Archiwa tagu: Klasa pani Czajki

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

Tradycyjnie gram wraz z Orkiestrą

Od wielu lat, jak co roku, gram wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. W tym roku cele są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Udział w licytacjach moich książek to okazja do upieczenia dwóch pieczeni na ogniu. Moje książki można wylicytować wspierając oba w/w cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale także wygrywając licytację można wesprzeć dowolną placówkę biblioteczną, gdyż nie trzeba książek licytować dla siebie. Wygrywający może zażyczyć sobie, bym wysłała książkę w dowolne miejsce i do dowolnego odbiorcy – Biblioteki Szkolnej w zapadłej wsi, do Domu Dziecka itd. Każda książka będzie z autografem i dedykacją zgodnie z życzeniem wygrywającego licytację.

Poniżej linki do licytacji:

Zapraszam na Warszawskie Targi Książki

W tym roku na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym będę swoje książki podpisywać 22 maja (w niedzielę) o 12:00 na stoisku Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – numer stoiska: (50/BC). Będę na nim siedzieć wraz z koleżanką Manulą Kalicką.

Będę wtedy podpisywała (i będzie można to u mnie kupić):

A jak ktoś przyniesie z domu jakieś stare wydania moich książek – też mu podpiszę.

Ponieważ ze względu na obowiązki prezesowskie będę na targach także w pozostałe dni (poza czwartkiem), ale w postaci „krążącej”, więc zawsze można się ze mną umówić, że chce się przyjść i pogadać. E-mail działa. odbieram go w komórce.

Jak zwykle gram

Drodzy czytelnicy. Niewiele obchodzą mnie spory i zamieszanie wokół Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W szpitalach widzę sprzęt ufundowany przez Orkiestrę i to jest niezaprzeczalny fakt. Dlatego wspieram jej coroczne granie od dawna, wystawiając na aukcję swoje „wypociny”.
„Moje aukcje” to propozycja zarówno dla zwolenników, jaki i dla przeciwników WOŚP.
Ci ostatni też mogą bowiem wziąć udział w licytacji, nie myśląc o wsparciu WOŚP, ale dowolnej wiejskiej Biblioteki lub Domu Dziecka (czy innej placówki, w której jest mało książek), gdyż wylicytowaną książkę (lub audiobook) z autografem wyślę na swój koszt w dowolne miejsce na świecie – pod warunkiem, że otrzymam adres…

Tym razem licytować można:

http://aukcje.wosp.org.pl/kurs-dziennikarstwa-dla-samoukow-z-autografem-i2705671

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Tytuł: Kurs dziennikarstwa dla samouków
wydawca: Biblioteka Analiz
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: wrzesień 2014
ISBN: 978-83-63879-03-7
liczba stron: 112
kategoria: podręcznik, felieton
premiera: 23 września 2014
format książki: 135 x 200 cm
okładka: miękka

Książka Małgorzaty Karoliny Piekarskiej na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do tych osób, które chcą pracować jako dziennikarze. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka.

Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.

Rekomendacja Jacka Moskwy:

„Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”

A kto nie chce licytować zabawnego felietonowego podręcznika – zapraszam do licytacji audiobooka.

http://aukcje.wosp.org.pl/klasa-pani-czajki-audiobook-i2705719

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
tytuł: Klasa pani Czajki
lektor: Janusz Zadura
Nazwa kolekcji/serii: Dla dzieci
Nośnik: CD – mp3
Data premiery: 2015-10-21
Wydawca: Biblioteka Akustyczna
Wiek czytelnika: 11 – 14 lat
Długość nagrania: 12 godz. 10 min
Format okładki: 140 x 125 x 6 mm

Opowieść o paczce gimnazjalistów zmagających się ze szkolną codziennością i problemami okresu dorastania. Trzy lata z życia młodzieży to historie młodzieńczych przyjaźni, rodzących się pasji i szkolnych miłości. Bohaterów „Klasy Pani Czajki” poznajemy na początku pierwszej klasy gimnazjum. Różni ich wiele – zainteresowania, stan majątkowy, uroda i temperament. Łączy jedno – wszyscy są uczniami klasy, której wychowawczynią jest polonistka Barbara Czajka – osoba surowa, ale bardzo sprawiedliwa. Pierwsze wydanie powieści w wersji drukowanej rozeszło się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy i znalazło się na liście bestsellerów „Wprost” jako jedyna pozycja dla młodzieży polskiego autora.

Liczę, że moi czytelnicy wzniosą się ponad narodowe podziały.

Podsumowanie, czyli dobrze

Martwię się, gdy mi jest za dobrze – mówiła moja ciocia. To jej powiedzenie przypominam sobie zawsze, gdy przychodzi do podsumowania mijającego roku i jest on dla mnie udany.

Odchodzący rok, choć zostało go jeszcze kilka dni, należy do udanych. Udało mi się: wydać książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”, założyć kwartalnik literacki „Podgląd” – pismo Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i wydać jego trzy numery, rozstać się z wydawcą, przy którym nie zarabiałam, przejść z tytułami do nowego wydawnictwa, dla którego piszę kolejną część „Klasy pani Czajki”, (której nowe wydanie ukaże się w połowie stycznia, zaś nowe wydanie „Tropicieli” w marcu), wydać audiobook „Klasy pani Czajki” świetnie interpretowany przez aktora Janusza Zadurę, rozpocząć rozmowy na temat wydania bułgarskiego i węgierskiego, dostać się na pewien kurs, który mam nadzieję, że rozwinie mnie zawodowo, umówić się (na razie wstępnie i na gębę, bo umowa ma zostać podpisana po nowym roku) na jeszcze jedną książkę, dogadać się w sprawie dodruku „Kursu dziennikarstwa dla samouków”, rozwinąć projekt genealogiczny tak, że strona piekarscy.com.pl ma już ponad milion odsłon, zmodyfikować swoją stronę autorską, stronę Ulubionego, stronę Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a nawet, mimo rzucanych przez przewrotny los kłód pod nogi, napisać i wystawić sztukę, która (sądząc po reakcji na widowni i napływających do nas głosach) podobała się widzom. Tyle, jeśli idzie o sprawy zawodowe. Ale i prywatnie narzekać nie mogę, choć zostaliśmy w domu bez zwierząt, co wprowadza w naszym, a zwłaszcza moim, życiu pewien niepokój.

Dlatego wiele sobie nie życzę. Po prostu chciałabym, by nadchodzący rok nie był groszy. Postanowień żadnych nie czynię, poza tym, że będę pracować. Ale u mnie to nic nowego.

projekt 4 c Tropiciele_front klasa-pani-czajki-wyd-ii-cd okladka kurs dziennikarstwa Podglad_nr3_2015_okladka1a

Wszystkie świństwa telewizyjnego korytarza

„Uważam, że dziewczyna ma zasługi. Niektórzy pierwszy raz w życiu przeczytali jakąś książkę.” – napisał na Facebooku mój kolega, z którym niemal dekadę przepracowałam w redakcji TVP. Tekst był komentarzem do zamieszczonego na portalu „Na temat” artykułu pt. „Pracownica TVP napisała książkę z momentami. Korytarze huczą od plotek, że obsmarowała kolegów.” O sprawie wiedziałam już od kilku dni, bo rzeczywiście huk plotek był straszny. Wszyscy na „nie”. Dziewczyna jest nikim, książka jest słaba i grafomańska, a poza tym… jak ona śmiała? Opisała Iksińskiego tak, że można go poznać, że to on! Po czym? Jeden z moich rozmówców twierdzi, że po opisie… spermy. Cóż… moja wiedza na temat Iksińskiego aż tak bogata nie jest. Domyślam się, że facet jakieś nasienie produkuje, gdyż jest ojcem, ale na oczy tego nasienia nie widziałam, nie mówiąc o całej reszcie. To, że nie jestem zainteresowana – pominę. Podobno wszyscy z książki są rozpoznawalni. Podobno po przeczytaniu wiadomo kto jest kto. Czy aby naprawdę?

Jolanta Mokrzyńska, autorka wydanej przez wydawnictwo „Sonia Draga” książki „Wszystkie świństwa świata” stworzyła powieść obyczajową, której akcja rozgrywa się w 2013 roku za kulisami telewizyjnego programu informacyjnego emitowanego przez Kanał Szósty. Autorkę książki znam tylko z korytarza. Wydawała mi się wyniosła, na co być może ma wpływ jej image. Nie rozmawiałam z nią jednak nigdy. Poza zwykłym „cześć” na korytarzu, które rzuca się każdemu przechodzącemu (czasem kilka razy dziennie) nie zamieniłyśmy nigdy słowa, nawet na temat zapchanych kibli, braku mydła czy żarcia w bufecie. Jest osobą rozpoznawalną ze względu na czerwoną szminkę i sukienki. Podobnie ubiera się bohaterka jej powieści, która opisana została jako bardzo zgrabna. Jednak… czy to autoportret? „Życzliwi” twierdzą, że trochę tak, a trochę pobożne życzenie. Czy wobec tego Mokrzyńska miała romans z Iksińskim w książce sportretowanym, jako Aleksander? Wszyscy twierdzą, że nie miała, ale najwyraźniej na pewno bardzo chciała i to co napisała w książce jest tego dowodem! Książka ich zdaniem jest też grafomańską zemstą na koleżankach i kolegach, którzy nie doceniali jej, przez których nie była ani reporterką ani prezenterką, ale zwykłą dziewczyną od informacji na pasku.

Wylewający się zewsząd jad pod jej adresem sprawił, że postanowiłam sama przeczytać książkę. Nie byłam do autorki nastawiona życzliwie, bo swoim wyglądem i obserwowanym na korytarzu zachowaniem nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Dlatego najpierw chciałam książkę pożyczyć, ale… gdy na portalu „Na temat” wyczytałam, że ludzie posyłają sobie PDF, żeby tylko dziewczyna nie zarobiła, zdecydowałam, że ja książkę kupię. Niech zarobi. Nawet jeśli jej wygląd nie budzi mojej sympatii. Przecież zarobek ze sprzedaży książek nie jest dziś zbyt wielki.

Złośliwość środowiska dziennikarskiego znam z własnego pisarskiego doświadczenia. Z niechęcią i pogardą tego środowiska spotykam się zawsze, gdy jakieś „moje dziecko” opuści drukarnię. Życzliwa okazuje się zawsze właściwie jedynie dyrekcja, bo daje patronat medialny. Z prawdziwą życzliwością reszty jest gorzej. Gdy jesienią ukazał się zbiór felietonów o dziennikarstwie, czyli „Kurs dziennikarstwa dla samouków” książkę kupiły dwie osoby – dźwiękowiec dla syna i szef techniki dla siebie, bo jak powiedział: lubi mnie. Pogratulowała mi redakcja „Qadransa Qltury” robiąc wzmiankę. Oczywiście kilka osób dostało ode mnie egzemplarze w prezencie, ale… nawet to było dla mnie pouczające inaczej. Oto jeden egzemplarz podarowałam koleżance na urodziny. Przyniosła ciasto i jakoś tak głupio było mi składać życzenia z pustymi rękoma, więc wyjęłam z szafki książkę. Reakcji środowiska nie opiszę, bo była nie tyle przykra, co żenująca, ale chyba na zawsze oduczyła mnie dawania takich prezentów. Pozostali z redakcji książki nie zauważyli. Norma, do której się tak przyzwyczaiłam, jak do tego, że po wypiciu kawy chce mi się siusiu.

„Wszystkie świństwa świata” Jolanty Mokrzyńskiej to inna bajka niż mój „Kurs”. Po pierwsze to powieść obyczajowa dla dorosłych. Wydało ją zresztą bardzo dobre wydawnictwo, co powinno „hejterom” dawać do myślenia. Książka ma też dobre recenzje w prestiżowych pismach, z których, jako najważniejsze, wymienię prestiżowy „Magazyn literacki Książki”. Wreszcie… nie jest to książka grafomańska. Przeczytajcie całość, a nie tendencyjnie wybrane fragmenty! Tendencyjna intonacja i interpretacja przy głośnym czytaniu może i z Mickiewicza zrobić literackiego nieudacznika. Niestety zawiść i złość telewizyjnego środowiska sprawiła, że ludzie chyba w ogóle zapomnieli czym jest grafomania. Przypominam więc, że jest to „patologiczny przymus pisania utworów literackich. (…) Zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.” Debiutancka powieść Mokrzyńskiej, nawet jeśli są w niej niezgrabne momenty (te znajdzie się w każdej książce, jak się szukający uprze), nie wypełnia znamion grafomanii, a autorka ma przed sobą całe pisarskie życie, by poprawiać styl. Zresztą ma całkiem niezły. Grafomanię raczej widziałabym w utworach zupełnie innych, związanych z TVP osób, które tych utworów nie publikują, ale biegają z wydrukowanymi na kartce po korytarzach i zmuszają wszystkich od montażystów i realizatorów, po panie z archiwum, do czytania i zachwycania się. Naprawdę znam takie osoby!

„Wszystkie świństwa świata” to zgrabnie napisana i zakrapiania erotyzmem powieść obyczajowa. To porządna babska literatura z seksem, który ktoś może określić, jako ostry. Zwłaszcza jeśli uprawia seks po Bożemu, raz w miesiącu i w pozycji na misjonarza. Korytarze zbulwersowały się cytowanymi w tekście esemesami i twierdzą, że są autentyczne, a to skandal! Wielkie mi co. Nie takie rzeczy pisaliśmy do siebie z moim zmarłym przyjacielem, z którym nigdy nie wylądowałam w sytuacji intymnej, ale świntuszyliśmy ile wlezie doskonaląc swój kunszt literacki, co czyniliśmy zresztą ku uciesze wielu znajomych w tym Ulubionego. Z nim zresztą też pisujemy do siebie różne świństwa, ale cóż… jesteśmy małżeństwem i nam wolno! A nawet gdybyśmy nie byli? To co?

Powieść nie jest niestety (wbrew napisowi na okładce) kryminałem. Nie jest też thrillerem ani powieścią sensacyjną. Jest obyczajową powieścią ze zbrodnią w tle, ale nie ta zbrodnia jest tu najważniejsza. Zresztą… ktoś, kto czyta dużo książek od początku wie czyje to rozkawałkowane zwłoki i kto zabił ofiarę. Babska literatura nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim i do książki wracać nie będę. (To nie „Patriotów 41” Marka Ławrynowicza, u którego nomen omen też jest ostry seks.) Jednak nigdy w życiu nie powiedziałabym, że Mokrzyńska napisała złą książkę, że jej „Wszystkie świństwa świata” to powieść źle napisana i grafomańska. Dziewczyna umie pisać i chwała jej za to!

A co z rozpoznawalnością bohaterów? Nasze redakcje są na tych samych piętrach. Zarówno mój Telewizyjny Kurier Warszawski z Kurierem Mazowieckim, jak i Panorama czy TVP Info rozłożone są w pokojach na II i I piętrze budynków przy Placu Powstańców i Jasnej. Niestety… nie rozpoznałabym w książce nikogo, gdyby nie… „życzliwe” korytarzowe plotki osób z redakcji autorki. To oni opowiedzieli mi pikantne szczegóły z życia ich redakcji, które ich zdaniem w książce zostały opisane. Nie słyszałam tych historii wcześniej. Gdyby o nich nie pisali w komentarzach na Facebooku, to na podstawie książki nie wysnułabym wniosków, że znany z anteny, korytarza i bufetu prezenter zdradza żonę, że jedna z dziewczyn się puszcza, wciąga kokainę i ma matkę pijaczkę. Nawet tego, że drugi prezenter jest z wykształcenia aktorem – nie wiedziałam. Tych informacji dostarczyła mi nie książka, a jej złośliwi i nieżyczliwi autorce czytelnicy, którzy być może rzeczywiście pierwszy raz po zdaniu matury przeczytali jakąś powieść. Przykre, że zrobili to, by dopiec koleżance, która wyszła poza tę przeciętność, nakazującą pozostałym, by nie robić nic oprócz pracy w newsach. Ci nie rozumieją, że pisarz zawsze czerpie inspirację z życia. W moich powieściach też roi się od historii z TVP, ale nikt na nie nie zwrócił uwagi, bo niewiele osób z koleżeństwa je przeczytało. W końcu w większości to książki dla młodzieży, a że w rodzicach bohaterów można odnaleźć fragmenty z życia realizatorki, realizatora czy prezentera? Ja też jestem i wszystkimi swoimi bohaterami i żadnym. Każdy ma pierwiastek mnie i jednocześnie nikt w stu procentach nie jest mną.

Błąd Jolanty Mokrzyńskiej polegał na tym, że wydała tę książkę teraz, gdy jeszcze tam pracuje, a cała akcja powieści dzieje się w jakieś telewizji w centrum Warszawy, zaś historie, które ją zainspirowały miały miejsce niedawno. Przykre, że redakcyjne głupki pomyliły powieść z reportażem i relacją z miejsca zdarzenia. Ale cóż… gdy wyszła moja „Klasa pani Czajki” nastoletni czytelnicy też myśleli, że Wojtek istnieje naprawdę i na mój numer gadu-gadu pisali, że: „Kamila to szmata. Zerwij z nią!”. Niektórzy prości ludzie mylą fikcję z rzeczywistością. Dwunastolatków usprawiedliwia wiek. Czy coś może usprawiedliwić naiwność dziennikarzy informacyjnych? Na dodatek jedni twierdzą, że autorka opisała wszystko tak, jak było. Inni, że zrobiła to inaczej. Złośliwi podkreślili sobie fragmenty, które uznają za grafomańskie. Jedna z koleżanek powiedziała, że pozostanie przy swoim zdaniu o grafomanii, a grafomańskie fragmenty mi przy okazji pokaże! Takie ot polskie piekiełko. Jakże dobrze je znam!

W 2007 roku był w Kielcach zlot z okazji 100-lecia harcerstwa. Zostałam zaproszona na wieczornicę z harcerzami, jako autorka która napisała współczesne powieści dla młodzieży, których bohaterami są harcerze („Tropiciele” i „Dzika”). Byłam wtedy jeszcze głupia i naiwna jeśli idzie o solidarność środowiskową. Pamiętam, że przed wyjazdem do Kielc zapytałam koleżankę wydawczynię, czy zamówi z tych Kielc relację z mojego spotkania z harcerzami. Naiwnie myślałam, że skoro jestem jedyną pisarką zaproszoną na międzynarodowy zlot harcerstwa z okazji stulecia skautingu, to redakcja może się mną pochwalić. Wydawczyni popatrzyła na mnie z pogardą mieszającą się ze wstrętem i powiedziała: „Przecież już kiedyś zrobiliśmy o twojej książeczce.” Korespondencję z Kielc zamówił wtedy wydawca TVP Info, którym był dawny redakcyjny kolega. Ten sam, który ostatnio napisał na FB, że Jolanta Mokrzyńska ma zasługi, bo dzięki niej niektórzy przeczytali książkę. Tak to jest. W TVP zdarzają się życzliwe wyjątki, ale jak to z wyjątkami bywa – można je przeważnie policzyć na placach jednej ręki. Po 19 latach pracy mam tam jedną przyjaciółkę. To podobno bardzo dużo.

Kilka lat temu do naszej redakcji przyszedł młody chłopak – Stefan Wroński. Po kilku miesiącach pracy u nas wydał swoją debiutancką książkę „Dzidek”. To cudowna powieść, której akcja dzieje się w Warszawie lat 30-tych. Powieść została oparta na faktach, bo główny bohater to… brat babci Stefana. Gdy książka miała się ukazać, usłyszałam od życzliwych koleżanek wypowiedziane z satysfakcją w głosie zdanie: „Już nie będziesz jedyną pisarką w redakcji”. (Jakby to kiedykolwiek było moim celem). Gdy nadeszła premiera „Dzidka” to ja zrobiłam temat o książce do naszego Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego. Bardzo chciałam to zrobić, bo cały czas chcę pokazywać w telewizji książki. Uważam, że za mało czytamy, za mało promujemy czytelnictwo, a przecież tylu mamy przyjaciół, ile przeczytaliśmy książek. Wtedy pojechałam też prywatnie na promocyjny wieczór Stefana, na który przyszli i inni ludzie z redakcji. Przede wszystkim jednak była cała rodzina autora, co powodowało, że chłopak potwornie się stresował. Robiłam mu zdjęcia, by miał na pamiątkę. Widać było, że ten wieczór to dla młodziutkiego Stefana duże przeżycie. Publicznie robiono z nim wywiad przy sali pełnej ludzi. Był zdenerwowany, czasem go ze stresu zatykało. Reakcja jednej z koleżanek: „Boże! I to ma być pisarz? Jak on mówi? Jak on zdania buduje!”. Tak wygląda redakcyjne wsparcie. Być może między innymi dlatego po jakimś czasie Stefan od nas uciekł. Zresztą… z roku na rok zastanawiam się, czy nie siedzę tu z rozpędu, przyzwyczajenia i szaleństwa?

Jedyny błąd jaki zrobiła Mokrzyńska w swojej książce to ten, że opublikowała ją teraz. Takie rzeczy robi się, gdy się już odchodzi z takiego miejsca. Poza tym reszta byłaby już czepialstwem. Swoją drogą skandal, romans – to zdarza się w każdej instytucji, w każdej redakcji. W naszej też takie rzeczy się działy i być może też kiedyś je opiszę w jakiejś powieści, bo czasem są to historie, które aż się proszą, by trafić do literatury. Jakiś przykład? Proszę bardzo! Wiele lat temu młoda reporterka wdała się w romans z żonatym dźwiękowcem. Gdy facet opamiętał się i chciał ów romans zakończyć okazało się, że sprawa zabrnęła na tyle daleko, iż wywołała u dziewczyny furię. Najpierw oblała mu łysinę kawą z automatu, potem utopiła dwie karty sim w WC. Następnie założyła ileś stron na portalach gejowskich i kilka razy zamówiła do domu panienki z agencji. Gdy i to nie odniosło rezultatu – pojechała do domu, by poinformować żonę, że zajmuje jej miejsce. Żona – dojrzała kobieta – pokazała jej drzwi. Niezrażona tym młoda reporterka stanęła na środku podwórka studni i wrzaskiem oznajmiła żonie dawnego kochanka, że… lepiej od niej robi laskę, co niezmiernie ucieszyło wszystkich sąsiadów radych, że wreszcie coś się dzieje. Rzucili się ponoć do okien oglądać „królową loda”. Niestety nie zwróciło to przychylności kochanka. Pewnie dlatego dziewczyna wezwała na pomoc rodziców, którzy ku zdumieniu nas wszystkich zamiast opierniczyć córkę za romans z żonatym, przyjechali pod redakcję i pobili wychodzącego do domu dźwiękowca parasolką (matka) plus zwyzywali (ojciec). Wtedy zrozumieliśmy czemu kilka dni wcześniej kochanka uczyniła to samo używając słów powszechnie uznawanych za obelżywe plus damskiej torebki. W końcu nie na darmo mówią „jaka mać taka nać”. Tego ostatniego czynu dokonała zresztą w chwili, gdy dźwiękowiec spełniając swoje zawodowe obowiązki trzymał tyczkę z mikrofonem nad głową dyrektora Filharmonii Narodowej, gdyż nagrywał jego wypowiedź na temat jakiegoś koncertu. Ponieważ to ostatnie zachowanie również nie pomogło młodej reporterce odzyskać uczucia dawnego kochanka – dziewczynie pozostało opowiedzenie wszystkim na prawo i lewo o zarażeniu jej przez dźwiękowca syfilisem. Być może dlatego, że nikt jej nie współczuł, a kilku osobom (w tym mnie) odebrało to apetyt, młoda reporterka uciekła za granicę, skąd po jakimś czasie wysłała kartkę. Treść przemilczę, bo była czymś tak żenującym, jak żenujący może być romans z żonatym i oczekiwanie, że rzuci żonę, by zaprowadzić kochankę przed ołtarz.

W każdym razie TVP, jako miejsce pracy, widziała już nie jedno nieobyczajne zachowanie. Niejeden seks w WC czy windzie. Nie takie rzeczy widziały i inne firmy, redakcje itd. Natomiast chyba tylko tu, tylko w TVP, gdy koleżanka wydaje powieść reszta zamiast promować ją, jako autorkę (co robi np. TVN) zawiadamia władze instytucji o domniemanym przestępstwie popełnionym poprzez opisanie życia intymnego pracowników po godzinach w powieści i pyta, czy nie można dziewczyny wyrzucić z pracy, za to co jest napisane w książce.

A kto wam kazał się przyznawać, że odnaleźliście się na jej kartach? Gdybyście tego nie zrobili nawet ja, pracująca na tych samych piętrach, nie miałabym takiej świadomości! Grafomańska książka? Nawet nie wiecie czym jest grafomania! Napisalibyście lepszą? Napiszcie nawet gorszą! Napiszcie jakąkolwiek! Ale napiszcie! O jej wydaniu już nic nie mówię. Przejdźcie tylko cały proces twórczy od pierwszego zdania do ostatniej kropki zazdrośnicy! Na razie umiecie tylko obgadywać po korytarzach. Wasza reakcja pokazała, że naprawdę stać was na „wszystkie świństwa świata”.

I na koniec… Podobnie jak Mokrzyńska też bywam zwykłą dziewczyną od informacji na pasku. Jednocześnie wiem, że złośliwcy zaraz powiedzą. Już nie dziewczyną Piekarska! Już dawno nie jesteś dziewczyną! Jesteś starą babą pod 50-tkę. Powiedzą przy tym jeszcze sto innych rzeczy, które mówili do tej pory za moimi plecami przy różnych okazjach, jak chociażby gdy brałam ślub z Ulubionym. Bo tak właśnie wygląda życie w polskim piekiełku, czyli w TVP od kulis. Nie Panie Prezesie i inni wszyscy święci, ja też nie zdradzam tu metod pracy, tajemnic korporacyjnych, a jedynie opisuję znany powszechnie fakt obrzydliwości panujących tam obyczajów i braku życzliwości. Nie ma powodów wyrzucania mnie z TVP za prowadzenie bloga, co już kiedyś powiedziałam jednemu z dyrektorów, któremu mój blog pokazali życzliwi inaczej z redakcji. Nie zdradzam tu sekretów pracy, a jedynie kulisy obyczajów. Ja się do tego piekiełka przyzwyczaiłam. Autorka „Wszystkich świństw świata” chyba jeszcze nie, bo w pracy wzięła na razie wolne. Ale cóż… za zrobienie czegoś, co wykracza ponad standard płaci się czasem wysoką cenę.

 

PS Z innej beczki. Startuję w konkursie Blog roku 2014 ze swoim projektem genealogicznym. Jakby ktoś z czytelników chciał oddać na mnie głos – zapraszam do zajrzenia na stronę projektu. Może ktoś zaryzykuje 1,23 PLN? W wygraną nie bardzo wierzę, ale ciekawi mnie z jakim hobby przegram w tym roku.

W szponach własnych książek

Kilka tygodni temu skończyłam pisać, składającą się z szeregu opowiadań, varsavianistyczną powieść – kryminał. Teraz to już właściwie trwają rozmowy z wydawnictwami, które mam nadzieję, że coś przyniosą. Tzw. „recenzje wewnętrzne”, które książka otrzymała, są bardzo dobre. Powinna więc znaleźć „swojego amatora”. Tytuł roboczy (zawsze możliwa jest zmiana) brzmi: „Czucie i Wiara”. Dlaczego?

„Czucie i Wiara” to nazwa biura detektywistycznego prowadzonego przez Józefa Krosnowskiego, wdowca lat ok. 60 i syna Bronisława z wykształcenia prawnika lat ok. 30. Zajmują się wyjaśnianiem zjawisk paranormalnych, których przyczynami są wydarzenia z przeszłości. Akcja dzieje się współcześnie, a bohaterowie swoje biuro prowadzą w starym domu w Warszawie na Saskiej Kępie. Książka to 18 rozdziałów, będących opowieściami o osiemnastu sprawach, prowadzonych przez biuro z mniejszym lub większym powodzeniem.
Każdy rozdział, to jedno zjawisko paranormalne lub jak kto woli jeden duch i… jedna dzielnica, a także jedna, różnie pojmowana przeze mnie, epoka lub wydarzenie historyczne. Są tu więc powstania narodowe, wojny ze Szwedami, rewolucja 1905 roku a także różne inne historie np. słynna Lurierka, w której domu publicznym król Stanisław August Poniatowski obradował z ministrami i Szach Perski, który w końcu XIX wieku odwiedził Polskę. Tu miesza się współczesność z historią, bo duchy, gdy dają swoje znaki zawsze czegoś od żyjących chcą.
Rozdziały są ułożone alfabetycznie dzielnicami. Dlatego historie nie są chronologicznym zapisem pracy biura. Duchy przejawiają się tu nie tylko, jako widziadła i mary, ale też jako sny, tajemnicze zjawiska, znikające fotografie, pojawiające się kartki, siły zmuszające ludzi do określonych zachowań.
Na początku jest wstęp opowiadający o tym, czym zajmują się bohaterowie, czyli opowiadający o ich biurze i czemu nosi ono taką nazwę, wyśmiewaną niejednokrotnie przez ludzi. Jest też posłowie wyjaśniające czytelnikom, że tu prawda została zmieszana z fikcją. Temu też służy indeks postaci autentycznych.
Cały pomysł powstał dość dawno podczas tworzenia przeze mnie cyklicznego programu telewizyjnego „Detektyw Warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Nabrał realnych kształtów, gdy wraz z nieżyjącym już reżyserem Tomaszem Zygadło omawialiśmy nakręcenie fabularyzowanego dokumentu. On pokazał mi przystanek na Targówku, a ja mu w odpowiedzi na to, po szperaniu w źródłach itd. napisałam „Tajemnicę przystanku tramwajowego”. Ten rozdział (teraz trochę poprawiony, by pasował do całej książki) opublikowałam już po śmierci Tomasza, bo w styczniu 2013 roku na swoim blogu. Ku memu zdumieniu tekst przeczytało kilkaset tysięcy czytelników. Wielu pisało do mnie wierząc, że to… prawdziwa historia, bo przecież pomnik jest i przystanek też jest! Ponieważ wtedy też odezwał się do mnie portal Targówek.info i spytał o zgodę na przedruk „Tajemnicy przystanku tramwajowego” (byli zafascynowani pomysłem, bo uznali, że to ogromna promocja ich dzielnicy), tak więc wróciłam do pierwotnego zamysłu stworzenia książki ze zmyślonymi legendami. W trakcie pisania ewoluowało to do „wywołania duchów”. Chciałam, by te pełne paranormalnych zjawisk opowieści były przekrojem historii miasta ze wszystkimi jego odcieniami.
W 2014 roku dostałam półroczne stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie tej książki.
Tekst jest po dwóch autorskich korektach i autorskich poprawkach redakcyjnych, ale mogą zdarzyć się błędy, gdyż, jak powszechnie wiadomo, nie myli się ten, kto nic nie robi.
Dla potrzeb projektu powstała strona pod adresem:
http://legendywarszawskie.pl
. Będzie ona z pewnością dużym wsparciem dla potencjalnego wydawcy.

Taką informację dostali ode mnie ci, którym słałam ofertę. Na razie nie uderzałam tylko do tych wydawnictw, które domagają się przysłania wydruku, bo to jednak dla mnie dodatkowe koszty, na które na razie nie mogę sobie pozwolić. 

Wczoraj z kolei odebrałam z wydawnictwa „Biblioteka Analiz” autorskie egzemplarze mojej książki, która nie jest powieścią, tylko czymś w rodzaju felietonowo napisanego podręcznika. Do kupienia będzie już od 23-go września. 

kurs dziennikarstwa

Tytuł: „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. Jak napisał wydawca, to „Praca na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie, z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do osób, które chcą związać swoją przyszłość z radiem, gazetą czy telewizją. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka. Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.”
Z kolei recenzujący książkę wieloletni dziennikarz Jacek Moskwa stwierdził: „Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”.

Kilka dni wcześniej poczta przyniosła mi paczkę, w której znalazłam pięć egzemplarzy ukraińskiej wersji mojej książki „LO-teria”. „Klasa pani Czajki” cieszy się na Ukrainie sporym powodzeniem, nawet miała dodruk, więc wydawca zdecydował się na wydanie ukraińskiej wersji „LO-terii” i… zaczął pytać o część trzecią.

I tak… zmotywowana tymi wprawdzie drobnymi, ale jednak sukcesami, stwierdziłam, że będąc w fazie poważnego rozpisania, mimo iż wcześniej tego nie planowałam, siadam do kontynuacji losów Maćka, Małgosi, Kamili, Olka, Białego Michała, Ewki, Kingi, Czarnego Michała i tak dalej… (Nie podaję jeszcze tytułu, bo zastanawiam się.) Oczywiście od razu pojawił się problem. Nie pamiętam poprzednich tomów. Zaczęłam więc czytać. To jest bardzo dziwne uczucie. Czytałam swoją książkę, a było to dla mnie jakby obce dzieło. Wiele rzeczy pamiętałam, ale wielu drobiazgów już nie. Musiałam robić notatki. Po raz kolejny rozpisywać drzewo genealogiczne postaci itd. Od razu przypomniała mi się rozmowa z panią Krystyną Nepomucką, która opowiadała, jak czytała swoją książkę po 50-ciu latach od pierwszego wydania. Wszystko było dla niej zupełnie nowe i obce. Z moją lekturą własnych książek aż tak nie było, ale… kilka rzeczy mnie zdumiało.

Po skończeniu czytania siadłam do pisania pierwszego rozdziału kontynuacji. Biurko zawalone było notatkami etc. no, ale coś mi z tym rozdziałem nie szło. Zajrzałam z powrotem do „LO-terii” i… od razu się wyjaśniło. Namotałam, pokręciłam i… dzień pracy poszedł do kosza. Niestety ciężko jest wejść w świat, w którym ostatni raz tak mocno tkwiło się cztery lata temu. Ale myślę, że do końca tygodnia wejdę weń na tyle silnie, że potem już każdy powrót będzie łatwiejszy.

A piszę o tym wszystkim, bo miałam ambitne plany, by w przerwach poczytać. Niestety. Już wiem, że dopóki nie wejdę w klimat własnej powieści i jej bohaterów, nie mogę zagłębiać się w innych lekturach. Muszą mi wystarczyć wrażenia z tych kilkuset książek przeczytanych przy okazji ślęczenia nad kwerendą do varsavianistycznego kryminału. Kilka z nich cały czas przeżywam i to do tego stopnia, że musiałam je sobie kupić na własność. Na razie tkwię więc w szponach własnych książek. Napisanych, wydanych, piszących się… Na cudze spoglądam tęsknym wzrokiem. Ale już za chwileczkę…

Czy mam prawo do swoich bohaterów?

Dziś to pytanie zadałam sobie nie po raz pierwszy w życiu. Już ładnych kilka lat temu ktoś przesłał mi link do publikowanej w sieci powieści pisanej przez trzynastolatkę. Powieść oparta była na „Klasie pani Czajki”. Napisałam „oparta”, choć właściwie powinnam napisać, że powieść była z niej „zerznięta”, jak zżyna się od kolegi szkolne wypracowanie. Niby dziewczynka napisała wszystko po swojemu i od nowa, ale jej bohaterowie robili dokładnie to samo, co moi tylko inaczej się nazywali. Zmienił się też szyk wyrazów w zdaniach, którymi było to opisywane. Napisałam do dziewczynki, że proszę o to, by tego więcej nie robiła. Wyjaśniłam, że cieszę się, że się powieść podobała, ale jest specjalne prawo, które mnie, jako autora chroni i ono nazywa się „prawo autorskie”, a to co zrobiła nazywa się kradzież. Dziecko się popłakało. Trochę mi było głupio, bo nie chciałam, by płakało tylko, żeby od małego wiedziało, że coś takiego jak plagiat, jako rodzaj kradzieży jest karane. Tyle, że to było trzynastoletnie dziecko. A co powiedzieć o osobie dorosłej? Dziś przez zupełny przypadek znalazłam w sieci bloga, którego autorka napisała:

Czy pojęcie fan fiction obejmuje rodzimych autorów? Historię Małgosi którą opisuję na tym blogu stworzyła i wykreowała Małgorzata Karolina Piekarska w powieści „Klasa pani Czajki” publikowanej w odcinkach na łamach „Victora Gimnazjalisty”, licealne losy bohaterki możecie przeczytać w powieści „LO-teria”. Póki co pisarka nie podała żadnych informacji na temat tego, czy będzie kontynuować tę powieść.
A ja decyduję się na kontynuowanie opowieści Małgorzaty Piekarskiej z kilku powodów. Bardzo polubiłam bohaterów „Klasy pani Czajki” i ich wątki poprowadzone w „LOterii” – pokazuje to, jak bardzo może się wszystko zmienić, że nie tylko młodzi, ale i trochę starsi ludzie mogą odmieniać swoje życie, że w każdym momencie życia może się wydarzyć coś nieprzewidywalnego – czy dobrego, czy złego – po prostu to loteria życia. Do tego, nie wydaje mi się by MKP na dniach miała wydać kolejną część tej opowieści. To dlatego, że nie mogę się doczekać tego wydania, no i przecież, wcale nie mam pewności, że ono w ogóle powstanie. Po prostu muszę wiedzieć jak się ona zakończy.
Początkowo chciałam pisać podobnie jak MPK – kontynuować wątki wszystkich bohaterów. Doszłam jednak do wniosku, że nie nadaję się do tego. Wtedy musiałabym aż za bardzo wejść w (ewentualną) przyszłość tej fikcji. A przynajmniej teraz mam takie obiekcje. Może później zmienię zdanie i jeśli nie opuści mnie wena i będę mimo wszystko miała jakieś konkretne pomysły opiszę wątki dotyczące nie tylko Małgosi?
Zdecydowałam się na tę bohaterkę po części dlatego, że jej los najbardziej mnie zaintrygował (przecież na końcu „LO-terii” znika) – i to było oczywiste założenie autorki. A z drugiej strony z Małgosią najbardziej się utożsamiałam – dziewczyną wrażliwą, często z nosem w książce, miłą, nieśmiałą – taką mną, po prostu. Poza tym zniknięcie Małgosi, jej wyjazd z Warszawy, ucieczka – daje najwięcej możliwości na „namieszanie” w tej historii. Z czystym sercem mogę bawić się w tworzenie nowych postaci, bawić się losami bohaterki w zupełnie innym środowisku (w NY reszty życia nie spędzi, co to, to nie ;)).
Myślę, że to tyle mojego tłumaczenia. Postaram się tak pisać, by osoby, które nie spotkały się z tą powieścią wiedziały „o co kaman” – a więc będzie trochę retrospekcji, powrotów do tego co było i bardziej zdystansowanego podejścia bohaterki do tych wydarzeń. Co ta polonistyka robi z człowiekiem…
Najmilszej lektury!”

Przyznam, że najpierw mnie zatkało. Zwłaszcza, gdy autorką okazała się dwudziestojednoletnia studentka filologii polskiej. Czegóż na tych uczelniach uczą? Uczą języka, literatury, a nie mówią o prawie autorskim? Wiem, że zabrzmi to paradoksalnie, ale gdybym nie żyła – jeszcze bym zrozumiała. Zrozumiałabym, gdyby nie można było ze mną nawiązać kontaktu. Gdybym np. publikowała pod pseudonimem, ukrywała się, nie miała swojej strony. Ale tak nie jest! Dlatego kompletnie tego nie rozumiałam. Przecież jestem! Przecież i fizycznie żyję i jestem do znalezienia w sieci. Można znaleźć mnie naprawdę szybko! (Dowód obok!)

Napisałam do autorki, że proszę o kontakt. Odezwała się. Napisałam więc, że:

Przez zupełny przypadek trafiłam na pani Bloga.
Jest mi miło, że książki się podobają, ale bardzo bym prosiła o likwidację strony.
Proszę wymyślić jakieś swoje historie i je kontynuować.
Bardzo serdecznie o to proszę! W XXI wieku można mnie znaleźć w minutę przez wszystkie wyszukiwarki. Na mojej stronie jest do mnie telefon, jest też e-mail. Można było spytać o to, czy się zgadzam. Zgodnie z prawem autorskim cały czas ja mam prawo do swoich książek i wymyślonych przez siebie bohaterów. Specjalnie książka kończy się tak, by każdy czytelnik wymyślał swoją historię, ale nie koniecznie, by od razu ją zapisywał i podawał do wiadomości publicznej.
Jeżeli pani chce możemy o tym porozmawiać. Mój telefon … Bardzo przepraszam jeśli uraziłam, ale to już jest druga taka historia z kontynuacją, a trzecia w ogóle (były już próby pisania nowych wersji klasy) i bardzo mnie to boli, że dziś ludzie są tak niefrasobliwi. Tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, czym są dobra intelektualne itd.

Odpowiedź przyszła taka:

Cóż, rozumiem. Po prostu wiele osób kontynuuje np. powieść Rowling, czy inne popularne sagi, więc nawet nie pomyślałam o tym. Nie chciałam w najmniejszym stopniu pani urazić. Blog został usunięty.

Sęk w tym, że mnie to nie uraziło. Mnie po prostu zdumiało, że można coś brać tak naprawdę z czyjejś głowy, robić z tym, co się chce i nie pytać właściciela – w tym przypadku twórcy – o pozwolenie. Nie jestem Zbigniewem Nienackim, którego prawa do „Pana Samochodzika” sprzedała wdowa i jest już sto tomów kontynuacji! Ja przecież żyję! A tak, jakby mnie uśmiercono i za mnie zdecydowano. I jeszcze czytam odpowiedź, że ktoś nie pomyślał!

Siedząc ostatnio mocno w XVIII i XIX wieku (o przyczynach grzebania w przeszłości pewnie niedługo napiszę) zastanawiam się, czy nasz świat XXI wieku jest przyjazny ludziom? Czy przyjaznym jest ludzkim umysłom? Czy przyjazny jest wielkim myślicielom? Patrząc na różne dziwne współczesne dzieła różnych dziwnych współczesnych artystów często samą siebie pytam, czy nasz świat jest przyjazny Sztuce przez duże S? Patrząc na ładowanie pieniędzy w produkcje typu „Warsaw shore” czy „Miłość na bogato” (wytrzymałam 3 minuty oglądania każdego z tych „dzieł” i zażenowana wyłączyłam) zastanawiam się, czy nasz świat przyjazny jest Kulturze przez duże K? Czy raczej twórcom przez duże Tfu. Czemu my (ogólnie teraz piszę) jesteśmy tak bezmyślni? Może jesteśmy tacy właśnie dlatego, że wszechobecna tandeta obniża poziom naszej kultury? Ale czy to nie jest dowód na to, że to my nie dbamy o nią? Przecież godzimy się na tę tandetę? Często gdzieś czytam, że kościół katolicki przeciwko czemuś protestuje, bo zdaniem jego przedstawicieli, to coś jest niemoralne. Moralność pojęcie względne. Tak, jak dobry uczynek, bo zawsze można przypomnieć słynną filozofię Kalego z „W pustyni i w puszczy”: „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (…) to jest zły uczynek (…). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.” Dlaczego jednak są protesty, że coś jest niemoralne, a tak rzadko ktoś protestuje, gdy widzi, że coś jest żenująco głupie? Pewnie dlatego, że głupota też jest względna. „Wśród ślepców jednooki jest królem.” – głosi stare przysłowie. Dawna klasyfikacja niepełnosprawności intelektualnej uważała, że ktoś, kto ma iloraz inteligencji między 75-85 jest jedynie ociężały umysłowo. Taki z ilorazem między 50 a 74 to debil, z ilorazem między 25 a 49 imbecyl, a między 00 a 24 IQ to idiota. Podejrzewam, że królem między idiotami może być niejeden debil. Ale dziś słowa idiota, imbecyl, czy debil są używane tak powszechnie, że już nie zastanawiamy się czy kryje się za nimi niepełnosprawność intelektualna czy tylko epitet. W szafowaniu tymi określeniami jesteśmy wszyscy bardzo niefrasobliwi. Tak samo niefrasobliwi jesteśmy w bezmyślności. Czy fakt, że w Internecie efekt jest natychmiastowy nie sprawił, że nie mamy czasu na żadne refleksje? Nie tylko chodzi mi o refleksje dotyczące tego, czym jest własności intelektualna, ale tak w ogóle?

Też miewam różne pomysły, ale nie wszystkie realizuję. Czasem zostają one w mojej głowie. Bywa, że w postaci głupich czy ponurych żartów. Przyznam, że 13 grudnia miałam wielką ochotę sfotografować Ulubionego w ciemnych okularach typu „telewizory” i wrzucić na FB z podpisem „nowa wersja generała”. Bo fakt jest taki, że teraz, kiedy przez chwilę ze względu na spektakl ma swoje resztki włosów na głowie, to w tych okularach wygląda, jak onegdaj generał Wojciech J. Pomyślałam jednak, że ktoś może ten dowcip uznać za niesmaczny, zrozumieć go opacznie, uznać nas oboje za szydzących z wprowadzania stanu wojennego, z tragedii, która wtedy w 1981 roku spotkała wielu ludzi i pomysł zarzuciłam. Ale czasem i mnie zdarza się coś chlapnąć, bo nie myli się ten, kto nic nie robi. Tylko, że przeważnie jednak te moje wpadki wynikają z szybkiego działania. Czemu inni swoich pomysłów, i to tych, na których realizację trzeba więcej czasu, nie przemyślą? Może Joan Rowling pozwoliła swoim fanom na kontynuowanie Harry’ego Pottera? A może ma gdzieś to, co z nim się dalej dzieje? Nie wiem. Wiem, że ja taka nie jestem. Lubię swoich bohaterów i obchodzi mnie ich los. A że na razie nie piszę dalszego ciągu? Cóż… na wszystko przyjdzie czas.

Kiedy ukazała się „LO-teria” ktoś podesłał mi opinię, jakiejś czytelniczki, która gdzieś w sieci napisała, że powieść kończy się ewidentnie tak, by była napisana jej kontynuacja. Przyznaję, że to mnie potwornie rozwścieczyło. Nie jest to bowiem prawda. Uwielbiam otwarte zakończenia, o czym już tu wspomniałam cytując własny list do autorki bloga fan fiction. Kończąc „LO-terię” nie miałam zamiaru pisać kontynuacji. Uważałam, że powieść o studentach byłaby powieścią o ludziach dorosłych, a ja chciałam pisać dla młodzieży. Ale… czytelnicy zaczęli zamęczać! Na każdym spotkaniu, na którym byli obecni ci, którzy znali „Klasę” i „LO-terię” padały pytania o ciąg dalszy powieści, a po pytaniach błagania, by był. To zdarzenie z kontynuowaniem przez kogoś na blogu historii Małgosi pokazało mi dobitnie, że zapotrzebowanie jest. Zresztą decyzję, że jednak napiszę kontynuację podjęłam kilka miesięcy temu. Tyle, że najpierw muszę dokończyć inne projekty.

I tylko retorycznie teraz pytam po raz kolejny: czy ja mam prawo do swoich bohaterów? Czy to nie jest jasne, że autor przynajmniej dopóki żyje ma prawo chcieć lub nie chcieć, by ktoś grzebał w ich życiorysie?

PS Pytanie naprawdę zadałam retorycznie. Ale ponieważ dostałam list, którego fragment przytoczę: „Napisała Pani, że dziwi się tej studentce, że rozpoczęła taki projekt. Ja się jej dziwię, że zrezygnowała, bo według mnie miała pełne prawo go kontynuować niezależnie od Pani opinii.” Dlatego wyjaśniam. Otóż nie miała pełnego prawa, ani nawet żadnego prawa. O tym m.in. mówi prawo autorskie.

Błogosławiony mąż księcia, czyli słówko o słowiańskich językach

Pewna ukraińska dziennikarka przeprowadzała ze mną ostatnio wywiad do jednej z ukraińskich gazet. Okazja jest, bo podpisałam właśnie umowę na wydanie po ukraińsku drugiej części „Klasy pani Czajki”, czyli „LO-terii”. „Klasy” sprzedał się na Ukrainie cały pierwszy nakład i robiony jest dodruk. Dlatego wydawca stwierdził, że zainteresowanie jest na tyle duże, że można publikować część drugą. Przeprowadzony wywiad dostałam do autoryzacji dopiero teraz, bo na Euromajdanie dzieje się to, co się dzieje i dziennikarka miała inne rzeczy na głowie. Tego dnia miałam akurat mnóstwo spraw do załatwienia na mieście, więc wywiad wydrukowałam sobie i czytałam w samochodzie na światłach. Właściwie powinnam powiedzieć, że przelatywałam go wzrokiem, ciekawa jak to wyszło. Nagle moim oczom ukazał się wyraz… „Попелюшку”. (Popiełuszkę.) Hm? Zaczęłam się zastanawiać. Mówiłam o różnych rzeczach, ale na pewno nie o księdzu Jerzym Popiełuszce. Mogę dać sobie głowę uciąć, że słowem się o nim nie zająknęłam, bo nie ma nic wspólnego z moimi książkami. Patrzę dalej, a tam… niby ja mówię, że czytelników ciekawi, czy… „поберуться принц із Попелюшкою”, czyli czy „ożeni się książę z Popiełuszką”. Zmartwiałam. Co to za herezje? Błogosławiony męczennik XX wieku, ksiądz, który w tak bestialski sposób został zamordowany, ma być mężem księcia? I to ja tak niby powiedziałam? Zjechałam autem na bok, bo mało nie dostałam palpitacji. Czytam cały fragment wywiadu i nagle… olśnienie! Zrozumiałam! Oto „Popiełuszka” to po ukraińsku po prostu… Kopciuszek. A ja mówiłam o tym, co najpierw widzą w bajce o Kopciuszku czytelnicy, a co w niej jeszcze jest. Śmiałam się całą drogę tak, że miałam wrażenie, że na światłach inni kierowcy patrzą na mnie, jak na kompletną wariatkę. Takie to są skutki podobieństw i różnic języków słowiańskich.

Twój przyjaciel na wieki

Czasem nie ważne czy znasz język i umiesz czytać. Książka i tak może być twoim przyjacielem. Jestem w Gdańsku, gdy piszę te słowa. Za kilka godzin Ulubiony swoim monodramem otwiera festiwal monodramu Monoblok. Jestem więc zdenerwowana. Już okazało się, że z domu zapomniałam: szlafroka, cienkich skarpetek, które mogę założyć pod spodnie do eleganckich pantofli i kilku jeszcze drobiazgów. Cieszę się natomiast, że mam ze sobą książkę. I to nie jedną. Wzięłam tradycyjną papierową z lat 90-tych. Tytuł: „Łowcy potworów” i napisał ją Ryszard Wójcik. Jest tam podobno o mim ojcu, ale jeszcze do tego momentu nie doszłam. Mam też oczywiście tableta, na którym mieści się książek kilkadziesiąt. Między innymi cały Adam Mickiewicz, cały Bolesław Prus i cały Aleksander Fredro, ale też w oryginale William Shakespeare, Arthur Conan-Doyle, Agata Christie, Eugeniusz Oniegin Aleksandra Puszkina i kilka sztuk Karpenki-Karego, na których uczę się ukraińskiego. W Gdańsku nocujemy w uroczym domku z pokojami pozbawionymi telewizorów. Co za raj! Telewizor na cały hotelik jest jeden i to w wielkiej sali telewizyjnej pełniącej rolę świetlicy. Tu…. oprócz telewizora masa książek! Po prostu biblioteczka turysty, a w niej stare numery „Poznaj Świat” i książki z czasów PRL.

I właśnie w momencie, gdy kontempluję znajdujące się na półce lektury, bo do wyjścia do teatru na próby i instalacje jeszcze kilka godzin, zadzwonił telefon. To Jola Niwińska z polskiego Bookcrossingu, by powiedzieć mi, że wróciła już z podróży na Antypody, gdzie zostawiła m.in. moje książki. Teraz są w Sidney! Zanim jednak tam trafiły Jola była w kilku wioskach i fotografowała miejscowych z tymi książkami w reku. I teraz zadzwoniła, by mi powiedzieć, że jak zamieściła zdjęcia na Facebooku to ktoś tam skomentował złośliwie, że „na pewno czytali po polsku” a ktoś, że „teraz będą uczyć się polskiego”. A ona chciała po prostu pokazać na świecie nasze książki, jak wyglądają, jak pachną, czym są, jak są grube. I teraz jej trochę przykro. Uspokoiłam ją. Moim zdaniem promocja książki i czytelnictwa nie koniecznie polega na tym, że wręcza się ją tym, którzy potrafią czytać. Obcowanie z książką, nawet jak nie znamy języka, którym została napisana, a może właśnie szczególnie wtedy, uczy pokory. Nie wiemy co tam napisane? A może to jakiś tajny szyfr? Z jaką czcią w końcu podchodzimy do kamienia z Rosetty, a przecież być może dla jego współczesnych nie przedstawiał on wielkiej wartości. Czyż nie podobnie jest z książkami?

Jola Niwińska opowiada dzieciom z Papui Nowej Gwinei o polskich książkach i idei bookcrossingu.

Gdy mój syn był mały Eksio wrócił ze śmietnika z pustym wiadrem i książką, którą tam znalazł na stercie makulatury. Była to książka o małpce Nicke Nyfiken. Potem po latach znalazłam, że oryginalnie została napisana po angielsku przez niejakiego  H. A. Rey jeszcze pod koniec lat 30-tych. Nam jednak trafiła się wersja… szwedzka. Znam kilka języków. W jednych mówię, w innych tylko czytam, w jeszcze innych rozumiem piąte przez dziesiąte. Po szwedzku rozumiem pięćdziesiąte przez setne, a jednak… książkę czytałam na głos mojemu synowi. Miała ona cudne obrazki (dopiero potem dowiedziałam się, że ich autorem była żona pisarza Margaret Rey i są one obecne w każdym wydaniu książki o Nicke Nyfiken, małpce zwanej w oryginale „Ciekawskim Georgem” („Courious George”). Syn do dziś uważa tę książkę za jedną z ulubionych, bo za każdym razem, gdy mu ją czytaliśmy trochę zmienialiśmy tekst powieści. Treść była rzecz jasne zawsze ta sama. Oto małpka uciekała z ZOO na dachu autobusu, trafiała do pracy podczas której myła okna w wieżowcu, ulegała wypadkowi, trafiała do szpitala, w którym miała odlot po eterze (tak działają narkotyki Maciusiu) i na końcu odkrywał ją reżyser, który czynił z niej bohatera swojego filmu i zabierał do Hollywood. Do dziś ani ja ani mój syn nie znamy szwedzkiego. Książkę jednak mamy i darzymy szacunkiem. Sprawiła nam wielokrotnie wielką radość. Dlaczegóż więc nasze polskie książki nie mogły sprawić radości nieznającym polskiego języka mieszkańcom Antypodów? Tez mogą sobie wyobrażać co w nich jest napisane. Na podstawie ilustracji mogą tworzyć własne historie. Być może ciekawsze od tych, które napisaliśmy my – polscy autorzy. Ja tam twierdzę, że tylu mamy przyjaciół ile książek przeczytaliśmy. A książka może być przyjacielem na wieki.

PS jestem w trakcie udzielania wywiadu pewnemu ukraińskiemu pismu literackiemu. Zadano mi pytanie o książki mojego dzieciństwa. Mogłabym napisać tomy, ale… pod wpływem tego wywiadu wróciłam myślami do „Dzieci z Bullerbyn”. Oj zbliża się dzień, kiedy znów na kilka godzin wyląduję w górskiej wiosce, w której stoją tylko trzy chałupy i mieszka tylko sześcioro (a potem siedmioro) dzieci i żadne z nich nie ma internetu, telewizora, a nawet radia. A jednak mają co robić! I mimo tych braków wcale nie są głupsze od swoich rówieśników z dzisiejszych czasów.