Archiwa tagu: listy

W szponach Koprofaga, czyli jak rzyć? Z takim czytelnikiem?

Uwaga! Nie jeść przy czytaniu! 

Wiele miesięcy temu pewien pan pisał do mnie osobliwe listy o defekacji. Było ich kilka. W jednym z nich wyczytałam (pisownia oryginalna):

„kiszka stolcowa nie może być ofiarą pisarskiej wrażliwości poznawczej i trzeba umieć oddzielić ją od kału, a więc elementu bardziej hedonistycznego w tym konkretnym pani przypadku ja nie wiem, po co pani w ogóle pisze, proszę się więcej koncentrować na niepisaniu i proszę się wyciszyć wewnętrznie, to wpłynie korzystnie na jelito.”

W innym:

„Nie można delektować się wyjadaniem kupy z czyjegoś jelita, jednocześnie odgryzając darczyńcy kiszkę stolcową, która naturalnie jest bardziej pożywna, smaczna, ale to jest sprzeczne z historycznie ewoluującym imperatywem moralnym.”

Do dziś nie wiem, czym sprowokowałam te listy, więc zapewne jestem debilem, jak ów pan to sugeruje. W każdym razie wtedy odesłałam nadawcę do psychiatry i o sprawie zapomniałam. Miałam nawet wrzucić jego adres do blokowanych, ale z nadmiaru zajęć też wyleciało mi to z głowy. Pan zresztą przestał pisać. Dziś nadszedł list:

„Pani zasugerowała, abym poszedł do psychiatry, nie mając do tego uprawnień medycznych. Pisarzyna czwartej kategorii nie ma prawa wydawać diagnoz medycznych. To niemoralne w świecie wartości liberalnych oraz nieliberalnych. To zdradza manię na tle menopauzy albo na tle własnej zbydlęconej natury.
Pani powinna zrobić wiwisekcję swojej twórczości. Proszę teraz wdrapać się na stół albo biurko, rozkraczyć się i obesrać wszystkie swoje maszynopisy, łącznie z klawiaturą komputera. Jeśli jelito grube nie chce wydalić gówna, proszę podrapać je paznokciem wskazującego palca, nawet dyscyplinarnie raniąc odbytnicę. Paznokieć powinien być polakierowany na brązowo. Proszę starać się wybrać z kału wszystkie niestrawione elementy i jeszcze raz je zjeść. Wszystko powinno być strawione. Bo jeśli nie, to znów będzie Pani zmuszona obesrać swoją twórczość od nowa, no i oczywiście jeszcze raz skonsumować niesfermentowane części kupy. Być może trzeba będzie namawiać Panią do konsumpcji własnych sików. Pewien krakowski kompozytor po takiej wiwisekcji napisał wspaniałą sonatę na wiolonczelę, pierdzący tyłek i fortepian. Pani nigdy nie stworzy arcydzieła, ale jest szansa malutkiego postępu. Proszę dbać o higienę własnej sraki i po skończeniu srania oraz wyjadania niestrawionego kału trzeba dupę wytrzeć o ścianę. A potem to wylizać.
Rozumiem, że ma Pani odrobinę sprytu, aby wiwisekcja się udała. Nie potrzeba wielkiego rozumu, Pani móżdżek jest akurat odpowiedniej wielkości do przeprowadzenia tej prostej przecież procedury.
Proszę również nie pisać do mnie, bo jestem zajęty i nie zamierzam w tym roku poświęcić Pani więcej czasu. Ponadto nie chcę czuć tego paskudnego odoru towarzyszącego wiwisekcji.”

Najpierw siedziałam wmurowana i w tym porannym stuporze piłam poranną kawę mocno wytrzeszczając oczy. Pewnie z powodu niskiego ciśnienia i zaspania nie od razu skojarzyłam autora. (Jednak od czasu poprzedniej korespondencji minęło kilka miesięcy.) Ale chwile później ten „kał” i „odbyt” zaczęły mi coś przypominać… Ułożyłam listy w poczcie wg nadawców i… błyskawicznie znalazłam poprzednie. O matko! Na pewno nie mam uprawnień medycznych, więc może rzeczywiście nie powinnam odsyłać pana do psychiatry tylko do lekarza chorób wewnętrznych, albo do proktologa, a najlepiej pierwszego kontaktu – niech on zdecyduje. W końcu ma uprawnienia. Ale… co trzeba mieć w głowie, by do obcego człowieka pisać takie rzeczy? No i po co to robić? Jak ja kogoś nie lubię, nie szanuję itd., to omijam szerokim łukiem. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że większość ludzi chce, by znienawidzony przez nich osobnik zniknął. Najlepiej w mękach. Czytelnik koprofag życzy mi wprawdzie tylko „obesrania” itp., ale podejrzewam, że w jego ustach to jest życzenie takie, jak śmierć. Zresztą chyba to ma być ta tzw. „usrana śmierć”.

Nie mam (jeszcze) menopauzy, problemów z jelitem ani jelitami w ogóle, nie używam brązowych lakierów do paznokci, a na biurku nie leżą maszynopisy, bo ze względu na dbanie o środowisko rzadko coś drukuję. Dlatego pytam: Jak żyć? Choć pewnie nadawca listu spyta: „Jak rzyć?”

Stanisław Lem powiedział podobno kiedyś takie słowa: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do internetu.” Jak zdefiniowałby ten przypadek? Ale może to ja rzeczywiście mam coś z głową? Może to zupełnie normalna korespondencja tylko ja się nie znam?

Po co są książki, czyli słówko o protestującej mamusi

Gdy kilka lat temu była dyskusja o zmianie lektur szkolnych, bo są nudne i nie zachęcają do czytania, oniemiałam. Lektury szkolne nie mają zachęcać do czytania! One mają uczyć historii literatury – polskiej i światowej. Chyba dotarło to wreszcie do decydentów, bo wrzawa wokół tematu ucichła. Niestety rozgorzała gdzie indziej. Czemu służą książki w ogóle? Zwłaszcza te dla dzieci i młodzieży?

Dostałam ostatnio taki list (pisownia oryginalna):

,,Mamo co to jest dziwka?”
Takie pytanie zadała mi moja dziesięcioletnia córka po przeczytaniu książki  Pani Małgorzaty Piekarskiej pt. ,, Tropiciele”. Nie mogłam uwierzyć że taką informację uzyskała z książki dla dzieci, na pewno z szkoły , z podwórka…
A jednak nie. Moje dziecko pierwszy raz wymówiło słowo DZIWKA dzięki książce dla dzieci.
Po moim oględnym wytłumaczeniu znaczenia tego słowa stwierdziła że są tam też inne brzydkie słowa np ,,kuźwa” i że to dziwne że są tam takie rzeczy bo ,,przecież z książek czerpie się wiedzę!”
Moja córka przez dziesięć lat swojego życia miała kontakt z różnymi dziećmi z różnych środowisk. Chodziła do zwyczajnego przedszkola, teraz chodzi do zwykłej publicznej szkoły. Mieszkamy na zwyczajnym osiedlu gdzie gania po podwórku z dzieciakami z różnych domów i pomimo to nigdy nie słyszała tego słowa!
Są tam też inne ,,zarypiste” słowa : gnojek, mendo i usrana …  Czy taką wiedzę chcecie przekazywać dzieciom?
Oczywiście są dzieci które używają takich słów a nawet lepszych i robią takie rzeczy których dorośli nie zrobią przez całe swoje życie. Pracowałam z takimi dziećmi to wiem. Jednak to są dzieci nieszczęśliwe! Dzieci zaniedbane i zepsute przez dorosłych od których biorą przykład.
Dzieci rodzą się piękne i czyste w środku.  Wszystkie.To dorośli sprawiają że staja się zepsute, wulgarne i zblazowane.  Dzieci powinny pozostać jak najdłużej niewinne i naruszone brudem świata.
Powinno się je otaczać miłością, pięknem i poczuciem bezpieczeństwa. Powinno się je uczyć dobrych rzeczy. Dobrze odnosić się do siebie nawzajem a nie ,,cool” sformułowań dziwka, zarypińscie, usrana itd. Na to naprawdę jest całe życie. A dzieci jednak tak się  do siebie nie odnoszą jak to się wydaje autorce. Dlaczego coś takiego promuje?
Dlaczego Wy coś takiego popieracie? Mówicie tak do swoich dzieci?
Zostałam oszukana. Z reguły zakładam że ludzie są dobrzy i tak podchodzę do świata , niestety z naiwnością!
Widząc książkę dla dzieci zakładam że jest to coś specjalnego. Coś wyjątkowo stworzonego z troską i dbałością bo to książka dla DZIECI! Powierzyłam wam coś najcenniejszego co mam. Moją córkę, jej wrażliwość i wyobraźnię. Z zaufaniem wpuściłam Was do jej dziecięcego świata.I czego się nauczyła ? Słowa ,,dziwka”.
Jak to zrekompensujecie? Ale co to takiego złego? I tak by się nauczyła…
A ja się nauczyłam że nie można ufać ludziom, którzy określają siebie przyjaciółmi dzieci i dla nich tworzą. To wszystko fałsz. Dziękuje za tę lekcję.
Książkę tę dostała w prezencie od koleżanki. Jej mama ją kupiła. Zachęcił ją opis książki z tyłu okładki , taki piękny i gładki!:”

Odpisałam owej Pani następująco:

„Szanowna Pani,
książka jest na rynku od 10 lat i pierwszy raz spotkałam się z zarzutem, że są w niej niestosowne rzeczy. Jest ona przeznaczona dla młodzieży, a nie dzieci, gdyż pisana była z myślą o czytelnikach powyżej 11-go roku życia. Bohaterami są gimnazjaliści. Gdyby przeczytała Pani książkę w całości razem z córką, zobaczyłaby Pani, jakie wartości ona promuje i na pewno nie jest to przeklinanie czy wyzywanie. Sądzę, że ocenianie po wyrwanych z kontekstu fragmentach nie jest odpowiednie.
W ciągu dziesięciu lat od pierwszego wydania książka nie zebrała ani jednej negatywnej recenzji. A pisali je specjaliści od tego typu literatury. Czytali oni książkę, jako całość, a nie wyrwane z kontekstu zdania, czy słowa. W wielu szkołach jest omawiana ona, jako lektura i nikt z nauczycieli nie miał o te słowa pretensji, nie uznał też ich za niestosowne w tej formie i kontekście, w jakiej są one w tej książce napisane. Faktem jednak jest, że były to klasy szóste (koniec szkolnej edukacji) lub pierwsze gimnazjum. Myślę jednak, że brak reakcji nauczycieli na to, co oburzyło Panią o czymś świadczy. Wielokrotnie czytałam wypracowania na temat tej książki. Dotyczyły one także młodzieżowego języka.
Poniżej odsyłam do recenzji. Są zebrane na mojej stronie z podaniem źródeł:

http://piekarska.com.pl/?page_id=1937

Bardzo Pani współczuję sytuacji. Niestety jest to tylko dla mnie dowód, że przez całą podstawówkę lepiej czytać książki razem z dziećmi i na bieżąco omawiać z nimi to, co się przeczytało. Ma Pani cudowną córkę, która zapytała. I to jest w tej sytuacji najważniejsze. Zachęcam do przeczytania książki – zobaczy Pani, ze nie ma czego się bać.”

Pani jednak nie przyjęła argumentów. Zaczęły się kolejne listy, a w nich opowieści o jej kryształowej rodzinie, w której nikt nie mówi żadnych brzydkich słów. I kryształowej dziewczynce, którą właśnie niemal „pozbawiłam cnoty”, bo pewne wyrazy: „dziwka”, „zarypiście” (nomen omen wymyślone przeze mnie), „usrany”, „gnojek” i „menda”) poznała dopiero w mojej książce. Naprawdę? Aż wierzyć mi się nie chce. Gdzież to dziecko się uchowało? Gdy mój syn był w 2 klasie podstawówki i jeździłam z jego klasą na basen, za każdym razem musiałam uspokajać dzieciaki, wyzywające się od „chujów”, „pedałów” i mówiące do siebie „spierdalaj cwelu” tudzież „won kurwo”. Działo się to wśród dzieci z Saskiej Kępy, uczniów szkoły uchodzącej za jedną z lepszych w dzielnicy, których rodzice nie byli menelami, a aktorami, naukowcami, prawnikami itd. Wynosiły te słowa nie z domów, ale np. z telewizji i filmów szpiegowskich, które rodzice oglądali przy nich zupełnie nieświadomi, że dziecko chłonie to, co mówią bohaterowie np. policjanci w slumsach.

Jako ciekawostkę wyznam, że owa pani wysłała swój list nie tylko do mnie. Także do mojego wydawcy, patronów medialnych, dyrekcji i władz TVP itd. Tamże odesłałam i ja swoją odpowiedź, bo uznałam jej wysyłanie do dyrekcji za wywieranie na nich nacisku do rozprawienia się ze mną. Ona swojej kolejnej odpowiedzi już do nich nie posłała, więc zostałyśmy na dobry tydzień przy wymienia zdań „jeden do jednego”. Korespondencja pewnie nadal by trwała, gdybym nie urwała jej stwierdzeniem, że z mojej strony temat został wyczerpany. Pani i tak nie zrozumie, że celem książek dla młodzieży jest rozbudzenie zamiłowania do czytania, a także obeznanie z otaczającym światem. Ten zaś jest, jaki jest. Nie zachęcimy do czytania książkami uładzonymi, tak jak nie zrobimy tego lekturami szkolnymi, których celem jest nauka historii literatury lub historii w ogóle. Nie zrobi się tego podsuwając nastolatkom papierowych, grzecznych bohaterów, którzy szurają nóżkami i co chwile mówią: „Tak, mamuniu! Nie, mamuniu!”. Od takich historii dzieciaki naprawdę uciekają.  

Podzieliłam się korespondencją z przyjaciółką pisarką Małgosią Strękowską-Zarembą. Jej książki dla dzieci z serii o Filipku też zostały w swoim czasie zaatakowane przez jakąś babcię, która oburzała się, że ich bohater Filipek Zaskroniec jest wyzywany przez kolegów od… „padalców”! No straszne! Protestująca przeciwko Filipkowi Pani też napisała swoje pismo wszędzie gdzie się dało. Małgosia też pisała wyjaśnienia. Pani nie zrozumiała. Tak, jak ta moja. W jednej z książek o Filipku bohater obsiusiał babcię. To też wywoływało oburzenie różnych starszych babć. Ja załamywałam nad nimi ręce. Dlaczego? Otóż gdyby żyła moja mama, to skończyłaby w tym roku 89 lat. Pamiętam jej historię z rodzinną awanturą, kiedy… obsiusiała własną matkę! A tak! Rzecz działa się przed wojną. W czasach, gdy niemal w każdym polskim domu wisiała dyscyplina w postaci sarniej nóżki do okładania nią nieposłusznych dzieci. Mama coś przeskrobała, a była wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem, którego w niegrzeczności n a głowę bił tylko rodzony starszy brat – wuj Stefan, później żołnierz Armii Krajowej. Babcia goniła niegrzeczną mamę, by dać jej sarnią nóżką w skórę. Mama uciekała dookoła okrągłego stołu w salonie odwracając za sobą krzesła, by spowolnić pościg. Wreszcie wypadła do ogrodu i wskoczyła na trzepak. Babcia pogroziła jej palcem: „Czekaj! Czekaj! – powiedziała: – Zejdziesz to dostaniesz”. Mama jednak ani myślała zejść. Siedziała na trzepaku i obżerała się renklodami, które zwisały z gałęzi nad trzepakiem. W pewnym momencie zachciało jej się siusiu. Poinformowała babcię, a ta stwierdziła, że to cudowna wiadomość, bo jak teraz mama zejdzie na siusiu to dostanie w skórę. Co zrobiła mama? Odchyliła nogawkę szarawarów (tak się mówiło wtedy na letnie krótkie spodenki) i zaczęła siusiać z trzepaka oblewając moczem babcię, czyli swoją własną mamę, która wrzeszczała na cały ogród do dziadka: „Julek! Nie wytrzymam! Ona leje na mnie z góry!” Historia skończyła się tak, że moja mama, korzystając z babcinej nieuwagi ześlizgnęła się z trzepaka i pobiegła do sąsiadów, u których zjadła i obiad i kolację, ale na noc wróciła do domu. No i dostała w skórę sarnią nóżką, bo babcia swoje dzieci trzymała krótko. Historia siusiającego na babcię Filipka nie jest więc nieprawdopodobna, wydumana i wyuzdana. Moja mama coś takiego zrobiła i to 80 lat temu! Było to w czasach, gdy dziecko nie mówiło do mamy: „Mamo daj!”, ale: „Mamo, czy mama może dać.” Moja mama zresztą powiedziała do swojej: „Mamusiu, mamusia się odsunie, bo będę siusiać.”

Takie rzeczy czytam w wannie! #ksiazka #filipek #strekowskazaremba

Przyznam, że to przykre ilu współczesnym ludziom wydaje się, że lektury mają zachęcać do czytania, a literatura dla dzieci wychowywać, by wszyscy byli grzeczni. To jest jakieś idiotyczne przekonanie wyniesione chyba z XIX w. Literatura, i to zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, pokazuje świat i oswaja z nim. Wszelkie większe zafałszowania rzeczywistości, przesłodzenia, są przez dzieci odbierane jak kłamstwo i traktowanie czytelnika z góry. Dziecko i nastolatek nie znoszą pouczania. Dobranockę o „Misiu Uszatku” oglądałam nie dlatego, że moralizował, ale dlatego, że były to piękne lalki i do dziś mnie zachwycają. Treściowo wydawał mi się dydaktycznym smrodkiem. Nie byłam w tym odbiorze jedyna. I nie ja jedyna oglądałam go dla tych lalek i jego słodkiego, przytulnego domku, a nie tych wypowiadanych treści, z których wynikało, że „nie wolno dzieci śmiać się z babuleńki”.

Faktem jednak jest, że jeśli ktoś chce, żeby słowo pisane wychowywało jego dziecko, powinien pozostać przy czytankach szkolnych. Są uładzone, odległe od rzeczywistości i wychowują dzieci nieświadome zagrożeń, z którymi wcześniej lub później dziecko się zetknie. A zetknie się z nimi na pewno i to mimo tego, że jest chronione przez rodziców. Co się stanie, gdy się z nimi zetknie? Czy sobie poradzi? Różnie to być może. Zwłaszcza, gdy było chronione przed tą szarą strefą życia. Jak poradzi sobie z wyzwiskami od „chujów”, „pedałów”, które osobiście słyszałam wydobywające się z ust ośmiolatków z dobrych domów? Jak poradzi sobie  z gnębieniem, popychaniem, dokuczaniem?

Pisałam tu kiedyś, jak mi w szkole dokuczano. W radzeniu sobie z tym pomagały mi właśnie książki. I to nie dydaktyczne czytanki o grzecznych dzieciach, ale Adam Bahdaj i Hanna Ożogowska, których bohaterowie byli potwornie niegrzeczni. I tez czasem przeklinali, co z wiekiem nam umknęło, bo język cały czas ewoluuje, więc nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przed laty jakieś słowo było uważane za niezbyt kulturalne.

Między bezczelnością a nieświadomością

Kiedy wiele tygodni temu opisywałam tu historię pewnego festiwalu, w którym miałam wątpliwą przyjemność uczestniczyć, wiedziałam, że to nie koniec. Przecież podjęłam decyzję o prześwietleniu stowarzyszenia organizującego imprezę. Stąd potem mój kolejny wpis. Poza tym… dostałam na tyle sporo listów, że ciąg dalszy na pewno jeszcze za jakiś czas nastąpi. Niech no zbiorę dalsze dane. Jednak w między czasie nadszedł pewien list, który treścią wbił mnie w fotel. Zacytuję go niemal w całości, wykropkowując to, co może zidentyfikować stowarzyszenie. Kto ma wiedzieć i tak wie o kogo chodzi. Natomiast list najpierw uznałam za bezczelność. Refleksja, ze to może jednak nieświadomość nadeszła dopiero po chwili.

Witam:)
Mam nadzieję że nie pogniewa się Pani na moją prośbę i jednoczesne zapytanie..
Otóż od pewnego czasu wspieram akcję charytatywną, organizowaną przez Stowarzyszenie X, której elementem jest aukcja różnego rodzaju przedmiotów związanych z kulturą, z której to całkowity dochód będzie przeznaczony na wyposażenie placówek oświatowych na ternach wiejskich, najczęściej małych bibliotek i świetlic, których to zasoby literackie sięgają najczęściej pozycji z lat 70-tych.
I tak namawiam przede wszystkim pisarzy, publicystów, artystów, którzy mogliby przekazać egz. swojej książki z dedykacją i autografem na tę aukcję.
 Jeśli by istniała taka możliwość i dysponowałaby Pani takim egzemplarzem, to bylibyśmy bardzo wdzięczni za wspomożenie akcji.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów na polu literatury – Ula.

Oczywiście odpisałam.

Mnie? Bym wsparła X??? Po tym jak mnie potraktowano w Y???
Każdą organizację charytatywną, ale nie tych ludzi. Opisałam to tutaj… na gorąco.
Jeśli Pani o tym nie słyszała, to jest Pani nowa. Radzę stamtąd uciekać.

Podpisana pod listem Ula więcej się nie odezwała, ale… odezwało się sporo znajomych, a także nieznajomych, którzy tak, jak i ja, otrzymali propozycje wsparcia stowarzyszenia i jego charytatywnych akcji. Odzywają się niemal codziennie. Z pytaniami, czy to o X chodzi. Tak. O tych, którzy zorganizowali na Dolnym Śląsku festiwal literacki.
Na pewno coś tam to stowarzyszenie charytatywnie robi, bo cokolwiek zgodnie ze statutem robić musi. Niestety ja już nie mam do niego i jego władz zaufania. Byłam. Widziałam. Dziękuję.

Nie przypuszczam, żeby Ula pisząca do mnie list była świadoma tego, co działo się w Y pod koniec sierpnia. Nie wiem, czy spotkała osobiście Wielkiego K, bo chyba działa na odległość i nie wie o wszystkim. Ale jej list jest dowodem na to, że czasem między bezczelnością a nieświadomością jest niezwykle cienka granica.

Uporczywie namawiana na…

Nikt nie lubi być traktowany jak idiota, pouczany, a już najbardziej chyba nie lubi być nachalnie namawiany na coś, co go kompletnie nie interesuje. Prawdy stare, jak świat. Ja jednak ostatnio jestem co chwilę pouczana i co chwilę traktowana, jakby była kompletnym debilem, bo ktoś coś mi wciska i próbuje nachalnie namawiać na coś wmawiając, że jest mi to coś niemal niezbędne do życia.

Najpierw zadzwoniła pani z super ofertą, która brzmiała tak:
- Proszę pani, ponieważ jest pani właścicielem domeny psedytor.waw.pl, więc mam dla pani super ofertę. Właśnie zwolniła się domena psedytor.com.pl i mam ją dla pani w super cenie…
Zgrzytnęłam zębami, ale grzecznie odpowiedziałam:
- To jest bardzo ciekawe, co pani mówi, bo nazwa „psedytor” to nazwa, którą sama wymyśliłam zakładając kiedyś firmę. Firmy zresztą już nie mam. Nigdy nikt takim adresem nie był zainteresowany, więc pierwsze słyszę, by tego typu adres się zwolnił…
Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo pani rozłączyła się, tym samym przyznając do nieudanej próby wciśnięcia mi kitu.
Cóż… PS-Edytor, czyli agencja dziennikarska, którą w swoim czasie prowadziłam, miała nazwę złożoną z prostych skojarzeń. Edytor od edycji tekstu, a PS trochę od „post scriptum”, a trochę od nazwiska mojego i Eksia, bo działalność gospodarczą zaczęłam prowadzić jeszcze jako jego żona w 1997 roku. Wciskanie mi kitu, że domena „psedytor” z jakimś tam rozszerzeniem cudem się zwolniła jest po prostu debilizmem a może i nawet chamstwem.
Pominę już fakt, że pani ewidentnie nie sprawdziła, co jest pod adresem psedytor.waw.pl, a jest on „sprzężony” z domeną podstawową, czyli piekarska.com.pl.

Jednak to jeszcze nic. Pewien portal społecznościowy, na którym za namową kumpla zamieściłam kilka lat temu swój profil, z nadzieją na ewentualne zlecenia pisarsko-dziennikarskie, od niemal początku atakuje mnie ofertami, które są kompletnie nie dla mnie. Właściwie atakuje mnie nie portal, ile inni jego użytkownicy. Średnio cztery do dziesięciu razy dziennie ( w dni powszednie ok. 15 w weekendy 3-4) dostaję więc listy, których nadawcy oferują mi rzeczy absolutnie poza zasięgiem moich zainteresowań. Przeważnie są to szkolenia handlowe lub ubezpieczeniowe. Czyli coś, co napawa mnie potwornym obrzydzeniem i z czym kompletnie nie chcę mieć nic wspólnego. Lub oferty lokat i inwestycji finansowych dla moich milionów, które gdzieś tam pewnie w jakiejś śmierdzącej skarpecie kiszę. Bywa, że ci ludzie dzwonią do mnie. Staram się być miła. Cierpliwie tłumaczę, że mnie to nie interesuje. Potem jest kolejny telefon. I kolejny. Zgrzytam zębami, ale cały czas nadal staram się być miła. W końcu każdy orze, jak może. Częściej niestety dostaję list. Co w połączeniu z tymi, które dostaję na adres mailowy, daje liczbę pięćdziesięciu dziennie. Tak! Dziennie 50 osób proponuje mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń, czy innych tego typu rzeczy. Ostatni list sprawił, że miarka się przebrała. Stwierdziłam, że „rozbiorę” sprawę dogłębnie i wdam się w korespondencję. W końcu na jeden z 50 listów dziennie oferujących szkolenia mogę chyba odpowiedzieć. Zwłaszcza, że jestem na tzw. „pracowitym urlopie”, czyli siedzę w Domu Pracy Twórczej w Oborach nad książką. Mogę więc na chwilę oderwać się od pracy i napisać cokolwiek innego niż kolejny rozdział legend warszawskich. Irytujący mnie list był taki (pisownia oryginalna):

Witam Pani Małorzato
nie chce abys żle odebrała moją wiadomośc i uznała to za spam wydajęsz mi sie ciekawą osoba i
myśle ze mam coś co może Cię zainteresować, chciałem ci zaproponowac ciekawe szkolenia. „Kobieta Niezależna” 30.07 Z ….. info masz pod adresem: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
bądz szkolenie mocno ze sprzedaży „mistrz sprzedaży 2014 edycja finałowa”
więcej info: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
Pozdrawiam

Odpowiedziałam następująco:

Witam,
Nie chce by źle odebrał Pan moją odpowiedź, ale wydaje mi się, że osoba, która czymś handluje, powinna sprawdzić, czy swoją ofertę handlową kieruje do właściwych odbiorców.
Niedobrze jest oferować płyty CD głuchoniememu, buty kalece bez nóg poruszającemu się na wózku. Nie wiem, czy nie gorzej jest oferować płyty CD z muzyką disco polo profesorowi śpiewu z Akademii Muzycznej, a tandetne buty z Deichmana szewcowi Kielmanowi.
W każdym razie, uważam, że przed wysłaniem ludziom ofert, zwłaszcza przez ten portal, warto jest sprawdzić, kim ci ludzie są z zawodu.
Nie gniewam się, że zrobił Pan masę literówek, w tym w moim imieniu nazywając Małorzatą, bo nie jestem drobiazgowa. Nie gniewam się, że raz pisał Pan do mnie na per „Pani”, a raz na per „Ty”, bo wprawdzie amerykanizmy mnie wkurzają, ale często macham na nie ręką, bo nie chce mi się walczyć z wiatrakami. Natomiast fakt, że oferuje Pan takie DEBILIZMY właśnie mnie – jest wyjątkowo irytujące.
Jestem kobietą niezależną. I to od zawsze. Pracuję w zawodzie, który jest moja pasją z różnym sutkiem, jak to bywa przy zawodach artystycznych. Nie jestem służącą mojego męża etc. Jednocześnie nie znam się na handlu i NIE CHCĘ się na tym znać, co wie każdy, kto choć trochę mnie poznał. Nie jest to trudne, wystarczy skorzystać z wyszukiwarki google. Mimo, że korzystam z usług takich osób, to jednak obrzydzeniem napawa mnie myśl o handlowaniu Avonem czy Oriflame, czym szczyci się pani …, której szkolenie z 50% zniżką usiłuje mi Pan wcisnąć. Nie zamierzam zostać handlowcem! O szkoleniu „mocno ze sprzedaży” pisać nawet mi się nie chce, bo samo sformułowanie „mocno ze sprzedaży” zasługuje na wylądowanie w śmieciach. Czy Państwo oferujący te szkolenia znają jeszcze język polski? Czy słowa marketing i coaching już do tego stopnia zdominowały Państwa język, że brak Państwu polskich słów, określeń etc?Odpisuję na ten list tylko dlatego, że marzy mi się, by na przyszłość tacy ludzie jak Pan starannie sprawdzali osoby, którym ślą swoje oferty, korzystając z tego portalu. Nie wszystkich w tym stopniu, co handlowców, interesują pieniądze. Nie wszystkich interesuje bycie busines woman i łażenie w garsonkach na brunche czy lunche.
Proszę się nie gniewać, ale dostaje takich listów jak Pański kilka dziennie. Dziś po raz kolejny zaczęłam zastanawiać się nad likwidacją konta na …., bo więcej tu „śmietnika” niż rzeczywistego dla mnie pożytku. Będzie mi miło, gdy dowiem się, czym Pan się kierował śląc mi swoją SUPER OFERTĘ z tymi zniżkami na szkolenia, z których bym nie skorzystała nawet, gdyby były za darmo.
Chcę zrozumieć, czemu kilka razy dziennie skrzynka pocztowa kogoś, kto jest pisarką i dziennikarką i ma to napisane w swoim profilu, zapełnia się propozycjami, bym wzięła udział w szkoleniach z handlu, ubezpieczeń, samodoskonalenia się etc.
Przy braku odpowiedzi uznam, że mój list został skasowany bez czytania. A to też nie będzie o Państwu najlepiej świadczyć.
Co złego, to nie ja.
Pozdrawiam.

Odpowiedź nadeszła dość szybko. Pan przeprosił za spamowanie, za to, że nie zapoznałęm się z Pani profilem dogłębnie, a jak wół ma Pani napisane, że nie chce Pani otrzymywać takich wiadomości.” i znów mnie załamał. Napisał bowiem coś takiego, że postanowiłam raz na zawsze, właściwie dla spokoju własnego sumienia, takiemu komuś, kto śle mi oferty handlowych szkoleń, wyłuszczyć o co chodzi, i m.in. napisałam:

Pozwolę sobie na cytat z Pana listu: „Co do sprzedaży to zapewne dobrze Pani wie, że każdy z nas, Pani również czy tego chce czy nie, coś sprzedaje z takim bądź innym skutkiem i od tego nie uciekniemy, a umiejętność sprzedaży może nam jedynie ułatwić życie.”
Rzeczą, którą jak Pan ujął „sprzedaję” jest moje pisanie. Nie sprzedaję ani gazet ani książek, bo tym zajmują się kioski ruchu lub księgarnie i księgarze. Nie jest mi więc potrzebna wiedza, jak z przedmiotem, jakim jest wydrukowana książka dotrzeć do odbiorcy, ale jak z dziełem, jakim jest dopiero napisana książka dotrzeć do wydawcy! Tę zresztą posiadam w stopniu myślę, że dość znacznym. Ale to jednak nie jest handel, ale coś zupełnie innego. Podobnie Państwa szkolenia z handlu nie pomogą np. mojemu mężowi, który jest aktorem, jak ze swoim produktem, jakim jest aktorska gra, zachęcić agencję aktorską lub reżysera obsady, by obsadził go w filmie lub wysłał zaproszenie na aktorskie przesłuchanie. Pan może go nauczyć jak sprzedawać płyty DVD z filmami, w których zagrał, ale to akurat mojego męża nie interesuje. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie każdy produkt, nawet jak jest czymś na sprzedaż, podlega takim samym zasadom handlowym, jak jogurt, czy kosmetyki Oriflame. Są tzw. produkty intelektualne, w tym np. muzyka, którą sprzedawać można Państwa metodami dopiero wtedy, gdy jest biletem na koncert lub płytą, a nie w początkowej swojej fazie tworzenia. 
Szkolenie handlowe jest przydatne dla twórcy np. pisarza, tylko wtedy, gdy chce napisać powieść o handlowcach… Aktorowi, gdy ma grać handlowca, a muzykowi nie mam pojęcia po co. W każdym razie nie po to, by w praktyce skorzystać ze sprzedawanej tam wiedzy. Chyba, że ktoś się chce przekwalifikować. Nie znam jednak nikogo, kto jest zawodowym twórcą i pragnie zostać handlowcem. Raczej historie odwrotne.”

Mam nadzieję, że do tego jednego Pana to dotarło. Co z pozostałymi 49-cioma, którzy codziennie oferują mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń? Nie wiem, ale pozwolę sobie sparafrazować słynnego paprykarza i krzyknę tu głośno: „Jak żyć?!” (By ich nie znienawidzić?)

A korespondencję przeprowadziłam naprawdę dla uspokojenia własnego sumienia, że zrobiłam wszystko, by zmniejszyć liczbę przesyłanych mi ofert. Choć podskórnie czuję, że jestem w tym jak Don Kichot w swej walce z wiatrakami.

Naruszyłam, czyli cenzura XXI wieku

Dostałam przedwczoraj pismo. Nosiło groźny tytuł „Wezwanie do zaniechania naruszeń”. Z treści dowiedziałam się, że jestem wzywana do „zaniechania kopiowania, zwielokrotniania Bazy Danych Firmy X w całości lub części (…) z pozyskanych przez nas informacji wynika, że jest pani w posiadaniu bazy danych, która została przygotowana przez nas dla firmy Y i została nielegalnie skopiowana i zwielokrotniona, a następnie przekazana/sprzedana dalej. (…) W przypadku braku zaniechania naruszania praw po otrzymaniu niniejszego wezwania do zaniechania, dalsze naruszania traktować należy, jako zawinione kontynuowanie bezprawnych działań, z czym wiązać się będzie dochodzenie stosownego odszkodowania.
W przypadku nie dostosowania się do niniejszego wezwania, zobowiązaniu będziemy do natychmiastowego skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego, co będzie się wiązać dla pani z dodatkowymi kosztami w postaci kosztów sądowych, kosztów adwokackich oraz ewentualnych kosztów egzekucyjnych.”

Przyznam, że mnie zatkało. O jaką bazę danych chodzi? Próbowałam dzwonić, by spytać, ale tak to jest, że ktoś wysłał mi list na 2 minuty przed końcem swojej pracy. Chyba po to, bym w nocy z wizjami sądu nie mogła spać. (Po sądach jestem, co chwilę, ciągana przez sąsiadkę-pieniaczkę, więc naprawdę na widok wezwania lub grożenia sądem miewam już czasem drgawki.)

Odpisałam, że nie prowadzę działalności gospodarczej, więc nie wiem, o co chodzi. Odpowiedź przyszła następnego dnia, ale o tym za chwilę.

Agencja medialna, która wysłała mi wezwanie, ma mnie w swojej bazie, jako dziennikarkę. Wiele lat temu prosiła o uzupełnienie swojego profilu, który stworzyła nie wiem, na jakiej podstawie, ale nie myślałam wtedy o tym. (Jestem w końcu we Who is who, Wikipedii i masie innych list, spisów, czy baz). Kojarzę, że wtedy w wyjaśnieniach napisali, że dzięki temu będę informowana o rzeczach ważnych dla mnie, jako dziennikarki. Wypełniłam, więc ankietę i podałam swoje adresy e-mail, telefon etc. Czy listy z informacjami o medialnych wydarzeniach szły do mnie dzięki istnieniu w tej bazie? Trudno powiedzieć. Od prawie 20 lat na różnych konferencjach prasowych na tzw. prawo i lewo rozdaję swoje wizytówki – i służbowe i prywatne. Sama też dostaję różne. Przez te prawie 20 lat pracy dziennikarskiej uzbierało się tego naprawdę sporo. Moja baza kontaktów w komputerze też jest ogromna, bo nie kasuję dosłownie niczego. Wszystkie adresy e-mail, na jakie kiedykolwiek wysłałam list, zachowują się automatycznie u mnie w książce adresowej. Mam, więc w niej 2800 kontaktów. W telefonie ich liczba wynosi przeszło trzy i pół tysiąca. Dlatego czasem długo szukam na kogoś namiaru. Otrzymawszy „wezwanie” zaczęłam gorączkowo myśleć, o co chodzi. O jaką bazę danych? Może o e-maile, na które wysyłam newslettera ze swojej strony domowej? Ale to przecież e-maile czytelników, którzy sami się tam zapisali. Może e-maile, które podali dobrowolni subskrybenci mojego portalu genealogicznego? Czy może o bazę dziennikarzy, którą pół roku temu zrobiłam sama? Otóż gdy startowaliśmy ze spektaklem „Listy do Skręcipitki” spędziłam dwa tygodnie na konstruowaniu specjalnej, wyodrębnionej bazy dziennikarzy, do których mogłabym wysłać informacje prasowe o spektaklu. Przejrzałam wtedy te kilka tysięcy adresów zachowanych w książce adresowej mojego programu pocztowego, wyodrębniając z niej potrzebne. Była to żmudna i męcząca robota, ale jak ja się na coś uprę, to po prostu to robię. Potem przejrzałam wizytówki. Jest tego sporo (patrz foto), w tym masa nieaktualnych. Dlatego potem sprawdziłam, czy dane z wizytówek się zgadzają z rzeczywistością. To było najżmudniejsze. Potem jeszcze posłałam SMS-y do znajomych dziennikarzy, których mam tylko telefony, by podali swoje adresy e-mail. Generalnie spędzałam wtedy całe dnie przy komputerze tworząc „na piechotę” coś mało twórczego. Zajrzałam też do e-maili, które dostaję, jako dziennikarka. Zarówno do tych słanych na prywatny, jak i na służbowy adres. W kilku e-mailach słanych na prywatny adres znalazłam adresy kilku dziennikarzy i też je dołączyłam. W ciągu pół roku, korzystając z tej listy, wysłałam do kilkuset polskich dziennikarzy 10 (słownie: dziesięć) informacji o naszym spektaklu. Skutek średni, żeby nie powiedzieć zerowy, o czym w swoim czasie pisałam. Poza patronami medialnymi, których miałam przed stworzeniem bazy, o spektaklu nie napisał nikt ni słowa! Udało się jedynie uzyskać dwie recenzje, które są wynikiem osobistego telefonicznego zapraszania krytyków, a nie słania listów.

Gdy na wezwanie do zaniechania naruszeń wysłałam zapytanie, o co chodzi, dostałam następnego dnia rano następującą odpowiedź:

„Wiemy dzięki specjalnym zabezpieczeniom naszej bazy, że jest Pani w posiadaniu maili pochodzących z Bazy Dziennikarzy X, który były przekazane firmie Y. Na te przygotowane dla firmy Y maile wykonywała Pani następujące wysyłki o tematach: (tu spis dziesięciu moich listów o spektaklu. Tych listów, które w większości szły do kosza bez czytania!) (…) naszym celem jest ochrona danych dziennikarzy znajdujących się bazie (…), dlatego wzywamy Panią do zaniechania działań naruszających nasze prawa, czyli do usunięcia danych pochodzących z Bazy Dziennikarzy (…) i nie rozpowszechnianie ich. A także prosimy o informację o źródle uzyskania maili z bazy Y (…) oraz zakresie ich wykorzystania.”

Porozmawiałam sobie z panem, który był nadawcą listu. Okazało się, że w e-mailach skopiowanych przeze mnie z listu, który dostałam na swój prywatny adres, były ukryte adresy kontrolne. Ja myślałam, że ślę do dziennikarza, a to e-mail do kontrolera z firmy X. Zabezpieczenie, jako zabezpieczenie ciekawe, ale… pozostaje kilka kwestii. Czy ja zrobiłam coś źle? Nie włamałam się na niczyje konto. Zrobiłam bazę na piechotę korzystając ze swoich prywatnych kontaktów plus kontaktów wziętych z e-maila, który dostałam na prywatną skrzynkę. Panu powiedziałam, że może trzeba porozmawiać z kimś, kto mi to tak wysłał, że mogłam te adresy odczytać i skopiować. Skoro nie powinnam była ich widzieć, bo są tak strasznie tajne, to może trzeba straszyć tego, kto mi wysłał e-maila z jawnymi adresami innych odbiorców? Dlaczego za to, że użyłam adresów, które widzę w liście skierowanym do mnie na prywatny adres, jestem straszona sądem? Powiedziałam, że cała sprawa była dla mnie (i jest) przykra. Pan przeprosił, powiedział, że ja nic źle nie zrobiłam, a jego celem była jedynie ochrona bazy danych stworzonej przez jego firmę X dla firmy Y. Poprosił, abym usunęła adresy e-maili kontrolnych, które zresztą mi podał, ale… tak mnie ta sprawa zohydziła, że usunęłam całą tworzoną dwa tygodnie bazę, zawierającą kilkaset adresów dziennikarzy. I przyznam, że zrobiłam to po niezwykle krótkim wahaniu. Teraz drugi dzień myślę, czy nie usunąć się z tej Bazy Dziennikarzy firmy X, która wysłała do mnie to „Wezwanie do zaniechania naruszeń”. Dlaczego?

Te wszystkie bazy można potłuc, że tak powiem, o przysłowiowy kant tyłka. Swoją bazę tworzyłam dwa tygodnie, by skasować ją jednym kliknięciem. I nie dlatego, że ktoś mi groził sądem, choć to bardzo nieprzyjemna sprawa, ale dlatego, że nagle uświadomiłam sobie, że dwa tygodnie tworzenia bazy i wysłane do znajdujących się na niej adresatów 10 (słownie: dziesięciu) listów – nic mnie, jako producentowi spektaklu, nie dało! Żaden z adresów, ani tych wziętych z wizytówek, ani tych wziętych z kontaktów w poczcie, ani tych wziętych z pamięci, bo należących do bliskich osobistych znajomych dziennikarzy, ani tych „naruszonych” nie zaowocował dla naszego spektaklu kompletnie niczym! Dowiedziałam się tylko, że dziennikarze kasują e-maile bez czytania (byli w tym moi znajomi, których adresy wpisywałam z pamięci). Ostatni e-mail wysłałam w grudniu, gdy zapraszałam na spektakl i wystawę na Saskiej Kępie. Odpowiedź, że został skasowany bez czytania przyszła… tydzień temu! Teraz do tych pouczających informacji doszła jeszcze jedna. Dowiedziałam się przecież, że ktoś, kto wysłał mi list z zaproszeniem na coś tam (mniejsza z tym, na co), a ja skorzystałam z podanych tam adresów innych korespondentów, popełnił prawdopodobnie przestępstwo lub tylko naruszenie. Tymczasem firma ściga mnie wezwaniami, choć nie ukradłam, nie włamałam się nigdzie, a skorzystałam z metody, z jakiej zawsze korzystają dziennikarze zdobywając na kogoś namiary. Czy firma X, śląca do mnie „Wezwanie do zaniechania naruszeń” będzie ścigać adresata maila, z którego wzięłam adresy? Swojego klienta, czyli firmę Y, której interesy postanowiła chronić śląc do mnie owo „Wezwanie do zaniechania naruszeń”? Pewnie tak. Paradoksów jest w tym wszystkim masa. Zaczynając od tego, że e-maile idą do kosza bez czytania, a kończąc na tym, że jakaś firma medialna, w imię obrony interesów swoich klientów, śledzi moją korespondencję do mediów, bo ukrywa pod danymi dziennikarzy tzw. kontrolne adresy e-mail. A my naiwnie myśleliśmy, że słyszane w słuchawce stwierdzenie „rozmowa kontrolowana” i pieczątka na liście „ocenzurowano” to koniec świata. Nie proszę państwa! To nawet nie był początek końca.

Zaczynam powoli rozumieć tych, którzy nie korzystają z Internetu. Lepiej nie korzystać. Inaczej zawsze można coś naruszyć. Czy zdecyduję się usunąć swoje dane z Bazy Dziennikarzy X? Dam sobie jeszcze chwilę na przemyślenie. Niech mi emocje jeszcze bardziej opadną.

PS Czy ta historia nie może zniechęcić do tworzenia kultury?

Co z tymi listami?

Dwa dni konfigurowałam nowy telefon. Cóż… przy takiej liczbie kontaktów, które wprawdzie skopiowałam jednym ruchem do nowego aparatu, ale porządkować musiałam już na piechotę, po prostu nie dało się szybciej. Dziś stanęłam oko w oko z pocztą, a właściwie InPost, czyli spółką, którą wygrała przetarg na dostarczenie poczty z sądów. Sprawa beznadziejna. Poprzednie dwa listy z sądu nie trafiły w moje ręce, gdyż miałam na ich odebranie tydzień w takich godzinach i takim miejscu, że niestety nie byłam w stanie tego zrobić. Akurat miałam wtedy straszny młyn w redakcji. Teraz przyszedł list do Ulubionego. Oboje zazgrzytaliśmy zębami. Dlaczego? Oto od kilku dni pracujemy w domu. Wolne zawody, zwłaszcza humanistyczne to takie, które przeważnie wykonuje się w domu. I tak oboje z Ulubionym, a ostatnio i mój syn, który uczy się, przebywamy głównie w domu. Chętnie popisałabym w parku, ale pogoda temu nie sprzyja. Tak więc dom, dom i jeszcze raz dom. Dlatego gdy wyrzucałam ostatnio śmieci, ze zdumieniem, odkryłam w skrzynce na listy awizo. Nie. To nie Poczta Polska. Listonosz, pan Paweł, świetnie wie, że my jesteśmy w domu i polecone można przynieść do mieszkania. Ma też nasze telefony komórkowe, by w razie czego zawiadomić, że idzie z czymś ważnym. Wszystkie awiza w skrzynce to InPost. Ich pocztylion nigdy nie puka do drzwi. Nie wiem nawet jak wygląda. Czy zawsze przychodzi ten sam. Jest dla mnie tak anonimowy, jak w dzieciństwie mleczarz, którego nigdy nie widziałam, a jakoś to mleko pod drzwiami się znajdowało. Poprzednie awiza, choć przychodziły w chwilach, gdy byłam w redakcji, tak naprawdę też nie powinny trafiać do skrzynki. W domu byli przecież i Ulubiony i syn. Dziś, po tych kilku historiach, kiedy zostawiono nam w skrzynce awizo, postanowiłam zaprotestować i zadzwonić do InPost z reklamacją. Ciężka to sprawa. Po pierwsze po wykręceniu numeru infolinii człowiek gubi się w gąszczu komentarzy „jeśli chcesz wciśnij….”. Wciskałam więc i wciskałam, a tu nic. Za każdym razem kolejne polecenia, bym coś wciskała. Wreszcie… za którymś tam wciśnięciem przełączyło mnie do działu reklamacji. Przełączyło nie znaczy niestety, że połączyło. Na podniesienie słuchawki czekałam dobry kwadrans pisząc wtedy tekst do jednej z gazet. Wreszcie…. odebrał pan. Wysłuchał mnie, spytał z jakiej miejscowości dzwonię, a po uzyskaniu wszystkich informacji podał mi numer do punktu obsługi klienta zajmującego się rejonem Warszawy, w którym mieszkam. Podziękowałam panu, rozłączyłam się i zaczęłam dzwonić. Połączyłam się za siódmym razem. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że podano mi numer telefonu nie do tego oddziału InPost. Otrzymałam drugi numer. Rozpoczęłam dzwonienie. Bezskutecznie. Siedem razy włączała się poczta głosowa. Wreszcie wraz z Ulubionym zdecydowaliśmy się pojechać odebrać list. Gdy on kwitował odbiór, ja spytałam, co możemy zrobić, by otrzymywać przesyłki, a nie awiza. Pani powiedziała, że nie jest możliwe, że ktoś przyniósł nam awizo i nie dał przesyłki, bo to nie jest w interesie doręczyciela. Jak mi bowiem wyjaśniono listonosze InPost mają płacone od dostarczonych przesyłek, a nie od zostawionego awizo. No wszystko fajnie, ale gdyby ktoś do nas dzwonił do drzwi, to byśmy słyszeli, bo… pies by zaszczekał. Zrobiłby to minimum raz. Skoro cały dzień ktoś był w mieszkaniu, jak to się stało, że na górę nikt nie przyszedł, a w skrzynce pojawiło się awizo? Jak to się stało, że listonosz Paweł nas zastał, a ten z InPost nie? Pani w okienku w oddziale InPost wzruszyła ramionami i na karteczce napisała cztery numery telefonów, pod którymi mogę zgłosić swoje uwagi. Pod dwoma nikt nie odbierał (jeden zresztą był tym numerem, pod który dzwoniłam wcześniej, a który milczał jak grób). Pod trzecim odezwał się jakiś pan. Przy okazji powiedział mi, że moim listonoszem jest kobieta. Cóż… Fajnie. Już ze 20 lat nie widziałam kobiety dostarczającej pocztę. Wreszcie gender w tym zawodzie. Pan zapewnił, że sprawa będzie załatwiona, ale poprosił o opisanie jej w mailu, bo teraz jest…. na spacerze z psem! Cóż… opiszę. I tylko zastanawiam się, jak to się skończy?  Moje rozmowy, a właściwie korespondencja z operatorem komórkowym, czyli firmą Play (o których już pisałam), trwają. W odpowiedzi na moją skargę stwierdzili bowiem, że… sama jestem sobie winna, bo nie przeczytałam wszystkich informacji o telefonie! No rzeczywiście. Nie sprawdziłam na jaką jest kartę SIM, bo nie spodziewałam się, że jest kilka rodzajów kart. W czytaniu specyfikacji skupiłam się na innych funkcjach telefonu.

Oj…. Ta biurokracja! A w mróz tak niefajnie jest wychodzić, by załatwiać nudne urzędowe sprawy. Już wystarczy, że w sprawie telefonu latałam, jak przysłowiowy kot pęcherzem.

Znalezione po latach…

To będzie (prawdopodobnie, być może, ale raczej na pewno, choć wszystko jest możliwe…) ostatni wpis na temat Siostry Jany, ale muszę. Po prostu muszę jeszcze to napisać. Znalazłam Jej list od mnie. Był w tej kopercie z listami Ojca, a to znak, że nigdy do mnie nie dotarł. Trochę kamień mi spadł z serca, ale… tylko trochę. Teraz wiele pytań zostało bez odpowiedzi. Dlaczego Ojciec nie dał mi tego listu? Dlaczego nie dał mi od niej Świętego Obrazka z podpisem „dla wnuczki”? (Oczywiście ona sama osobiście dała mi inne, ale to jednak inne obrazki!) Dziś nie mam już, kogo o to wszystko spytać. Pocieszam się myślą, że być może stało się tak dlatego, że jej list do mnie, jest na odwrotnej stronie listu do Ojca. A może nie dał mi go, bo wstydził się tego, co Ona o Nim napisała? I tak pozostaję z wielką niewiadomą i… listami, na które nie mogę już odpisać, bo nadawca nie żyje. Strasznie przykra sprawa.

A co do mnie napisała Siostra Jana stryjeczno-cioteczna babka?

Tak się ułożyło nasze życie że dopiero teraz od tatusia dowiedziałam się, że studiujesz i interesuje cię dziedzina duchowa. I mnie interesowały te same zagadnienia i myślę, że przy osobistych spotkaniach złączą nas węzłem przyjaźni i miłości. Z wielką czcią myślę o twoim Ojcu tj. cichy ukryty dla oka ludzkiego wielki człowiek bohater. Bardzo wiele bym Ci chciała powiedzieć o tym co było ze mną kiedy byłam w Twoich latach usłyszeć od Ciebie o Tobie. Myślę, że bardzo się zrozumiemy i pokochamy. Jak przyjadę do Warszawy to może porozmawiamy telefonicznie albo osobiście na Piwnej.
Zanim jednak nastąpi spotkanie proszę napisz kilka prostych słów.
Codzień rano i wieczorem pamiętam o Tobie nieznanej młodej dziewczynie a mojej wnuczce. I modlę się zawsze za ciebie, zawsze twoja kochająca babunia
Czekam na szybki odpis.
Przepraszam za błędy ale nie widzę tego co piszę.

Babka napisała: „nieznane młodej”. A przecież widziałyśmy się kilka razy. Fakt. W sumie to ja ją widziałam. Ona mnie jedynie dotykała. Miałam dwanaście lat i byłam tym przerażona. Pewnie milczałam. Potem było już inaczej, ale to było już potem… Zapewne po tym liście. Przecież i byłam u niej kilka razy, jako dorosły człowiek. No i kilka razy rozmawiałyśmy przez telefon. Pamiętam, że mama była oburzona, ze zakonnica do mnie dzwoni, a tu odbiera mój chłopak! Taki skandal! Siostrę Janę to jednak nie gorszyło. Być może dlatego, że mojego chłopaka Ojciec był… teologiem i księdzem innego wyznania? Była w końcu osobą o bardzo szerokich horyzontach i niezwykle otwartą na świat.

Obrazek obok wręczyła mi osobiście.

A wszystkie listy Siostry Jany zapewne któregoś dnia trafią na stronę genealogiczną, ale to jeszcze, jeszcze…

Natomiast moment, w którym wezmę się za skanowanie listów mojego Ojca (a jest tego kilkanaście pudeł, bo ojciec każdego listu robił kopię) zaowocuje być może jakąś publikacją, bo to będzie na pewno kawałek nie tylko historii mojej rodziny, ale kawałek historii Polski. W zachowanym we wspomnianej przeze mnie kopercie z listami Siostry Jany zachował się też list Ojca do niej. A w nim? opis, jak długo był bez samochodu po wypadku, opis spotkań z kolegami mojego stryja, którzy w przeciwieństwie do niego samego przeżyli Powstanie warszawskie, opis moich zmagań z dostaniem się na studia… Ludzie w bardzo niefrasobliwy sposób wyrzucają do śmieci stare listy, a to najprostsze dokumenty życia społecznego. Być może ostatnie przed erą krzemu, w której wszystko zniknie wraz z upadkiem zasilania. I to moje pisanie bloga też wtedy szlag trafi. A co zostanie? Oto jest pytanie. Co po mnie i po nas wszystkich znajdą po latach nasi potomkowie? Zapewne klawisz „Q”, bo ten na każdej klawiaturze jest najmniej używany…

A poniżej… obrazek od niej, który trafił w moje ręce dopiero teraz.

Niestety nie jestem z kamienia

Kompletnie nie nadaję się na agentkę, szpiega, czy tajniaka. Niestety twarz moja, to nie tabula rasa, ale wszystko na niej widać. Kiedyś, na pewnym zebraniu redakcyjnym, koleżanka powiedziała mi, bym zrobiła coś z tą swoją twarzą, bo widać na niej, co myślę o moich szefach. A nie myślałam niestety najlepiej. Nie umiem ukrywać uczuć i emocji. Nie umiem ukrywać ani radości, ani pogardy, ani rozczarowania ani wzruszenia. Gdy kilka dni temu pisałam o Siostrze Janie nie myślałam, że dostanę jej wspomnienia w prezencie. Tak się jednak stało. Okazało się, ze wśród moich czytelników jest Pani Agnieszka z wydawnictwa Święty Paweł. Wspomnienia dostałam i…. nie od razu odpisałam z podziękowaniami. Nie dlatego, że jestem niewdzięczna. Chciałam po prostu też się czymś zrewanżować. Pomyślałam, ze może byłoby jej miło, gdyby przesłała zeskanowanych kilka rzeczy, które mamy od Siostry Jany. Jest tego sporo. W dużej teczce z napisem „Pamiętnik siostry Jany”, oprócz pamiętnika, kilku zdjęć, które są zresztą w publikacji, listu z sekretariatu Episkopatu, który dziękuje Tacie za przesłany pamiętnik i zawiadamia, że przekazał go na ręce Papieża Jana Pawła II-go, jest też dość gruba koperta. Nie zaglądałam do niej 15 lat, a i wtedy, gdy patrzyłam ostatnio, to zajrzałam pobieżnie. Wiedziałam, ze kryje po prostu listy i święte obrazki. Teraz całą zawartość koperty, czyli wszystkie listy i obrazki wyrzuciłam na biurko i…. Rozpłakałam się. W kopercie bowiem oprócz listów były…. Opłatki, którymi dzieliła się z nami na we wszystkie święta. Niektóre pokruszone, inne całe. Matko! Jak to mnie rozczuliło!

Listy są pisane przeważnie na maszynie. Niewidoma staruszka pisała sama, ręcznie tez dopisywała sama, ale czasem różnymi charakterami pisma ktoś za nią cos dopisywał. I tak siedzę teraz po nocy nad tymi listami i czytam jeden po drugim. Myślałam, ze zeskanuje to szast prast, ale nie idzie to tak łatwo.  Dlaczego? Oto w jednym z listów staruszka napisała: „Z miłością i troską myślę o tobie Macieju Drogi i o wielkim krzyżu, jaki z pogodą męstwem i wiarą dźwigasz. Smucę się chorobą Haliny (to o mojej mamie, która była ciężko chora na gościec zniekształcający, a ojciec się nią bardzo troskliwie opiekował), bo to też krzyż i trzeba wielkiej mocy ducha, żeby go cierpliwie i z pogodą znosić. Ale najwięcej ucieszyłam się Małgosią, że z zapałem studiuje. Boli mnie tylko, żer na mój serdeczny list nie odpowiedziała. Wcale niech się mnie nie obawia i nie wstydzi ja ją doskonale potrafię zrozumieć, bo właśnie skończyłam 15 lat i młodzież doskonale rozumiem choć w metryce mam 91.”

Och tak mi głupio, bo listu od niej nie pamiętam.  Człowiek, gdy ma naście lat, ma w głowie takie pstro, jest tak skupiony na sobie, że często nie przywiązuje wagi do takich rzeczy, jak odpowiedzenie na list. Czasem w ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie. Zaczyna się nad nim pochylać z empatią dopiero po jakimś czasie. Myślę, że często pewne rzeczy doceniamy wtedy, kiedy nam po prostu uciekną i ich nie ma. Podróż przez lekturę listów siostry Jany do Ojca i naszej rodziny była…. No właśnie. Napisałam najpierw pouczająca, ale to takie banalne słowo. Wzruszająca? Dająca do myślenia?

Dzielny wojak Szwejk zwykł był mawiać: „melduję posłusznie, że życie ludzkie jest tak skomplikowane, że w porównaniu z nim człowiek jest szmata”.  Szwejk zawsze nazywał wszystko dosadnie, ale po imieniu.

A ja czasem żałuję, że nie jestem z kamienia. Zeskanowałabym wszystko szybciej i dawno poszła spać. Ale z drugiej strony… wzruszyć się… też jest czasem przyjemnie.

A na zdjęciu siostra Jana, czyli Zofia Brudzińska z ciotką Ludwiką świderską w Samarze w 1917 roku. Ludwika Świderska, siostra jej ojca wychowała ją, gdy jej mama Maria z Piekarskich zmarła osierocając Zosię, kilkumiesięczną wówczas dziewczynkę
.

Trzy razy Zet, czyli zapracowana, zapominalska, zasypiająca


Wczoraj odbył się ostatni przed wakacyjną przerwą spektakl „Listów do Skręcipitki”. Ponieważ z powodu wyrwanego zamka auto jest w naprawie, więc… wszystko trzeba było robić na piechotę lub korzystając ze środków transportu miejskiego. To czasem spowalniało pracę. Wczoraj oprócz spektaklu miałam ślub koleżanki i kolegi z pracy. Nie mam zgody na ujawnienie wizerunku, więc tylko publikuję zdjęcie limuzyny, którą przyjechali pod kościół. Nietuzinkowa, prawda? Dzień wcześniej pędziłam po prezent dla nich (w imieniu redakcji), wcześniej robiłam zrzutkę na ten prezent i tak właściwie, jak sięgnę pamięcią – to ostatni tydzień zleciał mi na pracy nad wczorajszym spektaklem i ślubem, na który wpadłam jak burza, by tak samo szybko z niego wypaść. W każdym razie z tego powodu zapomniałam:

Poinformować ewentualnych zainteresowanych, żeby słuchali w sobotę rano audycji „Sygnały dnia”, w której pani Dorota Świerczyńska rozmawia ze mną o moich domowych archiwach i o tym, co z nimi robię. Na szczęście można tego posłuchać na stronie Polskiego Radia:

Zaprosić do oglądania zrealizowanego przez Jacka Kadaja filmu dokumentalnego „Zdarzyło się naprawdę”, który opowiada o tym jak i na podstawie czego powstały „Listy do Skręcipitki”

Listy do Skręcipitki – wywiad w Stolicy

Oto wywiad, jaki przeprowadziła z nami Anna Kalinowska z miesięcznika STOLICA. Ponieważ wywiad opublikowano też w sieci, więc publikuje go z mylą o tych, którzy nie maja możliwości kupić gazety, a kibicują całemu przedsięwzięciu

 - To był człowiek mądry, inteligentny, miał głębsze potrzeby, był wrażliwy. Dzięki tej wrażliwości nie tylko pięknie opisał Rosję, ale i Warszawę, Saską Kępę, Wisłę. Teraz już nikt tak o swoim mieście nie pisze. Warszawa była dla niego całym światem – o bohaterze „Listów do Skręcipitki” opowiadają twórcy monodramu – scenarzystka Małgorzata Karolina Piekarska, reżyserka Małgorzata Szyszka i aktor Zacharjasz Muszyński.

Z twórcami monodramu „Listy do Skręcipitki” – scenarzystką MAŁGORZATĄ KAROLINĄ PIEKARSKĄ, reżyserką MAŁGORZATĄ SZYSZKĄ i aktorem ZACHARJASZEM MUSZYŃSKIM – rozmawia Anna Kalinowska

Anna Kalinowska: Kim byli bohaterowie monodramu – Antoleniek i Skręcipitka?

Małgorzata Karolina Piekarska: – Antoni Adamski to mój pradziadek, urzędnik kolejowy, urodzony we wsi Mokotowo w 1884 r. Zakochał się w dziewczynie znanej mu od dzieciństwa. Nazywała się Leokadia Karolina Przybytkowska, mieszkała we wsi Saska Kępa, która zresztą była wówczas wyspą. Antoni nazywał czule ukochaną „Skręcipitka”, ale też „Przekotuchną”, „Pierdzimączką” i „Salcesonem Ewangelickim”. Jak wynika z listów tej pary, Antoleniek przypływał do niej z Solca łódką dłubanką. Pobrali się około 1903 r. w kościele św. Trójcy na Solcu, katolickim, aczkolwiek ona była ewangeliczką. Chociaż Karolina to drugie imię mojej prababci, wszyscy mówili do niej „Karolciu”. W 1905 r. przyszło na świat ich jedyne dziecko, córka Janina, moja babcia. Antoleniek dosyć szybko zapadł na zdrowiu, wykryto u niego gruźlicę. W 1913 r. pierwszy raz pojechał do sanatorium w Szafranowie za Uralem. Dlaczego tam – nie wiem, być może było słynne. Potem był tam jeszcze raz. W czasie obu pobytów pisał do żony listy, na podstawie których powstał nasz monodram.

Skąd wziął się ten pomysł?

MKP: – Kiedyś na walentynki napisałam do „Mieszkańca” artykuł o miłości Antoleńka i Karolki. Cytowałam niektóre listy, również z czasów, kiedy byli jeszcze narzeczeństwem, np. „Myślisz, że ja nie wiem, czemu ty nie chciałaś, żebym cię brał na kolana? Wiem i ty wiesz.” To niesamowite, że ludzie tak wtedy z sobą rozmawiali. Kiedy pisałam ten artykuł, Zacharjasz wpadł na pomysł stworzenia monodramu. Napisał wniosek do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i przyznano mu stypendium artystyczne. To miłe – bo choć w modzie jest wszystko, co nowoczesne, to tym razem coś tak staroświeckiego też znalazło zrozumienie. Pewnie dlatego, że miłość jest ponadczasowa.

To o czym pisał Antoni?

Małgorzata Szyszka: – Pisał o wyjazdach do sanatorium w Szafranowie, o uczuciach do Karolki, tęsknocie za córką, Polską, Wisłą, Warszawą, widokiem Żydówki z rybami na Saskiej Kępie. Z listów wynika, że pierwszy pobyt w Szafranowie, bardzo mu się podobał. Podobali mu się Tatarzy, wsie tatarskie, górskie krajobrazy, towarzystwo polsko-rosyjskie. Traktował to wszystko jak rodzaj egzotycznej przygody. Wtedy chyba jeszcze nie myślał o sobie jako o osobie chorej. W listach z drugiego pobytu w sanatorium Antoni koncentrował się już na chorobie. Wtedy to właśnie lekarz wykrył u niego katar płuc.

MKP: – Potem wybucha wojna i rewolucja październikowa, on nie mógł wrócić. To jest naprawdę dramatyczne – strach przed umieraniem poza ojczyzną. A trzeba pamiętać, że kiedy Antoleniek wyjeżdżał, tej ojczyzny nie było. W listach widać, że choć mój pradziadek uczęszczał do szkoły, w której nie można było mówić po polsku, był bardzo oczytany. Mam jego notesy, w których pisał poezje i notował polskie wiersze będące wówczas na indeksie. Myślę, że dla niego wiadomość, iż Polska powstała, a on nie może jej zobaczyć, była tragedią, której my nie jesteśmy w stanie pojąć.

MSZ: – Antoni dbał też o patriotyczne wychowanie córki, prosił żonę, by kupiła jej „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza albo „Historię Polski w dwudziestu czterech obrazkach” Kazimierza Góralczyka. On był patriotą w każdym calu, to nie była poza. W jego listach jest też taki patriotyzm lokalny, momentami dla nas zabawny, ale przez to sympatyczny, ludzki. Stwierdzał np., że Wołga wielka rzeka, ale Wisła niewiele mniejsza.

Zacharjasz Muszyński: – Pisał bardzo pięknym, poetyckim językiem. To sprawia mi trochę trudności – budowanie emocji poprzez język tamtych czasów. Ale staram się. Antoleniek miał duże poczucie humoru, które jest mi bliskie. Z jego listów wynika np. to, że ktoś, kto przyjeżdża do Rosji z zachodu, jest postrzegany jako osoba bogata, z lepszego świata. Tak jest do dzisiaj. Widzimy, że przez sto lat nic się nie zmieniło.

MSZ: – To był człowiek mądry, inteligentny, miał głębsze potrzeby, był wrażliwy. Dzięki tej wrażliwości nie tylko pięknie opisał Rosję, ale i Warszawę, Saską Kępę, Wisłę. Teraz już nikt tak o swoim mieście nie pisze. Warszawa była dla niego całym światem.

ZM: – Widoczny w listach luz to tylko taka poza. Tęsknota, miłość do Karolci, do Janki… To były jego prawdziwe uczucia. Zabawy, imprezy, tańce stanowiły tylko ulotne chwile.

MKP: – Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, o której nic nie ma w spektaklu. Przez cztery lata Antoleniek i Karolka nie mieli z sobą kontaktu – jego listy nie dochodziły do domu. Karolcia najwyraźniej myślała, że jest wdową. Wówczas to zakochał się w niej Leonid Piasecki, junkier roty kijowskiej. Mamy listy, które pisał do mojej prababci łamanym polsko-ukraińsko-rosyjskim językiem. Nie zapomni moja złota Karolciu, jegdech daleko est Twui Lenia, który zawche pamienta o Tiebe i bende pamentat do samegogroba, potem Modlse za mnie, ja modleche za Tiebe Bug nam pomoje. Podejrzewam, że on zginął, bo nic więcej po nim nie zostało. Zresztą w życiu Antoleńka też pojawiła się jakaś kobieta…

MSZ: – Mamy za mało danych, by umieścić to w spektaklu, bo założyliśmy, że nie kłamiemy. Scenariusz będzie oparty na faktach opisanych w listach, nie będziemy dopisywać nowych wątków ani domyślać się tego, co mogło się wydarzyć. Materiału jest wystarczająco dużo, by przedstawić tę historię tak, jak została nam przekazana. Wartość tych listów jest ogromna. Nie znam spektaklu teatralnego, który opisywałby początek XX wieku w taki sposób. O tym okresie wiemy wszak niewiele, druga wojna światowa jest nam bliższa.

MKP: – O pierwszej wojnie też jest w listach mowa, ale nie ma opisów działań wojennych.

ZM: – Pojawia się także inny temat – Polacy a rewolucja sowiecka.

MSZ: – Na lekcjach historii nie mówi się o tym, że wtedy w Rosji przebywali Polacy, którym wybuch rewolucji październikowej uniemożliwił powrót do ojczyzny. Antoni pisze, że nawet jeśli uda mu się dostać zgodę, tj. uwolnić się z kolei, i wyjechać, to najprawdopodobniej nie dotrze do kraju, czyli był świadomy tego, że może zginąć gdzieś po drodze. W tej dramatycznej części korespondencji widać też, jak przekazywano sobie informacje o tym, gdzie kto jest, kto wyjechał, kto nie dojechał, kto umarł. Pobyt w Rosji łączył Polaków w jedną rodzinę.

W którym roku udało się Antoniemu wrócić do Polski?

MKP: – Około 1919 r., ale dokładnie nie wiadomo. Umarł w 1922 r., Karolina została młodą wdową i nigdy więcej nie wyszła za mąż. Może miała wyrzuty sumienia z powodu tego Leonida, w którym się chyba trochę podkochiwała…

Premiera spektaklu „Listy do Skręcipitki” odbyła się podczas Święta Saskiej Kępy. Gdzie teraz będzie można go zobaczyć?

ZM: – Między innymi w teatrze Scena Lubelska koło Dworca Wschodniego, ale już dostaliśmy zaproszenia do innych miast.

MKP: – W jednym z listów Antoni opisuje drogę, którą będzie wracał do domu z Dworca Terespolskiego znajdującego się w miejscu obecnego Dworca Wschodniego. Oni wtedy mieszkali niedaleko stąd, w drewnianym domu przy Walecznych 37, ale ta ziemia, gdzie jest nasz obecny dom – przy Dąbrówki 4 – też do nich należała. Ten dom wybudowała w 1938 r. wdowa po Antoleńku, czyli tytułowa „Skręcipitka”. Z teatru Scena Lubelska do domu Zacharjasz chodzi trasą, którą wracał z dworca Antoleniek. On w ogóle cały czas koło nas krąży. Kiedy szukaliśmy zegarka do przedstawienia, znaleźliśmy taki z pociągiem i opisem „zegarek dla kolejarza”, a przecież mój pradziadek był kolejarzem. Przyjaciółka kupiła nam do spektaklu zabytkową walizkę z literą „A”. Wszystko to przypadek. Czuję, jakby Antoleniek i Karolka byli wciąż blisko nas i cieszyli się, że ich historia nie umiera.

„Listy do Skręcipitki”
Anna Kalinowska
Stolica nr 6-7/2013