Archiwa tagu: blogowanie

Zwariowany świat byłej żony, czyli 400 adresów

Jakiś czas temu opisywałam tu pasjonującą przygodę z lekturą e-booka autorstwa pewnej byłej żony byłego premiera. Opisywałam jak owa pani przeczytawszy moje blogowe rozważania pt. „Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?” podarowała mi swojego e-booka zachęcając do lektury. A gdy poświęciłam na to kilka godzin, pochylając się nad nią z całą życzliwością i podzieliłam się swoimi spisanymi na piśmie wrażeniami, przeczytałam:

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Dodatkowo pani zablokowała mój profil na FB.

Po opisaniu tej historii na blogu (z zacytowaniem prawie wszystkich napisanych przez nią do mnie słów) dostałam mnóstwo listów. Wsparli mnie wszyscy ich autorzy. Chyba dla wszystkich moja korespondencja z autorką e-booka była sporym szokiem. Jednak więcej nie poruszałam tej sprawy na forum publicznym. Przyznam też, że szybko zapomniałam o byłej żonie byłego premiera. Do czasu. W listopadzie okazało się bowiem, że autorka słynnego e-booka nie zapomniała o mnie, a raczej… o moim adresie e-mail. Oto bowiem wysłała mi na ten adres zaproszenie do… zakupu nowego e-booka. Zaproszenie zignorowałam. W link do zakupu kolejnej książki nawet nie kliknęłam. Czytać jej rzeczy więcej nie będę, bo czasu szkoda, a po co mam się kontaktować z kimś tak pozbawionym kultury? Przemilczałam więc sprawę. Tymczasem kilka dni temu dostałam od niej kolejny list. Tytuł krzyczał wersalikami:

TYLKO W TYM TYGODNIU (tu tytuły obu e-booków) 50% TANIEJ. Wkrótce nowa książka!

Niestety ten list otworzył swoistą puszkę Pandory, gdyż nadawca, czyli osoba uważająca się za niezwykle inteligentną, umieściła adresy tych, do których wysłała ofertę tak, że były one jawne dla wszystkich nas znajdujących się na tej liście, czyli dla przeszło czterystu osób. No i się zaczęło:

„uprzejmi poproszę o wgląd do moich danych osobowych łącznie ze zgodą na komunikację marketingową, ktore Pani jak mniemam posiada – skoro wysyła Pani do mnie maile tego typu.
Nie jestem pewna, czy pozostałe 400 lub więcej osob, ktorych dane adresowe Pani udostępniła są z tego powodu szczęśliwe :)”

- napisała jedna z adresatek osobliwej oferty.

„To chyba nadaje się niestety do zgłoszenia…. Bo email jest daną osobową. Bardzo proszę o usunięcie moich danych osobowych ze swojej bazy.”

– napisała druga.

„Również oczekuję usunięcie moich danych , z Pani bazy danych. Oczekuje również od Pani potwierdzenia usuniętych danych/ osobisty Pani mail/.
Bardzo mi się nie podoba, że  tak łatwo można pozyskać gotowe dane dla marketingu bez mała wszystkich agencji reklamowych  biur marketingowych… etc…etc.. „

– napisała trzecia, a potem odezwały się pozostałe. Autorka e-booków wysłała do wszystkich kolejny list, w którym najpierw podany był link do książek, a potem w post scriptum dodano:

uprzejmie prosimy o skasowanie poprzedniego błędnie wysłanego e-maila.

Podpisany zaś pod całością był zespół, a także tytuł pierwszego e-booka oraz imię i nazwisko jego autorki. Ubawiłam się.

Przyznam, że tym razem korciło, by też coś napisać. Ale nie to, że ktoś podał mój adres do wiadomości innych osób i proszę o wykreślenie z bazy danych, bo przecież mogę zablokować maile przychodzące z konta tej pani, tak jak blokuję różne inne. Raczej korciło, by napisać coś w stylu:

Szanowna Pani, jestem zdumiona, że proponuje Pani zakup swojego kolejnego e-booka oraz informuje o planach kolejnej publikacji osobę, której opinię odrzuciła Pani bez czytania, a którą pozwalam sobie tu załączyć z nadzieją, że wreszcie Pani do niej zajrzy i uczynią to również Pani czytelnicy. W końcu w swoim czasie zarzuciła mi Pani, że promuję się Pani nazwiskiem. To dlatego nie chcąc Pani rozczarowywać przesyłam swą opinię jeszcze raz na Pani ręce, życząc tym razem wszystkim adresatom tego maila miłej lektury… i tu mój stary do niej list.

Ale nie zrobiłam tego. Bo przecież wiem, że była żona byłego premiera zapomniała o mnie. Nawet biedaczka pewnie nie wie, że w tej bazie, którą zgromadziła jest mój mail. A swoją drogą, gdybym była inną osobą (np. taką jak ona) i wykorzystała ten fakt, że dostaję na tacy adresy 400 osób, które kupiły jej e-booka oraz naprawdę odpowiedziała jej i tym wszystkim 400 osobom wysyłając ten swój stary list, to jaka byłaby jej reakcja?

Niby nic, a jednak coś, czyli ostatnie słowo o blog.pl

Kiedy zaczynałam blogować miałam już swoją stronę internetową. Zapłaciłam wtedy sporą sumę za napisanie silnika w cms. Mogłam jednak z powodzeniem umieścić na swojej stronie także blog. Wybrałam jednak blogowanie na portalu Onet. Wydawało mi się, że będę wtedy między innymi blogerami na równych z nimi prawach.

Po jakimś czasie Onet przydzielił mi nawet opiekuna, który miał mi pomagać w problemach, a nawet zajmował się wyszukiwaniem atrakcyjnych wpisów mojego autorstwa i zamieszczaniem ich na głównej stronie portalu. Blogowanie na Onecie nie było jednak sielanką. Miałam mnóstwo uwag. Zwłaszcza dotyczących przestrzeni dyskowej na zdjęcia. Napisałam raz w tej sprawie do swojego opiekuna, czy nie można prosić o jej zwiększenie – ja zapłacę. W odpowiedzi zwiększono mi ją za darmo, jako autorce bloga z rubryki „znani blogują”, ale to zwiększenie było mizerne i w krótkim czasie znów zapchałam przydzielone mi miejsce na serwerze.

Dwa lata temu mój osobisty opiekun zniknął. W chwilach, kiedy miałam jakieś problemy z portalem, moje listy pozostawały bez odpowiedzi. Ponieważ zbiegło się to ze zmianami politycznymi w Polsce, więc zaczęłam się zastanawiać, czy nie ma to jakiegoś związku. Nie podoba mi się rząd, ale niestety opozycja również. W podzielonym społeczeństwie większość wymaga jednak opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, a ja stoję na środku jak ta żaba z dowcipu. Czy to ma wpływ? Moje wpisy przechodzą bez echa tzn. czytelnicy piszą, ale Onet je olewa. O co chodzi?

Zaczęłam się też zastanawiać nad przeniesieniem bloga na swoją stronę, bo ze zdjęciami łatwiej, kontrola większa i nic nie znika, ale czasu nie miałam. Aż właściwie zdecydowano za mnie. Blog.pl przysłał swój „słynny” list. Moje listy do blog.pl na temat strony technicznej przenoszenia pozostały bez odpowiedzi. Poza jednym, w którym spytano o jaki adres chodzi, choć ten był podany w tytule maila i w stopce. Widać umiejętność czytania listów ze zrozumieniem nie jest mocna stroną pracowników portalu. Po udzieleniu odpowiedzi, że podałam adres w stopce i tytule, ale na wszelki wypadek podaje jeszcze raz nastała błoga, trwająca do dziś, cisza. Natomiast portal Wirtualnemedia.pl opublikował artykuł dotyczący zamknięcia onetowskiej blogosfery. Wynika z niego, że formuła platformy z blogami wypaliła się, bo zabiły ją media społecznościowe.

W ogóle tego nie kwestionuję. Na pewno blogowanie na własnej platformie i pod własną marką jest lepsze. A ludzie częściej czytają wpisy na Facebooku czy tweety na Twitterze niż wpisy na blogach. Natomiast zastanawia mnie konieczność zamykania całego portalu. Czy nie lepiej po prostu zamknąć możliwość publikowania nowych postów, a to co do tej pory zostawić, chyba, że autorzy napiszą, że już przenieśli swoją treść? Zupełne zamykanie portalu to dla mnie wyrzucanie do kosza całej masy blogów autorstwa ludzi, którzy już nie żyją. Przykładów jest wiele.

Jeden z nich to blog: „Zatrzymać chwilę” Dominiki, Darii i Patrycji - 
http://d-d-p.blog.onet.pl/

Ten blog dostał nagrodę w konkursie blog roku w 2007 roku. W swoim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie. Założyły go trzy dziewczyny, które poznały się podczas terapii nowotworowej w szpitalu onkologicznym. Dwie z nich już nie żyją:

Patrycja (ur. 11 lutego 1992 – zm. 9 października 2007) leczyła się na ostrą białaczkę nielimfoblastyczną. Uwielbiała zwierzęta, a szczególnie koty. Miała własnego, który się wabił Wacek. Była fanką Christiny Aguilery.

Dominika (ur. 11 listopada 1990 – zm. 26 marca 2009) leczyła się na mięsaka. Uwielbiała Paranienormalnych, łowców.b i ogólnie kabarety, szczególnie w występach „na żywo”. No i Szymona Majewskiego który dla niej był poza konkurencją. Jej pasją była fotografia i marzyła o porządnym sprzęcie.

Została Daria, która od ponad 8 lat jest zdrowa, ale… chemia odcisnęła w jej organizmie piętno. onet

Kilka lat temu napisała na blogu, że ich blog, który prowadziła z nieżyjącymi już koleżankami dostał się do tzw. Panteonu Blogerów. Co to takiego?

„Panteon Blogerów, co jest wyróżnieniem dla blogów ważnych, wartościowych, znanych, a z różnych powodów już nie prowadzonych. Co istotne, miejsce w Panteonie zarezerwowane jest tylko, dla tych blogerów, którzy odcisnęli piętno na blogosferze, czymś się wyróżnili lub ich wyróżniono, a zniknięcie ich internetowych dzienników byłoby niepowetowaną stratą. Dzięki dołączeniu blogu do Panteonu zyskuje on status niekasowalnego, co w praktyce oznacza, że jest odporny na działanie osławionego automatu kasującego blogi, do których długo nikt się nie logował.”

Czy naprawdę ten nie zostanie skasowany? Czy Daria, która pokonała chorobę, zostanie psychicznie zmuszona do przenoszenia treści bloga na inną platformę lub zakładania własnego portalu? Napomknę tylko, że fragmenty bloga znalazły się w swoim czasie w podręcznikach.

Drugim przykładem jest blog „Po stronie prawdy” autorstwa Jacka Gotliba - 
http://azraelkubacki.blog.onet.pl
. Poznaliśmy się kiedyś, a nawet wypiliśmy wysokoprocentowe „małe conieco” na jednej z imprez poświęconych blogosferze. Jacek blogujący pod pseudonimem Azrael Kubacki zmarł 10 kwietnia 2015 roku. Paradoksalnie jego ostatni wpis brzmiał:

Za kilka tygodni będziemy już mieli kolejną, dla wielu smutną rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Ostatnio, kiedy pojawiły się w mediach informacje o tragedii całej załogi Tu154M, samolotu pilotowanego przez polską załogę pod Smoleńskiem (z ważnej wysokości przekazywano pilotom informacje o wysokości ostatnich minut lotu tupolewa), odbicie dyskusji było bardzo nieduże. Dyskusji na temat katastrofy, była w polskich mediach obfitość, wartość była umocowana nie na tle badanych spraw, lecz po stronie politycznej. W tym roku było inaczej – nawet po stronie zespołu Antoniego Macierewicza. Jego poglądy i dowody straciły na znaczeniu – nie tylko politycznym.
W tym roku odczytano ważne informacje na temat wysokości lotu i pozwolenia do działań załogi tupolewa. Okazało nie tylko na podstawie zapisów technicznych, lecz głównie na podstawie nagrań i taśm, że samolot schodził poniżej zalecanej wysokości. Warto również wspomnieć, o czym nie mówiono i pisano w czasie tego raportu, w jaki sposób odczytano najważniejsze urządzenia wysokości. Dlaczego? Może będą te informacje w następnym raporcie.
Raport komisji Jerzego Millera wykluczył dwie sprawy. Nie było zamachu i związanej z tym destrukcji samolotu przed upadkiem na ziemię, nie było również nacisków bezpośrednich na załogę Tu 154M, choć była zapewne presja podjęcia próby lądowania. Skończyły swój żywot wszelkie teorie spiskowe, lansowane wprost przez środowiska „Gazety Polskiej”, Radia Maryja, będące podstawą i paliwem działalności zespołu Antoniego Macierewicza. Nie oznacza to jednak, że te teorie nie będą funkcjonować dalej, jak sobie tego życzy Antoni Macierewicz, i jak się okazuje, w placówce sejmowej także politycy PiS-u.

Pamiętam jego ostatnie zdjęcie na Twitterze, które zamieścił na dwa miesiące przed śmiercią.

Po śmierci w Internecie żegnali go ci, którzy się z nim zgadzali i ci którzy się nie zgadzali. Nawet Andrzej Duda, wówczas kandydat na prezydenta, napisał RIP.

Na szczęście blog Jacka, który wsadzał kij w polityczne mrowisko nie zniknie z sieci. Wszystko dlatego, że sam Jacek jeszcze za życia założył własną platformę –
http://www.azraelk.eu
. Ale ilu nie zdążyło?

Co ze zmarłą w 2007 roku Miriam, która swoje zapiski o walce z choroba prowadziła cztery lata, dając nimi nadzieję innym chorym? 
http://miria.blog.onet.pl
. 23 listopada 2007 roku pojawił się na jej blogu następujący wpis:

Jakiś czas temu Miriam do mnie napisała:
„(…)Sloneczko, juzpowoli odchodze i przepraszam za to.kocham cie.
MYŚLĘ, ŻE PAMIETASZ KOD DO MOJEGO BLOGA
jakby mi sie umarlo, otworz tego bloga, i powidz, ze mi sie zmarlo i zostaw komentarze otwarte.(…)”
Nadszedł właśnie ten dzień…
Szyba Wenecka

Nie wymagam, by Onet.pl ciągnął platformę blogową, skoro badania pokazują, że spada liczba czytelników. Ale moim zdaniem minimum szacunku dla zmarłych blogerów wymaga, by pochylić się nad ich wieloletnią pracą. Czy portal to zrobi? Do planowanego zamknięcia zostało niecałe półtora miesiąca.

Wszystko ma swoje dobre i złe strony, czyli nowy adres bloga

Nie dalej jak wczoraj otrzymałam z portalu Onet.pl list, z informacją, że do 31 stycznia 2017 roku platforma blog.pl zostanie zamknięta. Mam więc kilka tygodni na zabranie 10 lat swojej pracy z portalu. Poczułam się dziwnie, ale… nagle wszystko stało się jasne. Od mniej więcej dwóch lat czułam się przez Onet olewana. Osobisty opiekun odszedł, moje wpisy, kiedyś promowane przez portal, nagle pozostawały niezauważone. Przyznam, że myślałam, że to dlatego, że nie zajmuję się polityką. Ten list pokazał mi, że to coś stało się z Onetem. Rezygnuje z blogosfery, której gigantyczną przestrzeń miał w swoich rękach. Rzecz jasna ma do tego prawo. Może zdaniem jakichś zatrudnionych przez portal speców coś takiego, jak blogowanie się wypaliło?

Ja jednak jeszcze nie zamierzam zaprzestać, choć ostatnio mocno się zaniedbałam. Na razie jednak zapraszam pod nowy adres… Będzie już bardzo u mnie. Ten adres to: 
http://blog.piekarska.com.pl.

Przenoszenie treści archiwalnych pod nowy adres już się zakończyło, ale prace nad oprawą graficzną jeszcze chwilę potrwają, bo wbrew temu co szumnie zapowiadał Onet, nie udało mi się pobrać wszystkich fotografii. Z przenoszeniem też miałam masę kłopotów, z którymi musiałam poradzić sobie sama. Na ich biuro obsługi klienta spuśćmy zasłonę miłosierdzia.

Swoją drogą, żeby tak wyrzucać do śmietnika lata czyjejś pracy? No bo co stanie się np. z blogiem ś.p. Azraela Kubackiego? Pewnie do niego też wysłali informację, że ma przenieść się ze swoim „Po stronie prawdy” w inne miejsce. Sęk w tym, że on już dawno przeniósł się do niebiańskiej blogosfery. I pewnie nie jest jedynym zmarłym blogerem, po którym ślad za chwilę zniknie w sieci, bo Onet tak postanowił.

Podsumowanie na dziesięciolecie

Nie wiem nawet kiedy, ale… niedawno (dokładnie 5 lipca) minęło 10 lat od chwili, gdy napisałam swój pierwszy wpis na blogu. To on ustawił jego tematykę, którą są absurdy dnia codziennego dziennikarki, pisarki, a wreszcie człowieka, obywatela, kobiety, matki i żony. Jednym słowem są to moje absurdy.

Co zmieniło się przez ten czas? Sporo. Pomijając sferę graficzną i techniczną bloga, który przeszedł na WordPress zmieniły się czasy. Jako społeczeństwo durniejemy w jakimś zastraszającym tempie co widać, słychać i czuć niemal na każdym kroku, a internet to uwypukla.

Mimo tego zdurnienia ja staram się rozwijać. W ciągu minionych 10 lat zrealizowałam kilkadziesiąt reportaży i filmów po czym odeszłam z TVP. Wydałam w międzyczasie sporo książek, zrobiłam coś dla teatru, dwukrotnie nominowano mnie do nagrody ALMA i dwukrotnie zostałam stypendystką MKiDN. Zostałam wybrana prezeską Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W życiu prywatnym wyszłam za mąż i niedługo minie 5 lat, gdy to miało miejsce. Wydoroślało mi dziecko, pochowałam psa i dwa szczury, zdobyłam kota i nowego psa. Odeszli niektórzy znajomi, umarł Eksio i sporo osób z mojej rodziny. Jeśli idzie o blog to zdobyłam wielu czytelników i poznałam mnóstwo ludzi. Dzięki blogowi czasem miałam pracę czasem ją traciłam. Nigdy nie prowadziłam go na siłę stąd nieregularne wpisy.

Dzisiejszy jest krótki. Takie podsumowanie i to raczej bez puenty. Bo powinnam go zakończyć jakąś konkluzją typu warto blogować lub nie warto blogować. A przecież nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bloguję. Co by było, gdybym tego nie robiła? Już się nie dowiem. A nie mam zwyczaju żałować swoich decyzji. Poza jedną dotyczącą życia prywatnego, w wyniku której na przełomie wieków wpakowałam się w damsko-męskie tarapaty. Ale z drugiej strony… zdobyłam wtedy ogromne życiowe doświadczenie. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Blogowanie więc też, choć czasem wpędzało mnie w kłopoty, mogę uznać za pozytywne doświadczenie. Choć wiele moich koleżanek i kolegów mówi: „pisanie za darmo jest nieprofesjonalne”. Ale czy listy od czytelników to nie jest jednak jakaś forma zapłaty? Czy więc w związku z tym ta pogarda dla blogowania przez pisarkę nie jest jednak swoistym absurdem?

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Rozliczenie obietnic i nie tylko, czyli Wesołych Świąt

Przez ostatni rok czytelnikom kilka razy obiecałam, że do jakichś tematów wrócę. Czasem nie obiecywałam, ale może ich ciekawi ciąg dalszy tego, o czym w swoim czasie psiałam. Tak więc zapraszam na przegląd, bo czas na podsumowanie. 

1. W styczniu opisywałam sprawę ewentualnego pozwu przeciwko mnie, za to, że na swojej stronie opublikowałam wypracowanie dziewczynki o mojej książce. Zadałam pytanie GIODO. Odpowiedź na piśmie przyszła po dwóch miesiącach. Tak mętna, że nic nie rozumiem. Chyba jestem za głupia, ale dziękujmy GIODO, że jest. Dzięki temu ludzie mają pracę. Żałuję, że wypracowanie ze swojej strony zdjęłam. Może ława sądowa i siedzenie na niej w roli oskarżonej pozwoliłoby mi zrozumieć, o co GIODO chodzi. Nie wiem czy popełniłam przestępstwo publikując wypracowanie czy też nie. (Cytowanie całego dwustronicowego listu sobie daruję. Proszę wybaczyć!)

2. Sprawa sądu za spotkanie autorskie jest już chyba w trzeciej instancji. Końca jeszcze nie widać.

3. Dane, które opisałam, jako nieusuwalne zostały usunięte, ale nadal dostaje oferty jakbym była firmą i to na adres, który nigdy nie był w bazie danych firm, bo wtedy jeszcze tej domeny com.pl nie wykupiłam. Pomysłu na to, jak zmniejszyć liczbę, (choć może jednak powinnam napisać „ilość”, bo to jest jakaś „masakryczna” masa) listów spamujących – nie mam.

4. Audiobook na Białoruś udało mi się przekazać dzięki poznanej podczas festiwalu „maj nad Wilią” polsko-białoruskiej poetce, której mama jest nauczycielką w polskiej szkole na Białorusi. Dzięki temu uniknęłam cła.

5. Jeśli idzie o telefony w sprawie zalegania z ratami to… została mi ostatnia rata! Jeśli jeszcze nawet odbiorę taki telefon, to tylko jeden! A potem, mam nadzieję, że już nigdy żadnego!

6. Antologia Każdego dnia, z której moje opowiadanie wyrzucono – ukazała się drukiem. Nie miałam w ręku. Inni autorzy, z których kilkoro czytało mój wyrzucony tekst twierdzą, że ich były cukierkowe. Mój nie pasował. A przecież można było wysłać do mnie prośbę o zmianę tekstu.

7. Ci, którzy pamiętają moją dramatyczną historię z festiwalem literackim niech wiedzą, że trzymam rękę na pulsie. Szczegółów niestety jeszcze zdradzić nie mogę.

8. Jeśli idzie o uporczywe namawianie mnie na szkolenia, prace zdalna itd., to niestety nic się nie zmieniło. Co bym nie napisała, że mnie takie rzeczy nie interesują – i tak dostaję propozycje. Nie tylko mailem, ale na wspomnianym przeze mnie portalu zawodowym również. Ostatnio, gdy jednej pani zwróciłam uwagę, że chyba nie przeczytała tego, co mam na swoim profilu, otrzymałam odpowiedź: „Przeczytałam dokładnie Pani profil, ale pomimo Pani zastrzeżenia wysłałam do Pani moje pytanie. Różne są motywy i powody działania w różnych okresach i dziedzinach naszego życia…”

9. W sprawie Nino news jest taki, że do dziś nie odebrał pendrive’a, na którym miał nagrać swoje wspomnienia, by zostały opublikowane. Do dziś nie wyraził też chęci zjedzenia ze mną obiadu na mój koszt.

10. Iwo Kondefer, którego projekt wsparłam potrzebuje jeszcze prawie 800 złotych z 3000 by ruszyć z projektem : ”Idę po radę”. Pozostało 14 dni. Może ktoś zechce go wesprzeć?

11. Zaś z dobrych informacji jest taka, że jeszcze pojadę do PRL w Chorzowie, gdyż…. Ulubiony wygrał Obserwatorium Artystyczne Entrée, a nagrodą główną jest półroczna współpraca z teatrem Rozrywki w Chorzowie. Będzie się działo. Ale do tego PRL chętnie wrócę. Chociażby po to, by sfotografować maskę na ścianie.

12. Ostatnio wspominałam, że zrobiłam „film”. Tak jest… historia filmu jest i długa i krótka. Wymyśliłam go wiele miesięcy temu pod wpływem filmów Alien vs. Predator, „Godzilla contra Hedora” i innych tego typu za przeproszeniem głupot. Pomyślałam wtedy, że ja to bym chętnie stworzyła kompletną głupotę, której bohaterem byłby Indiana Jones, który walczyłby z…
Na realizację pomysłu nie miałam jednak ani czasu ani środków w postaci kamery lepszej niż moja amatorska Hitachi. Aż… z pomocą przyszło zarządzenie mojego dyrektora, który kazał przeszkolić się reporterom z obsługi kamery. Podobno nie po to, byśmy mieli coś kręcić, ale na „w razie czego”. Szkolenie trwało 10 minut. Spytałam po nim chytrze, czy szkoleniowcy są pewni, że po 10 minutach wykonam to, co inni robią po 5 latach studiów. Zaproponowano mi wzięcie kamery na próbę. No to wzięłam. A że nie chciałam, by było to bezproduktywne, więc… w domu zagnałam Ulubionego i Panicza Syna do pracy. Jeden zagrał Indianę Jonesa, a drugi…
Całość zmontował mój ulubiony montażysta Jarosław, co potraktował, jako doszkolenie się z różnych efektów bardzo rzadko stosowanych w montażu programów newsowych. Pracę wykonał po godzinach i w przerwach.
Oto produkt końcowy. Ja w roli Sławomira Idziaka i Stevena Spielberga. (He he). Poniższe „dzieło” proszę potraktować, jako prezent na gwiazdkę. Specjalnie dla Państwa z okazji świąt zmieniam mu tytuł na „Indiana Jones sam w domu”. Mam nadzieję, że nasza rodzinna żartobliwa produkcja godnie zastąpi opatrzony już wszystkim film o Kevinie.

Przy okazji życzę wszystkim Wesołych Świąt. Po religijny akcent odsyłam na swoją stronę
http://piekarska.com.pl
gdzie zamieściłam wirtualny prezent Bożonarodzeniowy. Tym razem na blogu świecko.

Słomiany zapał, czyli bez pracy nie ma kołaczy

Każdy z nas słyszał o słomianym zapale. Każdemu on się przytrafia. Ja z tym walczę. Gdy postanowię, że coś zrobię – staram się to zrealizować. Pół roku temu wymyśliłam, że nakręcę krótki „film fabularny” (specjalnie pisze fabularny, choć to nawet nie etiuda a 4 minuty czegoś) inspirowany dwoma słynnymi i diametralnie różnymi filmami Stevena Spielberga, które potem doczekały się kontynuacji. Bohaterem pierwszego jest pewien archeolog, a drugiego rekin. O ile pierwszy film oglądałam w telewizji o tyle na tym drugim byłam w kinie z koleżankami z klasy. Jedna podrapała mi rękę ze strachu. Był rok 1978 a my miałyśmy po niecałe 12 lat…

„Premiera” tego mojego „dzieła” dedykowanemu Spielbergowi i będącego zabawą – lada moment. Ale ja, kiedy coś wymyślę, chcę zrealizować i tego nie zrobię – mam potworne wyrzuty sumienia. Przyznam, że nie śpię, dopóki nie zrobię. Tak jest ze stroną genealogiczną. Tak jest i z książkami, których nienapisane rozdziały straszą mnie po nocach. Tak jest nawet z blogiem. Gdy długo nie piszę, czuję, że zaniedbuję czytelników, więc też mam wyrzuty sumienia. Ja tam do takich sprawa podchodzę poważnie, a słomiany zapał po prostu zawsze mnie przerażał i przeraża. Są jednak tacy, których nie przeraża. U których rzeczy można rozpocząć i porzucić, jak kieckę na fotelu albo nawet papierek na chodniku.

Oto co jakiś czas dostaję listy od ludzi, którzy chcą zostać „sławnymi blogerami”. Zawsze pytają, co robić. Nie wiem, czemu akurat mnie, ale to już zupełny szczegół. Odpowiadam wszystkim, że trzeba po prostu regularnie pisać.  A oni piszą, potem coraz rzadziej a potem milkną na wieki. Od jakiegoś czasu w specjalnej zakładce umieszczam adresy ich blogów i co jakiś czas do nich zaglądam. Ciekawi mnie, na ile starcza im zapału. Przeważnie szybko milkną, a ich blogi leżą odłogiem, jak pola w okolicach Czarnobyla. Dwaj najwytrwalsi też już zamilkli. Jeden ostatni raz napisał post półtora miesiąca temu, a drugi ponad pół roku temu. Pisze o tym, bo dziś przy porządkowaniu poczty wpadł mi w ręce list sprzed prawie dwóch lat. Brzmiał tak (pisownia oryginalna metodą wytnij/wklej):

„Witam pania mam na imie Joanna , mam 23 lata i jestem modelka aktorka i tancerka na stale mieszkajaca w Nowym Jorku .Urodzilam sie w Polsce , a wychowalam w Niemczech , od 11 lat nie mieszkam juz w kraju,a moja kariere robie tutaj w USA.Ostatnio zaczelam sie bardzo interesowac BLOGGIEM , napisalam jak do tej pory 2 w jeden dzien , bo na wiecej nie mialam czasu, jeden po angielsku i jeden po Polsku. Moje pytanie jest takie jak moze sie blog stac popularnym blogiem ?? jak mozna zachecic duza liczbe osob zeby chcialo przeczytac moj blog ??, czy sa jakies specjalne zasady zeby BLOG mial wieksza popularnosc?Bardzo bym prosila o jakies wskazowki , goraco pozdrawiam z NYC. Joanna”

Oczywiście odpisałam, że trzeba pisać. Że ja na taki większy wzrost czytelnictwa czekałam pięć lat.

Dziewczyna podziękowała za odpowiedź i zapomniałam o tej korespondencji. Aż do dziś. Ponieważ w jej liście podany był adres bloga. Zajrzałam tam. Ostatni wpis powstał dzień po otrzymaniu ode mnie odpowiedzi. Na więcej nie starczyło zapału. Niesamowite, jak mało w ludziach cierpliwości. Jak chcą wszystko zdobyć natychmiast. Niestety… szybko to można jedynie zrobić w majtki, puścić coś z dymem i oblać się wodą. Sukces wymaga pracy. Od dziecka nam to wpajają, a mimo tego nadal spotykam na swojej drodze takich ludzi, którzy naiwnie wierzą, że da się to jakoś ominąć. W sumie podziwiam. Ja też jestem optymistką, ale mój optymizm ma jednak granice realizmu, który podpowiada, ze jak w starym przysłowiu: „bez pracy nie ma kołaczy”.

W zabieganiu

Tak to jest, że jestem zabiegana. Czasu nie mam dosłownie na nic. Po prostu piszę, pracuję, biegam, rozmawiam, załatwiam sprawy i końca nie widać. Przez ten czas setki pomysłów na wpis na blogu wpadają, by potem z braku czasu popaść w niebyt.

Nie piszę więc o doktorze Chazanie, choć przyznam, ze wyjątkowo miałam chęć. Nawet nie dlatego, że z kilkoma jego pacjentkami leżałam 20 lat temu na porodówce, bo to stare sprawy i nawet nie wiem, jak się skończyły. Być może niektóre niestety trwają i mają się gorzej, bo w Polsce łatwiej o opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem niż niepełnosprawnym dorosłym, a te dzieci jeśli żyją, są już metrykalnie dorosłe.  Bardziej miałam chęć na pisanie o tym dlatego, że znajoma neonatolog opowiedziała mi (zresztą już dawno temu), jak tuż po studiach medycznych, a jeszcze w czasie stażu w szpitalu, przyszło jej badać bezczaszkowca. Było to jedno z pierwszych „jej dzieci”, jakie miała badać po ich przyjściu na świat. Opowiadała (nota bene przy dużej wódce, bo jak twierdziła na trzeźwo pewnie by tego nie opowiedziała), że przeżycie było tak straszne, że zastanawiała się wtedy nad zmianą specjalizacji, a nawet porzuceniem medycyny w ogóle. Potem przyznała, że z czasem lekarz na pewne rzeczy obojętnieje. Ona po ćwierćwieczu bycia lekarzem – zobojętniała, ale pierwszy bezczaszkowiec i jego wspomnienie cały czas w niej silnie tkwi.

Nie piszę o wizycie na zlocie blogerów i pisarzy w Sopocie pod tytułem: „a może znów z książką nad morze”, bo właściwie było fajnie i zawarłam nowe znajomości i książek sporo przywiozłam (matko! Jakie super tytuły!), a że w miejscu spotkania mieliśmy zjeść na własny koszt z upustem, co okazało się i tak trzy razy drożej niż u mnie na Saskiej Kępie – cóż… było minęło. Aczkolwiek zobaczywszy rachunek jęknęłam! Naprawdę piwa za 10 złotych długo nie zapomnę! Podobnie jak bardzo drogiego, a niestety bardzo niedobrego spaghetti alio e olio.

Nie piszę o genealogicznych odkryciach, których ostatnio dokonałam, a które znajdą się w prasie i książce. Choć korci, by opowiedzieć „światu” tak niezwykłą historię, którą żyję od bez mała dwóch tygodni. Ale nie mogę „spalić” sobie ani książki, ani artykułów.

Nie piszę szczegółowo o wizycie Szwagra, zwanego przeze mnie Szwagroszczakiem, który przyjechał załatwiać tzw. sprawy i jak zwykle ubawił mnie do łez. Ciągle głodny, a chudy jak szczapa. Posiadaniu lokatora stanowczo zaprzecza. Najbardziej jednak ubawił mnie tym, że spraw swoich nie załatwił i wiadomo było, że będzie jeszcze raz tu w tym celu jechał. Mówiłam mu, by został z tydzień, wtedy się wszystko wyjaśni i wszystko od razu załatwi, a z nami trochę pobędzie. Dla mnie to zawsze weselej i rodzina większa i generalnie lubię, jak przyjeżdża. No, ale Szwagroszczak uparł się wracać. I co? Że musi z powrotem przyjechać do Warszawy, bo wszystko na niego już czeka, dowiedział się, gdy był w autobusie relacji Warszawa – Śląsk. Dlatego wieczorem znów wsiadł w autobus, tym razem relacji Śląsk – Warszawa, i rano o piątej wylądował u nas na kanapie w postaci pół żywego trupa. Zostać na dłużej nie chciał, bo już był „podjarany” czymś innym, więc po południu znów wskoczył w autobus i pojechał na Śląsk. Gdy wieczorem zadzwonił, by dać znać, że jest w domu, oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spytała z kamienną twarzą i śmiertelną powagą, o której będzie jutro.

- Bardzo śmieszne – odparł i jak we czwórkę z nim, Ulubionym i Paniczem Synem zaczęliśmy się śmiać, tak końca śmiechu nie było. Ja wyobrażałam sobie wszystkie poranki ze Szwagroszczakiem pukającym do drzwi o piątej rano i padającym na twarz na kanapie z pierdzącym psem leżącym w nogach. Nie wiem, co wyobrażali sobie moi wszyscy trzej panowie. Panicz Syn, gdy rano zobaczył Szwagroszczaka, którego poprzedniego dnia pożegnał – dosłownie zaniemówił.

W każdym razie dzieje się wokół. Młyn jest cały czas i w zabieganiu to trudno myśli zebrać, a co dopiero napisać jakikolwiek w miarę rozsądny tekst blogowy. Tak więc tłumacząc długotrwałe milczenie – obiecuję poprawę!

Margines do połowy kartki

Pisałam kiedyś o kuratorze sądowym i jego blogu „Na marginesie życia”. Pisałam o nim dwukrotnie. Jakiś czas temu ukazała się książka opublikowana przez kuratora pod pseudonimem, a zatytułowana „Na marginesach życia”. To pokłosie bloga. Autor przesłał mi ją do domu wprawiając tym w rozczulenie. Jest to publikacja zawierająca wpisy z kuratorskiego bloga. Niestety nikt (chyba) nie pokusił się o to, by podesłać ją naszym posłom, senatorom, ani proboszczom. Wnioskuję tak, gdyż nadal obserwuję, czytając o tym, co dzieje się w kraju, skutki myślenia, że uda się ludzi nauczyć moralności poprzez straszenie ich piekłem i gniewem Bożym. Cóż… gdyby tak było, świat nie wyglądałby tak, jak wygląda.

Kurator w swoich wpisach, a teraz w książce, pokazał czytelnikowi Polskę bynajmniej nie jak z bajki, ale jak z horroru Wojciecha Smarzowskiego. Wielokrotnie rozmawiałam o tym „polskim piekiełku” ze znajomymi. I wielokrotnie okazywało się, że dopiero ta rozmowa ze mną sprawiała, że zaczynali dostrzegać świat, który dzieje się tuż obok – na (jak to świetnie określił kurator) marginesie życia.

Wśród wpisów kuratora jest jeden, który dla mnie do dziś jest najbardziej wstrząsający i w rozmowach ze znajomymi podaję tę historię, jako przykład patologii. Na kuratorskim blogu nosi tytuł „Worki gówna”. W książce jest zatytułowany łagodniej: „Jaś i Pawełek”. Jest wstrząsającą historią o tym, jak rodzice sprzedawali własne dziecko pedofilowi za flaszkę wódki. Co stało się ze świetliczanką, która to odkryła i doprowadziła do ukarania sprawców, a także poprawy losu dzieci? Jak napisał kurator: „Pani świetliczanka szybko zrezygnowała z pracy na tej wiosce. Dwa razy wybito szyby w świetlicy, ktoś obrzucał jej kamieniami samochód. Także mniej dzieci zaczęło do niech przychodzić, a starsze zaczęły ją wyzywać. Nie wytrzymała i odeszła. Złamała tabu, o którym wszyscy wiedzieli i wielu znienawidziło ją za to.”

Wielu z nas żyje w takim tabu. Godzi się na pewne rzeczy. Przymykamy oczy na sąsiada lejącego dzieciaki. Na matkę pijaczkę. Ja już na to się nie godzę, ale niestety też często z tego powodu podzielam los świetliczanki. Przykład najbliższy. Moja sąsiadka tłucze matkę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę kupę. Za to, że matka zrobi w gacie czy na podłogę siusiu. Za to, że matka coś jej zje. Słuchałam tego, ale za którymś razem poinformowałam opiekę społeczną. Napisałam, że z obiema paniami jestem w konflikcie, ale czuję się w obowiązku zgłosić, ze coś jest nie tak. W końcu matka po 80-tce. Nie chciałabym, by pewnego dnia została zatłuczona. Sama nie mam rodziców. Byłoby mi wstyd, gdybym potem usłyszała, że nie reagowałam. Przesłałam na dowód swojej prawdomówności stosowne nagrania (dziś każdego można nagrać, a te wrzaski słychać u mnie dobrze i wyraźnie). Reakcja OPS była szybka. Niestety niewiele wniosła, bo matka nie przyznaje się, że jest bita. Żyją obie w dziwnej symbiozie i uzależnieniu jedna od drugiej. Nadal więc, co jakiś czas matka otrzymuje ciosy za swoje, czyli siusiu, kupę, czy zjedzenie. Jej los się nie poprawił. I tylko ja mam gorzej. Jej córka ciąga nas po sądach. Zawsze znajdzie jakiś powód. Od dwóch lat jest nim złamana w ogrodzie różyczka. Są też inne. Szkoda wymieniać.

Podałam ten przykład, bo to taki drobiazg. Taki margines. Problem jest jednak w tym, że od lat tego typu margines w naszym kraju się rozrasta. Nie mam na myśli sprawy mojej sąsiadki. To zresztą wykształcona kobieta. Nomen omen prawniczka. I zapewne chora psychicznie. Jednak z roku na rok wzrasta liczba innych, o wiele bardziej drastycznych spraw. Wszystko dlatego, ze patologia, o czym już wspominałam, namnaża się jak wirus! Stąd co jakiś czas czytamy, że matka latami zabijała swoje własne nowonarodzone dzieci, a ich płody trzymała w lodówce. Albo że zakopywała je na swojej posesji. Lub topiła je w pobliskim szambie. Ostatnio wyczytałam, że pewna mama zgłosiła się na pogotowie z noworodkiem w reklamówce. Urodziła, ale po odcięciu pępowiny zajęła się innymi czynnościami. Do szpitala z dzieckiem w siatce poszła po kilku godzinach. Oczywiście przyszła z trupem. No, ale w końcu, jak można w siatce trzymać wołowinę, czemu nie dzieciaka? To zapewne jej zdaniem też mięso. Nie była pierwszą, która tak zrobiła. Informacji o podobnych historiach znalazłam w sieci kilka. Za każdym razem mama była osobą niepełnosprawną intelektualnie. Oczywiście z tzw. patologicznego środowiska, w którym alkohol jest na porządku dziennym. I właśnie na tej podstawie mam wrażenie, że taki margines sięga już połowy kartki, która jest symbolem całej Polski. A my nadal nie wiemy co z nim zrobić. Nadal chcemy prymitywów nauczyć moralności katechizmem. A lekarzom wydaje się, że ich klauzula sumienia i odmówienie wykonania aborcji sprawi, że ludzie pokochają swoje dzieci z gwałtów i wpadek z diabli wiedzą kim. Mało tego, myślą, że ci ludzie pokochają swoje upośledzone dzieci i będą je w miłości chować. Moim zdaniem marne szanse, skoro mimo otwierania „okien życia” w gnojowiskach lądują dzieci, które urodziły się zupełnie zdrowe. Skoro te zdrowe nie znajdują miłości. Jakie szanse mają chore?

Mam wielki szacunek do profesora Chazana, o którym ostatnio głośno, ale chciałabym zobaczyć go w akcji, kiedy tym prymitywnym matkom tłumaczy, że mają pokochać swoje dzieci. Że on zaoferuje im pomoc. Warszawa to nie cała Polska. W Warszawie patologii sporo, ale też i więcej możliwości edukacji. Jak natomiast on wytłumaczy to wszystko, tym wiejskim matkom z popeegerowskich wsi, które rodzą w gnojowiskach, a u ginekologa nie były ani razu? Bo dla nich rozkładanie nóg przed pierwszym lepszym facetem nawet za flaszkę jest mniej obrzydliwe i naturalne niż rozkładanie ich przed ginekologiem?

A swoją drogą… czy ktoś zbadał, ilu jest w Polsce lekarzy, którzy teraz podpisali klauzulę sumienia, a wcześniej w czasach PRL „wyskrobali” sobie mieszkania czy domki z ogródkiem? Wiem. Pytanie nie na miejscu. To ono powinno wylądować w gnojowisku. Niestety o wiele częściej lądują tam dzieci. Margines? Też kiedyś tak myślałam. Ostatnio jednak zauważam, że w niektórych środowiskach powoli staje się pewną normą. A my udajemy, że tego nie widzimy. Co z naszą klauzulą sumienia. Czy też jest na marginesie życia?

PS A kto chce zrobić dobry uczynek. Niech kupi książkę kuratora jakiemuś twardogłowemu zwolennikowi nawracania patologii krzyżem, różańcem i katechizmem. (Książka jest łagodniejsza od bloga. mniej w niej ostrych sformułowań, które rażą wielu.) A potem niech da mi znać. Jakie ten ktoś ma wnioski po lekturze.  A przede wszystkim jakie pomysły, bo na tym najbardziej mi zależy. W końcu margines rośnie…

Mozliwość jest

Tak jak kiedyś nauka rosyjskiego tak teraz ukraińskiego – opłaciły się. Dziś spokojnie mogę czytać to, co na ukraińskich i rosyjskich portalach, a także oglądać to, co w tamtych telewizjach. Połączenie „Cyfry plus” i „Telewizji n” w „NC+” zaowocowało tym, że na kanale 402 odbieram obecnie ukraińską stację telewizyjną „Odyn plus odyn” czyli „1+1”. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, skupieni w niej dziennikarze w opinii mojej i Ulubionego relacjonowali wszystko rzetelnie. Do rozmów zapraszali obie strony konfliktu. Korespondentka z ukraińskiego parlamentu rozmawiała i z przedstawicielami opozycji i Partii Regionów. Dziennikarze w reportażach pokazywali ludzi, którzy są na Majdanie, rozmawiali z nimi i nie stawiali tezy, że steruje nimi zachód, że to nacjonaliści itp. Zresztą, jak pisałam wcześniej, Janukowycza nie chce już niemal cała Ukraina. I nie ma to znaczenia czy ludzie ciążą swoimi poglądami ku zachodowi czy ku wschodowi. Nawet, jeśli wcześniej jedna czy druga strona konfliktu „kupowała” zwolenników spośród takich czy innych środowisk, teraz na ulicy są w większości zwykli ludzie, w różnym wieku i różnych zawodów. Ci, którym, jak to się popularnie mówi „już się przelało”. Wprawdzie nie wiem, jak program „1+1” relacjonował Majdan wcześniej, bo emitowane na antenie informacje odkryliśmy dopiero wczoraj (wcześniej widzieliśmy tam same filmy i seriale), ale byliśmy poruszeni zdjęciami, które pokazywali, a jakich próżno szukać w naszej polskiej telewizji (jednak cenzurujemy okrucieństwo). Paradoksalnie w tym czasie wszystkie trzy dostępne na platformie „NC+” kanały rosyjskojęzyczne, czyli „Jedynka”, „RTR Planeta” i „Rossija 24” nadawały propagandową sieczkę, w której zarówno dziennikarze, jak i zapraszani do rozmów politycy przekonywali, że za Majdanem stoi zachód, a zwolennicy Majdanu to tylko bandyci i terroryści. Dość to paradne, że działo się to w momencie, w którym w sieci na portalu ukraińskojęzycznym pokazano, jak górnicy z Donbasu(!) wrzeszczą do kamery, by nie wierzyć, że Ukraina to prorosyjski wschód i banderowski zachód, bo wszyscy chcą Ukrainy bez względu na to, jakimi językami mówią na co dzień w domach. Zaczęło mnie wtedy zastanawiać, czy możliwym jest, by w XXI wieku i dobie internetu Rosjanie wierzyli w to, co widzą na ekranach swoich stacji telewizyjnych? No, ale od czego ta znajomość języków. Najpierw pomógł twitter. Zasubskrybowane kanały mówiące o Majdanie migały mi przed oczami z prędkością kałasznikowa. Wreszcie… pojawiło się coś, czego szukałam. Adresy rosyjskich blogów traktujących o wydarzeniach w Kijowie. Blogów prowadzonych przez rosyjskich dziennikarzy naprawdę niezależnych. Jeden z nich napisał, że oglądał rosyjską TV i „w tym momencie chciało mi się wyjść na Majdan, znaleźć ich korespondenta i spytać, co za brednie plecie.” A więc jednak w XXI wieku Rosjanie nie są skazani tylko na reżimową telewizję. Mogą zajrzeć do internetu i poczytać/posłuchać swoich rodaków mających nie tyle inne zdanie niż władza, ale pokazujących to, co naprawdę się dzieje. Pozostaje oczywiście pytanie, czy Rosjanie korzystają z tej możliwości.

PS Swoją drogą wstrzymujemy oddech. Jak to się wszystko skończy?