Archiwa tagu: książki

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Grafomania źródłem życia

Znajoma pisarka, koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pokazała mi w sieci pewien teledysk. Przeszłabym obok niego obojętnie, bo śpiew taki sobie, zdjęcia nudne, a tekst banalny, ale… piosenkę nagrała inna pisarka w celu promowania swojej książki. Słyszałam już o tej autorce. Powiem więcej. Miałam wątpliwe szczęście przeczytać dwa rozdziały jednej z jej książek. Były zamieszczone w internecie, kiedy książka była promowana przez jeden z ogólnopolskich portali. Po lekturze tych dwóch rozdziałów, do książki z której pochodziły zajrzałam tylko na chwilę, by ze smutkiem się przekonać, że to co przeczytałam w sieci to nie „sen wariata”, ale coś, co naprawdę zostało wydrukowane i wydane przez profesjonalne wydawnictwo. Na dodatek jedno z najlepszych w Polsce. Byłam tym szczerze i prawdziwie przerażona. Po pierwsze: to co pierwotnie wzięłam za nieudolne streszczenie banalnej książki było… jej fragmentem! Po drugie: język utworu był koszmarny! Po trzecie: w powieści (co stwierdzam na podstawie naprawdę uważnie przeczytanych dwóch rozdziałów) autorka ślizga się po tematach streszczając wydarzenia jakby szybciej chciała to opowiedzieć. Jednym słowem pisze na kolanie i chyba nie czyta tego co sama napisała. Pisze zaś bardzo dużo. Tylko w tym roku wydała kilka książek. Kim jest człowiek, który dużo pisze i sam tego nie czyta? Ano grafomanem. Grafomania jest to bowiem „patologiczny przymus pisania utworów literackich”. Kim jest człowiek ogarnięty grafomanią? Przeważnie jest to ktoś, kto „łączy przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego przez fachowców”.

Wspomniana przeze mnie autorka jest bez wątpienia grafomanką. Jej twórczość nosi wszystkie znamiona tego zjawiska. Fachowcy literatury zbywają ją milczeniem. Prywatnie poproszeni przeze mnie o ocenę załamują ręce: nad językiem, stylem i tym ślizganiem się po tematach. Szanowani i uznani krytycy literaccy zgodnie mówią, że to najgorsza rzecz jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Zwłaszcza, że wydawane jest to w gigantycznych nakładach, a nawet dodawane do poczytnych gazet. Poważni pisarze milczą na temat tego zjawiska, bo krytyka z ich strony oznacza zmierzenie się z zarzutem bycia zazdrosnym o liczbę napisanych przez tę panią książek, ich wielkie nakłady i sumy zarabiane przez nią. Mam o tyle komfortową sytuację, że nie boję się zarzucenia mi zazdrości. Pewnie dlatego, że mam świadomość, że na myśli i opinie innych nie mam wpływu, a naprawdę nie zazdroszczę. Po pierwsze: moim celem nigdy nie było napisanie dużej liczby książek, gdyż twierdzę, że pisarz powinien dojrzewać, a to wymaga czasu. Po drugie: moim celem nie jest sprzedawanie milionowych nakładów, bo mam świadomość, że większość każdego społeczeństwa jest niestety głupia, a ja jednak wolę mieć mądrych czytelników. Wreszcie po trzecie: nie interesuje mnie bycie bogatym człowiekiem, bo z reguły bogactwo bywa szkodliwe dla jego posiadacza.

By jednak lepiej poznać zjawisko fenomenu tej kuriozalnej wręcz grafomanii spędziłam ostatnią niedzielę na czytaniu fragmentów jej książek (czytam bardzo szybko) oraz czytaniu blogów i recenzji poświęconych krytyce i zachwytowi nad jej twórczością. Przyznam, że najpierw śmiałam się do rozpuku. Szczególnie z pozytywnych recenzji zachwyconych blogerek piszących oprócz „ochów” i „achów” informacje, że mają komplety jej książek, które… pięknie wyglądają na półce (sic!). Co mnie tak w tym ubawiło? Otóż mam w domu sporo świetnych książek, które na półce wyglądają wręcz tragicznie, bo są mocno zniszczone przez czas, jak np. osiemnastotomowa encyklopedia Orgelbranda, czy dzieła wszystkie Mickiewicza, z których niestety odpadają okładki. Wolę jednak te rozpadające się książki od tych napisanych przez panią grafomankę. Śmiałam się też z tych pozytywnych recenzji, bo kompletnie nie były merytoryczne. Żadnych rzeczowych argumentów. Tylko przymiotniki, że wspaniałe i wzruszające. Kwiczałam czytając teksty tych, którzy grafomankę krytykują, ale… jak mówi stare przysłowie „im dalej w las tym więcej drzew” tak i mnie z każdym czytanym tekstem (lub oglądanym vlogiem) było coraz mniej do śmiechu, a i ten śmiech, który mną wstrząsał, powoli przestawał być tak radosny, jak na początku. Powód? Do czasu poznania twórczości tej pani twierdziłam, że polska literatura popularna nie jest grafomańska. Wielokrotnie w rozmowach ze znajomymi broniłam kilku poczytnych polskich pisarek, których książki uważam za ciekawe i sympatyczne, choć może rzeczywiście mało ambitne. Uważam jednak, że one swoimi książkami dają ambitniejszym pisarzom nadzieję, że czytelnik w pewnym momencie sięgnie po tę ambitniejszą literaturę. Niestety czytelnicy grafomanii autorstwa tej pani po ambitniejsze rzeczy mogą nie sięgnąć. Dlaczego? Im starszy czytelnik tym wolniej dojrzewa. A po tak strasznej grafomanii na pewno nie sięgnie po ambitniejszą literaturę. Najpierw będzie musiał poczytać dobrą literaturę popularną. Na tę ambitniejszą może mu już po prostu nie starczyć życia, bo im niższy poziom intelektualny człowieka tym dłużej trwa jego czytelnicza ewolucja.

Ponieważ jednak jestem przeciwnikiem pisania negatywnych recenzji, gdyż uważam, że to co złe powinno być pomijane milczeniem, dlatego nie tylko nie podaję nazwiska grafomanki oraz tytułów wydawanych przez nią w gigantycznych nakładach książek, a także nazw wydających ją wydawnictw, ale z prawdziwym bólem serca (bo też wielu by się ubawiło, a ja lubię śmiech) rezygnuję z cytowania zarówno jej powieści, jak i niezwykle trafnych (i bardzo zabawnych) tekstów krytykujących ją blogerów i vlogerów. Nie chcę, by mój czytelnik miał stuprocentową pewność o kim piszę. Z tego samego powodu nie podaję nazwisk i ksywek tych blogerów, którzy jadą po niej, choć robią to w sposób niezwykle inteligentny obnażając przy tym literacką miernotę, słabość języka i potworny brak logiki w napisanych przez grafomankę powieściach. Autorka np. co jakiś czas w jednym zdaniu stosuje i czas teraźniejszy i przeszły, czyli robi to, czego moja przyjaciółka – nauczycielka polskiego oducza uczniów klas IV-VI w szkole podstawowej. A jeśli idzie o brak logiki to podam tylko jeden drobny przykład. Oto w jednej z powieści główna bohaterka jedzie za granicę do ciepłych krajów, a kilkanaście stron dalej stwierdza, że nigdy nie była za granicą. I nie jest to bohaterka cierpiąca na amnezję, a przynajmniej z powieści to nie wynika.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po to, by pokazać w jak strasznej jesteśmy pułapce. Dlaczego ta pani jest wydawana przez najlepsze polskie wydawnictwa? Dlaczego jest popularyzowana przez największe i najpopularniejsze polskie portale? Bo ta jej grafomania jest dla wielu (i nie chodzi mi tu o nią) źródłem życia i dochodu! Tyczy to zarówno zwolenników jak i przeciwników takiej literatury. Po pierwsze: blogerzy, którzy z zachwytem omawiali jej twórczość, mieli dzięki jej płodności ruch na swoich blogach i częstą dostawę książek do zachwycania się. Po drugie: (o ironio!) ci, którzy jej twórczość krytykowali robili to tak często i poświęcali temu tyle miejsca, że licznik na ich stronach przewijał się znacznie szybciej niż na stronach tych, którzy się grafomanką zachwycali. Krytyczna blogerka rekordzistka poświęciła jednej złej książce grafomańskiej autorki aż 10 wpisów, a jeden z vlogerow aż sześć odcinków swojego videobloga! Po trzecie: grafoman dla wydawnictw jest źródłem gigantycznego wręcz zarobku! Jedna z pracownic działu promocji wydawnictwa, które wydaje tę konkretną grafomankę, zapytana przed laty przeze mnie (kiedy znałam tylko te dwa straszne rozdziały autorstwa tej pani), czemu to wydawnictwo wydaje coś tak złego literacko, odpowiedziała mi, że muszą czymś zarobić na ambitniejszą literaturę, która sprzedaje się w małych nakładach i do której trzeba dopłacać. Tak więc pieniądz rządzi światem! Ludzie zarabiają na narkotykach i prostytucji, choć to nielegalne. Zarabianie na grafomanii, czyli psuciu gustów czytelniczych społeczeństwa niestety nie jest nielegalne, a co za tym idzie karalne. Szkoda! Przecież czytanie głupot też jest szkodliwe. Na paczkach papierosów od dawna mamy napisy mówiące o tym, że „palenie powoduje raka” lub „palenie zabija”. Szkoda, że nikt nie napisze na okładkach książek tej pani: „czytanie tego dzieła może być przyczyną spaczenia gustu literackiego” albo: „czytanie tej książki ogłupia”. I przyznam, że zastanawiam się, czy jeśli chcemy mieć mądrzejsze i bardziej wykształcone społeczeństwo to taki napis na okładkach pewnych książek nie powinien by jednak umieszczony? Czy może chcemy być głupi?

I tak na sam koniec. Dziś nawet ja dzięki tej grafomanii żyję, bo mam temat na blog. Gdyby nie grafomanka być może napisałabym o gangu świeżaków z Biedronki, do czego od wielu dni się przymierzam (pewnie w końcu o tym napiszę). Obiecuję jednak, że nieprędko napiszę o słabej literaturze. Nie chcę karmić grafomańskiego trolla. A ponieważ mam świadomość, że ten wpis również może przyczynić się do jej popularności dlatego bardzo proszę o niezadawanie pytania kogo mam na myśli. A wszystkich, którzy mają się za ludzi inteligentnych, wyjątkowo proszę o niekorzystanie z wyszukiwarek google. Ciekawość to przecież pierwszy stopień do piekła. Zaspokojenie tej ciekawości to sprowadzenie piekła na ziemię. Wprawdzie tylko piekła literackiego, ale to też piekło.

Po co są książki, czyli słówko o protestującej mamusi

Gdy kilka lat temu była dyskusja o zmianie lektur szkolnych, bo są nudne i nie zachęcają do czytania, oniemiałam. Lektury szkolne nie mają zachęcać do czytania! One mają uczyć historii literatury – polskiej i światowej. Chyba dotarło to wreszcie do decydentów, bo wrzawa wokół tematu ucichła. Niestety rozgorzała gdzie indziej. Czemu służą książki w ogóle? Zwłaszcza te dla dzieci i młodzieży?

Dostałam ostatnio taki list (pisownia oryginalna):

,,Mamo co to jest dziwka?”
Takie pytanie zadała mi moja dziesięcioletnia córka po przeczytaniu książki  Pani Małgorzaty Piekarskiej pt. ,, Tropiciele”. Nie mogłam uwierzyć że taką informację uzyskała z książki dla dzieci, na pewno z szkoły , z podwórka…
A jednak nie. Moje dziecko pierwszy raz wymówiło słowo DZIWKA dzięki książce dla dzieci.
Po moim oględnym wytłumaczeniu znaczenia tego słowa stwierdziła że są tam też inne brzydkie słowa np ,,kuźwa” i że to dziwne że są tam takie rzeczy bo ,,przecież z książek czerpie się wiedzę!”
Moja córka przez dziesięć lat swojego życia miała kontakt z różnymi dziećmi z różnych środowisk. Chodziła do zwyczajnego przedszkola, teraz chodzi do zwykłej publicznej szkoły. Mieszkamy na zwyczajnym osiedlu gdzie gania po podwórku z dzieciakami z różnych domów i pomimo to nigdy nie słyszała tego słowa!
Są tam też inne ,,zarypiste” słowa : gnojek, mendo i usrana …  Czy taką wiedzę chcecie przekazywać dzieciom?
Oczywiście są dzieci które używają takich słów a nawet lepszych i robią takie rzeczy których dorośli nie zrobią przez całe swoje życie. Pracowałam z takimi dziećmi to wiem. Jednak to są dzieci nieszczęśliwe! Dzieci zaniedbane i zepsute przez dorosłych od których biorą przykład.
Dzieci rodzą się piękne i czyste w środku.  Wszystkie.To dorośli sprawiają że staja się zepsute, wulgarne i zblazowane.  Dzieci powinny pozostać jak najdłużej niewinne i naruszone brudem świata.
Powinno się je otaczać miłością, pięknem i poczuciem bezpieczeństwa. Powinno się je uczyć dobrych rzeczy. Dobrze odnosić się do siebie nawzajem a nie ,,cool” sformułowań dziwka, zarypińscie, usrana itd. Na to naprawdę jest całe życie. A dzieci jednak tak się  do siebie nie odnoszą jak to się wydaje autorce. Dlaczego coś takiego promuje?
Dlaczego Wy coś takiego popieracie? Mówicie tak do swoich dzieci?
Zostałam oszukana. Z reguły zakładam że ludzie są dobrzy i tak podchodzę do świata , niestety z naiwnością!
Widząc książkę dla dzieci zakładam że jest to coś specjalnego. Coś wyjątkowo stworzonego z troską i dbałością bo to książka dla DZIECI! Powierzyłam wam coś najcenniejszego co mam. Moją córkę, jej wrażliwość i wyobraźnię. Z zaufaniem wpuściłam Was do jej dziecięcego świata.I czego się nauczyła ? Słowa ,,dziwka”.
Jak to zrekompensujecie? Ale co to takiego złego? I tak by się nauczyła…
A ja się nauczyłam że nie można ufać ludziom, którzy określają siebie przyjaciółmi dzieci i dla nich tworzą. To wszystko fałsz. Dziękuje za tę lekcję.
Książkę tę dostała w prezencie od koleżanki. Jej mama ją kupiła. Zachęcił ją opis książki z tyłu okładki , taki piękny i gładki!:”

Odpisałam owej Pani następująco:

„Szanowna Pani,
książka jest na rynku od 10 lat i pierwszy raz spotkałam się z zarzutem, że są w niej niestosowne rzeczy. Jest ona przeznaczona dla młodzieży, a nie dzieci, gdyż pisana była z myślą o czytelnikach powyżej 11-go roku życia. Bohaterami są gimnazjaliści. Gdyby przeczytała Pani książkę w całości razem z córką, zobaczyłaby Pani, jakie wartości ona promuje i na pewno nie jest to przeklinanie czy wyzywanie. Sądzę, że ocenianie po wyrwanych z kontekstu fragmentach nie jest odpowiednie.
W ciągu dziesięciu lat od pierwszego wydania książka nie zebrała ani jednej negatywnej recenzji. A pisali je specjaliści od tego typu literatury. Czytali oni książkę, jako całość, a nie wyrwane z kontekstu zdania, czy słowa. W wielu szkołach jest omawiana ona, jako lektura i nikt z nauczycieli nie miał o te słowa pretensji, nie uznał też ich za niestosowne w tej formie i kontekście, w jakiej są one w tej książce napisane. Faktem jednak jest, że były to klasy szóste (koniec szkolnej edukacji) lub pierwsze gimnazjum. Myślę jednak, że brak reakcji nauczycieli na to, co oburzyło Panią o czymś świadczy. Wielokrotnie czytałam wypracowania na temat tej książki. Dotyczyły one także młodzieżowego języka.
Poniżej odsyłam do recenzji. Są zebrane na mojej stronie z podaniem źródeł:

http://piekarska.com.pl/?page_id=1937

Bardzo Pani współczuję sytuacji. Niestety jest to tylko dla mnie dowód, że przez całą podstawówkę lepiej czytać książki razem z dziećmi i na bieżąco omawiać z nimi to, co się przeczytało. Ma Pani cudowną córkę, która zapytała. I to jest w tej sytuacji najważniejsze. Zachęcam do przeczytania książki – zobaczy Pani, ze nie ma czego się bać.”

Pani jednak nie przyjęła argumentów. Zaczęły się kolejne listy, a w nich opowieści o jej kryształowej rodzinie, w której nikt nie mówi żadnych brzydkich słów. I kryształowej dziewczynce, którą właśnie niemal „pozbawiłam cnoty”, bo pewne wyrazy: „dziwka”, „zarypiście” (nomen omen wymyślone przeze mnie), „usrany”, „gnojek” i „menda”) poznała dopiero w mojej książce. Naprawdę? Aż wierzyć mi się nie chce. Gdzież to dziecko się uchowało? Gdy mój syn był w 2 klasie podstawówki i jeździłam z jego klasą na basen, za każdym razem musiałam uspokajać dzieciaki, wyzywające się od „chujów”, „pedałów” i mówiące do siebie „spierdalaj cwelu” tudzież „won kurwo”. Działo się to wśród dzieci z Saskiej Kępy, uczniów szkoły uchodzącej za jedną z lepszych w dzielnicy, których rodzice nie byli menelami, a aktorami, naukowcami, prawnikami itd. Wynosiły te słowa nie z domów, ale np. z telewizji i filmów szpiegowskich, które rodzice oglądali przy nich zupełnie nieświadomi, że dziecko chłonie to, co mówią bohaterowie np. policjanci w slumsach.

Jako ciekawostkę wyznam, że owa pani wysłała swój list nie tylko do mnie. Także do mojego wydawcy, patronów medialnych, dyrekcji i władz TVP itd. Tamże odesłałam i ja swoją odpowiedź, bo uznałam jej wysyłanie do dyrekcji za wywieranie na nich nacisku do rozprawienia się ze mną. Ona swojej kolejnej odpowiedzi już do nich nie posłała, więc zostałyśmy na dobry tydzień przy wymienia zdań „jeden do jednego”. Korespondencja pewnie nadal by trwała, gdybym nie urwała jej stwierdzeniem, że z mojej strony temat został wyczerpany. Pani i tak nie zrozumie, że celem książek dla młodzieży jest rozbudzenie zamiłowania do czytania, a także obeznanie z otaczającym światem. Ten zaś jest, jaki jest. Nie zachęcimy do czytania książkami uładzonymi, tak jak nie zrobimy tego lekturami szkolnymi, których celem jest nauka historii literatury lub historii w ogóle. Nie zrobi się tego podsuwając nastolatkom papierowych, grzecznych bohaterów, którzy szurają nóżkami i co chwile mówią: „Tak, mamuniu! Nie, mamuniu!”. Od takich historii dzieciaki naprawdę uciekają.  

Podzieliłam się korespondencją z przyjaciółką pisarką Małgosią Strękowską-Zarembą. Jej książki dla dzieci z serii o Filipku też zostały w swoim czasie zaatakowane przez jakąś babcię, która oburzała się, że ich bohater Filipek Zaskroniec jest wyzywany przez kolegów od… „padalców”! No straszne! Protestująca przeciwko Filipkowi Pani też napisała swoje pismo wszędzie gdzie się dało. Małgosia też pisała wyjaśnienia. Pani nie zrozumiała. Tak, jak ta moja. W jednej z książek o Filipku bohater obsiusiał babcię. To też wywoływało oburzenie różnych starszych babć. Ja załamywałam nad nimi ręce. Dlaczego? Otóż gdyby żyła moja mama, to skończyłaby w tym roku 89 lat. Pamiętam jej historię z rodzinną awanturą, kiedy… obsiusiała własną matkę! A tak! Rzecz działa się przed wojną. W czasach, gdy niemal w każdym polskim domu wisiała dyscyplina w postaci sarniej nóżki do okładania nią nieposłusznych dzieci. Mama coś przeskrobała, a była wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem, którego w niegrzeczności n a głowę bił tylko rodzony starszy brat – wuj Stefan, później żołnierz Armii Krajowej. Babcia goniła niegrzeczną mamę, by dać jej sarnią nóżką w skórę. Mama uciekała dookoła okrągłego stołu w salonie odwracając za sobą krzesła, by spowolnić pościg. Wreszcie wypadła do ogrodu i wskoczyła na trzepak. Babcia pogroziła jej palcem: „Czekaj! Czekaj! – powiedziała: – Zejdziesz to dostaniesz”. Mama jednak ani myślała zejść. Siedziała na trzepaku i obżerała się renklodami, które zwisały z gałęzi nad trzepakiem. W pewnym momencie zachciało jej się siusiu. Poinformowała babcię, a ta stwierdziła, że to cudowna wiadomość, bo jak teraz mama zejdzie na siusiu to dostanie w skórę. Co zrobiła mama? Odchyliła nogawkę szarawarów (tak się mówiło wtedy na letnie krótkie spodenki) i zaczęła siusiać z trzepaka oblewając moczem babcię, czyli swoją własną mamę, która wrzeszczała na cały ogród do dziadka: „Julek! Nie wytrzymam! Ona leje na mnie z góry!” Historia skończyła się tak, że moja mama, korzystając z babcinej nieuwagi ześlizgnęła się z trzepaka i pobiegła do sąsiadów, u których zjadła i obiad i kolację, ale na noc wróciła do domu. No i dostała w skórę sarnią nóżką, bo babcia swoje dzieci trzymała krótko. Historia siusiającego na babcię Filipka nie jest więc nieprawdopodobna, wydumana i wyuzdana. Moja mama coś takiego zrobiła i to 80 lat temu! Było to w czasach, gdy dziecko nie mówiło do mamy: „Mamo daj!”, ale: „Mamo, czy mama może dać.” Moja mama zresztą powiedziała do swojej: „Mamusiu, mamusia się odsunie, bo będę siusiać.”

Takie rzeczy czytam w wannie! #ksiazka #filipek #strekowskazaremba

Przyznam, że to przykre ilu współczesnym ludziom wydaje się, że lektury mają zachęcać do czytania, a literatura dla dzieci wychowywać, by wszyscy byli grzeczni. To jest jakieś idiotyczne przekonanie wyniesione chyba z XIX w. Literatura, i to zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, pokazuje świat i oswaja z nim. Wszelkie większe zafałszowania rzeczywistości, przesłodzenia, są przez dzieci odbierane jak kłamstwo i traktowanie czytelnika z góry. Dziecko i nastolatek nie znoszą pouczania. Dobranockę o „Misiu Uszatku” oglądałam nie dlatego, że moralizował, ale dlatego, że były to piękne lalki i do dziś mnie zachwycają. Treściowo wydawał mi się dydaktycznym smrodkiem. Nie byłam w tym odbiorze jedyna. I nie ja jedyna oglądałam go dla tych lalek i jego słodkiego, przytulnego domku, a nie tych wypowiadanych treści, z których wynikało, że „nie wolno dzieci śmiać się z babuleńki”.

Faktem jednak jest, że jeśli ktoś chce, żeby słowo pisane wychowywało jego dziecko, powinien pozostać przy czytankach szkolnych. Są uładzone, odległe od rzeczywistości i wychowują dzieci nieświadome zagrożeń, z którymi wcześniej lub później dziecko się zetknie. A zetknie się z nimi na pewno i to mimo tego, że jest chronione przez rodziców. Co się stanie, gdy się z nimi zetknie? Czy sobie poradzi? Różnie to być może. Zwłaszcza, gdy było chronione przed tą szarą strefą życia. Jak poradzi sobie z wyzwiskami od „chujów”, „pedałów”, które osobiście słyszałam wydobywające się z ust ośmiolatków z dobrych domów? Jak poradzi sobie  z gnębieniem, popychaniem, dokuczaniem?

Pisałam tu kiedyś, jak mi w szkole dokuczano. W radzeniu sobie z tym pomagały mi właśnie książki. I to nie dydaktyczne czytanki o grzecznych dzieciach, ale Adam Bahdaj i Hanna Ożogowska, których bohaterowie byli potwornie niegrzeczni. I tez czasem przeklinali, co z wiekiem nam umknęło, bo język cały czas ewoluuje, więc nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przed laty jakieś słowo było uważane za niezbyt kulturalne.

Pora umierać?, czyli Kolumbowie i Columbo

Mówi się często, że pora umierać. Używamy tego określenia, gdy napotykamy na coś, co nas przygnębia, ale nic z tym nie możemy zrobić. Nie chcąc na to patrzeć, myślimy o śmierci. Też czasem o tym myślę. Czy moja walka z wiatrakami o to, bym ja wiedziała więcej, by ludzie, z którymi obcuję wiedzieli więcej, ma sens? Mój tata dzielił się ze mną swoją wiedzą, mama też, stryj też, a i babcia jak żyła mówiła, co wiedziała i co uważała, że może mnie zainteresować. Zwłaszcza o polskim, przedwojennym kinie. Ja też dzieliłam się tym co wiedziałam ze znajomymi, z przyjaciółmi itd., a przede wszystkim z synem. Mam wprawdzie za sobą trwający kilka lat okres, kiedy nie mogłam tak swobodnie wymieniać z nikim myśli, bo od pewnego osobnika na każdym kroku słyszałam, że się wywyższam i podkreślam dzielącą nas barierę intelektualną, ale… właściwie przez całe życie większość moich kontaktów ze znajomymi polegała na rozmowach będących wymianą wiedzy na dość ważne tematy: historia, kultura, geografia, obyczaje, podróże. Teoretycznie między ludźmi tak jest i dzisiaj, ale… coś stało się z poziomem tej wiedzy i nie wiem, czy winien temu nie jest system edukacji i powszechna globalizacja. Brak jest mody na bycie mądrym. A to jest potrzebne. Niestety przeważa myslenie, że mądry = bogaty, a to czyni poważne szkody. Jako nastolatka czytałam „Zapałkę na zakręcie” Krystyny Siesickiej, której bohaterka Mada „mordowała” Williama Faulknera „Absalome, Absalome”, którego jak sama przyznała nie rozumiała. Ale czytała, by być mądrzejsza i zaszpanować przed chłopakiem, który jej się podobał. Chciała mu pokazać, że czyta mądre książki. Jednak nie tylko o ksiązki mi tu chodzi. Wielokrotnie na spotkaniach autorskich mówiąc o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” pytałam czytelników: „Jak myślicie, czemu w 1920 roku Szkołę Morską otwarto w Tczewie”. Ileż razy słyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Na pytanie, czemu statek szkolny Lwów nazwano Lwów odpowiadano mi, że dlatego, że… to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, życzliwi czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski. W tych wielu sytuacjach młodzież kilka razy poratowała się stwierdzeniem, że…  „Lwów leży nad morzem”. Tylko raz spytałam, nad jakim i dowiedziałam się, że chyba nad Bałtykiem.

Ostatnie dni, to dla mnie podobne doświadczenie. Robię film o Kolumbach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, choć jestem już po zdjęciach, ale jeszcze przed montażem. W każdym razie wczoraj nagrywałam sondę: „Czy mówi coś pani/panu określenie Kolumbowie?”. Rzadko ktoś wiedział, o co pytam, choć im starszy tym więcej miał wiedzy. Młodzież nie wiedziała nic. Osobliwe było to, że nic to określenie nie mówiło harcerzom. Lilijki na beretach, a w głowie pustka. Podpowiadałam, więc całym zdaniem: „pokolenie Kolumbów”, „Kolumbowie rocznik 20.” Nic. Zero reakcji. Puste twarze, puste oczy, czasem głupi śmiech. Cóż… książki Romana Bratnego nie ma w lekturze. Prawdopodobnie kara dla autora za jego wydany w 1983 roku „Rok w trumnie”.

Dla potrzeb swojego filmu muszę przypomnieć sobie serial Janusza Morgensterna i wykodować fragmenty, które będę wykorzystywać. Nie chcę siedzieć w telewizyjnym archiwum koleżankom nad głową, więc… postanowiłam kupić serial w sklepie na DVD i obejrzeć w domu. Najbliżej redakcji jest znienawidzony przeze mnie empik. Sprawdziłam w Internecie. Wg. Internetu w tymże empiku serial jest i kosztuje niecałe 14 złotych. Dzwonię więc do salonu i pytam, czy na pewno ten serial tam jest. Pan każe poczekać i mówi po chwili, że nie ma. „Gdzie wobec tego serial znajdę?” – dopytuję. Pada odpowiedź, że jest w Arkadii, ale… tylko druga seria. „Jaka druga Seria?” – Pytam. – Przecież to dwie płytki i pięć odcinków”. W słuchawce zapada cisza i po chwili pan mówi, że Colombo to kilka serii, a oni dysponują tylko drugą.

Kolumbowie. reż. Janusz Morgenstern. Źródło: Filmweb

Moja mama stawiała mi bardzo wysoko poprzeczkę. Czasem myślę, że za wysoko, by ktokolwiek ją przeskoczył. Dlatego bez przerwy była ze mnie niezadowolona. Często myślę, że gdyby żyła, bez przerwy by mnie krytykowała. Zawsze podkreślała, że moje pokolenie jest niedouczone. „O tempora! O mores!” krzyczała po wielekroć wytykając mi, że nie wiem tego czy tamtego i jak to w szkole beznadziejnie mnie uczą. Zmarła, gdy miałam lat 26, zapewne załamana tym, że nie wiem wielu rzeczy, które wiedziała ona. Ostatnio doszłam do bardzo smutnego wniosku, że gdyby mama nadal żyła (miałaby 88 lat) byłaby po stokroć załamana poziomem wiedzy dzisiejszej młodzieży. Gdybym opowiedziała jej rozmowy z czytelnikami, z niektórych moich spotkań autorskich, mogłaby wpaść w depresję. Gdybym opowiedziała jej historię z empiku pewnie by krzyczała swoje „O temporta! O mores!” Mój syn powiedział kilka lata temu, że świat schodzi na psy po to, by nikomu nie było żal umierać. Takie słowa wypowiedziane przez nastolatka uznałam za straszne. Ale nie wiem, czy nie są bardzo prawdziwe. Bo nie wiem, co zrobić, by odwrócić proces degeneracji intelektualnej społeczeństwa. Czasem myślę, że niektóre moje wpisy na blogu są samotnym wołaniem o pomoc. Zwłaszcza, że te w moim pojęciu najważniejsze, nigdy nie mają aż tylu czytelników, co inne o wiele mniej istotne, ale z czymś chwytliwym mogącym wrzucić wpis w nurt popkultury.

PS Uwielbiam serial o poruczniku Columbo, ale to jednak innego rodzaju kino niż Kolumbowie.

Co czytamy?

Targi książki to dla pisarza czas, by spotkac się z czytelnikami, ale też moment, by samemu coś sobie taniej kupić oraz dowiedzieć się, co czytają inni.

Nie miałam na targach zbyt wiele czasu na krążenie po stoiskach. Kupowałam więc to, o czym wiedziałam, że jest i gdzie tego szukać. Wśród książek były więc m.in.: „Mała zagłada” Anny Janko, „Błagam, tlko nie profesor” Janusza Odrowąż-Pieniążka, „Dłoń” Michała Dąbrowskiego, kilka tomików wierszy itp.

Do mnie przychodzili starzy czytelnicy, ale i zupełnie obcy ludzie zwabieni tytułem i okładką. Przy okazji mogłam się dowiedzieć co ich interesuje. Przy mnie zatrzymywali się ci, którzy lubią historię, bo mój wydawca specjalizuje się w takich książkach. Dlatego wielu zachęconych przeze mnie opowieścią o tym, co jest w środku – kupowało. Jeden nie kupił. Powiedział bowiem tak:
- To bardzo ciekawe, co Pani mówi i ksiązka jest na pewno warta przeczytania, ale ja jestem w tym wieku i takim stanie zdrowia, że czytam już tylko Biblię i Świętego Tomasza z Akwinu.
Tego niestety nie mogłam temu panu zaoferować. Ani ja biblijny prorok ani Św. Tomasz z Akwinu.

W szponach własnych książek

Kilka tygodni temu skończyłam pisać, składającą się z szeregu opowiadań, varsavianistyczną powieść – kryminał. Teraz to już właściwie trwają rozmowy z wydawnictwami, które mam nadzieję, że coś przyniosą. Tzw. „recenzje wewnętrzne”, które książka otrzymała, są bardzo dobre. Powinna więc znaleźć „swojego amatora”. Tytuł roboczy (zawsze możliwa jest zmiana) brzmi: „Czucie i Wiara”. Dlaczego?

„Czucie i Wiara” to nazwa biura detektywistycznego prowadzonego przez Józefa Krosnowskiego, wdowca lat ok. 60 i syna Bronisława z wykształcenia prawnika lat ok. 30. Zajmują się wyjaśnianiem zjawisk paranormalnych, których przyczynami są wydarzenia z przeszłości. Akcja dzieje się współcześnie, a bohaterowie swoje biuro prowadzą w starym domu w Warszawie na Saskiej Kępie. Książka to 18 rozdziałów, będących opowieściami o osiemnastu sprawach, prowadzonych przez biuro z mniejszym lub większym powodzeniem.
Każdy rozdział, to jedno zjawisko paranormalne lub jak kto woli jeden duch i… jedna dzielnica, a także jedna, różnie pojmowana przeze mnie, epoka lub wydarzenie historyczne. Są tu więc powstania narodowe, wojny ze Szwedami, rewolucja 1905 roku a także różne inne historie np. słynna Lurierka, w której domu publicznym król Stanisław August Poniatowski obradował z ministrami i Szach Perski, który w końcu XIX wieku odwiedził Polskę. Tu miesza się współczesność z historią, bo duchy, gdy dają swoje znaki zawsze czegoś od żyjących chcą.
Rozdziały są ułożone alfabetycznie dzielnicami. Dlatego historie nie są chronologicznym zapisem pracy biura. Duchy przejawiają się tu nie tylko, jako widziadła i mary, ale też jako sny, tajemnicze zjawiska, znikające fotografie, pojawiające się kartki, siły zmuszające ludzi do określonych zachowań.
Na początku jest wstęp opowiadający o tym, czym zajmują się bohaterowie, czyli opowiadający o ich biurze i czemu nosi ono taką nazwę, wyśmiewaną niejednokrotnie przez ludzi. Jest też posłowie wyjaśniające czytelnikom, że tu prawda została zmieszana z fikcją. Temu też służy indeks postaci autentycznych.
Cały pomysł powstał dość dawno podczas tworzenia przeze mnie cyklicznego programu telewizyjnego „Detektyw Warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Nabrał realnych kształtów, gdy wraz z nieżyjącym już reżyserem Tomaszem Zygadło omawialiśmy nakręcenie fabularyzowanego dokumentu. On pokazał mi przystanek na Targówku, a ja mu w odpowiedzi na to, po szperaniu w źródłach itd. napisałam „Tajemnicę przystanku tramwajowego”. Ten rozdział (teraz trochę poprawiony, by pasował do całej książki) opublikowałam już po śmierci Tomasza, bo w styczniu 2013 roku na swoim blogu. Ku memu zdumieniu tekst przeczytało kilkaset tysięcy czytelników. Wielu pisało do mnie wierząc, że to… prawdziwa historia, bo przecież pomnik jest i przystanek też jest! Ponieważ wtedy też odezwał się do mnie portal Targówek.info i spytał o zgodę na przedruk „Tajemnicy przystanku tramwajowego” (byli zafascynowani pomysłem, bo uznali, że to ogromna promocja ich dzielnicy), tak więc wróciłam do pierwotnego zamysłu stworzenia książki ze zmyślonymi legendami. W trakcie pisania ewoluowało to do „wywołania duchów”. Chciałam, by te pełne paranormalnych zjawisk opowieści były przekrojem historii miasta ze wszystkimi jego odcieniami.
W 2014 roku dostałam półroczne stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie tej książki.
Tekst jest po dwóch autorskich korektach i autorskich poprawkach redakcyjnych, ale mogą zdarzyć się błędy, gdyż, jak powszechnie wiadomo, nie myli się ten, kto nic nie robi.
Dla potrzeb projektu powstała strona pod adresem:
http://legendywarszawskie.pl
. Będzie ona z pewnością dużym wsparciem dla potencjalnego wydawcy.

Taką informację dostali ode mnie ci, którym słałam ofertę. Na razie nie uderzałam tylko do tych wydawnictw, które domagają się przysłania wydruku, bo to jednak dla mnie dodatkowe koszty, na które na razie nie mogę sobie pozwolić. 

Wczoraj z kolei odebrałam z wydawnictwa „Biblioteka Analiz” autorskie egzemplarze mojej książki, która nie jest powieścią, tylko czymś w rodzaju felietonowo napisanego podręcznika. Do kupienia będzie już od 23-go września. 

kurs dziennikarstwa

Tytuł: „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. Jak napisał wydawca, to „Praca na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie, z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do osób, które chcą związać swoją przyszłość z radiem, gazetą czy telewizją. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka. Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.”
Z kolei recenzujący książkę wieloletni dziennikarz Jacek Moskwa stwierdził: „Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”.

Kilka dni wcześniej poczta przyniosła mi paczkę, w której znalazłam pięć egzemplarzy ukraińskiej wersji mojej książki „LO-teria”. „Klasa pani Czajki” cieszy się na Ukrainie sporym powodzeniem, nawet miała dodruk, więc wydawca zdecydował się na wydanie ukraińskiej wersji „LO-terii” i… zaczął pytać o część trzecią.

I tak… zmotywowana tymi wprawdzie drobnymi, ale jednak sukcesami, stwierdziłam, że będąc w fazie poważnego rozpisania, mimo iż wcześniej tego nie planowałam, siadam do kontynuacji losów Maćka, Małgosi, Kamili, Olka, Białego Michała, Ewki, Kingi, Czarnego Michała i tak dalej… (Nie podaję jeszcze tytułu, bo zastanawiam się.) Oczywiście od razu pojawił się problem. Nie pamiętam poprzednich tomów. Zaczęłam więc czytać. To jest bardzo dziwne uczucie. Czytałam swoją książkę, a było to dla mnie jakby obce dzieło. Wiele rzeczy pamiętałam, ale wielu drobiazgów już nie. Musiałam robić notatki. Po raz kolejny rozpisywać drzewo genealogiczne postaci itd. Od razu przypomniała mi się rozmowa z panią Krystyną Nepomucką, która opowiadała, jak czytała swoją książkę po 50-ciu latach od pierwszego wydania. Wszystko było dla niej zupełnie nowe i obce. Z moją lekturą własnych książek aż tak nie było, ale… kilka rzeczy mnie zdumiało.

Po skończeniu czytania siadłam do pisania pierwszego rozdziału kontynuacji. Biurko zawalone było notatkami etc. no, ale coś mi z tym rozdziałem nie szło. Zajrzałam z powrotem do „LO-terii” i… od razu się wyjaśniło. Namotałam, pokręciłam i… dzień pracy poszedł do kosza. Niestety ciężko jest wejść w świat, w którym ostatni raz tak mocno tkwiło się cztery lata temu. Ale myślę, że do końca tygodnia wejdę weń na tyle silnie, że potem już każdy powrót będzie łatwiejszy.

A piszę o tym wszystkim, bo miałam ambitne plany, by w przerwach poczytać. Niestety. Już wiem, że dopóki nie wejdę w klimat własnej powieści i jej bohaterów, nie mogę zagłębiać się w innych lekturach. Muszą mi wystarczyć wrażenia z tych kilkuset książek przeczytanych przy okazji ślęczenia nad kwerendą do varsavianistycznego kryminału. Kilka z nich cały czas przeżywam i to do tego stopnia, że musiałam je sobie kupić na własność. Na razie tkwię więc w szponach własnych książek. Napisanych, wydanych, piszących się… Na cudze spoglądam tęsknym wzrokiem. Ale już za chwileczkę…

Twój przyjaciel na wieki

Czasem nie ważne czy znasz język i umiesz czytać. Książka i tak może być twoim przyjacielem. Jestem w Gdańsku, gdy piszę te słowa. Za kilka godzin Ulubiony swoim monodramem otwiera festiwal monodramu Monoblok. Jestem więc zdenerwowana. Już okazało się, że z domu zapomniałam: szlafroka, cienkich skarpetek, które mogę założyć pod spodnie do eleganckich pantofli i kilku jeszcze drobiazgów. Cieszę się natomiast, że mam ze sobą książkę. I to nie jedną. Wzięłam tradycyjną papierową z lat 90-tych. Tytuł: „Łowcy potworów” i napisał ją Ryszard Wójcik. Jest tam podobno o mim ojcu, ale jeszcze do tego momentu nie doszłam. Mam też oczywiście tableta, na którym mieści się książek kilkadziesiąt. Między innymi cały Adam Mickiewicz, cały Bolesław Prus i cały Aleksander Fredro, ale też w oryginale William Shakespeare, Arthur Conan-Doyle, Agata Christie, Eugeniusz Oniegin Aleksandra Puszkina i kilka sztuk Karpenki-Karego, na których uczę się ukraińskiego. W Gdańsku nocujemy w uroczym domku z pokojami pozbawionymi telewizorów. Co za raj! Telewizor na cały hotelik jest jeden i to w wielkiej sali telewizyjnej pełniącej rolę świetlicy. Tu…. oprócz telewizora masa książek! Po prostu biblioteczka turysty, a w niej stare numery „Poznaj Świat” i książki z czasów PRL.

I właśnie w momencie, gdy kontempluję znajdujące się na półce lektury, bo do wyjścia do teatru na próby i instalacje jeszcze kilka godzin, zadzwonił telefon. To Jola Niwińska z polskiego Bookcrossingu, by powiedzieć mi, że wróciła już z podróży na Antypody, gdzie zostawiła m.in. moje książki. Teraz są w Sidney! Zanim jednak tam trafiły Jola była w kilku wioskach i fotografowała miejscowych z tymi książkami w reku. I teraz zadzwoniła, by mi powiedzieć, że jak zamieściła zdjęcia na Facebooku to ktoś tam skomentował złośliwie, że „na pewno czytali po polsku” a ktoś, że „teraz będą uczyć się polskiego”. A ona chciała po prostu pokazać na świecie nasze książki, jak wyglądają, jak pachną, czym są, jak są grube. I teraz jej trochę przykro. Uspokoiłam ją. Moim zdaniem promocja książki i czytelnictwa nie koniecznie polega na tym, że wręcza się ją tym, którzy potrafią czytać. Obcowanie z książką, nawet jak nie znamy języka, którym została napisana, a może właśnie szczególnie wtedy, uczy pokory. Nie wiemy co tam napisane? A może to jakiś tajny szyfr? Z jaką czcią w końcu podchodzimy do kamienia z Rosetty, a przecież być może dla jego współczesnych nie przedstawiał on wielkiej wartości. Czyż nie podobnie jest z książkami?

Jola Niwińska opowiada dzieciom z Papui Nowej Gwinei o polskich książkach i idei bookcrossingu.

Gdy mój syn był mały Eksio wrócił ze śmietnika z pustym wiadrem i książką, którą tam znalazł na stercie makulatury. Była to książka o małpce Nicke Nyfiken. Potem po latach znalazłam, że oryginalnie została napisana po angielsku przez niejakiego  H. A. Rey jeszcze pod koniec lat 30-tych. Nam jednak trafiła się wersja… szwedzka. Znam kilka języków. W jednych mówię, w innych tylko czytam, w jeszcze innych rozumiem piąte przez dziesiąte. Po szwedzku rozumiem pięćdziesiąte przez setne, a jednak… książkę czytałam na głos mojemu synowi. Miała ona cudne obrazki (dopiero potem dowiedziałam się, że ich autorem była żona pisarza Margaret Rey i są one obecne w każdym wydaniu książki o Nicke Nyfiken, małpce zwanej w oryginale „Ciekawskim Georgem” („Courious George”). Syn do dziś uważa tę książkę za jedną z ulubionych, bo za każdym razem, gdy mu ją czytaliśmy trochę zmienialiśmy tekst powieści. Treść była rzecz jasne zawsze ta sama. Oto małpka uciekała z ZOO na dachu autobusu, trafiała do pracy podczas której myła okna w wieżowcu, ulegała wypadkowi, trafiała do szpitala, w którym miała odlot po eterze (tak działają narkotyki Maciusiu) i na końcu odkrywał ją reżyser, który czynił z niej bohatera swojego filmu i zabierał do Hollywood. Do dziś ani ja ani mój syn nie znamy szwedzkiego. Książkę jednak mamy i darzymy szacunkiem. Sprawiła nam wielokrotnie wielką radość. Dlaczegóż więc nasze polskie książki nie mogły sprawić radości nieznającym polskiego języka mieszkańcom Antypodów? Tez mogą sobie wyobrażać co w nich jest napisane. Na podstawie ilustracji mogą tworzyć własne historie. Być może ciekawsze od tych, które napisaliśmy my – polscy autorzy. Ja tam twierdzę, że tylu mamy przyjaciół ile książek przeczytaliśmy. A książka może być przyjacielem na wieki.

PS jestem w trakcie udzielania wywiadu pewnemu ukraińskiemu pismu literackiemu. Zadano mi pytanie o książki mojego dzieciństwa. Mogłabym napisać tomy, ale… pod wpływem tego wywiadu wróciłam myślami do „Dzieci z Bullerbyn”. Oj zbliża się dzień, kiedy znów na kilka godzin wyląduję w górskiej wiosce, w której stoją tylko trzy chałupy i mieszka tylko sześcioro (a potem siedmioro) dzieci i żadne z nich nie ma internetu, telewizora, a nawet radia. A jednak mają co robić! I mimo tych braków wcale nie są głupsze od swoich rówieśników z dzisiejszych czasów.

Protestuję panie ministrze

Bohaterowie serii książek o Harrym Potterze ze strachem mówili o tym, „Którego Imienia Wymawiać Nie Wolno”, czyli „Sami Wiecie, o Kim”. My mamy ministra, którego „Imię Wstyd Wymawiać bez zażenowania”. Jeśli ktoś nie wie, kogo mam na myśli zapraszam do lektury.

Gdy chodziłam do podstawówki biblioteka była jednym z moich ulubionych miejsc w szkole. Tam miałam swój azyl. Zwłaszcza wtedy, gdy nasiliło się dokuczanie mi przez koleżanki. To biblioteka i liczba wypożyczonych z niej, a co za tym idzie przeczytanych książek, dawały mi na koniec każdego roku jedyną nagrodę. Nie dostawałam jej za świetne wyniki w nauce, bo te psuło zawsze ledwie dobre zachowanie, z powodu którego też nagrody nie dostawałam. Bibliotekę kochałam! Kocham nadal. Bibliotekę jako instytucję i bibliotekę, jako miejsce, które gromadzi książki. To w bibliotece zawsze czuję się bezpieczna. Twierdzę zresztą, że tylu mamy przyjaciół, ile książek przeczytaliśmy. Ja do dziś mocno przyjaźnię się zarówno z moimi ulubieńcami D’Artaganem, Atosem, Portosem i Aramisem, jak i dziećmi z Bullerbyn, Muminkami i Włóczykijem, Stanisławem Wokulskim i Ignacym Rzeckim, Karolcią od niebieskiej kredki i koralika oraz całą masą fikcyjnych postaci, które szczerze pokochałam. Ja oprócz biblioteki szkolnej miałam do dyspozycji biblioteki dzielnicowe. Na warszawskim Żoliborzu najpierw zapisałam się do Biblioteki na Próchnika, a potem na Perzyńskiego. Miały trochę inne księgozbiory. Jak czegoś fajnego nie znajdywałam na Próchnika – pędziłam na Perzyńskiego. I tak latami przeczytałam tam tony książek, które dziś pewnie są na makulaturze, bo od wielu lat w bibliotekach trwa wymiana księgozbiorów.

Kiedy od wielu tygodni czytam o pomyśle likwidacji bibliotek w wersji pierwszej: szkolnych i połączenia ich z bibliotekami publicznymi lub w wersji drugiej: publicznych poprzez połączenie ich ze szkolnymi, to krew mnie zalewa! Minister, który to wymyślił, (jego imię wstyd moim zdaniem teraz wymawiać bez zażenowania i dorzucania epitetów, z których „głupek” będzie najłagodniejszym), najwyraźniej za mało jeździ po Polsce. Ja jeżdżę dużo. Wiem, jak wyglądają wiejskie biblioteki publiczne i szkolne. I wiem, że likwidacja jednych lub drugich poprzez połączenie w jeden organizm w szkole lub w miejscu poza nią, to jeden z najgłupszych pomysłów, o jakich słyszałam ostatnimi czasy.

W przypadku likwidacji biblioteki w szkole na ogromnym terenie kraju dzieci w ogóle stracą kontakt z książką. Zwłaszcza, gdy pochodzą z domów, w których rodzice do bibliotek nie chodzą. Wbrew pozorom liczba takich domów w Polsce wzrasta. Gdy do biblioteki daleko, gdy ludzie są zagonieni, by zarobić parę groszy, oszczędzają na kulturze, nawet, jeśli ta oszczędność to koszt biletu do i z biblioteki. A przecież to ludzie, którzy książek nie kupią. Wielokrotnie byłam świadkiem tekstów rzucanych przez mamy: „Po co ci? Raz przeczytasz i koniec, a cukierkami to się przynajmniej najesz!” Dlatego biblioteka, w której książki są za darmo powinna być dostępna dla wszystkich. I powinno być do niej blisko.

Owszem, szkolne biblioteki często robią literaturze krecią robotę. Zdarza się, że szkolne bibliotekarki wprowadzają cenzurę księgozbioru. Sama znalazłam w kilku bibliotekach tzw. półki z literaturą zakazaną, na których był i „Pamiętnik narkomanki” i moja „LO-teria”, „bo przecież o licealistach i jest tam seks, a tu mamy do czynienia z podstawówką” – powiedziała mi pani na spotkaniu autorskim dla klas IV-VI w jednej z podwarszawskich szkół. Niemniej jednak ocenzurowany księgozbiór i przetrzebiona biblioteka to zawsze lepiej niż żadna. A książki zakazane w bibliotece szkolnej zawsze można wypożyczyć w publicznej, której bibliotekarki przeważnie są mniej zaściankowe. Szkolna biblioteka ma też w obowiązku posiadać lektury w komplecie w takiej liczbie, by każdy uczeń jednej klasy mógł wypożyczyć daną książkę z biblioteki. Czy tak jest w bibliotekach publicznych? Z góry mówię, że nie. Poza tym w szkolnej bibliotece można spędzić czas, gdy np. przyjdzie się do szkoły za wcześnie, gdy ma się wolna godzinę, bo jest się np. trwale zwolnionym z WF itd. W momencie, w którym w szkole biblioteki nie będzie, niektórym dzieciom nie pozostanie nic innego, jak przysłowiowa zabawa w plucie i łapanie i po dupie się drapanie. A mogłyby łyknąć trochę kultury.

No i jeszcze jedna sprawa. W małych miejscowościach i na wsiach to właśnie szkolne biblioteki mają dostęp do Internetu. To tu najmłodsi wchodzą w cyberprzestrzeń, czytają Wikipedię, portale internetowe edukacyjne, choć także i głupoty, jak to dzieci. Nie jest, więc prawdą, że szkolne biblioteki na wsiach są zacofane. To często najlepiej doposażone miejsca w szkołach. Wiem o tym, bo miewam tam spotkania z czytelnikami.

Druga opcja, czyli likwidacja bibliotek publicznych i włączenia ich do szkół nie jest lepsza. Wtedy kontakt z książką stracą… dorośli. Po pierwsze, kto będzie chodził do bibliotek w godzinach pracy szkoły? Czyli do 16-tej? Zwłaszcza, gdy szkoły chroni się przed różnego rodzaju niepowołanym elementem. Dorośli czytelnicy będą legitymować się ochroniarzowi, że oto ja, Jan Jowalski przyszedłem po książkę, a nie macać dziewczynki z IIb? Po drugie księgozbiór w takiej bibliotece też się zmieni. Nie każdy dorosły chce czytać „Dzieci z Bullerbyn”, choć ja przyznaję, że raz na 2-3 lata sięgam po tę książkę i poprawiam sobie nastrój przenosząc do wioski, w której stoją trzy zagrody. Większość dorosłych woli jednak czytać klasyczne książki dla starszych. Nagle trzeba będzie dbać nie tylko o najmłodszego czytelnika, ale właśnie i o tego dorosłego, którego potrzeby są zupełnie inne. Nie zapominajmy, że biblioteki publiczne mają z reguły dwa działy: dziecięco-młodzieżowy i dla dorosłych. Kto będzie decydował, do którego z działów robić teraz biblioteczne zakupy? Który dział okaże się ważniejszy? Kto będzie poszkodowany? Czy nie stanie się tak, że jednak… uczniowie? Bo przecież zamiast 30 egzemplarzy nowego wydania „Ten obcy”, która to książka cały czas jest w lekturze szkolnej, trzeba będzie kupić np. tylko egzemplarzy 15, bo jeszcze trzeba doposażyć dział dla dorosłych w ważne nowości. W sprawie czytelnictwa nikt nie powinien być poszkodowany, ani dorosły, ani tym bardziej małoletni czytelnik. Taka czy inna opcja sprawi jednak, że likwidacja bibliotek uderzy w tego najmłodszego. A z nieczytających dzieci wyrastają nieczytający dorośli. W Polsce jest och coraz więcej.

Podobno ta likwidacja ma przynieść oszczędności. Na przestrzeni ostatnich lat powstało kilka nowych ministerstw. Czy rozmnażanie tych instytucji przyniosło Polsce oszczędności? Moim zdaniem naraziło skarb państwa na wydatki. Powstało np. Ministerstwo Sportu. Dla mnie instytucja pozbawiona sensu, bo w ogóle inwestowanie państwa w sport uważam za idiotyzm. Pożytku z tego nie mamy, a tylko wydatki, ale… rozumiem, że trzeba igrzysk. Dla motłochu to są właśnie igrzyska. To właśnie skarb państwa pod nadzorem ministerstwa sportu przeznaczył kupę pieniędzy m.in. na Stadion Narodowy, który służy rozgrywkom piłki nożnej, a więc dyscypliny, w której Polska od lat nie odnosi sukcesów. Podobnie z kilkoma innymi dyscyplinami, że tylko przypomnę ostatnią ‚walkę’ Andrzeja Gołoty. Przypomnę też, że kilka lat temu jeden z dziś byłych już szefów tego ministerstwa został zabrany do aresztu niemal zza ministerialnego biurka. 17 kwietnia 2012 został skazany na 3,5 roku więzienia za korupcję. Powstanie tego resortu przyczyniło się, więc do oszczędności? Czy nie? Ja tylko nieśmiało przypomnę, że szefem kolejnego ministerstwa, które powstało niedawno jest ten minister, „Którego Imię Wstyd mi Wymawiać bez zażenowania” i który zgłosił projekt likwidacji bibliotek.

Czy nie jest przypadkiem tak, że najpierw celowo inwestuje się pieniądze w Ministerstwo Sportu, by za publiczne pieniądze dało plebsowi igrzyska, wątpliwej zresztą jakości. Potem tworzy się kolejne ministerstwa. Wszystko po to, by oszczędności szukać w kulturze i po raz kolejny ogłupiać społeczeństwo. Panowie posłowie, senatorowie, politycy etc.: „Nie idźcie tą drogą!”, że tak zacytuję wielokrotnie chorego na chorobę filipińską klasyka. Likwidacja bibliotek, zarówno szkolnych na korzyść publicznych, jak i publicznych na korzyść szkolnych to swoista metoda ogłupiania społeczeństwa. Ogłupiać lubiły systemy totalitarne. W końcu to ich władcy twierdzili, że ciemnym ludem łatwiej rządzić. Podobno mamy demokrację. Nie wystawiacie sobie dobrego świadectwa chcąc nas ogłupić. Mam jednak nadzieję, że znajdą się wśród nas – czytelników książek, użytkowników bibliotek i czytelników wartościowych stron internetu ludzie na tyle rozsądni, by skutecznie przeciwko temu pomysłowi zaprotestować. Mam nadzieję, że większość z nas, którzy jeszcze cokolwiek poza napisami na banknotach czytamy, podpiszemy protest przeciwko likwidacji bibliotek. Inaczej będziemy jak ludzie wspomnianego przeze mnie ostatnio filmu „Idiokracja”. Jego bohaterowie wszystkimi możliwymi Oskarami nagrodzili film, w którym przez 90 minut na ekranie była dupa. Czy naprawdę chcemy zamiast wysokiej kultury oglądać gołą dupę? czy naprawdę chcemy zamiast przewracać kartki papieru w książkach szeleścić toaletowym w szalecie?

Piszę to nie dlatego, że jestem pisarką i boję się, że nagle przestanę zarabiać. I tak nie zarabiam na tym, że ktoś chodzi do biblioteki. Płacą mi tylko za sprzedane książki, a z roku na rok sprzedaję ich co raz mniej, bo jako społeczeństwo biedniejemy, biedniejemy i biedniejemy. Przestańmy chociaż dawać się ogłupiać.


http://www.stoplikwidacjibibliotek.pl/

List do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

My, czyli środowisko ludzi kultury i książki, wystosowaliśmy ostatnio do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego następujący list. Jestem jednym z sygnatariuszy, więc publikuję.

Minister Bogdan Zdrojewski
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zwracamy się do Pana Ministra z apelem o podjęcie działań na rzecz przeciwdziałania katastrofalnej sytuacji czytelnictwa w Polsce. Według najnowszych statystyk 56% Polaków nie ma w ciągu roku żadnego kontaktu z książką. Nawet wśród ludzi z wyższym wykształceniem aż 25 proc. osób nie przeczytało ani nie przejrzało w 2010 w ciągu roku książki, nawet albumu ani książki kucharskiej. Czytanie w Polsce nie jest modne i Polacy w ogóle nie wstydzą się przyznać do tego, że nie czytają.

Analizując statystyki czytelnictwa w innych krajach europejskich, można się jednak łatwo przekonać, że skandalicznie niski poziom czytelnictwa w Polsce nie jest wcale uniwersalnym problemem naszych czasów. Inne kraje europejskie znajdują się w dużo lepszej sytuacji, a pomimo to nie szczędzą wysiłków i pieniędzy na dalszą promocję czytelnictwa. Przykładowo aż 75% Francuzów czyta w ciągu roku co najmniej jedną książkę, 38% czyta więcej niż 9 książek rocznie, 25% pomiędzy 10 a 24, a 15% więcej niż 25 książek w roku. Francja inwestuje duże pieniądze w promocję czytelnictwa, hojne programy stypendialne dla pisarzy i tłumaczy oraz dofinansowanie bibliotek.

W Szwecji w ostatnich 25 latach liczba osób regularnie czytających książki nie tylko nie zmalała, ale regularnie wzrastała. Według badań przeciętny Szwed czyta książki 20 minut dziennie. Jednak w związku z tym, iż dostrzeżono, że nieco maleje czytelnictwo wśród młodszych generacji, np. wśród 20-24-latków tylko 30% czyta książki codziennie, a wśród 9- 14-latków czyta codziennie tylko 59% dzieci (a nie jak wcześniej 72%), powstał właśnie na zamówienie szwedzkiego rządu wielki raport, którego celem jest zaproponowanie najlepszych metod przeciwdziałania negatywnym trendom i stworzenie mechanizmów jeszcze lepszej promocji czytelnictwa. Wkrótce na ten cel przeznaczone zostaną kolejne duże sumy z państwowej kasy.

Warto dodać, że to właśnie dzięki powszechności czytelnictwa w Szwecji i wielkiej miłości Szwedów do książek, obserwujemy od lat szwedzki „narodowy cud promocyjny”, którym jest światowa kariera literatury szwedzkiej. Książki te nie sprzedawałyby się na świecie, gdyby najpierw nie odnosiły wielkich sukcesów czytelniczych w Szwecji.

Tymczasem w niemal 40-milionowej Polsce przeciętny nakład książki to zawstydzające 2500 egzemplarzy, a kraj, który w trakcie polskiej prezydencji w UE wydał ogromne pieniądze na promocję swojego wizerunku, jako „kraju kultury” jest w gruncie rzeczy tym miejscem w Europie, gdzie przeważająca część społeczeństwa w ogóle nie czyta książek.

Cieszymy się, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w swoim raporcie rocznym informuje o najwyższym w historii, rekordowym budżecie, co jest w dużym stopniu osobistą zasługą Pana Ministra. Nie rozumiemy jednak, dlaczego wśród 3,5 miliarda złotych wydanych na kulturę w 2012 roku tak niewiele przeznaczono na promocję czytelnictwa oraz niedostatecznie dużo na wsparcie finansowe dla polskich bibliotek, w których od lat nie kupuje się wystarczająco dużo nowości wydawniczych. Wiemy, że obowiązek finansowania bibliotek leży przede wszystkim po stronie samorządów, ale to jedynie MKiDN poprzez radykalne zwiększenie swoich dotacji na biblioteki oraz na promocję czytelnictwa może dać ogólnonarodowy sygnał do zmiany tej sytuacji.

Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej w wywiadzie, którego udzielił „Krytyce Politycznej” w następujący sposób mówi o złej sytuacji polskich bibliotek „O atrakcyjności biblioteki decyduje zakup nowości. Biblioteka publiczna musi mieć książki, o których właśnie się mówi. W Polsce średni nakład książki to 2,5 tysiąca, beletrystyki – 4 tysiące, a bibliotek jest ponad 30 tysięcy. Według nieopublikowanych jeszcze statystyk Biblioteki Narodowej w 2011 roku średnia zakupu nowości wyniosła 7,2 wolumina na 100 mieszkańców. Średnia w Europie to 25, w Danii – ponad 30, a w Estonii – 36. Te siedem woluminów oznacza, że polskie biblioteki w większości tylko wymieniają zaczytane lektury szkolne.”

Apelujemy o podjęcie dodatkowych i bardziej zdecydowanych działań na rzeczy promocji czytelnictwa w Polsce i przeciwdziałanie wielkiej katastrofie kulturalnej, u progu której już się znajdujemy. Jedną z najważniejszych i najprostszych do realizacji kwestii jest znacząca pomoc finansowa dla polskich bibliotek. Nie jest to jedyna rzecz, którą trzeba zrobić, ale jest to coś, co można zrobić natychmiast.

Prosimy o to, by Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wydając publiczne pieniądze między innymi na niezwykle cenną „promocję Polski jako kraju kultury” podjęło jeszcze większy wysiłek na rzecz zmiany tragicznej sytuacji kulturalnej, w jakiej znajduje się kraj, w którym ponad połowa społeczeństwa nigdy nie sięga po książki.

Z poważaniem,

Katarzyna Tubylewicz – pisarka, tłumaczka, w latach 2006-2012 dyrektor Instytutu Polskiego w Sztokholmie; Anna Dziewit Meller, dziennikarka, pisarka; Marcin Meller, dziennikarz; Profesor Zygmunt Bauman, filozof, socjolog; Agnieszka Holland, reżyserka; Profesor Aleksandra Jasińska-Kania, socjolożka; Ewa Lipska, pisarka; Agata Tuszyńska, pisarka; Beata Stasińska, wydawca; Joanna Bator, pisarka; Justyna Sobolewska, dziennikarka; Piotr Buras, politolog, publicysta; Aleksandra Szymańska, dyrektor Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku; Justyna Czechowska, agentka literacka, tłumaczka, członkini zarządu Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury; Zbigniew Kruszyński, pisarz; Krystyna Kofta, pisarka; Alicja Buras, tłumaczka literatury niemieckojęzycznej; Jacek St. Buras, tłumacz, redaktor serii literatury niemieckojęzycznej KROKI; Magdalena Zielonka, redaktor; Gabriela Niedzielska, Agencja Autorska Autograf; Małgorzata Karolina Piekarska, dziennikarka, pisarka; Ewa Baj, producentka telewizyjna; Grzegorz Kasdepke, autor książek dla dzieci; Joanna Nikodemska, dziennikarka; Barbara Kosmowska, pisarka; Paulina Wilk, pisarka, publicystka, założycielka oficyny wydawniczej Wilk& Król; Anna Król, organizatorka festiwalu literackiego Big Book Festival, teatrolog, założycielka oficyny wydawniczej Wilk& Król; Ewa Winnicka, reporterka; Joanna Laprus Mikulska, dziennikarka, redaktor naczelna PAPERmint Magazynu o książkach; Paweł Szwed, wydawca; Alek Tarkowski dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska; Roksana Jędrzejewska-Wróbel, doktor literaturoznawstwa, pisarka; Zofia Jabłonowska-Ratajska, krytyk sztuki, publicystka; Jarek Szubrycht, dziennikarz; Anna Onichimowska, pisarka; Jacek Hugo-Bader, reporter; Grażyna Plebanek, pisarka; Magdalena Raczyńska, kuratorka programu literackiego w Instytucie Kultury Polskiej w Londynie; Mikołaj Łoziński, pisarz; Olga Tokarczuk, pisarka; Leonard Neuger, literaturoznawca; Magdalena Środa, filozofka, publicystka; Agnieszka Rudzińska, menadżerka kultury, współtwórczyni MHŻP; Piotr Mucharski, redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego; Sławomir Paszkiet, tłumacz; Cezary Łazarewicz, dziennikarz; Michał Jakubik, wydawca; Sławomir Ratajski, artysta, wykładowca, dyrektor Polskiego Komitetu ds. Unesco; Marek Beylin, dziennikarz, Gazeta Wyborcza; Andrzej Franaszek,”Tygodnik Powszechny”; Maria Kulik bibliotekarz, prezes Polskiej Sekcji IBBY; Zofia Beszczyńska, pisarka; Marzena Stefanska-Adams, Wydawnictwo Kwiaty Orientu; Małgorzata Kąkiel, krytyk literacki; Małgorzata Szczurek, wydawca; Anna Janko, pisarka; Maciej Cisło, poeta, pisarz; Tomasz Jastrun, pisarz; Grzegorz Jankowicz, Tygodnik Powszechny; Mike Urbaniak, dziennikarz; Magdalena Heydel, tłumaczka, wykładowca UJ;

Różne więzienia

Od dwóch lat jestem w zarządzie Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Dużo mnie to uczy. Przede wszystkim poznaję pisarskie środowisko od innej strony. Czasem się dziwię, czasem cieszę, czasem smucę, a czasem jestem zszokowana. Proszę nie wietrzyć podstępów. Po prostu wszystko jak w życiu. W czwartek się cieszyłam. Dziś było mi strasznie smutno. Cóż…

W czwartek udała mi się akcja, którą wymyśliłam pod wpływem artykułu przeczytanego gdzieś w sieci. Wynikało z niego, że polskie więzienia od przemian ustrojowych nie kupiły do swoich więziennych bibliotek ani jednej książki. Ludzie, którzy siedzą w polskich ciupach mogą więc czytać tylko to, co im ktoś przyniesie lub PRL-owskie starocie. A przecież np. ja mam w domu mnóstwo książek, które nie są mi potrzebne. Już je przeczytałam i do nich nie wrócę. Wymyśliłam więc, byśmy w Stowarzyszeniu zebrali książki dla więzień i zrobili to przed świętami, by książki trafiły do ciup jeszcze przed wigilią. Czasu było mało. Na zbiórkę mieliśmy tak naprawdę tylko dziesięć dni. Czy nam się uda? Ponieważ jesteśmy odziałem warszawskim, więc zbieraliśmy książki dla wiezień Mazowsza. Udało się! Zebraliśmy mniej więcej trzy pudła pełne woluminów. Takie wielkie jak po starych telewizorach. Książki nie były zniszczone. Nie były też z gatunku tych, których nikt nie chce. Były książkami, które my już znamy i możemy się z nimi rozstać. Chodziło nam o to, by dać ludziom poezję, beletrystykę, opracowania naukowe, książki popularnonaukowe etc. W końcu w więzieniu siedzą różni ludzie. To tak naprawdę cały przekrój społeczeństwa tyle, że za kratami. Nie wszyscy są niebezpiecznymi bandytami. Są i alimenciarze i księgowi skazani na odsiadkę za malwersacje, a nawet przecież politycy, że tylko Beatę Sawicką wspomnę.

Dlatego mazowieccy więźniowie dostali od nas przekrój literatury, która może zainteresować przeciętnego człowieka. Były tu m.in. kryminały, romanse, książki historyczne, poezję, powieści historyczne, przygodowe, naukowe, a także publikacje o politykach – Balcerowiczu, Marcinkiewiczu i Gomułce. Gdy w czwartek rozmawiałam z rzeczniczką służby więziennej, bo informowałam ją, że książki są odo odebrania w Domu Literatury, słyszałam w jej glosie prawdziwą radość. Dlatego i ja się cieszyłam. Dziś posmutniałam i to bardzo.

Wszystko dlatego, że wtedy w czwartek odebrałam też ze Stowarzyszenia paczkę dla jednego ze starszych członków. Tak to jest, że na święta przygotowujemy paczki dla tych najstarszych, samotnych i potrzebujących. U tego starego zasłużonego pisarza byłam z paczką przed rokiem. W domu żona częstowała herbatą. Rozmawialiśmy ze dwie godziny. O kondycji literatury, o rynku wydawniczym, o nagrodach, stypendiach ministerialnych, dawnych czasach, plotkach, anegdotach etc. W tym roku okazało się, że mój podopieczny jest w szpitalu. Dziś pojechałam do niego z paczką do lecznicy i… zdołowałam się. Nie wiem czy słodycze, kawa, herbata i mandarynki przydadzą się człowiekowi, który leży na chirurgii naczyniowej na sali pooperacyjnej. Ale co innego miałam mu dać? Książkę? Gazetę? Podopieczny był tak słaby, że zamiast długiej rozmowy pełnej anegdot tylko złożyłam życzenia. On szepnął dziękuję i ręką dał znak, że nie może mówić. Nie ma po prostu siły.

I tak sobie pomyślałam, że udało nam się (mam przynajmniej taką nadzieję) przynieść przed świętami radość do kilku więzień dając penitencjariuszom książki. A nie udało się przynieść jej pisarzowi. Co za ironia losu. Mój podopieczny nie zrobił nic złego. Po prostu jest stary i chory, a teraz podłączony do aparatur. I też jest w czymś w rodzaju więzienia. Mam nadzieję, że nie zostanie w nim na zawsze.

I to są moje życzenia na święta dla wszystkich, którzy są w jakichś rodzajach więzień. Oby nie zostali w nich na wieki. Zwłaszcza jeśli nie zasłużyli.