Archiwa tagu: Detektyw Warszawski

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

Znów na rozdrożu

Znów jestem na rozdrożu. Jeszcze nie tak dawno informowałam, że ruszam z programem o Warszawie a tu… program „Detektyw warszawski” schodzi z anteny. Obecnej dyrekcji się nie spodobał. Ale… ja się tego spodziewałam, bo w końcu zatwierdzała go poprzednia dyrekcja. Plus nie ma kasy na program, choć kosztorys był taki, że np. mój kuzyn, który prowadzi firmę zajmująca się produkcją telewizyjną gdy dowiedział się ile kosztuje cały program stwierdził, że on za te pieniądze to by nie brał się do roboty, bo to szkoda czasu.
W tym, że jest taka decyzja, by program zniknął sporo i mojej winy. Trzeba było robić nie to co mnie interesuje, ale to co interesuje większość ludzi. A to przecież wiadomo, że „dupa, ćwiara i gitara” lub jak wolą inni: „kurwy, bimber i organki”. Trzeba było więc zajmować się nie patronami Warszawy, ale lupanarami. Pokazywać gdzie w Warszawie chodzono pić, dać w gębę i złapać trypra podczas zabawy z paniami lekkich obyczajów. Ale już pozamiatane i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Na marginesie dodam, że dopiero dziś przyszły jakieś listy od widzów z pomysłami kolejnych odcinków. Nawet nie przekażę ich dyrekcji, bo przyszły już po ogłoszeniu decyzji o zdjęciu programu z anteny, więc byłby zarzut, że napisałam je ja lub moi znajomi na moje zlecenie.
W każdym razie obejrzałam się wstecz i… refleksje są smutne. Mam 42 lata, siedzę w TVP trzynasty rok bez etatu i… znów jestem tylko reporterem lokalnego programu miejskiego, co już dawno dla mnie to przestało być rozwijające. Na dodatek reporterem najstarszym, jak ta najstarsza starowinka w „Seksmisji”, grana przez Barbarę Ludwiżankę, co to  hodowała w pudełku ziemniaka. Ja tak hoduję pleśń w plastikowych kubkach po kawie z automatu i jakieś debilne ideały, którymi gęby swojej i dziecka nie nasycę, bo… dochód z tej miejskiej reporterki jest gorzej niż mizerny. Reporter miejski w TVP dostaje połowę tego co researcher programu ogólnopolskiego typu „Wiadomości”, a wykonuje robotę reportera i researchera, a na dodatek kamerę ma nie do czasu aż zrobi tylko na dwie godziny. Tak więc z tego co zarobię w Kurierze starcza mi zaledwie na ZUS. O dżemiku truskawkowym, który nie jest mdły, ale dobry bo kwaskowy mogę tylko pomarzyć, chyba… że pracowałabym codziennie. Wtedy może zarobiłabym dwa razy tyle, ale wtedy nie jeździłabym na spotkania autorskie ani nie miałabym czasu na zbieranie materiałów do gazet czy odpowiadanie na „trzynastkowe” listy. Program też kokosów nie przynosił. Kwoty tu nie podam, bo nikt nie uwierzy. A wiem to stąd, że gdy leżałam chora to dostałam kilka obraźliwych listów o tym jak my tu tłuczemy kasę w TVP, więc żebym nie jęczała na temat choroby i braku lekarza, bo dobrze mi tak! Cóż… kto tłucze kasę – ten tłucze. Na pewno nie ja. Piszę o tych finansach, bo choć materialistką nie jestem, to niestety żyć bez pieniędzy nie dałabym rady, a nie dalej, jak tydzień temu życie przeprowadziło za mnie chłodną kalkulację. Otóż kiedy przed trzema laty z okładem spotkała mnie pewna życiowa katastrofa, to była ona nie tylko emocjonalna, ale i finansowa. Oto zostałam z długami zaciągniętymi na coś, co nie było moje i z czego nie korzystałam. Z tej finansowej katastrofy kilka razy już prawie się podnosiłam. Niestety chwilę potem zdarzał się nieprzewidziany wypadek (wielka awaria gazu, wielka awaria prądu itd.) i znów… wpadałam w finansowy kanał. Ostatnio kanał był na tyle głęboki (na dodatek pogłębiony chorobą i prawie dwutygodniowym uziemieniem w łóżku), że aby z niego wyjść wystąpiłam z wnioskiem do jednego z banków o kredyt. Ściągnęłam wszystkie możliwe dokumenty z Urzędu Skarbowego i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, przywlokłam PIT za 2008 rok, ale bank zażądał jeszcze ostatniego druku PIT-5 za październik, bo prowadzę działalność gospodarczą. Od dłuższego czasu moim właściwie jedynym klientem jest TVP. Zaś z gazetami, dla których po nocach dziergam teksty, rozliczam się na umowy o dzieło. PIT-5 za październik przyniosłam i oto tydzień temu w banku wylano mi na głowę kubeł zimnej wody, bo usłyszałam:
- Pani nie kwalifikuje się do żadnego kredytu, bo pani miesięczny dochód z działalności gospodarczej to… 900 złotych!
Przyznam, że nie miałam świadomości, że jest aż tak źle. No bo przecież tu spotkanie autorskie, tam artykuł… nie patrzyłam szczegółowo na swoje telewizyjne zarobki, tylko na globalne zarobki miesięczne brutto. A teraz… okazało się, że po odliczeniu kosztów – ZUS, telefon itd. z tej działalności gospodarczej miesięcznie zostaje mi 900 złotych. Teraz wiem, czemu te moje kłopoty tak się pogłębiały, że nie miałam czasu siedzieć nad powieścią. Po prostu wpadłam w wir pracy błędnie myśląc, że jak nie da się ciąć wydatków trzeba więcej pracować i… tak rozmieniłam się na drobne w stacji, która nie daje mi możliwości rozwoju, podcina skrzydła i wynagradza niezwykle podle. Podobno najgorszym pracownikiem jest zdemotywowany fachowiec. Nie wiem czy jestem fachowcem. Skoro program się nie podobał to najwyraźniej nie jestem. Na pewno jednak jestem zdemotywowana. Dlatego znów myślę… zostać czy odejść? Rozsądek każe odchodzić. Przecież nie da się dłużej tak żyć. Nie mam nie tylko etatu, ale i żadnych oszczędności, a telewizyjny dochód jest pożal się Boże. Jak dożyję do emerytury, to będę miała tę emeryturę najniższą krajową. Na dodatek trzeba teraz spłacać kredyt, który w końcu dostałam, bo podparłam się dochodami z gazet i honorariami z książek. Tymi honorariami które zawsze wydawały mi śmiesznie niskie (ok. 2 złotych od książki), a w które np. nie wierzyła matka pewnego mojego znajomego pytając, jak na plotkarkę przystało, swoją sąsiadkę:
- Gdzie są te pieniądze z jej książek? Jeśli jedna kosztuje 24,90, a Małgosia sprzedała 35 tysięcy to znaczy, że…
- Ale proszę tak nie liczyć. Przecież i wydawca i drukarnia i księgarz musi z tego zarobić dla siebie. To nie jest wszystko dla autora… – odpowiadała sąsiadka, ale mama znajomego nie chciała wierzyć. Swoje wiedziała. Liczyć przecież umie, a cena na książce jest wydrukowana.
„LO-teria”, o którą ciągle pytają czytelnicy, nadal jest nieskończona, bo ciągle coś robiłam dla TVP. A tu… bilans telewizyjnych zarobków, którym dostałam jak obuchem w łeb, wyniósł 900 złotych miesięcznie. Będę miała święta z przegrzanym umysłem, bo będę cały czas analizować co zrobić ze swoim życiem. A może gdybym odeszła z TVP to i mogłabym więcej pisać i płaciłabym mniejsze rachunki za telefon? Przecież większość rozmów, które wykonuję ze swojej komórki to rozmowy służbowe. I tylko potem zaraz myślę, że nadejdzie kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, a mnie nie będzie w Kurierze? No jak to?! Albo myślę: kto będzie te wycieczki dzieci po telewizji na Placu Powstańców oprowadzał, a potem łapię się za głowę i mówię do siebie, że „przecież wariatko oprowadzasz te wycieczki za darmo! Myśl o zarabianiu, a nie o swoich wydumanych misjach edukowania młodzieży”. No niestety… Muszę nauczyć się myśleć komercyjnie, by potem nie trząść się ze strachu, tak jak ostatnio, że mi ktoś prąd, gaz czy wodę odetnie, bo nie zapłaciłam w terminie. Śmiałam się z TVN, że tandetne i że obniża poziom intelektualny społeczeństwa. A może trzeba zejść z chmur idealizmu i zamiast robić misyjne pierdoły o wędrujących pomnikach robić programy o krwi, seksie i pijaństwie? Inaczej ciągle będę w długach i finansowych tarapatach. Może trzeba jednak napisać to, co podawałam kiedyś znajomym żartobliwie, jako pomysł na super książkę pt. „Guma”, czyli historię jednej nieużytej, bo nierozpakowanej prezerwatywy, która wędruje z rąk do rąk, (a nie po wulkanizacji z fiuta na fiuta), by w finale być rozpakowaną pęknąć nie na w jakiejś pochwie (i w ten sposób zrobić kinder-niespodziankę, czyli przyczynić się do wzrostu populacji), ale na ulicy jako rzucona z okna bomba pełna wody. Albo może trzeba wrócić do innego mojego kpiarskiego pomysłu zatytułowanego „Fekalne historie”, czyli opowiadań tylko o sraniu? I zrealizować ten pomysł. Napisać dziesięć historyjek. Kto gdzie się zesrał? W gacie, w łóżko czy w fotel? A w jakich okolicznościach? Na poczcie, w domu, w pracy czy na ulicy? I tak byłoby to upragnione i uwielbiane gówno na każdej stronie. Jakie? Wszelkie! Rzadkie, gęste, twarde, miękkie, śmierdzące, kolorowe itd.. Tyle, że jeśli to przyniosłoby mi dochód, który zapewniłby mi spokojne życie bez stresu, że wyłączą mi prąd, gaz czy wodę, to by oznaczało, że idealizm, którym karmiono mnie i którym ja karmię swoich nastoletnich czytelników w „Klasie pani Czajki”, „Tropicielach” czy „Dzikiej” jest właśnie to gówno wart. I najbardziej boję się, że taka jest prawda. Bo przecież wielokrotnie, gdy okazywało się, że miałam kłopoty finansowe, bo nie pracuję w TVP na gwiazdorskim kontrakcie, to od razu ludzie tracili zainteresowanie moją osobą i moim pisaniem. Teraz, gdy przyznałam się, że dwa tygodnie temu trzęsłam się ze strachu, że odetną mi media, też pewnie spadnie czytelnictwo mojego bloga, a i Onet wyrzuci z rubryki znani. Choć akurat to ostatnie byłoby jedyną rzeczą w moim życiu, która by mnie nie zmartwiła. Przecież wielokrotnie pisałam, że w świecie, w którym z prawie 7 miliardów ludzi ponad połowa nie słyszała o Jezusie, Mahomecie, czy dynastii Cadyków z Góry Kalwarii pojęcie „znany” jest co najmniej śmieszne. A wątpliwą sławą nie wykraczającą poza wąski krąg społeczny brandzlują się tylko tandetne celebrytki o umyśle mniejszym niż ich rozmiar biustu.
P.S. Najgłupsze jest to, że dla TVP pracuję i w Wigilię i Sylwestra (i to od 4-tej rano) i w Nowy Rok.

Pomódlmy się do Syrenki!

Słabo, słabo, słabiutko… tyle mam do powiedzenia po dzisiejszym nagraniu trzeciego odcinka „Detektywa warszawskiego. Drugi odcinek emisję miał wczoraj, bo program nadawany jest raz na dwa tygodnie w piątki o 19.05 i był poświęcony fikcyjnym bohaterom upamiętnionym w Warszawie stąd jego tytuł: „Fikcyjni bohaterowie w Stolicy.” Z wiedzą na temat, kto to był Roch Kowalski, Jan Onufry Zagłoba, a nawet Stanisław Wokulski czy Ignacy Rzecki nie było zbyt dobrze. Choć kilka osób, którym te nazwiska coś mówiły się znalazło, ale pytałam w okolicach Uniwersytetu. Dziś nagrywałam trzeci odcinek, który nosi tytuł: „Patroni Stolicy”. Aż się chce zawołać: „O Matko Boska, z którego bądź kościoła módl się za nami!” Zamiast „Od powietrza, głodu, ognia i wojny… chroń nas…”
Dialog wyglądał mniej więcej tak i w tej formie na stronie programu znajdzie się zapowiedź trzeciego odcinka:
- Przepraszam, kto jest patronem Warszawy?
- Syrenka.
- I modli się pani do Syrenki?
- A… nie…
- A do kogo modlą się Warszawiacy, by chronił od powietrza, głodu, ognia i wojny?
- Nie mam pojęcia!
- Patronem Warszawy? Może Zygmunt trzeci Waza?
- I modli się pan do Króla Zygmunta?
- Eee tam! Do króla to nie!
- Tyle lat mieszkam w Warszawie, właściwie od urodzenia, ale nie wiem.
- Ja nawet książki historyczne czytam i nic mi do głowy nie przychodzi…
- A jak idzie pan Świętojańską, za katedrą…
- To Jezuici tam są.
- I kościół pod jakim jest wezwaniem?
- Nie mam pojęcia… Może pani mi powie?
- Matki Bożej Łaskawej patronki Warszawy.
- No to ja pierwszy raz słyszę!
Ale Matka Boża Łaskawa to oczywiście nie jedyna patronka. Najbardziej podobało mi się to, że zaczepiałam ludzi przed kościołem św. Anny. Nikt nie wiedział, a tam… na ścianie świątyni znajduje się tablica, na której jak wół napisane jest, że tu był kaznodzieją bł. Władysław z Gielniowa. Patron Warszawy, Polski i Księstwa Litewskiego. Pomijam już innych świętych, bo o tych to nikt kompletnie nie słyszał, ale cóż… Niewielu wie, kto to w ogóle jest patron i jakie jest jego zadanie. Choć i tak jest pewien postęp. Gdy w marcu 2007 roku robiłam dla „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego” krótki materiał o patronach odpowiedzi ludzi były takie: Hanna Gromkiewicz-Waltz! (Zwracam uwagę na przekręcenie nazwiska na ‘Gromkiewicz”. To nie jest moja literówka). Padał też Piłsudski i to raz z imieniem… Stanisław. Teraz podawali tylko postaci ze staromiejskich legend i pomników. Brakowało… Bazyliszka.

Detektyw Warszawski

Już mogę uchylić rąbka tajemnicy, czyli napisać słówko o swoim programie. Emisje będzie miał w piątki, ale… wyjątkowo pierwszy odcinek startuje w niedzielę o 8.10 i 18.00 na antenie TVP Warszawa, czyli w regionalnym paśmie TVP INFO.

Dlaczego w niedzielę? Bo to Wszystkich Świętych, a ja zadaję przechodniom pytanie na czasie:

- Gdzie chowano warszawiaków zanim powstały Powązki i Bródno?
- Oj… to trzeba jakieś starsze osoby spytać.
- Ale jak stare? Powązki mają ponad dwieście lat, to jak stare muszą być te osoby, które to wiedzą?
- Oj to ja nie wiem…

Pytanie zadaję nie tylko Warszawiakom, ale także… specjalistom. To dzięki nim widz dowie się: Gdzie spoczęły szczątki średniowiecznych mieszkańców miasta. Gdzie chowano ofiary epidemii, które często nawiedzały miasto, a gdzie grzebano przestępców skazanych w dawnych wiekach w Rzeczpospolitej na karę śmierci. Widzowie poznają też pierwszy cmentarz poza miastem, czyli w polu, a który dziś… znajduje się w samym centrum stolicy. Odpowiedzi na pytania udzielą dr Romuald Morawski z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy oraz Mieczysław Janiszewski przewodnik Warszawski.

Na pomysł programu wpadłam kilka lat temu. Jest prosty, bo lubię proste pomysły. Mam zapędy przewodnickie – uwielbiam oprowadzać wycieczki, co miałam przyjemność robić wiele razy. Po prostu lubię dzielić się tym co wiem z innymi. Tak samo, jak lubię, gdy inni dzielą się swoją wiedzą ze mną. Dlatego chętnie chodzę na wycieczki z przewodnikiem.

Program nosi tytuł „Detektyw Warszawski, czyli… na tropie miejskich tajemnic”
Znany wszystkim Koziołek Matołek, powołany do życia przez Kornela Makuszyńskiego „poszedł biedaczysko, po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”. Tak jest i z „Detektywem Warszawskim”, który szuka tego, co pod nosem i może komuś się zdawać, że odkrywa po raz dziesiąty Amerykę. Ale… czy na pewno? Czy warszawiacy naprawdę znają odpowiedzi na pytania stawiane w programie?

W „Detektywie warszawskim” szukam odpowiedzi na najprostsze pytania, pokazując widzom – mieszkańcom stolicy to, co mają pod nosem, a czego w zagonionym świecie z reguły nie dostrzegają. W udzieleniu odpowiedzi pomoga mi specjaliści z różnych dziedzin – historycy, warszawscy przewodnicy, varsavianiści. Dla potrzeb programu w przepastnych archiwach TVP Warszawa szpera Agnieszka Dudek.

Logo programu z tajemniczą lupką, podstawowym narzędziem pracy detektywa, ale i szperacza w starych dokumentach czy archiwach opracował Dariusz Foksowicz. A oprócz mnie nad programem pracuje stała ekipa:

Zdjęcia: Wojciech Hajdacki,
Dźwięk: Stanisław Komar
Montaż: Agata Wasilewska
Opracowanie muzyczne: Marianna Zając
Kierownictwo produkcji: Anna Cyzowska

Detektyw Warszawski to program otwarty na pomysły widzów. Jakie jeszcze sekrety stolicy trzeba ‚odkryć’?

Nasz adres:
„Detektyw Warszawski”
Ul. Jasna 14/16
00-054 Warszawa
e-mail: detektyw.warszawski@tvp.pl

http://www.detektywwarszawski.pl

Strona jeszcze w przygotowaniu, ale już coś tam jest… Docelowo na stronie będzie można przeglądać archiwalne odcinki.

Zespół sobotniej nocy…

Pierwszy raz usłyszałam o tym na studiach. Opowiadała koleżanka, której ojciec był lekarzem, że coś takiego w medycynie istnieje. „Zespół  sobotniej nocy” z angielskiego „saturday night palsy” jest charakterystyczny dla alkoholików, którzy po wypiciu, ze zmęczenia zasypiają na ławce w parku z głową podpartą na ramieniu. Potem zdrętwiałe kończyny bolą,  nie dają się rozprostować itd. I ja tak mam drugi dzień, choć… zmierza ku lepszemu. Oczywiście nic z tym nie robię, poza wymachiwaniem ramieniem gdzie się da. Czasu na pójście do lekarza brak, ale wydaje mi się, że rozruszam i samo przejdzie. Kolega z redakcji, który jest dyplomowanym masażystą – nie chce mi wymasować ramienia. Podejrzewam, że on podejrzewa mnie, że mam podejrzanie zamiary w stosunku do niego! Piszę o tym, bo skąd mi się to wzięło? Ano właśnie z pracy!
Przed emisją pierwszego odcinka autorskiego programu, (którego nazwy jeszcze nie zdradzę, ale już niedługo uchylę rąbka tajemnicy, bo emisja już w ten piątek… 30 października o 19.05…) pracy jest naprawdę dużo. Wszystko dlatego, że jak coś jest robione po raz pierwszy, to człowiek się tego uczy na własnych błędach, nawet jeśli pracuje w telewizji bardzo długo. Ja też teraz po raz setny uczę się, by to co w głowie, przełożyć na język telewizyjny. 
Na dodatek w tym samym czasie doszło mi jeszcze montowanie reportaży, do których materiały przywiozłam z podróży. Jeden, o cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, zatytułowany „Muzeum pod gołym niebem” będzie miał emisję 1 listopada o 17.15 na antenie TVP INFO. W każdym razie w poniedziałek montowałam go do drugiej w nocy. Mniej więcej koło pierwszej, gdy montażystka ustawiała poziom dźwięków, na chwilę położyłam głowę na stole na splecionych dłoniach, owiniętych zresztą szalikiem i… zasnęłam. Jak się obudziłam to ramienia nie czułam. I żebym jeszcze coś piła! Żeby to jeszcze była impreza! A tu… noc. W plastikowym kubku rosół Winiary, który za złotówkę można kupić w automacie. I my we dwie z montażystką w zupełnie pustej firmie siedzimy po nocy gapiąc się w ekrany komputera jak sroki w gnat. Łeb opadł mnie jednej. Ale cóż… z powodu stłuczki spałam 3 godziny. Cały czas myślałam, co z tym samochodem. Na szczęście warsztat zapewnia, że będzie wszystko w porządku. 

PS Prace nad LO-terią znów zeszły na drugi plan, ale naprawdę tylko na chwilę.

Miłe złego początki…

Tym się pocieszam siedząc nad swoim nowym programem. Wymyśliłam go dawno temu, ale dopiero teraz dano mi szansę wcielenia pomysłu w życie. Gdy w swoim czasie byłam na jakimś szkoleniu reportersko-prezenterskim w Akademii Telewizyjnej spytano mnie, czemu jeszcze nie oprowadzam po Warszawie. Wykładowca twierdził, że powinnam mieć swój warszawski program i opowiadać w nim anegdoty. I tak… 30-go października startuję na antenie TVP Warszawa z programem o… Warszawie oczywiście. (Tytułu jeszcze nie zdradzę.) A ponieważ pierwszy odcinek wypadł tuż przed Zaduszkami i Wszystkich Świętych, więc… automatycznie ten pierwszy odcinek będzie o cmentarzach.
Życie jednak już na wstępie mnie nie pieści. Zaczęło się od tego, że na raz nie mogłam nagrać wszystkiego, co sobie zamierzyłam. Powód? Mogłabym go określić słowem „czas”, ale byłoby to mało precyzyjne. Kamerę dostałam od 9:30… ale ponieważ wszystko, co nagrywam dzieje się na dworze, więc jestem ograniczona światłem dziennym. Zmierzch zapada w miarę szybko – i będzie jeszcze szybciej, więc właściwie godzina 17-ta to był już koniec zdjęć. Ktoś powie, że od 9.30 do 17-tej to kupa czasu. Niech ten ktoś spróbuje w godzinach szczytu przejechać ze Starówki na Bródno, a potem do Centrum w okolice Marriota. Można oszaleć! Na szczęście mogłam jeszcze raz wziąć kamerę i kontynuować zdjęcia. Jednak po nagraniu wszystkiego znów zaczęły się schody. Nazywały się montaż… Do pracy nad programem dobrałam sobie Agatę, którą moja propozycja bardzo ucieszyła. Montaż miałyśmy zacząć w niedzielę o 8-mej i mieć do 23-ej. Agata przyszła godzinę wcześniej, by zrzucić dyski, czyli wgrać materiały wyjściowe do komputera. I co? Najpierw okazało się, …że nie ma upoważnienia, by wziąć klucz od tej konkretnej montażowni. Potem okazało się, że nie może dysków zrzucić do komputera, bo… poprzedniego dnia robiono upgrade systemu i… gdzieś w diabły poszły sterowniki od maszyn. Przywracanie zestawu do stanu normalności potrwało do… 11-tej. Z kolei wrzucanie materiałów potrwało do 12 z minutami i tak… z wielogodzinnym opóźnienie zaczęłyśmy montaż. Gdy w najlepsze kleiłyśmy całość do kupy okazało się, że montaż, który miałyśmy mieć przecież do 23-ciej trzeba przerwać. Oto na tym zestawie od 18-tej ma być montowany cykliczny program informacyjny, który ma emisję o 7-mej rano. Jak to się stało, że ktoś wpisał nas na montaż do 23-ej na zestawie, który od 18-tej jest zajęty? Nie ma to już znaczenia, bo z niedokończonym programem musiałam zejść z montażu. Mamy kontynuować to wszystko w środę. Gdy wyjeżdżałam wieczorem z pracy to tak mi się ręce ze zdenerwowania trzęsły, że… na Marszałkowskiej zderzyłam się z volkswagenem. Co prawda nie moja wina, bo pan wyjechał z podporządkowanej ulicy Rysiej prosto na mnie, ale podejrzewam, że gdyby nie historia z montażem zdążyłabym zahamować. A tak… mój „Jubiś” ma rozbity przód i czeka przed warsztatem na oględziny rzeczoznawcy. Mam wielką nadzieję, że autko się z tego podniesie. Że to wszystko na szczęście, by program był fajny. Przecież mówi się, że „miłe złego początki, a koniec żałosny”. Może, jeśli zaczynam tak strasznie, to z programu wyjdzie mi coś fajnego?