Archiwa tagu: anegdoty

Mam na imię Kropeczka, bo jestem dziewczynką w białym perłowym kolorze! Jestem nowym autem Małgosi Karolci. Zastąpiłam 12letniego Jubisia, którego przejął Panicz Syn. Zostałam nawet poświęcona przez pewnego księdza, który był pierwszym moim pasażerem. Będę dobrym samochodem, bo mam fajne imię. No i wreszcie będzie można mną wygodnie przewieźć i książki i teatralną scenografię oraz wszystkie rekwizyty... #kropeczka #auto #fiat #fiatpunto #punto

Tak źle i tak niedobrze, czyli… bądźmy szczęśliwi

Rzucił mi się dziś rano w sieci artykuł pt. „Doda zrobiła z Nositorby kura domowego”. Abstrahując od tego, że przez chwilę zastanawiałam się, czy kur czy knur, ale… z treści wynika, że obecny facet niejakiej Dody, czyli Doroty Rabczewskiej „sprząta i robi jej zakupy. Jest jak prawdziwa perfekcyjna pani domu.” Życie Dody mnie nie interesuje, ale określenie „nositorba” zainteresowało. Ulubiony zawsze nosi za mną torbę, nosi też zakupy i często sprząta. Jednak kolejny tabloid w odniesieniu do towarzysza życia Dody za każdym razem pisze o nim (i jego względem niej zachowaniu) z pogardą. I tak zaczęłam się zastanawiać. Jak facet jest twardzielem: pije, bije itd. to źle. Ale jak widać, gdy sprząta, gotuje i nosi za nią torbę też niedobrze.

Opinii publicznej trudno dogodzić, a już znajomym to w ogóle. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje. Mieszkanie za małe to źle, bo ciasno. Za duże to źle, bo tyle sprzątania i trzeba to ogrzać. Mieszkanie w bloku to źle, bo nie ma ogródka. Dom z ogródkiem też źle, bo trzeba uprawiać. Facet z brodą to źle, bo jak całuje to kłuje. Bez brody też źle, bo wygląda jak dziecko. I tak dalej…

Ostatnio przekonałam się o tym wszystkim po raz enty. Oto po 12 latach zmieniłam samochód. Przed świętami wyjechałam z salonu nowym Fiatem punto. Przy moim „szczęściu” uważam, że trzeba kupować rzeczy nowe i na gwarancji. W swoim życiu kupiłam już nowe, a zepsute następujące dość drogie przedmioty, które musiałam wymieniać u sprzedawców tracąc na reklamację czas: pralkę, lodówkę, dwa telewizory, (trzeci nieprzestrojony na polski system), klawiaturę do komputera, grę na komputer bez kodu i kilka jeszcze innych drobniejszych rzeczy. Gdy raz w życiu kupiłam używany samochód to po 2 tygodnia eksploatacji skrzynia biegów wypadła mi na ulicę na środku mostu Grota Roweckiego, a komis wypiął się na mnie tyłkiem. Naprawa kosztowała mnie wtedy majątek. Tak więc od tamtej pory zawsze kupuję nowe auta. To moje trzecie. Pierwszy był Fiat 126p, który mi niestety po 2 latach skradziono, potem Fiat 600 50th zwany Jubisiem”, a teraz Fiat punto, ochrzczony mianem „Kropeczka”, bo uznałam, że to dziewczynka. Lubię Fiaty, bo rzadko się psują, a ich eksploatacja nie pochłania majątku. Na dodatek jako dziennikarka akurat na tę markę mam zniżkę. Ostatnim Fiatem jeździłam… 12 lat – przemierzyłam niemal całą Polskę i kawał Europy! Zdecydowałam się zmienić go na nowe auto, bo było w nim coraz ciaśniej. A kiedy jeździliśmy z monodramem Ulubionego to nie można było szpilki wetknąć. Tak więc przyszedł czas zmiany. Mam zwyczaj, że kupuję to, na co mnie stać. Samochód jest rzecz jasna na kredyt, ale raty znośne (paradoksalnie nie mogłabym sobie na niego pozwolić, gdybym nadal pracowała w TVP, ale to już inna sprawa). W każdym razie wyjechałam z salonu „Kropeczką” i… zaczęło się. Niewielu znajomych umie się ze mną cieszyć. Wysłuchuję więc, że Fiat (marka) jest beznadziejny, choć nikt nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego i skąd taka wiedza. Kiedy wskazuję im, że mają obsesję postpeerelowską, bo im się kojarzy z Fiatami 125p i 126p to milkną. Najlepsza była rozmowa z jedną z koleżanek, która próbowała wmawiać, że Fiaty się psują.

- My mieliśmy Fiata i ciągle się psuł, pamiętasz? – powiedziała przy mnie do męża z nadzieją, że jej przytaknie.

- Nie psuł się! Co ty za bzdury opowiadasz – zaoponował mąż i przypomniał, że jeździli nim 14 lat.

- To czemu go sprzedaliśmy?

- Bo ciągle mówiłaś, że nie chcesz jeździć Fiatem.

Tak więc usłyszałam już sto opinii, że dokonałam fatalnego zakupu i bez sensu się cieszę. Fatalny jest kolor, marka, model itd. (Paradoksalnie, gdy do testów dziennikarskich dostawałam jakieś francuskie auto, to nie miało znaczenia czy jest to Renault, czy Peugeot czy Citroën, czy sportowy czy dostawczy czy terenowy – też zawsze znajdował się ktoś, dla kogo to był beznadziejny samochód.) W każdym razie teraz usłyszałam, że powinnam kupić wóz terenowy, albo bardziej damski, i sexy i z czujnikami parkowania i tak dalej. A w ogóle za te pieniądze mogłam sobie kupić coś lepszego dwuletniego. Argumenty, że chciałam mieć samochód zupełnie nowy, na gwarancji i akurat na ten mnie stać, a na dodatek jestem zadowolona – uznano za głupie. Bo przecież jestem głupia, skoro nie postępuję tak, jak proponują znajomi, którzy zawsze wiedzą lepiej jaki samochód jest najlepszy, jaki najlepszy jest komputer, sprzęt RTV i AGD (ja zawsze słyszę, że kupiłam zły), jaki jest najlepszy przepis na zupę, sałatkę, mięso duszone, marka butów, ciuchów  itd.

Tak jakoś się dzieje, że inni ludzie zawsze lepiej od nas wiedzą, jak wychowywać nasze dzieci, jak postępować z naszym mężem, psem, kotem itd. Ostatnio kupiłam suce wieprzową raciczkę i usłyszałam, że psy nie mogą wieprzowiny, choć na raciczce napisane było „psi przysmak” i kupiłam ją w sklepie dla zwierząt. Ale koleżanki wiedzą wszystko lepiej nawet od weterynarzy. Lepiej też wiedzą jaki powinien być prawdziwy facet: czy nosić torbę za dziewczyną i otwierać przed nią drzwi, czy mieć na wszystko wywalone i leżeć na kanapie wtedy, gdy ona szoruje podłogę. Ostatnio zresztą usłyszałam opowieść o kobiecie, która umierała na raka i gdy była już po chemii, łysa i słaba, sprzątała kuchnię, a jej mąż, jak prawdziwy macho leżał i czekał na podany przez nią obiad. Co ciekawe, co najmniej setka moich koleżanek lub dalszych znajomych powiedziała mi, że w życiu nie wytrzymałyby z mężem, który je bije lub źle traktuje (ja wytrzymałam 4 lata). Na moją uwagę, że też tak kiedyś twierdziłam, dopóki nie spotkało mnie to co spotkało, przeważnie wzruszały ramionami. Nie rozumiały o co mi chodzi. Cóż… moje pierwsze małżeństwo na zawsze nauczyło mnie, że tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Dlatego nie zdziwiłam się, że w tym roku i mnie dopadła depresja, choć kiedyś myślałam, że to wymysł i byłam pewna, że mnie to nie dotyczy. Niestety odejście z TVP, a konkretnie bilans mojej pracy dla tej instytucji oraz okoliczności odejścia z niej, wpędziły i mnie w depresję. Piszę o tym, bo wiem, że ludzie potrzebują wsparcia. Potrzebują też pochwalenia własnych wyborów i decyzji, zwłaszcza, gdy się cieszą, a nie ganienia. Szczególnie, gdy ten wybór czy decyzja, jak w przypadku samochodu, nie jest wyborem na całe życie.

- Fajne dostałam perfumy? – spytałam koleżankę.

- Nic nie czuję – odpowiedziała, choć obie wiedziałyśmy, że to nieprawda, ale po co pochwalić? Nawet grzecznościowo? Lepiej wbić szpilę. Nie bolało? Uśmiałaś się? Szkoda. To powiedziały mi jej oczy, gdy zaśmiałam się słysząc odpowiedź.

Ludzie robią postanowienia na Nowy Rok. Ja mam jedno. Być szczęśliwą i głośniej śmiać się z tych wspaniałych rad, że powinnam kupić inny samochód, sweter, spodnie, buty, perfumy niż te, które wybrałam i które mnie się podobają. A moim czytelnikom życzę tego samego. Bądźmy szczęśliwi. A właściwie: bądźmy życzliwi, a wtedy na pewno będziemy szczęśliwi. A jak zaczniemy cieszyć się szczęściem innych to i nasze się pomnoży. Życzę wszystkim dużo szczęścia na ten nowy rok!

Urodzona w trzynastej minucie, czyli jak to u mnie przeważnie wygląda

Nie mogę powiedzieć, że mam pecha, choć wielu znajomych tak uważa. Ja twierdze jednak, że nie jest tak źle, bo przecież w końcu w ostateczności zawsze spadam na przysłowiowe cztery łapy. Faktem jednak jest, że zanim dojdzie do szczęśliwego lądowania z reguły czeka mnie masa przygód. Tak było i ostatnio. To z ich powodu zaniedbałam pisanie bloga, ale niestety nie tylko bloga. Na szczęście powoli wracam do regularnego pisania.

Przygody nazywały się wysyp różnych dolegliwości zdrowotnych zmieszanych z nawałem spotkań autorskich, warsztatów literackich czy dziennikarskich.

Dolegliwości zdrowotne pominę i od razu przejdę do swoich „przygód”. Oto w czasie podróży po Śląsku, kiedy w pociągach starałam się czytać, to niestety ku swojej radości i jednocześnie przekleństwu wzięłam ze sobą jako lekturę najnowszą książkę Pawła Dunin-Wąsowicza „Dzika Biblioteka”. Niestety czytanie w publicznym miejscu czegoś takiego jak swoista autobiografia literacka, napisana przez kogoś, kogo zna się od 7 roku życia, nie może dobrze się skończyć. Ponieważ w czasie lektury zdarzyło mi się kilka razy dostać ataku niepohamowanego śmiechu, więc dostało mi się od współtowarzyszy podróży. Epitety, których się nasłuchałam pominę. Na dodatek srebrna zakładka, którą Ulubiony zamówił mi u jubilera z okazji 5 rocznicy ślubu, spadła mi kilka razy w pociągu za fotel i dokonywałam cudów, by ją stamtąd wyciągnąć. Jednak to wszystko było jeszcze niczym, choć podróżowałam wtedy po Śląsku z temperaturą, lekami itd.

Najgorętszym momentem był bowiem ten, kiedy wyruszyłam w podróż trasą: Mława, Białystok, Augustów, Ełk, Gdańsk, Gdynia. Z powodu pory roku w dłuższe trasy jeżdżę pociągami i autobusami. Uwielbiam prowadzić samochód, ale teraz zbyt szybko robi się ciemno, droga bywa więc niebezpieczna, a przez to także strasznie męcząca. Do Mławy wybrałam się więc pociągiem. Tam dojechałam z Dworca Wschodniego w godzinę jakąś „Luxtorpedą”, ale z powrotem do Warszawy, (skąd po kilku godzinach odchodził pociąg do Białegostoku), wracałam na Dworzec Gdański. Ten pociąg relacji Mława-Warszawa był osobowym, zatrzymującym się na każdej stacji i jadącym dwa razy dłużej niż wspomniana przeze mnie „Luxtorpeda”. Miałam rzecz jasna książkę do czytania, ale… uwagę moją przykuła grupka kilku mężczyzn jadących do pracy do jakiejś warszawskiej fabryki na drugą zmianę (ponieważ wysiedli na stacji Warszawa-Żerań, więc znajomi sugerowali potem, że może Polfa Tarchomin). Przyznam, że dawno nie słyszałam takich rozmów jak te pociągowe. Kolejna wzięta w trasę książka po chwili okazała się zupełnie nieważna, bo oto uświadomiłam sobie, że zupełnie nie wiem o czym rozmawiają tzw. zwykli ludzie. Nie chodzi o to, że mam siebie za niezwykłą, ale większość moich znajomych to ludzie wykształceni. Ci, sądząc z zachowania, języka i tematów wykształceni nie byli. O czym mówili? Zaczęło się od kłótni o Pudzianowskiego. Jeden twierdził, że to „dziad” i już „do niczego się nie nadaje”. Drugi, że przecież wygrał walkę. Pierwszy z rozmówców twierdził, że to niemożliwe, bo widział jak „ten dziad dostaje po ryju”, ale wtedy pozostali dwaj zaczęli przekonywać, że trochę dostał, ale na końcu wygrał. „Chyba” – dodał drugi. A trzeci stwierdził, że „chyba tak”. Pierwszy z rozmówców uwierzył kolegom na słowo, choć przekonywali o wygranej Pudzianowskiego używając słówka „chyba” i z rozmowy wyszło, że żaden nie obejrzał walki do końca. Ale cała trójka uznała, że racja jest po stronie tych dwóch, bo są dwaj, a większość ma rację. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić w internecie w komórce, czy Pudzianowski wygrał czy nie. Ja, jak to dziennikarka, w międzyczasie sprawdziłam. (Wygrał z Jay Silvą w październiku w Dublinie na punkty). Ale dla panów nie miało to znaczenia. Rozpoczęli obgadywanie znajomych. Tak… faceci też plotkują. Nawet tacy twardzi robole. Ofiarą ich plotek padł kolega. Rozmowę sobie zanotowałam, bo była niezwykła. Brzmiała tak:

- Zenek to hajta się. Koledzy już dla niego nie istnieją – powiedział jeden z nich.

- Dziewczynę ma? – spytał drugi.

- Jakaś dziwa – stwierdził ten pierwszy.

- Fajna?- spytał drugi.

- Nie wiem. Pierdoli ją bez przerwy. Tak oszalał na jej punkcie.

- No i co? – spytali obaj niemal na raz.

- Nic. Już ma nas w dupie.

Ta porywająca rozmowa sprawiła, że się zadumałam nad tematami polskiego ludu i jego słownictwem, że o mały włos, a odjechałabym pociągiem na bocznicę, bo nie zauważyłam, że jestem na stacji końcowej, czyli Warszawa Gdańska. Ale to był dopiero początek tego „seta przygód”. Tego dnia jechałam bowiem dalej, czyli do Białegostoku. Zapowiadano śnieg, więc założyłam długie, czerwone buty. Krótkie nubukowe wsadziłam do walizki. Pogoda zmieniła się w połowie podróży. Gdy wysiadłam na białostockim peronie walił śnieg z deszczem. Peron zmienił się w wielką kałużę, a ja zanim doszłam do postoju taksówek, zdążyłam kompletnie przemoczyć buty. Nocowałam w Centrum Kultury Prawosławnej. W przemoczonych butach nie chciałam iść na kolację. A nubukowych było żal, bo wiedziałam, że przemoczę je natychmiast. Kolacja z dowozem mogła być najwcześniej za godzinę, więc położyłam się spać bez jedzenia, popijając aspirynę gorzką herbatą i kładąc na kaloryferze wypchane papierem toaletowym buty. Do rana wyschły. Przemyłam je płynem micelarnym do demakijażu, smarując potem kremem Nivea, bo tylko to miałam w kosmetyczce. Rano pojechałam do Augustowa na spotkanie autorskie, niestety po drodze powtórnie przemoczyłam nogi. W trzech augustowskich sklepach obuwniczych usiłowałam kupić kalosze, ale tylko jedne były mojego rozmiaru. Niestety zbyt długie, bym mogła w nich chodzić. Kompletnie uniemożliwiały mi zginanie nóg w kolanach. Żeby było weselej, po przymierzeniu nie byłam w stanie ich zdjąć. Musiały mi pomagać panie bibliotekarki, które usłużnie zawiozły mnie do sklepu słysząc o przemoczonych nogach. W autobusie Augustów – Ełk, a potem w pociągu Ełk – Gdańsk, wyobrażałam sobie siebie w tych za długich kaloszach, jak idę w nich niczym robot, a potem w pokoju gościnnym gdańskiej Biblioteki Publicznej błagam pana ochroniarza, by pomógł mi je zdjąć. Ech… pewnie jednak bym się wstydziła prosić o pomoc i znając siebie położyła do snu w kaloszach.

W Gdańsku miałam być przed 20:00. Planowałam więc kupno kaloszy w pobliskiej Galerii Handlowej, czynnej do 21:00. W pociągu sprawdziłam jaki tam jest sklep z butami i wybrałam stosowny model. Chodziło mi o to, by zakupu dokonać szybko i pójść jeść. W końcu poza śniadaniem w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej tego dnia zjadłam tylko kanapkę na dworcu w Ełku. Niestety pociąg miał opóźnienie i w Gdańsku znalazłam się na pół godziny przed zamknięciem Galerii. Poprosiłam taksówkarza, by zawiózł mnie do Biblioteki (bardzo blisko dworca), gdzie miałam nocować w pokoju gościnnym, bym zostawiła tam bagaże. On miał na mnie poczekać i zawieźć po te kalosze. Szybko jednak okazało się, że u mnie nic nie może być prosto. Gdańsk rozkopany i choć bibliotekę widzieliśmy oboje żadne z nas nie wiedziało jak się tam dostać, bo budynek obstawiony był płotami budowy. Jakoś wreszcie się udało. Zostawiłam bagaże panu ochroniarzowi i pojechaliśmy do Galerii, w której do sklepu CCC wpadłam na 5 minut przed zamknięciem krzycząc od progu, że ‚proszę o kalosze Lasocki nr 39!’ Były.

Zapłaciłam, zmieniłam przemoczone buty na kalosze i… postanowiłam coś zjeść. Na mapie sprawdziłam, gdzie jest najbliższa knajpa. Niestety… był w niej tłok, tylko jeden wolny stolik, przy którym siadłam i po kwadransie czekania na to aż zauważy mnie obsługa, dla której, jako osoba samotna, byłam chyba mało atrakcyjnym klientem – wyszłam na dwór. Wyszukałam w sieci inną knajpę, sprawdziłam opinie o niej i zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Tam okazało się, że zupa kosztuje majątek, ale… byłam tak zmęczona, że stwierdziłam: „raz kozie śmierć” i zjadłam chyba najdroższą samotną kolację. Wprawdzie wartą swojej ceny, bo przepyszną, ale jednak w takiej scenie, jaką płacę za 5 obiadów literackich w Domu Literatury. Wreszcie zamówiłam taksówkę do Biblioteki, by położyć się spać. Niestety nic nie może być w porządku, więc w połowie drogi zorientowałam się, że tam gdzie jadłam kolację zostawiłam moje przemoczone buty i musiałam się wracać. W łóżku byłam po 23:00, wcześniej ponownie myjąc buty płynem micelarnym do twarzy i smarując kremem Nivea. Następnego dnia spotkanie miałam w Gdyni o 15:00, ale wcześniej byłam umówiona ze znajomym w knajpce w Gdańsku. Sama wybrałam knajpkę i podałam godzinę. Chyba nie byłam jednak specjalnie zdumiona, gdy następnego dnia stanęłam przed… zamkniętymi drzwiami, na których wisiała kartka z informacją, że w lokalu do 6 grudnia trwa remont. Powlekłam się do lokalu obok, gdzie znajomy mnie odnalazł. Popołudniowe spotkanie z czytelnikami zostało zaplanowane na 15:00. Miało być dla młodzieży – uczestników warsztatów, ale… było dla dorosłych, bo młodzież nie przyszła. Tego dnia w domu byłam przed północą. Następnego była niedziela. Nie miałam siły wstać, ale… musiałam, bo przecież czekały na mnie kolejne obowiązki.

A opisałam to wszystko, bo… spadłam na cztery łapy? Spadłam! A to, że po drodze się poobijałam, połykałam aspirynkę, pobolało mnie to czy tamto, zapłaciłam za kolację „jak Cygan za matkę” cóż… urodziłam się o godzinie 11:13…, a ponieważ u mnie wszystko przeważnie tak wygląda, więc? To chyba sprawka tej trzynastki. Oczywiście pod warunkiem, że to ona naprawdę przynosi pecha.

I nie potrzebowali 500+, czyli co wiem dzięki genealogii

Od dzieciństwa zajmuję się historią swojej rodziny. Już jako kilkulatka z tatą rysowałam drzewo genealogiczne. Potem grzebaliśmy w skorowidzach miasta Warszawy, sprawdzając gdzie żyli przodkowie i porównując to z zachowanymi w domu dokumentami. W 2013 roku założyłam portal genealogiczny. Opisałam na nim m.in. historię i przyczyny jego powstania. I tak od listopada 2013 roku codziennie na tymże portalu coś zamieszczam. Przeważnie są to dokumenty, fotografie czy listy z moich zbiorów. Ostatnio metryki, których skany udostępniają na swoich stronach Archiwa Państwowe. Metryki potwierdzają wiedzę zdobytą przed laty przez Ojca, dziadka i pradziadka, a także to co mam w rodzinnych dokumentach w domu. Między innymi wiedzę o tym, że moi przodkowie Piekarscy byli kowalami, a Stalscy, Dobosiewiczowie i Rakowscy rzeźnikami. Wszyscy mieli sporo dzieci. Ich żony nie pracowały. I tak się zastanawiam od wielu, wielu, naprawdę wielu miesięcy, a może i nawet lat: Jak to jest, że mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) warszawski kowal, który z dwóch małżeństw (pierwszego z moją praprababcią Julią ze Stalskich, a drugiego z jej rodzoną siostrą Zofią ze Stalskich) miał 14-cioro dzieci żył na takim poziomie o jakim większość z nas dziś może tylko pomarzyć?

Mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) – warszawski kowal

Z czternaściorga jego dzieci, okresu dziecięcego nie przeżyła tylko trójka. Dwójka zmarła podczas porodu, a jeden Pawełek zmarł mając 10 lat. Pozostałą jedenastkę dzieci prapradziadek Michał Franciszek był w stanie nie tylko utrzymać, ale i wykształcić. Córki wydał dobrze za mąż dając im posagi. Za mąż wydał nawet siostrę Krystynę, która poszła za majstra szewskiego Drozdowicza. Synom Władysławowi i Henrykowi kupił sklep z dewocjonaliami. Jest on zresztą do dziś przy Krakowskim Przedmieściu niedaleko Resursy i Dziekanki, a ja mam z niego kilka pamiątek w postaci kilku ryngrafów, czy chociażby mojego medalika od chrztu. Dzięki temu sklepowi jeden z jego synów Władysław dorobił się potem kamienicy na Targowej, w miejscu której stoi dziś nowy dom, ale ja u siebie mam na pamiątkę tablicę z tamtego nieistniejącego domu z nazwiskiem przyrodniego brata pradziadka – Władysława Piekarskiego, jako właściciela. Najstarszy z synów – mój pradziadek Ludwik Roch Piekarski (1869-1945) ukończył Uniwersytet Warszawski i został inżynierem specjalistą od budowy wodociągów i kanalizacji. Ożenił się ze szlachcianką – córką doktora Bronisława Ruszczykowskiego h. Brochwicz (i Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich h. Jastrzębiec) – Zofią Konstancją Ruszczykowską (1879-1962), osobą dobrze wykształconą, znająca kilka języków, stenotypię i pisanie na maszynie. Ponad sto lat temu (rok 1880) warszawskiego kowala stać było także na to, by wybudować kamienicę, która stała w miejscu dzisiejszych Złotych Tarasów. Żadna z jego żon nie musiała pracować. Obie były zresztą wykształcone na pensjach, choć były córkami rzeźnika. Moja praprababcia Julia otrzymała w szkole jako nagrodę książkę z czytankami z pisma świętego.

Kowala i jego żonę stać było na służbę! Tak! Przeszło sto lat temu nawet warszawski kowal miał służącą!

Czemu stać ich było na to wszystko? Czemu pradziadowie mieli nawet na piękne nagrobki na starych Powązkach w zabytkowej części? Takie nagrobki z pięknymi płaskorzeźbami i rzeźbami? Po prostu nie płacili aż takich podatków! Tymczasem dzisiaj rzadko która rodzina jest w stanie utrzymać się z jednej pensji. Rząd wprowadził program 500+, by pomóc rodzinom wielodzietnym. Czy nie lepiej byłoby po prostu podnieść minimalne płace, zwiększyć kwotę wolną od podatku i zmusić pracodawców do przestrzegania prawa, a w szczególności terminów wypłat także za umowy o dzieło? Dla mnie dawanie pieniędzy za to, że się ma dzieci jest niemoralne. Moralne byłoby pozwalanie ludziom na nie po prostu zarobić.

Nie jestem zwolennikiem tego, by kobiety siedziały w domach, chyba że lubią. Jak chcą pracować (ja lubię) czemu mają tego nie robić? Jednak dzisiejsze czasy zmuszają po prostu kobiety do pracy, bo z jednej pensji nie da rady utrzymać się nawet rodzina z jednym dzieckiem. Mało tego! Często nie jest w stanie utrzymać się samotny kawaler czy panna! Wynajem mieszkania przekracza bowiem jego możliwości finansowe, a przecież jeszcze trzeba coś włożyć do garnka.

W latach 20-tych w Polsce (i na świecie) był straszny kryzys. Gdy w oczy pradziadkowi Ludwikowi zaglądał głód – pożyczał mu pieniądze… ojciec! Stary, emerytowany kowal! Kryzys był jednak wtedy tak wielki, że moja prababcia Zofia z Ruszczykowskich Piekarska poszła do pracy. A ponieważ nie znalazła zatrudnienia w Warszawie, gdzie mieszkała wraz z mężem, więc musiała pracować w… Częstochowie, (co zresztą przydało się potem w czasie okupacji, bo to do Częstochowy została wysiedlona moja rodzina po upadku powstania warszawskiego). Na szczęście synowie byli odchowani.

Mylę o tym wszystkim, ilekroć grzebię w swojej genealogii i przeglądam kolejne dokumenty. I naprawdę nie wiem, czy rodzenie dzieci po to, by dostać za nie 500+ jest dobrym pomysłem. Chyba lepiej, by przychodziły na świat dlatego, że ktoś pragnie ich, a nie comiesięcznej pięćsetki. Moi prapradziadowie nie mieli tej pokusy w postaci 500+. Mieli mnóstwo dzieci! Chociaż to przecież wtedy świat poznał pewną francuską pieśń przetłumaczoną na wiele języków świata i uznaną za swoisty hymn, a przez lata śpiewaną u nas jako słuszną. Jedna z jej zwrotek zakazana była nawet w PRL, a wszystko dlatego, że brzmiała:

Rząd nas uciska — kłamią prawa,
Podatków brzemię ciąży nam,
I z praw się naszych naigrawa
Ten, co z bezprawia żyje sam!

To jest niesamowite, jak ta zwrotka jest dziś aktualna. Jak jeszcze bardziej jest dziś prawdziwa. (Poświęciłam temu nawet jeden rozdział swojej książki Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy.) Bo dla mnie to kpina z człowieka, by np. wysokość rachunku za gaz, którym ogrzewa się mieszkanie, przekraczała wysokość pensji! I by ta minimalna kwota wolna od podatku była niższa od tego rachunku za gaz za cały sezon grzewczy.

PS Czy zacytowana zwrotka Międzynarodówki trafi na indeks tekstów zakazanych? Tak tylko pytam.

Cudowny sposób na wolny czas?

Zadzwonił do mnie dziś pewien pan, który przedstawił się, powiedział, że dzwoni z pewnego centrum medycznego i uprzejmie zaprasza na bezpłatne badania medyczne w niedzielę 21 sierpnia. Nie mam zwyczaju rzucać słuchawką. Staram się każdego takiego rozmówcę przekonać, że nie jest dobrym pomysłem domokrążne dzwonienie do ludzi i wciskanie im czegokolwiek. Tak zrobiłam i tym razem, pytając najpierw uprzejmie grzecznego pana, skąd ma mój numer. Pan przyznał, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego uprzejmie powiedziałam, by najpierw się dowiedział, by miał się na kogo powołać, a dopiero potem do mnie w tej sprawie dzwonił, a tak w ogóle nie jestem tym wszystkim zainteresowana. Pan jednak był nieugięty, gdyż usłyszałam od niego, że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak atrakcyjne ma dla mnie prezenty za to, że przyjdę i się przebadam! Gdy spytałam, go czy z kolei on zdaje sobie sprawę z tego gdzie ja te prezenty mam, usłyszałam, że domyśla się, ale mimo tego namawia mnie na te badania, bo to przemiła forma spędzenia niedzieli. Z tegoż powodu odpowiedziałam mu, że znam milsze formy spędzania niedzieli niż badania lekarskie i spytałam, czy nie mógłby docenić tego, że na dźwięk jego propozycji nie rzuciłam słuchawką, co robią niemal wszyscy moi znajomi, ale grzecznie informuję, że nie jestem zainteresowana. Prawda jest bowiem taka, że do tej pory nie poznałam nikogo, kto by po takich telefonach zechciał skorzystać z tych ofert zwanych przeze mnie domokrążnymi.

Opisuję to wszystko nie dlatego, że liczba tych telefonów, a także SMS’ów, wzrasta w zastraszającym tempie (wczoraj dostałam SMS z zaproszeniem na… botox!), ale dlatego, że do wczoraj nie wiedziałam, że badania lekarskie są cudowną formą spędzania wolnego czasu.

Miejsce święte?

Kilka lat temu pewna bibliotekarka po spotkaniu autorskim spytała mnie, czy chciałabym żyć w XIX wieku. Zdziwiło mnie to pytanie.

- Tyle pani o nim opowiada, więc stąd taka moja refleksja – wytłumaczyła.

Cóż… rzeczywiście sporo o tym mówię, ale ze względów na ciekawą historię, obyczaje etc. Nie znaczy to jednak, że chciałabym cofnąć się w czasie. Zwłaszcza, że wtedy miałabym poważny problem z robieniem tego co robię. Musiałabym bez przerwy rodzić dzieci, być może mężowi, którego bym nie kochała, a na dodatek być może nie mogłabym się kształcić. Jest jednak coś w zamierzchłych czasach, co mi się podobało. To pewien obyczaj, który zapewniał nam bezpieczeństwo i w XIX wieku, a zwłaszcza poprzednich jeszcze obowiązywał. Nazywał się „miejsce święte”. Był nim kościół i cmentarz. Ten, kto bezcześcił kościół lub cmentarz podlegał najwyższej karze i społecznemu ostracyzmowi. Bo przez wieki to kościół był tym miejscem, w którym schronienie się w czasie wojny gwarantowało ludziom przeżycie. W kościele nikt na nikogo ręki by nie podniósł, ze strachu przed wiecznym potępieniem. Nie do pomyślenia też było podpalenie świątyni w celu wykurzenia z niej tych, którzy się tam ukryli. Nie do pomyślenia byłoby wtargnięcie tam i wywlekanie z niej ludzi. Tymczasem wczoraj z francuskiego kościoła wyrzucono siłą wiernych i księdza. Zrobiono to w trakcie mszy. Powód? Kościół wraz z terenem został sprzedany, ma być dekonsekrowany i zburzony, pod nową budowę.

Jakiś czas temu czytałam o historii z Aleksandrowa Łódzkiego, w którym „komornik zlicytuje za długi właściciela, czyli Fundacji Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur, wyposażenie kościoła św. Stanisława Kostki. Na sprzedaż trafią ławki, obrazy, ołtarze i żyrandole. Do kupienia jest m.in.: drewniany konfesjonał, ambona oraz kompletny ołtarz główny z tabernakulum. Po ich sprzedaży kościół zostanie niemal pusty.” 

Z kolei trzy dni temu para ludzi pomazała pomnik Bieruta. Posłużę się tu cytatem ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości: „W dniu 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, policja bez wiedzy i udziału prokuratury, zatrzymała dwoje ludzi, którzy na nagrobku Bolesława Bieruta namalowali czerwoną gwiazdę i napisali „kat” i „bandyta”. Zatrzymanych przewieziono na komisariat. (…) Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zażądał od prokuratora regionalnego doprowadzenia do natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej udali się na komisariat, aby doprowadzić do ich niezwłocznego wypuszczenia na wolność.”

W wieku XIX i wcześniejszych, bezczeszczenie grobu na cmentarzu spotykało się z najwyższym potępieniem i nie ważne kim był zmarły. Cmentarz uważano po prostu za miejsce święte, a miejsce ostatecznego spoczynku również świętym było. Nie bezczeszczono nawet grobów morderców. Najwyżej chowano ich pod płotem, bez tabliczek itd. Tymczasem dziś trwa schamienie obyczajów, o którym kiedyś pisałam. Dowodem jest nie tylko to, że wiele osób ucieka się do inwektyw w pisaniu o Prezydentach, Papieżach, Noblistach etc., a przecież jeszcze siedemdziesiąt lat temu nawet o Hitlerze tak nie mówiono. W książce „Satyra w konspiracji” nie ma nawet jednego dowcipu o Hitlerze, który by zawierał wyraz „chuj”. Tymczasem dziś dowodem na to schamienie jest również nasz stosunek do kościoła i cmentarza oraz znajdujących się na nim grobów. Czy to dobra droga?

Jeżeli tak, jeżeli ma to iść w tym kierunku, że wolno bezcześcić czyjś grób, to ja poproszę Ministerstwo Sprawiedliwości o listę nazwisk ludzi, których groby można mazać i na które można pluć. Przecież w naszym narodzie wzrasta liczba frustratów, którzy chętnie ulżą sobie plując, kopiąc, mażąc i dewastując takie miejsca.

I tylko tak na koniec refleksja. Ta lista nazwisk w miarę upływu czasu może się zmienić. Kto zagwarantuje spokojny wieczny odpoczynek tym, którzy dziś godzą się na niszczenie czyjegoś grobu? Przecież nie tylko fortuna kołem się toczy.

PS W związku z głosami, że zdarzało się iż w historii nie przestrzegano świętości chcę zauważyć, iż podobno z wiekami coraz bardziej się cywilizujemy! Dlatego jeżeli mamy równać do barbarzyńskiej hołoty, która tego niepisanego prawa nie przestrzegała, to tym bardziej proszę o tę listę!

Dziennikarski savoir-vivre

Półtora roku temu ukazała się moja książka „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. W ciągu roku sprzedał się cały pierwszy nakład, więc… zrobiono dodruk. Przyznam, że nie przypuszczałam, że książka okaże się aż tak potrzebna i zostanie aż tak doceniona. Piszę o tym, bo ostatnio zastanawiam się czy nie napisać czegoś w rodzaju dziennikarskiego savoir-vivre’u. Powód? Ba!

Ostatnie obchody rocznicy powstania warszawskiego były pierwszymi, kiedy zwróciłam uwagę na dziwnych „dziennikarzy” z różnych portali informacyjnych. Czemu dziwnych? Czemu słowo dziennikarz napisałam w cudzysłowie? Od wielu lat w Internecie powstają portale nazywające się niezależnymi. Skupiają ludzi, którzy chcą informować o tym co się dzieje w Polsce i na świecie, a jednocześnie twierdzą, że informacje podawane przez tzw. „mainstreamowi” media są tendencyjne, zafałszowane itd. Nie chcę się wdawać w to, czy mają rację, bo nie o to mi chodzi. Bardziej interesuje mnie to, że ci ludzie, nie mając przeszkolenia dziennikarskiego, zaczęli tworzyć nowe portale. Nie chcę jednak oceniać ich twórczości, bo też nie o to mi chodzi. Chcę opowiedzieć o zachowaniu niektórych z nich, bo przyznano im akredytacje na obchody.

Na uroczystościach państwowych, dla mediów, a zwłaszcza dla kamer, przygotowywane są specjalne zwyżki, by można było filmować to, co dzieje się podczas obchodów. Na te zwyżki wchodzą operatorzy kamer, czasem staje przy nich dziennikarz, by szeptem instruować operatora co ma mu nagrać. Bywa, że „przytulają się” fotografowie prasowi, czy agencyjni, czyli wchodzą, zrobią kilka zdjęć i po chwili schodzą, by przenieść się z aparatem w inne miejsce. W tym roku na zwyżkach znalazło się kilku „dziennikarzy” z różnych portali. Weszli tam z aparatami wielkości telefonu komórkowego i dzielnie stali przez całe uroczystości z rzadka robiąc zdjęcia, w których jakość, przyznam, że szczerze powątpiewam. To ich stanie nie przeszkadzałoby nikomu, gdyby nie drobiazg. Otóż ci sami „dziennikarze” pałali ogromną potrzebą manifestowania swojego patriotyzmu poprzez głośne śpiewanie pieśni granych na uroczystościach. Tyczyło to zarówno pieśni powstańczych, jak i hymnu państwowego. Tymczasem na zwyżce dla mediów, istnieje niepisany zwyczaj, (taki dziennikarski savoir-vivre), że tak, jak nie rozmawia się głośno, bo komuś się ta rozmowa nagra, tak też i się nie śpiewa, bo to też się nagra. Niestety „dziennikarze” z portali nie byli w stanie tego zrozumieć. Wszelkie próby uciszenia ich i proponowanie, by zeszli, stanęli dalej z tłumem ludzi i tam śpiewali spełzały na niczym. Ten, kto zwracał uwagę był przez nich oskarżany o brak patriotyzmu itd. No i tym, którzy mieli kamery najbliżej „dziennikarzy” ponagrywało się gromkie i często niestety fałszywie śpiewane „marsz, marsz dąbrowski” albo „warszawskie dzieci” i tak dalej.

Przyznam, że takiej groteski dawno nie widziałam i nie słyszałam. A że często ci sami „dziennikarze” ubrani są równie niestosownie, jak się zachowują stąd myśl, że może trzeba te wszystkie niepisane zasady dobrych dziennikarskich obyczajów po prostu spisać? Tak dla dobra nas wszystkich?

Ekspresowe opóźnienie

Ostatnio musiałam pilnie kupić kilka rzeczy niezbędnych do pracy. Czasu brak, więc… od czego internet. Myślałam, że kupię, zapłacę i w ciągu dwóch dni wszystko otrzymam. Nic bardziej mylnego. Na jedną rzecz, która wg oferty powinna być u mnie w ciągu 48 godzin czekałam 10 dni, bo… wakacje. Dotarła wczoraj. Na drugą, która dotarła przedwczoraj, czekałam dwa tygodnie (z tego samego powodu). Na trzecią do tej pory czekam, bo są Światowe Dni Młodzieży, a wysyłka idzie z Krakowa.

A mogłam pojechać do sklepów i poświęcając pół dnia kupić sobie wszystkie trzy…

Najgłupsze, że te przedmioty miały w ofercie napisane, że wysyłka jest EKSPRESOWA. Ładny ten ekspres.

Z Londynu do Łodzi, czyli jak bardziej pokochać Warszawę

Panicz Syn studiuje anglistykę. Studiuje w Łodzi. Próbował swoich sił na różnych kierunkach, ale ostatecznie zwyciężyła miłość do angielskiego. Wzięła się z podstawówki, kiedy jego anglistką była pani Katarzyna Engwert-Malajkat, o której do dziś mówi, że jest najlepszym nauczycielem angielskiego, jakiego może sobie wymarzyć dziecko. Podstawówka, do której uczęszczał była dwujęzyczna. Stąd wzięła się w szóstej klasie jego pierwsza wycieczka do Londynu. Potem poszedł do dwujęzycznego gimnazjum, gdzie część przedmiotów miał po angielsku. Wtedy do Londynu pojechał po raz drugi. Trzeci raz wysłałam go tam ja, na wakacje na obóz językowy ATAS. Londyn mu się podobał. Poszedł tam do kina, a nawet do jakiegoś kościoła na anglojęzyczną mszę, by posłuchać, jak to u nich jest. Jeszcze w gimnazjum, gdy oglądaliśmy angielskojęzyczne filmy na DVD, zaczęłam wyłączać napisy. Ile zrozumie – tyle zrozumie, ale oglądamy. To zaowocowało. W liceum najlepiej radził sobie właśnie z angielskim. Był to jedyny przedmiot, z którego miał najwyższe noty i najlepiej zdaną maturę rozszerzoną. Niestety, jako nieodrodny syn swojej mamusi, czyli mój, Panicz Syn jest pyskaty. To w szkole powodowało konflikty z nauczycielami i znalazło, jak niegdyś u mnie, odzwierciedlenie w wielu trójach na świadectwie. A w efekcie sprawiło, że nie dostał się na anglistykę w Warszawie, tylko w Łodzi. Najpierw się cieszył. Ma tam kilku kolegów, których poznał na koncertach, na Przystanku Woodstock itd. W październiku jechał do Łodzi z uśmiechem na ustach. Potem nastała cisza, aż nadszedł dzień, kiedy przyjechał do domu na weekend. Pojechaliśmy gdzieś samochodem. Byliśmy na Wybrzeżu Szczecińskim w okolice Mostu Świętokrzyskiego, gdy nagle Panicz Syn westchnął i zawołał:

- Mama! Jak mi tego brakowało! Tej przestrzeni! Miasto bez rzeki jest straszne!

Potem było coraz gorzej. Wspominał ponure wieczory, zaściankowość i straszny charakter sąsiadów. W Łodzi zamieszkał na stancji. Znaleźliśmy ją z ogłoszenia na OLX. Zbyt tanio nie było, bo 650 złotych za pokój w dwuosobowym mieszkaniu, na dodatek wystrój przypominał PRL, ale… mieszkanie bardzo blisko wydziału, bo zaledwie 2 przystanki tramwajem. Pani wydała nam się sympatyczna, wynajmujący z Paniczem Synem chłopak też. Schody zaczęły się później. Mimo uszu puściliśmy uwagi, że wersalka kosztowała 600 złotych i żeby się nie zniszczyła, ale na wszelki wypadek kupiłam Paniczowi Synowi narzutę, na to badziewie, nad którym trzęsła się matka właściciela, z którą Panicz podpisywał umowę. Zdziwiliśmy się, ale przyjęliśmy do wiadomości, że Panicz Syn nie może korzystać ze wszystkich półek i szafek w meblach stojących w wynajmowanym przez siebie pokoju. Przytaknęliśmy też na uwagę, że ma nie robić imprez, bo to akurat wydało nam się normalne. Nie myśleliśmy jednak, że oznacza to całkowity zakaz przyjmowania gości. Panicz Syn od początku narzekał na wynajmującą, choć mówiłam, że tak blisko uczelni trudno jest znaleźć pokój i żeby nie przesadzał. Zaciskał więc zęby i chyba mało mi mówił, bo do mnie ta okropna prawda dotarła w grudniu.

Byliśmy wtedy z Ulubionym w Chorzowie. Wieczorem miała być premiera spektaklu „Bubloteka”, gdy o trzeciej w nocy obudził mnie telefon matki właściciela mieszkania. Najpierw nie zrozumiałam, kto dzwoni, choć imię i nazwisko wyświetliło mi się na wyświetlaczu. Gdy dotarło do mnie, że to ona i która jest godzina, przeraziłam się. Myślałam, że moje dziecko nie żyje. Rozdygotałam się potwornie. Pani jednak zamiast mi powiedzieć, od razu, że z synem wszystko w porządku, zaczęła dawkować emocje.

- Stała się rzecz straszna pani Małgorzato! Była policja! Wezwali sąsiedzi…

Zaczęłam rozdygotana dopytywać czy dziecko żyje, ale pani najpierw mówiła o policji, sąsiadach i spędzie narkomanów w mieszkaniu wynajmowanym przez syna. Dopiero potem, po mniej więcej pięciu minutach, które dla mnie wtedy były wiecznością, dotarła do sedna, że do Panicza przyszli goście i dwóch pobiło się na klatce schodowej.

Nie zmrużyłam oka do samego rana, a na premierze byłam jak zombie. Pani zresztą nie dawała mi spokoju, bo dzwoniła jeszcze kilka razy wygłaszając całe referaty, że się tego po moim synu nie spodziewała, a w ogóle to… ona (a właściwie jej syn) to wynajmują pokój mojemu synowi po to, by się uczył, a nie po to, by przyjmował gości.

Gdy potem na zimno zaczęłam dowiadywać się, o co chodzi, wyszło szydło z worka, bo o sprawie mówiła i pani i Panicz Syn, a także inni.

Rzeczywiście do Panicza przyszli goście, ale w liczbie 3 osób, na partię gry planszowej „Eurobiznes”. Pili przy tym piwo, co wydaje mi się, że w tym kraju, jak na razie jest dozwolone, zwłaszcza wieczorem w weekend. Niestety w trakcie gry dwóch z trzech kolegów się pokłóciło i dało sobie po razie. Panicz się na nich wściekł i obu wyrzucił z domu. Niestety nie mogli uspokoić się i dokończyć kłótni na dworze, tylko kontynuowali na klatce, gdyż zapewne w grudniu było im tam cieplej. Jeden drugiemu dał w mordę, aż ten podobno z hukiem poleciał na drzwi sąsiadów. Ale Panicz nawet nie był tego świadkiem, bo został w domu, naiwnie myśląc, że wraz z wyrzuceniem skłóconych kolegów problem zniknie. Dopiero awantura na klatce wywołała go z powrotem. Sąsiedzi grozili policją, jednak wbrew temu, co mówiła mama wynajmującego nie wezwali.

Sąsiedzi to w ogóle problem. Wychowana w PRLowskim bloku wiem, że bywa z tym różnie, choć zawsze się dogadywałam. Teraz na Saskiej Kępie mam wyjątek w postaci „swądsiadki”, ale to przypadek kliniczny. Tam w Łodzi „swądsiadek” i „swądsiadów” moc. Opowieści Panicza Syna i wynajmującego drugi pokój studenta, były niczym z horroru i komedii absurdów razem. Na klatce mieszka bowiem kilka starszych osób z gatunku, delikatnie mówiąc, „nieskomplikowanych”, których jedyną rozrywką jest podglądanie sąsiadów. Nawet oglądanie TV jest bowiem dla nich za trudne, a co dopiero czytanie gazet, że o książkach napomknę. O pracach ręcznych też zapomnijmy, chyba, że jest to trwające godzinami majsterkowanie przy zaparkowanych na podwórku autach. To świetna rozrywka, bo też i dobry punkt obserwacyjny. Można bezkarnie śledzić życie bloku i jego mieszkańców. A tam ludzie żyją życiem innych. Dlatego każde wyjście Panicza z domu było przez sąsiadów odnotowywane. Każde przyjście również. Gdy towarzyszyli mu jacyś koledzy lub koleżanki, sąsiedzi bacznie obserwowali ze swojego balkonu, co dzieje się w mieszkaniu, a potem… dzwonili do matki właściciela mieszkania i przekazywali jej te informacje, że teraz właśnie ktoś stoi na balkonie i pali papierosa. Do tego doszło stereotypowe myślenie. Panicz Syn ma długie włosy, a dla wielu ludzi długowłosy to tylko narkoman. Jak się zejdzie kilku, co mają długie włosy to na pewno ćpają. W rezultacie Panicz Syn przestał przyjmować nawet pojedyncze osoby w gościach. I tak doszło do poniekąd absurdalnej sytuacji, w której Panicz Syn, mieszkający ze wszystkich osób na roku najbliżej uczelni, zamiast zimą w okienku między zajęciami (trwającym np. 3 godziny) wpaść do domu na gorącą herbatę z 2-3 kolegami, wysiadywał w uczelnianych bufetach, a jak przychodził do mieszkania to sam. Do tego doszła sprawa śmieci… W czasie grudniowej rozmowy telefonicznej, kiedy matka właściciela informowała mnie o strasznej sprawie, policji itd., dorzucając mi siwych włosów oraz wywołując nerwicę i inne dolegliwości, usłyszałam od niej, że ona prosi, by na weekendy do Panicza Syna nie przyjeżdżała jego dziewczyna. Dlaczego? Ano dlatego, że sąsiedzi się skarżą, że płacone jest za śmieci od dwóch mieszkających osób, a tu, w co drugi weekend jest trzecia. Powiedziałam, by pani podała kwotę, a ja za te śmieci od trzeciej osoby przyjeżdżającej na cztery dni w miesiącu dopłacę. Usłyszałam, że nie trzeba, że to sąsiedzi, że ona nie ma pretensji itd. Spytałam, którzy sąsiedzi. Może ja pojadę do Łodzi (w końcu to tylko 100 km) i pójdę do nich na rozmowę? Pani zaczęła się wycofywać rakiem, bo… nie wie którzy. Nie wie? Czy nie chce powiedzieć? Koniec końców dziewczyna odwiedziła Panicza Syna na stancji jeszcze tylko dwa razy, czyli raz na trzy miesiące, gdyż Panicz Syn zdecydował się spędzać weekendy poza Łodzią. Na gwiazdkę dostał od nas bezprzewodowe słuchawki do mini wieży hi-fi, by nie denerwować sąsiadów słuchaniem muzyki. W styczniu matka właściciela podniosła mu czynsz o sto złotych.

Nie wiem, kiedy się zorientowałam, że zaczęliśmy z Paniczem Synem coraz częściej marnować czas na rozmowy o matce właściciela mieszkania i o mieszkaniu. Słyszałam więc opowieści o tym, że pani przychodzi raz w tygodniu na inspekcje i sprawdza, co dzieje się w lodówce, co w pralce, czy jest pozamiatane, czy wanna jest umyta, czy umyty jest sedes, a zlew nie ma zacieków, no i w jakim stanie jest ta ohydna wersalka za 600 zł. Kręciłam głową w zdumieniu. Najbardziej jednak zdziwiłam się, gdy opowiedział, że pewnego dnia mama właściciela zwróciła się do niego z następującą prośbą:

- Czy mógłby pan porozmawiać z Sublokatorem, by ciszej uprawiał seks ze swoją dziewczyną? Bo sąsiedzi się skarżą.

- No i co jej odpowiedziałeś? – spytałam.

- By sama załatwiała takie sprawy – odparł mój syn, a ja stwierdziłam, że naprawdę jest już dorosły i jednak dobrze go wychowałam.

Nadszedł wreszcie koniec roku. Panicz Syn zdecydował, że od października zamieszka gdzie indziej. Gdzie? Ma coś wynająć z kolegami z roku. Wszystko jedno gdzie. Byle dalej od wścibskiej matki właściciela, sąsiadów itd. W piątek, tuż po pracy, pojechałam odebrać go i przewieźć do domu, by nie tłukł się pociągiem z masą bagaży. Była 19:30, gdy wjechałam na łódzkie podwórko. Ledwo zatrzymałam samochód i zgasiłam silnik, a tu… podbiega jakiś facet i pyta, czy jestem mieszkańcem, bo tu tylko dla mieszkańców.

- Przyjechałam zabrać syna do domu, bo skończył rok akademicki. Ma pan jeszcze jakieś uwagi? – Spytałam, ale on po raz kolejny powtórzył, że podwórko jest dla mieszkańców.

- Pana zdaniem mam parkować kilka ulic dalej i nosić bagaże? Taksówki też przecież tu wjeżdżają.

- Tu jest druga przeciwpożarowa i może jechać straż pożarna – powiedział pan starając się przegnać mnie za wszelką cenę. Sam montował na dachu swojego auta bagażnik. Jak mi potem powiedział Panicz Syn, robił to powolutku i trwało to całe popołudnie. Cóż za pasjonująca rozrywka. Przede mną stało kilka samochodów, a na całej „drodze przeciwpożarowej” kilkanaście aut.

- To jak będzie jechać ta straż, to ja odjadę – stwierdziłam.

- To proszę mnie opuszczać samochodu – powiedział pan do mnie cały czas siedzącej wewnątrz zaparkowanego auta.

- Przecież nawet nie wysiadłam. Jak coś się panu nie podoba proszę natychmiast wezwać policję.

Pan jak niepyszny wrócił do swojego auta i montowania bagażnika. Syn rozpoczął znoszenie bagaży. Trochę tego było, bo i ubrania i naczynia i narzuta i śpiwór i komputer i mini wieża hi-fi i drukarka, a nawet stołek jamnik, który kupiliśmy mu z Ulubionym za zdanie matury. Pan sąsiad tak montował bagażnik, by móc nas obserwować. W pewnym momencie podeszła do niego jakaś pani. Rozpoczęli niezwykle głośną dyskusję o parkowaniu aut przez „nie mieszkańców”. Ileż było w tej wymianie zdań nienawiści do przyjezdnych. Przyznam, że miałam ochotę polecić im wzięcie gwoździa i rysowanie po karoserii, ale nie zrozumieliby sarkazmu.

Wreszcie nadszedł Panicz Syn. Klucze zostawione czekają na stole, na matkę właściciela, która przyjęła do wiadomości, że Panicz Syn, choć studiuje dwa przystanki dalej, nie chce mieszkać więcej w słonecznym wielkim pokoiku, w którym króluje tandetna wersalka za 600 złotych, której stan sprawdzany jest co tydzień, i z PRL-owska stara meblościanka z półkami w większości zajętymi przez rzeczy właściciela.

Panicz Syn siadł w samochodzie. Powiedziałam mu o uwagach montującego bagażnik.

- Trzeba było powiedzieć, że zaraz odjedziemy i zostanie sobie sam ze swoją piękną Łodzią – stwierdził.

Ruszyliśmy.

- Wiesz mamo, ja się już nie dziwię, że Bogusław Linda powiedział to, co powiedział o tym mieście. Tu jest strasznie. A ja po rocznym pobycie jeszcze bardziej kocham Warszawę.

PS Po pół godzinie jazdy z Łodzi do Warszawy Panicz Syn dorzucił:

- Pamiętasz filmik o tych babciach, co grzebały w pokojach studentów? Często rozmawialiśmy z sublokatorem o tym, czy i u nas tak nie było. Najgorsze jest to, że ja ciągle miałem wrażenie, że ona mi robi łaskę, że jej syn mi wynajmuje pokój. A przecież ja za to płacę!

To dlatego dla przypomnienia…

Prawy do lewego, czyli kompletny obłęd

Udzieliłam jakiś czas temu wywiadu portalowi „granice.pl”. Oczywiście o literaturze. Wywiad przeprowadzono przy okazji wznowienia mojej kryminalnej powieści dla młodzieży „Tropiciele”. Przyznam, że nie przypuszczałam, że po tylu latach od premiery książka wzbudzi takie ogromne zainteresowanie. Harcerze, powstanie warszawskie w tle, a tymczasem… szok! Recenzja goni recenzję i wszystkie pozytywne. Uwagi krytyczne właściwie w szczątkowej formie. Świat zwariował – pomyślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że aż tak…

Zaglądam na portal granice.pl, a tam mój własny ryj...

Zaczęło się od koleżanki, która nagle, ni to z gruchy ni z pietruchy zadzwoniła i zarzuciła mi sympatie… propisowskie! Ponieważ nie sympatyzuję z żadną partią, a nawet wszystkie powodują u mnie odruch wymiotny, więc spytałam, o co jej chodzi i na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie chodzę przecież na smoleńskie rocznice, nie głoszę pewnych tez, które głoszą zwolennicy tego ugrupowania i w ogóle nic nie głoszę poza głupotami. No i usłyszałam, że… głoszę. Jakie to tezy? Propisowskie. I koleżanka zacytowała mi moje STRASZNE (jej zdaniem) słowa z wywiadu:

„debaty nad sensem powstania [warszawskiego] trzeba zostawić tym, którzy chcą się w takie debatowanie bawić. Ja nie chcę. Dla mnie fakt historyczny jest faktem. Było. Skończyło się klęską. Ale też ta klęska spowodowała, że powstał mit, na którym budowano między innymi mój patriotyzm. Zresztą patriotyzm poprzednich pokoleń też budowano na mitach wcześniejszych powstań narodowych, również zakończonych klęskami. Nazwa pomnika „gloria victis”, czyli „chwała zwyciężonym”, mówi sama za siebie. Jedna z pierwszych książek o powstaniu, jakie ukazały się na zachodzie, a którą od małego widziałam w domu, była autorstwa Janusza K. Zawodnego i nosiła tytuł: Nothing but honour, czyli w wolnym tłumaczeniu Nic prócz honoru. Ja jestem z tych, co to jak w książkach Stanisława Grzesiuka, przez życie idą boso, ale w ostrogach, czyli często unoszę się honorem. Uważam, że lepiej polec w chwale niż zwyciężyć i żyć w hańbie.”

Powiedziałam jej, by nie bawiła się w wariatów wyrywających słowa z kontekstu, bo nigdy ni z tego dobrego nie wychodzi. I przypomniałam jej, jak to na program LUZ, z którym kiedyś współpracowałam, (byłam sekretarzem redakcji miesięcznika LUZ, który był wydawany, jako dodatek do tego programu) złożono doniesienie, gdyż w programie tym padło stwierdzenie, że „nie ma Boga”. Po wielu poszukiwaniach redakcja doszła, o co chodzi. O piosenkę zespołu Dżem „List do M.”, której teledysk był pokazywany na antenie. Szkoda, że skarżący się nie zrozumieli tekstu i nie zauważyli, że jest to osobne dzieło niż program. Spytałam się koleżanki czy nie jest przeczulona. Wyszło, że jest. W sumie mogłam to przewidzieć. To ona, (chociaż nie jedyna) niemal bez przerwy śle mi linki jak nie do petycji o delegalizację PIS to zaproszenia na marsze KOD.

To jednak był początek. Jakieś dwa dni później znajomy zarzucił mi bycie… lewakiem. Też zacytował mi moje słowa. Też z tego wywiadu, choć krótszy fragment, bo jeszcze bardziej wyrwany z kontekstu:

„Co do historii w szkole… Wydaje mi się, że gdy ja chodziłam do szkoły (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), to historia nie była upolityczniona tak, jak się dziś wydaje. Myślę nawet, że teraz jest więcej propagandy i jest ona czasem nawet bardziej nachalna.”

Jego zdaniem ten cytat, jest dowodem, że jestem… „lewacką rurą”. Chciał powiedzieć „kurwą”, bo sobie podpił, jak do mnie dzwonił, ale chyba w ostatniej chwili w swoim natrętnie katolickim umyśle ugryzł się w język i po wydukaniu „ku”poprzestał na „rurze”, które to słowo w jego wykonaniu brzmiało niezwykle twórczo, gdyż…„rurwa!” Jego zdaniem dziś historia W OGÓLE upolityczniona nie jest. Wtedy była! Podał przykład. Otóż w dzieciństwie zmuszano nas np. do pochodów pierwszomajowych! Gdy mu powiedziałam, że mnie nikt nie zmuszał, bo w liceum nie byłam ani razu, a w podstawówce, zwłaszcza w tej wczesnej, to akurat nawet lubiłam, bo wtedy można było kupić gumę Donald i watę cukrową, to znajomy w krzyk. Z tego krzyku dowiedziałam się, że gdybym była z prawdziwego patriotycznego domu, to by nikt mi wtedy Donalda nie kupował! I tak okazało się, że jako ośmiolatka byłam sprzedajną „lewacką rurą” vel „rurwą”, a sprzedawałam się za gumę do żucia Donald. Spytałam retorycznie: czy jego SMS’y: „kto nie idzie pod pałac jest komuchem” nie są zmuszaniem do określonych zachowań? Powiedział, że nie, bo wiadomo, że „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Właściwie (w świetle chociażby tych SMS’ów) tej jego reakcji też powinnam się była spodziewać. Ale na co dzień to ja naprawdę myślę o innych sprawach niż to, kto ma jakie upodobania polityczne.

Przyznam, że po tych dwóch rozmowach mam ochotę zapoznać oboje ze sobą. Niech sobie dadzą porządnie po ryju. Tak po polsku. Jest tylko jeden problem. Są różnej płci. A to grozi wielką awanturą o ten straszny „dżender”! Ona może domagać się pojedynku z prawicowym bojówkarzem, bo równouprawnienie i te sprawy. On zgorszy się namawianiem na walkę z „lewacką rurą”, bo kobiet nie bije, choć z drugiej strony koleżankę może uznać nawet za kogoś gorszego niż rura. W końcu drobne „ku” wyrwało mu się nawet pod moim adresem.

I tylko pomyśleć, że to wszystko wzięło się od wywiadu na temat napisanego prawie 10 lat temu kryminału dla gimnazjalistów!!! Kryminału, którego bohaterowie są niezbyt grzecznymi harcerzami, a dzięki pewnej zagadce kryminalnej zapoznają się z historią swojego miasta. Tylko tyle. A może aż tyle? Jednym słowem obłęd. Szaleństwo naprawdę jest blisko. A polityka wciska się wszędzie. Nawet tym, którzy jak ja, mają ją głęboko… TAM!

A to ci historia, czyli Nino wreszcie opisał swoje życie

Gdy w swoim czasie opisywałam tu historię bezdomnego, nazwanego przeze mnie Nino z Lailonii podskórnie czułam, że to nie będzie finał. I nie był. Bezdomny, którego marzeniem jest, jak się okazało, sława, cały czas wierzy, że znajdzie się na świecie choć jeden bogaty człowiek, który pomoże mu finansowo, by jego los się odmienił. Musi tylko zamieścić w internecie historię swojego życia.

Już wtedy powiedziałam mu, że ja mogę mu dać wędkę, a nie rybę. I tak… półtora roku dawałam tę wędkę. Skoro facet wierzy, że gdy ktoś pozna jego historię, to sypnie groszem – niech sam ją opisze. Ja pomogę mu zrobić stronę internetową. Nie było łatwo namówić go, by to zrobił. Słyszałam setki wymówek, że pisze wolno, że robi błędy itd. Oczywiście wszystkie przeszkody obalałam mówiąc, że nigdzie się nie spieszymy, a błędy można poprawić. Gdy mówił, że nie ma gdzie i na czym pisać, opowiadałam o bibliotekach publicznych, w których może za darmo korzystać z komputera i obiecałam pendrive. Dałam zresztą najlepszy i najwygodniejszy, jaki miałam, bo rozmiarów dowodu osobistego lub karty kredytowej. Bezdomny nie był zadowolony. Twierdził, że jego kolega informatyk mówi, że to nie pendrive. Dałam więc inny – zupełnie nowy, który specjalnie dla niego kupiłam. Prace nad spisaniem życiorysu posuwały się wolno, bo prawie półtora roku. Dziś wreszcie Mój Nino z Lailonii odwiedził mnie w Domu Literatury z napisaną do końca historią swojego życia. Opis zajął mu 75 stron znormalizowanego maszynopisu. Wszystko roiło się od błędów utrudniających zrozumienie. Nie miałam czasu na profesjonalną korektę. Skorzystałam z autokorekty worda, inaczej musiałabym poświęcić tydzień na to. Nie poprawiałam więc stylistyki, gramatyki, a tylko ortografię i to po łebkach. Coś na pewno przeoczyłam. (Co ciekawe w angielskich nazwach facet nie robił błędów. W polskich słowach – straszne. Handel przez „ch”, rzeczy przez „ż” itd.) Wprawdzie sporą część jego wspomnień zajmuje streszczanie filmów pornograficznych z Rocco Siffredi oraz opowieści o tym, jakiej muzyki słuchał, a potem kto mu pomógł, a kto nie, ale po półtora roku napisał. Czy znajdzie w internecie to, czego szuka? Czy znajdzie kogoś, kto po przeczytaniu historii jego życia i tego, jak został bezdomnym zdecyduje się dać mu 10 tysięcy? Sfinansować operację plastyczną? Ocenę zostawiam jego czytelnikom. Chcą Państwo nimi zostać? Zapraszam tutaj. I uprzedzam: lektura jest… ciężka! A ponieważ jest to blog, to choć jest na nim na razie jeden post, pamiętać należy, że na blogach wpisów z czasem przybywa…