Archiwa tagu: blogowanie

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Rozliczenie obietnic i nie tylko, czyli Wesołych Świąt

Przez ostatni rok czytelnikom kilka razy obiecałam, że do jakichś tematów wrócę. Czasem nie obiecywałam, ale może ich ciekawi ciąg dalszy tego, o czym w swoim czasie psiałam. Tak więc zapraszam na przegląd, bo czas na podsumowanie. 

1. W styczniu opisywałam sprawę ewentualnego pozwu przeciwko mnie, za to, że na swojej stronie opublikowałam wypracowanie dziewczynki o mojej książce. Zadałam pytanie GIODO. Odpowiedź na piśmie przyszła po dwóch miesiącach. Tak mętna, że nic nie rozumiem. Chyba jestem za głupia, ale dziękujmy GIODO, że jest. Dzięki temu ludzie mają pracę. Żałuję, że wypracowanie ze swojej strony zdjęłam. Może ława sądowa i siedzenie na niej w roli oskarżonej pozwoliłoby mi zrozumieć, o co GIODO chodzi. Nie wiem czy popełniłam przestępstwo publikując wypracowanie czy też nie. (Cytowanie całego dwustronicowego listu sobie daruję. Proszę wybaczyć!)

2. Sprawa sądu za spotkanie autorskie jest już chyba w trzeciej instancji. Końca jeszcze nie widać.

3. Dane, które opisałam, jako nieusuwalne zostały usunięte, ale nadal dostaje oferty jakbym była firmą i to na adres, który nigdy nie był w bazie danych firm, bo wtedy jeszcze tej domeny com.pl nie wykupiłam. Pomysłu na to, jak zmniejszyć liczbę, (choć może jednak powinnam napisać „ilość”, bo to jest jakaś „masakryczna” masa) listów spamujących – nie mam.

4. Audiobook na Białoruś udało mi się przekazać dzięki poznanej podczas festiwalu „maj nad Wilią” polsko-białoruskiej poetce, której mama jest nauczycielką w polskiej szkole na Białorusi. Dzięki temu uniknęłam cła.

5. Jeśli idzie o telefony w sprawie zalegania z ratami to… została mi ostatnia rata! Jeśli jeszcze nawet odbiorę taki telefon, to tylko jeden! A potem, mam nadzieję, że już nigdy żadnego!

6. Antologia Każdego dnia, z której moje opowiadanie wyrzucono – ukazała się drukiem. Nie miałam w ręku. Inni autorzy, z których kilkoro czytało mój wyrzucony tekst twierdzą, że ich były cukierkowe. Mój nie pasował. A przecież można było wysłać do mnie prośbę o zmianę tekstu.

7. Ci, którzy pamiętają moją dramatyczną historię z festiwalem literackim niech wiedzą, że trzymam rękę na pulsie. Szczegółów niestety jeszcze zdradzić nie mogę.

8. Jeśli idzie o uporczywe namawianie mnie na szkolenia, prace zdalna itd., to niestety nic się nie zmieniło. Co bym nie napisała, że mnie takie rzeczy nie interesują – i tak dostaję propozycje. Nie tylko mailem, ale na wspomnianym przeze mnie portalu zawodowym również. Ostatnio, gdy jednej pani zwróciłam uwagę, że chyba nie przeczytała tego, co mam na swoim profilu, otrzymałam odpowiedź: „Przeczytałam dokładnie Pani profil, ale pomimo Pani zastrzeżenia wysłałam do Pani moje pytanie. Różne są motywy i powody działania w różnych okresach i dziedzinach naszego życia…”

9. W sprawie Nino news jest taki, że do dziś nie odebrał pendrive’a, na którym miał nagrać swoje wspomnienia, by zostały opublikowane. Do dziś nie wyraził też chęci zjedzenia ze mną obiadu na mój koszt.

10. Iwo Kondefer, którego projekt wsparłam potrzebuje jeszcze prawie 800 złotych z 3000 by ruszyć z projektem : ”Idę po radę”. Pozostało 14 dni. Może ktoś zechce go wesprzeć?

11. Zaś z dobrych informacji jest taka, że jeszcze pojadę do PRL w Chorzowie, gdyż…. Ulubiony wygrał Obserwatorium Artystyczne Entrée, a nagrodą główną jest półroczna współpraca z teatrem Rozrywki w Chorzowie. Będzie się działo. Ale do tego PRL chętnie wrócę. Chociażby po to, by sfotografować maskę na ścianie.

12. Ostatnio wspominałam, że zrobiłam „film”. Tak jest… historia filmu jest i długa i krótka. Wymyśliłam go wiele miesięcy temu pod wpływem filmów Alien vs. Predator, „Godzilla contra Hedora” i innych tego typu za przeproszeniem głupot. Pomyślałam wtedy, że ja to bym chętnie stworzyła kompletną głupotę, której bohaterem byłby Indiana Jones, który walczyłby z…
Na realizację pomysłu nie miałam jednak ani czasu ani środków w postaci kamery lepszej niż moja amatorska Hitachi. Aż… z pomocą przyszło zarządzenie mojego dyrektora, który kazał przeszkolić się reporterom z obsługi kamery. Podobno nie po to, byśmy mieli coś kręcić, ale na „w razie czego”. Szkolenie trwało 10 minut. Spytałam po nim chytrze, czy szkoleniowcy są pewni, że po 10 minutach wykonam to, co inni robią po 5 latach studiów. Zaproponowano mi wzięcie kamery na próbę. No to wzięłam. A że nie chciałam, by było to bezproduktywne, więc… w domu zagnałam Ulubionego i Panicza Syna do pracy. Jeden zagrał Indianę Jonesa, a drugi…
Całość zmontował mój ulubiony montażysta Jarosław, co potraktował, jako doszkolenie się z różnych efektów bardzo rzadko stosowanych w montażu programów newsowych. Pracę wykonał po godzinach i w przerwach.
Oto produkt końcowy. Ja w roli Sławomira Idziaka i Stevena Spielberga. (He he). Poniższe „dzieło” proszę potraktować, jako prezent na gwiazdkę. Specjalnie dla Państwa z okazji świąt zmieniam mu tytuł na „Indiana Jones sam w domu”. Mam nadzieję, że nasza rodzinna żartobliwa produkcja godnie zastąpi opatrzony już wszystkim film o Kevinie.

Przy okazji życzę wszystkim Wesołych Świąt. Po religijny akcent odsyłam na swoją stronę
http://piekarska.com.pl
gdzie zamieściłam wirtualny prezent Bożonarodzeniowy. Tym razem na blogu świecko.

Słomiany zapał, czyli bez pracy nie ma kołaczy

Każdy z nas słyszał o słomianym zapale. Każdemu on się przytrafia. Ja z tym walczę. Gdy postanowię, że coś zrobię – staram się to zrealizować. Pół roku temu wymyśliłam, że nakręcę krótki „film fabularny” (specjalnie pisze fabularny, choć to nawet nie etiuda a 4 minuty czegoś) inspirowany dwoma słynnymi i diametralnie różnymi filmami Stevena Spielberga, które potem doczekały się kontynuacji. Bohaterem pierwszego jest pewien archeolog, a drugiego rekin. O ile pierwszy film oglądałam w telewizji o tyle na tym drugim byłam w kinie z koleżankami z klasy. Jedna podrapała mi rękę ze strachu. Był rok 1978 a my miałyśmy po niecałe 12 lat…

„Premiera” tego mojego „dzieła” dedykowanemu Spielbergowi i będącego zabawą – lada moment. Ale ja, kiedy coś wymyślę, chcę zrealizować i tego nie zrobię – mam potworne wyrzuty sumienia. Przyznam, że nie śpię, dopóki nie zrobię. Tak jest ze stroną genealogiczną. Tak jest i z książkami, których nienapisane rozdziały straszą mnie po nocach. Tak jest nawet z blogiem. Gdy długo nie piszę, czuję, że zaniedbuję czytelników, więc też mam wyrzuty sumienia. Ja tam do takich sprawa podchodzę poważnie, a słomiany zapał po prostu zawsze mnie przerażał i przeraża. Są jednak tacy, których nie przeraża. U których rzeczy można rozpocząć i porzucić, jak kieckę na fotelu albo nawet papierek na chodniku.

Oto co jakiś czas dostaję listy od ludzi, którzy chcą zostać „sławnymi blogerami”. Zawsze pytają, co robić. Nie wiem, czemu akurat mnie, ale to już zupełny szczegół. Odpowiadam wszystkim, że trzeba po prostu regularnie pisać.  A oni piszą, potem coraz rzadziej a potem milkną na wieki. Od jakiegoś czasu w specjalnej zakładce umieszczam adresy ich blogów i co jakiś czas do nich zaglądam. Ciekawi mnie, na ile starcza im zapału. Przeważnie szybko milkną, a ich blogi leżą odłogiem, jak pola w okolicach Czarnobyla. Dwaj najwytrwalsi też już zamilkli. Jeden ostatni raz napisał post półtora miesiąca temu, a drugi ponad pół roku temu. Pisze o tym, bo dziś przy porządkowaniu poczty wpadł mi w ręce list sprzed prawie dwóch lat. Brzmiał tak (pisownia oryginalna metodą wytnij/wklej):

„Witam pania mam na imie Joanna , mam 23 lata i jestem modelka aktorka i tancerka na stale mieszkajaca w Nowym Jorku .Urodzilam sie w Polsce , a wychowalam w Niemczech , od 11 lat nie mieszkam juz w kraju,a moja kariere robie tutaj w USA.Ostatnio zaczelam sie bardzo interesowac BLOGGIEM , napisalam jak do tej pory 2 w jeden dzien , bo na wiecej nie mialam czasu, jeden po angielsku i jeden po Polsku. Moje pytanie jest takie jak moze sie blog stac popularnym blogiem ?? jak mozna zachecic duza liczbe osob zeby chcialo przeczytac moj blog ??, czy sa jakies specjalne zasady zeby BLOG mial wieksza popularnosc?Bardzo bym prosila o jakies wskazowki , goraco pozdrawiam z NYC. Joanna”

Oczywiście odpisałam, że trzeba pisać. Że ja na taki większy wzrost czytelnictwa czekałam pięć lat.

Dziewczyna podziękowała za odpowiedź i zapomniałam o tej korespondencji. Aż do dziś. Ponieważ w jej liście podany był adres bloga. Zajrzałam tam. Ostatni wpis powstał dzień po otrzymaniu ode mnie odpowiedzi. Na więcej nie starczyło zapału. Niesamowite, jak mało w ludziach cierpliwości. Jak chcą wszystko zdobyć natychmiast. Niestety… szybko to można jedynie zrobić w majtki, puścić coś z dymem i oblać się wodą. Sukces wymaga pracy. Od dziecka nam to wpajają, a mimo tego nadal spotykam na swojej drodze takich ludzi, którzy naiwnie wierzą, że da się to jakoś ominąć. W sumie podziwiam. Ja też jestem optymistką, ale mój optymizm ma jednak granice realizmu, który podpowiada, ze jak w starym przysłowiu: „bez pracy nie ma kołaczy”.

W zabieganiu

Tak to jest, że jestem zabiegana. Czasu nie mam dosłownie na nic. Po prostu piszę, pracuję, biegam, rozmawiam, załatwiam sprawy i końca nie widać. Przez ten czas setki pomysłów na wpis na blogu wpadają, by potem z braku czasu popaść w niebyt.

Nie piszę więc o doktorze Chazanie, choć przyznam, ze wyjątkowo miałam chęć. Nawet nie dlatego, że z kilkoma jego pacjentkami leżałam 20 lat temu na porodówce, bo to stare sprawy i nawet nie wiem, jak się skończyły. Być może niektóre niestety trwają i mają się gorzej, bo w Polsce łatwiej o opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem niż niepełnosprawnym dorosłym, a te dzieci jeśli żyją, są już metrykalnie dorosłe.  Bardziej miałam chęć na pisanie o tym dlatego, że znajoma neonatolog opowiedziała mi (zresztą już dawno temu), jak tuż po studiach medycznych, a jeszcze w czasie stażu w szpitalu, przyszło jej badać bezczaszkowca. Było to jedno z pierwszych „jej dzieci”, jakie miała badać po ich przyjściu na świat. Opowiadała (nota bene przy dużej wódce, bo jak twierdziła na trzeźwo pewnie by tego nie opowiedziała), że przeżycie było tak straszne, że zastanawiała się wtedy nad zmianą specjalizacji, a nawet porzuceniem medycyny w ogóle. Potem przyznała, że z czasem lekarz na pewne rzeczy obojętnieje. Ona po ćwierćwieczu bycia lekarzem – zobojętniała, ale pierwszy bezczaszkowiec i jego wspomnienie cały czas w niej silnie tkwi.

Nie piszę o wizycie na zlocie blogerów i pisarzy w Sopocie pod tytułem: „a może znów z książką nad morze”, bo właściwie było fajnie i zawarłam nowe znajomości i książek sporo przywiozłam (matko! Jakie super tytuły!), a że w miejscu spotkania mieliśmy zjeść na własny koszt z upustem, co okazało się i tak trzy razy drożej niż u mnie na Saskiej Kępie – cóż… było minęło. Aczkolwiek zobaczywszy rachunek jęknęłam! Naprawdę piwa za 10 złotych długo nie zapomnę! Podobnie jak bardzo drogiego, a niestety bardzo niedobrego spaghetti alio e olio.

Nie piszę o genealogicznych odkryciach, których ostatnio dokonałam, a które znajdą się w prasie i książce. Choć korci, by opowiedzieć „światu” tak niezwykłą historię, którą żyję od bez mała dwóch tygodni. Ale nie mogę „spalić” sobie ani książki, ani artykułów.

Nie piszę szczegółowo o wizycie Szwagra, zwanego przeze mnie Szwagroszczakiem, który przyjechał załatwiać tzw. sprawy i jak zwykle ubawił mnie do łez. Ciągle głodny, a chudy jak szczapa. Posiadaniu lokatora stanowczo zaprzecza. Najbardziej jednak ubawił mnie tym, że spraw swoich nie załatwił i wiadomo było, że będzie jeszcze raz tu w tym celu jechał. Mówiłam mu, by został z tydzień, wtedy się wszystko wyjaśni i wszystko od razu załatwi, a z nami trochę pobędzie. Dla mnie to zawsze weselej i rodzina większa i generalnie lubię, jak przyjeżdża. No, ale Szwagroszczak uparł się wracać. I co? Że musi z powrotem przyjechać do Warszawy, bo wszystko na niego już czeka, dowiedział się, gdy był w autobusie relacji Warszawa – Śląsk. Dlatego wieczorem znów wsiadł w autobus, tym razem relacji Śląsk – Warszawa, i rano o piątej wylądował u nas na kanapie w postaci pół żywego trupa. Zostać na dłużej nie chciał, bo już był „podjarany” czymś innym, więc po południu znów wskoczył w autobus i pojechał na Śląsk. Gdy wieczorem zadzwonił, by dać znać, że jest w domu, oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spytała z kamienną twarzą i śmiertelną powagą, o której będzie jutro.

- Bardzo śmieszne – odparł i jak we czwórkę z nim, Ulubionym i Paniczem Synem zaczęliśmy się śmiać, tak końca śmiechu nie było. Ja wyobrażałam sobie wszystkie poranki ze Szwagroszczakiem pukającym do drzwi o piątej rano i padającym na twarz na kanapie z pierdzącym psem leżącym w nogach. Nie wiem, co wyobrażali sobie moi wszyscy trzej panowie. Panicz Syn, gdy rano zobaczył Szwagroszczaka, którego poprzedniego dnia pożegnał – dosłownie zaniemówił.

W każdym razie dzieje się wokół. Młyn jest cały czas i w zabieganiu to trudno myśli zebrać, a co dopiero napisać jakikolwiek w miarę rozsądny tekst blogowy. Tak więc tłumacząc długotrwałe milczenie – obiecuję poprawę!

Margines do połowy kartki

Pisałam kiedyś o kuratorze sądowym i jego blogu „Na marginesie życia”. Pisałam o nim dwukrotnie. Jakiś czas temu ukazała się książka opublikowana przez kuratora pod pseudonimem, a zatytułowana „Na marginesach życia”. To pokłosie bloga. Autor przesłał mi ją do domu wprawiając tym w rozczulenie. Jest to publikacja zawierająca wpisy z kuratorskiego bloga. Niestety nikt (chyba) nie pokusił się o to, by podesłać ją naszym posłom, senatorom, ani proboszczom. Wnioskuję tak, gdyż nadal obserwuję, czytając o tym, co dzieje się w kraju, skutki myślenia, że uda się ludzi nauczyć moralności poprzez straszenie ich piekłem i gniewem Bożym. Cóż… gdyby tak było, świat nie wyglądałby tak, jak wygląda.

Kurator w swoich wpisach, a teraz w książce, pokazał czytelnikowi Polskę bynajmniej nie jak z bajki, ale jak z horroru Wojciecha Smarzowskiego. Wielokrotnie rozmawiałam o tym „polskim piekiełku” ze znajomymi. I wielokrotnie okazywało się, że dopiero ta rozmowa ze mną sprawiała, że zaczynali dostrzegać świat, który dzieje się tuż obok – na (jak to świetnie określił kurator) marginesie życia.

Wśród wpisów kuratora jest jeden, który dla mnie do dziś jest najbardziej wstrząsający i w rozmowach ze znajomymi podaję tę historię, jako przykład patologii. Na kuratorskim blogu nosi tytuł „Worki gówna”. W książce jest zatytułowany łagodniej: „Jaś i Pawełek”. Jest wstrząsającą historią o tym, jak rodzice sprzedawali własne dziecko pedofilowi za flaszkę wódki. Co stało się ze świetliczanką, która to odkryła i doprowadziła do ukarania sprawców, a także poprawy losu dzieci? Jak napisał kurator: „Pani świetliczanka szybko zrezygnowała z pracy na tej wiosce. Dwa razy wybito szyby w świetlicy, ktoś obrzucał jej kamieniami samochód. Także mniej dzieci zaczęło do niech przychodzić, a starsze zaczęły ją wyzywać. Nie wytrzymała i odeszła. Złamała tabu, o którym wszyscy wiedzieli i wielu znienawidziło ją za to.”

Wielu z nas żyje w takim tabu. Godzi się na pewne rzeczy. Przymykamy oczy na sąsiada lejącego dzieciaki. Na matkę pijaczkę. Ja już na to się nie godzę, ale niestety też często z tego powodu podzielam los świetliczanki. Przykład najbliższy. Moja sąsiadka tłucze matkę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę kupę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę siusiu. Za to, że matka coś jej zje. Słuchałam tego, ale za którymś razem poinformowałam opiekę społeczną. Napisałam, że z obiema paniami jestem w konflikcie, ale czuję się w obowiązku zgłosić, ze coś jest nie tak. W końcu matka po 80-tce. Nie chciałabym, by pewnego dnia została zatłuczona. Sama nie mam rodziców. Byłoby mi wstyd, gdybym potem usłyszała, że nie reagowałam. Przesłałam na dowód swojej prawdomówności stosowne nagrania (dziś każdego można nagrać, a te wrzaski słychać u mnie dobrze i wyraźnie). Reakcja OPS była szybka. Niestety niewiele wniosła, bo matka nie przyznaje się, że jest bita. Żyją obie w dziwnej symbiozie i uzależnieniu jedna od drugiej. Nadal więc, co jakiś czas matka otrzymuje ciosy za swoje, czyli siusiu, kupę, czy zjedzenie. Jej los się nie poprawił. I tylko ja mam gorzej. Jej córka ciąga nas po sądach. Zawsze znajdzie jakiś powód. Od dwóch lat jest nim złamana w ogrodzie różyczka. Są też inne. Szkoda wymieniać.

Podałam ten przykład, bo to taki drobiazg. Taki margines. Problem jest jednak w tym, że od lat tego typu margines w naszym kraju się rozrasta. Nie mam na myśli sprawy mojej sąsiadki. To zresztą wykształcona kobieta. Nomen omen prawniczka. I zapewne chora psychicznie. Jednak z roku na rok wzrasta liczba innych, o wiele bardziej drastycznych spraw. Wszystko dlatego, ze patologia, o czym już wspominałam, namnaża się jak wirus! Stąd co jakiś czas czytamy, że matka latami zabijała swoje własne nowonarodzone dzieci, a ich płody trzymała w lodówce. Albo że zakopywała je na swojej posesji. Lub topiła je w pobliskim szambie. Ostatnio wyczytałam, że pewna mama zgłosiła się na pogotowie z noworodkiem w reklamówce. Urodziła, ale po odcięciu pępowiny zajęła się innymi czynnościami. Do szpitala z dzieckiem w siatce poszła po kilku godzinach. Oczywiście przyszła z trupem. No, ale w końcu, jak można w siatce trzymać wołowinę, czemu nie dzieciaka? To zapewne jej zdaniem też mięso. Nie była pierwszą, która tak zrobiła. Informacji o podobnych historiach znalazłam w sieci kilka. Za każdym razem mama była osobą niepełnosprawną intelektualnie. Oczywiście z tzw. patologicznego środowiska, w którym alkohol jest na porządku dziennym. I właśnie na tej podstawie mam wrażenie, że taki margines sięga już połowy kartki, która jest symbolem całej Polski. A my nadal nie wiemy co z nim zrobić. Nadal chcemy prymitywów nauczyć moralności katechizmem. A lekarzom wydaje się, że ich klauzula sumienia i odmówienie wykonania aborcji sprawi, że ludzie pokochają swoje dzieci z gwałtów i wpadek z diabli wiedzą kim. Mało tego, myślą, że ci ludzie pokochają swoje upośledzone dzieci i będą je w miłości chować. Moim zdaniem marne szanse, skoro mimo otwierania „okien życia” w gnojowiskach lądują dzieci, które urodziły się zupełnie zdrowe. Skoro te zdrowe nie znajdują miłości. Jakie szanse mają chore?

Mam wielki szacunek do profesora Chazana, o którym ostatnio głośno, ale chciałabym zobaczyć go w akcji, kiedy tym prymitywnym matkom tłumaczy, że mają pokochać swoje dzieci. Że on zaoferuje im pomoc. Warszawa to nie cała Polska. W Warszawie patologii sporo, ale też i więcej możliwości edukacji. Jak natomiast on wytłumaczy to wszystko, tym wiejskim matkom z popeegerowskich wsi, które rodzą w gnojowiskach, a u ginekologa nie były ani razu? Bo dla nich rozkładanie nóg przed pierwszym lepszym facetem nawet za flaszkę jest mniej obrzydliwe i naturalne niż rozkładanie ich przed ginekologiem?

A swoją drogą… czy ktoś zbadał, ilu jest w Polsce lekarzy, którzy teraz podpisali klauzulę sumienia, a wcześniej w czasach PRL „wyskrobali” sobie mieszkania czy domki z ogródkiem? Wiem. Pytanie nie na miejscu. To ono powinno wylądować w gnojowisku. Niestety o wiele częściej lądują tam dzieci. Margines? Też kiedyś tak myślałam. Ostatnio jednak zauważam, że w niektórych środowiskach powoli staje się pewną normą. A my udajemy, że tego nie widzimy. Co z naszą klauzulą sumienia. Czy też jest na marginesie życia?

PS A kto chce zrobić dobry uczynek. Niech kupi książkę kuratora jakiemuś twardogłowemu zwolennikowi nawracania patologii krzyżem, różańcem i katechizmem. (Książka jest łagodniejsza od bloga. mniej w niej ostrych sformułowań, które rażą wielu.) A potem niech da mi znać. Jakie ten ktoś ma wnioski po lekturze.  A przede wszystkim jakie pomysły, bo na tym najbardziej mi zależy. W końcu margines rośnie…

Mozliwość jest

Tak jak kiedyś nauka rosyjskiego tak teraz ukraińskiego – opłaciły się. Dziś spokojnie mogę czytać to, co na ukraińskich i rosyjskich portalach, a także oglądać to, co w tamtych telewizjach. Połączenie „Cyfry plus” i „Telewizji n” w „NC+” zaowocowało tym, że na kanale 402 odbieram obecnie ukraińską stację telewizyjną „Odyn plus odyn” czyli „1+1”. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, skupieni w niej dziennikarze w opinii mojej i Ulubionego relacjonowali wszystko rzetelnie. Do rozmów zapraszali obie strony konfliktu. Korespondentka z ukraińskiego parlamentu rozmawiała i z przedstawicielami opozycji i Partii Regionów. Dziennikarze w reportażach pokazywali ludzi, którzy są na Majdanie, rozmawiali z nimi i nie stawiali tezy, że steruje nimi zachód, że to nacjonaliści itp. Zresztą, jak pisałam wcześniej, Janukowycza nie chce już niemal cała Ukraina. I nie ma to znaczenia czy ludzie ciążą swoimi poglądami ku zachodowi czy ku wschodowi. Nawet, jeśli wcześniej jedna czy druga strona konfliktu „kupowała” zwolenników spośród takich czy innych środowisk, teraz na ulicy są w większości zwykli ludzie, w różnym wieku i różnych zawodów. Ci, którym, jak to się popularnie mówi „już się przelało”. Wprawdzie nie wiem, jak program „1+1” relacjonował Majdan wcześniej, bo emitowane na antenie informacje odkryliśmy dopiero wczoraj (wcześniej widzieliśmy tam same filmy i seriale), ale byliśmy poruszeni zdjęciami, które pokazywali, a jakich próżno szukać w naszej polskiej telewizji (jednak cenzurujemy okrucieństwo). Paradoksalnie w tym czasie wszystkie trzy dostępne na platformie „NC+” kanały rosyjskojęzyczne, czyli „Jedynka”, „RTR Planeta” i „Rossija 24” nadawały propagandową sieczkę, w której zarówno dziennikarze, jak i zapraszani do rozmów politycy przekonywali, że za Majdanem stoi zachód, a zwolennicy Majdanu to tylko bandyci i terroryści. Dość to paradne, że działo się to w momencie, w którym w sieci na portalu ukraińskojęzycznym pokazano, jak górnicy z Donbasu(!) wrzeszczą do kamery, by nie wierzyć, że Ukraina to prorosyjski wschód i banderowski zachód, bo wszyscy chcą Ukrainy bez względu na to, jakimi językami mówią na co dzień w domach. Zaczęło mnie wtedy zastanawiać, czy możliwym jest, by w XXI wieku i dobie internetu Rosjanie wierzyli w to, co widzą na ekranach swoich stacji telewizyjnych? No, ale od czego ta znajomość języków. Najpierw pomógł twitter. Zasubskrybowane kanały mówiące o Majdanie migały mi przed oczami z prędkością kałasznikowa. Wreszcie… pojawiło się coś, czego szukałam. Adresy rosyjskich blogów traktujących o wydarzeniach w Kijowie. Blogów prowadzonych przez rosyjskich dziennikarzy naprawdę niezależnych. Jeden z nich napisał, że oglądał rosyjską TV i „w tym momencie chciało mi się wyjść na Majdan, znaleźć ich korespondenta i spytać, co za brednie plecie.” A więc jednak w XXI wieku Rosjanie nie są skazani tylko na reżimową telewizję. Mogą zajrzeć do internetu i poczytać/posłuchać swoich rodaków mających nie tyle inne zdanie niż władza, ale pokazujących to, co naprawdę się dzieje. Pozostaje oczywiście pytanie, czy Rosjanie korzystają z tej możliwości.

PS Swoją drogą wstrzymujemy oddech. Jak to się wszystko skończy?

Klasyczne kociołkowe

Pisałam ostatnio o swojej „przygodzie” z wymianą telefonu. Sprawa skończyła się w końcu tak, że Play uznał moje racje i napisał: odnosząc się do przesłanej korespondencji dotyczącej popełnionego błędu ze strony Operatora sieci Play, najmocniej przepraszam za zaistniałą sytuację. W żadnym wypadku nie jest to Pani wina, informację odnośnie karty microSIM powinna zostać przedstawiona przed podpisaniem Umowy. W związku z powyższym chciałabym przyznać Pani rekompensatę w wysokości 30 zł na przyszły okres rozliczeniowy.

Najbardziej mi zależało na przyznaniu się do błędu, bo jednak dwukrotne wysyłanie do salonu naprawdę zmarnowało mój czas. Ale i 30 złotych piechotą nie chodzi! Zajęta innymi sprawami nie zdążyłam jednak o tym napisać, kiedy moja agentka od spotkań autorskich przysłała mi list, jaki przyszedł na jej adres:

Szanowna Pani,
Szkoda, że Pani nie pozwala komentować swoich notek, aczkolwiek znam problem trolli i innych tego typu pokrewnych użytkowników sieci. Ale cóż, muszę to napisać: pisze Pani o sobie, tu cytat: „Jestem dziennikarką prasową i telewizyjną, a z zamiłowania blogerką i pisarką – członkiem Zarządu Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Opublikowałam kilka książek, choć napisałam ich znacznie więcej” – czyli inteligentna kobieta z Pani i to z osiągnięciami intelektualnymi! Jeśli opisywana w notce sytuacja dotyczy Pani, to zastanawia mnie jedno: bierze Pani telefon w sieci i nie czyta Pani o nim w sieci? O jego ustawieniach technicznych? Nie chodzi tylko o to, jaką kartę SIM obsługuje – micro, czy „zwykłą”, ale pozostałe parametry. Warto też zapoznać się z opiniami użytkowników na temat danego telefonu. Poza tym jest jeszcze jedna możliwość: sprzedać telefon i zakupić inny, obsługujący „normalną” kartę SIM. Nie ma się co oburzać na Play – jak w każdej tego typu firmie (operator komórkowy), mają dość dużą rotację zatrudnienia na każdym stanowisku związanym z obsługą klienta, czyli na wszelkich liniach telefonicznych i w punktach bezpośredniej obsługi. Nie każda młoda absolwentka po drugiej stronie słuchawki pomyśli, żeby powiedzieć Pani akurat to, co Panią interesuje w sprawie telefonu, jeśli Pani sama o to nie zapyta. A może poprzedniej pani X powiedziała i dostała ochrzan: „a co Pani myśli, że ja na bieżąco z nowinkami technicznymi nie jestem?!”
Pozdrawiam,
Przypadkowa czytelniczka

Śmiać mi się chciało z tego wykładu, ale… odpisałam, co następuje:

Szanowna Pani,
Z wielką uwagą przeczytałam Pani list. Nie chce mi się przed Panią tłumaczyć, bo Play uznał moje racje. Ale jeśli już to Panią tak strasznie interesuje, to przeczytałam wszystko o telefonie poza tym, na jaką jest kartę SIM, bo nie miałam świadomości, że są różne i że istnieją karty SIM micro. Nie muszę śledzić nowinek technicznych, bo nie jestem dziennikarką od IT.
Ponieważ z listu rozumiem, że poczuła się Pani mądrzejsza, a list miał być prztyczkiem w mój nos (głupiej, choć wykształconej blondynki), więc pozwolę sobie odbić piłeczkę…
Taka z Pani inteligentna kobieta, a napisała Pani nie do mnie, a mojej agentki, choć mail do mnie jest podany jak na dłoni, a przy mailu agentki napisane, żeby pisać na niego w sprawie spotkań autorskich… ;)
Pozdrawiam Panią naprawdę bardzo serdecznie i gratuluję braku własnych problemów. Też chętnie bym spędziła czas na wytykaniu ludziom, których teksty przypadkowo przeczytałam, co w swoim życiu robią źle. ;)
Oby Najwyższy nadal był dla Pani tak łaskawy.

I tak sobie myślę…. Jak to się dziwnie na tym świecie plecie, że gdy ktoś ma do mnie jakieś „anse” i chce mi napisać maila krytycznego, a zwłaszcza takiego, w którym chce powiadomić mnie, jaka to jestem głupia, nieuważna itd., zawsze go wyśle nie na mój adres, ale biednej mojej agentki Gabrysi. Bo to jest nie pierwsza taka historia. A pokazuję to, bo gdyby ktoś chciał wiedzieć, jak wygląda klasyczne „przyganiał kocioł garnkowi” – to pokazuję: właśnie tak!

Mój mały własny eksperyment

Świadectwo szczepienia ospy u mojego taty :)

Znajoma, której blog o codziennych zmaganiach z chorobą genetyczną regularnie podczytuję, poinformowała, że bierze udział w plebiscycie „Blog roku 2013”. Mam złe zdanie o konkursie. Uważam, że formuła jest upokarzająca. Trzeba prosić znajomych, by słali SMS’y na twój blog. Paradoksalnie mój blog „W świecie absurdów” i bez takiej „promocji” ma czytelników, więc…. na cholerę mi to? Ale… postanowiłam zgłosić do konkursu w kategorii „pasje i zainteresowania” stronę 
http://piekarscy.com.pl/
, która jest przeze mnie prowadzona w formie bloga. Chcę w ten sposób wysondować, czy ludzi w ogóle takie rzeczy, jak genealogia, interesują. Nie chodzi mi tu o wygranie, bo nie wierzę, że ten projekt w dzisiejszym mocno konsumpcyjnym świecie może cokolwiek wygrać, ale chodzi mi o sprawdzenie, co będą polecać czytelnicy? Jak na tle innych pasji wypadnie moja rodzinna genealogia.

W tej kategorii zgłoszono do tej pory takie pasje jak: szydełkowanie i inne robótki ręczne, blog o piłce nożnej, blog o psach, o królikach, fotografowaniu, o kwiatach i ogrodnictwie, o jedzeniu (nie mylić z gotowaniem), o nowych technologiach, o matematyce, o tworzeniu czegoś z odpadów, o testowaniu kosmetyków, wszystko o Italii, wszystko o raku tarczycy (nie wiedziałam, że można mieć taką pasję, ale cóż… przecież człowiek całe życie się uczy), o podróbkach, o designie i wnętrzach, o kawie (piciu, parzeniu itd.), o rowerze, o kupowaniu tylko polskich produktów, o koniach, o modzie, o Warszawie, o Świątnikach Górnych, o książkach, o górskich szlakach, o wierszach, o bieganiu, o szyciu, o przepowiadaniu pogody, o Chinach, o kinie azjatyckim, o zdjęciach lotniczych itd.

Tak więc jeszcze raz powtórzę. Ciekawi mnie, jak na tle tych wszystkich innych pasji wypadnie blog o genealogii i korzeniach własnej rodziny? Jak spodoba się prosty w formie i treści blog poświęcony szukaniu wspólnych przodków? Na marginesie dodam, że już się jedna jego czytelniczka do mnie zgłosiła! Jak się z nią spotkam, to opiszę, co i jak!

Niestety zapewne nie dowiem się, jak na blog o genealogii zareaguje Krzysztof Hołowczyc, który jest jurorem w kategorii „pasje i zainteresowania”. By się tego dowiedzieć musiałabym znaleźć się w dziesiątce blogów wybranych przez czytelników w tym glosowaniu SMS’owym, w którego uczciwość nie bardzo wierzę. Nie mniej jednak „słowo się rzekło, kobyłka u płotu”. Zobaczę, jak się ma pasja genealogiczna do pasji gromadzenia informacji o raku tarczycy, czy do pasji kupowania tylko polskich produktów.

Z góry uprzedzam. Gdy dojdzie do etapu głosowania SMS’owego to:
1. By rzecz była wiarygodna i uczciwa nie zamierzam oddawać na siebie głosu.

2. Nie opublikuję prośby o SMS na tym blogu i nie podam tutaj numeru SMS ani numeru mojego genealogicznego bloga w konkursie (kto będzie chciał i tak go znajdzie)!

3. Nie jestem pewna czy wyślę SMS do znajomych. Teoretycznie mam pakiet darmowych SMS’ów, nie chodzi więc o koszta, ale nie wiem czy z tego skorzystam. Jeśli tak – dam znać. Jeśli nie – też dam znać. Czekam na sugestie czytelników, czy słać SMS’y do znajomych czy nie słać.

Co to znaczy znany? Czyli poproszę młotek!

Wzięłam ostatnio udział w takim posiedzeniu dotyczącym konkursu Blog Roku. Nie. Nie oznacza to, ze zmieniłam zdanie i postanowiłam brać udział w konkursie. Regulamin, który naprawdę rozumiem i rozumiem jego sens, nie odpowiada mi. Samo to, że ja muszę się zgłosić, a nie że biorą w konkursie udział blogi zgłoszone przez czytelników wydaje mi się czymś absurdalnym. A myśl o tym, że na pewnym etapie miałabym słać do znajomych i przyjaciół SMS’y z prośbą o to, by na mnie głosowali – napawa mnie lekkim niesmakiem. Nie mniej jednak konkurs co roku śledzę, bo to okazja do zajrzenia na blogi, o których istnieniu na co dzień nie mam zielonego pojęcia. A w końcu to, co ludzie piszą, to czasem naprawdę niezwykle ciekawe rzeczy. W każdym razie kilka dni temu w ileś tam osób zebraliśmy się w warszawskiej siedzibie Onetu. Dyskusja była zażarta. Ja np. optowałam za tym, by blogi nastolatków były nazwane po polsku, a nie „teens”. Przyznaje, że dość mam już w języku polskim „lunchów” czy „lunchy”, „branchów” czy „brunchy”, a także określeń „design” czy „fashion” zamiast wzornictwo przemysłowe lub moda. Długo dyskutowaliśmy o tym jak podzielić blogi artystyczne, których autorzy coś tworzą i te, których autorzy piszą o artystycznym świecie – aktorach, filmie, malarstwie itd. Gdzie umieścić blogi o książkach i te, których autorzy piszą małe dzieła literackie. Oj działo się!

Niestety nie przedstawiono nas sobie, więc poza 2-3 osobami kompletnie nie wiedziałam kim są pozostali uczestnicy dysputy, a i oni (moim zdaniem) nie wiedzieli kim jestem ja. Zresztą niby skąd mieli to wiedzieć? W pewnym momencie, podczas drobnego poczęstunku typu „szwedzki stół” zaczepiła mnie jedna z uczestniczek.

- Jakiego bloga prowadzisz? – spytała.
- O absurdach dnia codziennego – odparłam zgodnie z prawdą. Zrozumiałam zresztą, że pytanie dotyczy typu bloga. Czy piszę o kuchni? Czy może o modzie? A może o książkach?
- A ty? – spytałam.
- No takiego bloga-bloga – odparła rozmówczyni. Co ciekawe w tej jej wypowiedzi było sporo fałszywej skromności. Pewnie dlatego nagle odezwała się do mnie jej koleżanka:
- Jak to? Nie poznajesz jej?
- Przepraszam, ale nie – odparłam, bo dałabym sobie głowę uciąć, że obie dziewczyny widziałam pierwszy raz w życiu.
- Przyjrzyj się – powiedziała dziewczyna. – To bardzo znana blogerka.
- Przepraszam. Nie znam. Ale proszę się nie przejmować. Ja podchodzę do życia statystycznie – odpowiedziałam. – Na świecie jest siedem miliardów ludzi z czego ponad połowa nie słyszała o Jezusie. No prawda jest taka, że zawsze znajdzie się jakaś osoba, która dla kogoś jest bardzo znana, a dla nas nowa. Przykładów mogłabym podać naprawdę wiele.

Poznałam jednak nazwe bloga. W domu zajrzałam do niego. Już kiedyś byłam na tych stronach. Ciekawy. Wtedy sporo podczytałam. Jednak teraz przywitała mnie pewna nowość. Były to: logo do pobrania, propozycje współpracy, reklamy itd. Najwyraźniej dziewczyna – nagrodzona zresztą za ten blog różnymi nagrodami – zaczęła na nim zarabiać. No i tak nie wiem… Czy to zawsze musi się wiązać z takim zwykłym ludzkim odbijaniem palmy? Ale przynajmniej jedno zrozumiałam. Minę, którą obdarzyła mnie, gdy wręczyłam jej zaproszenie na monodram Ulubionego (był tego samego dnia), mówiąc jej, że skoro jest w Warszawie, to jak chce – może wieczorem zajrzeć. Teraz chyba rozumiem. Prawdopodobnie za to, żeby przyszła, trzeba zapłacić.

I tak na koniec. Ze spotkania wyniosłam nie tylko wniosek, że w blogosferze niektórym chyba czasem trochę odbija, ale też konkretną wiedzę. Otóż rośnie liczba v-logów (czyli blogów video) i blogów kulinarnych. V-loga nagrywać na razie nie mam zamiaru. Tak, jak i nie mam zamiaru konkurować z tymi, którzy profesjonalnie gotują. Zwłaszcza, że ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na gotowanie. Ulubionemu od dwóch tygodni obiecuję faszerowaną dynię i nie mam kiedy jej upiec. Zamieszczę tu jednak pewien przepis z tzw. mojej kuchni głodu. Przepraszam, że bez zdjęcia potrawy, ale w tym roku jeszcze jej nie robiłam i w najbliższym czasie chyba nie zrobię, bo przed nami dwa festiwale, na które dostał się Ulubiony ze swoim monodramem. Przepis zamieszczam tylko dlatego, że pora roku sprzyja temu, by zrobić właśnie to danie (orzechy latoś obrodziły!), a ja je bardzo lubię. Dlatego jak komuś się przyda – proszę:

KULECZKI ZIEMNIACZANO-ORZECHOWE

  • 10-12 orzechów włoskich,
  • 1 kg. ziemniaków,
  • 1 jajko,
  • 1 duża cebula,
  • Pieprz,
  • Sól,
  • Kolendra,
  • Ziele angielskie,
  • (może być jeszcze kminek),
  • Olej,
  • Bułka tarta.

Orzechy ucieramy w moździerzu na proch. Tak samo kolendrę i ziele angielskie, którego kilka ziarenek można np. zemleć w młynku. Ziemniaki lekko solimy, gotujemy i po odcedzeniu gnieciemy na miazgę. Cebulę kroimy drobno i na oleju na patelni przesmażamy, by się zeszkliła. Wrzucamy do ziemniaków wraz z utartymi orzechami włoskimi, surowym jajkiem i przyprawami. Mieszamy, mieszamy, mieszamy. Formujemy kulki wielkości orzechów włoskich i obtaczamy w tartej bułce. Smażymy na oleju do zarumienienia.

Można jeść saute np. z ketchupem, jak frytki. Można dorobić sos np. pieczarkowy. Może to być zamiast ziemniaków częścią jakiegoś dania głównego. Ale jedna uwaga. To jest bardzo sycące! W końcu ziemniaki i orzechy to mnóstwo kalorii!

No i już zupełnie na koniec. Jeśli kiedykolwiek zamieszczę tu jakieś logo do pobrania, informacje o cenach reklam, współpracy, bannerach itd. wyślijcie mi młotek, bym się puknęła w czoło. Adres prosty: Małgorzata Karolina Piekarska – Warszawa 33. (W razie czego skr. poczt. 6, ale to nie jest konieczne.) Więcej pisać nie trzeba, bo na tej poczcie mnie znają. I bynajmniej nie dlatego, że jestem kimś bardzo znanym. Po prostu pokłóciłam się tam kilka razy. Zaczęło się kilkanaście lat temu od żądania, by mój kilkuletni wówczas syn dał mi upoważnienie do odbioru z poczty kupowanych przeze mnie dla niego przesyłek z Klubu Książek Disneya. No i tak od tamtej pory średnio raz na rok jakaś afera jest. Dlatego myślę, że pewna pani urzędniczka poczty, która mnie szczerze nienawidzi i dobrze pamięta, z wielką przyjemnością wręczy mi coś, co pokaże mi gdzie jest moje miejsce nie tylko w szeregu blogosfery, ale i świata. A ja wtedy zanucę albo po angielsku  „If I had a hammer” za zespołem  „Peter, Paul and Mary” albo za Maciejem Damięckim po polsku  „Gdybym miał młotek”. No chyba, że będę już takim bufonem, że i poczucia humoru mi zabraknie. Wtedy ślijcie truciznę. Najlepiej w miodzie. Uwielbiam!