Archiwa tagu: II Wojna Światowa

Najprościej jest nie myśleć

Śpiewał kiedyś zespół „Dezerter”. Piosenka dotyczyła bezmyślnego odbierania telewizyjnej papki. Papka jest dziś jednak wszędzie. Nie tylko w telewizji. Także, a może przede wszystkim, w internecie, gdzie wszyscy piszą, a coraz mniej osób czyta. A jeśli już – to bez zrozumienia. Oj! Dobrze wbiłam sobie do głowy zdanie z jednego listu czytelnika do mnie „zacząłem czytać, co pani napisała, widzę, że wena była, bo tyle tego, ale czytać mi się nie chciało, napiszę jednak, co myślę”… I właśnie tak większość komentuje rzeczywistość nie czytając wnikliwie, o co chodzi. Powielane są więc stereotypy, powtarzane dalej wyrwane z kontekstu zdania z nagłówków, które przecież nie zawsze oddają sens artykułu i tym podobne rzeczy. Kalumnia przeważnie znajduje się na pierwszej stronie. Przeprosiny na ostatniej. W społecznej świadomości pozostaje tylko kalumnia.

Od kilku lat obserwuję jakąś manię grzebania w życiorysach przodków znanych ludzi i wygrzebywania z tych życiorysów samych negatywnych zachowań. Paradoksalnie z tą sama lubością omija się skrzętnie lub wspomina o tym rzadko, że ktoś znany jest np. potomkiem kogoś zacnego. Zauważam, że łatwiej, a co za tym idzie pewnie milej napisać, że to syn „Żydokomucha” (bardzo ostatnio popularne słowo wypowiadane w formie inwektywy) albo „Ubeka” niż np. reformatora, wybitnego ekonomisty, socjologa, historyka itd. Nie chcę pisać o konkretnych osobach, którym prześwietlono rodziców, dziadków itd. Ani o tych, których związki z wielkimi przodkami się pomija. Dotyczy to bowiem ludzi znajdujących się na świeczniku po różnych stronach politycznej barykady, a ja nie chcę być kojarzona z żadną polityczną opcją.

Wspominałam już o tym, że od zawsze się interesuję, (a od niedawna publikuję rzeczy, które tego dotyczą) historią moich przodków. Poznawanie historii własnej rodziny zawsze uczy pokory. Przecież od małego wszyscy chcemy być dziećmi bohaterów, herosów itd. Chcemy pochwalić się w przedszkolu, że dziadek ma medal, że jest żołnierzem, że jest kimś! Nikt nie chce być potomkiem zdrajcy, tchórza czy łajdaka. Dlatego, gdy jakiś wstydliwy przodek istnieje, często przed dziećmi ukrywa się takie fakty. Wprawdzie dzieci i tak potem się dowiadują tego, co chcemy ukryć, ale to potem. I tylko przykrość jest, gdy dowiadują się od obcych i w sposób, który może je zranić.

Każdy człowiek to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej… Im bardziej w głąb własnej historii wchodzimy, tym więcej postaci do prześwietlenia i tym samym wzrasta ryzyko wygrzebania jakiejś informacji, która nie do końca może nam pasować do wyidealizowanego obrazu przodka.

Mój dziadek inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji Ludwik Piekarski używał herbu Rola. W domu zachowała się jego pieczęć do laku, zegarek z herbem, a także plakaty, z których wynika, że wygłaszał odczyty, jako „Ludwik Rola-Piekarski”. Czy miał do tego herbu prawo? Poznawszy historię rodziny jego żony Zofii Konstancji Ruszczykowskiej, a także jego przodków, mam poważne wątpliwości. Być może ze snobizmu i kompleksów, w jakie prawdopodobnie wpędziły go korzenie rodziny żony, pieczętującej się herbem Brochwicz, na co jest dokument, sam sobie ten herb Rola wynalazł w jakimś herbarzu? Na razie nic nie jest przesądzone. Może po prostu czegoś jeszcze nie znalazłam? Wiem, że jego dziadek Paweł Piekarski był uczestnikiem Powstania Listopadowego, bo jest na to dokument. Słowa w nim nie ma o herbie czy szlacheckim tytule. Za to w innych dokumentach jest informacja, że był… kowalem, więc?

Z drugiej strony ojciec i dziadek wspomnianej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej podpisali… lojalkę wobec cara, bo czym był wpis do Heroldii Królestwa Polskiego po 1831 roku? Kto chciał szlachectwo zachować, musiał się przed zaborcą ukorzyć i jeszcze za dokument zapłacić. Oni to zrobili.
Kto z nich jest więcej wart? Praprapradziadek Paweł Piekarski kowal i Powstaniec Listopadowy czy praprapradziadek Julian Antoni Ruszczykowski biegnący do Cara po potwierdzenie pieczętowania się herbem Brochwicz?

Był też w rodzinie Eligiusz Niewiadomski. Mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej stryjeczna siostra Natalia Gorczycka wyszła za mąż za niejakiego Jana de Tilly i miała z nim dwie córki. Jedna z nich – Marysia – została żoną Eligiusza. 

Maria i Waleria de Tilly
siostrzenice mojej praprababci
Stanisławy Anny Sabiny
z Gorczyckich Ruszczykowskiej

Środowiska endeckie zakrzykną teraz, że to cudowny powinowaty, bo zabił Gabriela Narutowicza. Środowiska o odmiennych poglądach mogą zawołać hańba! Toż to morderca! Bo w tym przypadku ocena jest sprawą poglądów politycznych. Mnie na szczęście zostaje jeszcze spojrzenie absolwentki historii sztuki, która wnikliwie przeczytała w swoim czasie książkę autorstwa powinowatego „Malarstwo polskie XIX i XX w” i stwierdza, że pisał świetnie! Szkoda, że talent zmarnował na takie rzeczy jak politykowanie. To się jak widać zawsze źle kończy.

Dziś rozmawiałam z jednym znanym literatem i gdy powiedziałam, że w każdej rodzinie znajdzie się np. samobójca, wariat lub pijak usłyszałam, że samobójstwo to nic złego. Że to nawet bohaterstwo! Cóż… wszystko zależy od okoliczności samobójstwa. Samobójstwo w więzieniu, gdy jest się poddawanym torturom i człowiek się zabija, by ze strachu przed bólem nie wsypać współtowarzyszy – na pewno jest bohaterstwem. Co jednak z samobójstwem na skutek przedawkowania narkotyków czy alkoholu? Co ze śmiercią z przepicia? A tak zmarł np. wnuk siostry mojej prababci – świetnie zapowiadający się muzyk, który udusił się własnymi rzygami. (Imienia i nazwiska nie wymienię, bo żyje jego córka i może sobie tego nie życzyć.) W kulturze muzułmańskiej, gdzie mamy samobójstwa zamachowców, czy w japońskiej, gdzie byli kamikaze lotnicy śmierci – akt samounicestwienia jest postrzegany jeszcze inaczej. Ale w kulturze chrześcijańskiej uważany jest za grzech ciężki. Zostawmy jednak samobójstwa na boku.

Gdy spojrzymy na historię szerzej, gdy poczytamy wspomnienia różnych ludzi, zwłaszcza pisane sto czy dwieście lat temu, dowiemy się z nich o różnych zachowaniach, które dziś ocenimy zapewne inaczej niż im współcześni. Pisałam kiedyś tutaj o „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma. Niesamowity opis obyczajów i zachowań ludzi z drugiej połowy XIX wieku. Wiele rzeczy w tym pamiętniku mną wstrząsnęło. Zwłaszcza… opis tego, co robili ludzie, gdy umierał ktoś z rodziny. Było to opisywane tak, jakby było to coś zupełnie normalnego… Otóż bywało, że zanim zmarły ostygł, wpadali do jego domu krewni i ogołacali meble z kosztowności, ubrań, pościeli, książek i bibelotów. Spieszyli się, by zdążyć przed otwarciem testamentu. A potem wmawiać notariuszowi i reszcie potencjalnych spadkobierców, że tej ruchomości, która w testamencie jest wymieniona, już zmarły nie posiadał.
Ostatnio przed spotkaniem opłatkowym w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich rozmawiałam z jedną z literatek o starości. Powiedziała mi, że zażyczyła sobie na gwiazdkę na DVD serial „Królowa Bona” i jest świeżo po obejrzeniu całości. Ostatni odcinek, gdy stara, schorowana Bona w Bari zostaje otruta, umiera, a służący ściągają z niej biżuterię, a nawet kołdrę wstrząsnął nią. Pamiętam i ja ten odcinek i całą sprawę królowej Bony. Oj zmieniła nam się obyczajowość. Jakże zmieniło się też nasze spojrzenie na Bonę, której nienawidzili współcześni jej możnowładcy i mówili o niej tak straszne rzeczy, że na starość uciekła z Polski do swojego Bari. Dopiero dziś my i współcześni nam historycy doceniają, jaką była królową i ile zrobiła dla Polski. Ale też jakże dziś inaczej podchodzimy do śmierci? Dziś, o czym już kiedyś tu pisałam, brzydzimy się trupa. Ponadto dwie wojny światowej i masowe odzieranie trupów z kosztowności przez Niemców w Gettach sprawiło, że brzydzimy się takim zachowaniem. Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasi przodkowie 150 lat temu nie zdzierali pierścionków umierającym swoim babkom? W czym to zachowanie jest lepsze od donoszenia na sąsiada? We wspomnianym przeze mnie „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” sporo zresztą jest o donosach i denuncjacjach po Powstaniu Styczniowym. Kto donosił na polskich patriotów? Nie napiszę – jak zwykle odsyłam do książki. Informacja może być bowiem szokiem.

A propos patriotyzmu. Moja cioteczna babka Stefania Ruszczykowska-Krosnowska (powstańczy pseudonim „Stefa”) – wielka patriotka, a także bohaterka, żołnierz Armii Krajowej o pięknej historycznej karcie, harcerka, sanitariuszka i łączniczka w powstańczym szpitalu na Długiej, więzień Fordonu, a z przekonań zagorzała endeczka. Gdy siedziała w więzieniu, żeby ją złamać UB zabiło jej matkę. Niby zwykły wypadek samochodowy. Oto na mało ruchliwej ulicy staruszkę rozjeżdża samochód. Sprawców nigdy nie ujęto. U mnie w sekretarzyku leży mała różowa karteczka – decyzja o umorzeniu śledztwa, a także rozbite okulary, które wtedy spadły jej z twarzy. Jej córka, a moja wspomniana już stryjeczno-cioteczna babka, do której mówiłam „ciociu” i którą naprawdę bardzo kochałam, była osobą niezwykle barwną i nie jednowymiarową. W czasie pielgrzymek papieskich przychodziła do nas na transmisje mszy i klęczała przed telewizorem. Na dźwięk nazwiska Piłsudski wybuchała pełnym pogardy śmiechem, w którym mieszała się złość z obrzydzeniem. Na cześć swojego wuja Eligiusza Niewiadomskiego wzięła sobie od bierzmowania imię Eligia. Zawsze mnie to trochę bawiło, bo jednak zabójstwo jest sprzeczne z Dekalogiem, a więc osoba, która dokonała takiego czynu niekoniecznie powinna być brana, jako chrześcijański patron, nawet, jeśli przy bierzmowaniu mówi, że chodzi o św. Eligię. Ciotka jednak zawsze była troszkę „dziwaczką”. Jej mama, (ta zabita przez samochód) która wyszła za rodzonego brata mojej prababci Stanisława Ruszczykowskiego, była z domu Skrzynecka. Podobno „z tych Skrzyneckich”, czyli od generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Czy rzeczywiście była z nim spokrewniona? Na razie nie wiem, choć mam nadzieję, że pewnego dnia to zbadam. Wiem natomiast, że w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badan historyków wynika, że generał noszący takie samo nazwisko, jak jej matka, nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Obserwując dzisiejsze grzebanie w życiorysach przodków różnych znanych ludzi, mam takie nieodparte wrażenie, że najczęściej robią to ci, którzy swoich przodków w ogóle nie znają. (Gdy od jednego z kolegów, lubujących się w wytykaniu nieprawych antenatów, żartobliwe zażądałam podania nazwisk prababek zgodnie z dewizą Wańkowicza „nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu” przyznał ze skruchą, że nie zna żadnego, a o jednej wie tylko, że była prawdopodobnie Włoszką.) Cóż, często nieznajomość przodków może wynikać z tego, że nie ma po nich śladu w annałach, bo… na światło dzienne wypłynęli dopiero dziadkowie, jako pierwsi, którzy nauczyli się czytać i pisać. Nic w tym zresztą złego. Każdego historia gdzieś się musi zacząć. Nigdzie nie jest powiedziane, że lepszych ludzi zaczęła się dawniej. Paradoksalnie jednak jakoś ci, z krótką historią często najwyraźniej myślą, że ta ich niewiedza dotycząca przeszłości własnych genów pozwala im na bardzo swobodne piętnowanie przeszłości genów innych osób i ich przodków. I robią to bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Przykre.

Jest też oczywiście sprawa statusu przodka. Pamiętam, jak kiedyś pewien znajomy z dumą podkreślał, że jego ojcu nikt nie kazał zapisywać się do partii, by dostać lepszą pracę czy stanowisko. Kim był ojciec? Hydraulikiem! Cóż… to bardzo potrzebny zawód. Gdyby nie hydraulicy wielokrotnie tonęłabym w gównach. A i wspomniany pradziadek Ludwik inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji oraz jego syn, a mój dziadek Bronisław również inżynier wodociągowiec „zęby na gównach zżarli”. Tak więc chwała hydraulikom! Jednak faktem jest, że wyborów czy podpisać, czy nie podpisać jakiś dokument, nie musieli dokonywać urodzeni pod koniec lat 40-tych czy w latach 50-tych zwykli robotnicy, którzy w ciszy i spokoju chcieli przeżyć od pierwszego do pierwszego. Rzecz dotyczyła trochę innych środowisk i trochę innych robotników.

Nie mamy kompletnie wpływu na to, kim byli nasi antenaci. Mamy jedynie wpływ na to, kim my będziemy bądź jesteśmy i jakiś na to, kim będą nasze dzieci, ale też tego ostatniego wpływu nie przeceniajmy. O wielu rzeczach decyduje przecież nie tylko wychowanie, ale i środowisko, w jakim przychodzi człowiekowi wyrastać.

Dezerter śpiewał, że „najprościej jest nie myśleć”, a ja myślę, choć to takie trudne, że z wydarzeń ostatnich lat wynika, że najprościej byłoby nic nie robić. Tylko wtedy nasi nieżyjący już przodkowie, których nie możemy spytać o przyczyny takich czy innych zachowań, mogą mieć święty spokój. Niestety trzeba jeszcze gdzieś mieszkać i coś jeść, a bez pracy nie ma kołaczy. Nawet najlichszych. Na dodatek samobójstwo jest grzechem, a pogrzeb kosztuje. Kim być? Jak żyć? I z czego?

„Samą Polską gęby nie nasycisz! A siać i orać trzeba!” powiedział stary Czereśniak do kwaterującego u niego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, gdy tłumaczył się, czemu zdrowego syna trzyma w domu, a nie śle na front. Oj bardzo to jest niepoprawny politycznie film ci „Czterej pancerni i pies”. Bardzo! Takie herezje w nim wygłaszano! Normalnie dno!

Bez patosu i bez rozgłosu

materiały promocyjne dystrybutora

Był sobie dzieciak

Jak opowiadać o Powstaniu Warszawskim bez patosu, zadęcia, bogoojczyźnianej tandety, przesady i masy zbędnych słów? Jak opowiadać o czymś co stało się częścią kultury masowej? W końcu tak z Powstaniem jest. Mamy rekonstrukcje, muzeum w iście amerykańskim stylu i gry związane z Powstaniem. Budząc emocje wśród historyków i zwykłych zjadaczy chleba Powstanie Warszawskie stało się bardzo trudnym tematem dla filmowców, choć na pewno łakomym kąskiem. Na „Był sobie dzieciak” Leszka Wosiewicza z podtytułami „To się nie śniło. To jeszcze trwa.” szłam do kina z rezerwą i… przyznaje, że dawno nie widziałam tak dobrego polskiego filmu. Tak kameralnego. Tak nieprzegadanego. Tak dobrze zagranego, wyreżyserowanego i nakręconego. Z taką współczesna muzyką wplecioną w niewspółczesny film i pasującą do niego. No… może narrator mnie raził, ale właściwie nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego, że opowiadał rzeczy, które ja znam. A przecież na film może przyjść ktoś, kto podobnie jak poseł SLD Dariusz Joński myśli, że Powstanie Warszawskie wybuchło w roku 1988 i doprowadziło do wprowadzenia rok później stanu wojennego!

Bohaterem jest „niedorobiony” maturzysta Marek, czyli jeszcze „Dzieciak” – zagrany przez Rafała Fudaleja. Dobrany świetnie zarówno pod względem urody – dość dziecinnej, jak i aktorskich możliwości. Zafascynowany jest dojrzałą kobietą, którą zagrała świetnie Magdalena Cielecka – ponętna i budząca emocje. Co zrobi „Dzieciak”, gdy okaże się, że kobieta, która zrobiła na nim takie wrażenie jednak jest Folksdojczką? Co zrobi, gdy okaże się, że jej syn jest… Zawiszakiem? Film o trudnych wyborach. O tym, że czarne nigdy nie jest kruczoczarne, a białe nigdy nie jest śnieżnobiałe. Film o tym, o czym ja często mówię w rozmowach ze znajomymi. Nigdy nie wiemy, jak kto się zachowa w chwili zagrożenia. Każdy chciałby być bohaterem. Ale czy nim będzie?

Tu nawet czarne charaktery są bardziej tragiczne niż zazwyczaj. Oprawcy z grupy Dirlewangera sprawiają, że widz zadaje sobie pytanie: kim właściwie byli ci, których rzucono do walki z naszymi chłopakami. Od razu bandytami? Czy może to wojna w nich wyzwoliła bestię?

W filmie wykorzystano autentyczne zdjęcia z kronik powstańczych, które przemieszano z dokręconymi dla potrzeb filmu. Zrobiono to tak po mistrzowsku, że momentami widz już sam nie wie, które są archiwalne, a które kręcone teraz. I podobnie, jak twórcy filmu ma wrażenie, że wszystko to, co widzi na ekranie wcale się nie śniło, ale jeszcze cały czas trwa.

Oczywiście po obejrzeniu filmu czuję też niedosyt, który wynika zapewne z prostego faktu, że to film o drobnym wycinku czegoś, co trwało 63 dni i na temat czego sporo wiem. Ale akurat taki fragment i takie epizody z Powstania wybrał reżyser. Dzięki temu film ma szanse stać się bardziej uniwersalnym i dotrzeć także do widzów zagranicznych. Film zresztą powstał, jako przeróbka poprzedniego obrazu Wosiewicza „Taniec śmierci”. Sam autor powiedział dziennikarzom, że po kolejnych pokazach poprzedniej wersji filmu, prywatnych i festiwalowych (Szanghaj, Nowy Jork, Chicago, Rochester, Bydgoszcz) zaczęły mu się mnożyć wątpliwości.

„W Rochester podeszła do mnie pewna pani, Żydówka, która miała znajomych Polaków i dlatego przyszła na film. Zapytała: „A gdzie Żydzi, co było z Żydami w tym powstaniu?”. Odpowiedziałem jej, że ostatni obóz zagłady to była Gęsiówka, w Warszawie, na Muranowie. Umieszczeni tam Żydzi z całej Europy mieli m.in. wykopywać kosztowności pochowane w piwnicach przez Żydów spędzonych wcześniej do getta. Na potrzeby wojenne Niemców oczywiście. Ten obóz wyzwolili powstańcy, a prawie wszyscy wyzwoleni przystąpili do powstania. Najlepszym przewodnikiem po kanałach warszawskich był np. Żyd o pseudonimie „Grzegorz”, cały czas w nich siedział, od czasu utworzenia getta… A ta pani: „I co? Nie dało się tego umieścić w filmie?”. Wtedy zrozumiałem, że muszę coś zrobić. Tylko jak? Nie nakręcę dodatkowych scen. Postanowiłem zmienić formułę filmu, z awangardowego eseju ze strumieniem budzących skojarzenia obrazów na przypowieść, która pozwoli mi na swobodne zbieranie faktów, dodanie tego, co potrzeba, wydobycie sensów.” Właśnie tak film zyskał narratora, który głosem Olgierda Łukaszewicza opowiada historię Powstania Warszawskiego.

Kiedy kilka razy głośno i publicznie powiedziałam, że upadek ambitnego kina rozpoczął się od „Gwiezdnych wojen” fani serii po prostu mnie zakrzyczeli. Tymczasem miałam na myśli to, że „Gwiezdne wojny” wprowadziły do kin masowego widza. Wcześniej kino było nastawione na bardziej wymagającego odbiorcę. To od bajeczki George’a Lucasa stało się rozrywką dla mas. Oczywiście nic złego w tym nie ma, ale… jest jedno ważne „ale”. Słupki popularności. Z kinem jest zresztą, jak z gazetami czy muzyką. Skoro pismo „Party życie gwiazd” ma nakład ponad pół miliona, to kto tam będzie liczył się z niespełna piętnastotysięcznym „Mówią Wieki”. Skoro stacji radiowej „Puls” podobno skoczyła słuchalność, od kiedy zaczęła grać disco polo, to kto tam będzie się liczył z RMF Classic. Tak też jest z kinem. Ambitny film zawsze zgromadzi mniej widzów niż rozrywka. Nigdy nie zbierze tez takich recenzji, jak powinien, bo ludzie jednak od kina wymagają by było głównie rozrywką. Recenzja redakcji filmweb świetnie to zresztą pokazuje.

I dlatego przyznam, że się martwię. Czy film zbyt szybko nie zjedzie z ekranów? Wielokrotnie zauważyłam, że tak się dzieje z dobrymi produkcjami nieprzeznaczonymi dla masowego odbiorcy. Tak było z „Żywie Biełaruś”, w którym zresztą zagrał Ulubiony. Znajomi się wybierali i… nie dotarli do kina, bo po tygodniu film Łukaszewicza opuścił multiplexy. Czy dotrą teraz na film Wosiewicza? Na trudny film o niełatwych wyborach? Filmowi nie towarzyszy kampania reklamowa taka, jak przy „Bitwie warszawskiej”. Nie ma tylu plakatów, nie krzyczy do nas ze wszystkich stacji telewizyjnych, radiowych i gazet. Choć tu i ówdzie pojawiają się recenzje czy wywiady z twórcami film jednak wszedł na ekrany niezwykle kameralnie. Premierę miał 1 sierpnia o godzinie W, czyli 17-tej.  Na razie jeszcze jest w kinach.

Ile jest Niemca we współczesnym Niemcu?

Przyznam, że jeszcze przeżywam serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przeżywam tym bardziej, że analizując to, co zostało pokazane i utwierdzając się w przekonaniu, że film naprawdę powstał żeby Niemcy poprawili sobie tym filmem nastrój, zaczynam się zastanawiać ile we współczesnych Niemcach jest… tej czystej niemieckiej krwi. Na ile matki ojcowie współczesnych Niemców rzeczywiście byli Niemcami…

Film nie poruszył wielu kwestii i to ważnych kwestii, o których już pisałam, ale przypomnę tylko: getto i getta w ogóle, powstanie w Getcie Warszawskim, obozy koncentracyjne, Powstanie Warszawskie. Nie poruszył też sprawy… germanizacji dzieci podbitych narodów. Z Polski, Rumunii, Czechosłowacji, Słowenii, Francji, Belgii, Luksemburga i Norwegii wywieziono w głąb III Rzeszy na zniemczenie ponad 250 tysięcy dzieci! Szacuje się, że do swoich ojczyzn po wojnie wróciło nie więcej niż 30 tysięcy z nich.  Najwięcej dzieci wywieziono z Polski. Dane mówią o liczbie od 150 tysięcy do 200 tysięcy. Ponad 50 tysięcy z nich to dzieci Zamojszczyzny.  Pomijam fakt, że te dzieci, których nie uznano za czyste rasowo zostały poddane szeregom eksperymentów medycznych. To wątki, które pojawiały się nawet w powieściach dla młodzieży. Jednym z przykładów jest „Gruby” Aleksandra Minkowskiego. Niejaki Maj – jeden z bohaterów książki nie miał nogi, bo mu ją amputowano w obozie. Najpierw wstrzykiwano jakieś świństwa aż wdała się gangrena „Pamiętam, że doktor aż się ucieszył, gdy zobaczył te rany”. Ten cytat z książki, którą przecież czytałam ponad 30 lat temu mocno wrył mi się w pamięć. W filmie w reżyserii Wojciecha Fiwka chłopiec miał obie kończyny.

Wątek przeprowadzania doświadczeń na dzieciach, który nota bene znalazł się nawet w tasiemcowym hiszpańskim serialu „Internat”, (o którym w swoim czasie pisałam, bo mimo pewnej tandetności wciągnął mnie niemiłosiernie), nie został nawet zarysowany w serialu, który miał rozliczyć Niemców z II wojną światową. Co ze zgermanizowanymi dziećmi? Być może dumni z tego, że ich rodzice nie byli nazistami, bo tak ukazał to film, siedziały przed telewizorami nie mając świadomości, że płynie w nich krew polska, czeska, rumuńska czy jakaś inna.

W 2005 roku IPN umorzył śledztwo w sprawie zniemczania polskich dzieci, bo nie udało się ustalić sprawców. Przecież dwu- czy czterolatek, który nie pamiętał swojego nazwiska tym bardziej nie zapamiętał nazwiska pielęgniarki zmieniającej mu tożsamość. Pokrzywdzonych są teoretycznie setki tysięcy, a w sumie… zaledwie garstka. Przed laty istniało Towarzystwo Dzieci Polskich Zgermanizowanych. W 2005 roku liczyło 62 członków. Tylu z nich żyło i wiedziało, że urodzili się, jako Polacy. Ilu nigdy się tego nie dowiedziało?

na zdjęciu ceremonia „chrztu” dziecka adoptowanego przez niemiecką rodzinę z ośrodka Lebensborn

Przygotowywałam w swoim czasie kilka materiałów dla telewizji o wspomnieniach dzieci z czasów wojny.  Publikowała je Fundacja „Moje wojenne dzieciństwo”. W drugim tomie znalazły się wspomnienia pani Anny Kociuby. Noszą tytuł „Element rasowo wartościowy”. Pozwolę sobie zacytować drobny fragment, bo kiedy przed laty to czytałam, ta historia zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Anna Kociuba została odebrana rodzicom, gdy miała sześć lat, bo pomyślnie przeszła testy rasowe, na które zabierano polskie dzieci w wieku 0-6 lat. Wywieziono ją do Kalisza do jednego z wielu ośrodków Lebensborn. Była to instytucja działająca w strukturach SS, której zadaniem było stworzenie odpowiednich warunków do „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi” poprzez odpowiednią selekcję kobiet i mężczyzn przeznaczonych do rozmnażania w ramach demograficzno-politycznych założeń nazistowskiej polityki rasowej. Ośrodki wybierały też dzieci, ich zdaniem rasowo odpowiednie, spośród dzieci podbitych narodów. Te dzieci poddawano germanizacji. Jednym z takich dzieci była Anna Kociuba. Mama zaszyła jej w płaszczyku kartkę z danymi osobowymi i przykazał nigdy nie rozstawać się z tym płaszczem.

„W Kaliszu byłam kilka miesięcy, nie pamiętam, czy już wtedy nauczyłam się języka niemieckiego, ale myślę, że jeszcze umiałam po polsku i pamiętam, jak się nazywam, choć nazwisko też mi odebrano i nazywałam się odtąd Anna Zachertm – Napisała Anna Kociuba w swoich wspomnieniach opublikowanych w 1999 roku. – Tak więc straciłam swoją tożsamość po raz pierwszy. Potem odesłano mnie do obozu w Oberweis koło Salzburga na terenie Austrii. Było jeszcze gorzej, większa dyscyplina, obowiązywał wyłącznie język niemiecki, panował głód i często stosowano kary cielesne za każde drobne „wykroczenie”. Do samotności i głodu byłam przyzwyczajona, ale strasznie bałam się zamknięcia w piwnicy (lęk przed ciemnością pozostał do dziś) i kar cielesnych, to znaczy bicia, a zwłaszcza tak upokarzającego bicia po twarzy. Czas jednak płynął i w końcu roku 1944 zaczęto dzieci „rozdawać” tym Austriakom, którzy byli chętni do adoptowania polskiego dziecka.
Poszłam na „pierwszy ogień” – pierwsza z dzieci zostałam zabrana z obozu przez bezdzietne małżeństwo mieszkające w Oberweis. Adoptowano mnie, posłano do konfirmacji, nazywałam się teraz Anna Pianek, miałam „mamę” i „tatę” – znów straciłam tożsamość. U tych ludzi miałam namiastkę domu, myślę, że na swój sposób mnie kochali, chcieli tylko wykorzenić ze mnie resztkę polskości, miałam uchodzić za ich rodzoną córkę i tak też wszystkim się przedstawiać. Stopniowo wrastałam w nowe środowisko – nie mówiłam już po polsku i sama już nie wiedziałam, kim tak naprawdę jestem. Stopniowo przeszłość zacierała się, choć jeszcze „po cichu” wspominałam prawdziwych rodziców i tamte przyjaciółki, tu miałam już nowe koleżanki i nie chciałam się od nich odróżnić i być przedmiotem szykan, jako „polski bękart”, czy też „polska świnia”. Byłam przecież zaledwie 8-letnim dzieckiem tak ciężko doświadczonym przez los, łaknącym uczuć miłości i serdecznej przyjaźni innych ludzi (może dlatego przez całe swoje dalsze życie chciałam mieć wielu przyjaciół i zaskarbić sobie życzliwość, bardzo się o to starałam). Do dziś utrata kogoś bliskiego to dla mnie cios w samo serce, dotyczy to nie tylko najbliższych, ale i przyjaciół.
Dzieci sąsiadów nie całkiem jednak traktowały mnie „jak swoją”. Moi przybrani rodzice nie mogli zmienić miejsca zamieszkania, a ich znajomi wiedzieli, że jestem Polką i z tego powodu często nie skąpili mi szyderstw ani obraźliwych epitetów. Czasy były trudne, moim przybranym rodzicom też nie powodziło się dobrze, ale dzielili się tym, co mieli. Tak doczekałam wyzwolenia, o czym oczywiście nie wiedziałam. Słyszałam rozmowy dorosłych i często siedziałam w rowie obok szosy, gdzie przejeżdżały kawalkady amerykańskich dżipów – często rzucali mi słodycze, suchary itp. Łupy te zwykle oddawałam przybranej matce. Pewnego razu taki właśnie dżip zatrzymał się koło naszego domu. Do mieszkania przyszli dwaj polscy oficerowie z chłopcem kilka lat starszym ode mnie o imieniu Olek, którego znałam z obozów w Kaliszu i Oberweis – powiedział tym oficerom, że jestem polskim dzieckiem, bo zapamiętał adres tej rodziny, która mnie adoptowała. Zapytana przez nich, kim jestem, odpowiedziałam zgodnie z żądaniem przybranych rodziców, że jestem ich córką – bałam się, że mogą mnie pobić. Nie rozumiałam już ani jednego słowa w języku polskim. Musieli do mnie mówić po niemiecku. Polacy widzieli moje przerażenie i nie uwierzyli, że jestem prawdziwym dzieckiem tych państwa. Znów przy akompaniamencie łez, rozpaczy i krzyków zostałam zabrana z ich domu. Po raz kolejny straciłam tożsamość – miałam już prawie 9 lat i znów nie wiedziałam, kim jestem.”

Anna wróciła do biologicznych rodziców.

„Wraz z opiekunką i starszym kolegą, który pochodził z Łodzi, etapami wróciłam do wytęsknionego kraju. I znów rozczarowanie i smutek – w Katowicach umieszczono nas w obozie za drutami, gdzie przebywali jeńcy niemieccy, którzy mieli być deportowani do Niemiec. Znów spałam na barłogu, nie było jedzenia, gryzły mnie insekty. Chłopiec był starszy i jakoś udało mu się wrócić szybko do Łodzi. Ja czekałam, żeby ktoś po mnie przyjechał, ale wszyscy zapomnieli o dziecku, plączącym się między jeńcami, głodnym i znów zapłakanym. Byłam spuchnięta od płaczu i straszliwie pogryziona przez pluskwy. Wreszcie po kilku strasznych tygodniach ktoś sobie przypomniał i powiadomił rodziców. Którejś nocy wszedł do baraku, do izby, w której spałam, mój tata – poznałam go, ale bałam się, że on mnie nie pozna po tylu latach i nie zechce zabrać. Krzyczałam –„Tatuś, to ja twoja córeczka, moja mama nazywa się Zosia, moja przyjaciółka nazywa się Terenia”. Tata oczywiście płakał z radości, poznał mnie, mimo że byłam strasznie wynędzniała. Kupił mi w pociągu bułkę z kiełbasą i jej smaku nigdy nie zapomnę, była taka dobra.”

Najbardziej znana jest historia Alojzego Twardeckiego. Urodzony w 1938 roku w Rogoźnie syn polskiego oficera, został w 1942 odebrany matce, przewieziony do sierocińca w Kaliszu, a następnie wywieziony do Berlina i oddany do adopcji niemieckiej rodzinie oficera NSDAP. Był przekonany, ze jest Niemcem. Gdy mając 14 lat dowiedział się, ze jest inaczej przeżył szok. Wiedział, że jest adoptowany. Był jednak przekonany, że jego prawdziwi rodzice byli Niemcami i zostali zamordowani przez Polaków. Jako 15 latek przyjechał do Polski zobaczyć kobietę, która bezczelnie podawała się za jego matkę. Chciał jej prosto w oczy powiedzieć, ze to pomyłka. Przyjechał… Skonfrontował to, co słyszał o Polsce od Niemieckich rodziców z tym, co usłyszał od Polskiej matki. Nie mógł uwierzyć w jej słowa. Kiedy opowiadała mu o prześladowaniach Polaków przez Niemców, o obozach koncentracyjnych i innych okrucieństwach II wojny światowej zaprzeczał powołując się na niemieckie gazety, które pisały o mordach dokonywanych przez Polaków na Niemcach. Jak sam napisał: „Słuchałem historii o heroicznych zmaganiach uczestników Powstania Warszawskiego, o bohaterstwie dzieci Warszawy, o Armii Krajowej, zamachu na Kutscherę i Cafe-Club, o potężnym ruchu partyzanckim… i traciłem poczucie rzeczywistości. Przecież nic o tym nie wiadomo w Niemczech. Polacy nie mają przecież zmysłu organizacyjnego, jak oni to zrobili? Niewiarygodne! A te bzdury o obozach koncentracyjnych! Nikt u nas nie dawał temu wiary i nie tylko u nas. Spotykałem Amerykanów, którzy również twierdzili, że to komunistyczna propaganda. Nawet dziadek i tata podawali takie wiadomości w wątpliwość.”

Jednak Twardecki został w Polsce. Nauczył się Polskiego, który to język wyparto z niego. Nakręcono o nim cztery filmy dokumentalne. Z czego dwa polskie, jeden brytyjski i jeden niemiecki. Napisał tez książkę „Szkoła janczarów” (z niej pochodzi powyższy cytat), w której opisał swoje życie w niemieckiej rodzinie z niemieckim tatą, mamą i dziadkami. Jak sam wspominał niemieccy rodzice byli dla niego cudowni: „Traktowali mnie jak swoje dziecko. Kiedyś w Bawarii jeździliśmy z tatą po wsiach i coś sprzedawaliśmy. Ojciec mówił po bawarsku, ja się nie odzywałem. Brali nas natychmiast za ojca i syna. Byliśmy obydwaj szczęśliwi. – Opowiadał po latach w wywiadzie udzielonym Wysokim Obcasom. – Mama pracowała, jako szefowa działu urlopowego Luftwaffe. Ojciec z zawodu był inżynierem. Był dyrektorem w jakiejś instytucji zajmującej się wydobyciem metali szlachetnych. Mama miała w środy czas kawowy, tzn. podwieczorek dla pań i rozmowy o dzieciach, a tata i inni mężczyźni spotykali się w czwartki. Palili fajkę czy cygara i grali w szachy.
Lubiłem patrzeć, jak ojciec malował obrazy, uczył mnie malować. Czekałem na weekendy, czas, kiedy będę z rodzicami w domu, nie w szkole. Ojciec wtedy malował, a mama grała na pianinie. Kiedyś dostałem od taty na Gwiazdkę zrobiony przez niego własnoręcznie teatrzyk kukiełkowy. 12 kukiełek wykonanych z gazet. Coś pięknego. Nigdy w życiu nie dostałem piękniejszego prezentu.
Dziadkowie mnie rozpieszczali. Siedziałem na kolanach u dziadka, a on opowiadał mi bajki. Mieliśmy ogromny ogród, w którym dziadek hodował róże. Od rana do wieczora pracował w ogrodzie. Dziadek powtarzał często, że cały ten piękny ogród będzie kiedyś mój. Mówił, że jak po jego śmierci nie będę dbał o róże, to on wstanie z grobu i mnie upomni.
Wiedzieliśmy wszyscy, że nie jestem ich prawdziwą rodziną, tylko niemieckim sierotą, ale nikt nie robił z tego powodu tajemnicy. Dziadek czasem nawet żartował: ‚Ciebie to chyba osioł zgubił w galopie’. To nie było złośliwe, tylko zabawne. Babcia podrzucała mi smakołyki i ukrywała przed rodziną moje przewinienia. Miała spiczasty nos i surowy wygląd, ale była ciepłą kobietą. Czułem, że mama bardzo mnie kocha. Codziennie dostawałem buziaka na dobranoc.
Byliśmy prawdziwą rodziną. Niczego mi u nich nie brakowało. Nigdy od nikogo z tej rodziny nie dostałem klapsa. Dzieciństwo w tym domu miałem wspaniałe. Mimo bomb, wojny i strasznej okupacji francuskiej. To, czego nigdy z tego czasu nie zapomnę, to powrót ojca, który służył w artylerii przeciwlotniczej, do domu. Nie mieliśmy w domu od niego przez jakiś czas wieści i myśleliśmy, że zginął w ostatnich dniach wojny.
W tamtym okresie poszedłem z mamą do wróżki. Mama pojechała tam ze mną na przedmieścia Koblencji. Chciała wiedzieć, czy ojciec żyje. Ta wróżka trzymała jakiś klucz nad zdjęciem ojca i powiedziała: ‚Żyje’. Wskazała na mnie i mówi: ‚To jest pani syn? Niemożliwe. On ma matkę, ona żyje. Ona go szuka’. Mama na mnie spojrzała, wiedzieliśmy, że byłem adoptowany. Wróżka: ‚On wróci do swojej matki’. Moja mama była cała w nerwach. Ja: ‚Mama, nie denerwuj się. Nie wrócę do żadnej matki’.”

Twardecki wrócił, ale… ilu nie wróciło? Zdaniem badaczy problemu do Polski nie wróciło około 180 tysięcy polskich dzieci. Nie wiedziały, nie wiedzą i pewnie nigdy się nie dowiedzą, ze ich rodzice byli Polakami. Uwierzyły w to, że są sierotami po niemieckich rodzicach. Być może teraz w kwietniu podczas emisji serialu przez ZDF siedziały wraz ze swoimi dziećmi i wnukami przed telewizorami czując dumę ze swoich wspaniałych rodziców, którzy nie byli nazistami, a walczyli w obronie honoru wielkich Niemiec, choć wcale tego nie chcieli, ale kiedyś tam im kazał zły pan Adolf Hitler.

„Nasze matki, nasi ojcowie” – tytuł serialu mówi, że jego twórcy pokazują historię pokolenia swoich matek i ojców. Czy wszystkich? Czy matki i ojcowie (babcie i dziadkowie) wszystkich współczesnych Niemców byli Niemcami? Oto pytanie, na które nikt nie próbuje odpowiedzieć. Bo grzebanie w przeszłości potrafi odkryć rzeczy, które ludzie lubią trzymać pod dywanem. Bo prawda częstokroć boli.

Profesor Tomasz Szarota po emisji serialu powiedział, że chciałby zobaczyć uczciwy niemiecki film. Ja też bym chciała. Taki film, w którym Niemcy pokażą i getta i obozy koncentracyjne i germanizację dzieci, bo 250 tysięcy ludzi to jest miasto! To dwa razy tyle, ile mieszkańców liczy Płock. To więcej niż Częstochowa czy wojewódzkie miasto Kielce! To dwa razy tyle co Koblencja, w której wychowywał się Alojzy Twardecki.

Tylko, czy społeczeństwo, którego prawie ćwierć miliona przodków zostało ukradzione z innych państw i wykorzeniono z nich ich prawdziwe pochodzenie, jest w stanie taki film zrobić i rzetelnie zmierzyć się z przeszłością?

I tak na sam koniec coś osobistego… Wiem, że czytelnicy bardzo to lubią.

Rzecz działa w dwie strony.  Mam w Berlinie siostrzeńca. Bardzo fajny chłopak. Urodził się Polakiem, ale jest Niemcem. Co się stało? Pod koniec lat 60-tych moja kuzynka (jego matka) wyszła za mąż. Rzecz miała miejsce w Szczecinie, gdzie schronił się przed bezpieką mój wujek – żołnierz Armii Krajowej. Gdy jego córka mówiła mu o narzeczonym – spytał o nazwisko. Podała mu. Brzmiało z niemiecka. Wujek wpadł w szał:
- Ja w partyzantce, w Armii Krajowej byłem i z Niemcami walczyłem, a ty za Niemca chcesz wyjść?
- Tata! On Polak!
Dziewczyna była jednak nieprzejednana i dopięła swego. „Wanda” zechciała Niemca wmawiając światu, a przede wszystkim sobie, że to Polak. Nadeszła pierwsza wigilia nowo poślubionych. Przy stole zebrały się obie rodziny. Wujek spytał się matkę swojego zięcia:
- Przyznaj się. Już jest po ślubie. Przecież nie rozwiedziemy ich. Czy wy jesteście Niemcami?
- My Polaki! – Mówiła teściowa bijąc się w piersi.
Kuzynka urodziła dwóch synów. Minęły lata. Najpierw umarła jej matka, potem ojciec, w między czasie zmarł również teść. Przez nasz kraj przetoczyła się fala strajków, a potem nastały czas kartek na cukier, mięso i wszystko inne. Małżeństwo rozwiodło się. On, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o polskości, wyciągnął dokumenty, którymi udowodnił swoje niemieckie pochodzenie i… wyjechał do kraju przodków, bo tam był dobrobyt. Przy okazji wyszło na jaw, że niemieckie nazwisko, które do tej pory nosił, nie było jego, ale to taki drobny szczegół. Okazało się, że mężczyzna, do którego mówił per „tato”, a synowie per „dziadku” był jedynie mężem matki i usynowił go, jako bodajże kilkumiesięcznego brzdąca. Prawdziwym ojcem był inny pan, choć również Niemiec. Ponoć niezwykle przystojny, ale żonaty i obarczony rodziną żołnierz. Matka poznała go pracując w czasie wojny w kinie w jednym z pomorskich miast. Gdy zaszła w ciążę i urodziła syna znalazł się taki, co zechciał ją z dzieckiem i dał małemu nazwisko. Mąż kuzynki dowiedział się o tym, mając na karku 40tkę. Wykrzyczał matce cały swój ból (człowiek, do którego mówił „tato” miał podobno ciężką rękę i nie oszczędzał chłopaka). Tak zatrzasnąwszy drzwi za Polską wyjechał do Berlina. Jego, jak się okazało, niemiecką matką – opiekowała się moja kuzynka – była synowa. On wziął ze sobą nową polską żonę i starszego z synów. Pięć lat temu przeszedł na emeryturę. Swój niemiecki dorobek sprzedał i… wrócił spędzić starość w Polsce. Jego starszy syn (mój siostrzeniec) mieszka w Berlinie. Odwiedziłam go w kwietniu. Z dokumentów wynika, że jest Niemcem. Ogląda jednak polską telewizję, ożenił się z Polką i w domu mówi po polsku. Jak powiedział, na starość przyjedzie mieszkać w Polsce. Gdy oprowadzał mnie po Berlinie i zwiedzaliśmy tereny dawnego muru berlińskiego, na murze pamięci, na którym zapisane są nazwiska ludzi, którym nie udało się uciec z Berlina wschodniego, pokazał mi swoje nazwisko. Zastanawiał się czy to ktoś z rodziny tego przybranego ojca jego ojca. Sam ciągle szuka swoich korzeni. Z jednej strony prosił o przesłanie zdjęć książeczki wojskowej mojego dziadka, a swojego pradziadka – bohatera wojny polsko-bolszewickiej. Ma też dokumenty o świadczące przeszłości akowskiej swojego dziadka. Z drugiej strony pielęgnuje w sobie to, co niemieckie. Stoi w rozkroku nad dwiema kulturami i nacjami, które złączyły się w jego postaci w jedność na skutek zawirowań II wojny światowej. Myślę, że oboje żałujemy, że jego niemiecka babcia aż do śmierci milczała. Ja mocno tego żałuję, bo zawsze fascynowała mnie historia, a szczególnie ta żywa. On pewnie żałuje, bo niewiele wie o tym, kim byli jego przodkowie ze strony biologicznego dziadka. Istnieje zresztą prawdopodobieństwo, że podczas II wojny światowej obaj biologiczni dziadkowie strzelali do siebie. W końcu jeden był w AK a drugi w armii niemieckiej.

By Niemcy poczuli się lepiej

Obejrzałam bardzo uważnie wszystkie trzy odcinki niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Wysłuchałam całej dyskusji po ostatnim odcinku. Kilku pytań w niej nie zadano. Kilka kwestii w ogóle nie zostało poruszonych. Nie będę więc powtarzała tego co padło w dyskusji. Dziękuję Szewachowi Weissowi za to, że dzielnie bronił naszego honoru. Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła to ta, że przez wszystkie trzy odcinki ŻADEN NIEMIEC nie mówi „Heil Hitler”. Czy to nie jest trochę dziwne? Wśród głównych bohaterów nie było ani jednego nazisty i hitlerowca! Jak to jest możliwe? W ogóle po obejrzeniu miniserialu miałam wrażenie, że wielu rzeczom winni nie są Niemcy, ale wszystkie inne narody. Na przykład temu, że Żydzi wywożeni są w głąb Generalnej Guberni winni są Amerykanie, bo zamknęli ambasadę i przestali wydawać Żydom paszporty.

Jak to się dzieje, że młodzi ludzie rocznik 1920 i 1921 (czyli rówieśnicy naszego pokolenia Kolumbów) nie byli zindokrytnowani? Nikt z nich nie był wcześniej w Hitler Jugend? W 1941 roku nadal mogą jawnie i bezkarnie przyjaźnić się z Żydem? „Biedny” Friedhelm dopiero na wojnie staje się okrutny? A wcześniej? W tym Hitlerjugend, do którego przecież musiał należeć, nikt nie kazał mu mordować hodowanych od szczeniaczka piesków? Nie brał biedaczek udziału w słynnych akcjach zdobywania flagi? Gdzie trzeba było zdobyć ją bez względu na wszystko z wykorzystaniem wszystkich metod poza zabijaniem przeciwnika?

Co robili młodzi ludzie w 1939 roku? Mieli wtedy po 18 lat… nie świętowali podboju Polski?

Film prześlizgnął się przez wojnę tak, że nie pokazał ani kawałka życia w jakimkolwiek getcie, (które to przecież tworzyli Niemcy) ani sekundy pacyfikacji Getta Warszawskiego przez Jurgena Stroopa, ani minuty Powstania w Getcie Warszawskim ani jednego z 63 dni Powstania Warszawskiego, kiedy z ziemią zrównano moje miasto! A to wtedy Niemcy wymordowali ludność cywilną na Woli! Nagrywałam tych, którzy przeżyli piekło tamtych dni! Nagrywałam opowieści kobiety, na oczach której Niemiec (nie Ukrainiec, czy Rosjanin!) walnął noworodkiem o mur. Wyrwał go z rąk kobiecie, która to dziecko karmiła piersią. Mleko jeszcze płynęło jej po piersi! Nie było historii takiej, jak ta, której bohaterką była Wanda Lurie. Kobieta, której podczas Rzezi Woli w Powstaniu Warszawskim zabito wszystkie dzieci, a ją w zaawansowanej ciąży próbowano zabić. Cudem ocalawszy wypluła z ust pocisk i zęby, by po kilku dniach urodzić jedyne dziecko, które przeżyło wojnę, a któremu dała na imię Mścisław. I tego wszystkiego nie zrobili jej ani Ukraińcy ani Rosjanie, ale Niemcy! Takich wątków, kiedy oni byli prawdziwie okrutni w filmie nie było! Ot… kilka rozstrzelań! Skupiono się na „biednej” Charlotcie, którą próbują gwałcić „podli” Rosjanie słuchający w czasie pijackiej imprezy obowiązkowo „Kalinki”, bo innych pieśni to zdaniem Niemców Rosja nie ma!

Słyszałam o wielu przypadkach antysemityzmu w Polsce, ale nigdy nie słyszałam, by dowództwo Polskiego Państwa Podziemnego wydało zgodę na to, by wagon z Żydami zostawić na pastwę losu! Zapomniano o Żegocie, o tym, że Polskie podziemie współpracowało z Żydowską Organizacją Bojową. Szkoda wyliczać, bo ciśnienie skacze… A jak sobie przypomnę wyrażenie, że „Bigos to polska” i rozmowy o bigosie to mnie szlag trafia.

A teraz słówko o filmie, jako o filmie… Gratulacje za świetną scenografię – ziemianki, okopy itd. wyszły im super. Ładne zdjęcia. I na tym się kończy. Przykre, że tak źle zdokumentowano to, jakiej broni używano w czasie II wojny światowej. Te sztucery z lunetą mnie rozwaliły. Przykro, ze nie wiedziano jak to w Polsce z opaskami było. Nikt nie nosił liter AK. Co najwyżej WP, bo to było Wojsko Polskie! Litery AK pojawiły się na opaskach po wojnie, gdy środowiska kombatanckie postanowiły się od siebie odróżniać.

Polacy w filmie mówili słabo po polsku lub ze śląskim akcentem – wiadomo więc gdzie szukano aktorów. Rosjanie mówili po rosyjsku tragicznie! A po ukraińsku gorzej niż tragicznie! Wiele scen zostało tandetnie przerysowanych, jak chociażby spotkanie Charlotty z Wilhelmem w szpitalu, kiedy on już jest w kompanii karnej. Tandetny dramatyzm jak z romansu dla kucharek.

Tak napomknę tylko, ze stereotypowo przedstawieni zostaliśmy nie tylko my, ale także Rosjanie i Ukraińcy. Dobrze, że Szkotów w filmie nie było, bo wyobraźnia podpowiada mi wiele absurdalnych scen, które mogłyby być z ich udziałem – narodu wg. europejskich i światowych stereotypów skąpego!

Chciałam przy okazji zauważyć, że honoru Niemców w swoim czasie bronił Leon Kruczkowski swoim słynnym dramatem „Niemcy”. MY świetnie wiemy, że nie wszyscy byli be. Niemcom najwyraźniej za mało. Muszą jeszcze sami się powybielać. Szkoda, że kosztem innych narodów, a zwłaszcza tych, które sami napadli. Ale cóż… zrobili film, by ich społeczeństwo poczuło się lepiej. A przecież od dawna może się czuć wspaniale. W świadomości społeczeństw świata nie ma niemieckich obozów. Są albo „nazistowskie” albo „polskie obozy śmierci”. Niemiecki serial poszedł w świat. Mam nadzieje, że wszystkie stacje, które go kupiły kupią również film dokumentalny, który przygotowano dla widzów ZDF. By twórcy serialu nie czuli się tak spokojni i dobrzy, jak bohaterowie! Bohaterowie serialu, którym Niemcy uciszają swoje sumienia. Bo nikt mi nie wmówi, że film został wyprodukowany w innym celu, jak ten by współcześni Niemcy ze swoją historia poczuli się lepiej.

Prawdziwa? Nieprawdziwa?

Dziś TVP ma wyemitować pierwszy odcinek niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, który wzbudził szereg kontrowersji. Na temat serialu napisano już dziesiątki artykułów. Zacytuję więc tylko fragment komunikatu Centrum Informacji TVP:  W dniach 17, 18,19 czerwca TVP1 wyemituje głośny trzyodcinkowy serial niemieckiej telewizji publicznej ZDF „Unsere Mütter, unsere Väter” („Nasze matki, nasi ojcowie”). Serial opowiada o wojennych losach pięciorga młodych mieszkańców Berlina w przeddzień ataku na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku. W Polsce zrobiło się o nim głośno, gdy okazało się, że w trzecim odcinku tej mini serii w sposób uproszczony i kontrowersyjny przedstawiono okupację niemiecką w Polsce, w tym antysemickie postawy w polskim ruchu oporu. Wywołało to burzę w polskich mediach, protestował ambasador RP w Berlinie, a w liście do dyrektora generalnego ZDF Thomasa Belluta prezes TVP Juliusz Braun ocenił, że polski wątek serialu „nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną i dlatego musi zostać potępiony i odrzucony”. Zaproponował też niemieckim partnerom pomoc TVP w przygotowaniu specjalnego dokumentu o niemieckiej okupacji w Polsce. Dokument ten widzowie ZDF zobaczą już w czerwcu. Powyższe wydarzenia mocno zainteresowały polską opinię publiczną, ale była ona skazana jedynie na pośrednictwo dziennikarzy i polityków w ocenie niemieckiego serialu, nie mogąc wyrobić sobie w tej kwestii własnego zdania. Dlatego TVP podjęła decyzję, by cały mini-serial, w tym jego kontrowersyjny trzeci odcinek, pokazać wszystkim polskim widzom. – Telewizja Polska uważa – stwierdził rzecznik prasowy TVP Jacek Rakowiecki – że na tym polega ważna część misji stacji publicznej: na stwarzaniu możliwości widzom, by sami ocenili dyskutowane czy kontrowersyjne dzieła i nie byli zmuszani do zdawania się wyłącznie na cudze opinie, jakkolwiek nie byłyby one słuszne.

Aby w ocenie i rozeznaniu się w kontrowersji „Naszych matek, naszych ojców” pomóc widzom, emisja trzeciego odcinka serialu, w środę 19 czerwca, zostanie w TVP1 poprzedzona wprowadzeniem historycznym, zaś po filmie odbędzie się debata historyków i ekspertów o polityce historycznej w Niemczech i Polsce.

Tymczasem w sieci pojawiły się demot m.in. takiej treści: „Bądź Polakiem. Wyłącz telewizor”.

Jak mamy bronić historii naszych ojców czy dziadków, a co za tym idzie historii naszego kraju, jeśli nie obejrzymy tego filmu? Jak mamy merytorycznie dyskutować na ten temat? W Armii Krajowej był i mój ojciec i stryj, który poległ w Powstaniu Warszawskim, jako niespełna 16 latek, a także mój dziadek. Jak mam bronić ich honoru nie znając filmu, który szarga wpajane mi od dzieciństwa wartości? Dlaczego zapoznając się z nim w celu merytorycznej obrony prawdy historycznej jestem od razu określana „nieprawdziwą Polką”? Gdy w prywatnej dyskusji na Facebooku napisałam pod zamieszczonym demotem, że „krytykowanie czegoś, czego się nie widziało i namawiane do bojkotu tego to wyjątkowo idiotyczna postawa, a sugerowanie, że jak ktoś to obejrzy nie jest prawdziwym Polakiem to dno” przeczytałam, że… od tej pory zamieszczająca demot osoba nie będzie promowała monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”, bo go nie widziała. No wyjątkowo to moim zdaniem niskie. Poza tym bardzo przepraszam, ale mamy do czynienia z dwoma zupełnie innymi zjawiskami. Promowanie dzieła, którego się nie widziało jest zjawiskiem powszechnym, bo tak działają patroni medialni, z którymi producenci różnych dzieł zawierają umowy jeszcze w trakcie produkcji! Patronami medialnymi „Listów do Skrecipitki” zostały m.in. miesięcznik „Stolica” (zapraszam do kiosków po ostatni numer 6-7/2013 gdzie jest wywiad z całą naszą trójką twórców). Patronem została też TVP Warszawa. Wiadomo, że patroni podpisując z nami umowę patronacką wiedzieli jedynie o czym jest monodram, ale nikt go wtedy jeszcze nie widział, bo prace nad sztuką dopiero trwały!

Wróćmy jednak do niemieckiego serialu. Przyznam, że niezwykle mnie interesuje zarówno sam serial, jak i to jak z problemem drugiej wojny światowej radzą sobie Niemcy. A przede wszystkim ciekawi mnie debata historyczna na ten temat, którą TVP zapowiedziało na środę wieczór 19-go czerwca. Zwróćmy uwagę, że na świecie np. w USA wielu obywateli nie wie, jakiej narodowości byli naziści! Nawet w Izraelu słowo „nazista” nie kojarzy się z Niemcem! Moi dziadkowie, Ojciec, Stryj, brat mojej matki (prześladowany po wojnie przez UB) walczyli z Niemcami. Nikt z nich nigdy nie mówił, że z nazistami! Dziś mamy dziwną sytuację, kiedy nasz były okupant na tyle odwrócił uwagę świata od swojej roli w czasie drugiej wojny światowej, że często z nazistami jesteśmy utożsamiani my – Polacy. Od iluż lat walczymy z „polskimi obozami śmierci”! Z roku na rok w sprawie II wojny światowej świat stoi na głowie, a my pozwalamy mu na niej stać. Być może między innymi dlatego, że uniemożliwiamy samym sobie merytoryczne dysputy. Zobaczmy, o co chodzi. Posłuchajmy historyków. Zwłaszcza zróbmy to, jeśli nasza wiedza historyczna jest mała, lub opiera się tylko na domowych opowieściach. Powszechnie wiadomo, że z czasem w pamięci uczestników zwiększa się liczba zabitych wrogów i zmienia się ich rola w wojnie.

Niemcy, jako naród latami mieli problem z drugą wojną światową. Przypomnę tylko taki drobiazg. Młodzieżowa książka Adama Bahdaja „Do przerwy 0:1”, która została przetłumaczona na kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt języków świata nigdy nie ukazała się w Niemczech. Dlaczego? Otóż jej bohaterowie byli w wielu przypadkach sierotami wojennymi. Akcja powieści dzieje się przecież na zrujnowanej wojną, powstaniem warszawskim i eksterminacja ludności cywilnej – Woli. To było za trudne, by pokazywać takie rzeczy niemieckim dzieciom. A przecież powieść dotyczyła… piłki nożnej! Skoro lata temu ten naród nie radził sobie z wojną i swoją rolą w niej bojąc się niewinnej powieści Adama Bahdaja, chyba warto zastanowić się, co dzieje się z tym faktem i z tym narodem teraz.  W ogóle warto zerknąć jak historia i spojrzenie na nią zmienia się wraz z upływem lat. My, jako społeczeństwo, z wielką łatwością popadamy ze skrajności w skrajność. Kiedy w latach 50-tych mój ojciec kończył liceum został przez konflikt z nauczycielką historii usunięty ze szkoły tuż przed maturą. Miało to wszystko podtekst polityczny. Rodzina Ojca i on sam byli powiązani z Armią Krajową, a oficjalne władze polskie twierdziły, że byli to bandyci. Ojciec zdał maturę eksternistycznie w Lublinie i tam poszedł na studia na Katolicki Uniwersytet Lubelski, bo była to jedyna uczelnia, która przyjmowała „takich bandytów” jak on. Mojej matki brat – partyzant z AK na Lubelszczyźnie był po wojnie prześladowany przez UB. Uciekł przed nimi do Szczecina. Funkcjonariusze służby bezpieczeństwa wpadli na jego trop jednak na tyle późno, że „tylko” przetrzymali go 48 godzin i pobili. Gdy po latach schorowany starał się o przyjęcie do ZBOWiDu, wówczas partyzancką przeszłość wujka kwestionował przewodniczący tamtejszego koła ZBOWiD – funkcjonariusz UB, który w latach 50-tych przesłuchiwał go piorąc przy tym po mordzie. Paradoksalnie po latach Armia Krajowa doczekała się pomników. Zrehabilitowani zostali „Żołnierze wyklęci”. Jednocześnie coraz częściej słyszę i czytam o „zbrodniczej” Armii Ludowej współpracującej z Armią Czerwoną przeciwko „Prawdziwej Polsce”.  Tak zmienia się ocena historii.

Patrzenie sercem jest z pewnością ważne, gdy broni się honoru Ojczyzny, choć niestety często powoduje brak obiektywizmu tak potrzebny w merytorycznych dysputach. Nie jestem jednak przekonana, że bojkotowanie filmu z powodów ewidentnie emocjonalnych jest dobrym posunięciem. Zaś odbieranie tym, którzy chcą go oglądać prawa do bycia prawdziwymi Polakami jest moim zdaniem poważnym nadużyciem. Nikt nie ma monopolu na Polskę i polskość! PRL też bawił się słowem „patriotyzm”. W sprawie niemieckiego serialu każdy ma prawo wyrobić sobie swoje zdanie. Każdy ma prawo ocenić kinematografię niemiecką, jeśli chce wziąć udział w narodowej, a nawet międzynarodowej dyskusji na temat roli Polski i Polaków w II wojnie światowej. Oczywiście od mojej adwersarki w dyskusji usłyszałam, że telewizja „Trwam” zamieściła minutowy materiał, który mówi, co jest w serialu i ten minutowy materiał wystarczy, by podjąć jedyną słuszną decyzję o bojkocie filmu, a co za tym idzie bojkocie TVP! Proszę państwa! Przeciwko bojkotowaniu czegoś na podstawie streszczeń protestuje jeszcze goręcej! Przypomnę tylko, że podobno przed ponad 60 laty w ZSRR na indeksie znalazł się Ernest Hemingway i jego książka „Stary człowiek i morze”, ponieważ doradcy streścili Stalinowi książkę w ten sposób, że jest to historia faceta, który ciągnie sieć z rybą i wyciąga szkielet.” Stalin stwierdził, że to jakaś głupota. Ponoć to określenie przesądziło o losie wszystkich książek Hemingwaya w radzieckich wydawnictwach. Nie bądźmy jak decydenci z dawnego ZSRR!

Pozostaje oczywiście jeszcze kwestia tego rodzaju, czy niemiecki mini-serial miał sfabularyzować prawdziwe wydarzenia czy jest niemieckim odpowiednikiem „Czterech pancernych” lub „Stawki większej niż życie”. Tylko przypomnę, że popularni „Pancerni” też odbiegają od prawdy historycznej, niemniej jednak pozostają świetnym serialem przygodowym osadzonym w realiach II wojny światowej. Zaś również odbiegająca od prawdy historycznej „Stawka”, pozostaje jednym z lepszych polskich seriali sensacyjnych. Może jest to dobre dzieło telewizyjne, choć niepoprawne historycznie? Takich niepoprawnych historycznie dzieł jest mnóstwo. Pozwolę sobie zauważyć, że 12 lat temu amerykanie wyprodukowali film „Enigma”, który dotyczył niemieckiej maszyny szyfrującej. Jej kod jeszcze w latach 30-tych złamali polscy naukowcy. Tymczasem w filmie, (co zresztą świetnie napisał jeden z recenzentów) „tylko jednym zdaniem wspomina się o udziale polskich matematyków w rozszyfrowaniu kodu Enigmy, a co gorsza, jedyny pojawiający się na ekranie polski bohater ukazany jest, jako zdrajca, wydający Nazistom efekty działań brytyjskiego wywiadu i narażający tym samym aliantów na kolosalne straty w ludziach.”  Filmów fabularnych, które pokazują Polaków w nieprawdziwym świetle jest cała masa! To ważne, że ktoś wreszcie przeciwko temu protestuje. Pozostaje jednak pytanie, czy protesty o prawdę historyczną w sztuce w ogóle mają sens? W końcu „Bekarty wojny” też mijały się z prawdą historyczną, a powstał świetny film! Czy należy w ogóle oceniać filmy osadzone w historycznych czasach przez pryzmat tego czy są zgodne z historią czy przez pryzmat tego, jakimi są dziełami w swoim gatunku? Nie wiem. Wiem, że też bym chciała, aby w zachodnich mediach nie pojawiały się „polskie obozy śmierci”, by Polacy nie byli uważani za antysemitów i żeby przestano robić bandytów za moich przodków – członków AK. Niestety pomysłu na to, jak to przeprowadzić nie mam. Jestem jednak głęboko przekonana, że bojkotowanie filmów przed obejrzeniem, będące czymś w rodzaju palenia przed przeczytaniem i namawianie do tego, jest działaniem wyjątkowo prymitywnym.

Od dawna śmiem twierdzić, że historię najlepiej ocenia się, gdy nie jest się w nią w żaden sposób emocjonalnie zaangażowanym. Mój osąd serialu też pewnie będzie skażony moim polskim sercem i emocjonalnym zaangażowaniem w historię Polski, którą budowali moi przodkowie. Choć z demota dowiedziałam się, że nie jestem prawdziwą Polką. No to kim jestem? I co to znaczy prawdziwa? W starym sztambuchu z lat szkolnych koleżanka napisała mi kiedyś:

„Ucz się pilnie bądź cnotliwa,
a zwać się będziesz Polka prawdziwa.”

Jakież wtedy wszystko było proste…

Czy wiemy dokąd zmierzamy?

Jest taki kawał o trójce kombatantów, którzy rozmawiają jaką kto ma sklerozą. Pierwszy mówi:
- Mam taką sklerozę, że wiem, że brałem udział w jakiejś wojnie, ale nie pamiętam, czy to była pierwsza czy druga światowa.
Drugi mówi:
- Ja to mam taką sklerozę, że wiem, że byłem na wojnie i wiem, że byłem ranny, ale za cholerę nie pamiętam, czy dostałem kulką między łopatki czy łopatką między kulki.
Na to odzywa się babcia kombatantka:
- A ja to mam taką sklerozę, że wiem, że była wojna i że było coś z Niemcami. Ale nie pamiętam, czy to ja wystrychnęłam ich na dudka czy oni wydudkali mnie na strychu.
Przypomniał mi się kawał, bo jestem świeżo po trzech spotkaniach autorskich w Zamościu. Z tamtejszą młodzieżą rozmawiałam nie tylko o swoich książkach, ale i o Zamojszczyźnie w czasie I, a potem II wojny światowej. Nie tylko dlatego, że moja babcia i dziadek, a potem mama urodzili się w Zwierzyńcu nad Wieprzem, a II wojnę spędzili w niedalekim Chełmie. Przede wszystkim mówiłam o tym dlatego, że moi dziadkowie ze strony taty, czyli Janina i Bronisław Piekarscy wzięli w czasie okupacji na wychowanie dziecko z Zamojszczyzny. Opowiadałam młodzieży całą historię mojego stryja Jana Tchórza, którą ojciec opisał w swojej książce „TAK ZAPAMIĘTAŁEM” wydanej przez PIW jeszcze w 1979 roku:
7 stycznia obiegła Warszawę lotem błyskawicy wieść, że na Dworcu Wschodnim kolejarze zatrzymali niemiecki transport dzieci wysiedlonych z Zamojszczyzny, wieziony do Oświęcimia. Tysiące warszawiaków ruszyło na dworzec. Moi rodzice również. Wrócili tego dnia bardzo późno do domu i z niczym. Na dworcu zastali tylko rozogniony tłum. O dzieciach nikt nic nie wiedział — może nie chciał, a może nie mógł przekazać żadnej informacji.
Przez kilka następnych dni rodzice jeździli na dworzec i wracali z pustymi rękami. Wiadomości o dzieciach były jednak prawdziwe. Ojciec z mamą nie dali więc za wygraną i przez znajomych otrzymali z RGO pozwolenie na wzięcie do siebie zamojskiego dziecka.
Jak opowiadała mama, gdy weszli z ojcem do sierocińca, oczom ich ukazały się gromady wychudłych dzieci, przeważnie w wieku sześciu, siedmiu lat. Wśród malców beztrosko igrających po salach dostrzegła mama chłopczyka stojącego na uboczu na lekko wykrzywionych nóżkach i ssącego smoczek. Ubrany był w spodenki z grubego zielonego welwetu. Spod długich rzęs patrzyło na mamę dwoje lśniących czarnych oczu. Gdy tylko spojrzenia ich się spotkały, malec podreptał do pielęgniarki i schował się za jej fartuch, wyglądając zza niego co chwila ciekawie.
Jak się nazywał? Kim są czy byli jego rodzice? Nie umiał powiedzieć. Czy w ogóle kiedyś mówił? Czy może wskutek przeżyć zatrzymał się nagle w rozwoju? Nikt nie umiał odpowiedzieć na te pytania. Jego dziecięcy współwięźniowie z transportu nic o nim nie wiedzieli. Nikt z nich nie pamiętał, skąd go zabrano. W sierocińcu nadano mu imiona Krzyś Dionizy.
Gdy mama wzięła go na ręce, popatrzył na nią nieufnie. Gdy pocałowała go w policzek, żachnął się i podrapał rączką miejsce pocałunku, a jego duże, czarne oczy zrobiły się jeszcze większe. Mama zaczęła go kołysać na ręku, coś opowiadając, aby go zainteresować, aby zyskać jego sympatię i względy. Po pewnym czasie zapytała: „Krzysiu? Czy pójdziesz ze mną?” Oczy jego znów się poszerzyły. Popatrzył to na mamę, to na pielęgniarkę i powiedział cicho: „Tia.”
Po załatwieniu niezbędnych formalności rodzice owinęli Krzysia w ciepły koc i zabrali.
Od tego dnia życie w domu zmieniło się. Początkowo babcia, rzekomo w moim interesie i w interesie brata, miała rodzicom za złe, że wzięli obce dziecko. Później przywiązała się do niego chyba najmocniej z nas wszystkich.
Krzyś stopniowo wracał do zdrowia po tyfusie, z którego go wyleczono w sierocińcu. Pozostały jeszcze dolegliwości pęcherza, no i odmrożenia. Obydwaj z Antkiem prześcigaliśmy się w wynajdywaniu zabawek i zabaw dla Krzysia. Powoli zaczął odzyskiwać uśmiech.
Dopiero w kilka dni po przybyciu Krzyś zdradził swoje pochodzenie. Kiedy pomagał mamie układać drzewo za piecem, podając kolejne polano, powiedział krótko, po chłopsku: „Na.”A gdy mama zaczęła układać polana w palenisku, dodał: „Mama, na Bozię.” Dopiero po chwili mama zorientowała się, że to oznacza układanie „na krzyż”.
(…)
Któregoś dnia ojciec wrócił z miasta z wiadomością, że odnalazła się mama Krzysia. Okazało się, że gdy tylko ludzie wykradli zamojskie dzieci z transportu śmierci, natychmiast je sfotografowano w tych ubrankach i w takim stanie, w jakim były zabrane rodzinom. Zdjęcia miały dwojakie znaczenie: dokumentowały niemiecką zbrodnię na dzieciach i stanowiły podstawę identyfikacji. Zdjęcia dzieci, których imiona, nazwiska i pochodzenie były nieznane, zostały rozesłane przez RGO do miejsc osiedlenia wygnańców z Zamojszczyzny. Wielu z nich znajdowało się w Żelechowie. Tam też na zdjęciu rozpoznała Krzysia jego rodzona matka.
Parę dni potem RGO nadesłało nam dokument stwierdzający, że moi rodzice wzięli na wychowanie z RGO dwuipółletniego Jana Tchórza, którego matka ma na imię Zofia.
Niebawem też nadszedł list od Zofii Tchórzymy: „W pierwszych słowach mego listu Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Droga Pani! Przepraszam, że tak długo nie pisałam. Nie miałam zdjęcia z obóch braciszków Jasiowych, z Bolcia i Tadzia młodszego. Piszę o swym losie: pracuję przy starcach w przytułku. Dostaję nagrody 100 złotych miesięcznie od Pana Burmistrza. Obiad dostaję w kuchni, co gotują dla nas wysiedlonych. Chłopiec starszy służy u gospodarza, a młodszy Tadzio chodzi do ochronki i dostaje śniadanie i parę deka chleba na kolację. Dwie mam córki, Walercię i Stefcię. Jedna jest w Berlinie, a druga w Prusach u gospodarza. Dłuższy czas nie wiedziałam o nich, bo nie miałam adresu. Starszej lepiej, a w Berlinie młodszej gorzej. Otrzymałam listy razem od obydwóch w maju. Piszą, że są zdrowe, to mnie cieszy. Jasiowi posyłam fotografię w liście i obrazek. Dziękuję Pani za czułe serce, że się Pani zaopiekowała moim dzieckiem. Teraz się już przyzwyczaiłam do swego losu, w jakim się obecnie znajduję. Nie wyobraża sobie Pani, jak miałam początkowo, jak mnie przywieźli do Żelechowa. W Dzień Bożego Narodzenia byłam na mszy. Powracam do swoich dzieci do szkoły, cośmy mieszkali parę rodzin wysiedlonych, usiadłam z Jasiem, zapłakałam, żem nie miała córek przy sobie. W tej chwili przyszły kobiety z Żelechowa i przyniosły nam potraw pośnikowych, podzieliły się z nami opłatkiem. Była to chwila radości. Posyłam często paczki do córki, bo pisze, że brak jej żywności. Pisała mi w liście, że dostają zupę szpinakową na czystej wodzie i po porcji chleba. Żołnierską bochenkę na cztery osoby i idzie na cały dzień do fabryki. Pracuje przy amunicji i materiałach wybuchowych.
Pozdrawiam Panią z całą rodziną i Synka Jasia.
Zofia Tchórz”
Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi. Mama odpowiedziała: „Proszę.” Drzwi się otworzyły i weszła wiejska zabiedzona kobiecina o czarnych lśniących oczach, z pięknymi kruczymi włosami przyprószonymi siwizną, owinięta w kraciastą chustkę. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, powiedziała. Była jakby wystraszona.
Na twarzy mamy dostrzegłem jakiś dziwny skurcz czy błysk. Patrząc na kobiecinę, myślałem, że to żebraczka. „Czy ja dobrze trafiłam?”, zapytała. „Tak, na pewno dobrze — odpowiedziała mama zmienionym głosem. — Jest u nas pani synek”, dodała po chwili i obydwie wybuchnęły płaczem.
Była to mama Janka. Przyjechała zobaczyć swego Jasiunia.
Straszne były jej przejścia. W dniu 5 grudnia 1942 roku zajechali do ich wsi, do Chomęcisk Małych koło Starego Zamościa, żandarmi i czarni. Kazali opuścić chałupinę i wyjść. Pognano ich do obozu w Zamościu. Rodzina składała się wtedy z pięciu osób: ona, Zofia Tchórzyna, córka Stefcia lat czternaście, synowie — Bolek lat dwanaście, Tadzio lat dziesięć i Janek lat dwa. (Mąż zmarł przedtem, a szesnastoletnia córka Walerka już od czerwca 1942 roku przebywała na robotach w Niemczech.) Jeszcze z Zamościa zabrano Stefcię i wysłano w głąb Niemiec. Matkę z synami zawieziono do Żelechowa. Janek był chory. Miał odmrożone rączki, nóżki i brzuszek, a na dodatek w obozie zaraził się tyfusem.
Niebawem do ochronki zajechała niemiecka kolumna sanitarna i zabrała chorego malca. Gruba Schwester w obcisłym mundurze nawet nie dała matce pocałować chłopca na pożegnanie. Tchórzyna widziała jeszcze, jak odjeżdżający Jasiunio niezdarnie uderza rączką w szybę karetki niemieckiego Czerwonego Krzyża — i została bez: dziecka, z myślą, że straciła go na zawsze.
Gdy tylko Zofia Tchórzyna dowiedziała się, że jej Jasiunio żyje, zostawiła swoich synków na ludzkiej opiece i pojechała go odszukać, sprawdzić, czy nie zaszła jakaś, pomyłka.
Janek nie chciał się przywitać ze swoją matką, choć gdy tylko rodzice dowiedzieli się, kim jest, wszyscy zaczęliśmy go uczyć jego prawdziwego imienia i nazwiska. Gdy mówiliśmy mu: „Nazywasz się Jan Tchórz”, on oburzony krzyczał: „Aś ne Tuś, Aś Ksyś!” Gdy rodzona matka przytuliła go do piersi i zaczęła całować, odepchnął ją brutalnie i począł wydrapywać każdy pocałunek.
Została u nas kilka dni. Pragnęła się nacieszyć dzieckiem. Rodzice też chcieli, żeby się Janek do niej przyzwyczaił. Myśmy z bratem byli zbici z pantałyku. Cieszyliśmy się, że odnalazła się mama Janka, a jednocześnie baliśmy się, że zechce nam go zabrać. Miała przecież do tego prawo. Na razie jednak o zabraniu nie było mowy. Zofia Tchórzyna nie mogła swemu dziecku zapewnić bytu. Żyła w nędzy. Po kilku dniach, zaopatrzona na drogę, wyjechała do Żelechowa.
Pierwszy list, który za jakiś czas nadszedł, był bardzo smutny:
„Drogie Państwo! Donoszę Wam o swojem zdrowiu i powodzeniu. Gdym powróciła od Państwa, miałam listy od córek. Przykro mnie, bardzo tęsknią. Młodsza pisała, że nie wykonała w fabryce roboty, a jak się z tem nie zgodzi, to oddadzą ją do obozu. Jeździłam w swoje strony, do Zamojszczyzny. Dom mój rozebrali, na drugie miejsce złożyli. Pole obsiewają ci, co gospodarzą. Ojca odwiedziłam. Czuje się niedobrze, co już liczy sobie przeszło 70 lat. Starsza córka, Walerka, wróciła z powrotem na majątek z fabryki. Tadziu i Bolcio dzięki Bogu zdrowi. Ja się czułam niedobrze, bo z przemęczenia, w Rejowcu czekałam na pociąg 16 godzin i parę minut. Mamusia pozdrawia Jasiunia, całuje tysiące razy i również wszystkich w domu i pozdrawiam najbliższych, szczęśliwego przeżycia. Tak na razie kończę te parę słów Zostańcie z Bogiem
Zofia Tchórzyna”
Korespondencja z Tchórzyną trwała aż do nadejścia frontu.
(…)
Janek przeżył z dziadkami Powstanie, obóz przejściowy w Pruszkowie, wygnanie w Częstochowie i powrót do Warszawy. Nastała wiosna 1945 roku.
(…)
20 kwietnia zjawił się u nas najmniej oczekiwany gość, którego przybycie wywołało rodzinną rewolucję i spowodowało głęboki wstrząs. Przyjechała matka Janka, Zofia Tchórzyna. Myśleliśmy często o niej, co się z nią dzieje i czy wróciła już do siebie, na Zamojszczyznę. W to, że żyje, nie wątpiliśmy ani na chwilę. Że po wojnie zabierze Janka, zdawaliśmy sobie sprawę już od momentu, gdy rozpoznała go na zdjęciu w 1943 roku i przyjechała wówczas do nas w odwiedziny, nie spodziewaliśmy się tylko, że to nastąpi już. Ucieszyliśmy się ze spotkania, ale trochę sztucznie. Nie powiedziała nic na temat zabrania Janka, ale myśmy wiedzieli. Najpierw chyba wyczuł to Janek. Nie chciał się z nią przywitać, chował się za spódnicę babci. „To nie moja mama! To nie moja mama!”, krzyczał tupiąc.
Biedna kobieta rozpłakała się, my też tłumiliśmy łzy.
Tragiczne były jej dzieje. Gdy przewalił się front, wróciła natychmiast do rodzinnej wsi, do swoich Chomęcisk Małych koło Starego Zamościa. Niemieccy koloniści przenieśli jej chałupę kilka kilometrów dalej, aż na Borowinę. Mieszkając „na komornem”, chodziła „na wyrobek, na cudze”, do drugiej wsi, bo swego nie miała ani czym obsiać, ani czym obsadzić. Jej wieś była przez pewien okres terenem frontu. Pozostało po nim wiele śladów. Na jej polu leżało wiele niewypałów, a studnia zasypana była pociskami. Pewnego dnia, gdy wróciła z wyrobku, zastała dwie trumienki ze szczątkami obydwu synów rozerwanych przez minę. Nagle została sama. Córki w Niemczech, Jasiunio w ogarniętej powstaniem Warszawie — wyła z bólu, myślała, że oszaleje. Gdy usłyszała, że Warszawa wolna, że mieszkańcy do niej wracają, ruszyła „rzemiennym dyszlem” — piechotą, chłopską podwodą, pociągiem, czym się dało, po swego Jasiunia.
Smutna była teraz każda godzina. Mama starała się, jak mogła, opanować swoje uczucia, by ulżyć Tchórzynie i Jankowi. Tłumaczyła małemu, że prawdziwa mama przyjechała po niego. Zdobyła u pana Gregorczyka cukierki i czekoladę, dała Tchórzynie, żeby ułatwić jej pozyskanie względów Janka. Nie pomogło. Janek się po chłopsku zaciął. Cukierki i czekolada zostały nie tknięte. Gdy rodzona matka całowała go po policzkach, odpychał ją i wydrapywał ze złością każdy pocałunek. Serca nam się krajały, ale rozumieliśmy wszyscy, że Janek musi wrócić do swej matki.
24 kwietnia nadszedł moment rozstania. Mama przygotowała żywność na drogę, ojciec pomógł spakować łaszki Janka i zabawki. Wyruszyli na Dworzec Wschodni.
Ja zostałem z babcią i Bronkiem w domu. Babcia nie mogła sobie znaleźć miejsca, żadna robota jej nie szła. Ja też nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, wreszcie postanowiłem nanosić wody. Po napełnieniu wanny ległem kompletnie skonany i niebawem zasnąłem.
Jak opowiadał potem ojciec, szli na piechotę Solcem, Wybrzeżem Kościuszkowskim do niedawno otwartego mostu pontonowego, potem Ratuszową do Targowej, następnie do Kijowskiej. Janek przez cały czas nie odzywał się. Nie pomogły namowy na cukierki ani na czekoladę. Gdy nadszedł moment pożegnania, zaledwie zdobył się na objęcie ojca i mamy za szyję. Z całej siły opanowywali wzruszenie, ale Tchórzyna nie wytrzymała i rozpłakała się serdecznie. Odjechała z Jankiem pociągiem towarowym, do którego wagonów powstawiane były drewniane ławki. Rodzice wrócili bardzo późno, zgnębieni i zmęczeni.
(…)
Historia najbardziej wzruszyła bibliotekarki, choć nie powiem, młodzież była nią szczerze zainteresowana. Opowiadałam im też zamojskiej gałęzi mojej rodziny. O babci, która chciała popełnić samobójstwo, bo ukochany zginął w okopach I wojny światowej, o jej bracie, który uciekł do Ameryki, by nie być powołanym do carskiej armii. Podczas wszystkich opowieści czasem zadawałam pytania. Np. jak myślą, dlaczego przed wojną brat mojej babci uciekł do Ameryki. Nikt nie mówił o tym, że jakby poszedł do wojska to walczyłby przeciwko innym Polakom w mundurach armii innych zaborców. Podawali powody ekonomiczne, że tam była prawdziwa ich zdaniem wolność itp. Wiedza dzieci na temat historii własnego kraju była niemal żadna. Mało tego! Za każdym razem na sali było zaledwie kilka osób, które w ogóle słyszały o zagładzie Zamojszczyzny, które wiedziały co to była pacyfikacja ich regionu, że w Zamościu był obóz itd. Podkreślam, że nie spotykam się z przedszkolakami, ale z uczniami ostatnich klas szkół podstawowych i gimnazjalistami. Jeden z dwunastolatków pomylił wojny. Zupełnie jak ten kombatant z kawału. Kombatantowi i to nie tylko temu z kawału, ale w ogóle kombatantowi – wolno. Stara głowa ma prawo szwankować. Ale co powiedzieć o dwunastolatku? Ten pomylił, bo było mu wszystko jedno. I tak myślę. Może to naprawdę nie jest ważne? Ale co mam począć ze sobą? Zawsze szukałam odpowiedzi na pytanie „dokąd zmierzam”? Nie da się tej odpowiedzi poznać, bez uświadomienia sobie kim się jest. A to kim się jest, wie się, gdy ma się wiedzę skąd się przyszło.
Stany Zjednoczone nie podobały mi się m.in. dlatego, że miałam wrażenie, że tam nikt takich pytań sobie nie zadaje. A przynajmniej ja nie poznałam takich ludzi. I teraz mocno zastanawiam się nad tym, czy przypadkiem my nie stajemy się takim społeczeństwem, które nie zastanawia się dokąd zmierza, nie myśli o tym kim jest, a co za tym idzie ma w dupie skąd pochodzi. Ale może jestem w błędzie?

Podobno wygraliśmy wojnę

Wiele lat temu robiłam jakiś materiał o giełdzie w Słomczynie. Jeden z moich „bohaterów” kupował samochód na giełdzie za gotówkę, za jakąś sporą sumę. Na moje pytanie skąd ma tyle forsy odpowiedział, że zarobił i dodał: „My Polacy jesteśmy bogaci. Przecież wojnę wygraliśmy, nie?” I tak mi się to co jakiś czas przypomina przy różnych okazjach, że wygraliśmy wojnę. Ale co nam z tego przyszło?

Myślałam o tym, gdy przed wieloma laty pojechałam do Berlina i porównywałam jakoś życia w Warszawie z tą berlińską? Mieli lepszą komunikację, czystsze ulice i lepiej zaopatrzone sklepy.

Myślałam o tym i dziś, gdy pojechałam z kamerą na Powązki Wojskowe, bo tam Prezydent RP wizytował stanowisko archeologiczne na tzw. „łączce”. Do tej pory odnaleziono ok. 60 ciał i szczątki ok. 70 osób. Wiadomo, że były to ofiary stalinowskiego terroru z lat 1948-56. Większość z nich zginęła śmiercią nie, jak wcześniej sądzono, przez powieszenie, ale jak w Katyniu od strzału w tył głowy. Chowano ich bez trumien zrzucając do grobu kilka ciał w więziennych ubraniach, bieliźnie, ale i dla pohańbienia niektórych przebierano w niemieckie mundury. Eksperci mają nadzieję, że są tam szczątki rotmistrza Witolda Pileckiego, generała Augusta Fieldorfa i innych. Po raz tysięczny w życiu kręciłam głową, że wygraliśmy wojnę, a jak potraktowaliśmy swoich?

Wygraliśmy wojnę, którą nie my wywołaliśmy. A jednak kilka tygodni temu amerykańska dziennikarka napisała na blogu, że to my wzięliśmy udział w holokauście. Co jakiś czas czytamy, że gdzieś tam napisano o „polskich obozach śmierci”. Niemcy wymazali z pamięci świata fakt, że to oni wywołali wojnę, bo nie mówi się, ze to byli Niemcy, ale Naziści, hitlerowcy itd. Zresztą według jakichś tam badań ponad połowa Amerykanów nie wie, kto wywołał II wojnę światową. Większość z nich jest przekonana, że w obozach zagłady siedzieli tylko Żydzi, a Polacy biernie się temu przyglądali.

Dwa dni temu podczas dnia wojska polskiego po raz kolejny zaczepili nie zagraniczni turyści z pytaniem o Powstanie w Getcie. Gdzie to getto jest? Pokazywałam na planie Warszawy, tłumaczyłam jak dotrzeć. Wywiązała się rozmowa i okazało się, że kilka osób kierowało ich do miejsc związanych z powstaniem Warszawskim. Im było wszystko jedno. Nie wiedzieli, że to dwa różne powstania. Ode mnie dowiedzieli się, że w czasie drugiej wojny światowej powstania były dwa, Warszawskie trwało dłużej, że zginęło więcej ludzi, że zniszczono całe miasto. Mieli oczy wielkie jak spodki.

I ja tak się pytam, chyba samą siebie. Czy w świetle tego, że świat osądza nas jako antysemitów, nie wie nic o Powstaniu Warszawskim, nazywa Auschwitz polskim obozem śmierci to my wygraliśmy tę wojnę czy nie? A jak do tego dołożymy jeszcze fakt, że w latach powojennych zatłukliśmy swoich strzałem w tył głowy i wrzuciliśmy ich do dołów z wapnem ubranych w niemieckie mundury, a ekshumację robimy dopiero 25 lat po Okrągłym Stole, którą to datę uznajemy za prawdziwe odzyskanie niepodległości, to ja naprawdę już nic nie wiem. Jestem strasznie głupia i w zrozumieniu tego wszystkiego nie pomaga mi ani fakt ukończenia Wydziału Historycznego UW ani praca dziennikarza.

Bezlitosna gumka

Lubię jeździć na Dolny Śląsk. Jednak zawsze każdy wyjazd trochę mnie gdzieś tam boli. Uważam, że po 1945 roku trafiły nam się piękne ziemie ze wspaniałymi zabytkami. (Gdyby z Warszawy było bliżej w góry Stołowe, Sowie lub Karkonosze i gdybym miała pieniądze, to kupiłabym tam sobie letni domek). Czy jednak właściwie o nie dbamy? W Oleśnicy postanowiłam pójść na cmentarz. Chciałam zobaczyć jakiś przedwojenny, niemiecki grób. Szybko okazało się to zupełnie niemożliwe. Powód? Groby po prostu zniknęły. Gdy na cmentarzu pytałam o nie, ludzie byli niechętni. Myśleli chyba, że jestem Niemką, bo nieprzyjemnie patrząc i mówiąc dopytywali jakiego nazwiska szukam. Nie szukałam żadnego konkretnego. Chciałam zobaczyć po prostu jakikolwiek przedwojenny grób kogoś, kto w Oleśnicy urodził się, żył, kochał, cierpiał i umarł. W większości zapytani na cmentarzu ludzie nie byli mi przyjaźni. Po prostu stawiane przeze mnie pytanie okazało się niewygodne. Miejscowy grabarz pokazał mi dwa przedwojenne nagrobki. Próżno jednak szukałam na nich niemieckich nazwisk. Jak mi powiedział, każdy z grobów został wykupiony przez polską rodzinę, stare litery usunięte, a w środku pochowani nowi ludzie. Tylko jeden z zapytanych na cmentarzu mężczyzn szczerze odpowiedział, że mieszka w Oleśnicy od ponad 60 lat i od kiedy sięga pamięcią wszelkie ślady bytności tu Niemców były usuwane. Choć w pełni to rozumiem, bo ludzie, którzy przybyli na te ziemie zostali wyrzuceni z własnych ziem i domów przez bezlitosną historię i poniekąd Hitlera, który wojnę rozpętał i na dodatek pokumał się ze Stalinem, to jednak dla mnie, miłośnika historii, która naprawdę jest nauczycielką nie tylko ludzi, ale i narodów, to wymazywanie z miasta śladów niektórych jej mieszkańców jest po prostu straszne. Przecież historia nie zawsze nam się podoba, ale usuwanie jakichś jej kart zawsze przypomina świat Orwella. A jednak… usuwamy te karty na Dolnym śląsku. Apotem jedziemy na wschód na ziemie rosyjskie, ukraińskie, białoruskie czy litewskie i dziwimy się, że usuwane są ślady polskie. Tak, jakby nam się ta historyczna pamięć należała, a inni nie mieli do niej prawa. Bardzo to ksenofobiczne. Dolny Śląsk jest urzekający ze swoimi niemieckojęzycznymi tablicami nagrobnymi, herbami Hohenzollernów i innych rodów. Wielka szkoda, że nie potrafimy właściwie uszanować tego, co nam dano w zamian za to, że odebrano nam inne ziemie. Choć teraz dzięki fundacji polsko-niemieckie pojednanie to się zmienia, ale na naprawę niektórych zniszczeń jest już za późno.  
Paradoksalnie odwiedziłam Oleśnicę w dniu, w którym miasto huczało z oburzenia na wandalizm. Otóż ktoś zdewastował pomnik braterstwa broni polsko-radzieckiej.Radzieckiemu żołnierzowi założył na głowę wiadro, polskiemu wetknął flagę i na cokole napisał „ZA KACZYŃSKIEGO ŚMIERĆ RUSKIM!”. Choć pytanie o to, co w sprawie katastrofy smoleńskiej zawinił radziecki żołnierz spoczywający na oleśnickim cmentarzu, nota bene zamkniętym głucho na dwie kłódki, jest pytaniem retorycznym. Symbole się niszczy, symbole się dewastuje, symbole stawia się nowe. A karty historii się zapisuje, wyciera, wydziera, zamienia i podmienia. Tylko, jak przychodzi co do czego, to niewiele się wie o tej historii. Gdy na jednym ze spotkań autorskich spytałam o to, jaka była wojna w 1920 roku odpowiedziała mi cisza. Czasem mam wrażenie, że gumka, którą wymazujemy Niemców z Dolnego Śląska, to ta sama gumka, którą wymazujemy z pamięci naszą historię podsypiając na lekcjach w szkole. Ale może to wina nauczycieli, którzy nie potrafią opowiadać o tym w taki sposób, by chciało nam się o tym słuchać, że o miłości tylko nieśmiało napomknę?

Wstyd Panie Andrzeju!

Z obrzydzeniem słucham w radio, oglądam w telewizji i czytam w gazetach o burzy wokół miejsca pochówku prezydenckiej pary. Możemy mieć różne przekonania polityczne, różne wyznawać wartości, ale tą najwyższą dla nas wszystkich powinna być Polska. Możemy sobie w domach, przy stołach, w wąskich gronach dyskutować o tym, czy tragicznie zmarły Prezydent zasłużył na Wawel czy też nie. Możemy w głębi duszy być za albo przeciw. Jednak publiczne dysputy na ten temat, a zwłaszcza demonstracje i protesty i to w momencie, GDY DECYZJA ZOSTAŁA PODJĘTA, to wstyd przed całym światem! To dowód na to, że nie jesteśmy Narodem, który w obliczu tragedii umie się zjednoczyć. To dowód na to, że prawdziwym jest powiedzenie „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Świat już się puka w czoło, bo nie może pojąć tego sporu, a zwłaszcza faktu, że rozgrywa się on w obliczu takiej tragedii. Wstyd mi za „Gazetę Wyborczą”, bo dziennikarze powinni być bezstronni i nie brać czynnego udziału w takich sporach. Jesteśmy od relacjonowania rzeczywistości, a nie jej tworzenia. Najbardziej jednak mi wstyd za polskiego laureata Oscara – Pana Andrzeja Wajdę, który wystosował list otwarty, w którym protestuje przeciwko pochówkowi prezydenckiej pary na Wawelu. Wstyd mi, bo paradoksalnie to dzięki tej tragedii i dzięki tej śmierci zachodnie stacje wykupiły prawa do jego filmu „Katyń”! To dzięki temu dramatowi „Katyń” obejrzało ponad 7 milionów Rosjan! Wstyd Panie Andrzeju! Bierze Pan udział w żałosnym spektaklu dzielenia Polskiego Narodu. Naprawdę wstyd! Akurat Pan powinien być ciszej nad tą trumną!

P.S. Moje wczorajsze dwa spotkania autorskie były inne niż wszystkie. Były o Katyniu, o tym co się wydarzyło, o mojej pracy w tym gorącym okresie, o tych, ktorych już nie ma. Obecni na spotkaniach moi czytelnicy w przeważającej większości pierwszy raz w życiu mieli w rękach „Listę Katyńską”. Dowiedzieli się, że licząca przeszło 200 stron książka, to tylko spis nazwisk zamordowanych żołnierzy i spis znalezionych przy ich zwłokach przedmiotów. Dowiedzieli się, że zamordowano tam dwa razy tyle lub cztery razy tyle osób, ilu mieszkańców liczą ich gminy. Wcześniej nie myśleli o tym, jaka to skala.

Na świętej Nigdy

Miałam 12 lat, gdy spytałam siedzącego przy maszynie do pisania ojca, czy władza to choroba. Oderwał się od pisania, spojrzał na mnie spoza okularów i westchnąwszy powiedział:
- Wcześnie do tego doszłaś. 
Jakiś czas później spytałam, czy polityka to nie jest sztuka kłamstwa. W spojrzeniu ojca była i troska i smutek i uznanie i współczucie. Już nie odpowiedział. Już tylko smętnie pokiwał głową. 
Wczoraj przypomniały mi się te moje dziecinne pytania, gdy oglądałam relacje z Katynia. Oglądałam je z listą katyńską w reku. Z listą, której czwarte wydanie jeszcze w latach 80-tych przywiózł ojcu z Londynu jego znajomy. Z listą, którą wtedy wertowaliśmy kilkaset razy poszukując nazwiska Stanisława Czekańskiego, męża cioteczno-ciotecznej siostry ojca. Tkwiło na stronie 41 tej Listy Katyńskiej: „Czekański Stanisław, w mundurze, karta szczep., wizytówka na nazwisko jego (AM 3991)” Przy czym AM oznacza „Amtliches Material zum Massenmord von Katyń” (urzędowy wykaz niemiecki), z cyfrą, oznaczającą poz. rej. zwłok. Patrzyliśmy z ojcem na to nazwisko jak na widomy znak, że nie ma się co dziwić, że nie wrócił do swojej żony Haliny i syna Zenka. Ojciec powiedział mi wtedy, że podobno nie ma w Polsce rodziny, której dalszy krewny lub choćby znajomy nie zginął w Katyniu. 


Tymczasem wczoraj, tuż po zakończeniu uroczystości komentatorzy prześcigali się w interpretacjach słów Władimira Putina. Dziś rozpisuje się na ten temat prasa. Nie bardzo jest moim zdaniem nad czym się rozpisywać. Nie wierzę, by władze Rosji kiedykolwiek przeprosiły Polskę za ten mord. Myślę, że raczej biadolą nad tym, że NKWD nie wywiozło polskich oficerów na Syberię, Kołymę czy w jakiekolwiek inne miejsce, w którym zbrodnie udałoby się ukryć. Biadolą nad tym, że nie zdecydowali się wtedy np. spalić zwłok, by sprawa nigdy nie ujrzała światła dziennego. 
A my cały czas czekamy na słowa i przeprosiny. Oni na śmierć ostatniego dziecka pomordowanych oficerów czy śmierć ostatniego świadka, który widział ich żywych. A, że od tamtych dni minęło już 70 lat, więc zbliża się czas, gdy naprawdę umrze ostatni świadek. Zamordowany w Katyniu szwagier mojej babci miał na nazwisko Czekański. Samo nazwisko każe czekać. Rodzina czekała. Na jego powrót z wojny. Daremnie. Ale jeśli idzie o przeprosiny ze strony Rosji, to nawet ja, urodzona optymistka, twierdzę, że nadejdą w dzień „świętej Nigdy”. Wydane w 1982 roku w Londynie czwarte wydanie Listy Katyńskiej żółknie ze starości.