Archiwa tagu: dziennikarstwo

praca dziennikarza

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Dziennikarski savoir-vivre

Półtora roku temu ukazała się moja książka „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. W ciągu roku sprzedał się cały pierwszy nakład, więc… zrobiono dodruk. Przyznam, że nie przypuszczałam, że książka okaże się aż tak potrzebna i zostanie aż tak doceniona. Piszę o tym, bo ostatnio zastanawiam się czy nie napisać czegoś w rodzaju dziennikarskiego savoir-vivre’u. Powód? Ba!

Ostatnie obchody rocznicy powstania warszawskiego były pierwszymi, kiedy zwróciłam uwagę na dziwnych „dziennikarzy” z różnych portali informacyjnych. Czemu dziwnych? Czemu słowo dziennikarz napisałam w cudzysłowie? Od wielu lat w Internecie powstają portale nazywające się niezależnymi. Skupiają ludzi, którzy chcą informować o tym co się dzieje w Polsce i na świecie, a jednocześnie twierdzą, że informacje podawane przez tzw. „mainstreamowi” media są tendencyjne, zafałszowane itd. Nie chcę się wdawać w to, czy mają rację, bo nie o to mi chodzi. Bardziej interesuje mnie to, że ci ludzie, nie mając przeszkolenia dziennikarskiego, zaczęli tworzyć nowe portale. Nie chcę jednak oceniać ich twórczości, bo też nie o to mi chodzi. Chcę opowiedzieć o zachowaniu niektórych z nich, bo przyznano im akredytacje na obchody.

Na uroczystościach państwowych, dla mediów, a zwłaszcza dla kamer, przygotowywane są specjalne zwyżki, by można było filmować to, co dzieje się podczas obchodów. Na te zwyżki wchodzą operatorzy kamer, czasem staje przy nich dziennikarz, by szeptem instruować operatora co ma mu nagrać. Bywa, że „przytulają się” fotografowie prasowi, czy agencyjni, czyli wchodzą, zrobią kilka zdjęć i po chwili schodzą, by przenieść się z aparatem w inne miejsce. W tym roku na zwyżkach znalazło się kilku „dziennikarzy” z różnych portali. Weszli tam z aparatami wielkości telefonu komórkowego i dzielnie stali przez całe uroczystości z rzadka robiąc zdjęcia, w których jakość, przyznam, że szczerze powątpiewam. To ich stanie nie przeszkadzałoby nikomu, gdyby nie drobiazg. Otóż ci sami „dziennikarze” pałali ogromną potrzebą manifestowania swojego patriotyzmu poprzez głośne śpiewanie pieśni granych na uroczystościach. Tyczyło to zarówno pieśni powstańczych, jak i hymnu państwowego. Tymczasem na zwyżce dla mediów, istnieje niepisany zwyczaj, (taki dziennikarski savoir-vivre), że tak, jak nie rozmawia się głośno, bo komuś się ta rozmowa nagra, tak też i się nie śpiewa, bo to też się nagra. Niestety „dziennikarze” z portali nie byli w stanie tego zrozumieć. Wszelkie próby uciszenia ich i proponowanie, by zeszli, stanęli dalej z tłumem ludzi i tam śpiewali spełzały na niczym. Ten, kto zwracał uwagę był przez nich oskarżany o brak patriotyzmu itd. No i tym, którzy mieli kamery najbliżej „dziennikarzy” ponagrywało się gromkie i często niestety fałszywie śpiewane „marsz, marsz dąbrowski” albo „warszawskie dzieci” i tak dalej.

Przyznam, że takiej groteski dawno nie widziałam i nie słyszałam. A że często ci sami „dziennikarze” ubrani są równie niestosownie, jak się zachowują stąd myśl, że może trzeba te wszystkie niepisane zasady dobrych dziennikarskich obyczajów po prostu spisać? Tak dla dobra nas wszystkich?

Za dziękuję, czyli zmiana czasów

Wielu znajomych mówi mi, że prace społeczne trzeba ograniczyć. Mają rację. Ostatnio doszło do paranoi, kiedy te prace społeczne zajmują mi tyle czasu, że nie mam go na zarabianie. Szczególnie czasochłonne jest prezesowanie oddziałowi warszawskiemu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wspominam tę pracę, bo jest to jawne. Jest też jednak masa innych rzeczy, które robię za „dziękuję”, (a bywa niestety, że i za „spierdalaj”), o których mówić nie chcę, bo może ci, dla których je robię sobie tego nie życzą. Z czegoś jednak żyć trzeba. Z czego? Oprócz pisania i sporadycznej ostatnio pracy dla TVP, jedną z rzeczy, którymi zarabiam na życie jest… prowadzenie warsztatów dziennikarskich. Prowadzę je dla różnych środowisk. Jakiś czas temu prowadziłam dla wydawców, a wszystko na zaproszenie wydawcy mojej książki „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. Po szkoleniu dostałam taki list.

„Zwracam się do Pani w imieniu (tu nazwa pewnej organizacji studenckiej) z pytaniem o możliwość zorganizowania przez naszą organizację warsztatów z Pani udziałem. Chcielibyśmy by szkolenie było podobne do organizowanego przez Bibliotekę Analiz: „Warsztaty dla wydawców”, które odbyło się 7 marca. Spotkanie chcielibyśmy zorganizować dla ok. 16 osób.

  • Jak redagować artykuły na stronę www, a jak do newslettera
  • Jak redagować maile do dziennikarzy
  • Najczęstsze błędy w komunikacji z mediami
  • Jak obsługiwać media społecznościowe
  • Jakiego rodzaju treści tam zamieszczać
  • Jak przeprowadzać wywiady z własnymi autorami

Spotkanie chcielibyśmy zorganizować, w ramach prowadzonego przez (tu ponownie nazwa organizacji) projektu: „Warsztaty Dziennikarskie”, w ramach którego planujemy zorganizowanie na (tu nazwa miejsca) cyklu spotkań z dziennikarzami, przedstawicielami mediów, specjalistami w swoich dziedzinach. Połączenie wiedzy i praktyki zaprezentowanej przez profesjonalistów dziennikarstwa może stać się inspiracją dla wielu osób do zmiany dotychczasowej ścieżki życiowej lub szansą na nowe doświadczenia czy poznanie ciekawych ludzi.
Uczestnikami tych spotkań będą między innymi studenci takich kierunków jak np. dziennikarstwo, polonistyka, komunikacja zintegrowana- PR, reklama, branding.
Będziemy zaszczyceni jeśli przyjmie Pani nasze zaproszenie. Proponowany termin to: 16.04 lub 23.04 (proponowany czas: 6h). Bardzo zależy nam na Pani udziale. Z wyrazami szacunku (tu podpis)”.

Odpowiedziałam niezwłocznie.

Nie ma problemu. Ale możliwy jest tylko 16 kwietnia.
Pytanie: czy mam mieć swój rzutnik? Bo mam. Muszę jednak wiedzieć. Wolałabym też, by był dostęp do dźwięku…
No i niezręczne pytanie, którego nie lubię – za ile?”

Odpowiedź przyszła szybko.

Dzień dobry, ponieważ jesteśmy organizacją studencką nie mogę Pani zaproponować wynagrodzenia, jeżeli jest to przeszkodą w przeprowadzeniu tego typu szkolenia to rozumiem.”

Trochę mnie zatkało, że ktoś może chcieć sześciogodzinne szkolenie za darmo, ale odpisałam:

Proszę mi dać wobec tego czas na zastanowienie, bo obiecywałam sobie zminimalizować rzeczy robione za darmo, gdyż nie mam czasu zarabiać. Proszę się odezwać w poniedziałek.” 

W poniedziałek pani się przypomniała, a ja napisałam:

„(…) z warsztatami jest ten problem, że to są trzy dni przygotowań, a potem minimum 6 godzin intensywnej pracy (Państwo zamówili 6, ale powinno być 8, by to było efektywne), która sprawia, że danego dnia do niczego więcej się nie nadaję. To dlatego nie prowadzę ich za darmo. Trzeba przygotować prezentacje, materiały drukowane do ćwiczeń itd.
Ponieważ jednak moja dusza społecznika nie chce zgodzić się na postrzeganie mnie jako osoby, która z powodu braku pieniędzy odrzuca pomoc innym, więc chcę zaproponować kompromis. Czy Państwo to przyjmą czy nie – to jest Państwa decyzja.
Mogę przyjść na półtorej godziny i odpowiedzieć na Państwa pytania, które mam nadzieję, że będą mieli Państwo przygotowane. Dzięki temu będę miała czas na pracę zarobkową, a Państwu poświęcę tyle, ile mogę bez wykańczania siebie i tracenia czasu. Mam do skończenia dwie książki, jeden film i scenariusz filmowy. (…)”

Na co dostałam następującą odpowiedź:

„Rozumiem Pani stanowisko, jednak myślę, że wywiad nie będzie miał tak dużej wartości jak szkolenie przeprowadzone według Pani scenariusza. Dzień spotkania to sobota, więc liczba uczestników również będzie niewielka. Jesteśmy otwarci na współpracę z Panią w przyszłości. Następnym razem postaramy się przeznaczyć budżet na wynagrodzenie dla prelegentów. Życzę sukcesów przy realizacji planów zawodowych. Pozdrawiam.”

Przytaczam całą tę korespondencję w konkretnym celu. Jest jakaś dziwna moda na proponowanie ludziom, by robili za darmo to, czym zarabiają na życie. O ile jeszcze pójść do studentów na półtorej godzinki za „dziękuję” uważam za rzecz zrozumiałą (wielokrotnie do kolegów, którzy są wykładowcami przychodziłam na zajęcia ze studentami, jako gość), choć nie tak oczywistą, jak spotkanie autorskie dla pacjentów onkologii czy hospicjum, o tyle proponowanie przygotowania i poprowadzenia za darmo kilkugodzinnego szkolenia jest dla mnie czymś „lekko dziwnym”. Nie mogłam się na to zgodzić nie tylko z powodów, które podałam w listach, ale też z jednego bardzo ważnego. Z szacunku do innych koleżanek i kolegów, którzy podobnie jak ja zarabiają szkoląc ludzi! Nie wolno profesjonalistom psuć rynku i robić za darmo pewnych rzeczy! Nie chciałam w liście o tym pisać, bo wydawało mi się, że to po prostu się wie. Tak, jak się wie, że wchodząc do sklepu mówi się „dzień dobry”, a wychodząc „do widzenia”. Ale dziś przy kasie usłyszałam, jak jeden facet zamiast „do widzenia” powiedział do kasjerki: „To teraz spierdalam!” I wyszedł. Mocno się te czasy zmieniają.  

PS Przyjaciele mówią, by na przyszłość od razu odpowiadać, że nie mam czasu.

Człowiek człowiekowi… dziennikarzem

Kiedyś zawód dziennikarza był bardzo szanowny. Mówiono, że to czwarta władza. Czy jest tak nadal? Trudno mi powiedzieć. Faktem jednak jest, że wg badań CBOS z listopada 2013 roku zawód dziennikarza jest mniej szanowany niż zawód strażaka czy sprzedawcy, a nawet policjanta, sprzątaczki czy murarza. Niżej od niego jest tylko polityk. Spadek szacunku do dziennikarstwa jest zastraszający. W latach 70-tych dziennikarz był kimś. Dziś właściwie jest nikim. I ja się nie dziwię. Nie znam mniej solidarnego środowiska. Nigdy w Polsce nie udało się zrobić strajku mediów. Nie udało się zrobić nawet strajku dziennikarzy TVP. Kiedyś ci na etacie nie chcieli bronić interesów tych bez etatów. Potem, po latach, gdy wszyscy niemal zostali bez etatu, to ci, którzy nie mieli go od dawna lub nie mieli go nigdy, nie byli zainteresowani obroną etatów tych, którym je po latach zabierano. A jeśli w środowisku nie ma solidarności, to jak dane środowisko i jego przedstawicieli szanować? Tylko ja wiem jak często wstydzę się wykonywanego zawodu dziennikarza.

Ostatnio Prezydent przyklepał ustawę medialną. Z mocy tejże ustawy Telewizja Polska, Polska Agencja Prasowa i Polskie Radio zyskały nowych prezesów. Jestem dziennikarką TVP od dwudziestu lat. Jacek Kurski to mój 16 prezes (jeśli dobrze liczę). Nie boję się. Żadnego się nie bałam. Wychodzę bowiem z prostego założenia. Jeśli przyjdzie do TVP jakaś władza, która mi za współpracę podziękuje, to znaczy, że TVP nie zasłużyła na mnie. Ot i cała moja dziennikarska filozofia.

Martwi mnie natomiast co innego. Martwi mnie środowisko. Nie. Nie zaczęłam się nim martwić teraz. Martwię się nim od dawna. Bo podczas każdej zmiany z ludzi wychodzą obrzydliwe cechy. Teraz też wyszły. Wyszły znów i wyszły ze wzmożoną siłą. I z tych z prawa i z tych z lewa. I z tych co są w TVP i z tych, którzy się do przyjścia tu szykują. I z tych, którzy tu kiedyś byli i z tych, którzy tu jeszcze nigdy nie byli. Jeden z dziennikarzy, który kiedyś współpracował z TVP pisze o drugim, że czas pakować walizki. Ten drugi mu wypomina jakieś donosy na ambasadorów, a jego żona pogłoski o powrocie tego pierwszego do TVP kwituje stwierdzeniem, że pewnie nie sprzedają mu się dywany. To jeden z wielu przykładów. Mogłabym je mnożyć, cytować i powstałoby z tego kilkanaście stron cytatów, w większości zresztą rynsztokowych, ale po co? Czytelnicy sami to znajdą, bo to wszystko dzieje się na forum publicznym, a dyskutują niemal wszyscy. Nie ważne są poglądy, które prezentują. Nie podoba mi się wzajemne opluwanie. Tyczy się to całego środowiska dziennikarskiego. Bo obie strony barykady, która nagle w Polsce wyrosła i podzieliła społeczeństwo, cechuje zawzięcie i złośliwość. Wszyscy sobie nawzajem życzą utraty pracy i długiego bezrobocia. I tak jest niestety od wielu lat za każdym razem, gdy w TVP są zmiany. Ale teraz jest jakieś apogeum plucia.

Przez 20 lat mojej współpracy z Telewizją Polską zawsze kolejne, nowe władze spółki wsadzały na stanowiska jednych ludzi, a innych z nich zdejmowały. I zawsze ci, którzy odchodzili byli żegnani przez kogoś stwierdzeniem, że dobrze mu tak. Często podczas takich zmian przed przyjściem nowych władz straszono nas wszystkich tam pracujących, że zaraz polecimy i wylądujemy na bruku. Ileż razy odbierałam od znajomych telefony czy esemesy, jaka to jestem biedna, bo przyjdzie ktoś tam i ja już nie będę pracować. A potem… nadchodziło zdziwienie, że pracuję. Jednak krótko po zdziwieniu padały stwierdzenia, że skoro pracuję to znaczy, że jestem mało ważna. Bo gdyby się ze mną liczono, to by mnie ktoś już dawno wywalił. Bo przecież wywala się tych, z którymi się liczy. Czyli pracujesz – źle. Wywalają – źle. Nie wywalają – też źle. Takie dziennikarskie krzywe kluchy.

Każda zmiana to są nerwy. Zwłaszcza, że dla każdego, kto przychodzi np. ja jestem „złogiem poprzedniego systemu”, bo przecież jestem osobą „zastaną” w pracy i pracującą tu, (choć od zawsze bez etatu) te 20 lat. Przeżywałam w TVP różne sytuacje, a na stanowiskach dyrektorskich obserwowałam różnych ludzi. Zdarzali się wśród nich prawdziwie podli, którzy podstępem wyrzucali fachowców, by wprowadzić na ich miejsce dyletantów ze swojej rodziny. Nepotyzm to powszechny grzech. Grzech panoszący się w wielu instytucjach i nie tylko w Polsce, a nawet nie tylko na wschodzie Europy.
Wielu moich (i nie tylko moich) szefów nie było fachowcami. Na braku fachowości przyłapywano ich szybko. Na przykład mieli uwagi do studia. Raz na takie uwagi jedna z kierowniczek powiedziała:
- Do tego, by było lepiej potrzebny transponder G-750.
- Kupimy – padła odpowiedź.
Sęk w tym, że „transponder G-750” nie istnieje… To tylko taki żarcik i test na fachowość nowej władzy. Transponder można zresztą zastąpić innym mądrze brzmiącym słowem.
Był też dyrektor, który wołał dziennikarkę na… „konsolację”, bo mu się z „kolaudacją” pomyliło. Korytarze chichotały, ale program się ukazywał, bo jednak robią go fachowcy. Robią to nawet wtedy, gdy rządzi nimi dureń.

Dlatego, że w czasie swojej pracy w TVP jednak otaczali mnie fachowcy i to dzięki nim ukazywały się programy, nie umiem zaakceptować wzajemnej nienawiści dziennikarzy do siebie. Nie rozumiem jej. Przez te ostatnie 20 lat nigdy w życiu ani ja ani moja redakcja ani żadna redakcja TVP nie wezwaliśmy policji na żadnego dziennikarza z innej stacji telewizyjnej. Nie słyszałam, by coś takiego zrobiła konkurencja z Polsatu czy TVN. Zresztą… wielokrotnie razem ustawialiśmy się do rozmów z ludźmi na konferencjach prasowych. W redakcji współczuliśmy ekipie TVN (choć jest to stacja, o której ofercie programowej mam bardzo złe zdanie), gdy w czasie marszu niepodległości spalono im wóz transmisyjny. Pamiętam rozmowy o tym, jak musi czuć się ich inżynier wozu, bo to inżynier odpowiada za wóz. Od zawsze było tak, że gdy do TVP przyjeżdżał ktoś ważny, pojawiali się pod jej drzwiami dziennikarze z innych stacji (tak radiowych, jak i telewizyjnych) i przeprowadzali wywiady przed budynkiem. Dlatego sprawa wezwania w swoim czasie przez dziennikarzy TV Republika policji na ekipę Polsatu wydaje mi się koszmarem. Długo zresztą nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tyle razy z reporterami TV Trwam czy TV Republika wspólnie nagrywałam np. powstańców warszawskich. Co się nagle z tymi dziennikarzami stało? Żeby aż tak nienawidzić konkurencji? Przecież, gdy przed laty był marsz w obronie TV Trwam i blokowano nam wyjścia do budynków na placu Powstańców i Jasnej nie buntowaliśmy się. Mnie wtedy o mało tłum nie połamał żeber. Byłam roztrzęsiona i płakałam. Czułam jakąś niesprawiedliwość, bo jechałam na patriotyczną wystawę do Muzeum Niepodległości, a tłum obcych ludzi wyzywał mnie od komuchów. A jednak nie przyszło mi do głowy wezwać policję na manifestujących, a co dopiero na dziennikarzy, którzy przemawiali pod drzwiami czy szli w marszu w obronie tej stacji. Bronili swojego miejsca pracy! Uważałam, że mieli do tego prawo.

Wiele, bardzo wiele lat temu pewien dyrektor w Telewizji Polskiej wyrzucił z pracy jak psa pewną dziennikarkę. Po kilku latach kolejna polityczna miotła wymiotła i jego, jak niepotrzebny śmieć. Wybrał się wtedy na Woronicza szukać pracy. Zapukał do pokoju pewnego dyrektora. Za biurkiem siedziała ta właśnie dziennikarka.
- Rozumiem. Nie mam tu, czego szukać. – Powiedział na jej widok i ruszył w stronę drzwi.
- Proszę mnie nie mierzyć swoją miarą. – Odparła i wskazała miejsce na krześle.
Jest to dla mnie jedna z ładniejszych anegdot o postawie dziennikarza względem dziennikarza. Postawie, w której nie ma miejsca na zemstę. Zawód dziennikarza, bardziej niż pisarza, uczulił mnie na to, że nic nie jest wieczne. Miałam do czynienia z dyrektorami, burmistrzami, a nawet… prezydentami miasta, którzy najpierw nie odpowiadali na dzień dobry, a po latach zdegradowani i zepchnięci niemal na margines życia, przypadkiem spotkani na mieście dosiadali się w kawiarni do stolika, jakbym była ich, wprawdzie dawno nie widzianą, ale przyjaciółką.

Jedyne co mamy dane na zawsze to kręgosłup i godność. Ale to od nas zależy czy zachowamy je do końca życia, czy w którymś momencie stracimy. Nie wiem czy życzenie kolegom po fachu utraty pracy i długotrwałego bezrobocia oraz dziennikarskiej śmierci nie odziera wypowiadających te życzenia z godności i nie łamie im kręgosłupów. Takie życzenia mogą wrócić. Człowiek człowiekowi wilkiem? Nie! Człowiek człowiekowi dziennikarzem! I dlatego, że tyle się ostatnio naczytałam życzeń wypowiadanych przez dziennikarzy pod adresem innych dziennikarzy, coraz częściej wstydzę się przyznać, że jestem dziennikarką. Ale jestem. Na razie jeszcze jestem.

PS Ludzie najbardziej sobie pomagają, gdy jest wojna. Wtedy pomagają sobie znaleźć pracę, dokarmiają się i dają dach nad głową. Chyba żyjemy w dobrobycie, skoro tyle w nas nienawiści do drugiego człowieka.

Zmuszana do znajomości

Miałam kiedyś kolegę pisarza. Miałam. Piszę to w czasie przeszłym, gdyż po prawie dwudziestu latach znajomości oraz wielu różnych jego wyskokach, rok temu postanowiłam zakończyć znajomość. Nie obraziłam się. Po prostu nie chcę mieć takiego znajomego, który jest, mówiąc łagodnie, kłótnikiem. Jest to osobnik bardzo konfliktowy, ma ileś tam procesów w sądach. Jak głosi stugębna plotka, w której jest spore ziarnko prawdy (jeśli nie cała prawda), polscy wydawcy dzielą się na takich, którzy mają z nim proces i na takich, którzy jeszcze nie wydawali jego książek. W każdym razie jest to w moim pojęciu osobnik chory psychicznie na niezdiagnozowaną i nierozpoznaną w medycynie chorobę, która objawia się awanturniczością, słowną agresją oraz chęcią przekonania do swojego, jedynego słusznego, zaś często kontrowersyjnego zdania. A ponieważ nie akceptuje on innych poglądów, więc… w kontaktach z nim kłótnia goni kłótnię. Wreszcie jest to osobnik, który na każdym kroku większość swoich rozmówców obraża i wyzywa. W swoim czasie ukazał się z nim wywiad w prasie, z którego wynikało, że karmi się tymi awanturami wszczynanymi zarówno w życiu realnym, jak i w internecie, gdzie ma opinię trolla. Otóż jak sam przyznał, te awantury pomagają mu pisać książki. Gratuluję. Mnie awantury przeszkadzają w pisaniu. Jako osoba, która swoje w życiu przeszła i jeśli czegokolwiek mocno nienawidzi, to konfliktów i awantur, które staram się natychmiast łagodzić, chyba mam prawo nie chcieć kontaktować się z awanturnikiem? Mam chyba prawo nie chcieć z nim dyskutować ani nawet rozmawiać? Otóż okazuje się, że jego zdaniem najwyraźniej… nie mam. Niedługo minie rok, kiedy dodałam jego numer telefonu do listy numerów blokowanych oraz do spamu. Przez wiele miesięcy ów osobnik nie mógł do mnie zadzwonić ani wysłać SMS’ów. Wczoraj wysłał dwa, chcąc nimi wywołać konflikt między mną, a moim przyjacielem z dzieciństwa. Przysłał mi SMS’y, z których wynika, że przyjacielowi nie spodobała się moja ostatnia książka. Konfliktowemu byłemu znajomemu wydaje się, że wie gdzie uderzyć. Niestety mierzy mnie własną miarką. Ta metoda jest z góry skazana na porażkę. Moi przyjaciele nie tylko nie mają obowiązku zachwycać się mną, ale też nie mają obowiązku zachwycać się moimi książkami. Mogą im się one nie podobać. Mogą mieć do nich uwagi. Nadal będą moimi przyjaciółmi.

Zainteresowało mnie natomiast, jak to się stało, że jakieś SMS’y od niego do mnie przeszły. Zadzwoniłam do operatora sieci Play’a i co się okazało? Otóż jakiś czas temu robiłam w telefonie przywracanie systemu. Ta operacja, plus późniejsze odzyskiwanie ustawień, przywróciły wszystkie moje personalne ustawienia aparatu poza… numerami blokowanymi i dodanymi do spamu. Musiałam więc teraz znów na piechotę dodawać numer byłego znajomego do listy blokowanych i spamerskich numerów telefonu. Na szczęście ustawienia poczty elektronicznej są na stałe zachowane na serwerze. Były znajomy od dawna nie może do mnie pisać maili. Przyznam jednak, że zupełnie nie rozumiem jego potrzeby kontaktowania się ze mną. Mój przyjaciel z dzieciństwa, na którego zdanie powołał się były już znajomy w SMS’ach, spytał mnie: „Czy wy się kiedyś pogodzicie”? Nie wiem ile razy mam odpowiadać: NIE POKŁÓCIŁAM SIĘ. PO PROSTU NIE CHCĘ KONTYNUOWAĆ TAKIEJ ZNAJOMOŚCI! Wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, śpiewający: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, uważam, że żyję w wolnym kraju. Moja wolność życia w nim polega między innymi na tym, że o ile nie mam wpływu na to, z kim pracuję w redakcji, o tyle mogę dobrać sobie znajomych, z którymi kontaktuję się w czasie wolnym. Są osoby, z którymi nie chcę mieć kontaktu. Życzę im wszystkiego najlepszego, ale z daleka ode mnie. Temu znajomemu życzę samych sukcesów w pracy zawodowej, nagrody Nike, Warszawskiej Nagrody Literackiej, Nobla w dziedzinie literatury itd., udanego pożycia seksualnego, dużo pieniędzy oraz czego tylko sobie życzy. Ale po raz chyba tysięczny proszę, by nigdy więcej nie próbował się ze mną kontaktować. By dał mi raz na zawsze święty spokój od siebie, swojego awanturnictwa itd. Przykre, że musiałam uciec się do blokady jego numeru telefonicznego i adresu e-mail.

Jedna ze wspólnych koleżanek twierdzi, że on to robi, bo tęskni za znajomością ze mną. Ciekawe, że próbuje zmienić moją decyzję o zerwaniu tej znajomości poprzez wbijanie klina między mnie a przyjaciela z dzieciństwa. Ale najwyraźniej tak ma. Zaś co do tej domniemanej tęsknoty: jeśli rzeczywiście za mna tęskni, to trudno. Musi sobie z tą tęsknotą jakoś sam poradzić. Dorosłość to ponoszenie konsekwencji własnych czynów. Zerwałam znajomość, bo zachowywał się tak, jak się zachowywał, zaś to zachowanie mi nie odpowiada i bardzo mnie męczy. Broń Boże się nie obraziłam. Po prostu nie lubię się męczyć i nie chcę mieć takiego toksycznego i wysysającego ze mnie energię znajomego. Czy tak trudno to zrozumieć?

PS Nie podaję jego imienia i nazwiska nie dlatego, że boję się ewentualnego procesu, ale nie chcę karmić trolla!

Mam prawo?

Miałam kiedyś znajomego pisarza. Kontakt z nim zerwałam po wielu różnych historiach. Kilka tu opisywałam, ale wielu innych nie. Chyba jednak pora to zrobić, bo… Ale po kolei. 

Otóż wspomniany tu przeze mnie pisarz w pewnym momencie wrócił do tematu nieprzeczytanej przeze mnie książki swojego autorstwa. Rozpętała się potworna awantura, w wyniku której postanowiłam mu tę książkę oddać, bo na pewno już jej nie przeczytam. Mam tzw. „brzyda” i tyle. Ponieważ była jego zdaniem „zmarnowana” przez wpisaną dedykację dla mnie, więc zdecydowałam się kupić mu nową książkę w empiku. Kupiłam przez internet, ale z odbiorem osobistym. Tygodniowe prośby o podanie przez niego adresu, na jaki mam tę książkę przesłać (wiem gdzie mieszka, ale nie będę stała pod blokiem i darła się) spełzły na niczym. W efekcie postanowiłam odwieźć ją do wydawnictwa. Przyjechałam na miejsce, poinformowałam panią z promocji, że sprawa jest delikatna. Powiedziałam, że autor mimo że zrobiłam o nim program w TV zwyzywał mnie, naubliżał mi etc. Ja się nie obraziłam, ale nie chcę mieć z nim nic wspólnego i proszę o oddanie mu tych dwóch książek – tej z autografem i tej nowiutkiej, nieodpakowanej a kupionej w empiku przez internet. Zaznaczyłam, że nie chcę by do niego dzwonili, ale oddali mu przy okazji. Co usłyszałam od pani? To był dopiero szok! Pani ucieszyła się, że przyszedł ktoś, komu może wylać swoje żale i kto zrozumie ją. W wielkim skrócie powiedziała mi, że to ostatnia rzecz, jaką mu w tym wydawnictwie wydali. I nie dlatego, że ja przyszłam oddać jego książkę. Tę decyzje podjęli już w czasie promocji. Mają go po prostu dosyć. Traktował wszystkich jak „śmieć i gówno”. Poniżał, poniewierał, gwiazdorzył itd. Kilka anegdotek, które usłyszałam zbiły mnie z nóg, choć myślałam, że jeśli idzie o tę osobę nic mnie nie zadziwi. W każdym razie pani obiecała książki oddać. Co stało się dalej w wydawnictwie – nie wiem, ale… do byłego kolegi-pisarza trafiła tylko książka z jego własną dedykacją dla mnie, a książka kupiona w empiku trafiła… do empiku nieodpakowana. Empik chciał mi oddać pieniądze. Stanowczo odmówiłam. Powiedziałam, by odesłali ją do wydawnictwa lub wyrzucili na ulicę. Tymczasem jej autor twierdził, że książki mu nie dodałam, tylko bezczelnie do wydawnictwa odwiozłam jedynie tę z autografem. Przesłałam mu emailem internetowy dowód zakupu dodając, że jak poda adres wysyłkowy, to kupię mu jeszcze raz i to nawet kilka egzemplarzy. Byleby tylko dał mi święty spokój. Adresu jednak nie podał. Ja zaś po raz kolejny powiedziałam, że nie życzę sobie więcej z nim kontaktu. Ponieważ przez wiele dni nękał mnie i ubliżał mi publicznie na Facebooku, a na dodatek zasypywał obraźliwymi mailami itd., zdecydowałam się zablokować go na portalu społecznościowym, jego adres mailowy zdefiniować, jako spam tak, by nawet do spamu nie wpadał, a od razu na serwerze był kasowany. Znajomych poprosiłam, by przekazali, że nie chce go znać, bo meczy mnie ta znajomość. Nikt się nie zdziwił. W środowisku pisarskim wiele osób omija go szerokim łukiem. Przez lata dziwili się, że się kontaktujemy i że znoszę te zachowania poniżej – zdaniem wielu osób – wszelkiej krytyki. Były kolega-pisarz ma opinie wyjątkowo konfliktowej osoby. Kabotyn, mizogin, bufon – to najczęstsze określenia. Fakt, że ma talent pisarski nie jest w stanie zrekompensować ciężkiego charakteru. Mam więc chyba prawo – podobnie jak inni – nie chcieć utrzymywać z nim kontaktu. I nie pisałabym o tym, gdyby w ciągu ostatniego pół roku nie przysłał mi kilku SMS-ów. Nie odpowiedziałam na żaden, bo nie chce kontynuować znajomości. Brzmiały rożnie „Nie bądź głupia!” „Odezwij się!” „Przeszło ci kretynko?” Plus różne inne epitety. Generalnie kolega-pisarz ma bardzo złe zdanie o kobietach. Podobne do tego, jak Janusz Korwin-Mikke. Chętnie by im założył chomąto i pozbawił praw publicznych. Gejem jednak nie jest, więc ma tu spory problem. Nie wszystkie kobiety lubią być traktowane jak przedmioty.


Ponieważ wczoraj przyszedł kolejny SMS od niego, więc zdecydowałam się na FB napisać apel do wspólnych znajomych i przyjaciół. Brzmiał tak:

„Proszę wspólnych znajomych moich i Przerośniętego Krasnala Ogrodowego o inicjałach … o poinformowanie go, że ja nie jestem obrażona ani się nie gniewam. Ja po prostu nie chcę utrzymywać tej znajomości. Dlatego nie odblokuję go na FB, nie usunę blokady na jego mail i to z tego powodu nie odpowiadam na SMS. Wcale nie dlatego, że ostatni brzmi: „Odbanuj mnie głupia ruro!”. Jestem wolnym człowiekiem i mam prawo nie chcieć z kimś się kolegować. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Nobla w dziedzinie literatury, wielu doktoratów i milionów fanów, zwłaszcza płci żeńskiej, bo wiem, że nic go tak nie kręci jak wpatrzone w niego adoratorki. Niech wiec adorują do upadłego! Jego numer telefonu mam w komórce, bo nie wyrzucam niczyich numerów. Nawet osób zmarłych. A co dopiero żywego. Choć bufon. Natomiast być może ten numer dodam do spamu i blokowanych. Bo uważam, że średnio inteligentny człowiek powinien zrozumieć, że jeśli ktoś nie odpowiada na SMS, to nie chce kontaktu.
Z góry dziękuję za spełnienie mej prośby.
Jego ewentualnego komentarza proszę mi nie przekazywać, bo mnie nie interesuje.”

Prośbę zdecydował się przekazać mu mój przyjaciel, którego znam od 40 lat. Autor SMSów wyparł się, że to on do mnie pisze. Co niezwykle mnie ubawiło. Zaraz tez przyszedł kolejny SMS. Cóż… „corpus delicti” w postaci tych dwóch ostatnich istnieje. (Poprzednie zostały wykasowane przy reinstalacji systemu w telefonie.)

DSC_6532

Mam znajomych z realnego świata, którzy powyrzucali mnie z grona znajomych na FB, a w życiu realnym nie chcą ze mną rozmawiać, a nawet udają, że nie poznają mnie na ulicy. Mimo wielu wspólnych przeżyć i naprawdę mocnych więzi. W wielu przypadkach nawet nie znam przyczyn, a jedynie się ich domyślam lub dowiaduję się o nich od osób trzecich otwierając szeroko oczy ze zdumienia. I owszem, dziwi mnie, że można bez wyjaśnienia czegoś, tak się zachowywać. Uważam jednak, że mimo wszystko mają pełne prawo nie chcieć mnie znać! Mają prawo nie chcieć ze mną się kontaktować i to nawet bez powodu, albo choćby tylko dlatego, że im się mój ryj nie podoba i wnerwiam ich całym swoim jestestwem. Ja się im nie narzucam! Dlatego nigdy nie zrozumiem kogoś, kto na siłę chce być w gronie moich znajomych, mimo tak jasnych przekazów, że ja już znajomości nie chcę! Rzadko kogoś skreślam ze swojego życia. Właściwie skreśliłam chyba tylko trzy osoby. Tu – nawet nie skreślam! Tylko izoluję się. Mam nadzieję, że do szczęśliwego końca żywota mojego lub jego. Choć oczywiście gdyby zaszła potrzeba podania żarcia – podam. Umycia za przeproszeniem dupy, bo sparaliżowany – umyję. Ale nie chcę z tą osobą prowadzić żadnych rozmów i wymian myśli! No chyba mam prawo!?

Znajomi nie znający sprawy ani sprawcy radzili zgłosić stalking. Nie chcę się zajmować takimi rzeczami. Uważam, że zablokowanie jego numeru, emalia i jego osoby na portalach społecznościowych powinno w zupełności wystarczyć.

Jak to z wywiadami bywa…

Czytałam dziś wywiad z Jackiem Dehnelem o udzielaniu wywiadów. Zasadniczo z wszystkimi rzeczami, które w nim powiedział zgadzam się. Zwłaszcza z tymi dotyczącymi internetu, literatury, czytelnictwa, ale… jedna rzecz dała mi sporo do myślenia.

Wywiad w formie internetowej rozmowy, na zasadzie podesłane pytania – odebrane odpowiedzi, przeprowadziła z nim Anna Wittenberg. Dehnel otwarcie przyznał, że woli wywiady na piśmie.

„Po pierwsze dlatego, że nieprzypadkowo zostałem pisarzem, a nie mówcą: najwidoczniej myślę powoli, bo jeśli mam powiedzieć coś w miarę ciekawego, to muszę właściwie to ułożyć sobie w głowie. A wydaje mi się, że nie należy czytelnikowi – choćby czytał tylko wywiad, a nie coś poważniejszego – dawać do ręki tekstu zrobionego na odwal. Po drugie, mam bardzo ograniczone zaufanie do dziennikarzy; czasem zdarzają mi się wywiady przeprowadzane przez ludzi gruntownie przygotowanych i pytających niebanalnie, częściej, niestety, wygląda to bardzo smętnie, a po spisaniu jeszcze gorzej. Oczywiście, raz na jakiś czas naiwnie daję się namówić na wywiad mówiony, spisany z dyktafonu lub notatek, oddany do autoryzacji. I potem pluję sobie w brodę, bo wykonuję drugi raz tę samą pracę: czyli biorę tekst na warsztat i redaguję go gruntownie. Począwszy od interpunkcji, bo widzę różnicę między przecinkiem, dwukropkiem, myślnikiem a średnikiem, przez melodię zdania, jego okresy retoryczne, aż po zmiany zupełnie zasadnicze, kiedy dziennikarz czegoś nie zrozumiał lub pomylił wszystko, spisując z pamięci. No i te nieszczęsne frazeologizmy: mówię, że coś tam zapamiętałem, a w wywiadzie czytam „najgłębiej wryło mi się w pamięć”. Może jeszcze „zima zaskoczyła drogowców”?

Jako czytelniczka, też wolę wywiady na piśmie. Jednak, jako pisarka udzielająca wywiadów, takich przez internet, że ktoś śle mi pytania, a ja drogą mailową odpowiadam – nie lubię. Bo jednak to jest po pierwsze: „odrabianie za kogoś lekcji”. A po drugie: taki wywiad nie pozwala mi poznać dziennikarza, a ja lubię poznawać ludzi. Wolę nanieść poprawki, nawet jeśli jest to pisanie za kogoś od nowa. Jest jeszcze jedna sprawa: jako dziennikarka nie chciałabym przeprowadzać wywiadu z panem Jackiem Dehnelem, gdyż po lekturze tego z nim wywiadu, mam wrażenie, że należy do tzw. „grupy czepiaczy”. Takich, co to słowo „pisarz” poprawią na „artysta”, bo po przemyśleniu stwierdzają, że lepiej brzmi. Wywiad mówiony jest inny od pisanego, bo język pisany jest inny od mówionego. Dlatego wywiad spisany z mówionego, to jest zawsze pewnego rodzaju dziennikarska kreacja. Ludzie udzielający wywiadów powinni mieć tego świadomość. Zapisanie słowo w słowo na papierze mówionego wywiadu, to może być czasem katastrofa dla rozmówcy! Jako dziennikarka staram się nie zmieniać tego, co mówią mi bohaterowie wywiadów, ale gdy wygląda to „słabo stylistycznie”, to jednak poprawiam, by nie ośmieszać mojego bohatera. Przeważnie ci, którzy dobrze mówią, nie mają uwag. Ale zdarzają się wyjątki. Najczęściej wtedy, gdy rozmówcą jest osoba udzielająca wywiadów rzadko i na dodatek słabo władająca piórem. Kilka razy zdarzyło mi się, że taki ktoś, z kim przeprowadzałam wywiad, po otrzymaniu tekstu do autoryzacji twierdził: „Ja takich rzeczy nie mówiłem!”. Zawsze wtedy miałam ochotę włączyć taśmę z nagraniem i powiedzieć: „To posłuchaj, co mówiłeś i jak!” Gdybym spisywała z taśmy słowo w słowo wypowiedzi tych moich rozmówców – nie wiem, czy czytelnicy nie załamaliby się. Jacek Dehnel w wywiadzie, którego udzielił Annie Wittenberg, przyznał, że myśli powoli, że musi się dłużej zastanowić nad odpowiedziami. To bardzo pięknie, ale wywiad mówiony jest też dla udzielającego go, sprawdzianem tego, co mówi i jak mówi, a także, a może przede wszystkim tego, jak jest rozumiany, gdy mówi. Ja, gdy np. słucham radiowych wywiadów ze sobą, to stwierdzam, że gdybym mogła odpowiedzieć jeszcze raz, powiedziałabym coś innego lub inaczej. Słucham więc tych wywiadów tylko raz i do tego nie wracam. A słucham, by sprawdzić, jak mówię i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Świetnie wiem rozumiem ból Jacka Dehnela, że wolno myśli i musi pytanie przemyśleć. Jednak przy wywiadach pisanych, po to jest właśnie autoryzacja. To czas na przemyślenie jeszcze raz tego, co mówiliśmy. Czasem warto się sprawdzić i jednak udzielać wywiadów-rozmów, a potem popatrzeć, jak zrozumiał to dziennikarz dając nam tekst do autoryzacji. A że trzeba napisać od nowa? Przecież jesteśmy pisarzami!

Bookcrossing na dworcu PKP Warszawa Centralna
lato 2013
Od lewej: Jacek Dehnel, Anna Janko, ja, Joanna Niwińska

PS Na dniach ukaże się wywiad ze mną nt. mojej pasji genealogicznej. Zapraszam zaś do posłuchania audycji o moich książkach w litewskim radiu polskojęzycznym „Znad Willi”. Audycja radiowa, a że YT nie zamieszcza samych dźwięków, więc zilustrowałam zdjęciami z festiwalu poetyckiego „Maj nad Wilią”, kiedy to poznałam rozmawiającą ze mną dziennikarkę. Polecam posłuchać zwłaszcza części drugiej audycji. Jak mówi dziewczynka-czytelniczka-słuchaczka. Bo tu nie tylko ze mną rozmawia autorka audycji.

Cztery okresy, kiedy może odbić

Jako dziennikarka przeprowadzam masę wywiadów. Czasem długich, czasem krótkich. To daje możliwość poznania setek, a nawet chyba już setek tysięcy ludzi. Przez prawie 20 lat bycia w zawodzie podzieliłam rozmówców na różne typy. Szczególarzy, którzy potem w czasie autoryzacji wypowiedzi do prasy zmieniają każe ze słów, tumiwiselców, którym wszystko jedno i tak dalej… Zauważyłam tez jedną rzecz. Ludziom często odbija. Potrafi im przewrócić w głowie nawet najdrobniejszy sukces. Moim zdaniem (i podkreślam, że jest to moje zdanie wypracowane na podstawie obserwacji i rozmów z setkami ludzi) są cztery niebezpieczne okresy w życiu człowieka, kiedy może mu odbić, gdy ma na koncie jakieś osiągnięcia.

Pierwszy moment jest w wieku 20-25 lat. Człowiek jest już właściwie dorosły, więc wydaje mu się, że coś wie. Gdy odnosi odrobinę większy sukces niż rówieśnicy, a ma słabą psychikę – nie trudno o odlot i zaprzestanie chodzenia po ziemi. Przykłady mogłabym mnożyć. Podam jeden, który wszyscy znają – Justin Biber. Ale i w polskim świecie show bussinesu też się kilka najdzie. Zostawiam kropki w ramach wolnego miejsca…

Potem jest drugi okres. Między 40-tym a 50-tym rokiem życia. Odbija ludziom zwłaszcza wtedy, gdy ciężko pracowali na swój sukces i osiągnęli go dopiero teraz.  Czują się w obowiązku bycia mentorami dla młodszego pokolenia ludzi, którzy mogliby być ich dziećmi. Znają się na niemal wszystkim, choć jeszcze nie aż tak jak ci, którym odbija, gdy odnoszą sukces w trzecim niebezpiecznym okresie.

Ten następuje ok. 65-go roku życia, czyli wtedy, gdy jest czas przechodzenia na emeryturę. Gdy sukces przychodzi w okresie emerytalnym, to się należał jak psu kość! Po prostu oni nie tylko na niego pracowali, ale docenieni po latach starają się odbić sobie za lata niepowodzenia. Młodsi maja jeszcze czas, na swój sukces są za głupi i tak dalej. W 65-latkach, którym odbija, bo los uśmiechnął się dopiero teraz i dopiero teraz pozwolił spełnić, jest sporo goryczy i pogardy. A czasem nawet pretensje, ze sukces jest za mały.

Najgorszy jest jednak okres późniejszy. Gdy odbija ludziom po 80-tce. A tak też się dzieje. Zdarza się nawet, że jeden medal, jeden dyplom potrafi wprawić staruszka czy staruszkę w stan euforyczny i zaczynają myśleć, że są niemal bogami. Na dodatek, jako niezliczeni ze swego pokolenia, który tego wieku dożyli, zaczynają wychodzić do ludzi z punktu widzenia mentorów. Wiedzą wszystko nie tylko na temat dziedziny, którą się latami zajmowali, ale także na temat wszystkich innych dziedzin, a wiedzę posiedli tylko i wyłącznie, dlatego, że są w wieku, w którym są.

Uwielbiam spotkania ze starymi ludźmi. Zawsze dowiem się czegoś, czego nie powie mi ktoś inny. Żałuję wszystkich nienagranych rozmów. Ale przyznam, że czasem szlag mnie trafia, gdy żądają czołobitności, domagają się obchodzenia jak z celebrytą i tak dalej…

Piszę o tym, bo kilka dni temu znajoma koleżanka dziennikarka radiowa zadzwoniła do mnie, że ma fajnego dziadka powstańca i chce go nagrać do przygotowywanej audycji, ale dziadek stawia warunki. Nie chce, by tracić jego cenny czas, wiec powie jej swoją historie, gdy wraz z nią przyjedzie telewizja. Ok. Pan podany na tacy, więc czemu nie? Dogadałam się w redakcji, że nagram pana i zrobię o nim opowieść, czyli „human story”. Dogadałam się z koleżanką. Przyszedł czas dogadać termin z panem. I tu zaczęły się tzw. schody. Pan najpierw zażądał przyjechania na dokumentację. Przyjechałyśmy. Pan zaczął z nami rozmowę, jak ja to mówię, z górnego „C”. Po pierwsze zajmujemy mu czas. Gdy to usłyszałam, to od razu chciałam wstać i wyjść. Nie znoszę nikomu zajmować czasu. Nie znoszę się nikomu narzucać. Moim zdaniem wywiad ma sprawiać przyjemność obu stronom. Jak robię uliczną sondę i ktoś nie chce mówić, to ja nie namawiam. Ale koleżance zależało na panu, więc cierpliwie czekałam, co będzie dalej. Pan mówił, że jest bardzo zapracowany. Nie powie nam tego, co chcemy, bo szykuje się do wielkiego odczytu i my mu ten odczyt spalimy naszymi wywiadami! Nasłuchałyśmy się jeszcze o głupich dziennikarzach z jakieś stacji, których musiał nauczyć, o czym mają robić wywiad. Dla nas też miał propozycje rozmów na zupełnie inne tematy niż nas interesowały. I tak siedziałyśmy we dwie, a na wprost nas wielki, wszechwiedzący pan.

W końcu nie wytrzymałam i mówię:

- Proszę pana. Nie chcę, by pan się na mnie pogniewał. Z całym szacunkiem do Pana i pańskiego życiorysu, ale: po pierwsze, jeżeli w jakikolwiek sposób burzę pański dzień, to absolutnie nie chcę tego robić. Jeżeli panu taki wywiad nie sprawia przyjemności i nie ma pan na niego ochoty, to trzeba powiedzieć i tyle. Po drugie reprezentuję Telewizyjny Kurier Warszawski i z rozmowy z panem mogę zrobić na antenę najwyżej półtoraminutowy felieton, którego będzie pan bohaterem. Nie ma wiec możliwości, bym w ten sposób spaliła panu jakikolwiek odczyt. Ile potrwa odczyt? Poł godziny? Wreszcie trzecia sprawa. Poprosił pan, byśmy tu przyjechały najpierw na rozmowę. Przyjechaliśmy. Ja musiałam wyjść w połowie redakcyjnego zebrania, co nie bardzo się moim szefom podoba, ale jestem. Pan mówi o zabieraniu panu czasu. Ja jestem teraz bez kamery, bo to dokumentacja. Jak mam zrobić z panem wywiad, to muszę tu przyjechać z kamerą, a wtedy znów zajmę panu czas… około godziny. Pytanie, czy pan ma na to ochotę? Bo to nie jest moja prywatna kamera tylko telewizji polskiej i ja nie wiem, czy mam ją teraz odwoływać, czy nie?

No i okazało się, że to wyznanie poskutkowało. Pan spuścił z tonu i właściwie, gdy przyjechałam do niego wieczorem na rozmowę, to nagraliśmy bardzo przyjemny wywiad. Pan opowiedział mi masę cudownych rzeczy, anegdot i tak dalej. Ale początek naprawdę był straszny!!! Wieczorem pan tez oczywiście chwalił się odznaczeniami, orderami, publikacjami i osiągnięciami. Ja taktownie milczałam. Co miałam mówić? Że takie odznaczenia mają wszyscy jego koledzy z powstania warszawskiego, których jeszcze trochę jest i że są od niego skromniejsi? Że poznałam wielu powstańców, którzy nie zachowywali się w ten sposób? Że wielu ludzi w jego wieku ma na swoim koncie różne publikacje? Pokiwałam głową ze zrozumieniem i dodałam pana do sporego dość grona rozmówców, którym sukces przewrócił w głowie. I to przewrócił w tym czwartym okresie życia.

Moim zdaniem wszystkie okresy są niebezpieczne i dlatego ciągle powtarzam w domu swoim panom. Jak mi kiedyś odbije – zastrzelcie. Bez litości.

Naruszyłam, czyli cenzura XXI wieku

Dostałam przedwczoraj pismo. Nosiło groźny tytuł „Wezwanie do zaniechania naruszeń”. Z treści dowiedziałam się, że jestem wzywana do „zaniechania kopiowania, zwielokrotniania Bazy Danych Firmy X w całości lub części (…) z pozyskanych przez nas informacji wynika, że jest pani w posiadaniu bazy danych, która została przygotowana przez nas dla firmy Y i została nielegalnie skopiowana i zwielokrotniona, a następnie przekazana/sprzedana dalej. (…) W przypadku braku zaniechania naruszania praw po otrzymaniu niniejszego wezwania do zaniechania, dalsze naruszania traktować należy, jako zawinione kontynuowanie bezprawnych działań, z czym wiązać się będzie dochodzenie stosownego odszkodowania.
W przypadku nie dostosowania się do niniejszego wezwania, zobowiązaniu będziemy do natychmiastowego skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego, co będzie się wiązać dla pani z dodatkowymi kosztami w postaci kosztów sądowych, kosztów adwokackich oraz ewentualnych kosztów egzekucyjnych.”

Przyznam, że mnie zatkało. O jaką bazę danych chodzi? Próbowałam dzwonić, by spytać, ale tak to jest, że ktoś wysłał mi list na 2 minuty przed końcem swojej pracy. Chyba po to, bym w nocy z wizjami sądu nie mogła spać. (Po sądach jestem, co chwilę, ciągana przez sąsiadkę-pieniaczkę, więc naprawdę na widok wezwania lub grożenia sądem miewam już czasem drgawki.)

Odpisałam, że nie prowadzę działalności gospodarczej, więc nie wiem, o co chodzi. Odpowiedź przyszła następnego dnia, ale o tym za chwilę.

Agencja medialna, która wysłała mi wezwanie, ma mnie w swojej bazie, jako dziennikarkę. Wiele lat temu prosiła o uzupełnienie swojego profilu, który stworzyła nie wiem, na jakiej podstawie, ale nie myślałam wtedy o tym. (Jestem w końcu we Who is who, Wikipedii i masie innych list, spisów, czy baz). Kojarzę, że wtedy w wyjaśnieniach napisali, że dzięki temu będę informowana o rzeczach ważnych dla mnie, jako dziennikarki. Wypełniłam, więc ankietę i podałam swoje adresy e-mail, telefon etc. Czy listy z informacjami o medialnych wydarzeniach szły do mnie dzięki istnieniu w tej bazie? Trudno powiedzieć. Od prawie 20 lat na różnych konferencjach prasowych na tzw. prawo i lewo rozdaję swoje wizytówki – i służbowe i prywatne. Sama też dostaję różne. Przez te prawie 20 lat pracy dziennikarskiej uzbierało się tego naprawdę sporo. Moja baza kontaktów w komputerze też jest ogromna, bo nie kasuję dosłownie niczego. Wszystkie adresy e-mail, na jakie kiedykolwiek wysłałam list, zachowują się automatycznie u mnie w książce adresowej. Mam, więc w niej 2800 kontaktów. W telefonie ich liczba wynosi przeszło trzy i pół tysiąca. Dlatego czasem długo szukam na kogoś namiaru. Otrzymawszy „wezwanie” zaczęłam gorączkowo myśleć, o co chodzi. O jaką bazę danych? Może o e-maile, na które wysyłam newslettera ze swojej strony domowej? Ale to przecież e-maile czytelników, którzy sami się tam zapisali. Może e-maile, które podali dobrowolni subskrybenci mojego portalu genealogicznego? Czy może o bazę dziennikarzy, którą pół roku temu zrobiłam sama? Otóż gdy startowaliśmy ze spektaklem „Listy do Skręcipitki” spędziłam dwa tygodnie na konstruowaniu specjalnej, wyodrębnionej bazy dziennikarzy, do których mogłabym wysłać informacje prasowe o spektaklu. Przejrzałam wtedy te kilka tysięcy adresów zachowanych w książce adresowej mojego programu pocztowego, wyodrębniając z niej potrzebne. Była to żmudna i męcząca robota, ale jak ja się na coś uprę, to po prostu to robię. Potem przejrzałam wizytówki. Jest tego sporo (patrz foto), w tym masa nieaktualnych. Dlatego potem sprawdziłam, czy dane z wizytówek się zgadzają z rzeczywistością. To było najżmudniejsze. Potem jeszcze posłałam SMS-y do znajomych dziennikarzy, których mam tylko telefony, by podali swoje adresy e-mail. Generalnie spędzałam wtedy całe dnie przy komputerze tworząc „na piechotę” coś mało twórczego. Zajrzałam też do e-maili, które dostaję, jako dziennikarka. Zarówno do tych słanych na prywatny, jak i na służbowy adres. W kilku e-mailach słanych na prywatny adres znalazłam adresy kilku dziennikarzy i też je dołączyłam. W ciągu pół roku, korzystając z tej listy, wysłałam do kilkuset polskich dziennikarzy 10 (słownie: dziesięć) informacji o naszym spektaklu. Skutek średni, żeby nie powiedzieć zerowy, o czym w swoim czasie pisałam. Poza patronami medialnymi, których miałam przed stworzeniem bazy, o spektaklu nie napisał nikt ni słowa! Udało się jedynie uzyskać dwie recenzje, które są wynikiem osobistego telefonicznego zapraszania krytyków, a nie słania listów.

Gdy na wezwanie do zaniechania naruszeń wysłałam zapytanie, o co chodzi, dostałam następnego dnia rano następującą odpowiedź:

„Wiemy dzięki specjalnym zabezpieczeniom naszej bazy, że jest Pani w posiadaniu maili pochodzących z Bazy Dziennikarzy X, który były przekazane firmie Y. Na te przygotowane dla firmy Y maile wykonywała Pani następujące wysyłki o tematach: (tu spis dziesięciu moich listów o spektaklu. Tych listów, które w większości szły do kosza bez czytania!) (…) naszym celem jest ochrona danych dziennikarzy znajdujących się bazie (…), dlatego wzywamy Panią do zaniechania działań naruszających nasze prawa, czyli do usunięcia danych pochodzących z Bazy Dziennikarzy (…) i nie rozpowszechnianie ich. A także prosimy o informację o źródle uzyskania maili z bazy Y (…) oraz zakresie ich wykorzystania.”

Porozmawiałam sobie z panem, który był nadawcą listu. Okazało się, że w e-mailach skopiowanych przeze mnie z listu, który dostałam na swój prywatny adres, były ukryte adresy kontrolne. Ja myślałam, że ślę do dziennikarza, a to e-mail do kontrolera z firmy X. Zabezpieczenie, jako zabezpieczenie ciekawe, ale… pozostaje kilka kwestii. Czy ja zrobiłam coś źle? Nie włamałam się na niczyje konto. Zrobiłam bazę na piechotę korzystając ze swoich prywatnych kontaktów plus kontaktów wziętych z e-maila, który dostałam na prywatną skrzynkę. Panu powiedziałam, że może trzeba porozmawiać z kimś, kto mi to tak wysłał, że mogłam te adresy odczytać i skopiować. Skoro nie powinnam była ich widzieć, bo są tak strasznie tajne, to może trzeba straszyć tego, kto mi wysłał e-maila z jawnymi adresami innych odbiorców? Dlaczego za to, że użyłam adresów, które widzę w liście skierowanym do mnie na prywatny adres, jestem straszona sądem? Powiedziałam, że cała sprawa była dla mnie (i jest) przykra. Pan przeprosił, powiedział, że ja nic źle nie zrobiłam, a jego celem była jedynie ochrona bazy danych stworzonej przez jego firmę X dla firmy Y. Poprosił, abym usunęła adresy e-maili kontrolnych, które zresztą mi podał, ale… tak mnie ta sprawa zohydziła, że usunęłam całą tworzoną dwa tygodnie bazę, zawierającą kilkaset adresów dziennikarzy. I przyznam, że zrobiłam to po niezwykle krótkim wahaniu. Teraz drugi dzień myślę, czy nie usunąć się z tej Bazy Dziennikarzy firmy X, która wysłała do mnie to „Wezwanie do zaniechania naruszeń”. Dlaczego?

Te wszystkie bazy można potłuc, że tak powiem, o przysłowiowy kant tyłka. Swoją bazę tworzyłam dwa tygodnie, by skasować ją jednym kliknięciem. I nie dlatego, że ktoś mi groził sądem, choć to bardzo nieprzyjemna sprawa, ale dlatego, że nagle uświadomiłam sobie, że dwa tygodnie tworzenia bazy i wysłane do znajdujących się na niej adresatów 10 (słownie: dziesięciu) listów – nic mnie, jako producentowi spektaklu, nie dało! Żaden z adresów, ani tych wziętych z wizytówek, ani tych wziętych z kontaktów w poczcie, ani tych wziętych z pamięci, bo należących do bliskich osobistych znajomych dziennikarzy, ani tych „naruszonych” nie zaowocował dla naszego spektaklu kompletnie niczym! Dowiedziałam się tylko, że dziennikarze kasują e-maile bez czytania (byli w tym moi znajomi, których adresy wpisywałam z pamięci). Ostatni e-mail wysłałam w grudniu, gdy zapraszałam na spektakl i wystawę na Saskiej Kępie. Odpowiedź, że został skasowany bez czytania przyszła… tydzień temu! Teraz do tych pouczających informacji doszła jeszcze jedna. Dowiedziałam się przecież, że ktoś, kto wysłał mi list z zaproszeniem na coś tam (mniejsza z tym, na co), a ja skorzystałam z podanych tam adresów innych korespondentów, popełnił prawdopodobnie przestępstwo lub tylko naruszenie. Tymczasem firma ściga mnie wezwaniami, choć nie ukradłam, nie włamałam się nigdzie, a skorzystałam z metody, z jakiej zawsze korzystają dziennikarze zdobywając na kogoś namiary. Czy firma X, śląca do mnie „Wezwanie do zaniechania naruszeń” będzie ścigać adresata maila, z którego wzięłam adresy? Swojego klienta, czyli firmę Y, której interesy postanowiła chronić śląc do mnie owo „Wezwanie do zaniechania naruszeń”? Pewnie tak. Paradoksów jest w tym wszystkim masa. Zaczynając od tego, że e-maile idą do kosza bez czytania, a kończąc na tym, że jakaś firma medialna, w imię obrony interesów swoich klientów, śledzi moją korespondencję do mediów, bo ukrywa pod danymi dziennikarzy tzw. kontrolne adresy e-mail. A my naiwnie myśleliśmy, że słyszane w słuchawce stwierdzenie „rozmowa kontrolowana” i pieczątka na liście „ocenzurowano” to koniec świata. Nie proszę państwa! To nawet nie był początek końca.

Zaczynam powoli rozumieć tych, którzy nie korzystają z Internetu. Lepiej nie korzystać. Inaczej zawsze można coś naruszyć. Czy zdecyduję się usunąć swoje dane z Bazy Dziennikarzy X? Dam sobie jeszcze chwilę na przemyślenie. Niech mi emocje jeszcze bardziej opadną.

PS Czy ta historia nie może zniechęcić do tworzenia kultury?