Archiwa tagu: jamnik

Jamnikarium, czyli coś dla takich jak ja!

W kulturze znamy już bestiarium, znamy rosarium teraz jest Jamnikarium. To tytuł najnowszej książki Agaty Tuszyńskiej. Ponieważ w moim domu po raz kolejny mieszka jamnik, a właściwie jamniczka – Frytka, kolejny po Zraziku jamnik w moim życiu, nic więc chyba dziwnego, że nie mogłam obok „Jamnikarium” przejść obojętnie. Myli się jednak ten, kto uważa, że jest to książka tylko dla posiadaczy i miłośników jamników. To swoisty leksykon niebanalnej wiedzy o kulturze, w której jamnik jest punktem odniesienia. Bywał bowiem przyjacielem wielu twórców. Jest więc to opowieść o tym, jak jamnik wpływał na literaturę, malarstwo, muzykę, sztukę aktorską itd. To także historia jamnika w literaturze.

W podróż zabrałam... #ksiazka #podroz #jamnik #jamnikarium

To leksykon jamników znanych osób, wśród których Puzon Jerzego Waldorffa, czy Dupek Melchiora Wańkowicza są jednymi z wielu. Rzadko kto dziś wie, że miłośnikiem jamników był Napoleon, ani ile jamników miał Stanisław Lem? Albo co z jamnikami w czasie wojny? Okazuje się, że jamnik, najbardziej niemiecki pies, bo to z Niemiec pochodzi rasa, choć w przeciwieństwie do owczarka, nie ma w nazwie słowa „niemiecki”, w powojennej Europie stał się jedynym stworzeniem, które przysparzało Niemcom sympatii. Nieporadny, sympatyczny, uparty.

Wracam do domu. Przeczytałam, ale wracam do niektórych fragmentów... #jamnikarium #jamnik #ksiazka #czytanie #podroz

Książka to nie tylko pasjonująca lektura, ale także piękny edytorsko album pełen reprodukcji malarstwa, starych fotografii, rycin i pocztówek. Dawno nie widziałam tak ładnej książki. W zalewie publikacji, w których królują zdjęcia ze stocka ta prosta pomarańczowa okładka w jamnicze łapy z ich bohaterem po środku jest tylko zapowiedzią tego, co wewnątrz między kartkami.

Jeszcze raz przeglądamy. Teraz z autografem. #dom #jamnik #frytka #pies #jamnikarium #ksiazka

Choć w stworzonym przez Agatę Tuszyńską erudycyjnym jamniczym leksykonie zabrakło mi kilku jamników, jak na przykład tego, który w latach 70-tych należał do Jerzego Antczaka i Jadwigi Barańskiej (tak podobał się mojej mamie, że teraz ja mam ciągle jamniki), a w podróży przez jamniczą literaturę zabrakło mi powieści młodzieżowych, jak na przykład „Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć” Marii Krüger, w której za złe zachowanie wobec jamnika oprawcę spotyka surowa kara, czy „Księga strachów” Zbigniewa Nienackiego, gdzie jamnik Sebastian pomaga w tropieniu zagadki pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza, to właśnie te braki dają nadzieję, że powstanie „Jamnikarium 2”. Bardzo bym chciała.

Między nami zwierzakami... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Jak pies z kotem?

Mówi się, że ktoś żyje jak pies z kotem, kiedy ludzie się kłócą, a nawet nienawidzą. Ale jak to jest naprawdę z tymi kocio-psimi znajomościami?

Muszę wstać. Kot na mnie patrzy. #szarlotek #dom #kot

Walka z zegarem #kot #dom #szarlotek

Chciałam popisać #szarlotek #dom #kot #pisanie #ksiazka

Kiedy pół roku temu „przytuliliśmy Szarlotka” wiedzieliśmy, że za jakiś czas będziemy brać psa. Żałoba po Zraziku, choć nadal nam go brak, ma swoje granice. Od pożegnania z nim minęło już ponad półtora roku. Tak więc… czas na nowego szczekającego domownika. Oczywiście wiedzieliśmy, że będzie to jamnik i na pewno suczka. Potrzeba było tylko znaleźć odpowiedniego szczeniaka. Mieliśmy na względzie również dobro kota, który z dorosłym osobnikiem mógłby się gorzej dogadywać, a z psim dzieckiem, i to odmiennej płci, na pewno sobie poradzi. Behawioryści mówili zresztą, że suczka-szczeniak to świetny pomysł. I tak dwa tygodnie temu zawitała do nas Frytka.

Frytka w towarzystwie #dom #pies #jamnik #frytka

Tymczasem do domu przyjechała nowa mieszkanka. Frytka z czekolady. #dom #pies #jamnik

Frytka jest wykończona #dom #frytka #jamnik

Oczywiście, jak przystało na frytkę jest długa i podpalona. Koloru czekolady. Kot najpierw zgłupiał. Frytka przyszła na świat w domu gdzie był kot. Wprawdzie bez jednej łapy, ale miauczący, więc nic ją nie dziwiło. Szarlotek natomiast po raz pierwszy w życiu widział psa. Jego zdziwienie sięgało zenitu! Bez przerwy siadał i się jej przyglądał. Często prychał, ale… ponieważ nie oddawał moczu gdzie popadnie, więc uznaliśmy to za dobry znak. Frytka z kociego strachu zupełnie nic sobie nie robiła. Przede wszystkim bez przerwy do niego podbiegała i próbowała łapać zębami za dupsko, łapę, ogon i co tam kotu wystawało. On prychał, uciekał, a w ostateczności sam gonił. Tak jest właściwie do tej pory. Ktoś powie, że to znaczy wrogość. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze każdy spacer Frytki poza domem Szarlotek przeżywa siedząc pod drzwiami i czekając aż wróci. Uspokaja się dopiero wtedy, kiedy suczka jest na miejscu. Po drugie jest mniej prychania. Po trzecie sam przyłazi do niej, by się z nią gonić. Owszem, góruje nad nią, łazi po krzesłach, stołach i spada na nią z szafy, gdzie ona nigdy nie wejdzie, nawet jak nauczy się wskakiwać na krzesła czy fotele. Ale wiemy już, że coś na kształt przyjaźni między zwierzakami się zawiązało. I choć przybyło nam obowiązków, a na dodatek ostatnie dwa tygodnie nie możemy wspólnie nigdzie wyjść, bo Frytka na razie chodzi tylko do ogródka, ale jedno jest pewne: w domu jest bardzo wesoło. I to mimo, że niestety kupa i siusiu na podłodze, zdarzają się niemal codziennie.

Zjadłam. Idę. A ty rób co chcesz. #szarlotek #kot #dom #jamnik #frytka

Kocham sznurek #dom #jamnik #frytka

Chciałam popracować w ogródku #dom #jamnik #frytka #ogrod #pisanie

Złodziejstwo!!! #pies #jamnik #dom #frytka

Cudowne rozmnożenie jamników... #dom #frytka #jamnik

Domowy krokodyl macha ozorem #dom #frytka #pies #jamnik

Tak goniłam Szarlotka, że nie mam siły! #jamnik #pies #frytka #dom #kot #szarlotek

Między nami zwierzakami... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Dwie fotografie, czyli żegnaj

Pożegnaliśmy Cię Zraziku wszyscy. Całą rodziną. Pojechaliśmy z Tobą do kliniki, bo nie mogliśmy patrzeć jak cierpisz. Bo widzieliśmy, że ból z powodu nowotworu staje się dla Ciebie coraz bardziej nie do zniesienia. Przez ostatnie tygodnie cierpliwie ścieraliśmy nie tylko Twoje siuśki i kupę, ale krew, którą znaczyłeś całe mieszkanie. Kiedyś myśleliśmy, że odejdziesz sam. Ale gdy uświadomiono nam, że psy nie okazują bólu, bo z czasów, gdy żyły w stadach zostało im to dzielne trzymanie się, by nie zostać zagryzionym, a nowotwór który cię toczy musi boleć – stanęliśmy pod ścianą. Czy wolno nam było zmuszać Cię do takiego niekomfortowego życia? Kiedy od pół roku nie mogłeś już wskoczyć na łóżko? Kiedy ostatnie tygodnie tylne nogi często odmawiały już posłuszeństwa? Kiedy krew lała się czasem strumieniami? Kiedy nie mogłeś się już wypróżnić? Kiedy ból sprawiało ci wzięcie na ręce?

Poprosiłam o pomoc w dostaniu się do lepszego świata mojego kolegę z podstawówki – Tomka. Tego, który gdy miałam osiem lat powiedział mi, co to choroby weneryczne, a ja jego uświadomiłam, co to ryngraf. Mam do niego zaufanie. Uchodzi za jednego z lepszych weterynarzy w Warszawie. Chciałam być pewna, że nie robię Ci krzywdy. Powiedział, że Twoje serce nie wytrzyma już operacji, czyli potwierdził diagnozę sprzed 3 lat. Przyznał, że to co przechodzisz to męka. Bądź szczęśliwy w psim raju, gdzie jak wyczytałam w książkach o Panu Kleksie, co noc psy budują z czekolady pomnik Doktora Dolittle, by w ciągu dnia go zjeść. Byłeś najfajniejszym psem na świecie. Kochaliśmy cię z tymi przerażającymi bąkami, żarłocznością i chęcią upolowania każdego napotkanego ptaka. Zostawiłeś nam mnóstwo wspomnień. W większości bardzo wesołych. Już dawno nie gniewam się, że gdy byłeś szczeniakiem zjadłeś mojemu misiowi Miamolowi nos. On mimo zjedzonego nosa nadal żyje pluszowym życiem. Ty jesteś już tylko wspomnieniem. Żyłeś czternaście lat i siedem miesięcy. Tylko tyle i aż tyle. Dziękuję Twoim psim rodzicom Loli i Lolkowi, że dali mi tak wspaniałego psa.

Zrazik z Paniczem Synem w 2004 roku

Ostatnie zdjęcia Zrazika

Czas płynie, czyli prawda o zwierzynie

Dawno nie pisałam o swoim „stadzie”, a jest o czym pisać. Zwłaszcza, że czas płynie, a ten jego upływ daje o sobie znać.

Po pierwsze pan senior Zrazik (marki jamnik, jakby to powiedzieli policjanci) śmierdzi. I też zrymuję. Nie pomaga nawet mycie, pies cuchnie niesamowicie. Podobno to wiek robi swoje. Senior Pan Zraz ma lat 14 i pół. Jeszcze rok temu myślałam, że puszczane przez niego gazy, to broń biologiczna najwyższej generacji. Teraz dochodzę do wniosku, że standard gazowy podwyższa się z miesiąca na miesiąc. Obecnie jego bron biologiczna bije na głowę swym zasięgiem wszystkie biologiczne bronie, jakie kiedykolwiek wymyślili terroryści. Strach się bać, który stopień skażenia bąkami Zraza, będzie obowiązywał w naszym domu za np. kolejne pół roku. Ostatnio Panicz Syn głośno protestował z powodu bycia zagazowanym. Ponieważ nie wpuścił Zraza do pokoju, więc ten ułożył się pod drzwiami i puszczał gazy szparą u dołu tychże drzwi. Ulubiony już nawet nie protestuje. Choć Zraz, z tej racji, że już nie jest w stanie wskoczyć na łóżko, uwielbia zaczaić się pod stołem i stamtąd razić swą biologiczną bronią dalekiego zasięgu. jest to szczególnie nieprzyjemne, gdy się np. coś je. Dlatego teraz Ulubiony reakcję ma jedną. Brzmi: „O matko! Znowu”. A owo „znowu” jest tak częste, że ja już nawet nie liczę. Każda chwila, gdy siedzę w gabinecie jest chwilą w oparach psich gazów, bo przecież on od zawsze towarzyszył mi w pisaniu. Kiedyś na moim fotelu tuż za plecami. Teraz u moich stóp. Kiedyś tak nie gazował. Teraz jakby nadrabiał zaległości. A przecież nie zmieniła mu się dieta, przyzwyczajenia, tryb życia itd. Jedyne, co się zmieniło, to wiek i kondycja fizyczna. O wskoczeniu na fotel pies już chyba nie marzy. Bo od dawna nie próbuje.

Nie lepiej ma się sprawa z Panami Szczurami. Po wielu próbach połączenia ich w stado, zakończonych atakiem Gieroja na Welura i potwornymi ranami szarpanymi u Welura, zostawiliśmy każdego w osobnej klatce. Choć klatki stoją jedna obok drugiej i oba szczury oglądają się przez kraty. Starszy, czyli Gieroj – ten przywieziony od księdza z pewnej warszawskiej plebanii – właśnie kończy przegryzanie na wylot trzeciego hamaczka. Niedługo będzie miał rok. Jest z nami bardzo zaprzyjaźniony. Zaprzyjaźniony do tego stopnia, że gdy siedzi na ramieniu, a ja coś wezmę do buzi potrafi mi to po prostu wyrwać. Postawiony na biurku wypija mi kawę, herbatę etc. Urósł do tego stopnia, że musieliśmy mu kupić o wiele większy domek, bo miał kłopoty z wchodzeniem i wychodzeniem do tego, który dostał kilka miesięcy temu, gdy myśleliśmy, że osiągnął swój ostateczny rozmiar. Ostatnio dość często wychodząc z domku, ten zostawał mu na dupsku i jak twierdził Ulubiony, biedne zwierzę zamieniało się w ślimaka, ciągnąc domek za sobą lub, jak kto woli, na sobie.

O wiele bardziej jednak upływ czasu widać u Welurka. Czterotygodniowa łysa szara kuleczka wielkości kasztana jest teraz półkilogramowym, włochatym szczurzyskiem o niezwykle gęstej sierści. Sam chyba nie zauważył, ze aż tak urósł, bo nie dalej, jak dziś… ugrzązł w okienku własnego domku. Ugrzązł tak, że nie mógł ani wejść do środka ani wycofać się. Takiego wrzasku dawno nie słyszałam. Rzuciliśmy się z Paniczem Synem na ratunek. Welurek darł się jak opętany, a jego ciało tkwiło zaklinowane w okienku domku. Cóż… domek jest dla takich jak on, ale okienko najwyraźniej przepuści samiczkę, a nie tłustego (choć nie spasionego) i o wiele większego samca. Nawet nie wiem, jak pomogłam mu się wydostać. Wiem, że pod koniec całej operacji w środku była głowa, a na zewnątrz dupsko z ogonem. Ponieważ zaś szczur nagle przekręcił się do góry nogami, więc przed nosem miałam szczurze genitalia i majtający się ogon. W środku domku była rozdarta i zapewne wyrażająca przerażenie szczurza morda. Już po wyciagnięciu go z pułapki z pół godziny uspokajałam biedaka nosząc po domu na ramieniu. Dopiero jak przestał się trząść odniosłam do klatki gdzie od razu wgramolił się na hamak. Na domek z dwoma ciasnymi okienkami jakby się obraził, choć wejście ma tam naprawdę duże.

Patrzę na tę zwierzynę i często wspominam dzień, w którym trafiła do mojego domu. Pamiętam, jak trzymiesięczny Zrazik zginął mi w mieszkaniu w czasie montowania okien. Myślałam, że w czasie zamieszania spadł z balkonu i szukałam w ogrodzie trupa, a on… taki malusieńki po prostu spał pod serwantką z porcelaną. Czasem mi się zdaje, że to było wczoraj, a przecież od tamtego momentu minęło 14 lat. Zdążył już tak osiwieć, że tylko grzbiet pokazuje, że jest rudy. Morda zupełnie biała.

Gieroja też dopiero co wiozłam samochodem z plebanii. A przecież to już 9 miesięcy, jak jest z nami. A Welurek? Ze zwierzaczka wielkości kasztana zmienił się w bydlę wielkości bakłażana. Nie da się oszukać czasu. Nie da się ukryć, że przemija. Nie da się go zatrzymać. Widzimy to po dzieciach, a jeszcze szybciej po zwierzętach. Pewnie dlatego, że niestety żyją krócej.

A miało być stado

Wiele miesięcy temu opisywałam historię Gieroja – kapturowego szczura, który trafił do nas z jednej z warszawskich plebanii. Gieroj podrósł, zmężniał i właściwie przez te cztery miesiące stał się częścią domu. Ponieważ to nie pierwszy szczur w moim życiu, więc sporo o tych zwierzętach wiem. Między innymi to, że lubią być w stadzie. Dlatego właśnie, że to wiem, postanowiłam, by Gieroj nie był samotny. Ze szczurami jest jednak pewien kłopot. Szybko się rozmnażają. Co potem robić z potomstwem? Hodowli zakładać nie zamierzam. ‚Produkować’ pokarmu dla węży również. Chodziło mi o uratowanie tego zwierzęcia i uczynienie go szczęśliwym, jeśli w ogóle można mówić o szczęściu w klatce. Dlatego nie zdecydowałam się na znalezienie mu samiczki. Poradzono mi drugiego samczyka. Póki Gieroj jest młody – można mu dać kolegę. Niech stworzą stado złożone z dwóch osobników. Najpierw jednak Gieroj dostał nową wielką klatkę, która została mi po zjedzonej w swoim czasie przez ukochanego psa jamnika – papudze nimfie. Ulubiony przystosował klatkę specjalnie dla Gieroja, a ja dokupiłam mu tunelik z materiału. Ponieważ znajoma pokazała mi ogłoszenie, że jest do oddania trzytygodniowy szczurek, więc umówiłam się z jego właścicielem i pojechałam pod Warszawę odebrać małego nicponia. Niech Gieroj ma kumpla. Szczurek był szary (rasa dumbo) malusieńki, ledwo opierzony i straszliwie skoczny. Przywiozłam zwierzątko do domu i… zaczęło się. Gieroj mało go nie zagryzł! Krew lała się strumieniami i mały, szary szczurek – dziecko przecież – z wielką dziurą w plecach wylądował za dekoltem u dziewczyny mojego syna, gdzie słuchając bicia jej serca uspokajał się. Ja trzęsłam się z nerwów, a Ulubiony z moim synem prawie płakali, wzywając imię boskie na daremno, czyli  po prostu krzycząc jeden przez drugiego: „Boże! Boże!”. Poczytałam wszystko o łączeniu szczurów w stada, więc wiedziałam, że to rzecz trudna. Nie myślałam jednak, że aż tak. 

W rezultacie zdarzenia mały szary szczurek trafił do małej klatki. W ciągu trzech miesięcy były jeszcze trzy próby połączenia ich w stado. Bezskuteczne. Za każdym razem Gieroj przystępował do ataku i gryzł młodszego kolegę zamiast się z nim bratać. Paradoksalnie w ogóle nie bał się psa, któremu chodził po głowie, plecach i czym się dało. Pies zaś, prawdopodobnie ze starości, olewał go zupełnie. Czasem tylko ze smutkiem i zdziwieniem przyglądając się biało czarnemu zwierzakowi, który bezceremonialnie podchodził i wbijał mu się pod tyłek, by wyjść z drugiej strony, między przednimi łapami i wrócić górą, czyli po głowie i grzbiecie znów w kierunku ogona.

W międzyczasie szary szczurek dostał imię. Nazwałam go „Welurek” od miękkości sierści, która jest niezwykle miła w dotyku. Dał się poznać jako osobnik wesoły i bardzo skoczny i właściwie wszyscy wyrywają go sobie z rąk, by z nim bawić się. W przeciwieństwie do Gieroja nie robi kupy gdzie popadnie, a czeka na powrót do klatki. Nie gryzie też tak wszystkiego i nie niszczy. Niestety teraz zamiast dwóch szczurów śpiących i przytulonych w jednej klatce, mamy dwie duże klatki z jednym szczurem każda. I nic nie wskazuje na to, by mogło się to zmienić, bo Welurek, o ile wcześniej był chętny i zainteresowany starszym kolegą, to teraz stracił chęć na jego poznanie. A Gieroj cały czas w ataku. I tak… gdy piszę te słowa, na moim biurku stoją dwie osobne klatki. Raz bierze się na pieszczoty mieszkańca jednej, a raz drugiej. Po prostu Welurek i Gieroj wiodą swoje dwa osobne życia, patrząc na siebie przez pręty dwóch klatek. A miało być stado…

Jedno z pierwszych zdjęć Welurka

Welurek schowany przed Gierojem (strasznie drapie)

Welurek pełen dobrej woli… Gieroj nie bardzo…

Gieroj przystępuje do demolowania psa

Welurek w roli bibliotekarza

Welurek buszujący w pudełku na serwetki

A może to jednak… koziołek?

Kiedyś myślałam, że kapusta – zwłaszcza warzywna głowiasta – to przysmak kozłów. Wszystko za sprawą Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, których książeczkami karmiono mnie w dzieciństwie. Otóż Koziołek Matołek w swej wędrówce do Pacanowa z powodu zamiłowania do kapusty miał różne kłopoty.

Jednak nie dalej, jak przedwczoraj okazało się, że są i inni amatorzy kapusty. Bynajmniej nie mam tu na myśli motyla bielinka kapustnika. Stali czytelnicy bloga zapewne domyślą się, że jest to zwierzę po pierwsze: bezrogie, po drugie krótkonogie, z paszczy podobne raczej do malowanego przez Mariana Walentynowicza smoka wawelskiego w książeczce, którą również napisał Kornel Makuszyński. Jest to oczywiście mój pies – szacowny 13 letni emerytowany jamnik z licznymi brakami w uzębieniu. Tenże pan emeryt, gdy upadł mi na podłogę liść kapusty, dostał jakiegoś amoku i rzucił się nań, niemalże jak znany z przedwojennego wierszyka „znudzony onanizmem siedmioletni Franio” na kapiącą się w wannie siostrę! Ponieważ liść został pożarty z chamskim chrupnięciem, więc już dobrowolnie dałam mu drugi i konsumpcję sfotografowałam, ponieważ, kiedy opowiadam komukolwiek o tym, że mój pies żre (jedzeniem nie można tej czynności nazwać, bo za dużo mlaskania, prosięcego chrumkania, siorbania etc.) niemal wszystko – to mi ludzie nie wierzą. Proszę bardzo, oto przed czytelnikami – Zrazik i kapusta. I nie wiem, czy to nie znaczy, że pan emeryt skończy zgodnie z definicją swego imienia, jako zraz zawinięty w kapustę… A z tym żarciem wszystkiego uparty jest, jak kozioł! Może to jednak jakaś mutacja kozła? Tylko rogów brak?

Staruszek na imprezie

Kiedy tydzień temu syn powiedział mi, że idzie z psem na imprezę na Pole Mokotowskie, chyba nie bardzo miałam świadomość w czym pies weźmie udział. Otóż w pierwszych urodzinach suczki rasy Yorkshire Terier. Jej właścicielka zaprosiła znajomych z psami, by fetowali pupilkę. Oboje z Ulubionym uznaliśmy za stosowne przypomnieć, że nasz pies jest stary i trzeba o niego dbać, ale Maciek powiedział, że spoko, bo, jak się wyraził, „w końcu znają się od trzynastu lat.” Dlatego wziął pod rękę swoją dziewczynę, w drugą rękę smycz ze Zrazikiem marki jamnik i pojechali. Gdy ich nie było, dostałam kilka MMS’ów ze zdjęciami psa z imprezy. Miały świadczyć o tym, że pies się świetnie bawi. Czy tak było rzeczywiście? Podobno tak!  Jednak gdy wrócili usłyszałam, że pies był trochę osowiały, patrzył z boku, a w konkursach niezbyt chętnie brał udział. Hmmm… zębów ma coraz mniej, a kiełbaski takie twarde… Następnego dnia pies zdychał w kuchni pod stołem. Gdy przyjaciele spytali co mu jest i usłyszeli odpowiedź, że był wczoraj na imprezie – myśleli, że żartujemy. Fakty jednak były takie, jakie były. Pies był na imprezie. I zachowywał się, jak ktoś po impresie, ale suto zakrapianej alkoholem. Cóż, stary pies poszedł na imprezę rocznej suczki. To trochę tak, jakby siedemdziesięciopięciolatek poszedł do siedmiolatki i został wsadzony na karuzelę. Może i fajnie to wygląda z boku. Może i zabawne, jak się o tym opowiada, ale te stare osowiałe, ledwo żywe psie zwłoki, które następnego dnia leżały pod stołem w kuchni już takie zabawne nie były…  

 

Wredne ludzkie spojrzenie…

Było więc tak. Siedziałam w gabinecie i pracowałam. Nagle dobiegły mnie z kuchni krzyki Ulubionego. Był wyraźnie wzburzony, bo wykrzykiwał co następuje:

- To, czego najbardziej nienawidzę to tej podłości w ludzkim spojrzeniu! Tego fałszu! Człowieku! Jak ty łżesz i kłamiesz! Jesteś wredny, fałszywy i podły! I to w twoim wzroku widać! Wstydu nie masz! Ten twój nieszczery uśmieszek! Kradniesz! I udajesz, że nie!

Myśli miałam różne. Przez telefon z kimś gada? Ale skąd w takiej sytuacji tekst o wzroku? Z moim synem? Ale skąd posądzenie o kradzież? Chwilę jeszcze nie wstawałam z fotela. Nasłuchiwałam pokrzykiwań, z których stopniowo dowiadywałam się, że:

- Ile razy mówiłem ci, że cytryna nie jest dla ciebie? Kto pozwolił ruszać rzodkiewkę? Człowieku! Opamiętaj się! Twój podły charakter jest straszny! Jesteś nieludzki! Złodziej i bydlę! A ja mówię do ciebie jak do człowieka!

Po tych tekstach zakradłam się do kuchni. Ulubiony miotał się po pomieszczeniu wykrzykując to co powyżej i machając przy tym rękoma, a pod stołem siedział ze spuszczoną siwą głową i uszami… pies – człowiek – złodziej (l.13) o podłym ludzkim spojrzeniu i nieszczerym uśmieszku. Na stole leżała cytryna ze śladami po zębach i resztki wielkiej białej rzodkwi. Po chwili spod stołu dał się słyszeć cichy odgłos puszczanego bąka. Potem nastąpił atak wonny oznajmiający, że jamniczy organizm właśnie trawi skradzioną wcześniej i zeżartą do połowy rzodkiew. No co za człowiek z tego psa! Po prostu bydlę!

Masha szyje z… jamnikiem

No i stało się!

Masha uszyła i dla mnie! Batikową sukienkę z jamnikiem, (wzór jamniczy dowolny, w końcu artystom warto dawać temat i więcej nic nie narzucać), zamówiłam jeszcze zimą. Wreszcie jest. Akurat na dzisiejszą premierę „Żywie Biełaruś”, o której napiszę lub nie, zależy od tego czy będzie o czym. (Ulubiony zagrał tam Janoszkę. Kolegę głównego bohatera, z którym łączy go żołnierski los.) W każdym razie teraz obiecane słowo o sukience. Stali czytelnicy wiedzą, że o takich rzeczach, jak ubrania nigdy nie piszę. Tym razem robię wyjątek, bo jest o czym. Sukienka jest niezwykła. To jest batik! Na studiach z historii sztuki o technice batiku mówiliśmy na zajęciach dość sporo. Nie chcę nikogo zanudzać, bo szczegóły każdy wyszpera w sieci. Ogólnie mówiąc batik to technika malarska, która polega na nakładaniu wosku i kąpieli tkaniny w barwniku, który farbuje jedynie miejsca niezamaskowane tą warstwą wosku. Potem tkaninę zanurza się w kolejnych kolorach, za każdym razem po ufarbowaniu zdejmując wosk i nakładając nowy. Robi się tak wielokrotnie aż do uzyskania pożądanego efektu, czyli takiej liczby kolorów, jaką się zaplanowało. I właśnie tą techniką (najpopularniejszą w krajach Azji) ozdobiona jest moja sukienka i namalowany jamnik. Sukienka, jak widać w rudych barwach, bo przecież model rudy. Na zdjęciach widać i mnie i modela, który chyba nie bardzo wie o co chodzi. Proszę wierzyć mi na słowo, że jamnik namalowany na tyle sukienki oddaje mocz, co dla mojego trzynastoletniego potwora, który chyba cierpi na przerost prostaty, jest czynnością niezwykle charakterystyczną. Tak więc naprawdę to ten jamnik ze zdjęcia jest na sukience!

A chętnych do obejrzenia innych dzieł batikowych Mashy zapraszam na Facebook’a na stronę Masha Szyje

Zaś tych, którzy chcieliby zobaczyć jej malarstwo zapraszam do odwiedzenia strony
http://www.tytus.moklegionowo.pl/

Podzwonne Dnia Kota, czyli słówko o psie

Wczorajszy dzień kota skłonił mnie do refleksji o zwierzętach. Jakiś to w końcu oddech pomiędzy zdjęciami, montażem, pisaniem, czytaniem i innymi zajęciami. Wygrzebałam swoje zdjęcie z kotem. Zdjęcie z dzieciństwa rzecz jasna. Przypomniałam sobie historię, jak to dzieckiem będąc postanowiłam sprawdzić o co chodzi w powiedzeniu taty, że „latam po domu jak kot z pęcherzem”. Przed Bożym Narodzeniem, gdy karp został zabity i pęcherz z niego wyjęty, przywiązałam kotu ten pęcherz do ogona. (Na swoje usprawiedliwienie mam to, że miałam jakieś 10 lat.) Kot dostał szału i zdemolował dom. Oberwał wszystkie zasłony w salonie, w kuchni zrzucił z suszarki naczynia, z górnych półek bibliotecznych szaf zrzucił książki, postrącał bibeloty i poobrywał ubrania z wieszaka w przedpokoju. W ogóle narobił tysiąca nieszczęść, bo na koniec wisiał na sześcioramiennym mosiężnym żyrandolu z księstwa warszawskiego wywijając nim na wszystkie strony ku przerażeniu całej naszej trójki. Dopóki pęcherz nie został doszczętnie „zeszmacony” nie można było kota dotknąć, by to dwucentymetrowe zamienione w burą szmatkę „ustrojstwo” odwiązać. Kiedy wreszcie pęcherz się „zeszmacił”, a kot uspokoił, mama powiedziała, że oboje jesteśmy z ojcem nienormalni i więcej się z nami nie bawi. Kota nigdy nie chciała itd. W każdym razie ów kot, o dźwięcznym imieniu Fiut (tata czasem mówił na niego „ruda Peja”) był właściwie ostatnim kotem, z którym mam jakieś bujniejsze wspomnienia. Potem jeszcze tylko raz miałam kota, który po trzech miesiącach został niefrasobliwie przez kolegę wypuszczony na klatkę i zniknął z mego życia na zawsze. Zostawiając zapach moczu na kilku meblach.

Hodowałam też szczura, ale poi dwóch latach zmarł mi na ręku powodując głęboką i szczerą żałobę na długi czas. Dlatego od wielu lat w moim życiu jest czas psów. Szczury za krótko żyją. Koty lepiej mieć minimum dwa. Tak więc jest pies.

Wielokrotnie przeze mnie opisywany. Jamnik po przejściach. Jamnik z dziwnymi upodobaniami. Zwłaszcza kulinarnymi. Pomijam, ze wszystko, co jest jedzeniem może zjeść. Jest w stanie zjeść też rzeczy, które jedzeniem nie są. Kiedyś u mojej przyjaciółki w domu wygrzebał jej ze śmietnika brudną podpaskę i zaniósł do salonu, by na oczach gości rozpocząć konsumpcję! Myślałam, że gospodyni go zatłucze! Nasłuchał się tylko, że go nienawidzi i więcej do siebie nie zaprosi. Po tej strasznej reprymendzie, (kiedy i mnie się dostało, ze przyszłam w gości z psem chamem i zboczeńcem) poszedł z podkulonym ogonem.

W domu też zjada różne rzeczy, które nie są do jedzenia. Już tu kiedyś pisałam i zamieszczałam zdjęcie, jak wygrzebał ze śmietnika herbatę Tetley (udając przy tym, że nic takiego nie miało miejsca) Tylko zapomniał skubany, że ja umiem czytać i sznureczek z metką go zdradził.

Zdarzyło mu się zjedzenie mydła nivea. Była konsumpcja kompresów gazowych, a wczoraj…

Po Walentynkach zostało wspomnienie oraz drobne prezenty i zwiędłe kwiaty. O ile róże mają to do siebie, że schną, o tyle tulipany więdną i gubią płatki. I właśnie tymi płatkami zainteresował się Zrazik. Najpierw kradł po jednym i wynosił do kuchni na posłanie. Potem… skonsumował wszystkie na podłodze pod stoliczkiem, na którym stał wazon. Oto dowód.

Znajomi powiedzieli, że będzie miał pachnące stolce. Niestety nieprawda. Publicznie dementuję tę ohydna plotę.

I tylko tak myślę, że obecność zwierzęcia w domu naprawdę koi nerwy i dostarcza dużo radości. No… chyba, że ktoś musi mieć bardzo, bardzo czysto. Ja na szczęście nie. Bezczelnie wyznaje zasadę, że nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania. Staram się nie być nudna. Pies bardzo w tym pomaga.

PS. Producent tuszy dostarczył mi nową drukarkę.

Ps.2. Burza wokół 1% nadal trwa…