek w Polsce wydawana jest w nakładach najwyżej pięciu tysięcy egzemplarzy, więc 40-tysięczny nakład to było coś. Kiedy opowiedziałam o tym Pawłowi Dunin-Wąsowiczowi – wydawcy Masłowskiej, a prywatnie koledze ze szkoły (chodziliśmy razem do jednej klasy i w podstawówce i w szkole średniej) – złapał się za głowę. „Szaleństwo! – powiedział – Taki nakład trzeba promować”. Wydawca miał na ten temat inne zdanie. Nie bardzo promował. Poza jednym spotkaniem promocyjnym książka była czytana przez Mateusza Damięckiego na antenie „Polskiego Radia Bis”. Obszerny wywiad ze mną, który miał ukazać się w „Edukacji Twojego Dziecka” został skrócony do dwóch pytań i odpowiedzi, które wyrwane z kontekstu robiły ze mnie idiotkę. Nie zgodziłam się na publikację czegoś takiego. Tylko w „Victorze gimnazjaliście” znalazło się opracowanie lektury i krótka rozmowa. Resztę publikacji załatwiłam sama dzowniąc po znajomych dziennikarzach. Nie było łatwo. Udało mi się tylko tyle, że w „Mieszkańcu” – lokalnej gazecie ukazującej się na Pradze Południe - ukazała się notka, a w „Magazynie 13-tka”, krótki wywiad. To właściwie wszystko. Do dziś zastanawiam się jak to się stało, że książka trafiła na listę bestsellerów „Wprost”. No i jakim cudem pewnego dnia zadzwoniono do mnie z programu „5,10, 15″, by nakręcić ze mną wywiad. A już zupełne zdumienie ogarnęło mnie, gdy fragmenty powieści znalazły się w podręczniku.

Wracając do książki… Wrzucono ją do sprzedaży do kiosków. Niestety ta obecność w kioskach sprawiła, że księgarnie tytułu brać za bardzo nie chciały. Kiedy w warszawskiej księgarni „Nike” sprawdzałam ile mają egzemplarzy i zobaczyłam dwa, zapytałam sprzedawcę czemu tylko tyle. Odpowiedział, że to się i tak nie sprzeda, bo „Klasę” można za darmo dostać w kioskach dołączoną do gazety. Nie była to prawda. Książka nie była darmowym dodatkiem do czegoś. Kosztowała 14 złotych i była sprzedawana w folii z tekturką, na której widniała reklama „Victora gimnazjalisty”. Jednak pewnie podobnie jak ten księgarz z „Nike” myśleli i inni. W księgarniach trudno było „Klasę” znaleźć.

W pierwszym rzucie do kiosków „Klasy pani Czajki” sprzedało się „tylko” 10 tysięcy egzemplarzy. Były zwroty. Dlatego wydawca zdecydował, że część książek z tych zwrotów pójdzie na przemiał. Zmielono ponad osiem tysięcy egzemplarzy „Klasy pani Czajki”! Wprawdzie książka nadal się sprzedawała, a w internecie nawet całkiem nieźle, jednak na zysk z takiej sprzedaży trzeba czekać, a wydawca nie chciał. Po roku książkę wrzucił jeszcze jako dodatek do „Victora gimnazjalisty” (egzemplarz z „Klasą” był droższy od tego bez „Klasy”, ale o paranojo tańszy niż sama książka w ksiegarni) i… skończyło się. Sprzedaż prawie ustała. Jednak mimo tego jakimś cudem, gdy umowa z wydawnictwem wygasła  i przyszło do rozliczenia, okazało sie, że „Klasy pani Czajki” sprzedało się ponad 30 tysięcy egzemplarzy! 

Czemu raptem o tym piszę?

Bo dziś rano zadzwonił telefon z księgarni w Grudziądzu. W jednej z tamtejszych szkół „Klasa” jest lekturą (w sumie jak ma nie być skoro jej fragmenty trafiły do podręczników). Dlatego pani z księgarni spytała, czy nie mam paru egzemplarzy na sprzedaż. Nie mam. Kikadziesiąt książek przekazałam przecież w grudniu do domu dziecka w Gostyninie. Zostało mi dosłownie kilka. Trzymam na czarną godzinę.

Szkoda mi tych ośmiu tysięcy zmielonych egzemplarzy! Też by się sprzedały. Skąd ta pewność? Nie tylko z powodu rannego telefonu. Pół roku temu, kiedy już byłam po rozliczeniu z wydawcą i podpisałam nową umowę na drugie wydanie z wydawnictwem „Nowy Świat” znalazłam „Klasę pani Czajki” w księgarni „Eureka” na Francuskiej. Spytałam właściciela skąd to ma. Przecież tego już nigdzie być nie powinno. Zdenerwowany powiedział, że ludzie tak się o to dopytywali, że ściagnął z jakiejś hurtowni ostatnie 3 egzemplarze. Cóż… przyszła koza do woza. W kioskach książki dawno już nie ma to się i ksiegarnie przeprosiły. To jednak nic…

Od ponad roku o książke pytają internauci. Szukają jej w księgarniach internetowych. Odsyłam na allegro. Tylko tam czasami bywa.

W marcu książka ukaże się nakładem wydawnictwa Nowy Świat. Miło wiedzieć, że czekają na nią i księgarnie i biblioteki. Naprawdę jednak żal mi tych zmielonych ośmiu tysięcy. Szkoda, że wydawca nie był cierpliwy. Szkoda, że nie chciał ryzykować. Cóż… jego strata. Dziś wiem, że sprzedałby się cały nakład. Na szczęscie za chwilę „Klasa” ukaże się w nowej szacie graficznej. Moim zdaniem ładniejszej niż poprzednia.  Jak potraktują ją księgarnie? Zobaczymy… Ale bez względu na to jak, ja wiem swoje. Gdzieś tam w Grudziądzu ksiegarnia czeka na „Klasę”. Mam nadzieję, że nie ona jedna.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej