Archiwa tagu: internet

Obłęd technologiczny, czyli internet w głuszy

Kilka lat temu namówiłam kolegę na kupno działki nad Liwcem. Gdy mu podałam zalety: las, rzeczka, stacja kolejowa i do Warszawy tylko 70 km, a pociąg z Wileńskiej jedzie godzinę, stwierdził, że kupuje i powiedział: „Ale będziesz przyjeżdżać tam pisać?” Obiecałam, że będę. Jednak przyjechałam dopiero teraz. Mam do pisania to, na co dostałam stypendium artystyczne MKiDN. Ale też mam pewne obowiązki zawodowe, bo stypendium kiedyś się skończy, a żyć nadal trzeba mieć z czego. Muszę więc odsyłać do pewnej redakcji zredagowane teksty. Bez internetu jednak ani rusz. Byłam na tej działce wcześniej. Komórka miała zasięg, a i maila w komórce tam odbierałam. Postanowiłam, że ponieważ kończy mi się umowa z Play na internet na kartę, więc ją przedłużę i… obniżę abonament. Przecież z tego internetu korzystam tylko na wyjazdach gdzie nie ma Wi-FI. Tak też zrobiłam. Przedłużyłam umowę na półtora roku i… spakowawszy siebie, rzeczy do pracy, śpiwór, mnóstwo koców i narzut oraz żarcie na dwa tygodnie tudzież sukę w odpowiedni transporter – pojechałam. Pół dnia się rozpakowywałam. Podejmowałam strategiczną decyzję gdzie spać (wygrała opcja z suką na werandzie). Wreszcie… przygotowałam sobie stanowisko do pracy, siadłam i… najpierw okazało się, że z domu zapomniałam zasilacza do laptopa, a dodatkowo jeszcze wyszło na jaw, że internetu to tu jest zdecydowanie brak. Modem działa, ale Play nie ma tu zasięgu. Połączyłam się przez komórkę (też w Play). Rwało, ale coś tam było. Jednak tak pracować się nie dało. Coś co robiłam 20 minut nagle zaczęło mi zajmować 4 godziny. Zadzwoniłam na infolinię Play z pytaniem jak to jest z ich zasięgiem internetu. Uprzejma pani powiedziała mi, że w tej miejscowości, w której jestem (musiałam podać kod pocztowy) zasięgu nie mają, że tam zasięg mają inne sieci, ale nie powie mi które. Przyjaciel, który w swoim czasie był na kierowniczym stanowisku w jednej z firm telekomunikacyjnych sprawdził które sieci mają tam maszty i powiedział, że są to T-Mobile z Orange, które mają wspólne maszty oraz Plus. Poradził, bym kupiła dwa startery (Orange lub T-Mobile oraz Plus), przyjechała z nimi na miejsce, sprawdziła, który ma lepszy zasięg i dopiero wtedy ten z lepszym zasięgiem doładowała. Była sobota popołudnie. Gdzie tu w centrum Polski w okolicy klasycznego mazowieckiego leśnego Pierdziszewa kupić starter do T-Mobile, Orange lub Plus i jeszcze go zarejestrować? Przyjaciel powiedział, że można to zrobić na stacji benzynowej. Zajaśniało więc słońce. Po południu Panicz Syn, który przywiózł mi z Warszawy zasilacz, został z suką na włościach, a ja pojechałam na poszukiwanie startera do internetu. Stacja benzynowa była kilkanaście kilometrów od mojej głuszy. Na miejscu pani powiedziała mi, że kupić starter mogę, ale tylko do T-Mobile, zaś co do rejestracji to nie jest pewna, bo jakiemuś panu dziś rejestrowała i nie udało się. Zaproponowała, że najpierw spróbuje mi zarejestrować, a dopiero jak się uda będę musiała zapłacić 5 złotych za starter. Tak też się stało. Objechałam jeszcze dwie stacje benzynowe (zajęło mi to wszystko 1,5 godziny) i stwierdziwszy, że poza tym T-Mobile nic więcej nie uświadczę zjechałam z powrotem do głuszy. Panicz Syn zrobił mi herbatę, a ja zajęłam się internetem. No i dopiero wtedy zaczęły się schody. Była godzina 19:00…

Po włożeniu karty w modem szybko okazało się, że internet jest. Słaby, bo słaby, ale lepszy niż w komórce. Doładować go można, ale… jak zmienić pakiet? To można zrobić tylko wysyłając SMS. Jak wysłać SMS z modemu? Teoretycznie przez stronę internetową, która pojawia się, gdy podłączę modem do komputera. Jest jeden problem. Do odbioru i wysyłania SMS strona żąda loginu i hasła do modemu, a ja nie wiem co wpisać. Gdy korzystam z modemu w sieci Play nigdy nie używam go do SMS. Nie wiem więc czy to żądanie modemu, czy może jednak sieci T-Mobile? Czytam wnikliwie całe opakowanie od startera T-Mobile. Jest tam podany numer: „Masz pytania? Skontaktuj się z nami”. Dzwonię do T-Mobile. Teraz drobna dygresja. T-Mobile jest to sieć, do której mam uraz z czasów, gdy jeszcze nazywała się Era. Opisywałam w swoim czasie burzliwe rozstanie z tą siecią. Głosu młodzieńca, który pouczał mnie, że dorosłość polega na tym, że przewiduje się utratę pracy, chorobę etc., a moja prośba o renegocjowanie warunków umowy i zmniejszenie abonamentu jest znanym mu skamleniem, poza tym jest bezczelna i niedojrzała, do dziś brzmi mi w uszach. Dlatego na samą myśl o kontakcie z tą infolinią muszę brać trzy głębokie oddechy. Wreszcie dzwonię. W słuchawce muszę wysłuchać komunikatu, że mam obowiązek rejestrować telefon na kartę. Zgrzytam zębami, bo po pierwsze wiem, a po drugie przecież zarejestrowałam. Potem automat informuje, że w związku z dużą liczbą interesantów czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi poniżej minuty. Oddycham z ulga. Słucham głupiej muzyczki, by po dwóch minutach dowiedzieć się, że ten czas oczekiwania wynosi… powyżej minuty, a po kolejnych dwóch znów usłyszeć, że poniżej i tak mija mi dobre dziesięć minut. Wreszcie młody człowiek, mający mnie ewidentnie za technologicznego głąba, po wysłuchaniu mojej historii informuje, że aby założyć konto na stronie lub wybrać pakiet powinnam… wysłać SMS. Opadają mi ręce. Zgrzytam zębami, ale cierpliwie tłumaczę wszystko jeszcze raz od początku. O modemie, który nie jest smartfonem i o tym, że jestem w lesie. Młody człowiek załapuje po jakimś czasie. Potem próbuje mi wmówić, że ów modem z Play ma simlocka. Informuję go, że na pewno nie ma, bo gdyby miał to bym się przez niego z internetem nie połączyła. Młody człowiek na chwilę milknie. Spytany co by zrobił na moim miejscu (skoro komputer nic mu nie podpowiada) radzi przełożyć kartę na chwilę do innego telefonu i wysłać z niego SMS. Pomijam już, że karta do modemu jest rozmiarów zwykłej karty SIM, a do mojego telefonu trzeba Nano SIM, więc czeka mnie w najlepszym razie zabawa ze zmienianiem rozmiarów karty. Ale cóż… panu na infolinii chyba wydaje się, że w środku lasu telefony po prostu rosną na drzewach. Na sośnie HTC, a na dębie iPhone. Nokia pewnie na lipie. Wzdycham ciężko. Pozostaje bowiem problem. Jak włożę kartę (po zmianie jej rozmiarów) do mojego telefonu, to w razie pytań nie będę miała innego aparatu do zatelefonowania. Starter jest tylko na internet. Pan nie ma innego pomysłu. Żegnam się więc z nim. Na szczęście jest jeszcze przy mnie Panicz Syn. Wkłada kartę do swojego telefonu. Próbuje wysłać SMS. Otrzymuje informację, że… nie jest to możliwe. Znów dzwonię na infolinię T-Mobile i ponownie po wysłuchaniu komunikatu, że mam zarejestrować kartę, a także po ponownym wysłuchaniu muzyczki oraz szeregu informacji, że oczekiwanie na połączenie poniżej jednej minuty, po kolejnych dziesięciu łączy mnie z kolejnym młodym człowiekiem, który informuje mnie, że na karcie zapewne nie ma już 5 złotych, które miała na starcie, bo korzystałam z mało korzystnego pakietu internetowego 1GB za 5 zł, więc część tych 5 złotych juz została wykorzystana, a żeby wysłać SMD muszę 5 złotych na karcie mieć. Zamknięte koło. Karta zostaje doładowana. Ale jak aktywować korzystniejszy pakiet? No i jak w ogóle założyć konto na T-Mobile na kartę, żeby kontrolować wydatki i w razie czego bez problemu sobie doładowywać? Trzeba wysłać ten cholerny SMS. Znowu mam przekładać kartę? Dzwonię do Play spytać o ten modem. Czy jest jakaś możliwość wysyłania z niego SMS? W Play (w przeciwieństwie do T-Mobile nie czekam na lini wysłuchując durnych i kłamliwych komunikatów o czasie oczekiwania poniżej minuty) natychmiast podają mi login i hasło do modemu. Trochę w tym wszystkim mojej winy, bo jest ono podane w modemie pod baterią, ale nigdy nie zwróciłam na to uwagi. W każdym razie była 20:30, gdy wreszcie udało mi się wysłać SMS, odebrać zwrotny z hasłem i aktywować korzystny pakiet, a nawet założyć konto na T-Mobile. Jest internet w głuszy. Wprawdzie jakoś pozostawia wiele do życzenia, ale… łączność ze światem jest. Jednak przez kilka godzin przezywałam prawdziwie technologiczny obłęd. Najpierw szukając startera, a potem instalując to wszystko.

PS Na zdjęciu widok z głuszy na moje leśne biuro.

Jednak spałam na tarasie. O 1 w nocy się tu przeniosłam. Teraz czytam. Pisać nie mogę, bo zasilacz został w domu. Panicz Syn obiecał przywieźć. #wyjazd #weranda #las #liwiec #rzeka

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

24 godziny to więcej niż tydzień

Kupowanie w sieci jest niezwykle wygodne. Nigdzie nie trzeba chodzić, więc oszczędza się czas. Jest taniej, ale… trzeba wiedzieć czego się chce. Ja przeważnie wiem.

Słucham starych kaset Ojca. Wywiady ze Stryjem i babcią Zosią Tchórz! Wielkie wzruszenie! #kasety #magnetofon #reportaz #wies #zamojszczyzna

Ostatnio robiłam spore zakupy. Zmieniałam laptopa, a co za tym idzie kupowałam do niego torbę, pokrowiec etc. Przy okazji kupowałam jeszcze mysz, bo laptop to MacBook, więc nie każda mysz pasuje. Kupowałam też skaner negatywowy, konwerter kaset magnetofonowych i całą masę jeszcze drobniejszych rzeczy ułatwiających życie osobie piszącej, jak na przykład podkładkę pod mysz, pokrowiec na mysz oraz koperty, papier do drukarki etc. Z zakupami w sieci mam przeważnie dobre doświadczenie. Raz jeden odsyłałam towar i zwracano mi pieniądze, bo zakupiona rzecz była obrzydliwa i absolutnie nie wyglądała tak jak na fotografii. Poza tym nie miałam uwag. Ostatnio jednak zrobiło się znacznie gorzej. Miesiąc temu, gdy urodziny miał mój syn, kupiłam mu dwa prezenty w sieci. O ile jeden z nich przyszedł na czas, o tyle z drugim był poważny kłopot. Prezent był żartem z mojej strony, bo był to powerbank w kształcie facebookowej kupy. Chciałam, by syn na ewentualne pytanie znajomych: „co dostałeś od matki?” odpowiedział „gówno” i była to prawda. Poza tym powerbank jest rzeczą przydatną. Kupując go spytałam sprzedawcę, czy na pewno będzie wysłany w ciągu obiecanych w opisie aukcji 24 godzin, gdyż urodziny syna są za tydzień i chciałabym mieć pewność, że dowcip się uda, czyli prezent przyjdzie na czas. Niestety mimo zapewnień ze strony sprzedawcy, że powerbank dojdzie przed urodzinami, przyszedł dzień po urodzinach. Po prostu 24 godziny trwały tydzień. Byłam wściekła. Wystawiłam jednak pozytywny komentarz, bo w końcu towar doszedł, zgadzał się z opisem itd. Tydzień później powerbank przestał działać.

Najbardziej jednak zirytowała mnie sprawa z twardym dyskiem zewnętrznym. Dwa zapełniłam już danymi, więc potrzebowałam nowy dysk. Zwłaszcza, ze kupowałam nowego laptopa, więc chciałam starego wyczyścić z danych. W sieci wybrałam ofertę, z której wynikało, że do każdego dysku jest pokrowiec (co bardzo mi pasowało, bo czasem biorę dysk do pracy), a wysyłka nastąpi w ciągu 24 godzin. Niestety, również ten przedmiot szedł do mnie z Warszawy do Warszawy długo. Tym razem te 24 godziny trwały ponad 10 dni. Dość szybko bowiem się okazało, że sprzedawca nie ma w magazynie dysków, którymi handluje, choć w ofercie napisał, że wysyłka natychmiast a sprzedaż „do wyczerpania zapasów”. Innymi słowy: zapasy się wyczerpały, ale handlujmy! Czemu nie! Na maile sprzedawca nie odpowiadał. Nie odbierał też żadnego z kilku telefonów. Gdy przyszło, co do czego otrzymałam sam dysk – bez pokrowca. Po przyjęciu przesyłki wystawiłam komentarz neutralny uznając, że to i tak wielka łaska z mojej strony. Spytałam o ten pokrowiec. Sprzedawca nie raczył odpowiedzieć, a faktem, że otrzymał komentarz neutralny w ogóle się nie przejął. Tego brakującego pokrowca nie dosłał do dziś.

Sprzedawcę dysku nazwałam w myślach „chujkiem” i takie imię otrzymał kupiony od niego nowy twardy dysk zewnętrzny, który przejął dane ze starego laptopa. (Drugi starszy mały dysk zewnętrzny ma na imię „Kurdupelek”, a najstarszy i wielki jak smok – z czasów, gdy nie sprzedawano jeszcze małych dysków – nazywa się nieortograficzne „Móżyn”.) Ulubionemu nic o ochrzczeniu dysku nie powiedziałam, więc gdy zasiadł do stacjonarnego komputera przeżył spory szok, ale przyjął moją argumentację dotyczącą imienia z pełnym zrozumieniem.

Myślę sobie teraz, że jednak zrobiłam błąd w tym, że od razu wystawiłam sprzedawcom komentarze. Po co wystawiałam jeden pochlebny, a drugi neutralny? Przecież powinnam była dwa negatywne. Dziś myślę, że fakt, że 24 godziny trwają dla jednych tydzień, a dla drugich dziesięć dni jest naganny. Tylko w kraju, w którym wszyscy są niepunktualni nie piętnujemy tego należycie. I nawet ja tego nie zrobiłam. A fakt, że pierwszy z przedmiotów przestał działać uważam za najwyższy obciach sprzedającego. Choć z drugiej strony… chciałam gówno – jest gówno!

Fachowcy 40 lat później

Jonasz Kofta i Stefan Friedman kiedyś śpiewali:

Przez cały kraj,
idziemy dwaj,
czy słońce czy śnieżek czy słota!
Niezbędna jest,
czy chce ktoś, czy nie,
w pionie usług fachowa robota.
Czy to sens ma
kląć, że ten świat
z kiepskiego zrobiony surowca?
Bo dobry Bóg
już zrobił, co mógł,
teraz trzeba zawołać fachowca!

Wczoraj było u mnie dwóch. Pierwszy to hydraulik-gazownik umówiony jeszcze przed świętami do czyszczenia pieca od ciepłej wody. Przyszedł punktualnie, dość szybko zrobił co trzeba i poszedł zainkasowawszy należność. Drugim fachowcem był pan z Orange Polska. Nawet nie myślałam, że jeden monter może aż tak sparaliżować życie w domu. Ale od początku.

Przez 15 lat byłam abonentem Cyfry+, czyli ostatnio (po połączeniu) NC+. Kiedy jeszcze była to Cyfra+ byłam w miarę zadowolona z usług. Zresztą… żadnej innej płatnej telewizji mieć nie mogłam, bo nie mieszkam w bloku. Odpadały więc wszelkiego rodzaju kablówki, a z racji wykonywanego zawodu dziennikarza telewizyjnego powinnam mieć dostęp do wielu kanałów. Jednak od jakiegoś czasu zaczęłam zastanawiać się, czy nie zmniejszyć abonamentu (prawie 150 złotych miesięcznie) lub nie zrezygnować z NC+ na rzecz czegoś tańszego, co zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Zwłaszcza, że ostatnie miesiące bycia klientem NC+ mocno dały mi się we znaki. W mijającym roku w sprawie przedłużenia abonamentu dzwoniono do mnie średnio raz w tygodniu. Umowa kończyła mi się (kończy) 31 grudnia, jednak NC+ zaczęło wydzwaniać już w czerwcu. Za każdym razem mówiłam, że mam czas na zastanowienie i by nie wymuszano na mnie podejmowania decyzji, że ja w odpowiednim czasie do nich zadzwonię. Prosiłam o odnotowanie w systemie, że nie chcę odbierać tych telefonów i odezwę się sama, a gdy mówili, że to oni muszą zadzwonić prosiłam o telefon w listopadzie. Daremnie. Co tydzień inny, biedny człowiek z tzw. „Call Center”, dzwonił i próbował wymusić przedłużenie umowy. Dwudziesty któryś telefon przesądził o wszystkim. Zdecydowałam się tej umowy nie przedłużać, bo nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza. To jednak nie było takie proste. Okazało się, że umowy z NC+ nie można nie przedłużać. Trzeba ją… wypowiedzieć. Można to zrobić tylko na piśmie. Pismo musi być złożone osobiście w punkcie NC+ lub wysłane pocztą na specjalny adres. Nie można skorzystać z e-maila. Nie można zrobić tego przez telefon, choć przez telefon można… przedłużyć, a nawet podpisać umowę! Ta wiadomość sprawiła, że jeszcze szybciej chciałam się z tym NC+ rozstać. Do tego doszła sprawa finansów. Okazało się, że Orange, w którym mamy telefon stacjonarny i internet, oferuje taki sam pakiet NC+, ale za o wiele niższe pieniądze. Dodatkowo dostaniemy tzw. „multiroom”, czyli drugi dekoder, a przy okazji szybsze łącze internetowe – 80 mb/s. Zaś wszystko w cenie 89 złotych miesięcznie wraz z telefonem stacjonarnym i internetem. Uznaliśmy, że to świetna okazja. Przecież w NC+ za samą telewizję płacimy prawie dwa razy tyle. Tak więc pewnego dnia popędziłam do punktu NC+ i złożyłam wniosek o rozwiązanie umowy. Był to podobno ostatni dzień, kiedy mogłam to zrobić, inaczej potem musiałabym za miesiąc korzystania płacić… 300 złotych, czyli dwa razy tyle. Ponieważ okazało się, że dekodera oddać jeszcze nie mogę, gdyż nikt go ode mnie nie przyjmie przed końcem umowy, więc z podpisaniem umowy z Orange zwlekaliśmy do końca grudnia. Wreszcie przed świętami zadzwoniłam i umówiłam fachowca na po świętach. Wybrałam ten sam dzień, kiedy umówiony został pan hydraulik-gazownik.

Hydraulik gazownik miał przyjść między 8:00 a 10:00. Pana Orange zamówiłam na godzinę 10:00 – 12:00. Po kilku dniach otrzymałam SMS potwierdzający wizytę. Przyznaję, że nie zwróciłam uwagi, że wpisano tam godzinę między 12:00 a 15:00. Tak więc wczoraj zerwaliśmy się o świcie, by z utęsknieniem czekać na fachowców. Kiedy oddalił się punktualny pan hydraulik-gazownik siedziałam w roboczym ubraniu i pisałam. Bałam się iść myć, by nie było sytuacji, że ja w wannie, a tu w drzwiach pan Orange. Podobnie Ulubiony, który lubi sobie jeszcze szczegółowo porozmawiać z Panem Fachowcem. Około 11:00 odebrałam telefon. Pan Orange będzie o 13:00. Pomyślałam, by wziąć kąpiel, ale… tak mi się dobrze pisało, że zrezygnowałam. Zresztą… pan Orange przyjdzie i zapewne w ciągu pół godziny wyjdzie, bo ileż można podpinać dekoder? Ulubiony w oczekiwaniu na mistrza majsterkował. Po 13:00 przybył Pan Orange. Z miejsca zaczęło się. Usłyszałam, że teraz potrzebne będą trzy kable DSL i on nie ma. Ja miałam do tej pory używane dwa. Spytałam czy on nie powinien mieć ze sobą kabli. Usłyszałam, że owszem, ale dziś akurat nie ma, a poza tym nawet jakby miał, to tu będzie potrzebny jeden trzymetrowy, a on tak długiego to by mi nie dał. Westchnęłam ciężko i tak jak stałam wskoczyłam w samochód, by pojechać do najbliższego sklepu z takimi rzeczami, czyli cholernego Media Markt, po kabel. Najpierw stałam w korku na ulicy, potem w drugim korku do wjazdu na parking, potem w trzecim korku na podziemnym sklepowym parkingu. Kabel znalazłam błyskawicznie i postałam sobie w kolejce do kasy, potem w korku do wyjazdu z parkingu i w korku na ulicy. Po godzinie byłam w domu z trzymetrowym kablem. Pan Orange przyjął go z miną średniozadowoloną, gdyż oznajmił, że chyba będzie potrzebny jednak pięciometrowy! Spytałam czy nie mógł powiedzieć wcześniej? Pan nie odpowiedział. Na werdykt, czy kabel na pewno trzeba dłuższy, czekałam jeszcze pół godziny. Wreszcie usłyszałam, że jednak niezbędne jest pięć metrów kabla DSL. Znów wskoczyłam w samochód, znów czekały mnie korki na ulicy, korki do wjazdu na parking, korki na parkingu Media Markt, a potem kolejka do biura obsługi klienta, by dostać kwit pt. „wymiana sprzętu”. Znów najkrócej zajęło mi wzięcie kabla z półki i… znów stanęłam w kolejce do kasy, potem postałam sobie w korku w garażu, korku na ulicy i po kolejnej prawie godzinie byłam w domu. Dochodziła 17:00… Pan Orange wyszedł później. W trakcie wizyty pana Orange okazało się też, że podłączony nam szybszy internet nie będzie miał jednak prędkości 80 mb/s tylko mniej, bo 80 u mnie „nie pójdzie”.  Byliśmy zmęczeni. Machnęliśmy ręką uznając, że i tak cena 89 złotych za usługę telewizja z telefonem i internetem to mniej niż 150 za samą telewizję. Nie zmienia to jednak faktu, że drugi dzień po wizycie fachowca śpiewam z Jonaszem Koftą i Stefanem Friedmanem i myślę, że taki program jak ten, który we dwóch robili, nadal ma rację bytu. Fachowcy 40 lat później niewiele się różnią od tych ze starych skeczy. Ten jeden z Orange wymęczył mnie tak, że wieczorem niemal padłam trupem. A późna kąpiel niewiele pomogła w stawaniu na nogi.

Niebezpieczna kultura, czyli za dużo literek

Gdy dwa dni temu pisałam o tym, jak Facebook ocenzurował reklamę naszego spektaklu „Bubloteka” nie przypuszczałam, że będzie to miało dalszy ciąg. W końcu gorszące zdjęcia dwóch facetów w bibliotece – usunęłam. By nie było kłopotów, w ich miejsce wstawiłam plakat spektaklu i… zajęłam się innymi sprawami. Wprawdzie po mojej uwadze nt. cenzury FB przysłał maila, że jednak zatwierdzają mi zdjęcie tych nieszczęśnych dwóch facetów w bibliotece, ale nie miałam czasu tego zmieniać. Pojechałam na zajęcia. (Podjęłam bowiem pewna naukę, o której być może w stosownym czasie napiszę.)

W tym czasie przyszedł do mnie kolejny mail od obsługi FB, z którego wynikało, że… moja reklama „nie została zatwierdzona, ponieważ umieszczony w niej obraz lub miniatura filmu zawiera zbyt wiele tekstu, co stanowi naruszenie Zasad zamieszczania reklam w serwisie FB. Tekst nie może zajmować więcej niż 20% powierzchni obrazów i miniatur filmów w reklamach. Naliczymy opłaty za wyświetlenia lub kliknięcia uzyskane przez reklamę przed jej odrzuceniem.” Załamałam się. W wolnej chwili plakat wymieniłam na odrzucone wcześniej zdjęcia, czekając na odpowiedź, która przyszła po jakimś czasie, oznajmiając mi, że zdjęcia zatwierdzono. (Ciekawe na jak długo.)

Dziś wieczorem poszłam z przyjacielem na czytagramę, czyli słuchowisko na żywo w adaptacji i reżyserii Piotra Łyczkowskiego, w którym Adam Bauman wciela się w rolę Stanisława Ignacego Witkiewicza i czyta jego listy do żony. Zanim rozpoczął się swoisty witkiewiczowski festiwal, opowiedziałam koledze o cenzurze na Facebooku. Stwierdził: „My żyjemy w świecie pozornej wolności. Wokół panuje taki totalitaryzm, że nawet nie masz pojęcia!” Pomyślałam, że akurat mam pojęcie, bo znajomi już tak mnie cenzurowali, że przestałam „bywać” na Facebooku zostawiając sobie tylko profil oficjalny. Nie odezwałam się jednak nawet słowem. Przecież wiadomo, że gdy dwie osoby mają takie same zdanie – nie ma dyskusji. A wzajemne sobie przytakiwanie nie jest twórcze. W trakcie czytagramy ze sceny padły różne stwierdzenia z listów Witkacego, w których podpisywał się on słowami: „Onanisław, Spemracy Wyfiutkiewicz”. Jak mi powiedział przyjaciel, ponoć z powodu tych słów (plus kilku innych), ta konkretna czytagrama, która jest przecież w oryginale słuchowiskiem, nie została wyemitowana przez Polskie Radio nawet po północy. W świetle padającego w swoim czasie w tzw. „primetime” na antenie Telewizji Polskiej „Doda! Doda zrób mi loda” oraz „Saleta ciągnij fleta” zupełnie nie rozumiem nakładania cenzury na Witkacego. Zwłaszcza, że minęło 76 lat od jego samobójczej śmierci. Ale cóż… w momencie, gdy plakat spektaklu mówiącego o tym, jak popkultura zżera kulturę, ma zdaniem cenzury FB za dużo literek i trzeba go usunąć, gdyż jest tak samo niebezpieczny jak porno, uważam, że kultura w ogóle jest niebezpieczna. Najlepiej jest więc ją usunąć korzystając z faktu, że zawiera jakieś słowo np. „sperma”. (I nie ważne, że gdyby nie sperma nikt z nas nie ujrzałby światła dziennego.) Zaś ci, którzy piszą (tu już nie ma znaczenia czy o spermie, czy nie) są w ogóle niebezpieczni. Niebezpieczni, bo piszą! Zaś pisząc zmuszają do czytania! A kiedy ktoś czyta, to przecież… myśli! Toż to zgroza! Dlatego ze smutkiem konstatuję, że plakat na witkacowską czytagramę w ogóle by nie przeszedł przez cenzurę Facebooka. Same literki! DNO!

A tych, którzy lubią takie dno zapraszam nie tylko na nasz spektakl, ale i na czytagramy. Zajrzyjcie na ich stronę, posłuchajcie fragmentów i jak gdzieś będą na żywo – idźcie. Wyjdziecie zdemoralizowani. Dajcie się okradać na wnuczka czy policjanta? Dajecie się okradać hackerom? Dajcie się zdemoralizować pisanemu słowu! Innemu niż wydrapane na murze słowo „chuj”. Dajcie się zdemoralizować klasyce! Gorszcie się słowem! Gorszcie się klasyką! Nic tak wam nie zrujnuje życia jak Witkacy z Hrabalem! Mówię to wam ja. Wasza… DAMA FEKALIOWA, której niejedno klasyczne dzieło literackie zryło psychikę. Naczytałam się ich i cały czas czytam i teraz mam! Żyję w świecie absurdów.

Historia pewnej strony, czyli naiwna, głupia ja

Od wielu, bardzo wielu lat trzymam swoją stronę internetową na serwerach jednej z wiodących polskich firm hostingowych. Płacę za to prawie 750 złotych rocznie, bo w pakiecie mam nielimitowany transfer danych, ileś baz, serwer FTP i całą masę udogodnień z ogromną przestrzenią włącznie. Ponieważ nie wykorzystuję całego przydzielonego mi miejsca na serwerach, więc przystań na mojej hostingowanej przestrzeni znalazły także strony przyjaciół i znajomych. Wielu z nich sama je zrobiłam, bo opanowałam umiejętność pracy z wordpressem na tyle dobrze, że mogę pomóc tym, którzy się na tym kompletnie nie znają. To, co im zrobiłam teoretycznie kosztuje. Wg informacji wziętych z Internetu ok. 1500 złotych samo przygotowanie strony. Zaś najtańszy hosting rocznie ok. 150 złotych z limitem transferu danych. Jednak nikt z moich przyjaciół nie musiał płacić za hosting, bo ja i tak za to miejsce na serwerze płacę, a pracę przy ich stronach wykonałam za darmo, bo od tego ma się przyjaciół, by sobie pomagać. Oni jedynie raz na rok muszą opłacić sobie swoje domeny, co przeważnie nie przekracza 100 złotych.

Ostatnio zrobiłam kilka stron ludziom, którzy mieli ze mną pracować przy pewnym projekcie artystycznym. Pieniądze z niego mogą być w przyszłości. Najpierw jednak trzeba włożyć w to trochę pracy. Moja propozycja była więc taka: „Ty ze mną popracuj, a ja w zamian za to zrobię ci stronę i dam miejsce na moim serwerze.” Wszyscy na to poszli. Wykupiłam im domeny, stworzyłam strony administrując je i aktualizując. Każdemu podałam dane do strony, by mógł sobie sam tam coś pozmieniać. Ale nikt nie chciał się w to bawić. Praca z jedną osobą nie wypaliła. Strona jednak pozostała, a ja, co jakiś czas, mimo wszystko ją aktualizuję. Praca z drugą osobą wypaliła, więc strona jest stale przeze mnie uzupełniana. Niestety praca z trzecią osobą też nie wypaliła. Jednak w przeciwieństwie do pierwszej osoby, która ze mną nie współpracuje, ta trzecia osoba obraziła się, choć przecież o ile jej praca można powiedzieć „zmarnowała się”, (a i współpraca z nią zmarnowała mój czas), o tyle moja praca dla niej cały czas jest! Było mi głupio, że tak się sprawy potoczyły, ale wszyscy znający temat mówili: „Nic temu komuś nie jesteś winna. Zapłaciłaś mu zrobieniem strony i wykupieniem domeny! Ten ktoś się nie sprawdził i tyle! Twoja praca dla niego pozostała.” Dośc szybko po rozstaniu w jednym z maili ten ktoś zażądał danych do obsługi zrobionej przeze mnie strony. Zdziwiłam się, bo przecież już mu je wcześniej system wysłał, ale może myslał, że ta wiadomośc to spam i wykasował? Dane rzecz jasna dostał ode mnie jeszcze raz i… zmienił hasło dla administratora, bym nie mogła nic uzupełniać na tej „jego stronie” (umieszczonej na moim serwerze, której dane są zarejestrowane na moje nazwisko). Oczywiście dla mnie to nawet dobrze, bo dzięki temu mam mniej roboty. Po tym zachowaniu wnioskuję jednak, że gdyby była odwrotna sytuacja, to ta osoba usunęłaby moją stronę ze swojego serwera jednym kliknięciem. (Ona chyba nie jest świadoma, że i ja w każdej chwili mogę to zrobić.) A jeśli by nawet tego nie zrobiła, to być może wystawiła rachunek za zrobienie strony oraz za hosting.

Pewnie słowem bym się nie zająknęła na ten temat, bo o sprawie niemal zapomniałam, gdyby nie doszły mnie słuchy (zresztą od różnych czytelników tego bloga), jak bardzo gdzieś tam „w wielkim świecie” obrabia mi tyłek. Panicz Syn skwitował to stwierdzeniem: „Mamo, bo ty zawsze chcesz być w porządku w stosunku do wszystkich ludzi. Nawet tych, którzy w stosunku do ciebie nie są w porządku. I teraz sama widzisz. Weź wykasuj mu tę stronę. Będziesz miała spokój i więcej miejsca na serwerze. No i nie będzie ci tak przykro.”

Ale ja jakoś nie umiem tego zrobić. Chyba naprawdę jestem głupia i naiwna, bo ciągle łudzę się, że ten ktoś zrozumie, że za jego pracę, która nie spełniła moich oczekiwań i zmarnowała mój czas, zapłaciłam mu zrobieniem strony internetowej oraz udzieleniem bezpłatnego hostingu na własnej przestrzeni internetowej. Naprawdę nie jestem mu nic winna. 

Ja – Dominik, czyli życie z przetrąconą duszą

O tym, czy istnieje lek na frustrację i nienawiść myślę obserwując pewne zjawiska wokół. Być może niektórzy upatrują tego leku w narkotykach, inni w alkoholu, ja jednak twierdzę, że to nie działa. Tak naprawdę skutecznego leku na frustrację i wypływającą z niej nienawiść do innych nikt jeszcze nie wymyślił. A bardzo by się przydał. Przydałby się wszystkim, którzy gnębią innych, a także w internecie wylewają swój jad. Kiedyś robili to anonimowo. Teraz zdarza im się, że podpisują imieniem i nazwiskiem. A skoro skuteczniej kary za to nie ma, frustracja objawiająca się powszechną nienawiścią i opluwaniem bliźnich, rozprzestrzenia się jak wirus ebola. I to rozprzestrzenia w tempie zastraszającym.

Przyznam, że nie chciałabym mieć znowu 14 lat. To refleksja po prześledzeniu sprawy Dominika z Bieżunia, który popełnił samobójstwo. Gdy miałam 14 lat przeżywałam nie mniejsze piekło niż on, choć nie miałam zajęczej wargi i siedmiu operacji plastycznych poprawiających wygląd, ani nie ubierałam się jakoś inaczej od innych, bo w zapyziałej rzeczywistości PRL nie było zbyt wielkich możliwości. A jednak… gnębiono mnie w szkole strasznie. Nasiliło się to zwłaszcza w klasach VI-VIII, czyli odpowiedniku dzisiejszego gimnazjum. Trudno dziś powiedzieć, za co tak konkretnie mnie gnębiono. Faktem jednak jest, że bez przerwy wysłuchiwałam, że jestem głupia i brzydka. Po latach, kiedy po raz tysięczny analizowałam to wszystko, myślę, że przyczyną była moja nadmierna wrażliwość, co z kolei wynikało z tego, z jakiego byłam domu. Umiałam od małego wczuwać się w położenie innych. Gdy miałam 11 lat na obozie harcerskim nazwano mnie kablem, a koleżanki wyrzuciły mnie z zastępu. Dlaczego? Oto odwiedzili nas rodzice. Jeden z kolegów, którego nikt nie odwiedził, powiedział do koleżanki, której tata przyjechał na trochę dłużej niż inni rodzice: „kiedy twój ojciec stąd wyjedzie? Niech wypierdala!”. No grzeczne to nie było, ale gdzieś tam rozumiałam frustrację chłopca, którego nikt nie odwiedził. Koleżanka zwierzyła mi się, że jak jeszcze raz powie do niej coś o jej ojcu, to wówczas ona mu wykrzyczy prosto w twarz całą prawdę, która brzmi: „zazdrościsz, że swojego ojca nie masz!”. Kolega ojca nie miał. Dla mnie to, co chciała mu powiedzieć było straszne. Byłam chowana przez oboje rodziców. Od małego słuchałam od mamy o tymże koledze (sąsiedzie z podwórka) opowieści, jak to on jest biedny, bo tatuś porzucił jego i matkę, gdy on miał bodajże kilka miesięcy. Swojego ojca nigdy nie widział. Dlatego perspektywa, że koleżanka powie mu tak straszne słowa była dla mnie okropna. Zaczęłam błagać, by tego nie mówiła, bo to coś strasznego. Że to nie jego wina, że nie ma taty. Że dokuczanie mu z tego powodu to coś brzydkiego. Koleżanka była niewzruszona, nakręcona i wściekła. A ja bałam się, że lada moment wykrzyczy mu w twarz, że zazdrości jej ojca, bo nie ma własnego, a tym samym uderzy w czuły punkt. Pobiegłam prosić o pomoc druhnę. Była wstrząśnięta tak, jak ja. Porozmawiała z koleżanką, a ja… zostałam kablem – odepchniętym przez nią i jej sojuszniczki. Wylądowałam wtedy w męskim zastępie i w męskim namiocie. I jakoś przeżyłam obóz, przyjaźniąc się najbardziej z kolegą, który jak się dowiedziałam po latach – został… księdzem. Gdy jakiś czas temu opowiadałam to przyjaciółce uświadomiła mi, że rzadko zdarza się takie myślenie u 11-letniego dziecka. Ja jednak tak wtedy rozumowałam. Przyczyną były zapewne rozmowy prowadzone w domu przez rodziców między sobą i te prowadzone ze mną. W większości idealistyczne z dzisiejszego punktu widzenia, czyli: nie kłam, bądź lojalna, kochaj Polskę, broń słabszych, ucz się etc. Do tego dochodziły opowieści o dziadku jednym i drugim, o pradziadku, o stryju harcerzu, który zginął w powstaniu jak bohater i tym podobne sprawy. Oczywiście święcie wierzyłam (i zdaniem niektórych NIESTETY nadal wierzę), że „bez pracy nie ma kołaczy”, a do serca i głowy brałam sobie maksymy typu mickiewiczowska: „miej serce i patrzaj w serce” lub Owidiusza: „cokolwiek czynisz mądrze czyń i oczekuj końca”. Przyczyną tego gnębienia mnie było też to, że moi rodzice (wykształceni ludzie) nie znali odpowiedzi na wszystkie pytania i nie próbowali nigdy udawać, że wiedzą wszystko. Gdy zadawałam pytanie, a oni nie wiedzieli co odpowiedzieć – odsyłali do stojącej na półce 18-tomowej encyklopedii Orgelbranda. Wiele haseł do dziś jest aktualnych. Tymczasem sporo moich koleżanek i kolegów (co widzę dziś, po dogłębnej analizie) miało prostych, niewykształconych rodziców, którzy wychowywali swoje dzieci w przeświadczeniu, że starszy znaczy mądrzejszy. Kiedyś opisałam tu historię z „pomyksem”, ale było takich sytuacji o wiele więcej, kiedy niewykształcony ojciec coś wmawiał swojemu dziecku, a ono wierzyło, bo wychowywane w myśl zasady: „starszy wie wszystko” uważało go za największy i nie do zakwestionowania autorytet. Dla mnie do dziś to jest fenomen i coś niesamowitego. Zwłaszcza w czasach upadku autorytetów. Jednak wtedy ta pewność siebie rodziców niektórych dzieci z mojej klasy sprawiała, że i te dzieci czuły się pewnie. To zaś w zderzeniu z brakiem pewności siebie moich rodziców, którzy wszystko po kilka razy sprawdzali oraz z faktem, że i ja nie miałam i do dziś nie mam pewności siebie, tworzyło wybuchową mieszankę. Do tego dochodziła jeszcze różnica w wystrojach naszych domów – u mnie brakowało meblościanek i był nadmiar książek i obrazów. U większości dzieciaków odwrotnie. U mnie nie było dywanów i można było łazić po podłodze w butach – u innych wstęp tylko na bosaka, a buty za drzwiami. W kilku domach nie wolno było w ogóle wejść do środka, dlatego u kilku koleżanek wszelkie rozmowy odbywały się na klatce schodowej. Byłam więc inna (na szczęście nie ja jedyna). Historii, kiedy mnie gnębiono były setki tysięcy. Pamiętam je wszystkie. Pamiętam na szczęście i pamiętam na nieszczęście. Na szczęście i nieszczęście dla siebie i na nieszczęście dla innych. Bo być może w moich oczach widzą to, że pamiętam. Choć oni sami być może nie pamiętają, bo i dla nich to lepiej. Jedna z koszmarnych historii dotyczyła pozornie niewinnej zabawy w inteligencję. Oto graliśmy w to na dużej przerwie. Literą, na którą trzeba było wypisać państwo, miasto, zwierzę, a także ubranie i tak dalej była litera Z. Tylko ja wpisałam ubranie na Z. Była to zapaska. Oczytana w ludowych baśniach polskich i powieściach historycznych, w których roiło się od bab z zapaskami byłam pewna swego. Koleżanki wyśmiały mnie. Powiedziały, że nie ma takiego ubrania, a ja jestem głupia. Ich zdaniem pomyliłam to z podpaską. Tak jestem głupia, że nawet nie wiem czym jest podpaska lub tampon. Było jeszcze słowo o tym, że nie mam biustu, mózgu, miesiączki. Zdaniem koleżanek była to ważna rzecz w okresie dojrzewania. Tak ważna, że bez tego niemal nie było się człowiekiem. Jeszcze setki innych tekstów poleciały w moim kierunku. Chciałam udowodnić istnienie zapaski. Nadarzyła się okazja bez proszenia o pomoc dorosłych, czego po obozowym doświadczeniu starałam się unikać. W klasie stała czterotomowa encyklopedia PWN. Pobiegłam wziąć z półki ostatni tom, w którym moim zdaniem na pewno było wyjaśnienie znaczenia słowa „zapaska”. Nie dane było mi zajrzeć do środka. Encyklopedię mi wyrwano, a jedna z koleżanek przy wielkiej radości pozostałych, przyłożyła mi nią w głowę oznajmiając reszcie, że jestem „podpaską” i „głupim peklem”, co reszta ochoczo i ze śmiechem podchwyciła. Dzięki temu skończyłam podstawówkę, jako „podpaska” i „brudny pekiel” uciekając do liceum oddalonego od domu o 5 przystanków. Wszystko po to, by być z dala od „życzliwych koleżanek”. W tamtych czasach (tak jak i dziś) można było gnębić w szkole, można było gnębić i po szkole, jeśli ktoś dopuszczał gnębicieli do siebie. Ja dopuszczałam. Chciałam mieć koleżanki. Paradoksalnie każda z nich była dla mnie miła, gdy byłyśmy we dwie. Ale niech no tylko pojawiała się trzecia osoba – zawsze ja byłam tą, która musiała oberwać od pozostałych dwóch. W gnębieniu pomagały im modne wówczas zeszyty ze złotymi myślami i tym podobne „wynalazki”. Do dziś pamiętam zwyczaj zbierania w zeszycie specjalnych wpisów od koleżanek. Wpisów, w których informowały co myślą o właścicielce zeszytu. Do zapisania miały dowolną liczbę kartek, mogły swój wpis okrasić rysunkami, nalepkami, kalkomaniami itd., a na końcu koniecznie musiały to wszystko razem zakleić. Właściciel zeszytu otwierał ten wpis dopiero wtedy, jak cały zeszyt został zapisany przez koleżanki i kolegów. Też miałam ten zeszyt. Też nie mogłam doczekać się, kiedy będę mogła to wszystko, co w nim zostało napisane przeczytać i obejrzeć zamieszczone w nim rysunki, nalepki czy kalkomanie. I wreszcie się zapełnił, a ja doczekałam chwili, kiedy przeczytam. Porozdzierałam pozaklejane kartki i… to był jeden z tych dni, kiedy pomyślałam, by się zabić. Kiedy nie chciałam żyć i nigdy więcej iść do szkoły. Pamiętam jeszcze głupie uśmieszki koleżanek, które pytały, czy przeczytałam. Dziś myślę, że gdyby w tamtych czasach był internet – mogłabym nie przeżyć. Wsparcie taty mogłoby nie wystarczyć. Wyobrażam sobie ile pootwierałyby stron poświęconych mnie, ile fanpejdży ze słowami: „weź Piekarska idź sobie popłacz” lub nawet „zdychaj” . A zrobiłyby to na pewno, znając ich zapał do dokuczania.

Doświadczenie ze szkoły i fatalna opinia dotycząca gimnazjów sprawiły, że gdy mój syn poszedł do szkoły, niczego tak się nie bałam jak konfliktów z kolegami. Na szczęście przeszedł przez szkołę bez takich historii. Wpajane miał też, by samemu nigdy nie być oprawcą. To było dla mnie nie mniej ważne. A może i bardziej?

Czas nie leczy ran. On uczy z nimi żyć. Uczy przekuwać na coś pozytywnego. Ja nie zapomniałam o tym wszystkim co mnie spotkało nawet nie dlatego, że mam swój pamiętnik z lat szkolnych, prowadzony od 11-go roku życia, ale dlatego, że po prostu mam dobrą pamięć. Kiedyś już pisałam, że nie gniewam się na swoich „oprawców”, bo trudno gniewać się na dorosłych dziś ludzi za „grzechy dzieciństwa” i głupotę lat minionych. Nie zmienia to jednak faktu, że nie koleguję się z nimi, choć mam wśród znajomych na FB i czasem zamienię kilka słów. Ale nie spotykamy się. Nie przypuszczam byśmy mogli szczerze o czymkolwiek rozmawiać. Zwłaszcza, że pewnych spraw cofnąć się nie da. Faktem jednak jest, że moja dobra pamięć przypomina mi niemal codziennie o zdarzeniach, o których inni starają się zapomnieć. Pamiętanie pomaga mi jednak pisać dla nastolatków. I to jest to coś dobrego. Pamiętanie pomaga mi zrozumieć ich problemy, rozmawiać z nimi na spotkaniach i odpowiadać na ich listy. Pomaga mi też zrozumieć Dominika z Bieżunia. A także 14-letnią Anię, uczennicę jednego z trójmiejskich gimnazjów, która powiesiła się na skakance dzień po tym jak dwaj jej szkolni koledzy rozebrali ją i dotykali, zaś trzeci z chłopców nagrywał wszystko telefonem przy milczącej akceptacji reszty klasy. Rozumiem też 12-letniego Kamila z Łodzi, który wyzywany przez kolegów powiesił się na psiej smyczy. Rozumiem jego imiennika Kamila ze znanej mi miejscowości Duczki pod Wołominem, który wysłuchiwał i od nauczycielki i rówieśników, że jest nikim, więc też odebrał sobie życie. Czytam informacje o nastoletnich samobójcach i zawsze myślę, że to mogłam być ja. Przeżyłam chyba tylko dlatego, że żal mi było ojca, którego byłam oczkiem w głowie, no i bałam się gniewu matki, który uważałam, że mógłby mnie dopaść nawet na tamtym świecie, bo na pewno mimo wiecznego tresowania mnie, bardzo mnie kochała i być może od rau zabiłaby się z rozpaczy. Wiedziałam, że śmierć dziecka jest czymś najgorszym dla rodziców. W dzieciństwie płakałam nie tylko nad losami Nemeczka (bohatera „Chłopców z placu broni”), który zmarł na zapalenie płuc, ale i nad jego osieroconymi rodzicami, bo nad nimi płakała moja mama. Nie pochwalam samobójstwa, ale rozumiem, że zaszczute dziecko, które się nie ma gdzie schować przed światem – wybiera śmierć, bo tam już nikt go nie dopadnie. Niestety… nadal nie mogę zrozumieć tej frustracji, która powoduje, że ludzie zachowują się tak, jak zachowują i robią to co robią po śmierci kogoś, kto był ofiarą ogromnej fali nienawiści. Kompletnie nie rozumiem czemu po śmierci Dominika, którego samobójstwo powinno być dla jego oprawców wstrząsem, jak grzyby po deszczu wyrosły strony z tekstami typu „dobrze, że zdechł”, a jego oprawcy przyznali, że smucą się tylko z tego powodu, że nie mają teraz kogo gnębić. Tak, jakby gnębienie chłopaka było nie tylko ich rozrywką, ale i jedynym celem w życiu. Sama zgłaszałam stronę na FB zatytułowaną „Dominik Szymański gwałcił małe sznuróweczki”, na której głównym zdjęciem była pętla ze sznurówek i tekst: „buciki się cieszą, domina powieszą”. Ciekawi mnie co robili rodzice zakładających ją dzieciaków.

źródło: Facebook

Gnębieni w dzieciństwie dzielą się na tych, którzy zabijają się, bo nie wytrzymują presji otoczenia a ze strony bliskich mają zbyt małe wsparcie i na tych, który żyją. Ci którzy przeżywają i tak mają na zawsze przetrąconą duszę. I to nawet jeśli dobrze im się wiedzie i są szczęśliwi. Ja jestem szczęśliwa, ale mam przetrąconą duszę. Umieram wraz z każdym popełniającym samobójstwo gnębionym nastolatkiem. Umieram od nowa, jak wtedy, gdy jako nastolatka otworzyłam swój zeszyt ze złotymi myślami koleżanek o mnie. Czasem ciekawi mnie, czy czytając w gazetach lub oglądając w telewizji informacje o tych śmierciach myślą o sobie z tamtych lat? Wątpię, czy myślą o mnie. Zresztą nie chcę w nich wywoływać poczucia winy i nie po to o tym piszę. Faktem jednak jest, że zamieszczony przeze mnie na FB link do artykułu w sieci o śmierci Dominika, jako pierwszy skomentował kolega, którego los był podobny do mojego. Potem skomentowali obecni znajomi. Ci z dzieciństwa milczeli. Zresztą… co mieliby napisać w komentarzu?

Szymon Majewski zrobił sobie koszulkę ze zdjęciem Dominika i napisał: „Nie lubię wielkich słów. Jestem raczej specem od tych żartobliwych gierek. Ale śmierć Dominika mną wstrząsnęła. Pamiętam dobrze, że gdy miałem lat 15 i więcej, byłem nazywany „pedziem”, „ciotą“ z powodu długich włosów, kolorowych skarpet i krawatów. Tak lubiłem się ubierać. I miałem czasami ciężko. Dlatego zrobiłem sobie T-shirt z Dominikiem. Tak chciałem pokazać że lubię to co robi a raczej niestety „robił“. Dać mu lajka. Marzyłbym żeby taki Dominik już nigdy nikomu nie przeszkadzał. Szymon”

źródło: Facebook

Ja zrobiłam ten wpis. Bo też chciałabym, by taki Dominik nigdy nikomu nie przeszkadzał.

I tak na koniec. Paradoksalnie zanim mój blog zyskał obecny adres (wcześniej blogowałam pod adresem piekarska.blog.onet.pl) na tej stronie było coś zupełnie innego. Trzy wpisy poświęcone piętnastoletniej wówczas dziewczynce o moim nazwisku i innym imieniu (choć też na M.), z których wynikało, że blog został założony, by oznajmić światu, że taka i taka Piekarska to kurwa i szmata. Ze względu na szkodliwą treść i niską wartość po moim zgłoszeniu zwolniono adres dla mnie. Przyznam, że dość często myślę co stało się z M. Piekarską, której tak nienawidzili rówieśnicy, że aż im się chciało założyć stronę i opluwać ją we wszystkich trzech wpisach. Mam nadzieję, że przeżyła.

PS Ponad 30 lat temu jeden z niezwykle uzdolnionych plastycznie kolegów poprzerabiał mi obrazki w ulubionej książce. Dzięki niemu jej bohaterowie zyskali genitalia i inne „ciekawostki”. Nadal jednak była ona moją ulubioną książką. Przez te pomazane obrazki zyskała nową „jakość”. Stała się jedyną i wyjątkową. Gdy mój syn był mały w sekrecie pokazywał książkę kolegom, jako „świńską” ciekawostkę. Ponieważ ilekroć komuś ją pokazywałam zachwycał się kreską kolegi i był ubawiony, więc po latach zeskanowałam rysunki i pokazałam znajomym w sieci, jako niezwykle śmieszną rzecz. Paradoksalnie, jak mi potem doniesiono, autor przeróbki rysunków myslał, że zrobiłam to z zemsty za to, że kiedyś mi dokuczał. Oglądającym rysunki nigdy nie przyszło do głowy, że mógł je zrobić ktoś, kto chciał mi w ten sposób dokuczyć. Patrzyli na nie jako dorośli ludzie. Nie zastanawiali się, że ja miałam wtedy 11 lat, a ów kolega 14.

Brutalny świat lajków

Nie da się ukryć, że Internet i media społecznościowe zmieniły nasz świat. Czy na lepsze? Często się nad tym zastanawiam. Ileż znajomości, które trwały od niemal podstawówki, skończyło mi się na facebooku? Przyczyny były przeważnie te same. Komuś nie odpowiadały moje poglądy na coś tam i najpierw próbował na siłę przekonać do swoich, a gdy nie starczało argumentów – obrażał i wyzywał, by na końcu obrazić się na mnie na amen. Poglądy dotyczyły różnych spraw. Paradoksalnie nie polityki, która podobno wzbudza największe emocje. Ale ze mną trudno się pokłócić o partie i polityków, bo żadnej nie lubię, choć w każdej znajdzie się nie tylko łajdak i złodziej, ale i chociaż jeden porządny człowiek.  

Media społecznościowe mówią wiele o ich użytkowniku. Na przykład… co lubi. Obracamy się teraz w świecie lajków. To nimi mierzy się popularność pewnych rzeczy, czy zjawisk. To one pokazują gusta ludzi. Tylko czy popularne to znaczy wartościowe? Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu obserwując jak wielką popularnością cieszą się pewne postaci, których osiągnięcia są powiedzmy… kontrowersyjne. Z drugiej strony osoby zasłużone dla kultury czy sztuki już tak popularne nie są. Ostatnio zmarł Stanisław Barańczak. Jego profil na FB to „strona generowana automatycznie w oparciu o zainteresowania użytkowników serwisu Facebook. Nie jest powiązana z żadnymi osobami związanymi z tematem ani przez nie zarządzana.” Tę stronę lubią 2533 osoby. Zuzanna M, która wraz ze swym przyjacielem zabiła jego rodziców, odcinając żyjącemu jeszcze i broniącemu się ojcu chłopaka rękę i wydłubując temuż ojcu palcem oko, w kilka dni po zbrodni zyskała na FB, na którym ma fanpage pod pseudonimem Maria Goniewicz, gdyż pod takim nazwiskiem wydala tomik wierszy, ponad 8 tysięcy polubień osiągając tym samym prawie 11 tysięcy fanów. Dla porównania nasza noblistka Wisława Szymborska, w chwili gdy piszę te słowa, ma ich „tylko” 9482, a drugi nasz noblista Czesław Miłosz (strona wygenerowana automatycznie, jak ta Stanisława Barańczaka) 10793.

Owszem, po artykule w jednym z tabloidów, gdy dziennikarze zwrócili uwagę, że oficjalny profil morderczyni  Rakowisk w ciągu kilku dni od zbrodni polubiło ponad 8 tysięcy osób i należy zastanowić się nad kondycją społeczeństwa, liczba fanów autorki tomiku „33” zmalała. Podobno Zuzanna M., nomen omen córka profesor z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach, popełniła tę zbrodnię, by ten jej tomik wierszy zyskał na popularności. O ironio profil Marii Goniewicz polubili także niektórzy moi znajomi. Być może dla żartu, ale to też mi dało do myślenia. Coraz częściej stwierdzam, że powtarzane przeze mnie wielokrotnie jak mantra powiedzenie świętej pamięci Stanisława Lema „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do Internetu.” jest nie tyle prawdziwe ile wręcz przerażająco prawdziwe.

Ostatnio zastanawiam się czy nie przestać tu zaglądać. Ale podobno jak nie ma cię w Internecie i na Facebooku to znaczy, że nie żyjesz. A ja w sumie kocham życie. Choć z drugiej strony… ktoś powie, że Stanisław Barańczak, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz nie żyją, a są w Internecie. Mnie jednak do nich daleko. Tak samo jak i do Marii Goniewicz, której profil lubi pięć razy tyle osób co mój. Zwłaszcza od kiedy zamordowała dwoje ludzi. Brutalny ten świat lajków, prawda?

PS Proszę broń Boże nie pomyśleć, że utyskuję na małą liczbę swoich fanów. Tak naprawdę wystarczą mi Panicz Syn, Ulubiony i oba szczury, choć te ostatnie kompletnie niepiśmienne. Ja tylko stwierdzam fakty. No i z tym Barańczakiem przykre.

Bezlitośni czy idioci?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że moja podjęta wiele lat temu decyzja, by nie można było komentować mojego bloga, jest jedną z najsłuszniejszych.

Kilka dni temu zaginął kolega z redakcji. Już się na szczęście odnalazł, ale tylko ja wiem, ile osób przez ponad tydzień niemal odchodziło od zmysłów zastanawiając się nad tym gdzie się podziewa, czy żyje, czy jest cały, czy stracił pamięć i tak dalej. Tych „czy” było naprawdę wiele. Tak samo wiele, jak „dlaczego”? Równie dużo było w nas wszystkich innych pytań. Gdy informację o poszukiwaniach opublikowała na swojej stronie Komenda Policji, wiedzieliśmy już, że i my możemy oficjalnie publikować wiadomość, że szukamy kolegi. Taką informację opublikowały też portale informacyjne. Nie wiem, co mnie podkusiło, by zajrzeć w komentarze. Przecież z reguły nie czytam. Teraz przeczytałam kilka. Wystarczyło mi. Wniosek straszny! Statystyczny, anonimowy internauta jest bezwzględnym prymitywem. Pisze straszne głupoty, bez zastanowienia, że gdzieś ktoś przeżywa tragedię. Komentuje w sposób skandaliczny, nieuprawniony, chamski i pozbawiony empatii. A tu nie ma co komentować. Zaginał człowiek.

Gdy zasmucona lekturą komentarzy podzieliłam się refleksją z przyjaciółką usłyszałam, że to… norma, na którą, jako rzadko czytająca komentarze, nie zwróciłam uwagi. Podobno pod każdą informacją, która mówi o jakiejś ludzkiej tragedii, zawsze pojawiają się bezmyślne komentarze. Na przykład utopił się człowiek, bo płynął kajakiem bez kapoka, albo był pijany, a tu ktoś „życzliwy” pisze: „O jednego idiotę mniej”.

I ja się tak zastanawiam. Rzeczywiście? O jednego idiotę mniej? Przecież sądząc po liczbie i treści tych głupich komentarzy, to cały czas po świecie chodzi masa idiotów. Bo nie chce mi się wierzyć, by takie rzeczy pod takimi informacjami publikowali rozumni ludzie. Chyba, ze nie ma w nich cienia empatii i litości dla tych, dla których opisywana tragedia jest osobistym cierpieniem.