Krawcowa piecze, czyli wszystko jest trudne nim stanie się proste

To, że „wszystko jest trudne zanim stanie się proste” zwykła była mawiać amerykańska dziennikarka Margaret Fuller. Od dawna zgadzam się z nią całkowicie. W dzieciństwie nauczono mnie większości rzeczy, które powinna umieć panienka. Tak więc umiem robić na drutach, szydełkować, szyć, a także haftować, gotować, prać, prasować, (choć tej ostatniej czynności szczerze nienawidzę i minimalizuję jej wykonywanie, jak się tylko da). Ostatnio zmierzyłam się dwiema czynnościami domowymi, w których poniekąd byłam debiutantem. A wszystko dlatego, że były to czynności zmechanizowane. Było ciężko. Ale po kolei.

Najpierw było szycie na maszynie. Nie. To nie znaczy, że nie umiałam szyć na maszynie, ale… z maszynami, jak z samochodami. O ile przesiadka z malucha do dużego fiata to lekka zmiana komfortu, o tyle przesiadka z maszyny ręcznej na elektryczną to poważna zmiana w życiu podobna do przesiadki z malucha do Tira. W moim domu maszyna do szycia (tak, jak i do pisania) były od zawsze. Zawsze były to jednak zabytkowe przedmioty, ale… zabytkowa, ręczna, na korbkę (firmy Veritas). Szyłam na niej od 7-go roku życia. Nauczył mnie ojciec. Niestety wiele lat temu maszyna odmówiła posłuszeństwa. Najpierw odpadła jedna śruba i nie dała się z powrotem wkręcić. Po prostu wyrobił się gwint. Była to śruba trzymająca korbkę. Potem wyrobiły się części od naciągu. Pan w zakładzie naprawczym powiedział, że ta maszyna obszyła kilkaset razy kulę ziemską. By znów szyła trzeba na zamówienie pewne rzeczy dorabiać, a to straszne koszty. Zrezygnowałam więc stwierdzając, że to zrobię w bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy już zostanę miliarderką – he he. I tak zostałam bez maszyny. W zeszłym roku dostaliśmy z Ulubionym prezent na rocznicę ślubu (prezent na życzenie) – elektryczną maszynę do szycia z czarnym pedałem, (choć już zostałam poinstruowana, że poprawnie jest mówić „homoseksualista Afroamerykanin”). Na takiej nie szyłam nigdy! Nie było to łatwe. Po pierwsze inny naciąg. Po drugie szybko okazało się, że inaczej jest mocowana igła. Jak szyć z oczkiem na wprost? Zawsze było z boku. Z przyjaciółką, która mieszka na drugim końcu Polski, a maszynę ma w małym palcu rozpoczęłyśmy lekcję szycia przez telefon. Dopiero od niej dowiedziałam się, że umocowanie igły związane jest z bębenkiem. I to, że w poprzedniej maszynie miałam uszko od igły z boku, a teraz mam na wprost, wynika z tego, że wcześniej bębenek miałam z boku, a teraz mam na wprost. Maszynę wreszcie opanowałam. I z miejsca uszyłam: ekran do wyświetlenia filmu po spektaklu (wymiary 5 metrów na 3,20 metra), trzy pokrowce na zabytkowe krzesła i dawno zaplanowane specjalne serwetki na serwantki i sekretarzyki. Najtrudniej było uszyć ekran, bo jednak domowa maszyna ustawiona na stole, przy którym się jada to nie to samo, co maszyna szwalnicza ustawiona w szwalni. Przepchnięcie pod wąskim ramieniem maszyny pięciu metrów tkaniny było niezwykle trudne. Ale dałam radę.

na zdjęciu ja sprzed 2 lat ze stara maszyną… a poniżej…

…na nowej maszynie szyję ekran.
(czarny pedał vel jak wolą poprawni politycznie Afroamerykanin homoseksualista jest w ukryciu)

Drugą czynnością, z którą się zmagałam było…. Pieczenie chleba. Dostaliśmy od przyjaciółki maszynę do pieczenia chleba. Maszynę używaną i bez instrukcji. Ona nam powiedziała, jak to obsługiwać, ale… nie było to proste. Sugerowała, aby najpierw upiec prosty chleb pszenny bez zakwasu, czyli raczej coś w rodzaju buły. Ja od razu chciałam żytni. No i się narobiło… Z maszyny do pieczenia wychodziły dramatyczne potworki. Najpierw było za dużo drożdży, potem za dużo wody, potem za mało mąki itd. Dopiero czwarty chleb nadawał się do jedzenia. Byłam jednak zawzięta. Nie może być tak, że Piekarska nie umiem piec.

pierwszy, nieudany produkt piekarniczy….

Pierwszy w miarę udany produkt piekarniczy (czwarty produkt piekarniczy z kolei…)

Teraz przede mną robienie zakwasu. Szukałam dobrego przepisu i usłyszałam od kolegi: mnie kiedyś wyszedł zakwas, najpierw ze słoika na blat, potem na podłogę, a potem wyszedł z kuchni… Wolałabym nie wzorować się na nim. Jednak z zakwasem się zmierzę. I oczywiście dam znać, jeśli wypróbuję dobry przepis, bo sprawdzonymi przepisami trzeba się dzielić. A po tych ostatnich przygodach z maszynami stwierdzam, ze prawdą jest, że człowiek całe życie się uczy… i niestety głupi umiera. Bo iluż rzeczy jeszcze nie umiem i nigdy się nie nauczę?

Tonący brzydko się chwyta

Stare powiedzenie mówi, że „tonący brzytwy się chwyta”, ale zasłyszane niegdyś określenie, że „brzydko się chwyta” uważam za trafniejsze. Gdy człowiek tonie i usuwa mu się grunt spod nóg, a zwłaszcza grunt oparty na forsie, jest w stanie zrobić każdą podłość. Dziś przeczytałam wywiad z dziennikarzem Cezarym Łazarewiczem, którego artykuł o tym, jak pewna spółka wzięła pieniądze od klienta, któremu zależało, aby nie zmieniać ustawy o recyklingu akumulatorów, bo to nie leżało w jego interesie, ukazał się w poniedziałkowym Tygodniku Powszechnym. Nie chce zajmować się meritum tego artykułu. Interesują mnie przeżycia dziennikarza, który wpada na trop jakiejś afery i z tego powodu ma kłopoty w życiu osobistym. Otóż w wywiadzie udzielonemu Onetowi Cezary Łazarewicz mówi: „Zdradzę, że pierwszy raz zdarzyło mi się, że zanim napisałam tekst, bohaterowie artykułu pozwali mnie z art. 212 kodeksu karnego (przestępstwo zniesławienia – red.). W związku z pytaniem dotyczącym działalności MDI, zadanym jednemu z rzeczników prasowych….”.

Domyślam się, co może przeżywać Cezary Łazarewicz. Kilka lat temu do pewnego programu śledczego na antenie TVP zrobiłam materiał o pewnym byłym wiceprezydencie pewnego miasteczka w Wielkopolsce. Ów pan zanim został wiceprezydentem miał drukarnię. Obejmując urząd wiceprezydenta obiecywał, że nie będą zamówienia z miasta przechodziły przez jego firmę. Słowa dotrzymał, bo… firmę przepisał na matkę. A że zamówienia do tejże drukarni szły…. Zrobiłam o tym reportaż. Tuż przed emisją wezwano mnie na dywanik do pokoju jednego z dyrektorów TVP. Otrzymał on cynk, że ja, jako mieszkanka tego małego miasteczka, w którym w swoim czasie wiceprezydentem był „mój bohater” ryję pod nim, bo mam w tym jakiś interes. Dość szybko udowodniłam, żem po pierwsze z dziada pradziada Warszawianka, a nie Wielkopolanka. A potem, że interesu w tym nie mam. Ot… przypadkiem na to trafiłam. Próby blokady emisji materiału przez „mojego bohatera” trwały blisko dwa tygodnie. Wreszcie cenzorsko okrojony reportaż ujrzał światło dzienne. Pan nic nie mógł zrobić ani mnie ani nikomu, ale wcześniej nasłuchałam się gróźb, że stracę pracę i tak dalej. Pan w rozmowach z prominentnymi kolegami z partii, której był członkiem twierdził, że za próbami zniszczenia go i zdyskredytowania w oczach całej Polski stoją pobudki osobiste. Cóż… tylko poniekąd. Jak bowiem dokładnie trafiłam na sprawę? Jeden z moich szefów twierdził, że Polska, jak długa i szeroka, usiana jest korupcją, nieuczciwością i matactwami. Nie wierzyłam mu. A on na to powiedział magiczne zdanie:

- To stań Piekara przed mapą Polski, zamknij oczy i na ślepo wskaż palcem jakieś miejsce. Zobacz potem, jak nazywa się miejscowość pod twoim palcem i popytaj jej mieszkańców, co się u nich w miasteczku dzieje. Ręczę, że niejedno usłyszysz.

I tak pewnego pięknego dnia stanęłam przed mapą Polski, zakryłam oczy a mój palec wskazał pewną miejscowość w Wielkopolsce. Zajrzałam zaraz na forum internetowe tegoż miasteczka. Tam rzuciła mi się w oczy… sprawa byłego wiceprezydenta i prywatnej drukarni, do której szły milionowe zamówienia z miasta. Potem w miarę dokumentowania sprawy dowiedziałam się, że szczególnie wszystkich zbulwersowało wydrukowanie tam albumu o tymże mieście, którego to albumu autorem był wiceprezydent. On również wykonał wszystkie fotografie, które w albumie się znalazły. Ileż razy wziął więc za to pieniądze? Pan miał na nazwisko tak, jak… Eksio (jedno z popularniejszych w Polsce). Byłam już rozwiedziona, ale jeszcze ze względu na syna w dokumentach miałam nazwisko dwuczłonowe. W redakcji pracował ze mną kolega o takim samym nazwisku. Uznaliśmy wszyscy, że to dość zabawny zbieg okoliczności. Redakcja pełna takich „Iksińskich” zrobi materiał o jednym z nich. Tak się zaczęło. Była to, więc pobudka osobista, ale tak naprawdę tylko poniekąd, bo w tym przypadku moją pobudkę osobistą powinno się jednak potraktować z bardzo dużym przymrużeniem oka. Eksio, gdy opowiadałam mu, że realizuję taki temat – być może o jego dalekim kuzynie – bardzo się śmiał. „Nas jest w Polsce ponad 25 tysięcy” – powiedział. I miał rację.

Jednak to, co mnie wtedy spotkało, a także to, co spotyka teraz Cezarego Łazarewicza za to tylko, że jako dziennikarz coś opublikował, jest niczym w porównaniu z tym, co spotkało (i nadal trwa) polonijnego dziennikarza Iwo Widłaka.

Oto kilka lat temu, kiedy Ivo Widłak osiadł w Ameryce opisał tzw. „Konsulgate”, czyli aferę dotyczącą różnych nieprawidłowości w polskim konsulacie w Chicago. Jednym z bohaterów jego artykułu był pewien polonijny prawnik. O aferze „Konsulgate” napisały potem nawet polskie media. Widłaka, jako tego, który pierwszy ruszył temat, dość szybko spotkały nieprzyjemności. Są to jednak nieprzyjemności takie, których skutki odczuwa do dziś. Waży się bowiem jego los. Być może w grudniu decyzją amerykańskiego urzędu imigracyjnego zostanie wydalony ze Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Otóż w urzędzie imigracyjnym, w którym jego żona, (z którą są od 11 lat małżeństwem sic!) złożyła jeszcze w 2004 roku podanie o przyznanie mężowi zielonej karty na dzień przed zaplanowanym tzw. interwiew (nota bene drugim) pojawił się donos na Widłaka. Donos dotykający intymnych sfer życia dziennikarza. Jego autor napisał m.in., że polonijny dziennikarz Ivo Widłak jest gejem, a jego małżeństwo jest przykrywką. A teraz szczegóły. Sam Widłak mówi o sobie: „Nie przyleciałem do USA w celach zarobkowych. Chciałem odbyć kilkumiesięczny staż u boku Oprah Winfrey i wrócić do Polski by wcielić praktyki i doświadczenia wyniesione z pracy u boku najbardziej wpływowej osoby w świecie mediów. Ale jak to zazwyczaj bywa, życie płata nam różne figle i tak też było w moim przypadku. Zamiast pracy przy „The Oprah Winfrey Show” spotkałem miłość mojego życia – kobietę, która skradła moje serce i zawróciła mi w głowie – Lale, którą poślubiłem dokładnie 17 września 2002 roku.” To właśnie żona IVo – Laura Zabedra w 2004 roku złożyła podanie do Imigration o przyznanie mężowi zielonej karty. Przyszli na pierwszy wywiad i urzędniczka zapowiedziała, że wszystko jest ok, a karta przyjdzie pocztą. Do dziś tak się nie stało, bo w międzyczasie kilkakrotnie urzędnicy gubili ich dokumenty. Gdy w 2009 roku Widłak opublikował artykuł o „Konsulgate” z urzędu imigracyjnego przyszło pismo, że rozpoczął się jego proces deportacyjny. Ivo domyślał się, że był na niego donos, bo gdy wraz żoną przyszli do Imigration na drugie tzw. interwiew (wielokrotnie gubione dokumenty wreszcie znów zgromadzono) zostali rozdzieleni. Żonę maglowano prawie godzinę zarzucając jej terroryzm. Z nim rozmawiano krócej. Jak sam wspomina: „Oficer bez jakichkolwiek ceregieli skierował do mnie następujące słowa: >>Mam specjalne pozwolenie by zadać ci to pytanie. Bardzo prominentny członek polskiej społeczności w Chicago poinformował nas, że jesteś homoseksualistą.<< Kiedy usłyszałem to pytanie wiedziałem już wtedy, że moimi tekstami dziennikarskimi, pisaniem prawdy i chęcią zmiany skostniałej polonijnej rzeczywistości narobiłem sobie problemów. Uświadomiłem sobie, że bohaterowie moich artykułów chcą zadbać o to, bym o nich nigdy więcej nie napisał poprzez właśnie pozbycie się mnie z tego kraju. Mogę się tylko domyślać, który z moich bohaterów czy bohaterowie byli nadgorliwi i donieśli kłamliwe informacje. Jestem niebywale zawiedziony a moje zdenerwowanie nie ma granic. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego za moją nieskazitelną rzetelność dziennikarską jestem w tej chwili nękany i stałem się wręcz ofiarą sadyzmu ze strony amerykańskiego rządu. Jestem zdewastowany faktem, że za bycie dziennikarzem i traktowaniem zawodu dziennikarza, jako powołanie a nie tylko zawód jestem karany. Dziennikarstwo to jest dla mnie misja. Misja, by informować odbiorcę, czy to czytelnika, słuchacza czy też widza o tym, co się dzieje w około. Przekazywać prawdę. Jak mi zostało niejednokrotnie powiedziane, jestem pierwszym i jedynym dziennikarzem polonijnym, który opisywał sprawy, o których nikt inny by nawet nie szepnął. Jak usłyszałem z wielu ust, można mnie nie lubić czy też nienawidzić, ale nie można mi odebrać tego, że jestem na tyle dobrym i bezczelnym dziennikarzem, by mówić prawdę i mówić tę prawdę wszem i wobec bez względu na konsekwencje. Niestety teraz muszę zmierzać się z tymi konsekwencjami. A to, że jestem biseksualistą i taką też orientację ma moja żona i nam absolutnie nie przeszkadza to w naszym życiu małżeńskim. Nasze małżeństwo zostało „skonsumowane”, a tego właśnie wymaga Urząd Imigracyjny.”. Widłak też zaznaczył, że nie on był wnioskodawcą o zmianę statusu imigracyjnego, tylko jego żona. Nigdy nigdzie nie oświadczał publicznie, jaka jest jego orientacja seksualna, ponieważ to jest tylko i wyłącznie jego sprawa, co robi i z kim robi, jeżeli cokolwiek robi w swojej sypialni. Dodał też: „Prawdą jest, że miałem świadomość, że ludzie mówią, że jestem gejem, ale prawdą jest również to, że jestem osobą na świeczniku od dwudziestu z karkiem lat i już bardzo dawno przestałem się przejmować, komentować czy też dementować to, co ludzie mówią, czy mają do powiedzenia na mój temat. Jeżeli ludzie chcą twierdzić, że jestem gejem, to mogą to robić na tej samej zasadzie jak twierdzić, że mam garbate dzieci i tego też nie będę komentował.”

Przez trzy lata Widłak nie miał dowodów, że osoba, którą podejrzewa o donos jest tą, która na niego doniosła. Przełom nastąpił w tym roku, kiedy urzędniczka z Imigration niechcący chyba skopiowała mu na płytę CD całą zawartość jego grubej teczki dokumentów, jakie zgromadził urząd imigracyjny na jego temat. Wśród owych dokumentów był także… donos. Jego autor na swoje nieszczęście nie tylko się podpisał, ale napisał go na firmowym papierze swojej polonijnej kancelarii prawniczej. Treść donosu w tłumaczeniu brzmi:

Szanowne Panie Inspektorki Woodson i Zamora:
Zgodnie z moim obowiązkiem zgłaszania ewentualnych oszustw dopuszczanych na Urząd do spraw Immigracji i Obywatelstwa Stanów Zjednoczonych, zostałem poinformowany przez bardzo ważną osobę w środowisku polonijnym, iż osoba ta została poinformowana przez kilka źródeł, że wyżej wymieniony wnioskodawca o zmianę statusu imigracyjnego, który ma zostać przepytany w związku z tą sprawą w lub okolicach dnia 17 grudnia 2009 roku nie jest w prawdziwym związku małżeńskim.
Źródła informatora oświadczyły, że wyżej wymieniony wszedł w związek małżeński wyłącznie w celu uzyskania stałego pobytu. Źródła informatora twierdzą, że wnioskodawca przyznał się publicznie w różnych źródłach, że jest gejem (zobacz: www.wirtualnemedia.pl). Jego rzekomy pracodawca przygotował kilka fałszywych oświadczeń mających na celu wesprzeć prawdziwość tego fikcyjnego małżeństwa przed Urzędem ds. Imigracji i Obywatelstwa.
Biorąc pod uwagę skandaliczny charakter tego potencjalnego faktu, w którym wnioskodawca i jego pracodawca przygotowali te fakty by upokorzyć Urząd ds. Imigracji i Obywatelstwa przed środowiskiem polonijnym, wierzę że moim obowiązkiem jest poinformować Urząd o wyżej wymienionych informacjach, tak aby Urząd mógł przeprowadzić gruntowne dochodzenie i podjąć odpowiednie działania w tej sprawie.
Z wyrazami szacunku,
Christopher Kurczaba

I tak od 2009 roku sprawa się ciągnie. Pisały o niej nie tylko media polonijne, ale też polskie, amerykańskie, włoskie, holenderskie itd. Tymczasem grudzień zbliża się wielkimi krokami, a tym samym wielkimi krokami zbliża się dzień, kiedy sąd Stanów Zjednoczonych podejmie decyzję, co z Widłakiem. On sam zamieścił w sieci pełen ostrych słów pod adresem donosiciela komentarz, w którym określił go słowami: „szuja”, „kapuś” itd. Zaznaczając przy tym, że „Zawsze byłem i jestem szczery. Szczery do bólu. Szczerze zatem: nie targa mną żądza zemsty. Na to już nie mam czasu ani energii. Nie kieruje mną wypełnienie sprawiedliwości według biblijnego „Oko za oko. Ząb za ząb” – na to już za późno. Mojej sprawy, mającej na celu wydalenie mnie ze Stanów Zjednoczonych, już nikt nie wymaże z historii. Pogodziłem się z tym, że nikt nie naprawi moich starganych do granic możliwości nerwów. Nigdy już nie odeśpię tych setek nieprzespanych nocy spędzonych w strachu przed tym, że do moich drzwi zapukają oficerowie jednej z agencji federalnych.”

Zaleźli się tacy, którzy poznawszy historię i ujrzawszy dokument postanowili poprosić o komentarz donosiciela. Jeden z dziennikarzy polonijnych – Piotr Chrapkowski – zadzwonił do polonijnego prawnika podpisanego pod donosem.

„…czy Pan rzeczywiście napisał to pismo do Urzędu Imigracyjnego?
Nie będę komentował tego, bo nie chcę, żeby był nagłośniony. I to tyle.
Czyli to, co on (Widłak – przyp. MKP) napisał jest prawdą?
Ja tego nie mówiłem. Mówiłem, że w ogóle nie komentuję jego, jego tematu i te całej sprawy.”

Donosiciel zapomniał jednak o tym, że istnieje dokument. Mało tego! Teraz, gdy trafił w ręce osoby, której dotyczy, został nawet opublikowany w sieci i każdy może go przeczytać. A tam, czarno na białym jest nie tylko treść, (jak wyżej), ale także podpis donosiciela, a przede wszystkim jego imię i nazwisko oraz adres prawniczej kancelarii.

Nie ma dla mnie znaczenia, czy Widłak jest gejem czy nim nie jest. Ani nawet to, czy jest czy nie jest, jak sam twierdzi, biseksualny. Są pewne fakty, a zwłaszcza jeden. Jego małżeństwo trwa 11 lat! Gdy porównamy to na przykład z małżeństwami niektórych polskich aktorów, którym nigdy nie zarzucono homoseksualizmu, a których małżeństwa skończyły się po sześciu lub jedenastu miesiącach!!!, tu zaś mamy coś, co trwa lat 11, to ośmielam się twierdzić, że jeśli jest to fikcja, to fikcja bijąca chyba rekord, który należy wpisać do księgi Guinnessa! Moje małżeństwo z Eksiem (na pewno skonsumowane, bo przecież jest dowód w postaci progenitury, która żyje i ma się dobrze) nawet połowy tego czasu nie trwało!

I teraz wrócę do początku. Staram się zrozumieć zarówno byłego wiceprezydenta wielkopolskiego miasteczka, który próbował wszelkimi metodami od próśb do gróźb zablokować mój reportaż o sobie i drukarni. Staram się również zrozumieć panów, którzy pozywają Cezarego Łazarewicza do sądu o zniesławienie jeszcze przed publikacją artykułu. Wszyscy robili to i robią oficjalnie pod własnymi nazwiskami. A nawet, jak gdzieś donoszą, to nie grzebią nikomu pod kołdrą. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć Polaka, który uprzejmie donosi na drugiego Polaka do urzędu obcego kraju, a potem, choć donos widać czarno na białym, się tego wypiera. Zwłaszcza, gdy donoszącym Polakiem jest prawnik, który w ten sposób zresztą ewidentnie mści się za opisanie, jak zachowywał się nie do końca zgodnie z prawem i zasadami etyki, zwłaszcza zawodowej w sprawie, którą żyło w swoim czasie całe Chicago, a którą nazwano „Konsulgate”. Mści się, bo podobno ma coraz mniej klientów. Tonący naprawdę brzydko się chwyta. Rzecz brzydka to coś gorszego niż brzytwa. Rana zadana brzytwą może się zagoić. Tymczasem są na świecie takie brudy, których żaden proszek nie spierze. „Nic tak nie plami honoru kobiety, jak atrament” – pisał Michał Bałucki w jednej ze swoich sztuk. W jego dramacie rzecz dotyczyła mężatki, która pisała miłosne listy do kochanka. Druga radziła jej, by tego zaniechała, bo takie listy zawsze mogą być dowodami w sprawach o niewierność ich autorek. Donos z podpisem i na firmowym papierze, w którym uprzejmie się donosi o tym, jaką kto ma orientacje seksualną (bez względu na to, czy taką ma czy nie ma) jest zawsze plamą na honorze donosiciela. Bo „wolnoć Tomku w swoim domku”, a przede wszystkim pod swoją kołdrą! Zwłaszcza w XXI wieku!

Dla Widłaka, który od 12 lat żyje w USA deportacja to zmiana całego życia. Oczywiście wraz z żoną rozważają taką możliwość jak opuszczenie Stanów Zjednoczonych. Ale czym innym opuszczać je, bo samemu podjęło się taką decyzję, a czym innym z powodu deportacji. Deportacji, która jeśli nastąpi, to nie dlatego, że Widłak coś zrobił Stanom Zjednoczonym, ale dlatego, że w swoim czasie, jako dziennikarz wyciągnął brudy, które inni przez lata zamiatali pod dywan. Życie dziennikarza bywa czasem naprawdę straszne. A moment, w którym swoim piórem czy kamerą dotknie jakiegoś bagna, potrafi jego życie zamienić w piekło. I to tu na ziemi. Bo to tu człowiek człowiekowi, a przede wszystkim Polak Polakowi wilkiem.

PS Gdy w 2000 roku pojechałam do Stanów Zjednoczonych, to w kilka godzin po wylądowaniu w Nowym Jorku spotkałam się z tym, jakim bagnem jest środowisko polonijne. Oto znajomy odebrał list od przedstawicieli pewnej polskiej szkoły skupionej wokół pewnej parafii. W owym liście była mowa o dementowaniu oskarżenia autorów listu rzucanych przez miejscowego proboszcza. Nadawcy byli oskarżani przez niego o kradzież lodówki i globusa z plebanii kościoła. Szczegółów dziś już nie pamiętam, tylko obraz bagna, jaki wyzierał z listu. Bagna, w którym można utonąć w pięć minut. Zwłaszcza, gdy się jest dziennikarzem i dotknie się go swoim piórem. Gdy dwa dni później, niepomna listu, bo chyba wtedy jeszcze potraktowałam go jak dowcip, zawitałam do owej szkoły, by zrobić dla jednej z polskich gazet artykuł o dzieciach uczących się na obczyźnie polskiego, zostałam z miejsca oskarżona o rzeczy, które przenigdy nie przyszłyby mi do głowy.

Nowoczesność, czyli strata czasu

Kiedy ostatnio kupowałam doładowanie karty miejskiej i stałam w półgodzinnej kolejce postanowiłam, że teraz będę nowoczesna. Kupię doładowanie przez Internet. Dziś nadszedł ten moment i zdecydowałam się zakupić takie doładowanie na cały kwartał. Z taką formą zakupu doładowania jest jeden problem, który do tej pory wydawał mi się błahy. Zgodnie z regulaminem (jest to napisane na stronie) Bilet kupiony on-line, a niezakodowany na karcie zbliżeniowej nie uprawnia do przejazdu (§ 5, pkt 3 Regulaminu serwisu e-WKM), dlatego przed aktywowaniem należy go zakodować w kodomatach lub biletomatach z funkcją kodowania. Z redakcji najbliżej jest do punktu ZTM na stacji metro Warszawa Centrum. Pobiegłam tam dziś szybciutko i…. okazało się, że kodomat jest zepsuty. Na pytanie gdzie jest inny dowiedziałam się, że:

- Był kiedyś tam (pan pokazał kierunek Świętokrzyska), ale go bodajże zlikwidowano.

- Ale ja się nie pytam gdzie był kiedyś, ale gdzie jest dziś.

Pan mi na to, że na górze przy zjeździe schodami na peron w kierunku Młocin, ale… nie wie czy działa. Dodał też, ze to co zrobiłam, czyli zakup przez internet, nie jest czymś wygodnym. Na koniec dorzucił, że jest to wymysł Mennicy Polskiej i on poleca zakup biletu u niego, czyli w punkcie ZTM. Sęk w tym, ze ja już bilet kupiłam i to kwartalny, czyli za 250 złotych. Poszłam więc we wskazanym kierunku, czyli do wejścia do stacji Metro Centrum od strony ronda i zjazdu na peron w kierunku Młocin. Na miejscu okazało się, że wskazany mi kodomat jest nieczynny. Kolejny skazany mi przez postronne osoby (z infolinią ZTM połączenie graniczyło z cudem – wisiałam na telefonie dobre 20 minut i nikt nie odbierał) tez był nieczynny. Wreszcie jeden był czynny, ale co mi tam wyświetlał za napisy – odczytywałam z trudem. Jakoś jednak zakodowałam. Miało być szybciej niż, gdybym stała pól godziny w kolejce. Tymczasem z wędrówką do kodomatu i poszukiwaniami działającego trwało wszystko godzinę. I dlatego ja się pytam. Czy naprawdę nie można zrobić tak, by bilet kupiony przez Internet zakodować i aktywować w tramwaju, metrze czy autobusie? Byłoby na pewno szybciej. A tak… chciałam być nowoczesna, ale znów jednak będę kupować go tradycyjnie. Bo okazuje się, że w XXI wieku nowoczesność to po prostu strata czasu.

Przerwa w serwisie, czyli wróćmy do szafy

„Karolciu, chodzi o to, żebyś sobie niczego nie żałowała. Mało ci pensji. Bierz z szafy!” – Pisał mój pradziadek do prababci w listach, na podstawie których z Ulubionym i reżyserką Małgosią Szyszką zrobiliśmy monodram „Listy do Skręcipitki” (najbliższy spektakl – 21 września.). Z powyższego cytatu wynika, że forsy pradziadek w banku nie trzymał. Dziś… banków od groma, ale nadal są ludzie, którzy trzymają pieniądze w szafie. Ostatnio dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego robiłam krótki reportaż o okradaniu metodą na administratora. Oto do mieszkania przychodzili ludzie podający się za pracowników administracji. Jeden zagadywał właściciela mieszkania, a w tym czasie drugi plądrował szafy i… znajdował niemałe sumy pieniędzy. Tylko w jednym mieszkaniu 60 tysięcy złotych. O ile jednak mój pradziadek trzymający w szafie pieniądze nie wydawał mi się idiotą, o tyle mnie współcześni bankierzy bieliźniani już tak. Tyle banków, takie możliwości a oni forsa do szafy i teraz… szukaj wiatru w polu. Ale wczoraj zaczęłam się zastanawiać, czy trzymanie forsy w szafie nie ma jednak w pewnych przypadkach sensu. Dlaczego? Ano cofnę się teraz dwa tygodnie wstecz, kiedy to zgubiłam kartę bankomatową do konta w inteligo. Wyrobienie nowej trwało dziesięć dni. Przez ten czas z konta opłacałam rachunki, bo to mogłam robić. Jak chciałam skorzystać z gotówki, przesyłałam synowi na jego konto (ma w tym samym banku), a on biegał dla mnie do bankomatu i wypłacał. Kilka razy prosiłam o podobną przysługę koleżanki i kolegów w redakcji. Nadszedł wreszcie upragniony dzień i pocztą przyszła nowa karta płatnicza. Akurat był piątek. Nie było mnie jednak w domu. Gdy pod wieczór przyjechałam i chciałam ją aktywować przez Internet, okazało się, że serwis www jest w konserwacji. Zadzwoniłam do konsultanta, by zrobił to przez telefon. Okazało się jednak, że do poniedziałku jest to niemożliwe. Spytałam, czy mogę pieniądze wypłacić na dowód w jakimś oddziale PKO BP, w końcu Inteligo podlega pod PKO. Okazało się jednak, że skoro serwis www nie działa to i takiej możliwości na razie nie ma. Na pytanie jak mam dotrzeć do własnych pieniędzy skoro nie mogę ich ani przelać ani wypłacić usłyszałam, że… mogę je wypłacić kartą z bankomatu!

- No wszystko fajnie, ale kartę mam nieaktywną. Jak mam ją aktywować?

- To będzie możliwe w poniedziałek – odparła pani na infolinii.

- A teraz? Co mam zrobić? Nie mam gotówki, a teraz dostępu do własnych pieniędzy! Nawet nie mogę ich przelać synowi na konto w tym samym banku, by mi je wypłacił z bankomatu.

- Niech pani od kogoś pożyczy… –  Zaproponowała konsultantka, a ja pomyślałam, że pierwszy raz słyszę od obsługi banku, bym pożyczała forsę od znajomych. Na szczęście z Ulubionym mieliśmy jeszcze resztkę kasy na naszym koncie małżeńskim. I tak w sobotę zrobiliśmy zakupy, a w niedzielę poświętowaliśmy rocznicę ślubu w Ogrodzie Botanicznym – forsa się skończyła. Następny wpływ będzie miał Ulubiony. We wtorek. Na szczęście jest jeszcze forsa na moim koncie inteligo, które ma być dostępne już w poniedziałek, a ten nadchodzi… Wreszcie nadszedł. Na 11-tą byłam umówiona u fryzjera, z czym zwlekałam od miesiąca, ale to, co działo się na głowie wołało o pomstę do nieba, a przecież w poniedziałek wieczorem był wernisaż prac Kasi Betlińskiej. Wśród portretów pisarzy był i mój, więc chciałam jakoś wyglądać. Do fryzjera trzeba więc jechać. Za wizytę miałam zapłacić pieniędzmi z konta inteligo. Nie chciałam odwoływać wizyty. Przecież strona www zaraz ruszy. Jednak rano jeszcze nie mogłam aktywować karty. System się wieszał. Uprzejma pani na infolinii powiedziała, że informatycy cały czas nad tym pracują i aktywacja będzie możliwa po 12-tej. Wtedy system będzie na pewno stabilny. Siadłam więc w samochód, w którym na dodatek kończyła się benzyna. Fryzjerce powiedziałam, że podjadę potem do bankomatu i jej zapłacę. O 13:30 wstałam z fotela i pojechałam pod bankomat. Zadzwoniłam do banku, by aktywować kartę przez serwis www. Niestety…. Najpierw nie mogłam się dodzwonić, potem nie chciało mnie zalogować i przełączyło do konsultanta, który przez 40 minut nie zgłaszał się. Gdy wreszcie się zgłosił, przez dobre 20 minut próbował aktywować mi kartę. Bezskutecznie. Tymczasem fryzjerka czekała na forsę, która choć wirtualnie na koncie była, to jednak wyjąć jej nie mogłam. Spytałam konsultanta, czy mogę wypłacić w banku na dowód. Okazało się, że dziś, gdy system jest niestabilny, nie jest to możliwe. Mogę wypłacić pieniądze w… bankomacie.

- Jak? – spytałam starając się nie krzyczeć. – Przecież nie mam aktywnej karty? Przecież mówili państwo, że będzie to możliwe w poniedziałek… Przecież po to dzwonię, by państwo mi ją aktywowali!

- Proszę spróbować aktywować kartę przez serwis www.

Wszystko pięknie, ale… jestem na Bielanach, bo tu pracuje moja zaprzyjaźniona fryzjerka, do której spod bankomatu zadzwoniłam i powiedziałam, że pracuję nad wydobyciem pieniędzy ze ściany, czyli aktywowaniem karty. Niestety nie wzięłam z sobą z domu laptopa, a łączenie z serwisem www przez komórkę nie należy do najwygodniejszych. Postanowiłam podjechać do najbliższego oddziału PKO BP z pytaniem, czy nie mają terminala, na którym można skorzystać z konta inteligo przez www. Niestety okazało się, ze nie mają. Dom na drugim końcu miasta, a w samochodzie, jakby tego wszystkiego było mało, przecież pali się kontrolka benzyny! Miałam zatankować wracając od fryzjera. W kieszeni mam złoty czterdzieści dziewięć gotówki, więc nawet nie jest to jeden litr benzyny! Nawet to nie jest na kawę! Siadłam zrezygnowana w samochodzie i zadzwoniłam do Ulubionego. Miał jechać na jakiś casting. Złapałam go w domu dosłownie w ostatniej chwili. Obiecał aktywować mi kartę przez Internet. Szczęśliwie udało mu się zalogować na moje konto, ale… szybko okazało się, że system twierdzi, że nie mam żadnej karty płatniczej! To, z czym w garści siedzę w samochodzie? No z czym??? Znów zadzwoniłam na infolinię. Po godzinie czekania na połączenie z konsultantem zostałam rozłączona. Zbliżała się 14:30. W akcie desperacji zadzwoniłam do przyjaciółki. Mieszka na Bielanach. Akurat była w domu, bo szła do pracy na drugą zmianę. Wpadłam do niej jak burza i zaczęłam okupację jej komputera. Zalogowałam się na konto, by stwierdzić naocznie, że system nie widzi, bym miała jakąkolwiek kartę. Znów zadzwoniłam na infolinię. Tym razem system w serwisie telefonicznym zalogował mnie, a nawet zobaczył kartę i łaskawie zgodził się na aktywację. Niestety gdy tylko podałam wszystkie dane, usłyszałam, że… „operacja nie może być zrealizowana. Łączę z konsultantem inteligo.” A więc znów mam kartę, której nie mogę użyć w bankomacie. W ciągu 40 minut oczekiwania na kolejne tego dnia połączenie z kolejnym konsultantem udało mi się cztery razy zobaczyć na stronie www swoją kartę. Niestety każda próba aktywacji jej przez stronę kończyła się niepowodzeniem. Karta znikała, by po jakimś czasie znów się pojawić. Gdy wreszcie w słuchawce usłyszałam miły głos jakiegoś pana, któremu zdenerwowana opowiedziałam o swoim problemie, (zaznaczając, że gdyby fryzjerka nie była znajoma osobą, być może zawiadamiałabym własnie policję, że klient uciekł  i nie zapłacił) dowiedziałam się, że nie wiadomo kiedy to wszystko będzie działać poprawnie. Spodziewają się naprawy w każdej chwili, ale system jest przeciążony, bo wszyscy nagle wleźli na swoje konta logować się. Dlatego pan poradził mi przelać pieniądze na inne konto w banku PKO BP lub Inteligo.

- Niech właściciel tego konta pani wypłaci – powiedział, co było już szczytem absurdu! Pokazywało bowiem, że karta na którą czekałam 10 dni okazała się nadal nieprzydatna. Na szczęście przyjaciółka, u której byłam miała konto w PKO BP. B y wypłaciła mi moje własne pieniądze, które ja przelałam na jej konto, musiałam wyciągnąć ją spod prysznica i z mokrą głową zawieźć do bankomatu. Fryzjerce oddałam kasę dopiero przed 16-tą! Do domu wróciłam po 16:30, bo musiałam przecież jeszcze zatankować. Wszystkie ambitne plany odwiedzenia kilku miejsc i załatwienia kilku ważnych spraw wzięły w łeb. A na wieczorny wernisaż portretów warszawskich pisarzy przyjechałam tak zmęczona, że gdy tylko zakończyła się część oficjalna, wypiłam szklankę soku i… wraz z Ulubionym uciekłam do domu, myśląc, że gdybym miała forsę w szafie, jak pradziadek…

A na zdjęciu ja z autorką prac Katarzyną Betlińską pod moim portretem jej autorstwa…

Kości szukają się po świecie

Kazimierz Pawlak – bohater filmu „Sami swoi” dbał o to, by kości rodziny nie szukały się po świecie. W czasach pokoju nie jest to trudne, ale kiedy trwa wojna? Pojechałam dziś na wykopaliska Reduty Ordona. I jak to ja, wzruszyłam się okropnie. W uszach brzmiał mi wiersz w interpretacji taty, który mickiewiczowskie „opowiadanie adiutanta” znał na pamięć. Ale nie to było wzruszające. Wykopaliska uświadomiły mi wiele rzeczy. Nie tylko to, jak niewiele z człowieka zostaje, nie tylko to, że „śmierć każdemu jednaka”, że wojna jest okrutna, ale… jak zmieniły się obyczaje. Oto w grobach prowizorycznych, bo wojennych pochowano razem tych, którzy walczyli przeciwko sobie. Jak w wierszu Mickiewicza…

„…wały, palisady,
Działa i naszych garstka, i wrogów gromady;
Wszystko jako sen znikło. – Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, – i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.”

Bo we wspólnych mogiłach leżeli i Polacy i Rosjanie. Wtedy rannych nie zabierano. Wojskowi lekarze, zwłaszcza w wojsku rosyjskim, jeśli kogokolwiek leczyli bądź opatrywali – to oficerów. Nigdy szeregowców! Na mięso armatnie szkoda było czasu. Tak więc swoich rannych Rosjanie dobijali bagnetami, bo nad swoimi mieli litość. Chcieli im skrócić mękę. Rannych wrogów czasem też dobijali, ale przeważnie zasypywali żywcem. Jak zginęli ci Polacy, którzy padli tu w obronie tak mało ważnego historycznie szańca, który znamy dzięki Mickiewiczowi, a który zbyt wielkiej roli w Powstaniu nie odegrał? Czy od kuli, czy umarli w męczarniach żywcem zasypani? To będzie wiadomo dopiero po wnikliwszych analizach antropologicznych. Na te jednak brakuje pieniędzy. Być może znajdą się granty unijne, ale przydaliby się sponsorzy. Może magiczne hasło „reduta Ordona” otworzy ich portfele? Bardzo bym chciała, bo chciałabym wiedzieć jak zginęli. Na razie wiadomo, że zanim pośmiertnie stężeli – wrzucono ich do dołów. Dlatego szkielety są powykrzywiane. Chciałabym też wiedzieć kim byli. Pisarska wyobraźnia podpowiada mi cała masę historii, ale… poza wyobraźnią jest jeszcze nauka. Archeolodzy i antropolodzy twierdzą, że dzięki badaniom DNA można to ustalić, bo w XIX wieku Polacy i Rosjanie różnili się genetycznie. Warunek jest oczywiście taki, że gdzieś w dzisiejszej Rosji żyją ludzie, którzy wiedzą, że ich przodkowie zginęli wtedy w szturmie na Warszawę. I gdzieś w Polsce żyją ci, którzy wiedzą, że tu polegli ich przodkowie. Wszyscy musza zgodzić się na oddanie swojego DNA do badania. Sęk w tym, że nie u wszystkich świadomość historyczna losów własnej rodziny sięga aż tyle pokoleń wstecz. Często nie znamy nazwisk pradziadków, a co dopiero kilka razy pra. Ginęli przeważnie szeregowcy. Ci wywodzili się z gminu i byli niepiśmienni. Jeśli zginęli bezpotomnie, to kto miał pamięć o nich przekazywać z pokolenia na pokolenie? Czy kości się znajdą?

Nie mamy wiedzy historycznej o własnych przodkach, ale nie mamy też szacunku dla historii i wiedzy jaką ze sobą niesie. Gdy wydostała się w świat wiadomość, że na terenie reduty znaleziono złotą monetę, ktoś w nocy wdarł się na teren wykopalisk. Szczątki pochowanych tam żołnierzy potraktował, jak śmieci. W końcu piszczela sprzed stu lat nie da się wystawić na allegro. Można nim rzucić… jak niepotrzebnym śmieciem. Jak sto lat temu Rosjanie rzucili całym ciałem w dół…

Żeby te kości się nie walały, po zakończeniu wszystkich badań ma być pogrzeb w obrządku ekumenicznym, ale nieprędko to nastąpi. Na razie bohaterowie mickiewiczowskiego wiersza będą czekać na święty spokój.

I tak na koniec…. dokument z Powstania Listopadowego mojego praprapradziadka Pawła Piekarskiego. On przeżył. No i nie był szeregowcem… Ale… czy gdyby nie ten dokument – wiedziałabym o jego udziale w powstaniu?

POST SCRIPTUM

Tak przy okazji… Czarny humor, o którym wielokrotnie już pisałam, uwielbia chyba sam najwyższy. Tak pomyślałam, kiedy kilka dni temu byłam świadkiem prawdziwych „jaj z pogrzebu”. Wysłano mnie na pogrzeb pewnej ważnej osoby, która szanowałam. Pogrzeb świecki. Otrzymałam więc informację, że spotkanie jest przy bramie cmentarza skąd nastąpi odprowadzenie trumny do grobu rodzinnego. Pod bramę cmentarza przybyłam punktualnie. Trumny i żałobników ni widu ni słychu. W kancelarii cmentarza powiedziano mi, że pogrzeb się odbędzie, że trumna jedzie z miasta i może dlatego się spóźnia. Podano też kwaterę i numer grobu. Popędziliśmy z kamera na miejsce, a tam… dopiero trwają wykopki i murowanie. Jak się okazuje pogrzeb jest, ale następnego dnia. Zgadza się reszta, czyli nazwisko, grób, brama, godzina… tylko dzień nie ten. Następnego dnia już były ważniejsze tematy. Na pogrzeb tez przyjechałam, ale już nie byłam nim tak przejęta. W końcu duchowo zmarłego pożegnałam poprzedniego dnia..

U siebie, czyli… u siebie

Zieleniejemy! Pewnie wszyscy w Polsce już wiedzą, że 1 września startuje TVP Regionalna. Napisałam, że zieleniejemy, bo tak to już jest, że zmieniono logo wszystkich ośrodków Telewizji Polskiej. Także mojego. Od 1 września TVP Warszawa zmienia barwy i jest już zielona. Podobnie z TVP Wrocław, Katowice itd. Cała nasza ośrodkowa szesnastka zielenieje. Poniekąd wraca stare. Już byliśmy TVP 3 Regionalna i mieliśmy zielone barwy. Teraz jesteśmy tylko TVP Regionalna, ale znów zieleni. TVP Info w barwach czerwonych zostaje osobnym tworem, z którym oczywiście nadal będziemy wszyscy współpracować. Piszę o tym, bo ta zmiana uświadomiła mi, że jestem w Telewizji Polskiej już ponad 16 lat. Dziś, kiedy w ferworze pracy szykowałam materiały na dziś (o rocznicy zbombardowania Pasażu Simonsa) i jutro (o rocznicy wybuchu II wojny światowej) sięgnęłam w archiwum po kasetę z 1993 roku. Właściwie nie wiem, po co poprosiłam, by mi ją wydano. Teoretycznie ze względu na tematykę, czyli obchody wybuchu II wojny światowej. Jednak z opisu nie wynikało, aby było tam coś cennego i mnie potrzebnego do pracy. Poza… autorem. Była to relacja przygotowana 20 lat temu przez mojego tatę. Chciałam to zobaczyć. Kiedy usłyszałam jego głos popłakałam się. Właściwie nie ma dnia, bym za nim nie tęskniła. W chwilach, kiedy zajmuję się rocznicami wydarzeń historycznych myślę o nim bez przerwy. I dziś przemknęła mi przez głowę jeszcze jedna myśl. Czy ja czasem nie tkwię w Telewizji Polskiej ze względu na niego? Czy przypadkiem nie z tego powodu, że on tu kiedyś pracował (i to tyle lat), ja traktuję to miejsce, jak swój dom i czuję się u siebie? Owszem, często doskwiera mi bieda, bo nie zarabiam kokosów. Nie mam nawet etatu, a co za tym idzie zaplecza socjalnego. Nie piastuję żadnych stanowisk, ale… paradoksalnie tu czuję się u siebie. Dziś określenie „u siebie” stało się sloganem reklamowym TVP Regionalna. Czy widz odbierze ten nasz kanał w taki sposób, że jest u siebie? Mam ogromną nadzieję, że tak. Bo ja lubię informacje o tym, co za płotem. W sieci najchętniej podczytuję portale regionalne. Często nawet nie te warszawskie i dzielnicowe. Lubię wiedzieć, co dzieje się w małych, lokalnych społecznościach, choćby były przez ogół społeczeństwa odbierane, jako nie wiadomo jak zapyziałe. Prawda jest jednak taka, że największy wpływ na nasze codzienne życie ma to, co dzieje się za przysłowiowym płotem. W chwili, gdy piszę te słowa siedzę w domu, a za moim przysłowiowym płotem, nad Wisłą trwa ostatni weekend wakacji. Z knajp dobiega taka dyskoteka, że i umarły zatańczyłby fokstrota. Dlatego wiem, że na razie nie zasnę. A to, co się tam dzieje wiem, dzięki takim właśnie lokalnym newsom w internecie. To co za rogiem jest mi najbliższe, bo to własnie to mi spać nie daje. Każdy ma inny ten „swój róg”. Czy znajdzie go w naszej stacji? Mam nadzieję. Bo tylko wtedy będzie naprawdę u siebie.

A może to jednak… koziołek?

Kiedyś myślałam, że kapusta – zwłaszcza warzywna głowiasta – to przysmak kozłów. Wszystko za sprawą Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, których książeczkami karmiono mnie w dzieciństwie. Otóż Koziołek Matołek w swej wędrówce do Pacanowa z powodu zamiłowania do kapusty miał różne kłopoty.

Jednak nie dalej, jak przedwczoraj okazało się, że są i inni amatorzy kapusty. Bynajmniej nie mam tu na myśli motyla bielinka kapustnika. Stali czytelnicy bloga zapewne domyślą się, że jest to zwierzę po pierwsze: bezrogie, po drugie krótkonogie, z paszczy podobne raczej do malowanego przez Mariana Walentynowicza smoka wawelskiego w książeczce, którą również napisał Kornel Makuszyński. Jest to oczywiście mój pies – szacowny 13 letni emerytowany jamnik z licznymi brakami w uzębieniu. Tenże pan emeryt, gdy upadł mi na podłogę liść kapusty, dostał jakiegoś amoku i rzucił się nań, niemalże jak znany z przedwojennego wierszyka „znudzony onanizmem siedmioletni Franio” na kapiącą się w wannie siostrę! Ponieważ liść został pożarty z chamskim chrupnięciem, więc już dobrowolnie dałam mu drugi i konsumpcję sfotografowałam, ponieważ, kiedy opowiadam komukolwiek o tym, że mój pies żre (jedzeniem nie można tej czynności nazwać, bo za dużo mlaskania, prosięcego chrumkania, siorbania etc.) niemal wszystko – to mi ludzie nie wierzą. Proszę bardzo, oto przed czytelnikami – Zrazik i kapusta. I nie wiem, czy to nie znaczy, że pan emeryt skończy zgodnie z definicją swego imienia, jako zraz zawinięty w kapustę… A z tym żarciem wszystkiego uparty jest, jak kozioł! Może to jednak jakaś mutacja kozła? Tylko rogów brak?

Byle zgnębić, czyli jak pan zamknął okno na świat

„Bo panu nie chodziło o nic innego, jak tylko o to, żeby zgnębić chłopa.” To cytat z bajki, którą się zaczytywałam, jako dziecko. Bajki w książce „Śpiewająca lipka”. Bajki, w której pan znęcał się nad biednym chłopem i chciał go zgnębić, bo chłop był dzielny i pracowity. Miałam napisać o żołnierzach wyklętych, których dane dziś podał Instytut Pamięci Narodowej. Miałam napisać o pani Ani, wnuczce jednego z nich, która o dziadku dowiaduje się z internetu, bo nie miał jej kto przekazać informacji. Dziadek zmarł, gdy jej mama była małą dziewczynką. A babcia zmarła, gdy równie małą dziewczynką była pani Ania. Tak więc internet stał się dla niej źródłem wiedzy o kwaterze Ł. Chciałam napisać o tym, że być może jest wśród naszego społeczeństwa więcej wnuków żołnierzy wyklętych, którzy nie wiedzą nawet kim są, bo nie znają historii swoich dziadków. Niebezpieczna wiedza nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie, by nie wpędzać w nieszczęście bogu ducha winnych. Ale już więcej o tym nie napiszę. Zresztą zajmują się tym wszystkie media, bo wszyscy dziś żyją dziewięcioma szkieletami zidentyfikowanymi spośród dwustu. Reżimom czasów stalinowskich, nie chodziło o nic innego, jak tylko o to, by zgnębić żołnierzy wyklętych, podobnie, jak panu z bajki, nie chodziło o nic innego, jak tylko o to, by zgnębić chłopa.

Dziś stwierdziłam, że podobne myśli były mąż mojej koleżanki – matki autystycznego nastolatka. Bo oto właśnie dziś, najprawdopodobniej na wniosek jego prawnika, zablokowano jej bloga. Powód? Dwa obraźliwe określenia: „skurwysyn” i „obrażalskie gówno”. No fakt. Obraźliwe. Jest tylko jedno „ale”. Pierwsze określenie było na poprzednim, dawno zamkniętym i na dodatek prowadzonym anonimowo blogu, na którym autorka opisywała swoją walkę o godne życie kobiety, zostawionej samej sobie z autystycznym dzieckiem – dziś już nastolatkiem. Pisała, by nie zwariować. Zaczęła pisać tego bloga, bo kiedyś miała nawet myśl, by zabić siebie i syna. Na szczęście zanim wcieliła to w życie, tak się wszystkim wokół zmęczyła, że już nie miała siły na cokolwiek. Teraz nie zdążyła zareagować na prośbę administratora o usunięcie owych dwóch obraźliwych określeń. Po prostu nie zajrzała wczoraj do poczty. Dziś zablokowano jej oba blogi. Stary anonimowy z napisanym w emocjach obraźliwym określeniem i nowy, na którym mocno się pilnuje i mocno autocenzuruje, ale… coś jej się w emocjach wymsknęło, a blog już nie jest anonimowy, bo jak będąc anonimowym zbierać ten nieszczęsny 1% dla dziecka?

Obserwuję jej walkę o godne życie od dawna. Nie współczuję, bo to uczucie, które nic nikomu nie daje. To jak w drugiej części Spidermana „cześć” wypowiedziane do pytającego o czynsz właściciela mieszkania. Ani tego „cześć” nie sprzeda ani się tym nie naje. Nikt. Zarówno kamienicznik wynajmujący lokal Spidermanowi, jak i moja koleżanka chowająca autystycznego syna. Dlatego dziś pierwsze moje zadane jej pytanie brzmiało: czy dzwoniłaś do administracji portalu? Nie dzwoniła. Napisała list. Czeka na odpowiedź. Nowy blog był – i mam wielką nadzieję, że jeszcze będzie – źródłem wielu informacji dla innych rodziców autystycznych dzieci. W końcu prowadzi(ł) go ktoś, kto z autykiem pod jednym dachem żyje już od 18 lat. Dla niej samej ów blog był też formą psychoterapii. Był też czymś w rodzaju intelektualnej rozrywki kobiety-dziennikarki, która w pełni sił twórczych została przez los zamknięta w czterech ścianach mieszkania, coraz mniejszego, bo na niewiele już ją stać. Ojciec dziecka nie wspiera jej. Założył nową rodzinę, w której nie ma miejsca dla „starego” syna, zwłaszcza takiego, który nie rokuje na to, że będzie ojcowską dumą. Ojciec jest zresztą osobą niezwykle ambitną. Była żona, gdy była jeszcze aktualną żoną, zawsze musiała mieć wysokie stanowisko, miała podnoszoną poprzeczkę tak, że i Jackowi Wszole byłoby ją trudno przeskoczyć. Zwłaszcza, gdyby kazano mu to robić w garsonce i szpilkach. Dlatego ona nie przeskoczyła jej. Nawet nie doskoczyła. Zanim nabrała rozpędu godnego lekkoatlety i skoczka popełniła grzech niewybaczalny. Bezczelnie urodziła chorego syna.

W tym momencie przyznam, że mimo wielokrotnych podejść do tematu, nigdy nie udało mi się przeprowadzić żadnej, a co dopiero szczerej rozmowy, z jakimkolwiek facetem, który opuścił żonę z chorym dzieckiem. Nigdy nie udało mi się więc uzyskać odpowiedzi na pytanie „dlaczego” panowie to robią? Dlaczego z chorymi dziećmi zostają przeważnie matki, dedykując chorym dzieciom swoje życie, młodość, siły witalne i każdą wolną chwilę? Były mąż koleżanki jest jednym z tych ojców, którzy chyba nikomu nie chcą odpowiedzieć na to pytanie – czemu uciekają od bycia ojcem chorego dziecka. Jest jednocześnie jednym z tych, którzy całym swoim zachowaniem zdają się krzyczeć, że oto chcą to, co się stało, a raczej tego, któremu dali nazwisko wymazać z powierzchni ziemi. Tak więc chore dziecko najlepiej by zrobiło gdyby zniknęło. Nie życzą mu śmierci. Oni nie chcą, by zmarło. Śmierć jest zbyt przykra i mogłaby spowodować dla potencjalnego ojca chorego dziecka lawinę współczucia. A tacy ojcowie nie chcą współczucia. Oni chcą tylko świętego spokoju z dala od problemu, który ich przerósł i obnażył niedojrzałość. Chcą by nikt ich z tym problemem nie kojarzył. Niech więc problem zniknie, jak „Najeźdźcy z kosmosu” w starym amerykańskim serialu Queen Martin Production. Zostawał po nich tylko kontur na ziemi, a i ten po jakimś czasie znikał bezpowrotnie. Jak tu żyć z taką przeszkodą? Oto pan tata miał takie ambitne plany. Syn najlepszy uczeń w klasie, potem najlepszy student, wreszcie… może „dziedzic” jakiegoś ojcowskiego warsztatu? Może laureat Nagrody Nobla? A tu… sukcesem jest, że nauczył się wiązać buty. Sukcesem jest, że umie wrzucić makaron do garnka. No niestety… Choremu dziecku nie można już stawiać tak wysoko poprzeczki, jak zdrowemu. Nie można czekać na to, ze przyniesie nagrodę nobla. Co najwyżej medal z paraolimpiady. Często słuchając zwierzeń koleżanki (i nie tylko jej, ale dziesiątek kobiet w jej sytuacji, czyli samotnych z chorymi dziećmi) zastanawiam się nad tym, czy patriarchalne społeczeństwa, jak w islamie nie mają racji, że nakładają kobietom „chomąta” i nie dają żadnych praw. Nikt nie ma tyle siły, ile kobieta, by stawiać czoło przeciwnościom. Moc kobiety może przerażać. Zwłaszcza, gdy obnaży słabość mężczyzny, który silny jest tylko wtedy, gdy ma maczugę. Bez względu na to co nią jest, czy mocne pięści, czy wysokie zarobki, czy znajomości. Koleżanki mąż alimenty płaci, ale… pomijam już, że przez długi czas uparcie wpłacał je na konto kredytu mieszkaniowego, ważniejsze jest, że dziecku, nawet osiemnastoletniemu, przydałyby się nie tylko alimenty. Przydałby się także terapia i regularny kontakt z ojcem. Regularny! Regularność jest przy autyzmie ważna! Wszystko co nie jest stałe, co jest inne, potrafi zburzyć spokój autyka, a tym samym wyprowadzić go z równowagi. A wtedy może nawet dochodzić do aktów autoagresji. Pamiętam, jak koleżanka opowiadała mi, że musiała pochować zdjęcia ojca, bo wywoływały w dziecku emocje. Czekał na tatusia, a ten nie przychodził. Albo dzwonił, że w ostatniej chwili mu coś wypadło. Przydałoby się, by czasem odciążył matkę, by mogła po prostu spędzić czas sama ze sobą, bo nawet do mnie na imprezę przyszła w ciągu ostatnich 10 lat tylko 2 razy!

Dlaczego dziś raptem ten blog został zamknięty? Przecież rzecz nie dotyczy ostatnich wpisów. Otóż… koleżanka-dziennikarka-matka ośmieliła się napisać list do firmy byłego męża z prośbą o pomoc. Pan tata ma eksponowane stanowisko w wielkim koncernie. Pismo było wyważone (czytałam). Była to prośba o zapomogę z funduszu, który taka wielka firma o międzynarodowej renomie posiada, bo w końcu takie są europejskie standardy. Zwłaszcza, że tyle firma inwestuje w różnego rodzaju akcje charytatywne. Czemu miałaby nie wesprzeć dziecka swojego pracownika? Dziecka, któremu potrzebne są pieniądze na konkretną rzecz – terapię. Tu wszystko jest do udokumentowania fakturami i rachunkami. Firma odpowiedziała, że owszem, przyznaje całe cztery tysiące siedemset złotych, ale… wniosek musi podpisać… pracownik! Czy podpisze? Ponieważ czas płynął, a i termin terapii, na która jest zbierane się zbliżał, więc koleżanka wysłała do firmy wszystkie dokumenty, zaświadczenia, świstki itd. z sugestią, by sami poprosili pracownika o złożenie podpisu. Dostał szału. Jego zdaniem była żona tym pismem i prośbą niszczy mu karierę! Forsa jest jej potrzebna, ale na… klapki! Boże miłosierny! Skąd ja to znam! Kiedyś Eksio też mi wykrzyczał, że alimenty, które płacił na naszego syna, (a które wynosiły dwieście złotych miesięcznie) wydaję na swoje fanaberie. Odpowiedziałam krótko: „moje fanaberie kosztują więcej niż dwie stówy!” Tu, na miejscu koleżanki też bym odpowiedziała, że klapki Louis Vuitton kosztują więcej niż zasrana terapia za 4700. To, że jej kariera dawno leży w gruzach, bo jest od kilku lat na zasiłkach i tylko pisze dorywczo – nie jest dla byłego męża istotne. Zresztą… czy dla niego liczy się coś poza tym, by zmieść pod dywan, zrzucić do piwnicy, w jakiś niebyt i to nawet niewirtualny, ale prawdziwy niebyt, to życie i los własnego dziecka? Bo skoro nie wypełnia wniosku o dofinansowanie terapii syna, a jego matce nawet już pisać bloga nie wolno? Zwykłego bloga! Choć może niezwykłego, bo takiego, dzięki któremu czasem zbłąkany życzliwy czytelnik rzucił ochłap… na pomoce terapeutyczne czy szkolne przybory. Dla nastolatka, który osiemnaście lat temu ośmielił się urodzić innym niż wszyscy, a przez to nie być spełnieniem marzeń swojego ojca o dziecku, którym można chwalić się na każdym kroku z dumą mówiąc: „Mój genialny syn, laureat nagrody Nobla!”. Że też dzieciak bezczelnie taki miał kaprys i jest autystyczny!

„Panu nie chodziło o nic innego, jak tylko o to, żeby zgnębić chłopa.” – cytowałam starą bajkę z kultowej „Śpiewającej lipki”. Bajka kończyła się w ten sposób, że pan, by zgnębić chłopa zażądał, by chłop zawiózł go do piekła. Chłop spełnił jego prośbę. Nigdy więcej też nikt owego pana we wsi już nie widział. Najwyraźniej został w piekle. Gdzie trafili ci, którzy w latach 40-tych i 50-tych orzekli i wykonali wyroki śmierci na żołnierzach wyklętych i gdzie trafi były mąż koleżanki? Przecież oprawcom z lat 40-tych i 50-tych nie chodziło o nic innego, jak tylko o to, by zgnębić tych, którzy nie godzili się na komunistyczną rzeczywistość w powojennej Polsce. Zrobili więc wszystko, by upodlić ich i ich rodziny, które latami zapalały świeczki na wysypisku śmieci, które powstało w miejscu gdzie wcześniej do zwykłych dołów wrzucono ciała ich bliskich. Wbrew pozorom nie zbijam tego przypadkowo i bezmyślnie z sytuacją mojej koleżanki. Tamto sprzed 70 lat robili obcy ludzie obcym sobie ludziom! Dzieliły ich przekonania i ideały. Dzieliły ich światopoglądy, kultura lub jej brak i wychowanie lub tez jego brak. Nie łączyło nic! Bo dla niektórych oprawców nawet Polska nie była wartością! W przypadku mojej koleżanki i jej byłego męża, który też gnębi ją, jak ów pan z bajki gnębił chłopa, mamy do czynienia z bliskim człowiekiem, który gnębi drugiego bliskiego człowieka! Bo przecież kiedyś była między nimi bliskość, była miłość, której owocem jest ten syn. Taki żywy, choć autystyczny łącznik między obojgiem. A jednak były mąż koleżanki także przypomina mi tego złego pana z bajki. I moim zdaniem, nie chodzi mu już o nic innego, jak tylko o to, by zgnębić kobietę, która bezczelnie urodziła mu autystyczne dziecko i równie bezczelnie śmie nosić to samo nazwisko co on. A przez to nie może na zawsze odciąć się od tego, co powinno zniknąć, a niestety nie znika. Bo jak inaczej nazwać fakt, że kobiecie, która niemal nigdy nie wychodzi sama z domu, która nie może sobie pójść do teatru, kina, muzeum itp. kosmetyczki, fryzjera itp. odcina się dostęp do własnego bloga. Do jedynej terapii i rozrywki intelektualnej. Do okna na świat.

I tak jeszcze a`propos bajek…

KONIEC

Zmordował się na koniec ten, co bajki prawił,
Żeby więc do ostatka słuchaczów zabawił,
Rzekł: „Powiem jeszcze jedną, o której nie wiecie:
Bajka poszła w wędrówkę. Wędrując po świecie
Zaszła w lasy głębokie; okrutni i dzicy
Napadli ją z hałasem wielkim rozbójnicy,
A widząc, że ubrana bardzo podle była,
Zdarli suknie – aż z bajki Prawda się odkryła”.

I. Krasicki

Z perspektywy podłogi

Jak wygląda porządny człowiek? Zastanawiam się dziś nad tym, bo… wywróciłam się jadąc do pracy. Rzecz ludzka. Padał deszcz, a ja schodziłam do przejścia podziemnego. Schody wyłożone terakotą, zmoczone deszczem, więc w ciągu sekundy znalazłam się na dole, na kolanach, z twarzą w parasolu, który mi wypadł. W przejściu było sporo osób, niektórzy szli obok mnie, w tym samym kierunku co i ja, inni w przeciwnym. Chociaż grzmotnęłam o ziemię z hukiem, tylko na mnie spojrzano. Każdy z przechodniów poszedł w swoją stronę. Nikt się nie ruszył, by chociażby spytać, czy nic mi nie jest. Tymczasem leżałam na ziemi dobre dwie minuty analizując i upadek, którego się przecież nie spodziewałam i to, czy wszystko ze mną ok. Pytanie, czy nic sobie nie zrobiłam, usłyszałam dopiero kiedy się podniosłam, otrzepałam i zbierałam z ziemi telefon, który wypadł mi z kieszeni. Zadał je starszy pan. Pewnie niejedno już w życiu widział.

Czytałam ostatnio, że nie pomagamy ludziom obdartym, wyglądającym na bezdomnych i tak dalej. Pomagamy tym, którzy wyglądają na porządnych ludzi. Zdecydowanie nie wyglądam na obdartą. Skórzana czerwona kurteczka, skórzany czerwony plecaczek, zamszowe buty na koturnie, szaro-czerwony szaliczek z pomponikami, dżinsy… Być może również jednak z powodu tego zestawu odzieży nie wyglądam na osobę porządną… Wszystko jest możliwe. Może powinnam być w garsonce, szpilkach itd. A może powinnam to zbadać jeszcze raz i powywracać się na ulicy w różnych zestawach odzieży?

Nie piszę tego dlatego, że użalam się nad sobą. Upadłam. Wstałam. I cześć! Spodnie sprałam w pracy. Tylko kiedyś, gdy się wywróciłam, zaraz znajdowali się wokół jacyś ludzie, którzy pytali czy nic się nie stało, pomagali się podnieść, pomagali pozbierać rozsypane rzeczy. Dziś mam wrażenie, że jest ich coraz mniej… Zobojętnieliśmy. Pędzimy. Widać to dopiero z perspektywy podłogi.

Strach przed żartem, czyli Syrenka na spacerze

Szliśmy ostatnio z Ulubionym Krakowskim Przedmieściem i zajrzeliśmy do galerii Kordegarda. Pod koniec lipca otwarto tam specjalną wystawę. Przygotowała ją Fundacja Form i Kształtów. Wystawa nosi tytuł: „Mobilne pomniki”. „Mobilne pomniki to symbole Warszawy (pomniki i budynki) przetworzone w łatwe do przenoszenia i transportu obiekty, które mogą promować stolicę Polski w każdym innym mieście, w kraju i za granicą.” – tyle materiały promocyjne.
Są więc:

  • Mobilny Pałac Kultury – przyczepiany do dachu samochodu. Można go będzie zabrać ze sobą do Barcelony, Paryża czy Lizbony oswajając obcokrajowców z symbolem Warszawy.
  • Fluorescencyjna Kolumna Zygmunta, która mogą przetestować rowerzyści.
  • Oraz…. pomnik Warszawskiej Syrenki na kółkach, który, dzięki doczepianej lince można zabierać ze sobą na spacer.

I właśnie z tej ostatniej oferty skorzystaliśmy. W spacerze towarzyszyła nam koleżanka Ewa – twórczyni marki odzieżowej „Polski leń”.  Postanowiliśmy rzecz potraktować z przymrużeniem oka, bo w końcu jak inaczej traktować zabieranie pomnika na spacer? I tak spontanicznie wzięliśmy Syrenkę na Krakowskie Przedmieście. Ponieważ błyskawicznie okazało się, że mimo iż jest nas troje prowadzenie syrenki nie należy do łatwych czynności, więc… wzięliśmy ją jedynie „na siusiu”, (bo w końcu prowadzona jest na świeże powietrze, jak pies na smyczy) i „na wódkę”, (bo obok jest lokal „Przekąski Zakąski”). Nazwaliśmy to spacerem „na odlew i wlew”.

Dość szybko okazało się, że z poczuciem humoru u nas (w sensie: w społeczeństwie) słabiutko. Przed pałacem prezydenckim Syrenka wzbudziła lekki popłoch wśród strażników, choć przecież kordegarda vis a vis i na pewno niejeden przechodzień Syrenkę już wyprowadzał. Przechodnie też byli skonsternowani. Wszelkie próby wyjaśnienia, że pomnik został wyprowadzony „na siusiu” nie spotkały się z właściwym zrozumieniem. W „Przekąskach zakąskach” najpierw tez doszło do konsternacji. Gdy stanęliśmy w progu powiedziałam:

- Dzień dobry. Czy możemy wejść z Syrenką na lufę? Na siusiu już była, więc teraz chcieliśmy dla postawić jej kielicha. Jest pełnoletnia. Od kilkuset lat jest w herbie Warszawy…

Patrzyły na nas szeroko rozwarte oczy obsługi, która rozpogodziła się dopiero wtedy, gdy powiedzieliśmy, że chcemy tylko wejść do środka i zrobić zdjęcie z Syrenką przy barze. Uff! Chcemy tylko tyle! Zdjęcia zostały zrobione – czytelnicy mogą je obejrzeć. Pozostają otwarte pytania:

  • Czy my w ogóle potrafimy się bawić. W końcu akcja wędrowania gdzieś z pomnikami ma być formą zabawy.
  • Jeśli ma to być na poważnie. To jak na poważnie wyprowadzić na spacer tekturową replikę pomnika?
  • Czy nie ma w nas czegoś takiego, jak strach przed żartem w imię pospolitego: „Co ludzie pomyślą?” A przecież na to nigdy nie mamy wpływu.

Na zdjęciach poniżej wyprowadzamy Syrenkę…

blog Małgorzaty Karoliny Piekarskiej