Archiwa tagu: Adam Mickiewicz

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

Gdzie się podziała nasza lekkość, czyli słówko o poezji i Damie Fekaliowej

Bogdan Smoleń z kabaretu Tey śpiewał kiedyś piosenkę „Smutasy i Mazgaje” zaczynającą się od słów:

„Coś się z narodem dzieje niedobrego.
nie ma za grosz poczucia humoru ludowego”

Nie wiem co by zaśpiewał dziś, bo brak nam nie tylko poczucia humoru, ale i pewnej lekkości, którą mieliśmy kiedyś. 40 lat temu śmialiśmy się z jego piosenki, czuliśmy jej prześmiewczość, choć śpiewana była w sposób patetyczny. A dziś? Brak nam tej lekkości w pojmowaniu żartów, brak też zdolności abstrakcyjnego myślenia. Nie wiemy co to parafraza, przenośnia, metafora etc. Bierzemy wszystko dosłownie, na serio i ze stuprocentową pewnością, że to co napisane/obejrzane/opowiedziane jest prawdą, nawet, gdy autor nie miał zamiaru nas o tym przekonywać.

Prawie dwa lata temu poetka Eda Ostrowska przeżyła spory szok, gdy nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się książka pt. „Eda. Szkice o wyobraźni i poezji” będąca (ku mojemu zgorszeniu) pracą doktorską pani Katarzyny Niesporek. Przyznam, że nie chciałam o tym pisać. Uważałam i nadal uważam, że o bardzo złych rzeczach, a taką bez wątpienia jest ta publikacja (nie jestem w stanie nazwać tego „pracą”) nie powinno się pisać. Powinny one w milczeniu kurzyć się w magazynach bibliotek z Egzemplarzem Obowiązkowym, a do innych w ogóle nie trafić. Jednak zło tej książki opisali już inni – m.in. Elżbieta Binswanger-Stefańska i Kazimierz Bolesław Malinowski, więc mleko się rozlało. Ludzie interesujący się poezją już wiedzą, że powstają bardzo złe prace doktorskie, które na dodatek akceptują poważne autorytety. A ponieważ zło tej pożal się Boże „naukowej” publikacji pokazali już wyżej wspomniani ja chciałam tylko przytoczyć w tym miejscu jeden cytat, bo on świetnie ilustruje to, co dzieje się z naszym narodem, a co mnie mocno niepokoi. Otóż Katarzyna Niesporek w pewnym momencie pisze o twórczości Edy Ostrowskiej (poetki naprawdę wybitnej, której książka „Edessy poemat sowizdrzalski” jest w moim pojęciu czymś zapierającym dech w piersiach) w sposób następujący, gdy w wierszu [***Sama już nie wiem...] Eda Ostrowska pisze: Chrystus przeszedł obok / niósł w siatce księżyc i bajdurzył fajkę. Jak interpretuje to doktorantka Niesporek? Otóż tak:

Poetka doznaje objawienia albo kolejnych urojeń. /…/ Obraz Zbawiciela z siatką w ręku i fajką w ustach to wyobrażenie Boga w halucynacjach. Poetka zderza w utworze rzeczywistość narkomanów albo wariatów ze światem „normalnych”.

Przyznam, że początkowo (a takich kwiatków u Niesporek jest więcej) nie chciało mi się wierzyć, by ktoś kto studiuje literaturę wypisywał takie bzdury. Przecież poeci na przestrzeni wieków wielokrotnie posługiwali się metaforami, przenośniami, wizjami profetycznymi i nikt nie odsyłał ich z tego powodu do wariatkowa! Nikt nie oskarżał o halucynacje! I to nawet wtedy gdy korzystali z narkotyków czy innych używek. Przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w manifeście romantyków, czyli balladzie „Romantyczność”, której bohaterka widzi ducha swojego ukochanego? Ha!

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

„Romantyczność” ukazała się prawie 200 lat temu. Nikt wtedy Mickiewicza nie oskarżał o halucynacje, czy psychiczną chorobę tylko dlatego, że jako poeta wierzył Karusi – bohaterce swojego wiersza. Mało tego! Porwał za sobą tłum ludzi, którzy chcieli pisać jak on i patrzeć jak i on na świat. Wierzyli w metafizykę, zjawiska nadprzyrodzone, tajemniczość etc. Co stało się 200 lat później? Pytanie pozostawiam otwarte.

Literatura ma swoje prawa. Eda z tych praw skorzystała, bo wie, że literatura posługuje się specyficznym językiem z całym wachlarzem środków takich jak: metafora, przenośnia, alegoria, parafraza i wiele, wiele innych. Literatura może stosować prowokację językową, treściową itd. Nadal jednak pozostaje literaturą a nie życiem. Nawet literatura faktu jest tylko literaturą choć opisuje fakty. Przypomnę tylko, że te same fakty ktoś może opisać zupełnie innymi słowami sprawiając tym samym, że do jednych czytelników dany tekst przemówi bardziej, bo np. wzruszy. Wystarczy przeczytać kilka biografii tej samej osoby, by stwierdzić, że ktoś jej życie opisał ciekawiej niż drugi. Biografia Van Gogha autorstwa Irvinga Stone’a „Pasja życia” (zekranizowana potem przez Hollywood) do dziś uchodzi za jedną z lepszych, choć po niej powstały inne. A jednak to Stone tym, jak opisał życie malarza uczynił z niego postać niemal kultową. Literatura piękna, będąca z założenia fikcją literacką, nawet wtedy, gdy jest oparta na osobistych doznaniach autora pozostaje fikcją, bo autor wszystko przez siebie przepuszcza, przetwarza, ale i zmienia.

Ja, jako człowiek pióra, wiele miesięcy temu postanowiłam pobawić się literacko i raczyć znajomych opowieściami o mojej suczce Frytce, na punkcie której zwariował cały mój dom ze mną włącznie. Nazwałam te opowieści „Z życia Damy Fekaliowej”. Wydawało mi się, że moi znajomi, w większości ludzie wykształceni, odkryją bez problemu parafrazę tytułu powieści Aleksandra Dumasa (syna) „Dama Kameliowa”. (Stałym czytelnikom bloga przypomnę tylko, że juz kiedyś pisałam, że tak nazywa mnie mąż mojej kuzynki, gdyż jego zdaniem często opowiadam „kibelkowe” historie.) Dla przypomnienia dodam też, że „Dama Kameliowa” to napisana ponad 160 lat temu w formie melodramatu opowieść o kurtyzanie, która dla miłości porzuca dotychczasowe życie, ale potem na skutek pewnych wydarzeń do niego wraca. Jeśli ktoś widział „Traviatę” Giuseppe Verdiego to oparta jest na „Damie Kameliowej”. Aleksander Dumas opisał w niej autentyczną postać, kurtyzanę, z którą miał romans. A jednak nie wszystko w życiu Dumasa i Marie Duplesis (tak nazywała się kurtyzana, która była pierwowzorem tytułowej Damy Kameliowej) było tak, jak w jego powieści.

Jak to się ma do mojej suczki Frytki? U zwierząt instynkty są silne. Instynkt jedzenia, wypróżniania się i… seksu (przypomnę tylko w tym miejscu przeszłość Damy Kameliowej, czyli bycie kurtyzaną). A na dodatek pies – jak to pies lubi czasem zjadać odchody. Uznałam, że wyzwaniem dla mnie będzie opisywanie w sposób niedosłowny, a czasem nawet eufemistyczny życia suczki, która jest niesłychanie śliczna i budzi powszechny zachwyt przechodniów, mówiących, że wygląda jak księżniczka, a tymczasem, w zaciszu domowego ogniska ta dama zmienia się w półdiablę, gwałci naszego kota Szarlotka, robi kupę w gabinecie i zjada z lubością kocie ekskrementy prosto z kuwety, kot zaś wytrzeszcza oczy jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę.

Nie jest problemem napisać, że pies się za przeproszeniem „zesrał” i to sto dwudziesty raz. Jak napisać to w miarę elegancko? Jak zrobić to choć trochę dowcipnie? Jak napisać, żeby było to jeszcze ciekawe? Tak narodził się pomysł na wpisy o życiu Damy Fekaliowej. Pierwszy wpis był prosty, bo taki miał być. Prosto powiedzmy o co chodzi:

„Jamniczka Frytka po powrocie ze spaceru zrobiła kupę w gabinecie. By sprawa się nie wydała próbowała ją zjeść. Konsumpcję przerwał Pan Monż.”

Wpisy pojawiały się co kilka dni. Czasem częściej, czasem rzadziej. Przeważnie budziły uśmiech znajomych, którzy śledzili też zamieszczane przeze mnie na Instagramie fotografie tej ogoniastej „Miss obiektywu”. Z czasem dodawałam do wpisów pewne rzeczy bardziej literackie upiększając w ten sposób szarą rzeczywistość. I cóż się okazało? Im bardziej ja dodawałam do tekstów literatury tym dosłowniej odbierali je znajomi. Koniec końców zostałam oskarżona o całą masę najgorszych rzeczy. M.in. o ekshibicjonizm, a wszystko po tekście:

„Gdy człowiekowi się śni… (niestety) obóz koncentracyjny i Niemcy, którzy robią na nim eksperymenty medyczne wkładając coś w tylny otwór (pot leje się ze strachu) należy natychmiast się obudzić z tego koszmaru i… poprosić Pannę Frytkę, by wsadzała swój zimny nos gdzie indziej… Uff! To tylko zły sen!”

Ten tylny otwór! Jak ja mogłam??? I w ogóle publicznie przyznałam się, że pies śpi ze mną w łóżku!!! No okropne!!!

Potem przyszły oskarżenia, że mam w dom brud, gdyż napisałam:

„Pan Monż odzyskał ukradzione przez Pannę Frytkę moje trzy biustonosze skitrane pod łóżkiem i szafą. Moim zdaniem nie zostały przez nią użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż można w nie schować tylko sześć cycków, a Panna Frytka ma ich więcej.”

Staniki pod łóżkiem? Dno!

Wreszcie oskarżono mnie o zdradzanie intymnych szczegółów z życia Ulubionego, a wszystko po następującej opowieści:

„Wyjazd na długi weekend do Aquaparku Łazy w Puszczy Kampinoskiej tak rozbisurmanił pannę Frytkę, że bez przerwy jesteśmy zmuszani do rzucania piłeczki. Pan Monż jest do tego zmuszany nawet wtedy, gdy siedzi na sedesie. Prośby o litość wypowiadane przez niego w kilku europejskich językach nie pomagają. Panna Frytka odpowiada szczekaniem i podstępne turla piłeczkę znowu do WC. Hau hau!”

Tak. Tym intymnym szczegółem jest napisanie, że Ulubiony siedzi na sedesie. Żartobliwie to skomentuję, że rozumiem, iż znajomi siadają obok.

Mam jednak poważne obawy o kondycję naszego społeczeństwa, które dosłownie bierze literaturę. A czasem nawet nie domyśla się co nią jest. Dosłownie i na serio bierze każdy żart. Nabiera się na literackie prowokacje.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

By uświadomić, że „Z życia Damy Fekaliowej” to prowokacyjna prześmiewcza historyjka o przygodach suczki i kota stworzyłam literacki internetowy projekt pod tym tytułem i przeniosłam tam wszystkie wpisy wraz z niektórymi psimi i kocimi fotografiami. Mam wielką nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą jednak brali wszystkiego, co tam jest publikowane dosłownie tylko potraktują to z przymrużeniem oka jako literacki żart, zabawę słowem, opowieść o zwierzętach itd.

Przecież nie może być prawdą, że nie ma w naszym społeczeństwie luzu i nie czyta ono między wierszami humoru. Chociaż z drugiej strony, kiedy krytycy literaccy i doktoranci literatury nie potrafią czytać poezji to właściwie czego mam spodziewać się po zwykłych zjadaczach chleba? Naprawdę mniej niż po mojej… Damie Fekaliowej?

A teraz sprawa wyglada tak... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Fikcjo! Miłości moja! Ty jesteś jak zdrowie!

Ze smutkiem od dłuższego czasu stwierdzam, że coraz mniej mamy zgody na tworzenie fikcji. Tyczy to zarówno literatury, ale o wiele bardziej jeszcze filmów. Po awanturze o „Idę”, która osadzona w latach 50-tych jest tak naprawdę epicką opowieścią o sile prawdziwej wiary, której nie jest w stanie zachwiać nawet zmierzenie się z trudną prawdą o własnej rodzinie, podobne ataki na fikcyjne dzieła czerpiące z historii nasiliły się. Wcześniej bywało, że atakowano film „Czterej pancerni i pies” i oskarżano o zakłamywanie historii zapominając, że był to serial przygodowy. O to samo oskarżano „Stawkę większa niż życie” – jeden z najlepszych w historii Telewizji Polskiej seriali sensacyjnych. Czy ktokolwiek z tych twórców mówił, że to filmy historyczne, a co gorsza dokumentalne? Nawet nie były przedstawiane jako filmy rozliczeniowe, od których można i trzeba więcej wymagać. To była tylko literacka fikcja przeniesiona na ekrany. Zaś to, że czerpano w nich z historii nie zmienia faktu, że autorzy nigdy nie mówili, że są to filmy biograficzne czy historyczne. Te naprawdę rządzą się innymi prawami. Największe dzieła literatury polskiej też nie są dziełami dokumentalnymi – „Dziady” Adama Mickiewicza, „Trylogia” Henryka Sienkiewicza czy „Lalka” Bolesława Prusa. Choć każde z nich było inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Nawet „Faraon” jest literacką fikcją – powieścią, w której przedstawiono studium władzy. Czy nie możemy pozwolić fikcji być fikcją? Fikcja może też sporo nas nauczyć. Skłonić do refleksji.

Po „Idzie” myślałam tylko o tym, jak silna była wiara w Boga głównej bohaterki, skoro zdecydowała się wrócić do klasztoru. Nie interesowały mnie w tym wszystkim sprawy polsko-żydowskie. Tymczasem Żydzi protestowali, że „Ida” jest antysemicka, a Polacy, że antypolska. To już nie da się patrzeć na to z innej perspektywy? Na razie obłęd w postaci żądania od literackiej bądź filmowej fikcji, by była historyczną prawdą, zatacza coraz niebezpieczniejsze kręgi.

Jakiś czas temu przeczytałam jedną z recenzji swojej „Klasy pani Czajki” i „LO-terii” (pozytywną, więc nie czepiam się mściwie i złośliwie), której autorka chwaląc książki, zarzuciła mi mijanie się z faktami, bo… w Polsce na maturze nie wolno mieć maskotki. Odpowiadam: w stworzonym przeze mnie fikcyjnym świecie wolno!!! Ja swoim bohaterom na to pozwoliłam, pozwolili na to stworzeni przeze mnie dyrektorzy szkoły, do której chodzą moi bohaterowie, a także Ministerstwo Edukacji Narodowej rządzące w opisywanej przeze mnie fikcyjnej rzeczywistości. Nie napisałam dokumentu o pokoleniu, a fikcyjną powieść, choć osadzoną w jakichś współczesnych realiach. Na dodatek powieść bardziej psychologiczną niż przygodową. Tu liczy się sfera uczuć, myśli i relacji, a nie to, czy wolno czy nie wolno iść na maturę z maskotką! I własnie dlatego, że jest to powieść, a nie dokumentalna relacja, nie muszę być wszystkim tym realiom wierna. Nie wiem więc czy jest sens czepiać się maskotki.

Inaczej ma się rzecz z historycznymi filmami rozliczeniowymi – te powinny być realiom wierne. Jednak ani „Ida” ani „Czterej pancerni i pies” ani „Stawka większa niż życie” nie są tego typu filmami. „Ida” zresztą pokazuje historię jednostki czy też dwóch rodzin, których losy splotły się w czasie wojny – nie całego narodu, jak było np. w przypadku niemieckiego rozliczeniowego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, z którego ku memu zdumieniu wynikało, że w III Rzeszy nikt nie był zwolennikiem Hitlera.

Dziś z kolei z podobnym zdumieniem przeczytałam, że zakonnice protestują przeciwko filmowi „Niewinne” Anne Fontaine. Nie spodobały im się habity i napisały: „Ukazane w filmie siostry zakonne noszą habity podobne do habitów benedyktynek klauzurowych. W związku z tym oświadczamy, że nie ma dokumentów historycznych ani przekazu pamięciowego o tym, aby benedyktynki klauzurowe w Polsce doznały tragedii, o której w filmie mowa”.

Film Anne Fontaine nie jest filmem historycznym czy rozliczeniowym. Jest epicką opowieścią o różnym podejściu do sacrum, posłuszeństwa, wiary, miłosierdzia, a także traumy, jaką jest gwałt oraz niespodziewane i nieplanowane macierzyństwo, z którym muszą uporać się zakonnice. A przecież dla nich nawet dotykanie ludzkiego ciała jest ciężkim grzechem. Paradoksalnie ta historia mogłaby zdarzyć się i teraz na bliskim wschodzie. Zdarzyła się w 1945 w Polsce. Punktem wyjścia były wydarzenia autentyczne, ale reszta jest fikcją. Do filmu, a konkretnie do scenariusza, mam kilka uwag, gdyż zwiastun właściwie streszcza nam cały film, więc nie dowiaduję się z niego niczego nowego. Nie zmienia to jednak faktu, że to ważny film. Po raz pierwszy poruszono sprawę zbiorowych wojennych gwałtów na zakonnicach. No i tego, co dzieje się w ich głowach. Jak bardzo jest to dla nich traumatyczne przeżycie. Dla widza, który nie odróżnia Benedyktynki od Urszulanki czy Klaryski, nie ma znaczenia, co to za zakon. Nie ma znaczenia, czy opowiedziana historia przebiegała dokładnie tak, jak została pokazana w filmie. Liczą się pokazane tam uczucia i emocje. Na premierze Anne Fontaine powiedziała, że to nie jest film historyczny i on nie pokazuje historii takiej, jaka była. Jest tylko inspirowany prawdziwymi zdarzeniami i historią prawdziwej, francuskiej lekarki. W rzeczywistości zresztą starszej niż bohaterka filmu. Jednak znów znajdują się tacy, którzy… wiedzą lepiej! Za moment okaże się, że fikcja literacka czy filmowa są dozwolone tylko, gdy zajmujemy się sci-fi lub fantasy. O właśnie! A propos fantasy… Czy Wiedźmin był Polakiem?

Żyjemy dziś w świecie, w którym oprócz zabawy fikcją zabroniony jest również naturalny śmiech. A przecież ze śmiechem jest tak, że jak nas coś śmieszy, to nie zawsze panujemy nad tym, czy śmiać się wypada czy też nie. (Proszę tego nie mylić z szyderstwem, bo szyderstwo jest to „drwiący stosunek do kogoś lub czegoś, nacechowany dodatkowo lekceważeniem lub pogardą”. Życzenia komuś śmierci i ubolewania, że nie zginął – naprawdę do żartów nie należą.) Teraz pół Polski „jedzie” po Maciej Stuhrze za żarty podczas gali Orłów. No i oburzają się na tych, którzy się z tych żartów śmiali! Dlaczego? Toż to były typowe żarty językowe, działające na zasadzie skojarzeń! Opoka-Oponka. Wyklęci-Przeklęci. Przypominam w tym momencie fakt, że kilka lat temu jeden z polityków dokładnie tak się przejęzyczył! I nie był to bynajmniej żart!
Podobnie „działają” wszystkie inne dowcipy językowe. Na przykład: „Pytanie: jak nazywa się Rumun z płytą kompaktową? Odpowiedź: CD-ROM.” Jakoś nie słyszałam o proteście ambasady Rumunii! Również do zabawy słowami odwołuje się rysunkowy dowcip z Muminkami ilustrujący sytuację polityczną z teczką Lecha Wałęsy (Włóczykija) znalezioną w domu Czesława Kiszczaka (Paszczaka). Fakt, że bohaterami dowcipu są postaci literackie czyni go w moim pojęciu jeszcze zabawniejszym. Aż się chce (gdy się dobrze zna Muminki) zapytać o rolę Buki w tym wszystkim i kto się za nią kryje. Dowcip z Muminkami jednak nie spowodował wielkiej afery w internecie.

Z filmem „Niewinne” też mam problem z poczuciem humoru. W „Niewinnych” epizodyczną rolę zagrał Ulubiony. Jest tam jednym z rosyjskich żołnierzy. Być może jednym z tych, którzy dokonali zbiorowych gwałtów na zakonnicach. Zwiastuny filmu „Niewinne” pojawiły się w kinach w walentynki. Jedna znajoma w żartach powiedziała mi, że powinnam wyrzucić męża z domu, bo ona poszła na romantyczny seans z ukochanym, a tam nastraszył ją Ulubiony, jako ruski żołnierz prawdopodobnie gwałciciel szukający w klasztorze wrogów narodu. Cóż… po premierze filmu ja żartobliwie stwierdziłam, że ponieważ wszystkie urodzone w filmie przez zakonnice dzieci są podobne do Ulubionego, a grana przez Agatę Kuleszę bohaterka ma zaawansowany syfilis, być może również za jego sprawą, powstaje naturalne dla mnie pytanie czy wpuszczać go do domu? Na to inna znajoma powiedziała, że to, co ja mówię jest… nabijaniem się z tragedii zgwałconych zakonnic! Przyznam, że naiwnie myślałam, że śmieję się z własnego męża, który od wielu lat w filmach nie zagrał ani jednej pozytywnej postaci. (Tylko w tym roku we wszystkich wchodzących na ekrany filmach, w których zagrał, jest złym człowiekiem. Dwa razy ruskim żołnierzem: w „Niewinnych” i w „Historii Roja” oraz konfidentem w „Wołyniu”. Nawet w serialu „Bodo”, w którym wziął udział po moich namowach, grana przez niego epizodyczna postać, nie jest pozytywna.) Chyba mam prawo się z tego wszystkiego chociaż pośmiać? Zwłaszcza, że często grane przez niego negatywne postaci odbijają się na naszym życiu. (Zdarzyło się, że w sklepie nie chcieli obsłużyć. Sąsiadka niemal regularnie oskarża o bandytyzm.) Tymczasem nagle ktoś wie lepiej, jakie były moje intencje. Lepiej ode mnie wie z kogo i z czego się śmieję.

Za moment #premiera #niewinne

Tak oto powoli dochodzimy do ściany, poza którą nie ma już miejsca na śmiech, a zwłaszcza na ten niekontrolowany. Nie ma też miejsca na śmiech z samego siebie. Dochodzimy również do ściany, za którą fikcja literacka czy filmowa, ma być wierna tylko dokumentom z archiwów. Naprawdę poważnie zastanawiam się, czy za moment ktoś nie zabroni pisarzom lub filmowcom fantazjować. No i czy do Kodeksu Karnego nie zostanie wprowadzona kara za niekontrolowany śmiech.

Jak modlitwa

Tegoroczny XXII festiwal poetycki „Maj nad Wilią” już za mną. Wracam jednak do niego myślami za sprawą zdjęć i przeżyć. Osobliwych. Znów rozpoczął się mszą świętą w kościele Franciszkanów, po której podczas popołudnia poetyckiego odczytałam swój wiersz. Jeden z tych, których na razie jeszcze nie wyrzuciłam, ale za moment pewnie wyląduje on w śmieciach. Muszę tylko włozyc ten zapis mysli do jakiegoś prozatorskiego tekstu. Na razie jest czyms w rodzaju wiersza (celowo nie piszę: ‚wierszem’). Napisałam go zresztą po pogrzebie Władysława Bartoszewskiego – taki zapis chwili i refleksja na temat przemijania i tego, że człowiek jest naprawdę tylko przecinkiem na świecie, takim mgnieniem jak zmrużenie powieki. Jest nim nawet wtedy jeśli jest tak znany i zasłużony jak wyżej wymieniona postać, bo jak napisała kiedyś Maria Dąbrowska: „bez nas, czy z nami noce i dnie tak samo się toczą”.

Oficjalne otwarcie festiwalu nastąpiło następnego dnia przed pomnikiem Adama Mickiewicza.

Potem nastąpiło uroczyste przejście do domu, w którym Adam Mickiewicz napisał poemat Grażyna – gdzie dziś znajduje się Muzeum wieszcza. Tam, gdy inni czytali wiersze, ja przeczytałam wstęp do swojej ostatniej wydanej książki. W ten sposób biuro detektywistyczne „Czucie i Wiara” wróciło tam gdzie przyszło do mnie natchnienie, by tak je nazwać. Ponieważ w książce oprócz sztandarowego mickiewiczowskiego wiersza manifestu romantyka, czyli ballady „Romantyczność”, cytowany jest jeszcze jeden wiersz Mickiewicza, dlatego wśród wileńskich uczestników festiwalu ogłosiłam konkurs, w którym nagrodą była moja książka i obietnica oprowadzenia po moim mieście. Pytanie konkursowe brzmiało, co to za wiersz. A informacje o nim były takie: „Wiersz dotyczy Warszawy i wydarzenia historycznego związanego z Warszawą. Mickiewicz (choć ma w stolicy swój pomnik) nigdy w Warszawie nie był, zaś wiersz napisał pod wpływem opowiadania naocznego świadka, dlatego utwór ma w podtytule słowo „opowiadanie”. Nie znalazł się w żadnym tomie wierszy Mickiewicza, gdyż był prezentem dla przyjaciela, który o owym zdarzeniu mu opowiedział.” Nie mogłam zacytować nawet fragmentu, gdyż to przecież najbardziej znany wiersz Mickiewicza. Od przeszło 150 lat chyba wszyscy uczą się go na pamięć przynajmniej we fragmentach. Każdy werset byłby więc podpowiedzią ułatwiającą, choć i bez tego cytatu po powyższych informacjach odpowiedź wydawała mi się prosta. Książkę wygrał wileński poeta, dziennikarz i przewodnik miejski Wojciech Piotrowicz, który zgadł, że chodzi o „Redutę Ordona”. A ja naprawdę mam szczerą nadzieję, że zwycięzca przyjedzie pewnego dnia do Warszawy, bym mogła go oprowadzić po moim mieście tak, jak on oprowadzał mnie po Wilnie.

Romuald Mieczkowski, który z zapałem, (zdaniem niektórych godnym być może innej sprawy), organizuje „Maje nad Wilią” zawsze przygotuje dla uczestników coś takiego, co sprawia, że festiwal będzie się długo pamiętać. Tak było i tym razem.

Tegoroczny „Maj” odbywał się pod znakiem Michała Kleofasa Ogińskiego, bo to jego rok obchodzony jest na Litwie z okazji 250-lecia urodzin. Ale też festiwal odbywał się pod znakiem Stanisława Witkiewicza, którego rok obchodzony jest w Polsce z okazji setnej rocznicy śmierci. Polonez „Pożegnanie Ojczyzny”  zawsze mnie wzrusza, ale jednak to Stanisław Witkiewicz – krytyk sztuki bliższy jest memu sercu. Nawet nie dlatego, że twierdził, iż „Bitwa pod Grunwaldem”  Jana Matejki to „stare gacie w tarapacie”. Po prostu interesowało mnie zawsze to samo, co i jego. To dlatego z ochotą pojechałam na Żmudź – między innymi do Poszawsza. Zobaczyć dwór, w którym urodził się Stanisław Witkiewicz – ojciec Witkacego. Zaniedbany budynek robił wrażenie. Podobno odzyskał go ktoś z rodziny Witkiewiczów, ale jakie dokładnie są losy dworu – nie wiem. Wrażenie robił ogromem, cudownym gankiem, na którym wyobrażałam sobie Stanisława Witkiewicza jako małego chłopca. Wnętrza zamknięte, ale przez wybitą szybę w jednym z okien dostrzegliśmy na ścianie mapę – jawny znak tego, że jeszcze niedawno była tu szkoła. Zarośnięty dwór z liśćmi łopianu wokół i najbardziej chyba pachnącym bzem na świecie, pozostaną dla mnie niezapomnianym przeżyciem, choć to Mariusz Olbromski – obecny dyrektor Muzeum Iwaszkiewiczów w Stawisku znalazł podkowę, a więc wrócił z jakimkolwiek witkiewiczowskim trofeum.

Po drodze do Poszawsza pojechaliśmy w okolice miasta Szawle zobaczyć Górę Krzyży. Wiedziałam co to jest, ale słyszeć o setkach tysięcy krzyży zgromadzonych w jednym miejscu, a zobaczyć je – to coś innego. Krzyży według jednych jest sto pięćdziesiąt tysięcy według innych dwieście tysięcy. Ile by nie było – jedno jest pewne: dużo. Przynoszone są z różnych zakątków świata, bo widziałam tam krzyże z modlitwami nie tylko po litewsku, polsku, białorusku, rosyjsku, niemiecku, ale też i włosku czy hiszpańsku. Podobno pierwszą kapliczkę postawiono tu w 1430 roku na pamiątkę chrztu Żmudzi. Koło Nad nią górował wielki krzyż. Jednak to, ze w chwili obecnej krzyży jest tam cała masa zaczęło się po upadku powstania listopadowego w 1831 r. To wtedy zaczęto tam przynosić i stawiać kolejne krzyże. W okresie władzy sowieckiej wielokrotnie próbowano zmusić mieszkańców do zaprzestania pielgrzymowania w to miejsce. W latach 60-tych podjęto próbę całkowitej likwidacji Góry Krzyży przy pomocy pił, siekier i buldożerów. Mimo to krzyże wciąż stawiano. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości miejsce jest jawnym miejscem pielgrzymkowym. Krzyże stawiane są tu po prośbie, ale tez i z wdzięczności, gdyż każdy w to miejsce pielgrzymuje z innymi intencjami. Góra krzyży zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a krzyże doczekały się fotograficznej dokumentacji mojego autorstwa. Największe wrażenie, oprócz ich ilości (to coś tak niepoliczalnego, jak mąka i cukier) zrobiło na mnie to, że są z różnych tworzyw. Znalazłam nawet krzyż zrobiony na szydełku i da zrobione z… kredek. Najwyraźniej ktoś chciał postawić krzyż w jakiejś intencji, ale… nie miał krzyża. Miał za to kredki. Związał je nitką, by tworzyły krzyż i wbił w ziemię obok setek in nich krzyży.

Ogromne wrażenie zrobił też na mnie zespół klasztorny w Cytowianach, a zwłaszcza wybudowana na dziedzińcu kaplica Męki Pańskiej ze świętymi schodami, po których do ołtarza idzie się tylko na klęczkach. Polichromowane płaskorzeźby ze stacjami drogi krzyżowej też wprawiały w zachwyt.

Nie wiem jednak, czy najbardziej w pamięci nie utkwi mi środa przy celi Konrada. Nawet nie dlatego, że jeden z kolegów przejęzyczył się i powiedział o „Celinie” Konrada – wprawiając nas wszystkich w doskonały humor. I nie dlatego, że pewna poetka przeczytała tam wiersz, w którym pisała o… „wzwodzie księżyca”, bo może miała na myśli jednak jakiegoś księcia, chyba, ze nie wiem czegoś o ciałach niebieskich. Bardziej dlatego, że nagle… wszyscy zaczęliśmy mówić… Inwokację „Pana Tadeusza”.  Brzmiała jak modlitwa, jak wspólne odmawianie „Wierzę w Boga” lub „Ojcze nasz”. Jak polskie „Zdrowaś Mario” czy „Pod Twoją obronę”. Brzmiała tym bardziej niesamowicie, że kilka kroków obok była Ta, co „w Ostrej świeci Bramie”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam takie wzruszenie. I choć w trakcie tej swoistej modlitwy fotografowałam wszystkich, by uchwycić ich twarze, to mówiłam tak jak i oni cały tekst, który, jak chyba każdy Polak, znam na pamięć.

Czasem się zastanawiam, czy Romek Mieczkowski wie, ilu wzruszeń dostarcza uczestnikom organizowanych tak pieczołowicie festiwali. Wspólnie odmówiona Inwokacja brzmi mi w uszach, a przed oczami mam cały czas i Górę Krzyży i zarośnięty dwór w Poszawszu i Klasztor w Cytowianach.

Czas jak rzeka

W jednej z ksiąg o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka jest maszyna do odczytywania artykułów z głowy. Wprawdzie bohaterom najpierw wyszła „chała” a nie artykuł, ale to dlatego, że firma produkująca maszynę omyłkowo przysłała inną, która służyła do wypieku chleba. Zakładam jednak, że w wyobraźni Papcia Chmiela taka maszyna istniała Niestety w rzeczywistości tak nie jest. I dlatego, gdy pojechałam na Litwę, na XXI Maj nad Wilią, to mimo moich największych i najszczerszych pragnień, by opisywać wszystko na bieżąco – nie dałam rady. Szybko zaczęłam więc żałować, że nie ma maszyny, która pisałaby prosto z mojej głowy. Siadanie do pisania przeżyć, gdy już jest tyle dni od powrotu i w międzyczasie wydarzyła się masa innych rzeczy, to po prostu nie to samo. Już nie napiszę tego tak, jakbym zrobiła to wtedy. Nie opiszę tych wszystkich wzruszeń, mieszanych uczuć, jakie targały mną, gdy przemierzałam uliczki Wilna i podróżowałam do innych miejsc, patrząc przez okno na litewski krajobraz. Jedno jest pewne. Nie dziwię, się, że Mickiewicz pisał o Litwie, że „jesteś, jak zdrowie” ani, że twierdził: „ile cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto cię stracił”, bo świetnie zaczęłam rozumieć Polaków mieszkających na Litwie, że nie chcą stamtąd wyjechać. Nie chcą tracić tego magicznego czegoś. Jak powiedzieli mi ludzie z Teatru Polskiego w Wilnie, ktoś musi dbać o polskość tam. Nie mogą wszyscy tej Litwy opuścić.

Oczywiście w podróż zabrałam ze sobą symbolicznie: „Wiersze” Adama Mickiewicza oraz „Pana Tadeusza”, czyli po litewsku – „Ponas Tadas”.

Wyjazd był niezwykły z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że pierwszy raz jechałam na Litwę, a co za tym idzie miałam pierwszy raz zobaczyć tamten świat. Był niezwykły, bo niezwykłe było towarzystwo. Organizatorem był Romuald Mieczkowski – żyjący od zawsze na styku dwóch kultur i zawieszony między Wilnem nad Wilią i warszawą nad Wisłą. To on 22 lata temu wymyślił ten poetycki festiwal. Co roku zaprasza na niego wybitne osoby ze świata poezji. Co roku są to ludzie o niezwykłej wrażliwości i równie fascynujących życiorysach. Tym razem była m.in. Barbara Młynarska-Ahrens, mieszkająca na stałe w Szwajcarii. Aktorka i poetka, a prywatnie siostra Wojciecha Młynarskiego. Spokrewniona z Emilem Młynarskim, którego dworek w Iłgowie odwiedziliśmy. Cóż to była za wycieczka! Podziwiałam jak pani Barbara dzielnie się trzymała! Do Iłgowa przyjechała, podobnie jak my, po raz pierwszy. Dla nas to obce miejsce na mapie świata. Ale dla niej, która podobnie jak ja, pasjonuje się historią swoich przodków, to podróż w głąb swoich korzeni.

Kilka lat temu w Iłgowie uratowano dwór Emila Młynarskiego przed rozbiórką. Wpisano też do rejestru zabytków. Drewniany dwór czeka teraz na przekształcenie w dom pracy twórczej, ośrodek kultury polskiej itd. Miejscowy kościół wybudowali przodkowie pani Barbary. Ci z rodu Talko-Hryncewiczów. Tu jedna z prababć wzięła ślub wbrew woli rodziny. Historia, jak z Romea i Julii, ale ponieważ nie moja, więc pozostawię jej dokładny opis pani Barbarze i jej talentowi. Umieściła to zresztą w wierszu.

Na miejscowym cmentarzu doszło do osobliwego spotkania kuzynek… pani Barbara – Polka mieszkająca w Szwajcarii i pani Lidia – Litwinka z Iłgowa, której rodowe nazwisko, choć brzmiało kiedyś Hryncewicz teraz brzmi Hryncevicius. Ta rozmowa, kiedy jedna łamaną a druga nienaganną polszczyzną mówiły sobie o prababciach i babciach i która od kogo jest, była dla nas obserwatorów spotkania niezapomniana. Odbywała się nad grobami właścicieli Iłgowa i budowniczych miejscowego kościoła – przodków obu pań. Nad grobami pochylonymi, nadgryzionymi zębem czasu, ale obsadzonymi świeżymi kwiatami. I to też robiło ogromne wrażenie. Tak jak wnętrze miejscowego kościoła, stojąca obok dzwonnica, jak należący kiedyś do Emila Młynarskiego „dwór szlachecki z drzewa lecz podmurowany”, jak jego ganek i schody ku widokowi na pasy „łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych”.

Wśród gości był też dr Géza Cséby – tłumacz, poeta i kulturoznawca. Prywatnie syn Polki i Węgra. Stąd świetna znajomość języka węgierskiego. Gdyby nie typowe węgierskie imię i nazwisko oraz fakt, że towarzyszyła mu żona Węgierka, z którą rozmawiał po węgiersku – nie można by było po jego słownictwie czy akcencie poznać, że urodził się nad Balatonem i kończył węgierskie szkoły i uczelnie. Jego mama Halina Waroczewska była uchodźcą z Polski. Wraz z babcią w 1939 roku uciekły na Węgry, jak wielu innych Polaków. Géza Cséby dał mi swój tomik wierszy. Tytuł „Niedzielny koncert”.

Smakuję go powoli. Wiersze są w dwóch językach. Po węgiersku, którego to języka uczyłam się 20 lat temu i niewiele pamiętam, poza skomplikowana gramatyką pełną reguł pozbawionych wyjątków. Géza opowiadał o swojej rodzinie. O tym, że polskiego nauczył się od matki. W tomiku znalazłam wiersz:

Mój polski dziadek

Ulica Górczewska 14.
Łapanka, żołdacy i rozkaz.
Salwa. 40 krwistych strug na śniegu.

Dzień był zimny, zimowy. 23 grudnia.
Nazajutrz wigilia.

60 lat później stanąłem tam, lecz śladu kul nie było.
Nie było domu, ni płotu.
Tylko tablica na ścianie z wielkiej płyty.
Poniżej znicz – już obcy.

Przełożył Kazimierz Sutarski.

Dla mnie, Warszawianki, która stara się poznać każdy kamień swojego miasta, a także dla osoby, która często jeździ po śladach przodków, to wiersz absolutnie niezwykły. O historii, myślach i emocjach. O upływie czasu, rodzinie i pamięci. O ulotności. A przecież tak niewiele w nim słów.

Wśród uczestników był też Seifu Gebru, który od ćwierć wieku mieszka w Poznaniu, ale do Polski przyjechał z Etiopii. Przyznam, że bawiły nas spojrzenia Litwinów, którzy w kawiarniach zamieniali się w słup soli, na dźwięk polskiego języka wydobywającego się z ust czarnoskórego faceta. Podczas wyjazdu w kilku miejscach czytaliśmy swoje wiersze. (Piszę „śmy”, bo ja też czytałam coś ze swoich pseudopoetyckich wypocin.) W pewnym momencie Seifu przeczytał wiersz o Polsce – swojej drugiej Ojczyźnie. Niestety nie ukazał się w żadnym tomiku wierszy, więc nie mogę go zacytować, ale wiersz wzruszał niepomiernie. Dodatkowo Seifu czytał go na schodach kościoła Ojców Bazylianów, tuż koło budynku, gdzie była „Cela Konrada”.

To tu prawie dwieście lat temu więziono Adama Mickiewicza za to, że wraz z przyjacielem Tomaszem Zanem stworzył związek Filaretów. I fakt, że Seifu czytał to w takim miejscu, czynił tę sytuację jeszcze bardziej niesamowitą.

Wracam myślami do wyjazdu do Wilna, do Niemna, Wilejki, wizyty w położonej nad tą rzeczką pracowni pewnej rosyjskiej rzeźbiarki, do Troków, znanych do tej pory tylko z pocztówek, do Iłgowa z tym dworem Emila Młynarskiego, do klasztoru Kamedułów w Pożajściu, w którym w czasach ZSRR był m.in. zakład psychiatryczny.

Wracam myślami do pewnego spotkania, które miało miejsce w wileńskim autobusie. Jechałam do ambasady zagłosować w wyborach do PE. Spytałam panią w wieku ok. 60-tki po rosyjsku kiedy mam wysiąść. A pani do mnie po polsku, z tym zaśpiewem, że pokaże mi. Podróż trwała. A pani, nie pytana, nie naciskana, wyrzucała z siebie opowieść o sobie i swoim polsko-litewskim losie.

- Mój wnuk, jak był mały, to mówił do mnie i po polsku i po litewsku. Jak miał cztery lata poszedł do przedszkola. Odwiedzam go po miesiącu a on mówi: „Babciu, jak ja nienawidzę Polaków!” „A za co?” – pytam. „Nie wiem – odparł, – ale nienawidzę!” „Ale ja jestem Polką!” „Ciebie to babciu kocham”. A potem było jeszcze gorzej! Opowiadał mi, ze Polacy ciemiężyli tę Litwę i byli tu okupantami. Opowiedziałam mu więc o Jadwidze i Jagielle, którzy byli małżeństwem i spytałam: „Czy twój ojciec Polak okupuje twoją mamę Litwinkę?” Powiedział, ze nie. Teraz ma siedemnaście lat i niby coś tam rozumie, ale indoktrynacja w szkole i środowisku litewskich kolegów jest straszna. Kiedyś tak nie było.

I właśnie dlatego wracając myślami do mojego pobytu na Litwie nucę za Czesławem (nomen omen) Niemenem:

Czas jak rzeka

Gdzie modra rzeka niesie wody swe,
tam słońca blask ujrzałem pierwszy raz,
nad brzegiem jej spędziłem tyle chwil,
że dziś bez rzeki smutno mi,
tam każdy dzień to skarb
dziś mój jedyny skarb.

Choć czas jak rzeka jak rzeka płynie,
unosząc w przeszłość tamte dni,
choć czas jak rzeka jak rzeka płynie,
unosząc w przeszłość tamte dni,

Do dni dzieciństwa wraca moja myśl,
w marzeniach moich żyje rzeka ta,
tak bardzo chciałbym być nad brzegiem jej
więc niech wspomnienie dalej trwa
tam każdy dzień to skarb
dziś mój jedyny skarb.

I twierdzę, że miał on na myśli Niemen.

Nie mam kresowych korzeni. Ale po wizycie na Litwie świetnie rozumiem mickiewiczowską inwokację do „Ponas Tadas”. Rozumiem uczucia, które targają tymi, którzy mieszkali w tych stronach i musieli je opuścić. Rozumiem też, co czują ci, którzy tam ciągle żyją. Na przekór wszystkiemu. Na przekór wnukom, które czują się Litwinami i potrafią swoich polskich przodków nazwać okupantami.

Oj te cymbały

Mój świętej pamięci stryj, opowiadał kiedyś pewną anegdotę o… no właśnie… o kim? On opowiadał o Wieniawie, ale ja znalazłam, że to było o Nowaczyńskim. I niech już tak zostanie, bo w tej historii nie liczy się kto, ale co. Podobno Adolf Nowaczyński z jakiegoś powodu uwziął się na Juliana Tuwima i często szukał okazji, aby publicznie wytknąć mu jego żydowskie pochodzenie. Na jakimś raucie (ponoć na cześć autora „Kwiatów polskich”) wzniósł taki oto toast:
- Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza bez „Pana Tadeusza”, nie ma „Pana Tadeusza” bez Jankiela. Niech żyje Tuwim!
Tuwim odpowiedział toastem, który ponoć brzmiał:
-Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza bez „Pana Tadeusza”, nie ma „Pana Tadeusza” bez Jankiela, nie ma Jankiela bez cymbałów. Niech żyje Nowaczyński!
I mnie o te cymbały chodzi. Pojechałam dziś z kamerą na dziesięciolecie Instytutu Adama Mickiewicza. Uroczyście odsłaniano tablicę pamięci dwóch ministrów, którzy przed dekadą powołali Instytut do życia, czyli Andrzeja Zakrzewskiego i Bronisława Geremka. Po uroczystości na specjalnym „brunchu prasowym” (jakby nie było polskiego słowa śniadanie) dyrektor instytutu Paweł Potoroczyn przedstawił plany instytutu na jesień. Są wśród nich spektakle i koncerty, wśród których najważniejszy jest (i tu posłużę się cytatem) „koncert, który znają wszyscy Polacy, ale którego nikt jeszcze nie słyszał. Zamówiliśmy u Jana Kaczmarka koncert Jankiela na orkiestrę i cymbały.” Nie wątpię w talent Jana P. Kaczmarka laureata Oscara za muzykę do „Marzyciela”, ale jest pewnym absurdem zamawiać koncert Jankiela na orkiestrę i cymbały. Podkreślam słowo orkiestra. Sam Jankiel grał na cymbałach. Sam jeden tymi cymbałami odmalował historię Polski. Przed mistrzem Kaczmarkiem trudne zadanie zmierzyć się z wyobrażeniem czytelników, jak brzmiał koncert Jankiela, który był tylko na cymbałach!

I tak dla przypomnienia cytując za Mickiewiczem bez którego nie byłoby ani „Pana Tadeusza” ani Jankiela ani cymbałów…

Jankiel nieźmiernie Zosię lubił, kiwnął brodą
Na znak, że nie odmawia; więc go w środek wiodą,
Podają krzesło, usiadł, cymbały przynoszą,
Kładą mu na kolanach, on patrzy z rozkoszą
I z dumą; jak weteran w służbę powołany,
Gdy wnuki ciężki jego miecz ciągną ze ściany,
Dziad śmieje się, choć miecza dawno nie miał w dłoni,
Lecz uczuł, że dłoń jeszcze nie zawiedzie broni.

Tymczasem dwaj uczniowie przy cymbałach klęczą,
Stroją na nowo struny i probując brzęczą;
Jankiel z przymrużonymi na poły oczyma
Milczy i nieruchome drążki w palcach trzyma.

Spuścił je, zrazu bijąc taktem tryumfalnym,
Potem gęściej siekł struny jak deszczem nawalnym;
Dziwią się wszyscy – lecz to była tylko proba,
Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba.

Znowu gra: już drżą drążki tak lekkimi ruchy,
Jak gdyby zadzwoniło w strunę skrzydło muchy,
Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.
Mistrz zawsze patrzył w niebo czekając natchnienia.
Spójrzał z góry, instrument dumnym okiem zmierzył,
Wzniosł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył,
Zdumieli się słuchacze…
Razem ze strun wiela
Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapela
Ozwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki.
Brzmi Polonez Trzeciego Maja! – Skoczne dźwięki
Radością oddychają, radością słuch poją,
Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją -
Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,
W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły
Po dniu Trzeciego Maja, w ratuszowej sali
Zgodzonego z narodem króla fetowali;
Gdy przy tańcu śpiewano: „Wiwat Król kochany!
Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!”

Mistrz coraz takty nagli i tony natęża,
A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,
Jak zgrzyt żelaza po szkle – przejął wszystkich dreszczem
I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.
Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili,
Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?
Nie zmylił się mistrz taki! on umyślnie trąca
Wciąż tę zdradziecką strunę, melodyję zmąca,
Coraz głośniej targając akord rozdąsany,
Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;
Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica
I krzyknął: „Znam! znam głos ten! to jest Targowica!”
I wnet pękła ze świstem struna złowróżąca;
Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmąca,
Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.

Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,
Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści,
Rade, że mistrz na koniec strunami wszystkiemi
Zagrzmiał, i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.

Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,
Znowu muzyka inna – znów zrazu brzęczenia
Lekkie i ciche, kilka cienkich strunek jęczy,
Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęczéj.
Lecz strun coraz przybywa, już rozpierzchłe tony
Łączą się i akordów wiążą legijony,
I już w takt postępują zgodzonymi dźwięki,
Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:
O żołnierzu tułaczu, który borem, lasem
Idzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,
Na koniec pada u nóg konika wiernego,
A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.
Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!
Poznali ją żołnierze, wiara się skupiła
Wkoło mistrza; słuchają, wspominają sobie
Ów czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie
Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;
Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata,
Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,
Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozie
Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.
Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.

Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,
Natęża, takty zmienia, coś innego głosi.
I znowu spójrzał z góry, okiem struny zmierzył,
Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:
Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,
Że struny zadzwoniły jak trąby mosiężne
I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,
Marsz tryumfalny: Jeszcze Polska nie zginęła!…
Marsz Dąbrowski do Polski! – I wszyscy klasnęli,
I wszyscy: „Marsz Dąbrowski!” chorem okrzyknęli!
Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,
Upuścił drążki z palców, podniosł w górę ręce,
Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona,
Powiewała poważnie broda podniesiona,
Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca,
We wzroku, ducha pełnym, błyszczał żar młodzieńca,
Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,
Zakrył rękami, spod rąk łez potok się rzucił:
„Jenerale, rzekł, Ciebie długo Litwa nasza
Czekała – długo, jak my Żydzi Mesyjasza,
Ciebie prorokowali dawno między ludem
Śpiewaki, Ciebie niebo obwieściło cudem,
Żyj i wojuj, o, Ty nasz!…” Mówiąc ciągle szlochał,
Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!