Po co są noworoczne postanowienia?

Często się nad tym zastanawiam po co są noworoczne postanowienia. Owszem, ktos powie, że ludzie chcą sie zmieniać, chcą zmienić swoje życie, a zwłaszcza te jego aspekty, które wydają im sie niefajne. Na pewno tak jest.

Dziś w redakcji (a jakże! pracowałam!) jeden kolega poinformował mnie, że rzuca palenie i w związku z tym nie pali już dwanaście godzin! Jedna koleżanka obiecała sobie mniej jeść, a jeszcze inna przestać obgryzać paznokcie.

Znam to. Co roku wielu moich znajomych tak robi i nic im z tego nie wychodzi. Dlaczego? Nowy Rok to sztuczna granica. Wiemy o tym wszyscy. Granica kalendarzowa. Po kilku dniach, kiedy postanowienie staje się coraz trudniejsze i zaczyna nam ciążyć. Wracamy wtedy do starych nawyków i nałogów zwalając wszystko na stres, czy cokolwiek innego.  Czy to znaczy, że nie należy sobie nic postanawiać? Broń Boże tak nie myślę. Sama dziesięć lat temu postanowiłam rzucić palenie i udało się. Dlaczego? Bo nie zrobiłam tego z okazji Nowego Roku. Po prostu pewnego dnia, gdy doszłam do wniosku, że skoro babcia i dziadek mieli raka, bo palili papierosy, to i ja mogę mieć raka. Ot i cała filozofia! Zrobiłam to dla siebie. Nie potrzebowałam czekać na Sylwestra. A udało się!

Teraz myślałam, czy postanawiać sobie coś na Nowy 2008 Rok i… zrezygnowałam. Dlaczego? Do tego, by chcieć na przykład skonczyć pisać ”LO-terię” (drugą część „Klasy ani Czajki”), czy uzupełnić archiwum na stronie autorskiej nie potrzebne mi są żadne kalendarzowe granice. Czy potrzebne są chęci lub silna wola? Raczej potrzebny mi jest po prostu czas, a przecież dziś byłam w pracy. Cóż… parę dni temu napisałam: „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś”. Ja przecież z reguły pracuję wtedy, kiedy inni mają wolne. Kółko się zamyka. Mogę postanowić, że będę mniej pracować, ale wtedy wracam do punktu wyjścia. Do jednego z wcześniejszych moich wpisów na blogu. Jestem prawie jak Joan Rowling, a jak mówi pewien reklamowy slogan – „prawie robi wielka różnicę”. Z pisania książek nie wyżyję. A teraz jeszcze zapowiedziano podwyżki prądu, gazu czy wywozu śmieci! Ehhh! Czy uda mi się znaleźć czas na powieść? A może po prostu powinnam z Nowym Rokiem postanowić przestać spać? Pomyślę. Może się uda. Zacznę od dziś. I nie dlatego, że jest Nowy Rok. Ale akurat teraz spać mi sie nie chce, jest mi ciepło, laptop na kolanach… Może się uda napisać choć jedną stronę nim zmorzy mnie sen i nastanie nowy dzień, kiedy będę musiała iść do prawdziwej roboty…

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś

„Niech z bólu ryczy ranny łoś.

Zwierz zdrów przemierza knieje.

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś

To są zwyczajne dzieje”

Pisał William Shakespeare w Hamlecie, a ja te wersety powtarzam sobie dość często, bo często pracuję wtedy, kiedy inni mają wolne. Na przykład w drugi dzień świąt pracowałam. Kolega, któremu w @-mailu napisałam, że idę do roboty spytał: „Co się dzisiaj robi w pracy?”. Odpisałam, że program telewizyjny. On pożartował, że dziękuje mi za „Ekspress polarny w TVN” i tak każde z nas przy swoim komputerze się pośmiało. Bo przecież wiadomo, że nie zajmuję się ustalaniem ramówki w TVN – to zresztą robi się w godzinach biurowej pracy. Co innego z newsami – te powstają na bieżąco i robi się je bez przerwy. I ja tak już od kilkunastu lat w każde święta pracuję. Czemu o tym piszę? Bo męczą mnie dyskusje o zakazie handlu w święta. Wszyscy się tym zajmują! Normalne, że pracować non-stop mają lekarze, policja, wojsko, straż pożarna, lotniska, kolej, komunikacja miejska i tym podobne, ale handel? O nie! Sprzedawanie w święta to grzech! Jednocześnie wszyscy sie dziwia, że ja w świeta pracuję, albo że nie mogę się znimi napić, bo muszę być zupełnie trzeźwa. Kazdy chce oglądać telewizję. To już nie tylko nie czasy jaskiniowców, ale nawet nie wiek dziewiętnasty gdzie jedyną rozrywką były gry karciane czy planszowe. Teraz wszyscy  oglądają TV i wielu chce natychmiast otrzymać infomacje i to nie tylko te ze świata, ale i te z regionu.

Dlatego w tym roku znów mój sylwester nie będzie huczny. 1 stycznia muszę być gotowa do pracy. zaczynam rano, ale juz w sylwestrową noc będę podłączona do redakcyjnego dyżurnego telefonu. Moi koledzy koleżanki – korespondenci z regionu będą spedzac pracowite sylwestry z kamerą i mikrofonem w ręku. Bo problem pracy w święta nie dotyczy tylko handlu, ale wielu innych dziedzin. Czemu więc politycy pieją o tym handlu? Pewnie dlatego, że stare powiedzonko mowi: „lepsza złotówka z handlu niz dycha z roboty”.

Czy blog to codziennik?

Znajomi pytają czemu nie prowadzę bloga codziennie. „No nie powiesz nam, że codziennie nie masz jakichś przemyśleń”. Alez oczywiście, że mam, ale czy każde przemyślenie trzeba upubliczniać? W końcu blog – tym się różni np. od mojego pamiętnika z lat szkolnych – że każdy może go przeczytać. A ja niekoniecznie chcę, by niektóre moje myśli były powszechnie znane. Poza tym zawsze wyznawałam zasadę: „Pauca, sed bona”, czyli „kilka, ale dobrych” :) Staram się jej przestrzegać. Postaram się jednak pisać częściej.

Polskie piekiełko

Nigdy nie chciałam mieszkać poza krajem. Zawsze mówiłam, że moje miejsce jest tu.  Trzyma mnie tu właściwie wszystko. Język, kultura, wspomnienia. Nawet te niezbyt przyjemne. Jest tylko jedna rzecz, która mnie irytuje. Nazywa się polskie piekiełko. Obserwuje je od lat. Ofiarą polskiego piekiełka jest każdy artysta w chwili, w której staje się popularny. Zupełnie jakby pięć minut sławy równało się pięć tysięcy słów krytyki. Od ponad roku trwa nagonka na Rubika, o którym czytam już takie rzeczy, że aż przykro. Ludzie czepiaja sie, że schudł, że ufarbował włosy, że robi miny, gdy dyryguje. Zupełnie jakby to jakie kto robi miny i jakiego koloru ma włosy decydowalo o jego talencie.

Broń Boże nie twierdzę, że artysta jest świętą krową i nie podlega ocenie. Jest jednak pewna różnica między rzeczowo uargumentowaną krytyką a zwyczajną nagonką. Nie mam tu na myśli artykułów w Super Expressie czy Fakcie. Chodzi mi o pełne zjadliwości komentarze na Onecie, Wirtualnej Polsce czy innych portalach. Internet z racji swojej anonimowości sprawia, że ludzie czując się bezpiecznie w swoich domach walą w bliźnich jak w bęben. Dlaczego? Banalne. Zazdrość. Z reguły ci, którzy krytykują sami niczego nie osiagnęli. Na dodatek są przekonani, że gdyby los dał im możliwość wówczas byliby sto razy, a może i milion razy lepsi. O to, że nie zaszli wyżej niz artysta, na którym wieszają psy, zawsze obwiniają mityczny los. Zupełnie jakby w dzieciństwie przeczytali więcej dramatów antycznych niż ich było w lekturze obowiązkowej.

I to oni czerpia przyjemność czytając portale typu Pudelek czy Lansik święcą triumfy. W końcu to taka oficjalna wersja polskiego piekiełka.

A miało być szybko i sprawnie

Kilka tygodni temu zepsuł mi się nowiutki laptop. Zawiozłam go do serwisu, a ponieważ na twardym dysku miałam ostatnie odcinki powieści nad którą pracuję, poprosiłam o dysk. Żeby z wyjętego dysku można było skorzystać musiałam kupić kieszeń. Gdy po kilku dniach odebrałam komputer i dysk wrócił na miejsce, kieszeń okazała się niepotrzebna. Ponieważ wydałam na nią 150 złotych, więc postanowiłam, że dokupię drugi dysk, który przepakuję w tę kieszeń. W serwisie dysku na stanie nie mieli. Obiecali jednak w dwa dni ściągnąć z magazynu. Nie mam czasu jeździć, ale od czego technika i kurierzy? Zostawiłam w serwisie kieszeń i umówiłam się, że gdy w serwisie znajdzie się dysk wyślą mi faxem fakturę. Ja zapłacę przelewem, prześlę e-mailem dowód wpłaty i wtedy dostanę dysk. Fakturę dostałam po dwóch dniach. Pieniądze przelałam natychmiast i… nastała cisza. Tak minęły prawie dwa tygodnie. Dysku nie ma. Dzwonię do firmy. Mówią, że dysk dawno wysłany. Czekam. Wreszcie w piątek dzwoni telefon. Pan przedstawia się nazwą firmy i mówi, że mnie szuka i mnie nie widzi.

- Gdzie pan jest? – pytam.

- Na Piekarskiej – słyszę.

Trochę mnie to zdziwiło, bo Piekarska na Starym Mieście, a ja na Saskiej Kępie, ale może to jakiś żart? Dlatego spytałam:

- Co takiego?

I wtedy męski głos nieco zdezorientowany spytał:

- Pani Dąbrówka?

Zatkało mnie. Dąbrówka? Toż przecież Dąbrówka to żona Mieszka I. Wiem to dobrze, bo mieszkam na Dąbrówki i… W tym momencie coś zaczęło mi świtać. Jak się po chwili okazało całkiem dobrze mi świtało. Firma, w której kupiłam dysk zamieniła moje nazwisko z ulicą. Zamiast wysłać kuriera do pani Piekarskiej na ulicę Dąbrówki wysłała do pani Dąbrówki na ulicę Piekarską. Przesyłkę odebrałam dopiero dziś po 2 tygodniach od złożenia zamówienia. Kurier pokazał mi ile razy był na Piekarskiej w poszukiwaniu pani Dąbrówki. Kilka. A miało być szybko i sprawnie. Dobrze, że dysk to nie Pizza.

Docenianie po śmierci

Wkurza mnie, że artystów docenia się dopiero po śmierci. Gdy w 2000 roku robiłam wywiad z „Universe” pytano mnie, czy upadłam na głowę, bo to syf. Koledzy z branży nie chcieli zapraszać ich do swoich programów. Gdy mówiłam o super rockowej płycie z super rockowymi piosenkami nie chciano mi wierzyć, bo „oni przecież tylko smęcą”. Nikt nie chciał nawet tego słuchać.

Wczoraj gruchnęła na portalach wiadomość o samobójczej śmierci Mirosława Breguły – wokalisty i kompozytora „Universe”.  Informacje są skąpe. Wiemy, że przechodził kryzys. Prawdopodobnie jego przyczyną był guz w krtani. Być może był to rak. Dokładnie nie wiadomo. Pewne jest tylko jedno. Mirosław Breguła nie żyje. I nagle …. nawet moja strona przeżywa prawdziwe oblężenie. Dziś padł rekord ponad dwóch tysięcy wejść – co jest dość sporo jak na stronę prywatnej osoby i znacznie więcej niż do tej pory odwiedziło mojego bloga. Cóż… wszyscy zaglądają, by przeczytać wywiad, jakiego kiedyś Mirosław Breguła i Henryk Czich udzielili mi dla gazetki „Ale Jaja” Andrzeja Podulki. Wywiad, który pokazuje poczucie humoru twórcy nastrojowej grupy rockowej jest jednym z niewielu jakie można znaleźć w internecie – rozumiem więc to oblężenie. Przykro mi tylko, że swoich czytelników znalazł dopiero po śmierci Mirka. Przykro mi, że teraz nagle wszyscy widzą w nim genialnego artystę, a przecież nie dalej jak kilka tygodni temu włączyłam ich płytę „Latawce” ze świetna piosenką „Niech żyją żądze”. Znajomym podobała się, dopóki nie usłyszeli nazwy wykonawcy. Najpierw nie wierzyli, że to ten sam zespół od piosenki „Mr. Lennon”, a kiedy uwierzyli – nie chcieli słuchać dalej. Nie potrafili zresztą tego uargumentować. Dziś zadzownili, czy pożyczę płytę.

A na mojej stronie – na ktorej ten wywiad był bardzo rzadko odwiedzany – tłum. Nagle wszyscy piszą jak im brak Mirka. Podkreślają, że zostały tylko jego piosenki. Ciekawi mnie, czy potrafią wymienić ich troche więcej niż dwie lansowane w swoim czasie przez radio.

Łowcy

   

Targi książki to najdziwniejsza impreza na świecie. Nie dlatego, że panują tam tłum i hałas, bo to w dzisiejszym pędzącym świecie jest wszędzie. Targi książki to miejsce specyficzne, bo niby ludzie przychodzą tam po kulturę, ale… to tylko teoria.

Od kilku lat jestem na targach jako autor. Od kilku lat obserwuję dziwne dla mnie zjawiska. Pierwszym są łowcy gratisów. Uważają, że skoro zapłacili kilka złotych za bilet na targi to powinni coś z tych targów wynieść. Chodzą, rozglądają się po stoiskach, chciwie wyciągają ręce po kolorowe ulotki, foldery, długopisy. Tym razem też byli. A ja miałam gadżet. Wiosną tego roku wydrukowałam sobie zakładki. Są prezentem dla tych, którzy kupią książkę lub przyjdą porozmawiać. Tym razem większość zabrali ludzie, których nie interesowały ani moje książki ani rozmowa ze mną, a wyniesienie czegoś z targów. Niektórzy pytali czy mogą wziąć inni bezceremonialnie sięgali i brali. Jeszcze inni rozglądali się czy nikt nie ich widzi i w sposób skryty chowali zakładki w niesione w ręku foldery. Wielu zadawało pytanie: „Co jest za darmo?” Bo przecież coś trzeba wynieść, by bilet się zwrócił.

Drugim dziwnym zjawiskiem są pożeracze. Wypatrują stoisk, na których wyłożony jest poczęstunek i… zagadując o byle co wyjadają ciastka czy cukierki. Zabawnych scenek z pożeraczami było kilka. Niektórzy by zjeść ciastko proszą o autograf. Najbardziej jednak ubawiła mnie pani, która najpierw przyjrzała się czy bardzo jestem zajęta podpisywanie książki. Widziałam kątem oka jak mnie obserwowała. Pani wyczaiła moment, gdy podawałam książkę jakiejś dziewczynce i… wtedy porwawszy ciastko i uciekła.

Trzecim zjawiskiem, które mnie po prostu osłabia są łowcy autografów. Często wysłuchuję od nich jak czytają i znają wszystkie moje książki. Kieydś ubawiła mnie pewna kobieta. Podpisywałam swoją drugą książkę, a ona powiedziała takie zdanie: „Czytałam wszystkie pani książki”. Wszystkie, czyli… jedną. Dobre, co? Tym razem najzabawniejszym łowcą autografów był nastolatek. Kupił nawet książkę. Co powiedział biorąc autograf?

- Dwa lata temu wziąłem od Lema i zmarł. Rok temu od Ludwika Jerzego Kerna i też już nie ma go na tych targach.

- Rozumiem. Sugerujesz, że przyszłych targów nie dożyję?

- Nie. Brałem też autografy od wielu ludzi, którzy jeszcze żyją.

To pocieszające. Prawda? Są też tacy, którzy biorą autograf na „w razie czego”. Łażą z notesami, bo kiedyś gdzieś wyczytali, że za autograf Mickiewicza można dostać kupę forsy. No owszem. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś z nas – siedzących na targach – nie będzie kiedyś uznany za wieszcza. Pewnie dlatego zdarzyło mi się nawet widzieć swój autograf na allegro – obok czterystu innych autografów ludzi, o których nie słyszałam, że istnieją. Cóż… to prosta kalkulacja. Lepiej wziąć autograf niż go nie brać. A nuż ten, o kogo biorą będzie kiedyś sławny. Nie walczę z tym. Fajnie, że w ogóle ktoś we mnie wierzy. Nawet jeśli jego wiara podyktowana jest chęcią wyniesienia czegoś z targów lub po prostu zjedzenia ciastka.

PS. Ludwik Jerzy Kern żyje. To tak na wszelki wypadek piszę, gdyby ktoś z rozmowy mojej z łowcą wyciagnął wnosek, ze autor „Ferdynanda wspaniałego” odszedł.

„Dziękuję” politykom

Nie wierzę politykom – śpiewał kiedyś Tomek Lipiński z grupą Tilt. Gdybym była piosenkarką, liderem rockowej grupy śpiewałabym równie buntowniczo, ale i z przekąsem, że dziś wszystkim tym politykom „dziękuję”. Za co? Za imieniny jakie mi zgotowali!
W tym roku 17 października – imieniny Małgorzaty – wypadały w ciągu tygodnia. wszyscy pracujemy zaprosiłam więc gości na piątek 19-go. Niestety był to tak zwany weekend wyborczy. I to wybory zdominowały moje imieniny.

Zaczęło się od oglądania przemówienia premiera. Od nieśmiałych komentarzy. Oczywiście w trakcie pite było wino, wódeczka, drinki i tak dalej, a to podgrzewało atmosferę. Z czasem komentarze zaczynały się robić coraz ostrzejsze. Wreszcie goście zaczęli otwarcie ujawniać swoje poglądy. W większości kibicowali dwóm ścierającym się partiom prawicowym. Po kilku kwadransach zwolennicy jednej z partii zaczęli gadać na drugich. Moi jedni przyjaciele jeszcze ze szkoły do innej mojej przyjaciółki wygadywali, że jeśli nie jest zwolenniczką tego ugrupowania co oni to jest… komunistką. Ta w ryk!

- Co wy wygadujecie! Nigdy nie głosowałam za komuną! Za komuny mój dziadek siedział dwa lata w pierdlu!

- Eeee! Dwa lata o krótko! – zauważył mój kumpel.

- Tak?! To posiedź sobie dwa lata!

Dalszego ciągu tej rozmowy nie słyszałam, bo zawołano nie do kuchni. Tu kłóciło się małżeństwo moich przyjaciół. On zagłosuje inaczej niż ona. Bo on jest mądry, ona tępa. I chyba się z nią rozwiedzie, bo już jej nie szanuje. Nieważne, że mają dziecko. Jest głupia, jej poglądy są głupie i szkodliwe. A jego jedyne słuszne.

Wszelkie z mojej strony próby łagodzenia sporów, że demokracja polega na tym, że każdy ma prawo do swoich poglądów, a dorosłość, a ponadto przyjaźń i miłość, która od tylu lat nas łączy powinna sprawić, że zaakceptujemy poglądy innych, nawet jeśli są sprzeczne z naszymi, spełzły na niczym. Wszystko grochem o ścianę. W zamieszaniu pierwszy raz doszło do damsko-męskich bójek z powodów politycznych, kopniaków, wyzwisk, a nawet wyrywania sobie włosów! Nikt nie tańczył. Kłócili się prawie wszyscy. A jeden z gości chwiejąc się na nogach pokazał przeciwnikom politycznym genitalia.

Przysięgam, że moi przyjaciele to wykształceni ludzie. To tak zwana elita intelektualna kraju. A jednak! Kampania wyborcza sprawiła, że i z nich wyszło bydło.

Dlatego „dziękuję” polskim politykom za podział jakiego dokonali w społeczeństwie. „Dziękuję” im za to, że gdy w dniu wyborów media podały informację o wypadku, w którym zginęło pięć osób – koleżanka powiedziała, że ma wielką nadzieję, że byli wyborcami partii, której życzy klęski. Nie chcę, by z polskiej inteligencji wychodziło bydło. I nie ważne, że na moich imieninach w tym zbydlęceniu pomogło wino i piwo, bo akurat w tym roku po imprezie została mi taka bateria alkoholu, że z powodzeniem mogę sklep monopolowy otworzyć. Goście jakoś mniej wypili. Bo w pewnym momencie zamiast pić wzięli się za głowy. No i nikt nie tańczył, dlatego też nikt nie robił za didżeja. Zupełnie jakby w nas wszystkich umarła radość z życia.

Nic mi po tym, że następnego dnia niektórzy zadzwonili przepraszać. Bo inni z kolei nie zadzwonili i nie odebrali ode mnie telefonu. Po latach przyjaźni z powodu różnicy poglądów nie chcą ze mną i niektórymi moimi znajomymi mieć do czynienia. To jakiś koszmar. Czy kiedyś się skończy?

Nigdy nie piszę o polityce. Oczywiście to nie znaczy, że się nią nie interesuję. Po prostu nie chciałam i nie chcę być dziennikarzem politycznym. Nie chcę upubliczniać swoich poglądów, politycznych sympatii i antypatii. Chcę pisać dla wszystkich. Ale nigdy społeczeństwo nie było tak podzielone jak przez ostatnie miesiące. A ja z powodu tego podziału po raz pierwszy przeżyłam naprawdę poważny szok.

Upadły zawód?

Często zastanawiam się, czy zawód dziennikarza przypadkiem nie upadł? Pomijam, że dziś dziennikarzem może być każdy. Nie liczą się umiejętności. Taką tendencję obserwuję od kilku lat. Kiedy 11 lat temu przyszłam do telewizji trzeba było odbyć staż. Owszem, byłam wyjątkiem, bo mój staż trwał krótko. Jedne zdjęcia z koleżanką. Wynikało to jednak z tego, że w telewizji pracował mój ojciec, a ja od dzieciństwa jeździłam z nim na zdjęcia i obserwowałam jego pracę. Mój ówczesny szef powiedział, że nie ma sensu bym jeździła i patrzyła jak robią to inni skoro od dzieciństwa podglądałam jak robi to najlepszy. Trochę głupio mi było przed koleżankami i kolegami, że tak szybko stanęłam za kamerą, ale… nikt nie miał pretensji. Nie słyszałam uwag, choć może były, a po prostu do mnie nie docierały. W każdym razie wtedy, każdy kto przychodził do pracy staż odbywał. Nosił kasety za redaktorami, szukał w archiwum, umawiał rozmówców i tak dalej. Teraz od dłuższego czasu jest inaczej. Przychodzą ludzie i po kilku dniach jeżdżą na zdjęcia. Owszem, potem się okazuje, że nie potrafią napisać tekstu, że nie zdokumentowali materiału, nie zrozumieli polecenia, a czasem nawet, że podpisali jednego rozmówcę imieniem i nazwiskiem kogoś zupełnie innego, ale… nikt sie tym nie przejmuje. W końcu jednego młodego człowieka można zastąpić drugim. Bo przecież nie ma ludzi niezastąpionych. A że czasem trafiają się wśród nich perły, więc proceder trwa. W Wiadomościach – prawie same nowe i bardzo młode twarze (zapewne dlatego, któregoś dnia widziałam na antenie słowo „cód” zamiast „cud”), to samo obserwuję w innych redakcjach. Ale cóż… świat pędzi do przodu!

Jednak prawdziwym symbolem upadku jest dla mnie żenujący nieraz poziom niektórych artukułów. Na szczęscie głównie wszystkie są w tabloidach („Fakt”, „Super express”), które z musu w redakcji przeglądam, ale… to przecież jest wielkonakładowa prasa. Prasa, którą czyta większość społeczeństwa!

Kiedyś powaliła mnie historia kobiety, która słyszy głosy. Tytuł był chyba „Głos zza światów”, gazety już nie pamiętam. Pamiętam natomiast pół strony z wielkimi zdjęciami, a tekst… o niczym. Baba słyszała głosy, a w tym domu ktoś kiedyś umarł. Pewnie to głosy zmarłego. Konkretów brak, dowodów brak, zdjęcie baby, domu i archiwalne zmarłego. 

Dziś szczyt głupoty osiagnął „Fakt”. Osiągnął go po kilkakroć. Najpierw o historii kierowcy autobusu, który przypomniał sobie smutne oczy swojego kundelka, zwolnił i… uniknął wypadku. Ot i wszystko. Tymczasem tytuł krzyczy: „To niesamowite! Pies przeczuł smierć.” I cytat: „Pan Stanisław ruszając z przystanku przypomniał sobie smutne oczy Dżekiego. Zwolnił. Ocalił życie. (…) Zza zakrętu wyskoczyo audi. samochód musnął autobus i roztrzaskał się na murku. (…) kierowca audi zmarł w szpitalu. (…) Już zawsze od tej pory będę sie go słuchał (kundelka – przyp. MKP)”. Aż chce się dodać: Kupujcie kundelki! ich spojrzenia ostrzegają przed wypadkami. Kierowca audi kundelka nie miał i zobaczcie jak skończył!

W tej samej gazecie inne „horrory” – „Co za bydlak zastrzelił orła bielika”. „Kara dosięgła podglądacza”, który to news zaczyna się od mrożących krew w zyłach słów: „ma za swoje 23-letni świntuch ze Szczecina! Wlazł na drzewo, żeby podglądać gimnastykującą się nago sąsiadkę, ale na konarze podwinęła mu się noga. No i zleciał:. Co to jest? W newsie znalazło się knajackie słowo „wlazł”? Czemu nie „wszedł”? Co to za poziom? Są jeszcze inne newsy: o pani, która wypadła z VII piętra, bo wieszała pranie i straciła równowagę. O facecie, kitóry po pijaku wysiadł z pędzącego auta na siusiu, bo myślał, że samochód stoi na parkingu. Wreszcie hit! „Koza zeżarła mi 20 tysięcy złotych”. Historia rolnika Alojzego, który marzył o ciągniku i zbierał na niego pieniądze, które chował w sianie. Oczywiście gazeta stwierdza (nota bene słowami kozy Hanki lat 4.), że rolnik Alojzy sam sobie winien, bo po cholerę trzymał forse w sianie, ale… rolnik Alojzy refleksyjnie pozuje do zdjęcia z kozą na sznurku choć pod zdjęciem jest napis: „zabiłbym to bydlę”. Facet ma zadziwiająco czyste dłonie. Jakoś mi to wygląda na wyssane z brudnego palca. Przypomina mi się dziennikarska księga Tytusa, romka i A’Tomka, kiedy tworzyli pismo „Trele-morele”. Dziś za te trelemorele ktoś bierze pieniądze, ktos płaci, by je przeczytać, a wszyscy wkoło dziwia się, ze społeczeństwo jest nieduczone i głupie. Ja się nie dziwię. Nie dziwi sie temu nawet koza Hanka l. 4, która na łamach pisma Fakt stwierdza: „Z tymi ludźmi do ładu dojść się nie da.” Oj nie da!

Komputer czy kłamputer?

Czy komputer mówi prawdę? Każdy kto przypomni sobie pierwszy odcinek „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego - ma wątpliwości. Ja coraz większe.  Choć z drugiej strony czy kłamstwom komputera nie jest winien człowiek?

Sprawa była prosta. Chciałam w EMPiKu kupić dla syna lektury: „Antygonę” Sofoklesa i „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. EMPiK przy Marszałkowskiej duży, a ja nie miałam czasu chodzić i szukać, więc podeszłam do odzianej w firmową koszulkę pani i spytałam o „Antygonę”. Zaprosiła mnie do pulpitu, na którym stał komputer i rozpoczęła poszukiwania. Trwało to kilkanaście minut. Powoli zaczynałam przebierać nogami ze zniecierpliuwienia. W komputerowej bazie EMPiKu wpisanych było kilkadziesiąt „Antygon”. Komputer pokazywał jednak, że sklep nie ma żadnego egzemplarza. To samo było z „Folwarkiem zwierzęcym”. Pani zaproponowała mi, że sprawdzi w bazie, w którym z EMPiKów są te książki. „Antygony” nie było jednak nigdzie, a „Folwark” tylko na drugim końcu miasta. Zrezygnowałam z jazdy w poszukiwaniu książki. Za dobrze pamiętałam moment, kiedy szukałam „Ronji, córki zbójnika” Astrid Lingren i za radą sprzedawcy posłuchałam się komputerowego systemu, a przejechawszy miasto (najpierw na Sadybę, a potem na Żoliborz) nie znalazłam obiecanego egzemplarza. Jakby tego było mało, w żoliborskim EMPiKu usłyszałam wtedy, że informacje z systemu są sprzed miesiąca. Tym razem pani zapewniała mnie, że to najświeższe dane. Nie chciałam sprawdzać jej prawdomówności. Trochę zdziwiłam się tym brakiem obowiązkowych lektur gimnazjalnych w EMPiKu, ale… może już wykupione? Ostatnie moje pytanie do sprzedawczyni brzmiało: „Gdzie jest półka z lekturami?” Pokazała mi i zniknęła przy pulpicie z wszechwiedzącym komputerem. Z myślą, że jak nie „Antygona” i „Folwark zwierzęcy” to jakaś inna lektura dla mojego syna wpadnie mi w oko (skoro spędziłam tu ponad pół godziny nie wyjdę z pustymi rękoma) stanęłam przy półce. Po kilkunastu sekundach – ku memu zdumieniu – znalazłam metr… „Antygony”.  Celowo piszę „metr”. Metrową półkę zapełniało bowiem kilkadziesiąt egzemplarzy dramatu Sofoklesa wydanych przez różne wydawnictwa – z opracowaniami, przypisami i tak dalej. Przez moment tępo patrzyłam na tę półkę, a po wybraniu jednego z kilkudziesięciu egzemplarzy „Antygony” spojrzalam piętro niżej i… odnalazłam „Folwark zwierzęcy”. Pewnie dlatego, że włosy już miałam rozpuszczone, a piersi w staniku opadły mi tylko ręce. Podsunęłam egzemplarze pod nos sprzedawczyni i spytałam: „No i co pani na to?” „Komputer pokazywał, że nie ma!” – odparła. No tak… Komputer! Bóg! Władca EMPiKu! Pan mózgów sprzedawców! Komputer? A może kłamputer?

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej