W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Inne nie znaczy gorsze, czyli na koniec Dnia Kobiet słówko o równości

Zawsze wolałam Dzień Kobiet od Walentynek. Powód prosty: Walentynki są dla zakochanych, a Dzień Kobiet dla wszystkich kobiet. I dla małych dziewczynek i starych matron, nawet tych rodem z wierszyka Boya o Matronie Krakowskiej.

Od kilku dni w sieci wrze. Nie tylko za sprawą polskiego polityka unijnego, który obraził wszystkie kobiety, bo umówmy się, że zrobił to dla rozgłosu, aczkolwiek chyba nie przewidział skutków. Glosy popierające jego postawę pojawiły się tylko w naszym kraju. Uważam to zresztą za ciekawe. Jak polscy mężczyźni nisko cenią kobiety. Mam kilku kolegów, którzy wielokrotnie przekonywali mnie, że kobiety są głupsze, bo mniej wśród nich jest fizyczek czy matematyczek. Co ciekawe nikogo z nich matematyki nie uczył w żadnej ze szkół mężczyzna. Taki drobny szczegół, na który im zwróciłam uwagę, a oni odbili piłeczkę, że na uczelniach mężczyzn jest więcej. Naprawdę? Dwie moje bliskie koleżanki są profesorami SGH. Nie jest nim żaden z bliskich kolegów.

Nie jestem feministką. A przynajmniej nie taką, która twierdzi, że kobiety są równe mężczyznom. Biologicznie bowiem nie są. Są fizycznie słabsze i mniejsze. Ale prawo nie powinno nikogo dyskredytować z tego powodu. Biologia tak skonstruowała człowieka, że jednej płci coś dała, a drugiej zabrała. Na przykład mężczyzn obdarzyła większą siłą, ale… mniejszą odpornością na ból. Jest taki dowcip, który głosi, że gdyby mężczyźni mieli menstruację toby brali zwolnienie na cały czas jej trwania, a gdyby rodzili to przechodziliby na rentę. Coś w tym jest. Nie widziałam kobiet mdlejących przy pobieraniu krwi, ale widziałam w takiej sytuacji wielu mężczyzn i to często takich ponad stukilogramowych osiłków. Miałam kiedyś znajomego, który najmniejsze skaleczenie oklejał plasterkiem i kładł się przed telewizorem jako rekonwalescent, zaglądając co chwilę pod plaster z niepokojem czy nie rozwija się zakażenie. Mam też kilku kolegów z fobią dentystyczną tak straszną, że to co mają w gębie dawno przestało przypominać szczękę, a zamieniło się w stary i dziurawy płot Baby Jagi. Nie mam zaś żadnej koleżanki, która bałaby się stomatologa.

Kobiety są bardziej empatyczne, bardziej zapobiegliwe. Pewnie dlatego wśród bezdomnych przeważają mężczyźni, zaś bezdomne kobiety to margines, który zazwyczaj wiąże się z nadużywaniem przez nie alkoholu lub chorobami psychicznymi.

Mimo jednak tych oczywistych różnic między kobietami a mężczyznami obie płcie powinny być równo traktowane. Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak on jest dopełnieniem kobiety. I wszelkie próby wmówienia, że któraś z płci jest lepsza lub ważniejsza od drugiej są po prostu społecznie szkodliwe. Konstytucja bowiem głosi równość wobec prawa wszystkich obywateli be względu na płeć. Niestety w Polsce to tylko słowa na papierze. Nadal trwa grzebanie w naszych ciałach. Nadal trwa układanie nam życia pod dyktando mężczyzn.

Wiele lat temu, tu na blogu, pisałam, że to już John Lennon śpiewał, że kobieta jest Murzynem świata. Dziś jest też jego Żydem i Cyganem. Rasizm jest. To z czym spotykają się kobiety jest właśnie rodzajem rasizmu, choć nosi nazwę mizoginizm. Kobieta jest traktowana, jak ktoś gorszy i głupszy. I to niemal na każdym kroku. Kobieta ma swoją wartość tylko wtedy, gdy stoją przy niej spodnie. Bywały w moim życiu momenty, kiedy tych spodni przy mnie nie było. Pamiętam, jak traktowali mnie wtedy hydraulik, elektryk czy gazownik, którzy dowiadując się, że jestem „bez przydziału” zawyżali swe usługi, naciągając jak tylko się da, a także wymuszając naprawy, które dość szybko okazywały się zbędne. Ale cóż… przed nimi stałam ja, czyli baba, a baba jak wiadomo jest głupia, więc można ją naciągać. Widzę, jak zmienił się stosunek tych samych panów do mnie od kiedy jest ze mną Ulubiony. Naprawdę niebo a ziemia. Ja się nie zmieniłam. Może się zestarzałam, ale nadal jestem tą samą osobą. Jednak fakt, że zmienił się mój stan cywilny sprawił, że ci, którzy mnie lekceważyli teraz tego nie robią.

Jako dziennikarka wiele razy zauważałam, że gdy przyjeżdżałam gdzieś z kamerą moi rozmówcy kierowali swoje słowa bardziej do moich kolegów (operatora kamery czy dźwiękowca) niż do mnie, choć to ja „przewodziłam” temu małemu stadu w postaci reporterskiej ekipy. Ale dla wielu – co mężczyzna to mężczyzna! Nie ma sensu tłumaczyć kobiecie o co chodzi w czołgu, samolocie czy wozie pancernym.

Wielokrotnie na infolinii mojego dostawcy usług internetowych (czy obsługującego moją domenę) byłam traktowana przez męskich konsultantów jak kompletny ćwok, który nie radzi sobie z błahostką, choć na końcu rozmowy zawsze okazywało się, że to z czym dzwonię to grubsza awaria, wobec której nawet ci męscy konsultanci są kompletnie bezradni.

Mój Ojciec zawsze mówił, że kobiety są w stanie zmienić świat. Zarówno na lepsze jak i na gorsze, co zależy oczywiście od tego jakimi są ludźmi. Mają jednak wielką moc. Są cierpliwe i wytrwałe. W większości bardzo pracowite. Mam więc nadzieję, że pewnego dnia te cechy sprawią, że wypracujemy dla siebie lepszy los i szacunek, także męskiej części społeczeństwa.

Dziś przykre jest, że ten szacunek to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie kobiety mogą liczyć. Jesteśmy uprzedmiotawiane, bo za nas chce się decydować w sprawie pracy zarobkowej i wynagrodzeń, a także antykoncepcji, czyli świadomego lub nie macierzyństwa. Rozmawiałam ostatnio z kolegą o ciąży, jako stanie fizycznym i powiedziałam mu, że żaden mężczyzna nigdy nie dowie się, jakie lęki towarzyszą ciężarnej kobiecie. A towarzyszą jej one przez cały okres ciąży i to nie po kilka razy dziennie, ale niemal bez przerwy. Nigdy jednak nie dzieli się ona ze swoim partnerem wszystkimi obawami, by go nie zniechęcać, nie denerwować i nie obarczać!!! Wszystko dlatego, że żaden facet nie wytrzymałby rozmawiania o ciąży przez 24 godziny na dobę. Do tejże ciąży potrzebne są dwie osoby, ale jej konsekwencje ponosi zawsze tylko i wyłącznie kobieta. I niech to ona o tej ciąży decyduje. Pisałam kiedyś, że chciałam zrobić reportaż o tym, dlaczego mężczyźni (w 99%) porzucają rodziny, gdy na świat przychodzi chore dziecko. Nikt z panów, którzy zostawili swoje żony nie chciał się wypowiedzieć i to nawet anonimowo. Nikt nie chciał mi powiedzieć czemu nie chciał z matką swojego chorego dziecka dźwigać tego swoistego krzyża. Czemu uciekł jak szczur z tonącego okrętu zostawiając swoich bliskich na pastwę losu? Czemu skąpi alimentów? Czemu walczy o ich obniżenie? Choć jego dziecko jest ciężko chore i potrzeba więcej pieniędzy na opiekę nad nim? Czemu w ogóle ich nie płaci? Czemu przepisał swój majątek na nową żonę, rodziców etc.? Nie chciałam oceniać ani potępiać. Chciałam zrozumieć albo przynajmniej dostać szansę próby zrozumienia. Chciałam usłyszeć jakieś argumenty. Daremnie. Tymczasem każdy z tych mężczyzn opuszczając swoją żonę i dziecko zdecydował za kobietę. Przypomnę jeszcze tylko w tym miejscu, że gwałt też jest formą decydowania za kobietę! A słabsza fizycznie kobieta zawsze przegra pojedynek siłowy z mężczyzną, chyba, że zacznie trenować sztuki walki. Dlatego w przypadku gwałtu zawsze o wszystkim decyduje mężczyzna. A długość spódnicy czy dekolt nie mają tu naprawdę żadnego znaczenia.

Nie jestem zwolennikiem rewolucji, bo nie lubię przemocy, a poza tym rewolucja naprawdę zawsze pożera swoje dzieci. Dlatego nie uważam, by trzeba było np. iść na barykady i palić kukły szowinistów, którzy chcą decydować za kobiety. Wierzę w ewolucję, choć ona niestety zawsze trwa dłużej. Mam jednak ogromną nadzieję, że nadejdzie wreszcie taki dzień, gdy męska część świata dojrzeje i przestanie na nas patrzeć jak na gorsze i głupsze tylko dlatego, że podnosimy mniejsze ciężary. I chciałabym dożyć tego dnia. To moje jedyne życzenie z okazji Dnia Kobiet.

Korwinina i inne podroby

Wczoraj sieć obiegł film z Parlamentu Europejskiego, na którym widać pewnego polskiego eurodeputowanego, który twierdzi, że kobiety powinny zarabiać mniej niż mężczyźni, gdyż są od nich słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja się zgadzam z tym osobnikiem (pan to to nie jest, mężczyzna też nie), że jesteśmy mniejsze. Nie tylko wielu polskim parlamentarzystkom, ale i polskim kobietom daleko do rozmiarów np. Ryszarda Kalisza, który w swoim czasie uchodził za najgrubszego polskiego posła. Na pewno jesteśmy więc mniejsze. Na pewno jesteśmy też słabsze, choć podejrzewam, że gdyby nasza utytułowana kulomiotka przywaliła temu osobnikowi w pysk, co niewątpliwie mu się należy, bo przecież na pojedynek na szpady lub pistolety chama nikt nie będzie wyzywał, to by się nogami nakrył i zdziwił co może taka mała, słaba kobieta. Co do inteligencji kobiet mocno bym jednak z nim dyskutowała. Przykład z szachami czy olimpiadami z fizyki podany przez tego osobnika, (że więcej jest wybitnych szachistów niż szachistek i że brak jest kobiet w olimpiadach fizycznych), wydaje mi się dość niefortunny, nawet nie dlatego, że noblistka Maria Skłodowska-Curie była kobietą, ale rodzajów inteligencji jest kilka. A poza tym jak tam z fizyką u niego? Na pewno wszystko dobrze? Nic mu nie ciąży?

Uważam ponadto, że wypowiedzenie tych słów przez eurodeputowanego stawia go w dolnym rzędzie polskiej klasy inteligenckiej jeśli w ogóle do niej należy, co jest mocno wątpliwe. Najbardziej jednak fascynuje mnie w jego argumentacji, że kobiety powinny mniej zarabiać niż mężczyźni, ten niesamowity brak logiki, która niezbędna jest w szachach czy fizyce. Skoro kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni przy takich strasznych dysfunkcjach, jak słabość, mniejszość i mniejsza inteligencja powinny chyba dostawać dwa razy więcej pieniędzy, bo mimo tych dysfunkcji w swojej pracy dorównują mężczyznom.

Rozumiem, że ten osobnik sugeruje, że jako pisarka z racji płci powinnam otrzymywać mniejsze honoraria niż moi koledzy po piórze. Naprawdę? Bardzo bym wobec tego prosiła, by wyrzucił ze swojej biblioteki wszystkie książki napisane przez kobiety.

Jest takie powiedzenie, że po wołu można spodziewać się tylko wołowiny. Ośmielam się jednak zauważyć, że o ile wołowina zawiera sporo potrzebnego dla organizmu np. żelaza, o tyle korwinina jedynie strychninę i jad kiełbasiany. A ten ostatni pochodzi z mocno starej kiełbasy, którą obawiam się dźwignąć może już tylko viagra.

W starożytności tak starych ludzi jak ten osobnik w Grecji zrzucano ze skały. Podobnie było u Norwegów. Na Islandii też starców zabijano, ale wcześniej przedyskutowywano sprawę na zgromadzeniu być może podobnym do Europarlamentu. Potem zrzucano ich ze stromej skały, który to proceder potwierdzają niektóre nazwy miejsc na terenie dzisiejszej Skandynawii brzmiące w wolnym tłumaczeniu jako: „skała śmierci” lub „miejsce straceń”. W skandynawskich sagach mowa jest o maczudze śmierci do zabijania starców. Wyczytałam też gdzieś, że w starożytnej Skandynawii podeszli wiekiem nie jadali i nie przebywali ze swymi dziećmi i wnukami, a ich los był cięższy od losu zdolnych do pracy niewolników. Tymczasem nasza cywilizacja pozwoliła im nadal żyć, a nawet być jeszcze eurodeputowanymi. A w czym taki chamski staruch lepszy jest od kobiety? W szachach? Ponoć pierwsza zasada szachistów brzmi: „nie bij konia przy damie”. O to jestem spokojna. Damy od takiego obrzydliwego starucha uciekają w galopie. Ale ponieważ samo „życie jest jak gra w szachy: raz posuwasz królową, a raz bijesz konia” to chcę retorycznie spytać: Czy ktoś wierzy, że istnieje królowa, która pragnie tego starca?

PS W tym tekście dostosowałam się do poziomu dyskusji osobnika reprezentującego (niestety) Polskę w Europarlamencie. Jak chamstwo to chamstwo.

Złe polskie filmy, czyli słowo o mojej rozpaczy

Postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy. Drugi rok uczęszczam na zajęcia do pewnej szkoły scenariuszowej. Pierwszy rok zaliczyłam (na czwórkę) pisząc scenariusz filmu fabularnego krótkometrażowego. Drugi, a co za tym idzie ostatni rok, mam zaliczyć scenariuszem pełnometrażowego filmu fabularnego. W międzyczasie oglądam różne filmy. Generalnie jestem osobą tzw. „wyoglądaną”. W podstawówce i liceum chodziłam do kina na pewno częściej niż inni. Na dodatek namiętnie odwiedzałam tzw. Muzeum Sztuki Filmowej, czyli kino Iluzjon. Bywało, że wychodziłam z jednego seansu i wchodziłam na drugi oglądając tak trzy filmy z rzędu. Mój rekord to cztery filmy w Iluzjonie obejrzane jednego dnia. No i oglądałam też niemal wszystko, co pokazywała Telewizja Polska. Po maturze należałam do DKF, dzięki czemu obejrzałam najważniejsze dzieła światowej kinematografii. Jak przystało na kinomaniaka codziennie oglądam minimum jeden film i to właściwie po to mam telewizor. Tylko raz w swoim życiu wyszłam z kina w trakcie seansu, bo mam zasadę oglądania filmów do końca. Z tego filmu pewnie bym nie wyszła, gdyby nie to, że byliśmy całą paczką i większość z tej paczki chciała wyjść.

Lista moich ulubionych filmów jest długa. Długa jest też lista ulubionych reżyserów. Do wielu ich filmów wracam wiele razy i padam plackiem przed geniuszem twórców.

Niestety w ciągu ostatnich kilku tygodni obejrzałam (wiem, że z opóźnieniem) trzy bardzo złe polskie filmy. Przyznam jednak, że oddałabym wiele, by móc powiedzieć, że były one świetne. Nie jestem osobą, która sugeruje się recenzjami, opiniami itd. Lubię mieć własne zdanie. Te trzy bardzo złe polskie filmy to produkcje patriotyczno-historyczne.

Trzecie miejsce w tym moim prywatnym rankingu najgorszych polskich filmów z ambicjami zajmuje „Bitwa Warszawska 1920”. Wiem, minęło sporo czasu od premiery, ale bałam się tego filmu. Mój dziadek, Julian Stec, brał udział w wojnie podczas uderzenia znad Wieprza. Był ranny i leżał w szpitalu we Lwowie. Dla mnie to nie jest więc jakaś tam historia, ale coś niezwykle ważnego i niemal osobistego. Każdy ochotnik w tym filmie to przecież potencjalnie mój dziadek. Tymczasem co otrzymałam jako widz?

Tu pora na dygresję. Na zajęciach ze scenariopisarstwa uczą mnie ciągle, że film to nie życie. Że film to historia (smutna, wesoła, zwariowana lub poważna etc.), która ma być wciągająca. Żeby była wciągająca musi składać się (w tzw. wielkim skrócie) z krótkiego wstępu, kiedy poznajemy bohaterów. Potem następuje tzw. pierwszy punkt zwrotny, w którym bohater zostaje wypuszczony w jakąś podróż (może to być podróż w głąb siebie) mającą odmienić jego życie, plątane przez los. Ażeby ta „podróż” była ciekawa dla widza bohater musi przechodzić różne perypetie. Wreszcie w filmie dochodzi do kulminacji, kiedy następuje rozwiązanie jego problemu (lub bohater ponosi klęskę) i kończy się film. Film ma happy end lub nie. Wszystkie moje najukochańsze filmy świata, jak np. „Światła wielkiego miasta” Charlesa Chaplina, „Odrażający, brudni, źli” Ettore Scolli, czy „Strach na wróble” Jerry’ego Schatzberga, albo „Fanny i Alexander” Ingmara Bergmana, czy „Zawód: reporter”, „Zabriskie point” lub „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego albo „M jak morderca” Fritza Langa czy „Kobieta w oknie” (tegoż samego niemieckiego reżysera żydowskiego pochodzenia, który musiał opuścić Niemcy po dojściu Hitlera do władzy), a także „Viridiana” Luisa Buñuela, oraz polskie filmy pt. „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza, „Dwaj panowie N.” Tadeusza Chmielewskiego czy „Eroica” Andrzeja Munka lub „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hassa są wg. tego schematu. Co ciekawe. Schemat opisano potem. Najpierw postały te filmy. Bo schemat opisano, oglądając i analizując te najgenialniejsze dzieła światowego kina.

„Bitwa Warszawska 1920” w warstwie scenariuszowej przeczy wszystkiemu, czego uczą mnie w szkole. Jest przykładem (ale jeszcze nie „idealnym”) jak nie pisać scenariusza. Na dodatek poza Adamem Ferencym, którego uwielbiam, a który gra czarny charakter i niestety dość szybko ginie, wart uwagi jest tam jeszcze Jerzy Bończak, niestety wraz z momentem wydelegowania granego przez niego bohatera na front – kończą się dobre sceny w filmie. Zostają nam nijaki Borys Szyc, bo nie ma nic do grania i jeszcze gorsza Natasza Urbańska, której Pan Bóg dał urodę, ale albo poskąpił talentu albo czegoś innego co pomogłoby, bym uwierzyła w istnienie takiej postaci.

Drugie miejsce najgorszego polskiego filmu ma „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”. Proponuję zresztą zmienić tytuł na „Histeria Roja”, bo widać w tym obrazie histeryczny krzyk twórców pragnących za wszelką cenę przekonać, że stworzyli doskonałe dzieło. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo w tym filmie Ulubiony zagrał nawet epizod. Powinnam więc, przez wzgląd na niego, popatrzeć na ten film bardziej przychylnie. Naprawdę patrzyłam. Niestety nie jestem w stanie pochwalić. Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyczałam w czasie seansu. Panicz Syn dwukrotnie wpadał do salonu pytać: „Co się stało?”, bo film oglądałam dzięki tzw. VOD na platformie Orange, czyli zapłaciłam 15 złotych doliczane do rachunku za wypożyczenie go na 48 godzin. Moje krzyki sprowadzały się do wypowiadanych przeze mnie bardzo głośno raz po raz słów: „O matko!”, „O Boże!”, a także „Nie wierzę!”. Za ten film reżyser Jerzy Zalewski powinien przede wszystkim przeprosić swoich bohaterów. A pieniądze, które wydałam, by obejrzeć ten koszmar proszę by mi zwrócił wpłacając na jakikolwiek cel dobroczynny – najlepiej na Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Stworzył bowiem (znów pozbawiony spójnego scenariusza, a nawet można napisać, że scenariusza w ogóle) film klasy B, pełen wulgarnych przekleństw wykrzykiwanych w takim nadmiarze, że „Psy” Władysława Pasikowskiego to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci. Jest tu na dodatek taka masa strzelaniny, że w obsadzie właściwie brakuje Stevena Seagala lub Chucka Norrisa, bo to oni się w grze w tego typu filmach specjalizują, a to właśnie filmy z nimi przypominała mi produkcja Zalewskiego. Z tą różnicą, że filmy z Seagalem czy Norrisem, (choć w większości sprowadzają się do schematu „zabili kogoś i ktoś się mści”) mają trzymające się kupy scenariusze, czego o tym naprawdę powiedzieć nie można. Są tu rwane sceny, które można zresztą dowolnie poprzestawiać i film na tym nie straci, bo i tak nie wiemy o co w nim chodzi. Są tu też niestety nadęte, nudne, patriotyczne dialogi wplecione w ten stek przekleństw. Bohaterowie wycierają sobie gęby ojczyzną jakby to był papier toaletowy. Jest to jeszcze na dodatek bardzo źle zagrane (poza epizodami). Ale z drugiej strony przy tak złym scenariuszu i dialogach zapewne ciężko jest dobrze grać.

Wreszcie (albo niestety) pierwsze miejsce. Gdy ogłasza się je na gali Oskarów ludzie wzruszają się, zapiera im dech w piersiach. Tym razem z trzewi wydobywają się beknięcia, a z odwłoku zgoła inne odgłosy i reakcje. To pierwsze miejsce to „Smoleńsk”. Panie Antoni! Panie Krauze! Jest pan reżyserem moim zdaniem jednego z najlepszych w dziejach polskiej kinematografii filmu krótkometrażowego pt. „Monidło” wg. opowiadania Jana Himilsbacha. Ja się teraz Pana pytam i naprawdę mam łzy w oczach. Jak Pan, człowiek o takiej filmowej wrażliwości, mógł wyreżyserować takiego gniota? Czterej scenarzyści, a scenariusza jakby nie było!!! W 36 minucie nadal czekałam na pierwszy punkt zwrotny. Po godzinie prawie płakałam błagając niebiosa, by ta straszna nuda się skończyła. Jestem dla tego filmu idealnym widzem. Nie jestem z tzw. sekty pancernej brzozy. Nie mam w ogóle żadnej teorii dotyczącej katastrowy tupolewa. Nie wiem co zdarzyło się pod Smoleńskiem i chciałabym wyjaśnienia. Tymczasem dostaję film, który nie odpowiada na to pytanie. Nie przedstawia też żadnej teorii. (Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Nie jest to political fiction jaki można byłoby nakręcić. Z łezką w oku wspominam w tym miejscu oglądany przeze mnie po wielekroć film „Koziorożec 1” Petera Hyamsa, którego bohaterem też jest dziennikarz. Film jest o tym jak rząd dopuszcza się manipulacji w sprawie lotu w kosmos i trzyma widza w napięciu do końca. Mnie trzyma w tym napięciu bez względu na to, który raz go oglądam, a mam to na własność na DVD. Niestety „Smoleńsk” to tandetny fabularyzowany dokument z jakąś tezą, której nawet dokładnie nie jestem w stanie sformułować, bo wszystko jest tam niejasne. (Powtórzę: Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Najgorsze w filmie jest jednak to, że ma dialogi na poziomie programów typu: „Trudne sprawy”, „Ukryta prawda” lub „Dlaczego ja?”. Na dodatek, poza kilkoma dobrze zagranymi epizodami (Andrzej Mastalerz, Halina Łabonarska) ma tragicznie obsadzoną główną rolę – Beatę Fido. (Towarzyszący jej aktor grający kochanka, operatora kamery też straszny!) Ta pani z dwiema czy trzema dyżurnymi minami nie powinna nigdy w życiu grać niczego więcej poza melodią „wlazł kotek na płotek” na cymbałkach i to w domowym zaciszu. Czegoś tak złego aktorsko nie widziałam w żadnym profesjonalnym filmie!!! Widziałam to jedynie w serialach typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Sędzia Artur Lipiński”, „Szpital” i tym podobne głupoty. Ostatni raz tak wstydziłam się za coś, co oglądam na ekranie, kiedy Adam Małysz odbierał puchar za wygraną w Turnieju Czterech Skoczni, a dziennikarz TVP (którego na szczęcie był to ostatni występ) spytał publicznie jego żonę „co pani da mężowi jak wróci?” wtedy na to dwuznaczne pytanie pani Iza Małysz przytomnie odpowiedziała, że kaczkę i uratowała sytuację.

Piszę o tym wszystkim, bo jestem załamana. Oto kilka lat temu opisywałam tu moją osobistą historię z filmem „Szaleńcy”, czyli debiutem fabularnym Leona Buczkowskiego. Był to polski, fabularny film patriotyczny opowiadającym o wojnie polsko-bolszewickiej. Nie zachował się w całości. Nie wiemy, jak zginął główny bohater. Film oglądałam w 90 rocznicę tzw. Cudu nad Wisłą w Iluzjonie, który wtedy korzystał z sali w Bibliotece Narodowej. „Szaleńców” pokazywano z muzyką na żywo. Mimo braku kluczowych scen, bo się nie zachowały, film zebrał wielkie brawa. Urzeczony był również mój 14-letni wówczas syn. Cóż… w 1929 roku ten film został nagrodzony Złotym Medalem na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

I jest mi po prostu zwyczajnie, po ludzku i po polsku przykro, że prawie 90 lat później daleko nam do tego poziomu. Nie umiemy robić patriotycznego kina. Trzy filmy na trzy ważne tematy: wojna polsko-bolszewicka, żołnierze wyklęci i katastrofa smoleńska, a obejrzałam trzy gnioty. Nie ma takiej beczki piwa, której wypicie zabiłoby niesmak. Wiem jedno: Jerzy Hoffman powinien przeprosić mojego dziadka za film o wojnie, w której dziadek brał udział. Jerzy Zalewski powinien przeprosić żołnierzy wyklętych za patetyczne, pełne przekleństw i tandetnej strzelaniny nudziarstwo, którym starał się ich upamiętnić, a Antoni Krauze oraz scenarzyści filmu, powinni przeprosić 96 ofiar katastrofy smoleńskiej i ich rodziny za gniota, który został wyprodukowany i do którego wmontowano archiwalne, oryginalne zdjęcia z nudnymi dialogami z konferencji prasowych. Ja rozumiem, że na coś brak pieniędzy, ale zawsze też pamiętam, że Elia Kazan na własnej daczy amatorską kamerą, którą obsługiwał jego syn nakręcił rewelacyjny i wstrząsający film „Goście”, w którym rozprawił się ze skutkami wojny w Wietnamie wbrew temu co głosiła oficjalna amerykańska propaganda. Jest się od kogo uczyć i na kim wzorować.

Nie musi to być tworząca monumentalne dzieła Leni Riefenstahl, która wraz z Goebbelsem śmieją się z zaświatów z polskiego kina propagandowego. Cóż…, jest tak słabe jak bezalkoholowe piwo Żywiec, po którym nawet moja 8 miesięczna jamniczka Frytka mogłaby prowadzić samochód, gdyby sięgała łapami do kierownicy i pedałów.

W 1968 roku Polskę opuścił Aleksander Ford, któremu jako Żydowi pokazano drzwi. Po latach okazuje się, że jego „Krzyżacy” są niedoścignionym wzorem dla Hoffmanna. W latach 70-tych Mieczysław Waśkowski, członek PZPR i szef POP PZPR przy Zespołach Filmowych nakręcił wstrząsający film „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” wg. opartego na faktach scenariusza Andrzeja Mularczyka z Karolem Strasburgerem w roli dziennikarza idącego tropem niewręczonych po kampanii wrześniowej medali. Dziś Waśkowski jest be, bo lewicowy partyjniak (nie żyje zresztą). Tymczasem Jerzy Zalewski od Waśkowskiego powinien uczyć się robić dobre filmy, a scenarzyści Smoleńska pisania scenariuszy od Andrzeja Mularczyka.

Wszystko to piszę szczerze zrozpaczona. Po tym, co obejrzałam chce mi się po prostu płakać!!! W rodzinie miałam i bohaterów wojny polsko-bolszewickiej (m.in. dziadka Juliana Steca) i żołnierzy wyklętych (m.in. odsiadującą wyrok w Fordonie ciotkę Stenię z Ruszczykowskich Krosnowską za którą bardzo tęsknię, bo wiele jej zawdzięczam), a w katastrofie smoleńskiej zginęło wiele osób, które znałam osobiście i których numery telefonów do dziś tkwią w mojej komórce. Nie umiem ich wykasować, bo to tak jakbym kasowała pamięć o nich.

Długo myślałam, czy pisać o tych filmach, że są złe. Z jednej strony powinno się je przemilczeć. Niech popadną w zapomnienie. Ale z drugiej strony, jak się tego jasno nie napisze, ktoś może pomyśleć, że temat został wyczerpany. Nie został. Scenarzyści do piór! Niech powstaną wreszcie dobre, polskie filmy o wojnie polsko-bolszewickiej, o żołnierzach wyklętych, a także o katastrofie smoleńskiej. Bohaterowie tych wydarzeń zasługują na to, by ich upamiętnić dobrymi filmami.

I nie potrzebowali 500+, czyli co wiem dzięki genealogii

Od dzieciństwa zajmuję się historią swojej rodziny. Już jako kilkulatka z tatą rysowałam drzewo genealogiczne. Potem grzebaliśmy w skorowidzach miasta Warszawy, sprawdzając gdzie żyli przodkowie i porównując to z zachowanymi w domu dokumentami. W 2013 roku założyłam portal genealogiczny. Opisałam na nim m.in. historię i przyczyny jego powstania. I tak od listopada 2013 roku codziennie na tymże portalu coś zamieszczam. Przeważnie są to dokumenty, fotografie czy listy z moich zbiorów. Ostatnio metryki, których skany udostępniają na swoich stronach Archiwa Państwowe. Metryki potwierdzają wiedzę zdobytą przed laty przez Ojca, dziadka i pradziadka, a także to co mam w rodzinnych dokumentach w domu. Między innymi wiedzę o tym, że moi przodkowie Piekarscy byli kowalami, a Stalscy, Dobosiewiczowie i Rakowscy rzeźnikami. Wszyscy mieli sporo dzieci. Ich żony nie pracowały. I tak się zastanawiam od wielu, wielu, naprawdę wielu miesięcy, a może i nawet lat: Jak to jest, że mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) warszawski kowal, który z dwóch małżeństw (pierwszego z moją praprababcią Julią ze Stalskich, a drugiego z jej rodzoną siostrą Zofią ze Stalskich) miał 14-cioro dzieci żył na takim poziomie o jakim większość z nas dziś może tylko pomarzyć?

Mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) – warszawski kowal

Z czternaściorga jego dzieci, okresu dziecięcego nie przeżyła tylko trójka. Dwójka zmarła podczas porodu, a jeden Pawełek zmarł mając 10 lat. Pozostałą jedenastkę dzieci prapradziadek Michał Franciszek był w stanie nie tylko utrzymać, ale i wykształcić. Córki wydał dobrze za mąż dając im posagi. Za mąż wydał nawet siostrę Krystynę, która poszła za majstra szewskiego Drozdowicza. Synom Władysławowi i Henrykowi kupił sklep z dewocjonaliami. Jest on zresztą do dziś przy Krakowskim Przedmieściu niedaleko Resursy i Dziekanki, a ja mam z niego kilka pamiątek w postaci kilku ryngrafów, czy chociażby mojego medalika od chrztu. Dzięki temu sklepowi jeden z jego synów Władysław dorobił się potem kamienicy na Targowej, w miejscu której stoi dziś nowy dom, ale ja u siebie mam na pamiątkę tablicę z tamtego nieistniejącego domu z nazwiskiem przyrodniego brata pradziadka – Władysława Piekarskiego, jako właściciela. Najstarszy z synów – mój pradziadek Ludwik Roch Piekarski (1869-1945) ukończył Uniwersytet Warszawski i został inżynierem specjalistą od budowy wodociągów i kanalizacji. Ożenił się ze szlachcianką – córką doktora Bronisława Ruszczykowskiego h. Brochwicz (i Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich h. Jastrzębiec) – Zofią Konstancją Ruszczykowską (1879-1962), osobą dobrze wykształconą, znająca kilka języków, stenotypię i pisanie na maszynie. Ponad sto lat temu (rok 1880) warszawskiego kowala stać było także na to, by wybudować kamienicę, która stała w miejscu dzisiejszych Złotych Tarasów. Żadna z jego żon nie musiała pracować. Obie były zresztą wykształcone na pensjach, choć były córkami rzeźnika. Moja praprababcia Julia otrzymała w szkole jako nagrodę książkę z czytankami z pisma świętego.

Kowala i jego żonę stać było na służbę! Tak! Przeszło sto lat temu nawet warszawski kowal miał służącą!

Czemu stać ich było na to wszystko? Czemu pradziadowie mieli nawet na piękne nagrobki na starych Powązkach w zabytkowej części? Takie nagrobki z pięknymi płaskorzeźbami i rzeźbami? Po prostu nie płacili aż takich podatków! Tymczasem dzisiaj rzadko która rodzina jest w stanie utrzymać się z jednej pensji. Rząd wprowadził program 500+, by pomóc rodzinom wielodzietnym. Czy nie lepiej byłoby po prostu podnieść minimalne płace, zwiększyć kwotę wolną od podatku i zmusić pracodawców do przestrzegania prawa, a w szczególności terminów wypłat także za umowy o dzieło? Dla mnie dawanie pieniędzy za to, że się ma dzieci jest niemoralne. Moralne byłoby pozwalanie ludziom na nie po prostu zarobić.

Nie jestem zwolennikiem tego, by kobiety siedziały w domach, chyba że lubią. Jak chcą pracować (ja lubię) czemu mają tego nie robić? Jednak dzisiejsze czasy zmuszają po prostu kobiety do pracy, bo z jednej pensji nie da rady utrzymać się nawet rodzina z jednym dzieckiem. Mało tego! Często nie jest w stanie utrzymać się samotny kawaler czy panna! Wynajem mieszkania przekracza bowiem jego możliwości finansowe, a przecież jeszcze trzeba coś włożyć do garnka.

W latach 20-tych w Polsce (i na świecie) był straszny kryzys. Gdy w oczy pradziadkowi Ludwikowi zaglądał głód – pożyczał mu pieniądze… ojciec! Stary, emerytowany kowal! Kryzys był jednak wtedy tak wielki, że moja prababcia Zofia z Ruszczykowskich Piekarska poszła do pracy. A ponieważ nie znalazła zatrudnienia w Warszawie, gdzie mieszkała wraz z mężem, więc musiała pracować w… Częstochowie, (co zresztą przydało się potem w czasie okupacji, bo to do Częstochowy została wysiedlona moja rodzina po upadku powstania warszawskiego). Na szczęście synowie byli odchowani.

Mylę o tym wszystkim, ilekroć grzebię w swojej genealogii i przeglądam kolejne dokumenty. I naprawdę nie wiem, czy rodzenie dzieci po to, by dostać za nie 500+ jest dobrym pomysłem. Chyba lepiej, by przychodziły na świat dlatego, że ktoś pragnie ich, a nie comiesięcznej pięćsetki. Moi prapradziadowie nie mieli tej pokusy w postaci 500+. Mieli mnóstwo dzieci! Chociaż to przecież wtedy świat poznał pewną francuską pieśń przetłumaczoną na wiele języków świata i uznaną za swoisty hymn, a przez lata śpiewaną u nas jako słuszną. Jedna z jej zwrotek zakazana była nawet w PRL, a wszystko dlatego, że brzmiała:

Rząd nas uciska — kłamią prawa,
Podatków brzemię ciąży nam,
I z praw się naszych naigrawa
Ten, co z bezprawia żyje sam!

To jest niesamowite, jak ta zwrotka jest dziś aktualna. Jak jeszcze bardziej jest dziś prawdziwa. (Poświęciłam temu nawet jeden rozdział swojej książki Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy.) Bo dla mnie to kpina z człowieka, by np. wysokość rachunku za gaz, którym ogrzewa się mieszkanie, przekraczała wysokość pensji! I by ta minimalna kwota wolna od podatku była niższa od tego rachunku za gaz za cały sezon grzewczy.

PS Czy zacytowana zwrotka Międzynarodówki trafi na indeks tekstów zakazanych? Tak tylko pytam.

„A to Polaków już nie ma?”, czyli pożegnanie z imieniem

Zadzwoniono do mnie ostatnio z Oxford Encyklopedia, że chcą stworzyć mój biogram do „Księgi Wielkich Polaków”. Westchnęłam tylko. Pomijam to, że nie uważam się za wielką Polkę, ale dwa lata temu pewien Pan był u mnie w tej sprawie w Oborach. Zajął mi ze 2 godziny, choć mogłam mu to wszystko wysłać mailem w postaci swojego zawodowego CV. Jak się okazało mimo autoryzacji, jakiej udzieliłam biogramu w Encyklopedii nadal nie ma, czego nawet nie byłam świadoma, bo wisiało mi to przysłowiowym kalafiorem. Generalnie biorę udział w różnych ankietach, badaniach rynku itd., bo ludzie nie mają pracy i jeśli mogę poświęcić chwilę, by ktoś zarobił to po prostu daję mu zarobić. Tak było i w przypadku tamtego pana, którego imienia ani nazwiska już nawet nie pamiętam. Okazało się, że Pan już nie pracuje, że mnóstwa spraw nie dokończył itd., zgodziłam się więc na ponowne spotkanie w sprawie biogramu.
Tym razem przyszła do mnie Pani. Spotkałyśmy się w Domu Literatury w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. W tzw. „gabinecie prezesów” na ścianie wiszą bardzo stare, jeszcze przedwojenne, plakaty. Między innymi taki z teatru Bolszoj w Moskwie. Pani, która przyszła do mnie na wywiad spojrzała na ten plakat i powiedziała, że aż jej się miło na sercu zrobiło, bo ona w Moskwie się urodziła. Spytałam czy jest Polką, a usłyszawszy odpowiedź przeczącą spytałam jak długo w Polsce mieszka. Odpowiedziała, że 20 lat, ale pierwszy raz przyjechała tu jako czterolatka do cioci, która wyszła za Polaka. I potem tak już przyjeżdżała i przyjeżdżała, ukończyła studia w Polsce i związała się z Polakiem. Opowiedziałam o mającym polskie pochodzenie Ulubionym urodzonym w Moskwie i wychowanym na Ukrainie, traktowanym tu mimo tego polskiego pochodzenia i nazwiska jak „gorszy sort” i spytałam, jak ona jest tu traktowana.
- No… – pani zawahała się. – Akcentu już nie mam. Po polsku mówię dobrze, ale… musiałam zmienić imię.
- Jak to?
- A bo nazywałam się Swietłana i jak poszłam na wywiad do jednej pani profesor, to po przedstawieniu się usłyszałam: „A co to Polaków już nie ma? Musieli mi Ruską przysłać?”
Chciało mi się płakać i do tej pory chce, gdy o tym pomyślę. Potem pani opowiedziała mi o swoim synu, który czuje się Polakiem. Nikt nigdy w domu nie mówił mu, że Rosja jest zła, a już na pewno, że jest gorsza od reszty świata, a jednak… skądś wyniósł przekonanie, że jest to symbol strasznego jakiegoś syfu. Raz zawieziony do Moskwy chciał natychmiast stamtąd wracać. Nauki rosyjskiego odmówił.
Przed oczami stanęli mi moi koledzy z liceum dumni, że nie nauczyli się rosyjskiego. Zwłaszcza ten, który wykrzyczał mi w swoim czasie, gdy wychodziłam za mąż, że zdradziłam naród polski, a dziadek Ulubionego nie mógł być Polakiem, bo prawdziwi Polacy to po 1945 roku wrócili do Polski (czyli jak ktoś nie opuścił ojcowizny to nieprawdziwy Polak), a on w czasie wojny pewnie „spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie”. Obaj moi licealni koledzy nigdy nie byli ani w Rosji ani na Ukrainie. Jeden z nich tylko raz był na Litwie. Paradoksalnie rodzina tego drugiego pochodzi z… Kijowa, a jego krewnym był Henryk Józefski przyjaciel Semena Petlury.
Obu kolegom powiedziałam kiedyś, że nasza kultura w porównaniu z rosyjską jest dość uboga, choć się nią szczycimy i choć ja ją bardzo wysoko cenię. Fakty są jednak takie, że Polska jest mniejsza od Rosji, Polaków jest więc mniej niż Rosjan, a co za tym idzie świat zna o wiele mniej polskich twórców niż rosyjskich. Nasi światowej sławy literaci to wbrew pozorom nie Mickiewicz i Słowacki, a co najwyżej Sienkiewicz (i to dzięki rosyjskiej cenzurze), Miłosz, Lem i być może Szymborska, gdy tymczasem u Rosjan nie ma końca: Gogol, Czechow, Kryłow, Puszkin, Lermontow, Dostojewski, Tołstoj, Szołochow, Achmatowa, Bunin, Jesienin, Bułhakow, Mandelsztam i mogłabym jeszcze długo wymieniać. To samo z kompozytorami.
Polska pogarda dla ludzi zza Buga chyba od zawsze mnie denerwuje. Bo o ile byłam w stanie zrozumieć antysowiecką obsesję mojej matki, która przeżyła 17 września 1939 w Chełmie i tamże 22 lipca 1944, (choć i u niej obsesja nie dotyczyła zwykłych Rosjan), o tyle nie rozumiem tego u ludzi, którzy nie znają tamtych ziem. Że też matka mojego kolegi, która przeżyła rzeź wołyńską nie ma w sobie takiej pogardy i nienawiści?
Wschód jest skomplikowany. To kolorowa mieszanina zachowań spowodowanych skomplikowaną historią, które to zachowania wywołują jeszcze większą kakofonię uczuć i emocji. Nigdy nie chciałabym tam mieszkać, ale lubię tam jeździć, bo dzięki temu bardziej rozumiem spustoszenie jakie w umysłach robi autorytaryzm.
Denerwuje mnie utożsamianie Rosjan ze Stalinem czy Ukraińców z Banderą. Czemu Niemców aż tak bardzo nie utożsamiamy z Hitlerem? Odpowiedź jest prosta. Są bogatsi. A przecież bogatym wszystko się wybacza.
Dziwimy się, że zwykli Rosjanie nie przeżywają naszego Katynia? Ja się nie dziwię. „Swoich Katyni” mają kilka tysięcy. Opisywałam tu onegdaj jedno z takich miejsc pod Irkuckiem. Też byli tam rzecz jasna Polacy, ale większość ofiar to Rosjanie, bo los polskich oficerów podzieliły miliony Rosjan. Dlatego tak jak w Polsce nie ma rodziny, w której jakiś krewny lub powinowaty (członek bliższej lub dalszej rodziny) nie jest na Liście Katyńskiej, tak w Rosji czy na Ukrainie lub Białorusi nie ma rodziny, w której nie byłoby ofiar stalinowskiego terroru. Gułagi na jednej tylko Kołymie pochłonęły prawie 6 milionów istnień – głównie rosyjskich, choć nie brakowało tam więźniów innych narodowości.

„Ściana płaczu” na terenie miejsca stalinowskiego terroru w wiosce Piwowaricha pod Irkuckiem.

Jakieś dwa lata temu odwiedził nas znajomy aktor z Białorusi, z którym Ulubiony poznał się na planie filmu „Żywie Biełaruś”. Znajomy odwiedził nas z żoną, która spytała, czy może sfotografować moje mieszkanie. Zgodziłam się. Ona fotografując i oglądając rodzinne pamiątki wyznała wzdychając ciężko:
- Chcę mamie pokazać, bo mój dziadek też miał jakieś ciekawe fotografie i papiery, ale spalił. U nas za posiadanie takich rzeczy lądowało się na Syberii.
Moje pamiątki (w większości) można obejrzeć na moim portalu genealogicznym. To głównie papiery, listy, fotografie i portrety przodków. Ocalały, bo aż tak źle w Polsce jednak nie było.
I właśnie dlatego, że stalinowski terror nie oszczędził obywateli dawnego ZSRR, nie jestem w stanie pogodzić się z winieniem każdego kto przyjeżdża zza wschodniej granicy o całe zło gruzińskiego tyrana. Nie jestem w stanie zrozumieć pogardy jaką mamy dla tych ludzi, których jedyną zbrodnią okazuje się fakt, że urodzili się w kraju, którym kiedyś rządził Józef Stalin.
Trzeci dzień myślę o pani, która zmieniła imię Swietłana na takie, którego nie noszą Rosjanki. Zrobiła to nie dlatego, że jej się własne imię nie podobało, ale po to, byśmy ją lepiej traktowali. Najsmutniejsze, że to zadziała tylko do czasu. Dopóki ktoś nie dowie się skąd pochodzi i jakiej jest narodowości. (Mnie opowiedziała o sobie tylko dlatego, że wiedziała kto jest moim mężem.) Wtedy nic już nie pomoże. Wtedy znów zobaczy, jak jesteśmy życzliwi.

PS Wczoraj odwiedziła mnie ekipa telewizyjna, której dźwiękowiec pochodzi z Białorusi. Opowiedziałam mu o Swietłanie, a on na to:
- Jak studiowałem na Akademii Muzycznej, to tylko dlatego, że jeszcze wtedy źle mówiłem po polsku, usłyszałem od jednego z kolegów: „Tu się po polsku mówi, bo tu jest Polska”.
Że też francuski mąż mojej koleżanki, który mieszka w naszym kraju kilkanaście lat i po polsku „ani be ani me” nigdy nic takiego od nikogo nie usłyszał.

Przerwany łańcuszek, czyli co z tym autyzmem

Od początku istnienia Facebooka pojawiają się na nim łańcuszki. Przybierają różne formy. Na przykład ktoś coś wkleja na swoją tablicę i niejako psychologicznie zmusza do wklejenia na swoją. Albo śle ostrzeżenie, że krąży wirus, choć samo jego ostrzeżenie jest rodzajem nieznośnego wirusa. Albo zamieszcza idiotyczny status i gdy się go polubi lub skomentuje przysyła idiotyczną epistołę. Raz wzięłam udział, by zobaczyć co się stanie. W końcu jako dziennikarka sprawdzam różne rzeczy, wchodzę w nie itd. Nic się jednak nie stało. Po co więc to robić? Ignorowałam więc łańcuszki, ale… z roku na rok, z miesiąca na miesiąc przybywało ich. Momentami nie dawało się już czytać Facebooka, do którego podchodzę jak do swoistego rodzaju internetowej gazety. Dlatego kilka łańcuszków skomentowałam:

„Prosimy o litość! Tu lekarze pogotowia. Państwo Małgorzata Karolina i Zacharjasz zostali zjedzeni przez kota i psa. Zwierzęta zostawiły najbardziej niesmaczne… przepraszamy. Teraz ja biorę komórkę pani Małgorzaty. Tu lekarz specjalista do spraw, no… nie za bardzo przyjemnych, proszę wybaczyć, ale moja asystentka rzyga :( 
Zostało: jedno jajko Pana Zacharjasza, pół jego członka, który niestety zajmuje cały przedpokój i nie możemy wyjść. Czekamy teraz na straż pożarną. Ich pies, krwiożerczy jamnik odebrał to zresztą jako wielki żwacz i broni dostępu, stąd zapewne konieczna będzie jeszcze pomoc straży dla zwierząt. Jest też oko, pół cycka Pani Małgorzaty i jej lewa warga sromowa oraz duży palec u nogi pana Zacharjasza. 
Konferencja prasowa dla mediów będzie na Oczki w kostnicy. Zapraszamy! 
Wyrazy współczucia od zespołu ratowniczego Dr ZAŁUPSKI, Dr ŻOPULSKI, Dr SIORBOLSKI, prof. MINETA wraz z asystentką przybyłą z Niemiec mgr VON PIZDEN-SZPARCEN.”

Te wpisy wielu bawiły, ale niestety nie zlikwidowały łańcuszkomanii, która ostatnio wróciła ze zdwojoną niemal siłą, a ja po polubieniu kilku idiotycznych statusów znajomych dostałam od nich wiadomość o treści (pisownia oryginalna):

„Hehe nie powinnas byla polubic ani komentowac mojego ostatniego statusu hahaha. Teraz musisz wybrac i umiescic jedna opcje z ponizszych i umiescic jako swoj status. Jest to gra z okazji roku swiadomosci na temat autyzmu. Nie psuj zabawy. Wybierz jedna z ponizszych pozycji i opublikuj jako swoj status. 1. Wlasnie znalazlam wiewiorke w swoim samochodzie. 2. Wlasnie zgodzilam sie wyswiadczyc usluge seksualna w zamian za anulowanie mandatu. 3. Nie mam czystych majtek na jutro, wiec mam zamiar przelozyc te na druga strone. 4. Moje hemoroidy oszalaly dzis wieczorem! 5. Chyba wlasnie przyjelam oferte matrymonialna przez internet! 6. Zdecydowalam przestac zakladac majtki. 7. Potwierdzone: Bede mama! 8. Wlasnie zdobylam udzial w najnowszej edycji „Mam talent”! 9. Zaakceptowano mnie do ‚Randki w ciemno’. 10. Dostalam zywa malpke!!! 11. Wlasnie sie posikalam! 12. Powaznie mysle o implantach posladkow 13. Wlasnie wygralam w zdrapke 700 zl! 14. Wyprowadzamy sie do Oslo pod koniec tego roku! 15. Majonez z czekoladowymi kulkami Nesquick jest taki doooobry! 16. Dostalam sie do programu „Ugotowani”! Opublikuj post bez zadnego wyjasnienia. Wybacz, tez musialam tak zrobic. Czekam na Twoj status. Ach, i nie zepsuj tego (Nie zdradz sekretu). I pamietaj to jest rok swiadomosci na temat autyzmu. Baw sie dobrze! ale zrozumiem tez ze nie masz ochoty na kolejna gupawą zabawe”

Po entej tego typu wiadomości napisałam na Facebooku na oficjalnym profilu coś takiego:

„Chyba mi się już ulało, więc…
Drogi czytelniku, to śmieszne, ale nie przeczytasz tych bzdur do końca, choć ta wiadomość krąży po świecie od lat i leczy z autyzmu, raka oraz kiły i paradontozy. Trzeba ją rozesłać dalej, by krążyła po internecie, jak bąk po spodniach Sindbada Żeglarza. Tylko to gwarantuje ci powodzenie w grach liczbowych, nawet jeśli nie kupisz kuponu lotto. Jest bowiem szansa, że znajdziesz go w toalecie zamiast rolki papieru. Donald Trump otrzymał ją 50 lat temu, wysłał dalej, a potem znalazł w WC McDonalds’a kupon dzięki któremu został miliarderem, a ostatnio prezydentem USA. Bronisław Komorowski zignorował i jak przyszło co do czego przegrał wybory prezydenckie. Kaczor Donald też wysłał dalej i przyniósł szczęście swoim imiennikom Trumpowi i Tuskowi. Myszka Miki nie wysłała nawet Goofiemu i potem zjadł ją Skaza – brat Mufasy, bawiąc się nią okrutnie. Skopiuj ten tekst i roześlij do 10 osób. Zaśpiewaj przy tym na cały regulator „Wlazł kotek na płotek” akcentując ostatnie sylaby w wyrazach „mruga” oraz „długa”, a także „raz” oraz „raz”. Możesz dodać rymujące się z tym słowa: „kutas”, „smutas” i „Legolas”. Trump śpiewał i widzisz efekty. Komorowski nie śpiewał i teraz płacze. Tylko wysyłając tę wiadomość uratujesz ludzkość przed autyzmem, a także rakiem piersi, jajników, a przede wszystkim mózgu. Jeśli tego nie zrobisz czekają cię: syf, kiła i mogiła. A także rymujące się z tym: „piła”, „waliła” oraz „modliła”. By na sto procent znaleźć kupon nie kupując go, trzeba zdrapać jeszcze ugotowanych w Oslo. Najlepiej zdrapać ich po jajkach wiewiórki z samochodu. Anulować mandat za hemoroidy. Mieć talent do randek w ciemno, ale to nie problem, gdy wydłubiesz z dupska kulki nesquika w majonezie, co bezapelacyjnie potwierdzi, że będziesz mamą. No… może mamutem. To gra z okazji roku idioty. Tylko ona prawdziwie pomoże chorym na zidiocenie. Zastąpi leki, badania i wszystkie inne. A sekret zdradzi ten bąk ze spodni Sindbada, bo skoro doszedłeś aż dotąd i czytasz te słowa to oznacza, że właśnie wyleciał i fruwa śpiewając „Marsz Turecki” Mozarta ze słowami Zwoźniaka. Czytelniku, naprawdę myślałeś, że nie da się napisać nic głupszego? Zawsze się da! Spróbuj i ty!
PS Przepraszam. Musiałam. Nie mogę patrzeć na łańcuszki.”

Oficjalnie wszyscy napisali, że też na te łańcuszki patrzeć nie mogą, ale prywatnie… naczytałam się, że jestem… nieczuła na autyzm. Naprawdę????

Zapytałam więc moją znajomą Dorotę, matkę dorosłego i już ubezwłasnowolnionego, głęboko autystycznego Piotrusia, czy łańcuszek jej w czymkolwiek pomógł. Uśmiała się. Co zresztą miała zrobić? Łańcuszek taki, czy inny nikomu w niczym nie pomoże. To, że będziemy mówić o autyzmie, czy pomyślimy o nim raz dziennie, będzie czymś jak bezmyślne wypowiedzenie słowa „Ament” zamiast „amen” na końcu bezmyślnie wyklepanego pacierza. Dlatego jeśli ktokolwiek z moich czytelników chce pomoc autystycznemu Piotrowi niech przekaże swój jeden procent na jego terapię. Zebrane w ten sposób pieniądze pójdą na jego zajęcia dodatkowe, na transport na te zajęcia, a być może na nowy komputer, bo stary ma już 10 lat zaś dla Piotra komputer jest jednym z narzędzi terapeutycznych.

Piotr jest podopiecznym fundacji „Zdążyć z pomocą”.


http://dzieciom.pl/podopieczni/6771

By przekazać mu swój 1% trzeba w formularzu PIT wpisać numer:
KRS 0000037904
A w rubryce „Informacje uzupełniające – podać cel szczegółowy 1%:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub

Można też dokonać wpłat na jego subkonto w fundacji.

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
Alior Bank S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
Tytułem:
6771 Próchniewicz Piotr Jakub darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?

Od kilku dni media informują mnie (na szczęście nie wszystkie), że była żona pewnego byłego premiera wydała książkę. Ponieważ i tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a owa pani bardzo chce być medialna – napiszę wprost. Mam na myśli Izabelę Olchowicz-Marcinkiewicz i jej książkę „Zmiana”. Ponieważ półtora roku temu napisałam sztukę o tym, jak popkultura zżera kulturę, jak pamiętniki celebrytów wypierają z bibliotek naprawdę wartościowe dzieła, więc… postanowiłam zajrzeć do wyznań „słynnej” z „fajnej bluzeczki” Izabel, która w swoim czasie pisała wiersze na blogu eks premiera, dziś występującego w roli podwójnego eks, bo także eks męża. Gdyby nie moja własna sztuka na pewno nie miałabym takich chęci. Ale chciałam zobaczyć, czy od napisania przeze mnie „Bubloteki”, jako społeczeństwo nadal zjeżdżamy po równi pochyłej w piekielną otchłań bzdur?

Najpierw pojawiły się u mnie dwa podstawowe pytania. Kto to wydał? Gdzie tę książkę znaleźć? I tu natknęłam się na pierwszy problem. Szybko bowiem okazało się, że książka istnieje jedynie na specjalnej stronie internetowej założonej przez… samą Izabel (i na portalu Amazon). Mało tego! By ją przeczytać trzeba ją kupić, czyli zapłacić prawie 20 złotych. Nie jest to wielka suma, ale nie lubię kupować kota w worku. Lubię książkę obejrzeć. Zwłaszcza gdy nie wiem, jak autor pisze, albo podejrzewam, że nie robi tego zbyt dobrze. Tu miałam takie podejrzenia, bo pamiętałam „wiersze” tej pani. Tej książki i tak bym zresztą nie kupiła. Mam gigantyczną bibliotekę liczącą kilka tysięcy woluminów i już mi się książki w domu nie mieszczą, więc starannie dobieram te, które kupuję. Tę bym przeczytała na stojaka w księgarni lub pożyczyłabym z biblioteki. Nie jest to jednak możliwe. Książka jest bowiem tylko w wersji elektronicznej. Zajrzałam więc we fragmenty oferowane za darmo. Treści nie ma tam za wiele, ale można poznać styl. Powinnam przemilczeć, ale napomknę, że przydałaby się jednak jakaś redakcja i korekta. Tak, jak i umieszczone na stronie nagranie, w którym autorka zachęca do przeczytania, powinno być zrobione jeszcze raz, bo pani robi koszmarne błędy językowe. Wrócę jednak jeszcze do książki. Na górze każdej ze stron darmowych fragmentów napisano: „wersja demonstracyjna – kopiowanie zabronione”. Nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego, co przeczytałam (dostępne są cztery strony i okładka) miałabym skopiować i w jakim celu. Nie bardzo jest bowiem co cytować. Nie bardzo jest też co streszczać. Ktoś powie, że przecież to tylko cztery strony, ale są dzieła, których cztery strony to AŻ cztery strony. Te cztery strony „Zmiany” nie zachęciły mnie. Nawet nie dlatego, że nie lubię elektronicznych wersji. Lubię papier. Lubię czytając zobaczyć, ile zostało mi do końca lektury. Lubię wrócić do początku, jak książka jest dobra. Lubię też czasem ołówkiem napisać coś na jej marginesie. Ale jeśli coś jest pasjonujące to przeczytam i na ekranie komputera. Po czterech stronach wnioskuję, że „Zmiana” taka nie jest. Jednak tej książki w ogóle nie ma w formie papierowej. Mimo tego Izabel i jej publikacja trafiły do mediów, a nawet telewizji śniadaniowej. Redaktor Mateusz Hładki przeprowadził z autorką wywiad w Dzień Dobry TVN, z czym zapoznałam się w sieci. Wprawdzie moim zdaniem fakt, że w ogóle wywiad powstał jest szkodliwy, bo są osoby, których nie powinno się zapraszać do żadnych stacji telewizyjnych, ani do żadnych programów,  gdyż te osoby nic sobą nie reprezentują. Pal jednak sześć! Takie mamy widać czasy, że mentorami są już nie tylko dziewczyny wydymające ostrzyknięte botoksem wargi na trybunach stadionów, nie tylko żony piłkarzy, ale też byłe żony byłych premierów same sobie wydające książki w wersji elektronicznej. W każdym razie powstał bardzo zgrabnie przeprowadzony wywiad, z którego wynika (a nie mam podstaw by nie wierzyć dziennikarzowi, który publikację przeczytał), że w „Zmianie” wszystko kręci się wokół małżeństwa Izabel z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Małżeństwa, które w swoim czasie ośmieszyło polityka. Nawet nie dlatego, że pozwalał narzeczonej korzystać ze swojego bloga, by zamieszczała na nim te straszne wiersze. Ani nie dlatego, że do sieci wyciekło nagranie, kiedy premier szykował się do wywiadu, a tuląca się do niego Izabel pytała, czy ma fajną bluzeczkę, co zaowocowało potem grą komputerową w ubieranie Izabel. Promowanie prywatnego życia w tak tandetnej formie musiało doprowadzić polityczną karierę Kazimierza Marcinkiewicza do tragicznego końca. Dziś rzadko kto pyta go o zdanie, choć być może pytano by częściej, gdyby nie eks żona.

fot. za www.bijamnieniemcy.pl źródło gazeta.pl

Autorka we wstępie „Zmiany” napisała: „Nie jestem pisarką, nie miałam ambicji nią zostać, jednak czasem przychodzi moment, że zbiera się w człowieku masa przemyśleń i wtedy zabiera się do pisania.” Prawda. Też mam różne przemyślenia. Też je zapisuję. Ale na litość boską nie wszystkie publikuję! Ludzie często piszą. Nie wszystkie jednak swoje zapiski upubliczniają. Barbara Himilsbach, którą miałam przyjemność poznać, pisała pamiętnik. Pisała dla siebie. Pisała z tęsknoty za mężem – Janem Himilsbachem. Nie miała zresztą zamiaru tego pamiętnika wydawać. Został opublikowany po jej śmierci. Stanowi wstrząsający zapis trudnej miłości i tęsknoty za zmarłym mężem, z którym życie nie było usłane różami.

„Książka” byłej żony nieszczęsnego polityka podobno jest o adopcji, bezpłodności i depresji. Tak twierdzi autorka. Ale z wywiadu wynika, że w większości jest jednak o jej małżeństwie. Tak też wnioskuję na postawie tych czterech stron bezpłatnej zajawki. Izabel twierdzi, że mąż nigdy jej nie kochał. Być może. Problem jest w tym czy to kogokolwiek poza nią obchodzi? Z zainteresowania mediów publikacją „Zmiana” oraz faktu zaproszenia tej pani do TVN-owskiej śniadaniówki wnioskuję, że niektórzy dziennikarze myślą, że tak. A skoro ludzi to interesuje powstaje pytanie. Czemu ta pani nie znalazła poważnego wydawcy na swoje wyznania? Takiego, który zrobiłby chociaż korektę tekstu, że o redakcji nieśmiało napomknę? (Własnych błędów nigdy się nie widzi. Dlatego pisarze mają redaktorów i korektorów swoich książek.) Z badań polskiego rynku wydawniczego wynika, że gdy książka sprzeda się w nakładzie wyższym niż 5 tysięcy jest to sukces. Czemu żaden wydawca nie zainwestował w to „dzieło” i nie zechciał tego wydać? Czemu słynna Izabel wydała to sama i to w takiej formie? Książka papierowa zawsze trafia do Biblioteki Narodowej. Gdzie trafia taka, która jest tylko elektroniczną?

PS W czym gorszy jest „mój” Nino z Lailonii i jego opowieść o bezdomności? A jednak nikt nie chce go zaprosić do żadnej telewizji. Ale cóż… nie był mężem żadnej pani polityk.

PS.2. Ponieważ po tym tekście odezwała się do mnie jego bohaterka, co zostało przeze mnie opisane tutaj, zniesmaczona tym kontaktem usunęłam z wpisu tagi z nazwiskiem jej i jej byłego męża.
Nie chcę cenzurować tego tekstu, ale ponieważ ten wpis na blogu wyskakuje w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwisk tych państwa, wolę, by link do niego był umieszczony na szarym końcu listy wyszukiwania.

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej