Komputer czy kłamputer?

Czy komputer mówi prawdę? Każdy kto przypomni sobie pierwszy odcinek „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego - ma wątpliwości. Ja coraz większe.  Choć z drugiej strony czy kłamstwom komputera nie jest winien człowiek?

Sprawa była prosta. Chciałam w EMPiKu kupić dla syna lektury: „Antygonę” Sofoklesa i „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. EMPiK przy Marszałkowskiej duży, a ja nie miałam czasu chodzić i szukać, więc podeszłam do odzianej w firmową koszulkę pani i spytałam o „Antygonę”. Zaprosiła mnie do pulpitu, na którym stał komputer i rozpoczęła poszukiwania. Trwało to kilkanaście minut. Powoli zaczynałam przebierać nogami ze zniecierpliuwienia. W komputerowej bazie EMPiKu wpisanych było kilkadziesiąt „Antygon”. Komputer pokazywał jednak, że sklep nie ma żadnego egzemplarza. To samo było z „Folwarkiem zwierzęcym”. Pani zaproponowała mi, że sprawdzi w bazie, w którym z EMPiKów są te książki. „Antygony” nie było jednak nigdzie, a „Folwark” tylko na drugim końcu miasta. Zrezygnowałam z jazdy w poszukiwaniu książki. Za dobrze pamiętałam moment, kiedy szukałam „Ronji, córki zbójnika” Astrid Lingren i za radą sprzedawcy posłuchałam się komputerowego systemu, a przejechawszy miasto (najpierw na Sadybę, a potem na Żoliborz) nie znalazłam obiecanego egzemplarza. Jakby tego było mało, w żoliborskim EMPiKu usłyszałam wtedy, że informacje z systemu są sprzed miesiąca. Tym razem pani zapewniała mnie, że to najświeższe dane. Nie chciałam sprawdzać jej prawdomówności. Trochę zdziwiłam się tym brakiem obowiązkowych lektur gimnazjalnych w EMPiKu, ale… może już wykupione? Ostatnie moje pytanie do sprzedawczyni brzmiało: „Gdzie jest półka z lekturami?” Pokazała mi i zniknęła przy pulpicie z wszechwiedzącym komputerem. Z myślą, że jak nie „Antygona” i „Folwark zwierzęcy” to jakaś inna lektura dla mojego syna wpadnie mi w oko (skoro spędziłam tu ponad pół godziny nie wyjdę z pustymi rękoma) stanęłam przy półce. Po kilkunastu sekundach – ku memu zdumieniu – znalazłam metr… „Antygony”.  Celowo piszę „metr”. Metrową półkę zapełniało bowiem kilkadziesiąt egzemplarzy dramatu Sofoklesa wydanych przez różne wydawnictwa – z opracowaniami, przypisami i tak dalej. Przez moment tępo patrzyłam na tę półkę, a po wybraniu jednego z kilkudziesięciu egzemplarzy „Antygony” spojrzalam piętro niżej i… odnalazłam „Folwark zwierzęcy”. Pewnie dlatego, że włosy już miałam rozpuszczone, a piersi w staniku opadły mi tylko ręce. Podsunęłam egzemplarze pod nos sprzedawczyni i spytałam: „No i co pani na to?” „Komputer pokazywał, że nie ma!” – odparła. No tak… Komputer! Bóg! Władca EMPiKu! Pan mózgów sprzedawców! Komputer? A może kłamputer?

30 dekagramów mielonki

Z żebractwem spotykam się często. Właściwie codziennie. Na wielkich skrzyżowaniach wylotówek grasują członkowie „gangu kuternogi”. Tak ich nazywam, bo to spore grupki inwalidów rozwożone przez specjalne samochody na te skrzyżowania. Widziałam jak ich kiedyś zbierano z powrotem. Sąteż cyganki, „supermatki” z dziećmi na wózkach, chorzy na hiv, ślepi i… zbierający na piwo. Oczywiście ci ostatni rzadko przyznają się do tego.  Nie daję pieniędzy żebrakom. Trochę dlatego, że za ciężko mi przychodzą, a trochę z tego powodu, że gdy kilka razy proponowałam, że dam wzamian za coś to mi odmawiano i pluto pod nogi. Jeden facet nie chciał zanieść makulatury do skupu. Drugi wyrzucić śmieci. I tak dalej…

Ostatnio jednak spotkałam na swojej drodze kogoś komu dałam więcej niż chciał i czuję niepokój, że za mało.

W centrum Warszawy wysiadałam z samochodu, kiedy podszedł chłopczyk w wieku mniej więcej mojego syna i spytał, czy kupię mu chleb i wędlinę. „Za swoje pieniądze?” – spytałam. Przytaknął i patrzyły na mnie wielkie zapadnięte oczy. Przeraziłam się. Weszliśmy do sklepu. 30 dekagramów mielonki, którą sobie wybrał kosztowało niecałe 3 złote. Zaproponowałam cos jeszcze. Wybrał 30 dekagramów drugiej mielonki. Zachęcałam. Czekałam, aż będzie chciał lizaka lub czekoladę. Nie. Chopiec wybrał jeszcze mrożone frytki i zachęcany przeze mnie, że może coś jeszcze nieśmiało spytał o kawę dla mamy, która leży w domu chora. Myslałam, że wybierze Jacobs. Wybrał Pedros. Nic więcej nie chciał. Ani lizaka, ani dropsów, ani cukierków, czekolady, kakao czy czegokolwiek ze słodkości. Powiedział, że jest ich troje, mieszkają z mamą, a on chodzi do drugiej klasy gimnazjum. Na siłę wrzuciłam chłopcu jeszcze trzy pudełka pasztetu z indyka. Pytałam o masło – nie chciał.

Cały wieczór myślałam o chłopcu. Kiedy dotarałam do domu i opowiedziałam o tym synowi, który też chodzi do drugiej klasy gimnazjum, przytulił się do mnie. Nie mówiliśmy nic.  Codziennie myślę o tym chłopcu. Jak sobie radzi? Czy mama wyzdrowiała? Może trzeba było pomóc bardziej? Czegoś więcej się o nim dowiedzieć. Spieszyłam się. Świat w ogóle się spieszy. I dokąd?

Kto dzwoni do TVP?

Znajomi często pytają mnie kto dzwoni do telewizji.  Dlatego jakies półtora roku temu chciałam o tym zrobić reportaż. Miał mieć tytuł „Kim jesteś widzu”. Nawet nakręciłam sporo materiału. Niestety. Pozostał tylko na taśmie. W większości te rzeczy nie nadawały się do emisji. Dlaczego? Przeciętny widz jest nieuważny. W końcu bardzo często ogląda telewizję przy okazji innych czynności domowych. Z uwagami do TVP dzwonią jednostki. Niestety – delikatnie mówiąc – przeważnie są to ludzie niezrównoważeni psychicznie. Dział łączności z widzami ma z nimi krzyż pański. Dlatego, gdybym pokazała taki materiał, niektórzy widzowie mogliby się obrazić. A w końcu nie to jest moim celem.

Niestety kiedy jestem wydawcą Kuriera Mazowieckiego też mam do czynienia z dzowniącymi do TP widzami. Wtedy na moją prywatną komórkę przełączany jest dyżurny telefon i zaczyna się. Tylko jedna osoba na dziesięć dzwoniących ma do przekazania istotną informację lub prosi o interwencję w ważnej sprawie. Wielu – nie zwracając uwagi, że przy podanym w Telegazecie numerze telefonu widnieje adnotacja, że jest to Kurier Mazowiecki – dzwoni ze sprawami ogólnopolskimi. Przymykam na to i oczy i uszy. Z reguły cierpliwie tłumaczę, że to numer mazowieckiego programu informacyjnego. Choć owszem bywa, że szlag mnie trafia, gdy o 1 w nocy odbieram telefon od podpitego człowieka wyzywającego mnie od ostatnich, bo oto on właśnie przed chwilą na ekranie telewizora zobaczył znienawidzoną twarz jakiegoś polityka i ja mam natychmiast spowodować zniknięcie tej twarzy z ekranu. Zawsze staram się wziąć głęboki oddech i spokojnie tłumaczyć z jakimi sprawami można dzwonić pod numer Kuriera Mazowieckiego. Czasem kosztuje mnie to naprawdę wiele nerwów. Bo gdy w sobotni wieczór po raz kolejny o 2 w nocy dzwoni jeden facet co 15 minut i za każdym razem żąda zmiany filmu na Polsacie, a ja przecież odpowiadam jedynie za program informacyjny na lokalnej antenie TVP, to już naprawdę trzeba mieć stalowe nerwy, by mu nie nawrzucać. Ale wytrzymuję. Nie wrzucam. Tylko w myślach próbuję policzyć, który to idiota z kolei.

Ostatnio jednak nie wytrzymałam. Było to w biały dzień, ale głupota i chamstwo widza mnie powaliły i rozsierdziły. Był 15 sierpnia – święto Wojska Polskiego, rocznica zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Na ekranach telewizorów wojskowe parady, składania wieńców przed grobem Nieznanego Żołnierza i tak dalej. Przed Belwederem Prezydent odbierał wojskowe honory i w tym momencie zadzownił widz i wrzeszcząc na mnie oraz wyzywając od ostatnich wołał, że mamy natychmiast podpisać tego faceta, który mówi, bo on nie wie, kóry to Kaczyński. Ręce mi opadły. Doskonale wiem, że niektórzy ludzie nie odróżniają od siebie rządzących nami bliźniaków, ale w tym przypadku wydawało mi się to jasne, który z braci przemawia przed Belwederem. Zwłaszcza, że na jego mównicy był napis Prezydent RP. Zresztą na logikę: gdy któryś z nich odbiera honory od wojska to chyba wiadomo, że jest to prezydent, czyż nie? I właśnie to powiedziałam widzowi. Nie pomogło! Widz jeszcze bardziej się na mnie rozdarł, że on nie musi wiedzieć kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych w Polsce – czy premier czy prezydent, a tego co teraz mówił mam natychmiast podpisać ja – i tu padły kolejne inwektywy pod adresem moim, całej telewizji, wszystkich dziennikarzy, polityków i tak dalej. Pan nie dawał mi dojść do słowa, nazwał delikatnie mówiąc nierządnicą, groził zwolnieniem z pracy, życzył mi śmierci (słowami „obyś zdechła”!), zyczył mi też poczucia pewnej męskiej części ciała w mojej tylnej części ciała i tak dalej. Po dobrych dziesięciu minutach wrzasków tak mnie to rozjuszyło, że użyłam ostatecznego argumentu mówiąc: „Każdy średniointeligentny Polak wie, że zwierzchnikiem sił zbrojnych w Polsce jest Prezydent. Jeśli pan tego nie wie to proponuję wrócić do szkoły. Tam dość szybko pana tego nauczą.” I odłożyłam słuchawkę. Chyba pierwszy w czasie rozmowy z chamskim widzem. I… ulżyło mi. Bo właściwie dlaczego mam się zgadzać, by ktoś po drugiej stronie mi ubliżał? I tylko szkoda, że takich jest większość.

Idioci w sieci

„Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów dopóki nie zajrzałem do internetu.” To zdanie Stanisława Lema. Powtarzam je sobie często. Z reguły wtedy, gdy czytam komentarze zamieszczane pod niektórymi informacjami, ale nie tylko wtedy. Wykrzykuję je głośno, gdy dostaję niektóre listy.

Owszem, wiem, że na przykład Jasiu-Śmietana to prowokacja (czasem mniej, a czasem bardziej inteligentna) mająca na celu wsadzenie kija w mrowisko. Nawet zabawne jak niektórzy internauci dają się na to nabrać i próbują walczyć z Jasiem i jego „śmietanowymi” poglądami. Jasiu mnie nie drażni. A kto? Ludzie czytający bez zrozumienia. Są ich całe rzesze. Na przykład ostatnio jeden z portali zamieścił informację o tym, że poseł Samoobrony Mateusz Piskorski powiedział w „Sygnałach Dnia” w Programie Pierwszym Polskiego Radia, że premier naruszył umowę koalicyjną. Jak skomentował to internauta? „Piskorski! Gronkiewicz doprowadza Warszawę do ruiny bardziej niż ty”. Najpierw nie bardzo wiedziałam „co ma piernik do wiatraka”, ale po chwili zrozumiałam. Oto komuś pomylili się Piskorscy. Ale polityka to jeszcze nic! Ludziom mylą się Ciechanów z Ciechanowcem, Bornholm przypisują Szwedom, a słowo „facecja” to dla nich to samo co „facjata”. Wielu internautów pisze z takimi błędami ortograficznymi, że aby zorzumieć ich wypowiedzi trzeba czytać je na głos.

O ile jednak irytujących komenatrzy pod artykułami można po prostu w ogóle nie czytać, o tyle gorzej jest z listami przychodzącymi do prywatnej skrzynki mailowej. Mam trzech „internetowych wrogów”. Wszyscy odzywają się raz na jakiś czas. Kim są? Nie wiem nawet jakie są ich imiona. Oni znają mnie, bo zaglądają na moją stronę, choć sądząc z tonu listów niewiele z niej zrozumieli.

Pierwszy obejrzał chyba tylko zdjęcia. Najpierw domagał sie spotkań, potem pieniędzy, wreszcie seksu (sic!), a potem to już nie wiem czego. Ponieważ odzywa się zawsze z tego samego adresu, więc nie czytam jego listów. Od razu trafiają do śmieci. Co jakiś czas widzę jak ściąga się poczta, która zaraz jest umieszczana w koszu. Gorzej z pozostałymi dwoma. 

Na przykłąd taki „poeta-łachmyta” – jak go w myśli nazywam – zmusza mnie do czytania swoich rzeczy. Choć ja i tak ich nie czytam. Facet nie jest w stanie zrozumieć, że często nie mam czasu przeczytać tego co jest mi potrzebne do pracy. Wysyła wiersze i inne dzieła z różnych adresów. Nigdy nie wiem, czy to przypadkiem znowu nie on. Za każdym razem, gdy dostaję od kogoś list z prośbą o ocenę czyjejś twórczości odpisuję to samo. Nie udzielam takich porad listownie. Mogę powiedzieć coś komuś w oczy, kiedy przyjdzie na spotkanie. Zachęcam, by sprawdzał na mojej stronie dział „spotkania” i jeśli okaże się, że będę w okolicy jego miejsca zamieszkania to zapraszam na spotkanie. Potem możemy porozmawiać o tym co napisał. Bywa, że ludzie przychodzą i przynoszą swoje teksty. Listy z prośbami o przeczytanie i ocenę twórczości przychodzą do mnie często. Ludzie z reguły rozumieją, że napisanie rzetelnej recenzji jest trudne i odpuszczają. Nie obrażają się. „Poeta-łachmyta” nie. Po każdej odmowie (kiedy już wychodzi na jaw, że to znowu był on – tylko z kolejnego adresu) przychodzi informacja zwrotna, że jestem taka, owaka, śmaka i dno! Nawet pisać nie umiem! Krótko mówiąc jestem suką!

Trzeci – niewiadomej zresztą płci (Raz pisze jako kobieta raz jako mężczyzna, ale myślę, że to facet.  Poznaję, że to ta sama osoba po stylistyce, licznych błędach interpunkcyjnych i kulawej ortografii.) to niebezpieczny, bo psychopatyczny typ podszywający się pod różne znane mi osoby. Co jakiś czas zresztą mi grozi. I to różnymi rzeczami. Na przykład, że załatwi mnie na odległość za pomocą metod psychicznych wysyłając w kierunku mojej osoby złą energię. Nawet się nie obejrzę jak zacznę chorować, wywracać się na prostej drodze i szkodzić mi będzie wszystko – nawet powietrze. Ewentualnie grozi mi, że rozlepi po Warszawie plakaty informujące wszystkich o tym kim jestem naprawdę. To zresztą są informacje z e-mailii pełnych niewybrednych wyzwisk. Raz groził mi obdzwonieniem wszystkich stacji radiowych i telewizyjnych, oraz prasowych w celu przekazania mediom całej wiedzy na mój temat. W myślach nazywam go „sąsiadem-świrem”, bo „znajomość” wzięła sie z forum Saskiej Kępy, na którym ów osobnik udzielał się bardzo często obrażając wszystkich.  Jest zresztą chyba przekonany, że jestem właścicielką, czy założycielką tego forum – co uważam za pomysł dość zabawny, bo z trudem znajduję czas na pisanie bloga, więc nie wiem skąd bym go wzięła, by zajmować się forum? „Sąsiada-świra” na swój sposób podziwiam. Pisze nie tylko do mnie, ale i do innych forumowiczów. Musi miec wiele czasu. To on pewnego dnia przysłał mi fragmenty mojej własnej powieści napisane od nowa – oczywiście przez niego – tak jak jego zdaniem powinny one brzmieć. Towarzyszyły temu uwagi, że gdybym tak pisała – wówczas sprzedawałabym milirady książek. Oczywiście nie muszę chyba mówić, że „sąsiad-świr” jest genialniejszy ode mnie, bardziej utalentowany, z większym polotem, a takie rzeczy jak ja teraz piszę, to on pisał w ogólniaku, albo i w kołysce.
Niestety zarówno „poeta-łachmyta” jak i „sąsiad-świr” piszą z różnych adresów. I to jest makabra! ustalanie reguł dla listów z tych adresów, że mają być od razu kierowane do śmieci – nic nie daje. Przy okazji wizyty na komendzie policji spytałam (przez ciekawość) co robić w takich przypadkach. Panowie policjanci pokręcili głowami. Ciężka sprawa. Niby każdy jest do namierzenia, ale… jest tyle ważniejszych spraw. I ja to rozumiem. Komputer jest cierpliwy. Skrzynka mailowa też. W końcu mogę te listy usuwać ręcznie. Więc tak sobie piszę to tutaj, bo już mnie to męczy. Zwłaszcza, że wczoraj po raz enty odezwał się „poeta-łachmyta”.

Psu na budę!

W Warszawie otwarto trzy pierwsze psie toalety. Koszt jednej 6 tysięcy złotych, więc jeszcze nie tak drogo jak na miejskie wydatki! Wychodki są drewniane, wyłożone żwirkiem z palikiem i czterema dużymi kamieniami w środku. Na górze palika oznaczenie psiego wychodka – żłółty trójkąt ze znakiem siusiającego czworonoga. Wszystko pięknie, a jednak! Te wychodki psie budzą we mnie mieszane uczucia. Dlaczego? Nie. Broń Boże nie jestem za utrzymaniem istniejącego stanu, czyli fajdaniem psów gdzie popadnie. Po prostu uważam, że będzie bardzo ciężko nauczyć właścicieli psów wprowadzania pupili do wychodków. Nie ma w naszym społeczeństwie  dobrej woli. Pojechałam z kamerą zrobić o tych toaletach materiał i…

Po pierwsze w ciągu dwóch godzin udało mi się namówić tylko jedną właścicielkę psa na wprowadzenie pupila do środka wychodka. Reszta psiarzy zapierała się, że ich pies tam nie wejdzie, bo porani sobie nogi, bo psy nie będą załatwiać się na żądanie itd. Oczywiście coś w tym ostatnim stwierdzeniu jest, bo nawet ten pies, którego wprowadzono do wychodka oddał mocz poza nim, ale… Jak mają się tam załatwiać psy skoro właściciele przechodzą obok? Może chcieliby tam wchodzić, gdyby toaleta była większa, ale wtedy jej koszt przekroczyłby 6 tysięcy złotych i… koło się zamyka.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że psa nie można nauczyć korzystać z takiego psiego wychodka, bo skoro nauczyliśmy go nie lać w domuna dywan możemy nauczyć robić kupę właśnie tam, choć pewnie łatwiej uczyć młodego psa niż 15-letniego mopsa-weterana. Jednak od nas zalezy czy te psie wychodki nie okażą się przysłowiowym wydatkiem psu na budę.

Co z tą historią?

Czytałam jakiś czas temu artykuł w Gazecie Wyborczej, że pierwszą stolicą Polski był Giecz a nie Gniezno.  Dla mnie bomba. Byłam po pierwszym roku historii sztuki, kiedy jako robotnik pojechałam na wykopaliska archeologiczne. Było to w miejscowości Góra nad jeziorem Góra niedaleko Pobiedzisk. Szefową wykopalisk była dr Hanna Kocka-Krenz (dziś profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu). Pewnego dnia wraz z kolegami z wykopalisk (przyszłymi archeologami) wybraliśmy się na wycieczkę do Giecza. Pamiętam, że na rosnących dookoła kościółka polach szukaliśmy średniowiecznych skorupek. Do dziś w czasie orki pług potrafi wyrzucić je na powierzchnię. Tylko wprawne oko rozpozna, że to średniowieczna skorupka. Do domu przywiozłam dwie. Stoją na regale przypominając tamte dni. Ale nie dlatego, że tam była informacja o Gieczu jest dla mnie tak ważna. Lubię historię, choć nie wspominam dobrze swoich niektórych nauczycielek historii. Niestety nie zawsze mam z kim na temat historii rozmawiać. Po informacji o Gieczu zaczęłam się zastanawiać jaki procent Polaków historia interesuje? Z moich obserwacji wynika, że… znikomy.

Nie dalej jak tydzień temu robiłam na ulicy sondę do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego. Sondę o Księstwie Warszawskim, bo w tym roku mija dwusetna rocznica jego utworzenia, a w ostatni weekend uroczyście je obchodziliśmy. I co wyszło z sondy? Na pytanie co to było owo Księstwo Warszawskie i kiedy istniało większość odpowiadała, że nie wie. Ktoś wspominał o wczesnym średniowieczu – przed zjednoczeniem Polski po rozbiciu dzielnicowym, bo się mu pewnie Księstwo Warszawskie z mazowieckim pomyliło. Gdy zadawałam pytania pomocnicze o Napoleona to ludzie nie potrafili umiejscowić go w żadnym wieku! Dobrze, że wiedzieli, że był ktoś taki. Nie było logicznego myślenia, że w Panu Tadeuszu opisywano odwrót napoleońskich wojsk spod Moskwy, a pan Tadeusz jako epopeja narodowa we 12 księgach wierszem ma w tytule podane, że jest to historia szlachecka z roku 1811 i 1812. Jakby mózgi warszawiaków były wyprane nie tylko z podstawowej szkolnej wiedzy, ale i z logiki. A jakie znajdowali sobioe tłumaczenia dla tej swojej niewiedzy? Na przykłąd pewna pani odpowiedziała, że… nie jest stąd. „Nie z Polski?” spytałam przebiegle. „Z Polski” – odparła. – „Ale z Kaszub”. Zupełnie jakby Księstwo Warszawskie to swoim terytorium obejmowało tylko Warszawę. A nawet jeśli to… czemu mnie – warszawiankę od wielu pokoleń – uczono o… wolnym mieście Gdańsku? Albo o powstaniach śląskich? Przecież powinni byli tylko o tym co tu, za moją miedzą, zgodnie z zasadą moja chata skraja. A nie Śląśk. No… chyba, że kiełbasa śląska! O! To bardziej przydatne. Przynajmniej się tym najeść można. Zresztą chyba konsumpcja jest dla nas najważniejsza. Taki wniosek wysnułam, kiedy jeden młody chłopak na moje pytanie o to nieszczęsne Księstwo Warszawskie z niebywałą wprost dumą poinformował, że on nie lubi historii. A gdy stwierdziłam, że naród bez znajomości historii jest narodem bez przyszłości – wzruszył ramionami, a dumny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Tylko z ust ciekła mu ślina, bo w ręku trzymał loda w waflu i ten lód był ważniejszy od mojego głupiego pytania o Księstwo Warszawskie. A pies z tym księstwem tańcował. Było minęło i rzadko kto o nim słyszał. Na przepytanych 30 osób zaledwie 2. Jedna gimnazjalistka i jeden podpity żul. Ładny bilans. I pomyśleć, że uważamy się za lepiej znających historię niż Amerykanie. Jakiś absurd.

Prawie jak J.K. Rowling. Prawie robi wielką różnicę

Wydałam pięć książek. Tylko pięć, czy aż pięć? Sama już nie wiem. Wiem, że dwa tygodnie temu ukazała się „Dzika”. Moja ostatnia powieść dla nastolatków. Kryminał. I od tych dwóch tygodni znajomi pytają mnie o tę książkę. Wielu chce wiedzieć, gdzie ją można kupić. Odpowiadam, że teoretycznie wszędzie, a praktycznie najlepiej w internecie. Inni tak tylko pytają grzecznościowo lub w nadziei, że wyjmę jeden egzemplarz z rękawa, kieszeni, bagażnika kupionego na raty samochodu i im dam. Stać mnie na to. Przecież pisarze zarabiają kokosy. Taka J.K. Rowling to sobie zamek kupiła. Ja pewnie też mam forsę na zamek. Ano mam! Na zamek do drzwi. Absurd jak z Tytusa, Romka i A`Tomka gdzie nagrodą w turnieju rycerskim było pół zamka do bramy (największa nagroda jaką kiedykolwiek ufundował Chytrozłot!).
Owszem, na obecnego wydawcę „Nowy Świat” narzekać nie mogę. Zgrzeszyłabym, gdybym powiedziała złe słowo o staraniach jeśli idzie o promocję czy o rozliczeniach finansowych. Narzekać mogłam na wydawcę „Dziewiętnastoletniego marynarza”, który jęczał, że książka źle się sprzedaje, a nie zrobił nic, by ją wypromować. Czy wydawcę „Klasy pani Czajki”, który podczas ostatecznego rozliczenia stwierdził, że… to ja jestem mu winna pieniądze. Jak to? Proste jak drut. Miałam mieć 85 groszy od sprzedanego egezemplarza i tyle mi płacił (z wielotygodniowymi opóźnieniami). Dopiero przy tym ostatecznym rozliczeniu zorientował się, że płacił mi brutto, a powinien netto, czyli 77 groszy do sprzedanego egzemplarza. Mam mu więc oddać forsę. Ile? Całe 177 złotych. Spojrzałam wtedy na rubryki „winien i ma” i mówię (oczywiście to co myślę): „Hola! Musiałabym to oddać, gdyby pan mi to wszystko co jest w tej rubryce wypłacił, a pan wypłacił mi mniej.” Zaczęliśmy liczyć wszystko od początku i wyszło, że owszem, jestem mu wina, ale nie 177 tylko… 45… i to groszy! Tę kwotę łaskawie mi darowano.
Kiedy komuś mówię, że „Klasy pani Czajki” sprzedało się prawie 30 tysięcy egzemplarzy wielu myśli, że jestem krezusem. Nie jestem. Nie jest to zresztą moim celem. Gdybym planowała zbijać fortunę zostałabym finansistą. Ja po prostu chcę pisać. To moje marzenie od ósmego roku życia, kiedy napisałam pierwszy głupi wierszyk i wydało mi się, że w ten sposób odkryłam Amerykę. Ostatnio na pisanie mam coraz mniej czasu. Muszę więcej pracować, by przeżyć. Jak pogodzić to z pisaniem? Kiedy myślę, że niektórym księgarniom za korzystne eksponowanie książek trzeba zapłacić więcej niż wynosi honorarium jakie dostanie autor, gdy sprzeda się cały nakład, zastanawiam się nad jednym. John Lennon śpiewał, że kobieta jest murzynem świata. Kim jest pisarz? Murzynem księgarza? I dlaczego? 
Książek wydaje się dziś wiele. Co jest gwarancją sukcesu? Kiedyś pochlebna recenzja. Dziś już nawet to nie. „Klasa pani Czajki” zebrała wiele pochlebnych recenzji. „Tropiciele” jeszcze więcej. O „Dzikiej” też już piszą i to pochlebnie. A ja nadal boję się, że następnej książki już mi nikt nie wyda, bo nie uda mu się na tym zarobić. Bo zarobić można tylko na rzeczach modnych. Po prostu dziś gwarancją sukcesu jest stworzenie na coś mody. Jak w przypadku Harry`ego Pottera, którego po prostu wstyd nie mieć w domu jeśli chce się uchodzić za kogoś, kto wie o co chodzi we wspólczesnej literaturze dla młodzieży (sama mam wszystkie tomy). Niestety stwarzanie mody wymaga nakładów finansowych. Ja ich nie mam. Mój wydawca też nie. Pewnie dlatego, że jest zbyt uczciwy.
Chciałabym poświęcić się tylko pisaniu. Nie da rady. Nie w kraju, w którym słowo pisane nie jest w cenie.  Co jakiś czas ktoś proponuje mi pisanie felietonów do jakiegoś portalu. Niestety za darmo.
Półtora roku temu byłam na spotkaniu ze znajomymi z ogólniaka. Kolega, który od pierwszego wejrzenia nienawidzi mnie (z wzajemnością niestety. Piszę ‚niestety’, bo nie lubię nie lubić), powiedział, że dziś „byle idiocie wydadzą książkę, bo byle kretyn posiadł umiejętność pisania”. Nie wiem… Może i tak jest? Tylko czemu publikacjom „tego idioty i kretyna” towarzyszą pochlebne recenzje? Paranoja? Błędne koło? A ja w nim tkwię. Z uporem godnym być może lepszej sprawy. U mnie nazywa się to realizacją marzeń z dzieciństwa. Marzeń o byciu pisarką. Cóż. Za marzenia trzeba płacić.

Tajne czy jawne?

Żyję w kraju absurdów. Dowodów na to jest wiele. Podam jeden. Ostatni. Z przedwczoraj. Wysłano mnie z kamerą do Wojskowego Sądu Okręgowego, bym nagrała ogłoszenie postanowienia tegoż sądu w sprawie byłej prokurator stalinowskiej p. Wolińskiej-Brus. Postanowienie jest jawne, ale… ogłoszenie tego postanowienia tajne. Co to znaczy? Ni mniej ni więcej to, że na naszych oczach pan sędzia wszedł do pokoju rozpraw. Zamknął się w nim i przed pustą salą głośno odczytał postanowienie. W sali poza nim nie było nikogo. Ani prokuratora ani przedstawiciela IPN. To, że postanowienie czytał na głos było słychać, bo przez zamknięte drzwi dobiegał nas szmer owego głosnego czytania. Już po fakcie pan sędzia wyszedł i przekazał jawne postanowienie sekretarce, która zaniosła je do Prezesa Sądu. Pan Prezes pozwolił nam je sfilmować, a potem do kamery powiedział o decyzji sądu i podał jej uzasadnienie. Nie chcę zajmować się tu polityką, panią Wolińską-Brus, Instytutem Pamięci Narodowej i tym podobnymi rzeczami. Chodzi mi tylko o ten bezsens. Nie wolno nam było nagrać jak pan sędzia czyta coś co jest jawne, bo tajne jest samo odczytanie?! Dlaczego? Czy pan sędzia się jąka? Czy może w trakcie czytania robi głupie miny? Nijak nie mogę tego pojąć. Tak jak nie mogę zrozumieć czemu pan sędzia czytał to na głos przed pustą salą. Owszem. Ktoś mi powie, że taki jest przepis i pan sędzia jako przedstawiciel prawa stosuje się do niego. Ale czy naprawdę powaga sądu zyskuje, gdy sąd stosuje się do tak idiotycznych przepisów?

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej