Archiwa tagu: Listy do Skręcipitki

Syberyjska reisefieber

Pojutrze wraz z Ulubionym lecimy do Irkucka z monodramem „Listy do Skręcipitki”. Przyznam, że od kilku dni mam reisefieber. Oczywiście boję się, czy niczego nie zapomnę. Bo oprócz szczątkowej scenografii, kostiumu, rekwizytów, lecimy z książkami, prezentami, etc.

Sprawdzam wiadomości o Irkucku i Bajkale. Czytam o zesłańcach, Polakach, którzy badali te tereny. Czytam o tamtejszej fabryce lotniczej, gdzie robią bombowce, myśliwce itd. Anuszyny, Tupolewy i Iljuszyny… Czytam o lotnisku największym na Syberii, które jest często zamykane z powodu mgieł i… zaczynam się denerwować. Lubię samoloty i lubię latać, ale mgła jakoś mi nie w smak.

Czytam o Bajkale. Najgłębszym jeziorze świata z osobliwym mikroklimatem, które mam zobaczyć. Mam nadzieję, że spróbuje tamtejszych ryb. Bajkał to jezioro gdzie ponad 60% fauny i flory to gatunki endemiczne, czyli takie, których nie ma nigdzie na świecie. Najpopularniejszą rybą jest tu omul bajkalski.
No i tak drukując wiedzę, która może mi się przydać w podróży, pakuję i się i analizuję, czy niczego nie zapomnę.

Reisefieber jest niemiłym uczuciem. Nie pozwala spać, nie pozwala myśleć o niczym innym jak tylko podróż. A jednak… paradoksalnie lubię reisefieber. Ilekroć go odczuwam wiem, że przede mną przygoda. A przecież już „Pan Samochodzik” zwykł był mawiać, że „moje serce jest tam gdzie przygoda”. Zresztą… sam autor Pana Samochodzika, czyli Zbigniew Nienacki odbył kiedyś taką podróż, która zaowocowała jego książką „Pozwolenie na przywóz lwa.” Czym zaowocuje moja podróż? Wprawdzie to tylko pięć dni, ale… zobaczymy. Życie jest tak nieprzewidywalne. W przeciwieństwie do reisefieber, której oczywiście się spodziewałam.

Historia dwóch wiz

W 2000 roku jechałam do USA. Bez zaproszenia. Ktoś tam mnie zapraszał i miałam go odwiedzić prywatnie. Powiedziałam jednak, że nie chcę od niego oficjalnego zaproszenia. Wystąpiłam do ambasady USA o wizę. Podałam dokładne daty wyjazdu i przyjazdu. W domkumentach napisałam, że podróż w innych terminach nie wchodzi w grę, bo mam za dużo pracy. I złożyłam papiery. Wszyscy w ambasadzie byli dla mnie bardzo mili. Odpowiedź pozytywna przyszła dość szybko. Jest wiza. Na dziesięć lat. Konsul amerykański nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Na tej wizie odwiedziłam Stany Zjednoczone bodajże dwa, a może nawet i trzy razy. Dziś już nie pamiętam. Teraz mam jechać do Rosji. (Ostatni raz byłam 22 lata temu w 7 miesiącu ciąży). Mam jechać nie turystycznie, ale zawodowo, choć nie zarobkowo. Monodram Ulubionego ma zostać wystawiony w Irkucku podczas obchodów 25-lecia organizacji polonijnej „Ogniwo”. Ta organizacja nas zaprosiła. Znaleźli się też sponsorzy, którzy zdecydowali się ufundować przelot, pobyt i wyżywienie dla dwóch osób. Ponieważ Rosja wprowadziła dla Polaków ruch wizowy, więc udałam się do konsulatu po wizę rosyjską. Choć wyjazd nie jest zarobkowy – Rosja za taki go uznała. Musiałam więc najpierw zapłacić za ubezpieczenie pobytu, potem ponad 250 złotych za samą wizę, na która przyszło mi czekać ponad tydzień. Przy składaniu dokumentów trafiłam na bardzo miłą urzędniczkę. Przy odbiorze wręcz odwrotnie. Burczała, pokrzykiwała etc. Przypomniał mi się PRL, gdy urzędnik był panem i władcą petenta. A myślałam, że prawie już o tym zapomniałam. Teraz chyba właśnie na to muszę się nastawić, by w czasie wizyty nie zwariować. Wizę dostałam zresztą jednokrotną na te konkretnych kilka dni.

Na Sybir!  Jest wiza!.

Przed ambasadą USA po wizy zawsze od zawsze są kolejki. Kiedyś sięgały nawet Alej Ujazdowskich. W konsulacie Rosji za każdym razem byłam sama. Bo jak mi powiedział niedawno znajomy – niewielu jest wariatów, którzy chcą jechać na wschód. Cóż… ja zawsze chcę jechać tam, gdzie są moi rodacy. Nawet jeśli jest ich garstka. Tym na zachodzie nie jestem potrzebna tak, jak tym na wschodzie, którym na pewno przywiozę kawałek Polski, choć paradokslanie rolę w spektaklu gra Ulubiony będący pół Polakiem, a pół Ukraińcem urodzonym na dodatek w Moskwie.

Zapraszam na spektakl

Gdy  w 2013 zaczynalismy pracę nad monodramem Ulubionego „Listy do Skręcipitki” wiedziałam, że będzie trudno, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Mimo wielu, naprawdę wielu listów, prób rozmów z warszawskimi teatrami, dopiero teraz, prawie dwa lata po premierze, po raz pierwszy monodram zostanie wystawiony na scenie prawdziwego teatru w Warszawie.

„Scena na Lubelskiej”, choć kameralna i urocza, bo offowa to z tej racji, że mieści się na trzecim piętrze kamienicy wykluczała możliwość przyjścia tam wielu znajomych – przede wszystkim osób starszych, a także tych na wózkach, o kulach itd.

Teraz wreszcie jest inaczej, ale cóż… Od 30 czerwca 2013 roku spektakl był pokazywany m.in. w Kutnie, Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie, Warszawie w czasie obchodów Święta Niepodległości na scenie Muzeum Niepodległości, a także w Wilnie gdzie zamykał II festiwal monodramu Monowschód w słynnym „Teatrze na Pohulance” i wreszcie w Chorzowie w „Teatrze Rozrywki” wygrywając tam „5. Obserwatorium Artystyczne Entree”.

Po tym wszystkim spektakl nabrał patyny. Kto z Warszawy zapraszam więc w najbliższą sobotę
28 lutego g. 20:00
Teatr DRUGA STREFA
ul. Magazynowa 14a.
Warszawa
Bilety w cenie 30 zł (normalny i 20 zł (ulgowy)

I przypominam, o czym są „Listy do Skręcipitki”:

„Listy do Skręcipitki” to monodram w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego. Scenariusz oparty o listy Antoniego Adamskiego (1884-1923) do żony Leokadii Karoliny z Przybytkowskich (1884-1969) napisała pisarka, dziennikarka i blogerka Małgorzata Karolina Piekarska (prawnuczka autora i adresatki listów). Małgorzata Szyszka zajęła się reżyserią przedstawienia.

Listy będące kanwą sztuki są specyficzne, bo powstały w latach 1913-1918. Ich chory na gruźlicę autor (rodem ze wsi Mokotowo) pisze je do żony (rodem ze wsi Saska Kępa) z podróży i z Szafranowa, położonego głęboko za Uralem sanatorium dla gruźlików. W listach (adresowanych najczęściej na pracownię malarską kuzyna na ulicę Nowy Świat) opisujących podróże, ludzi, klimat, piękno przyrody i sprawy 2 rodzinne jest swoiste pęknięcie. Oto na urlopie dopada go I wojna światowa, a potem Rewolucja Październikowa. Powrót do kraju staje się niemożliwy. Autor zostaje odcięty od bliskich, a na dodatek jego listy przestają docierać do Warszawy. Wreszcie dociera jeden z nich… pełen wątpliwości, czy ma jeszcze dokąd wracać. Czy żona jeszcze go kocha i chce widzieć.

„Listy do Skręcipitki” to pełna humoru i wzruszeń historia o miłości, tęsknocie za żoną (tytułową Skręcipitką), córką, Ojczyzną, Warszawą, Wisłą, Saską Kępą i Mokotowem oraz strachem przed umieraniem na obczyźnie. To opowieść o postrzeganiu Polski i Polaków przez konfrontację z Rosjanami i wielką Rosją. To swoista lekcja historii Polski i małych ojczyzn autora opowiedziana przez pryzmat jednostki, którą los rzucił tysiące kilometrów od domu.

Premiera spektaklu odbyła się 8 czerwca 2013 w Warszawie na Scenie Teatralnej Klubu Kultury Saska Kępa w ramach obchodów Święta Saskiej Kępy przebiegającego pod hasłem: „Czym Kępa bogata”. Wszystko dlatego, że bohaterowie spektaklu: Antoni Adamski i adresatka jego listów tytułowa „Skręcipitka” to postaci związane z Saską Kępa, która jest wspomina w listach.

Strach, czyli co kto ma w sercu?

Strach to bardzo nieprzyjemne uczucie. Nie lubię się bać. Wczoraj się bałam. I to kilka razy. Pierwszy raz jadąc do pracy. W końcu zapowiedziano manifestacje w związku z Dniem Niepodległości. Do pracy pojechałam samochodem, bo miałam ze sobą paczkę niespodziankę. Przywiozłam prosto z Wilna dla koleżanek i kolegów z redakcji chleb litewski i dwie półtoralitrowe butelki kwasu chlebowego. A dla przyjaciółki z redakcji osobną torbę litewskich frykasów i durnot. (Między innymi setkę wódki w kubeczku. Wygląda to, jak jogurt, ale w środku jest wódka, a na kubeczku akcyza! Szok!) Tramwajem wieźć tego nie chciałam, bo ciężkie i nieporęczne, a na dodatek w święta tramwaje rzadko jeżdżą. Zresztą tego dnia był na mieście spory tłok. W święta parkowanie jest bezpłatne, więc… wzięłam samochód. Na Plac Powstańców jednak nie dojechałam. Musiałam zostawić auto na tyłach Nowego Światu. Przyznam, że bałam się, czy samochód nie zostanie obrzucony jakimiś petardami etc. W końcu w swoim czasie przy takiej okazji kilka aut zdemolowano.

Potem bałam się drugi raz. Gdy Marsz Niepodległości ruszył w kierunku Saskiej Kępy. Gdy w mediach podawano informacje o zamieszkach na „moim” rondzie, czyli rondzie Waszyngtona, zadzwoniłam do Panicza Syna spytać, czy jest cały i zdrowy. Na szczęście siedział w domu. Ku memu zdumieniu przed… telewizorem, co zdarza mu się rzadko, bo jego pokolenie częściej gapi się w internet niż TV. Tymczasem on wraz z dziewczyną i garstką znajomych oglądał relacje z zamieszek stwierdzając po raz kolejny, że nie wyjdą z domu, bo się boją. Nie tylko tego, że ktoś z nich dostanie w mordę od jakiegoś oszołoma. Także tego, że znów bez powodu Panicza Syna będzie spisywać policja. Panicz Syn ma długie włosy, co przeciętnemu policjantowi kojarzy się z przestępstwami i narkotykami i zawsze, ilekroć cokolwiek dzieje się na Stadionie Narodowym, Panicz Syn zanim dojdzie do domu, jest co najmniej trzy razy legitymowany przez policjantów, którzy do Warszawy zjeżdżają z całej Polski i nie potrafią zrozumieć, że ulica zameldowania, którą ma wpisaną w dowód jest o 30 metrów od miejsca, w którym go zatrzymują, a on sam właśnie zmierza do domu.

Potem bałam się trzeci raz, gdy już byłam po pracy. Samochód cały i zdrowy przywitałam najczulszymi słowami kierowcy. Pozostała sprawa drugiego ważnego domownika – Ulubionego. Ten zaś nie chciał mnie fatygować i powiedział, że wróci sam środkami komunikacji miejskiej, czyli od metra tramwajem przez Most Poniatowskiego. Spędził biedak dzień cały w studiu nagrań przed mikrofonem i nie miał świadomości, co się dzieje w centrum i w naszej okolicy. Musiałam siłą go przekonać, że przyjadę po niego autem, bo to będzie bezpieczniejsze. Do domu wróciliśmy Mostem Siekierkowskim.

To bardzo smutne, że w Święto Niepodległości tak dzieje się w Warszawie, jak się dzieje. Że mnie ogarnia strach o moje mienie (samochód), życie i bezpieczeństwo bliskich (Panicz Syn i Ulubiony). Powinnam przecież cieszyć się niepodległością, a nie bać. A jednak… bałam się!

Paradoksalnie dzień wcześniej wróciliśmy z Wilna, gdzie Ulubiony był oklaskiwany na festiwalu Monowschód. Tam grał w teatrze na Pohulance, który mimo życzenia twórców i fundatorów, czyli polskiej społeczności Wilna, by służył mieszkającym tam Polakom, Niepodległa Litwa podarowała Rosjanom. Jest tam teraz Rosyjski Teatr Narodowy Litwy. Na szczęście organizatorzy festiwalu wypożyczyli teatr na festiwal. I tak na scenie, na której w swoim czasie występowały takie gwiazdy, jak Irena Eichlerówna, Nina Andrycz, Henryk Borowski, Hanka Ordonówna, Aleksander Zelwerowicz, Zygmunt Bończa-Tomaszewski, Zdzisław Mrożewski, Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński, Igor Przegrodzki, Hanka Bielicka Ulubiony zaprezentował swój monodram „Listy do Skręcipitki”. Tuż potem pokazaliśmy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę” o prawdziwej historii bohaterów monodramu, czyli mojego pradziadka i prababci. Wileńska prasa napisała, że „Polski festiwal teatralny uwieńczył spektakl o miłości i patriotyzmie” wyjaśniając w artykule: „Minimum środków scenicznych, krótkie przerywniki muzyczne, godzinna przekonująca gra jednego aktora, tematy miłości, tęsknoty i patriotyzmu – monodram „Listy do Skręcipitki” w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego w niedzielę, 9 listopada, w wileńskim teatrze na Pohulance zakończył odbywający się na Litwie trzydniowy Międzynarodowy Festiwal Monospektaklu „MONOWschód II”.
 Swoistym komentarzem do monodramu, dopowiedzeniem głównego przesłania sztuki był wyświetlony po zakończeniu spektaklu 14-minutowy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę”, w którym autorka scenariusza Małgorzata Piekarska opowiada o tym, że do pracy nad sztuką zainspirowała ją zachowana korespondencja jej pradziadka i prababci, których rozdzieliły zawirowania życiowe. M. Piekarska nadmienia, że listy wysyłane przez pradziadka do żony są przepełnione patriotyzmem, miłością do ojczyzny, które to wartości obecnie, jak mówi, nie są w Polsce aktualne.”

"Listy do Skręcipitki" na scenie Teatru na Pohulance

„Listy do Skręcipitki” na scenie Teatru na Pohulance

Bo nikt mi nie wmówi, że to patriotyzm i miłość do Ojczyzny pchnęły ludzi z zamaskowanymi twarzami do rwania bruku, płyt chodnikowych i szarżowania na policjantów. Co z tego, że organizatorzy marszu odcięli się od takiego zachowania? W marszach (zarówno Prezydenckim jak i Niepodległości) idą ludzie z różnych pobudek, ale z moich obserwacji wynika, że patriotyzm nie jest głównym motorem ich działań. Raczej to walka polityczna. Gdyby było inaczej powstałby jeden marsz. Patriota kocha Ojczyznę bez względu na to, kto jest jej prezydentem, kto premierem i kto jest w opozycji. Ojczyzna to symbol. To coś ponad podziałami. To nie jest Polska żadnego z polityków tylko każdego z nas, którzy czujemy się Polakami lub jej mieszkańcami!

Po wileńskim spektaklu, zarówno w kuluarach, jak i potem na bankiecie podchodzili do nas różni ludzie z refleksjami. Mogłabym cytować wiele, ale chwalenie się zawsze mnie trochę jednak żenuje. Napiszę więc tylko to, co powiedział pewien Polak mieszkający na Litwie. „Małgosiu! To było o nas teraz! To my tak tęsknimy!” A przecież spektakl jest o moim pradziadku, który sto lat temu nie mógł wrócić do Polski, bo utknął w głębi Rosji, gdyż zastała go tam I wojna światowa i Rewolucja Październikowa. Pradziadek pisał o miłości do Ojczyzny, której jeszcze nie było na mapie, ale dla niego była. Gdy pierwszy raz czytałam te listy i śmiałam się (choćby z określenia Skręcipitka) i strasznie płakałam. Pradziadkowa tęsknota za Polską była przejmująca. Polska, której nie było na mapie istniała w jego sercu niezwykle silnie! Co jest w sercach tych, którzy co roku biorą udział w burdach? Zachodzę w głowę, ale nie wiem!

Wożenie drzewa do lasu

Rok temu zaproszono mnie, jako jurora festiwalu teatralnego prowadzonego przez Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy nr 2 w Warszawie. Pod nazwą Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy kryje się tak naprawdę… poprawczak. Ten konkretny powstał jeszcze przed wojną, jako tzw. „Zakład dla Dziewcząt Moralnie Zaniedbanych”. W większości są w nim dziewczyny z patologicznych środowisk. To nie ich wina, że przyszły na świat w takich domach. Życie od małego ich nie pieści. Nie mają wzorów do naśladowania. W większości nie czuły się nigdy potrzebne i kochane. Ogólnopolskie Spotkania Małych Form Teatralnych są jedną z prób resocjalizacji i uczenia wrażliwości. Resocjalizacji przez teatr. Wychowankowie wielu ośrodków wychowawczych w całej Polsce przez cały rok biorą udział w zajęciach teatralnych, których plonem jest spektakl wystawiany na odbywającym się wiosną w Warszawie festiwalu. Zjeżdżają się wtedy grupy teatralne z poprawczaków z całej Polski. Młodzi aktorzy starają się pokazać z jak najlepszej strony. W ramach festiwalu wystawiają swoje spektakle, oglądają konkurencję, odbywają warsztaty teatralne z fachowcami i chodzą do prawdziwych teatrów. W tym roku, kiedy przypadła XXIV edycja festiwalu, organizatorzy Spotkań nie dostali na ten cel pieniędzy. Wnioskowali w mieście o dotację na upowszechnianie kultury i edukację teatralną. W końcu wychowankowie ośrodków wychowawczych to często ludzie z wyrokami za drobne wykroczenia przeciwko zdrowiu, mieniu itd. Wśród nich są dziewczyny uprawiające seks za parę dżinsów, kradnące w sklepach, bijące się itd. Udział w festiwalu, warsztatach i pójście do prawdziwego teatru to dla nich czasem jedyne spotkanie z kulturą. To także forma edukacji. Jednak miasto odrzuciło wniosek organizatorów. Paradoksalnie kilka stołecznych instytucji teatralnych otrzymało dotacje właśnie na upowszechnianie kultury i edukację teatralną itd. Jedna ze scen nawet kilka dotacji, których łączna suma przekroczyła pół miliona złotych. Organizatorzy Ogólnopolskich Spotkań Małych Form Teatralnych wnioskowali o 10 tysięcy. Po odwołaniu dostali z innej puli 1600 złotych. Starczyło na dyplomy i ramki do dyplomów, poczęstunek i drobne nagrody za uczestnictwo. Zabrakło nie tylko na honoraria dla prowadzących warsztaty czy dla jury (w ubiegłym roku też za wiele środków nie mieli, więc byłam tam jurorem społecznie, społecznie odbyłam spotkanie autorskie i opowiedziałam dziewczynom o swoich książkach), ale przede wszystkim nie starczyło pieniędzy na bilety do teatrów. Organizatorzy obdzwonili wiele stołecznych instytucji teatralnych z prośbą o przyznanie trudnej młodzieży, będącej uczestnikami festiwalu teatralnego, puli bezpłatnych wejściówek na spektakle. Tłumaczyli, że większość z nich będzie w teatrze po raz pierwszy i być może… niestety… ostatni w życiu. Wśród teatrów, do których zwracali się z prośbą były sceny, które m.in. z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrzymały po kilkaset tysięcy złotych dotacji na różne cele, w tym na edukację kulturalną. Paradoksalnie Stowarzyszeniu Teatralnemu, które chciało pomóc organizatorom festiwalu i zawnioskowało o 10 tysięcy złotych, za co miało przeprowadzić z uczestnikami trzydniowe warsztaty i pokazać trzy spektakle – odmówiono dotacji! Niestety sceny, które dostały po kilkaset tysięcy na edukację teatralną najwyraźniej uznały, że nie zmarnują nawet kawałka z tej kwoty na darmowe bilety dla trudnej młodzieży. Uczestników festiwalu przyjął tylko Teatr Powszechny, który pokazał im monodram „Sebastian X”, traktujący o masakrze w szkole. Rękę wyciągnęła też jedna prywatna scena warsztatowa.

Także Ulubiony zdecydował się bezpłatnie pokazać im swój monodram. A reżyserka Małgosia Szyszka za darmo poprowadziła warsztaty. Wszyscy czuliśmy, że to może być ważne dla tej młodzieży. Pojechaliśmy więc na gościnne występy na Strażacką. Było to osobliwe przeżycie, bo widz – naprawdę specyficzny. Już rok temu jedna z wychowawczyń opowiadała mi, jak spytała nowoprzybyłą do ośrodka 13-latkę: „Jak się u nas czujesz?” A w odpowiedzi usłyszała: „Chuj cię to obchodzi stara kurwo!” Dlatego właśnie, że widz jest nieprzewidywalny i niepoddający się konwenansom, a także ogólnie przyjętym normom społecznym, reżyserka na samym początku musiała wprowadzić go w klimat spektaklu. Powiedziała więc kilka słów o tym, o czym jest monodram, o tym, że to specyficzna forma teatralna, uprzedziła, że jest to rzecz historyczna, by widz był przygotowany na cofnięcie się w czasie o sto lat. By rozumiał, czemu są tu np. inne jednostki miary (ryby sprzedają na arszyny, a do sanatorium bohater jedzie trzy tysiące wiorst), opowiadała o zmieniającym się języku. Uprzedziła, że to rzecz, która powstała na faktach. Tekst nie został napisany przez pisarza z myślą, że powstaje dzieło, ale był po prostu listami pisanymi do jednej osoby. Prosiła też o grzeczne zachowanie. Ulubiony i tak był w nerwach. Spektakl powstał na podstawie listów mojego pradziadka do prababci i oto w jednym z listów pradziadek pisze o panujących w sanatorium stosunkach: „Złodziei tu nie ma. Pokoik zostawiam otwarty. Wracam, niczego mi nie brakuje”. Dla potrzeb spektaklu stwierdzenie o braku złodziei zamienił w pytanie do publiczności. „Złodziei tu nie ma?” (To pytanie.) „Pokoik zostawiam otwarty.” (To informacja.) „Wracam, niczego mi nie brakuje!” Ostatnie jest w formie przestrogi, bo towarzyszy mu głośne „No!” i pogrożenie palcem. W połowie spektaklu Ulubiony, dochodząc do tego fragmentu, uświadomił sobie, że na wprost siedzą gdzieniegdzie… naprawdę złodzieje. Być może nie odbiorą tego pytania do publiczności, jako części spektaklu, a wezmą dosłownie. Wezmą to do siebie. Jak zareagują? Ani ja, ani reżyserka nigdy nie widziałyśmy Ulubionego tak spiętego. A on potem wyznał, że coś takiego przeżył pierwszy raz w życiu. Publiczność, ku zdumieniu nas wszystkich, reagowała w najmniej oczekiwanych momentach. W takich, w jakich do tej pory żaden widz nie reagował. Śmiali się na przykład z tego, że aktor się śmieje. Głośno powtarzali zabawne stwierdzenia, mocno je przeżywając. Dlatego przez widownię, co chwilę przechodziły szmery, z których dało się wyłowić słowa: „Skręcipitka”, „Pierdzimączka” i „salceson ewangelicki”, który wzbudził więcej wesołości niż zazwyczaj. Po spektaklu dla garstki widzów (powiedzieliśmy, że zostaje ten, kto chce) pokazaliśmy 14-minutowy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę”. Byli pod wrażeniem, że to historia rodzinna, bo przecież ich rodziny wyglądają zupełnie inaczej. No i pojawiły się pytania: „Jak to się nazywało? Mono-co?” spytała grupka dziewczyn. Odpowiedziałam, że „monodram”. Wielu to słowo słyszało po raz pierwszy.

Dlatego ja tak retorycznie teraz pytam. Czemu instytucja, która naprawdę edukuje kulturalnie, jak Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy, organizując od przeszło dwudziestu lat Ogólnopolskie Spotkania Małych Form Teatralnych, nie dostaje dotacji na edukację, a po odwołaniu niewiele ponad półtora tysiąca złotych ochłapu? A w tym samym czasie niejedna państwowa instytucja teatralna dostaje wielkie, przekraczające sto tysięcy pieniądze na taki cel i nie chce dać kilkudziesięciu darmowych biletów garstce ludzi, których wpuszczenie do teatru będzie prawdziwą edukacją? Kogo za te kilkaset tysięcy te teatry warszawskie będą edukować? Tych, którzy i bez tego wiedzą, co to teatr? Mnie zarówno to dziwne dysponowanie środkami z funduszy na edukację, jak i edukowanie teatralnie tych, którzy do teatru i tak pójdą, przypomina jednak wożenie drzewa do lasu. A może by tak raz zawieść je do miasta, czyli wyedukować teatralnie tych, którzy nigdy nie byli w teatrze? Tych, dla których do tej pory jedyna rozrywką było piwo w krzakach i za przeproszeniem dawanie dupy za dżinsy?

Za pokazanie „Listów do Skręcipitki” w Ośrodku, wszyscy troje dostaliśmy po kubku i paczce krówek, które organizator zdobył od zaprzyjaźnionych dobrych ludzi. Nic z tego nie mieli, ale podobnie jak my, uznali, że warto zainwestować cokolwiek w edukację kulturalną ludzi, których los pokarał tym, że urodzili się, jak to świetnie nazwał pan kurator sądowy i bloger – na marginesie życia.

Z cudzym łatwiej, czyli…. chwalę się

To, że cudze łatwiej promować – przekonałam się już dawno temu. Ilekroć prosiłam kogoś ze znajomych dziennikarzy, nawet z własnej redakcji, o to, by np. zrobili materiał o książce koleżanki, filmie znajomego, płycie kumpla – nie było problemu. Ilekroć sprawa dotyczyła mojej książki, reportażu itd. – okazywało się, że to może komuś (niezidentyfikowanemu, wyżej i tak dalej, jak mi tłumaczono) nie pasować. Dlatego już wiele lat temu, po słynnej historii, kiedy okazałam się zapchajdziurą (wywiad ze mną nigdy się zresztą nie ukazał, jak widać nawet na zapchajdziurę się nie nadawałam) – przyrzekłam sobie solennie: koniec z nawet delikatnym wciskaniem się znajomym dziennikarzom. Nie zapraszałam więc już na prowadzone przez siebie debaty, spotkania autorskie, tak, jak nie zaprosiłam na żadną z odsłon wystawy portretów pisarzy, które zrobiła Kasia Betlińska. Choć był tam nie tylko mój portret. Nie chciałam słyszeć, że się chwalę, wciskam, promuję itd. Po prostu rzygałam już tym. Zasadę musiałam jednak złamać, gdy ruszyliśmy z Ulubionym z monodramem „Listy do Skręcipitki”. Niestety na zatrudnienie fachowca od promocji nie było nas stać. Wzięłam więc niewdzięczny kawałek chleba na swoje barki. Wyszło, jak wyszło aczkolwiek tylko ja wiem, ile razy łykałam łzy, było mi przykro, czułam się upokorzona itd. Teraz chcemy zrobić kolejny projekt. O ile na tamten Ulubiony dostał stypendium, o tyle na ten teraz – nie mamy nawet grosza. Poza dobrymi chęciami nie mamy więc nic. Ale jakoś pchamy ten wózek do przodu. Gdy ruszymy na dobre – zdradzę szczegóły. Będę znów musiała słać listy, prosić, żebrać itd. Na razie siedzę nad scenariuszem, a równolegle piszę książkę. O tym też napiszę za jakiś czas. Pracuję też nad tym tzw. „genealogicznym projektem”. Nazwałam piekarscy.com.pl, choć nazwisk rodzin ze mną związanych jest ponad 200, ale jakoś musiałam to nazwać. Wybrałam swoje nazwisko, bo w końcu to ja ten projekt prowadzę. W każdym razie cały czas pracuję nad tą stroną, by potem, przez kilka miesięcy pracy nad książką, robił się ten projekt właściwie sam. Na razie, korzystając z tego, że pogoda nie sprzyja długim spacerom, siedzeniu w parku z laptopem, ślęczę w gabinecie nad komputerem i między pracą nad scenariuszem i książką, przepisuję równolegle kilka rzeczy:

1. „Plotki rodzinne”, czyli notatki ciotki Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej. Można w nich wyczytać m.in. taką ciekawostkę:

Franciszek Gorczycki h. Jastrzębiec

Franciszek Gorczycki ok. 1863 roku

To, co ja wiem z tradycji rodzinnej różni się od jego własnych wspomnień wydanych w książce: „Spiskowcy i partyzanci 1863r.” Wiem, że nie lubił mówić o Powstaniu – może dlatego, że Powstanie upadło – tak twierdził Wuj Skawiński. A może dlatego, że się po prostu bał – nie doczekał przecież Niepodległości – taka była supozycja mojej matki. W każdym razie widziałam notatkę robioną jego ręką: „20 stycznia 1863 roku wyszedłem ze szkół do Powstania.”. Toby znaczyło, że był w tajnej organizacji, skoro wyszedł do Powstania na 2 dni przed jego wybuchem. Brał udział w bitwie pod Miechowem – był jednym z pięciu, którzy z niej wyszli cało – ci, którzy mieli najlepsze konie. Kiedy zsiadał z konia stwierdził, ze obie poły kożuszka były poprzestrzeliwane na wylot – sam był nietknięty. Jakiś czas walczył pod wodzą Francesco Nullo. Bił się do końca Powstania. Po jego upadku i powrocie do domu – szkół nie kończył – usamodzielnił się. Pierwszą jego pracą było rządcostwo w majątku. Zakochał się w swej stryjecznej siostrze Natalii Gorczyckiej (późniejszej Janowej de Tilly). Oświadczył się o jej rękę, ale odmowa rodzonego stryja brzmiała: „Mój drogi, jeżeli najstarszą córkę wydam za rządcę, to młodsze chyba za ekonomów.” Franciszek Gorczycki ożenił się później z Kazimierą Brzezińską. Był właścicielem majątku Tomiszowice, potem Lgotka. 

2. Przepisuję też „Pamiętnik Jadwigi Tyblewskiej z Gorczyckich” – rodzonej siostry mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich Ruszczykowskiej.  Tam cudeniek obyczajowych moc. Na przykład:

Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska

Dzieci starsze wychowywały się pod dozorem rezydentki, starej panny, Marii Szypowskiej, młodsze pod opieką starszych sióstr i domowników. Umiała matka moja przywiązać do siebie służbę, miała kilkanaście lat poczciwą bardzo gospodynię i zacności pannę służącą Paulinę Berłowską, był to anioł na ziemi. Przebyła u Matki mojej blisko 40 lat, a u mnie 26 lat. W czasie bombardowania Kalisza w 1914r., 8 sierpnia zostawiłam ją w szpitalu w Kaliszu, nie mogła z nami pieszo staruszka uciekać, a uciekać musieliśmy, bo Niemcy wyciągali z domów mężczyzn, aby co dziesiątego rozstrzelać. Kalisz już wtedy był tak pusty, że tylko 700 mężczyzn wzięli i gnali ich tak, że ks. Gwardian Wiktor Sakowicz nogę złamał, a z mężem byłoby tak samo, bo już miał ok. 70 lat. Zapędzili Niemcy naszych Polaków w ten sposób na pole i po całodziennym znęcaniu się puścili mówiąc, że przyszło od cesarza ułaskawienie. My jednak byliśmy daleko już, pojechaliśmy do Rosji, a moja biedna Paulinka zmarła w przytułku dla starców, gdzie ją przenieśli ze szpitala (po dwóch latach bytności w szpitalu), umarła 10 kwietnia 1917 r. pochował ja ksiądz Aleksander Kokczyński na Tyńcu. Zostawiając ją pod opieką znajomych doktorów w szpitalu, myślałam, że zostawiam ją na jakieś 3 lub 4 miesiące, wszyscy naówczas myśleli, że wojna dłużej nie potrwa, gdy tymczasem zostawiłam ją na zawsze.  Blisko trzy lata była na opiece obcych, w tęsknocie za nami umarła samotna dla przykładu dla mnie, żeby nigdy naprzód stanowczo nie twierdzić, bo niczego na świecie w naszej przyszłości pewni nie jesteśmy. Biedna staruszka mówiła nieraz, że boi się, iż tu do śmierci u mnie nie będzie, przeczuwała widać. Wtedy powtarzałam jej: „choćbym wdową została, to jeszcze z nią się utrzymam z emerytury po mężu i do śmierci będziemy razem”. Stało się inaczej, „człowiek proponuje, Pan Bóg dysponuje”. Wspomnienie rozłączenia się z Pauliną Berłowską to jedno z najboleśniejszych wspomnień. W moim życiu przeżyłam tyle chwil strasznych, że serce powinno zamartwieć, a jednak, kiedy przed paru dniami w Kaliszu (14 maja 1920 r.) zaszłam do szpitala i zobaczyłam to miejsce, gdzie tę anielską istotę widziałam po raz ostatni, nie mogłam się wstrzymać od płaczu, wyszłam czym prędzej, bo zdawało mi się, że mi serce z bólu pęknie.

Oprócz tego na bieżąco, w wolnych chwilach, wpisuję na stronę treść listów, które zeskanowane już wcześniej opublikowałam. Paradoksalnie ta genealogiczna strona zaczęła żyć swoim życiem, którego się spodziewałam, ale nie myślałam, że stanie się to tak szybko. Nawet nie chodzi o to, że zgłosiły się do mnie już dwie panie, z którymi mam wspólnych jakichś tam przodków. Bardziej chodzi o to, że z zamieszczonych na stronie „śmieci”, jak to kiedyś nazwał mój znajomy, zaczęli korzystać zwykli obcy ludzie, których po prostu interesuje historia. Na przykład na forum Tczewa dyskutują o listach Zbyszka m.in. w kontekście wspomnianego przez niego pogrzebu kolejarzy, którzy w 1923 roku zginęli w katastrofie pod Zajączkowem. Ktoś tam przysłał podziękowania za… publikację kalendarzyka pradziadka Antoniego, bo dzięki niemu wie, ile kiedyś kosztowały… bilety do teatru. No o to mi chodziło! Dokładnie o to! Ciekawi mnie, jak zareagują na publikację pracy naukowej mojego prapradziadka Bronisława Ruszczykowskiego, który pisał o „Ospie ze zboczeniem”. Może przyda się jakiemuś lekarzowi? Bo historycy medycyny na pewno ją znają. Jest w roczniku lekarskim. Dla zwykłych ludzi może być ciekawa choćby przez to, jak kiedyś pisano takie prace chyba naukowe. Moim zdaniem o wiele przystępniej niż kiedyś. Praca prapradziadka właściwie jest jak opowiadanie. Ciekawi mnie, jak spodobają się weksle innego pradziadka Ludwika Piekarskiego, na których jest adnotacja „do spalenia”. Jak widać spalone nie zostały. Ileż to pradziadek forsy pożyczał z banków. A potem prapradziadek Michał to chyba spłacał, bo zachowały się listy w sprawie „długów Pańskiego syna”. Moim zdaniem bardzo ciekawe, gdy porówna się i popatrzy na dzisiejszą obyczajowość, na dzieci będące na garnuszku rodziców do 34 roku życia, o czym ostatnio pisano w prasie. Mój pradziadek miał już wtedy trzech synów i żonę, a jego ojciec spłacał jego długi. Gdyby nie te zachowane weksle i pisma z banków, do końca życia myślałabym, że mój pradziadek Ludwik Piekarski, inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji, który skanalizował i Warszawę i Lwów i Kijów i Tyflis, czyli dzisiejsze Tbilisi, a potem Baku, był bardzo dojrzałym i odpowiedzialnym facetem. A tu taka skucha.

Mam jednak nadzieję, że w moje ślady pójdą jednak inni i pokażą swoje „śmieci”. Chcąc zachęcić i do podczytania i do wrzucenia swoich skarbów, kilka razy na FB zacytowałam fragmenty pamiętników czy notatek i pokazałam zdjęcia. Reakcja znajomych? W większości pozytywna, bo czyż nie można się uśmiać z informacji, że wreszcie wiem, kim jest pani ze zdjęcia i podając swoją z nią koligację domagam się wódki, bo zawieszam się w pra, a także w skokach w boczne linie, adopcjach itd., a w tle jeszcze jest podwójne małżeństwo jednej z prapra z rodzonym stryjem? Ale zdarzyło się też, że zostałam oskarżona o… chwalenie się przodkami. Oczywiście ciekawi mnie, czy to sformułowanie się utrzyma, gdy dojdę np. do tych wspomnianych niespalonych weksli…  Ale to już szczegół.

Gdy kupiłam 10 egzemplarzy „Pamiętnika podlaskiego szlachcica” i rozdawałam znajomym, niektórym wciskając książkę niemal na siłę, nikt nie powiedział, że się czymś chwalę. W końcu Julian Borzym nie był moim krewnym. Nagle, gdy cytuję pamiętnik (wcale nie gorszy i nie nudniejszy) siostry mojej praprababci okazuje się, że to już jest jakoś moralnie naganne! Bo to moja krew z krwi. I nie ważne, że tak odległa, że nawet nie mogłam jej znać, bo zmarła na długo przed moim urodzeniem. Okazuje się, że gdyby Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska była zupełnie mi obcym człowiekiem, miałabym prawo bezkarnie cytować jej notatki. Nie towarzyszyłaby temu żadna etykieta osoby, która robi to z niskich pobudek, takich jak chęć chwalenia się i pokazywania ludziom w myśl jakiejś dziwnej zasady: „mam i dlatego jestem lepsza”.  A teraz właśnie z takimi zarzutami się spotykam.

W konkursie „Blog Roku” mój projekt przegrał z wędkowaniem, szyciem na maszynie, designem i masą innych stron. Nie słałam sms’ów z prośbą o sms. Nie słałam też maili. Poza newsletterem, który raz na jakiś czas wypuszczam i w którym była masa innych wiadomości, nie odezwałam się w sprawie zbierania głosów zostawiając wszystko losowi. Efekt taki, że nie zagłosowali na mnie nawet Ulubiony i Syn, bo po prostu ostatnio nie gadałam z nimi o konkursie. Ponieważ jednak „bezczelnie” ośmieliłam się kilka razy na Facebook’u wspomnieć o tym, od razu sprowadzono mnie na ziemię. Zwłaszcza w rozmowach prywatnych. Że jestem ze swoim projektem genealogicznym żenująca i, jak dobitnie napisał mi jeden kolega „A chuj kogo obchodzi twoja rodzina. Już nie masz się czym chwalić?”. Cóż… mam! Właśnie chwalę się znajomymi i uzyskiwanym od nich wsparciem. Bo wprawdzie niektórzy wspierają, ale tych, którzy wręcz przeciwnie, jest o wiele więcej. Na pewno przejdą do historii. (Tak! Jestem złośliwa!) I tak myślę, jeśli tak wygląda świat, to… będę się chwalić. Za moment na stronie projektu pochwalę się ileś tam razy pra (5 razy dokładnie), który był alkoholikiem i jednej nocy przegrał w karty 12 folwarków! To dopiero powód do dumy rodowej! Niestety nie mogę przebić jego osiągnięć, bo przepić mogę jedynie stypendium od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które dostałam na okres 6 miesięcy na napisanie książki. A przyznaję, że po tym „serdecznym” wsparciu chętnie bym się schlała na umór, gdybym tylko miała pewność, że nie wiąże się to z długimi cierpieniami w postaci kaca. Bo jednak łatwiej pisać o cudzych sprawach, cudzych książkach, filmach, projektach itd. O swoich osiągnięciach? Bardzo trudno! A już promowanie rodziny, nawet tak dalekiej, toż to po prostu zbrodnia! No… chyba, że byłabym prawnuczką np. Stalina lub Hitlera. To tak! Wtedy każdy chciałby wiedzieć, jakimi byli dziadkami, jakie są po nich papiery i co z nich można wyczytać. Byłabym wtedy odważną, podnosząca przyłbicę niewstydząca się, co „nazi matki nazi ojcowie” robili, dzielną prawnuczką tyranów. A tak… Zwykli ludzie? Ci są interesujący tylko wtedy, gdy są obcy. Jak nasi to grzech, że w ogóle są. Bo przecież najlepiej zrobić, jak robią to inni. Jak zrobili to setki ludzi przed nami. Spalić wszystko po śmierci człowieka. Wszystko, co było mu drogie i co kochał. Spalić, spalić, spalić. A potem się dziwić, że nic po człowieku nie zostaje. Że gdy zamyka się wieko od trumny za ostatnim, który go znał, znika o nim nawet pamięć. I śmierć tym, którzy chcą ją przywrócić! Niech więc zdechnę ja i pchły moje!

PS. I na koniec… zainteresowanych odsyłam do fragmentów pamiętnika Franciszka Gorczyckiego, które zacytowała na blogu Jadwiga Chmielowska. Jej blog, więc jej wolno cytować mojego praszczura. Nikt nie zarzuci jej, że się czymś chwali.

Muzealne impresje

Od dawna każdy 11 listopada, to dla mnie dzień pracy. Dlatego gdy Warszawę opanowywało szaleństwo ja z telewizyjną kamerą zanurzałam się w muzeach. Dziś wraz z Muzeum Historii Polski byłam na Przystanku Niepodległość. Cóż to za fajny pomysł gra miejska, która jednych uczy historii, a u drugich sprawdza ich wiedzę na ten temat. Jak to cudownie, że muzeum mogło wydać gazetę z informacjami o Warszawie sprzed ponad stu lat. Jak to fajnie, że tyle osób wzięło w tym wszystkim udział. Aż ciekawi mnie co będzie dalej, kiedy muzeum, które dziś ma tylko biura i zero sal wystawienniczych, zyska wreszcie siedzibę i przestrzeń dla ekspozycji.

Po Muzeum Historii Polski nastał czas Muzeum Narodowego. Bardzo mnie wzruszyło. Najpierw tym, że Filharmonia im. Romualda Traugutta przeprowadzała tam lekcje śpiewania pieśni patriotycznych dla najmłodszych. Do nauki wybrano cztery: „Ułan i dziewczyna”, którą to pieśń w dzieciństwie śpiewałam ze słowami „Tam na błoniu błyszczy kwiecie / stoi ułan na bidecie”, bo nie wiedziałam co to „wideta”, ale wiedziałam co to „bidet” i uważałam, że skoro mnie sedes pozwala być kimś wyższym to może ułanowi na to pozwala bidet. Oprócz tej pieśni dzieci uczyły się „Przybyli ułani”, „My pierwsza brygada” oraz „Szara piechota”. Do tego ostatniego utworu wielki sentyment miał mój Ojciec, bo w dzieciństwie mieszkał w tym samym bloku, co jej autor major Leon Łuskino. Do dziś u mnie gabinecie wisi fotografia majora, powieszona tu przez Ojca, jako wyraz szacunku do dawnego sąsiada. Ale Muzeum Narodowe to nie były tylko pieśni. To także malarstwo polskie i obce, przed którym ślęczałam jako studentka historii sztuki, ale to także… numizmaty. Mój Boże! Minęło już prawie ćwierć wieku, kiedy tam pracowałam. Byłam jeszcze przed studiami, ale po maturze, kiedy wylądowałam w Muzeum w Gabinecie Numizmatycznym i tworzyłam katalog książek o numizmatach. Sporo się wtedy nauczyłam i o książkach i o monetach i medalach. Dziś przed oczami stanęła mi wielka feta, kiedy to gabinet dostał prezent od firmy Mitsubishi. Oto producent samochodów kupił dla Muzeum Narodowego na jakiejś zagranicznej aukcji czterotalarówkę Władysława IV. Mam gdzieś w albumie zdjęcie ze świętowania tego faktu. Wtedy, gdy pracowałam w Muzeum numizmaty nie były wystawiane. Można je było oglądać jedynie w magazynie. Oczywiście pod warunkiem, że było się osobą uprawnioną. Dziś jest wystawa najciekawszych numizmatycznych obiektów. Ależ mnie to ucieszyło. Dodatkowo z okazji odzyskania niepodległości pokazano drogę do… złotówki. Głównie banknoty z okresu wojen zanim ukształtowały się granice II RP. Dokucza komuś inflacja? Polecam banknot zwany „dwudziestomiliardówką”. Nawet nie wiem ile to zer, bo napisano na nim słownie „zwanzig miliarden”. Przyznam, że myślałam, że nigdy nie dożyję momentu, kiedy cokolwiek z numizmatycznych zbiorów zostanie wystawione na publiczny pokaz.

Jednak dziś nie skończyła się moja niepodległościowa muzealna przygoda. Pojutrze w Muzeum Niepodległości wraz z Ulubionym pokażemy „Listy do Skręcipitki”. Spektaklowi będzie towarzyszyć wystawa pamiątek po bohaterach monodramu, czyli Skręcipitce i Antoleńku. Muzea to dobry wynalazek. Pozwalają nam przenieść się do lepszego świata. Z dala od petard, zadym, wrzasków, przekleństw i chamstwa tego świata. Dziękuję starożytnym, że kiedyś wymyślili świątynie dla muz. To wynalazek, który bardzo łagodzi obyczaje.

Stres, czyli w szponach ponętnej Skręcipitki

A więc jedziemy! Już kilka tygodni temu Ulubiony dostał zawiadomienie, że wraz ze spektaklem „Listy do Skręcipitki” zakwalifikował się do udziału w konkursie podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora odbywającego się w ramach Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora. I tak w najbliższą sobotę 19 października o 15:30 na Czarnej Scenie PWST Filia we Wrocławiu ul. Braniborska 59 będzie można zobaczyć „Listy do Skręcipitki”, czyli spektakl, nad którym we trójkę wraz z reżyserką i Ulubionym siedzieliśmy pół roku i cały czas się nim jeszcze zajmujemy. Jeżeli ktoś myśli, że stres przed festiwalem odczuwa tylko aktor – jest w błędzie. W nerwicy jest także reżyserka Małgosia Szyszka, u której jest to nerwica zwielokrotniona, gdyż zaraz potem wylatuje do Meksyku pokazywać tam swoje filmy o Jerzym Grotowskim. Ja też mam nerwicę, choć być może moja nerwica w porównaniu z nerwicą Ulubionego to pestka. Dziś miał problem pod tytułem „krawat trzeba zawiązać inaczej” oraz „kołnierzyk i mankiety koszuli trzeba nakrochmalić”. Ja mam nerwicę pod tytułem: Czy niczego nie zapomnimy? Trzeba w końcu wziąć kostium, rekwizyty, scenografię, płytę z muzyką, rzutnik, laptop, ładowarki, kamerę, statyw, aparat fotograficzny, baterie, kasety, nośniki do kamery i aparatu itd. Plus oczywiście rzeczy osobiste. Bardzo bym nie chciała, by na miejscu okazało się, że np. nie mam na zmianę bielizny lub butów. Albo, że zapomniałam kosmetyków lub… dokumentów. (A tak mi się już kiedyś zdarzyło.) Czy starczy nam kasy na podróż? Na festiwal jedziemy na własny koszt, nocujemy na własny koszt i jemy na własny koszt. Czy nic się nie zepsuje po drodze? No i plus główny powód nerwów, czyli sam spektakl. Czy w trakcie wszystko będzie dobrze? Czyli… czy film, który jest częścią scenografii wyświetli się bez usterek? Czy sprzęt, którym dysponuje teatr odtworzy nasze płyty z dźwiękami? Wbrew nerwicy, która opanowała Ulubionego, ja najmniej martwię się o to, jak on wypadnie. Bardziej, jak zwykle, o sprzęt. W końcu przedmioty martwe bywają złośliwe… Oczywiście trochę poprzeżywałam też rzucane przez różnych pseudożyczliwych znajomych uwagi, jakobym to ja załatwiła Ulubionemu udział w festiwalu. Boże, jakim trzeba być, że tak się wyrażę „złośliwym głąbem”, by tak myśleć! Przecież oceniane były spektakle na podstawie rejestracji! Czyli patrzono, jak aktor gra! Już pomijam, że nie mam pozycji dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR, który dzwonił i mówił: „wicie-rozumicie, ale towarzyszu załatwcie mi to pozytywnie.”  Naprawdę oceniano spektakle! A jaki ja mam wpływ na to, jak gra Ulubiony? No niestety ludzie tacy są. W końcu, gdy na festiwalu Emigra przyznano mi nagrodę za film „Kto ty jesteś?” życzliwi powiedzieli, że pewnie zgłoszono trzy filmy. Normalnie człowiek człowiekowi dziennikarzem.

Jeśli ktoś myśli, że po zakończeniu festiwalu stresy nam miną, to zapewniam, że raczej nie. Wszystko dlatego, że potem jedziemy na drugi festiwal, czyli IV edycję Festiwalu Monodramów Monoblok do Gdańska (spektakl jest 8 listopada) – tam na szczęście nie płacimy za nocleg. A potem… czeka nas kolejna meganerwica. Otóż gramy 13 listopada z okazji Święta Niepodległości w… Muzeum Niepodległości. To w końcu bardzo prestiżowa placówka. Na dodatek na scenie stoi fortepian, którego nie da się wynieść. Ponieważ nieruchomy wielki rekwizyt głupio będzie wyglądał, kiedy nie będzie używany, więc… stwierdziliśmy, że Ulubiony musi zagrać nie tylko na trąbce, ale również choć zabrzdąkać na fortepianie… Wprawdzie skończył on szkołę muzyczną na fortepian, ale w domu mamy tylko klawisze elektryczne… O losie! Przewiduję pogłębiająca się nerwicę vel tremę. A jaki tego będzie efekt – ktoś spyta. Sama chciałabym wiedzieć. Na razie wiem jedno. Od początku roku wszyscy jesteśmy w szponach mojej prababci, czyli ponętnej Skręcipitki i mam wielką nadzieję, że uda jej się porwać w swoje szpony i innych – w tym jurorów.

I tak na koniec. Zwykle po spektaklu puszczamy widzom film: Zdarzyło się naprawdę. na festiwalach go nie zaprezentujemy. gdyby ktoś chciał przyjść na spektakle festiwalowe nie zobaczy tego. Ale… może go ten film zachęci? Wszystkich Wrocławian i dolnoślązaków oraz Gdańszczan, Trójmiejszczan i Pomorzan i Kaszubów – zapraszam…

A tu zwiastun…

Trzy razy Zet, czyli zapracowana, zapominalska, zasypiająca


Wczoraj odbył się ostatni przed wakacyjną przerwą spektakl „Listów do Skręcipitki”. Ponieważ z powodu wyrwanego zamka auto jest w naprawie, więc… wszystko trzeba było robić na piechotę lub korzystając ze środków transportu miejskiego. To czasem spowalniało pracę. Wczoraj oprócz spektaklu miałam ślub koleżanki i kolegi z pracy. Nie mam zgody na ujawnienie wizerunku, więc tylko publikuję zdjęcie limuzyny, którą przyjechali pod kościół. Nietuzinkowa, prawda? Dzień wcześniej pędziłam po prezent dla nich (w imieniu redakcji), wcześniej robiłam zrzutkę na ten prezent i tak właściwie, jak sięgnę pamięcią – to ostatni tydzień zleciał mi na pracy nad wczorajszym spektaklem i ślubem, na który wpadłam jak burza, by tak samo szybko z niego wypaść. W każdym razie z tego powodu zapomniałam:

Poinformować ewentualnych zainteresowanych, żeby słuchali w sobotę rano audycji „Sygnały dnia”, w której pani Dorota Świerczyńska rozmawia ze mną o moich domowych archiwach i o tym, co z nimi robię. Na szczęście można tego posłuchać na stronie Polskiego Radia:

Zaprosić do oglądania zrealizowanego przez Jacka Kadaja filmu dokumentalnego „Zdarzyło się naprawdę”, który opowiada o tym jak i na podstawie czego powstały „Listy do Skręcipitki”

Listy do Skręcipitki – wywiad w Stolicy

Oto wywiad, jaki przeprowadziła z nami Anna Kalinowska z miesięcznika STOLICA. Ponieważ wywiad opublikowano też w sieci, więc publikuje go z mylą o tych, którzy nie maja możliwości kupić gazety, a kibicują całemu przedsięwzięciu

 - To był człowiek mądry, inteligentny, miał głębsze potrzeby, był wrażliwy. Dzięki tej wrażliwości nie tylko pięknie opisał Rosję, ale i Warszawę, Saską Kępę, Wisłę. Teraz już nikt tak o swoim mieście nie pisze. Warszawa była dla niego całym światem – o bohaterze „Listów do Skręcipitki” opowiadają twórcy monodramu – scenarzystka Małgorzata Karolina Piekarska, reżyserka Małgorzata Szyszka i aktor Zacharjasz Muszyński.

Z twórcami monodramu „Listy do Skręcipitki” – scenarzystką MAŁGORZATĄ KAROLINĄ PIEKARSKĄ, reżyserką MAŁGORZATĄ SZYSZKĄ i aktorem ZACHARJASZEM MUSZYŃSKIM – rozmawia Anna Kalinowska

Anna Kalinowska: Kim byli bohaterowie monodramu – Antoleniek i Skręcipitka?

Małgorzata Karolina Piekarska: – Antoni Adamski to mój pradziadek, urzędnik kolejowy, urodzony we wsi Mokotowo w 1884 r. Zakochał się w dziewczynie znanej mu od dzieciństwa. Nazywała się Leokadia Karolina Przybytkowska, mieszkała we wsi Saska Kępa, która zresztą była wówczas wyspą. Antoni nazywał czule ukochaną „Skręcipitka”, ale też „Przekotuchną”, „Pierdzimączką” i „Salcesonem Ewangelickim”. Jak wynika z listów tej pary, Antoleniek przypływał do niej z Solca łódką dłubanką. Pobrali się około 1903 r. w kościele św. Trójcy na Solcu, katolickim, aczkolwiek ona była ewangeliczką. Chociaż Karolina to drugie imię mojej prababci, wszyscy mówili do niej „Karolciu”. W 1905 r. przyszło na świat ich jedyne dziecko, córka Janina, moja babcia. Antoleniek dosyć szybko zapadł na zdrowiu, wykryto u niego gruźlicę. W 1913 r. pierwszy raz pojechał do sanatorium w Szafranowie za Uralem. Dlaczego tam – nie wiem, być może było słynne. Potem był tam jeszcze raz. W czasie obu pobytów pisał do żony listy, na podstawie których powstał nasz monodram.

Skąd wziął się ten pomysł?

MKP: – Kiedyś na walentynki napisałam do „Mieszkańca” artykuł o miłości Antoleńka i Karolki. Cytowałam niektóre listy, również z czasów, kiedy byli jeszcze narzeczeństwem, np. „Myślisz, że ja nie wiem, czemu ty nie chciałaś, żebym cię brał na kolana? Wiem i ty wiesz.” To niesamowite, że ludzie tak wtedy z sobą rozmawiali. Kiedy pisałam ten artykuł, Zacharjasz wpadł na pomysł stworzenia monodramu. Napisał wniosek do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i przyznano mu stypendium artystyczne. To miłe – bo choć w modzie jest wszystko, co nowoczesne, to tym razem coś tak staroświeckiego też znalazło zrozumienie. Pewnie dlatego, że miłość jest ponadczasowa.

To o czym pisał Antoni?

Małgorzata Szyszka: – Pisał o wyjazdach do sanatorium w Szafranowie, o uczuciach do Karolki, tęsknocie za córką, Polską, Wisłą, Warszawą, widokiem Żydówki z rybami na Saskiej Kępie. Z listów wynika, że pierwszy pobyt w Szafranowie, bardzo mu się podobał. Podobali mu się Tatarzy, wsie tatarskie, górskie krajobrazy, towarzystwo polsko-rosyjskie. Traktował to wszystko jak rodzaj egzotycznej przygody. Wtedy chyba jeszcze nie myślał o sobie jako o osobie chorej. W listach z drugiego pobytu w sanatorium Antoni koncentrował się już na chorobie. Wtedy to właśnie lekarz wykrył u niego katar płuc.

MKP: – Potem wybucha wojna i rewolucja październikowa, on nie mógł wrócić. To jest naprawdę dramatyczne – strach przed umieraniem poza ojczyzną. A trzeba pamiętać, że kiedy Antoleniek wyjeżdżał, tej ojczyzny nie było. W listach widać, że choć mój pradziadek uczęszczał do szkoły, w której nie można było mówić po polsku, był bardzo oczytany. Mam jego notesy, w których pisał poezje i notował polskie wiersze będące wówczas na indeksie. Myślę, że dla niego wiadomość, iż Polska powstała, a on nie może jej zobaczyć, była tragedią, której my nie jesteśmy w stanie pojąć.

MSZ: – Antoni dbał też o patriotyczne wychowanie córki, prosił żonę, by kupiła jej „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza albo „Historię Polski w dwudziestu czterech obrazkach” Kazimierza Góralczyka. On był patriotą w każdym calu, to nie była poza. W jego listach jest też taki patriotyzm lokalny, momentami dla nas zabawny, ale przez to sympatyczny, ludzki. Stwierdzał np., że Wołga wielka rzeka, ale Wisła niewiele mniejsza.

Zacharjasz Muszyński: – Pisał bardzo pięknym, poetyckim językiem. To sprawia mi trochę trudności – budowanie emocji poprzez język tamtych czasów. Ale staram się. Antoleniek miał duże poczucie humoru, które jest mi bliskie. Z jego listów wynika np. to, że ktoś, kto przyjeżdża do Rosji z zachodu, jest postrzegany jako osoba bogata, z lepszego świata. Tak jest do dzisiaj. Widzimy, że przez sto lat nic się nie zmieniło.

MSZ: – To był człowiek mądry, inteligentny, miał głębsze potrzeby, był wrażliwy. Dzięki tej wrażliwości nie tylko pięknie opisał Rosję, ale i Warszawę, Saską Kępę, Wisłę. Teraz już nikt tak o swoim mieście nie pisze. Warszawa była dla niego całym światem.

ZM: – Widoczny w listach luz to tylko taka poza. Tęsknota, miłość do Karolci, do Janki… To były jego prawdziwe uczucia. Zabawy, imprezy, tańce stanowiły tylko ulotne chwile.

MKP: – Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, o której nic nie ma w spektaklu. Przez cztery lata Antoleniek i Karolka nie mieli z sobą kontaktu – jego listy nie dochodziły do domu. Karolcia najwyraźniej myślała, że jest wdową. Wówczas to zakochał się w niej Leonid Piasecki, junkier roty kijowskiej. Mamy listy, które pisał do mojej prababci łamanym polsko-ukraińsko-rosyjskim językiem. Nie zapomni moja złota Karolciu, jegdech daleko est Twui Lenia, który zawche pamienta o Tiebe i bende pamentat do samegogroba, potem Modlse za mnie, ja modleche za Tiebe Bug nam pomoje. Podejrzewam, że on zginął, bo nic więcej po nim nie zostało. Zresztą w życiu Antoleńka też pojawiła się jakaś kobieta…

MSZ: – Mamy za mało danych, by umieścić to w spektaklu, bo założyliśmy, że nie kłamiemy. Scenariusz będzie oparty na faktach opisanych w listach, nie będziemy dopisywać nowych wątków ani domyślać się tego, co mogło się wydarzyć. Materiału jest wystarczająco dużo, by przedstawić tę historię tak, jak została nam przekazana. Wartość tych listów jest ogromna. Nie znam spektaklu teatralnego, który opisywałby początek XX wieku w taki sposób. O tym okresie wiemy wszak niewiele, druga wojna światowa jest nam bliższa.

MKP: – O pierwszej wojnie też jest w listach mowa, ale nie ma opisów działań wojennych.

ZM: – Pojawia się także inny temat – Polacy a rewolucja sowiecka.

MSZ: – Na lekcjach historii nie mówi się o tym, że wtedy w Rosji przebywali Polacy, którym wybuch rewolucji październikowej uniemożliwił powrót do ojczyzny. Antoni pisze, że nawet jeśli uda mu się dostać zgodę, tj. uwolnić się z kolei, i wyjechać, to najprawdopodobniej nie dotrze do kraju, czyli był świadomy tego, że może zginąć gdzieś po drodze. W tej dramatycznej części korespondencji widać też, jak przekazywano sobie informacje o tym, gdzie kto jest, kto wyjechał, kto nie dojechał, kto umarł. Pobyt w Rosji łączył Polaków w jedną rodzinę.

W którym roku udało się Antoniemu wrócić do Polski?

MKP: – Około 1919 r., ale dokładnie nie wiadomo. Umarł w 1922 r., Karolina została młodą wdową i nigdy więcej nie wyszła za mąż. Może miała wyrzuty sumienia z powodu tego Leonida, w którym się chyba trochę podkochiwała…

Premiera spektaklu „Listy do Skręcipitki” odbyła się podczas Święta Saskiej Kępy. Gdzie teraz będzie można go zobaczyć?

ZM: – Między innymi w teatrze Scena Lubelska koło Dworca Wschodniego, ale już dostaliśmy zaproszenia do innych miast.

MKP: – W jednym z listów Antoni opisuje drogę, którą będzie wracał do domu z Dworca Terespolskiego znajdującego się w miejscu obecnego Dworca Wschodniego. Oni wtedy mieszkali niedaleko stąd, w drewnianym domu przy Walecznych 37, ale ta ziemia, gdzie jest nasz obecny dom – przy Dąbrówki 4 – też do nich należała. Ten dom wybudowała w 1938 r. wdowa po Antoleńku, czyli tytułowa „Skręcipitka”. Z teatru Scena Lubelska do domu Zacharjasz chodzi trasą, którą wracał z dworca Antoleniek. On w ogóle cały czas koło nas krąży. Kiedy szukaliśmy zegarka do przedstawienia, znaleźliśmy taki z pociągiem i opisem „zegarek dla kolejarza”, a przecież mój pradziadek był kolejarzem. Przyjaciółka kupiła nam do spektaklu zabytkową walizkę z literą „A”. Wszystko to przypadek. Czuję, jakby Antoleniek i Karolka byli wciąż blisko nas i cieszyli się, że ich historia nie umiera.

„Listy do Skręcipitki”
Anna Kalinowska
Stolica nr 6-7/2013