Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

Gdzie się podziała nasza lekkość, czyli słówko o poezji i Damie Fekaliowej

Bogdan Smoleń z kabaretu Tey śpiewał kiedyś piosenkę „Smutasy i Mazgaje” zaczynającą się od słów:

„Coś się z narodem dzieje niedobrego.
nie ma za grosz poczucia humoru ludowego”

Nie wiem co by zaśpiewał dziś, bo brak nam nie tylko poczucia humoru, ale i pewnej lekkości, którą mieliśmy kiedyś. 40 lat temu śmialiśmy się z jego piosenki, czuliśmy jej prześmiewczość, choć śpiewana była w sposób patetyczny. A dziś? Brak nam tej lekkości w pojmowaniu żartów, brak też zdolności abstrakcyjnego myślenia. Nie wiemy co to parafraza, przenośnia, metafora etc. Bierzemy wszystko dosłownie, na serio i ze stuprocentową pewnością, że to co napisane/obejrzane/opowiedziane jest prawdą, nawet, gdy autor nie miał zamiaru nas o tym przekonywać.

Prawie dwa lata temu poetka Eda Ostrowska przeżyła spory szok, gdy nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się książka pt. „Eda. Szkice o wyobraźni i poezji” będąca (ku mojemu zgorszeniu) pracą doktorską pani Katarzyny Niesporek. Przyznam, że nie chciałam o tym pisać. Uważałam i nadal uważam, że o bardzo złych rzeczach, a taką bez wątpienia jest ta publikacja (nie jestem w stanie nazwać tego „pracą”) nie powinno się pisać. Powinny one w milczeniu kurzyć się w magazynach bibliotek z Egzemplarzem Obowiązkowym, a do innych w ogóle nie trafić. Jednak zło tej książki opisali już inni – m.in. Elżbieta Binswanger-Stefańska i Kazimierz Bolesław Malinowski, więc mleko się rozlało. Ludzie interesujący się poezją już wiedzą, że powstają bardzo złe prace doktorskie, które na dodatek akceptują poważne autorytety. A ponieważ zło tej pożal się Boże „naukowej” publikacji pokazali już wyżej wspomniani ja chciałam tylko przytoczyć w tym miejscu jeden cytat, bo on świetnie ilustruje to, co dzieje się z naszym narodem, a co mnie mocno niepokoi. Otóż Katarzyna Niesporek w pewnym momencie pisze o twórczości Edy Ostrowskiej (poetki naprawdę wybitnej, której książka „Edessy poemat sowizdrzalski” jest w moim pojęciu czymś zapierającym dech w piersiach) w sposób następujący, gdy w wierszu [***Sama już nie wiem...] Eda Ostrowska pisze: Chrystus przeszedł obok / niósł w siatce księżyc i bajdurzył fajkę. Jak interpretuje to doktorantka Niesporek? Otóż tak:

Poetka doznaje objawienia albo kolejnych urojeń. /…/ Obraz Zbawiciela z siatką w ręku i fajką w ustach to wyobrażenie Boga w halucynacjach. Poetka zderza w utworze rzeczywistość narkomanów albo wariatów ze światem „normalnych”.

Przyznam, że początkowo (a takich kwiatków u Niesporek jest więcej) nie chciało mi się wierzyć, by ktoś kto studiuje literaturę wypisywał takie bzdury. Przecież poeci na przestrzeni wieków wielokrotnie posługiwali się metaforami, przenośniami, wizjami profetycznymi i nikt nie odsyłał ich z tego powodu do wariatkowa! Nikt nie oskarżał o halucynacje! I to nawet wtedy gdy korzystali z narkotyków czy innych używek. Przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w manifeście romantyków, czyli balladzie „Romantyczność”, której bohaterka widzi ducha swojego ukochanego? Ha!

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

„Romantyczność” ukazała się prawie 200 lat temu. Nikt wtedy Mickiewicza nie oskarżał o halucynacje, czy psychiczną chorobę tylko dlatego, że jako poeta wierzył Karusi – bohaterce swojego wiersza. Mało tego! Porwał za sobą tłum ludzi, którzy chcieli pisać jak on i patrzeć jak i on na świat. Wierzyli w metafizykę, zjawiska nadprzyrodzone, tajemniczość etc. Co stało się 200 lat później? Pytanie pozostawiam otwarte.

Literatura ma swoje prawa. Eda z tych praw skorzystała, bo wie, że literatura posługuje się specyficznym językiem z całym wachlarzem środków takich jak: metafora, przenośnia, alegoria, parafraza i wiele, wiele innych. Literatura może stosować prowokację językową, treściową itd. Nadal jednak pozostaje literaturą a nie życiem. Nawet literatura faktu jest tylko literaturą choć opisuje fakty. Przypomnę tylko, że te same fakty ktoś może opisać zupełnie innymi słowami sprawiając tym samym, że do jednych czytelników dany tekst przemówi bardziej, bo np. wzruszy. Wystarczy przeczytać kilka biografii tej samej osoby, by stwierdzić, że ktoś jej życie opisał ciekawiej niż drugi. Biografia Van Gogha autorstwa Irvinga Stone’a „Pasja życia” (zekranizowana potem przez Hollywood) do dziś uchodzi za jedną z lepszych, choć po niej powstały inne. A jednak to Stone tym, jak opisał życie malarza uczynił z niego postać niemal kultową. Literatura piękna, będąca z założenia fikcją literacką, nawet wtedy, gdy jest oparta na osobistych doznaniach autora pozostaje fikcją, bo autor wszystko przez siebie przepuszcza, przetwarza, ale i zmienia.

Ja, jako człowiek pióra, wiele miesięcy temu postanowiłam pobawić się literacko i raczyć znajomych opowieściami o mojej suczce Frytce, na punkcie której zwariował cały mój dom ze mną włącznie. Nazwałam te opowieści „Z życia Damy Fekaliowej”. Wydawało mi się, że moi znajomi, w większości ludzie wykształceni, odkryją bez problemu parafrazę tytułu powieści Aleksandra Dumasa (syna) „Dama Kameliowa”. (Stałym czytelnikom bloga przypomnę tylko, że juz kiedyś pisałam, że tak nazywa mnie mąż mojej kuzynki, gdyż jego zdaniem często opowiadam „kibelkowe” historie.) Dla przypomnienia dodam też, że „Dama Kameliowa” to napisana ponad 160 lat temu w formie melodramatu opowieść o kurtyzanie, która dla miłości porzuca dotychczasowe życie, ale potem na skutek pewnych wydarzeń do niego wraca. Jeśli ktoś widział „Traviatę” Giuseppe Verdiego to oparta jest na „Damie Kameliowej”. Aleksander Dumas opisał w niej autentyczną postać, kurtyzanę, z którą miał romans. A jednak nie wszystko w życiu Dumasa i Marie Duplesis (tak nazywała się kurtyzana, która była pierwowzorem tytułowej Damy Kameliowej) było tak, jak w jego powieści.

Jak to się ma do mojej suczki Frytki? U zwierząt instynkty są silne. Instynkt jedzenia, wypróżniania się i… seksu (przypomnę tylko w tym miejscu przeszłość Damy Kameliowej, czyli bycie kurtyzaną). A na dodatek pies – jak to pies lubi czasem zjadać odchody. Uznałam, że wyzwaniem dla mnie będzie opisywanie w sposób niedosłowny, a czasem nawet eufemistyczny życia suczki, która jest niesłychanie śliczna i budzi powszechny zachwyt przechodniów, mówiących, że wygląda jak księżniczka, a tymczasem, w zaciszu domowego ogniska ta dama zmienia się w półdiablę, gwałci naszego kota Szarlotka, robi kupę w gabinecie i zjada z lubością kocie ekskrementy prosto z kuwety, kot zaś wytrzeszcza oczy jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę.

Nie jest problemem napisać, że pies się za przeproszeniem „zesrał” i to sto dwudziesty raz. Jak napisać to w miarę elegancko? Jak zrobić to choć trochę dowcipnie? Jak napisać, żeby było to jeszcze ciekawe? Tak narodził się pomysł na wpisy o życiu Damy Fekaliowej. Pierwszy wpis był prosty, bo taki miał być. Prosto powiedzmy o co chodzi:

„Jamniczka Frytka po powrocie ze spaceru zrobiła kupę w gabinecie. By sprawa się nie wydała próbowała ją zjeść. Konsumpcję przerwał Pan Monż.”

Wpisy pojawiały się co kilka dni. Czasem częściej, czasem rzadziej. Przeważnie budziły uśmiech znajomych, którzy śledzili też zamieszczane przeze mnie na Instagramie fotografie tej ogoniastej „Miss obiektywu”. Z czasem dodawałam do wpisów pewne rzeczy bardziej literackie upiększając w ten sposób szarą rzeczywistość. I cóż się okazało? Im bardziej ja dodawałam do tekstów literatury tym dosłowniej odbierali je znajomi. Koniec końców zostałam oskarżona o całą masę najgorszych rzeczy. M.in. o ekshibicjonizm, a wszystko po tekście:

„Gdy człowiekowi się śni… (niestety) obóz koncentracyjny i Niemcy, którzy robią na nim eksperymenty medyczne wkładając coś w tylny otwór (pot leje się ze strachu) należy natychmiast się obudzić z tego koszmaru i… poprosić Pannę Frytkę, by wsadzała swój zimny nos gdzie indziej… Uff! To tylko zły sen!”

Ten tylny otwór! Jak ja mogłam??? I w ogóle publicznie przyznałam się, że pies śpi ze mną w łóżku!!! No okropne!!!

Potem przyszły oskarżenia, że mam w dom brud, gdyż napisałam:

„Pan Monż odzyskał ukradzione przez Pannę Frytkę moje trzy biustonosze skitrane pod łóżkiem i szafą. Moim zdaniem nie zostały przez nią użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż można w nie schować tylko sześć cycków, a Panna Frytka ma ich więcej.”

Staniki pod łóżkiem? Dno!

Wreszcie oskarżono mnie o zdradzanie intymnych szczegółów z życia Ulubionego, a wszystko po następującej opowieści:

„Wyjazd na długi weekend do Aquaparku Łazy w Puszczy Kampinoskiej tak rozbisurmanił pannę Frytkę, że bez przerwy jesteśmy zmuszani do rzucania piłeczki. Pan Monż jest do tego zmuszany nawet wtedy, gdy siedzi na sedesie. Prośby o litość wypowiadane przez niego w kilku europejskich językach nie pomagają. Panna Frytka odpowiada szczekaniem i podstępne turla piłeczkę znowu do WC. Hau hau!”

Tak. Tym intymnym szczegółem jest napisanie, że Ulubiony siedzi na sedesie. Żartobliwie to skomentuję, że rozumiem, iż znajomi siadają obok.

Mam jednak poważne obawy o kondycję naszego społeczeństwa, które dosłownie bierze literaturę. A czasem nawet nie domyśla się co nią jest. Dosłownie i na serio bierze każdy żart. Nabiera się na literackie prowokacje.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

By uświadomić, że „Z życia Damy Fekaliowej” to prowokacyjna prześmiewcza historyjka o przygodach suczki i kota stworzyłam literacki internetowy projekt pod tym tytułem i przeniosłam tam wszystkie wpisy wraz z niektórymi psimi i kocimi fotografiami. Mam wielką nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą jednak brali wszystkiego, co tam jest publikowane dosłownie tylko potraktują to z przymrużeniem oka jako literacki żart, zabawę słowem, opowieść o zwierzętach itd.

Przecież nie może być prawdą, że nie ma w naszym społeczeństwie luzu i nie czyta ono między wierszami humoru. Chociaż z drugiej strony, kiedy krytycy literaccy i doktoranci literatury nie potrafią czytać poezji to właściwie czego mam spodziewać się po zwykłych zjadaczach chleba? Naprawdę mniej niż po mojej… Damie Fekaliowej?

A teraz sprawa wyglada tak... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Pokolenie Romboli, czyli dokąd zmierza świat?

Podobno prawidłową drogą ewolucji jest to, że kolejne pokolenia są mądrzejsze od poprzednich, dzieci zdobywają wyższe wykształcenie niż rodzice, lepiej rozumieją świat. Czy rzeczywiście? Zastanawiam się nad tym od dobrych kilku lat. A powodem jest drastycznie obniżający się poziom moich nastoletnich czytelników, co podczas spotkań autorskich stwierdzam z prawdziwym smutkiem. Niestety inteligentny czytelnik trafia się, ale rzadziej niż kiedyś. I słowo „trafia się” jest tym najsmutniejszym.

Mija właśnie 20 lat, gdy na łamach „Cogito” publikowałam felietony „Wzrockowisko”. Były to okołomuzyczne teksty o tym co dookoła nas. Muzyka była tylko pretekstem do opowiedzenia o tolerancji, głupocie itd.. Nazywałam je wyrobem muzykopodobnym, bo były jak wyrób czekoladopodobny w stosunku do czekolady. Trochę trąciły muzyką. Były jednak o świecie. Dostawałam wtedy setki listów. I to takich pisanych jeszcze pocztą tradycyjną. Czytelnicy pisali mi różne rzeczy i choć zdarzały się listy prowokacyjne to większość była takimi od inteligentnych nastolatków. Czy dlatego, że pismo, które czytały było/jest dla chcących czegoś więcej niż konsumpcja?

Co się zmieniło w ciągu tych dziesięciu lat? Raczej nie jest to tylko i wyłącznie (a może nawet wcale) sprawka gimnazjów, bo gimnazja były i 10 lat temu, a jednak gdy ruszałam na spotkania autorskie, mój czytelnik posiadał o wiele większą wiedzę ogólną niż ten obecny. Teraz jest prawdziwy dramat.

Jakieś 2 lata temu, co opisywałam zresztą na blogu, nie po raz pierwszy na spotkaniu z licealistami (i warto podkreślić, że byli to licealiści), gdy mówiłam o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” poświęconej historii brata mojego dziadka – ucznia polskiej szkoły morskiej w Tczewie, gdy spytałam: „Jak myślicie, czemu na początku lat 20-tych Szkołę Morską otwarto w Tczewie” usłyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Musiałam znowu rysować na tablicy z głowy mapę Polski, nanosić na niej Tczew i tłumaczyć, że jednak nad morzem nie leży, a szkołę otwarto tam, bo stamtąd był jeden z założycieli Szkoły, ponadto Tczew miał dobre połączenie kolejowe z Gdańskiem, nie było jeszcze wtedy portu w Gdyni, że Polska miała krotką linię brzegową, że Gdańsk był wolnym miastem, a jego ludność stanowili w ponad 90% Niemcy. Tego dnia, po raz pierwszy, gdy przeszłam do pytania o to, czemu statek szkolny „Lwów” nazwano „Lwów” usłyszałam, że dlatego, że Lwów… leży nad morzem! Spytałam nad jakim i dowiedziałam się, że nad Bałtykiem. Potem padła powtarzająca się od kilku lat, a nieobecna na spotkaniach autorskich 10 lat wcześniej (książka ukazała się w 2005 roku) koncepcja, że statek nazwano tak dlatego, że… Lwów to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, jeden życzliwy czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest… Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski, a gdy zwróciłam mu na to uwagę był zdumiony. Łączenie faktów historycznych z geografią okazało się dla niego i wielu innych czymś niezwykle karkołomnym. O bitwie o Lwów, o Orlętach Lwowskich nie słyszał nikt ze zgromadzonych wtedy na sali licealistów. Popłakałam się. Powiedziałam, że jeśli choć trochę mnie polubili to proszę ich, by w domu na YouTube posłuchali piosenki „Orlątko” do słów Artura Oppmana. Do domu wróciłam przygnębiona.

Teraz jest jeszcze gorzej. Lwów i Tczew leżące nad morzem stały się normą. Na dodatek pojawił się zanik logicznego myślenia.

Od początku mojej „kariery” pisarskiej jeżdżąc na spotkania autorskie pokazuję różne prezentacje poświęcone swoim książkom. Jedną z nich jest kryminał dla młodzieży pt. „Tropiciele”, który po raz pierwszy ukazał się w 2006 roku, a ostatnio pół roku temu nakładem Naszej Księgarni. Jego bohaterowie szukają skarbu, a wskazówki dotyczące skarbu ukryte są na pocztówkach w postaci rebusów. Ostatnie dwa lata to dla mnie rebusowy horror. Oto co drugie spotkanie wygląda tak, że czytelnicy nie są w stanie rozszyfrować prostego rebusu.

Specjalnie dla moich potrzeb rysownik Robert Trojanowski do pierwszego wydania książki do autentycznych pocztówek Wacława Chodkowskiego, będących niemymi bohaterami książki, dorobił rebusy. Ich rozwiązanie to imię i nazwisko osoby na pocztówce. Oczywiście osoby fikcyjnej. Nie myślałam, że imię Alina ukryte pod rysunkiem przedstawiającym literę A i linę jest nie do odcyfrowania dla czytelnika. A jednak!

Z kolejnymi rebusami radzą sobie raz lepiej raz gorzej, najlepiej z Jerzym Piekarskim, ale dramat następuje, gdy na pocztówce pojawia się facet, którego imię ukrywa się pod symbolem pewnego koloru w kartach i litery L.

Współczesne nastolatki nie grają w karty, a jeśli już to rzadko. Chyba też nie znają tych szlachetnych nazw, jak „kier,”, „karo”, „piki” czy „trefle”, ale nawet nie znają tych nazw tzw. plebejskich jak: „dzwonek”, „czerwień” vel „czerwo”, „żołądź” oraz „wino”, gdyż ich zdaniem postać na pocztówce to nie Karol Jabłoński a… „Rombol”! Gdyż symbol „karo” jest im nieznany. Oczywiście powinnam się cieszyć z wiedzy o istnieniu rombu, bo to znaczy, że geometria jeszcze w szkołach jest, ale… co z ogólną wiedzą? Nauczycielki tłumaczyły to brakiem rebusów w podręcznikach. Ale czy od kilkunastu lat nie jesteśmy coraz głupsi? Dokąd zmierzamy?

Przypomniała mi ostatnio znajoma o starym eksperymencie amerykańskiego etologa Johna Calhouna. Eksperyment przeprowadzał on na myszach i powtarzał kilkakrotnie. Za każdym razem wyniki były takie same. Eksperyment polegał na tym, że postanowił stworzyć myszom raj. Co mu z tego wyszło?

Mysia utopia. Na zdjęciu John Calhoun. Źródło: Wikipedia

Jego myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, pozbawiono je zagrożenia ze strony drapieżników, a w zamian za to otrzymały opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – gigantyczna klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników. Jednak takiej liczby osobników nie udało się wyhodować. Wpuszczone do środka 4 pary myszy rozmnożyły się, ale populacja osiągnęła maksymalnie 2200 osobników, gdyż po jakimś czasie w tym idealnym świecie myszy rodzaju męskiego stały się homoseksualne, a te rodzaju żeńskiego zatraciły zdolność reprodukcji. Ostatni tysiąc mysich osobników nie wykształcił w sobie jakichkolwiek reakcji społecznych. Nieznana im była agresja oraz zachowania prowadzące do ochrony gniazda i potomstwa. Nie angażowały się w inne działania niż picie, jedzenie, spanie oraz dbanie o siebie. Osobniki w tym czasie wyglądały wyjątkowo ładnie i zadbanie, ale nie potrafiły poradzić sobie z jakimkolwiek nietypowym bodźcem. Choć wyglądały wyjątkowo dobrze, były również wyjątkowo głupie. Ostatnie zapłodnienie miało miejsce w 920 dniu trwania eksperymentu, a ostatnia mysz umarła w samotności w dniu 1588.

W którym dniu eksperymentu my jesteśmy? To oczywiście tylko prowokacyjne pytanie, bo krytycy Calhouna twierdzą, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych, co wpływa na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

Ale z drugiej strony czy warunki bytowe jakie sobie tworzymy, te zamknięte getta osiedli, ta pełna izolacja od zarazków etc. nie sprawiają, że zamieniamy świat wokół siebie w laboratorium? Czy to dlatego tak głupiejemy?

Gdy miałam 15 lat w I klasie liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie na lekcji historii pani profesor Maria Wernik opowiadała o tym, jak małpa uczłowieczyła się przez pracę. Opowiedziała, że dowodem na to jest wynalezienie przez nią pierwszego narzędzia. Jakiego? Oto pani profesor podała przykład małpy, której nie chciało się wchodzić na drzewo, ale chciało się zjeść wiszącego na nim banana. Dlatego zamiast wchodzić na to drzewo głodny małpiszon wziął z ziemi kijek i postanowił rzucać tym kijkiem, by zrzucić banana. Na to wszystko odezwałam się ja i powiedziałam, że jest to przykład na uczłowieczenie się przez lenistwo, bo małpie nie chciało się wchodzić na drzewo. Że to podobnie jak z pilotem do telewizora, które to urządzenia już są na zachodzie (był rok 1982), który wymyślono, by człowiek nie wstawał z fotela czy kanapy. Rozpętała się burza. Do szkoły wzywano ojca, bo jak powiedziała pani profesor swoim stwierdzeniem o uczłowieczaniu się małpy przez lenistwo a nie pracę podważyłam „Dialektykę przyrody” Fryderyka Engelsa. (Potem wyrzucono mnie z tej szkoły, ale to już inna historia.)

Nie wiem co powiedziałby Engels, gdyby spotkał Calhouna i zapoznał się w wynikami jego badań, ale patrząc na myszy, małpy i ludzi, a zwłaszcza czytelników mam wrażenie, że z lenistwa, z powodu którego wynajdujemy coraz wymyślniejszy sprzęt, by jak najmniej pracować, jak najwięcej odpoczywać i bawić się, degenerujemy się i stajemy pokoleniem Romboli.

Pozostaje pytanie: jak Rombole przejmą władzę nad światem, gdy wymrze moje pokolenie, czy pokolenie mojego syna skoro teraz nie radzą sobie z geografią i prostymi logicznymi zadaniami?

Lecę! Czekam na odprawę paszportową! Bagażowa mnie wykończyła. Kazano mi wyrzucić malutki krem nivea, bo nie mieścił się w jakąś zasmarkaną przezroczystą siatkę #wycieczka #podroz #lotnisko #modlin #lotniskomodlin #dublin #irlandia

Podróż koleją skraca czas?

Spędziłam ostatnio sporo dni w podróży. Właściwie ponad miesiąc. Poza spotkaniami autorskimi, na które jeździłam raz samochodem jako kierowca a raz pociągiem, odbyłam trzy duże podróże z czego dwie zagraniczne. Najpierw pojechałam do Wilna na festiwal poetycki Maj nad Wilią, potem poleciałam do Dublina na spotkanie autorskie w polskiej szkole i były to przyjemne podróże. Potem niestety pojechałam na jeden dzień do Szczecina – na pogrzeb. I to już było mało przyjemne. Do Szczecina pojechałam pociągiem, a że pogrzeby zdarzają się nagle nie miałam kuszetki ani sypialnego a jechałam drugą klasą na szczęście z miejscówką. Mimo, że na Trasie Warszawa – Szczecin – Warszawa spędziłam dwie noce w pociągu nie zmęczyłam się tak, jak wtedy, gdy wracałam z Dublina, do którego przecież poleciałam samolotem. Dlaczego? Ba!

Lecę! Czekam na odprawę paszportową! Bagażowa mnie wykończyła. Kazano mi wyrzucić malutki krem nivea, bo nie mieścił się w jakąś zasmarkaną przezroczystą siatkę #wycieczka #podroz #lotnisko #modlin #lotniskomodlin #dublin #irlandia

Do Dublina najtaniej jest polecieć samolotami linii Ryanair. Tak też stało się w moim przypadku. Tam i z powrotem poleciałam Ryanairem. Niestety loty odbywają się tylko z lotniska Warszawa-Modlin. W swoim czasie odlatywał z niego Panicz Syna, a ja odwoziłam go i odbierałam z lotniska. Wydawało mi się więc to podróżowanie bardzo komfortowe. Nawet, gdy nie ma się do dyspozycji samochodu z kierowcą lub kupy kasy na przetrzymywanie auta na płatnym parkingu na lotnisku w Modlinie – jest pociąg Kolei Mazowieckich. Jakże myliłam się w kwestii kolei. Ale po kolei. W pewien piątek rano wraz z Ulubionym udaliśmy się do Modlina. Najpierw… tramwajem na dworzec Warszawa Wschodnia. Tam okazało się, że pociąg Kolei Mazowieckich odjeżdża za 4 minuty lub… za godzinę i 4 minuty. Uznaliśmy, że pojedziemy tym za 4 minuty, która to decyzja uniemożliwiła nam zresztą kupno biletu w kasie. Musieliśmy kupić go u konduktora o kilka złotych drożej, ale to drobny szczegół. Bilet upoważniał do jazdy specjalnym autobusem z dworca PKP w Modlinie na lotnisko. Uznałam, że trasę lotnisko-dom mam przećwiczoną, więc gdy wracałam z Dublina poprosiłam, by Ulubiony odebrał mnie dopiero z dworca Warszawa Wschodnia. Samolot w Modlinie wylądował po 3 godzinach lotu, czyli przed 22:00. Bilet Kolei Mazowieckich kupiłam w automatycznej kasie w ciągu kilku minut po wyjściu z lotniska. Napisane było, że do pociągu muszę wsiąść najpóźniej godzinę od zakupu. Autobus wiozący na dworzec kolejowy przyjechał po 20 minutach i stał drugie 20 na przystanku. Na dworcu byłam prawie 45 minut później. Szybko okazało się, że najbliższy pociąg do Warszawy nie jedzie na dworzec wschodni a Gdański, co absolutnie mnie nie interesuje, bo będę miała daleko do domu. Szybko zresztą okazało się, że będzie opóźniony. Po mniej więcej 40 minutach doczekałam się pociągu do stacji Warszawa Wschodnia. Na szczęście sprawdzający bilety konduktor nie kazał mi kupować nowego biletu, choć ten, który mu okazałam stracił ważność, gdyż od kupienia minęło prawie półtorej godziny a nie godzina jak napisano na bilecie. Na „swojej” stacji wylądowałam około północy. Z Ulubionym, który czekał na peronie, poszliśmy na przystanek autobusowy, bo i jemu i mnie rozładowały się telefony, a stojące na miejscu taksówki chciały nas dowieźć do domu za 50 złotych (choć wiem świetnie, że koszt takiej podróży wynosi od 14 do 20 złotych w zależności od pory dnia i tygodnia), a ja nie znoszę finansować naciągactwa. W domu byliśmy grubo po 1 w nocy. I tak moja podróż z Modlina do Warszawy trwała dłużej niż z Dublina do Modlina. A podobno to podróż koleją skraca czas.

PS. Naprawdę pociągi na tej trasie nie mogą jeździć częściej? A może zbudować tory do samego lotniska?

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Jaka szkoda, że Warszawa nie jednoczy

Byłam wczoraj na uroczystym otwarciu Muzeum Warszawy. Dla mnie to najważniejsza placówka muzealna w moim mieście. Nawet nie dlatego, że do moich przodków (Stalskich) należała jedna z 11 kamienic tworzących dziś Muzeum, czyli kamienica Montelupich (narożna z ul. Nowomiejską).

Zapraszamy na wystawę #otwarcie #muzeum #muzeumwarszawy

Zapraszamy na wystawę #otwarcie #muzeum #muzeumwarszawy

Miałam 6-7 lat, gdy przyszłam tu po raz pierwszy. Wszystko robiło wrażenie, a najbardziej pokój pokazujący zniszczenia Warszawy po wojnie. Ale też zachwycały warszawskie platery, portrety, makieta mieszczańskiej kamienicy i inne. Przez ostatnie 4 lata Muzeum niemal nie istniało dla zwiedzających. W 11 kamienicach trwał remont przeprowadzany przy użyciu funduszy norweskich. Jutro zostaną one otwarte dla wszystkich, choć na razie pokazanych zostanie jedynie 8 z przewidzianych 21 gabinetów: Gabinet pomników, Gabinet Syren, Gabinet Suwenirów, Gabinet Pocztówek, Gabinet Widoków Warszawy, Gabinet Portretów, Gabinet sreber i platerów, Gabinet Archeologiczny. Jedyną pozostałością po pierwszej wystawie stałej z lat 50 jest makieta XVIII-wiecznej Warszawy w skali 1:300.

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Na otwarciu i bankiecie byłam jako prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Przyznam w tym miejscu, że jako prezeska zaproszeń na różne imprezy mam mnóstwo, ale rzadko z nich korzystam. Powodów jest kilka, jednak to nie pora o nich pisać. Tym razem nie tylko skorzystałam, ale wręcz nie mogłam się doczekać wieczoru. Nawet na otwarciu przebierałam nogami, bo tak ciekawiły mnie odnowione sale i wystawy. Mimo, że to dopiero 8 gabinetów – jest co zwiedzać. Na mnie największe wrażenie zrobił archeologiczny, bo pokazuje bogactwo, zainteresowania i obyczaje dawnych mieszkańców Warszawy. Ale cudowne są pocztówki, portrety i widoki Warszawy.

O ty, który stoisz pod łóżkiem... ;) #Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

O ty, który stoisz pod łóżkiem… ;) #Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Wystawny wieczór otwierający ekspozycję stalą po remoncie był niezwykle przyjemny. Spotkałam samych znajomych, cóż… 21 lat pracy dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego zrobiło swoje. Znam niemal wszystkie najważniejsze osoby w mieście, bo to miasto mnie z nimi łączy. Jedno natomiast mnie zastanowiło. Przez lata na takich imprezach bywali dziennikarze z mojej byłej już stacji. Nie chodzi o bywanie z kamerą, ale prywatnie też przychodzili. Wczoraj nie było ani jednego. Ponoć z kamerą byli wcześniej, za dnia. Prywatnie, pobiesiadować przy otwarciu najważniejszej warszawskiej placówki nie przyszedł nikt z nich. Jak mi powiedział jeden z byłych radnych „Nie jest to proszę Pani proPiSowska impreza, więc wielu ludzi nie przyszło.”

Zwiedzamy... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zwiedzamy… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Straszne to jest, że nastały takie czasy, w których Warszawa nie jednoczy Warszawiaków. Kiedy liczy się kto z prawa a kto z lewa, nie zaś ten, kto kocha swoje miasto.

A wieczór uświetniła harfistka... #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

A wieczór uświetniła harfistka… #muzeumwarszawy #muzeum #otwarcie

Zapraszam wszystkich do Muzeum. Także w swoim imieniu, jako Warszawianki i Varsavianistki. To nie jest tylko 8, a aż 8 z 21 gabinetów. Zwiedzajcie je teraz. Na kolejne 13 gabinetów przyjdzie czas za pół roku.

Jak Bożena Szwejka, ale z trudem się powstrzymuję…

Dzielny Wojak Szwejk nie rozstawał się z listem od pewnej Bożeny. Jego treść czytelnicy znają stąd, że przeczytał go kiedyś na głos porucznikowi Lukasowi. Co napisała Bożena?

Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam ‘Pod Indykami’, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz ‘Pod Zieloną Żabą’ z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop.

Gdyby rzecz się działa nie 100 lat temu, tylko obecnie, to owa Bożena nie pisałaby listu do Szwejka, a dzwoniła do niego z… wychodka. Twarz zapewne trzymając koło wyżej wspomnianej dziury w desce. Twierdzę tak na tej podstawie, że ostatnio rzadko bywam w domu, a co za tym idzie sporo skorzystam z publicznych szaletów w różnych miejscach. I w tychże miejscach bardzo często zmuszona jestem wysłuchiwać rozmów telefonicznych ludzi, którzy oddają się czynnościom fizjologicznym nie przerywając konwersacji. Za każdym razem zdumiewa mnie to, bo przecież w trakcie tych rozmów tu i owdzie rozlegają się różne „kiblowe odgłosy”, z których spuszczanie wody lub trzask zamykanej deski są tymi najłagodniejszymi i najbardziej eleganckimi.

Przyznam, że z trudem się powstrzymuję, by będąc zmuszaną do wysłuchiwania paplanin i trajkotań (obgadywanie znajomych, relacja z wykładu na uczelni, relacja z zebrania w pracy, relacja z zakupów, kłótnia z rodzicielką), nie dodać od siebie kilkudziesięciu skandalicznie głośnych odgłosów. Wprawdzie dodałabym je ustami, ale już we wczesnym dzieciństwie (jak każde pacholę) do perfekcji opanowałam naśladowanie tych wykonywanych całkiem odwrotną częścią ciała. Bo myślę, że albo świat zwariował albo w XXI wieku WC jest ostatnim miejscem, w którym w ciszy i skupieniu jesteśmy sam na sam z własną fizjologią.

I pomyśleć, że u Luisa Buñuela w filmie „Widmo wolności” była scena, która wszystkich śmieszyła. Oto ludzie siedzieli przy stole na… sedesach. Rozmawiali przeglądając gazety i… defekując. Oglądając to pierwszy raz nie odbierałam tej sceny jako proroczą, a jednak! Po ostatnich wizytach w publicznych szaletach nie jestem pewna, czy nie zmierzamy w tym kierunku.

No to… do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania. Koniecznie koło tej dziury w desce.

Okiem genealoga, czyli my potomkowie Targowiczan. Ciekawostka na 3 maja

Obejrzałam w sieci wywiad z prezydentem RP Andrzejem Dudą, którego treść mnie zdumiała, zmartwiła i mocno zastanowiła. Czy wszyscy nie powinniśmy zostać skazani np. na karę… śmierci? Za przewinienia przodków, którzy dopuścili się zdrady narodowej? Jak pogrzebiemy w papierach zawsze jakiś fatalny krewny się znajdzie, co potwierdzi każdy genealog. (W swoim czasie pisałam o tym na blogu).

Jakiś czas temu, gdy byłam gościem Polskiego Radia w audycji poświęconej genealogii, kolega z Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego opowiedział, że znalazł informację o tym, jakoby jego bodajże prapradziadek siedział w więzieniu w Rawiczu. W XIX wieku nie siedziało się tam jednak za niewinność. Może prapradziadek był mordercą? Może złodziejem? Może bandytą? A może wszystkimi trzema na raz? Kolega mówił o tym bardzo spokojnie. Jako genealog jest świadom, co można odkryć grzebiąc w swoich korzeniach. Naprawdę niejeden trup wypadnie z przysłowiowej szafy. Nie wiem więc, czy za moment nie okaże się, że po obarczeniu nas winami przodków w naszym społeczeństwie nie zostanie nikt godzien bycia prawdziwym Polakiem.

Ale wróćmy do Pana Prezydenta. Stwierdził on bowiem w wywiadzie (udzielonym TVP Historia w Pałacu Prezydenckim, w związku z jubileuszem 10-lecia istnienia kanału) m.in., że ma świadomość, iż polityka historyczna „będzie [również] prowadziła do podziałów” dalej  powiedział, iż „ci, którzy są potomkami zdrajców, nigdy nie będą chcieli tego przyznać, że są potomkami zdrajców. I oni będą walczyli z prawdą historyczną. Tak jak powiedziałem: miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk – w biznesie, w mediach, w różnych wpływowych miejscach. Oni nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną. Będą zawsze przeciwko temu walczyli”. (Pełna treść wywiadu tutaj.)

Wielu psychologów twierdzi, że rodzice nie są odpowiedzialni za wszystkie czyny swoich dzieci. Nie są też winni tych czynów. Można rodziców obarczać winą i odpowiedzialnością, dopóki dziecko jest małe i jest całkowicie pod ich opieką, ale później? Nawet odpowiedzialność za czyny dziewiętnastolatka mieszkającego z rodzicami jest już niemożliwa nie tylko w świetle prawa, ale i zdaniem psychologów często i trudna do udowodnienia rodzicom z punktu widzenia psychologii. A co z odpowiedzialnością za czyny dorosłego dziecka od dawna niemieszkającego z rodzicami? Czy 70.letni ojciec 50.letniego mordercy na pewno odpowiada za zbrodnię syna? Czy na pewno wynika ona z tego, jak morderca został wychowany? Przecież w każdej zbrodni wszystko zależy od okoliczności, w jakich została popełniona.

Dlaczego jednak dzieci mają odpowiadać za zbrodnie rodziców? Przecież często w chwili ich popełnienia nie było ich na świecie. Co jest też złego w tym, że próbują ich wybielić? To naturalne! W imię miłości dziecko zawsze chce wybielić rodziców. Rozszerzenia tej odpowiedzialności na zbrodnie popełnione przez dziadków i pradziadków wydaje mi się kuriozum prawnym. Zwłaszcza, że większość społeczeństwa nie wie nic o swoich pradziadkach. Gdybym wcieliła w życie powiedzenie Wańkowicza: „Nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu”  musiałabym zerwać kontakty z wieloma przyjaciółmi.

Stanowisko Episkopatu Polski w sprawie tzw. grzechu pokoleniowego (bo o tym mowa) jest jasne. Ogłosił on je jeszcze w 2015 roku. Można w nim wyczytać m.in.:

„Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech.” Zaś „Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny, co wyraźnie podkreślił Sobór Trydencki w Dekrecie o grzechu pierworodnym.” Pełny tekst do przeczytania i przemyślenia jest tutaj.

Lekturę mogą sobie darować ateiści. Jest ona skierowana do osób wierzących. A ja kieruję ją przede wszystkim do prezydenta RP Andrzeja Dudy, który jest katolikiem i prawnikiem, a swoją wypowiedzią pokazał, że chyba chce wprowadzić jakieś (być może nawet prawne) sankcje dla dzieci za grzechy ojców oraz dziadków i pradziadków.

Teraz pozwolę sobie na pewien dość makabryczny żart. A co by było, gdyby je… rozwinąć? Może społeczeństwo jeszcze bardziej oczyściłoby się z potomków różnego rodzaju zdrajców. Na przykład pozbawmy praw publicznych lub osądźmy więzieniem, a nawet śmiercią potomków… Targowiczan? Dziś jest 3 maja. W tym właśnie dniu w 1791 roku Sejm Wielki uchwalił konstytucję, którą się szczycimy. (Obaloną później Targowicą.) Jesteśmy z niej dumni, często zapominając, że nie została uchwalona przez wszystkich posłów Sejmu Wielkiego. 226 lat temu na Zamek Królewski w Warszawie z 500 posłów Sejmu Wielkiego przybyło tylko 182, a więc mniej niż połowa, zaś 72 z nich było przeciwnikami Konstytucji.

Jan Matejko „Konstytucja 3 Maja 1791 roku”

Protesty opozycji sejmowej były widowiskowe. Np. poseł kaliski Jan Suchorzewski wyciągnął na środek sali swojego kilkuletniego syna i wołał: „Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą ten projekt krajowi gotuje”. O przyjęciu napawającej nas dziś dumą konstytucji (i to bez jednego nawet czytania!) przesądził przypadek. Otóż poseł inflancki niejaki Michał Zabiełło wezwał króla do jej zaprzysiężenia. Jak relacjonowali świadkowie władca podniósł rękę, chcąc przemówić, ale zwolennicy konstytucji poczytali za gotowość Stanisława Augusta do złożenia przysięgi. Za przyjęciem konstytucji głosowało… 110 posłów, a więc nie wiele więcej niż 1/5 całego Sejmu.

Kilka lat temu dr Marek Jerzy Minakowski rozpoczął tworzenie dwóch baz genealogicznych: „małej” i „wielkiej”. „Mała” to Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego (Sejm-Wielki.pl), dostępna dla każdego za darmo, ale ograniczona do rodzin uczestników Sejmu Wielkiego (Czteroletniego). Ok. 100.000 osób.
„Wielka” (Wielcy.pl) to elity polskie od Piasta Kołodzieja do roku 2011.  Tworząc „małą” dr Marek Jerzy Minakowski wyszedł z założenia, że:

W dniach 7 X 1788 i 16 XII 1790 nasi przodkowie — posłowie i senatorowie Sejmu Wielkiego — podpisali w Sejmie „Akt konfederacyi generalnej”. Ślubowali, że o wszystkim będą decydować większością (per pluralitatem). Owa większość 3 V 1791 uchwaliła Ustawę Rządową. Jak w każdym demokratycznym parlamencie część z nich głosowała przeciw, inna część nie wzięła udziału w głosowaniu. Jednak na veto miejsca nie było, bo wcześniej każdy z nich zaprzysiągł Konfederację.
Na tych stronach budujemy kompletne drzewo genealogiczne potomków wszystkich Konfederatów (a także ich rodzeństwa).

Chyba każdy, kto znajdzie się w Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego jest dumny, że tam jest. Jest dumny, że jego przodkowie (lub rodzeństwo przodków) uczestniczyli w pracach nad pierwszą w europie demokratyczną Konstytucją, ale… czy ci przodkowie rzeczywiście ją poparli? W końcu zrobiło to 110 na 500!!!

Zacznę od siebie. Moim przodkiem Konfederatem jest Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm.
Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari. Był rodzonym bratem mojej praprapraprapraprababki Apolonii Skórzewskiej z Mącznik h. Drogosław.

Jest więc wśród tych 110 osób, które poparły konstytucję. I choć genealogią zajmuję się od dziecka, bo najpierw „bawiłam się” w to z ojcem, tak jak on ze swoim ojcem i dziadkiem, to… dopiero ja, i to dzięki portalowi wielcy.pl, odkryłam to pokrewieństwo. Odkryłam jednak i inne, choć dalsze… np. z… Targowiczaninem Adamem ks. Ponińskim h. Łodzia, który w czasie przeprowadzania I rozbioru Polski, miał przyznane przez trzy państwa rozbiorcze ze wspólnej kasy, przeznaczonej na korumpowanie posłów na Sejm Rozbiorowy 1773–1775 46 tys. czerwonych złotych na utrzymanie. Zajmował się też grabieżą majątku rozwiązanego zakonu jezuitów przeznaczonego na działanie Komisji Edukacji Narodowej. Na Sejmie Rozbiorowym 1773–1775 został członkiem Komisji Rozdawniczej Koronnej, ustanowionej dla likwidacji majątku skasowanego w Rzeczypospolitej zakonu jezuitów. Podskarbiostwo wielkie koronne kupił od Teodora Wessla. W 1778 roku był członkiem Departamentu Skarbowego Rady Nieustającej. Pomimo sprawowania popłatnego urzędu Poniński był namiętnym graczem w karty, co w błyskawicznym czasie przyczyniło się do wzrostu jego długów (w 1785 roku ogłoszono jego bankructwo) i spowodowało gotowość sprzedania swoich usług jako polityka każdemu, kto tylko był gotów zapłacić. Był członkiem konfederacji Sejmu Czteroletniego w 1788 roku. Ostatecznie został płatnym agentem ambasady rosyjskiej, ściśle współpracując z przedstawicielami dyplomatycznymi Rosji – Nikołajem Repninem i Otto Magnusem von Stackelbergiem, za co 1 września 1790 roku został skazany przez Sejm Czteroletni na wygnanie i pozbawienie wszystkich tytułów. Wyrok został uchylony 13 maja 1793 roku przez konfederację targowicką.

Jan Matejko „Reytan”. Leżącemu na progu Reytanowi Adam Poniński uniesioną ręką pokazuje żołnierzy rosyjskich w uchylonych drzwiach sali zamkowej.

Co mam teraz zrobić? Dopiero co Jarosław Kaczyński krzyczał o Targowicy, które to określenie teraz niezwykle często pojawia się w naszej debacie publicznej. Czy ma on świadomość, że wśród Targowiczan są i jego przodkowie?

Jarosław Kaczyński też jest bowiem na portalu sejm-wielki.pl. Przodków konfederatów ma aż trzech. Jednym z nich jest… Dezydery Leszczyński herbu Belina – poseł województwa inowrocławskiego na Sejm Czteroletni w 1788 roku, marszałek województwa brzeskokujawskiego i inowrocławskiego w konfederacji targowickiej, starosta grabowiecki.
Figurował na liście posłów i senatorów posła rosyjskiego Jakowa Bułhakowa w 1792 roku, która zawierała zestawienie osób, na które Rosjanie mogą liczyć przy rekonfederacji i obaleniu dzieła 3 maja. Z ramienia konfederacji targowickiej wybrany w 1793 roku członkiem Komisji Skarbowej Koronnej.

 Drugim: Psarski Fryderyk Jakub h. Pomian (ok. 1730–1805), poseł na sejmy, przywódca powstania 1794 r. w Wieluńskiem.

Trzecim: Leszczyński Józef h. Belina (zm. po 1815), podczaszy i poseł rawski na Sejm Czteroletni. W sejmie Leszczyński należał do przeciętnie aktywnych posłów; część jego „głosów” została ogłoszona drukiem podczas kadencji sejmu. Przemawiał m. in. w sprawie królewszczyzn (27 I 1789), występował za rewindykacją donatyw (19, 22 i 29 III 1790), a przede wszystkim popierał Konstytucję 3 maja. W przeddzień jej uchwalenia uczestniczył w słynnym zebraniu w Pałacu Radziwiłłowskim i podpisał akt „Asekuracji”. Następnie został członkiem Zgromadzenia Przyjaciół Konstytucji Rządowej 3 Maja.

Ostatni dwaj są wśród tych 110 osób popierających konstytucję. Czy dwóch przodków zwolenników Konstytucji 3 maja jest w stanie zmazać winy Jarosława Kaczyńskiego za tego trzeciego przodka, który był jej przeciwnikiem? Zwłaszcza, że straszliwy Adam ks. Poniński h. Łodzia jest także krewnym Jarosława Kaczyńskiego?

A sam Pan Prezydent Andrzej Duda?
Tu niestety źródła portalu sejm-wielki.pl milczą, gdyż jego związki z potomkami Sejmu Wielkiego są poza Genealogią Potomków Sejmu Wielkiego, czyli jedynie na portalu wielcy.pl.

Łatwo potępiać innych, łatwo potępiać ich za przodków, gdy samemu niewiele się wie o własnych lub nie są oni postaciami w jakikolwiek sposób tworzącymi kiedyś historię.

Stowarzyszenie Potomków Sejmu Wielkiego w swoim credo w swoim czasie napisało: „Przodkowie nasi nie byli aniołami, walczyli często ze sobą (nie zawsze cnymi metodami), a jednak konfederacja przez nich zawiązana potrafiła uchwalić Ustawę Rządową z 3 maja 1791 – pierwszą europejską nowoczesną konstytucję.”

Dlatego Stowarzyszenie zrzesza potomków wszystkich Konfederatów. I tych, którzy byli za Konstytucją 3 maja i tych, którzy byli jej przeciw. Bo historia powinna naród jednoczyć a nie dzielić. Powinniśmy o tym pamiętać i działać na rzecz tej jedności mówiąc prawdę o  historii – bez wybielania, ale i bez zaciemniania.
W przeciwnym razie naprawdę wszyscy jesteśmy do odstrzału, bo korzenie każdego z nas w bardziej lub mniej kręty sposób mogą prowadzić do jakiegoś Adama ks. Ponińskiego h. Łodzia.

PS W podawaniu życiorysów przodków Konfederatów korzystałam z Polskiego Słownika Biograficznego i Wikipedii.

Czar Starego Gmachu

Był rok 1986, kiedy nie dostałam się na studia. Egzaminy zdałam na piątki i czwórki, ale słabe świadectwo i brak punktów za pochodzenie sprawiły, że miejsc na uczelni dla mnie zabrakło. W tamtych czasach można było na dodatkowe punkty na studia zapracować. I tak we wrześniu 1986 roku by zarobić na te punkty zjawiłam się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, która mieściła się w starym gmachu. To dzięki pracy w BUW przeczytałam wtedy książkę „Mikołajek w szkole PRL”. Nie była tak dobra literacko jak francuski pierwowzór, ale… opisywała coś, co znaliśmy wszyscy. To wtedy zdobyłam sporą kolekcję znaczków wydaną w latach 80-tych przez polskie podziemie niepodległościowe, bo pracownicy BUW sprzedawali je między sobą. Nie było podziału między ludźmi. Wszyscy byliśmy jednością. A najważniejsze dla nas były książki. To z powodu książek na swoje miejsce zdobywania punktów na studia wybrałam BUW, a nie na przykład szpital. W BUW przyjęto mnie do działu katalogów najpierw jako stażystkę, a potem na stanowisko młodszego bibliotekarza. W dziale obok pracował Piotr Matywiecki. W BUW w przerwach w pracy, na starej maszynie stojącej przy moim biurku, pisałam swoje pierwsze, drukowane w prasie opowiadania. Natomiast w ramach pracy m.in. przepisywałam stare, ręcznie pisane, przedwojenne karty katalogowe, a ponieważ te stare trzeba było wyrzucać, więc… brałam je na pamiątkę do domu. „Stary Gmach” Piotra Matywieckiego przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To dla mnie powrót do BUW, mojego pierwszego miejsca pracy. Jedynego, w którym byłam bezgranicznie szczęśliwa. Jedynego, w którym nie płakałam. Jedynego, za którym tęsknię, choć spędziłam tam tylko rok.

Myliłby się jednak czytelnik, który podejrzewałby, że „Stary Gmach” Matywieckiego to banalne wspomnienia starego bibliotekarza o statusie poety, czy wiecznego poety, w którym na zawsze tkwi bibliotekarz. To swoisty esej o kulturze i książce, przeplatany rzecz jasna wspomnieniami i anegdotami, ale będący próbą odpowiedzi na pytanie o rolę książki, literatury i biblioteki największej warszawskiej uczelni humanistycznej w życiu polskiego społeczeństwa i polskiej inteligencji.

Głównym bohaterem książki jest bowiem nie tyle sam budynek starego BUW, ile księgozbiór i literatura. Tak, jakby tytułowy „Stary Gmach” był pretekstem do opowiedzenia czytelnikom o książkach, które kształtowały i autora i jego środowisko i całe pokolenia czytelników tej specyficznej biblioteki. Matywiecki cytuje nie tylko bibliotekarzy, opowiadając przy okazji o historii księgozbioru, ale cytuje też poetów, pisarzy, naukowców i filozofów. Opowiada o ich wizytach w BUW. Jednak w większości te opowieści mają charakter anegdot nie tyle o człowieku, ale o kulturze czy literaturze. Dobrym przykładem jest ta o obwieszczaniu czytelnikom, że czas kończyć pracę, bo zbliża się pora zamknięcia. „Przechadzałem się po salach i z namaszczeniem, głośno, kilkakrotnie obwieszczałem: „Proszę Państwa, zamykamy!” – bawiło mnie, że w te sposób cytuję Ziemię jałową Eliota i że tylko ja jestem świadom tej mojej literackiej gry. Ale po jakimś czasie natrafiłem na felieton Tadeusza Komendanta w czasopiśmie „Nowy Wyraz”. Komendant bawił się w tym felietonie nieświadomością bibliotekarza BUW-u, który swoim „proszę państwa, zamykamy” bezwiednie wchodzi w literacki świat wtajemniczonych. Poczułem się śmieszne urażony w mojej poetyckiej erudycji.”

W tym roku księgozbiór BUW kończy 200 lat. Jego główna siedziba mieści się już w zupełnie nowym gmachu na Dobrej. I choć ten nowy i przestronny budynek na pewno jest wygodniejszy, przystosowany do niepełnosprawnych, obszerniejszy itd., to trudno spodziewać się, że szperając w jego magazynie znajdzie się wetknięte pomiędzy zgromadzone w nim książki karteczki, listy i notatki pamiętające poprzednie epoki i poprzednie pokolenia bibliotekarzy. Książka Piotra Matywieckiego zastępuje je wszystkie. Warto po nią sięgnąć, by zajrzeć tam jak do starego bibliotecznego magazynu. Można właściwie otwierać w dowolnym miejscu i czytać na wyrywki. Tak, jak ja przeszło 30 lat temu podczas nocnego dyżuru czytałam wyciągane z magazynu na chybił trafił książki traktując je jak swoistą wróżbę. „Co mnie, czytelnikowi, przyniesie los? Powiedz o książko!” Co powiedział mi „Stary Gmach?”

„I jest oczywiście ta zupełnie nowa wirtualna przestrzeń internetu, do której prosto z sali zapełnionej komputerami wchodzą „użytkownicy”. Może tam, w jakiejś zupełnie innej formie, odżyją mit i prawda wielkiej biblioteki?
Bo dawniej ten mit i prawda spełniały się na moich oczach. Nabywanie erudycji dokonywało się jako coś naturalnego, było oddechem czytelniczych sal.”

Warto wsłuchać się w ten oddech, a można to zrobić sięgając po „Stary Gmach”.

PS A ja tu kiedyś opisywałam panią Marię Kicińską, z którą pracowałam w BUW i szczerze żałuję, że Piotr w swojej książce ją pominął, bo była to niezwykle barwna postać, ale cóż… nie on z nią był w jednym pokoju, ale ja.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Polskie tabu, czyli jak wyłączyć przemoc?

Moje pierwsze małżeństwo nie należało do udanych. Powód? Właściwie dwa: picie i bicie. Eksio za kołnierz nie wylewał, a jak już się napił to agresja: dziesięć! Od naszego rozwodu mija właśnie dziewiętnaście lat, a od jego śmierci niedługo minie pięć. Ponieważ Eksio nie żyje, nie chcę go tu obgadywać, bo już nie zmieni swojego postępowania. Wieko trumny się nad nim zamknęło, a potem krematorium w Wyszkowie zrobiło swoje. Spoczął w urnie na cmentarzu Bródnowskim. Jednak nadal mam różne fobie, w które wpędziło mnie to moje pierwsze małżeństwo. Jedną z nich jest lęk przed podniesionym głosem i awanturami. To dlatego od lat staram się każdemu niemal we wszystkim ustępować. Byle byłby święty spokój. To ustępowanie dla świętego spokoju nie raz ściągnęło na mnie kłopoty, ale cóż… święty spokój kosztuje. Lęk przed podniesionym głosem daje mi się we znaki w życiu codziennym. Nienawidzę, gdy ktoś w pracy podnosi głos. Ilekroć słyszę wrzaski tylekroć podskakuję i kulę się w sobie! Bo przemoc domowa dawno jest za mną, ale… odruch Pawłowa każe mojemu ciału na dźwięk podniesionego głosu podskakiwać i kulić się.

Przeżycia sprawiły jednak, że interesuję się sprawą przemocy domowej. A ponieważ wiem, czemu kobietom trudno jest uwolnić się od mężów-katów (m.in. nikt tak nie przeprasza jak ten który krzywdzi), dlatego od lat śledzę co dzieje się z konwencją antyprzemocową, niebieską linią etc. Czytam historie kobiet, które próbują uwolnić się od swoich oprawców. Myślę o nich wszystkich i o każdej z osobna.

Kilka dni temu media obiegło nagranie umieszczone w sieci przez żonę jednego polityka, (zrezygnował z członkostwa partii), jak znęca się nad żoną. Kobieta, choć z mężem-katem mieszkała w Bydgoszczy, wniosła sprawę na policję w Warszawie, dokąd uciekła przed nim zabierając ze sobą dzieci. Prawie 40. minutowe nagranie jest naprawdę wstrząsające. Wynika z niego, że kobieta była maltretowana przez wiele lat. Para ma dzieci. Na nagraniu słychać bicie, poniżanie, wyzwiska i niesamowitą rozpacz kobiety. Mąż raz po raz wyznaje swojej żonie, że jej nienawidzi i co chwilę każe jej się wynosić z domu. Żona wyzywana jest od: „pedałów”, „gównojadów”, „cweli”, „chujów jebanych” i „kurew”. Z nagrania wynika, że afera wybuchła, bo małżeństwo poszło na bal charytatywny, a żona zapomniała z balu zabrać kwiatek, który od niego dostała. Zresztą nie okazała takiej radości jakiej mąż oczekiwał, gdy zaproponował jej pójście bal. „Przepraszam, że nie tańczyłam, jak chciałeś”. Oraz „Jestem głupia, niewdzięczna.” – to wypowiadane przez kobietę słowa, które wstrząsnęły mną najbardziej. Patriarchalny świat polityka wymagającego od żony absolutnego posłuszeństwa jest dla kobiety piekłem. Polityk nie rozumie, że można, a nawet i trzeba żyć inaczej. Nie rozumie, że kobieta nie jest własnością męża. Takich sytuacji jest wiele. Od kiedy kobiety poszły do pracy, zaczęły stanowić o sobie, dla słabszych psychicznie męskich jednostek są solą w oku. To te jednostki znęcają się nad nimi. Paradoksalnie robią to przy milczącej aprobacie społeczeństwa, które uważa, że społeczny podział ról, w którym miejsce żony jest w kuchni i przy dzieciach a męża przed telewizorem lub z kumplami na meczu jest tym właściwym. Wielu uważa bowiem, że żona pracująca wracając do domu musi w nim pracować zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku. A wracający z pracy mąż nie musi jej w niczym pomagać również zgodnie z modelem obowiązującym w XIX wieku.

W mojej sprawie społeczeństwo też w większości milczało, ale nie chcę tego roztrząsać, bo przecież Eksio nie żyje. Paradoksalnie dwa lata przed śmiercią wyznał ze łzami w oczach, że gdyby niektórzy głośno go potępili, gdyby spotkał się np. z ostracyzmem może coś by ze sobą zrobił. Przyznał też, że nikt mu nie pomógł i chyba nie ma przyjaciół, a jedynym człowiekiem, który był dla niego dobrym jestem… ja. Było to wstrząsające! Niestety wyznanie przyszło za późno. Eksia nie udało się uratować i zmarł. Do dziś mi go żal. Bo paradoksalnie w przemocy domowej w większości przypadków pomóc trzeba obu stronom – zarówno ofierze jak i katu, choć dla każdej z tych osób ratunkiem jest co innego. Dla ofiary jest to izolacja od kata, a dla kata terapia, często w izolacji.

Czy bydgoski polityk podda się jakiejś terapii? Najpierw musi zrozumieć, że jest chory. W tym musi mu jednak pomóc otoczenie. Czy otoczenie to robi? Nie wiem, jak zachowuje się jego rodzina ani nawet czy ją ma, ale jeśli ma matkę, siostrę, brata etc., to powinni oni zrobić wszystko, by zaczął się leczyć, bo zachowanie, które można poznać słuchając strasznego nagrania, jest skandaliczne! Zbigniew Hołdys nazwał je gestapowskim. Ja bym określiła je mianem „ubeckich tortur”, bo przypomniały mi to, co czytałam we wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli ubeckie więzienia. Obawiam się jednak, że społeczeństwo przyzwala na takie zachowania. Czemu tak myślę?

Otóż w sobotę wielkanocną tradycyjnie poszliśmy ze święconką i suką Frytką do żoliborskiego kościoła pw. Stanisława Kostki. Była nas dwójka, czyli ja i Panicz Syn, gdyż Ulubiony poprzedniego dnia miał zdjęcia we Wrocławiu do pewnego serialu i skończył pracę późno. Wyjechał z Wrocławia polskim busem w sobotni poranek z nadzieją, że zdąży na święconkę, ale… bus zepsuł się i bardzo niepocieszony Ulubiony utkwił na dwie godziny w Łodzi. Nie zdążył nie tylko na święconkę, ale i na uroczystą konsumpcję święconych jaj, co od wielu lat wraz z gromadą przyjaciół robimy w pubie na Kępie Potockiej. Mieliśmy zbierać się do domu, gdy zadzwonił, że wreszcie dojeżdża na dworzec PKS Młociny. Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i znajomymi i wraz z Paniczem Synem ruszyliśmy do auta. Niestety 20 metrów od pubu nasza suczka Frytka zaplątała mi się pod nogi i na oczach Panicza Syna runęłam jak długa na ziemię. Zrobiłam to tak nieszczęśliwie, że uderzyłam twarzą w asfalt wbijając sobie w policzek okulary. Konkretnie to cztery śrubki mocujące uszko do szkła zrobiły mi cztery dziurki w skórze na wysokości oka i kości policzkowej. Krew chlusnęła. Panicz Syn strasznie się zdenerwował. Suka była zdezorientowana. Pobiegłam przemyć twarz wodą do pubu, z którego dopiero co wyszliśmy. Znajomi wytrzeszczyli oczy na mój widok, a ja ujrzawszy się w lustrze trochę się przeraziłam, choć wszyscy pocieszali, że nie jest źle. W każdym razie po Ulubionego pojechałam puchnąc i w okularach przeciwsłonecznych, które na szczęcie mam w samochodzie. Tego dnia wszyscy, którym opowiadałam o tym, że się wywróciłam dowcipkowali, że to pewnie mnie „mąż pobił, bo zupa była za słona”. Wydaje mi się, że o ile mnie wolno tak żartować z siebie, o tyle znajomym, którzy znają mój życiorys chyba nie bardzo wypada, choć rozumiem, że znając moje poczucie humoru puszczają im hamulce. Pewnie dlatego dowcipu o przesolonej zupie wysłuchiwałam do końca sobotniego wieczora.

Skutki spaceru z psem. Podcięła mi nogi. Okulary diabli wzięli. Na szczęście mam drugie - ciemne. #pies #spacer #wywrotka #frytka #jamnik

Skutki spaceru z psem.

Sjesta! Pan śpi! #dom #panmonz #pies #frytka #jamnik

Winowajczyni Frytka…

W niedzielny poranek oko lekko podeszło mi fioletem. Przypudrowałam je, by nie straszyć i pojechaliśmy na śniadanie do przyjaciół, którzy na szczęście wiedzieli co mi się stało, bo widzieliśmy się na święconce, a ich synowie byli świadkami jak dwie minuty po wyjściu z pubu wróciłam do niego obmyć twarz. W ciągu dnia puder powoli z twarzy opadał, a siniak powoli zmieniał kolor na bardzo mocno fioletowy, więc kiedy wracaliśmy po obiedzie do domu z daleka widać było, że mam podbite oko. Ponieważ to lewa strona twarzy, więc wygląda tak, jakby ktoś praworęczny przyłożył mi pięścią rozgniatając na twarzy moje własne okulary. Przeglądając się w samochodowym lusterku stwierdziłam, że przez najbliższe dwa dni lepiej nie wychodzić z domu. Inaczej wszyscy będą się na mnie gapić, a ja będę musiała bez przerwy opowiadać co mi się stało. Ujechaliśmy kilka kilometrów i na Wisłostradzie zatrzymał mnie patrol policji. Myślałam, że każą tylko dmuchnąć w balonik, ale oni zwrócili uwagę, że nie mam jednego światła mijania. Westchnęłam. W swoim blisko 30-letnim życiu kierowcy, ilekroć nie miałam światła mijania i zatrzymywała mnie policja, tylekroć kosztowało mnie to mandat. Jednak tym razem… policjanci przyjrzawszy się uważnie naszej trójce, a zwłaszcza Ulubionemu, (który dla potrzeb serialu, w którym jak zwykle grał bandytę ogolił się na zero), tylko mnie pouczyli. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że może to z okazji Wielkanocy ta wielkoduszność. Dopiero po chwili analizując wyraz twarzy policjanta i jego smutne spojrzenie etc., doszłam do wniosku, że to miało chyba związek z moim podbitym okiem. Chyba policjant pomyślał, że mąż mnie pobił (tyle jest awantur przed świętami, a tu image bandyty) i nie chcąc, bym dostała od męża drugi raz za mandat i brak światła postanowił ocalić mnie przed kolejnymi ciosami nie wypisując mandatu. Podzieliłam się refleksją z Ulubionym. Zastanowił się i… przyznał mi rację. A ja stwierdziłam, że z jednej strony to zachowanie policjanta było miłe, ale z drugiej… czyż nie powinien był zaprosić mnie do radiowozu i spytać czy nic mi nie jest? Czy nie powinien zaoferować pomocy, jeśli uznał, że jestem ofiarą przemocy? Choć właściwie co drogówce do innych przewinień niż drogowe. Ale z drugiej strony… wszyscy napotkani po drodze ludzie do mojego podbitego oka podeszli z lekkim uśmieszkiem, często spojrzeniami sugerując, że na pewno mąż mi je podbił. Zupełnie jakby małżeńskie mordobicia były czymś bardzo śmiesznym.

Znam setki dowcipów o przemocy domowej. Niektóre mimo moich osobistych przeżyć naprawdę mnie śmieszą. Jednak ja mam świadomość, że dowcip jest zawsze pewną abstrakcją, a życie jest życiem. I byłoby dobrze, gdybyśmy opowiadając sobie dowcipy i żartując z ciemnych stron życia reagowali na przemoc. Na razie mam bowiem wrażenie, że jest ona tabu i w świadomości społecznej istnieje tylko w dowcipie.

Moje życie z Eksiem nie było jednak dowcipem. Nie jest nim też życie żony bydgoskiego polityka, choć nie brak w sieci głosów, że podanie przez nią do wiadomości publicznej informacji o przemocy to strategia w ramach toczącego się postępowania rozwodowego. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto nie słyszał nagrania. Panicz Syn i Ulubiony usłyszeli tylko jego fragmenty i mieli dosyć słuchania. O ile jednak nagranie można wyłączyć o tyle guzika wyłączającego przemoc na razie nikt nie wymyślił. A szkoda.



blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej