Archiwa tagu: film

Złe polskie filmy, czyli słowo o mojej rozpaczy

Postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy. Drugi rok uczęszczam na zajęcia do pewnej szkoły scenariuszowej. Pierwszy rok zaliczyłam (na czwórkę) pisząc scenariusz filmu fabularnego krótkometrażowego. Drugi, a co za tym idzie ostatni rok, mam zaliczyć scenariuszem pełnometrażowego filmu fabularnego. W międzyczasie oglądam różne filmy. Generalnie jestem osobą tzw. „wyoglądaną”. W podstawówce i liceum chodziłam do kina na pewno częściej niż inni. Na dodatek namiętnie odwiedzałam tzw. Muzeum Sztuki Filmowej, czyli kino Iluzjon. Bywało, że wychodziłam z jednego seansu i wchodziłam na drugi oglądając tak trzy filmy z rzędu. Mój rekord to cztery filmy w Iluzjonie obejrzane jednego dnia. No i oglądałam też niemal wszystko, co pokazywała Telewizja Polska. Po maturze należałam do DKF, dzięki czemu obejrzałam najważniejsze dzieła światowej kinematografii. Jak przystało na kinomaniaka codziennie oglądam minimum jeden film i to właściwie po to mam telewizor. Tylko raz w swoim życiu wyszłam z kina w trakcie seansu, bo mam zasadę oglądania filmów do końca. Z tego filmu pewnie bym nie wyszła, gdyby nie to, że byliśmy całą paczką i większość z tej paczki chciała wyjść.

Lista moich ulubionych filmów jest długa. Długa jest też lista ulubionych reżyserów. Do wielu ich filmów wracam wiele razy i padam plackiem przed geniuszem twórców.

Niestety w ciągu ostatnich kilku tygodni obejrzałam (wiem, że z opóźnieniem) trzy bardzo złe polskie filmy. Przyznam jednak, że oddałabym wiele, by móc powiedzieć, że były one świetne. Nie jestem osobą, która sugeruje się recenzjami, opiniami itd. Lubię mieć własne zdanie. Te trzy bardzo złe polskie filmy to produkcje patriotyczno-historyczne.

Trzecie miejsce w tym moim prywatnym rankingu najgorszych polskich filmów z ambicjami zajmuje „Bitwa Warszawska 1920”. Wiem, minęło sporo czasu od premiery, ale bałam się tego filmu. Mój dziadek, Julian Stec, brał udział w wojnie podczas uderzenia znad Wieprza. Był ranny i leżał w szpitalu we Lwowie. Dla mnie to nie jest więc jakaś tam historia, ale coś niezwykle ważnego i niemal osobistego. Każdy ochotnik w tym filmie to przecież potencjalnie mój dziadek. Tymczasem co otrzymałam jako widz?

Tu pora na dygresję. Na zajęciach ze scenariopisarstwa uczą mnie ciągle, że film to nie życie. Że film to historia (smutna, wesoła, zwariowana lub poważna etc.), która ma być wciągająca. Żeby była wciągająca musi składać się (w tzw. wielkim skrócie) z krótkiego wstępu, kiedy poznajemy bohaterów. Potem następuje tzw. pierwszy punkt zwrotny, w którym bohater zostaje wypuszczony w jakąś podróż (może to być podróż w głąb siebie) mającą odmienić jego życie, plątane przez los. Ażeby ta „podróż” była ciekawa dla widza bohater musi przechodzić różne perypetie. Wreszcie w filmie dochodzi do kulminacji, kiedy następuje rozwiązanie jego problemu (lub bohater ponosi klęskę) i kończy się film. Film ma happy end lub nie. Wszystkie moje najukochańsze filmy świata, jak np. „Światła wielkiego miasta” Charlesa Chaplina, „Odrażający, brudni, źli” Ettore Scolli, czy „Strach na wróble” Jerry’ego Schatzberga, albo „Fanny i Alexander” Ingmara Bergmana, czy „Zawód: reporter”, „Zabriskie point” lub „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego albo „M jak morderca” Fritza Langa czy „Kobieta w oknie” (tegoż samego niemieckiego reżysera żydowskiego pochodzenia, który musiał opuścić Niemcy po dojściu Hitlera do władzy), a także „Viridiana” Luisa Buñuela, oraz polskie filmy pt. „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza, „Dwaj panowie N.” Tadeusza Chmielewskiego czy „Eroica” Andrzeja Munka lub „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hassa są wg. tego schematu. Co ciekawe. Schemat opisano potem. Najpierw postały te filmy. Bo schemat opisano, oglądając i analizując te najgenialniejsze dzieła światowego kina.

„Bitwa Warszawska 1920” w warstwie scenariuszowej przeczy wszystkiemu, czego uczą mnie w szkole. Jest przykładem (ale jeszcze nie „idealnym”) jak nie pisać scenariusza. Na dodatek poza Adamem Ferencym, którego uwielbiam, a który gra czarny charakter i niestety dość szybko ginie, wart uwagi jest tam jeszcze Jerzy Bończak, niestety wraz z momentem wydelegowania granego przez niego bohatera na front – kończą się dobre sceny w filmie. Zostają nam nijaki Borys Szyc, bo nie ma nic do grania i jeszcze gorsza Natasza Urbańska, której Pan Bóg dał urodę, ale albo poskąpił talentu albo czegoś innego co pomogłoby, bym uwierzyła w istnienie takiej postaci.

Drugie miejsce najgorszego polskiego filmu ma „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”. Proponuję zresztą zmienić tytuł na „Histeria Roja”, bo widać w tym obrazie histeryczny krzyk twórców pragnących za wszelką cenę przekonać, że stworzyli doskonałe dzieło. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo w tym filmie Ulubiony zagrał nawet epizod. Powinnam więc, przez wzgląd na niego, popatrzeć na ten film bardziej przychylnie. Naprawdę patrzyłam. Niestety nie jestem w stanie pochwalić. Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyczałam w czasie seansu. Panicz Syn dwukrotnie wpadał do salonu pytać: „Co się stało?”, bo film oglądałam dzięki tzw. VOD na platformie Orange, czyli zapłaciłam 15 złotych doliczane do rachunku za wypożyczenie go na 48 godzin. Moje krzyki sprowadzały się do wypowiadanych przeze mnie bardzo głośno raz po raz słów: „O matko!”, „O Boże!”, a także „Nie wierzę!”. Za ten film reżyser Jerzy Zalewski powinien przede wszystkim przeprosić swoich bohaterów. A pieniądze, które wydałam, by obejrzeć ten koszmar proszę by mi zwrócił wpłacając na jakikolwiek cel dobroczynny – najlepiej na Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Stworzył bowiem (znów pozbawiony spójnego scenariusza, a nawet można napisać, że scenariusza w ogóle) film klasy B, pełen wulgarnych przekleństw wykrzykiwanych w takim nadmiarze, że „Psy” Władysława Pasikowskiego to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci. Jest tu na dodatek taka masa strzelaniny, że w obsadzie właściwie brakuje Stevena Seagala lub Chucka Norrisa, bo to oni się w grze w tego typu filmach specjalizują, a to właśnie filmy z nimi przypominała mi produkcja Zalewskiego. Z tą różnicą, że filmy z Seagalem czy Norrisem, (choć w większości sprowadzają się do schematu „zabili kogoś i ktoś się mści”) mają trzymające się kupy scenariusze, czego o tym naprawdę powiedzieć nie można. Są tu rwane sceny, które można zresztą dowolnie poprzestawiać i film na tym nie straci, bo i tak nie wiemy o co w nim chodzi. Są tu też niestety nadęte, nudne, patriotyczne dialogi wplecione w ten stek przekleństw. Bohaterowie wycierają sobie gęby ojczyzną jakby to był papier toaletowy. Jest to jeszcze na dodatek bardzo źle zagrane (poza epizodami). Ale z drugiej strony przy tak złym scenariuszu i dialogach zapewne ciężko jest dobrze grać.

Wreszcie (albo niestety) pierwsze miejsce. Gdy ogłasza się je na gali Oskarów ludzie wzruszają się, zapiera im dech w piersiach. Tym razem z trzewi wydobywają się beknięcia, a z odwłoku zgoła inne odgłosy i reakcje. To pierwsze miejsce to „Smoleńsk”. Panie Antoni! Panie Krauze! Jest pan reżyserem moim zdaniem jednego z najlepszych w dziejach polskiej kinematografii filmu krótkometrażowego pt. „Monidło” wg. opowiadania Jana Himilsbacha. Ja się teraz Pana pytam i naprawdę mam łzy w oczach. Jak Pan, człowiek o takiej filmowej wrażliwości, mógł wyreżyserować takiego gniota? Czterej scenarzyści, a scenariusza jakby nie było!!! W 36 minucie nadal czekałam na pierwszy punkt zwrotny. Po godzinie prawie płakałam błagając niebiosa, by ta straszna nuda się skończyła. Jestem dla tego filmu idealnym widzem. Nie jestem z tzw. sekty pancernej brzozy. Nie mam w ogóle żadnej teorii dotyczącej katastrowy tupolewa. Nie wiem co zdarzyło się pod Smoleńskiem i chciałabym wyjaśnienia. Tymczasem dostaję film, który nie odpowiada na to pytanie. Nie przedstawia też żadnej teorii. (Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Nie jest to political fiction jaki można byłoby nakręcić. Z łezką w oku wspominam w tym miejscu oglądany przeze mnie po wielekroć film „Koziorożec 1” Petera Hyamsa, którego bohaterem też jest dziennikarz. Film jest o tym jak rząd dopuszcza się manipulacji w sprawie lotu w kosmos i trzyma widza w napięciu do końca. Mnie trzyma w tym napięciu bez względu na to, który raz go oglądam, a mam to na własność na DVD. Niestety „Smoleńsk” to tandetny fabularyzowany dokument z jakąś tezą, której nawet dokładnie nie jestem w stanie sformułować, bo wszystko jest tam niejasne. (Powtórzę: Coś zrobili Ruscy, ale nie wiem co? Coś zrobił polski rząd, ale nie wiem co?) Najgorsze w filmie jest jednak to, że ma dialogi na poziomie programów typu: „Trudne sprawy”, „Ukryta prawda” lub „Dlaczego ja?”. Na dodatek, poza kilkoma dobrze zagranymi epizodami (Andrzej Mastalerz, Halina Łabonarska) ma tragicznie obsadzoną główną rolę – Beatę Fido. (Towarzyszący jej aktor grający kochanka, operatora kamery też straszny!) Ta pani z dwiema czy trzema dyżurnymi minami nie powinna nigdy w życiu grać niczego więcej poza melodią „wlazł kotek na płotek” na cymbałkach i to w domowym zaciszu. Czegoś tak złego aktorsko nie widziałam w żadnym profesjonalnym filmie!!! Widziałam to jedynie w serialach typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Sędzia Artur Lipiński”, „Szpital” i tym podobne głupoty. Ostatni raz tak wstydziłam się za coś, co oglądam na ekranie, kiedy Adam Małysz odbierał puchar za wygraną w Turnieju Czterech Skoczni, a dziennikarz TVP (którego na szczęcie był to ostatni występ) spytał publicznie jego żonę „co pani da mężowi jak wróci?” wtedy na to dwuznaczne pytanie pani Iza Małysz przytomnie odpowiedziała, że kaczkę i uratowała sytuację.

Piszę o tym wszystkim, bo jestem załamana. Oto kilka lat temu opisywałam tu moją osobistą historię z filmem „Szaleńcy”, czyli debiutem fabularnym Leona Buczkowskiego. Był to polski, fabularny film patriotyczny opowiadającym o wojnie polsko-bolszewickiej. Nie zachował się w całości. Nie wiemy, jak zginął główny bohater. Film oglądałam w 90 rocznicę tzw. Cudu nad Wisłą w Iluzjonie, który wtedy korzystał z sali w Bibliotece Narodowej. „Szaleńców” pokazywano z muzyką na żywo. Mimo braku kluczowych scen, bo się nie zachowały, film zebrał wielkie brawa. Urzeczony był również mój 14-letni wówczas syn. Cóż… w 1929 roku ten film został nagrodzony Złotym Medalem na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

I jest mi po prostu zwyczajnie, po ludzku i po polsku przykro, że prawie 90 lat później daleko nam do tego poziomu. Nie umiemy robić patriotycznego kina. Trzy filmy na trzy ważne tematy: wojna polsko-bolszewicka, żołnierze wyklęci i katastrofa smoleńska, a obejrzałam trzy gnioty. Nie ma takiej beczki piwa, której wypicie zabiłoby niesmak. Wiem jedno: Jerzy Hoffman powinien przeprosić mojego dziadka za film o wojnie, w której dziadek brał udział. Jerzy Zalewski powinien przeprosić żołnierzy wyklętych za patetyczne, pełne przekleństw i tandetnej strzelaniny nudziarstwo, którym starał się ich upamiętnić, a Antoni Krauze oraz scenarzyści filmu, powinni przeprosić 96 ofiar katastrofy smoleńskiej i ich rodziny za gniota, który został wyprodukowany i do którego wmontowano archiwalne, oryginalne zdjęcia z nudnymi dialogami z konferencji prasowych. Ja rozumiem, że na coś brak pieniędzy, ale zawsze też pamiętam, że Elia Kazan na własnej daczy amatorską kamerą, którą obsługiwał jego syn nakręcił rewelacyjny i wstrząsający film „Goście”, w którym rozprawił się ze skutkami wojny w Wietnamie wbrew temu co głosiła oficjalna amerykańska propaganda. Jest się od kogo uczyć i na kim wzorować.

Nie musi to być tworząca monumentalne dzieła Leni Riefenstahl, która wraz z Goebbelsem śmieją się z zaświatów z polskiego kina propagandowego. Cóż…, jest tak słabe jak bezalkoholowe piwo Żywiec, po którym nawet moja 8 miesięczna jamniczka Frytka mogłaby prowadzić samochód, gdyby sięgała łapami do kierownicy i pedałów.

W 1968 roku Polskę opuścił Aleksander Ford, któremu jako Żydowi pokazano drzwi. Po latach okazuje się, że jego „Krzyżacy” są niedoścignionym wzorem dla Hoffmanna. W latach 70-tych Mieczysław Waśkowski, członek PZPR i szef POP PZPR przy Zespołach Filmowych nakręcił wstrząsający film „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” wg. opartego na faktach scenariusza Andrzeja Mularczyka z Karolem Strasburgerem w roli dziennikarza idącego tropem niewręczonych po kampanii wrześniowej medali. Dziś Waśkowski jest be, bo lewicowy partyjniak (nie żyje zresztą). Tymczasem Jerzy Zalewski od Waśkowskiego powinien uczyć się robić dobre filmy, a scenarzyści Smoleńska pisania scenariuszy od Andrzeja Mularczyka.

Wszystko to piszę szczerze zrozpaczona. Po tym, co obejrzałam chce mi się po prostu płakać!!! W rodzinie miałam i bohaterów wojny polsko-bolszewickiej (m.in. dziadka Juliana Steca) i żołnierzy wyklętych (m.in. odsiadującą wyrok w Fordonie ciotkę Stenię z Ruszczykowskich Krosnowską za którą bardzo tęsknię, bo wiele jej zawdzięczam), a w katastrofie smoleńskiej zginęło wiele osób, które znałam osobiście i których numery telefonów do dziś tkwią w mojej komórce. Nie umiem ich wykasować, bo to tak jakbym kasowała pamięć o nich.

Długo myślałam, czy pisać o tych filmach, że są złe. Z jednej strony powinno się je przemilczeć. Niech popadną w zapomnienie. Ale z drugiej strony, jak się tego jasno nie napisze, ktoś może pomyśleć, że temat został wyczerpany. Nie został. Scenarzyści do piór! Niech powstaną wreszcie dobre, polskie filmy o wojnie polsko-bolszewickiej, o żołnierzach wyklętych, a także o katastrofie smoleńskiej. Bohaterowie tych wydarzeń zasługują na to, by ich upamiętnić dobrymi filmami.

Ekipa nie mieści się na scenie #premiera #wolyn #kino #film

„Wołyń” to trzeba zobaczyć

Byliśmy wczoraj z Ulubionym na premierze filmu „Wołyń”. Ulubiony zagrał tam Bohdana – czarny charakter. Trzy lata temu był na castingu i tak zaczęła się jego „przygoda” z tym filmem. Filmem ważnym także dla Ulubionego, bo jego dziadek mieszkał na południe od Wołynia, we wsi Glinki niedaleko Stanisławowa. Tam też dotarł nacjonalizm. Dziadkowi wymordowano braci za nieprzystąpienie do UPA, a sam dziadek sfałszował swoją metrykę, by ocalić życie. Dlatego mój teść, który jest po wylewie i dość słabo mówi, dowiedziawszy się, że syn gra w filmie o rzezi wołyńskiej tak strasznie krzyczał: „Bandera nie! Bandera nie!”  Ulubiony odpowiedział mu: „Spokojnie tato! Jestem agentem NKWD. „Uff! Może być” – stwierdził teść, co w świetle roli granej przez Ulubionego, zabrzmiało dość tragikomicznie.

Ekipa nie mieści się na scenie #premiera #wolyn #kino #film

Ekipa nie mieści się na scenie

Ulubiony prawie nigdy nie ogląda filmów w których gra. Nigdy nie ogląda też seriali, a zwłaszcza odcinków ze swoim udziałem. Na premierach kinowych albo wychodzi do WC i wraca po pół godzinie albo w kluczowych momentach, gdy zbliżają się sceny z jego udziałem, znika pod kinowymi fotelami niemal siadając na podłodze. Tak było na seansie „W ciemności” Agnieszki Holland, premierze „Niewinnych” Anne Fontaine, czy „Żyvie Biełaruś” Krzysztofa Łukaszewicza. Tym razem nie wyszedł do WC, nie schował się pod kinowym fotelem. Pierwszy raz w życiu usłyszałam z jego ust o jakimś polskim filmie, że to był dobry film. A przecież wymienione przeze mnie trzy tytuły też zbierały dobre recenzje. „W ciemności” było nawet polskim kandydatem do Oscara. Ulubiony jest po prostu bardzo krytyczny.

„Wołyń” wbija w fotel od pierwszych scen, choć okrucieństwo pojawia się dużo później. Najpierw wbija w fotel, bo zachwyca sielskością. Oto para bierze ślub. Ona Polka a on Ukrainiec. Kochają się i pobierają. Są więc tu tradycyjne polskie i ukraińskie pieśni weselne. Pokazane jest jak dwa narody żyją razem obok siebie. Niestety zło już czai się tuż obok… Wprawdzie ojciec panny młodej na pytanie czemu córka idzie „za Ruska” odpowiada innym pytaniem: „A co? Rusek gorszy?”, ale zarówno w gonitwie końmi, jak i w tradycyjnej weselnej bitwie na cepy wygrywają Ukraińcy. I choć walce towarzyszy śmiech jest ona zapowiedzią następnych potyczek i to takich już bez śmiechu. Zaś obcięcie na progu domu warkocza panny młodej siekierą jest zapowiedzią innego ciosu. Dlatego w filmie każda scena ma ogromne znaczenie. Film jest okrutny, tak jak okrutne są skutki nienawiści. Ale nie ma tu przesady, której tak pełno w filmach akcji czy horrorach. Jest to rzeczywiście uniwersalny film o miłości w trudnych czasach i o skutkach nacjonalizmu.

Dla mnie najstraszniejszą sceną jest ta, w której Ukrainiec zabija własnego brata. Zabija, bo ten każe mu zabić żonę, a każe to zrobić, bo żona jest Polką i jeśli mąż jej nie zabije wyda wyrok śmierci na swoich rodziców, braci i dzieci. Film naprawdę nie oszczędza nikogo. Nawet polskich partyzantów. Jednemu z nich zresztą bohaterka mówi z wyrzutem: „Jak wy chcecie bronić nas przed Niemcami skoro nie umiecie obronić przed hołotą z widłami i siekierami?”. Scena, gdy biegnie z dzieckiem na ręku w kierunku niemieckiego wojska, w którym widzi wybawienie przed tymi, z którymi nie tak dawno bawiła się na weselu, jest jedną z wielu, w których widz widzi bezradność bohaterów. Wiemy, że powinni uciekać. Ale dokąd?

Przyznam, że dawno nie widziałam tak uniwersalnego, tak antywojennego i antynacjonalistycznego filmu. Ten film pokazuje, że zło jest w każdym człowieku. Po premierze w kuluarach słyszałam glosy, że niepotrzebne były sceny, gdy Polacy biorą odwet. Naprawdę? Naprawdę niepotrzebne? Przecież tylko wtedy, gdy zobaczymy, że zło jest w każdym z nas, że nienawiść rodzi nienawiść i do czego ta nienawiść prowadzi, mamy szansę na oczyszczenie i szersze spojrzenie na otaczający świat.

Pisałam tu wielokrotnie, że moje małżeństwo z Ulubionym zmieniło moje kontakty z ludźmi. Odchudziło mi przyjaźnie, z których wiele okazało się nic niewartymi, bo nie wszyscy byli w stanie zaakceptować fakt, że związałam się z obywatelem Ukrainy. Najmocniej wbił mi się w głowę pogardliwy tekst jednego z kolegów. Najpierw wykrzyczał mi, że zdradziłam naród polski, a gdy zaczęłam pytać, czy ma świadomość co za bzdury mówi, że Ulubionego dziadek był Polakiem, a kolega chyba nie wie co on przeżył w czasie wojny, to usłyszałam pogardliwe: „A co? Spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie?”

Moment, kiedy Ulubiony otrzymał polskie obywatelstwo był drugim, który odchudził mi listę znajomych. Na ten ruch zdecydował się, bo na Ukrainie jest wojna i w domu czeka na niego bilet do wojska, a chciałby odwiedzić rodziców. Tylko ja wiem, ile razy usłyszałam od różnych osób, że na pewno zawdzięcza to obywatelstwo mnie i małżeństwu ze mną. Nikt nie rozumie, że dostał obywatelstwo ze względu na polskie pochodzenie i nasze małżeństwo nic do tego nie miało (nawet przeszkadzało, bo trzeba było dostarczyć więcej dokumentów). Dopiero moje pytanie: „Czy uważasz, że jego brat, a mój szwagier, też dostał polskie obywatelstwo dzięki mnie? Przecież nie jest moim mężem.” – zamykało ludziom usta.

W naszych rodzinnych polsko-ukraińskich opowieściach dla wielu znajomych nie do pojęcia było, że po tym, co Ukraińcy zrobili Polakom dziadek Ulubionego był w stanie ożenić się z Ukrainką, czyli jego babcią. A przecież miłość nie zna granic i narodowości! Mój teść ma w akcie urodzenia „Polak”, a teściowa „Ukrainka”, bo choć jej matka ma napisane „Słowaczka”, ale ojciec był Ukraińcem i na dodatek profesorem literatury ukraińskiej.

Film Wojtka Smarzowskiego pokazuje niezwykle jasno, że kiedy żyje się w społeczności wielonarodowościowej zdarza się miłość. Niestety zdarza się też i nienawiść. Ale to, które z uczuć się rozwinie, zależy od nas samych. Bo i dobro i zło jest w nas.

I dlatego „Wołyń” po prostu trzeba zobaczyć.

PS Byłam raz na planie „Wołynia”. Miałam spotkania autorskie w Nowym Sączu, gdy Ulubiony miał zdjęcia w skansenie w Sanoku. Postanowiłam go odwiedzić, bo nigdy w Sanoku nie byłam, a jest tam co zwiedzać. Po zwiedzeniu przeze mnie miasta i muzeum spotkaliśmy się w Skansenie. Ulubiony był między ujęciami i to stąd są te zdjęcia.

Z Ołesiem Fedorczenko

Zmartwychwstanie stulatka

To film, który robiłam ponad półtora roku, bo same zdjęcia trwały półtora roku. Dokładnie tyle – ile remont instrumentu.

Zmartwychwstanie stulatka”

emisja na antenie TVP WARSZAWA: 22 sierpnia g. 21:15

Można będzie oglądać online na stronie 
http://warszawa.tvp.pl/

scenariusz, reżyseria, zdjęcia i dźwięk: Małgorzata Karolina Piekarska
montaż: Bożena Świerż
kierownictwo produkcji: Barbara Kubicka
Występują: Bogdan Bąberski, Mariola Bąberska, Marek Michalski, Piotr Majchrzak, Małgorzata Karolina Piekarska i Zacharjasz Muszyński.

To mój osobisty, autorski film dokumentalny przedstawiający historię stuletniego pianina i jego renowację. Pochodzące prawdopodobnie z szabru pianino szczecińskiej firmy Ewald Herzog trafiło do jej rodziny w 1945 roku. Zakupione w 1945 roku przez Eugeniusza Chodkowskiego dla siostrzeńca Andrzeja Przytulskiego było używane przez prawie 40 lat. Od śmierci właściciela, czyli od lat osiemdziesiątych instrument stał nieużywany i służył za mebel. Wreszcie rodzina podarowała je autorce filmu i tu zaczęła się nowa historia instrumentu. Stare, zdezelowane pianino po półtora roku prac konserwatorskich w pracowni mistrza Bogdana Bąberskiego, wreszcie zmartwychwstało. Jak brzmi?

image1 (3) Film jest opowieścią nie tylko o pianinie, ale też o spełnianiu się marzeń. O pianinie marzyłam całe życie. Wreszcie mam. Próbuję nawet grać.

Fikcjo! Miłości moja! Ty jesteś jak zdrowie!

Ze smutkiem od dłuższego czasu stwierdzam, że coraz mniej mamy zgody na tworzenie fikcji. Tyczy to zarówno literatury, ale o wiele bardziej jeszcze filmów. Po awanturze o „Idę”, która osadzona w latach 50-tych jest tak naprawdę epicką opowieścią o sile prawdziwej wiary, której nie jest w stanie zachwiać nawet zmierzenie się z trudną prawdą o własnej rodzinie, podobne ataki na fikcyjne dzieła czerpiące z historii nasiliły się. Wcześniej bywało, że atakowano film „Czterej pancerni i pies” i oskarżano o zakłamywanie historii zapominając, że był to serial przygodowy. O to samo oskarżano „Stawkę większa niż życie” – jeden z najlepszych w historii Telewizji Polskiej seriali sensacyjnych. Czy ktokolwiek z tych twórców mówił, że to filmy historyczne, a co gorsza dokumentalne? Nawet nie były przedstawiane jako filmy rozliczeniowe, od których można i trzeba więcej wymagać. To była tylko literacka fikcja przeniesiona na ekrany. Zaś to, że czerpano w nich z historii nie zmienia faktu, że autorzy nigdy nie mówili, że są to filmy biograficzne czy historyczne. Te naprawdę rządzą się innymi prawami. Największe dzieła literatury polskiej też nie są dziełami dokumentalnymi – „Dziady” Adama Mickiewicza, „Trylogia” Henryka Sienkiewicza czy „Lalka” Bolesława Prusa. Choć każde z nich było inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Nawet „Faraon” jest literacką fikcją – powieścią, w której przedstawiono studium władzy. Czy nie możemy pozwolić fikcji być fikcją? Fikcja może też sporo nas nauczyć. Skłonić do refleksji.

Po „Idzie” myślałam tylko o tym, jak silna była wiara w Boga głównej bohaterki, skoro zdecydowała się wrócić do klasztoru. Nie interesowały mnie w tym wszystkim sprawy polsko-żydowskie. Tymczasem Żydzi protestowali, że „Ida” jest antysemicka, a Polacy, że antypolska. To już nie da się patrzeć na to z innej perspektywy? Na razie obłęd w postaci żądania od literackiej bądź filmowej fikcji, by była historyczną prawdą, zatacza coraz niebezpieczniejsze kręgi.

Jakiś czas temu przeczytałam jedną z recenzji swojej „Klasy pani Czajki” i „LO-terii” (pozytywną, więc nie czepiam się mściwie i złośliwie), której autorka chwaląc książki, zarzuciła mi mijanie się z faktami, bo… w Polsce na maturze nie wolno mieć maskotki. Odpowiadam: w stworzonym przeze mnie fikcyjnym świecie wolno!!! Ja swoim bohaterom na to pozwoliłam, pozwolili na to stworzeni przeze mnie dyrektorzy szkoły, do której chodzą moi bohaterowie, a także Ministerstwo Edukacji Narodowej rządzące w opisywanej przeze mnie fikcyjnej rzeczywistości. Nie napisałam dokumentu o pokoleniu, a fikcyjną powieść, choć osadzoną w jakichś współczesnych realiach. Na dodatek powieść bardziej psychologiczną niż przygodową. Tu liczy się sfera uczuć, myśli i relacji, a nie to, czy wolno czy nie wolno iść na maturę z maskotką! I własnie dlatego, że jest to powieść, a nie dokumentalna relacja, nie muszę być wszystkim tym realiom wierna. Nie wiem więc czy jest sens czepiać się maskotki.

Inaczej ma się rzecz z historycznymi filmami rozliczeniowymi – te powinny być realiom wierne. Jednak ani „Ida” ani „Czterej pancerni i pies” ani „Stawka większa niż życie” nie są tego typu filmami. „Ida” zresztą pokazuje historię jednostki czy też dwóch rodzin, których losy splotły się w czasie wojny – nie całego narodu, jak było np. w przypadku niemieckiego rozliczeniowego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, z którego ku memu zdumieniu wynikało, że w III Rzeszy nikt nie był zwolennikiem Hitlera.

Dziś z kolei z podobnym zdumieniem przeczytałam, że zakonnice protestują przeciwko filmowi „Niewinne” Anne Fontaine. Nie spodobały im się habity i napisały: „Ukazane w filmie siostry zakonne noszą habity podobne do habitów benedyktynek klauzurowych. W związku z tym oświadczamy, że nie ma dokumentów historycznych ani przekazu pamięciowego o tym, aby benedyktynki klauzurowe w Polsce doznały tragedii, o której w filmie mowa”.

Film Anne Fontaine nie jest filmem historycznym czy rozliczeniowym. Jest epicką opowieścią o różnym podejściu do sacrum, posłuszeństwa, wiary, miłosierdzia, a także traumy, jaką jest gwałt oraz niespodziewane i nieplanowane macierzyństwo, z którym muszą uporać się zakonnice. A przecież dla nich nawet dotykanie ludzkiego ciała jest ciężkim grzechem. Paradoksalnie ta historia mogłaby zdarzyć się i teraz na bliskim wschodzie. Zdarzyła się w 1945 w Polsce. Punktem wyjścia były wydarzenia autentyczne, ale reszta jest fikcją. Do filmu, a konkretnie do scenariusza, mam kilka uwag, gdyż zwiastun właściwie streszcza nam cały film, więc nie dowiaduję się z niego niczego nowego. Nie zmienia to jednak faktu, że to ważny film. Po raz pierwszy poruszono sprawę zbiorowych wojennych gwałtów na zakonnicach. No i tego, co dzieje się w ich głowach. Jak bardzo jest to dla nich traumatyczne przeżycie. Dla widza, który nie odróżnia Benedyktynki od Urszulanki czy Klaryski, nie ma znaczenia, co to za zakon. Nie ma znaczenia, czy opowiedziana historia przebiegała dokładnie tak, jak została pokazana w filmie. Liczą się pokazane tam uczucia i emocje. Na premierze Anne Fontaine powiedziała, że to nie jest film historyczny i on nie pokazuje historii takiej, jaka była. Jest tylko inspirowany prawdziwymi zdarzeniami i historią prawdziwej, francuskiej lekarki. W rzeczywistości zresztą starszej niż bohaterka filmu. Jednak znów znajdują się tacy, którzy… wiedzą lepiej! Za moment okaże się, że fikcja literacka czy filmowa są dozwolone tylko, gdy zajmujemy się sci-fi lub fantasy. O właśnie! A propos fantasy… Czy Wiedźmin był Polakiem?

Żyjemy dziś w świecie, w którym oprócz zabawy fikcją zabroniony jest również naturalny śmiech. A przecież ze śmiechem jest tak, że jak nas coś śmieszy, to nie zawsze panujemy nad tym, czy śmiać się wypada czy też nie. (Proszę tego nie mylić z szyderstwem, bo szyderstwo jest to „drwiący stosunek do kogoś lub czegoś, nacechowany dodatkowo lekceważeniem lub pogardą”. Życzenia komuś śmierci i ubolewania, że nie zginął – naprawdę do żartów nie należą.) Teraz pół Polski „jedzie” po Maciej Stuhrze za żarty podczas gali Orłów. No i oburzają się na tych, którzy się z tych żartów śmiali! Dlaczego? Toż to były typowe żarty językowe, działające na zasadzie skojarzeń! Opoka-Oponka. Wyklęci-Przeklęci. Przypominam w tym momencie fakt, że kilka lat temu jeden z polityków dokładnie tak się przejęzyczył! I nie był to bynajmniej żart!
Podobnie „działają” wszystkie inne dowcipy językowe. Na przykład: „Pytanie: jak nazywa się Rumun z płytą kompaktową? Odpowiedź: CD-ROM.” Jakoś nie słyszałam o proteście ambasady Rumunii! Również do zabawy słowami odwołuje się rysunkowy dowcip z Muminkami ilustrujący sytuację polityczną z teczką Lecha Wałęsy (Włóczykija) znalezioną w domu Czesława Kiszczaka (Paszczaka). Fakt, że bohaterami dowcipu są postaci literackie czyni go w moim pojęciu jeszcze zabawniejszym. Aż się chce (gdy się dobrze zna Muminki) zapytać o rolę Buki w tym wszystkim i kto się za nią kryje. Dowcip z Muminkami jednak nie spowodował wielkiej afery w internecie.

Z filmem „Niewinne” też mam problem z poczuciem humoru. W „Niewinnych” epizodyczną rolę zagrał Ulubiony. Jest tam jednym z rosyjskich żołnierzy. Być może jednym z tych, którzy dokonali zbiorowych gwałtów na zakonnicach. Zwiastuny filmu „Niewinne” pojawiły się w kinach w walentynki. Jedna znajoma w żartach powiedziała mi, że powinnam wyrzucić męża z domu, bo ona poszła na romantyczny seans z ukochanym, a tam nastraszył ją Ulubiony, jako ruski żołnierz prawdopodobnie gwałciciel szukający w klasztorze wrogów narodu. Cóż… po premierze filmu ja żartobliwie stwierdziłam, że ponieważ wszystkie urodzone w filmie przez zakonnice dzieci są podobne do Ulubionego, a grana przez Agatę Kuleszę bohaterka ma zaawansowany syfilis, być może również za jego sprawą, powstaje naturalne dla mnie pytanie czy wpuszczać go do domu? Na to inna znajoma powiedziała, że to, co ja mówię jest… nabijaniem się z tragedii zgwałconych zakonnic! Przyznam, że naiwnie myślałam, że śmieję się z własnego męża, który od wielu lat w filmach nie zagrał ani jednej pozytywnej postaci. (Tylko w tym roku we wszystkich wchodzących na ekrany filmach, w których zagrał, jest złym człowiekiem. Dwa razy ruskim żołnierzem: w „Niewinnych” i w „Historii Roja” oraz konfidentem w „Wołyniu”. Nawet w serialu „Bodo”, w którym wziął udział po moich namowach, grana przez niego epizodyczna postać, nie jest pozytywna.) Chyba mam prawo się z tego wszystkiego chociaż pośmiać? Zwłaszcza, że często grane przez niego negatywne postaci odbijają się na naszym życiu. (Zdarzyło się, że w sklepie nie chcieli obsłużyć. Sąsiadka niemal regularnie oskarża o bandytyzm.) Tymczasem nagle ktoś wie lepiej, jakie były moje intencje. Lepiej ode mnie wie z kogo i z czego się śmieję.

Za moment #premiera #niewinne

Tak oto powoli dochodzimy do ściany, poza którą nie ma już miejsca na śmiech, a zwłaszcza na ten niekontrolowany. Nie ma też miejsca na śmiech z samego siebie. Dochodzimy również do ściany, za którą fikcja literacka czy filmowa, ma być wierna tylko dokumentom z archiwów. Naprawdę poważnie zastanawiam się, czy za moment ktoś nie zabroni pisarzom lub filmowcom fantazjować. No i czy do Kodeksu Karnego nie zostanie wprowadzona kara za niekontrolowany śmiech.

Jeszcze raz zapraszam przed telewizory

Wszystkich, którzy nie obejrzeli 1 sierpnia mojego najnowszego filmu, zapraszam ponownie przed telewizory. Tym razem lokalnie.

„KTO DZIŚ PAMIĘTA O KOLUMBACH”, 12 sierpnia, godz. 10:45 na antenie TVP WARSZAWA, a także na platformie NC+ oraz on line na stronie TVP WARSZAWA.

Reporterska opowieść o fenomenie i popadaniu w zapomnienie powieści Romana Bratnego i serialu wg tej powieści – „Kolumbowie rocznik 20”. Wędrówka po miejscach opisanych na kartach książki. Rozmowy mi.n. z historykiem ze zgrupowania Bełt, którego żołnierzem był jej autor Roman Mularczyk ps. „Bratny”.

Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Karolina Piekarska
Zdjęcia: Dominik Kulas
Dźwięk: Paweł Wojtasik
Montaż: Bożena Swierż
Kierownictwo Produkcji: Barbara Kubicka
W filmie wykorzystano materiały archiwalne TVP S.A. w tym fragmenty serialu „Kolumbowie” w reżyserii Janusza Morgensterna, a także cyklu reportaży „Kolumbowie. Postscriptum”.
Produkcja TVP 2015

Zapraszam przed telewizory

Po moim wpisie o przygodzie z Kolumbami dostałam listy z pytaniem, co to za film przygotowuję, kiedy i gdzie będzie go można zobaczyć itd. śpieszę więc donieść, że…

kadr z serialu „Kolumbowie” reż. Janusz Morgenstern (1970)

„KTO DZIŚ PAMIĘTA O KOLUMBACH”, czyli film dokumentalny mojego autorstwa będzie miał premierę 1 sierpnia na antenie TVP Regionalnej o godz. 09:35. Powtórzony zostanie o godz. 16:00 i godz. 22:30, a nastepnie 2 sierpnia, godz. 7:20

Jest to reporterska opowieść o fenomenie i popadaniu w zapomnienie powieści Romana Bratnego i serialu wg tej powieści – „Kolumbowie rocznik 20”. Wędrówka po miejscach opisanych na kartach książki. Rozmowy mi.n. z historykiem ze zgrupowania Bełt, którego żołnierzem był jej autor Roman Mularczyk ps. „Bratny”.

Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Karolina Piekarska
Zdjęcia: Dominik Kulas
Dźwięk: Paweł Wojtasik
Montaż: Bożena Swierż
Kierownictwo Produkcji: Barbara Kubicka

W filmie wykorzystano materiały archiwalne TVP S.A. w tym fragmenty serialu „Kolumbowie” (1970) w reżyserii Janusza Morgensterna.

Produkcja TVP 2015

Petycja, czyli skutki cenzury

Pisałam w swoim czasie o zbawiennych skutkach PRL-owskiej cenzury, które polegały na tym, że jak już coś przeszło przez cenzorskie sito to w większości było utworem na poziomie. Cenzura dbała bowiem nie tylko o to, by nie opluwano ustroju, ale żeby utwory trzymały poziom. Myślę, że czas na słowo o negatywnych skutkach tejże. Skutkach, które odczuwamy do dziś. 

Obejrzałam ostatnio nominowaną do Oscara „Idę”. Bardzo piękne zdjęcia. Bardzo klimatyczne. Wysmakowane kadry. Co do treści, to jest to film o dramacie jednostek. Nie dopatrzyłam się tam znamion filmu historycznego. Nie jest to też film antypolski czy antyjakiś. Jest to na wskroś humanistyczny dramat obyczajowy osadzony w pewnych realiach. To film opowiadający o traumatycznych przeżyciach i ich wpływie na jednostki. Umieszczanie jakichkolwiek napisów z przodu (czego domagają się sygnatariusze petycji do PISF) o historii Polski, to zwracanie uwagi na tylko jeden aspekt – holocaust. Tymczasem film jest o wielu innych sprawach, które mogły się zdarzyć w różnych czasach. (Znam dość podobne wątki z baśni, z filmów fantasy itd.) Jest to więc m.in. film o tym, po co nam Bóg. O tym, że niektórym jest potrzebny, a innym nie. Ale czy aby na pewno? To film o tym, czym jest czystość i niewinność. O poczuciu winy, jakie dręczy matkę, która porzuca dziecko, nawet jeśli zostawia je pod opieką rodziny. Film jest też o tym, czym jest zawiść, złość, zemsta, strach przed nią i wielu innych rzeczach. Film, który powoduje masę dyskusji. Nie chcę tu streszczać filmu, ale dyskutowaliśmy z Paniczem Synem o tym, czy krwawa Wanda nie popełniła samobójstwa, by spadkiem po sobie zmusić Idę do zostania poza zakonem? Tu jest wiele otwartych pytań. Wbrew pozorom jest też i subtelny, choć lekko upiorny humor z chowaniem obrazka Pana Jezusa i pomaganiem go odnaleźć przez zabawę w „ciepło-zimno”. I tak dalej…

W związku z tą całą nagonką na ten film, za którą uważam akcję „Nie idę na Idę”, a także z petycją do PISF, (której nie uważam za nagonkę, ale jej propagandowy skutek) mam pewną refleksję. Po obejrzeniu filmu uważam treść petycji za nieprzemyślaną, a nawet być może stworzoną i podpisaną w większości przez ludzi, którzy filmu nie widzieli. Tym bardziej zastanawia mnie czemu nikt nie żądał napisów wyjaśniających historię II wojny światowej i informacji o polskim ruchu oporu, (że był największy w Europie) na początku filmu „Bękarty wojny”, który to film też mi się podobał i który zapewne jeszcze nie raz z przyjemnością obejrzę? Co do „Idy” – nie jestem pewna, czy będę chciała do tego filmu wracać. Jest mocny i na raz.

To co zawiera skierowana do PISF petycja jest swoistą nadinterpretacją filmu, z którą ja się nie zgadzam, jako widz, bo w moim pojęciu nie jest to film o holokauście i o złych Polakach mordujących Żydów, ale o jednostkach i ich dramacie, a że akurat są wśród nich Żydzi? Równie dobrze akcja mogłaby się dziać w czasach pierwszych Piastów i być o nawracaniu na chrześcijaństwo ogniem i mieczem plemion Prusów i Jaćwingów. Myślę, że fakt, iż „Ida” dotyczy niedawnych czasów powoduje te emocje.

Jakże łatwo zapominamy, że film i literatura to nie to samo co historia. Józef Ignacy Kraszewski napisał powieść „Hrabina Cosel” niezgodną z życiorysem głównej bohaterki. Automatycznie film Jerzego Antczaka też przekłamał historię hrabiny. Z kolei amerykański film „Gladiator”, w którym są prawdziwe postaci historyczne zmieszane z fikcyjnymi sprawił, że ludzie uwierzyli, iż rzymski cesarz Kommodus zginął na arenie w Koloseum w czasie walki. Tymczasem owszem facet lubił walki gladiatorskie, ale zginął skrycie zasztyletowany w gladiatorskich koszarach. Gdy film wszedł na ekrany informację o tym znalazłam tylko w encyklopedii Orgelbranda. Miałam wtedy znajomego z obywatelstwem amerykańskim, który na moją uwagę, że film jest niezgodny z prawdą historyczną, wręcz zrobił mi awanturę, że Amerykanie mówią prawdę, bo na pewno dotarli do nowych badań, a Orgelbrand jest encyklopedią z XIX wieku, więc mówiąc krótko „pieprzy” bzdury. Dziś o Kommodusie i tym, jak zginął jest niemal we wszystkich wersjach językowych Wikipedii. Bo jednak w tej sprawie to stary Orgelbrand miał rację. A film nadal wygląda tak jak wygląda. Dziś ludzie oglądając filmy i czytając książki sprawdzają w internecie, co jest prawdą, co kłamstwem, a co fikcją literacką i nie jestem przekonana, że trzeba im dobitnie pisać „to z przodu czarne to Murzyn”. Prawdziwa historia hrabiny Cosel też jest znana. A Kraszewski i jego powieść nadal się podobają czytelnikom tak jak ekranizacja Antczaka. Tak to widzę, jako odbiorca.

Czas jednak chyba na słowo, jako twórca. W 2007 roku opublikowałam książkę pt. „Dzika”. Jest to historia czarnoskórej dziewczynki – córki Polki i Ghańczyka. Pomysł wzięłam z życia. Miałam przyjaciółkę Eileen, na którą po polsku mówiliśmy Alicja. Często byłam świadkiem, jak dokuczano jej ze względu na kolor skóry. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy poszłam z nią do naszej wspólnej koleżanki w odwiedziny i ta koleżanka otworzywszy drzwi powiedziała, że ja mogę wejść, ale Alicja nie, bo rodzice nie tolerują Murzynów. Ja też nie weszłam. Zostałam solidarnie z Alicją na klatce schodowej PRL-owskiego bloku. Gdy mój syn ponad 20 lat później poszedł do gimnazjum i tam zdarzyło się, że podobnie, jak kiedyś Alicję, kilka razy potraktowano jego czarnoskórego kolegę z klasy, zrodził się we mnie pomysł na tę książkę. Jednak nie jest to historia o tym, że Polacy są rasistami. I gdyby ktoś zmuszał mnie do wstawienia na początku informacji, że Polska jest krajem tolerancyjnym itd., że w Powstaniu Warszawskim walczył Murzyn, że mamy posła czarnoskórego i dziennikarzy czarnoskórych, a także takich aktorów itd., to bym się za głowę złapała. Bo napisałam książkę o tym, że w okresie dojrzewania często jesteśmy nietolerancyjni, że tępimy to co inne, że zdarza się, iż pewne poglądy wynosimy z domu, ale nie zawsze (w końcu mój bohater Rafał kocha się w czarnoskórej Alicji mimo, że jego ojciec wyzywa ją od czarnuchów itd.). Jest to też książka o biedzie, rozbitej rodzinie, sieroctwie, o zwierzętach, o dzikiej przyrodzie, o przemycie itd. tak więc, gdyby ktoś nagle zobaczył w tym tylko powieść o polskim rasizmie byłabym w szoku, ale i mocno zniesmaczona. Po reakcji na „Idę” wnioskuję, że gdyby moja powieść sprzedała się w milionowym nakładzie mogłoby się tak stać.

Nie było takich protestów i akcji po filmie Jana Kidawy-Błońskiego „W ukryciu” gdzie jest dość podobny, jak w „Idzie,” motyw: wojna, ukrywanie Żydów, ale jeszcze seks między dwiema kobietami. Myślę, że protestów nie było, bo film jest o wiele słabszy od poprzednich filmów reżysera no i nie odniósł takiego sukcesu, jak „Ida”.

Naciskanie, by przed filmem Pawlikowskiego napisać takie coś, o co wnoszą sygnatariusze petycji do PISF, jest swoistego rodzaju cenzurą rodem z PRL. Myślę, że lata tkwienia w komunie sprawiły, że wielu z nas nie potrafi patrzeć na pewne sprawy z różnych stron, a patrzy na nie tylko przez pryzmat własnych poglądów i obrony ich za wszelką cenę – nawet niestety kosztem wolności słowa, o którą tak walczyliśmy. Jeśli jesteśmy z tym szczęśliwi – to w porządku. Natomiast jest to fatalne dla sztuki i kultury.

Myślę, że sygnatariusze tej petycji zostaną przy swoich poglądach do czasu aż sami coś stworzą i odbiorcy wcisną im w usta interpretacje i przesłania, które by im do głowy nie przyszły.

Warszawa w oczach amerykańskich filmowców

Gdy przyjechałam w sobotę do Obór byłam tak padnięta, że gdy już rozpakowałam się, zjadłam kolację i ogarnęłam wszystkie obowiązki, postanowiłam się odprężyć i obejrzeć coś w TV. I tak… około 22-giej, bo wtedy się ze wszystkim uporałam, natknęłam się na film ze Stevenem Seagalem. Normalnie bym nie oglądała, ale… akcja filmu działa się w Warszawie. To mnie zaciekawiło. Tytuł filmu „Poza zasięgiem”. Treść banalna i schematyczna.

Seagal, który popularność zdobył jako „Nico” zawsze mnie trochę śmieszył ze względu na zwalistą sylwetkę i koślawe nogi iksy. Przed laty oglądałam z Eksiem jakiś film z Seagalem. Tytułu i treści nie pamiętam. Tylko jedną scenę, z powodu której rechotaliśmy jak głupi. Bohater grany przez Seagala był w śpiączce, leżał goły w łóżku i pielęgniarka zajrzała pod kołdrę. Po chwili na widok tego, co tam ujrzała, powiedziała głośno do siebie:
- Ty musisz żyć.
Eksio dostał wtedy ze śmiechu czkawki.

Koleżanki z redakcji, które robiły wywiady ze Stevenem Seagalem, gdy kręcił w Polsce film „Cudzoziemiec” (2003), mówiły, że jest to sympatyczny facet. „Cudzoziemca”, który to film, ze względu na obecną w nim Warszawę, bardzo chciałam obejrzeć, do dziś nie zmęczyłam. Taka to była sensacja, że choć oglądanie zaczynałam co najmniej 10 razy, zawsze zasypiałam w połowie. Nie wiem więc jak się film kończy, co tylko pokazuje jego wybitność. Dość podobnie jest z treścią powstałego rok później „Poza zasięgiem” (2004), choć ten film obejrzałam prawie do końca. Wymiękłam pod sam koniec, kiedy główna bohaterka napisała list, z którego wynikało, że WRESZCIE jest w Ameryce. No tak! Zdaniem Amerykanów raj na ziemi. Co tam ta nasza zapyziała Polska. Film jest nijaki i schematyczny. Jednak to o czym chcę napisać to nie treść, bo nie tylko „koń jaki jest każdy widzi”. Tak samo jak z koniem jest i z filmami z panem SS. Jakie są każdy widzi.

Mnie w tym filmie zafascynowała Warszawa i to co mogą grać pewne budowle. Oto Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi za siedzibę czegoś w rodzaju ONZ, co dla potrzeb filmu nazywa się zresztą jakoś inaczej. Dla mnie bomba! Tak nigdy jeszcze na BUW nie spojrzałam.

Oto po raz pierwszy zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki z czerwonym dywanem rozwiniętym na schodach na zewnątrz. W filmie zagrały ze 2-3 wejścia do pałacu, a sam pałac był miejscem gdzie jest bal ambasadora. Niestety nie wiem jakiego kraju, bo zdaje się, że ta informacja w filmie nie padła. Jeśli był to bal ambasadora amerykańskiego to mój szok jest jeszcze większy.

Szokiem była też Politechnika, w której swoją siedzibę mieli źli ludzie – przeciwnicy bohatera odgrywanego przez Stevena Seagala, choć mnie się wydaje, że on cały czas gra tego samego człowieka tylko imiona mu się zmieniają. Może ma schizofrenię lub cierpi na rozdwojenie jaźni? W każdym razie w głównym hallu Politechniki ci źli ludzie toczyli między sobą pojedynki na szpady. Tu także dzielny Steven Seagal zabija złego człowieka.

Jednak to co mnie najbardziej ubawiło to… najlepszy lokal w mieście. Gdzie kręcono zdjęcia – nie wiem, ale to co padło z ust bohaterki (nomen omen burdelmamy) zabiło mnie. Tekst był mniej więcej taki:
- To ulubione miejsce króla Stanisława. Spotykał się tu z Carycą Katarzyną, której był kochankiem. To miejsce ma wiele tajnych przejść.
Mój Boże! Zawsze uważałam, że amerykański przemysł filmowy, podobnie jak większość amerykańskiej literatury strzela obok faktów, historii, a nawet geografii. „Pamiętnik księżniczki” Meg Cabot sprawił, że amerykańskie dziewczynki uwierzyły w istnienie Genovii, która leży gdzieś w Europie koło Francji. Sama Meg Cabot opowiadała mi o tym w swoim czasie do kamery i robiła to z niekłamaną dumą.
Film „Gladiator” sprawił, że Amerykanie uwierzyli, że rzymski cesarz Kommodus zginął na środku Koloseum w czasie walki. Informacje, że to nieprawda pojawiły się w Wikipedii kilka lat później niż film.
Film „Poza zasięgiem” być może mógłby sprawić, że amerykanie uwierzą, że caryca Katarzyna przyjeżdżała do Warszawy sypiać z królem Stanisławem Augustem. Na szczęście tak, jak „Cudzoziemiec”, tak i ten stary schematyczny gniot jest tylko na video i czasem puszczany w TV, prawdopodobnie tylko w Polsce, być może po to, żeby nas bardziej ogłupić a na pewno po to, żebyśmy się nacieszyli, że nasi aktorzy czasem grają w amerykańskich filmach. Amerykanie chyba nie są w ogóle świadomi, że Stanisław August Poniatowski i Katarzyna II to byli kochankami zanim on został królem. Jeśli w ogóle wiedzą, że byli kochankami a nawet jeśli w ogóle wiedzą, że istnieli. Na pewno nie wiedzą, że caryca nigdy nie sypiała ze Stanisławem Augustem w Warszawie. Wreszcie, wątpię czy wiedzą, że zburzona po ostatniej wojnie stolica Polski nigdy nie miała takiego przybytku z sekretnymi przejściami, a nawet gdyby miała, to mógłby nie ocaleć po II wojnie światowej. A gdyby nawet był i ocalał, to wątpię, by dziś mieścił się w nim za przeproszeniem burdel z dziwkami. Prędzej jakiś urząd, którego pracownikom można wiele zarzucić, ale zapewne nie nierząd, choć to tak podobne słowo do urzędu. Wątpię czy Amerykanie wiedzą, że ulubionym miejscem ostatniego polskiego króla były Łazienki. Tych zresztą w tym filmie zabrakło. Ale cóż… już były w „Cudzoziemcu” i to jedyne obok grobu nieznanego żołnierza co zapamiętałam z tamtego filmu zanim zasnęłam.

Fajnie, że Warszawa grywa w amerykańskich filmach. Szkoda, że w tak głupich i klasy B. No, ale może od czegoś trzeba zacząć?

Tego bollywoodzkiego filmu sensacyjnego, w którym autobus spada z mostu gdańskiego nie widziałam. Chyba nie jestem gotowa. Steven Seagal mocno nadwerężył moją tolerancję na głupotę. A swoim poparciem dla Putina dodatkowo zniesmaczył. Ale cóż… facet nie zna ani polskiego ani rosyjskiego ani ukraińskiego. Nie wiem czy zna słowiańską mentalność. Wiem, że zna Warszawę. To jest wprawdzie jakiś plus. Ale tylko jeden.

PS Już wolałam, gdy w „Europa, Europa” Agnieszki Holland ulica Kanonia na tyłach warszawskiej katedry Św. Jana robiła za Berlin, a Muzeum Narodowe za szkołę Hitler Jugend. Ale cóż… przy dobrym scenariuszu i reżyserii nic człowieka nie razi.

Czasem nie trzeba zbyt wiele, czyli wspieram kulturę

Gdy wraz z Ulubionym przygotowywaliśmy spektakl „Listy do Skręcipitki” całość udała się dzięki przyjaciołom, znajomym i życzliwym czytelnikom. A przecież nie chodziło o miliony. Niestety zrobić coś samemu, bez wsparcia instytucji kulturalnych jest niezwykle trudno. Ponieważ doskonale o tym wiem, więc staram się wspierać wszelkie przedsięwzięcia znajomych, którzy w pracy nad ich realizacją, tak jak ja w swoim czasie, obijają się o ścianę.
Teraz jedna z moich dobrych koleżanek poprosiła o wsparcie projektu realizowanego przez syna. Projektu, który jak się okazało wpisuje się w to wszystko, czym i ja chętnie się zajmuję. W grzebanie w rodzinnych sprawach. O ile jednak ja skupiłam się na przeszłości i to zamierzchłej, o tyle Iwo Kondefer na przyszłości, choć zaczepionej w przeszłości. Iwo studiuje w szkole filmowej. Ulubiony zagrał już w jednym jego krótkometrażowym filmie fabularnym pt. „Andżelika”.
Dziś Iwo, jako student katowickiej filmówki, chce zrobić kolejny film. Tym razem dokumentalny. Moim zdaniem zapowiada się ciekawie. Iwo napisał:
„Przez okres zdjęć będę spotykał się z moimi bliskimi, głównie rodziną – tą najbliższą i tą, z którą nie miałem kontaktu od lat. Chcę odbyć z nimi rozmowy na temat ich życiowych wyborów i wydarzeń, które miały na nich największy wpływ. Każda z tych dyskusji ma doprowadzić do sformułowania zadania / rady, której zrealizowanie, ich zdaniem, pomoże mi przyszłym, dorosłym życiu. Każde z tych zadań będę musiał wcielić w życie i to też stanie się częścią akcji filmu.
Liczę na to, że mój film stanie się opowieścią, która będzie na pewien sposób uniwersalna.
Chcę opowiedzieć o rodzinie i o tym jak pewne decyzje i wydarzenia mają wpływ i determinują życie kolejnych pokoleń.
Chciałbym pokazać, jak poprzez nasze doświadczenie, wybory “tworzymy” nasze dzieci, wnuki i bliskich.”
Na realizację potrzebuje trzy tysiące złotych. To przecież niewielka kwota. Zbierana jest poprzez stronę „Wspieram Kulturę”. Można na ten cel wpłacić nawet 5 złotych, bo w końcu każdy grosz się liczy, a jak wiadomo „grosz do grosza a będzie kokosza”.

Apelując o wsparcie dla Iwo, którego sama wsparłam, zastanawiam się nad jednym. Jak to jest, że pewne produkcje kosztują podatników miliony i na te zawsze prędzej czy później znajdują się pieniądze. A to, na co nie trzeba zbyt wiele zawsze ma kłopoty ze znalezieniem środków na realizację. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że tylko rzeczy drogie mają wysoką wartość artystyczną.

Otwarty i zamknięta

Wczoraj ruszył II Przegląd Filmów o Pisarzach pt. „Pisarz też człowiek” zorganizowany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. W mijającej kadencji byłam w Zarządzie Oddziału Warszawskiego. Praca społeczna, zajmująca dużo czasu, ale też czasem dająca satysfakcję. W każdym razie Przegląd zorganizowaliśmy bez wsparcia finansowego i pieniędzy. Wczoraj na otwarciu Przeglądu w Sali Widowiskowej Domu Literatury pokazany został mój króciutki film o Irenie Jurgielewiczowej „Zupełnie Inna Irena” oraz film Katarzyny Kościelak o Jacku Kaczmarskim „Bard”. Zderzenie tych dwóch filmów było piorunujące, bo skłaniało ku masie refleksji.

źródło: Wysokie obcasy

Po pierwsze sprawa czasu: Ten mój o Jurgielewiczowej był 15 minutowy, miałam na niego osiem godzin pracy kamery i cztery godziny montażu.
Ten o Kaczmarskim był półtoragodzinny, autorka przygotowywała go pięć lat, ile miała godzin pracy kamery nie pytałam, bo było mi głupio.

Po drugie sprawa wieku bohaterów: Irena Jurgielewiczowa zmarła mając sto lat. Swój film (właściwie przez porównanie z filmem o Kaczmarskim powinnam pisać „filmik”) zrobiłam na kilka tygodni przed śmiercią pisarki. Wczoraj wydawało mi się, że miał premierę w 2003 roku tuż po jej śmierci i nie zdążyła go zobaczyć. Ale teraz coś mi się kołacze po głowie, że film został wyemitowany jednak tuż przed jej śmiercią. Ona go widziała, ale już nic nie rozumiała, a zmarła niedługo po emisji filmu i wtedy nastąpiła jego powtórka na antenie.
Kaczmarski zmarł mając lat czterdzieści siedem. Film „Bard” powstał już po jego śmierci. Premierę miał w tym roku.

Po trzecie sprawa rozmówców: Ja miałam poważne kłopoty, by znaleźć rozmówców do swojego filmu. Stuletnia pisarka urodzona w XIX wieku była człowiekiem epoki, kiedy kobiety niezbyt otwarcie mówiły o swoich uczuciach czy przemyśleniach i przeżyciach. Gdy dzwoniłam do pani Ireny z pytaniem, czy mogę przyjść z kamerą – zgodziła się. Jednak, gdy po dwóch tygodniach (najpierw musiałam na nowo przeczytać wszystkie jej książki) przyjechałam na zdjęcia, nie pamiętała naszej rozmowy ani niczego. Siostrzenica powiedziała, że ciocia w ciągu ostatnich tygodni bardzo się posunęła. Dlatego jedyna wypowiedź Ireny Jurgielewiczowej, która jest w filmie pochodzi z 1998 roku, kiedy pisarka otrzymała nominację do nagrody literackiej Nike za książkę „Byłam, byliśmy”. Pani Irena została przeze mnie sfilmowana siedząca i podpisująca mi się w książce. Nie mówiła nic. Nie tylko do kamery. Także poza kamerą. Zamiast niej opowiadała siostrzenica, która mówiła dość oszczędnie. Udało mi się porozmawiać na temat pani Ireny z Wandą Chotomską, która powiedziała najważniejszą rzecz, padającą w filmie, że pani Irena zawsze była osobna i zamknięta. Nie krążyły o niej żądne anegdoty. Że była skryta i pewnie nigdy nie dowiemy się, co jest za tym „gorsetem milczenia”, jak to określiła pani Wanda. Kilka słów powiedziała o pani Irenie Jolanta Sztuczyńska, ówczesna dyrektor wydawnictwa Nasza Księgarnia. Resztę powiedzieli uczniowie pewnej podstawówki i ich nauczycielka polskiego. Że jej książka „Ten obcy”, która od pół wieku jest w lekturze szkolnej, nic a nic się nie zestarzała w swojej warstwie psychologicznej i jest nadal chętnie czytana zaś stopnie z wypracowań zawsze należą do najlepszych. Dla uczniów niesamowite było to, że jest to książka o tym, jakie problemy ma dziecko z dorosłymi. Nie dotarłam do nikogo więcej, kto by osobiście znał panią Irenę. Kto mógłby cokolwiek więcej powiedzieć o starej pisarce.
W filmie o Jacku Kaczmarskim wypowiadali się przyjaciele, współpracownicy itd. Była tych ludzi cała masa. W pewnej chwili przestałam ich liczyć. Mimo, że film trwał półtorej godziny, jako widzowie czuliśmy niedosyt. Wiedzieliśmy, że o Kaczmarskim można było powiedzieć więcej. Autorka musiała dokonać jakiegoś wyboru. Zrobiła naprawdę świetną robotę. Powstał rewelacyjny film, choć nie jest ubrązawiający, a rodzina – w tym córka – wycofała się z występu przed kamerą.

Po czwarte sprawa archiwaliów: W przypadku Jurgielewiczowej archiwa TVP miały tylko jedną rzecz. Ją odbierającą nominację do Nike. Nic więcej w przepastnych archiwach telewizji się nie zachowało.
Inaczej było z Kaczmarskim, którego można było obejrzeć w różnych okresach życia wypowiadającego się w programach telewizyjnych itd. Nawet były filmy archiwalne z VHS, które cudownie uzupełniały historie. Pozostało też po nim więcej fotografii.

Po projekcjach siedziałyśmy z koleżankami (innymi autorkami) w „Literatce” i dyskutowałyśmy o tym niesamowitym kontraście. Jeden bohater ma sto lat, a nie można było więcej o nim nakręcić. Nawet nie z powodu tych finansów, małej liczby godzin pracy kamery itd. Bardziej z tego powodu, że nie było, z kim rozmawiać o tym bohaterze. Sto lat i wiemy o Jurgielewiczowej tylko tyle, ile napisała w swoich książkach. Wśród których na szczęście są i takie, gdzie opisała swoje przeżycia. Po Jacku Kaczmarskim zostało wiele wspomnień. Wiele materiałów w archiwach publicznych i w prywatnych archiwach wielu ludzi. Owszem, ktoś powie, przecież to bard, występował publicznie, był więc bardziej medialny. Jak można go porównywać z Jurgielewiczową. Ale… Kaczmarski sam siebie miał za pisarza. Napisał ponad 650 tekstów poetyckich i 5 książek prozatorskich. Irena Jurgielewiczowa, która żyła dwa razy dłużej, opublikowała ich 19. (W porównaniu z czterystoma książkami Kraszewskiego, ktoś może powiedzieć, że to niewiele.)

Jan Twardowski napisał, że „spieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą”. Po wczorajszym kontrastowym pokazie stwierdzam, że spieszmy się krecić filmy o pisarzach, bo niektórzy, jak odejdą, to nie będzie, kto miał o nich, czego opowiadać. Zwłaszcza, gdy żyją cicho, skromnie, nie są bohaterami anegdot i skandali. Nie znaczy to jednak wcale, że mieli nieciekawe życie. Jurgielewiczowa – porucznik Armii Krajowej, więzień Lamsdorfu – miała bogate przeżycia. Niestety, kiedy wzięłam się za film nie żyli już ani jej obozowi koledzy czy koleżanki ani nikt, kto mógłby powiedzieć o niej słowo, jako o żołnierzu. Można było mówić już tylko o niej, jako pisarce i to w świetle 19 książek.

Film o Kaczmarskim polecam. Świetnie zrobiony. Naprawdę zachwycający i wzruszający o ciekawym niezwykle otwartym człowieku. Kończy się pogrzebem 47-letniego barda. Mój film tak nie wzrusza. Przecież to film o żyjącej wtedy jeszcze stulatce. Bardzo zamkniętej w sobie.

PS. Przegląd trwa. Dziś i jutro kolejne filmy o pisarzach.