Nuda w polskim filmie?

„A w filmie polskim proszę pana to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje proszę pana. Nic. Taka proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. Proszę pana… Yyyy… W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.”

Myślę, że ten kultowy już tekst z „Rejsu” Marka Piwowskiego sprawił, że niechętnie chodzimy na polskie filmy. Oto dowód.

Dziś wysłano mnie z kamerą na pokaz prasowy „Rezerwatu” w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Byłam zachwycona (nie tylko ja, bo koledzy z ekipy również).

O czym jest „Rezerwat”? To historia Marcina fotografa (świetna rola Marcina Kwaśnego – pomysłodawcy filmu i współautora scenariusza), który sprowadza się na Pragę. Właściciel 100-letniej kamienicy daje mu „zadanie” sfotografowania kamienicy. W trakcie robienia zdjęć miejscowy łobuziak kradnie Marcinowi aparat. Tak zaczyna się historia, w opowiadaniu której udział biorą i zawodowi aktorzy (Sonia Bohosiewicz w roli fascynującej fotografa sąsiadki-fryzjerki czy Jan Stawarz jako miejscowy pijak) i prawdziwi mieszkańcy Pragi.

Czemu tytuł „Rezerwat?” Łukasz Palkowski – reżyser powiedział, że kiedy ktos idzie na film mysli, że chodzi o Rezerwat pełen dzikich zwierząt. Dopiero kiedy kończy się projekcja wie, że chodzi raczej o miejsce, które trzeba chronić przed zniknięciem z powierzchni ziemi.  

Praga powoli znika. W miejscu starych kamienic wyrastają nowoczesne i nie zawsze ładne plomby. Znam ten klimat. Saska Kępa to też Praga, choć administracyjnie Praga Południe. Tu jest podobnie, choć domy są toche mniejsze, więc i plomby wyrastają tu mniejsze.

Pamiętam, gdy tu zamieszkałam i pierwszy raz poszłam po 23.00 do sklepu. Z bramy na rogu Obrońców i Francuskiej wypadły na mnie dwa owczarki niemieckie, a jakaś kobieta przerażająco ochrypłym głosem krzyknęła na nie: „Chodźcie skurwysyny, bo was uśpię!” Byłam w szoku. Żoliborz, na którym się wychowałam był grzeczniejszy, choć i tu trafiali sie menele. Tu jednak byli oni na każdym kroku. Codziennie pod bramą obalali jakieś flaszki i sikali do ogródka. Kiedy kreciłam film o Saskiej Kępie, niektórzy nie chcieli gadać. Inni owszem, jak pokażę cycki! Podobnie w „Rezerwacie” nie chcieli pozować Marcinowi, za to miejscowy łobuziak nie musiał namawiać ich na sesje.

Klimat w filmie „Rezerwat” był więc podobny do tego jaki znam, a ludzie równie urzekający. Nie. Nie piszę tego z przekąsem. W Praskich klimatach jest coś urzekającego. To swoista prawda o człowieku, który zna swoje miejsce. Wie, że ono jest tu gdzie mieszka, a nie gdziekolwiek indziej. Wielu z nas takiej pewności nie ma. Może dlatego emigrujemy? Film Palkowskiego jest właśnie o takich ludziach, którzy są u siebie i nie chcą tego miejsca zmieniać.

Czemu na początku zacytowałam „Rejs”?

Otóż po powrocie z pokazu, po nagraniu reżysera, odtwórców głównych ról i obrazków z konferencji, no i po napisaniu tekstu poszłam na montaż.  Zachwycona obrazem Palkowskiego powiedziałam montażystce, że mam dla niej niespodziankę. Montujemy o nowym, fajnym filmie, który ma premierę. Podałam tytuł.

- Polski? – spytała, a ja przytaknęłam. – To mnie nie intersuje. Szkoda forsy na polskie filmy i czasu na ich oglądanie - dodała i wzruszyła ramionami.

I co jest najgorsze, że w swoim sądzie nie jest odosobniona. Znam wiele osób, które tak podchodzą do sprawy.  Owszem, ktoś powie, że przez lata polskie kino zasłuzyło sobie na taką opinię, ale… jak to jest, że ja w każdej dekadzie w polskim kinie znajdę jakiś fajny film? Po prostu… chce mi się go szukać, bo dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna.

Ps. A dla zachęty zamieszczam fotos z „Rezerwatu”. Idźcie. Naprawdę warto! Choć z drugiej strony… wiem, że nieprzekonanych nie przekonam. Montażystka nawet zwiastun widziała i zdania nie zmieniła. Cóż… jej strata.

  

Marcin Kwaśny (Marcin), Grzegorz Palkowski (Grześ) i Artur Dziurman (Roman)

Siódme „Nie kradnij”!

Od kilku dni opowiadam znajomym swoją idiotyczną historię z nową marynarką. Kupiłam ją jakiś czas temu (w jakimś hipermarkecie, bo mi się spodobała) i wrzuciłam do szafy. W weekend postanowiłam założyć. Spieszyłam się do roboty (w końcu pracuję tez w weekendy), więc ubieranie się było błyskawiczne. Jednak kiedy wciągnęłam na grzbiet marynarkę okazało się, że w prawym mankiecie jest takie specjalne kółko, które ma uniemożliwić wyniesienie tego przedmiotu ze sklepu. Ja jednak jakoś wyniosłam. Jak? Zapłaciłam. Kółka jednak nikt nie odczepił. Przecież nie pojadę do pracy z tym badziewiem w rękawie! Nie wrócę też do sklepu, bo nie mam na to czasu. I tak w niedzielny ranek zapukałam do sąsiada błagając o pomoc. Sąsiad wziął brzeszczot i jakoś to kółko odciął. Jednak dziura w marynarce została.

Opowiadam to znajomym i… kilka osób tez już miało takie przypadki. Jeden kumpel z redakcji z kurtką, koleżanka z piżamą, którą dostała na gwiazdkę, a druga koleżanka z parą butów. Na dodatek u niej tego czegoś tak do końca zdjąć się nie dało. Jakaś część (i to ta pikająca) została w bucie. Przez kilka miesięcy w każdym sklepie, empiku, hipermarkecie, w którym były bramki, pikała i była poddawana rewizji. Jeszcze kilka osób opowiedziało mi podobne historie. I ja tak sobie myślę…

A może oni w tych sklepach specjalnie zostawiają te kółka? Przecież ja, gdybym miała czas i pojechałabym do sklepu mogłabym zostać oskarżona o… kradzież marynarki. W najlepszym przypadku kazaliby mi zapłacić za ten ciuch drugi raz. Paragon za jej kupno wyrzuciłam zaraz po przyjściu do domu. Podobnie z moimi znajomymi. Wielu z nich nie miało paragonu za rzecz, w której tkwiło pikające cholerne kółko. A jeden, który paragon miał kupił kurtkę w Krakowie, a istnienie w kieszeni kółka odkrył w domu w Warszawie. To ci pech!

Byle nagrać setkę

  

Wysłano mnie dziś z kamerą Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego na specjalna konferencje prasową do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ćwiąkalski przekazał w dzierżawę Muzeum Powstania warszawskiego piwnice w podziemiach. To w tych piwnicach więziono w czasach stalinowskich działaczy podziemia.
„Ten budynek niegdyś budził grozę. Dziś chcemy uratować to, co zostało tu po ponad 50 tysiącach ludzi więzionych przez MBP; wykonano prawie 3 tysiące wyroków śmierci – powiedział Ćwiąkalski, wspominając  nazwiska Stanisława Radkiewicza, Józefa Różańskiego, Romana Romkowskiego, Anatola Fejgina, Adama Humera czy Julii Brystygierowej – stalinowskich włodarzy gmachu przy Alejach Ujazdowskich 11.
W celach jeszcze nie tak dawno były ministerialne magazyny i archiwa. W jednym z karcerów trzymano miotły. W większości drzwi od wewnętrznej strony widać jeszcze „judasze”. Nie można jednak przez nie patrzeć. Od wielu lat drzwi od zewnątrz mają nowe okładziny. W części piwnicznego korytarza i w niektórych pomieszczenia są jeszcze oryginalne posadzki. Pod olejną zieloną farbą gdzieniegdzie już odkryto wyskrobane przez więźniów w ścianie inskrypcje – „Mokotów”, inicjały lub… kalendarz. Ktoś liczył dni swojego pobytu w celi.
W konferencji oprócz ministra Ćwiąkalskiego wziął udział wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Paweł Ukielski, który zapewniał, że wszyscy postarają się, by piwnice można było zwiedzać już w przyszłym roku.
Dla mnie jednak najważniejszą osobą był profesor Wiesław Chrzanowski. To on w czasach stalinowskich siedział w jednej z tych cel. Podczas konferencji opowiedział, że koło celi biegały szczury, które karmili kawałkami chleba. Celi, w której siedział profesor nie pokazano nam, bo jest w części, do której na razie nie ma wstępu. Czy będzie udostępniona zwiedzającym – nie wiem.
Czemu o tym piszę? Cała konferencja była w dość  ciasnych pomieszczeniach piwnicznych. Poza mną i dziennikarzem Radia Zet nikt nie zadał pytań, więc rozpoczęło się zwiedzanie cel. Dziennikarze rzucili się do drzwi. Ja się do takich przepychanek nie nadaję, więc spokojne czekałam aż się atmosfera na korytarzu rozluźni. Kiedy po kwadransie mogłam wyjść oczom moim ukazał się taki widok. Tłum ludzi z mikrofonami otaczał starszego pana. Pomyślałam, że kolejny były więzień jednej z tych cel i zaczęłam rozglądać się za operatorem, bo fajnie byłoby nagrać jeszcze jednego świadka tamtych czasów. Nagle pan przestał udzielać wywiadu, dziennikarze się rozpierzchli, a do moich uszu doleciał strzęp rozmowy. Fotoreporterzy chcieli zrobić panu zdjęcie.
- Jakby pan mógł stanąć tam koło drzwi do celi – powiedział jeden z nich.
- Ale wie pan… jest pewien problem – odparł staruszek. – Ja w tym budynku nie siedziałem.

Jak wygląda pisarz?

Statystyczny człowiek nie wie jak wygląda pisarz. Nawet bardzo znani z nazwiska pisarze rzadko kiedy znani są z twarzy. Myślę, że często mijamy ich na ulicy nawet o tym nie wiedząc. Skąd nagle taka myśl?

Od kilku lat jestem jednym z wielu członków Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wczoraj pierwszy raz w życiu zdecydowałam się pójść na spotkanie opłatkowe. Miałam średni humor. Chciałam pójść między ludzi. Głupio mi było samej, więc wyciągnęłam Hanię Kowalewską („Tego lata w Zawrociu”). Na salę w Domu Literatury weszłyśmy odrobinę spóźnione. Akurat mówił ksiądz Wiesław Niewęgłowski, który zachęcał, by częściej odwiedzać kościół środowisk twórczych na placu Teatralnym, bo to w końcu parafia wszystkich twórców – także pisarzy. Rozejrzałam się po sali. Wszystkie twarze wydały mi się obce. Kiedy po odśpiewaniu kolędy „Wśród nocnej ciszy” rozdano opłatek i przyszło do składania życzeń rozejrzałam się. Czarna magia!

Hania szybko przedstawiła mnie Dorocie Suwalskiej („Zuźka w necie i realu”). Stałyśmy we trzy i było nam głupio. Wszyscy jakby znali się między sobą, a my trochę mniej. Po chwili jednak pewne twarze przestawały być dla mnie anonimowe. Z daleka zamajaczył mi Marcin Wolski („I stała się ciemność”) – poznałam go przy okazji jakiejś pracy dziennikarskiej. W pobliżu wyłowiłam Wandę Chotomską (od Jacka i Agatki) – kiedyś nagrywałam ją dla potrzeb reportażu o Irenie Jurgielewiczowej (który nakręciłam z okazji setnych urodzin autorki książki „Ten Obcy”, a tuż przed jej śmiercią) – złożyłyśmy sobie życzenia „Więcej książek”. Po drugiej stronie stołu stała Joanna Papuzińska („Nasza mama Czarodziejka”) – na jednych targach książki miała stoisko tuż koło mnie. Rozpoznałam jeszcze Marka Ławrynowicza („Diabeł na dzwonnicy”), Anię Onichimowską („Duch starej kamienicy”), a Hania – Joannę Siedlecką („Czarny ptasior”). Po co ta wyliczanka? Reszta twarzy była nam nieznana.

Cóż… gdyby była tam Doda poznałybyśmy ją od razu, choć… przyznaję się bez bicia, że nie kojarzę żadnego jej przeboju, ale za to o skandalach z jej udziałem dośc sporo. Jestem natomiast w stanie wymienić kilka książek Papuzińskiej, Chotomskiej, Onichimowskiej czy Siedleckiej. Podejrzewam, że gdyby podano mi nazwiska innych osób, które były na opłatku w Domu Literatury – wymieniłabym co napisały, choć dalibóg nie wiem jak wyglądają. Na co dzień ta wiedza nie jest mi do niczego potrzebna, ale kiedy jest opłatek chciałabym wiedzieć kim są ci ludzie. A nuż jest wśród nich ktoś z kim od dawna chciałam pogadać na temat jakiejś jego książki? Cóż… w sieci próżno znaleźć zdjęcia pisarzy. Nie ma nawet porządnego portalu literackiego. Tak jak nie ma porządnego literackiego pisma. Dobrze, że jeszcze są książki…

Anonim, ale nie Gall

Kiedy nie mogę rozmawiać wyciszam telefon. Obserwuję jednak czy nikt nie dzwoni. Gdy pojawia się numer zastrzeżony odbieram i mówię, by zadzownił później. Pod niezastrzeżone oddzwaniam, gdy mogę rozmawiać.
Dziś byłam akurat na bardzo ważnym spotkaniu, więc tradycyjnie wyciszyłam dzownek, ale kiedy spojrzałam na migającą klawiaturę i zobaczyłam, że wyświetla się numer zastrzeżony zdecydowałam, że odbiorę i powiem, żeby ten ktoś zadzwonił za godzinę.

- Pani Piekarska? – padło pytanie, któremu nie towarzyszyło ani dzień dobry, ani autoprezentacja w stylu „Tu Kowalski”. Nie miałam czasu dopytywać kto i po co, choć niecierpię takich zachowań. Nieznoszę, gdy ludzie się nie przedstawiają i myślą, że my domyślimy się. Mam w telefonie ponad tysiąc kontaktów do różnych osób – oprócz bliższych i dalszych znajomych są tam telefony rzeczników różnych instytucji i tym podobne kontakty potrzebne podczas pracy w programach informacyjnych.

- Tak, ale jestem na spotkaniu i nie mogę rozmawiać – powiedziałam. – Proszę o telefon za godzinę.

Męski obcy glos odparł: „aha” i rozłączył się.

Ten obcy męski głos, który po informacji, że proszę o telefon za godzinę odpowiedział: „aha” i rozłączył się, więcej już nie zadzownił.  Do kogo należał?

Średnio raz na tydzien dzwoni ktoś, kogo numeru wpisanego nie mam i mówi „to ja”, ale  się  nie przedstawia. Zupełnie jakby możliwe było, by zadzownił do mnie ktos kto powie, że to nie on. (To nie ja dzwonię. To mój brat!)

- Ja, czyli kto? – pytam. I wtedy słyszę:

- Nie poznajesz?

Zupełnie jakby to nie było logiczne. Pytam kto, bo nie poznaję. Fajnie jak dochodzę do porozumienia. Gorzej jak jest tak jak z koleżanką z dzieciństwa. Zadzwoniła też z zastrzeżonego numeru. Było to pół roku temu. Akurat wchodziłam do studia. Odebrałam więc i usłyszawszy żeński głos:

- Cześc Gocha. Co słychac? To ja – odparłam:

- Nie mogę teraz rozmawiać. Proszę o telefon za kwadrans.

Żeński głos odparł „aha” i… nie zadzownił. Po pół roku dowiedziałam się, że głos należał do starej koleżanki, która uznała, że zadzieram nosa skoro każę zadzownić za kwadrans. Ponieważ dzwoniła z zastrzeżonego numeru, więc nawet nie miałam jak sprostować, wyjaśnić i tak dalej.

Też mam zastrzeżony numer. Jednak gdy dzwonię do znajomych to większości z nich wyświetlam się, bo przed wykręceniem ich numerów wpisuje specjalny kod ujawniający mój numer. A jednak mimo tego, kiedy do kogoś dzwonię mam zwyczaj przedstawiać się. Nawet gdy dzwonię do tych, którzy nie tylko widzą, że to ja, bo sie im ujawniam, ale poznają mnie po głosie, bo mam z nimi stały kontakt – mówię: „Tu Piekara”, „Tu Gocha”, „Tu Karolcia”, a gdy dzwonię do mojego najlepszego (od ćwierćwiecza) kumpla mówię: „Tu ta osoba” albo „Tu stara hrabina” albo „Tu znana ci od ćwierćwieku postać”. On wie, że to ja, bo od lat ze sobą rozmawiamy w sposób dziwaczny. czy to jest tak trudne przedstawić sie? To naprawdę przydatne. Zwłaszcza, gdy mamy zastrzeżony numer.

PS. Ciekawe którym moim kolegą z dzieciństwa obrażonym, że nie mogłam z nim rozmawiać jest ten dzisiejszy Gall Anonim. Pewnie dowiem się za kolejne pół roku.

Po co są noworoczne postanowienia?

Często się nad tym zastanawiam po co są noworoczne postanowienia. Owszem, ktos powie, że ludzie chcą sie zmieniać, chcą zmienić swoje życie, a zwłaszcza te jego aspekty, które wydają im sie niefajne. Na pewno tak jest.

Dziś w redakcji (a jakże! pracowałam!) jeden kolega poinformował mnie, że rzuca palenie i w związku z tym nie pali już dwanaście godzin! Jedna koleżanka obiecała sobie mniej jeść, a jeszcze inna przestać obgryzać paznokcie.

Znam to. Co roku wielu moich znajomych tak robi i nic im z tego nie wychodzi. Dlaczego? Nowy Rok to sztuczna granica. Wiemy o tym wszyscy. Granica kalendarzowa. Po kilku dniach, kiedy postanowienie staje się coraz trudniejsze i zaczyna nam ciążyć. Wracamy wtedy do starych nawyków i nałogów zwalając wszystko na stres, czy cokolwiek innego.  Czy to znaczy, że nie należy sobie nic postanawiać? Broń Boże tak nie myślę. Sama dziesięć lat temu postanowiłam rzucić palenie i udało się. Dlaczego? Bo nie zrobiłam tego z okazji Nowego Roku. Po prostu pewnego dnia, gdy doszłam do wniosku, że skoro babcia i dziadek mieli raka, bo palili papierosy, to i ja mogę mieć raka. Ot i cała filozofia! Zrobiłam to dla siebie. Nie potrzebowałam czekać na Sylwestra. A udało się!

Teraz myślałam, czy postanawiać sobie coś na Nowy 2008 Rok i… zrezygnowałam. Dlaczego? Do tego, by chcieć na przykład skonczyć pisać ”LO-terię” (drugą część „Klasy ani Czajki”), czy uzupełnić archiwum na stronie autorskiej nie potrzebne mi są żadne kalendarzowe granice. Czy potrzebne są chęci lub silna wola? Raczej potrzebny mi jest po prostu czas, a przecież dziś byłam w pracy. Cóż… parę dni temu napisałam: „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś”. Ja przecież z reguły pracuję wtedy, kiedy inni mają wolne. Kółko się zamyka. Mogę postanowić, że będę mniej pracować, ale wtedy wracam do punktu wyjścia. Do jednego z wcześniejszych moich wpisów na blogu. Jestem prawie jak Joan Rowling, a jak mówi pewien reklamowy slogan – „prawie robi wielka różnicę”. Z pisania książek nie wyżyję. A teraz jeszcze zapowiedziano podwyżki prądu, gazu czy wywozu śmieci! Ehhh! Czy uda mi się znaleźć czas na powieść? A może po prostu powinnam z Nowym Rokiem postanowić przestać spać? Pomyślę. Może się uda. Zacznę od dziś. I nie dlatego, że jest Nowy Rok. Ale akurat teraz spać mi sie nie chce, jest mi ciepło, laptop na kolanach… Może się uda napisać choć jedną stronę nim zmorzy mnie sen i nastanie nowy dzień, kiedy będę musiała iść do prawdziwej roboty…

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś

„Niech z bólu ryczy ranny łoś.

Zwierz zdrów przemierza knieje.

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś

To są zwyczajne dzieje”

Pisał William Shakespeare w Hamlecie, a ja te wersety powtarzam sobie dość często, bo często pracuję wtedy, kiedy inni mają wolne. Na przykład w drugi dzień świąt pracowałam. Kolega, któremu w @-mailu napisałam, że idę do roboty spytał: „Co się dzisiaj robi w pracy?”. Odpisałam, że program telewizyjny. On pożartował, że dziękuje mi za „Ekspress polarny w TVN” i tak każde z nas przy swoim komputerze się pośmiało. Bo przecież wiadomo, że nie zajmuję się ustalaniem ramówki w TVN – to zresztą robi się w godzinach biurowej pracy. Co innego z newsami – te powstają na bieżąco i robi się je bez przerwy. I ja tak już od kilkunastu lat w każde święta pracuję. Czemu o tym piszę? Bo męczą mnie dyskusje o zakazie handlu w święta. Wszyscy się tym zajmują! Normalne, że pracować non-stop mają lekarze, policja, wojsko, straż pożarna, lotniska, kolej, komunikacja miejska i tym podobne, ale handel? O nie! Sprzedawanie w święta to grzech! Jednocześnie wszyscy sie dziwia, że ja w świeta pracuję, albo że nie mogę się znimi napić, bo muszę być zupełnie trzeźwa. Kazdy chce oglądać telewizję. To już nie tylko nie czasy jaskiniowców, ale nawet nie wiek dziewiętnasty gdzie jedyną rozrywką były gry karciane czy planszowe. Teraz wszyscy  oglądają TV i wielu chce natychmiast otrzymać infomacje i to nie tylko te ze świata, ale i te z regionu.

Dlatego w tym roku znów mój sylwester nie będzie huczny. 1 stycznia muszę być gotowa do pracy. zaczynam rano, ale juz w sylwestrową noc będę podłączona do redakcyjnego dyżurnego telefonu. Moi koledzy koleżanki – korespondenci z regionu będą spedzac pracowite sylwestry z kamerą i mikrofonem w ręku. Bo problem pracy w święta nie dotyczy tylko handlu, ale wielu innych dziedzin. Czemu więc politycy pieją o tym handlu? Pewnie dlatego, że stare powiedzonko mowi: „lepsza złotówka z handlu niz dycha z roboty”.

Czy blog to codziennik?

Znajomi pytają czemu nie prowadzę bloga codziennie. „No nie powiesz nam, że codziennie nie masz jakichś przemyśleń”. Alez oczywiście, że mam, ale czy każde przemyślenie trzeba upubliczniać? W końcu blog – tym się różni np. od mojego pamiętnika z lat szkolnych – że każdy może go przeczytać. A ja niekoniecznie chcę, by niektóre moje myśli były powszechnie znane. Poza tym zawsze wyznawałam zasadę: „Pauca, sed bona”, czyli „kilka, ale dobrych” :) Staram się jej przestrzegać. Postaram się jednak pisać częściej.

Polskie piekiełko

Nigdy nie chciałam mieszkać poza krajem. Zawsze mówiłam, że moje miejsce jest tu.  Trzyma mnie tu właściwie wszystko. Język, kultura, wspomnienia. Nawet te niezbyt przyjemne. Jest tylko jedna rzecz, która mnie irytuje. Nazywa się polskie piekiełko. Obserwuje je od lat. Ofiarą polskiego piekiełka jest każdy artysta w chwili, w której staje się popularny. Zupełnie jakby pięć minut sławy równało się pięć tysięcy słów krytyki. Od ponad roku trwa nagonka na Rubika, o którym czytam już takie rzeczy, że aż przykro. Ludzie czepiaja sie, że schudł, że ufarbował włosy, że robi miny, gdy dyryguje. Zupełnie jakby to jakie kto robi miny i jakiego koloru ma włosy decydowalo o jego talencie.

Broń Boże nie twierdzę, że artysta jest świętą krową i nie podlega ocenie. Jest jednak pewna różnica między rzeczowo uargumentowaną krytyką a zwyczajną nagonką. Nie mam tu na myśli artykułów w Super Expressie czy Fakcie. Chodzi mi o pełne zjadliwości komentarze na Onecie, Wirtualnej Polsce czy innych portalach. Internet z racji swojej anonimowości sprawia, że ludzie czując się bezpiecznie w swoich domach walą w bliźnich jak w bęben. Dlaczego? Banalne. Zazdrość. Z reguły ci, którzy krytykują sami niczego nie osiagnęli. Na dodatek są przekonani, że gdyby los dał im możliwość wówczas byliby sto razy, a może i milion razy lepsi. O to, że nie zaszli wyżej niz artysta, na którym wieszają psy, zawsze obwiniają mityczny los. Zupełnie jakby w dzieciństwie przeczytali więcej dramatów antycznych niż ich było w lekturze obowiązkowej.

I to oni czerpia przyjemność czytając portale typu Pudelek czy Lansik święcą triumfy. W końcu to taka oficjalna wersja polskiego piekiełka.

A miało być szybko i sprawnie

Kilka tygodni temu zepsuł mi się nowiutki laptop. Zawiozłam go do serwisu, a ponieważ na twardym dysku miałam ostatnie odcinki powieści nad którą pracuję, poprosiłam o dysk. Żeby z wyjętego dysku można było skorzystać musiałam kupić kieszeń. Gdy po kilku dniach odebrałam komputer i dysk wrócił na miejsce, kieszeń okazała się niepotrzebna. Ponieważ wydałam na nią 150 złotych, więc postanowiłam, że dokupię drugi dysk, który przepakuję w tę kieszeń. W serwisie dysku na stanie nie mieli. Obiecali jednak w dwa dni ściągnąć z magazynu. Nie mam czasu jeździć, ale od czego technika i kurierzy? Zostawiłam w serwisie kieszeń i umówiłam się, że gdy w serwisie znajdzie się dysk wyślą mi faxem fakturę. Ja zapłacę przelewem, prześlę e-mailem dowód wpłaty i wtedy dostanę dysk. Fakturę dostałam po dwóch dniach. Pieniądze przelałam natychmiast i… nastała cisza. Tak minęły prawie dwa tygodnie. Dysku nie ma. Dzwonię do firmy. Mówią, że dysk dawno wysłany. Czekam. Wreszcie w piątek dzwoni telefon. Pan przedstawia się nazwą firmy i mówi, że mnie szuka i mnie nie widzi.

- Gdzie pan jest? – pytam.

- Na Piekarskiej – słyszę.

Trochę mnie to zdziwiło, bo Piekarska na Starym Mieście, a ja na Saskiej Kępie, ale może to jakiś żart? Dlatego spytałam:

- Co takiego?

I wtedy męski głos nieco zdezorientowany spytał:

- Pani Dąbrówka?

Zatkało mnie. Dąbrówka? Toż przecież Dąbrówka to żona Mieszka I. Wiem to dobrze, bo mieszkam na Dąbrówki i… W tym momencie coś zaczęło mi świtać. Jak się po chwili okazało całkiem dobrze mi świtało. Firma, w której kupiłam dysk zamieniła moje nazwisko z ulicą. Zamiast wysłać kuriera do pani Piekarskiej na ulicę Dąbrówki wysłała do pani Dąbrówki na ulicę Piekarską. Przesyłkę odebrałam dopiero dziś po 2 tygodniach od złożenia zamówienia. Kurier pokazał mi ile razy był na Piekarskiej w poszukiwaniu pani Dąbrówki. Kilka. A miało być szybko i sprawnie. Dobrze, że dysk to nie Pizza.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej