Archiwa tagu: Czesław Miłosz

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Idiokracja?

Wspominałam kiedyś film zatytułowany „Idiokracja”, którego bohater z niskim IQ budzi się po kilkuset latach z hibernacji i zostaje prezydentem USA, bo jest najinteligentniejszy na świecie. Po ostatnich Targach Książki w Krakowie stwierdzam, że jesteśmy bliżej niż dalej tego „ideału”. Pierwszy raz w życiu nie podpisałam nawet jednego egzemplarza swojej nowej książki pt. „Syn dwóch matek”. Powód? Triumfy świecą poradniki. Zwłaszcza takie, w których niewiele jest. Oto tuż po mnie, przy tym samym stoliku co ja, miała siąść i podpisywać książki (choć może powinnam napisać „książki”) Ewa Wachowicz autorka programu telewizyjnego „Ewa gotuje”. Na pewno jest to bardzo sympatyczna i płodna w przepisy kobieta. Ostatnio wydała coś, co nosi tytuł „Zapiski kulinarne na każdą porę roku” w księgarniach jest to za ok. 25 złotych, na targach było za niecałe 18. To osobliwa „książka”. Jest tam jedna strona wstępu, w którym autorka wyjaśnia, że od zawsze robiła takie zapiski kulinarne i teraz daje możliwość robienia ich innym. Reszta stron jest notesem, z pustymi kartkami i pustym spisem treści, które każdy może wypełnić we własnym zakresie. Po autograf Ewy Wachowicz kolejka ustawiła się na 40 minut przed terminem. Byłam więc właściwie osłonięta ze wszystkich stron przez fanów Ewy Wachowicz, którzy z tą książką oraz innymi pełnymi przepisów stali i czekali na idolkę. To ostatnie słowo jest najwłaściwsze. Bo o ile książki Agnieszki Perepeczko, aczkolwiek zawierają przepisy i porady, są pełnymi anegdot opowieściami o życiu, wspomnieniami itd., o tyle książki Ewy Wachowicz to jedynie przepisy, a ta ostatnia „książka” to po prostu zeszyt. Można taki kupić za 3 złote w markecie tylko nie będzie na okładce jej zdjęcia z trzepaczką między piersiami i nie będzie tego wstępu na jedną stronę. Dlatego nie nazywałabym autorki tych dzieł pisarką. To po prostu pisząca przepisy kulinarne celebrytka. Krótko mówiąc idolka.

Bardzo długa kolejka do tej pani (nie mam nic do niej), a to jej książka. Napracowała się kobieta przy pisaniu. ;) #krakow #targiksiazki #ksiazka

Czekając aż skończy się czas mojej nasiadówki rozmawiałam z wydawcą, a potem z kuzynką i obserwowałam tłumek. To jest niesamowite zjawisko! Nie wiem kiedy zniknęła chęć otrzymania autografu pisarza, a została zastąpiona przez chęć otrzymania go od celebryty. Pamiętam kiedyś takie kolejki do Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Dziś nikt nie chce już poetów. Teraz dobry towar to nie tomik wierszy, a książka wydana przez celebrytę. Po pierwsze pozwala ludziom wierzyć, że coś czytają. Pozwala im udawać, że mają w domu biblioteki. I choć nadal w społeczeństwie jest masa ludzi kochających czytać i czytających dobre książki to znów przeważa ta tzw. „szara masa” kupująca zwierzenia celebrytów lub pisane przez nich poradniki. O tym był/jest mój spektakl „Bubloteka”, którego bohater odbywa terapię w bibliotece i w trakcie wpycha czytelnikowi „Wyznania Ludmiły F.”, książkę celebrytki, z którą miał romans, a której owa celebrytka nawet sama nie napisała. Takie są teraz czasy. Nawet gorzej. Nie liczy się już bowiem książka z treścią, a książka bez treści. Zapiski Ewy Wachowicz to drobny przykład. Była już publikacja pt. „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, której „czytelnicy” mogli sami kreatywnie pomazać notes. Były tego typu „dzieła” sygnowane przez Beatę Pawlikowską. I podobno świetnie się sprzedają. Podobnie jak książka „Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach” autorstwa Francis Alan reklamowana jako odsłaniająca „szokująca prawdę” i zawierająca 120 pustych stron. Dowcip naprawdę świetny. Ma to wszystko jednak drugie dno. Nazywa się szacunek dla literatury i pisarstwa. On gdzieś zniknął. Zniknął też szacunek do ciężkiej, mrówczej pracy. Od lat obserwuję pomiatanie naukowcami, zwłaszcza humanistami. Bo tak jest w społeczeństwie, dla którego filozof to po prostu wariat, a może nawet idiota.

Nie wiem jak długo Ewa Wachowicz tworzyła swoje zapiski, czyli tę jedną stronę wstępu do książki zawierającej kilkaset stron czystych. Wiem, że moja napisana do spółki z nieżyjącym Ojcem Maciejem Piekarskim książka „Syn dwóch matek” powstawała długo. Najpierw był napisany prawie 40 lat temu reportaż mojego Ojca pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” opisujący gehennę rodziny wysiedlonej przez Niemców z Zamojszczyzny i matki, która traci połowę swoich dzieci. W 2001 roku zajrzałam do niego i wtedy po raz pierwszy powstała myśl, żeby to wydać, ale żeby tak się stało muszę ja dopisać całe partie. Koncepcję zaczęłam obmyślać jeszcze w 2010 roku. W styczniu bieżącego roku siadłam do pisania i pisałam bite 8 miesięcy. Chcę być teraz dobrze zrozumiana. Nie jestem rozżalona faktem, że nikt do mnie nie przyszedł. Ta książka jeszcze znajdzie swoich czytelników, choć na pewno nie będą ich miliony. Jest na rynku dopiero kilka dni. Ubolewam jednak nad kondycją polskiego czytelnictwa i poziomem intelektualnym polskiego czytelnika. Podobno dzień wcześniej do uwielbianego przeze mnie profesora Jerzego Bralczyka stała garstka ludzi po autograf, zaś dziki tłum szturmował stoisko, na którym książki podpisywała Nela podróżniczka, dziesięcioletnia dziewczynka, która ma swój program na TVP ABC. Oczywiście sama nie jest autorką swoich książek, bo pisze to za nią jakiś dorosły (teraz zapomniałam już nazwisko wpisane w Copyright tekst). Książki są pełne zdjęć Neli w podróżach i to przed przemierzającą świat Nelą dzieci padają plackiem. Jak mi relacjonowano, podczas podpisywania dziewczynkę chroniło kilku ochroniarzy, zaś dzieci, których rodzice odmawiali stania w tak długiej kolejce wpadały w histerię, rzucały się na ziemię i rozpaczały jakby stała się prawdziwa tragedia. Kolejek z histerią czytelniczą nie ma nawet do Wandy Chotomskiej będącej żywą ikoną polskiej literatury dziecięcej!

W świetle tej opowieści o Neli i zajrzenia do książek sygnowanych jej imieniem, które zresztą uważam za ciekawy pomysł pisania dla dzieci, fascynujące wydaje mi się to, że kiedyś podróżnik (nawet ten piszący dla dorosłych) opowiadał jak wygląda świat. Teraz opowiada o sobie. Opowiada o tym, co w tym świecie robi. I to ludzie kupują najchętniej. Dzieci bowiem nie chcą dowiedzieć się niczego o słoniu, ale o przygodach Neli ze słoniem.

Gdy przez ponad 40 minut siedziałam przy stoliku i czekałam na czytelnika, który jak od początku podejrzewałam nie przyjdzie, bo poobserwowałam co ludzi interesuje najbardziej, patrzyłam na twarze czekających na autograf Ewy Wachowicz. Gdyby wzrok mógł zabijać już bym nie mogła zrobić tego wpisu. Miałam bowiem wrażenie, że niemal wszyscy chcieli bym zniknęła i zwolniła miejsce dla ich idolki. Sęk w tym, że nie mogłam tego zrobić. Musiałam odsiedzieć swoje, a ich idolka i tak nie przyszłaby wcześniej. Tak więc ja siedziałam, a oni mnie nienawidzili i gardzili mną, co widać było w tych spojrzeniach. W trakcie w miarę dyskretnie (mam nadzieję, że dyskretnie) obserwowałam to zjawisko. Wstałam ze stoiska na 5 minut przed końcem. Ewy Wachowicz jeszcze nie było. Sfotografowałam jej „książkę”, by wysłać MMS Ulubionemu i kilku przyjaciołom. Uznałam bowiem całą rzecz za mocno zabawną. Ulubiony był przerażony, znajomi współczuli, choć nie było mi to potrzebne. Jedna przyjaciółka przysłała SMS. „Kiedyś, jak była rocznica okrągła wybuchu Powstania Norman Davies wydał o nim książkę. Jechałam z kolegą na Hel. Książkę mieli sprzedawać od 17. Ubłagałam go, mimo że była 16, żeby poczekał godzinę. Ja dumna jak paw, ale ze łzami w oczach wchodzę do Empiku, przed którym kłębi się tłum. Prawie się biją! To Wiśniewski płytę podpisywał, a ja myślałam, że ludzie wcześniej przyszli. Do Daviesa było 5 osób, w tym ja.”
Z mojej historii, która jest zresztą podobna do tej, kiedy czekałam na certyfikat na Zamku Królewskim i zapomniano mnie wyczytać, więc wręczono mi go w szatni na zamkowych schodach, nie śmiał się nikt poza mną. A przecież to jest też śmieszne. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że kiedyś moja mama stała 2 godziny po autograf Melchiora Wańkowicza. Dzisiaj, by ktoś tak chętnie czytał Wańkowicza musiałby on pokazywać w telewizji nie swojego psa Dupka (jamnika!), a dupę. Gotowanie mogłoby mu nie pomóc, bo co to za atrakcja facet z trzepaczką do jajek między cyckami? Chyba, że włożyłby ją między jajka… A tu jednak kłania się cenzura. Ale być może tylko na razie. Bo już za chwileczkę…

Część napisana przez Ojca ma prawie 40 lat... Nadal nie mogę uwierzyć, że to się udało. #dom #ksiazka #trzeciastrona #syndwochmatek

PS Znajomi i przyjaciele mówią, bym nie przyznawała się i nie pisała, że nikt do mnie nie przyszedł. No dobrze. Napiszę więc prawdę! Był do mnie tłum! Mało mnie czytelnicy nie stratowali, a nawet wykupili cały nakład. A fani drąc się „Zamojszczyzna!” rozdzierali szaty i podcinali sobie żyły! 

Brutalny świat lajków

Nie da się ukryć, że Internet i media społecznościowe zmieniły nasz świat. Czy na lepsze? Często się nad tym zastanawiam. Ileż znajomości, które trwały od niemal podstawówki, skończyło mi się na facebooku? Przyczyny były przeważnie te same. Komuś nie odpowiadały moje poglądy na coś tam i najpierw próbował na siłę przekonać do swoich, a gdy nie starczało argumentów – obrażał i wyzywał, by na końcu obrazić się na mnie na amen. Poglądy dotyczyły różnych spraw. Paradoksalnie nie polityki, która podobno wzbudza największe emocje. Ale ze mną trudno się pokłócić o partie i polityków, bo żadnej nie lubię, choć w każdej znajdzie się nie tylko łajdak i złodziej, ale i chociaż jeden porządny człowiek.  

Media społecznościowe mówią wiele o ich użytkowniku. Na przykład… co lubi. Obracamy się teraz w świecie lajków. To nimi mierzy się popularność pewnych rzeczy, czy zjawisk. To one pokazują gusta ludzi. Tylko czy popularne to znaczy wartościowe? Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu obserwując jak wielką popularnością cieszą się pewne postaci, których osiągnięcia są powiedzmy… kontrowersyjne. Z drugiej strony osoby zasłużone dla kultury czy sztuki już tak popularne nie są. Ostatnio zmarł Stanisław Barańczak. Jego profil na FB to „strona generowana automatycznie w oparciu o zainteresowania użytkowników serwisu Facebook. Nie jest powiązana z żadnymi osobami związanymi z tematem ani przez nie zarządzana.” Tę stronę lubią 2533 osoby. Zuzanna M, która wraz ze swym przyjacielem zabiła jego rodziców, odcinając żyjącemu jeszcze i broniącemu się ojcu chłopaka rękę i wydłubując temuż ojcu palcem oko, w kilka dni po zbrodni zyskała na FB, na którym ma fanpage pod pseudonimem Maria Goniewicz, gdyż pod takim nazwiskiem wydala tomik wierszy, ponad 8 tysięcy polubień osiągając tym samym prawie 11 tysięcy fanów. Dla porównania nasza noblistka Wisława Szymborska, w chwili gdy piszę te słowa, ma ich „tylko” 9482, a drugi nasz noblista Czesław Miłosz (strona wygenerowana automatycznie, jak ta Stanisława Barańczaka) 10793.

Owszem, po artykule w jednym z tabloidów, gdy dziennikarze zwrócili uwagę, że oficjalny profil morderczyni  Rakowisk w ciągu kilku dni od zbrodni polubiło ponad 8 tysięcy osób i należy zastanowić się nad kondycją społeczeństwa, liczba fanów autorki tomiku „33” zmalała. Podobno Zuzanna M., nomen omen córka profesor z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach, popełniła tę zbrodnię, by ten jej tomik wierszy zyskał na popularności. O ironio profil Marii Goniewicz polubili także niektórzy moi znajomi. Być może dla żartu, ale to też mi dało do myślenia. Coraz częściej stwierdzam, że powtarzane przeze mnie wielokrotnie jak mantra powiedzenie świętej pamięci Stanisława Lema „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do Internetu.” jest nie tyle prawdziwe ile wręcz przerażająco prawdziwe.

Ostatnio zastanawiam się czy nie przestać tu zaglądać. Ale podobno jak nie ma cię w Internecie i na Facebooku to znaczy, że nie żyjesz. A ja w sumie kocham życie. Choć z drugiej strony… ktoś powie, że Stanisław Barańczak, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz nie żyją, a są w Internecie. Mnie jednak do nich daleko. Tak samo jak i do Marii Goniewicz, której profil lubi pięć razy tyle osób co mój. Zwłaszcza od kiedy zamordowała dwoje ludzi. Brutalny ten świat lajków, prawda?

PS Proszę broń Boże nie pomyśleć, że utyskuję na małą liczbę swoich fanów. Tak naprawdę wystarczą mi Panicz Syn, Ulubiony i oba szczury, choć te ostatnie kompletnie niepiśmienne. Ja tylko stwierdzam fakty. No i z tym Barańczakiem przykre.

Fani kiełbasy

Od kilku dni mam gościa. Dowiedziawszy się, że jest w Polsce Adam Lizakowski zaprosiłam go z Dzierżoniowa do Warszawy. To niezwykle intensywny czas, bo chcę te kilka dni jego pobytu w Warszawie wykorzystać i pokazać mu jak najwięcej. W niedzielę zabrałam go więc do Pęcic na powstańcze obchody. W poniedziałek pokazałam mu Radziejowice gdzie zjedliśmy obiad. Potem w Warszawie popłynęliśmy promem z Saskiej Kępy na drugą stronę Wisły i przeszliśmy na piechotę wzdłuż rzeki od cypla Czerniakowskiego aż do mostu Świętokrzyskiego. Wczoraj Adam miał spotkanie autorskie w bibliotece na Woli, a potem łaziliśmy na różne spotkania prywatne. Oczywiście cały czas rozmawiając: o literaturze, poezji, wydawaniu książek, Ameryce, Polsce, ludziach itd. Jedna z historii opowiadanych mi na wyrywki i z przerwami przez Adama zafascynowała mnie szczególnie. Otóż w latach 80-tych, gdy Adam osiadł w San Francisco poznał pewnego przedwojennego polskiego dżentelmena, pana Stanisława Ludwika Lewickiego. Pan Stanisław był już wtedy mocno po 80-tce i mieszkał w domu spokojnej starości, w którym zajmował dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Historie o panu Stanisławie fascynują mnie pewnie dlatego, że nic mnie nie dziwi jeśli idzie o starych ludzi, ale zawsze podziwiam ich pogodę ducha, wolę życia i chęć rozwijania się do końca, do ostatnich dni na tym świecie.
Pan Stanisław był erudytą, miłośnikiem książek i wielkim dziwakiem. Adamowe opowieści o panu Stanisławie powinny właściwie posłużyć za scenariusz filmowy, ale kto by to chciał nakręcić? Choć może…
Otóż przed wojną pan Stanisław podobno grywał w filmach. Piszę podobno, bo w bazie filmu polskiego słówka o nim nie ma. Urodził się w Czerniowcach na przełomie XIX i XX wieku. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rodzina przeniosła się do Rudy Śląskiej. Pan Stanisław skończył filologię niemiecką (nie wiem czy we Lwowie czy na Jagiellonce, ale gdzieś na terenie dawnej Galicji). Podczas wojny został wywieziony do obozu, bodajże w Sachsenhausen gdzie z racji swojego wykształcenia był tłumaczem. Po wojnie był jeszcze nauczycielem polskim na terenie Szlezwiku Holsztyna, a potem dostał się do Ameryki gdzie zarabiał mieszając drinki bogatym ludziom. Pan Stanisław miał kilka pasji. Uwielbiał zegarki i nosił ich kilkanaście na obu rękach. Uwielbiał się portretować, więc w domu miał kilkadziesiąt swoich portretów namalowanych przez różnych malarzy. Uwielbiał też fotografować. Najczęściej fotografował kwiaty lub swoje odbicia w lustrach i szybach wystaw sklepów na ulicach San Francisco. Palił dwie paczki Lucky Strików dziennie, które wypalał do połowy, a niedopałki wyrzucał gdzie popadnie. Hodował w wielkim pięćdziesięciolitrowym akwarium jedną rybkę i gdy pewnego razu zdecydował się wyjechać na wakacje wezwał taksówkę i taksówkarz wiózł akwarium z jedną rybką do siostry – jadąc rzecz jasna z prędkością 2 czy 5 kilometrów na godzinę. Pan Stanisław uwielbiał kobiety. Choć sam miał 140 centymetrów wzrostu opowiadał często o swoich podbojach miłosnych, bo jak twierdził był przed wojną fordanserem, a w tańcu łatwiej zdobyć kobietę. Opowiadał wszem i wobec, że miał w życiu mnóstwo kobiet. Może i było w tym coś z prawdy, bo w późnym wieku dorobił się syna z młodszą o 27 lat panią, która jak i wszystkie inne pozostawiła go, ale z jakich konkretnie powodów – nie wiem.
W domu pana Stanisława, w którym były ścieżki między meblami i gratami miał mnóstwo książek, bo uwielbiał czytać. Książki były więc wszędzie – na meblach, podłodze, a nawet w wannie. Pan Stanisław co chwila kupował nowe wydając na to obie swoje emerytury – tę od Hitlera za pobyt w obozie i tę amerykańską za mieszanie drinków.
Adaś opowiedział, że idąc na jedno ze swoich spotkań z Czesławem Miłoszem, którego był uczniem w Berkeley, zaszedł do pana Stanisława z pytaniem, czy nie ma czegoś Miłosza. Dostał kilka książek. Chciał zaszpanować nimi przed Miłoszem, że tu w San Francisco ma jego książki i czyta. Na zajrzenie do środka czasu nie było, więc na spotkaniu podsunął je mistrzowi i poprosił o autograf. Miłosz zajrzał, zrobił dziwną minę podpisał jedną, drugą i trzecią, a potem powiedział:
- Bardzo uważnie pan czyta.
- Staram się – odpowiedział Adam i dopiero potem zajrzał do książek. Odkrył wtedy, że ich właściciel, czyli pan Stanisław, miał zwyczaj pisać w książkach na marginesach swoje komentarze. Książki pełne więc były wykrzykników, znaków zapytania i tekstów w stylu: „Co on tu pierdoli?” Gdy później wielokrotnie spotykał się z Miłoszem przyznał się, że nie był pierwszym właścicielem tych książek.
W domu pana Stanisława panował niezwykły smród, więc pewnego dnia opieka społeczna na prośbę pozostałych mieszkańców domu przysłała komisję, która stwierdziła, że mieszkanie trzeba posprzątać. Przysłano mu młodą Murzynkę, która zobaczywszy to wszystko siadła przy stole załamana. W mieszkaniu bowiem były nie tylko książki w wannie i na wszystkich meblach, podłodze itd. ale w zlewie na patelni rosła trawa, wszędzie biegały karaluchy i tylko pan Stanisław wiedział gdzie co leży. Patrząc na załamaną młodą Murzynkę pan Stanisław zaczął gładzić się po swojej koziej brodzie, związanej gumką w kucyk i spytał:
- Chcesz iść do domu?
Murzynka przytaknęła. Pan Stanisław zaproponował.
- Pokażesz cycki to pokwituję, że sprzątnęłaś i pójdziesz.
I tak przez dobrych kilka miesięcy młoda Murzynka pokazywała mu cycki, a pan Stanisław na specjalnym druku z opieki społecznej kwitował, że burdel w jego domu jest przez nią sprzątany. Mieszkanie tymczasem nadal wyglądało, tak jak wcześniej. Karaluchy biegały, trawa na patelni rosła, a petów na podłodze przybywało. Sprawa wydała się wraz ze śmiercią pana Stanisława. Zanim jednak umarł, opieka społeczna zainteresowała się jeszcze jego stanem zdrowia. Ponieważ miał on permanentnie zajętą wannę przez książki, więc się nie mył. Gdy wysłano go na jakieś specjalne badania i kazano zdjąć buty oczom lekarzy okazał się straszny widok. Paznokcie u nóg pana Stanisława przypominały racice, bo rosły w kółko i były niemal zdrewniałe. Wysłano go więc do pedicurzystki, ale ta nie mogła poradzić sobie z tym koszmarem, bo połamała cążki. Musiał przyjść ktoś tam z jakąś piłą, która służyła do czegoś zupełnie innego niż pedicure i odpiłować panu Stanisławowi paznokcie.
Przyznam, że adasiowe opowieści o panu Stanisławie wydały mi się naprawdę fascynujące. Może dlatego, że od małego bywałam z rodzicami w różnych domach przedwojennej zdziwaczałej arystokracji i inteligencji i nic mnie nie dziwi? Bywałam u pani Walterowej wdowy po Władysławie Walterze, przedwojennym aktorze i mówiłam do niej babciu. Podczas wojny straciła jedynego syna Wawrzka, traktowała mnie więc jak kogoś bliskiego. Bardzo przezywałam jej pogrzeb. Do dziś mam jej kościaną bransoletkę i różne antologie poezji opracowane przez Stanisława Lorentowicza. Miedzy innymi „Ziemia polska w pieśni” i „Polska pieśń miłosna”. Z kolei w swojej książce „Tropiciele” pod postacią pani Eulalii opisałam panią Annę Czajkowską z domu Zaleską primo voto Laudańską, wdowę najpierw po oficerze przedsanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił samobójstwo, a następnie po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Pani Anna była matką kolegi Antka Piekarskiego, mojego stryja. Edek Laudański walczył tak, jak mój stryj w powstaniu warszawskim. Przez kilkanaście lat pani Anna mieszkała z panią Ireną Kościałkowską, która w PRL zatraciła pierwszy człon nazwiska Zyndram, dla nas jednak była Zyndram-Kościałkowską. Pani Irena sprzedała swoje mieszkanie Stanisławowi Grochowiakowi i przeprowadziła się do przyjaciółki do klatki obok, czyli właśnie do pani Anny. Tam odwiedzaliśmy najpierw obie staruszki, a potem po śmierci pani Ireny samą panią Annę, która zmarła mając 99 lat!
Ja, podobnie jak Adaś u pana Stanisława, dorabiałam sobie jako kierowca pani Anny. Przygód miałam co niemiara. Pani Anna, jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce, które zrobiły prawo jazdy świetnie znała się na samochodach. Prowadzić już nie mogła, bo miała ponad 80 lat i wzrok jej szwankował, ale nadal miała świetny słuch. Gdy woziłam ją jej maluchem od razu wiedziała, czy to co nawala w aucie, to żychler, czy tłumik czy może jakaś świeca jest do bani. Pewnego razu podjechałyśmy do wulkanizacji. Tylne siedzenia jej malucha wypełniały rzędy opon. Wulkanizator wyjmował po jednej oponie. Naraz sięgnął do wnętrza jednej z nich i wyjąwszy coś ze środka rzucił w za płot, a tam na kawałki rozszarpał to pies.
- Co to było? Banan? – zainteresowała się pani Anna.
- Nie szanowna pani. Słonina pełna kłaków – odpowiedział uprzejmie pan wulkanizator, a ja mało nie padłam ze śmiechu, bo mina pani Anny wyrażała przekonanie, że mógł to być jednak banan.
Pani Anna trzymała w domu kilkanaście psów, które nienawidziły się między sobą i – jak w mojej książce – trzeba było je wyprowadzać pojedynczo lub w małych grupkach. Był tu i opisany przez mnie w „Tropicielach” kudłaty Bartunio.
Pani Anna jako starsza osoba miała sztuczną szczękę. Z racji wieku i kłopotów ze wzrokiem nie zawsze dobrze ją domywała i często szczeka padała ofiara psów. Gdy trzeci raz psy zgryzły jej zostawione na szafce nocnej zęby, akurat na ostatniej stronie „Przekroju” w dziale „Rozmaitości” pojawił się dowcip rysunkowy. Człowiek leżał w łóżku, a na jego szafce nocnej stała szklanka z zębami i do tej szklanki szczerzył się jego pies. Mama pokazała ojcu dowcip, a ojciec natychmiast złapał za nożyczki i powiedział, że wytnie to dla pani Anny. Mama zaczęła protestować, że ojciec urazi tym staruszkę, ale tata spojrzał na nią i powiedział:
- Oszalałaś? Będzie zachwycona.
Okazało się, że ojciec miał rację. Dowcip długie lata wisiał u pani Anny na lodówce przyczepiony magnesem. Niestety jej sztuczna szczęka nadal, co jakiś czas, była zgryzana na miazgę przez pieski z kudłatym Bartuniem na czele.
Pani Anna przeżyła w swoim życiu niebywały głód. Pierwsza wojna światowa zastała ją w głębi Rosji. Gdy nadeszła Rewolucja Październikowa, by nie umrzeć z głodu dostała się do cyrku gdzie jako miłośniczka zwierząt (przyszła działaczka Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami) opiekowała się końmi. To spowodowało, że nigdy nie wyrzucała jedzenia. Opisana przeze mnie w „Tropicielach” historia z wyciągniętą zza lodówki spleśniałą kiełbasą, szorowaną szczotką ryżową pod kranem jest jak najbardziej prawdziwa.
Myślę, że kiełbasa jest tym co najsilniej łączy moją panią Annę z adasiowym panem Stanisławem. Otóż pan Stanisław uwielbiał niemiecką kuchnię pełną sznycli i kiełbas. Namiętnie chodził do niemieckich knajp, zamawiał najtłustsze mięsa i… nie płacił. Był przecież staruszkiem, a San Francisco jest tak wielkie, że nikt go nawet nie ścigał. No bo i po co biec ulicami wielkiego miasta za dziadkiem, który nażarł się kiełbas?