Archiwa tagu: kultura

Jak Bożena Szwejka, ale z trudem się powstrzymuję…

Dzielny Wojak Szwejk nie rozstawał się z listem od pewnej Bożeny. Jego treść czytelnicy znają stąd, że przeczytał go kiedyś na głos porucznikowi Lukasowi. Co napisała Bożena?

Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam ‘Pod Indykami’, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz ‘Pod Zieloną Żabą’ z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop.

Gdyby rzecz się działa nie 100 lat temu, tylko obecnie, to owa Bożena nie pisałaby listu do Szwejka, a dzwoniła do niego z… wychodka. Twarz zapewne trzymając koło wyżej wspomnianej dziury w desce. Twierdzę tak na tej podstawie, że ostatnio rzadko bywam w domu, a co za tym idzie sporo skorzystam z publicznych szaletów w różnych miejscach. I w tychże miejscach bardzo często zmuszona jestem wysłuchiwać rozmów telefonicznych ludzi, którzy oddają się czynnościom fizjologicznym nie przerywając konwersacji. Za każdym razem zdumiewa mnie to, bo przecież w trakcie tych rozmów tu i owdzie rozlegają się różne „kiblowe odgłosy”, z których spuszczanie wody lub trzask zamykanej deski są tymi najłagodniejszymi i najbardziej eleganckimi.

Przyznam, że z trudem się powstrzymuję, by będąc zmuszaną do wysłuchiwania paplanin i trajkotań (obgadywanie znajomych, relacja z wykładu na uczelni, relacja z zebrania w pracy, relacja z zakupów, kłótnia z rodzicielką), nie dodać od siebie kilkudziesięciu skandalicznie głośnych odgłosów. Wprawdzie dodałabym je ustami, ale już we wczesnym dzieciństwie (jak każde pacholę) do perfekcji opanowałam naśladowanie tych wykonywanych całkiem odwrotną częścią ciała. Bo myślę, że albo świat zwariował albo w XXI wieku WC jest ostatnim miejscem, w którym w ciszy i skupieniu jesteśmy sam na sam z własną fizjologią.

I pomyśleć, że u Luisa Buñuela w filmie „Widmo wolności” była scena, która wszystkich śmieszyła. Oto ludzie siedzieli przy stole na… sedesach. Rozmawiali przeglądając gazety i… defekując. Oglądając to pierwszy raz nie odbierałam tej sceny jako proroczą, a jednak! Po ostatnich wizytach w publicznych szaletach nie jestem pewna, czy nie zmierzamy w tym kierunku.

No to… do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania. Koniecznie koło tej dziury w desce.

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Co interesuje media, czyli bardzo gorzka refleksja

Gdy kilka dni temu po raz drugi wywieszałam na bramie swojego domu kartkę oraz kiedy pisałam o Staruchu-Sraluchu na blogu nie przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót. Okazuje się bowiem, że nie tylko muszę cierpliwie i pokornie znosić gówno w ogrodzie, ale jeszcze muszę znosić dziennikarzy, którzy nagle zapragnęli zrobić o tym za przeproszeniem sraniu w ogródku temat. Pytanie: po co?

Wszystko zaczęło się od tego, że przechodnie sfotografowali moją kartkę, zamieścili ją w sieci na różnych forach i rozpoczęli dyskusje. Ich uczestnicy, kompletnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji prawnej w jakiej jest mój dom, zaczęli snuć różne fantastyczne teorie na ten temat, a nawet wygadywać, że sama jestem sobie winna skoro mam takie ogrodzenie jakie mam. Jakby zapominali, że np. w USA, w które tak jesteśmy zapatrzeni i którego mamy kompleksy, ludzie nie grodzą swoich posesji. W każdym razie po dyskusjach i publikacji kartki w sieci zainteresowały się tym media, a że pod kartką jestem podpisana, więc wiedzieli gdzie szukać. Niestety na tym skończyła się inteligencja większości z dziennikarzy. Wpisu na blogu nie znaleźli, a gdy im podsyłałam przeważnie nie czytali, bo zaczynali zadawać pytania, na które odpowiedzi bez problemu można znaleźć w moim felietonie. Brzmiały bowiem: „Czy wiemy kto defektuje w moim ogrodzie?”, „Czy rozmawialiśmy z nim?” I tak dalej.

Jedna niemiła dziennikarka zadzwoniła i niezwykle niesympatycznym tonem zaczęła sugerować, że nie jestem w porządku, bo grożę biednemu człowiekowi! Czyli znów pojawiło się rozumowanie, że robienie kupy na czyjejś posesji jest bardziej w porządku od wywieszania kartki, na której defekujący nazywany jest bydlakiem i zboczeńcem. (A kim jest?) Kilku dziennikarzy, (w tym jedna pani przez telefon i to dyktatorskim tonem), sugerowało, że powinnam zawiadomić straż miejską. Nie bardzo widzę sens. Jakieś 5-6 lat temu, przy okazji realizacji jakiegoś miejskiego tematu dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, opowiadałam o tym strażnikom miejskim. Sami powiedzieli, że sprawa ciężka, bo trzeba kogoś złapać na gorącym uczynku. Doradzili monitoring lub ogrodzenie. Niestety tego zrobić nie mogłam, co za chwilę wyjaśnię.

Ponieważ doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy stacjonarny telefon domowy wręcz się urywał, a i komórka dzwoniła bez przerwy, napływały też maile, a na dodatek zaczęłam dostawać wiadomości na Facebooku, więc zdecydowałam się przygotować list do wszystkich mediów, który zamieściłam w postaci notatki na oficjalnym profilu na portalu Facebook i wysłałam tym, którzy tematem się zajęli lub do mnie napisali. Szczególnie, że próbowano mnie namówić do wzięcia udziału w sesji fotograficznej na mojej posesji. (sic!) Dobrze, że nie z gównem w ręku!

Mój list do mediów brzmiał tak:

Do dziennikarzy w sprawie „Kupy na Kępie”

Szanowni Państwo,

Ponieważ od kilku godzin napływają do mnie pytania dziennikarzy dotyczące drugiej kartki, którą wywiesiłam na resztkach ogrodzenia mojego domu na Saskiej Kępie dlatego informuję. Ja jestem autorką, a podpisałam się pod nią, gdyż brzydzę się anonimowością etc. Sprawę opisałam kilka dni temu na swoim blogu, a dokładnie tu:
http://piekarska.blog.pl/?p=137613

Mogą sobie Państwo tę kartkę (i poprzednią) cytować do woli.

Dom został wybudowany przez moją prababkę Leokadię Karolinę z Przybytkowskich Adamską, której córka Janina wyszła za mąż za mojego dziadka Bronisława Piekarskiego. Ponieważ w sieci snute są fantasmagorie na temat nieruchomości, więc wyjaśniam: Jestem właścicielką udziałów w tym domu (3/8 nieruchomości). Z jedną z pozostałych współwłaścicielek (1/8 nieruchomości) jestem w sąsiedzkim konflikcie. Pani wytoczyła mi kilka procesów o różne bzdury, były momenty, gdy wzywała policję co kilka dni, a na mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest polskim aktorem, wychowanym jednak na Ukrainie a urodzonym w Moskwie, nasyłała nawet służby emigracyjne, by sprawdziły legalność jego pobytu w Polsce! Ten konflikt sąsiedzki paraliżuje wszelkie remonty, z tego też powodu, gdy bezdomni rozkradli ogrodzenie na złom pozostaje ono w takim stanie. Ponieważ współwłaścicielka wydłubała zamek z drzwi i od wielu lat nie zgadzała się na zrobienie nowej bramy zapewniając, że zrobi to sama – ogrodzenie nie zostało do dziś naprawione. Myślę, że powoli zbliżamy się do porozumienia, kiedy zrobienie nowego ogrodzenia będzie możliwe bez angażowania do tego sądu, policji etc.

Opisany przeze mnie Staruch-Sraluch defekuje w takim miejscu, w którym nie da się zainstalować kamery.

Zdecydowałam się na wywieszenie kartki, gdyż „procedura regularnej defekacji w moim ogrodzie” trwa już coś około 6 lat, a nie mam już innego pomysłu jak zniechęcić Pana do zdejmowania spodni i wypinania się w tym miejscu.

I na koniec taka refleksja: szkoda, że literatura, którą zawodowo się zajmuję, nie budzi takiej emocji mediów, jak za przeproszeniem gówno.

Wydawało mi się, że temat jest załatwiony. Że ostatnie zdanie puentuje wszystko. Myliłam się. Dziś znów dziennikarze zaczęli wydzwaniać i pisać maile, próbując namówić na wywiad i fotografię. Generalnie nie bronię mediom pisać o gównie w moim ogrodzie. Jestem za wolnością słowa. Chcą pisać o gównie – mogą to zrobić. Sama przecież o tym napisałam (choć w świetle pewnego absurdu, że komuś wolno robić u mnie kupę, a mnie nie wolno nazywać rzeczy po imieniu, bo obrażam go!), więc mogą mnie zacytować. Ale nie będę nikomu udzielała na ten temat wywiadów, bo uważam to po prosu za głupie i niesłużące niczemu. No i na pewno nie będę się fotografowała w temacie kału. Fotografuję się z książkami a nie cudzymi stolcami. Próbowałam to wyjaśniać każdemu z osobna, ale mam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych szkół dziennikarskich. Niby tematy leżą na ulicy i trzeba tylko je podnieść. Ale czy wszystkie warto podnosić? Wydawało mi się, że ta moja jednozdaniowa refleksja pod listem do dziennikarzy wyjaśnia chyba wszystko, właściwie ustawia proporcje i wskazuje jaki poziom powinny reprezentować polskie media. Ponieważ nie dotarło, więc napiszę dosadniej zadając retorycznie kilka pytań:

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy premierę miał patriotyczny monodram Ulubionego „Listy do Skręcipitki” oparty na napisanych przeszło sto lat temu listach mojego pradziadka do prababci? Monodram opowiadał o tęsknocie za Ojczyzną, miłości do żony etc.? Baner ze zdjęciem ze spektaklu wisiał na moim domu wiele miesięcy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, gdy wydawałam niezwykle warszawską książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” i zapraszałam na promocję do Domu Literatury? Pisałam w niej o historii mojego miasta, a także przeprowadzałam przez jego dzielnice i epoki historyczne, pokazując w dowcipny sposób cały koloryt stolicy.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy wraz z Ulubionym oraz Januszem Leśniewskim wystawialiśmy w Promie Kultury Saska Kępa lub Amfiteatrze w Parku Sowińskiego moją sztukę „Bubloteka”? To opowieść o tym, jak popkultura zabija kulturę, a wyznania celebrytów bardziej liczą się niż naprawdę wartościowe publikacje.

Czemu nie interesowali się mną Państwo, kiedy zapraszałam do Domu Spotkań z Historią na promocję książki „Syn dwóch matek”? Napisanego do spółki z nieżyjącym Ojcem wstrząsającego, osobistego reportażu o zagładzie Zamojszczyzny, germanizacji polskich dzieci i okropnościach wojny?

Przy tych wszystkich czerech okazjach (pominę inne) wysyłałam kilka tysięcy zaproszeń do wszystkich redakcji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Podobną liczbę zaproszeń, informacji etc. wysyłali wydawcy, organizatorzy i tak dalej. Za każdym razem odzew mediów był niewielki.

Pytam o to wszystko retorycznie, bo odpowiedź znam. Dziennikarze, tak licznie szturmujący mnie w sprawie gówna, a tak jednostkowo pytający o to, co naprawdę jest wartościowe i ważne, wtedy, gdy do nich pisałam mieli mnie tam, skąd gówno wychodzi, czyli w dupie. To niesamowite, jak ten zawód, który przecież sama uprawiam, stracił na prestiżu i powadze. Że ludzi interesuje gówno w ogrodzie a nie tak poważne tematy jakimi się zajmuję!

I już na koniec. Przyjechałam do domu wieczorem. Kartka z bramy zniknęła. Podejrzewam, że zdjęła ją sąsiadka współwłaścicielka. Być może wkurzona na snujących się pod domem fotoreporterów. Mam nadzieję, że mimo tego, gdy zajmiemy się robieniem ogrodzenia nie będzie protestować i ciągać po sądach, jak to ma we zwyczaju. Ale ogrodzenie będziemy robić dopiero za kilka tygodni. Przez ten czas Staruch-Sraluch może nie raz narobić mi w ogródku. Nie wiem jednak czy znów wywieszać kartkę. Bo prawdę mówiąc nie wiem czy nie lepsze gówno od bandy skretyniałych kolegów-dziennikarzy, którzy w śmierdzącym stolcu wietrzą sensację, a gdy mam im coś naprawdę ciekawego do powiedzenia nie są tym w ogóle zainteresowani.

PS I tylko portal Warszawa w pigułce zachował się w porządku, bo przyjął wyjaśnienia, opublikował list i przedrukował mój poprzedni felieton.

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

Miejsce święte?

Kilka lat temu pewna bibliotekarka po spotkaniu autorskim spytała mnie, czy chciałabym żyć w XIX wieku. Zdziwiło mnie to pytanie.

- Tyle pani o nim opowiada, więc stąd taka moja refleksja – wytłumaczyła.

Cóż… rzeczywiście sporo o tym mówię, ale ze względów na ciekawą historię, obyczaje etc. Nie znaczy to jednak, że chciałabym cofnąć się w czasie. Zwłaszcza, że wtedy miałabym poważny problem z robieniem tego co robię. Musiałabym bez przerwy rodzić dzieci, być może mężowi, którego bym nie kochała, a na dodatek być może nie mogłabym się kształcić. Jest jednak coś w zamierzchłych czasach, co mi się podobało. To pewien obyczaj, który zapewniał nam bezpieczeństwo i w XIX wieku, a zwłaszcza poprzednich jeszcze obowiązywał. Nazywał się „miejsce święte”. Był nim kościół i cmentarz. Ten, kto bezcześcił kościół lub cmentarz podlegał najwyższej karze i społecznemu ostracyzmowi. Bo przez wieki to kościół był tym miejscem, w którym schronienie się w czasie wojny gwarantowało ludziom przeżycie. W kościele nikt na nikogo ręki by nie podniósł, ze strachu przed wiecznym potępieniem. Nie do pomyślenia też było podpalenie świątyni w celu wykurzenia z niej tych, którzy się tam ukryli. Nie do pomyślenia byłoby wtargnięcie tam i wywlekanie z niej ludzi. Tymczasem wczoraj z francuskiego kościoła wyrzucono siłą wiernych i księdza. Zrobiono to w trakcie mszy. Powód? Kościół wraz z terenem został sprzedany, ma być dekonsekrowany i zburzony, pod nową budowę.

Jakiś czas temu czytałam o historii z Aleksandrowa Łódzkiego, w którym „komornik zlicytuje za długi właściciela, czyli Fundacji Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur, wyposażenie kościoła św. Stanisława Kostki. Na sprzedaż trafią ławki, obrazy, ołtarze i żyrandole. Do kupienia jest m.in.: drewniany konfesjonał, ambona oraz kompletny ołtarz główny z tabernakulum. Po ich sprzedaży kościół zostanie niemal pusty.” 

Z kolei trzy dni temu para ludzi pomazała pomnik Bieruta. Posłużę się tu cytatem ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości: „W dniu 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, policja bez wiedzy i udziału prokuratury, zatrzymała dwoje ludzi, którzy na nagrobku Bolesława Bieruta namalowali czerwoną gwiazdę i napisali „kat” i „bandyta”. Zatrzymanych przewieziono na komisariat. (…) Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zażądał od prokuratora regionalnego doprowadzenia do natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej udali się na komisariat, aby doprowadzić do ich niezwłocznego wypuszczenia na wolność.”

W wieku XIX i wcześniejszych, bezczeszczenie grobu na cmentarzu spotykało się z najwyższym potępieniem i nie ważne kim był zmarły. Cmentarz uważano po prostu za miejsce święte, a miejsce ostatecznego spoczynku również świętym było. Nie bezczeszczono nawet grobów morderców. Najwyżej chowano ich pod płotem, bez tabliczek itd. Tymczasem dziś trwa schamienie obyczajów, o którym kiedyś pisałam. Dowodem jest nie tylko to, że wiele osób ucieka się do inwektyw w pisaniu o Prezydentach, Papieżach, Noblistach etc., a przecież jeszcze siedemdziesiąt lat temu nawet o Hitlerze tak nie mówiono. W książce „Satyra w konspiracji” nie ma nawet jednego dowcipu o Hitlerze, który by zawierał wyraz „chuj”. Tymczasem dziś dowodem na to schamienie jest również nasz stosunek do kościoła i cmentarza oraz znajdujących się na nim grobów. Czy to dobra droga?

Jeżeli tak, jeżeli ma to iść w tym kierunku, że wolno bezcześcić czyjś grób, to ja poproszę Ministerstwo Sprawiedliwości o listę nazwisk ludzi, których groby można mazać i na które można pluć. Przecież w naszym narodzie wzrasta liczba frustratów, którzy chętnie ulżą sobie plując, kopiąc, mażąc i dewastując takie miejsca.

I tylko tak na koniec refleksja. Ta lista nazwisk w miarę upływu czasu może się zmienić. Kto zagwarantuje spokojny wieczny odpoczynek tym, którzy dziś godzą się na niszczenie czyjegoś grobu? Przecież nie tylko fortuna kołem się toczy.

PS W związku z głosami, że zdarzało się iż w historii nie przestrzegano świętości chcę zauważyć, iż podobno z wiekami coraz bardziej się cywilizujemy! Dlatego jeżeli mamy równać do barbarzyńskiej hołoty, która tego niepisanego prawa nie przestrzegała, to tym bardziej proszę o tę listę!

Dzień dziwaka i dziwki, czyli świat na opak

Podczas porannej prasówki, (w której nie ukrywam, pomaga Facebook), natrafiłam na artykuł sprzed dwóch tygodni, jaki ukazał się w Gazecie Powiatowej, o tym, że ktoś oskarżył iż, szkoła w Chotomowie promuje ideologię gender i zboczenia. O co chodziło? „Rodzice ze Szkoły Podstawowej w Chotomowie postanowili zorganizować dla swoich dzieci zabawę, która na celu miała uczyć dzieci tolerancji, dystansu do siebie a także integrować. Zabawa o nazwie „Dni Dziwaka” miała trwać przez cały tydzień i miała zaangażować dzieci, nauczycieli, pracowników szkoły. Na poszczególne dni przygotowano dla dzieci kolejne zadania.” – napisano w artykule. Dalej podano treść zadań, którymi miał być: m.in. „dzień dziwnych nakryć głowy”, „dzień kibica”, „dzień ważniaka i człowieka sukcesu”, „dzień skarpetek nie do pary” i „dzień na opak”, kiedy to dziewczynki miały się przebrać za chłopców, a chłopcy za dziewczynki. I ta ostatnia propozycja spowodowała, że Pan podpisujący się jako Aleksander Podlecki napisał do szkoły list z protestem. List brzmiał: „Dzień na opak – dziewczyna czy chłopak” to propozycja szkodliwa psychologicznie dla dzieci. Zaburza ona układ identyfikacji płciowej osobowości dziecka i przeciwdziała integracji jego osobowości. Oswaja z patologiami identyfikacji płciowej ze świata dorosłych i sprawia, że dziecko staje się na takie patologie otwarte. Stanowczo przeciw temu protestuję. Zabawa i kreatywność może być dobra i zła. Ta zabawa jest destrukcyjna. W szkole więcej potrzeba kreatywności w nauce niż w szalonych zabawach.”

Kadr z filmu „Dziewczyna i Chłopak” (źródło: Filmpolski.pl)

Teoretycznie powinnam się przyzwyczaić, że z roku na rok stajemy się coraz bardziej święci od Papieża, bo tylko przypomnę święte oburzenie jednej matki na moją książkę „Tropiciele”, w której znalazł się wyraz „dziwka”. Jednak zatracanie się niektórych osób w chorej poprawności politycznej zaczyna przybierać rozmiary mocno karykaturalne. A przecież przebieranki znane są od wieków. Pomijam antyk, gdzie w antycznych teatrach greckich role kobiece grali tylko mężczyźni. Pomijam ludowość i fakt, że od ponad 150 lat w podradomskim Jedlińsku wystawiane jest zapustne widowisko pt. „Ścięcie śmierci”, w którym biorą udział tylko mężczyźni odgrywając różne role, w tym kobiece. Jak na razie nie czytałam, by ktokolwiek z nich z tego powodu został… homoseksualistą, czy zboczeńcem! Ale cóż… dorośli. A co z dziećmi? Przed ponad półwieczem Hanna Ożogowska napisała książkę pt.: „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek”. O Tosi i Tomku, bardzo podobnym do siebie rodzeństwie, które by nie denerwować taty, na chwilę zamieniło się rolami. Chwila jednak zmieniła się w całe wakacje. Jak się to stało? Otóż chłopak narozrabiał i dostał do wyjazdu na wakacje szlaban na wychodzenie z domu. Gdy tata wyszedł do pracy Tomek uparł się na chwilę wyjść, by rozprawić się „po męsku” z kolegą. Żeby sprawa się nie wydała w domu została siostra, która miała udawać brata. Niestety w międzyczasie przyjechał znajomy zabrać Tomka na wakacje do leśniczówki. I tak Tosia przebrana za Tomka wyruszyła w świat pełen ciemności, zwierząt, jazdy konnej itd. Gdy do domu wrócił Tomek musiał z podbitym okiem, w sukience w różyczki wyjechać jako Tosia na wieś do ciotki Isi i odgrywać tam rolę niańki dla cioteczno-ciotecznego rodzeństwa. Dzięki przebierance rodzeństwo przeżywa masę przygód, dowiadując się czegoś nie tylko o sobie, ale i swoich płciach. „Oj! Nie łatwo być dziewczyną!” „Oj. Nie łatwo być chłopakiem!” – wołała do czytelników w swojej książce Hanna Ożogowska. Dziś, po raz pierwszy w życiu myślę, że to dobrze, że już nie żyje. Umarła by zapewne po raz drugi ze zgryzoty, zdumienia i nerwów. Bo sądząc po reakcjach na moją książkę, na „Dzień dziwaka” i inne historie, pewnie za „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na czternaście fajerek” byłaby najpierw ciągana po sądach przez oburzonych rodziców, którzy w książce znaleźliby deprawację i zmuszanie chłopaka do „spedalenia”. Podejrzewam, że stowarzyszenia pisarskie zostałyby zawalone donosami, na nią, bo przecież zmuszanie chłopaka do chodzenia w spódnicy to straszna genderowa zbrodnia. A i głupi rodzice, którzy zapewne zapomnieli, jak sami byli dziećmi, wypisywaliby różne protesty, których treść mogę sobie tylko wyobrazić. A gdyby zajrzeli do jej książek „Chłopak na opak” oraz „Raz gdy chciałem być szlachetny” mogliby zwrócić uwagę na pochwałę lenistwa, kombinatorstwa, kłamstwa itd. Brrr!

Wspomnienie dzieciństwa. #ozogowska #hannaozogowska #ksiazka #autograf

Co ciekawe, po proteście pana Aleksandra zmieniono w szkole zasady dnia dziwaka. „Przychylając się do państwa próśb, zmieniamy zasady jutrzejszego dnia dziwaka. Wtorek – „Dzień na opak – świat staje na głowie”. Tego dnia zaszalejemy!!! Rób wszystko na opak – załóż ubranie na lewą stronę, a może tył na przód. But prawy na lewą, a lewy na prawą, idź do przodu cofając się i cofaj się idąc do przodu. Może dzień zamieni Ci się z nocą? Liczymy na wasze kreatywne pomysły. – Rada Rodziców.” A ja czytając te rewelacje, a zwłaszcza komentarze pod artykułem obawiam się, że wariactwo w społeczeństwie dopiero się zaczyna, zaś kreatywność poprawnych politycznie rodziców się dopiero rozkręca. Podejrzewam też, że teraz, gdyby jednak jakiś chłopiec chciał się przebrać za dziewczynkę, to jego rodzice zostaliby postawieni przed sądem rodzinnym za chowanie w domu zboczeńca. Nikt by tego zachowania nie nazywał kreatywnością. A szkoda. bo gdy byłam dzieckiem przebieranki były normalne. Ten szlaban na zabawę w przebierankę zmusza mnie do zadania pytania. W co dzieci mają się bawić? Bo na drugim biegunie są zabawy w wojnę i w… aż się boję napisać w co. Dlatego posłużę się cytatem: „…dr Epstein – praski profesor, przechodząc któregoś poranka między barakami oświęcimskimi zobaczył bawiące się dzieci. Siedziały sobie w piasku i przesuwały jakieś patyczki. Starszy człowiek zapytał je, co robią. W odpowiedzi usłyszał słowa, które go zmroziły i zszokowały do głębi: „My się bawimy w palenie Żydów”. Nie wiem, jak Pan Aleksander Podlecki, ale ja wolę „Dzień dziwaka”. A nawet dziwki, że tak nawiąże do świętego oburzenia matki czytelniczki moich „Tropicieli”, w których znalazł się poświęcony wyzwiskom rozdział pt. „Dziwak i dziwka”.

W szponach Koprofaga, czyli jak rzyć? Z takim czytelnikiem?

Uwaga! Nie jeść przy czytaniu! 

Wiele miesięcy temu pewien pan pisał do mnie osobliwe listy o defekacji. Było ich kilka. W jednym z nich wyczytałam (pisownia oryginalna):

„kiszka stolcowa nie może być ofiarą pisarskiej wrażliwości poznawczej i trzeba umieć oddzielić ją od kału, a więc elementu bardziej hedonistycznego w tym konkretnym pani przypadku ja nie wiem, po co pani w ogóle pisze, proszę się więcej koncentrować na niepisaniu i proszę się wyciszyć wewnętrznie, to wpłynie korzystnie na jelito.”

W innym:

„Nie można delektować się wyjadaniem kupy z czyjegoś jelita, jednocześnie odgryzając darczyńcy kiszkę stolcową, która naturalnie jest bardziej pożywna, smaczna, ale to jest sprzeczne z historycznie ewoluującym imperatywem moralnym.”

Do dziś nie wiem, czym sprowokowałam te listy, więc zapewne jestem debilem, jak ów pan to sugeruje. W każdym razie wtedy odesłałam nadawcę do psychiatry i o sprawie zapomniałam. Miałam nawet wrzucić jego adres do blokowanych, ale z nadmiaru zajęć też wyleciało mi to z głowy. Pan zresztą przestał pisać. Dziś nadszedł list:

„Pani zasugerowała, abym poszedł do psychiatry, nie mając do tego uprawnień medycznych. Pisarzyna czwartej kategorii nie ma prawa wydawać diagnoz medycznych. To niemoralne w świecie wartości liberalnych oraz nieliberalnych. To zdradza manię na tle menopauzy albo na tle własnej zbydlęconej natury.
Pani powinna zrobić wiwisekcję swojej twórczości. Proszę teraz wdrapać się na stół albo biurko, rozkraczyć się i obesrać wszystkie swoje maszynopisy, łącznie z klawiaturą komputera. Jeśli jelito grube nie chce wydalić gówna, proszę podrapać je paznokciem wskazującego palca, nawet dyscyplinarnie raniąc odbytnicę. Paznokieć powinien być polakierowany na brązowo. Proszę starać się wybrać z kału wszystkie niestrawione elementy i jeszcze raz je zjeść. Wszystko powinno być strawione. Bo jeśli nie, to znów będzie Pani zmuszona obesrać swoją twórczość od nowa, no i oczywiście jeszcze raz skonsumować niesfermentowane części kupy. Być może trzeba będzie namawiać Panią do konsumpcji własnych sików. Pewien krakowski kompozytor po takiej wiwisekcji napisał wspaniałą sonatę na wiolonczelę, pierdzący tyłek i fortepian. Pani nigdy nie stworzy arcydzieła, ale jest szansa malutkiego postępu. Proszę dbać o higienę własnej sraki i po skończeniu srania oraz wyjadania niestrawionego kału trzeba dupę wytrzeć o ścianę. A potem to wylizać.
Rozumiem, że ma Pani odrobinę sprytu, aby wiwisekcja się udała. Nie potrzeba wielkiego rozumu, Pani móżdżek jest akurat odpowiedniej wielkości do przeprowadzenia tej prostej przecież procedury.
Proszę również nie pisać do mnie, bo jestem zajęty i nie zamierzam w tym roku poświęcić Pani więcej czasu. Ponadto nie chcę czuć tego paskudnego odoru towarzyszącego wiwisekcji.”

Najpierw siedziałam wmurowana i w tym porannym stuporze piłam poranną kawę mocno wytrzeszczając oczy. Pewnie z powodu niskiego ciśnienia i zaspania nie od razu skojarzyłam autora. (Jednak od czasu poprzedniej korespondencji minęło kilka miesięcy.) Ale chwile później ten „kał” i „odbyt” zaczęły mi coś przypominać… Ułożyłam listy w poczcie wg nadawców i… błyskawicznie znalazłam poprzednie. O matko! Na pewno nie mam uprawnień medycznych, więc może rzeczywiście nie powinnam odsyłać pana do psychiatry tylko do lekarza chorób wewnętrznych, albo do proktologa, a najlepiej pierwszego kontaktu – niech on zdecyduje. W końcu ma uprawnienia. Ale… co trzeba mieć w głowie, by do obcego człowieka pisać takie rzeczy? No i po co to robić? Jak ja kogoś nie lubię, nie szanuję itd., to omijam szerokim łukiem. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że większość ludzi chce, by znienawidzony przez nich osobnik zniknął. Najlepiej w mękach. Czytelnik koprofag życzy mi wprawdzie tylko „obesrania” itp., ale podejrzewam, że w jego ustach to jest życzenie takie, jak śmierć. Zresztą chyba to ma być ta tzw. „usrana śmierć”.

Nie mam (jeszcze) menopauzy, problemów z jelitem ani jelitami w ogóle, nie używam brązowych lakierów do paznokci, a na biurku nie leżą maszynopisy, bo ze względu na dbanie o środowisko rzadko coś drukuję. Dlatego pytam: Jak żyć? Choć pewnie nadawca listu spyta: „Jak rzyć?”

Stanisław Lem powiedział podobno kiedyś takie słowa: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do internetu.” Jak zdefiniowałby ten przypadek? Ale może to ja rzeczywiście mam coś z głową? Może to zupełnie normalna korespondencja tylko ja się nie znam?

Znaczenie terenu

Gdy byłam dzieckiem jedna z koleżanek na obozie harcerskim nauczyła nas piosenki o czerwonym kapturku i wilku. Było to na melodię „Chattanooga Choo Choo” Glenna Millera, którą to piosenkę znałam z filmu „Serenada w dolinie słońca”. Gdy po powrocie z obozu zaśpiewałam ją tacie, uśmiał się i… zaśpiewał mi inną, choć na tę samą melodię. Fragmencik brzmiał: „Czy pani wie gdzie tutaj można zrobić siusiu? Okay, okay! Tu pod tą ścianą lej!” Przypomniało mi się to, bo dziś pojechałam zrobić krótki temat do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego o fladze, Saskiej Kępie sprzed stu lat i bracie swojego prapradziadka, jednorękim powstańcu styczniowym, któremu bratowa, a moja praprababcia, podarowała kawał ziemi na Saskiej Kępie. Wszystko wzięło się stąd, że pewnego dnia zadzwonił do mnie przemiły Pan, który powiedział, że nazywa się Bogusław Pełka i jest prawnukiem rodzonego brata mojego prapradziadka Władysława Przybytkowskiego. Umówiliśmy się na spacer po rodzinnych grobach na Bródnie. Pan podarował mi kopię napisanej przez siebie „Historii Rodzin”. Teraz była okazja, by uszczknąć rąbka rodzinnej tajemnicy i opowiedzieć o bohaterskim powstańcu styczniowym, który mimo braku ręki przewoził ludzi przez Wisłę łódką, rozwijał sztandar z orłem i wraz z pasażerami śpiewał patriotyczne pieśni. Dziś z Panem Bogusławem umówiliśmy się w miejscu, gdzie mieszkał jego pradziadek, a brat mojego prapradziadka, czyli koło wieżycy Mostu Poniatowskiego. Pech chciał, że dziś był mecz Legia Warszawa – Lech Poznań o puchar Polski. I tak w chwili, gdy my nagrywaliśmy rozmowy, filmowaliśmy teren itd., co i rusz koło nas przechodzili zmierzający na mecz ludzie z piwami w garści i szalikami na szyjach. Być może nie zwróciłabym na nich uwagi, gdyby nie drobny fakt. Na dziesięć przechodzących osób dwie oddawały przy nas mocz. Gdyby przechodzili sami mężczyźni proporcje pewnie byłyby inne np. co drugi, gdyż wśród ostentacyjnie lejących nie było ani jednej kobiety. Zresztą chyba tylko dwa razy w życiu widziałam tego typu zachowanie u kobiet i zawsze były to osoby pijane w tak zwanego trupa. W każdym razie dziś, na naszych oczach, nieskrępowani niczym kibice Legii oblewali budynki przy ulicy Jakubowskiej, wieżycę mostu, pobliskie drzewka, krzaki itd. To, że przy okazji, co drugi z lejących wykrzykiwał na cały regulator „Legia!” to tylko już tak dla porządku napomknę.

Kuzynka powiedziała mi kiedyś: „faceci lubią lać na dworze, bo jak psy znaczą teren”. Dziś pomyślałam, że coś w tym jest. Fani Legii zaznaczyli swój warszawski teren na kilka godzin przed wygraną. Bo paradoksalnie nikt z lejących nie miał szalika Lecha.

PS A tu Glenn Miller w oryginale… ponucę jeszcze trochę za moim Ojcem, bo tyle osób przy mnie dziś bez krępacji lało…  

Bez dotacji sztuka nie ma racji

Wyczytałam o braku ministerialnych dotacji dla teatru Krystyny Jandy i kilku innych instytucji kultury. Pewnie bym się słowem nie zająknęła, gdyby nie setki komentarzy i dysput, że dobrze jej tak, że jak będzie pokazywała dobre spektakle to dotacje nie będą jej potrzebne. Czy te słowa piszą debile? Chyba nie. Raczej ludzie kompletnie niezorientowani w kosztach utrzymania teatru. A także niezorientowani w ogóle w tym czym jest sztuka. Inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć tych słów.

Żaden teatr nie utrzymuje się ze sprzedaży biletów. Codzienne koszty spektaklu to nie jest bowiem kwestia honorariów aktorów, ale też całej masy ludzi z obsługi technicznej. To także koszty zużycia prądu na scenie. A nie są to koszty takie, jak zużycia prądu w mieszkaniu, gdyż żarówki sceniczne pobierają go więcej. ZNACZNIE WIĘCEJ! Jest to również kwestia opłacenia sprzątaczki i zarobienia na ewentualne remonty – rozdarte krzesło, uszkodzony mechanizm kurtyny itp. A także na kostiumy czy scenografię do nowych spektakli, która sama z niczego się nie zrobi. Trzeba więc opłacić kostiumografa, scenografa, wykonawcę i materiały.

Z tego właśnie powodu wszystkie teatry zabiegają o sponsorów lub dotacje. Sponsorami bywają firmy, bywają władze – wojewódzkie, miejskie czy ogólnokrajowe, jak np. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bez tego typu wsparcia nie da się tworzyć sztuki, gdyż jest ona niedochodowa. Bilety na spektakle kosztują przeważnie od 50 do nawet 200 złotych. Za mniej można obejrzeć spektakle w Domach Kultury i są to spektakle DOTOWANE przez te placówki, a co za tym idzie przez władze miast, czy gminy, w których dane Domy Kultury są. To one stoją za honorariami dla twórców. To one finansują spotkania autorskie, spektakle czy koncerty. Ostatnie 6 razy „Bublotekę” graliśmy w Promie Kultury Saska Kępa, na terenie którego działa Teatr Kępa. Bilety były po 10 złotych, co sprawiło, że przeważnie na sali był komplet widzów. Wyjątkiem dwa ostatnie spektakle, kiedy była połowa widowni, ale cóż… było to tuż przed świętami wielkanocnymi. Domy Kultury w większości oferują ludziom usługi za darmo. Teatr i Kino są biletowane, by była gwarancja wolnego miejsca na widowni. Gdy w 2013 przygotowywaliśmy dla tej sceny premierę „Listów do Skręcipitki” biletów na spektakl nie było. Chętnych było jednak więcej niż miejsc na sali. Dlatego nie wszyscy zainteresowani zostali wpuszczeni, a ci, którzy załapali się i jednak weszli na widownię, choć wszystkie miejsca były już zajęte, siedzieli na dostawianych krzesłach i na schodach.

Zapotrzebowanie na kulturę więc jest. Jednak nie da się jej tworzyć bez wsparcia. Gdyby chciało się na nią zarabiać tylko biletami, byłyby one w cenie poza zasięgiem portfela przeciętnego człowieka. A przecież i teraz ceny biletów są takie, że nie każdego stać na teatr. Nawet ja musiałam kilkorgu znajomych kupić bilety na własną sztukę, bo nie mieli 10 złotych.

Przed laty miałam znajomego, który uparcie twierdził, że jak wybuchnie wojna, to mój zawód nie będzie potrzebny. Zwracałam uwagę, że pisarze tworzą także podczas wojny – bywają korespondentami wojennymi, opisują wojenną rzeczywistość dla przyszłych pokoleń. Teatry też w czasie wojny działały. Nawet podczas powstania pokazywano dzieciom na barykadach kukiełki. Kręcono też filmy. Dzięki nim mamy kroniki powstania warszawskiego. On jednak nie rozumiał. Dlatego większość dysput kończyłam słowami, by został grabarzem. Wtedy zawsze będzie miał pracę. No i być grabarzem jest łatwiej niż np. lekarzem. Prymitywne jednostki nigdy nie pojmą, że kultura bez wsparcia finansowego sama się nie obroni. Przykro, że wokół nas coraz więcej prymitywów. A internet i możliwość zamieszczenia tam każdego komentarza, tylko to uwypuklił.

Gdy mój prymitywny znajomy mówił, że kultura nie jest człowiekowi do życia potrzebna, zadawałam pytanie: „To, po co w prymitywnej wiejskiej chacie na stole, w brudnym słoiku stoją polne kwiaty?”. Milkł. Nie wiedział co mówić. Cóż… takie kwiaty to namiastka czegoś ładnego. To zamiast obrazu na ścianie czy jakiejś figurki w mieszkaniu. A stąd krok do innych dzieł sztuki i wytworów kultury – nawet książek. Czy naprawdę trzeba tłumaczyć takie oczywistości? Bez dotacji sztuka nie ma racji. A jest nam potrzebna, bo to ona odróżnia nasz świat od świata zwierząt.

fot. Artur Wacławek / Teatr Rozrywki w Chorzowie.

PS Jeśli czyta mnie ktoś, kto chciałby zobaczyć nasz spektakl „Bubloteka” w swoim mieście, decyduje o repertuarze na jakiejś impresaryjnej scenie – zapraszam do kontaktu. Wszystkie informacje o przedstawieniu na stronie projektu: 
http://bubloteka.com.pl/

Cena wolności i świętego spokoju

Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że za swoją wolność płacę sporą cenę. Jaką? Czasem miewam kłopoty finansowe. Rzeczywiście coś w tym jest. Bo właściwie czemu je miewam? Nie mam etatu, a więc brak mi stabilizacji. Co miesiąc rozpoczynam nierówną, ale zazwyczaj zakończoną sukcesem, walkę o przetrwanie. A przecież mogłam to wszystko sobie ułatwić. Wystarczyło zostać rzecznikiem jednego z dwóch przedsiębiorstw, które mi to rzecznikowanie proponowały. Wystarczyło przyjąć propozycję wstąpienia do partii, a kilka mi to proponowało, i przyjść do pracy na kierownicze stanowisko z jej nadania, co zrobiło kilku moich znajomych. Ja jednak twardo trzymam się z dala od wiążących myśli i swobodę wypowiedzi układów, zwłaszcza politycznych. Do tego doszedł osobliwy stosunek do pieniądza. Czasem wolę nie mieć nic, niż iść do sądu i walczyć o swoje. Po co szarpać nerwy? Dlatego jeśli tylko mogę uniknąć procesu, dojść do porozumienia – korzystam z przywileju, który nazywam przywilejem „wolności i świętego spokoju”. Zwłaszcza, że ostatnią „walkę o swoje” opłaciłam ciężkim zapaleniem nerwów. Wprawdzie owo zapalenie spotkało mnie nie tylko z powodu finansów, a także zasiadania w pewnym gremium pewnej organizacji oraz swoistych „przygód” ze spektaklem „Bubloteka”, ale to tę historię z finansami chcę tu opisać. Czynię to z myślą o innych autorach i ku ich przestrodze oraz refleksji. Sami sobie odpowiedzą na pytanie czy warto walczyć o swoje. Rzecz dotyczy bowiem pewnego wydawnictwa, z którym po wielu latach współpracy w tym roku się „rozwiodłam” i poczułam, jakbym odzyskała wiarę w siebie i wolność, choć przecież po wszystkim zachorowałam. Historia całej współpracy była jednak burzliwa i dla mnie bardzo trudna, ale po naradzie z wieloma zaprzyjaźnionymi autorami i prawnikami zdecydowałam się ją opisać. Zwłaszcza, że wczoraj podesłano mi link do oceny pracy mojego byłego już wydawcy. Link, z którego wynika, że osób w sytuacji podobnej do mojej jest sporo. Dlatego nazwę wydawnictwa i nazwisko właściciela przemilczam.

Pamiętam, gdy przyszłam do niego ze swoją powieścią. Czułam się skrzywdzona przez poprzedniego wydawcę, który wydał mi coś w brzydkiej szacie graficznej, na którą nie miałam wpływu, ale w nakładzie… 40 tysięcy egzemplarzy. (Pierwsze nakłady zazwyczaj nie przekraczają 10 tysięcy, a przeważnie oscylują wokół 5 tysięcy.) Wydawca w dwa miesiące sprzedał 10 tysięcy, co jest gigantycznym sukcesem, ale on był niezadowolony, więc w bardzo nieprzyjemnych rozmowach, między wierszami, oskarżył mnie, że to, co mi wydał to śmieć, bo liczył na sprzedaż 40 tysięcy na pniu! Jakby książka była chlebem lub innym towarem pierwszej potrzeby. W ciągu 3 lat trwania umowy sprzedał mi tego 30 tysięcy (a więc gigantyczną jak na polskie warunki liczbę), wypłacając w kilku ratach śmieszne honorarium, bo od egzemplarza mój zarobek wynosił 85 groszy minus podatek, na co zgodziłam się znów za cenę owej „wolności i świętego spokoju”. Te sprzedane 30 tysięcy, tamten wydawca uznał za swoją klęskę, zasugerował, że moja książka jest niewiele warta, choć przecież trafiła wówczas na listę bestsellerów pewnego opiniotwórczego tygodnika. Pozostałe 10 tysięcy nakładu skierował więc na przemiał. Była to jego pierwsza wydana książka, której publikacja, jak przyznał, przyniosła mu wielkie rozczarowanie rynkiem księgarskim. Więcej wydawać książek nie chciał. A ja, jako zbolała pisarka, przyszłam do nowego wydawcy, jak do Zbawcy. Przyjął ode mnie nową książkę, potem jej drugą część, a potem doczekał się praw do tej, która w swoim czasie rozeszła się w nakładzie 30 tysięcy, była na tej liście bestsellerów i zaczęła trafiać do podręczników oraz na listy lektur szkolnych. Zrobił promocję. Byłam zadowolona. Traktowano mnie o niebo lepiej niż u poprzednika. Niestety gorzej było z zarobkami, mimo o wiele większej stawki za jeden sprzedany egzemplarz powieści. Wydawca, który mną poniewierał sprzedał mi 30 tysięcy tytułu. Zbawca… znacznie, znacznie mniej, ale w tym zorientowałam się później. Na razie w prasie ukazywały się pozytywne recenzje moich książek, robiono ze mną wywiady, więc czujność została uśpiona. Zaczęłam się niepokoić, gdy dostałam pierwsze rozliczenia. Karmiono mnie jednak tekstami, że okładka pierwszej, którą mi wydał była niezbyt atrakcyjna (wygrała plebiscyt wśród czytelników, którzy sami decydowali o okładce) i to pewnie dlatego. Że pewnie księgarzom się nie podobała, a to oni decydują, co zamówić do księgarni. Niestety równie słabo wyglądała sprawa sprzedaży książek na spotkaniach autorskich. Po prostu dogadanie się w sprawie dostarczenia ich na te spotkania graniczyło niemal z cudem. Zbawca nie współpracował bowiem z hurtowaniami, z którymi współpracowały biblioteki. Często jeździłam więc sama z książkami wypakowując nimi samochód niczym hurtownik. Raz pojechałam pociągiem. Pojechałam na jeden dzień z największą walizką wypełnioną po brzegi tylko książkami. Mało nie dostałam przepukliny od wnoszenia jej do pociągu. Po drodze walizka rozpadła się. Połowa książek wpadła w błoto. Byłam wykończona. Łudziłam się jednak, że wszystko się zmieni, gdy Zbawca dostanie drugą część tej mojej książki, która była na liście bestsellerów, jest w podręcznikach i trafiła do spisu lektur. Czytelnicy się jej domagali, ciągle słali listy z pytaniem zaczynającym się od słowa: „Kiedy będzie dalszy ciąg?”. Pisałam ją jednak dość długo. Osobista sytuacja nie sprzyjała ślęczeniu nad powieścią. Wreszcie napisałam. Przyniosłam Zbawcy. Zatrudniony przez Zbawcę redaktor, po jej przeczytaniu powiedział: „Pani Małgorzato! Tak dobrą rzecz mu Pani daje! Nie warto! On to Pani zmarnuje!”. Ale ja przecież obiecałam Zbawcy ten tytuł. A u mnie słowo droższe od pieniędzy. Drugiej części sprzedał mi ¼ tego, co pierwszej, a może i mniej? Jeszcze o tym nie wiedziałam, kiedy zaproponowałam Zbawcy kolejną książkę. Odrzucił bez czytania. Powiedział, że nie mam dobrego nazwiska i jestem słabą autorką, bo gdybym pisała jedną książkę rocznie, to mógłby ryzykować. Byłam zdruzgotana. Potem nadeszły porażające wyniki sprzedaży. O ile słabą sprzedaż pierwszej części cyklu tłumaczył tym, że rynek już się nasycił, bo poprzedni wydawca sprzedał mi te cholerne 30 tysięcy egzemplarzy, o tyle w przypadku drugiej części tego argumentu użyć nie mógł. Padały więc słowa, że… za gruba a przez to… za droga! Czytelnicy pisali jednak, że połknęli jednym tchem. Na cenę nikt się nie skarżył. Jak więc to ogarnąć? Z jednej strony były listy od czytelników domagających się kolejnych książek i pochlebne recenzje w prasie, z drugiej wydawca podcinający skrzydła, że jestem słaba, bo nie strzelam książkami jak z karabinu i jakby na potwierdzenie tych słów te nieszczęsne, słabe wyniki sprzedaży. Wypłakałam się w mankiet przyjaciółce. Trzy dni później odebrałam telefon z wielkiego wydawnictwa. Okazało się, że od dawna otrzymywali pytania z prośbą o zakup moich książek, choć nie oni je wydawali. „Pani Małgorzato. Chcemy te pani książki. Pani pogada ze Zbawcą na temat przekazania praw.” Okazja ku temu była. Książek prawie nie było w stacjonarnych księgarniach i empikach. Nie miałam z czym jeździć na spotkania autorskie, więc automatycznie miałam mniej spotkań. Z czego żyć? Zwłaszcza, że nie mogłam też doprosić się o wypłatę nędznych honorariów, które za sprzedaż czterech tytułów przez kwartał, wtedy wyniosły coś około dwóch i pół tysiąca złotych. Poprosiłam o pomoc prawnika. Zwrócił uwagę, że Zbawca wypuścił na rynek e-booki moich książek, a tego zawarta między nami umowa nie przewidywała. Po drugie sprzedał prawa do audiobooka jednej z książek wydawcy audiobooków. Był to audiobook, którego nagranie mi się nie podobało, a nawet byłam nim tak załamana, że w domu płakałam w poduszkę. Tego swoistego handlu moimi prawami autorskimi w zakresie audiobooka też umowa wydawnicza ze mną nie przewidywała. Po otrzymaniu pisma od mojego prawnika Zbawca zdecydował się wypłacić mi to, co mi się należy, czyli nieszczęsne dwa i pół tysiąca z hakiem, ale za oddanie praw do książek, których prawie mi nie sprzedawał, zażądał od nowego wydawnictwa… 150 tysięcy złotych! Zostałam na lodzie. Bez nowego wydawcy i książek na rynku, ale z obietnicą, że będą dodruki. Postanowiłam czekać na wygaśnięcie umów i co jakiś czas domagać się wypłaty honorariów. Rozmowę ze Zbawcą na temat wydanego bez mojej zgody audiobooka i e-booków odłożyłam na później łudząc się, że może Zbawca sam z siebie coś zaproponuje. Nie zrobił tego. Jakby było mało, regularnie zalegał z wypłatami honorariów. Cóż… zgodnie z umową powinny one być wypłacane, co kwartał bez upominania, ale ja musiałam się dopominać. Ponieważ było to upokarzające, więc zdecydowałam się robić to raz na rok, by uzbierała się większa suma i nie stresować samej siebie. Głupio jest płaszczyć się po 500 złotych, a należne mi pieniądze zmniejszały się wraz z upływem czasu od premiery książek. Trzy lata temu było to cztery tysiące, dwa lata temu dwa tysiące, a rok temu niewiele ponad tysiąc złotych brutto za rok sprzedaży czterech tytułów.

Ponieważ czytelnicy zaczęli dopominać się o trzecią część książki, która jest w lekturze, podręcznikach i była w swoim czasie na liście bestsellerów, więc… zaczęłam ją pisać myśląc jednocześnie o wydaniu. Już wiedziałam, że nie powinnam tego zrobić u Zbawcy. Zresztą… po tekście, że jestem słabą autorką, bo nie piszę jednej książki rocznie, wiedziałam, że moje miejsce jest w innym wydawnictwie. Ale w jakim? Przypomniałam sobie rozmowy z przemiłą panią z wydawnictwa, któremu prawa do moich publikacji Zbawca chciał odstąpić za 150 tysięcy złotych, co skończyło się przecież niczym. Dlatego postanowiłam sprawdzić, ile jeszcze Zbawca będzie miał prawa do moich książek. Prawda niemal mnie zabiła. Okazało się, że do trzech książek dawno mu te prawa wygasły! Do jednej trzy lata temu, do drugiej dwa, a do trzeciej rok temu. Tymczasem on ciągle nimi handlował. Niestety były obecne głównie w księgarniach internetowych i to wraz z nieszczęsnymi e-bookami, na wydanie których nigdy nie wyraziłam zgody. Odkrycie mnie załamało.

Prawnicy radzili iść do sądu. Wykazywali, że Zbawca bez umowy zarabiał na e-bookach, a także audiobooku, za sprzedaż którego nie dostałam nawet złotówki, oraz na książkach papierowych, do których prawa mu wygasły, a ja od roku nie widziałam ani grosza. Mówili, że można zażądać spodziewanych zysków. Wskazywali osoby, które wygrały procesy ze Zbawcą o niezapłacone honoraria. Wśród nich znalazła się felietonistka dodatku do popularnego dziennika i felietonista pewnego poczytnego tygodnika. Ja jednak chciałam polubownie. Napisałam list:

„Drogi Zbawco, Jeszcze w czerwcu mailem prosiłam Cię o podanie do 15-go lipca rozliczenia z tytułu sprzedaży moich książek za okres do końca czerwca 2015. Jest mi niezwykle przykro, że nie dotrzymałeś tego terminu i na dodatek mimo obietnicy nadesłania rozliczenia 16-go lipca, minął 17-ty, 18-ty itd., a Ty cały czas, mimo mojego zadanego w mailu 17-go lipca pytania o rozliczenie, nie raczyłeś mi odpowiedzieć. Jestem zmęczona całą tą sytuacją i współpracą. Na dodatek po sprawdzeniu dokumentacji (umowy, rozliczenia etc.) czuję się… oszukana, a nawet okradziona.
Po pierwsze: Wygasły ci prawa do moich książek: Do pierwszej 28 czerwca 2012 rok!, Do drugiej 12 września 2013 rok! Do trzeciej 6 września 2014 rok! Po drugie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o audiobooku.  Po trzecie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o elektronicznych wersjach książek.
Na marginesie wspomnę, że na brak zapisów na ten temat w umowach zwracała Ci w swoim czasie uwagę moja prawniczka – specjalistka od prawa autorskiego. Przez czas, który upłynął od rozmowy z nią nie zrobiłeś NIC, by to naprawić. W związku z powyższymi sprawami proszę o: Po pierwsze: Natychmiastowe wycofanie ze sprzedaży moich książek. Po drugie: Natychmiastowe wycofanie z sieci e-booków moich wszystkich czterech książek. Także tej czwartej, do której masz prawa do 23 kwietnia 2017 roku, ale tylko na wydanie papierowe. W związku z tymi dwiema prośbami mam dwie propozycje:
Propozycja pierwsza: Byśmy umowę na powieść ŻŻŻ rozwiązali ze skutkiem natychmiastowym. Propozycja rozwiązania umowy w załączeniu. Moje argumenty:
1. Papierowych książek i tak od dawna nie ma w sprzedaży.
2. Nie było Twojego wydawnictwa na ostatnich majowych Targach Książki. Czytelnicy przychodzący do mnie po podpisanie nowych książek na stoiska, na których byłam, pytali o stare książki. Nawet nie miałam ich gdzie odsyłać.
3. Czytelnicy, którzy ślą do Twojego wydawnictwa listy z zapytaniami o moje książki są w większości przypadków ignorowani, na co mam dowody w postaci ich listów.
4. Wypłacone przez Ciebie 31 lipca 2014 roku honorarium z tytułu rocznej sprzedaży 4 tytułów wynosiło 1 050,03 PLN, czyli słownie: jeden tysiąc pięćdziesiąt złotych i trzy grosze.
Propozycja druga: Kwestia rozliczenia za e-booki. Czekam na załatwienie tej nieprzyjemnej dla nas obojga sprawy. Moja propozycja jest taka byś wypłacił mi 50% od każdego sprzedanego e-booka – termin płatności do końca września 2015. Myślę, że przy natychmiastowym wycofaniu ich ze sprzedaży nie powinno być problemu z uzyskaniem rozliczeń od internetowych księgarń do końca wakacji. W załączniku propozycja ugody n.t. e-booków. Przyznaję, że sprawę audiobooka chciałam załatwić polubownie, ale Twoje milczenie po 15-tym lipca przelało czarę goryczy. Dlatego zdecydowałam się skorzystać z propozycji wydawcy audiobooka i rozliczyć się z nim. Proszę o odpowiedź na niniejsze pismo do końca lipca 2015. W przeciwnym razie podejmę odpowiednie kroki prawne. Nawet nie wiesz jak mi jest przykro. Ile dni biłam się z myślami, czy pisać czy nie pisać, zwłaszcza po telefonie od wydawcy audiobooka (to on do mnie zadzwonił) i przejrzeniu umów, co sprawiło mi ogromną przykrość. Miałam przygotowaną inną i o wiele sympatyczniejszą wersję tego listu. Ten list jest odpowiedzią na brak reakcji z Twojej strony. Liczę na Twój rozsądek, a więc na to, że zgodzisz się na moje propozycje. Nie chciałabym sięgać po środki ostateczne, czyli poinformowanie opinii publicznej oraz kierowanie sprawy do sądu, choć wiem o innych Twoich autorach, którzy już przetarli ten szlak. Mam bardzo mocne dowody twojej nieuczciwości m.in. w postaci faktur na moje książki wystawianych przez Ciebie już po wygaśnięciu umowy oraz w postaci faktur ze sklepów internetowych handlujących elektronicznymi wersjami moich książek. Myślę, że nie byłoby dla Ciebie dobrze, gdybyś otrzymał podobny list z kancelarii prawnej mojego nowego wydawcy.
PS Przyznam, że liczyłam, że sam mi przypomnisz o wygaśnięciu umów. Zwłaszcza, że w swoim czasie prosiłam Cię o ich rozwiązanie, na co się przecież nie zgodziłeś.

Po tym liście podpisaliśmy ugodę. Była krótka. Miałam dostać półtora złotego od każdego audiobooka, 50% od każdego sprzedanego ebooka i normalne honoraria od książek papierowych. Umowa na czwartą książkę wygasała z końcem sierpnia. Najważniejsze jednak dla mnie były terminy. Według nich rozliczenie miałam dostać do 30 września, a wypłatę do 15 października. By Zbawcy pomóc, wysłałam nawet list, w ktorym zaproponowałam rozliczenie w naturze. Ja bym sobie te książki potem sprzedała na spotkaniach autorskich, których wysyp miałam na początku października. Jednak 30 września nie dostałam rozliczenia, a co za tym idzie nie wiedziałam, na jaką kwotę mogę liczyć. Spotkania autorskie, na których książki mogłam sprzedać przeminęły. Uznałam więc, że sprawa rozliczenia w naturze nie ma już sensu. Zresztą… z braku książek na rynku, pozostawało mi w planie tak niewiele spotkań autorskich, że później nie miałabym gdzie sprzedawać swoich publikacji. Takie to jest zamknięte koło. Autor, którego książek nie ma na rynku – nie ma przecież spotkań. 15 października zdecydowałam się napisać do Zbawcy list o następującej treści:

„Zgodnie z zawartym między nami w sierpniu porozumieniem (które załączam w niniejszym mailu) dziś powinnam dostać od Ciebie pieniądze kończące naszą współpracę. Niestety do tej pory nie dostałam nawet rozliczenia, choć wszystkie podane w porozumieniu terminy zostały przez Ciebie przekroczone.
Ponieważ twierdzisz, że padły Ci komputery i to uniemożliwia terminowe przesłanie mi rozliczenia (nie wiem wprawdzie, jak się to ma do przejrzenia księgowości, która powinna być zabezpieczona i co zrobisz w momencie kontroli skarbowej skoro wszystko masz w komputerach) mam taką propozycję rozliczenia. 1. Audiobooki.
Co do tego nie ma wątpliwości. (Tu nazwa wydawnictwa Audiobooka) podała mi liczbę sprzedanych audiobooków, na które umówiliśmy się po 1,50 od sztuki. Jest to: 1836 sztuk. Czyli: 1836 x 1,50 zł = 2754 zł
Ich rozliczenie przesłałam Ci w poprzednim mailu. Są tam dane pani, z którą możesz wszystko sprawdzić.
2. Papierowe książki.
Ponieważ ostatni rachunek opiewał na niewiele więcej niż 1000 złotych za sprzedaż papierowych książek (cztery tytuły, cztery kwartały sprzedaży – aż się chce skomentować), proponuję, by ten opiewał na równy 1000 zł.
3. E-booki.
Umówiliśmy się na 50% z kwoty od każdego e-booka.
Ponieważ nie jesteś w stanie wykazać ile się tego sprzedało i za ile, mam więc w moim pojęciu zdroworozsądkową propozycję uznania, że:
skoro mp3 (tytuł książki) sprzedało się 169, a jak wiadomo mp3 sprzedaje się gorzej niż e-book, uznajmy więc, że ŚREDNIO sprzedało się 200 egzemplarzy każdego e-booka (i tak wiadomo, że poszło więcej „XXX” niż „YYY” itd., ale proponuję uśrednienie tytułów), a ich cenę dla mnie na 4 złote, co oboje wiemy, że jest niższe niż 50%. Czyli to będzie razem:
200 x 4 tytuły = 3200 zł
Czyli razem: 2754 zł + 1000 zł + 3200 zł  = 6954 zł
Myślę, że jest to rozsądna propozycja, której spełnienie przez Ciebie sprawi, że pozostaniemy w dobrych stosunkach. Na marginesie i do przemyślenia Twojego tylko dodam, że moja prawniczka twierdzi, że mam bardzo miękkie serce i jestem zbyt wyrozumiała i tolerancyjna.
(…) To wszystko, co mogę zrobić, by Ci pomóc wybrnąć z tej bardzo brzydkiej sytuacji. Nie chcę by pozostał między nami jakikolwiek tzw. “smród”, bo nie znoszę konfliktów.”

Korespondencja trwała długo. W końcu dowiedziałam się, że jego rozliczenie wygląda inaczej. Wg niego za sprzedaż audiobooka oraz e-booków czterech tytułów przez okres 5 lat oraz ostatni rok sprzedaży papierowych książek należało mi się (po odliczeniu podatku) 3855 złotych i 50 groszy (słownie: trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt pięć złotych i pięćdziesiąt groszy). Na te pieniądze czekałam dość długo, prowadząc upokarzającą także dla mnie korespondencję. Ile i kiedy dokładnie sprzedał moich tytułów? Nie wiem do dziś. Znam tylko szczegółowe rozliczenie audiobooka, bo to dostałam od wydawcy audiobooka. Zbawca nie przesłał mi żadnych szczegółów. Nic. Nie wiem więc, jak dokładnie sprzedawał się który e-book. I tylko jeśli idzie o ostatni rok sprzedaży książek papierowych wiem, że sprzedało się: książki XXX – 62 szt., książki YYY – 6 szt., książki ZZZ – 48 szt., zaś książki ŻŻŻ – 18 szt. Porażające. Prawda? Nadal jednak nie wiem jak to było w poszczególnych miesiącach, a chętnie bym sprawdziła i porównała z danymi nadesłanymi mi przez kilka internetowych księgarń, do których po takie dane wystąpiłam i bez szemrania je otrzymałam. Sprawdziłabym też, czy w spisie ujęte jest 30 egzemplarzy książki ZZZ, które w czerwcu mijającego roku osobiście sprzedałam na jednym spotkaniu, o co prosiłam dwa tygodnie wieloma mailami, bo w jednej ze szkół gimnazjaliści omawiali moją książkę, jako lekturę i nauczycielka chciała kupić im drugi tom na pamiątkę na wakacje. Załatwiłam więc u Zbawcy te 30 egzemplarzy ZZZ, a uzyskane za nie 600 złotych przekazałam osobiście do rąk własnych Zbawcy.

Nie drążyłam już jednak tematu, bo nie chciałam się w tym babrać. Milszy mi święty spokój. Zwłaszcza, że ani felietonistka dodatku do popularnego dziennika ani felietonista pewnego poczytnego tygodnika, do dziś, mimo wygranego procesu i nasłania na Zbawcę komorników, nie zobaczyli ani złotówki. Ja ujrzałam 3855 złotych i 50 groszy, które w dwóch ratach i wielkim upokorzeniu, wyrwałam niemal z gardła. Na dodatek wbijana byłam w trakcie tej operacji w tak wielkie poczucie winy, że dopominam się o swoje, że po otrzymaniu należności zachorowałam na owo nieszczęsne zapalenie nerwów.

Felietonistka dziennika, która zdecydowała się pozwać Zbawcę do sądu, w marcu ubiegłego roku napisała, o swojej wydanej przez niego książce, że „wyszła drukiem w 2011 roku. Miała świetną promocję, którą zrobiłam głównie ja sama przy wielkiej pomocy serdecznego przyjaciela znającego rynek mediów. Mój wydawca nie zrobił prawie nic, jakby w ogóle nie interesowała go sprzedaż. Ale i tak o książce mówiono w TVN, w TVP, w radio, pisano w kolorowych gazetach, w najpopularniejszych dziennikach, na blogach, diabli wiedzą gdzie jeszcze. Mały wywiad na temat książki opublikował nawet FORBES (wg ostatniego filmu Scorsese: szczyt lansu). Przez kilka pierwszych tygodni od wydania książka nie schodziła z internetowej listy TOP Empiku. Można powiedzieć – raj promocyjny. Ale dla kogo ten raj? Książka kosztuje 32 złote. Część zabiera księgarz, część dystrybutor. No i wydawca oczywiście. Dla mnie, według umowy miało być, uwaga: 2 złote. Miało być. Do dziś nie dostałam z tytułu sprzedaży książki ani jednej dwuzłotówki. Wydawca nie odbiera telefonów.” Równo rok później opublikowała treść listu z kancelarii adwokackiej, który brzmiał: „Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść (tu tytuł). Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł. Z poważaniem. Kancelaria Adwokacka.” Jednak gdy byłam u Zbawcy w sierpniu, by podpisać cholerną ugodę, biurka, komputery i lodówka nadal stały na miejscu. Felietonistka nadal nie miała pieniędzy. Z kolei felietonista tygodnika, który również poszedł ze Zbawcą do sądu w jednym z felietonów w tygodniku napisał o polskim rynku wydawniczym m.in. „Dziś natomiast można wpaść na przykład na pożal się Boże szemrane wydawnictwo (tu nazwa), którego właściciel (tu imię i nazwisko) po prostu kpi ze swoich autorów. Jeśli do niego pójść, to nie z książką, tylko z adwokatem i komornikiem”.

Dlatego często zastanawiam się czy dobrze zrobiłam walcząc? Przecież uzyskałam niecałe nędzne cztery tysiące złotych za tyle LAT swoistego okradania, zaś pochorowałam się strasznie. Ale z drugiej strony pozostaje pytanie: Czy tym razem machnięcie ręką nie byłoby wyrażeniem zgody na rozbój w biały dzień? Przyznam, że w sytuacji podobnej do mojej jest co najmniej kilkunastu autorów, a tylko dwójka poszła do sądu. I z jakim skutkiem?

PS Wiem, że długi tekst, dlatego szczerze gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca. Ja też w tym roku dobrnęłam do końca. Współpracy. Uff!