Archiwa tagu: Katyń

Sadyba i figurki na kominku

Jakoś tak się dzieje, że w rocznicę katastrofy smoleńskiej zawsze myślę o kimś, kto w niej zginął, a kogo znałam osobiście. Dziś myślę o Katarzynie Piskorskiej, bo dwa dni temu jechałam Powsińską.

Katarzynę Piskorską znałam chyba od… zawsze. Wszystko dlatego, że Ojciec pochodził z Sadyby i wychowywał się w bloku oficerskim, mającym adresy Morszyńska, Okrężna i Powsińska. Na Powsińskiej w willi Podgórskich mieszkali też Piskorscy, a właściwie Maria Piskorska z córkami. Jej mąż działacz harcerski Tomasz Piskorski zginał w Katyniu. Mój Ojciec znał Marię Piskorską jeszcze z czasów okupacji. Cytuje ją w swojej części naszej wspólnej książki „Syn dwóch matek”, bo ona też pisała o transporcie dzieci z Zamojszczyzny. W końcu w czasie okupacji była lustratorką Rady Głównej Opiekuńczej. W czasie powstania warszawskiego jej willa była siedzibą dowództwa rejonu V obwodu Mokotów AK, którego dowódcą był Czesław Szczubełek ps. „Jaszczur” – lekarz, który leczył mojego Ojca jeszcze przed wojną, a którego imię nosi dziś sadybiański park, w którym się wychowałam.

Na Sadybie wszyscy się znali. Dwie klatki obok mieszkała Anna Czajkowska (pierwowzór pani Eulali z mojej powieści ‚Tropiciele’) wdowa najpierw po oficerze sanacyjnym Stanisławie Laudańskim, który w 1926 roku popełnił honorowe samobójstwo, a potem po malarzu Stanisławie Czajkowskim. Jej najlepszą przyjaciółką była Irena Zyndram-Kościałkowska. Od lat 60-tych obie panie mieszkały razem i działały w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. Pani Irena zmarła w 1983 roku. Pani Anna zamówiła u Katarzyny Piskorskiej rzeźbę na grób przyjaciółki. Rzeźba przedstawiała ukochanego psa pani Ireny – Mucka. Był to ratlerkowaty kundelek. Przeżył swoją panią, a także… trzy odlewy swojej rzeźby, bo wyrzeźbionego przez Katarzynę Piskorską Mucka złodzieje kradli trzykrotnie. Czwartego odlewu pani Anna już nie zamówiła.

Gipsowa rzeźba Mucka autor: Katarzyna Piskorska

Grób po kradzieży

W willi Katarzyny Piskorskiej byłam z Ojcem kilka razy i przy różnych okazjach. Najbardziej wryła mi się w pamięć pierwsza wizyta. Miałam 8 lub 9 lat i po raz pierwszy byłam w domu rzeźbiarza. Na kominku w salonie stało całe mnóstwo figurek. Rzeźby były zresztą wszędzie. Także w ogrodzie. Wydawało mi się, że jestem w muzeum rzeźby a nie w domu. Potem odwiedzałam i widywałam panią Katarzynę wiele razy, ostatnie lata już jako dziennikarka.

Wspominam ją jednak ilekroć mijam willę Podgórskich na Powsińskiej. Myślę wtedy jak wszystko przemija. Jak zostaje w naszej pamięci i żyje w niej, dopóki… my żyjemy.

Na zachowanych w domu fotografiach mam pogrzeb Ireny Zyndram Kościałkowskiej. I fotografie jej grobu po jednej z kilku kradzieży Mucka. Zdjęcia zrobił mój Ojciec, by pomóc pani Annie w zgłaszaniu przestępstwa kradzieży na milicję. Sprawców jednak nigdy nie znaleziono, a rzeźby nigdy nie odzyskano. Kto ją kradł? Dlaczego? Czy skradziony z grobu rzeźbiony odlew Mucka jeszcze istnieje? Nigdy się już nie dowiemy.

Tak jak nie dowiemy się, co myślała Katarzyna Piskorska w niedzielę rano 10 kwietnia 2010 roku. To już siedem lat.

Święty

Miałam nie wracać więcej do smoleńskiej katastrofy i jej ofiar, bo już dość mam żałoby i bólu głowy od płaczu. Ale znów płaczę i znów boli mnie głowa. Płaczę i ze smutku, że już nie porozmawiamy i ze szczęścia, że znałam kogoś takiego jak On.

Byłam w swoim życiu na wielu pogrzebach. Zarówno znanych osób, jak i zupełnie nieznanych. Pierwszy raz jednak byłam na pogrzebie kogoś, co, do kogo nie mam wątpliwości, że choć z pozoru był zwykłym człowiekiem, to był też i świętym.
Dziś został pochowany ksiądz Roman Indrzejczyk. Bałam się, że Jego pogrzeb przypadnie w jakiś dzień, kiedy nie będzie mnie w Warszawie. Na szczęście los okazał się w tej sprawie dla mnie łaskawy. Jestem w Warszawie i mogłam z kamerą pojechać na Jego pogrzeb. Był wprawdzie stres, bo wydzwaniano, co chwila, bym nagrywała wspomnienia, choć to przecież pogrzeb i nie bardzo wypada. Za którymś telefonem powiedziałam, że mogą mnie wywalić z pracy, ale nagram wspomnienia tylko wtedy, kiedy będzie stosowna chwila, ale nie będę nic nagrywać na siłę, bo to pogrzeb. Ludzie płaczą, a ja wraz z nimi, bo to nie był zwykły ksiądz. Tak… Obiecywałam sobie, że nie będę płakać. Daremnie. Łzy same płynęły i płyną nadal, gdy po raz kolejny słucham Jego listu, który napisał do parafian, a który odczytano podczas nabożeństwa zamiast homilii. Cytuję spisany z taśmy i dedykuję wszystkim czytelnikom mojego bloga. zarówno tym, którzy Go znali, jak i tym, dla których był osobą obcą. Dedykuję tym, którzy wierzą i tym, którzy nie wierzą w Boga, bo ksiądz Roman miał serce otwarte dla wszystkich.

„Przemawiałem do Was przy różnych okazjach, różnych okolicznościach. Próbowałem wam służyć dobrze. Próbowałem pomagać Wam poznawać Boga. Kochałem Was i kochałem swoją pracę. Starałem się oddać Wam całe swoje serce, cieszę się, że mogłem być z wami. (…) Pragnę gorąco podziękować za zaufanie i szacunek, jakim mnie obdarzaliście. Dziękuję za to, że chcieliście mnie słuchać i okazywaliście mi tyle życzliwości. Bogu przekazuje moją dla Was wdzięczność. Jeżeli ktoś czuje się niedoceniony przeze mnie, czy może dotknięty lub zasmucony niech wie, że nigdy nie robiłem tego świadomie i bardzo mocno za to przepraszam. Chcę tez, żebyście wiedzieli, ze puściłem w niepamięć i wybaczyłem z serca tym wszystkim, którzy mnie krzywdzili, dokuczali, czy sprawili przykrości. Pewnie nie robili tego celowo. Pragnę też, żebyście się nie smucili i nie płakali. Nie wolno. Przecież musiałem kiedyś odejść do Ojca i Wy wszyscy też tam kiedyś dojdziecie i będziemy mieli sobie dużo do powiedzenia. A więc uśmiechnijcie się. Najlepszą nagrodą dla mnie będzie, jeśli pamięć o mnie pozwoli Wam żyć godnie i szlachetnie. Zawsze, bowiem starałem się przekonywać Was, że życie jest tworzywem, z którego można coś dobrego uczynić. Próbowałem prowadzić Was na drogę szacunku i życzliwości dla każdego człowieka. Żebyście mieli w sobie prawdziwą dobroć i z radością i humorem żebyście wnosili nastrój kojący w najbardziej nawet skłócone środowiska. Wybaczcie mi, że nie zawsze miałem czas na wszystko. Wiem, że czasem gubiłem się w nadmiarze zajęć, ale nie unikałem pracy. Chciałem być dobrym kapłanem i dobrym człowiekiem. Westchnijcie szczerze za mnie do Boga, który wie wszystko najlepiej. A jeśli ktoś wspomina, że udało mu się osiągnąć cos dobrego i przy udziale mojej pomocy, niech wie, że zawsze była to dla mnie największa radość. Was wszystkich, dla których żyłem i pracowałem, a zwłaszcza moich uczniów, również tych najmłodszych, traktowałem, jako przyjaciół. Wiedzcie, że w wieczności będę o Was pamiętał. Pozdrawiam serdecznie. Ściskam Waszą dłoń. Żyjcie szczęśliwie, a łaska Boga niech będzie z Wami. Wasz ksiądz Roman.”

Na cmentarzu, gdzie spotkały się tłumy ludzi, z których każdy znał księdza Romana, choć z widzenia, choć z mszy, choć z jednego sakramentu, nie było przemówień. Kilka osób powiedziało słowo do stojącego mikrofonu. Było to jednak tylko słowo pożegnania, bo ksiądz prosił, aby nie przemawiać. Jarosław Kaczyński powiedział, że „jeśli kiedykolwiek spotkaliśmy w życiu świętego człowieka, to był to ksiądz Roman”. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek przytaknę jakiemukolwiek politykowi. A jednak! Cóż… sama z montażystą (podczas montowania reportażu „Po kolędzie”) stwierdziłam, że ksiądz Roman ma duszę piękną, jak anioł. Ma ją nadal. Przecież zgodnie z tym, w co wierzył, ludzka dusza jest nieśmiertelna, więc pewnie Jego krąży gdzieś tam w niebie i patrzy z góry na nas wszystkich. A świętym jest od momentu swojej śmierci. Bo przecież zgodnie z wiarą, to dzień smierci jest tym dniem, kiedy człowiek rodzi się dla nieba. On już tam jest.

Najdłuższy tydzień

Pierwszy raz w życiu tydzień ma dla mnie 10 dni. Przyznam, że od soboty śpię po 4 godziny. Właściwie nie oglądam nic innego i nie czytam nic innego, jak tyko informacje związane z tragedią w Smoleńsku, z żałobą itd. W pracy wszyscy żyjemy tylko tym. Dziś miałam chwilę dla siebie. Nie musiałam być w redakcji wcześnie rano. Mogłam pobiec pod Pałac Prezydencki, ale na krótko. Obtarłam do krwi nogi. Po redakcji biegałam najpierw boso, a potem w o 3 numery za dużych butach koleżanki. Jutro muszę wstać o 3-ciej w nocy, bo o 5-tej muszę być w redakcji, by jechać pod Muzeum Powstania Warszawskiego i zobaczyć jak Muzeum, które powstało dzięki uporowi Prezydenta pożegna jego trumnę. Czy wstanę? Na wszelki wypadek nastawiam dwa budziki… Tydzień, który dla mnie zaczął się w ubiegłą sobotę jeszcze potrwa i to co najmniej do poniedziałku. W końcu chcę pożegnać „mojego” ulubionego biskupa. Nie wyobrażam sobie, bym w poniedziałek nie przyszła do pracy.  Pogrzeb Biskupa polowego Wojska Polskiego gen. Tadeusza Płoskiego odbędzie się w poniedziałek o 12-tej w Katedrze Polowej. Będzie to mój dziesiąty dzień tego najdłuższego tygodnia.

Z wiązanką do Warszawy

Moje ostatnie spotkania autorskie były inne niż wszystkie. Miałam nie jechać, bo żałoba. Ponieważ jednak takie spotkanie to nie występ, a lekcja, więc po namyśle pojechałam. Dzisiaj drugi raz. I tak… w cieniu tragedii, z zabraną z domu Listą Katyńską puszczaną po sali, z prezentacją o sylwetkach niektórych ofiar, tych które znałam osobiście, rozmawialiśmy Znów widziałam, że Lista katyńska, czyli 200-stronicowa książka zawierająca jedynie listę nazwisk robi wrażenie, zwłaszcza, gdy towarzyszy temu informacja, że jest ich 22 tysiące, czyli 7 razy tyle ile mieszkańców liczy np. gmina Witonia, w której gimnazjum byłam gościem. 
Jestem zmęczona, więc napisze krótko. Z Witoni odjechałam z wiązanką i zalaminowaną kartką z modlitwą za ofiary katastrofy pod Smoleńskiej, a także z daną całej szkole z Witoni obietnicą, że i kartkę i bukiet żonkili dowiozę do Warszawy. Dokąd konkretnie? Miałam zdecydować sama. Nie zastanawiałam się długo. Wiązankę od uczniów z Witoni oraz tę, którą dostałam wcześniej, od czytelników na spotkaniu w Łęczycy zawiozłam do Katedry Polowej Wojska Polskiego na ulicę Długą. Tam w Kaplicy Katyńskiej wystawiono trumny biskupa polowego gen. Tadeusza  Płoskiego i jego sekretarza ks. pułkownika Jana Osińskiego. Znałam ich obu. I ciągle nie mogę uwierzyć, że gdy zadzwonię do Ordynariatu Polowego na Długą, prosić o umówienie mnie na rozmowę z biskupem, to nie będzie to już nigdy biskup Tadeusz. Niezwykły, pełen pokory dla drugiego człowieka, skromny biskup polowy, który miał zawsze dla nas dziennikarzy czas, który miał zawsze do powiedzenia coś mądrego i coś bardzo duchowego, z którym długo można było rozmawiać o historii Polski, o powstaniach narodowych, a zwłaszcza o Powstaniu Warszawskim, II Wojnie Światowej i Wojnie Polsko-Radzieckiej. 
Wiązanki pewnie zwiędną, zalaminowana modlitwa i kondolencje od uczniów z Witoni powinny przetrwać. 

P.S. Szukałam dziś telefonu do jednego człowieka i przeszukiwałam spis telefonów w komórce. Kasia Doraczyńska, Stefan Melak, Tomasz Merta, Janusz Kochanowski… dużo tych nazwisk.

Wstyd Panie Andrzeju!

Z obrzydzeniem słucham w radio, oglądam w telewizji i czytam w gazetach o burzy wokół miejsca pochówku prezydenckiej pary. Możemy mieć różne przekonania polityczne, różne wyznawać wartości, ale tą najwyższą dla nas wszystkich powinna być Polska. Możemy sobie w domach, przy stołach, w wąskich gronach dyskutować o tym, czy tragicznie zmarły Prezydent zasłużył na Wawel czy też nie. Możemy w głębi duszy być za albo przeciw. Jednak publiczne dysputy na ten temat, a zwłaszcza demonstracje i protesty i to w momencie, GDY DECYZJA ZOSTAŁA PODJĘTA, to wstyd przed całym światem! To dowód na to, że nie jesteśmy Narodem, który w obliczu tragedii umie się zjednoczyć. To dowód na to, że prawdziwym jest powiedzenie „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Świat już się puka w czoło, bo nie może pojąć tego sporu, a zwłaszcza faktu, że rozgrywa się on w obliczu takiej tragedii. Wstyd mi za „Gazetę Wyborczą”, bo dziennikarze powinni być bezstronni i nie brać czynnego udziału w takich sporach. Jesteśmy od relacjonowania rzeczywistości, a nie jej tworzenia. Najbardziej jednak mi wstyd za polskiego laureata Oscara – Pana Andrzeja Wajdę, który wystosował list otwarty, w którym protestuje przeciwko pochówkowi prezydenckiej pary na Wawelu. Wstyd mi, bo paradoksalnie to dzięki tej tragedii i dzięki tej śmierci zachodnie stacje wykupiły prawa do jego filmu „Katyń”! To dzięki temu dramatowi „Katyń” obejrzało ponad 7 milionów Rosjan! Wstyd Panie Andrzeju! Bierze Pan udział w żałosnym spektaklu dzielenia Polskiego Narodu. Naprawdę wstyd! Akurat Pan powinien być ciszej nad tą trumną!

P.S. Moje wczorajsze dwa spotkania autorskie były inne niż wszystkie. Były o Katyniu, o tym co się wydarzyło, o mojej pracy w tym gorącym okresie, o tych, ktorych już nie ma. Obecni na spotkaniach moi czytelnicy w przeważającej większości pierwszy raz w życiu mieli w rękach „Listę Katyńską”. Dowiedzieli się, że licząca przeszło 200 stron książka, to tylko spis nazwisk zamordowanych żołnierzy i spis znalezionych przy ich zwłokach przedmiotów. Dowiedzieli się, że zamordowano tam dwa razy tyle lub cztery razy tyle osób, ilu mieszkańców liczą ich gminy. Wcześniej nie myśleli o tym, jaka to skala.

Żegnaj generale…

O jednej z 96 ofiar katastrofy rządowego samolotu, generale Stanisławie Nałęcz-Komornickim mogłabym napisać wiele, bo znałam go niemal od dziecka. Od kiedy sięgam pamięcią, gdy z Ojcem jeździłam na uroczystości związane z Powstaniem Warszawskim, wyzwoleniem Warszawy lub dniem zwycięstwa, generał zawsze był. Był. Słowo, które nabrało dziś dla mnie i tych, którzy go znali nowego znaczenia.

Generał Stanisław Nałęcz-Komornicki to postać niezwykła. Nie tylko Powstaniec Warszawski i żołnierz Armii Berlinga. To także dusza człowiek, zawsze gotów do wypowiedzi i zawsze miał do powiedzenia coś takiego, co zapadało w serce. Był gorącym patriotą oddanym sprawie Powstania Warszawskiego, ale i innych powstań narodowych. Zapytany kiedyś o powstanie styczniowe powiedział, że „wydawało się, że tego rodzaju powstania nie mają sensu, a jednak mają, bo dzięki nim wychowujemy następne pokolenia tak, ażeby była Polska.” Wśród kolegów ze Związku Powstańców Warszawskich cieszył się ogromnym szacunkiem. Wszyscy znali jego niezwykły życiorys. Był żołnierzem zgrupowania Róg. Edmund Baranowski, wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich, z którym łączył go szlak bojowy przez Stare Miasto i Przyczółek Czerniakowski, podkreślał, że to generał „był tym, który z meldunkiem przepłynął Wisłę i wrócił do płonącej Warszawy, by jeszcze raz przepłynąć Wisłę. Dostał się na Przyczółek Praski, do Armii Berlinga, zdobywał Kołobrzeg, zdobywał Berlin i miał piękną, żołnierską kartę. Żałuję, że miał.”
Za pierwszą część tej żołnierskiej karty generał Stanisław Nałęcz-Komornicki był represjonowany. Groziła mu zsyłka na sybir. Jak sam wspominał w jednym z wywiadów: „Nie pojechałem na białe niedźwiedzie, jako akowiec i powstaniec warszawski tylko miałem szczęście dojść do Łaby i Berlina. Zawdzięczam to żołnierzom i oficerom szóstej dywizji, którzy mnie przechowali i ja nie pojechałem na wschód tylko poszedłem walczyć.”

Generał wielokrotnie w swoim życiu wychodził cało z najgorszych opresji. Zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, gdy leciał złożyć hołd tym, którzy jak i on walczyli o wolną Polskę.

W notesie mojego Ojca, z którego zawsze korzystam przygotowując tematy rocznicowe, jest Jego telefon. Już nigdy nie będzie mi potrzebny.

Towarzyszom broni swojego Ojca

Prawie trzydzieści lat temu walkę o Muzeum Powstania Warszawskiego rozpoczął mój nieżyjący już Ojciec. To on, wraz z pracownikami Muzeum Historycznego m.st. Warszawy rozpoczął też na telewizyjnej antenie zbiórkę powstańczych pamiątek. Muzeum jednak cały czas nie powstawało, a w 1999 roku, na dwa miesiące przed obchodami 55 rocznicy Powstania Warszawskiego, mój Ojciec zmarł. Żegnały go tłumy powstańców. Przez długi czas myśleli, że wraz z moim Ojcem umarło ich marzenie o muzeum. Sami mi o tym mówili. Aż nagle… prezydentem miasta został Lech Kaczyński, syn powstańca. I właśnie przez szacunek do własnego Ojca, żołnierza Baszty, (który w czasie ataku na Wyścigi został ranny w rękę, a ujrzawszy, że palec trzyma się jedynie na kawałku skóry, urwał go sobie i wyrzucił, a ranę obwinął szmatką), postawił sobie za punkt honoru doprowadzić do końca sprawę Muzeum Powstania Warszawskiego. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Najpierw zmieniła się lokalizacja. Zrezygnowano z planów umieszczenia Muzeum w ruinach Banku Polskiego. Gdy lokalizacja w Gazowni Warszawskiej też nie wypaliła, stanęło na lokalizacji w dawnej Zajezdni Tramwajowej. Wraz z koleżankami i kolegami z redakcji jeździliśmy od początku na teren budowy. Pamiętam, jak miałam pojechać do Pałacu Prezydenckiego (prezydentem był wtedy Aleksander Kwaśniewski), ale nagle okazało się, że jest specjalna konferencja na budowie Muzeum. Jadę więc na budowę. Niestety przygotowana na wizytę w pokojach Pałacu Prezydenckiego miałam na sobie elegancką sukienkę i jaśniutkie pantofle na szpilce. W tym stroju wylądowałam na budowie, wśród kurzu i wapna. Stukałam obcasikami po betonie podtrzymując na głowie za duży kask i słuchając chichotu koleżeństwa. Sama też się z siebie śmiałam. Choć przy okazji po raz kolejny stwierdzałam, że budowa idzie jak burza. Ale choć Lech Kaczyński zapowiadał, że otwarcie nastąpi w 60 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, to przyznam, że my, dziennikarze, nie do końca wierzyliśmy, że to się uda. A jednak… 1 sierpnia 2004 roku Muzeum zostało otwarte. Wprawdzie nie było jeszcze w stu procentach wykończone, ale już mogło przyjmować zwiedzających. 
Gdy Lech Kaczyński został prezydentem kraju nie rozstał się z Muzeum. Właśnie tam, w ogrodzie przymuzealnym, czyli Parku Wolności, podczas obchodów spotykał się z powstańcami. Nie wszyscy go lubili. Wielokrotnie widziałam, że zdarzali się tacy, którzy stawali tyłem do mównicy, gdy pojawiał się na niej Prezydent. Patrzyłam z niesmakiem. To nie był Prezydent moich marzeń, ale taki jeszcze się nie narodził. Zresztą… nie lubię polityków. Jestem jednak państwowcem i uczono mnie szacunku dla urzędu. Innymi słowy mógł mi się nie podobać polityk Lech Kaczyński, ale ten sam Lech Kaczyński wybrany w demokratycznych wyborach na Prezydenta był przeze mnie szanowany. Dlatego raziło mnie to stawanie tyłem do Prezydenta i to stawanie tyłem przez powstańca, który przyjął prezydenckie zaproszenie do Muzeum i jadł śniadanie na jego koszt. Na szczęście to były epizody. Byłam na wszystkich prezydenckich śniadaniach z powstańcami i nie tylko relacjonowałam dla telewizji momenty, gdy wręczał im odznaczenia, ale i fotografowałam to dla siebie i czytelników jednego z polonijnych portali. Z roku na rok powstańców spotykałam coraz mniej, ale… czasem pojawiali się nowi. Przyjeżdżali z zagranicy na te kilka dni, by znów odetchnąć sierpniowym powietrzem stolicy. Wśród tych, którzy na stałe mieszkali w Warszawie bywali tacy, którzy na tych śniadaniach chowali jedzenie do toreb, na później, bo niestety Polska, o którą walczyli i za którą w sierpniu 1944 roku przelewali krew nie odwdzięczyła im się wielkimi emeryturami. Większość z nich, to biedni ludzie. Jednak wszyscy byli szczęśliwi, że powstało to muzeum, bo mają gdzie się spotkać. Bo jest to miejsce, w którym czują, że są u siebie. 

Wśród powstańców są też i znane postaci. Pamiętam, kiedy podczas jednego z takich śniadań wdałam się w rozmowę z Janem Henrykiem Chmielewskim, czyli Papciem Chmielem. Podeszłam do niego podziękować za Tytusa, którego wszystkie księgi znam na pamięć. Papcio zmierzył mnie groźnym wzrokiem i spytał, w którym zgrupowaniu walczyłam. Była w tym pytaniu nagana, że jestem w miejscu zarezerwowanym dla nielicznych, dla powstańców, dla ludzi nie mojego pokolenia. Odpowiedziałam, że jestem dziennikarzem, ale to miejsce dla mnie szczególne i uważam, że mam prawo tu być nie tylko z racji uprawianego zawodu. Powiedziałam, że mój stryj zginął w powstaniu mając niespełna 16 lat. Powiedziałam, że jego nazwisko jest na murze pamięci tuż koło dzwonu „Montera”. Papcio na znak akceptacji mojej osoby wyciągnął dla mnie pocztówkę z Tytusem. 
Piszę o tym wszystkim, bo dziś (a właściwie wczoraj) robiłam długi felieton o Muzeum Powstania w kontekście osoby Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nagrywani przeze mnie powstańcy mówili, że to Jego największe dzieło. Jeden stwierdził, że jakby Prezydent tylko to zrobił, to jest to dla nich dużo, jeśli nie wszystko. Mówili o wygranej wielkiej wspólnej bitwie, ostatniej bitwie Powstania Warszawskiego, bitwie o Muzeum. O wielkim szczęściu z faktu, że tego muzeum doczekali, a jest ono na światowym poziomie. Dla wielu z nich fakt, że powstało, był ukoronowaniem ich życia. Wszyscy dziwili się, że polityk coś obiecał i dotrzymał słowa. Cóż… musiał to zrobić. Obiecał im nie byle co, a muzeum i to Muzeum Powstania Warszawskiego. Powstanie było dla niego ważne, bo i Jego Ojciec brał w nim udział. Dlatego obiecując powstańcom otwarcie muzeum w sierpniu 2004 roku, naprawdę musiał dotrzymać słowa. W końcu dał je towarzyszom broni swojego Ojca. 
P.S. Dziękuję za wszystkie listy. Tym, którzy mnie próbowali obrazić – wybaczam.

Chłopaki też płaczą…

Spytał mnie kiedyś czytelnik, który przeczytał moją notkę biograficzną, czemu boję się ludzi, którzy nigdy nie płaczą. Wbrew pozorom to intymne pytanie. Dlatego w pełni na nie nie odpowiem. Wspomnę tylko, że we łzach jest coś, co oczyszcza i coś niezwykle ludzkiego. Emocje są czymś ludzkim. Wczoraj widziałam łzy w oczach generałów. Po raz pierwszy w życiu nagrywałam generała, który szlochał przed kamerą. Szlochał, bo opłakiwał swojego kapelana. Biskup Tadeusz Płoski budził wielkie emocje. Wie to każdy, kto raz w życiu miał z nim przyjemność rozmawiać.
- Jak to? Nagranie i lecicie? A herbaty z biskupem się nie napijecie? Nie porozmawiacie co tam u was? Jak tam w telewizji? Jak w waszych domach?
Gdy dziś przeszukiwałam komputer, by znaleźć zdjęcia tych, których wielokrotnie nagrywałam i z którymi rozmawiałam, nie mogłam znaleźć zdjęcia biskupa. Straszny żal. Nie mogłam też znaleźć zdjęcia jego sekretarza, pułkownika Jana Osińskiego. Taki młody chłopak. Młodszy ode mnie. Ja kończyłam edukację w podstawówce on dopiero przekraczał jej próg. Gdy odwiedzaliśmy biskupa zawsze mu towarzyszył. W stalowym mundurze… uśmiechnięty, niezwykle życzliwy. Kiedyś koleżanka powiedziała: „za piękny, jak na księdza”. Obruszyłam się. A dlaczego księża nie mogą być piękni?
Nagrywałam wspomnienie o księdzu Romanie Indrzejczyku. Jego parafia do końca miała nadzieję, że żyje, bo rano dostali esemesy „Pozdrowienia ze Smoleńska”. Proboszcz, opowiadając mi o księdzu Romanie przewracał paciorki różańca. Ksiądz Roman był jedynym warszawskim proboszczem, który, gdy w 2003 roku chciałam nakręcić reportaż pokazujący, jak wygląda chodzenie po kolędzie, wyraził na to zgodę. Przeszliśmy razem kilka domów. Reportaż powoli wciągał mnie w środek. Na końcu i ja byłam w nim, bo wraz z jedną rodziną śpiewałam kolędę. Montażysta, gdy montowaliśmy to wszystko, powiedział, że ksiądz Roman, ma w sobie coś taki pięknego, że musi mieć duszę anioła. Widać to na jego twarzy.

Nagrywałam wspomnienie o generale Stanisławie Nałęcz-Komornickim. Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej nie zauważyłam jego nazwiska na tej liście. Dostrzegłam dopiero wczoraj wieczorem i… długo nie mogłam podnieść się z krzesła. Obok Zbigniewa Ścibora-Rylskiego był najczęściej fotografowanym przeze mnie generałem w stanie spoczynku. Niezwykle dostojny, z piękną wojenną kartą. Był uczestnikiem Powstania Warszawskiego w zgrupowaniu „Róg”. Przepłynął Wisłę i wstąpił do Armii Berlinga, z którą zdobywał i Kołobrzeg i Berlin. Po wojnie represjonowany…

Nagrywałam wspomnienie o Czesławie Cywińskim. Prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Wielki mówca. Uwielbiał mówić, mówił z głowy, z sensem i pasją. uwielbiałam jego przemówienia. Zawsze było w nich coś, do zastanowienia się. Choć z drugiej strony, mnie jako dziennikarce, trudno było wybrać coś krótkiego z jego wypowiedzi. Zawsze było mi szkoda uciąć, zawsze miałam dylemat.

Wczoraj do kamery płakali wszyscy. Nawet mężczyźni. Bo nie jest prawdą, że chłopaki nie płaczą.

Może wreszcie świat zrozumie?

Cały mój dzisiejszy (a właściwie wczorajszy) dzień kręcił się wokół katastrofy prezydenckiego samolotu. I nawet nie z racji wykonywanego zawodu, ale tez z racji osobistych zainteresowań historią Polski. Znajomi i najbliżsi, a także stali czytelnicy bloga wiedzą, że to coś, co jest dla mnie niezwykle ważne. Brzydzę się polityką i partiami, ale jestem państwowcem. Nie mam serca „suchego jak orzeszek” i „bez tej miłości”, ja bym żyć nie umiała, choć Szymborska w swoim wierszu pisała, że bez niej żyć można, tylko z owocowaniem już gorzej. 
Gdy kilka dni temu oglądałam w telewizji relacje z uroczystości w lesie katyńskim, sprawdzałam, co na ten temat piszą zachodnie media. Nie pisały dużo. Nie pisały też w znaczących miejscach. Gdzieś tam przy końcu. Dziś informacje o naszym kraju są na pierwszych stronach gazet, na głównych stronach wszystkich światowych portali informacyjnych. To taki paradoks śmierci Głowy Państwa i naszej elity politycznej. To tak, jakby musieli zginąć, by sprawa Katynia wyszła poza trzecie, czwarte, a czasem i szóste strony gazet. Oto nagle świat i dziennikarze zaczęli się zastanawiać, dlaczego w jednym samolocie znalazło się aż tyle ważnych polskich osobistości. Gdzie tez oni lecieli? Bo oczywiście wszyscy myślą o zabitych w katastrofie i o ich rodzinach, zastanawiają się, co będzie z naszym krajem, ale też zadają sobie pytanie, czemu nagle tyle osób tam leciało. Co takiego się działo w tym Katyniu, że polska delegacja liczyła aż tyle osób? Przez cały dzień wysłuchiwałam opowieści o tych, którzy mieli lecieć i nie polecieli. O tym, kto komu oddał swoje miejsce w prezydenckim samolocie. O tym, kto marzył, aby być tam, choć raz, a miejsca dla niego zabrakło. 
Rosjanie też to przeżywają. Oni też mieli swój Katyń. Przeżywają i Ukraińcy. Zaprzyjaźniona ze mną Sława (z którą godziny przegadałam o wielkim głodzie na Ukrainie w latach 30-tych i Pawce Morozowie) pytała, co może dla mnie zrobić. Odpowiedź jest jedna. Modlić się. Tak, jak kto umie i do takiego Boga, w jakiego wierzy i w takiej intencji, jaką uważa za słuszną. Za dusze tych, którzy zginęli, za ich rodziny, za kraj, za naród, za przyszłość. 
Mam nadzieję, że ta śmierć nie będzie daremna. Że może teraz wreszcie ludzie i na wschód i na zachód od Polski zrozumieją, czemu od tylu lat walczymy o prawdę o Katyniu. Zwłaszcza, że tu prawda jest tylko jedna. 

P.S. Dziękuję za wszystkie listy. Jeśli komuś nie odpisałam przepraszam. Tym, którzy mi naubliżali wybaczam. Wstydzę się za tych, którzy użyli do tego celu cudzych lub nieistniejących adresów email.

Brak słów, czyli druga tragedia katyńska

Jeszcze rano w łóżku kończyłam pisać tekst na bloga o bibliotece. Jeszcze czytałam wiadomości na portalach informacyjnych. Wystarczyło kilkadziesiąt minut jazdy do pracy, by wejść w inny świat. O katastrofie prezydenckiego samolotu dowiedziałam się od strażnika. Były nadzieje, że to nieprawda, że są ranni, wreszcie wszystko prysło. Wiadomo już, ze katastrofy nie przeżył nikt. W redakcji poruszenie, wśród znajomych poruszenie (dzwoniono do mnie, czy żyję, bo może i ja, jako dziennikarz tam poleciałam), poruszenie na facebooku i innych portalach społecznościowych. Do pracy jechałam samochodem, więc w redakcji tylko wysłuchałam opowieści o tym, jak w jednym tramwaju ludzie płakali, a w drugim grajkowi dano 10 złotych, by nie grał, bo stała się tragedia. Ludzie są różni, mają różne poglądy polityczne i różne poglądy na życie, ale wszystkich to poruszyło.

Rozmawialiśmy o tym, kto z nas, jak kogo zapamiętał. Nie chodziło o to, jakim ten ktoś był politykiem, czy zgadzaliśmy się z jego poglądami, ale jakim był człowiekiem w kontaktach z nami dziennikarzami. O wielu miałam bardzo dobre zdanie. Na przykład o Władysławie Stasiaku, który zawsze całował w rękę schylając się do dłoni, a nie ciągnąc do ust. Spotkany gdzieś na uroczystościach zawsze z uśmiechem odpowiadał dzień dobry. Przemiły był profesor Janusz Kochanowski. Niezwykle gościnny generał biskup Tadeusz Płoski, który zawsze poczęstował kawą lub herbatą i miał dla dziennikarza święty obrazek. Zawsze też zagadnął o nasze sprawy rodzinne. Przesympatyczny był Tomasz Merta z Ministerstwa Kultury i Sztuki, który zawsze był przygotowany do odpowiedzi na nawet najtrudniejsze pytania i miał czas porozmawiać poza kamerą. Czesław Cywiński – Prezes światowego związku Żołnierzy Armii Krajowej – harcerz z Wileńszczyzny, gorący patriota, zawsze chętny do wypowiedzi na tematy związane z II wojną światową – prywatnie ojciec mojego kolegi z lat młodzieńczych (Marcin, tak mi przykro!). Wreszcie ksiądz Roman Indrzejczyk – kapelan prezydencki. Był jedynym warszawskim księdzem, który zgodził się wziąć udział w moim reportażu „Po kolędzie” pokazując jak wygląda chodzenie księdza z kolędą od domu do domu. Zadzwoniłam do niego, bo był wtedy proboszczem w parafii Dzieciątka Jezus, a dzięki niemu to była parafia niezwykle otwarta dla ludzi. W reportażu Bogna Lewtak-Baczyńska powiedziała, że jest tak dobry, że „ochrzciłby nawet psa”.

Na pewno kogoś pominęłam, bo piszę to wszystko bez listy ofiar w ręku.

Nagrywałam dziś arcybiskupa Kazimierza Nycza Metropolitę Warszawskiego. Powiedział między innymi:

„Jest to wydarzenie tragiczne w dziejach naszego Państwa. Na służbie społecznej, bo przecież jechali na uroczystości tak ważne dla Polski, na służbie zginął kwiat naszego życia społecznego i politycznego, ludzie związani z Katyniem. Nie jest to ten czas, kiedy można stawiać pytanie, dlaczego. Te pytania mogłyby nas podzielić. Trzeba poczekać. To jest pytanie, które tak trudno stawiać Panu Bogu. Wielka niepojęta tajemnica bożej opatrzności, ale również wołania o miłosierdzie Boga dla tych, którzy zginęli, dla ich rodzin… O zmiłowanie boskie nad tym wszystkim”.

Nagrywałam też biskupa diecezji warszawsko-praskiej Henryka Hosera, który powiedział:

„Chciałbym zwrócić uwagę, ze ta śmierć nastąpiła w rocznicę liturgiczną śmierci Jana Pawła Drugiego, który zmarł w sobotę Wielkiej Oktawy wieczorem. Ta śmierć nastąpiła w miejscu niezwyczajnym. W miejscu gdzie zginęła elita naszego kraju. Ta śmierć nastąpiła, gdy zastanawiamy się nad przyszłością tego, co nas czeka, również w sferze społecznej, politycznej i religijnej. Gdy stawiamy sobie pytanie, co mamy robić. Odpowiedź pierwsza: Bóg wie wszystko. I da nam kiedyś odpowiedz na te trudne i palące pytania. Jednocześnie Bóg, który jest miłosierdziem, jest miłosierdziem tych, którzy zginęli i ich rodzin. I tym miłosierdziem ogarnia tych, którzy podzielili w jakiejś mierze śmierć Jezusa. A my powinniśmy modlić się, jak potrafimy.”