Archiwa tagu: anegdoty

I nie potrzebowali 500+, czyli co wiem dzięki genealogii

Od dzieciństwa zajmuję się historią swojej rodziny. Już jako kilkulatka z tatą rysowałam drzewo genealogiczne. Potem grzebaliśmy w skorowidzach miasta Warszawy, sprawdzając gdzie żyli przodkowie i porównując to z zachowanymi w domu dokumentami. W 2013 roku założyłam portal genealogiczny. Opisałam na nim m.in. historię i przyczyny jego powstania. I tak od listopada 2013 roku codziennie na tymże portalu coś zamieszczam. Przeważnie są to dokumenty, fotografie czy listy z moich zbiorów. Ostatnio metryki, których skany udostępniają na swoich stronach Archiwa Państwowe. Metryki potwierdzają wiedzę zdobytą przed laty przez Ojca, dziadka i pradziadka, a także to co mam w rodzinnych dokumentach w domu. Między innymi wiedzę o tym, że moi przodkowie Piekarscy byli kowalami, a Stalscy, Dobosiewiczowie i Rakowscy rzeźnikami. Wszyscy mieli sporo dzieci. Ich żony nie pracowały. I tak się zastanawiam od wielu, wielu, naprawdę wielu miesięcy, a może i nawet lat: Jak to jest, że mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) warszawski kowal, który z dwóch małżeństw (pierwszego z moją praprababcią Julią ze Stalskich, a drugiego z jej rodzoną siostrą Zofią ze Stalskich) miał 14-cioro dzieci żył na takim poziomie o jakim większość z nas dziś może tylko pomarzyć?

Mój prapradziadek Michał Franciszek Piekarski (1841-1938) – warszawski kowal

Z czternaściorga jego dzieci, okresu dziecięcego nie przeżyła tylko trójka. Dwójka zmarła podczas porodu, a jeden Pawełek zmarł mając 10 lat. Pozostałą jedenastkę dzieci prapradziadek Michał Franciszek był w stanie nie tylko utrzymać, ale i wykształcić. Córki wydał dobrze za mąż dając im posagi. Za mąż wydał nawet siostrę Krystynę, która poszła za majstra szewskiego Drozdowicza. Synom Władysławowi i Henrykowi kupił sklep z dewocjonaliami. Jest on zresztą do dziś przy Krakowskim Przedmieściu niedaleko Resursy i Dziekanki, a ja mam z niego kilka pamiątek w postaci kilku ryngrafów, czy chociażby mojego medalika od chrztu. Dzięki temu sklepowi jeden z jego synów Władysław dorobił się potem kamienicy na Targowej, w miejscu której stoi dziś nowy dom, ale ja u siebie mam na pamiątkę tablicę z tamtego nieistniejącego domu z nazwiskiem przyrodniego brata pradziadka – Władysława Piekarskiego, jako właściciela. Najstarszy z synów – mój pradziadek Ludwik Roch Piekarski (1869-1945) ukończył Uniwersytet Warszawski i został inżynierem specjalistą od budowy wodociągów i kanalizacji. Ożenił się ze szlachcianką – córką doktora Bronisława Ruszczykowskiego h. Brochwicz (i Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich h. Jastrzębiec) – Zofią Konstancją Ruszczykowską (1879-1962), osobą dobrze wykształconą, znająca kilka języków, stenotypię i pisanie na maszynie. Ponad sto lat temu (rok 1880) warszawskiego kowala stać było także na to, by wybudować kamienicę, która stała w miejscu dzisiejszych Złotych Tarasów. Żadna z jego żon nie musiała pracować. Obie były zresztą wykształcone na pensjach, choć były córkami rzeźnika. Moja praprababcia Julia otrzymała w szkole jako nagrodę książkę z czytankami z pisma świętego.

Kowala i jego żonę stać było na służbę! Tak! Przeszło sto lat temu nawet warszawski kowal miał służącą!

Czemu stać ich było na to wszystko? Czemu pradziadowie mieli nawet na piękne nagrobki na starych Powązkach w zabytkowej części? Takie nagrobki z pięknymi płaskorzeźbami i rzeźbami? Po prostu nie płacili aż takich podatków! Tymczasem dzisiaj rzadko która rodzina jest w stanie utrzymać się z jednej pensji. Rząd wprowadził program 500+, by pomóc rodzinom wielodzietnym. Czy nie lepiej byłoby po prostu podnieść minimalne płace, zwiększyć kwotę wolną od podatku i zmusić pracodawców do przestrzegania prawa, a w szczególności terminów wypłat także za umowy o dzieło? Dla mnie dawanie pieniędzy za to, że się ma dzieci jest niemoralne. Moralne byłoby pozwalanie ludziom na nie po prostu zarobić.

Nie jestem zwolennikiem tego, by kobiety siedziały w domach, chyba że lubią. Jak chcą pracować (ja lubię) czemu mają tego nie robić? Jednak dzisiejsze czasy zmuszają po prostu kobiety do pracy, bo z jednej pensji nie da rady utrzymać się nawet rodzina z jednym dzieckiem. Mało tego! Często nie jest w stanie utrzymać się samotny kawaler czy panna! Wynajem mieszkania przekracza bowiem jego możliwości finansowe, a przecież jeszcze trzeba coś włożyć do garnka.

W latach 20-tych w Polsce (i na świecie) był straszny kryzys. Gdy w oczy pradziadkowi Ludwikowi zaglądał głód – pożyczał mu pieniądze… ojciec! Stary, emerytowany kowal! Kryzys był jednak wtedy tak wielki, że moja prababcia Zofia z Ruszczykowskich Piekarska poszła do pracy. A ponieważ nie znalazła zatrudnienia w Warszawie, gdzie mieszkała wraz z mężem, więc musiała pracować w… Częstochowie, (co zresztą przydało się potem w czasie okupacji, bo to do Częstochowy została wysiedlona moja rodzina po upadku powstania warszawskiego). Na szczęście synowie byli odchowani.

Mylę o tym wszystkim, ilekroć grzebię w swojej genealogii i przeglądam kolejne dokumenty. I naprawdę nie wiem, czy rodzenie dzieci po to, by dostać za nie 500+ jest dobrym pomysłem. Chyba lepiej, by przychodziły na świat dlatego, że ktoś pragnie ich, a nie comiesięcznej pięćsetki. Moi prapradziadowie nie mieli tej pokusy w postaci 500+. Mieli mnóstwo dzieci! Chociaż to przecież wtedy świat poznał pewną francuską pieśń przetłumaczoną na wiele języków świata i uznaną za swoisty hymn, a przez lata śpiewaną u nas jako słuszną. Jedna z jej zwrotek zakazana była nawet w PRL, a wszystko dlatego, że brzmiała:

Rząd nas uciska — kłamią prawa,
Podatków brzemię ciąży nam,
I z praw się naszych naigrawa
Ten, co z bezprawia żyje sam!

To jest niesamowite, jak ta zwrotka jest dziś aktualna. Jak jeszcze bardziej jest dziś prawdziwa. (Poświęciłam temu nawet jeden rozdział swojej książki Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy.) Bo dla mnie to kpina z człowieka, by np. wysokość rachunku za gaz, którym ogrzewa się mieszkanie, przekraczała wysokość pensji! I by ta minimalna kwota wolna od podatku była niższa od tego rachunku za gaz za cały sezon grzewczy.

PS Czy zacytowana zwrotka Międzynarodówki trafi na indeks tekstów zakazanych? Tak tylko pytam.

Cudowny sposób na wolny czas?

Zadzwonił do mnie dziś pewien pan, który przedstawił się, powiedział, że dzwoni z pewnego centrum medycznego i uprzejmie zaprasza na bezpłatne badania medyczne w niedzielę 21 sierpnia. Nie mam zwyczaju rzucać słuchawką. Staram się każdego takiego rozmówcę przekonać, że nie jest dobrym pomysłem domokrążne dzwonienie do ludzi i wciskanie im czegokolwiek. Tak zrobiłam i tym razem, pytając najpierw uprzejmie grzecznego pana, skąd ma mój numer. Pan przyznał, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego uprzejmie powiedziałam, by najpierw się dowiedział, by miał się na kogo powołać, a dopiero potem do mnie w tej sprawie dzwonił, a tak w ogóle nie jestem tym wszystkim zainteresowana. Pan jednak był nieugięty, gdyż usłyszałam od niego, że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak atrakcyjne ma dla mnie prezenty za to, że przyjdę i się przebadam! Gdy spytałam, go czy z kolei on zdaje sobie sprawę z tego gdzie ja te prezenty mam, usłyszałam, że domyśla się, ale mimo tego namawia mnie na te badania, bo to przemiła forma spędzenia niedzieli. Z tegoż powodu odpowiedziałam mu, że znam milsze formy spędzania niedzieli niż badania lekarskie i spytałam, czy nie mógłby docenić tego, że na dźwięk jego propozycji nie rzuciłam słuchawką, co robią niemal wszyscy moi znajomi, ale grzecznie informuję, że nie jestem zainteresowana. Prawda jest bowiem taka, że do tej pory nie poznałam nikogo, kto by po takich telefonach zechciał skorzystać z tych ofert zwanych przeze mnie domokrążnymi.

Opisuję to wszystko nie dlatego, że liczba tych telefonów, a także SMS’ów, wzrasta w zastraszającym tempie (wczoraj dostałam SMS z zaproszeniem na… botox!), ale dlatego, że do wczoraj nie wiedziałam, że badania lekarskie są cudowną formą spędzania wolnego czasu.

Miejsce święte?

Kilka lat temu pewna bibliotekarka po spotkaniu autorskim spytała mnie, czy chciałabym żyć w XIX wieku. Zdziwiło mnie to pytanie.

- Tyle pani o nim opowiada, więc stąd taka moja refleksja – wytłumaczyła.

Cóż… rzeczywiście sporo o tym mówię, ale ze względów na ciekawą historię, obyczaje etc. Nie znaczy to jednak, że chciałabym cofnąć się w czasie. Zwłaszcza, że wtedy miałabym poważny problem z robieniem tego co robię. Musiałabym bez przerwy rodzić dzieci, być może mężowi, którego bym nie kochała, a na dodatek być może nie mogłabym się kształcić. Jest jednak coś w zamierzchłych czasach, co mi się podobało. To pewien obyczaj, który zapewniał nam bezpieczeństwo i w XIX wieku, a zwłaszcza poprzednich jeszcze obowiązywał. Nazywał się „miejsce święte”. Był nim kościół i cmentarz. Ten, kto bezcześcił kościół lub cmentarz podlegał najwyższej karze i społecznemu ostracyzmowi. Bo przez wieki to kościół był tym miejscem, w którym schronienie się w czasie wojny gwarantowało ludziom przeżycie. W kościele nikt na nikogo ręki by nie podniósł, ze strachu przed wiecznym potępieniem. Nie do pomyślenia też było podpalenie świątyni w celu wykurzenia z niej tych, którzy się tam ukryli. Nie do pomyślenia byłoby wtargnięcie tam i wywlekanie z niej ludzi. Tymczasem wczoraj z francuskiego kościoła wyrzucono siłą wiernych i księdza. Zrobiono to w trakcie mszy. Powód? Kościół wraz z terenem został sprzedany, ma być dekonsekrowany i zburzony, pod nową budowę.

Jakiś czas temu czytałam o historii z Aleksandrowa Łódzkiego, w którym „komornik zlicytuje za długi właściciela, czyli Fundacji Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur, wyposażenie kościoła św. Stanisława Kostki. Na sprzedaż trafią ławki, obrazy, ołtarze i żyrandole. Do kupienia jest m.in.: drewniany konfesjonał, ambona oraz kompletny ołtarz główny z tabernakulum. Po ich sprzedaży kościół zostanie niemal pusty.” 

Z kolei trzy dni temu para ludzi pomazała pomnik Bieruta. Posłużę się tu cytatem ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości: „W dniu 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, policja bez wiedzy i udziału prokuratury, zatrzymała dwoje ludzi, którzy na nagrobku Bolesława Bieruta namalowali czerwoną gwiazdę i napisali „kat” i „bandyta”. Zatrzymanych przewieziono na komisariat. (…) Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zażądał od prokuratora regionalnego doprowadzenia do natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej udali się na komisariat, aby doprowadzić do ich niezwłocznego wypuszczenia na wolność.”

W wieku XIX i wcześniejszych, bezczeszczenie grobu na cmentarzu spotykało się z najwyższym potępieniem i nie ważne kim był zmarły. Cmentarz uważano po prostu za miejsce święte, a miejsce ostatecznego spoczynku również świętym było. Nie bezczeszczono nawet grobów morderców. Najwyżej chowano ich pod płotem, bez tabliczek itd. Tymczasem dziś trwa schamienie obyczajów, o którym kiedyś pisałam. Dowodem jest nie tylko to, że wiele osób ucieka się do inwektyw w pisaniu o Prezydentach, Papieżach, Noblistach etc., a przecież jeszcze siedemdziesiąt lat temu nawet o Hitlerze tak nie mówiono. W książce „Satyra w konspiracji” nie ma nawet jednego dowcipu o Hitlerze, który by zawierał wyraz „chuj”. Tymczasem dziś dowodem na to schamienie jest również nasz stosunek do kościoła i cmentarza oraz znajdujących się na nim grobów. Czy to dobra droga?

Jeżeli tak, jeżeli ma to iść w tym kierunku, że wolno bezcześcić czyjś grób, to ja poproszę Ministerstwo Sprawiedliwości o listę nazwisk ludzi, których groby można mazać i na które można pluć. Przecież w naszym narodzie wzrasta liczba frustratów, którzy chętnie ulżą sobie plując, kopiąc, mażąc i dewastując takie miejsca.

I tylko tak na koniec refleksja. Ta lista nazwisk w miarę upływu czasu może się zmienić. Kto zagwarantuje spokojny wieczny odpoczynek tym, którzy dziś godzą się na niszczenie czyjegoś grobu? Przecież nie tylko fortuna kołem się toczy.

PS W związku z głosami, że zdarzało się iż w historii nie przestrzegano świętości chcę zauważyć, iż podobno z wiekami coraz bardziej się cywilizujemy! Dlatego jeżeli mamy równać do barbarzyńskiej hołoty, która tego niepisanego prawa nie przestrzegała, to tym bardziej proszę o tę listę!

Dziennikarski savoir-vivre

Półtora roku temu ukazała się moja książka „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. W ciągu roku sprzedał się cały pierwszy nakład, więc… zrobiono dodruk. Przyznam, że nie przypuszczałam, że książka okaże się aż tak potrzebna i zostanie aż tak doceniona. Piszę o tym, bo ostatnio zastanawiam się czy nie napisać czegoś w rodzaju dziennikarskiego savoir-vivre’u. Powód? Ba!

Ostatnie obchody rocznicy powstania warszawskiego były pierwszymi, kiedy zwróciłam uwagę na dziwnych „dziennikarzy” z różnych portali informacyjnych. Czemu dziwnych? Czemu słowo dziennikarz napisałam w cudzysłowie? Od wielu lat w Internecie powstają portale nazywające się niezależnymi. Skupiają ludzi, którzy chcą informować o tym co się dzieje w Polsce i na świecie, a jednocześnie twierdzą, że informacje podawane przez tzw. „mainstreamowi” media są tendencyjne, zafałszowane itd. Nie chcę się wdawać w to, czy mają rację, bo nie o to mi chodzi. Bardziej interesuje mnie to, że ci ludzie, nie mając przeszkolenia dziennikarskiego, zaczęli tworzyć nowe portale. Nie chcę jednak oceniać ich twórczości, bo też nie o to mi chodzi. Chcę opowiedzieć o zachowaniu niektórych z nich, bo przyznano im akredytacje na obchody.

Na uroczystościach państwowych, dla mediów, a zwłaszcza dla kamer, przygotowywane są specjalne zwyżki, by można było filmować to, co dzieje się podczas obchodów. Na te zwyżki wchodzą operatorzy kamer, czasem staje przy nich dziennikarz, by szeptem instruować operatora co ma mu nagrać. Bywa, że „przytulają się” fotografowie prasowi, czy agencyjni, czyli wchodzą, zrobią kilka zdjęć i po chwili schodzą, by przenieść się z aparatem w inne miejsce. W tym roku na zwyżkach znalazło się kilku „dziennikarzy” z różnych portali. Weszli tam z aparatami wielkości telefonu komórkowego i dzielnie stali przez całe uroczystości z rzadka robiąc zdjęcia, w których jakość, przyznam, że szczerze powątpiewam. To ich stanie nie przeszkadzałoby nikomu, gdyby nie drobiazg. Otóż ci sami „dziennikarze” pałali ogromną potrzebą manifestowania swojego patriotyzmu poprzez głośne śpiewanie pieśni granych na uroczystościach. Tyczyło to zarówno pieśni powstańczych, jak i hymnu państwowego. Tymczasem na zwyżce dla mediów, istnieje niepisany zwyczaj, (taki dziennikarski savoir-vivre), że tak, jak nie rozmawia się głośno, bo komuś się ta rozmowa nagra, tak też i się nie śpiewa, bo to też się nagra. Niestety „dziennikarze” z portali nie byli w stanie tego zrozumieć. Wszelkie próby uciszenia ich i proponowanie, by zeszli, stanęli dalej z tłumem ludzi i tam śpiewali spełzały na niczym. Ten, kto zwracał uwagę był przez nich oskarżany o brak patriotyzmu itd. No i tym, którzy mieli kamery najbliżej „dziennikarzy” ponagrywało się gromkie i często niestety fałszywie śpiewane „marsz, marsz dąbrowski” albo „warszawskie dzieci” i tak dalej.

Przyznam, że takiej groteski dawno nie widziałam i nie słyszałam. A że często ci sami „dziennikarze” ubrani są równie niestosownie, jak się zachowują stąd myśl, że może trzeba te wszystkie niepisane zasady dobrych dziennikarskich obyczajów po prostu spisać? Tak dla dobra nas wszystkich?

Ekspresowe opóźnienie

Ostatnio musiałam pilnie kupić kilka rzeczy niezbędnych do pracy. Czasu brak, więc… od czego internet. Myślałam, że kupię, zapłacę i w ciągu dwóch dni wszystko otrzymam. Nic bardziej mylnego. Na jedną rzecz, która wg oferty powinna być u mnie w ciągu 48 godzin czekałam 10 dni, bo… wakacje. Dotarła wczoraj. Na drugą, która dotarła przedwczoraj, czekałam dwa tygodnie (z tego samego powodu). Na trzecią do tej pory czekam, bo są Światowe Dni Młodzieży, a wysyłka idzie z Krakowa.

A mogłam pojechać do sklepów i poświęcając pół dnia kupić sobie wszystkie trzy…

Najgłupsze, że te przedmioty miały w ofercie napisane, że wysyłka jest EKSPRESOWA. Ładny ten ekspres.

Z Londynu do Łodzi, czyli jak bardziej pokochać Warszawę

Panicz Syn studiuje anglistykę. Studiuje w Łodzi. Próbował swoich sił na różnych kierunkach, ale ostatecznie zwyciężyła miłość do angielskiego. Wzięła się z podstawówki, kiedy jego anglistką była pani Katarzyna Engwert-Malajkat, o której do dziś mówi, że jest najlepszym nauczycielem angielskiego, jakiego może sobie wymarzyć dziecko. Podstawówka, do której uczęszczał była dwujęzyczna. Stąd wzięła się w szóstej klasie jego pierwsza wycieczka do Londynu. Potem poszedł do dwujęzycznego gimnazjum, gdzie część przedmiotów miał po angielsku. Wtedy do Londynu pojechał po raz drugi. Trzeci raz wysłałam go tam ja, na wakacje na obóz językowy ATAS. Londyn mu się podobał. Poszedł tam do kina, a nawet do jakiegoś kościoła na anglojęzyczną mszę, by posłuchać, jak to u nich jest. Jeszcze w gimnazjum, gdy oglądaliśmy angielskojęzyczne filmy na DVD, zaczęłam wyłączać napisy. Ile zrozumie – tyle zrozumie, ale oglądamy. To zaowocowało. W liceum najlepiej radził sobie właśnie z angielskim. Był to jedyny przedmiot, z którego miał najwyższe noty i najlepiej zdaną maturę rozszerzoną. Niestety, jako nieodrodny syn swojej mamusi, czyli mój, Panicz Syn jest pyskaty. To w szkole powodowało konflikty z nauczycielami i znalazło, jak niegdyś u mnie, odzwierciedlenie w wielu trójach na świadectwie. A w efekcie sprawiło, że nie dostał się na anglistykę w Warszawie, tylko w Łodzi. Najpierw się cieszył. Ma tam kilku kolegów, których poznał na koncertach, na Przystanku Woodstock itd. W październiku jechał do Łodzi z uśmiechem na ustach. Potem nastała cisza, aż nadszedł dzień, kiedy przyjechał do domu na weekend. Pojechaliśmy gdzieś samochodem. Byliśmy na Wybrzeżu Szczecińskim w okolice Mostu Świętokrzyskiego, gdy nagle Panicz Syn westchnął i zawołał:

- Mama! Jak mi tego brakowało! Tej przestrzeni! Miasto bez rzeki jest straszne!

Potem było coraz gorzej. Wspominał ponure wieczory, zaściankowość i straszny charakter sąsiadów. W Łodzi zamieszkał na stancji. Znaleźliśmy ją z ogłoszenia na OLX. Zbyt tanio nie było, bo 650 złotych za pokój w dwuosobowym mieszkaniu, na dodatek wystrój przypominał PRL, ale… mieszkanie bardzo blisko wydziału, bo zaledwie 2 przystanki tramwajem. Pani wydała nam się sympatyczna, wynajmujący z Paniczem Synem chłopak też. Schody zaczęły się później. Mimo uszu puściliśmy uwagi, że wersalka kosztowała 600 złotych i żeby się nie zniszczyła, ale na wszelki wypadek kupiłam Paniczowi Synowi narzutę, na to badziewie, nad którym trzęsła się matka właściciela, z którą Panicz podpisywał umowę. Zdziwiliśmy się, ale przyjęliśmy do wiadomości, że Panicz Syn nie może korzystać ze wszystkich półek i szafek w meblach stojących w wynajmowanym przez siebie pokoju. Przytaknęliśmy też na uwagę, że ma nie robić imprez, bo to akurat wydało nam się normalne. Nie myśleliśmy jednak, że oznacza to całkowity zakaz przyjmowania gości. Panicz Syn od początku narzekał na wynajmującą, choć mówiłam, że tak blisko uczelni trudno jest znaleźć pokój i żeby nie przesadzał. Zaciskał więc zęby i chyba mało mi mówił, bo do mnie ta okropna prawda dotarła w grudniu.

Byliśmy wtedy z Ulubionym w Chorzowie. Wieczorem miała być premiera spektaklu „Bubloteka”, gdy o trzeciej w nocy obudził mnie telefon matki właściciela mieszkania. Najpierw nie zrozumiałam, kto dzwoni, choć imię i nazwisko wyświetliło mi się na wyświetlaczu. Gdy dotarło do mnie, że to ona i która jest godzina, przeraziłam się. Myślałam, że moje dziecko nie żyje. Rozdygotałam się potwornie. Pani jednak zamiast mi powiedzieć, od razu, że z synem wszystko w porządku, zaczęła dawkować emocje.

- Stała się rzecz straszna pani Małgorzato! Była policja! Wezwali sąsiedzi…

Zaczęłam rozdygotana dopytywać czy dziecko żyje, ale pani najpierw mówiła o policji, sąsiadach i spędzie narkomanów w mieszkaniu wynajmowanym przez syna. Dopiero potem, po mniej więcej pięciu minutach, które dla mnie wtedy były wiecznością, dotarła do sedna, że do Panicza przyszli goście i dwóch pobiło się na klatce schodowej.

Nie zmrużyłam oka do samego rana, a na premierze byłam jak zombie. Pani zresztą nie dawała mi spokoju, bo dzwoniła jeszcze kilka razy wygłaszając całe referaty, że się tego po moim synu nie spodziewała, a w ogóle to… ona (a właściwie jej syn) to wynajmują pokój mojemu synowi po to, by się uczył, a nie po to, by przyjmował gości.

Gdy potem na zimno zaczęłam dowiadywać się, o co chodzi, wyszło szydło z worka, bo o sprawie mówiła i pani i Panicz Syn, a także inni.

Rzeczywiście do Panicza przyszli goście, ale w liczbie 3 osób, na partię gry planszowej „Eurobiznes”. Pili przy tym piwo, co wydaje mi się, że w tym kraju, jak na razie jest dozwolone, zwłaszcza wieczorem w weekend. Niestety w trakcie gry dwóch z trzech kolegów się pokłóciło i dało sobie po razie. Panicz się na nich wściekł i obu wyrzucił z domu. Niestety nie mogli uspokoić się i dokończyć kłótni na dworze, tylko kontynuowali na klatce, gdyż zapewne w grudniu było im tam cieplej. Jeden drugiemu dał w mordę, aż ten podobno z hukiem poleciał na drzwi sąsiadów. Ale Panicz nawet nie był tego świadkiem, bo został w domu, naiwnie myśląc, że wraz z wyrzuceniem skłóconych kolegów problem zniknie. Dopiero awantura na klatce wywołała go z powrotem. Sąsiedzi grozili policją, jednak wbrew temu, co mówiła mama wynajmującego nie wezwali.

Sąsiedzi to w ogóle problem. Wychowana w PRLowskim bloku wiem, że bywa z tym różnie, choć zawsze się dogadywałam. Teraz na Saskiej Kępie mam wyjątek w postaci „swądsiadki”, ale to przypadek kliniczny. Tam w Łodzi „swądsiadek” i „swądsiadów” moc. Opowieści Panicza Syna i wynajmującego drugi pokój studenta, były niczym z horroru i komedii absurdów razem. Na klatce mieszka bowiem kilka starszych osób z gatunku, delikatnie mówiąc, „nieskomplikowanych”, których jedyną rozrywką jest podglądanie sąsiadów. Nawet oglądanie TV jest bowiem dla nich za trudne, a co dopiero czytanie gazet, że o książkach napomknę. O pracach ręcznych też zapomnijmy, chyba, że jest to trwające godzinami majsterkowanie przy zaparkowanych na podwórku autach. To świetna rozrywka, bo też i dobry punkt obserwacyjny. Można bezkarnie śledzić życie bloku i jego mieszkańców. A tam ludzie żyją życiem innych. Dlatego każde wyjście Panicza z domu było przez sąsiadów odnotowywane. Każde przyjście również. Gdy towarzyszyli mu jacyś koledzy lub koleżanki, sąsiedzi bacznie obserwowali ze swojego balkonu, co dzieje się w mieszkaniu, a potem… dzwonili do matki właściciela mieszkania i przekazywali jej te informacje, że teraz właśnie ktoś stoi na balkonie i pali papierosa. Do tego doszło stereotypowe myślenie. Panicz Syn ma długie włosy, a dla wielu ludzi długowłosy to tylko narkoman. Jak się zejdzie kilku, co mają długie włosy to na pewno ćpają. W rezultacie Panicz Syn przestał przyjmować nawet pojedyncze osoby w gościach. I tak doszło do poniekąd absurdalnej sytuacji, w której Panicz Syn, mieszkający ze wszystkich osób na roku najbliżej uczelni, zamiast zimą w okienku między zajęciami (trwającym np. 3 godziny) wpaść do domu na gorącą herbatę z 2-3 kolegami, wysiadywał w uczelnianych bufetach, a jak przychodził do mieszkania to sam. Do tego doszła sprawa śmieci… W czasie grudniowej rozmowy telefonicznej, kiedy matka właściciela informowała mnie o strasznej sprawie, policji itd., dorzucając mi siwych włosów oraz wywołując nerwicę i inne dolegliwości, usłyszałam od niej, że ona prosi, by na weekendy do Panicza Syna nie przyjeżdżała jego dziewczyna. Dlaczego? Ano dlatego, że sąsiedzi się skarżą, że płacone jest za śmieci od dwóch mieszkających osób, a tu, w co drugi weekend jest trzecia. Powiedziałam, by pani podała kwotę, a ja za te śmieci od trzeciej osoby przyjeżdżającej na cztery dni w miesiącu dopłacę. Usłyszałam, że nie trzeba, że to sąsiedzi, że ona nie ma pretensji itd. Spytałam, którzy sąsiedzi. Może ja pojadę do Łodzi (w końcu to tylko 100 km) i pójdę do nich na rozmowę? Pani zaczęła się wycofywać rakiem, bo… nie wie którzy. Nie wie? Czy nie chce powiedzieć? Koniec końców dziewczyna odwiedziła Panicza Syna na stancji jeszcze tylko dwa razy, czyli raz na trzy miesiące, gdyż Panicz Syn zdecydował się spędzać weekendy poza Łodzią. Na gwiazdkę dostał od nas bezprzewodowe słuchawki do mini wieży hi-fi, by nie denerwować sąsiadów słuchaniem muzyki. W styczniu matka właściciela podniosła mu czynsz o sto złotych.

Nie wiem, kiedy się zorientowałam, że zaczęliśmy z Paniczem Synem coraz częściej marnować czas na rozmowy o matce właściciela mieszkania i o mieszkaniu. Słyszałam więc opowieści o tym, że pani przychodzi raz w tygodniu na inspekcje i sprawdza, co dzieje się w lodówce, co w pralce, czy jest pozamiatane, czy wanna jest umyta, czy umyty jest sedes, a zlew nie ma zacieków, no i w jakim stanie jest ta ohydna wersalka za 600 zł. Kręciłam głową w zdumieniu. Najbardziej jednak zdziwiłam się, gdy opowiedział, że pewnego dnia mama właściciela zwróciła się do niego z następującą prośbą:

- Czy mógłby pan porozmawiać z Sublokatorem, by ciszej uprawiał seks ze swoją dziewczyną? Bo sąsiedzi się skarżą.

- No i co jej odpowiedziałeś? – spytałam.

- By sama załatwiała takie sprawy – odparł mój syn, a ja stwierdziłam, że naprawdę jest już dorosły i jednak dobrze go wychowałam.

Nadszedł wreszcie koniec roku. Panicz Syn zdecydował, że od października zamieszka gdzie indziej. Gdzie? Ma coś wynająć z kolegami z roku. Wszystko jedno gdzie. Byle dalej od wścibskiej matki właściciela, sąsiadów itd. W piątek, tuż po pracy, pojechałam odebrać go i przewieźć do domu, by nie tłukł się pociągiem z masą bagaży. Była 19:30, gdy wjechałam na łódzkie podwórko. Ledwo zatrzymałam samochód i zgasiłam silnik, a tu… podbiega jakiś facet i pyta, czy jestem mieszkańcem, bo tu tylko dla mieszkańców.

- Przyjechałam zabrać syna do domu, bo skończył rok akademicki. Ma pan jeszcze jakieś uwagi? – Spytałam, ale on po raz kolejny powtórzył, że podwórko jest dla mieszkańców.

- Pana zdaniem mam parkować kilka ulic dalej i nosić bagaże? Taksówki też przecież tu wjeżdżają.

- Tu jest druga przeciwpożarowa i może jechać straż pożarna – powiedział pan starając się przegnać mnie za wszelką cenę. Sam montował na dachu swojego auta bagażnik. Jak mi potem powiedział Panicz Syn, robił to powolutku i trwało to całe popołudnie. Cóż za pasjonująca rozrywka. Przede mną stało kilka samochodów, a na całej „drodze przeciwpożarowej” kilkanaście aut.

- To jak będzie jechać ta straż, to ja odjadę – stwierdziłam.

- To proszę mnie opuszczać samochodu – powiedział pan do mnie cały czas siedzącej wewnątrz zaparkowanego auta.

- Przecież nawet nie wysiadłam. Jak coś się panu nie podoba proszę natychmiast wezwać policję.

Pan jak niepyszny wrócił do swojego auta i montowania bagażnika. Syn rozpoczął znoszenie bagaży. Trochę tego było, bo i ubrania i naczynia i narzuta i śpiwór i komputer i mini wieża hi-fi i drukarka, a nawet stołek jamnik, który kupiliśmy mu z Ulubionym za zdanie matury. Pan sąsiad tak montował bagażnik, by móc nas obserwować. W pewnym momencie podeszła do niego jakaś pani. Rozpoczęli niezwykle głośną dyskusję o parkowaniu aut przez „nie mieszkańców”. Ileż było w tej wymianie zdań nienawiści do przyjezdnych. Przyznam, że miałam ochotę polecić im wzięcie gwoździa i rysowanie po karoserii, ale nie zrozumieliby sarkazmu.

Wreszcie nadszedł Panicz Syn. Klucze zostawione czekają na stole, na matkę właściciela, która przyjęła do wiadomości, że Panicz Syn, choć studiuje dwa przystanki dalej, nie chce mieszkać więcej w słonecznym wielkim pokoiku, w którym króluje tandetna wersalka za 600 złotych, której stan sprawdzany jest co tydzień, i z PRL-owska stara meblościanka z półkami w większości zajętymi przez rzeczy właściciela.

Panicz Syn siadł w samochodzie. Powiedziałam mu o uwagach montującego bagażnik.

- Trzeba było powiedzieć, że zaraz odjedziemy i zostanie sobie sam ze swoją piękną Łodzią – stwierdził.

Ruszyliśmy.

- Wiesz mamo, ja się już nie dziwię, że Bogusław Linda powiedział to, co powiedział o tym mieście. Tu jest strasznie. A ja po rocznym pobycie jeszcze bardziej kocham Warszawę.

PS Po pół godzinie jazdy z Łodzi do Warszawy Panicz Syn dorzucił:

- Pamiętasz filmik o tych babciach, co grzebały w pokojach studentów? Często rozmawialiśmy z sublokatorem o tym, czy i u nas tak nie było. Najgorsze jest to, że ja ciągle miałem wrażenie, że ona mi robi łaskę, że jej syn mi wynajmuje pokój. A przecież ja za to płacę!

To dlatego dla przypomnienia…

Prawy do lewego, czyli kompletny obłęd

Udzieliłam jakiś czas temu wywiadu portalowi „granice.pl”. Oczywiście o literaturze. Wywiad przeprowadzono przy okazji wznowienia mojej kryminalnej powieści dla młodzieży „Tropiciele”. Przyznam, że nie przypuszczałam, że po tylu latach od premiery książka wzbudzi takie ogromne zainteresowanie. Harcerze, powstanie warszawskie w tle, a tymczasem… szok! Recenzja goni recenzję i wszystkie pozytywne. Uwagi krytyczne właściwie w szczątkowej formie. Świat zwariował – pomyślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że aż tak…

Zaglądam na portal granice.pl, a tam mój własny ryj...

Zaczęło się od koleżanki, która nagle, ni to z gruchy ni z pietruchy zadzwoniła i zarzuciła mi sympatie… propisowskie! Ponieważ nie sympatyzuję z żadną partią, a nawet wszystkie powodują u mnie odruch wymiotny, więc spytałam, o co jej chodzi i na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie chodzę przecież na smoleńskie rocznice, nie głoszę pewnych tez, które głoszą zwolennicy tego ugrupowania i w ogóle nic nie głoszę poza głupotami. No i usłyszałam, że… głoszę. Jakie to tezy? Propisowskie. I koleżanka zacytowała mi moje STRASZNE (jej zdaniem) słowa z wywiadu:

„debaty nad sensem powstania [warszawskiego] trzeba zostawić tym, którzy chcą się w takie debatowanie bawić. Ja nie chcę. Dla mnie fakt historyczny jest faktem. Było. Skończyło się klęską. Ale też ta klęska spowodowała, że powstał mit, na którym budowano między innymi mój patriotyzm. Zresztą patriotyzm poprzednich pokoleń też budowano na mitach wcześniejszych powstań narodowych, również zakończonych klęskami. Nazwa pomnika „gloria victis”, czyli „chwała zwyciężonym”, mówi sama za siebie. Jedna z pierwszych książek o powstaniu, jakie ukazały się na zachodzie, a którą od małego widziałam w domu, była autorstwa Janusza K. Zawodnego i nosiła tytuł: Nothing but honour, czyli w wolnym tłumaczeniu Nic prócz honoru. Ja jestem z tych, co to jak w książkach Stanisława Grzesiuka, przez życie idą boso, ale w ostrogach, czyli często unoszę się honorem. Uważam, że lepiej polec w chwale niż zwyciężyć i żyć w hańbie.”

Powiedziałam jej, by nie bawiła się w wariatów wyrywających słowa z kontekstu, bo nigdy ni z tego dobrego nie wychodzi. I przypomniałam jej, jak to na program LUZ, z którym kiedyś współpracowałam, (byłam sekretarzem redakcji miesięcznika LUZ, który był wydawany, jako dodatek do tego programu) złożono doniesienie, gdyż w programie tym padło stwierdzenie, że „nie ma Boga”. Po wielu poszukiwaniach redakcja doszła, o co chodzi. O piosenkę zespołu Dżem „List do M.”, której teledysk był pokazywany na antenie. Szkoda, że skarżący się nie zrozumieli tekstu i nie zauważyli, że jest to osobne dzieło niż program. Spytałam się koleżanki czy nie jest przeczulona. Wyszło, że jest. W sumie mogłam to przewidzieć. To ona, (chociaż nie jedyna) niemal bez przerwy śle mi linki jak nie do petycji o delegalizację PIS to zaproszenia na marsze KOD.

To jednak był początek. Jakieś dwa dni później znajomy zarzucił mi bycie… lewakiem. Też zacytował mi moje słowa. Też z tego wywiadu, choć krótszy fragment, bo jeszcze bardziej wyrwany z kontekstu:

„Co do historii w szkole… Wydaje mi się, że gdy ja chodziłam do szkoły (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), to historia nie była upolityczniona tak, jak się dziś wydaje. Myślę nawet, że teraz jest więcej propagandy i jest ona czasem nawet bardziej nachalna.”

Jego zdaniem ten cytat, jest dowodem, że jestem… „lewacką rurą”. Chciał powiedzieć „kurwą”, bo sobie podpił, jak do mnie dzwonił, ale chyba w ostatniej chwili w swoim natrętnie katolickim umyśle ugryzł się w język i po wydukaniu „ku”poprzestał na „rurze”, które to słowo w jego wykonaniu brzmiało niezwykle twórczo, gdyż…„rurwa!” Jego zdaniem dziś historia W OGÓLE upolityczniona nie jest. Wtedy była! Podał przykład. Otóż w dzieciństwie zmuszano nas np. do pochodów pierwszomajowych! Gdy mu powiedziałam, że mnie nikt nie zmuszał, bo w liceum nie byłam ani razu, a w podstawówce, zwłaszcza w tej wczesnej, to akurat nawet lubiłam, bo wtedy można było kupić gumę Donald i watę cukrową, to znajomy w krzyk. Z tego krzyku dowiedziałam się, że gdybym była z prawdziwego patriotycznego domu, to by nikt mi wtedy Donalda nie kupował! I tak okazało się, że jako ośmiolatka byłam sprzedajną „lewacką rurą” vel „rurwą”, a sprzedawałam się za gumę do żucia Donald. Spytałam retorycznie: czy jego SMS’y: „kto nie idzie pod pałac jest komuchem” nie są zmuszaniem do określonych zachowań? Powiedział, że nie, bo wiadomo, że „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Właściwie (w świetle chociażby tych SMS’ów) tej jego reakcji też powinnam się była spodziewać. Ale na co dzień to ja naprawdę myślę o innych sprawach niż to, kto ma jakie upodobania polityczne.

Przyznam, że po tych dwóch rozmowach mam ochotę zapoznać oboje ze sobą. Niech sobie dadzą porządnie po ryju. Tak po polsku. Jest tylko jeden problem. Są różnej płci. A to grozi wielką awanturą o ten straszny „dżender”! Ona może domagać się pojedynku z prawicowym bojówkarzem, bo równouprawnienie i te sprawy. On zgorszy się namawianiem na walkę z „lewacką rurą”, bo kobiet nie bije, choć z drugiej strony koleżankę może uznać nawet za kogoś gorszego niż rura. W końcu drobne „ku” wyrwało mu się nawet pod moim adresem.

I tylko pomyśleć, że to wszystko wzięło się od wywiadu na temat napisanego prawie 10 lat temu kryminału dla gimnazjalistów!!! Kryminału, którego bohaterowie są niezbyt grzecznymi harcerzami, a dzięki pewnej zagadce kryminalnej zapoznają się z historią swojego miasta. Tylko tyle. A może aż tyle? Jednym słowem obłęd. Szaleństwo naprawdę jest blisko. A polityka wciska się wszędzie. Nawet tym, którzy jak ja, mają ją głęboko… TAM!

A to ci historia, czyli Nino wreszcie opisał swoje życie

Gdy w swoim czasie opisywałam tu historię bezdomnego, nazwanego przeze mnie Nino z Lailonii podskórnie czułam, że to nie będzie finał. I nie był. Bezdomny, którego marzeniem jest, jak się okazało, sława, cały czas wierzy, że znajdzie się na świecie choć jeden bogaty człowiek, który pomoże mu finansowo, by jego los się odmienił. Musi tylko zamieścić w internecie historię swojego życia.

Już wtedy powiedziałam mu, że ja mogę mu dać wędkę, a nie rybę. I tak… półtora roku dawałam tę wędkę. Skoro facet wierzy, że gdy ktoś pozna jego historię, to sypnie groszem – niech sam ją opisze. Ja pomogę mu zrobić stronę internetową. Nie było łatwo namówić go, by to zrobił. Słyszałam setki wymówek, że pisze wolno, że robi błędy itd. Oczywiście wszystkie przeszkody obalałam mówiąc, że nigdzie się nie spieszymy, a błędy można poprawić. Gdy mówił, że nie ma gdzie i na czym pisać, opowiadałam o bibliotekach publicznych, w których może za darmo korzystać z komputera i obiecałam pendrive. Dałam zresztą najlepszy i najwygodniejszy, jaki miałam, bo rozmiarów dowodu osobistego lub karty kredytowej. Bezdomny nie był zadowolony. Twierdził, że jego kolega informatyk mówi, że to nie pendrive. Dałam więc inny – zupełnie nowy, który specjalnie dla niego kupiłam. Prace nad spisaniem życiorysu posuwały się wolno, bo prawie półtora roku. Dziś wreszcie Mój Nino z Lailonii odwiedził mnie w Domu Literatury z napisaną do końca historią swojego życia. Opis zajął mu 75 stron znormalizowanego maszynopisu. Wszystko roiło się od błędów utrudniających zrozumienie. Nie miałam czasu na profesjonalną korektę. Skorzystałam z autokorekty worda, inaczej musiałabym poświęcić tydzień na to. Nie poprawiałam więc stylistyki, gramatyki, a tylko ortografię i to po łebkach. Coś na pewno przeoczyłam. (Co ciekawe w angielskich nazwach facet nie robił błędów. W polskich słowach – straszne. Handel przez „ch”, rzeczy przez „ż” itd.) Wprawdzie sporą część jego wspomnień zajmuje streszczanie filmów pornograficznych z Rocco Siffredi oraz opowieści o tym, jakiej muzyki słuchał, a potem kto mu pomógł, a kto nie, ale po półtora roku napisał. Czy znajdzie w internecie to, czego szuka? Czy znajdzie kogoś, kto po przeczytaniu historii jego życia i tego, jak został bezdomnym zdecyduje się dać mu 10 tysięcy? Sfinansować operację plastyczną? Ocenę zostawiam jego czytelnikom. Chcą Państwo nimi zostać? Zapraszam tutaj. I uprzedzam: lektura jest… ciężka! A ponieważ jest to blog, to choć jest na nim na razie jeden post, pamiętać należy, że na blogach wpisów z czasem przybywa…

Człowiek człowiekowi… dziennikarzem

Kiedyś zawód dziennikarza był bardzo szanowny. Mówiono, że to czwarta władza. Czy jest tak nadal? Trudno mi powiedzieć. Faktem jednak jest, że wg badań CBOS z listopada 2013 roku zawód dziennikarza jest mniej szanowany niż zawód strażaka czy sprzedawcy, a nawet policjanta, sprzątaczki czy murarza. Niżej od niego jest tylko polityk. Spadek szacunku do dziennikarstwa jest zastraszający. W latach 70-tych dziennikarz był kimś. Dziś właściwie jest nikim. I ja się nie dziwię. Nie znam mniej solidarnego środowiska. Nigdy w Polsce nie udało się zrobić strajku mediów. Nie udało się zrobić nawet strajku dziennikarzy TVP. Kiedyś ci na etacie nie chcieli bronić interesów tych bez etatów. Potem, po latach, gdy wszyscy niemal zostali bez etatu, to ci, którzy nie mieli go od dawna lub nie mieli go nigdy, nie byli zainteresowani obroną etatów tych, którym je po latach zabierano. A jeśli w środowisku nie ma solidarności, to jak dane środowisko i jego przedstawicieli szanować? Tylko ja wiem jak często wstydzę się wykonywanego zawodu dziennikarza.

Ostatnio Prezydent przyklepał ustawę medialną. Z mocy tejże ustawy Telewizja Polska, Polska Agencja Prasowa i Polskie Radio zyskały nowych prezesów. Jestem dziennikarką TVP od dwudziestu lat. Jacek Kurski to mój 16 prezes (jeśli dobrze liczę). Nie boję się. Żadnego się nie bałam. Wychodzę bowiem z prostego założenia. Jeśli przyjdzie do TVP jakaś władza, która mi za współpracę podziękuje, to znaczy, że TVP nie zasłużyła na mnie. Ot i cała moja dziennikarska filozofia.

Martwi mnie natomiast co innego. Martwi mnie środowisko. Nie. Nie zaczęłam się nim martwić teraz. Martwię się nim od dawna. Bo podczas każdej zmiany z ludzi wychodzą obrzydliwe cechy. Teraz też wyszły. Wyszły znów i wyszły ze wzmożoną siłą. I z tych z prawa i z tych z lewa. I z tych co są w TVP i z tych, którzy się do przyjścia tu szykują. I z tych, którzy tu kiedyś byli i z tych, którzy tu jeszcze nigdy nie byli. Jeden z dziennikarzy, który kiedyś współpracował z TVP pisze o drugim, że czas pakować walizki. Ten drugi mu wypomina jakieś donosy na ambasadorów, a jego żona pogłoski o powrocie tego pierwszego do TVP kwituje stwierdzeniem, że pewnie nie sprzedają mu się dywany. To jeden z wielu przykładów. Mogłabym je mnożyć, cytować i powstałoby z tego kilkanaście stron cytatów, w większości zresztą rynsztokowych, ale po co? Czytelnicy sami to znajdą, bo to wszystko dzieje się na forum publicznym, a dyskutują niemal wszyscy. Nie ważne są poglądy, które prezentują. Nie podoba mi się wzajemne opluwanie. Tyczy się to całego środowiska dziennikarskiego. Bo obie strony barykady, która nagle w Polsce wyrosła i podzieliła społeczeństwo, cechuje zawzięcie i złośliwość. Wszyscy sobie nawzajem życzą utraty pracy i długiego bezrobocia. I tak jest niestety od wielu lat za każdym razem, gdy w TVP są zmiany. Ale teraz jest jakieś apogeum plucia.

Przez 20 lat mojej współpracy z Telewizją Polską zawsze kolejne, nowe władze spółki wsadzały na stanowiska jednych ludzi, a innych z nich zdejmowały. I zawsze ci, którzy odchodzili byli żegnani przez kogoś stwierdzeniem, że dobrze mu tak. Często podczas takich zmian przed przyjściem nowych władz straszono nas wszystkich tam pracujących, że zaraz polecimy i wylądujemy na bruku. Ileż razy odbierałam od znajomych telefony czy esemesy, jaka to jestem biedna, bo przyjdzie ktoś tam i ja już nie będę pracować. A potem… nadchodziło zdziwienie, że pracuję. Jednak krótko po zdziwieniu padały stwierdzenia, że skoro pracuję to znaczy, że jestem mało ważna. Bo gdyby się ze mną liczono, to by mnie ktoś już dawno wywalił. Bo przecież wywala się tych, z którymi się liczy. Czyli pracujesz – źle. Wywalają – źle. Nie wywalają – też źle. Takie dziennikarskie krzywe kluchy.

Każda zmiana to są nerwy. Zwłaszcza, że dla każdego, kto przychodzi np. ja jestem „złogiem poprzedniego systemu”, bo przecież jestem osobą „zastaną” w pracy i pracującą tu, (choć od zawsze bez etatu) te 20 lat. Przeżywałam w TVP różne sytuacje, a na stanowiskach dyrektorskich obserwowałam różnych ludzi. Zdarzali się wśród nich prawdziwie podli, którzy podstępem wyrzucali fachowców, by wprowadzić na ich miejsce dyletantów ze swojej rodziny. Nepotyzm to powszechny grzech. Grzech panoszący się w wielu instytucjach i nie tylko w Polsce, a nawet nie tylko na wschodzie Europy.
Wielu moich (i nie tylko moich) szefów nie było fachowcami. Na braku fachowości przyłapywano ich szybko. Na przykład mieli uwagi do studia. Raz na takie uwagi jedna z kierowniczek powiedziała:
- Do tego, by było lepiej potrzebny transponder G-750.
- Kupimy – padła odpowiedź.
Sęk w tym, że „transponder G-750” nie istnieje… To tylko taki żarcik i test na fachowość nowej władzy. Transponder można zresztą zastąpić innym mądrze brzmiącym słowem.
Był też dyrektor, który wołał dziennikarkę na… „konsolację”, bo mu się z „kolaudacją” pomyliło. Korytarze chichotały, ale program się ukazywał, bo jednak robią go fachowcy. Robią to nawet wtedy, gdy rządzi nimi dureń.

Dlatego, że w czasie swojej pracy w TVP jednak otaczali mnie fachowcy i to dzięki nim ukazywały się programy, nie umiem zaakceptować wzajemnej nienawiści dziennikarzy do siebie. Nie rozumiem jej. Przez te ostatnie 20 lat nigdy w życiu ani ja ani moja redakcja ani żadna redakcja TVP nie wezwaliśmy policji na żadnego dziennikarza z innej stacji telewizyjnej. Nie słyszałam, by coś takiego zrobiła konkurencja z Polsatu czy TVN. Zresztą… wielokrotnie razem ustawialiśmy się do rozmów z ludźmi na konferencjach prasowych. W redakcji współczuliśmy ekipie TVN (choć jest to stacja, o której ofercie programowej mam bardzo złe zdanie), gdy w czasie marszu niepodległości spalono im wóz transmisyjny. Pamiętam rozmowy o tym, jak musi czuć się ich inżynier wozu, bo to inżynier odpowiada za wóz. Od zawsze było tak, że gdy do TVP przyjeżdżał ktoś ważny, pojawiali się pod jej drzwiami dziennikarze z innych stacji (tak radiowych, jak i telewizyjnych) i przeprowadzali wywiady przed budynkiem. Dlatego sprawa wezwania w swoim czasie przez dziennikarzy TV Republika policji na ekipę Polsatu wydaje mi się koszmarem. Długo zresztą nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tyle razy z reporterami TV Trwam czy TV Republika wspólnie nagrywałam np. powstańców warszawskich. Co się nagle z tymi dziennikarzami stało? Żeby aż tak nienawidzić konkurencji? Przecież, gdy przed laty był marsz w obronie TV Trwam i blokowano nam wyjścia do budynków na placu Powstańców i Jasnej nie buntowaliśmy się. Mnie wtedy o mało tłum nie połamał żeber. Byłam roztrzęsiona i płakałam. Czułam jakąś niesprawiedliwość, bo jechałam na patriotyczną wystawę do Muzeum Niepodległości, a tłum obcych ludzi wyzywał mnie od komuchów. A jednak nie przyszło mi do głowy wezwać policję na manifestujących, a co dopiero na dziennikarzy, którzy przemawiali pod drzwiami czy szli w marszu w obronie tej stacji. Bronili swojego miejsca pracy! Uważałam, że mieli do tego prawo.

Wiele, bardzo wiele lat temu pewien dyrektor w Telewizji Polskiej wyrzucił z pracy jak psa pewną dziennikarkę. Po kilku latach kolejna polityczna miotła wymiotła i jego, jak niepotrzebny śmieć. Wybrał się wtedy na Woronicza szukać pracy. Zapukał do pokoju pewnego dyrektora. Za biurkiem siedziała ta właśnie dziennikarka.
- Rozumiem. Nie mam tu, czego szukać. – Powiedział na jej widok i ruszył w stronę drzwi.
- Proszę mnie nie mierzyć swoją miarą. – Odparła i wskazała miejsce na krześle.
Jest to dla mnie jedna z ładniejszych anegdot o postawie dziennikarza względem dziennikarza. Postawie, w której nie ma miejsca na zemstę. Zawód dziennikarza, bardziej niż pisarza, uczulił mnie na to, że nic nie jest wieczne. Miałam do czynienia z dyrektorami, burmistrzami, a nawet… prezydentami miasta, którzy najpierw nie odpowiadali na dzień dobry, a po latach zdegradowani i zepchnięci niemal na margines życia, przypadkiem spotkani na mieście dosiadali się w kawiarni do stolika, jakbym była ich, wprawdzie dawno nie widzianą, ale przyjaciółką.

Jedyne co mamy dane na zawsze to kręgosłup i godność. Ale to od nas zależy czy zachowamy je do końca życia, czy w którymś momencie stracimy. Nie wiem czy życzenie kolegom po fachu utraty pracy i długotrwałego bezrobocia oraz dziennikarskiej śmierci nie odziera wypowiadających te życzenia z godności i nie łamie im kręgosłupów. Takie życzenia mogą wrócić. Człowiek człowiekowi wilkiem? Nie! Człowiek człowiekowi dziennikarzem! I dlatego, że tyle się ostatnio naczytałam życzeń wypowiadanych przez dziennikarzy pod adresem innych dziennikarzy, coraz częściej wstydzę się przyznać, że jestem dziennikarką. Ale jestem. Na razie jeszcze jestem.

PS Ludzie najbardziej sobie pomagają, gdy jest wojna. Wtedy pomagają sobie znaleźć pracę, dokarmiają się i dają dach nad głową. Chyba żyjemy w dobrobycie, skoro tyle w nas nienawiści do drugiego człowieka.

Fachowcy 40 lat później

Jonasz Kofta i Stefan Friedman kiedyś śpiewali:

Przez cały kraj,
idziemy dwaj,
czy słońce czy śnieżek czy słota!
Niezbędna jest,
czy chce ktoś, czy nie,
w pionie usług fachowa robota.
Czy to sens ma
kląć, że ten świat
z kiepskiego zrobiony surowca?
Bo dobry Bóg
już zrobił, co mógł,
teraz trzeba zawołać fachowca!

Wczoraj było u mnie dwóch. Pierwszy to hydraulik-gazownik umówiony jeszcze przed świętami do czyszczenia pieca od ciepłej wody. Przyszedł punktualnie, dość szybko zrobił co trzeba i poszedł zainkasowawszy należność. Drugim fachowcem był pan z Orange Polska. Nawet nie myślałam, że jeden monter może aż tak sparaliżować życie w domu. Ale od początku.

Przez 15 lat byłam abonentem Cyfry+, czyli ostatnio (po połączeniu) NC+. Kiedy jeszcze była to Cyfra+ byłam w miarę zadowolona z usług. Zresztą… żadnej innej płatnej telewizji mieć nie mogłam, bo nie mieszkam w bloku. Odpadały więc wszelkiego rodzaju kablówki, a z racji wykonywanego zawodu dziennikarza telewizyjnego powinnam mieć dostęp do wielu kanałów. Jednak od jakiegoś czasu zaczęłam zastanawiać się, czy nie zmniejszyć abonamentu (prawie 150 złotych miesięcznie) lub nie zrezygnować z NC+ na rzecz czegoś tańszego, co zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Zwłaszcza, że ostatnie miesiące bycia klientem NC+ mocno dały mi się we znaki. W mijającym roku w sprawie przedłużenia abonamentu dzwoniono do mnie średnio raz w tygodniu. Umowa kończyła mi się (kończy) 31 grudnia, jednak NC+ zaczęło wydzwaniać już w czerwcu. Za każdym razem mówiłam, że mam czas na zastanowienie i by nie wymuszano na mnie podejmowania decyzji, że ja w odpowiednim czasie do nich zadzwonię. Prosiłam o odnotowanie w systemie, że nie chcę odbierać tych telefonów i odezwę się sama, a gdy mówili, że to oni muszą zadzwonić prosiłam o telefon w listopadzie. Daremnie. Co tydzień inny, biedny człowiek z tzw. „Call Center”, dzwonił i próbował wymusić przedłużenie umowy. Dwudziesty któryś telefon przesądził o wszystkim. Zdecydowałam się tej umowy nie przedłużać, bo nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza. To jednak nie było takie proste. Okazało się, że umowy z NC+ nie można nie przedłużać. Trzeba ją… wypowiedzieć. Można to zrobić tylko na piśmie. Pismo musi być złożone osobiście w punkcie NC+ lub wysłane pocztą na specjalny adres. Nie można skorzystać z e-maila. Nie można zrobić tego przez telefon, choć przez telefon można… przedłużyć, a nawet podpisać umowę! Ta wiadomość sprawiła, że jeszcze szybciej chciałam się z tym NC+ rozstać. Do tego doszła sprawa finansów. Okazało się, że Orange, w którym mamy telefon stacjonarny i internet, oferuje taki sam pakiet NC+, ale za o wiele niższe pieniądze. Dodatkowo dostaniemy tzw. „multiroom”, czyli drugi dekoder, a przy okazji szybsze łącze internetowe – 80 mb/s. Zaś wszystko w cenie 89 złotych miesięcznie wraz z telefonem stacjonarnym i internetem. Uznaliśmy, że to świetna okazja. Przecież w NC+ za samą telewizję płacimy prawie dwa razy tyle. Tak więc pewnego dnia popędziłam do punktu NC+ i złożyłam wniosek o rozwiązanie umowy. Był to podobno ostatni dzień, kiedy mogłam to zrobić, inaczej potem musiałabym za miesiąc korzystania płacić… 300 złotych, czyli dwa razy tyle. Ponieważ okazało się, że dekodera oddać jeszcze nie mogę, gdyż nikt go ode mnie nie przyjmie przed końcem umowy, więc z podpisaniem umowy z Orange zwlekaliśmy do końca grudnia. Wreszcie przed świętami zadzwoniłam i umówiłam fachowca na po świętach. Wybrałam ten sam dzień, kiedy umówiony został pan hydraulik-gazownik.

Hydraulik gazownik miał przyjść między 8:00 a 10:00. Pana Orange zamówiłam na godzinę 10:00 – 12:00. Po kilku dniach otrzymałam SMS potwierdzający wizytę. Przyznaję, że nie zwróciłam uwagi, że wpisano tam godzinę między 12:00 a 15:00. Tak więc wczoraj zerwaliśmy się o świcie, by z utęsknieniem czekać na fachowców. Kiedy oddalił się punktualny pan hydraulik-gazownik siedziałam w roboczym ubraniu i pisałam. Bałam się iść myć, by nie było sytuacji, że ja w wannie, a tu w drzwiach pan Orange. Podobnie Ulubiony, który lubi sobie jeszcze szczegółowo porozmawiać z Panem Fachowcem. Około 11:00 odebrałam telefon. Pan Orange będzie o 13:00. Pomyślałam, by wziąć kąpiel, ale… tak mi się dobrze pisało, że zrezygnowałam. Zresztą… pan Orange przyjdzie i zapewne w ciągu pół godziny wyjdzie, bo ileż można podpinać dekoder? Ulubiony w oczekiwaniu na mistrza majsterkował. Po 13:00 przybył Pan Orange. Z miejsca zaczęło się. Usłyszałam, że teraz potrzebne będą trzy kable DSL i on nie ma. Ja miałam do tej pory używane dwa. Spytałam czy on nie powinien mieć ze sobą kabli. Usłyszałam, że owszem, ale dziś akurat nie ma, a poza tym nawet jakby miał, to tu będzie potrzebny jeden trzymetrowy, a on tak długiego to by mi nie dał. Westchnęłam ciężko i tak jak stałam wskoczyłam w samochód, by pojechać do najbliższego sklepu z takimi rzeczami, czyli cholernego Media Markt, po kabel. Najpierw stałam w korku na ulicy, potem w drugim korku do wjazdu na parking, potem w trzecim korku na podziemnym sklepowym parkingu. Kabel znalazłam błyskawicznie i postałam sobie w kolejce do kasy, potem w korku do wyjazdu z parkingu i w korku na ulicy. Po godzinie byłam w domu z trzymetrowym kablem. Pan Orange przyjął go z miną średniozadowoloną, gdyż oznajmił, że chyba będzie potrzebny jednak pięciometrowy! Spytałam czy nie mógł powiedzieć wcześniej? Pan nie odpowiedział. Na werdykt, czy kabel na pewno trzeba dłuższy, czekałam jeszcze pół godziny. Wreszcie usłyszałam, że jednak niezbędne jest pięć metrów kabla DSL. Znów wskoczyłam w samochód, znów czekały mnie korki na ulicy, korki do wjazdu na parking, korki na parkingu Media Markt, a potem kolejka do biura obsługi klienta, by dostać kwit pt. „wymiana sprzętu”. Znów najkrócej zajęło mi wzięcie kabla z półki i… znów stanęłam w kolejce do kasy, potem postałam sobie w korku w garażu, korku na ulicy i po kolejnej prawie godzinie byłam w domu. Dochodziła 17:00… Pan Orange wyszedł później. W trakcie wizyty pana Orange okazało się też, że podłączony nam szybszy internet nie będzie miał jednak prędkości 80 mb/s tylko mniej, bo 80 u mnie „nie pójdzie”.  Byliśmy zmęczeni. Machnęliśmy ręką uznając, że i tak cena 89 złotych za usługę telewizja z telefonem i internetem to mniej niż 150 za samą telewizję. Nie zmienia to jednak faktu, że drugi dzień po wizycie fachowca śpiewam z Jonaszem Koftą i Stefanem Friedmanem i myślę, że taki program jak ten, który we dwóch robili, nadal ma rację bytu. Fachowcy 40 lat później niewiele się różnią od tych ze starych skeczy. Ten jeden z Orange wymęczył mnie tak, że wieczorem niemal padłam trupem. A późna kąpiel niewiele pomogła w stawaniu na nogi.