Archiwa tagu: historia

W rocznicę wolności i rocznicę śmierci…

Niedawno minęło 25 lat od pierwszych wolnych wyborów. Świętowano to, jako dzień wolności. Dziś z kolei mija piętnaście lat od chwili, kiedy zmarł mój Tata. Myślę, że to dobry moment, by napisać o jednym z największych absurdów, jakie mnie ostatnio spotkały. O absurdzie, który zwie się »kontrowersyjne opowiadanie«. Szczegóły? Proszę bardzo. Dwa lata temu zwrócono się do mnie z następującą prośbą:

„Zapewne dostaje Pani setki takich maili z prośbą, po prośbie, mój będzie zapewne podobny do tych setek innych, jednak ośmielam się spróbować, bo jestem zdania, że trzeba spełniać marzenia choćby nie wiem, co, a nie siedzieć na tyłku z założonymi rękami;-) Jestem autorką dwóch książek (…) Zamierzam obecnie wydać trzecią książkę pod roboczym tytułem: „Każdego dnia smakuję życie na nowo” Część zysków ze sprzedaży z książki będzie przekazana na Fundację … (…). Zgodnie z ideą, na książkę będzie się składać zbiór krótkich form literackich (opowiadanie, esej, reportaż, wspomnienie) autorstwa różnych osób (w tym znanych i publicznych). Punktem wyjścia do powstania wszystkich tekstów jest początkowe zdanie każdego z nich w brzmieniu: „Każdego dnia smakuję życie od nowa”. Stylistyka i charakter utworów zależą wyłącznie od decyzji ich Autorów. Wyobrażamy sobie, że teksty mogą powstawać zarówno w konwencji poważnej, jak i żartobliwej, anegdotycznej, jak i filozoficznej, fikcyjnej, jak i biograficznej itd. Opowiadanie zawierałoby od 5-30 stron. Dlaczego Pani? Podziwiam Panią za odwagę bycia stuprocentową kobietą, za działalność, jaką Pani prowadzi, za realizacje marzeń. Chciałabym, aby ta książka dawała nadzieję, umacniała ludzi, sprawiała, że będzie chciało im się żyć. Tak często narzekamy na życie, że nie takie, że chciałoby się żeby było inne, lepsze, smaczniejsze, zabawniejsze, a przecież to od nas zależy, jakie ono będzie. Trzeba walczyć o każdy dzień i wyciskać z życia ile tylko wlezie, dla siebie, bliskich, znajomych i nieznajomych. (…) Gdyby Pani wyraziła chęć na napisanie jakiegoś krótkiego opowiadania/historii byłabym Pani ogromnie wdzięczna. Jeśli nie, zrozumiem. Ma Pani zapewne mnóstwo projektów.

Oczywiście zgodziłam się natychmiast. Trochę długo myślałam, o czym napisać. Co to jest w moim życiu to coś, co dzieje się we mnie każdego dnia i sprawia, że smakuję życie na nowo? Pomysłów miałam tysiące, ale szybko doszłam do wniosku, że jednak cały czas w moim życiu najważniejszy jest mój Ojciec. To że był i to, że go już nie ma. Strasznie mi go brak. Napisałam więc coś w rodzaju mojej z nim rozmowy. Rozmowy, którą autentycznie każdego dnia z nim prowadzę. Dziękując, że kiedyś go miałam. I płacząc, że już go nie mam. Zastanawiając się przy tym, co by powiedział na taki lub inny temat. Tekst został zaakceptowany. Potem dostałam wiadomość, że nie ma wydawcy. Potem, że wydawca już jest. Zwróciłam wtedy uwagę, że w moim tekście wiele rzeczy się zdezaktualizowało, że może za bardzo było to „bieżące”. Odpowiedziano mi, że nie szkodzi. Potem dostałam do podpisania umowę od nowego wydawcy. Oczywiście ze zrzeczeniem się honorarium, by wszelkie dochody z tego tytułu można było przekazać na szczytny cel. Potem nastała cisza. A potem… na kilka dni przed moim wyjazdem do Wilna, przyszedł list następującej treści:
„Witam serdecznie Pani Małgosiu, Ja w sprawie Pani opowiadania do antologii (…) Otóż mnie ono osobiście bardzo się podobało, jednak Wydawca oznajmił mi, że niestety nie umieści go zbiorze, bo jest za bardzo kontrowersyjne. Otóż jest tam dużo polityki, poruszona kwestia papieża Benedykta. Pani Małgosiu naprawdę żałuję i przepraszam, że zawracałam Pani głowę, a tu takie kwiatki wyszły.”
Uśmiałam się serdecznie. Naprawdę! Toż to czysty absurd. Czy moja rozmowa z Ojcem jest kontrowersyjna i co z tym papieżem Benedyktem – niech ocenią czytelnicy. Jednego jestem pewna. Ciężko być w dzisiejszych czasach człowiekiem, który kocha Ojczyznę za to, że jest, a nie kształt w jakim chciałby ją widzieć. Który kocha jej ideę, abstrakcyjny jej byt, a nie konkretne poglądy polityczne władzy lub opozycji. Ciężko jest być człowiekiem, którego drażni z jednej strony klerykalizm niektórych ugrupowań, a z drugiej drażni u drugich antyklerykalizm, w postaci okropnej czasem i bezpardonowej walki z kościołem. Ciężko być kimś, kto nie jest ani z prawicy ani z lewicy. Ciężko być kimś, kto stara się patrzeć na wszystko z różnych stron, aspektów, punktów widzenia itd. Ciężko jest takiemu poruszać się w świecie, w którym koniecznie trzeba być po stronie jakiejś politycznej opcji, z których każda krzyczy: „kto nie jest z nami jest przeciw nam”. Bo wychodzi, że jest się, jak własnie w tej starej piosence: „kto sam ten nasz najgorszy wróg”, a ja, dokładnie jak ten śpiewak, z tej piosenki – jestem sama. Poniżej mój »kontrowersyjny tekst«. Każdego czytelnika, który uzna, że jednak jest wart, by wesprzeć jego lekturą, jakąkolwiek działalność charytatywną, proszę o wpłacenie równowartości 5 złotych na dowolnie wybrany cel. Będzie mi bardzo miło. Tym milej, jak w liście da mi znać, na co zdecydował się przekazać swojego piątaka. A i mojemu Ojcu, który patrzy na nas z góry, a po którym został mi sekretarzyk pokwitowań wpłat na budowę Centrum Zdrowia Dziecka, Centrum Matki Polki oraz licznych odbudów m.in. Zamku Królewskiego w Warszawie, też będzie miło. Ojciec 15 lat temu zasilił niebieską redakcję polskich dziennikarzy. A ja naprawdę każdego dnia z nim rozmawiam. I każdego dnia dziękuję, że był taki, jaki był. I każdego dnia smakuję życie na nowo, bo on mnie tego nauczył. I naprawdę zastanawiam się, co by powiedział patrząc na to, jakie mamy czasy i jak zareagowałby na decyzję wydawnictwa o moim opowiadaniu. Z tego co go znałam, to śmiechem!

zasiwadczenie honorariacegielka2

cegielka1

Tyle się zmieniło…

Każdego dnia smakuję życie od nowa, bo każdego dnia myślę, że to cudowne, że byłeś i strasznie smutne, że już nigdy Ciebie nie zobaczę. Jedno jest dobre – nadal możemy rozmawiać, bo przecież teraz wiesz wszystko, widzisz wszystko i zawsze jesteś przy mnie. Kiedy w końcu ubiegłego wieku odszedłeś do tak zwanej „niebieskiej redakcji”, w której pracują ponoć najlepsi dziennikarze, jedna z gazet opublikowała moje wspomnienie o Tobie. Napisałam wówczas, że „Większość ludzi chciałaby widzieć uczucia córka-ojciec w formie taniego melodramatu dla kucharek. Nic z tego. Między nami było inaczej. Bardziej po kumplowsku. I to od kiedy sięgam pamięcią, czyli dla mnie od zawsze.” A że życie to śmiech i płacz na przemian, więc sporo w naszych relacjach było momentów i smutnych, i wesołych.

Zawsze dużo rozmawialiśmy, choć był czas, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie, na szczęście krótki. Jednak teraz rozmawiamy codziennie. Mówię głównie ja i staram się wsłuchać w siebie, by dowiedzieć się, co Ty byś mi na to powiedział. Wiem dobrze, co byś pochwalił i co zganił, ale pytam. Jakbym liczyła na to, że naprawdę odpowiesz, a ja naprawdę usłyszę Twój głos. Dziś chcę Ci powiedzieć, co przez te prawie czternaście lat się zmieniło. Zarówno w moim życiu, jak i na Saskiej Kępie, w Warszawie czy wreszcie w Polsce i na Świecie. Chyba zacznę od końca… od Polski i Świata

Zawsze interesowałeś się życiem politycznym i pamiętam, jak uczyłeś mnie, że Polska jest jedna. Zdziwiłbyś się Tato, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy w podsmoleńskim lesie rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, mamy dwie Polski. Tak… w międzyczasie prezydentem został jeden z bliźniaków, którzy w Polskim ZOO występowali jako chomiki. Ciekawe, jak byś go oceniał. Miałeś z jednej strony sądy wyważone, z drugiej ostre. Pewnie miotałyby Tobą mieszane uczucia, bo to był facet, który co jakiś czas – jako prezydent – przynosił nam wstyd. Na przykład do emeryta powiedział „spieprzaj dziadu”, w czasie jakiegoś piłkarskiego meczu reprezentacji Polski szalik kibica trzymał do góry nogami, miał też wpadki, np. z „Irasiadem” i „Borubarem”. Szczegółów Ci oszczędzę, bo to głupie. Na dodatek prezydent często podpadał dziennikarzom, ale… dał Polsce i Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, o które tak walczyłeś i na które jeszcze w 1994 roku wraz z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy rozpocząłeś zbieranie pamiątek. Pewnie byłoby Ci trochę przykro, że w tym muzeum, które rocznie odwiedzają setki tysięcy zwiedzających, nie ma śladu po Tobie i Twoich walkach o jego powstanie, a dyrekcja mimo wielu zaproszeń nigdy nie zechciała mnie odwiedzić, by skorzystać z tego, co przez lata zgromadziłeś. Pewnie byłoby Ci przykro, że książka, którą kiedyś napisałeś do spółki z Hanną Kuczmierowską, „O broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim”, nadal nie została wydana. Niestety Tato. Ja nie mam pieniędzy, a wydawnictwa, którym proponowałam druk, przede wszystkim tego ode mnie zażądały. Przemiany ustrojowe sprawiły, że dziś w Polsce liczy się tylko kasa. Nad Twoimi wieloletnimi badaniami nikt nie chce się pochylić. Pewnie byłoby Ci przykro, ale… jak Ciebie znam, umiałbyś to sobie jakoś pozytywnie wytłumaczyć.

A teraz wrócę do tej podzielonej Polski. Mamy więc „Polskę Smoleńską”, czyli zdaniem jej wyznawców prawdziwą i drugą, przez tych od smoleńskiej nazywaną „Polską Pancernej Brzozy”. Bo to jest tak, że jedni twierdzą, że był zamach, bo zderzenie z brzozą nie mogło spowodować takiej katastrofy, a drudzy twierdzą, że to był splot nieszczęśliwych wypadków: mgła, nieporozumienia na linii wieża-pokład Tupolewa i brzoza… Którą Polskę byś wybrał Tato? Ty, który twierdziłeś, że jest tylko jedna? Który twierdziłeś, że żołnierz szedł nie do AK, AL, BCH itd., ale do polskiego wojska i nie pytał o jaką Polskę będzie się bił?

Czy wiesz, co mieliśmy za wydarzenia w tej Polsce, zanim się podzieliła? Można by pisać bez końca! Ale wiem, że coś powinnam wybrać, bo inaczej tej opowieści nigdy nie skończę. Ponieważ pracowałeś w Telewizji Polskiej, więc opowiem Ci o tym, jak dekadę temu pewien producent filmowy, Lew Rywin, przyszedł do Adama Michnika i powiedział, że reprezentuje grupę trzymającą władzę i proponuje pomoc w kupnie stacji telewizyjnej Polsat. Pomoc ma polegać na zmianie w zapisie ustawy medialnej, na taki, który umożliwi spółce Agora kupno stacji. Ustawa wejdzie w życie, jeśli Agora przekaże pieniądze spółce Rywina, Gazeta Wyborcza przestanie krytykować premiera i SLD, a po przejęciu przez Agorę Polsatu, Lew Rywin zostanie zatrudniony w tej stacji. Do wyjaśnienia sprawy powołano sejmową komisję śledczą, która ujawniła szereg politycznych gwiazd. Niektórymi byś się załamał. Jedna dała Polsce termin „Rywingate”, druga „poziome i pionowe korytarze”. Był to cyrk, przy którym Polskie Zoo było naprawdę niczym. Myślę, że i miałbyś ubaw, i byłbyś załamany.

W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. W tej chwili to już 27 państw, w tym Polska. W 2007 roku weszliśmy do strefy Schengen, mamy więc otwarte granice na zachód. Czy wyobrażasz sobie, że do Berlina można pojechać tak, jak się stoi i na granicy nikt nas nie skontroluje? Unmoeglich? Aber nein! Podobno mamy wejść też do strefy euro, a co za tym idzie pożegnać się ze złotówką. Coś mi się zdaje, że to ostatnie nie bardzo by Ci się podobało… Mamy w Polsce więcej stacji telewizyjnych. Zatrzymałeś się na Polsacie i TVN, ale teraz jest jeszcze TV4, TV Puls i masa innych. Mamy naziemną telewizję cyfrową. O miejsce na tej cyfrowej platformie były takie boje, że w tym roku przeżywaliśmy marsz w obronie Telewizji Trwam. Wiesz… to takie Radio Maryja tylko z obrazem. Po prostu ta stacja nie dostała koncesji. Mamy też szybki internet i szybkie komputery oraz smartfony, czyli wielofunkcyjne telefony komórkowe. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakim przeżytkiem jest dziś Twój stary Siemens. A`propos komputerów – szkoda, że nie zdążyłeś nauczyć się z nich korzystać. Pisałbyś więcej artykułów, pewnie jako miłośnik technowinek „szalałbyś” w internecie, a może prowadził bloga, jak inny dziennikarz telewizyjny z twojego pokolenia, Andrzej Bober, lub twój były szef Tadeusz Kraśko

Mamy dziś Tato Papieża Niemca, bo nasz Papież, Jan Paweł II, zmarł w 2005 roku. Ten obecny, Benedykt XVI, wcześniej znany jako Joseph Ratzinger, w młodości był w Hitlerjugend, ale potem, gdy został biskupem i kardynałem, przyjaźnił się z tym naszym Papieżem. Z powodu jego przeszłości, po wyborze na Stolicę Piotrową krążył dowcip.
„Pierwsze spotkanie Jana Pawła II i Benedykta XVI miało miejsce w Polsce jeszcze w 1943 roku. Wyglądało tak. Młody Niemiec mierzył do młodego Polaka, a ten woła:
– Daruj mi życie. Będę kiedyś papieżem!
– Dobra – odparł Niemiec i dodał: – A ja zaraz po tobie.”
Czuję, że ponieważ ten Benedykt XVI to Joseph, Ty zaraz dorzuciłbyś swój słynny dowcip o baraku Józefów. Wiem, że znasz, ale ja, jak fredrowski Pan Jowialski, opowiem Ci swoją wersję z Benedyktem XVI.
„Zmarł Benedykt XVI i poszedł do nieba. I pyta go święty Piotr:
– Ktoś ty?
– Benedykt XVI.
– A na chrzcie świętym?
– Jospeh, jak święty Józef cieśla.
Nagle odzywa się Pan Bóg:
– Jak Józef, to dawać go na barak Józefów. A tam już… Józef Stalin, Józef Cyrankiewicz, a nawet Franciszek Józef… i tylko blokowym znów okazuje się Piłsudski.”
No, ale Benedykt XVI kultywuje tradycje Polskiego Papieża i przemawia do ludzi w ich narodowych językach. Po polsku mówi dość śmiesznie, na przykład: „pozdrawiam ciule”, co powoduje oczywiście kolejne żarty, ale… niedawno beatyfikował Naszego Papieża, a potem księdza Jerzego Popiełuszkę. Masz pojęcie? Nie myślałam, że to się stanie za mojego życia, a tu popatrz!
Z kolei Stany Zjednoczone mają pierwszego czarnoskórego prezydenta. Teraz jest nim na drugą kadencję. Nazywa się Barack Obama i jak twierdzą Amerykanie, jest czarnoskóry, a Afrykanie twierdzą, że jest biały. Zdaniem przeciwników jego prezydentury urodził się w Kenii, a nie na Hawajach i prezydentem został dzięki sfałszowaniu aktu urodzenia. Normalnie dom wariatów!
A Warszawa? Ha! Tu dopiero zmiany! Skoro byłam przy prezydenturach, to przy nich pozostanę. Tu też coś dzieje się po raz pierwszy w historii. Oto po raz pierwszy w historii miasta prezydentem jest kobieta. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez przeciwników zwana „gronkowcem”, HGW lub bufetową. Teraz zmaga się z budową pierwszego odcinka drugiej linii metra, która to budowa nie przebiega bezawaryjnie. Tak, tak… wyobraź sobie, że powstaje drugi odcinek. Ten pierwszy ukończono pięć lat temu i sięga aż do Młocin. Jak niegdyś statek. A`propos statków… od trzech lat znów jest żegluga na Wiśle. Można rekreacyjnie popłynąć statkiem nad Zalew Zegrzyński. Jest też tramwaj wodny i darmowe promy do przeprawy przez rzekę. Czy wiesz, że mamy trzy nowe mosty? Most Syreny zastąpiono Mostem Świętokrzyskim. To pierwszy w stolicy most podwieszany i na dodatek przystosowany dla rowerzystów, bo ma wydzielony pas jazdy. Przy okazji budowy tego mostu, zbudowano wzdłuż Wisły tunel, którym puszczono Wisłostradę. W połowie tunelu są przystanki autobusowe. Tylko raz stałam na jednym z nich i przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, bo hałas w tunelu jest nie do zniesienia. Gdy tunel jest zalewany, a kilka razy już to się zdarzyło, wtedy ruch puszczany jest objazdami i robi się w mieście potworny bałagan! Ale o tym za chwilę. Najpierw wrócę do mostów. Mamy jeszcze łączący Siekierki z Pragą Południe i Wawrem Most Siekierkowski, również podwieszany, czyli wantowy, również z trasą dla rowerzystów, a niedawno oddano do użytku Most Marii Skłodowskiej-Curie, czyli Most Północny, łączący Bielany z Białołęką. Niestety most Grota-Roweckiego, który gdy byłam dzieckiem, to zaraz po otwarciu przejechaliśmy naszym maluchem, zdążył się tak posypać, że jest ciągle remontowany. Warszawa w ogóle jest i rozbudowana i większa, i… zakorkowana. Nie pomogło stworzenie strefy płatnego parkowania i upstrzenie miasta parkomatami. Korki są i będą pewnie coraz większe, bo prawie wszyscy mają samochody.

Tu na Kępie mamy specjalną strefę, do której wjazd jest tylko z przepustkami. Oczywiście wszystko wtedy, gdy dzieje się coś na Stadionie Narodowym. Tak, tak… nie ma już Stadionu X-lecia. Zniknął też „Jarmark Europa”, który tak Ciebie i mamę denerwował, bo jego handlarze nocowali pod domem w samochodach i załatwiali się w ogródku. Zamiast tego mamy nowoczesny Stadion Narodowy zwany też Narodowym Basenem. Wszystko przez to, ze podczas jednego z meczów reprezentacji nie zamknięto dachu na czas i murawa zamieniła się w pełen wody brodzik. Stadion Narodowy wybudowano dlatego, że wraz z Ukrainą zorganizowaliśmy Euro 2012, czyli mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przez miesiąc prawie wszyscy Polacy mieli zamiast głów piłki. Oczywiście oprócz naszej rodziny. Mamy w mieście coraz więcej parków, które powstają w nowych dzielnicach i coraz więcej strzeżonych osiedli. Prawie nikt już nikogo nie zna. Tylko na Kępie jest jeszcze trochę jak dawniej, ale czasem myślę, że to już tylko trochę. Nie tylko nie ma już wścibskiej Kapeluszowej, która doprowadzała Ciebie i Mamę do szału swoim dopytywaniem się kto, co i gdzie. Nie ma też eleganckiej, zwanej Wyfiokowaną, pani z rasowym pieskiem, która tak się oburzała, gdy ten jej strasznie rasowy piesek wąchał pod ogonem naszą kundlowatą sukę. Nie wiem, kiedy Wyfiokowana zmarła. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że przestałam ją widywać. Za to pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy chcą być bardziej saskokępscy. Czasem mam wrażenie, że im się wydaje, że skoro mają pieniądze, by kupić sobie tu mieszkanie, to stać ich na wszystko. Niestety… jak to mówi przysłowie chińskie, za pieniądze można kupić dom, ale nie ciepło domowe. Ja od siebie dodam, że można też kupić stary dom, ale nie swoje w nim korzenie… Obserwuję od lat święto Saskiej Kępy i myślę, że jego jarmarczność najlepiej pokazuje, jak Kępa się zmienia. Jak mieszają się tu wszystkie style Polski, a nawet świata. A na Boże Narodzenie czy Wielkanoc wyludnia się tak, jak cała Warszawa. Tylko wtedy można przejechać szybko autem przez całe miasto, a na naszej uliczce zaparkować bez problemu.

Liczba knajp na Saskiej Kępie niesamowicie wzrosła. A wiele zmieniło nazwy i właścicieli. Czy wiesz, że Sax, w którym siadywała Agnieszka Osiecka, to teraz prowadzona przez Senegalczyków knajpa Cafe Baobab? Nie ma Pubu Rondo, a Sorrento też ma inna nazwę, nie jest już tak fajne, jak dawniej, no i strasznie rżną na rachunkach. Koło nas, na rogu Walecznych i Francuskiej, otworzyli przytulną knajpkę „Francuska 30”. Czasem siadam tu na kawę. Najbardziej jednak lubię Fregatę na Międzynarodowej, ze swojskim klimatem i polską kuchnią. Niestety jej właściciel, pan Henio zmarł na raka. Nawet nie wiesz, jaki był niesamowity. Czy wiesz, że jak leżałam chora w domu, to przysłał mi pierogi ruskie? Lubię tez Pikanterię. Jest na rogu Walecznych i Londyńskiej, tam gdzie kiedyś była cukiernia z tymi ciastkami z kminkiem, które Mama tak uwielbiała chrupać popijając czerwonym barszczem.

Zniknęło nam kino, bo Sawy jednak nie odbudowano, ale mamy na Kępie Dom Kultury. Trzeba jechać Francuską, Paryską, aż za Trasę Łazienkowską. Nie ma mnóstwa drobnych sklepików, bo dyskonty i hipermarkety posiały spustoszenie. Na przykład nie ma tego malutkiego społemowskiego spożywczaka na Francuskiej przy Walecznych. Teraz jest tam sklep z winami i knajpa. Nie ma sklepu elektrycznego na Francuskiej. Przez kilka lat lokal stał pusty i straszył. Teraz zaklejono szyby i jest tam jakieś biuro. Nie ma też fioletowego pawilonu z delikatesami. Zburzono go i otwarto w jego miejscu bank. W ogóle Francuska to teraz prawie same banki i knajpy. Nawet wypożyczalnia video przeniosła się z Francuskiej na Zwycięzców.

Cały czas ukazuje się „Mieszkaniec”, a ja czasami coś dla nich piszę. Naczelny, czyli Wiesio Nowosielski często Cię wspomina. A u nas w domu? Oj Tato… Nie chcę Ci opowiadać, jak mój stryj i ojciec chrzestny a Twój rodzony brat w jednej osobie przepił 3/8 naszego domu, bo to przecież wiesz i na pewno oboje z Matką nieźle zmyliście mu tam w niebie głowę. Użeram się teraz z tym domem strasznie i końca tego użerania nie widać. Na dodatek okazało się, że jak zwykle miałeś rację. Jedna ze współwłaścicielek rzeczywiście nie jest normalna i mam z nią masę kłopotów. Ty w ogóle tak często miałeś rację, że aż mi czasem wstyd, że Ciebie nie słuchałam. Ten mój ukochany z USA, którego kiedyś nazwałeś pętakiem, okazał się nim naprawdę. Nie chcę o nim opowiadać, bo nie jest tego wart. Na szczęście to już przeszłość, chociaż dochodziłam do siebie dość długo. Ale już jest w porządku. Niedawno wyszłam za mąż, choć… miało mi się to nigdy nie przytrafić, bo przecież nie brałam tego nawet pod uwagę. Mój mąż – Zacharjasz – na pewno by Ci się spodobał, bo ma Twoje poczucie humoru i jest tak jak Ty – złota rączka. Czy wiesz, że powyciągał wszystkie Twoje skarby do majsterkowania i je pielęgnuje? Wszystkie Twoje dłuta, śrubokręty i inne przybory do majsterkowania zostały przez niego wyczyszczone. Zacharjasz pochodzi zza Buga. Jego pradziadowie mieli kawał ziemi pod Stanisławowem (dziś Iwanofrankowsk) i stajnię na 250 koni. Gdy 17-go września 1939 roku wkroczyły tam wojska sowieckie nie zdecydowali się na ucieczkę. Myśleli, że da się z nową władzą dogadać. Najpierw stracili dwóch synów. Obaj odmówili wstąpienia do armii Bandery. Został tylko dziadek Zacharjasza – Jakub. By uniknąć losu braci, sfałszował metrykę i się odmłodził. To zapewniło mu przetrwanie. Potem Sowieci ich ziemię rozkułaczyli i zabrali. Dziadek Jakub szybko zorientował się, że kultywowanie polskości to zamknięcie dzieciom drogi do nauki. Dzięki temu, że ukrywał polskość, wykształcił swoje dzieci. Ty wiesz tato, że ja dopiero teraz rozumiem, czemu Polacy, których spotykaliśmy na wschodzie, a którzy znali polski, byli tak słabo wykształceni? Coś za coś… Zacharjasz pierwszego polskiego słowa nauczył się od dziadka, gdy miał cztery lata. Brzmiało ono… kurwa. Bo gdy dziadek oprowadzał go po wsi i pokazywał „to było nasze, to nasze”, a mały chłopczyk pytał: „a czemu dziadku nie jest?” słyszał w odpowiedzi: „Bo kurwa….” i mętne tłumaczenia, by dziecko czegoś nie powtórzyło komu nie trzeba, bo mogłyby być kłopoty. Zacharjasz miał szesnaście lat, gdy zdecydował, że chce zamieszkać w Polsce. Skończył polską szkołę im. księdza Józefa Tischnera w Użgorodzie, gdzie teraz mieszkają rodzice i po skończeniu studiów aktorskich w Akademii Teatralnej w Kijowie przyjechał do Polski. Tato, nawet nie wiesz, jakimi my Polacy jesteśmy ksenofobami! Nie miałam świadomości, że tak jest, dopóki nie związałam się z Zacharjaszem. Ty inaczej mnie wychowywałeś. Pamiętam, jak kiedyś wróciłeś wcześniej niż planowałeś ze Stanów, by móc pojechać z paczkami dla Polaków na Ukrainę, do Kołomyi. Swoją decyzję tłumaczyłeś tym, że ci Polacy na wschodzie bardziej potrzebują Twojej wizyty, bo są biedni i przydadzą im się paczki z Polski. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych na wczasach nad Balatonem tuliłeś tego Jewgienija Kownackiego, potomka polskiego zesłańca, który pracował na Syberii jako milicjant i po polsku znał tylko „Ojcze Nasz”. Dziś wiem, że w swoim podejściu do rodaków na wschodzie byłeś wyjątkowy.

Teraz dla wielu Polaków, ten, kto jest zza wschodniej granicy, to ten gorszy. Nawet nie wiesz, ile razy usłyszałam wyrzuty, że wychodzę za mąż za Ukraińca. Jakby to było coś złego. To trochę śmieszne. Nagle okazuje się, że porządny, pracowity i wykształcony obywatel Ukrainy, którego przodkowie nie wyjechali z Polski, tylko zostali na wschodzie, bo Polska zmieniła granice, to ktoś gorszy niż nierób i obibok z zachodu, którego przodkowie dobrowolnie opuścili kraj i to nie z przyczyn politycznych, ale dla poprawy bytu. Czy wiesz, że gdy odpowiadałam, że Zacharjasz ma polskich przodków, to słyszałam, że pewnie jego dziadek tam został na kresach, bo spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie. Wiesz… czuję, że Zacharjasz by Ci się spodobał, a nawet mam tego dowód. Otóż zachwycił się listami Twojego dziadka, a mojego pradziadka Antoleńka, do Karolki. Stwierdził, że zrobi z nich monodram. Napisaliśmy wniosek do Ministra Kultury i Sztuki i… Zacharjasz dostał stypendium. To na pewno zasługa Twoja, jak i samego Antoleńka i Karolki. Wreszcie jest szansa, by te listy, którymi zawsze wszyscy się zachwycali, mógł poznać dosłownie każdy. Będzie z tego fajny monodram. W końcu tworzymy duet aktorsko-pisarski. Bo wyobraź sobie, że udało mi się zostać pisarką, tak jak mówiłam w dzieciństwie. Ty znałeś tylko moje opowiadania, które zbierałeś, gdy drukowały je gazety, ale teraz mam na koncie nawet kilka książek. Jedną jest „Dziewiętnastoletni marynarz”, historia listów Twojego stryja Zbigniewa Piekarskiego. W końcu powiedziałeś mi kiedyś, że mogę z nimi zrobić, co chcę. No to zrobiłam! Myślę, ze ocaliłam kawałek historii nie tylko naszej rodziny, ale i Szkoły Morskiej w Tczewie. Najgłośniejsza moja książka, „Klasa pani Czajki”, trafiła do kilku podręczników, a nawet ukazała się na Ukrainie. Wszystko dzięki pomocy Zacharjasza. Wiesz, że uczę się ukraińskiego? Miałeś rację, że nauka każdego języka rozwija. A przy okazji dopiero teraz zorientowałam się, ile było ukraińskich słów w języku Mamy, która przecież urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem i spędziła dzieciństwo i młodość w Chełmie (powiedz jej, że między innymi tam byliśmy w podróży poślubnej i dowiedzieliśmy się, że archeolodzy szukają grobu króla Daniły). Od jej „biery”, kiedy kazała coś od siebie zabrać począwszy, przez „nie gniotsa nie łamiotsa” w określeniu niektórych tworzyw, aż po „sraty pierdaty”, gdy mówiła, że ktoś gada bzdury. Oj, jak mi jej czasem brakuje.

Czy wiesz, ile osób z rodziny zmarło? Nie ma już przy mnie Twojej ciotecznej siostry cioci Hani. Najpierw zmarł jej syn, a ona miesiąc po nim. Gadacie sobie czasem we trójkę? Na pewno! Ona zawsze wspominała, jak to mówiła Ci, że jedzie na ten swój zjazd koleżanek z pracy. One nazywały go „zjazd gwiazd”, ona „zlot ciot”, a Ty powiedziałeś jej brutalnie:
– Hanka! Jaki „zjazd gwiazd”! Jaki „zlot ciot”? Toż to zwykły „zsyp cip”
Bardzo się ciotce ten „zsyp cip” podobał i zawsze żałowała, że nie wszystkim koleżankom może to powtórzyć. A tak a`propos umierania… czy Ty wiesz, że od kiedy Ciebie nie ma, robię programy kombatanckie, tak jak Ty. Jeżdżę na kolejne rocznice Powstania Warszawskiego i tym podobne. Robiłam reportaż z 60-lecia ślubu Twoich przyjaciół – państwa Tyrajskich. Teraz już tylko pan Genio żyje. Wykruszają się Powstańcy. Twój przyjaciel Lesław Bartelski też odszedł. Ale nie o tym chciałam… Chciałam o Tobie. Pewnego razu pojechałam na rocznicę walk o Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. Zagadnęłam Jerzego Kuleszę, czy mógłby się dla mnie wypowiedzieć do kamery, a on usłyszawszy, że jestem Twoją córką, powiedział:
– Dla córki Maćka – zawsze.
No i powiedział o walkach, a potem mówi do mnie.
– Wie pani, ja odwiedziłem Maćka w szpitalu na dwa tygodnie przed odejściem. I wszystkim opowiadam o jego niesamowitym poczuciu humoru. Pytam się: „Jak się czujesz Macku?”, a on mi na to, że opowie mi kawał. I mówi. »Leży facet w szpitalu. Jest już po operacji. Przychodzi lekarz, a facet pyta. „No jak tam panie doktorze?” A lekarz: „No wszystko w porządku, ale do końca życia nie może pan palić papierosów, pić alkoholu i uprawiać seksu.” Pacjent zmartwiony mówi: „Ojej… panie doktorze, a ja tak to lubię!” „Niech pan nie dramatyzuje – mówi lekarz. – No chyba te dwa tygodnie jakoś pan wytrzyma!”» I pani ojciec mi to opowiedział właśnie na dwa tygodnie przed odejściem. Oj Tato! Cały Ty! Ja do dziś wspominam minę lekarza, który Ciebie pytał, czy chcesz środek przeciwbólowy w zastrzyku czy doustnie, a ty mu odpowiedziałeś, że chętnie dowcipnie, ale cipy u Ciebie brak… To była dopiero historia!

Twój imiennik, wnuczek, zwany przez ciebie „słodkim patafianem”, nie sprawia specjalnie kłopotów, ot jak to nastolatek, ale ciągle szuka swojej drogi, a ja tak myślę, że ma ciężej niż ja. Bo dziś to przysłowiowe „jutro” jest bardziej niewiadome niż kiedyś. Ale jestem w nim szczęśliwa. Między innymi dlatego, że zawsze mogę z Tobą porozmawiać.

I tak sobie pomyślałam, że ja Ci tu wszystko opowiedziałam… tak po ludzku, z detalami, a Ty przecież i tak to wszystko wiesz… I tak wiesz ile się zmieniło od czasu ostatniego spotkania. I nawet nie dlatego, że Kapeluszowa z Wyfiokowaną przyszły do Ciebie i Mamy. Jedna by poplotkować, a druga poprosić, byś zabrał swojego kundla. (Na pewno wszyscy trafiliście tam z psami!) I nie dlatego, że Andrzej Lepper zawitał do „niebieskiej redakcji” wymusić na niebieskich dziennikarzach wywiad i rozpoczęliście tam wszyscy plotki o świecie, Polsce i Warszawie. Po prostu kiedy jest się tam, pewnie wie się wszystko. Czuję to. Tak, jak Twoją miłość. Każdego dnia.

Warszawa, grudzień, 2012

Ojciec autorki – Maciej Piekarski (1932-1999) historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, vasavianista, urodził się i zmarł w Warszawie.

PS 25 lat wolności. Rzeczywiście? Tak narzekaliśmy na cenzurę w PRL. Jest lepiej?

PS 2 Najgłupsze w tej historii jest to, że wydawca mógł przecież poprosić o korektę tekstu lub nawet jego zmianę na zupełnie inny… Co to dla pisarza napisać od nowa. Zwłaszcza, gdy ma podane pierwsze zdanie i to brzmiące: Każdego dnia smakuję życie od nowa… No właśnie smakuję… 

PS 3 A dla ciekawskich umowa… Rozumiem, że wydawnictwo uznało, że mój tekst, poprzez istnienie w nim kawałów (i tak powtarzanych przez ulicę) jest zniesławieniem Papieża Benedykta XVI. Bóg zapłać!

PS 4 Danych wydawnictwa nie ujawniam, bo moim celem nie jest  szkodzenie komukolwiek. Książki na razie nie ma nawet w zapowiedziach. ‚Googlanie’ na ma więc sensu.

 

umowa1-zamazane umowa2-zamzana umowa3-zamazane

Jak to jest z tą sprawiedliwością?

Nie bardzo wierzę w horoskopy, ale… coś w nich jest. Kiedyś wyczytałam, że moje męczące mnie w codziennym życiu poczucie sprawiedliwości związane jest z tym, że zodiakalnie jestem lwicą z ascendentem w wadze. Może rzeczywiście to dlatego wszelka niesprawiedliwość potwornie mnie denerwuje. Wielu znajomych było w szoku, gdy poszłam do sądu, jako świadek Eksia w jego sprawie, jaką wytoczył macosze – wdowie po swoim ojcu, o zachowek. Ale poszłam, bo wiedziałam, jaka jest prawda i w głowie mi się nie mieściło, że można było ze zwykłej przyzwoitości nie dać mu nawet albumu z rodzinnymi zdjęciami i powiedzieć, że po ojcu, którego jako panieńskie dziecko i tak nigdy właściwie nie miał, należą mu się tylko stare gacie.

Wychowana na bajkach, baśniach, w których dobro zwycięża zło, jestem z tych, których wkurza inny stan rzeczy. Gdy triumfuje podłość, gdy nagradza się miernotę – wściekam się jak lew, którym jestem.

Piszę o tym, bo poszłam ostatnio na promocję książki. „Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci” – Witolda Pronobisa. To swoisty reportaż o tym, jak autor, spokrewniony zresztą z generałem „Grotem”, spotkał Ludwika Kalksteina, a potem Blankę Kaczorowską, czyli tych, którzy wydali „Grota” w ręce gestapo. Historia jest jak z powieści Roberta Ludluma lub Johna Grishama. Ludwik Kalkstein-Stoliński, który najpierw, jako współpracownik gestapo wydał w ręce Niemców „Grota” został wprawdzie wojnie skazany na karę więzienia za współpracę z Niemcami, ale na mocy amnestii wyszedł z paki i rozpoczął nowe życie pod różnymi nazwiskami. Tuż po wojnie, jeszcze przed aresztowaniem, jako Święcki, Świerk i Świerkiewicz był m.in. dziennikarzem „Kuriera Szczecińskiego”. Jak można przeczytać w różnych źródłach pisał wtedy utrzymane w poetyce socrealizmu reportaże o rybakach i marynarzach. Dostał się do Związku Literatów Polskich, do którego przyjął go sam Jerzy Andrzejewski! Jako Świerkiewicz został Kalkstein aresztowany przez UB w latach 50-tych. W końcu współpraca z gestapo była przestępstwem. Zastanawiające jest, że nie dostał kary śmierci. Prawdopodobnie zdecydował o tym fakt, kogo gestapowcom wydał. W końcu w tamtych czasach Ak była przez władze PRL postrzegana, jako organizacja zbrodnicza. Skazany na dożywocie Kalkstein, na mocy amnestii wyszedł z więzienia po trzynastu latach. Jest pewne, że w latach 70-tych mieszkał pod Piasecznem, gdzie prowadził kurzą fermę, a później pod Jarocinem miał fermę świń. Na początku lat 80-tych wyjechał do Francji, gdzie do dziś żyje syn jego i agentki gestapo Blanki Kaczorowskiej. Przez lata rodzina twierdziła, że Ludwik Kalkstein zmarł w we Francji. Książka Pronobisa pokazuje, że nie od razu tak się stało. To opowieść o szukaniu odpowiedzi na pytanie o te tytułowe kulisy zdrady i śmierci generała „Grota”, ale też pokazanie co dalej stało się ze zdrajcami. Czyż nie jest zastanawiające, kim byli Polacy, którzy wydali w ręce gestapo polskich żołnierzy? Co nimi kierowało? Strach o własny tyłek, czy może chęć zysku? Jak potoczyły się ich losy? To ostatnie w przypadku Kalksteina i Kaczorowskiej jest wręcz niesamowite.

Pronobis ujawnia, że Kalkstein w latach 70-tych zapragnął znowu być agentem. Tym razem peerelowskiego UB. Prawdopodobnie szpiegował działaczy Radia Wolna Europa i donosił na nich. Zachowały się jego pisma kierowane do Urzędu Bezpieczeństwa. W latach 80-tych Kalkstein rozpoczął pracę, jako polonijny bibliotekarz… używając nazwiska… Edward Ciesielski. Była to tożsamość człowieka, który uciekł z Auschwitz wraz z Witoldem Pileckim. A Kalkstein przyjął tę tożsamość, bo przez kolejny związek małżeński wszedł do rodziny Ciesielskiego.

Czy to nie brzmi, jak nieprawdopodobna powieść sensacyjna? Zawsze twierdziłam, że życie pisze najbardziej niesamowite scenariusze. Tu napisało właśnie taki. Jestem jeszcze w trakcie lektury, więc nie mogę odnieść się do całości, ale cały czas porusza mnie ta jedna uporczywa myśl dotycząca sprawiedliwości i jej braku. Oto druga zdrajczyni – Blanka Kaczorowska, dziwnym zrządzeniem losu trafiła we Francji do domu starców dla polskich kombatantów niepodległościowych w Lailly-en-valle. Tam używanie tego samego rzadkiego imienia w połączeniu z nazwiskiem ją zdemaskowało. Pewnego dnia przyszedł list do Tadeusza Żenczykowskiego, działacza politycznego, który w czasie wojny był szefem biura propagandy Armii Krajowej. Autor listu pisał, że w tym domu mieszka Blanka Kaczorowska i czy to nie jest ta, która wydała w ręce gestapo generała „Grota”. Okazało się, że to była ona. Niesamowite jest to, że zarówno ona, jak i Ludwik Kalkstein, zmarli na zachodzie, jako wolni ludzie: Kalkstein w 1994 roku, a Kaczorowska w 2002. Wprawdzie Kalkstein (pochowany pierwotnie, jako Ciesielski) nie ma już grobu, bo pogrzeb był Bawarii na koszt państwa i zgodnie z tamtejszym prawem, jeśli po 10 latach nikt nie wyrazi chęci zaopiekowania się grobem jest on likwidowany, ale nie zmienia to faktu, że był grób i spoczywały w nim jego szczątki. To, że dla bliskich (wdowy po nim, a nawet syna), nie okazały się ważne – sprawa drugorzędna. Kaczorowska również ma swój grób. Tymczasem najbardziej spektakularna ofiara ich zdrady i współpracy z gestapo nie tylko nie wiadomo, kiedy dokładnie została rozstrzelana, ale nie ma swego grobu. Wspominając Stefana Roweckiego „Grota” rodzina symbolicznie pali świeczki przed pomnikiem Gloria Victis na Powązkach. I jak to jest z tą sprawiedliwością? Ten jej jawny brak bardzo mnie czasami męczy. Ale ciekawość, czy sprawiedliwość istnieje na tamtym świecie sprawia, że nie boję się śmierci. Kiedyś przecież się tego dowiem. Prawda?

PS Miałam napisać o wielu rzeczach, ale z powodu pracy, wizyty szwagra, kilku historii urzędowych itd. po prostu nie miałam czasu. A jutro ruszam do Krakowa. W sobotę o 18-tej Ulubiony gra swój monodram „Listy do Skręcipitki”, jako gość specjalny krakowskiego festiwalu teatralnego Epizod. Wstęp na festiwal wolny. Jeśli ktoś w czytelników jest z Krakowa i ma czas, a przede wszystkim chęć – zapraszamy. Szczególny dotyczące festiwalu tutaj

Najprościej jest nie myśleć

Śpiewał kiedyś zespół „Dezerter”. Piosenka dotyczyła bezmyślnego odbierania telewizyjnej papki. Papka jest dziś jednak wszędzie. Nie tylko w telewizji. Także, a może przede wszystkim, w internecie, gdzie wszyscy piszą, a coraz mniej osób czyta. A jeśli już – to bez zrozumienia. Oj! Dobrze wbiłam sobie do głowy zdanie z jednego listu czytelnika do mnie „zacząłem czytać, co pani napisała, widzę, że wena była, bo tyle tego, ale czytać mi się nie chciało, napiszę jednak, co myślę”… I właśnie tak większość komentuje rzeczywistość nie czytając wnikliwie, o co chodzi. Powielane są więc stereotypy, powtarzane dalej wyrwane z kontekstu zdania z nagłówków, które przecież nie zawsze oddają sens artykułu i tym podobne rzeczy. Kalumnia przeważnie znajduje się na pierwszej stronie. Przeprosiny na ostatniej. W społecznej świadomości pozostaje tylko kalumnia.

Od kilku lat obserwuję jakąś manię grzebania w życiorysach przodków znanych ludzi i wygrzebywania z tych życiorysów samych negatywnych zachowań. Paradoksalnie z tą sama lubością omija się skrzętnie lub wspomina o tym rzadko, że ktoś znany jest np. potomkiem kogoś zacnego. Zauważam, że łatwiej, a co za tym idzie pewnie milej napisać, że to syn „Żydokomucha” (bardzo ostatnio popularne słowo wypowiadane w formie inwektywy) albo „Ubeka” niż np. reformatora, wybitnego ekonomisty, socjologa, historyka itd. Nie chcę pisać o konkretnych osobach, którym prześwietlono rodziców, dziadków itd. Ani o tych, których związki z wielkimi przodkami się pomija. Dotyczy to bowiem ludzi znajdujących się na świeczniku po różnych stronach politycznej barykady, a ja nie chcę być kojarzona z żadną polityczną opcją.

Wspominałam już o tym, że od zawsze się interesuję, (a od niedawna publikuję rzeczy, które tego dotyczą) historią moich przodków. Poznawanie historii własnej rodziny zawsze uczy pokory. Przecież od małego wszyscy chcemy być dziećmi bohaterów, herosów itd. Chcemy pochwalić się w przedszkolu, że dziadek ma medal, że jest żołnierzem, że jest kimś! Nikt nie chce być potomkiem zdrajcy, tchórza czy łajdaka. Dlatego, gdy jakiś wstydliwy przodek istnieje, często przed dziećmi ukrywa się takie fakty. Wprawdzie dzieci i tak potem się dowiadują tego, co chcemy ukryć, ale to potem. I tylko przykrość jest, gdy dowiadują się od obcych i w sposób, który może je zranić.

Każdy człowiek to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej… Im bardziej w głąb własnej historii wchodzimy, tym więcej postaci do prześwietlenia i tym samym wzrasta ryzyko wygrzebania jakiejś informacji, która nie do końca może nam pasować do wyidealizowanego obrazu przodka.

Mój dziadek inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji Ludwik Piekarski używał herbu Rola. W domu zachowała się jego pieczęć do laku, zegarek z herbem, a także plakaty, z których wynika, że wygłaszał odczyty, jako „Ludwik Rola-Piekarski”. Czy miał do tego herbu prawo? Poznawszy historię rodziny jego żony Zofii Konstancji Ruszczykowskiej, a także jego przodków, mam poważne wątpliwości. Być może ze snobizmu i kompleksów, w jakie prawdopodobnie wpędziły go korzenie rodziny żony, pieczętującej się herbem Brochwicz, na co jest dokument, sam sobie ten herb Rola wynalazł w jakimś herbarzu? Na razie nic nie jest przesądzone. Może po prostu czegoś jeszcze nie znalazłam? Wiem, że jego dziadek Paweł Piekarski był uczestnikiem Powstania Listopadowego, bo jest na to dokument. Słowa w nim nie ma o herbie czy szlacheckim tytule. Za to w innych dokumentach jest informacja, że był… kowalem, więc?

Z drugiej strony ojciec i dziadek wspomnianej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej podpisali… lojalkę wobec cara, bo czym był wpis do Heroldii Królestwa Polskiego po 1831 roku? Kto chciał szlachectwo zachować, musiał się przed zaborcą ukorzyć i jeszcze za dokument zapłacić. Oni to zrobili.
Kto z nich jest więcej wart? Praprapradziadek Paweł Piekarski kowal i Powstaniec Listopadowy czy praprapradziadek Julian Antoni Ruszczykowski biegnący do Cara po potwierdzenie pieczętowania się herbem Brochwicz?

Był też w rodzinie Eligiusz Niewiadomski. Mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej rodzona siostra Natalia Gorczycka wyszła za mąż za niejakiego Jana de Tilly i miała z nim dwie córki. Jedna z nich – Marysia – została żoną Eligiusza. 

Maria i Waleria de Tilly
siostrzenice mojej praprababci
Stanisławy Anny Sabiny
z Gorczyckich Ruszczykowskiej

Środowiska endeckie zakrzykną teraz, że to cudowny powinowaty, bo zabił Gabriela Narutowicza. Środowiska o odmiennych poglądach mogą zawołać hańba! Toż to morderca! Bo w tym przypadku ocena jest sprawą poglądów politycznych. Mnie na szczęście zostaje jeszcze spojrzenie absolwentki historii sztuki, która wnikliwie przeczytała w swoim czasie książkę autorstwa powinowatego „Malarstwo polskie XIX i XX w” i stwierdza, że pisał świetnie! Szkoda, że talent zmarnował na takie rzeczy jak politykowanie. To się jak widać zawsze źle kończy.

Dziś rozmawiałam z jednym znanym literatem i gdy powiedziałam, że w każdej rodzinie znajdzie się np. samobójca, wariat lub pijak usłyszałam, że samobójstwo to nic złego. Że to nawet bohaterstwo! Cóż… wszystko zależy od okoliczności samobójstwa. Samobójstwo w więzieniu, gdy jest się poddawanym torturom i człowiek się zabija, by ze strachu przed bólem nie wsypać współtowarzyszy – na pewno jest bohaterstwem. Co jednak z samobójstwem na skutek przedawkowania narkotyków czy alkoholu? Co ze śmiercią z przepicia? A tak zmarł np. wnuk siostry mojej prababci – świetnie zapowiadający się muzyk, który udusił się własnymi rzygami. (Imienia i nazwiska nie wymienię, bo żyje jego córka i może sobie tego nie życzyć.) W kulturze muzułmańskiej, gdzie mamy samobójstwa zamachowców, czy w japońskiej, gdzie byli kamikaze lotnicy śmierci – akt samounicestwienia jest postrzegany jeszcze inaczej. Ale w kulturze chrześcijańskiej uważany jest za grzech ciężki. Zostawmy jednak samobójstwa na boku.

Gdy spojrzymy na historię szerzej, gdy poczytamy wspomnienia różnych ludzi, zwłaszcza pisane sto czy dwieście lat temu, dowiemy się z nich o różnych zachowaniach, które dziś ocenimy zapewne inaczej niż im współcześni. Pisałam kiedyś tutaj o „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma. Niesamowity opis obyczajów i zachowań ludzi z drugiej połowy XIX wieku. Wiele rzeczy w tym pamiętniku mną wstrząsnęło. Zwłaszcza… opis tego, co robili ludzie, gdy umierał ktoś z rodziny. Było to opisywane tak, jakby było to coś zupełnie normalnego… Otóż bywało, że zanim zmarły ostygł, wpadali do jego domu krewni i ogołacali meble z kosztowności, ubrań, pościeli, książek i bibelotów. Spieszyli się, by zdążyć przed otwarciem testamentu. A potem wmawiać notariuszowi i reszcie potencjalnych spadkobierców, że tej ruchomości, która w testamencie jest wymieniona, już zmarły nie posiadał.
Ostatnio przed spotkaniem opłatkowym w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich rozmawiałam z jedną z literatek o starości. Powiedziała mi, że zażyczyła sobie na gwiazdkę na DVD serial „Królowa Bona” i jest świeżo po obejrzeniu całości. Ostatni odcinek, gdy stara, schorowana Bona w Bari zostaje otruta, umiera, a służący ściągają z niej biżuterię, a nawet kołdrę wstrząsnął nią. Pamiętam i ja ten odcinek i całą sprawę królowej Bony. Oj zmieniła nam się obyczajowość. Jakże zmieniło się też nasze spojrzenie na Bonę, której nienawidzili współcześni jej możnowładcy i mówili o niej tak straszne rzeczy, że na starość uciekła z Polski do swojego Bari. Dopiero dziś my i współcześni nam historycy doceniają, jaką była królową i ile zrobiła dla Polski. Ale też jakże dziś inaczej podchodzimy do śmierci? Dziś, o czym już kiedyś tu pisałam, brzydzimy się trupa. Ponadto dwie wojny światowej i masowe odzieranie trupów z kosztowności przez Niemców w Gettach sprawiło, że brzydzimy się takim zachowaniem. Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasi przodkowie 150 lat temu nie zdzierali pierścionków umierającym swoim babkom? W czym to zachowanie jest lepsze od donoszenia na sąsiada? We wspomnianym przeze mnie „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” sporo zresztą jest o donosach i denuncjacjach po Powstaniu Styczniowym. Kto donosił na polskich patriotów? Nie napiszę – jak zwykle odsyłam do książki. Informacja może być bowiem szokiem.

A propos patriotyzmu. Moja cioteczna babka Stefania Ruszczykowska-Krosnowska (powstańczy pseudonim „Stefa”) – wielka patriotka, a także bohaterka, żołnierz Armii Krajowej o pięknej historycznej karcie, harcerka, sanitariuszka i łączniczka w powstańczym szpitalu na Długiej, więzień Fordonu, a z przekonań zagorzała endeczka. Gdy siedziała w więzieniu, żeby ją złamać UB zabiło jej matkę. Niby zwykły wypadek samochodowy. Oto na mało ruchliwej ulicy staruszkę rozjeżdża samochód. Sprawców nigdy nie ujęto. U mnie w sekretarzyku leży mała różowa karteczka – decyzja o umorzeniu śledztwa, a także rozbite okulary, które wtedy spadły jej z twarzy. Jej córka, a moja wspomniana już stryjeczno-cioteczna babka, do której mówiłam „ciociu” i którą naprawdę bardzo kochałam, była osobą niezwykle barwną i nie jednowymiarową. W czasie pielgrzymek papieskich przychodziła do nas na transmisje mszy i klęczała przed telewizorem. Na dźwięk nazwiska Piłsudski wybuchała pełnym pogardy śmiechem, w którym mieszała się złość z obrzydzeniem. Na cześć swojego wuja Eligiusza Niewiadomskiego wzięła sobie od bierzmowania imię Eligia. Zawsze mnie to trochę bawiło, bo jednak zabójstwo jest sprzeczne z Dekalogiem, a więc osoba, która dokonała takiego czynu niekoniecznie powinna być brana, jako chrześcijański patron, nawet, jeśli przy bierzmowaniu mówi, że chodzi o św. Eligię. Ciotka jednak zawsze była troszkę „dziwaczką”. Jej mama, (ta zabita przez samochód) która wyszła za rodzonego brata mojej prababci Stanisława Ruszczykowskiego, była z domu Skrzynecka. Podobno „z tych Skrzyneckich”, czyli od generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Czy rzeczywiście była z nim spokrewniona? Na razie nie wiem, choć mam nadzieję, że pewnego dnia to zbadam. Wiem natomiast, że w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badan historyków wynika, że generał noszący takie samo nazwisko, jak jej matka, nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Obserwując dzisiejsze grzebanie w życiorysach przodków różnych znanych ludzi, mam takie nieodparte wrażenie, że najczęściej robią to ci, którzy swoich przodków w ogóle nie znają. (Gdy od jednego z kolegów, lubujących się w wytykaniu nieprawych antenatów, żartobliwe zażądałam podania nazwisk prababek zgodnie z dewizą Wańkowicza „nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu” przyznał ze skruchą, że nie zna żadnego, a o jednej wie tylko, że była prawdopodobnie Włoszką.) Cóż, często nieznajomość przodków może wynikać z tego, że nie ma po nich śladu w annałach, bo… na światło dzienne wypłynęli dopiero dziadkowie, jako pierwsi, którzy nauczyli się czytać i pisać. Nic w tym zresztą złego. Każdego historia gdzieś się musi zacząć. Nigdzie nie jest powiedziane, że lepszych ludzi zaczęła się dawniej. Paradoksalnie jednak jakoś ci, z krótką historią często najwyraźniej myślą, że ta ich niewiedza dotycząca przeszłości własnych genów pozwala im na bardzo swobodne piętnowanie przeszłości genów innych osób i ich przodków. I robią to bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Przykre.

Jest też oczywiście sprawa statusu przodka. Pamiętam, jak kiedyś pewien znajomy z dumą podkreślał, że jego ojcu nikt nie kazał zapisywać się do partii, by dostać lepszą pracę czy stanowisko. Kim był ojciec? Hydraulikiem! Cóż… to bardzo potrzebny zawód. Gdyby nie hydraulicy wielokrotnie tonęłabym w gównach. A i wspomniany pradziadek Ludwik inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji oraz jego syn, a mój dziadek Bronisław również inżynier wodociągowiec „zęby na gównach zżarli”. Tak więc chwała hydraulikom! Jednak faktem jest, że wyborów czy podpisać, czy nie podpisać jakiś dokument, nie musieli dokonywać urodzeni pod koniec lat 40-tych czy w latach 50-tych zwykli robotnicy, którzy w ciszy i spokoju chcieli przeżyć od pierwszego do pierwszego. Rzecz dotyczyła trochę innych środowisk i trochę innych robotników.

Nie mamy kompletnie wpływu na to, kim byli nasi antenaci. Mamy jedynie wpływ na to, kim my będziemy bądź jesteśmy i jakiś na to, kim będą nasze dzieci, ale też tego ostatniego wpływu nie przeceniajmy. O wielu rzeczach decyduje przecież nie tylko wychowanie, ale i środowisko, w jakim przychodzi człowiekowi wyrastać.

Dezerter śpiewał, że „najprościej jest nie myśleć”, a ja myślę, choć to takie trudne, że z wydarzeń ostatnich lat wynika, że najprościej byłoby nic nie robić. Tylko wtedy nasi nieżyjący już przodkowie, których nie możemy spytać o przyczyny takich czy innych zachowań, mogą mieć święty spokój. Niestety trzeba jeszcze gdzieś mieszkać i coś jeść, a bez pracy nie ma kołaczy. Nawet najlichszych. Na dodatek samobójstwo jest grzechem, a pogrzeb kosztuje. Kim być? Jak żyć? I z czego?

„Samą Polską gęby nie nasycisz! A siać i orać trzeba!” powiedział stary Czereśniak do kwaterującego u niego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, gdy tłumaczył się, czemu zdrowego syna trzyma w domu, a nie śle na front. Oj bardzo to jest niepoprawny politycznie film ci „Czterej pancerni i pies”. Bardzo! Takie herezje w nim wygłaszano! Normalnie dno!

Kości szukają się po świecie

Kazimierz Pawlak – bohater filmu „Sami swoi” dbał o to, by kości rodziny nie szukały się po świecie. W czasach pokoju nie jest to trudne, ale kiedy trwa wojna? Pojechałam dziś na wykopaliska Reduty Ordona. I jak to ja, wzruszyłam się okropnie. W uszach brzmiał mi wiersz w interpretacji taty, który mickiewiczowskie „opowiadanie adiutanta” znał na pamięć. Ale nie to było wzruszające. Wykopaliska uświadomiły mi wiele rzeczy. Nie tylko to, jak niewiele z człowieka zostaje, nie tylko to, że „śmierć każdemu jednaka”, że wojna jest okrutna, ale… jak zmieniły się obyczaje. Oto w grobach prowizorycznych, bo wojennych pochowano razem tych, którzy walczyli przeciwko sobie. Jak w wierszu Mickiewicza…

„…wały, palisady,
Działa i naszych garstka, i wrogów gromady;
Wszystko jako sen znikło. – Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, – i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.”

Bo we wspólnych mogiłach leżeli i Polacy i Rosjanie. Wtedy rannych nie zabierano. Wojskowi lekarze, zwłaszcza w wojsku rosyjskim, jeśli kogokolwiek leczyli bądź opatrywali – to oficerów. Nigdy szeregowców! Na mięso armatnie szkoda było czasu. Tak więc swoich rannych Rosjanie dobijali bagnetami, bo nad swoimi mieli litość. Chcieli im skrócić mękę. Rannych wrogów czasem też dobijali, ale przeważnie zasypywali żywcem. Jak zginęli ci Polacy, którzy padli tu w obronie tak mało ważnego historycznie szańca, który znamy dzięki Mickiewiczowi, a który zbyt wielkiej roli w Powstaniu nie odegrał? Czy od kuli, czy umarli w męczarniach żywcem zasypani? To będzie wiadomo dopiero po wnikliwszych analizach antropologicznych. Na te jednak brakuje pieniędzy. Być może znajdą się granty unijne, ale przydaliby się sponsorzy. Może magiczne hasło „reduta Ordona” otworzy ich portfele? Bardzo bym chciała, bo chciałabym wiedzieć jak zginęli. Na razie wiadomo, że zanim pośmiertnie stężeli – wrzucono ich do dołów. Dlatego szkielety są powykrzywiane. Chciałabym też wiedzieć kim byli. Pisarska wyobraźnia podpowiada mi cała masę historii, ale… poza wyobraźnią jest jeszcze nauka. Archeolodzy i antropolodzy twierdzą, że dzięki badaniom DNA można to ustalić, bo w XIX wieku Polacy i Rosjanie różnili się genetycznie. Warunek jest oczywiście taki, że gdzieś w dzisiejszej Rosji żyją ludzie, którzy wiedzą, że ich przodkowie zginęli wtedy w szturmie na Warszawę. I gdzieś w Polsce żyją ci, którzy wiedzą, że tu polegli ich przodkowie. Wszyscy musza zgodzić się na oddanie swojego DNA do badania. Sęk w tym, że nie u wszystkich świadomość historyczna losów własnej rodziny sięga aż tyle pokoleń wstecz. Często nie znamy nazwisk pradziadków, a co dopiero kilka razy pra. Ginęli przeważnie szeregowcy. Ci wywodzili się z gminu i byli niepiśmienni. Jeśli zginęli bezpotomnie, to kto miał pamięć o nich przekazywać z pokolenia na pokolenie? Czy kości się znajdą?

Nie mamy wiedzy historycznej o własnych przodkach, ale nie mamy też szacunku dla historii i wiedzy jaką ze sobą niesie. Gdy wydostała się w świat wiadomość, że na terenie reduty znaleziono złotą monetę, ktoś w nocy wdarł się na teren wykopalisk. Szczątki pochowanych tam żołnierzy potraktował, jak śmieci. W końcu piszczela sprzed stu lat nie da się wystawić na allegro. Można nim rzucić… jak niepotrzebnym śmieciem. Jak sto lat temu Rosjanie rzucili całym ciałem w dół…

Żeby te kości się nie walały, po zakończeniu wszystkich badań ma być pogrzeb w obrządku ekumenicznym, ale nieprędko to nastąpi. Na razie bohaterowie mickiewiczowskiego wiersza będą czekać na święty spokój.

I tak na koniec…. dokument z Powstania Listopadowego mojego praprapradziadka Pawła Piekarskiego. On przeżył. No i nie był szeregowcem… Ale… czy gdyby nie ten dokument – wiedziałabym o jego udziale w powstaniu?

POST SCRIPTUM

Tak przy okazji… Czarny humor, o którym wielokrotnie już pisałam, uwielbia chyba sam najwyższy. Tak pomyślałam, kiedy kilka dni temu byłam świadkiem prawdziwych „jaj z pogrzebu”. Wysłano mnie na pogrzeb pewnej ważnej osoby, która szanowałam. Pogrzeb świecki. Otrzymałam więc informację, że spotkanie jest przy bramie cmentarza skąd nastąpi odprowadzenie trumny do grobu rodzinnego. Pod bramę cmentarza przybyłam punktualnie. Trumny i żałobników ni widu ni słychu. W kancelarii cmentarza powiedziano mi, że pogrzeb się odbędzie, że trumna jedzie z miasta i może dlatego się spóźnia. Podano też kwaterę i numer grobu. Popędziliśmy z kamera na miejsce, a tam… dopiero trwają wykopki i murowanie. Jak się okazuje pogrzeb jest, ale następnego dnia. Zgadza się reszta, czyli nazwisko, grób, brama, godzina… tylko dzień nie ten. Następnego dnia już były ważniejsze tematy. Na pogrzeb tez przyjechałam, ale już nie byłam nim tak przejęta. W końcu duchowo zmarłego pożegnałam poprzedniego dnia..

Ile jest Niemca we współczesnym Niemcu?

Przyznam, że jeszcze przeżywam serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przeżywam tym bardziej, że analizując to, co zostało pokazane i utwierdzając się w przekonaniu, że film naprawdę powstał żeby Niemcy poprawili sobie tym filmem nastrój, zaczynam się zastanawiać ile we współczesnych Niemcach jest… tej czystej niemieckiej krwi. Na ile matki ojcowie współczesnych Niemców rzeczywiście byli Niemcami…

Film nie poruszył wielu kwestii i to ważnych kwestii, o których już pisałam, ale przypomnę tylko: getto i getta w ogóle, powstanie w Getcie Warszawskim, obozy koncentracyjne, Powstanie Warszawskie. Nie poruszył też sprawy… germanizacji dzieci podbitych narodów. Z Polski, Rumunii, Czechosłowacji, Słowenii, Francji, Belgii, Luksemburga i Norwegii wywieziono w głąb III Rzeszy na zniemczenie ponad 250 tysięcy dzieci! Szacuje się, że do swoich ojczyzn po wojnie wróciło nie więcej niż 30 tysięcy z nich.  Najwięcej dzieci wywieziono z Polski. Dane mówią o liczbie od 150 tysięcy do 200 tysięcy. Ponad 50 tysięcy z nich to dzieci Zamojszczyzny.  Pomijam fakt, że te dzieci, których nie uznano za czyste rasowo zostały poddane szeregom eksperymentów medycznych. To wątki, które pojawiały się nawet w powieściach dla młodzieży. Jednym z przykładów jest „Gruby” Aleksandra Minkowskiego. Niejaki Maj – jeden z bohaterów książki nie miał nogi, bo mu ją amputowano w obozie. Najpierw wstrzykiwano jakieś świństwa aż wdała się gangrena „Pamiętam, że doktor aż się ucieszył, gdy zobaczył te rany”. Ten cytat z książki, którą przecież czytałam ponad 30 lat temu mocno wrył mi się w pamięć. W filmie w reżyserii Wojciecha Fiwka chłopiec miał obie kończyny.

Wątek przeprowadzania doświadczeń na dzieciach, który nota bene znalazł się nawet w tasiemcowym hiszpańskim serialu „Internat”, (o którym w swoim czasie pisałam, bo mimo pewnej tandetności wciągnął mnie niemiłosiernie), nie został nawet zarysowany w serialu, który miał rozliczyć Niemców z II wojną światową. Co ze zgermanizowanymi dziećmi? Być może dumni z tego, że ich rodzice nie byli nazistami, bo tak ukazał to film, siedziały przed telewizorami nie mając świadomości, że płynie w nich krew polska, czeska, rumuńska czy jakaś inna.

W 2005 roku IPN umorzył śledztwo w sprawie zniemczania polskich dzieci, bo nie udało się ustalić sprawców. Przecież dwu- czy czterolatek, który nie pamiętał swojego nazwiska tym bardziej nie zapamiętał nazwiska pielęgniarki zmieniającej mu tożsamość. Pokrzywdzonych są teoretycznie setki tysięcy, a w sumie… zaledwie garstka. Przed laty istniało Towarzystwo Dzieci Polskich Zgermanizowanych. W 2005 roku liczyło 62 członków. Tylu z nich żyło i wiedziało, że urodzili się, jako Polacy. Ilu nigdy się tego nie dowiedziało?

na zdjęciu ceremonia „chrztu” dziecka adoptowanego przez niemiecką rodzinę z ośrodka Lebensborn

Przygotowywałam w swoim czasie kilka materiałów dla telewizji o wspomnieniach dzieci z czasów wojny.  Publikowała je Fundacja „Moje wojenne dzieciństwo”. W drugim tomie znalazły się wspomnienia pani Anny Kociuby. Noszą tytuł „Element rasowo wartościowy”. Pozwolę sobie zacytować drobny fragment, bo kiedy przed laty to czytałam, ta historia zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Anna Kociuba została odebrana rodzicom, gdy miała sześć lat, bo pomyślnie przeszła testy rasowe, na które zabierano polskie dzieci w wieku 0-6 lat. Wywieziono ją do Kalisza do jednego z wielu ośrodków Lebensborn. Była to instytucja działająca w strukturach SS, której zadaniem było stworzenie odpowiednich warunków do „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi” poprzez odpowiednią selekcję kobiet i mężczyzn przeznaczonych do rozmnażania w ramach demograficzno-politycznych założeń nazistowskiej polityki rasowej. Ośrodki wybierały też dzieci, ich zdaniem rasowo odpowiednie, spośród dzieci podbitych narodów. Te dzieci poddawano germanizacji. Jednym z takich dzieci była Anna Kociuba. Mama zaszyła jej w płaszczyku kartkę z danymi osobowymi i przykazał nigdy nie rozstawać się z tym płaszczem.

„W Kaliszu byłam kilka miesięcy, nie pamiętam, czy już wtedy nauczyłam się języka niemieckiego, ale myślę, że jeszcze umiałam po polsku i pamiętam, jak się nazywam, choć nazwisko też mi odebrano i nazywałam się odtąd Anna Zachertm – Napisała Anna Kociuba w swoich wspomnieniach opublikowanych w 1999 roku. – Tak więc straciłam swoją tożsamość po raz pierwszy. Potem odesłano mnie do obozu w Oberweis koło Salzburga na terenie Austrii. Było jeszcze gorzej, większa dyscyplina, obowiązywał wyłącznie język niemiecki, panował głód i często stosowano kary cielesne za każde drobne „wykroczenie”. Do samotności i głodu byłam przyzwyczajona, ale strasznie bałam się zamknięcia w piwnicy (lęk przed ciemnością pozostał do dziś) i kar cielesnych, to znaczy bicia, a zwłaszcza tak upokarzającego bicia po twarzy. Czas jednak płynął i w końcu roku 1944 zaczęto dzieci „rozdawać” tym Austriakom, którzy byli chętni do adoptowania polskiego dziecka.
Poszłam na „pierwszy ogień” – pierwsza z dzieci zostałam zabrana z obozu przez bezdzietne małżeństwo mieszkające w Oberweis. Adoptowano mnie, posłano do konfirmacji, nazywałam się teraz Anna Pianek, miałam „mamę” i „tatę” – znów straciłam tożsamość. U tych ludzi miałam namiastkę domu, myślę, że na swój sposób mnie kochali, chcieli tylko wykorzenić ze mnie resztkę polskości, miałam uchodzić za ich rodzoną córkę i tak też wszystkim się przedstawiać. Stopniowo wrastałam w nowe środowisko – nie mówiłam już po polsku i sama już nie wiedziałam, kim tak naprawdę jestem. Stopniowo przeszłość zacierała się, choć jeszcze „po cichu” wspominałam prawdziwych rodziców i tamte przyjaciółki, tu miałam już nowe koleżanki i nie chciałam się od nich odróżnić i być przedmiotem szykan, jako „polski bękart”, czy też „polska świnia”. Byłam przecież zaledwie 8-letnim dzieckiem tak ciężko doświadczonym przez los, łaknącym uczuć miłości i serdecznej przyjaźni innych ludzi (może dlatego przez całe swoje dalsze życie chciałam mieć wielu przyjaciół i zaskarbić sobie życzliwość, bardzo się o to starałam). Do dziś utrata kogoś bliskiego to dla mnie cios w samo serce, dotyczy to nie tylko najbliższych, ale i przyjaciół.
Dzieci sąsiadów nie całkiem jednak traktowały mnie „jak swoją”. Moi przybrani rodzice nie mogli zmienić miejsca zamieszkania, a ich znajomi wiedzieli, że jestem Polką i z tego powodu często nie skąpili mi szyderstw ani obraźliwych epitetów. Czasy były trudne, moim przybranym rodzicom też nie powodziło się dobrze, ale dzielili się tym, co mieli. Tak doczekałam wyzwolenia, o czym oczywiście nie wiedziałam. Słyszałam rozmowy dorosłych i często siedziałam w rowie obok szosy, gdzie przejeżdżały kawalkady amerykańskich dżipów – często rzucali mi słodycze, suchary itp. Łupy te zwykle oddawałam przybranej matce. Pewnego razu taki właśnie dżip zatrzymał się koło naszego domu. Do mieszkania przyszli dwaj polscy oficerowie z chłopcem kilka lat starszym ode mnie o imieniu Olek, którego znałam z obozów w Kaliszu i Oberweis – powiedział tym oficerom, że jestem polskim dzieckiem, bo zapamiętał adres tej rodziny, która mnie adoptowała. Zapytana przez nich, kim jestem, odpowiedziałam zgodnie z żądaniem przybranych rodziców, że jestem ich córką – bałam się, że mogą mnie pobić. Nie rozumiałam już ani jednego słowa w języku polskim. Musieli do mnie mówić po niemiecku. Polacy widzieli moje przerażenie i nie uwierzyli, że jestem prawdziwym dzieckiem tych państwa. Znów przy akompaniamencie łez, rozpaczy i krzyków zostałam zabrana z ich domu. Po raz kolejny straciłam tożsamość – miałam już prawie 9 lat i znów nie wiedziałam, kim jestem.”

Anna wróciła do biologicznych rodziców.

„Wraz z opiekunką i starszym kolegą, który pochodził z Łodzi, etapami wróciłam do wytęsknionego kraju. I znów rozczarowanie i smutek – w Katowicach umieszczono nas w obozie za drutami, gdzie przebywali jeńcy niemieccy, którzy mieli być deportowani do Niemiec. Znów spałam na barłogu, nie było jedzenia, gryzły mnie insekty. Chłopiec był starszy i jakoś udało mu się wrócić szybko do Łodzi. Ja czekałam, żeby ktoś po mnie przyjechał, ale wszyscy zapomnieli o dziecku, plączącym się między jeńcami, głodnym i znów zapłakanym. Byłam spuchnięta od płaczu i straszliwie pogryziona przez pluskwy. Wreszcie po kilku strasznych tygodniach ktoś sobie przypomniał i powiadomił rodziców. Którejś nocy wszedł do baraku, do izby, w której spałam, mój tata – poznałam go, ale bałam się, że on mnie nie pozna po tylu latach i nie zechce zabrać. Krzyczałam –„Tatuś, to ja twoja córeczka, moja mama nazywa się Zosia, moja przyjaciółka nazywa się Terenia”. Tata oczywiście płakał z radości, poznał mnie, mimo że byłam strasznie wynędzniała. Kupił mi w pociągu bułkę z kiełbasą i jej smaku nigdy nie zapomnę, była taka dobra.”

Najbardziej znana jest historia Alojzego Twardeckiego. Urodzony w 1938 roku w Rogoźnie syn polskiego oficera, został w 1942 odebrany matce, przewieziony do sierocińca w Kaliszu, a następnie wywieziony do Berlina i oddany do adopcji niemieckiej rodzinie oficera NSDAP. Był przekonany, ze jest Niemcem. Gdy mając 14 lat dowiedział się, ze jest inaczej przeżył szok. Wiedział, że jest adoptowany. Był jednak przekonany, że jego prawdziwi rodzice byli Niemcami i zostali zamordowani przez Polaków. Jako 15 latek przyjechał do Polski zobaczyć kobietę, która bezczelnie podawała się za jego matkę. Chciał jej prosto w oczy powiedzieć, ze to pomyłka. Przyjechał… Skonfrontował to, co słyszał o Polsce od Niemieckich rodziców z tym, co usłyszał od Polskiej matki. Nie mógł uwierzyć w jej słowa. Kiedy opowiadała mu o prześladowaniach Polaków przez Niemców, o obozach koncentracyjnych i innych okrucieństwach II wojny światowej zaprzeczał powołując się na niemieckie gazety, które pisały o mordach dokonywanych przez Polaków na Niemcach. Jak sam napisał: „Słuchałem historii o heroicznych zmaganiach uczestników Powstania Warszawskiego, o bohaterstwie dzieci Warszawy, o Armii Krajowej, zamachu na Kutscherę i Cafe-Club, o potężnym ruchu partyzanckim… i traciłem poczucie rzeczywistości. Przecież nic o tym nie wiadomo w Niemczech. Polacy nie mają przecież zmysłu organizacyjnego, jak oni to zrobili? Niewiarygodne! A te bzdury o obozach koncentracyjnych! Nikt u nas nie dawał temu wiary i nie tylko u nas. Spotykałem Amerykanów, którzy również twierdzili, że to komunistyczna propaganda. Nawet dziadek i tata podawali takie wiadomości w wątpliwość.”

Jednak Twardecki został w Polsce. Nauczył się Polskiego, który to język wyparto z niego. Nakręcono o nim cztery filmy dokumentalne. Z czego dwa polskie, jeden brytyjski i jeden niemiecki. Napisał tez książkę „Szkoła janczarów” (z niej pochodzi powyższy cytat), w której opisał swoje życie w niemieckiej rodzinie z niemieckim tatą, mamą i dziadkami. Jak sam wspominał niemieccy rodzice byli dla niego cudowni: „Traktowali mnie jak swoje dziecko. Kiedyś w Bawarii jeździliśmy z tatą po wsiach i coś sprzedawaliśmy. Ojciec mówił po bawarsku, ja się nie odzywałem. Brali nas natychmiast za ojca i syna. Byliśmy obydwaj szczęśliwi. – Opowiadał po latach w wywiadzie udzielonym Wysokim Obcasom. – Mama pracowała, jako szefowa działu urlopowego Luftwaffe. Ojciec z zawodu był inżynierem. Był dyrektorem w jakiejś instytucji zajmującej się wydobyciem metali szlachetnych. Mama miała w środy czas kawowy, tzn. podwieczorek dla pań i rozmowy o dzieciach, a tata i inni mężczyźni spotykali się w czwartki. Palili fajkę czy cygara i grali w szachy.
Lubiłem patrzeć, jak ojciec malował obrazy, uczył mnie malować. Czekałem na weekendy, czas, kiedy będę z rodzicami w domu, nie w szkole. Ojciec wtedy malował, a mama grała na pianinie. Kiedyś dostałem od taty na Gwiazdkę zrobiony przez niego własnoręcznie teatrzyk kukiełkowy. 12 kukiełek wykonanych z gazet. Coś pięknego. Nigdy w życiu nie dostałem piękniejszego prezentu.
Dziadkowie mnie rozpieszczali. Siedziałem na kolanach u dziadka, a on opowiadał mi bajki. Mieliśmy ogromny ogród, w którym dziadek hodował róże. Od rana do wieczora pracował w ogrodzie. Dziadek powtarzał często, że cały ten piękny ogród będzie kiedyś mój. Mówił, że jak po jego śmierci nie będę dbał o róże, to on wstanie z grobu i mnie upomni.
Wiedzieliśmy wszyscy, że nie jestem ich prawdziwą rodziną, tylko niemieckim sierotą, ale nikt nie robił z tego powodu tajemnicy. Dziadek czasem nawet żartował: ‚Ciebie to chyba osioł zgubił w galopie’. To nie było złośliwe, tylko zabawne. Babcia podrzucała mi smakołyki i ukrywała przed rodziną moje przewinienia. Miała spiczasty nos i surowy wygląd, ale była ciepłą kobietą. Czułem, że mama bardzo mnie kocha. Codziennie dostawałem buziaka na dobranoc.
Byliśmy prawdziwą rodziną. Niczego mi u nich nie brakowało. Nigdy od nikogo z tej rodziny nie dostałem klapsa. Dzieciństwo w tym domu miałem wspaniałe. Mimo bomb, wojny i strasznej okupacji francuskiej. To, czego nigdy z tego czasu nie zapomnę, to powrót ojca, który służył w artylerii przeciwlotniczej, do domu. Nie mieliśmy w domu od niego przez jakiś czas wieści i myśleliśmy, że zginął w ostatnich dniach wojny.
W tamtym okresie poszedłem z mamą do wróżki. Mama pojechała tam ze mną na przedmieścia Koblencji. Chciała wiedzieć, czy ojciec żyje. Ta wróżka trzymała jakiś klucz nad zdjęciem ojca i powiedziała: ‚Żyje’. Wskazała na mnie i mówi: ‚To jest pani syn? Niemożliwe. On ma matkę, ona żyje. Ona go szuka’. Mama na mnie spojrzała, wiedzieliśmy, że byłem adoptowany. Wróżka: ‚On wróci do swojej matki’. Moja mama była cała w nerwach. Ja: ‚Mama, nie denerwuj się. Nie wrócę do żadnej matki’.”

Twardecki wrócił, ale… ilu nie wróciło? Zdaniem badaczy problemu do Polski nie wróciło około 180 tysięcy polskich dzieci. Nie wiedziały, nie wiedzą i pewnie nigdy się nie dowiedzą, ze ich rodzice byli Polakami. Uwierzyły w to, że są sierotami po niemieckich rodzicach. Być może teraz w kwietniu podczas emisji serialu przez ZDF siedziały wraz ze swoimi dziećmi i wnukami przed telewizorami czując dumę ze swoich wspaniałych rodziców, którzy nie byli nazistami, a walczyli w obronie honoru wielkich Niemiec, choć wcale tego nie chcieli, ale kiedyś tam im kazał zły pan Adolf Hitler.

„Nasze matki, nasi ojcowie” – tytuł serialu mówi, że jego twórcy pokazują historię pokolenia swoich matek i ojców. Czy wszystkich? Czy matki i ojcowie (babcie i dziadkowie) wszystkich współczesnych Niemców byli Niemcami? Oto pytanie, na które nikt nie próbuje odpowiedzieć. Bo grzebanie w przeszłości potrafi odkryć rzeczy, które ludzie lubią trzymać pod dywanem. Bo prawda częstokroć boli.

Profesor Tomasz Szarota po emisji serialu powiedział, że chciałby zobaczyć uczciwy niemiecki film. Ja też bym chciała. Taki film, w którym Niemcy pokażą i getta i obozy koncentracyjne i germanizację dzieci, bo 250 tysięcy ludzi to jest miasto! To dwa razy tyle, ile mieszkańców liczy Płock. To więcej niż Częstochowa czy wojewódzkie miasto Kielce! To dwa razy tyle co Koblencja, w której wychowywał się Alojzy Twardecki.

Tylko, czy społeczeństwo, którego prawie ćwierć miliona przodków zostało ukradzione z innych państw i wykorzeniono z nich ich prawdziwe pochodzenie, jest w stanie taki film zrobić i rzetelnie zmierzyć się z przeszłością?

I tak na sam koniec coś osobistego… Wiem, że czytelnicy bardzo to lubią.

Rzecz działa w dwie strony.  Mam w Berlinie siostrzeńca. Bardzo fajny chłopak. Urodził się Polakiem, ale jest Niemcem. Co się stało? Pod koniec lat 60-tych moja kuzynka (jego matka) wyszła za mąż. Rzecz miała miejsce w Szczecinie, gdzie schronił się przed bezpieką mój wujek – żołnierz Armii Krajowej. Gdy jego córka mówiła mu o narzeczonym – spytał o nazwisko. Podała mu. Brzmiało z niemiecka. Wujek wpadł w szał:
- Ja w partyzantce, w Armii Krajowej byłem i z Niemcami walczyłem, a ty za Niemca chcesz wyjść?
- Tata! On Polak!
Dziewczyna była jednak nieprzejednana i dopięła swego. „Wanda” zechciała Niemca wmawiając światu, a przede wszystkim sobie, że to Polak. Nadeszła pierwsza wigilia nowo poślubionych. Przy stole zebrały się obie rodziny. Wujek spytał się matkę swojego zięcia:
- Przyznaj się. Już jest po ślubie. Przecież nie rozwiedziemy ich. Czy wy jesteście Niemcami?
- My Polaki! – Mówiła teściowa bijąc się w piersi.
Kuzynka urodziła dwóch synów. Minęły lata. Najpierw umarła jej matka, potem ojciec, w między czasie zmarł również teść. Przez nasz kraj przetoczyła się fala strajków, a potem nastały czas kartek na cukier, mięso i wszystko inne. Małżeństwo rozwiodło się. On, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o polskości, wyciągnął dokumenty, którymi udowodnił swoje niemieckie pochodzenie i… wyjechał do kraju przodków, bo tam był dobrobyt. Przy okazji wyszło na jaw, że niemieckie nazwisko, które do tej pory nosił, nie było jego, ale to taki drobny szczegół. Okazało się, że mężczyzna, do którego mówił per „tato”, a synowie per „dziadku” był jedynie mężem matki i usynowił go, jako bodajże kilkumiesięcznego brzdąca. Prawdziwym ojcem był inny pan, choć również Niemiec. Ponoć niezwykle przystojny, ale żonaty i obarczony rodziną żołnierz. Matka poznała go pracując w czasie wojny w kinie w jednym z pomorskich miast. Gdy zaszła w ciążę i urodziła syna znalazł się taki, co zechciał ją z dzieckiem i dał małemu nazwisko. Mąż kuzynki dowiedział się o tym, mając na karku 40tkę. Wykrzyczał matce cały swój ból (człowiek, do którego mówił „tato” miał podobno ciężką rękę i nie oszczędzał chłopaka). Tak zatrzasnąwszy drzwi za Polską wyjechał do Berlina. Jego, jak się okazało, niemiecką matką – opiekowała się moja kuzynka – była synowa. On wziął ze sobą nową polską żonę i starszego z synów. Pięć lat temu przeszedł na emeryturę. Swój niemiecki dorobek sprzedał i… wrócił spędzić starość w Polsce. Jego starszy syn (mój siostrzeniec) mieszka w Berlinie. Odwiedziłam go w kwietniu. Z dokumentów wynika, że jest Niemcem. Ogląda jednak polską telewizję, ożenił się z Polką i w domu mówi po polsku. Jak powiedział, na starość przyjedzie mieszkać w Polsce. Gdy oprowadzał mnie po Berlinie i zwiedzaliśmy tereny dawnego muru berlińskiego, na murze pamięci, na którym zapisane są nazwiska ludzi, którym nie udało się uciec z Berlina wschodniego, pokazał mi swoje nazwisko. Zastanawiał się czy to ktoś z rodziny tego przybranego ojca jego ojca. Sam ciągle szuka swoich korzeni. Z jednej strony prosił o przesłanie zdjęć książeczki wojskowej mojego dziadka, a swojego pradziadka – bohatera wojny polsko-bolszewickiej. Ma też dokumenty o świadczące przeszłości akowskiej swojego dziadka. Z drugiej strony pielęgnuje w sobie to, co niemieckie. Stoi w rozkroku nad dwiema kulturami i nacjami, które złączyły się w jego postaci w jedność na skutek zawirowań II wojny światowej. Myślę, że oboje żałujemy, że jego niemiecka babcia aż do śmierci milczała. Ja mocno tego żałuję, bo zawsze fascynowała mnie historia, a szczególnie ta żywa. On pewnie żałuje, bo niewiele wie o tym, kim byli jego przodkowie ze strony biologicznego dziadka. Istnieje zresztą prawdopodobieństwo, że podczas II wojny światowej obaj biologiczni dziadkowie strzelali do siebie. W końcu jeden był w AK a drugi w armii niemieckiej.

By Niemcy poczuli się lepiej

Obejrzałam bardzo uważnie wszystkie trzy odcinki niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Wysłuchałam całej dyskusji po ostatnim odcinku. Kilku pytań w niej nie zadano. Kilka kwestii w ogóle nie zostało poruszonych. Nie będę więc powtarzała tego co padło w dyskusji. Dziękuję Szewachowi Weissowi za to, że dzielnie bronił naszego honoru. Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła to ta, że przez wszystkie trzy odcinki ŻADEN NIEMIEC nie mówi „Heil Hitler”. Czy to nie jest trochę dziwne? Wśród głównych bohaterów nie było ani jednego nazisty i hitlerowca! Jak to jest możliwe? W ogóle po obejrzeniu miniserialu miałam wrażenie, że wielu rzeczom winni nie są Niemcy, ale wszystkie inne narody. Na przykład temu, że Żydzi wywożeni są w głąb Generalnej Guberni winni są Amerykanie, bo zamknęli ambasadę i przestali wydawać Żydom paszporty.

Jak to się dzieje, że młodzi ludzie rocznik 1920 i 1921 (czyli rówieśnicy naszego pokolenia Kolumbów) nie byli zindokrytnowani? Nikt z nich nie był wcześniej w Hitler Jugend? W 1941 roku nadal mogą jawnie i bezkarnie przyjaźnić się z Żydem? „Biedny” Friedhelm dopiero na wojnie staje się okrutny? A wcześniej? W tym Hitlerjugend, do którego przecież musiał należeć, nikt nie kazał mu mordować hodowanych od szczeniaczka piesków? Nie brał biedaczek udziału w słynnych akcjach zdobywania flagi? Gdzie trzeba było zdobyć ją bez względu na wszystko z wykorzystaniem wszystkich metod poza zabijaniem przeciwnika?

Co robili młodzi ludzie w 1939 roku? Mieli wtedy po 18 lat… nie świętowali podboju Polski?

Film prześlizgnął się przez wojnę tak, że nie pokazał ani kawałka życia w jakimkolwiek getcie, (które to przecież tworzyli Niemcy) ani sekundy pacyfikacji Getta Warszawskiego przez Jurgena Stroopa, ani minuty Powstania w Getcie Warszawskim ani jednego z 63 dni Powstania Warszawskiego, kiedy z ziemią zrównano moje miasto! A to wtedy Niemcy wymordowali ludność cywilną na Woli! Nagrywałam tych, którzy przeżyli piekło tamtych dni! Nagrywałam opowieści kobiety, na oczach której Niemiec (nie Ukrainiec, czy Rosjanin!) walnął noworodkiem o mur. Wyrwał go z rąk kobiecie, która to dziecko karmiła piersią. Mleko jeszcze płynęło jej po piersi! Nie było historii takiej, jak ta, której bohaterką była Wanda Lurie. Kobieta, której podczas Rzezi Woli w Powstaniu Warszawskim zabito wszystkie dzieci, a ją w zaawansowanej ciąży próbowano zabić. Cudem ocalawszy wypluła z ust pocisk i zęby, by po kilku dniach urodzić jedyne dziecko, które przeżyło wojnę, a któremu dała na imię Mścisław. I tego wszystkiego nie zrobili jej ani Ukraińcy ani Rosjanie, ale Niemcy! Takich wątków, kiedy oni byli prawdziwie okrutni w filmie nie było! Ot… kilka rozstrzelań! Skupiono się na „biednej” Charlotcie, którą próbują gwałcić „podli” Rosjanie słuchający w czasie pijackiej imprezy obowiązkowo „Kalinki”, bo innych pieśni to zdaniem Niemców Rosja nie ma!

Słyszałam o wielu przypadkach antysemityzmu w Polsce, ale nigdy nie słyszałam, by dowództwo Polskiego Państwa Podziemnego wydało zgodę na to, by wagon z Żydami zostawić na pastwę losu! Zapomniano o Żegocie, o tym, że Polskie podziemie współpracowało z Żydowską Organizacją Bojową. Szkoda wyliczać, bo ciśnienie skacze… A jak sobie przypomnę wyrażenie, że „Bigos to polska” i rozmowy o bigosie to mnie szlag trafia.

A teraz słówko o filmie, jako o filmie… Gratulacje za świetną scenografię – ziemianki, okopy itd. wyszły im super. Ładne zdjęcia. I na tym się kończy. Przykre, że tak źle zdokumentowano to, jakiej broni używano w czasie II wojny światowej. Te sztucery z lunetą mnie rozwaliły. Przykro, ze nie wiedziano jak to w Polsce z opaskami było. Nikt nie nosił liter AK. Co najwyżej WP, bo to było Wojsko Polskie! Litery AK pojawiły się na opaskach po wojnie, gdy środowiska kombatanckie postanowiły się od siebie odróżniać.

Polacy w filmie mówili słabo po polsku lub ze śląskim akcentem – wiadomo więc gdzie szukano aktorów. Rosjanie mówili po rosyjsku tragicznie! A po ukraińsku gorzej niż tragicznie! Wiele scen zostało tandetnie przerysowanych, jak chociażby spotkanie Charlotty z Wilhelmem w szpitalu, kiedy on już jest w kompanii karnej. Tandetny dramatyzm jak z romansu dla kucharek.

Tak napomknę tylko, ze stereotypowo przedstawieni zostaliśmy nie tylko my, ale także Rosjanie i Ukraińcy. Dobrze, że Szkotów w filmie nie było, bo wyobraźnia podpowiada mi wiele absurdalnych scen, które mogłyby być z ich udziałem – narodu wg. europejskich i światowych stereotypów skąpego!

Chciałam przy okazji zauważyć, że honoru Niemców w swoim czasie bronił Leon Kruczkowski swoim słynnym dramatem „Niemcy”. MY świetnie wiemy, że nie wszyscy byli be. Niemcom najwyraźniej za mało. Muszą jeszcze sami się powybielać. Szkoda, że kosztem innych narodów, a zwłaszcza tych, które sami napadli. Ale cóż… zrobili film, by ich społeczeństwo poczuło się lepiej. A przecież od dawna może się czuć wspaniale. W świadomości społeczeństw świata nie ma niemieckich obozów. Są albo „nazistowskie” albo „polskie obozy śmierci”. Niemiecki serial poszedł w świat. Mam nadzieje, że wszystkie stacje, które go kupiły kupią również film dokumentalny, który przygotowano dla widzów ZDF. By twórcy serialu nie czuli się tak spokojni i dobrzy, jak bohaterowie! Bohaterowie serialu, którym Niemcy uciszają swoje sumienia. Bo nikt mi nie wmówi, że film został wyprodukowany w innym celu, jak ten by współcześni Niemcy ze swoją historia poczuli się lepiej.

Prawdziwa? Nieprawdziwa?

Dziś TVP ma wyemitować pierwszy odcinek niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, który wzbudził szereg kontrowersji. Na temat serialu napisano już dziesiątki artykułów. Zacytuję więc tylko fragment komunikatu Centrum Informacji TVP:  W dniach 17, 18,19 czerwca TVP1 wyemituje głośny trzyodcinkowy serial niemieckiej telewizji publicznej ZDF „Unsere Mütter, unsere Väter” („Nasze matki, nasi ojcowie”). Serial opowiada o wojennych losach pięciorga młodych mieszkańców Berlina w przeddzień ataku na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku. W Polsce zrobiło się o nim głośno, gdy okazało się, że w trzecim odcinku tej mini serii w sposób uproszczony i kontrowersyjny przedstawiono okupację niemiecką w Polsce, w tym antysemickie postawy w polskim ruchu oporu. Wywołało to burzę w polskich mediach, protestował ambasador RP w Berlinie, a w liście do dyrektora generalnego ZDF Thomasa Belluta prezes TVP Juliusz Braun ocenił, że polski wątek serialu „nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną i dlatego musi zostać potępiony i odrzucony”. Zaproponował też niemieckim partnerom pomoc TVP w przygotowaniu specjalnego dokumentu o niemieckiej okupacji w Polsce. Dokument ten widzowie ZDF zobaczą już w czerwcu. Powyższe wydarzenia mocno zainteresowały polską opinię publiczną, ale była ona skazana jedynie na pośrednictwo dziennikarzy i polityków w ocenie niemieckiego serialu, nie mogąc wyrobić sobie w tej kwestii własnego zdania. Dlatego TVP podjęła decyzję, by cały mini-serial, w tym jego kontrowersyjny trzeci odcinek, pokazać wszystkim polskim widzom. – Telewizja Polska uważa – stwierdził rzecznik prasowy TVP Jacek Rakowiecki – że na tym polega ważna część misji stacji publicznej: na stwarzaniu możliwości widzom, by sami ocenili dyskutowane czy kontrowersyjne dzieła i nie byli zmuszani do zdawania się wyłącznie na cudze opinie, jakkolwiek nie byłyby one słuszne.

Aby w ocenie i rozeznaniu się w kontrowersji „Naszych matek, naszych ojców” pomóc widzom, emisja trzeciego odcinka serialu, w środę 19 czerwca, zostanie w TVP1 poprzedzona wprowadzeniem historycznym, zaś po filmie odbędzie się debata historyków i ekspertów o polityce historycznej w Niemczech i Polsce.

Tymczasem w sieci pojawiły się demot m.in. takiej treści: „Bądź Polakiem. Wyłącz telewizor”.

Jak mamy bronić historii naszych ojców czy dziadków, a co za tym idzie historii naszego kraju, jeśli nie obejrzymy tego filmu? Jak mamy merytorycznie dyskutować na ten temat? W Armii Krajowej był i mój ojciec i stryj, który poległ w Powstaniu Warszawskim, jako niespełna 16 latek, a także mój dziadek. Jak mam bronić ich honoru nie znając filmu, który szarga wpajane mi od dzieciństwa wartości? Dlaczego zapoznając się z nim w celu merytorycznej obrony prawdy historycznej jestem od razu określana „nieprawdziwą Polką”? Gdy w prywatnej dyskusji na Facebooku napisałam pod zamieszczonym demotem, że „krytykowanie czegoś, czego się nie widziało i namawiane do bojkotu tego to wyjątkowo idiotyczna postawa, a sugerowanie, że jak ktoś to obejrzy nie jest prawdziwym Polakiem to dno” przeczytałam, że… od tej pory zamieszczająca demot osoba nie będzie promowała monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”, bo go nie widziała. No wyjątkowo to moim zdaniem niskie. Poza tym bardzo przepraszam, ale mamy do czynienia z dwoma zupełnie innymi zjawiskami. Promowanie dzieła, którego się nie widziało jest zjawiskiem powszechnym, bo tak działają patroni medialni, z którymi producenci różnych dzieł zawierają umowy jeszcze w trakcie produkcji! Patronami medialnymi „Listów do Skrecipitki” zostały m.in. miesięcznik „Stolica” (zapraszam do kiosków po ostatni numer 6-7/2013 gdzie jest wywiad z całą naszą trójką twórców). Patronem została też TVP Warszawa. Wiadomo, że patroni podpisując z nami umowę patronacką wiedzieli jedynie o czym jest monodram, ale nikt go wtedy jeszcze nie widział, bo prace nad sztuką dopiero trwały!

Wróćmy jednak do niemieckiego serialu. Przyznam, że niezwykle mnie interesuje zarówno sam serial, jak i to jak z problemem drugiej wojny światowej radzą sobie Niemcy. A przede wszystkim ciekawi mnie debata historyczna na ten temat, którą TVP zapowiedziało na środę wieczór 19-go czerwca. Zwróćmy uwagę, że na świecie np. w USA wielu obywateli nie wie, jakiej narodowości byli naziści! Nawet w Izraelu słowo „nazista” nie kojarzy się z Niemcem! Moi dziadkowie, Ojciec, Stryj, brat mojej matki (prześladowany po wojnie przez UB) walczyli z Niemcami. Nikt z nich nigdy nie mówił, że z nazistami! Dziś mamy dziwną sytuację, kiedy nasz były okupant na tyle odwrócił uwagę świata od swojej roli w czasie drugiej wojny światowej, że często z nazistami jesteśmy utożsamiani my – Polacy. Od iluż lat walczymy z „polskimi obozami śmierci”! Z roku na rok w sprawie II wojny światowej świat stoi na głowie, a my pozwalamy mu na niej stać. Być może między innymi dlatego, że uniemożliwiamy samym sobie merytoryczne dysputy. Zobaczmy, o co chodzi. Posłuchajmy historyków. Zwłaszcza zróbmy to, jeśli nasza wiedza historyczna jest mała, lub opiera się tylko na domowych opowieściach. Powszechnie wiadomo, że z czasem w pamięci uczestników zwiększa się liczba zabitych wrogów i zmienia się ich rola w wojnie.

Niemcy, jako naród latami mieli problem z drugą wojną światową. Przypomnę tylko taki drobiazg. Młodzieżowa książka Adama Bahdaja „Do przerwy 0:1”, która została przetłumaczona na kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt języków świata nigdy nie ukazała się w Niemczech. Dlaczego? Otóż jej bohaterowie byli w wielu przypadkach sierotami wojennymi. Akcja powieści dzieje się przecież na zrujnowanej wojną, powstaniem warszawskim i eksterminacja ludności cywilnej – Woli. To było za trudne, by pokazywać takie rzeczy niemieckim dzieciom. A przecież powieść dotyczyła… piłki nożnej! Skoro lata temu ten naród nie radził sobie z wojną i swoją rolą w niej bojąc się niewinnej powieści Adama Bahdaja, chyba warto zastanowić się, co dzieje się z tym faktem i z tym narodem teraz.  W ogóle warto zerknąć jak historia i spojrzenie na nią zmienia się wraz z upływem lat. My, jako społeczeństwo, z wielką łatwością popadamy ze skrajności w skrajność. Kiedy w latach 50-tych mój ojciec kończył liceum został przez konflikt z nauczycielką historii usunięty ze szkoły tuż przed maturą. Miało to wszystko podtekst polityczny. Rodzina Ojca i on sam byli powiązani z Armią Krajową, a oficjalne władze polskie twierdziły, że byli to bandyci. Ojciec zdał maturę eksternistycznie w Lublinie i tam poszedł na studia na Katolicki Uniwersytet Lubelski, bo była to jedyna uczelnia, która przyjmowała „takich bandytów” jak on. Mojej matki brat – partyzant z AK na Lubelszczyźnie był po wojnie prześladowany przez UB. Uciekł przed nimi do Szczecina. Funkcjonariusze służby bezpieczeństwa wpadli na jego trop jednak na tyle późno, że „tylko” przetrzymali go 48 godzin i pobili. Gdy po latach schorowany starał się o przyjęcie do ZBOWiDu, wówczas partyzancką przeszłość wujka kwestionował przewodniczący tamtejszego koła ZBOWiD – funkcjonariusz UB, który w latach 50-tych przesłuchiwał go piorąc przy tym po mordzie. Paradoksalnie po latach Armia Krajowa doczekała się pomników. Zrehabilitowani zostali „Żołnierze wyklęci”. Jednocześnie coraz częściej słyszę i czytam o „zbrodniczej” Armii Ludowej współpracującej z Armią Czerwoną przeciwko „Prawdziwej Polsce”.  Tak zmienia się ocena historii.

Patrzenie sercem jest z pewnością ważne, gdy broni się honoru Ojczyzny, choć niestety często powoduje brak obiektywizmu tak potrzebny w merytorycznych dysputach. Nie jestem jednak przekonana, że bojkotowanie filmu z powodów ewidentnie emocjonalnych jest dobrym posunięciem. Zaś odbieranie tym, którzy chcą go oglądać prawa do bycia prawdziwymi Polakami jest moim zdaniem poważnym nadużyciem. Nikt nie ma monopolu na Polskę i polskość! PRL też bawił się słowem „patriotyzm”. W sprawie niemieckiego serialu każdy ma prawo wyrobić sobie swoje zdanie. Każdy ma prawo ocenić kinematografię niemiecką, jeśli chce wziąć udział w narodowej, a nawet międzynarodowej dyskusji na temat roli Polski i Polaków w II wojnie światowej. Oczywiście od mojej adwersarki w dyskusji usłyszałam, że telewizja „Trwam” zamieściła minutowy materiał, który mówi, co jest w serialu i ten minutowy materiał wystarczy, by podjąć jedyną słuszną decyzję o bojkocie filmu, a co za tym idzie bojkocie TVP! Proszę państwa! Przeciwko bojkotowaniu czegoś na podstawie streszczeń protestuje jeszcze goręcej! Przypomnę tylko, że podobno przed ponad 60 laty w ZSRR na indeksie znalazł się Ernest Hemingway i jego książka „Stary człowiek i morze”, ponieważ doradcy streścili Stalinowi książkę w ten sposób, że jest to historia faceta, który ciągnie sieć z rybą i wyciąga szkielet.” Stalin stwierdził, że to jakaś głupota. Ponoć to określenie przesądziło o losie wszystkich książek Hemingwaya w radzieckich wydawnictwach. Nie bądźmy jak decydenci z dawnego ZSRR!

Pozostaje oczywiście jeszcze kwestia tego rodzaju, czy niemiecki mini-serial miał sfabularyzować prawdziwe wydarzenia czy jest niemieckim odpowiednikiem „Czterech pancernych” lub „Stawki większej niż życie”. Tylko przypomnę, że popularni „Pancerni” też odbiegają od prawdy historycznej, niemniej jednak pozostają świetnym serialem przygodowym osadzonym w realiach II wojny światowej. Zaś również odbiegająca od prawdy historycznej „Stawka”, pozostaje jednym z lepszych polskich seriali sensacyjnych. Może jest to dobre dzieło telewizyjne, choć niepoprawne historycznie? Takich niepoprawnych historycznie dzieł jest mnóstwo. Pozwolę sobie zauważyć, że 12 lat temu amerykanie wyprodukowali film „Enigma”, który dotyczył niemieckiej maszyny szyfrującej. Jej kod jeszcze w latach 30-tych złamali polscy naukowcy. Tymczasem w filmie, (co zresztą świetnie napisał jeden z recenzentów) „tylko jednym zdaniem wspomina się o udziale polskich matematyków w rozszyfrowaniu kodu Enigmy, a co gorsza, jedyny pojawiający się na ekranie polski bohater ukazany jest, jako zdrajca, wydający Nazistom efekty działań brytyjskiego wywiadu i narażający tym samym aliantów na kolosalne straty w ludziach.”  Filmów fabularnych, które pokazują Polaków w nieprawdziwym świetle jest cała masa! To ważne, że ktoś wreszcie przeciwko temu protestuje. Pozostaje jednak pytanie, czy protesty o prawdę historyczną w sztuce w ogóle mają sens? W końcu „Bekarty wojny” też mijały się z prawdą historyczną, a powstał świetny film! Czy należy w ogóle oceniać filmy osadzone w historycznych czasach przez pryzmat tego czy są zgodne z historią czy przez pryzmat tego, jakimi są dziełami w swoim gatunku? Nie wiem. Wiem, że też bym chciała, aby w zachodnich mediach nie pojawiały się „polskie obozy śmierci”, by Polacy nie byli uważani za antysemitów i żeby przestano robić bandytów za moich przodków – członków AK. Niestety pomysłu na to, jak to przeprowadzić nie mam. Jestem jednak głęboko przekonana, że bojkotowanie filmów przed obejrzeniem, będące czymś w rodzaju palenia przed przeczytaniem i namawianie do tego, jest działaniem wyjątkowo prymitywnym.

Od dawna śmiem twierdzić, że historię najlepiej ocenia się, gdy nie jest się w nią w żaden sposób emocjonalnie zaangażowanym. Mój osąd serialu też pewnie będzie skażony moim polskim sercem i emocjonalnym zaangażowaniem w historię Polski, którą budowali moi przodkowie. Choć z demota dowiedziałam się, że nie jestem prawdziwą Polką. No to kim jestem? I co to znaczy prawdziwa? W starym sztambuchu z lat szkolnych koleżanka napisała mi kiedyś:

„Ucz się pilnie bądź cnotliwa,
a zwać się będziesz Polka prawdziwa.”

Jakież wtedy wszystko było proste…

Albo z kimś albo za kimś, czyli pożegnałam epokę

Gdy bierze się udział w pogrzebie to albo po to, by pożegnać zmarłego albo po to, by towarzyszyć jego rodzinie. Innymi słowy albo idzie się z kimś albo za kimś. Dziś byłam w podwójnej roli. Poszłam ze swoim synem na pogrzeb Profesora Krzysztofa Dunin-Wąsowicza. Z Jego młodszym synem Pawłem chodziłam do klasy, zarówno w szkole podstawowej, jak i średniej. Razem zdawaliśmy maturę. Razem, wraz z całą grupą rówieśników, korzystaliśmy z bogatej historycznej wiedzy Profesora, który zrobił wtedy przed maturą, specjalnie dla nas, kilka wykładów z historii Polski XIX wieku, a zwłaszcza z powstań narodowych. Tak więc szłam za Profesorem, ale szłam też z Pawłem, by towarzyszyć mu w trudnych chwilach. Choć paradoksalnie nie zamieniliśmy nawet słowa, ale nie o słowa tu przecież chodziło. To nie był zwykły pogrzeb, tak jak Profesor nie był zwykłym człowiekiem. Żołnierz, Członek Żegoty, a co za tym idzie Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, żołnierz Pułku Baszta, Więzień Szucha, Więzień Pawiaka, obozu w Stutthof, a po wojnie Historyk. Socjalista z przekonania, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, broniący przed wymazywaniem z map pamięci działaczy polskiej lewicy, której pomniki tak spiesznie są dziś usuwane, a przynajmniej przesuwane w cień. Dziś nad jego grobem padły między innymi słowa o tym, że wraz z profesorem Tadeuszem Manteufflem tworzył Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk w bardzo trudnym dla Polski okresie, bo w latach 50-tych. Stworzyli go takim, że dziś ten instytut nie ma się czego wstydzić. Nie musi wstydzić się swojej historii, bo profesor swoim podejściem do nauczycielki ludzi i narodów, jaką bez wątpienia jest historia, bronił przed jej zakłamywaniem. To jedna z najważniejszych dla mnie cech Profesora. Obrona historii przed zakłamywaniem. Branie historii taką, jaka jest bez względu czy nam się ona podoba – czy nie. Ja też wyniosłam z domu takie podejście do „Pani Historii”, jak ją nazywał Władysław Broniewski. Może mi się coś w niej nie podobać, ale przyjmuję ją do wiadomości z dobrodziejstwem inwentarza i nie próbuję zmieniać.

Mój syn jak przez mgłę pamięta pogrzeb mojego Ojca, a swojego dziadka. Dlatego można powiedzieć, że po raz pierwszy był na pogrzebie ze sztandarami, wojskowymi honorami, orkiestrą i przemowami. Był bardzo przejęty. Ja również. Po raz kolejny przeleciało mi przed oczami całe życie, a zwłaszcza dzieciństwo. W końcu przez prawie 30 lat dzieliłam z Profesorem podwórko, bo mieszkaliśmy na jednej ulicy w sąsiadujących ze sobą blokach. Przypomniałam sobie jego spokojny. Lekko drobiący krok, którym przemierzał chodniki podwórka. Wzrok, jakim patrzył na nas, gdy jako siedmio-ośmiolatkowie bawiliśmy się w dom i przebierałam Pawła za babcię, wpychając mu pod chustkę watę, by był siwy. Miałam wrażenie, że profesorowi nie bardzo w smak fakt, że robię z jego syna starą babę, ale… nic nie mówił. Wiedział, że dzieciństwo ma swoje prawa. Pewnie dlatego niespecjalnie reagował na „rozbijany” na podłodze w pokoiku namiot, przywiązywany zresztą do mebli. Ani na leżenie na podłodze w czasie zabaw, co nagminnie krytykowali inni rodzice, jakby nie rozumiejąc, że to na podłodze jest najwięcej miejsca. Dziś przypomniałam sobie też jego głos, jakim odbierał telefon:

- Paweł! Panna Piekarska do ciebie.

I ten, którym referował nam historię powstań narodowych. Kiedy opowiadał, że po styczniowym nastąpiły otwarte mordy, a my śmialiśmy się z dwuznaczności tego stwierdzenia. Cóż… mord i morda w niektórych przypadkach brzmią tak samo.

Myślę, że dziś skończyła się pewna epoka. Przynajmniej dla mnie. Skończyła się nie tylko dlatego, że odchodzi na wieczną wartę „pokolenie Kolumbów”, do którego Profesor (rocznik 1923) niewątpliwie należał. Skończyła się też dlatego, że wraz z Profesorem przeminął kolejny, bardzo znaczny fragment mojego dzieciństwa. Ten żoliborski, ten inteligencki, ten książkowy i historyczny. Został, jak wiele innych rzeczy, tylko w mojej pamięci. Kiedyś też umrze. Wraz ze mną.

Żydówka honoris causa

Dziś 70-ta rocznica Powstania w Getcie, a ja, jako tzw. „Żyd honoris causa”, tkwię na reporterskim posterunku. To nie pierwszy taki mój dzień, kiedy zajmuję się sprawami Żydów. I nie pierwszy raz, kiedy przez głowę przelatują mi tysiące myśli.

8 marca pojechałam na zdjęcia z okazji rocznicy wydarzeń marcowych na UW. Kwiaty przed tablicą, przemówienia i wspomnienia. Wydawca z TVP Info zamówił sobie jeszcze odpowiedź na pytanie: „czy to, o co walczyliście udało się wywalczyć, czy nadal nie”. Na to pytanie odpowiadał mi pan Maciej Włodek, uczestnik marca’68. Odpowiedź była krotka. „Nie wszystko.” Co dokładnie? „Nadal jest w Polsce antysemityzm.” Gdy wróciłam z nagraniem do redakcji, napisałam tekst i wysłałam wydawczyni, to usłyszałam, że ta wypowiedź to jakaś przesada. Od słowa do słowa zaczęłyśmy rozmawiać. I co się okazało? Koleżanka nie czyta komentarzy pod artykułami na portalach internetowych. Nie zagląda do „Gazety Warszawskiej”, która leży na stole, bo przecież w redakcji staramy się czytać wszystko. No i nie jeździ na wieś na rozmowy z ludźmi. Nie wie więc, jak to wygląda. Ja niestety wiem. Nawet nie dlatego, że staram się zaglądać do wszystkich gazet, choć niektóre napawają mnie obrzydzeniem. Nawet nie dlatego, że czasem, choć rzadko zaglądam w komentarze, ale przede wszystkim dlatego, że czytam listy do siebie. Ilekroć napiszę coś kontrowersyjnego, z czym czytelnik się nie zgadza, wtedy dostaję listy o antysemickiej treści. Koleżance, by udowodnić, że antysemityzm istnieje wydrukowałam z sieci trzy (pierwsze z brzegu) komentarze pod trzema różnymi artykułami na trzech różnych portalach. Straszne komentarze. Nie chcę ich cytować, bo są tak ohydne, choć… może powinnam? Może trzeba pokazać, że ten antysemityzm istnieje i czai się w słowach: „trzeba powtórzyć marzec 68 i wygnać te wszy z kraju” albo „dla was getto i za mało żydowska hołoto”.  To jednak wbrew pozorom to łagodne oblicze.

Antysemityzm istnieje. Skąd się wziął? Teorie są różne. Najczęściej przejawia się taka, że w momentach kryzysu społeczeństwo szuka wrogów wśród tych, których nie rozumie. Żydzi przez lata byli taką grupą. Odrębny język i odrębna religia. Można wiec poszukać kija, by w nich uderzyć. Antysemityzm wynosi się z domu. Większość ludzi nie zna dogłębnie historii. Często powtarzają zasłyszane „prawdy” bez właściwego ich zrozumienia. Tekst o tym, że Żydów interesują tylko pieniądze zawsze mnie bawi. Co za historyczna ignorancja! Wątpię czy zmieni ją Muzeum Historii Żydów Polskich. Żydzi przez lata zajmowali się finansami nie dlatego, że chcieli. Zajmowali się, bo tylko to wolno im było robić! Jeszcze we wczesnym średniowieczu w Polsce Żydzi trudnili się głównie handlem i rzemiosłem, rywalizując z mieszczanami. Potem w drugiej połowie XIV wieku byli eliminowani z rzemiosła. Do zajęcia się bankowością zostali zmuszeni. Podobnie, jak do pożyczania na procent, które to pożyczki uznano za niechrześcijańskie!

Mnie też wkurza, że w Izraelu mówi się młodzieży, że w Polsce czekają na nich polscy nacjonaliści i antysemici. Film „Zniesławienie” zrobiony przez Izraelskiego reportera Yoava Samira zrobił na mnie piorunujące wrażenie, o czym tu zresztą w swoim czasie pisałam. Wkurza mnie, że skrytykowano Bożenę Dykiel za to, ze powiedziała, że TVN „pożydził”, czyli poskąpił. Przecież to słowo, które było latami w języku polskim. Może i jest niepoprawne politycznie, ale… czy powinno aż tak oburzać? Zwłaszcza, gdy jednocześnie dopuszczalne jest, i nikt nie protestuje, używanie słowa „ocyganił”, czyli oszukał i „oszwabił”, czyli okradł. Tego ostatniego słowa (dzień po „pożydził”, które to słowo padło z ust  Bożeny Dykiel) publicznie użył Minister Michał Boni, gdy na Mazowszu spotykał się w pewnej wsi z mieszkańcami przy okazji cyfryzacji telewizji. Jednak na określenia „ocyganił” czy „oszwabił” nikt nie oburza i nikt nie protestuje.

Uważam, że powinno się mówić i o pogromach Żydów i o działalności Żegoty. Walczyć z Polskimi obozami śmierci, podkreślać ilu Polaków ma medal Yad Vashem, ale nie zapominać o tym, że byli tacy, którzy cieszyli się, ze Hitler rozwiązuje sprawę żydowską. Powinno się mówić o wszystkich trudnych sprawach i mierzyć się z nimi. Reakcja na „Pokłosie” oskarżanie, że film jest antypolski i obrażanie Macieja Stuhra, pokazuje, że nadal nie zauważamy, że to co w filmie pokazane jest historią o tym co jeden Polak zrobił drugiemu Polakowi! Różniła ich tylko religia. Tylko lub aż.

Ludzi dzielę na mądrych i głupich oraz na dobrych i złych. Choć w każdym człowieku jest dobro i zło, a cały sęk w tym, co w nim w końcu zwycięża. Nie dzielę według koloru skóry, rasy, religii czy wykształcenia. Na szyi chętnie noszę złoty medalik od chrztu (pamiątka rodzinna, bo Władysław Piekarski przyrodni brat pradziadka Ludwika Piekarskiego miał sklep z dewocjonaliami), na którym widnieje Matka Boska, a obok wieszam złotą gwiazdę Dawida. Równie chętnie powiesiłabym i półksiężyc na znak, że solidaryzuję się ze wszystkimi religiami, a jednocześnie chcę ich wyznawcom uświadomić, że wszystkie monoteistyczne religie mówią o jednym: o miłości bliźniego i szacunku do drugiego człowieka. Żadna nie namawia do nienawiści. Z powodu tej gwiazdy Dawida na szyi często jestem brana za… obrazoburcę! Jak można taki symbol obok Matki Boskiej? A ja tylko chcę uświadomić polskim katolikom, że Jezus, którego wyznają był Żydem, a jego matka Żydówką. Za często zdają się o tym zapominać, głosząc teorie, że prawdziwy Polak to tylko katolik. No i odmawiają tym samym prawa do bycia i czucia się Polakiem Bolesławowi Leśmianowi, Marianowi Hemarowi, Julianowi Tuwimowi, Janowi Brzechwie i wielu, wielu innym. Ostatnio czytałam, że Michał Piróg odkrył korzenie żydowskie i gdy się do nich przyznał, kazano mu „wypierdalać do Izraela”.

Czasami noszę również srebrny kolczyk z Gwiazdą Dawida (zawsze w uchu mam tylko jeden, bo mam przekłute tylko jedno ucho). Kupił mi go Ulubiony na jarmarku podczas festiwalu Singera. Na berlińskim wernisażu „Miejsce akcji: Warszawa”, gdzie prezentowany jest mój portret i akurat sportretowano mnie w tym kolczyku, jeden pan dopytywał, czy nie jestem Żydówką. Bardzo ten kolczyk przeżywał. Że taki symbol bez skrępowania noszę w uchu! Dlaczego? Trochę mnie to rozbawiło. Czy podobnie by przeżywał krzyżyk? Posądzeń o bycie Żydówką z reguły nie prostuję, bo nie uważam tego za obrazę, ale prawda jest taka, że nie mam żydowskich korzeni. Znam swoich antenatów w niektórych gałęziach od XV wieku. Nie znalazłam Srula ani Moszka. No chyba, że któryś z przodków nie był dzieckiem swojego ojca, bo jego mama się z kimś puściła. Jednak takich informacji też nie posiadam. Jestem jedynie „Żydem honoris causa”, czyli interesuję się kulturą żydowską i historią żydowskiego narodu. Chodzę do muzeów, odwiedzam kirkuty, zwiedzam synagogi. Czasem żałuję, że tej kropli żydowskiej krwi nie znalazłam, bo w świetle tego, jacy są niektózy Polacy myślę, że gdybym była Żydówką byłoby mi rzecz jasna przykro, że w kraju, który kocham i uważam za swój mają mnie za wroga, którego trzeba zniszczyć. Ale z dwojga złego wolę uczucie przykrości od uczucia wstydu. Niestety nie będąc Żydówką muszę się wstydzić za niektórych swoich rodaków. I wstydzę się, że szukają w każdym Żyda, bo bycie Żydem uważają za coś złego.

Dziś w Polsce wyrasta nowa grupa odrębna etnicznie, kulturowo i religijnie. To Wietnamczycy i Koreańczycy, czyli jednym słowem Azjaci. Słabo znają polski – jak niegdyś polscy Żydzi, Nie są chrześcijanami – jak Żydzi. Zajmują się handlem, bo do tego są dopuszczani (w końcu przecież język kupiecki jest językiem międzynarodowym) – jak niegdyś Żydzi. Czy za 500 lat też będą a Polsce pogromy Azjatów? Oby nie! Ale tego pewnym być nie można. Bo jutro dla jednych na szczęście, dla drugich niestety – jest niewiadome.

PS O premierze „Żywie Biełaruś” nie napiszę, bo absurdów nie było. Zapraszam do kina. Warto! Z Ulubionego jestem dumna. Natomiast… przy okazji czytania pierwszych recenzji filmu natrafiłam w sieci na stronę, na której napisano: „syjoniści zrobili film o Białorusi”. W świetle tego mojego wpisu – pozostawię rzecz bez komentarza.

Mur, czyli smutne twarze dzieci Honeckera

W Berlinie byłam tylko raz. Dwadzieścia lat temu pojechałam z przyjaciółmi ze studiów do Dahlem Muzeum na wielką wystawę Rembrandta. Wtedy w muzeum spędziliśmy cały dzień, a przez miasto przebiegliśmy jak burza. W drodze powrotnej zostałam okradziona. Straciłam między innymi pożyczony aparat fotograficzny. Mam więc tylko kilka zdjęć z tamtej podróży. Najbardziej opłakiwałam jednak katalog z wystawy. Teraz pojechałam do Berlina drugi raz. Chciałam wesprzeć autorkę portretów pisarzy warszawskich – Katarzynę Betlińską. Jej wystawa zatytułowana „Miejsce akcji: Warszawa” była pokazywana w Galerii Na kole, którą prowadzi Polak Stefan Fiszbach. Wśród portretów jest też mój. Portret dość osobliwy, bo jestem na nim strasznie poważna, ale nie o to chodzi.

Przy okazji postanowiłam zwiedzić miasto. Niestety Ulubiony miał chorą nogę, a ja z kolei zapalenie spojówki w jednym oku, więc nic nie odbyło się to wszystko tak, jak planowaliśmy, ale… tzw. „małe conieco” zobaczyliśmy, a wszystko dzięki mojemu siostrzeńcowi. Największe wrażenie zrobił ocalały fragment muru. (Może dlatego, że pozostałe zabytki znałam z poprzedniej wizyty i ze studiów, a do muzeów wejść nie daliśmy rady, bo kolejki na minimum dwie godziny stania.) Wtedy, gdy byłam w Berlinie pierwszy raz, muru już wprawdzie nie było, ale Muzeum Muru Berlińskiego jeszcze nie powstało. Teraz zorganizowano wszystko tak, by każdy zwiedzający miasto mógł sobie wyobrazić to, jak było tu za czasów reżimu Ericha Honeckera.

Powiem jedno: musiało być strasznie. Choć widziałam filmy i sporo na ten temat czytałam, bo o murze berlińskim napisano tomy, to jednak nadal przeciętny człowiek wyobraża sobie, że berliński mur to jeden murek. Prawda jest inna. Mury były dwa. Jeden od strony wschodniej, a drugi od zachodniej. Pomiędzy nimi zaminowany pas ziemi. Blisko wschodniej dzielnicy drut kolczasty, którego dotknięcie uruchamiało alarm na wieży strażniczej. Jednak ucieczki i tak się zdarzały. Najlepszy sposób to była ucieczka z dwoma drabinami. Wszystko po to, by nie dotknąć drutu podłączonego do alarmu. Potem pozostawało pole minowe. Przebiegano przez nie ryzykując życie. Przez 28 lat uciekło ponad 5 tysięcy ludzi, z czego prawie trzysta przypłaciło to życiem. Wśród nich wiele dzieci. Zdjęcia niektórych można zobaczyć na specjalnej ścianie. Na specjalnie wydzielonym terenie można też zobaczyć fundamenty domów, w których w ciągu jednej nocy zamurowano drzwi (ich mieszkańcy skakali z okien na zachodnią stronę). Potem zamurowano okna. Następnie z tych domów ludzi wysiedlono, a domy wyburzono. Dziś można zobaczyć tylko ich fotografie, no i smutne fundamenty.

Za murem po wschodniej stronie jest cmentarz. Ci z zachodniego odwiedzali go w asyście żołnierzy z bronią. W ciągu jednego dnia zamknięto niektóre stacje metra i tak pociąg jadący z jednego końca Berlina Zachodniego na drugi, a przejeżdżający przez Berlin Wschodni, mijał stacje widma.

Co jest niesamowitego. Z Checkpoint Charlie, czyli miejsca, w którym w 1961 roku doszło do próby sil wschodu i zachodu, bo to tu naprzeciw dziesięciu amerykańskich czołgów stanęły czołgi sowieckie, pokazując tym samym kto rządzi w Berlinie Wschodnim, zrobiono miejsce wycieczkowe. Podobnie z samym murem berlińskim. Powstało Muzeum Muru Berlińskiego, czyli kolejne miejsce, które odwiedzają turyści. Nie udało mi się ustalić, kogo zwykli Niemcy winią za to, że powstał. Logika nakazuje, by jednak… reżim NRD-owski. W końcu jedni Niemcy drugim Niemcom zgotowali taki, a nie inny los. Na reżim sowiecki godzili się w zamian za fragment władzy. Paradoksalnie zachód też to zaakceptował.

W Berlinie do dziś widać różnice między częściami wschodnią a zachodnią. Nie tylko w architekturze. Wschodni Berlin, który miał więcej zabytków, reżim NRD upstrzył masą ohydnych bloków. Te różnice bardziej widać w twarzach ludzi. Zwłaszcza tych w moim wieku i starszych. Naprawdę. Po twarzach często widać, kto pochodzi z NRD a kto z RFN. W tych pierwszych jest jakiś smutek i przygnębienie. I tak myślę… u nas granice rozbiorowe widać mimo zbliżającej się setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Pod zaborami byliśmy 123 lata. Jak długo będzie widać różnice między NRD a RFN? Miedzy Berlinem Zachodnim a Wschodnim? Oczywiście czas pokaże, ale moje pokolenie chyba tego nie doczeka.

Gdy jako dziecko zbierałam znaczki, często układając je w klaserze pytałam tatę czemu są dwa kraje niemieckie. Tata cierpliwie tłumaczył ośmiolatce, że podejmujący decyzje uważali, że duże Niemcy mogą zagrozić pokojowi Europy, więc podzielili jedno państwo na dwa kraje. Pytałam, czy to nie jest nienormalne. Tata mówił, że jest i że na pewno kiedyś się zmieni, a wtedy znaczki z napisem DDR będą unikatowe. Jako zapalona filatelistka pytałam kiedy to się wreszcie stanie, bo chciałam, by moje znaczki już stały się unikatowe, ale tata nie umiał mi odpowiedzieć. Cóż… był rok 1975. Potem już o tym nie rozmawialiśmy. Dziś ciekawi mnie czy umiałby, czy też nie umiał odpowiedzieć na pytanie, kiedy znikną różnice między wschodem a zachodem Niemiec. Kiedy ci Niemcy ze wschodu przestaną mieć takie smutne twarze dzieci Honeckera.

Muzeum Muru Berlińskiego.
Widać na nim zdjęcie z czasów budowy muru.
Na górze taras widokowy. Z niego wykonałam zdjęcie, które jest poniżej…

Widok na mur i międzymurze z tarasu widokowego Muzeum Muru Berlińskiego

Twarze…

Fundamenty jednego z domów

Widok z dawnego międzymurza na ścianę z fotografiami i na Berlin Zachodni

Cmentarz – widok od strony Berlina Zachodniego

Mur Berlina Zachodniego od strony ulicy.

Mur Berlina Zachodniego od strony międzymurza.

Ślad na ziemi po nieudanej ucieczce…

Mur od strony Berlina Wschodniego

 Widok na międzymurze od strony Berlina Wschodniego.
Teraz można tam zajrzeć przez szparę.

Checkpoint Charlie

Checkpoint Charlie

Checkpoint Charlie

Alexanderplatz. To coś za moimi plecami stoi między wieżą telewizyjną a pięknym dziewiętnastowiecznym Ratuszem…

 No tego chyba podpisywać nie muszę…