Archiwa tagu: foto

Zamieszanie, czyli jak sfotografować „megankę”?

Przed premierą monodramu wpadliśmy w taką fazę, że w domu nic kompletnie nie jest sprzątnięte. Codziennie pocieszam się więc powiedzonkiem, że „nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania”. O! sądząc po naszym – na pewno nie jestem nudna. Powyjmowane z szaf książki piętrzą się na wszystkich możliwych meblach. Gabinet wygląda tak, jakby przeszła przez niego nawałnica. Dowody poniżej.

W tym zamieszaniu, przygotowaniach i tak dalej… trafił mi się do napisania tekst, a właściwie dwa. Oba motoryzacyjne. Jeden to reportaż z dowolnego prywatnego salonu Peugeot na zamówienie zresztą Peugeot Francja. Drugi to tzw. „babski test” (ze zdjęciami) najnowszej „meganki”, czyli Renault Mégane III.  Dla potrzeb reportażu w zeszły piątek dostałam „megankę” w używanie na ponad tydzień. (Jutro o świcie zwracam). Jednak w moim życiu nic nie może być proste. Najpierw były „schody” z salonami peugeota. Choć reportaż może być dla nich szansą na zaprezentowanie się przed francuskim koncernem, którego autami handlują, dealerzy nie byli skłonni wpuścić mnie w swoje podwoje.  Szukałam najpierw w okolicach Warszawy, potem na terenie Mazowsza. Na próżno. Czego to ja się nie nasłuchałam od osób odbierających w salonach telefony! A ilu z nich było po prostu nieprzyjemnych? Wreszcie… udało się! W Lublinie. Umówiłam się na wtorek przed Bożym Ciałem. Wcześniej miałam ambitny plan pojechania autem na sesje fotograficzną w plener. Niestety… w sobotę okazało się, że na Stadionie Narodowym odbywa się „Orange Warsaw Festiwal” i… Saska Kępa zamknięta! Wyjechałam autem rano w sprawach monodramu i gdy podjechałam około 14-tej pod dom, to był to ostatni moment, by móc tu zostać. Godzinę później blokowano już Saską Kępę przed obcymi samochodami, a „meganka”, choć w moim użytkowaniu, to jednak obca. Nie ma znaczka „Saska Kępa” i mieć nie będzie. Dlatego gdybym nią wyjechała z posesji, wrócić mogłabym dopiero po 22-giej. Podobnie było w niedzielę, kiedy na dodatek pogoda nie sprzyjała żadnym plenerowym sesjom fotograficznym. Obydwa dni Ulubiony spędził niemal od rana do nocy na próbach. Ja na pisaniu. Wprawdzie w niedzielę wyjechałam „meganką” na test, jak auto sprawuje się na deszczu, pojechałam do mamy na cmentarz, a nawet podjechałam po Ulubionego na próbę, by zabrać i jego i rekwizyty, które następnie on sam w domu szykował do próby medialnej. Jednak wrócić z rekwizytami do domu mogliśmy dopiero po odblokowaniu Kępy po koncertach, czyli po 22-giej. A ze względu na pogodę nawet nie wyjmowałam aparatu.

W poniedziałek „użerałam się” z pisaniną, korkami itd. Jaka była pogoda? Niestety fuj!

Nadszedł wtorek. Była szansa na sesję w plenerze, bo pędziłam „meganką” prawie 160 kilometrów w jedną stronę, czyli do Lublina na reportaż. Wróciłam wieczorem. Ponieważ po drodze natknęłam się dwukrotnie na ulewę i burzę, więc… z sesji fotograficznej „meganki” w szczerym polu – wyszły nici. Cyknęłam parę zdjęć przed moim ulubionym zajazdem „Cegielnia”. Niestety auto było już po deszczu i błocie, więc dość brudne.

W środę „meganka” grzecznie postała wraz ze mną w korkach. W planie miałam: zwrot zasilacza, który nie pasował do klawiszy, odebranie plakatów, a przez Ulubionego bonżurki do spektaklu, którą dzięki uprzejmości Pana Romana Zaczkiewicza, dostawcy materiału, uszył Pan krawiec Piotr Kamiński. Miałam też zatwierdzić program teatralny. No i rozwieźć plakaty oraz ulotki naszym sponsorom.  Czułam więc, ze sesja samochodu może nie wypalić. Miałam rację. Oto w trakcie jazdy z jednego miejsca w drugie (już nie pamiętam skąd dokąd, bo tyle wtedy po mieście się nakręciłam, że szok!) okazało się, że monodram dostał honorowy patronat Marszałka Województwa Mazowieckiego. Plakaty i ulotki już miałam w ręku – bez marszałkowskiego logo. Pieniędzy na ponowny druk – brak. To co dostałam od przyjaciół poszło na baner, który był już w druku (tez bez marszłakowskiego logo), no i na dodruk ulotek. Drukarnia, która wydrukowała plakaty na zasadzie barteru zaproponowała druk większej ilości ulotek, ale już za pieniądze. Zgodziliśmy się. Tak więc kasa się rozeszła. Zwłaszcza, że karnie zapłaciłam pierwszą ratę za wynajem sali do prób. Tak więc z tzw. wolnych mocy przerobowych został nam już tylko program teatralny (jeszcze nie dojechałam zatwierdzać), no i blog stworzony dla potrzeb monodramu. Dzwonię więc do Urzędu Marszałkowskiego i mówię, jak mają się sprawy. Na szczęście Pani w Urzędzie powiedziała, że doskonale to rozumie, że może być program teatralny i blog, a plakaty i ulotki będą miały logo jeśli będzie kiedyko0lwiek dodruk. Cóż… program teatralny miał być właśnie słany do druku, a ja miałam go tylko zatwierdzić. Planowałam to zrobić po rozwiezieniu plakatów i ulotek po śródmieściu i odwiezieniu do zwrotu zasilacza. Musiałam wszystko rzucać. Zrezygnowałam z rozwożenia ulotek i plakatów. Pojechałam tylko oddać ten czortowski zasilacz. Zwrot tego „ustrojstwa” trwał pół godziny (sic!) musiałam podpisać kilka dokumentów, szczegółowo opisać, czemu zwracam zasilacz i tak dalej…   Potem pędziłam przez miasto niemal na złamanie karku do wydawnictwa. Chodziło o to, by stronę programu z herbem Marszałka przesłać do zatwierdzenia do urzędu, zanim urząd skończy pracę. Była przecież środa przed długim weekendem. Ulubiony, ponieważ fizycznie nie ma prawa jazdy, więc biegał po mieście na piechotę i tramwajami z bonżurką w ręku. Około 19-tej wróciłam do domu. Byłam skonana, a na dodatek miałam pisaninę i nie nadawałam się do fotografowania auta.
Nadeszło Boże Ciało…  Wymieniać dalej? Zawiozłam Ulubionego na próbę. Miałam nienapisany reportaż, który postanowiłam napisać u przyjaciół na działce pod Sochaczewem. Po drodze sfotografuję „megankę” – pomyślałam optymistycznie. Nic mi z tego nie wyszło. Nawet nie tyle przez pogodę ile przez zwykły, ludzki strach… oto cała drogę między Warszawą a Łazami mijałam pijanych na piechotę lub na rowerach, bo przecież w katolickim kraju, jak jest święto kościelne trzeba się po prostu zalać do nieprzytomności i potem niepewnym krokiem łazić wzdłuż szosy, przechylając co chwila nie w stronę pobocza, czy rowu, ale w stroną jadących aut. Tak więc jechałam nie przekraczając prędkości 50 km/h… Gdy dojechałam na miejsce – oczywiście lunęło! Znów z sesji nici. Wracałam w deszczu… ale… zaczęło się powoli przejaśniać. Szosa pusta, (zalani pewnie jedzą lub śpią) więc powiało optymizmem. Może gdzieś po drodze, na przykład koło Zaborowa, tam tak ładnie, stanę na małą sesję… Niestety…. Po przejechaniu 10 kilometrów natknęłam się na wypadek. Ciała na poboczu, ciała na środku drogi, straż pożarna, policja, pogotowie. Policja zarządziła objazdy. Objazdy takie, że auto ubłociłam… To nie natchnęło mnie artystycznie. Blada jak ściana ze strachu, bo widok wypadku straszny, plus zła jak osa, bo z fotografowania nici – wróciłam do domu.

W piątek była próba medialna, odbiór banneru i kręcenie demo spektaklu, więc wszyscy troje padliśmy równo – z reżyserką włącznie. Gdy pod wieczór wylądowaliśmy na Targowej pod wiaduktem w wietnamskim barze na jedzeniu, byliśmy nieprzytomni. I tylko humor poprawił nam widok plakatu spektaklu, zawieszonego na drzwiach sklepu z czapkami, przez niezawodna panią Cieszkowską – naszą sponsorkę. W końcu to jej czapkę nosi postać, którą gra Ulubiony.

W sobotę walczyłam z internetem i stronami, które się posypały. Praca nad naprawieniem tego, co zepsułam zabrała mi pół dnia. Gdy skończyłam była 19-ta. „Meganki” nawet nie tknęłam. Nie tylko, jako modelki, ale nawet, jako pojazdu. Zresztą tez padało. Może dziś… Nie… jakie „może”? Muszę dziś… przecież jutro ją zwracam… W sumie niestety. Owszem, jestem typem kolegi Bigosa z Pana Samochodzika, który wehikuł kopnął pogardliwie w oponę i powiedział: „Zabawny wozik. Byle się toczył”. Przyznam jednak, że „meganka”, którą dostałam do testu, to naprawdę fajny samochód. Choć nie na takie miasto, jak Warszawa. Parkować nim jest niezwykle trudno, bo po prostu nie ma gdzie. Ale to wszystko opiszę w „babskim teście”, a nie na blogu. No nic! Idę na sesję! Najpierw jednak chyba do myjni….

Te straszne porządki, czyli podróż w przeszłość

Nic tak nie spowalnia prac nad czymś twórczym, jak prozaiczne porządki. Niemniej jednak raz na jakiś czas trzeba je zrobić. I tak ostatnio postanowiłam uporządkować dysk zewnętrzny, który jest moim archiwum. To niezwykle ciekawe doświadczenie, którego efekt okazał się zaskakujący. Oto nie tracąc zdjęć ani innych dokumentów zyskałam 200 Gigabajtów miejsca! Szok! Jak to możliwe? Wystarczyło po prostu wywalić zduplikowane pliki. Przy okazji odbyłam podróż w swoją przeszłość. Przed oczami przeleciało mi ostatnie 10 lat, bo mniej więcej z tego okresu zdjęcia zalegają na twardym dysku zewnętrznym (1 terabajt), który ze względu na czarny kolor nazwałam niepoprawnie ortograficznie i politycznie, bo… „MÓŻYN”.

Co znalazłam? Swoje zdjęcia z Rzymu z pogrzebu Jana Pawła II. Oj dobrze pamiętam i to wzruszenie i ten powrót, kiedy zepsuł się autokar i z rozmodlonych ludzi wyszła cała prawda o ich pseudokatolickiej wierze. Kiedy w moją stronę leciały wyzwiska, bo jak z telewizji, to powinnam zrobić skandal, a nowy autokar ma się znaleźć natychmiast!  Gdy powiedziałam, że powinniśmy się cieszyć, że nie pada nam na głowę, jesteśmy na parkingu i przy restauracji, więc mamy co jeść –  zakrzyczano mnie.

Znalazłam tez zdjęcia ze zlotów grunwaldzkich mojego syna, który w swoim czasie był zuchem, a potem harcerzem. Matko! Jak ten czas szybko leci. Jutro idzie na studniówkę!

Znalazłam zdjęcia z prac przy reportażu „Pan Witek – Gość z Atlantydy” o Panu Witku Hultaju. To po emisji tego reportażu wpadłam na pomysł, by zaprosić Pana Witka na koncert do mnie do ogrodu w trakcie jednej z jednodniowych wystaw, które znajomi robili na mojej posesji. Potem poprosiłam pana Witka, by zaśpiewał kumplowi na urodzinach, w ramach prezentu oczywiście. Do dziś pamiętam miny gości, czyli snobistycznego towarzystwa pracujących w korporacjach krawaciarzy, gdy stanął między nimi obdarty, szczerbaty facet z rozstrojoną gitarą i zaśpiewał:
„Mój koń, mój koń, mój koń
nie mieści mi się w dłoń.
Mój koń, mój koń, mój koń
polubił cipci woń!”

Znalazłam też zdjęcia z wypadów do znajomych na działkę w Łosiu. Na zdjęciach m.in. mój pies… jeszcze młodziutki i bez siwego włosa. I ludzie, z którymi nie mam już kontaktu lub mam sporadyczny. I nasze dzieci  - takie małe i momentami śmieszne.

Znalazłam zdjęcia ze ślubów różnych osób. W tym ze ślubu, którego panna młoda potem wyszła za mąż jeszcze drugi raz. Szybko bowiem okazało się, że mąż jako jej mąż zrobił na boku dziecko komuś innemu. Z nią nie miał dzieci. Małżeństwo zostało unieważnione. Istnieje już tylko na fotografiach. Są tez zdjęcia z powtórnego ślubu powstańczej pary. Pierwszy ślub, jako młodzi ludzie zawierali przed ołtarzem polowym w obozie jenieckim poza granicami Polski. Ten drugi, będący odnowieniem przysięgi małżeńskiej zawierali w katedrze Polowej Wojska Polskiego po 60 latach. Dziś on jest już wdowcem. Zdążył tez pochować córkę.

Znalazłam zdjęcia z wyjazdu do Brukseli. Pojechałam tam w 2005 roku jako reporterka Victora Gimnazjalisty. Jeden z posłów do Europarlamentu zorganizował konkurs plastyczny o Unii Europejskiej, a jego laureaci w nagrodę pojechali zwiedzać parlament. Zwiedziłam i ja. A oprócz tego spróbowałam takiej ilości gatunków piwa i czekoladek, że miałam dość i jednego i drugiego na długie tygodnie. Pamiętam, że miałam wtedy dylemat. Chciałam kupić sobie portfel lub saszetkę. Taką z tapiseri z wyszytym obrazem Breughla. Ale chciałam też coś przywieźć dla kogoś. Musiałam wybrać. Albo dla kogoś albo dla siebie. Z pamiątki dla siebie zrezygnowałam. A ten ktoś, tego co dostał i tak nie docenił. I tak po latach dla mnie taki portfel lub saszetka pozostały w sferze tych drobnych, bo przecież tylko materialnych, marzeń. Na szczęście życie przede mną. Jeszcze kiedyś pojadę do Brukseli i wrócę z takim wyszywaną saszetką z obrazem Breughla.

Znalazłam zdjęcia z gali wręczania Srebrnych Jabłek w 2003, kiedy tytuł najlepszej pary zdobyli… Małgorzata Foremniak i Waldemar Dziki. Dziś od dawna nie są parą. Pamiętam, że na tej imprezie po raz pierwszy zobaczyłam przyprowadzoną zresztą przez rodziców młodziutką… Weronikę Rosati.

Znalazłam zdjęcia z wycieczek w Góry Stołowe, do Piotrkowa Trybunalskiego, Kazimierza nad Wisłą, a nawet z rejsu dezetą po Zalewie Zegrzyńskim. Zupełnie zapomniałam o tych wycieczkach. Cóż… w większości były w katalogach, do których nie zaglądam. Nie wszystko, co jest na dysku, chcę pamiętać na co dzień. Są wspomnienia, które w postaci pamiątek chowam po to, by były w zasięgu ręki, ale nie chcę, by towarzyszyły mi bez przerwy. Po co je trzymam? A diabli wiedzą, czy kiedyś do czegoś się nie przydadzą.

Czas nie stoi w miejscu. W moim prywatnym życiu w ciągu ostatnich 10 lat wiele się zmieniło. I pomyśleć, że wspomnienia mogą mieścić się w metalowym klocku, a odkopanie ich potrafi dostarczyć tylu wzruszeń i tylu refleksji. Przede wszystkim tej, że czas nie leczy ran, ale uczy z nimi żyć. Ale też i optymistycznej: po latach niektóre przeszłe tragedie czasem potrafią bardzo śmieszyć.

Niemniej jednak… dobrze, że sprzątanie jest już za mną. Mogę wrócić do pracy.

Marilyn mówi, że nie ma kryzysu

Po wczorajszej aukcji w salonie aukcyjnym DESA, fotografii Miltona H. Greena (z kolekcji, której właścicielem był ostatnio likwidator FOZZ), przedstawiających m.in. Marilyn Monroe, ośmielam się twierdzić, ze kryzysu finansowego w Polsce nie ma. Gdy przed dwudziestą opuszczałam salon (musiałam przecież napisać tekst, zmontować materiał i wyemitować go na antenie) nie znałam wyników aukcji. Jednak rozmowy z ludźmi, którzy byli przygotowani na zapłacenie dziesięciu tysięcy za zdjęcie gwiazdy kina, dały mi do myślenia. Nie jest źle. Skoro są tacy, których na to stać, to może znaczyć, że ględzenie o kryzysie być może jest mydleniem nam wszystkim oczu.

Zdjęć było dokładnie 237. Ceny wywoławcze od 500 złotych. Najdroższe, przedstawiające Marilyn Monroe w słynnej za małej sukni ślubnej poszło za 60 tysięcy złotych, a ponieważ akurat jego cena wywoławcza wynosiła dwa tysiące, więc wynika z tego, że osiągnęło 30-krotne przebicie. Wszystkie fotografie sprzedano za ponad 2 miliony 400 tysięcy złotych. I niech mi ktoś powie, że ludzie nie mają pieniędzy. Niektórzy mają! Naprawdę! W domu aukcyjnym tłok był taki, że zajęte były parter, antresola i piętro, że o schodach tylko wspomnę! Na antresoli oddychać się prawie nie dało, bo miłośnicy fotografii Miltona H. Greena przybyli do domu aukcyjnego naprawdę tłumnie. Udział w licytacji potwierdziło 500 osób! A wielu miało ze sobą osoby towarzyszące. Aukcja trwała ponad pięć godzin i zakończyła się późno. E-maila z informacjami podsumowującymi licytację dostałam przed drugą w nocy!

Proszę czytać ten tekst z przymrużeniem oka i w ewentualnych listach do mnie o kryzysie nie powoływać się na badania ekonomiczne itd. Marilyn chyba wie lepiej, prawda? W końcu złamała niejedno serce. Co tam więc portfel!

Czyja inwazja, czyli od Golgoty do Strasburga

Byłam wczoraj na promocji publikacji, której tytuł jest niezwykle wymowny. „Europa Krzyżem bogata. Od Golgoty do Strasburga”. W czasach, gdy niektórzy politycy apelują o usunięcie symbolu krzyża z miejsc publicznych, album wydawnictwa Biały Kruk pokazuje, jak bardzo krzyż jest wpisany w europejską kulturę. W kulturę kontynentu, który dąży do zjednoczenia pod sztandarem Unii. A nawet zgromadzenia pod tym sztandarem, jak największej liczby narodów europejskich. 
Album to nie tylko kilkaset fotografii autorstwa słynnego „fotografa papieskiego” Adama Bujaka, ale także wstęp księdza profesora Kardynała Stanisława Nagy, który napisał o potędze krzyża oraz krótki tekst Krzysztofa Czyżewskiego – krakowskiego historyka sztuki na temat przedstawień krzyża w sztuce. Tak się złożyło, że w czasie studiów z historii sztuki miałam roczne seminarium profesora Piotra Skubiszewskiego na temat „Ikonografii krzyża świętego”, dlatego wszystkie wiadomości podane w książce są mi znane, choć zdaję sobie sprawę, że absolutnie nieznane powszechnie. 
Krzyż jest znakiem niezwykłym. Przeciętny chrześcijanin nie ma świadomości drogi, jaką przeszedł krzyż, by stać się symbolem jednej z najważniejszych religii w dziejach świata. A przecież sam fakt, że przeszedł swoistą przemianę z symbolu hańby do symbolu zbawienia czyni krzyż niezwykłym. Śmierć, którą Chrystus poniósł na krzyżu była uważana za haniebną i poniżającą. Piłat, choć nie znalazł w Jezusie winy, umył ręce i wydał go na tę śmierć ku uciesze gawiedzi. Przez pierwsze lata wyznawcy słowa głoszonego przez Jezusa wstydzili się śmierci, jaką poniósł ich nauczyciel. W Biblii, gdy opisana jest droga do Emaus i rozmowa uczniów pada określenie, że w Jerozolimie stało się coś strasznego! Strasznego nie w znaczeniu śmierci nauczyciela, bo przecież na to ich przygotowywał. Straszny był dla nich rodzaj tej śmierci. Zmianę podejścia do rodzaju śmierci Jezusa i samego krzyża przynosi dopiero rok 313, kiedy cesarz Konstantyn Wielki edyktem mediolańskim zrównuje religię chrześcijańską z innymi. Dlaczego to robi? Rok wcześniej, bo 28 października 312 roku na Moście Mulwijskim pokonuje w walce o władzę swego brata Maksencjusza. Twierdzi, że w zwycięstwie pomógł mu znak krzyża, który umieścił na swoich sztandarach. Dzień przed bitwą cesarz miał sen. We śnie Anioł kazał mu taki znak umieścić na swoich sztandarach i powiedział „In hoc singo vinces”, co oznacza „Pod tym znakiem (lub w tym znaku) zwyciężysz”.  Gdy w 320 roku cesarzowa Helena (matka Konstantyna Wielkiego – późniejsza święta kościoła katolickiego), odkrywa w Jerozolimie szczątki krzyża – sam krzyż, jako symbol rozpoczyna swoją drogę do serc wszystkich chrześcijan. Staje się w ich świadomości symbolem wypełnienia proroctwa zbawienia i widomym znakiem wyznawanej religii. 
Na kilka dni przed śmiercią Papieża Polaka, Jana Pawła II ukazała się książka również Adama Bujaka, ale z przedmową księdza Kardynała Karola Wojtyły, którą napisał jeszcze w 1976 roku zanim został wyniesiony na tron Piotrowy. Książka nosiła tytuł: „Znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Oczywiście była o krzyżu. Papieskie słowa zostały napisane w czasach, gdy w Polsce istniał rozdział kościoła od państwa i gdy znane były przypadki różnego rodzaju prześladowań i szykan za przyznawania się do swojej religijności. Wtedy szalała też komunistyczna cenzura. Zwłaszcza, że doktryna Lenina głosiła, że religia jest opium dla mas. Jednak wtedy kościół cieszył się największym szacunkiem, a krzyż czcią. W osiemdziesiątych latach uczniowie jednej ze szkół w miejscowości Miętne pod Garwolinem walczyli o krzyże na ścianach. 
Paradoksalnie dziś, w czasach, gdy nie ma cenzury, gdy istnieje wolność słowa, a także wolność przekonania i religii na nowo rozgorzała walka o krzyże. Tym razem, by usunąć je z miejsc publicznych. Sprawa trafiła do Trybunału w Strasburgu. Publikacja Adama Bujaka poprzez niezwykle wymowne zdjęcia pokazuje, jak mocno krzyż tkwi w świadomości chrześcijańskiej Europy. Stąd zdjęcia kapliczek, kalwarii, ołtarzy itd. Na tym tle szczególne znaczenie ma przedstawienie męki pańskiej, której symbolem jest krzyż, wyrzeźbione jeszcze w XIII wieku w portalu katedry w Strasburgu. Mieście, w którym Trybunał dyskutował o krzyżu, jako symbolu do usunięcia, a które o ironio w przewodnikach dla turystów reklamuje się, jako miasto tysiąca kościołów. 
Książka jest zdecydowanym głosem w obronie krzyża w obliczu coraz bardziej agresywnych prób usuwania symbolu chrześcijańskiej wiary.  A poruszany w niej temat nabiera dodatkowego znaczenia teraz, gdy w okresie Wielkiego Postu kościół katolicki szczególnie adoruje krzyż.
Książka zawiera jednak też niestety i pewne merytoryczne błędy. O ironio popełnił je… kardynał! Pewnie nie wypadało tak ważnej osoby poprawiać, stąd błędów w albumie sporo. Pierwszy lepszy przykład to:  „W Anatolii, w dzisiejszej Turcji, ok. 570 r. przyszedł na świat w Mekce niepozorny człowiek – Mahomet (Mohammed), który później stał się twórcą swoistego trendu religijno-społecznego.” Myślałam, że śnię, a jednak! Zdaniem kardynała Mekka leży na terenie dzisiejszej Turcji… No niestety nie leży. Część Anatolii od 1926 roku jest w granicach Arabii Saudyjskiej i właśnie w tej części jest Mekka. Tych błędów w książce jest więcej, ale nie o to chodzi, by je Kardynałowi wytknąć, a raczej pokazać, że ważniejsze dla autora tekstu było przesłanie czym jest krzyż niż fakty historyczne lub geograficzne. Publikacja na pewno jest potrzebna, by przeciwnikom krzyża pokazać, jak silnie Europa (także, a może zwłaszcza ta zachodnia) jest wbrew pozorom zakorzeniona w tradycji chrześcijańskiej. Jest jednak jeszcze najważniejsze pytanie. Dlaczego ten krzyż znów stał się symbolem, z którym pewne środowiska walczą? 
W czasie promocji wstał nagle pewien pan i rozpoczął dyskusję o tym, że w Strasburgu jest inwazja, jak to określił „wiadomej religii”. Jakiś oburzony głos z sali powiedział, że ta religia ma swoją nazwę i że chodzi o islam. Pan na to, że tak, że o to mu chodziło. Wtedy Adam Bujak odpowiedział, że tak naprawdę prawdziwie religijni i światli ludzie szanują inne religie. On jechał przez Strasburg taksówką. Rozmawiał o tych krzyżach z taksówkarzem, który był za obroną ich, jako symbolu, a na końcu okazało się, że to Arab i muzułmanin. Na to wszystko wstał siedzący na sali dziennikarz z Syrii. Powiedział, że on też był wychowywany w szacunku do krzyża, jako symbolu innej religii. Coś tym jest. Mnie też wychowywano w szacunku do innych religii. Nie wyobrażam sobie, bym poszła np. mazać po ścianach synagogi lub obrzucać ją kamieniami. Bym bez należnego szacunku łaziła po kirkucie, czy weszła do meczetu, jak do obory. No i warto pamiętać, że to muzułmańska Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski, rozgrabionej przecież przez chrześcijańskich sąsiadów. Że to Sułtan turecki, co roku pytał o posła z Lechistanu. 
W XXI wieku to nie islam i jego wyznawcy walczą z krzyżem. Krzyż jest symbolem religijnym, a od dawna już walkę z religiami toczą ateiści, dla których fakt, że ktoś wierzy w Boga jest oznaką ciemnogrodu. Zastanawiające jest, że z taką samą determinacją nie podchodzą do wróżenia z kart, noszenia pierścienia atlantów, czy powszechnego na całym świecie handlu amuletami. A przecież logiczne jest, że tolerancja, na którą się zwykle powołują, a także dowodzenie, że trzeba ludziom pozwolić wybrać światopogląd  nakazywałyby postępować według prostej i logicznej zasady: jak komuś nie odpowiada krzyż, niech go nie wiesza, nie nosi na szyi, jako ozdoby i niech nie patrzy w jego kierunku. Ale niech nie każe innym go wyrzucać, bo to też pewnego rodzaju nietolerancja. Chrześcijaństwo ma za sobą lata, a nawet wieki haniebne, że tylko wspomnę wyprawy krzyżowe. Walka z krzyżem, jest jak odpłacanie „pięknym za nadobne”, ale nie przez tych, których chrześcijaństwo skrzywdziło. Gadanie o inwazji Islamu w Europie jest mocno przesadzone. Europa dąży nie ku islamizacji, ale zeświecczeniu. Plotki o tym, że za walkę z krzyżem odpowiada Islam roznoszą ci, dla których każda religia jest opium dla mas. Bo nie ma lepszego dowodu na potwierdzenie tych słów niż wywołanie religijnej wojny, a wywołać ją można bardzo prosto. Wystarczy napuścić jednych na drugich. 
I tak na koniec wrócę do krzyża. Dla niektórych jest symbolem religii. Dla mnie jest integralną częścią sztuki chrześcijańskiej i jeśli ktoś nie chce go szanować jako znaku czyjejś wiary, bo ma to w pogardzie, powinien go szanować, jako symbol pewnej kultury i przedmiot sztuki. Chodzi o to, by w świeckim pędzie do likwidacji krzyży nie dojść do absurdu i nie wyrzucić zabytków. A powszechnie wiadomo, że często coś staje się zabytkiem zupełnie nagle. Zwłaszcza, że czas płynie niepostrzeżenie… 

P.S. Kilka lat temu moja przyjaciółka została świadkiem Jehowy. Przyjaźnimy się nadal. Tematu wiary w ogóle nie poruszamy, bo po co się kłócić? Niech sobie obchodzi „Pamiątkę” i łazi po domach głosić. Przyznaję jednak, że szkoda, że nigdy nie chce przyjść na imieniny.

Matka Courage ze Smoleńska

Gdy w ubiegłym roku na bieżąco relacjonowałam dla „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego” co dzieje się w stolicy po smoleńskiej katastrofie wydawało mi się, że na moich oczach dzieje się historia. To wszystko jest bardzo ważne i trzeba tam być. Po roku wojny polsko-polskiej mam dosyć Smoleńska, pałacu Prezydenckiego, polityków i tak dalej. Obiecywałam sobie, że słowa na ten temat już nie napiszę, ale… czasem w życiu dziennikarza dochodzi do takiego absurdu, że musi załamać dane sobie słowo. Wczoraj ten absurd się zdarzył. Walnął mnie w głowę niczym bejsbolowy kij.

Pojechałam z kamerą na odsłonięcia kilku tablic poświęconych ofiarom katastrofy. Najpierw do szpitala na Szaserów gdzie odsłaniano kamień z tablicą upamiętniającą doktora Wojciecha Lubińskiego, pulmonologa, prezydenckiego lekarza. Sadzono dąb, odsłaniano też tablicę w sali konferencyjnej, której od teraz doktor będzie patronował. Potem była uroczystość w Muzeum Powstania Warszawskiego i odsłonięcie tablicy poświęconej prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który sprawę Muzeum doprowadził do końca. Wreszcie msza święta i kamień z tablicą poświęconą generałowi Tadeuszowi Bukowi na terenie jednostki wojsk lądowych stacjonujących w Cytadeli.

Biegając „między” tablicami odebrałam kilka telefonów od rzecznika pewnej dzielnicy, że u nich przed urzędem jest specjalna wystawa poświęcona katastrofie smoleńskiej. Wystawa na pewno współgra z tablicami, jest bardzo ważna, a autorką jest wdowa po pewnym piosenkarzu, modelka, ale parająca się też fotografią („nie wiem, czy pani wie, pani redaktor, że ona jest również fotografem”). I tak około 14-tej wylądowałam przed tymże urzędem z kamerą. To co zobaczyłam odebrało mi mowę. Było to kilkanaście fotografii wywieszonych na różnych posesjach flag narodowych z przyczepionym kirem. Zdjęcia artystka zrobiła rok temu. Artystycznie to żadne, mało odkrywcze i nie uratuje tego nawet tekst autorki, która odkryła setny raz Amerykę, że w okresie żałoby ludzie spontanicznie wieszają jako kir taki czarny materiał jaki mają w domu. Kto za upublicznienie tego „odkrycia” zapłacił? Urząd znalazł podobno sponsora. Szkoda, że nie znalazł go na inne inwestycje, które przydałyby się w dzielnicy. Czy taką wystawę zorganizowano by każdemu? Szczerze wątpię. Do tego trzeba być wdową po znanym muzyku. Wdową, która – jak dowiedziałam się z dobrze poinformowanych źródeł w ratuszu dzielnicy – weszła w sieć układów z burmistrzami, więc jako elita intelektualna dzielnicy co jakiś czas będzie zadziwiać nas swoimi odkryciami. A teraz wraz z dzielnicą „zarabia” (nie ważne czy pieniądze czy splendor) … niemal jak matka Courage na wojnie. A dzielnica wmawia nam wszystkim, że szary mieszkaniec coś z tego ma. Pytanie tylko co?

Podzwonne krymskiej podróży, czyli zapraszam do galerii

Od kilku dni teoretycznie odpoczywam. Piszę ‚teoretycznie’, bo porządkuję zdjęcia i przygotowuję artykuły do gazet.  To też czasochłonne. O ile na artykuły trzeba będzie jeszcze poczekać, o tyle na zdjęcia nie.  Zapraszam do onetowskiej galerii. Fotografie są dostępne pod adresem: 
http://foto.onet.pl/2olb8,ok40l4x0wkk0
(wystarczy wcisnąć play).

Dziś uczciwych klientów już nie ma?

Stare powiedzenie mówi, że okazja czyni złodzieja. Coś w tym jest. Jakiś tydzień temu pękła mi szybka ochraniająca okienko LCD w aparacie fotograficznym. Włożyłam na chwilę aparat do torby nie fotograficznej, a do „damskiego wora” i klucze od mieszkania zrobiły swoje. Ich pęk uderzył w szybkę, więc trzasnęła. Szybkę zdjął mi kolega z pracy, ale… nie chciałam bez niej używać aparatu, by LCD nie zarysować. Dlatego na allegro kupiłam nową szybkę. Patrzyłam przy tym, by sprzedawca był w Warszawie i na tyle blisko, bym mogła zakup odebrać osobiście. Ujrzawszy, że sklep jest na Pradze, a więc niedaleko mnie, zapłaciłam za szybkę płatnościami allegro. Pomyślałam, że wtedy będzie mógł odebrać mój syn i nie będzie kłopotów. Zapłaciłam oczywiście za samą szybkę bez ceny przesyłki. Przecież odebrane będzie osobiście.
Po szybkę pojechałam jednak ja (Maćkowi zapomniałam dać dane transakcji) i dopiero następnego dnia, bo coś tam w redakcji się przedłużyło. W sklepie niezbyt miły pan powiedział mi, że gdy odbiera się osobiście, to się płaci na miejscu. Ja mu na to odparłam, że czytałam szczegółowo warunki udziału w aukcji, ale coś takiego nie było tam napisane. Pan na to, że gdyby wszystko pisali, to już w ogóle warunków nikt by nie czytał. A potem dodał, że nie ma dowodu na to, że zapłaciłam. Ja mu na to, że dowodem jest mail, którego wydruk mu pokazuję, a którego treść brzmi: „sprzedający przyjął twoją wpłatę”. Ale jeśli chce, mogę mu zapłacić jeszcze raz, a on jak sobie w swoim burdelu posprawdza, odeśle mi na konto te niecałe 24 złote. Pan jednak nie chciał, bo jakoś w tym burdelu znalazł jednak dowód, że zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu z szybką, którą po dojechaniu do domu nakleiłam na LCD. Następnego dnia wróciłam z redakcji do domu, a tu… w skrzynce… szybka! A przecież szybkę już mam. Ręce mi opadły. Dzwonię do sklepu i mówię, że kupiłam, odebrałam osobiście a oni mi przysłali. Mówię, że mają burdel i moja propozycja jest taka, że ja im zapłacę drugi raz, bo na to, by odwieźć im szybkę to ja już czasu nie mam. Pan, z którym rozmawiałam przez telefon ewidentnie nie wiedział o co mi chodzi. Musiałam powtarzać trzy razy, bo cały czas mówił, że musi sprawdzić, czy w magazynie mają taką szybkę. W każdym razie zrobiłam tak, jak proponowałam. Po zalogowaniu się w systemie swoim nickiem znów dokonałam płatności allegro. Tym razem jednak dorzuciłam za przesyłkę. W końcu ziarno do ziarnka, a ludzie z torbami pójdą. Choć… za to, że mają burdel powinna ich spotkać kara. Nie ja jednak będę ją wymierzać. Wpłaciłam 33 złote (tyle wynosiła szybka plus koszty przesyłki) i wysłałam maila opisując sytuację. A tu przychodzi odpowiedź, że towar wyślą poczta. Opadły mi nie tylko ręce, ale i piersi, powieki itd. Odpisałam więc: „Czy państwo czytają, co ja do was piszę? Towar już mam i to sztuk dwie, choć chciałam jeden. Ludzie! Macie burdel! Już nic mi nie ślijcie. Zaksięgujcie kasę i zróbcie remanent.” Na to przychodzi odpowiedź: „Dane do przelewu ” i… tu numer konta. (Sic!) Ja znów odpisuję tym razem tak zwanymi „wołami”: „LUDZIE! CZYTAJCIE ZE ZROZUMIENIEM! Pieniądze wpłaciłam płatnościami allegro. List do Państwa wysłałam po otrzymaniu informacji, że sprzedający przyjął moją wpłatę. Pierwszy raz wpłaciłam płatnościami allegro. Drugi raz też.” I na to przyszła odpowiedź: „Dziękujemy bardzo, tak uczciwych osób jest niestety coraz mniej….”
A ja tak sobie myślę, że niektórzy to aż się proszą, by ich okraść. Sama się zastanawiam, czy gdyby po raz kolejny przysłali mi szybkę, to by mi się chciało po raz kolejny słać im pieniądze, dzwonić i wymieniać korespondencje. Okazja czyni złodzieja. Zwłaszcza, gdy ofiara jest po prostu głupia i ma burdel.
PS. Nie wiem co zrobić z drugą szybką. Przecież nie będę czekać aż ta naklejona znów mi pęknie.

Najważniejszy jest kadr

Wielokrotnie pisałam, że uwielbiam fotografować. Ale nie tylko. Uwielbiam też oglądać zdjęcia. Nie mam tak, że lubię oglądać tylko te, na których ja jestem. Byłoby to zresztą w moim przypadku trudne. Bo nawet, jak czasem robię sobie zdjęcia to jest to rzadko. (Teraz mam pilota do aparatu, więc mogę ciągle siebie fotografować. Tylko czasu mi szkoda.).
Aparatów w swoim życiu miałam wiele. Teraz fotografuję dwoma. Nikonem d40x – lustrzanką cyfrową i Canonem RebelG – lustrzanką analogową, do której wróciłam, gdy przestała parzyć w ręce. (Canon był prezentem. Ofiarodawca mnie zbrzydził, więc miałam długi czas problem z używaniem prezentu.) W każdym razie, gdy jeżdżę na spotkania autorskie biorę ze sobą aparat i proszę kogoś z obecnych, by zrobił kilka zdjęć na pamiątkę. Niestety przeważnie efekt jest tragiczny. Ludzie nie potrafią robić zdjęć. Szczytem osiągnięć sztuki fotograficznej było w moim pojęciu zrobienie mi zdjęcia, które prezentuję poniżej. Jeśli ktoś nie wie, co ono przedstawia to podpowiadam. To jestem ja na spotkaniu autorskim.

Nie. To nie jest tak, że ja wręczam skomplikowany aparat. Wręczam lustrzankę ustawioną na automat i mówię gdzie przycisnąć. Podpowiadam też, że można ustawić kadr ruszając pokrętłem na obiektywie trzeba tylko spojrzeć w wizjer. Nie jest też tak, że wręczam aparat na siłę. Pytam się, kto chce robić zdjęcia.
Dlaczego ludzie nie potrafią robić zdjęć? Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie. Myślę, że coś jest nie tak z nauką plastyki w szkołach. Chyba nie uczy się dzieci kompozycji i nie tłumaczy jakie to jest ważne. Gdy wracam ze spotkań autorskich zdjęcia, które oglądam w swoim aparacie, najczęściej wołają o pomstę do nieba. Mój nauczyciel od fotografii w Instytucie Historii Sztuki opowiadał dlaczego tak się dzieje. Ludzie robią największy błąd przy fotografowaniu, bo w większości przypadków pstrykają bezmyślnie i potem patrzą, co im z tego pstrykania wyszło. Tymczasem to im wyszło, co zrobili.
Dlaczego raptem o tym piszę? Wczoraj miałam spotkanie autorskie w Nadarzynie. Jak zwykle wzięłam aparat, jak zwykle komuś wręczyłam. Tym razem mojej koleżance po piórze – Dorocie, która spotkanie zorganizowała. Dorota jest nie tylko pisarką, ale i malarką. Biorąc aparat zastrzegała się, że nie umie robić zdjęć. A jednak! Te, które zrobiła, były świetne. Dlaczego? Bo najważniejszy jest kadr. A kadr to przecież nic innego kompozycja zdjęcia. Plastyk zawsze umie zakomponować obraz. Umie, więc i zakomponować zdjęcie. Bo fotografia to owszem, różne parametry, czułości filmu, przesłony, czasy naświetlania, ale… Przede wszystkim kadr. Ustawienie parametrów na nic się nie zda, gdy to, co sfotografujemy nie jest tym, co chcieliśmy na zdjęciu zobaczyć. I wbrew pozorom nie jest się trudno tego nauczyć. Mój syn też robi świetne zdjęcia. Wprawdzie zanim się tego nauczył musiał wysłuchać z moich ust stu kazań, ale sądząc po tym, co widzę w jego aparacie, warto było mu truć nad głową. Szkoda, że autorce tego (prezentowanego powyżej) cudownego „mojego zdjęcia ze spotkania autorskiego” nikt tak nie truł nad głową. Ale… co się uśmiałam – to moje.

W ostatniej chwili, czyli od czego płaci się cło cd.

Renomowana firma nie odesłała mi jednak obiektywu w dniu, w którym zapowiadała. Na swoje „rybie oko” musiałam poczekać jeszcze 48 godzin. Powód? Kurierowi zepsuł się samochód. Interweniowałam znów kilka razy. Gdy paczka wreszcie przyszła chciałam na własne oczy przekonać się co to jest „5YR Accesories to $750 repairtech” o które była taka afera. Która to część z zestawu repairtech ma taki symbol. I… padłam trupem. Skrupulatni amerykanie na fakturze wypisali wszystkie przedmioty, które włożyli do paczki, łącznie z pewną małą i zapakowaną w kopertę karteczką. Z karteczki wynikało, że do zestawu oprócz szmatki, gruszki, pędzelka, płynów czyszczących itd. dołożono jeszcze 5 letnią gwarancję na naprawę sprzętu. Chodzi o sprzęt o wartości do… 750$. Oczywiście gwarancję mam jeśli… zarejestruję sprzęt w systemie w ciągu 10 dni od wystawienia faktury. Gdy paczka wreszcie do mnie dotarła, właśnie mijał dziesiąty dzień. Zdążyłam więc w ostatniej chwili zarejestrować obiektyw. I pomyśleć, że gdyby nie moja determinacja to zapłaciłabym cło od… bezwartościowej karteczki, a pięcioletnia gwarancja, by mi przepadła. Przeprosiny od sprzedawcy przyszły dopiero wczoraj. (Po piśmie, że nie odpowiadają za to co chcą clić służby w Polsce poprosiłam, by przysłali wyjaśnienie co to jest $750, bo grozi mi podwójne cło). Napisali list, który dotarł już po wszystkim: Przeczytałam go już tylko ja ściskając w dłoni obiektyw. ”Nikon camera kit that includes a 5 yr warranty that COVERS damages to that camera in the amount of $750.00 This is not the amount that he has paid for this item, it is the amount that it covers.”
No i tak na pocieszenie (dla mnie). Co może rybie oko? Zrobić zdjęcie z odległości nawet 14 cm. 

Jakaś część jakiegoś silnika samolotowego. Tak chciałam zobaczyć co wyjdzie, a nie miałam czasu szukać innych obiektów, bo pracowałam. Byłam na zdjęciach na Wojskowej Akademii Technicznej. Technika też fajnie wychodzi na zdjęciu.

 

Od czego płaci się cło?

Pytanie tylko z pozoru retoryczne. Od wartości przedmiotu, który podlega ocleniu. W Polsce niestety nie tylko. Może się okazać bowiem, że ktoś zażąda zapłacenia cła również od… wszystkich możliwych cyferek z faktury. Przyjaciółka z pracy powiedziała mi, że za mną powinien chodzić biograf, by spisywać wszystkie zdarzenia z mojego życia, bo to, co mi się przytrafia jest nie do uwierzenia. Ostatnie zdarzenie to… cło od kupionego przez internet obiektywu, ale nie tylko od niego. Obiektyw kupiłam przez Amazon.com. Szok przeżyłam pierwszego dnia po przybyciu przesyłki do Polski. Szok taki, że właściwie nie odchodziłam od telefonu i komputera. Dlaczego?

Wszystko wyjaśni moje pierwsze zażalenie napisane do szefowej agencji celnej jednej z renomowanych międzynarodowych firm kurierskich.
„Szanowna Pani,
Z zawodu jestem pisarką i dziennikarką prasowa i telewizyjną. Dla potrzeb swojej pracy kilka dni temu popełniłam błąd życia i zamiast  poprosić znajomych o przywiezienie, uczciwie kupiłam obiektyw do nikona  za pośrednictwem Amazon.com. Nie myślałam, że będę świadkiem takiego  absurdu. Niestety skutki mojej decyzji już teraz owocują ciężką nerwicą. Otóż obiektyw to nie sam obiektyw, ale na moje nieszczęście zestaw. W  jego skład wchodzą pędzelki, gruszka, szmatka do obiektywu itd. Całość  tej reszty w Polsce kosztuje średnio 14 złotych z groszami – sam obiektyw 2  tysiące złotych. Rzeczy wyszczególnione są na fakturze, która opiewa na kwotę 629,95 dolarów za całość. Przy wszystkich pozycjach są kwoty zero, gdyż zgodnie z fakturą płacę za zestaw. A zestaw zawiera… i tu następuje wyszczególnienie towarów. Kwota jest jedynie przy pozycji zestaw – reszta to dokładny opis zawartości zestawu z symbolami fabrycznymi, które stanowi ciąg znaków i numerków. Każda z pozycji w zestawie ma wpisaną wartość 0 – nawet obiektyw, bo płacę za zestaw! Dziś rano zadzwoniła do mnie pani S. Z rozmowy z nią dowiedziałam się, że jej przełożona pani T. dopatrzyła się w fakturze jeszcze jednej kwoty. Jest to 750 dolarów. Moje tłumaczenia, że jest to symbol czegoś do czyszczenia obiektywu nic nie dały. Pani T. uparła się, że mam zapłacić cło i VAT nie tylko od kwoty 629,95, ale również od 750, choć jest to jakiś numer!!! Coś, jak gdyby każdy użytkownik telefonu nokia 6210 miał płacić podatek od kwoty 6210 złotych lub, co gorsza dolarów!!!! Napisałam pismo do amerykańskiego sklepu w USA z prośbą o wyjaśnienie, ale boję się, że pomyślą, że sobie z nich kpię!!!! Kuzynka, która ma agencję celną w Trójmieście i której wysłałam faxem te nieszczęsną fakturę, nie chciała mi wierzyć, że ktoś może wziąć numery z kolumny „description” i wmawiać, że to jest kwota! Jestem dodatkowo przerażona, bo ściereczka z mikrofibry – koszt ok. 3-5 złotych w Polsce ma symbol 81005. Nie chciałabym, by pani T. kazała zapłacić cło od 81 tysięcy dolarów za ściereczkę wartą 3 złote, a po rannej rozmowie tego się spodziewam. Proszę o pilną pomoc!”
Odpowiedź nie nadeszła. Agencja celna żądała natomiast, by firma, od której kupiłam obiektyw wystawiła nowa fakturę lub wysłała wyjaśnienie, że to, co oni odbierają jako cenę – jest jedynie symbolem.
Pismo skleciłam w ciągu kilku minut i pchnęłam mailem do sklepu w USA. Odpowiedź przyszła błyskawicznie, że rozpatrzą w ciągu trzech dni. Ponieważ na jednym z wcześniejszych pism z agencji celnej owej renomowanej firmy przewozowej była informacja, że im dłużej towar będzie u nich leżeć, tym więcej zapłacę wpadłam w panikę. Nie dość, że grozi mi cło nie tylko od ceny obiektywu, ale od jakichś zasranych 750 wirtualnych $ to jeszcze mam płacić składowe? Za namową koleżeństwa z redakcji (które po obejrzeniu faktury i wysłuchaniu mojej opowieści pukało się w czoło i mówiło o tym, że to mogło spotkać tylko mnie i konieczne jest, bym spisała swoje wspomnienia) zadzwoniłam po pomoc do rzecznika urzędu celnego w Polsce. Wysłałam mu pełną dokumentację. Pan aż przysiadł. Posprawdzał wszystko i oddzwonił po godzinie mówiąc, że najwyraźniej agencja celna przy firmie transportowej boi się wszystkiego i jest bardziej święta od papieża, bo urząd celny na pewno nie zażąda cła od tych liczb, jak to sugeruje owa agencja. Poradził, bym napisała do agencji wyjaśnienie, czym są te liczby, a na pocieszenie opowiedział anegdotę jak to na cle zatrzymano kielich z kości słoniowej, bo kości słoniowej przewozić nie wolno. Wszystko byłoby ok., gdyby nie fakt, że kielich był z metalu, ale ponieważ słano go z… Wybrzeża Kości Słoniowej, więc…zatrzymano. W końcu kość to przecież kość.
Zgodnie z zaleceniem rzecznika urzędu celnego wysłałam wyjaśnienie:
„Niniejszym oświadczam, że pozycja na fakturze wystawionej przez CE Photo and digital o numerze RPT41950075 opisana, jako „5YR Accesories to $750 repairtech” to cześć składowa zestawu czyszczącego dołączonego gratisowo przez producenta do kupionego przeze mnie obiektywu szerokokątnego nikon – tzw. „rybie oko” stanowiąca z nim całość. U producentów wielu przedmiotów jest to standard. Nawet niektóre firmy obuwnicze (zwłaszcza te ekskluzywne) dołączają do pary butów pastę. Sam czyszczący zestaw w Polsce osobno bez aparatu można kupić za kwotę od 3 do 30 złotych. „$ 750” wpisane jest w pozycje description, czyli opis i jest symbolem technicznym części, określonej zresztą, jako „repairtech”, czyli zestaw do likwidowania zadrapań na soczewce – z reguły dorzucane za darmo do zakupów w sklepach foto na tej samej zasadzie, na jakiej w ekskluzywnych perfumeriach dorzuca się próbki kremów czy perfum. Napisałam pismo do firmy Ce Photo and digital z prośbą o wyjaśnienie i przedstawiłam Państwa wątpliwości, co do faktu istnienia w wymienionej przeze mnie pozycji symbolu „$” I sugerowanie mi, że musze zapłacić cło również od sumy 750 będącej symbolem technicznym tylko dlatego, ze poprzedzona jest symbolem $. Firma nie odpowiedziała, choć mój list do niej dotarł, bo otrzymałam potwierdzenie i odpowiedź z autorespondera, że odezwą się. Obawiam się, że milczą, bo mimo mojego zaznaczenia, że prośba nie jest żartem – zostało to potraktowane jako dowcip. Proszę o szybkie oclenie przesyłki i oddanie towaru, za który już zapłaciłam.”
Agencja celna się nie odezwała. Otrzymałam zaś pismo od firmy, od której kupiłam obiektyw. Z pisma wynikało, że mają mnie gdzieś, bo g. ich obchodzi, od czego w Polsce płaci się cło. Oni wystawili fakturę i nie mają sobie nic do zarzucenia. (Ja im też nie.)
Wpadłam w kolejną panikę. Złapałam za telefon i rozpoczęłam dzwonienie do firmy i jej agencji celnej… Ufff! Okazało się, że obiektyw otrzymam dziś wieczorem. Podano mi nawet wysokość cła. To 600 złotych. I podobno nie jest to cło od symbolu.
Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że obiektyw miesiącami kosztował grubo ponad 2 tysiące nawet na internetowych aukcjach. Już po zakupieniu z tymi wszystkimi przygodami znalazłam go na allegro za 1300. Pomyłka w cenie? Kradziony? Czy świat oszalał? Pewnie nie świat, ale ja. Na szczęście po raz ostatni. Już więcej nic nie kupię za granicą, co podlega ocleniu. Never!

Ps. Biografa nie potrzebuję. Do opisywania absurdów mojego życia i tego świata wystarczy mi blog.