Archiwa tagu: książka

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?

Od kilku dni media informują mnie (na szczęście nie wszystkie), że była żona pewnego byłego premiera wydała książkę. Ponieważ i tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a owa pani bardzo chce być medialna – napiszę wprost. Mam na myśli Izabelę Olchowicz-Marcinkiewicz i jej książkę „Zmiana”. Ponieważ półtora roku temu napisałam sztukę o tym, jak popkultura zżera kulturę, jak pamiętniki celebrytów wypierają z bibliotek naprawdę wartościowe dzieła, więc… postanowiłam zajrzeć do wyznań „słynnej” z „fajnej bluzeczki” Izabel, która w swoim czasie pisała wiersze na blogu eks premiera, dziś występującego w roli podwójnego eks, bo także eks męża. Gdyby nie moja własna sztuka na pewno nie miałabym takich chęci. Ale chciałam zobaczyć, czy od napisania przeze mnie „Bubloteki”, jako społeczeństwo nadal zjeżdżamy po równi pochyłej w piekielną otchłań bzdur?

Najpierw pojawiły się u mnie dwa podstawowe pytania. Kto to wydał? Gdzie tę książkę znaleźć? I tu natknęłam się na pierwszy problem. Szybko bowiem okazało się, że książka istnieje jedynie na specjalnej stronie internetowej założonej przez… samą Izabel (i na portalu Amazon). Mało tego! By ją przeczytać trzeba ją kupić, czyli zapłacić prawie 20 złotych. Nie jest to wielka suma, ale nie lubię kupować kota w worku. Lubię książkę obejrzeć. Zwłaszcza gdy nie wiem, jak autor pisze, albo podejrzewam, że nie robi tego zbyt dobrze. Tu miałam takie podejrzenia, bo pamiętałam „wiersze” tej pani. Tej książki i tak bym zresztą nie kupiła. Mam gigantyczną bibliotekę liczącą kilka tysięcy woluminów i już mi się książki w domu nie mieszczą, więc starannie dobieram te, które kupuję. Tę bym przeczytała na stojaka w księgarni lub pożyczyłabym z biblioteki. Nie jest to jednak możliwe. Książka jest bowiem tylko w wersji elektronicznej. Zajrzałam więc we fragmenty oferowane za darmo. Treści nie ma tam za wiele, ale można poznać styl. Powinnam przemilczeć, ale napomknę, że przydałaby się jednak jakaś redakcja i korekta. Tak, jak i umieszczone na stronie nagranie, w którym autorka zachęca do przeczytania, powinno być zrobione jeszcze raz, bo pani robi koszmarne błędy językowe. Wrócę jednak jeszcze do książki. Na górze każdej ze stron darmowych fragmentów napisano: „wersja demonstracyjna – kopiowanie zabronione”. Nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego, co przeczytałam (dostępne są cztery strony i okładka) miałabym skopiować i w jakim celu. Nie bardzo jest bowiem co cytować. Nie bardzo jest też co streszczać. Ktoś powie, że przecież to tylko cztery strony, ale są dzieła, których cztery strony to AŻ cztery strony. Te cztery strony „Zmiany” nie zachęciły mnie. Nawet nie dlatego, że nie lubię elektronicznych wersji. Lubię papier. Lubię czytając zobaczyć, ile zostało mi do końca lektury. Lubię wrócić do początku, jak książka jest dobra. Lubię też czasem ołówkiem napisać coś na jej marginesie. Ale jeśli coś jest pasjonujące to przeczytam i na ekranie komputera. Po czterech stronach wnioskuję, że „Zmiana” taka nie jest. Jednak tej książki w ogóle nie ma w formie papierowej. Mimo tego Izabel i jej publikacja trafiły do mediów, a nawet telewizji śniadaniowej. Redaktor Mateusz Hładki przeprowadził z autorką wywiad w Dzień Dobry TVN, z czym zapoznałam się w sieci. Wprawdzie moim zdaniem fakt, że w ogóle wywiad powstał jest szkodliwy, bo są osoby, których nie powinno się zapraszać do żadnych stacji telewizyjnych, ani do żadnych programów,  gdyż te osoby nic sobą nie reprezentują. Pal jednak sześć! Takie mamy widać czasy, że mentorami są już nie tylko dziewczyny wydymające ostrzyknięte botoksem wargi na trybunach stadionów, nie tylko żony piłkarzy, ale też byłe żony byłych premierów same sobie wydające książki w wersji elektronicznej. W każdym razie powstał bardzo zgrabnie przeprowadzony wywiad, z którego wynika (a nie mam podstaw by nie wierzyć dziennikarzowi, który publikację przeczytał), że w „Zmianie” wszystko kręci się wokół małżeństwa Izabel z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Małżeństwa, które w swoim czasie ośmieszyło polityka. Nawet nie dlatego, że pozwalał narzeczonej korzystać ze swojego bloga, by zamieszczała na nim te straszne wiersze. Ani nie dlatego, że do sieci wyciekło nagranie, kiedy premier szykował się do wywiadu, a tuląca się do niego Izabel pytała, czy ma fajną bluzeczkę, co zaowocowało potem grą komputerową w ubieranie Izabel. Promowanie prywatnego życia w tak tandetnej formie musiało doprowadzić polityczną karierę Kazimierza Marcinkiewicza do tragicznego końca. Dziś rzadko kto pyta go o zdanie, choć być może pytano by częściej, gdyby nie eks żona.

fot. za www.bijamnieniemcy.pl źródło gazeta.pl

Autorka we wstępie „Zmiany” napisała: „Nie jestem pisarką, nie miałam ambicji nią zostać, jednak czasem przychodzi moment, że zbiera się w człowieku masa przemyśleń i wtedy zabiera się do pisania.” Prawda. Też mam różne przemyślenia. Też je zapisuję. Ale na litość boską nie wszystkie publikuję! Ludzie często piszą. Nie wszystkie jednak swoje zapiski upubliczniają. Barbara Himilsbach, którą miałam przyjemność poznać, pisała pamiętnik. Pisała dla siebie. Pisała z tęsknoty za mężem – Janem Himilsbachem. Nie miała zresztą zamiaru tego pamiętnika wydawać. Został opublikowany po jej śmierci. Stanowi wstrząsający zapis trudnej miłości i tęsknoty za zmarłym mężem, z którym życie nie było usłane różami.

„Książka” byłej żony nieszczęsnego polityka podobno jest o adopcji, bezpłodności i depresji. Tak twierdzi autorka. Ale z wywiadu wynika, że w większości jest jednak o jej małżeństwie. Tak też wnioskuję na postawie tych czterech stron bezpłatnej zajawki. Izabel twierdzi, że mąż nigdy jej nie kochał. Być może. Problem jest w tym czy to kogokolwiek poza nią obchodzi? Z zainteresowania mediów publikacją „Zmiana” oraz faktu zaproszenia tej pani do TVN-owskiej śniadaniówki wnioskuję, że niektórzy dziennikarze myślą, że tak. A skoro ludzi to interesuje powstaje pytanie. Czemu ta pani nie znalazła poważnego wydawcy na swoje wyznania? Takiego, który zrobiłby chociaż korektę tekstu, że o redakcji nieśmiało napomknę? (Własnych błędów nigdy się nie widzi. Dlatego pisarze mają redaktorów i korektorów swoich książek.) Z badań polskiego rynku wydawniczego wynika, że gdy książka sprzeda się w nakładzie wyższym niż 5 tysięcy jest to sukces. Czemu żaden wydawca nie zainwestował w to „dzieło” i nie zechciał tego wydać? Czemu słynna Izabel wydała to sama i to w takiej formie? Książka papierowa zawsze trafia do Biblioteki Narodowej. Gdzie trafia taka, która jest tylko elektroniczną?

PS W czym gorszy jest „mój” Nino z Lailonii i jego opowieść o bezdomności? A jednak nikt nie chce go zaprosić do żadnej telewizji. Ale cóż… nie był mężem żadnej pani polityk.

PS.2. Ponieważ po tym tekście odezwała się do mnie jego bohaterka, co zostało przeze mnie opisane tutaj, zniesmaczona tym kontaktem usunęłam z wpisu tagi z nazwiskiem jej i jej byłego męża.
Nie chcę cenzurować tego tekstu, ale ponieważ ten wpis na blogu wyskakuje w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwisk tych państwa, wolę, by link do niego był umieszczony na szarym końcu listy wyszukiwania.

Podsumowanie, czyli dobrze

Martwię się, gdy mi jest za dobrze – mówiła moja ciocia. To jej powiedzenie przypominam sobie zawsze, gdy przychodzi do podsumowania mijającego roku i jest on dla mnie udany.

Odchodzący rok, choć zostało go jeszcze kilka dni, należy do udanych. Udało mi się: wydać książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”, założyć kwartalnik literacki „Podgląd” – pismo Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i wydać jego trzy numery, rozstać się z wydawcą, przy którym nie zarabiałam, przejść z tytułami do nowego wydawnictwa, dla którego piszę kolejną część „Klasy pani Czajki”, (której nowe wydanie ukaże się w połowie stycznia, zaś nowe wydanie „Tropicieli” w marcu), wydać audiobook „Klasy pani Czajki” świetnie interpretowany przez aktora Janusza Zadurę, rozpocząć rozmowy na temat wydania bułgarskiego i węgierskiego, dostać się na pewien kurs, który mam nadzieję, że rozwinie mnie zawodowo, umówić się (na razie wstępnie i na gębę, bo umowa ma zostać podpisana po nowym roku) na jeszcze jedną książkę, dogadać się w sprawie dodruku „Kursu dziennikarstwa dla samouków”, rozwinąć projekt genealogiczny tak, że strona piekarscy.com.pl ma już ponad milion odsłon, zmodyfikować swoją stronę autorską, stronę Ulubionego, stronę Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a nawet, mimo rzucanych przez przewrotny los kłód pod nogi, napisać i wystawić sztukę, która (sądząc po reakcji na widowni i napływających do nas głosach) podobała się widzom. Tyle, jeśli idzie o sprawy zawodowe. Ale i prywatnie narzekać nie mogę, choć zostaliśmy w domu bez zwierząt, co wprowadza w naszym, a zwłaszcza moim, życiu pewien niepokój.

Dlatego wiele sobie nie życzę. Po prostu chciałabym, by nadchodzący rok nie był groszy. Postanowień żadnych nie czynię, poza tym, że będę pracować. Ale u mnie to nic nowego.

projekt 4 c Tropiciele_front klasa-pani-czajki-wyd-ii-cd okladka kurs dziennikarstwa Podglad_nr3_2015_okladka1a

Cena wolności i świętego spokoju

Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że za swoją wolność płacę sporą cenę. Jaką? Czasem miewam kłopoty finansowe. Rzeczywiście coś w tym jest. Bo właściwie czemu je miewam? Nie mam etatu, a więc brak mi stabilizacji. Co miesiąc rozpoczynam nierówną, ale zazwyczaj zakończoną sukcesem, walkę o przetrwanie. A przecież mogłam to wszystko sobie ułatwić. Wystarczyło zostać rzecznikiem jednego z dwóch przedsiębiorstw, które mi to rzecznikowanie proponowały. Wystarczyło przyjąć propozycję wstąpienia do partii, a kilka mi to proponowało, i przyjść do pracy na kierownicze stanowisko z jej nadania, co zrobiło kilku moich znajomych. Ja jednak twardo trzymam się z dala od wiążących myśli i swobodę wypowiedzi układów, zwłaszcza politycznych. Do tego doszedł osobliwy stosunek do pieniądza. Czasem wolę nie mieć nic, niż iść do sądu i walczyć o swoje. Po co szarpać nerwy? Dlatego jeśli tylko mogę uniknąć procesu, dojść do porozumienia – korzystam z przywileju, który nazywam przywilejem „wolności i świętego spokoju”. Zwłaszcza, że ostatnią „walkę o swoje” opłaciłam ciężkim zapaleniem nerwów. Wprawdzie owo zapalenie spotkało mnie nie tylko z powodu finansów, a także zasiadania w pewnym gremium pewnej organizacji oraz swoistych „przygód” ze spektaklem „Bubloteka”, ale to tę historię z finansami chcę tu opisać. Czynię to z myślą o innych autorach i ku ich przestrodze oraz refleksji. Sami sobie odpowiedzą na pytanie czy warto walczyć o swoje. Rzecz dotyczy bowiem pewnego wydawnictwa, z którym po wielu latach współpracy w tym roku się „rozwiodłam” i poczułam, jakbym odzyskała wiarę w siebie i wolność, choć przecież po wszystkim zachorowałam. Historia całej współpracy była jednak burzliwa i dla mnie bardzo trudna, ale po naradzie z wieloma zaprzyjaźnionymi autorami i prawnikami zdecydowałam się ją opisać. Zwłaszcza, że wczoraj podesłano mi link do oceny pracy mojego byłego już wydawcy. Link, z którego wynika, że osób w sytuacji podobnej do mojej jest sporo. Dlatego nazwę wydawnictwa i nazwisko właściciela przemilczam.

Pamiętam, gdy przyszłam do niego ze swoją powieścią. Czułam się skrzywdzona przez poprzedniego wydawcę, który wydał mi coś w brzydkiej szacie graficznej, na którą nie miałam wpływu, ale w nakładzie… 40 tysięcy egzemplarzy. (Pierwsze nakłady zazwyczaj nie przekraczają 10 tysięcy, a przeważnie oscylują wokół 5 tysięcy.) Wydawca w dwa miesiące sprzedał 10 tysięcy, co jest gigantycznym sukcesem, ale on był niezadowolony, więc w bardzo nieprzyjemnych rozmowach, między wierszami, oskarżył mnie, że to, co mi wydał to śmieć, bo liczył na sprzedaż 40 tysięcy na pniu! Jakby książka była chlebem lub innym towarem pierwszej potrzeby. W ciągu 3 lat trwania umowy sprzedał mi tego 30 tysięcy (a więc gigantyczną jak na polskie warunki liczbę), wypłacając w kilku ratach śmieszne honorarium, bo od egzemplarza mój zarobek wynosił 85 groszy minus podatek, na co zgodziłam się znów za cenę owej „wolności i świętego spokoju”. Te sprzedane 30 tysięcy, tamten wydawca uznał za swoją klęskę, zasugerował, że moja książka jest niewiele warta, choć przecież trafiła wówczas na listę bestsellerów pewnego opiniotwórczego tygodnika. Pozostałe 10 tysięcy nakładu skierował więc na przemiał. Była to jego pierwsza wydana książka, której publikacja, jak przyznał, przyniosła mu wielkie rozczarowanie rynkiem księgarskim. Więcej wydawać książek nie chciał. A ja, jako zbolała pisarka, przyszłam do nowego wydawcy, jak do Zbawcy. Przyjął ode mnie nową książkę, potem jej drugą część, a potem doczekał się praw do tej, która w swoim czasie rozeszła się w nakładzie 30 tysięcy, była na tej liście bestsellerów i zaczęła trafiać do podręczników oraz na listy lektur szkolnych. Zrobił promocję. Byłam zadowolona. Traktowano mnie o niebo lepiej niż u poprzednika. Niestety gorzej było z zarobkami, mimo o wiele większej stawki za jeden sprzedany egzemplarz powieści. Wydawca, który mną poniewierał sprzedał mi 30 tysięcy tytułu. Zbawca… znacznie, znacznie mniej, ale w tym zorientowałam się później. Na razie w prasie ukazywały się pozytywne recenzje moich książek, robiono ze mną wywiady, więc czujność została uśpiona. Zaczęłam się niepokoić, gdy dostałam pierwsze rozliczenia. Karmiono mnie jednak tekstami, że okładka pierwszej, którą mi wydał była niezbyt atrakcyjna (wygrała plebiscyt wśród czytelników, którzy sami decydowali o okładce) i to pewnie dlatego. Że pewnie księgarzom się nie podobała, a to oni decydują, co zamówić do księgarni. Niestety równie słabo wyglądała sprawa sprzedaży książek na spotkaniach autorskich. Po prostu dogadanie się w sprawie dostarczenia ich na te spotkania graniczyło niemal z cudem. Zbawca nie współpracował bowiem z hurtowaniami, z którymi współpracowały biblioteki. Często jeździłam więc sama z książkami wypakowując nimi samochód niczym hurtownik. Raz pojechałam pociągiem. Pojechałam na jeden dzień z największą walizką wypełnioną po brzegi tylko książkami. Mało nie dostałam przepukliny od wnoszenia jej do pociągu. Po drodze walizka rozpadła się. Połowa książek wpadła w błoto. Byłam wykończona. Łudziłam się jednak, że wszystko się zmieni, gdy Zbawca dostanie drugą część tej mojej książki, która była na liście bestsellerów, jest w podręcznikach i trafiła do spisu lektur. Czytelnicy się jej domagali, ciągle słali listy z pytaniem zaczynającym się od słowa: „Kiedy będzie dalszy ciąg?”. Pisałam ją jednak dość długo. Osobista sytuacja nie sprzyjała ślęczeniu nad powieścią. Wreszcie napisałam. Przyniosłam Zbawcy. Zatrudniony przez Zbawcę redaktor, po jej przeczytaniu powiedział: „Pani Małgorzato! Tak dobrą rzecz mu Pani daje! Nie warto! On to Pani zmarnuje!”. Ale ja przecież obiecałam Zbawcy ten tytuł. A u mnie słowo droższe od pieniędzy. Drugiej części sprzedał mi ¼ tego, co pierwszej, a może i mniej? Jeszcze o tym nie wiedziałam, kiedy zaproponowałam Zbawcy kolejną książkę. Odrzucił bez czytania. Powiedział, że nie mam dobrego nazwiska i jestem słabą autorką, bo gdybym pisała jedną książkę rocznie, to mógłby ryzykować. Byłam zdruzgotana. Potem nadeszły porażające wyniki sprzedaży. O ile słabą sprzedaż pierwszej części cyklu tłumaczył tym, że rynek już się nasycił, bo poprzedni wydawca sprzedał mi te cholerne 30 tysięcy egzemplarzy, o tyle w przypadku drugiej części tego argumentu użyć nie mógł. Padały więc słowa, że… za gruba a przez to… za droga! Czytelnicy pisali jednak, że połknęli jednym tchem. Na cenę nikt się nie skarżył. Jak więc to ogarnąć? Z jednej strony były listy od czytelników domagających się kolejnych książek i pochlebne recenzje w prasie, z drugiej wydawca podcinający skrzydła, że jestem słaba, bo nie strzelam książkami jak z karabinu i jakby na potwierdzenie tych słów te nieszczęsne, słabe wyniki sprzedaży. Wypłakałam się w mankiet przyjaciółce. Trzy dni później odebrałam telefon z wielkiego wydawnictwa. Okazało się, że od dawna otrzymywali pytania z prośbą o zakup moich książek, choć nie oni je wydawali. „Pani Małgorzato. Chcemy te pani książki. Pani pogada ze Zbawcą na temat przekazania praw.” Okazja ku temu była. Książek prawie nie było w stacjonarnych księgarniach i empikach. Nie miałam z czym jeździć na spotkania autorskie, więc automatycznie miałam mniej spotkań. Z czego żyć? Zwłaszcza, że nie mogłam też doprosić się o wypłatę nędznych honorariów, które za sprzedaż czterech tytułów przez kwartał, wtedy wyniosły coś około dwóch i pół tysiąca złotych. Poprosiłam o pomoc prawnika. Zwrócił uwagę, że Zbawca wypuścił na rynek e-booki moich książek, a tego zawarta między nami umowa nie przewidywała. Po drugie sprzedał prawa do audiobooka jednej z książek wydawcy audiobooków. Był to audiobook, którego nagranie mi się nie podobało, a nawet byłam nim tak załamana, że w domu płakałam w poduszkę. Tego swoistego handlu moimi prawami autorskimi w zakresie audiobooka też umowa wydawnicza ze mną nie przewidywała. Po otrzymaniu pisma od mojego prawnika Zbawca zdecydował się wypłacić mi to, co mi się należy, czyli nieszczęsne dwa i pół tysiąca z hakiem, ale za oddanie praw do książek, których prawie mi nie sprzedawał, zażądał od nowego wydawnictwa… 150 tysięcy złotych! Zostałam na lodzie. Bez nowego wydawcy i książek na rynku, ale z obietnicą, że będą dodruki. Postanowiłam czekać na wygaśnięcie umów i co jakiś czas domagać się wypłaty honorariów. Rozmowę ze Zbawcą na temat wydanego bez mojej zgody audiobooka i e-booków odłożyłam na później łudząc się, że może Zbawca sam z siebie coś zaproponuje. Nie zrobił tego. Jakby było mało, regularnie zalegał z wypłatami honorariów. Cóż… zgodnie z umową powinny one być wypłacane, co kwartał bez upominania, ale ja musiałam się dopominać. Ponieważ było to upokarzające, więc zdecydowałam się robić to raz na rok, by uzbierała się większa suma i nie stresować samej siebie. Głupio jest płaszczyć się po 500 złotych, a należne mi pieniądze zmniejszały się wraz z upływem czasu od premiery książek. Trzy lata temu było to cztery tysiące, dwa lata temu dwa tysiące, a rok temu niewiele ponad tysiąc złotych brutto za rok sprzedaży czterech tytułów.

Ponieważ czytelnicy zaczęli dopominać się o trzecią część książki, która jest w lekturze, podręcznikach i była w swoim czasie na liście bestsellerów, więc… zaczęłam ją pisać myśląc jednocześnie o wydaniu. Już wiedziałam, że nie powinnam tego zrobić u Zbawcy. Zresztą… po tekście, że jestem słabą autorką, bo nie piszę jednej książki rocznie, wiedziałam, że moje miejsce jest w innym wydawnictwie. Ale w jakim? Przypomniałam sobie rozmowy z przemiłą panią z wydawnictwa, któremu prawa do moich publikacji Zbawca chciał odstąpić za 150 tysięcy złotych, co skończyło się przecież niczym. Dlatego postanowiłam sprawdzić, ile jeszcze Zbawca będzie miał prawa do moich książek. Prawda niemal mnie zabiła. Okazało się, że do trzech książek dawno mu te prawa wygasły! Do jednej trzy lata temu, do drugiej dwa, a do trzeciej rok temu. Tymczasem on ciągle nimi handlował. Niestety były obecne głównie w księgarniach internetowych i to wraz z nieszczęsnymi e-bookami, na wydanie których nigdy nie wyraziłam zgody. Odkrycie mnie załamało.

Prawnicy radzili iść do sądu. Wykazywali, że Zbawca bez umowy zarabiał na e-bookach, a także audiobooku, za sprzedaż którego nie dostałam nawet złotówki, oraz na książkach papierowych, do których prawa mu wygasły, a ja od roku nie widziałam ani grosza. Mówili, że można zażądać spodziewanych zysków. Wskazywali osoby, które wygrały procesy ze Zbawcą o niezapłacone honoraria. Wśród nich znalazła się felietonistka dodatku do popularnego dziennika i felietonista pewnego poczytnego tygodnika. Ja jednak chciałam polubownie. Napisałam list:

„Drogi Zbawco, Jeszcze w czerwcu mailem prosiłam Cię o podanie do 15-go lipca rozliczenia z tytułu sprzedaży moich książek za okres do końca czerwca 2015. Jest mi niezwykle przykro, że nie dotrzymałeś tego terminu i na dodatek mimo obietnicy nadesłania rozliczenia 16-go lipca, minął 17-ty, 18-ty itd., a Ty cały czas, mimo mojego zadanego w mailu 17-go lipca pytania o rozliczenie, nie raczyłeś mi odpowiedzieć. Jestem zmęczona całą tą sytuacją i współpracą. Na dodatek po sprawdzeniu dokumentacji (umowy, rozliczenia etc.) czuję się… oszukana, a nawet okradziona.
Po pierwsze: Wygasły ci prawa do moich książek: Do pierwszej 28 czerwca 2012 rok!, Do drugiej 12 września 2013 rok! Do trzeciej 6 września 2014 rok! Po drugie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o audiobooku.  Po trzecie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o elektronicznych wersjach książek.
Na marginesie wspomnę, że na brak zapisów na ten temat w umowach zwracała Ci w swoim czasie uwagę moja prawniczka – specjalistka od prawa autorskiego. Przez czas, który upłynął od rozmowy z nią nie zrobiłeś NIC, by to naprawić. W związku z powyższymi sprawami proszę o: Po pierwsze: Natychmiastowe wycofanie ze sprzedaży moich książek. Po drugie: Natychmiastowe wycofanie z sieci e-booków moich wszystkich czterech książek. Także tej czwartej, do której masz prawa do 23 kwietnia 2017 roku, ale tylko na wydanie papierowe. W związku z tymi dwiema prośbami mam dwie propozycje:
Propozycja pierwsza: Byśmy umowę na powieść ŻŻŻ rozwiązali ze skutkiem natychmiastowym. Propozycja rozwiązania umowy w załączeniu. Moje argumenty:
1. Papierowych książek i tak od dawna nie ma w sprzedaży.
2. Nie było Twojego wydawnictwa na ostatnich majowych Targach Książki. Czytelnicy przychodzący do mnie po podpisanie nowych książek na stoiska, na których byłam, pytali o stare książki. Nawet nie miałam ich gdzie odsyłać.
3. Czytelnicy, którzy ślą do Twojego wydawnictwa listy z zapytaniami o moje książki są w większości przypadków ignorowani, na co mam dowody w postaci ich listów.
4. Wypłacone przez Ciebie 31 lipca 2014 roku honorarium z tytułu rocznej sprzedaży 4 tytułów wynosiło 1 050,03 PLN, czyli słownie: jeden tysiąc pięćdziesiąt złotych i trzy grosze.
Propozycja druga: Kwestia rozliczenia za e-booki. Czekam na załatwienie tej nieprzyjemnej dla nas obojga sprawy. Moja propozycja jest taka byś wypłacił mi 50% od każdego sprzedanego e-booka – termin płatności do końca września 2015. Myślę, że przy natychmiastowym wycofaniu ich ze sprzedaży nie powinno być problemu z uzyskaniem rozliczeń od internetowych księgarń do końca wakacji. W załączniku propozycja ugody n.t. e-booków. Przyznaję, że sprawę audiobooka chciałam załatwić polubownie, ale Twoje milczenie po 15-tym lipca przelało czarę goryczy. Dlatego zdecydowałam się skorzystać z propozycji wydawcy audiobooka i rozliczyć się z nim. Proszę o odpowiedź na niniejsze pismo do końca lipca 2015. W przeciwnym razie podejmę odpowiednie kroki prawne. Nawet nie wiesz jak mi jest przykro. Ile dni biłam się z myślami, czy pisać czy nie pisać, zwłaszcza po telefonie od wydawcy audiobooka (to on do mnie zadzwonił) i przejrzeniu umów, co sprawiło mi ogromną przykrość. Miałam przygotowaną inną i o wiele sympatyczniejszą wersję tego listu. Ten list jest odpowiedzią na brak reakcji z Twojej strony. Liczę na Twój rozsądek, a więc na to, że zgodzisz się na moje propozycje. Nie chciałabym sięgać po środki ostateczne, czyli poinformowanie opinii publicznej oraz kierowanie sprawy do sądu, choć wiem o innych Twoich autorach, którzy już przetarli ten szlak. Mam bardzo mocne dowody twojej nieuczciwości m.in. w postaci faktur na moje książki wystawianych przez Ciebie już po wygaśnięciu umowy oraz w postaci faktur ze sklepów internetowych handlujących elektronicznymi wersjami moich książek. Myślę, że nie byłoby dla Ciebie dobrze, gdybyś otrzymał podobny list z kancelarii prawnej mojego nowego wydawcy.
PS Przyznam, że liczyłam, że sam mi przypomnisz o wygaśnięciu umów. Zwłaszcza, że w swoim czasie prosiłam Cię o ich rozwiązanie, na co się przecież nie zgodziłeś.

Po tym liście podpisaliśmy ugodę. Była krótka. Miałam dostać półtora złotego od każdego audiobooka, 50% od każdego sprzedanego ebooka i normalne honoraria od książek papierowych. Umowa na czwartą książkę wygasała z końcem sierpnia. Najważniejsze jednak dla mnie były terminy. Według nich rozliczenie miałam dostać do 30 września, a wypłatę do 15 października. By Zbawcy pomóc, wysłałam nawet list, w ktorym zaproponowałam rozliczenie w naturze. Ja bym sobie te książki potem sprzedała na spotkaniach autorskich, których wysyp miałam na początku października. Jednak 30 września nie dostałam rozliczenia, a co za tym idzie nie wiedziałam, na jaką kwotę mogę liczyć. Spotkania autorskie, na których książki mogłam sprzedać przeminęły. Uznałam więc, że sprawa rozliczenia w naturze nie ma już sensu. Zresztą… z braku książek na rynku, pozostawało mi w planie tak niewiele spotkań autorskich, że później nie miałabym gdzie sprzedawać swoich publikacji. Takie to jest zamknięte koło. Autor, którego książek nie ma na rynku – nie ma przecież spotkań. 15 października zdecydowałam się napisać do Zbawcy list o następującej treści:

„Zgodnie z zawartym między nami w sierpniu porozumieniem (które załączam w niniejszym mailu) dziś powinnam dostać od Ciebie pieniądze kończące naszą współpracę. Niestety do tej pory nie dostałam nawet rozliczenia, choć wszystkie podane w porozumieniu terminy zostały przez Ciebie przekroczone.
Ponieważ twierdzisz, że padły Ci komputery i to uniemożliwia terminowe przesłanie mi rozliczenia (nie wiem wprawdzie, jak się to ma do przejrzenia księgowości, która powinna być zabezpieczona i co zrobisz w momencie kontroli skarbowej skoro wszystko masz w komputerach) mam taką propozycję rozliczenia. 1. Audiobooki.
Co do tego nie ma wątpliwości. (Tu nazwa wydawnictwa Audiobooka) podała mi liczbę sprzedanych audiobooków, na które umówiliśmy się po 1,50 od sztuki. Jest to: 1836 sztuk. Czyli: 1836 x 1,50 zł = 2754 zł
Ich rozliczenie przesłałam Ci w poprzednim mailu. Są tam dane pani, z którą możesz wszystko sprawdzić.
2. Papierowe książki.
Ponieważ ostatni rachunek opiewał na niewiele więcej niż 1000 złotych za sprzedaż papierowych książek (cztery tytuły, cztery kwartały sprzedaży – aż się chce skomentować), proponuję, by ten opiewał na równy 1000 zł.
3. E-booki.
Umówiliśmy się na 50% z kwoty od każdego e-booka.
Ponieważ nie jesteś w stanie wykazać ile się tego sprzedało i za ile, mam więc w moim pojęciu zdroworozsądkową propozycję uznania, że:
skoro mp3 (tytuł książki) sprzedało się 169, a jak wiadomo mp3 sprzedaje się gorzej niż e-book, uznajmy więc, że ŚREDNIO sprzedało się 200 egzemplarzy każdego e-booka (i tak wiadomo, że poszło więcej „XXX” niż „YYY” itd., ale proponuję uśrednienie tytułów), a ich cenę dla mnie na 4 złote, co oboje wiemy, że jest niższe niż 50%. Czyli to będzie razem:
200 x 4 tytuły = 3200 zł
Czyli razem: 2754 zł + 1000 zł + 3200 zł  = 6954 zł
Myślę, że jest to rozsądna propozycja, której spełnienie przez Ciebie sprawi, że pozostaniemy w dobrych stosunkach. Na marginesie i do przemyślenia Twojego tylko dodam, że moja prawniczka twierdzi, że mam bardzo miękkie serce i jestem zbyt wyrozumiała i tolerancyjna.
(…) To wszystko, co mogę zrobić, by Ci pomóc wybrnąć z tej bardzo brzydkiej sytuacji. Nie chcę by pozostał między nami jakikolwiek tzw. “smród”, bo nie znoszę konfliktów.”

Korespondencja trwała długo. W końcu dowiedziałam się, że jego rozliczenie wygląda inaczej. Wg niego za sprzedaż audiobooka oraz e-booków czterech tytułów przez okres 5 lat oraz ostatni rok sprzedaży papierowych książek należało mi się (po odliczeniu podatku) 3855 złotych i 50 groszy (słownie: trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt pięć złotych i pięćdziesiąt groszy). Na te pieniądze czekałam dość długo, prowadząc upokarzającą także dla mnie korespondencję. Ile i kiedy dokładnie sprzedał moich tytułów? Nie wiem do dziś. Znam tylko szczegółowe rozliczenie audiobooka, bo to dostałam od wydawcy audiobooka. Zbawca nie przesłał mi żadnych szczegółów. Nic. Nie wiem więc, jak dokładnie sprzedawał się który e-book. I tylko jeśli idzie o ostatni rok sprzedaży książek papierowych wiem, że sprzedało się: książki XXX – 62 szt., książki YYY – 6 szt., książki ZZZ – 48 szt., zaś książki ŻŻŻ – 18 szt. Porażające. Prawda? Nadal jednak nie wiem jak to było w poszczególnych miesiącach, a chętnie bym sprawdziła i porównała z danymi nadesłanymi mi przez kilka internetowych księgarń, do których po takie dane wystąpiłam i bez szemrania je otrzymałam. Sprawdziłabym też, czy w spisie ujęte jest 30 egzemplarzy książki ZZZ, które w czerwcu mijającego roku osobiście sprzedałam na jednym spotkaniu, o co prosiłam dwa tygodnie wieloma mailami, bo w jednej ze szkół gimnazjaliści omawiali moją książkę, jako lekturę i nauczycielka chciała kupić im drugi tom na pamiątkę na wakacje. Załatwiłam więc u Zbawcy te 30 egzemplarzy ZZZ, a uzyskane za nie 600 złotych przekazałam osobiście do rąk własnych Zbawcy.

Nie drążyłam już jednak tematu, bo nie chciałam się w tym babrać. Milszy mi święty spokój. Zwłaszcza, że ani felietonistka dodatku do popularnego dziennika ani felietonista pewnego poczytnego tygodnika, do dziś, mimo wygranego procesu i nasłania na Zbawcę komorników, nie zobaczyli ani złotówki. Ja ujrzałam 3855 złotych i 50 groszy, które w dwóch ratach i wielkim upokorzeniu, wyrwałam niemal z gardła. Na dodatek wbijana byłam w trakcie tej operacji w tak wielkie poczucie winy, że dopominam się o swoje, że po otrzymaniu należności zachorowałam na owo nieszczęsne zapalenie nerwów.

Felietonistka dziennika, która zdecydowała się pozwać Zbawcę do sądu, w marcu ubiegłego roku napisała, o swojej wydanej przez niego książce, że „wyszła drukiem w 2011 roku. Miała świetną promocję, którą zrobiłam głównie ja sama przy wielkiej pomocy serdecznego przyjaciela znającego rynek mediów. Mój wydawca nie zrobił prawie nic, jakby w ogóle nie interesowała go sprzedaż. Ale i tak o książce mówiono w TVN, w TVP, w radio, pisano w kolorowych gazetach, w najpopularniejszych dziennikach, na blogach, diabli wiedzą gdzie jeszcze. Mały wywiad na temat książki opublikował nawet FORBES (wg ostatniego filmu Scorsese: szczyt lansu). Przez kilka pierwszych tygodni od wydania książka nie schodziła z internetowej listy TOP Empiku. Można powiedzieć – raj promocyjny. Ale dla kogo ten raj? Książka kosztuje 32 złote. Część zabiera księgarz, część dystrybutor. No i wydawca oczywiście. Dla mnie, według umowy miało być, uwaga: 2 złote. Miało być. Do dziś nie dostałam z tytułu sprzedaży książki ani jednej dwuzłotówki. Wydawca nie odbiera telefonów.” Równo rok później opublikowała treść listu z kancelarii adwokackiej, który brzmiał: „Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść (tu tytuł). Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł. Z poważaniem. Kancelaria Adwokacka.” Jednak gdy byłam u Zbawcy w sierpniu, by podpisać cholerną ugodę, biurka, komputery i lodówka nadal stały na miejscu. Felietonistka nadal nie miała pieniędzy. Z kolei felietonista tygodnika, który również poszedł ze Zbawcą do sądu w jednym z felietonów w tygodniku napisał o polskim rynku wydawniczym m.in. „Dziś natomiast można wpaść na przykład na pożal się Boże szemrane wydawnictwo (tu nazwa), którego właściciel (tu imię i nazwisko) po prostu kpi ze swoich autorów. Jeśli do niego pójść, to nie z książką, tylko z adwokatem i komornikiem”.

Dlatego często zastanawiam się czy dobrze zrobiłam walcząc? Przecież uzyskałam niecałe nędzne cztery tysiące złotych za tyle LAT swoistego okradania, zaś pochorowałam się strasznie. Ale z drugiej strony pozostaje pytanie: Czy tym razem machnięcie ręką nie byłoby wyrażeniem zgody na rozbój w biały dzień? Przyznam, że w sytuacji podobnej do mojej jest co najmniej kilkunastu autorów, a tylko dwójka poszła do sądu. I z jakim skutkiem?

PS Wiem, że długi tekst, dlatego szczerze gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca. Ja też w tym roku dobrnęłam do końca. Współpracy. Uff!

Jeszcze raz zapraszam przed telewizory

Wszystkich, którzy nie obejrzeli 1 sierpnia mojego najnowszego filmu, zapraszam ponownie przed telewizory. Tym razem lokalnie.

„KTO DZIŚ PAMIĘTA O KOLUMBACH”, 12 sierpnia, godz. 10:45 na antenie TVP WARSZAWA, a także na platformie NC+ oraz on line na stronie TVP WARSZAWA.

Reporterska opowieść o fenomenie i popadaniu w zapomnienie powieści Romana Bratnego i serialu wg tej powieści – „Kolumbowie rocznik 20”. Wędrówka po miejscach opisanych na kartach książki. Rozmowy mi.n. z historykiem ze zgrupowania Bełt, którego żołnierzem był jej autor Roman Mularczyk ps. „Bratny”.

Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Karolina Piekarska
Zdjęcia: Dominik Kulas
Dźwięk: Paweł Wojtasik
Montaż: Bożena Swierż
Kierownictwo Produkcji: Barbara Kubicka
W filmie wykorzystano materiały archiwalne TVP S.A. w tym fragmenty serialu „Kolumbowie” w reżyserii Janusza Morgensterna, a także cyklu reportaży „Kolumbowie. Postscriptum”.
Produkcja TVP 2015

Zapraszam przed telewizory

Po moim wpisie o przygodzie z Kolumbami dostałam listy z pytaniem, co to za film przygotowuję, kiedy i gdzie będzie go można zobaczyć itd. śpieszę więc donieść, że…

kadr z serialu „Kolumbowie” reż. Janusz Morgenstern (1970)

„KTO DZIŚ PAMIĘTA O KOLUMBACH”, czyli film dokumentalny mojego autorstwa będzie miał premierę 1 sierpnia na antenie TVP Regionalnej o godz. 09:35. Powtórzony zostanie o godz. 16:00 i godz. 22:30, a nastepnie 2 sierpnia, godz. 7:20

Jest to reporterska opowieść o fenomenie i popadaniu w zapomnienie powieści Romana Bratnego i serialu wg tej powieści – „Kolumbowie rocznik 20”. Wędrówka po miejscach opisanych na kartach książki. Rozmowy mi.n. z historykiem ze zgrupowania Bełt, którego żołnierzem był jej autor Roman Mularczyk ps. „Bratny”.

Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Karolina Piekarska
Zdjęcia: Dominik Kulas
Dźwięk: Paweł Wojtasik
Montaż: Bożena Swierż
Kierownictwo Produkcji: Barbara Kubicka

W filmie wykorzystano materiały archiwalne TVP S.A. w tym fragmenty serialu „Kolumbowie” (1970) w reżyserii Janusza Morgensterna.

Produkcja TVP 2015

„Przelatywacze” w hipermarkecie, czyli słówko o książce

Dawno temu, w tym okropnym PRL, wiedzieliśmy, które książki są wartościowe, a które są „przelatywaczami” pisanymi dla rozrywki ludzi prostych i mniej wymagających czy literacko wyrobionych. Literatura wysoka była wydawana ładnie. Literatura niskich lotów w papierowych okładkach i innych, trochę mniejszych, rozmiarach. Specjalizowała się w niej Krajowa Agencja Wydawnicza, która wydawała m.in. na gazetowym papierze „Ekspres reporterów” pełen reportaży, często o ludziach z marginesu społecznego, a jednak były to rzeczy na wysokim poziomie, zwłaszcza, gdy porównamy to z tym, co publikują dzisiejsze tabloidy. Bo taki to jest paradoks, że ta peerelowska literatura niskich lotów była w moim pojęciu na wyższym poziomie niż niektóra dzisiaj. Wojenna seria „Biblioteka Żółtego Tygrysa”, wydawana przez wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej (poprzednika dzisiejszej Bellony), nie aspirowała do bycia książkami naukowymi, czy porządnymi monografiami. Miała tylko popularyzować wiedzę o II wojnie światowej. Popularyzowała. Polskie kryminały w serii z jamnikiem czy pistoletem przemycały wiedzę na różne tematy, choć lansowały też nachalną propagandę peerelowską. Miały jednak świetny język. Wszystko dlatego, że w publikujących je wydawnictwach pracowali zawodowi redaktorzy i korektorzy. Na końcu książek była errata, która eliminowała wszystkie błędy przepuszczone podczas prac nad książką. Przeważnie miała kilka tylko punktów, choć zdarzały się publikacje, w których wynosiła kilka stron. Zazwyczaj były to poważne publikacje naukowe.

Nawet Harlequin, kiedy jeszcze istniał na polskim rynku, oznaczał swoje serie. Wiedzieliśmy co czytamy. Nie stawialiśmy harlequinom wysoko poprzeczki. Wiedzieliśmy co tam będzie. Tandetne romanse, które pokrzepią złamane serce niejednej gospodyni domowej marzącej o księciu z bajki.

Tymczasem od kilku lat nie ma już takiego zróżnicowania w oznaczaniu literatury. Nawet dobre wydawnictwa wydają „przelatywacz”, co potem tłumaczą koniecznością zarobienia na wydawanie literatury ambitnej. Wydają ten „przelatywacz” w sztywnych, lakierowanych okładkach. Czytelnicy potem myślą, że to jest ta wysoka literatura. Na dodatek zaczęto lansować opinię, że dobry pisarz to ten, który pisze dużo. Jak pisze minimum jedną książkę rocznie – to jest świetny. Jak mniej – to dno. Józef Ignacy Kraszewski napisał ponad 400 książek. Zrobił to ręcznie, gdyż pierwszym odnotowanym w annałach polskiej literatury pisarzem, który „zaprzyjaźnił” się z maszyną do pisania był Bolesław Prus. Zrobił to w roku 1897, a więc 10 lat po śmierci Kraszewskiego. Ze spuścizny Kraszewskiego w pamięci przeciętnego czytelnika została tylko „Stara Baśń”, którą współczesny nastolatek męczy i rzadko kiedy jest w stanie przeczytać do końca. Dlatego poważnie zastanawiam się czemu rynek próbuje wymusić na autorach pisanie non-stop. Produkcja książek (nie bójmy się użyć tego słowa) nie wpływa na jakoś literatury. Wpływa na jej ilość. A ilość to zawsze „przelatywacz”. Olga Tokarczuk pisała swoje „Księgi Jakubowe” osiem lat pokazując tym samym, że dobra książka rodzi się w bólach.

Mam koleżanki pisarki „produkujące” książki co rok, jak jurny chłop dzieciaki. Przykro pisać, ale często każda kolejna publikacja jest gorsza od poprzedniej, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że pisanie na siłę nie jest dobrym pomysłem, a pisarz naprawdę powinien dojrzewać.

Jest jeszcze jedna sprawa. Handel książką. Brak ustawy o książce, (która zakłada m.in. stałą cenę książki przez rok) powoduje, że wielkie hipermarkety zaczynają handel książkami stając się konkurencją dla księgarń i rujnując małe księgarnie oraz wydawców. Zwykły człowiek zapewne nie rozumie tego mechanizmu. Dlatego wyjaśniam. Hipermarket jest w stanie kupić książkę od wydawcy za np. 10 złotych i wystawić do sprzedaży za 5 złotych. Wbrew pozorom nie ponosi straty. Odbije sobie te obniżkę telewizorem, pralką czy lodówką, po którą przyjdą ludzie, a przy okazji kupią książkę. Księgarnia nie ma takiej możliwości, bo ma w ofercie tylko książki. Zaś wydawnictwo również nie może sobie pozwolić na sprzedaż książki poniżej ceny produkcji. W hipermarkecie sprzedawca z działu książki nie zna się na książkach. Zresztą… dziś jest w dziale książki, jutro ma dyżur na warzywach lub mięsie.

Obecność książek w hipermarketach spowodowała, że przeciętny człowiek rzadziej zagląda do księgarń. Jednocześnie do hipermarketów nie są przyjmowane wszystkie książki, a jedynie… literatura, która dobrze się sprzedaje. (Podobnie z muzyką. Konia z rzędem temu, kto kupi w Tesco płytę z chorałem gregoriańskim lub Gustavem Mahlerem. Prędzej znajdzie disco polo. Nawet o porządny heavy metal tam trudno.) Literatura popularna obecna w hipermarketach odbiera czytelników literaturze trudniejszej i bardziej wymagającej. Tej, której wydawcy nie mają pieniędzy na kosztowną promocję i zakup miejsca na stojaku np. w empiku lub kasy na bilbord okładką i chwytnym sloganem. Przeważnie ludzie nie zastanawiają się nad tym. Myślą, że skoro coś stoi na stojaku – jest dobre. Skoro wszyscy o tym piszą i mówią i jest to hit – to warto. Skoro jest bilbord to ważna sprawa. Dlatego kupując pietruszkę sięgają po książkę pewni, że to co kupują jest naprawdę czymś wartościowym. Tymczasem w hipermarkecie jeśli znajdzie się coś wartościowego na półce z książkami, to będzie to niestety ta przysłowiowa perła w za przeproszeniem gównie. Będzie to jedna dobra książka na dziesięć! Ustawa o książce, której głównym założeniem jest stała cena książki przez rok, zaś upusty jedynie dla bibliotek, to szansa dla autorów wszystkich ambitnych książek, w tym tomików poezji. To szansa dla autorów książek naukowych i popularnonaukowych. Hipermarkety przestaną obniżać ceny książek, czyli kupować po 10 złotych i sprzedawać po 5 złotych dumpingując ceny do poziomu niemożliwego dla wydawcy. Co z tego będzie miał autor? Poza tym, że jego praca, nad która spędził wiele miesięcy zostanie wreszcie doceniona i przestanie być traktowana jak przysłowiowy jesiotr drugiej świeżości, będzie wiedział jakich zarobków się spodziewać. Na razie nie wie bowiem nic. Jak to? Większość z nas podpisuje umowy, w myśl których nasze wynagrodzenie to procent od sprzedaży książki. Nie od ceny na okładce, która nie jest stała, ale od ceny, po jakiej wydawnictwo sprzedało książkę hurtownikom, księgarniom, bibliotekom itd. A każda transakcja to inna cena. Wiele uzależnione jest bowiem od tego, czy ktoś kupuje hurtowo 30 egzemplarzy czy detalicznie jeden. Nigdy więc nie wiemy ile wynosi nasz procent, bo nie wiemy po ile właściwie sprzedawana jest nasza książka. Honoraria są więc jedną wielką niewiadomą, a przeważnie… rozczarowaniem. Zwłaszcza, gdy nie tworzymy literatury popularnej dla wszystkich.

Gdy wiele tygodni temu miałam w sejmie wystąpienie, które zatytułowałam: „Czytajmy dobre książki. Wpływ jakości lektur na społeczeństwo” wspomniałam o pewnej żenującej poziomem książce pewnej autorki, której fragmenty przeczytałam w sieci mówiąc, że „najpierw myślałam, że to streszczenie książki. Gdy zajrzałam do publikacji w księgarni, (a nie było to trudne, bo książka w sztywnej, lakierowanej i złoconej okładce jest we wszystkich salonach pewnej sieci wystawiona na samym środku), ujrzałam, że to co brałam za streszczenie książki jest jej pierwszym rozdziałem. Dalej było tylko gorzej. Dlatego przy okazji spytałam wydawcę tego „dziełka”: „Jak mogli państwo coś takiego wydać? Zajrzałam do środka i oniemiałam. To jest literacko straszne. A państwo wydali to w sztywnej lakierowanej okładce i oplakatowali pół Polski!” I co usłyszałam? „Proszę pani. Bo to się świetnie sprzedaje, a dzięki temu my możemy zarobić pieniądze na wydawanie wartościowych publikacji, które nie są dochodowe.” Do tamtego swojego wystąpienia muszę coś dorzucić. Otóż to do tej autorki, a nie do uznanych pisarzy, były gigantyczne kolejki podczas ostatnich targów książki. Nie chce mi się wierzyć, by czytał ją wyrobiony literacko czytelnik. Raczej ktoś, kto czyta rzadko. Jej książki pozostawiają bowiem wiele do życzenia jeśli idzie o język, stylistykę, a nawet może przede wszystkim psychologię postaci. Ale skąd niewyrobiony czytelnik ma wiedzieć, co jest na poziomie, skoro uznane i z tradycjami wydawnictwa, by utrzymać się przy życiu wydają „przelatywacze”, a w świecie coraz większą rolę odgrywają tak zwane „lajki na fejsie”? Skoro padło Ossolineum, padł Państwowy Instytut Wydawniczy wydający przed laty jedną z ważniejszych dla mnie serii – serię „z syrenką”, której książki były związane z Warszawą. Padli ci, którzy za przeproszeniem, chcąc trzymać wysoki poziom, nie skurwili się „przelatywaczem”. Pozostali musieli to zrobić, by nie zbankrutować. Straszne!

Dlatego chciałabym, by weszła ustawa o książce. I chciałabym, by oprócz zapisu o stałej cenie książki przez rok, znalazł się w niej zapis zobowiązujący wydawców do redakcji książek i korekt, bo nawet najlepszy autor często nie widzi swoich błędów. Nie byłoby też źle, gdyby wrócić do zwyczaju oznaczania książek, by czytelnik wiedział, że sięga po literaturę popularną. Przepraszam, że pojadę teraz po nazwiskach, ale bez tego nie umiem. Nie można wmawiać czytelnikom, że Katarzyna Michalak to taka sama autorka, jak Olga Tokarczuk! Nie taka sama! I nie ma znaczenia, że profil Katarzyny Michalak ma więcej „lajków” (ponad 9 tysięcy) niż profil Olgi Tokarczuk (niewiele ponad 500). Jestem dziwnie spokojna, że to książki Tokarczuk zostaną w literaturze. Olga Tokarczuk nie jest zresztą jedyna. Jest tylko bardziej znana od wielu innych, którzy piszą naprawdę dobrą literaturę, ale obecna polityka wydawnicza uniemożliwia im przebicie się i zaistnienie. Bo każdy wydawca chce zarabiać. A dziś, przy obecnej ustawie, zarabiać można właściwie jedynie na „przelatywaczach”. Na innych książkach trudno jest zarabiać, gdy hipermarket stosuje dumping, bo straty na „przelatywaczu” odrobi sobie lodówką? Koło się zamyka.

Może ktoś powiedzieć, że internet załatwia wszystko. Że to jest nadzieja dla pisarzy. Nie. Tu też nie wiadomo co jest czym. Tu też są „lajki”, a z nimi jak z „fanpejdżami” Katarzyny Michalak i Olgi Tokarczuk. „Lajki” mówią o tym, co popularne, a przecież niekoniecznie to, co popularne jest na wysokim poziomie. Nie wszyscy robią zakupy w internecie. Wielu ludzi lubi książkę dotknąć, powąchać, przejrzeć te kilka stron, zobaczyć pierwsze zdanie, czy zachęca? Zerknąć w druk, układ interlinii, pomacać papier. Żadna księgarnia internetowa nie zastąpi więc tej zwykłej, gdzie można pogadać o książkach z kimś, kto lubi je tak jak my i kto wie o nich więcej niż pani przerzucona z działu „nabiał” na dział „książki”.

A na koniec gwoli wyjaśnienia: Nic nie mam do pani Katarzyny Michalak, której osobiście nie znam. Życzę jej wszystkiego najlepszego. Chciałabym jednak, by literatura której jest przedstawicielką, a która jest literaturą niewątpliwie potrzebną, bo to dobrze, że ludzie w ogóle coś czytają, była oznaczana jako literatura popularna. Inaczej w świecie książki dochodzi do poważnych nieporozumień. Zaś czytelnik wpatrzony w „lajki” pomiata mniej popularnymi autorami nieświadom, że być może ich praca kosztowała więcej wysiłku.

Reprint dzieciństwa, czyli największe moje osiągnięcie

Dla mnie wszystko zaczęło się w połowie lat 90-tych, gdy poszłam na wywiad do Gwidona Miklaszewskiego. Była dla mnie nie tylko autorem popularnych rysunków, ale przede wszystkim kultowej „Bajeczki o książeczce” – książki, na której wychował się najpierw, mój stryj Bronisław Piekarski, potem ja, a następnie mój (dziś prawie 22-letni) syn Maciek. W swoim czasie opisywałam tu na blogu historię, jak to pan Gwidon zobaczywszy książkę spił mnie winem Cinzano i chciał ją odebrać, bo sam nie miał żadnego egzemplarza. Obiecałam mu wtedy, że poszukam w antykwariatach i odkupię. Przez prawie 20 lat nie udało mi się nigdzie zdobyć drugiego egzemplarza. Ponieważ w ciągu ostatnich 7 lat zgłosiło się do mnie kilka osób, które po moim wpisie o mikołajkach w domu dziecka, w którym wspomniałam książkę Miklaszewskiego, bo czytałam ją dzieciom, błagało o zeskanowanie dzieła, więc… rozpoczęłam nieśmiałe poszukiwania wydawcy reprintu. Owszem, nie ja mam prawa autorskie, ale… ja mam książkę! Umowami, zgodami, prawami autorskimi niech już zajmuje się potencjalny wydawca. Ja pożyczę swój egzemplarz, by móc to wznowić. Niech historię skrzatów robiących książkę dla Ewy pozna cała Polska. Nikt jednak nie był chętny do reprintu, bo wymawiano się, że dziś książki powstają inaczej, że może to za stare, że nawet Myszka Miki to dziś ramota, no i przede wszystkim… trzeba znaleźć spadkobierców. Mówiłam wprawdzie, że panny Miklaszewskie napisały scenariusz „Metra”, więc spokojnie można je znaleźć. Ale zgodnie z wyznawaną przeze mnie maksymą: „kto nie chce szuka pretekstu, kto chce szuka sposobu” nikt do tej pory za bardzo nie chciał się tym zająć, a wszyscy szukali pretekstu, by nie robić nic. Aż pewnego dnia, gdy rozmawiałam z wydawcą mojej ostatniej książki (Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy) o książkach w ogóle, zeszliśmy na temat tego, że dziś dzieci nie wiedzą jak powstaje książka i jak powstawała kiedyś. Opowiedziałam więc o publikacji, na której się wychowałam i z której czerpałam wiedzę o produkcji książki od napisania aż do opuszczenia drukarni. Opowiedziałam o spotkaniu z Miklaszewskim. I o tych wszystkich ludziach, którzy przez ostatnie lata błagali o zeskanowanie starej książeczki, bo była częścią także ich dzieciństwa. Wydawców to zainteresowało. Przesłałam im skany poszczególnych stron, a oni… rozpoczęli poszukiwanie spadkobierców, dogadywanie umów i… na końcu poprosili o oryginał, by zeskanować to o wiele lepiej i na o wiele lepszym sprzęcie niż mój skaner.

Reprint opuścił drukarnię kilka dni temu, a ja… popłakałam się ze wzruszenia. To, że po siedemdziesięciu latach od pierwszego wydania udało mi się doprowadzić do ponownego wydania najpiękniejszej książki mojego dzieciństwa uważam za moje największe osiągnięcie. I tylko tak strasznie mi przykro, że autor nie dożył tego momentu, ale cóż… gdyby żył miałby przecież ponad sto lat! W 2012 roku minęła setna rocznica jego urodzin. Z tej okazji magazyn Polska the Times opublikował artykuł, którego autorka Anita Czupryn rozmawiała ze mną na temat pana Gwidona, czego odprysk znalazł się w artykule:

„Ukrywał się przez całą wojnę, ale wtedy nie tylko nie zrezygnował z rysowania, ale też napisał oraz wydał dwie książeczki dla dzieci z myślą o własnym synku Andrzeju. W 1943 r. wyszła „Jak skrzaty dla Andrzeja hulajnogę robiły” i była ulubioną książką wielu pokoleń dzieci – dziś nie do dostania. Z kolei Małgorzata Karolina Piekarska jest w posiadaniu dwóch również unikatowych książek Gwidona Miklaszewskiego „Bajeczki o książeczce”, wydanej w 1944 r., i późniejszej „Skrzaci dom”, zaczynającej się od słów: „Taki mały śmieszny skrzacik, co ma czterech małych braci, rankiem się obudził wcześnie, patrzy, bracia jeszcze we śnie. Umył się, ubrał się, cicho siadł, bułkę zjadł i nie mówiąc nic nikomu, wyszedł cichuteńko z domu w świat…”.

- Wychowałam się na tych jego książeczkach, potem wychowywał się na nich mój syn. Odziedziczyłam je po stryju, były w naszej rodzinie, odkąd pamiętam. „Bajeczkę o książeczce” znam na pamięć. Raz postanowiłam udowodnić to cioci, która zirytowana tym, że wciąż recytuję, stronę za stroną, powiedziała: „Moja droga, czy mogłabyś się zamknąć?” – opowiada ze śmiechem Małgorzata Karolina Piekarska. W 1998 r., z okazji 50. urodzin „Expressu Wieczornego”, Małgorzata Karolina Piekarska dostała zadanie przeprowadzenia wywiadu z legendarnym Gwidonem Miklaszewskim. Zabrała ze sobą jego książeczki, bo to była niepowtarzalna okazja, aby zdobyć na nich jego autograf. – Bardzo podekscytowana zjawiłam się u niego w bliźniaku na Żoliborzu. Mocno już starszy pan, ale świetnie się trzymał, otworzył mi drzwi. Dużo opowiadał o swoim dzieciństwie. A jako że ojciec był przedstawicielem włoskiego Cinzano najpierw w Berlinie, a potem w Polsce, to u pana Gwidona też zawsze było Cinzano. Kiedy ujrzał swoje książki, upił mnie tym winem, aby je ode mnie wyciągnąć. Opowiedział, jak je pisał za czasów okupacji dla swoich dzieci, bo żadnych książek wtedy nie było, i że dzięki znajomościom mógł je wydrukować i wydać. Wtedy, w jego mieszkaniu, działy się naprawdę dramatyczne sceny, wyrywaliśmy sobie te książeczki z rąk i płakaliśmy, on – bo nie pozostał mu ani jeden egzemplarz, ja – bo to było moje dzieciństwo, a na nich dedykacja babci dla stryja i exlibrisy ojca i mój. W końcu stanęło na tym, że jeśli znajdę je w antykwariacie, to mu na pewno kupię, a on powiedział, że przemyśli sprawę podpisania książek dla mnie. Kiedy jednak przyszłam do niego po raz drugi, autografu niestety nie dostałam. Książki w antykwariacie też nie znalazłam, no, a niedługo potem pan Gwidon zmarł. Podobno ktoś wystawił jeden z egzemplarzy na Allegro, ale też słuch po nim zaginął. Próbowałam rozmawiać z różnymi wydawnictwami, mam w bardzo dobrym stanie egzemplarz, reprint byłby możliwy, niestety, jak na razie bezskutecznie.

Nie tylko książki, ale też rysunki Gwidona Miklaszewskiego towarzyszyły Małgorzacie Karolinie Piekarskiej od dzieciństwa. Ilustrował przecież wiele książek dla dzieci i młodzieży, np. Hanny Ożogowskiej. Ma nawet z jego ilustracjami „Głowę na tranzystorach”. Zapamiętała zwłaszcza jeden dowcip, w „Płomyczku”, który bardzo ją śmieszył. – To był rysunek, na którym mama daje dziecku obiad. Na talerzyku leżą trzy pigułki, a mama mówi: „Ta czerwona pigułka to mięsko, ta biała to ziemniaczki, a ta żółta to warzywa”. Rysunek pokazywał, w jakim kierunku zmierza świat, kiedy wszystko będzie sztuczne. Jak widać, Gwidon Miklaszewski niewiele się pomylił – komentuje Małgorzata Karolina Piekarska.”

Gwidon Miklaszewski to dla mnie bez wątpienia jeden z najwspanialszych polskich twórców dowcipów rysunkowych. Wysmakowanych, ze świetną kreską i często ponadczasowych. I cieszę się, że jego dzieci mają wreszcie z powrotem w rękach książkę, którą napisał przecież z myślą o jednym z nich.

A jesli ktoś po tym wpisie zechce kupić reprint książki Gwidona Miklaszewskiego zapraszam do księgarni wydawnictwa  LTW. I będę szczęśliwa, gdy po lekturze podzieli się ze mną refleksją. Warto było? Święcie wierzę, że… TAK!

Co czytamy?

Targi książki to dla pisarza czas, by spotkac się z czytelnikami, ale też moment, by samemu coś sobie taniej kupić oraz dowiedzieć się, co czytają inni.

Nie miałam na targach zbyt wiele czasu na krążenie po stoiskach. Kupowałam więc to, o czym wiedziałam, że jest i gdzie tego szukać. Wśród książek były więc m.in.: „Mała zagłada” Anny Janko, „Błagam, tlko nie profesor” Janusza Odrowąż-Pieniążka, „Dłoń” Michała Dąbrowskiego, kilka tomików wierszy itp.

Do mnie przychodzili starzy czytelnicy, ale i zupełnie obcy ludzie zwabieni tytułem i okładką. Przy okazji mogłam się dowiedzieć co ich interesuje. Przy mnie zatrzymywali się ci, którzy lubią historię, bo mój wydawca specjalizuje się w takich książkach. Dlatego wielu zachęconych przeze mnie opowieścią o tym, co jest w środku – kupowało. Jeden nie kupił. Powiedział bowiem tak:
- To bardzo ciekawe, co Pani mówi i ksiązka jest na pewno warta przeczytania, ale ja jestem w tym wieku i takim stanie zdrowia, że czytam już tylko Biblię i Świętego Tomasza z Akwinu.
Tego niestety nie mogłam temu panu zaoferować. Ani ja biblijny prorok ani Św. Tomasz z Akwinu.

„Czytajmy dobre książki. Wpływ jakości lektur na społeczeństwo”.

Poniższy tekst to treść mojego wystąpienia na specjalnej sejmowej konferencji pt. „Ocal książkę – kampania na rzecz przyszłości polskiej książki”, która odbyła się w polskim sejmie 12 maja o g. 14:00.

Konferencję zorganizowały: Klub Parlamentarny Polskiego Stronnictwa Ludowego, Polska Izba Książki oraz Artur Dębski – poseł prowadzący projekt Ustawy o Książce w Sejmie Rzeczypospolitej.

Szanowni Państwo,

Nie jestem ekonomistą, więc niespecjalnie znam się na finansach, ale znam się na książce. Jestem pisarką, a przede wszystkim czytelniczką. Miałam cztery lata, gdy nauczyłam się czytać, a osiem lat, gdy zdecydowałam, że chcę pisać książki. Oto pewnego dnia uznałam, że chcę zapisywać moje historie i dzielić się z nimi z innymi. Nie miałam wtedy świadomości, czy wiąże się to z jakimiś pieniędzmi, ale wiedziałam, że czytanie to moja pasja, zaś drugą jest wymyślanie historii. Chciałam po prostu opowiadać je innym przenosząc na papier. Mówię, więc dziś do Państwa nie tylko jako autor, nie tylko jako prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale przede wszystkim, jako czytelnik.

Podobno Święta Teresa z Avila kiedyś powiedziała: „Dużo czytaj a będziesz kierował innymi. Nic nie czytaj a będą kierowali tobą.” Kiedy ponad pięćset la temu wypowiadała te słowa znajomość sztuki czytania i pisania nie były tak powszechne. Nie było tego zalewu książek, jaki mamy obecnie. Nie było, więc takich, jak dziś dylematów, co czytać. Wtedy, kiedy coś oglądało świat drukiem było tego warte. Dziś, gdy umiejętność pisania jest powszechna, a czytania przynajmniej teoretycznie również, (bo jak wiemy z czytaniem ze zrozumieniem bywa w naszym społeczeństwie różnie), a na dodatek światem rządzi pieniądz, ogromne znaczenie ma też, jakość literatury. Po prostu ważne jest, co czytamy. Tymczasem dyktat pieniądza, a co za tym idzie pogoń za wielką sprzedażą powodują, że promowane są nie te najbardziej wartościowe dzieła literackie, ale te popularne. Te, które są łatwiejsze w odbiorze, które są czystą rozrywką, nawet często na dość niskim poziomie. Ale to one dają zarobić wydawcom, księgarzom, autorom etc.

Pamiętam, gdy dziesięć lat temu do pewnej z gazet codziennych dołożono jakieś romansidło. W redakcji TVP Warszawa, z którą związana jestem na co dzień od prawie 20 lat, to romansidło leżało na stole długi czas. Po mniej więcej dwóch tygodniach, gdy nikt książki nie chciał, ulitowałam się i wzięłam ją do domu. Tytułu dziś nie pamiętam. Pamiętam, że doszłam w lekturze do strony 14-tej, na której przeczytałam takie zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.”. Proszę Państwa! Czytając te głupoty i rzecz jasna myśląc, co by sądził o kobiecych krągłościach bohater książki, gdyby nie daj Boże nie był inteligentny – mało nie spadłam z kanapy! Ta książka miała nakład kilkuset tysięcy egzemplarzy. Nie wiem ilu miała czytelników, ale wiem, że promowano to dzieło odwrotnie proporcjonalnie do jego wartości literackiej. Jak to odbierał czytelnik? Być może cieszył się, że sam jest inteligentny, bo podobnie jak bohater książki też wie, że dwie wypukłości pod kobiecą koszulką to piersi, a nie na przykład łokcie czy pośladki.

Owszem, można powiedzieć, że w dzisiejszych czasach pogoni za sukcesem rozumianym przeważnie, jako pieniądz, powinniśmy się cieszyć, że społeczeństwo w ogóle coś czyta. Jednak naprawdę jakość i poziom czytanych przez ludzi lektur też ma znaczenie!

Nikt nie ma wątpliwości, jeśli idzie o muzykę, że Wolfgang Amadeusz Mozart, Ludwig van Beethoven czy Fryderyk Chopin to jednak wyższa półka niż muzyka disco polo. Wiadomo, że kanał telewizyjny „Mezzo” ma niższą oglądalność niż „Polo TV”. Nikt jednak nie próbuje wmawiać ludziom, że muzyka klasyczna jest mniej warta od disco polo. Tymczasem w literaturze, zwłaszcza w Polsce, bardzo często wartość książek mierzy się słupkami sprzedawalności. Coś sprzedaje się w dużych nakładach – to jest na pewno dobre, a coś w małych – nic nie warte. Jednocześnie nie czytamy, jako społeczeństwo, poezji. Dlatego nakłady tomików poetyckich są w Polsce minimalne. Wyjątkami są tu Nobliści i jeszcze kilka nazwisk polskich poetów. Tymczasem pozostali twórcy muszą zadowalać się niewielkimi nakładami swoich książek, wydawanych zresztą często dzięki dotacjom lub sponsorom.

Podobnie jest z wartościową prozą. Nie chcę rzucać nazwiskami polskich autorów literatury popularnej, bo nie chcę być odebrana, jako osoba niekoleżeńska lub zazdrosna o sprzedawane przez nich wysokie nakłady. Dziękuję im, że piszą coś dla tych, którzy chcą czytać tak zwane „przelatywacze”, czyli literaturę, której treść zapomina się po dwóch dniach. To też jest czytelnik. Są zarówno na świecie, jak i w Polsce pisarze, którzy sprzedają gigantyczne nakłady książek, choć ich lektura, znawców literatury wprawia w osłupienie. Są to książki, przy których wyśmiewana w dwudziestoleciu międzywojennym twórczość Heleny Mniszek, autorki „Trędowatej” jawi się Adamem Mickiewiczem.

A skoro jestem przy Adamie Mickiewiczu to wspomnę tylko, że w XIX wieku najlepiej sprzedającymi się książkami były kulinarne poradniki Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Biła swoimi nakładami dzieła Adama Mickiewicza na głowę, ale nikt nie próbował nikomu wmawiać, że jest to literatura bardziej od niego wartościowa. Nikt nie uważał, że „365 obiadów za pięć złotych” stoi literacko wyżej od „Pana Tadeusza”.

Dziś, gdy często literacki chłam wydawany jest w gigantycznych nakładach, autorzy ważnych książek mają kłopoty ze znalezieniem wydawców. Wielu na wstępie zadaje im pytanie: „Czy na pani/pana książce można zarobić?” Oczywiście wiele rzeczy zależy od promocji, na którą małe wydawnictwa nie zawsze mają pieniądze. Ale prawdą jest, że trudniejsze w odbiorze publikacje ciężko się promuje. Czytelnik przyzwyczajony do literatury lekkiej i łatwej szybko się zniechęci czytając trudniejszą książkę. Na dodatek wielkie sieci księgarskie mają swoje cenniki promocji. Tyle tysięcy kosztuje postawienie książki na wystawie, tyle tysięcy na środku sklepu i tak dalej. Sprostanie ich finansowym wymaganiom sprawi, że książka za promocje której wydawca zapłaci, trafi szybko na listy bestsellerów. Kto ma na to pieniądze? Przeważnie wielkie wydawnictwa. Choć te ostatnie często, by zarobić decydują się na wydawanie literatury niskich lotów, bo ją po prostu łatwiej sprzedać.

Rozmawiałam ostatnio z przedstawicielką jednego z czołowych polskich wydawnictw. Takich uznanych i wiodących. I spytałam ją o jedno z takich nazwijmy to „dziełek”. Widziałam tego fragmenty promowane przez portal Onet. Przyznam, że najpierw myślałam, że to streszczenie książki. Gdy zajrzałam do publikacji w księgarni, (a nie było to trudne, bo książka w sztywnej, lakierowanej i złoconej okładce jest we wszystkich salonach pewnej sieci wystawiona na samym środku), ujrzałam, że to co brałam za streszczenie książki jest jej pierwszym rozdziałem. Dalej było tylko gorzej. Dlatego przy okazji spytałam wydawcę tego „dziełka”: „Jak mogli państwo coś takiego wydać? Zajrzałam do środka i oniemiałam. To jest literacko straszne. A państwo wydali to w sztywnej lakierowanej okładce i oplakatowali pół Polski!” I co usłyszałam? „Proszę pani. Bo to się świetnie sprzedaje, a dzięki temu my możemy zarobić pieniądze na wydawanie wartościowych publikacji, które nie są dochodowe.”

Z jednej strony to ładnie, że chcą wydawać dzieła wartościowe. Z drugiej… Szkoda, że aby je wydawać, muszą zarobić na nie potwornym, literackim chłamem. Szkoda też, że aby sprzedać jeszcze więcej tego chłamu decydują się go promować. Nadszarpują bowiem w ten sposób swoją markę wydawnictwa wydającego dobrą literaturę. Pogoń za pieniądzem tych środowisk związanych z książką powoduje, że czytelnicy, zwłaszcza niewyrobieni literacko, nie zdają sobie sprawy z tego, że gdzieś tam istnieje literatura wartościowa. Odbierają świat jakby był czarno biały. Myśląc często, że coś, co lubią wszyscy to hit, a coś, co jest mało popularne to kit. Tymczasem w przypadku sztuki, a literatura jest jedną z jej dziedzin – sprawa ma się często zupełnie odwrotnie.

Głośno było w Polsce o książce autorstwa Eriki Mitchell, brytyjskiej dziennikarki, która pod pseudonimem E. L. James opublikowała powieść „50 twarzy Greya”. Książka uznana przez krytyków za literacko złą i fatalnie napisaną, sprzedała się jednak w gigantycznym nakładzie. Nawet w Polsce kupiło to ponad pół miliona czytelników. Cykl jest tak zwanym „fan fiction” sagi „Zmierzch”, która też nie jest uważana za dzieło wybitne. Jednak saga „Zmierzch” nie spotkała się z aż tak miażdżącą krytyką jak książka E.L. James „50 twarzy Graya”. Saga „Zmierzch” nie sprzedała się też w aż takim nakładzie jak „50 twarzy Graya”. Podobno nazwisko tytułowego bohatera powieści E. L. James jest nawiązaniem do „Portretu Doriana Graya” Oskara Wilde’a. Szkoda jednak, że książka pani Eriki Mitchell nie przyczyniła się do wzrostu zainteresowania Wildem. Sprawdzałam, czy w Polsce wzrosły nakłady sztandarowego dzieła irlandzkiego pisarza. Nic z tych rzeczy. Być może jednak wynika to z faktu, że dla większości jest to literatura za trudna, albo, co gorsza archaiczna, bo od powstania „portretu Doriana Graya” minęło już ponad 120 lat. Niestety przetaczająca się przez media i różne środowiska dyskusja o lekturach szkolnych, które uznano za nudne i archaiczne pokazała, że społeczeństwo nie wie, czemu służą szkolne lektury. One nie mają zachęcać do czytania, od tego są zupełnie inne książki. Lektury mają pokazywać historię literatury i polskiej i światowej. Jak ona się kształtowała i rozwijała.
Być może zresztą od zachęcania do czytania jest właśnie ta literatura niskich lotów. Naturalnym jednak dla ludzi inteligentnych, a nasze społeczeństwo za takie  się uważa, jest przechodzenie wraz z wiekiem od czytania literatury popularnej do literatury wyższej i trudniejszej.

Tymczasem polskie biblioteki często wycofują klasykę ograniczając liczbę tytułów do niezbędnego minimum. Książek ambitniejszych kupują zaś niewiele. Jeżdżąc sporo po Polsce ze spotkaniami autorskimi trafiłam jakiś czas temu do pewnej biblioteki na prowincji. Gdy po spotkaniu spytałam, czy mogę skorzystać z toalety pokazano mi pomieszczenie i uprzedzono, bym uważała i się nie wywróciła, bo tam na podłodze leżą książki. I tak po chwili z pozycji sedesu patrzyłam na dzieła Ernesta Hemingwaya, Liona Feuchtwanegra, Roberta Gravesa i wielu innych pisarzy, którzy kształtowali mnie niegdyś jako czytelniczkę. Gdy spytałam, co te dzieła tam robią – dowiedziałam się, że są wycofywane ze zbiorów. Od dawna nikt ich nie wypożycza, a poza tym mają brzydkie okładki. „Czytelnicy chcą teraz książek ładnych i kolorowych” – powiedziała mi bibliotekarka uświadamiając, że tym co czytają najczęściej są romanse, kryminały i wspomnienia celebrytów. Kilka miesięcy później o tym właśnie napisałam sztukę „Bubloteka”, która jesienią powinna mieć premierę w teatrze rozrywki w Chorzowie. Bo co raz częściej polskie społeczeństwo czyta właśnie buble.

Pogoń wydawców, księgarzy i hurtowników za pieniądzem (co jest zrozumiałe, bo każdy chce zarobić) oraz obłożenie książek podatkiem VAT, co podniosło cenę książki sprawiają, że ludzie którzy żyją z handlu książkami często zatracają poczucie misji, która powinna towarzyszyć sprzedaży literatury. Handel książkami to jest specyficzny handel. To handel sztuką. Literatura to jest sztuka! I owszem, kicz jest obecny w sztuce, bo jest obecny w życiu, trafia się, więc i w literaturze. Jest nim po prostu to, co sprzedawane masowo. Ale trzeba pomóc dobrej książce dotrzeć do czytelnika.

Wielkie sieci handlujące książkami patrzą na książkę jak na towar nie jak na sztukę. W księgarniach internetowych często jest nawet podawana waga książki, jakby sprzedawano ją na kilogramy. Ale rozumiem, że ma to znaczenie przy wysyłce publikacji.

W sieciówkach sprzedawcy nie wiedzą gdzie stoją dzieła Sofoklesa, bo oto rzadko kto pyta, choć nadal „Antygona” to lektura. Ale w tych samych sieciówkach sprzedawcy wiedzą gdzie stoi „50 twarzy Graya” i ile jest egzemplarzy tej książki na półce. Jednocześnie w sieciówkach często nie potrafią doradzić czytelnikowi. Sami nie czytają książek. Przyszli do pracy w handlu. Nie do pracy przy książkach! Zwłaszcza w hipermarketach, w których też kwietnie handel literaturą. Tam książka jest takim samym towarem do sprzedania, jak jogurt czy mięso. Ale czy rzeczywiście?

Nie znam się na ekonomii. Wiem jednak, że w obcowaniu ze sztuką, a dobre dzieło literackie jest sztuką, nie można patrzeć na książkę przez pryzmat pieniądza.

Cytowałam tu świętą Teresę z Avila, która powiedziała: „Dużo czytaj a będziesz kierował innymi. Nic nie czytaj a będą kierowali tobą.”. Dziś nie chodzi o to, by czytać cokolwiek, ale by czytać wartościową literaturę. Często zastanawiam się, czy fakt, że promowane są dzieła tak miałkie, nierozwijające czytelnika nie jest przypadkiem celowe. Nie jest po to, by ogłupić społeczeństwo? W końcu jak wiadomo głupkami łatwiej rządzić. Ale jako wrodzona optymistka mam ciągle nadzieje, że są wśród Państwa ludzie, którzy chcą byśmy, jako społeczeństwo byli mądrzejsi. W was nadzieja. Nie wiem jak rozwiązać ten problem. Wiem, że jakoś trzeba. Dziś nie chodzi o to, by książka trafiła pod strzechy. Chodzi o to, by trafiła tam dobra książka.