Archiwa tagu: literatura

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Grafomania źródłem życia

Znajoma pisarka, koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pokazała mi w sieci pewien teledysk. Przeszłabym obok niego obojętnie, bo śpiew taki sobie, zdjęcia nudne, a tekst banalny, ale… piosenkę nagrała inna pisarka w celu promowania swojej książki. Słyszałam już o tej autorce. Powiem więcej. Miałam wątpliwe szczęście przeczytać dwa rozdziały jednej z jej książek. Były zamieszczone w internecie, kiedy książka była promowana przez jeden z ogólnopolskich portali. Po lekturze tych dwóch rozdziałów, do książki z której pochodziły zajrzałam tylko na chwilę, by ze smutkiem się przekonać, że to co przeczytałam w sieci to nie „sen wariata”, ale coś, co naprawdę zostało wydrukowane i wydane przez profesjonalne wydawnictwo. Na dodatek jedno z najlepszych w Polsce. Byłam tym szczerze i prawdziwie przerażona. Po pierwsze: to co pierwotnie wzięłam za nieudolne streszczenie banalnej książki było… jej fragmentem! Po drugie: język utworu był koszmarny! Po trzecie: w powieści (co stwierdzam na podstawie naprawdę uważnie przeczytanych dwóch rozdziałów) autorka ślizga się po tematach streszczając wydarzenia jakby szybciej chciała to opowiedzieć. Jednym słowem pisze na kolanie i chyba nie czyta tego co sama napisała. Pisze zaś bardzo dużo. Tylko w tym roku wydała kilka książek. Kim jest człowiek, który dużo pisze i sam tego nie czyta? Ano grafomanem. Grafomania jest to bowiem „patologiczny przymus pisania utworów literackich”. Kim jest człowiek ogarnięty grafomanią? Przeważnie jest to ktoś, kto „łączy przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego przez fachowców”.

Wspomniana przeze mnie autorka jest bez wątpienia grafomanką. Jej twórczość nosi wszystkie znamiona tego zjawiska. Fachowcy literatury zbywają ją milczeniem. Prywatnie poproszeni przeze mnie o ocenę załamują ręce: nad językiem, stylem i tym ślizganiem się po tematach. Szanowani i uznani krytycy literaccy zgodnie mówią, że to najgorsza rzecz jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Zwłaszcza, że wydawane jest to w gigantycznych nakładach, a nawet dodawane do poczytnych gazet. Poważni pisarze milczą na temat tego zjawiska, bo krytyka z ich strony oznacza zmierzenie się z zarzutem bycia zazdrosnym o liczbę napisanych przez tę panią książek, ich wielkie nakłady i sumy zarabiane przez nią. Mam o tyle komfortową sytuację, że nie boję się zarzucenia mi zazdrości. Pewnie dlatego, że mam świadomość, że na myśli i opinie innych nie mam wpływu, a naprawdę nie zazdroszczę. Po pierwsze: moim celem nigdy nie było napisanie dużej liczby książek, gdyż twierdzę, że pisarz powinien dojrzewać, a to wymaga czasu. Po drugie: moim celem nie jest sprzedawanie milionowych nakładów, bo mam świadomość, że większość każdego społeczeństwa jest niestety głupia, a ja jednak wolę mieć mądrych czytelników. Wreszcie po trzecie: nie interesuje mnie bycie bogatym człowiekiem, bo z reguły bogactwo bywa szkodliwe dla jego posiadacza.

By jednak lepiej poznać zjawisko fenomenu tej kuriozalnej wręcz grafomanii spędziłam ostatnią niedzielę na czytaniu fragmentów jej książek (czytam bardzo szybko) oraz czytaniu blogów i recenzji poświęconych krytyce i zachwytowi nad jej twórczością. Przyznam, że najpierw śmiałam się do rozpuku. Szczególnie z pozytywnych recenzji zachwyconych blogerek piszących oprócz „ochów” i „achów” informacje, że mają komplety jej książek, które… pięknie wyglądają na półce (sic!). Co mnie tak w tym ubawiło? Otóż mam w domu sporo świetnych książek, które na półce wyglądają wręcz tragicznie, bo są mocno zniszczone przez czas, jak np. osiemnastotomowa encyklopedia Orgelbranda, czy dzieła wszystkie Mickiewicza, z których niestety odpadają okładki. Wolę jednak te rozpadające się książki od tych napisanych przez panią grafomankę. Śmiałam się też z tych pozytywnych recenzji, bo kompletnie nie były merytoryczne. Żadnych rzeczowych argumentów. Tylko przymiotniki, że wspaniałe i wzruszające. Kwiczałam czytając teksty tych, którzy grafomankę krytykują, ale… jak mówi stare przysłowie „im dalej w las tym więcej drzew” tak i mnie z każdym czytanym tekstem (lub oglądanym vlogiem) było coraz mniej do śmiechu, a i ten śmiech, który mną wstrząsał, powoli przestawał być tak radosny, jak na początku. Powód? Do czasu poznania twórczości tej pani twierdziłam, że polska literatura popularna nie jest grafomańska. Wielokrotnie w rozmowach ze znajomymi broniłam kilku poczytnych polskich pisarek, których książki uważam za ciekawe i sympatyczne, choć może rzeczywiście mało ambitne. Uważam jednak, że one swoimi książkami dają ambitniejszym pisarzom nadzieję, że czytelnik w pewnym momencie sięgnie po tę ambitniejszą literaturę. Niestety czytelnicy grafomanii autorstwa tej pani po ambitniejsze rzeczy mogą nie sięgnąć. Dlaczego? Im starszy czytelnik tym wolniej dojrzewa. A po tak strasznej grafomanii na pewno nie sięgnie po ambitniejszą literaturę. Najpierw będzie musiał poczytać dobrą literaturę popularną. Na tę ambitniejszą może mu już po prostu nie starczyć życia, bo im niższy poziom intelektualny człowieka tym dłużej trwa jego czytelnicza ewolucja.

Ponieważ jednak jestem przeciwnikiem pisania negatywnych recenzji, gdyż uważam, że to co złe powinno być pomijane milczeniem, dlatego nie tylko nie podaję nazwiska grafomanki oraz tytułów wydawanych przez nią w gigantycznych nakładach książek, a także nazw wydających ją wydawnictw, ale z prawdziwym bólem serca (bo też wielu by się ubawiło, a ja lubię śmiech) rezygnuję z cytowania zarówno jej powieści, jak i niezwykle trafnych (i bardzo zabawnych) tekstów krytykujących ją blogerów i vlogerów. Nie chcę, by mój czytelnik miał stuprocentową pewność o kim piszę. Z tego samego powodu nie podaję nazwisk i ksywek tych blogerów, którzy jadą po niej, choć robią to w sposób niezwykle inteligentny obnażając przy tym literacką miernotę, słabość języka i potworny brak logiki w napisanych przez grafomankę powieściach. Autorka np. co jakiś czas w jednym zdaniu stosuje i czas teraźniejszy i przeszły, czyli robi to, czego moja przyjaciółka – nauczycielka polskiego oducza uczniów klas IV-VI w szkole podstawowej. A jeśli idzie o brak logiki to podam tylko jeden drobny przykład. Oto w jednej z powieści główna bohaterka jedzie za granicę do ciepłych krajów, a kilkanaście stron dalej stwierdza, że nigdy nie była za granicą. I nie jest to bohaterka cierpiąca na amnezję, a przynajmniej z powieści to nie wynika.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po to, by pokazać w jak strasznej jesteśmy pułapce. Dlaczego ta pani jest wydawana przez najlepsze polskie wydawnictwa? Dlaczego jest popularyzowana przez największe i najpopularniejsze polskie portale? Bo ta jej grafomania jest dla wielu (i nie chodzi mi tu o nią) źródłem życia i dochodu! Tyczy to zarówno zwolenników jak i przeciwników takiej literatury. Po pierwsze: blogerzy, którzy z zachwytem omawiali jej twórczość, mieli dzięki jej płodności ruch na swoich blogach i częstą dostawę książek do zachwycania się. Po drugie: (o ironio!) ci, którzy jej twórczość krytykowali robili to tak często i poświęcali temu tyle miejsca, że licznik na ich stronach przewijał się znacznie szybciej niż na stronach tych, którzy się grafomanką zachwycali. Krytyczna blogerka rekordzistka poświęciła jednej złej książce grafomańskiej autorki aż 10 wpisów, a jeden z vlogerow aż sześć odcinków swojego videobloga! Po trzecie: grafoman dla wydawnictw jest źródłem gigantycznego wręcz zarobku! Jedna z pracownic działu promocji wydawnictwa, które wydaje tę konkretną grafomankę, zapytana przed laty przeze mnie (kiedy znałam tylko te dwa straszne rozdziały autorstwa tej pani), czemu to wydawnictwo wydaje coś tak złego literacko, odpowiedziała mi, że muszą czymś zarobić na ambitniejszą literaturę, która sprzedaje się w małych nakładach i do której trzeba dopłacać. Tak więc pieniądz rządzi światem! Ludzie zarabiają na narkotykach i prostytucji, choć to nielegalne. Zarabianie na grafomanii, czyli psuciu gustów czytelniczych społeczeństwa niestety nie jest nielegalne, a co za tym idzie karalne. Szkoda! Przecież czytanie głupot też jest szkodliwe. Na paczkach papierosów od dawna mamy napisy mówiące o tym, że „palenie powoduje raka” lub „palenie zabija”. Szkoda, że nikt nie napisze na okładkach książek tej pani: „czytanie tego dzieła może być przyczyną spaczenia gustu literackiego” albo: „czytanie tej książki ogłupia”. I przyznam, że zastanawiam się, czy jeśli chcemy mieć mądrzejsze i bardziej wykształcone społeczeństwo to taki napis na okładkach pewnych książek nie powinien by jednak umieszczony? Czy może chcemy być głupi?

I tak na sam koniec. Dziś nawet ja dzięki tej grafomanii żyję, bo mam temat na blog. Gdyby nie grafomanka być może napisałabym o gangu świeżaków z Biedronki, do czego od wielu dni się przymierzam (pewnie w końcu o tym napiszę). Obiecuję jednak, że nieprędko napiszę o słabej literaturze. Nie chcę karmić grafomańskiego trolla. A ponieważ mam świadomość, że ten wpis również może przyczynić się do jej popularności dlatego bardzo proszę o niezadawanie pytania kogo mam na myśli. A wszystkich, którzy mają się za ludzi inteligentnych, wyjątkowo proszę o niekorzystanie z wyszukiwarek google. Ciekawość to przecież pierwszy stopień do piekła. Zaspokojenie tej ciekawości to sprowadzenie piekła na ziemię. Wprawdzie tylko piekła literackiego, ale to też piekło.

Naprawdę pisarz?

Wyczytałam dziś w sieci taki tekst: „Są zwykli autorzy bestsellerów. I jest James Patterson, amerykański pisarz, który sprzedaje miliony książek i zarabia dziesiątki milionów dolarów. Ale to nie tylko pisarz, to człowiek – instytucja: rocznie na rynek trafia kilkanaście tytułów z jego nazwiskiem! Jest to możliwe, bo w ich pisaniu pomaga mu grupa współpracowników, on przekazuje im założenia dotyczące fabuły, oni muszą obudować te wizje słowami.”

Przyznam, że po przeczytaniu tego mam zagwozdkę. W Wikipedii napisano bowiem, że pisarz to: osoba tworząca dzieła literackie (dramaty, poezję, prozę). (….) jest oficjalnie zarejestrowanym zawodem w Polsce, pisze prozą powieści, nowele, opowiadania, biografie, monografie, pamiętniki; pisze utwory poetyckie i dramaty, przeznaczone do realizacji na scenie np. w teatrze, w radiu lub w telewizji. W utworach podejmuje różnorodną tematykę, psychologiczną, romantyczną, religijną, obyczajową, kryminalno-sensacyjną. Do zadań zawodowych pisarza należy m.in. oddziaływanie estetyczne i artystyczne na czytelników poprzez opisywanie przeżyć wewnętrznych, stanów psychicznych, doznań, refleksji, poglądów za pomocą formy fabularnej, pamiętnika, autobiografii, wiersza, dramatu etc.

Dlatego zastanawiam się, czy taki ktoś, komu w (…) pisaniu pomaga (…) grupa współpracowników, on przekazuje im założenia dotyczące fabuły, oni muszą obudować te wizje słowami.” To jest pisarzem? Bo w jaki sposób osoba, która tylko przekazała założenia dotyczące fabuły oddziałowuje estetycznie i artystycznie na czytelnika poprzez opisywanie przeżyć wewnętrznych skoro pan James Patterson sam tego nie opisuje?

I pomyśleć, ze taki Józef Ignacy Kraszewski napisał ponad 400 powieści. Zrobił to sam. Nie mając do dyspozycji nie tylko sztabu ludzi obudowujących jego wizje słowami, ale nawet komputera. To był pisarz!

Fikcjo! Miłości moja! Ty jesteś jak zdrowie!

Ze smutkiem od dłuższego czasu stwierdzam, że coraz mniej mamy zgody na tworzenie fikcji. Tyczy to zarówno literatury, ale o wiele bardziej jeszcze filmów. Po awanturze o „Idę”, która osadzona w latach 50-tych jest tak naprawdę epicką opowieścią o sile prawdziwej wiary, której nie jest w stanie zachwiać nawet zmierzenie się z trudną prawdą o własnej rodzinie, podobne ataki na fikcyjne dzieła czerpiące z historii nasiliły się. Wcześniej bywało, że atakowano film „Czterej pancerni i pies” i oskarżano o zakłamywanie historii zapominając, że był to serial przygodowy. O to samo oskarżano „Stawkę większa niż życie” – jeden z najlepszych w historii Telewizji Polskiej seriali sensacyjnych. Czy ktokolwiek z tych twórców mówił, że to filmy historyczne, a co gorsza dokumentalne? Nawet nie były przedstawiane jako filmy rozliczeniowe, od których można i trzeba więcej wymagać. To była tylko literacka fikcja przeniesiona na ekrany. Zaś to, że czerpano w nich z historii nie zmienia faktu, że autorzy nigdy nie mówili, że są to filmy biograficzne czy historyczne. Te naprawdę rządzą się innymi prawami. Największe dzieła literatury polskiej też nie są dziełami dokumentalnymi – „Dziady” Adama Mickiewicza, „Trylogia” Henryka Sienkiewicza czy „Lalka” Bolesława Prusa. Choć każde z nich było inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Nawet „Faraon” jest literacką fikcją – powieścią, w której przedstawiono studium władzy. Czy nie możemy pozwolić fikcji być fikcją? Fikcja może też sporo nas nauczyć. Skłonić do refleksji.

Po „Idzie” myślałam tylko o tym, jak silna była wiara w Boga głównej bohaterki, skoro zdecydowała się wrócić do klasztoru. Nie interesowały mnie w tym wszystkim sprawy polsko-żydowskie. Tymczasem Żydzi protestowali, że „Ida” jest antysemicka, a Polacy, że antypolska. To już nie da się patrzeć na to z innej perspektywy? Na razie obłęd w postaci żądania od literackiej bądź filmowej fikcji, by była historyczną prawdą, zatacza coraz niebezpieczniejsze kręgi.

Jakiś czas temu przeczytałam jedną z recenzji swojej „Klasy pani Czajki” i „LO-terii” (pozytywną, więc nie czepiam się mściwie i złośliwie), której autorka chwaląc książki, zarzuciła mi mijanie się z faktami, bo… w Polsce na maturze nie wolno mieć maskotki. Odpowiadam: w stworzonym przeze mnie fikcyjnym świecie wolno!!! Ja swoim bohaterom na to pozwoliłam, pozwolili na to stworzeni przeze mnie dyrektorzy szkoły, do której chodzą moi bohaterowie, a także Ministerstwo Edukacji Narodowej rządzące w opisywanej przeze mnie fikcyjnej rzeczywistości. Nie napisałam dokumentu o pokoleniu, a fikcyjną powieść, choć osadzoną w jakichś współczesnych realiach. Na dodatek powieść bardziej psychologiczną niż przygodową. Tu liczy się sfera uczuć, myśli i relacji, a nie to, czy wolno czy nie wolno iść na maturę z maskotką! I własnie dlatego, że jest to powieść, a nie dokumentalna relacja, nie muszę być wszystkim tym realiom wierna. Nie wiem więc czy jest sens czepiać się maskotki.

Inaczej ma się rzecz z historycznymi filmami rozliczeniowymi – te powinny być realiom wierne. Jednak ani „Ida” ani „Czterej pancerni i pies” ani „Stawka większa niż życie” nie są tego typu filmami. „Ida” zresztą pokazuje historię jednostki czy też dwóch rodzin, których losy splotły się w czasie wojny – nie całego narodu, jak było np. w przypadku niemieckiego rozliczeniowego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, z którego ku memu zdumieniu wynikało, że w III Rzeszy nikt nie był zwolennikiem Hitlera.

Dziś z kolei z podobnym zdumieniem przeczytałam, że zakonnice protestują przeciwko filmowi „Niewinne” Anne Fontaine. Nie spodobały im się habity i napisały: „Ukazane w filmie siostry zakonne noszą habity podobne do habitów benedyktynek klauzurowych. W związku z tym oświadczamy, że nie ma dokumentów historycznych ani przekazu pamięciowego o tym, aby benedyktynki klauzurowe w Polsce doznały tragedii, o której w filmie mowa”.

Film Anne Fontaine nie jest filmem historycznym czy rozliczeniowym. Jest epicką opowieścią o różnym podejściu do sacrum, posłuszeństwa, wiary, miłosierdzia, a także traumy, jaką jest gwałt oraz niespodziewane i nieplanowane macierzyństwo, z którym muszą uporać się zakonnice. A przecież dla nich nawet dotykanie ludzkiego ciała jest ciężkim grzechem. Paradoksalnie ta historia mogłaby zdarzyć się i teraz na bliskim wschodzie. Zdarzyła się w 1945 w Polsce. Punktem wyjścia były wydarzenia autentyczne, ale reszta jest fikcją. Do filmu, a konkretnie do scenariusza, mam kilka uwag, gdyż zwiastun właściwie streszcza nam cały film, więc nie dowiaduję się z niego niczego nowego. Nie zmienia to jednak faktu, że to ważny film. Po raz pierwszy poruszono sprawę zbiorowych wojennych gwałtów na zakonnicach. No i tego, co dzieje się w ich głowach. Jak bardzo jest to dla nich traumatyczne przeżycie. Dla widza, który nie odróżnia Benedyktynki od Urszulanki czy Klaryski, nie ma znaczenia, co to za zakon. Nie ma znaczenia, czy opowiedziana historia przebiegała dokładnie tak, jak została pokazana w filmie. Liczą się pokazane tam uczucia i emocje. Na premierze Anne Fontaine powiedziała, że to nie jest film historyczny i on nie pokazuje historii takiej, jaka była. Jest tylko inspirowany prawdziwymi zdarzeniami i historią prawdziwej, francuskiej lekarki. W rzeczywistości zresztą starszej niż bohaterka filmu. Jednak znów znajdują się tacy, którzy… wiedzą lepiej! Za moment okaże się, że fikcja literacka czy filmowa są dozwolone tylko, gdy zajmujemy się sci-fi lub fantasy. O właśnie! A propos fantasy… Czy Wiedźmin był Polakiem?

Żyjemy dziś w świecie, w którym oprócz zabawy fikcją zabroniony jest również naturalny śmiech. A przecież ze śmiechem jest tak, że jak nas coś śmieszy, to nie zawsze panujemy nad tym, czy śmiać się wypada czy też nie. (Proszę tego nie mylić z szyderstwem, bo szyderstwo jest to „drwiący stosunek do kogoś lub czegoś, nacechowany dodatkowo lekceważeniem lub pogardą”. Życzenia komuś śmierci i ubolewania, że nie zginął – naprawdę do żartów nie należą.) Teraz pół Polski „jedzie” po Maciej Stuhrze za żarty podczas gali Orłów. No i oburzają się na tych, którzy się z tych żartów śmiali! Dlaczego? Toż to były typowe żarty językowe, działające na zasadzie skojarzeń! Opoka-Oponka. Wyklęci-Przeklęci. Przypominam w tym momencie fakt, że kilka lat temu jeden z polityków dokładnie tak się przejęzyczył! I nie był to bynajmniej żart!
Podobnie „działają” wszystkie inne dowcipy językowe. Na przykład: „Pytanie: jak nazywa się Rumun z płytą kompaktową? Odpowiedź: CD-ROM.” Jakoś nie słyszałam o proteście ambasady Rumunii! Również do zabawy słowami odwołuje się rysunkowy dowcip z Muminkami ilustrujący sytuację polityczną z teczką Lecha Wałęsy (Włóczykija) znalezioną w domu Czesława Kiszczaka (Paszczaka). Fakt, że bohaterami dowcipu są postaci literackie czyni go w moim pojęciu jeszcze zabawniejszym. Aż się chce (gdy się dobrze zna Muminki) zapytać o rolę Buki w tym wszystkim i kto się za nią kryje. Dowcip z Muminkami jednak nie spowodował wielkiej afery w internecie.

Z filmem „Niewinne” też mam problem z poczuciem humoru. W „Niewinnych” epizodyczną rolę zagrał Ulubiony. Jest tam jednym z rosyjskich żołnierzy. Być może jednym z tych, którzy dokonali zbiorowych gwałtów na zakonnicach. Zwiastuny filmu „Niewinne” pojawiły się w kinach w walentynki. Jedna znajoma w żartach powiedziała mi, że powinnam wyrzucić męża z domu, bo ona poszła na romantyczny seans z ukochanym, a tam nastraszył ją Ulubiony, jako ruski żołnierz prawdopodobnie gwałciciel szukający w klasztorze wrogów narodu. Cóż… po premierze filmu ja żartobliwie stwierdziłam, że ponieważ wszystkie urodzone w filmie przez zakonnice dzieci są podobne do Ulubionego, a grana przez Agatę Kuleszę bohaterka ma zaawansowany syfilis, być może również za jego sprawą, powstaje naturalne dla mnie pytanie czy wpuszczać go do domu? Na to inna znajoma powiedziała, że to, co ja mówię jest… nabijaniem się z tragedii zgwałconych zakonnic! Przyznam, że naiwnie myślałam, że śmieję się z własnego męża, który od wielu lat w filmach nie zagrał ani jednej pozytywnej postaci. (Tylko w tym roku we wszystkich wchodzących na ekrany filmach, w których zagrał, jest złym człowiekiem. Dwa razy ruskim żołnierzem: w „Niewinnych” i w „Historii Roja” oraz konfidentem w „Wołyniu”. Nawet w serialu „Bodo”, w którym wziął udział po moich namowach, grana przez niego epizodyczna postać, nie jest pozytywna.) Chyba mam prawo się z tego wszystkiego chociaż pośmiać? Zwłaszcza, że często grane przez niego negatywne postaci odbijają się na naszym życiu. (Zdarzyło się, że w sklepie nie chcieli obsłużyć. Sąsiadka niemal regularnie oskarża o bandytyzm.) Tymczasem nagle ktoś wie lepiej, jakie były moje intencje. Lepiej ode mnie wie z kogo i z czego się śmieję.

Za moment #premiera #niewinne

Tak oto powoli dochodzimy do ściany, poza którą nie ma już miejsca na śmiech, a zwłaszcza na ten niekontrolowany. Nie ma też miejsca na śmiech z samego siebie. Dochodzimy również do ściany, za którą fikcja literacka czy filmowa, ma być wierna tylko dokumentom z archiwów. Naprawdę poważnie zastanawiam się, czy za moment ktoś nie zabroni pisarzom lub filmowcom fantazjować. No i czy do Kodeksu Karnego nie zostanie wprowadzona kara za niekontrolowany śmiech.

30 lat minęło

Czas leci szybko. Nie wiem, kiedy to wszystko przeminęło. Bo przecież wciąż wydaje mi się, że to było wczoraj. Był rok 1986, kiedy tata położył na moim biurku Życie Warszawy, w którym pokazał mi ogłoszenie, że Staromiejski Dom Kultury prowadzi nabór na warsztaty literackie dla młodzieży i dorosłych. Trzeba było wysłać swoje teksty, a o decyzji, czy kwalifikuję się, zostanę powiadomiona pocztą. Po kilku dniach dostałam odpowiedź, że mam stawić się w głównej Sali SDK na I piętrze. Przyszłam. Wraz ze mną był tłum ludzi. Spotkałam nawet koleżankę. Jedną z tych, które urodą i elokwencją wprawiały mnie w kompleksy. Przed nami stanął młody człowiek, który sprawował funkcję opiekuna naszej grupy, ludzi aspirujących do bycia literatami. Poinformował nas, że było dużo prac, że do grupy prozaików zakwalifikowały się 3 osoby. Westchnęłam tylko. Na sali było tych osób co najmniej ze dwieście. Szpilki nie można było wetknąć. Nagle ku memu zdumieniu wyczytano moje nazwisko. I tak, wraz z dwiema innymi osobami, których nazwisk i twarzy dziś już nie pamiętam, a czasu na zajrzenie do notatek ciągle brak, dostałam się na warsztaty literackie. Spędziłam w SDK kilka przyjemnych lat. Jeździłam na warsztaty poza Warszawę, na prawdziwe literackie maratony uczenia jak pisać. (Przestałam po okrągłym stole, kiedy dostałam się na studia.) Nasz opiekun dziwił się, że nie wszyscy piszemy teksty zaangażowane politycznie. On takie właśnie wiersze pisał, kiedy sam przed kilku laty dostał się na takie same warsztaty, jakie teraz organizował swoim młodszym kolegom. Był autorem tomiku wierszy, który ukazał się w 1988 roku. Był też działaczem NZS.

Tak było... #wiersze #michałarabudzki

Tak było… #wiersze #michałarabudzki

Kilka dni temu wróciłam do SDK poprowadzić wieczór autorski Michała Arabudzkiego – scenarzysty filmowego, filmowca, a prywatnie kolegi, który wtedy w SDK prowadził warsztaty scenariuszowe, (na które też chodziłam), sam zaś był we wcześniejszej warsztatowej grupie literackiej, nota bene z naszym opiekunem.

Na wieczór autorski Michała przyszło sporo naszych kolegów i koleżanek z dawnych lat. Wiersze wspaniale czytali Adam Bauman i Małgorzata Pieńkowska. Sebastian Lenart – dyrektor Staromiejskiego Domu Kultury powiedział, że skoro wracamy tu: Michał jako poeta z tomikiem wierszy „Purpurowe lustra” (nota bene świetnym), a ja jako prowadząca i prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, to znaczy, że warsztaty miały sens. Widać, że coś z nas wyrosło.

I pomyślałam wtedy o naszym koledze, opiekunie warsztatów sprzed lat. Dziś jest politykiem pewnej partii. Nawet był w swoim czasie ministrem. Zostawił poezję dla polityki. Czy słusznie? Spytam go przy najbliższej okazji, bo czasem widujemy się na różnych imprezach, na których bywam, jako dziennikarka. Zawsze jest serdeczny. Jak kiedyś. I tylko wątpię czy ktokolwiek patrząc na niego pomyślałby, że przed 30 laty pisał wiersze. Tak jak nikt z nas 30 lat temu nie przypuszczał, że kiedykolwiek porzuci literaturę. Ciekawi mnie, czy na takie w sumie intymne pytanie, otrzymam szczerą odpowiedź.

Jestem ścigana

Obiecywałam pisać tylko o zjawiskach pozytywnych, ale… jakże trudno dotrzymać słowa? Zwłaszcza, gdy na każdym kroku potykam się o… grafomana. Żebym tylko potykała się. Jestem przez nich atakowana. Czasem wręcz niemal ścigana, jak Harrison Ford przez Tommy Lee Jonesa. I mogę sobie krzyczeć, że jestem niewinna. Zawsze w odpowiedzi usłyszę od grafomana, że to go nie obchodzi. Z racji wykonywanych zawodów muszę czytać! Muszę! Choćby to było nie wiem jak okropne. Ja jednak muszę czytać, bo grafoman tego chce! Jakby tego było mało muszę to nie tylko czytać, ale muszę jeszcze chylić przed nim czoło, zachwycać się tym i uznawać swoją niższość. To ostatnie jestem w stanie uznać bez czytania. Mogę być literackim dnem dna całego świata, bo wisi mi, co na mój temat sądzą inni. Niestety nie jestem w stanie zachwycać się kiepską literaturą. Kilka razy próbowałam. Nie wyszło. Tymczasem takich, którzy domagają się zachwytów, hołdów i wszelkich możliwych atencji przybywa.

Wiele miesięcy temu napisała do mnie pewna Pani. Jest pracownicą biblioteki, w której byłam na spotkaniu. Byłam jej zdaniem w trakcie spotkania cudowna i przesympatyczna, więc ośmiela się mieć prośbę. Oto pani pisze wiersze. Poprosiła, bym napisała jej słowo do przygotowanego przez nią tomiku. Z zasady nie piszę o poezji. Jestem wybredna. Rzadko które współczesne wierzsze mi sie podobają. Swoje wyrzucam. Wyrzuciłam ich kilkaset, a może i nawet kilka tysięcy? Zżarł je śmietnik, bo tam ich miejsce. Te których nie wyrzuciłam, ale opublikowałam (nie więcej niż 30), właściwie też chętnie bym wyrzuciła, ale ponieważ wiele z nich ma swoich sympatyków, bo już są i gdzieś tam zostały kiedyś opublikowane, więc… nadal istnieją. Nie wiem czy dobrze o mnie świadczą. Ale… na szczęście myślę o sobie, jako o prozaiczce, a nie poetce, więc do głowy mi nie przyszło starać się wydać je w formie tomiku. W każdym razie na prośbę bibliotekarki o słowo o jej wierszach, odpowiedziałam odmownie. Pani jednak zaczęła namawiać… Wywiązała się osobliwa korespondencja, w efekcie której obiecałam, że spytam, czy nad jej wierszami nie pochyli się ktoś z moich koleżanek lub kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Czemu tak postąpiłam? Otóż pani podesłała CV, z którego wynikało, nie tylko, że skończyła filologię polską, ale ma również doktorat z literatury obroniony mniejsza z tym gdzie, ale w znaczącym dla polskiej kultury miejscu. Wiersz przeczytałam jeden. Nie podobał mi się. Dlatego w resztę nie zajrzałam. Nie miałam zresztą czasu. Ale po zajrzeniu w CV i wyczytaniu, że jest doktorat z literatury zdecydowałam się wysłać to wszystko koleżankom i kolegom. Oni przweczytali wszystkie wiersze. Odpisali mi, że to się do niczego nie nadaje i że pani powinna pochodzić na jakieś warsztaty literackie. Zwróciłam im uwagę na ten jej doktorat. Byli w szoku. Nie zajrzeli w CV. Po mojej informacji cała gromadka niemal wpadła w depresję.
- Małgosiu, zajrzyj w wiersze – grzmieli. – To się do niczego nie nadaje. Co za obniżanie pioziomu! Te doktoraty nic już dziś nie są warte!
Zajrzałam w wiersze. Nie tylko w ten jeden, który mi sie nie podbał, ale i w inne. Koleżanki i koledzy mówili prawdę. To było dno. Zrobiło mi się głupio, że zawracałam im głowę. Ja zajrzałam w CV – oni w wiersze. Doktorat z literatury był dla mnie wyznacznikiem czegoś. Okazało się, że to jakaś zmyłka, bo wyszło to, co wyszło. Napisałam pani dość łagodnie, że jest zapraszana na konsultacje. Obraziła się śmiertelnie. Nie ona jedna.

Od kilku lat o wsparcie w staraniach o przyjęcie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich prosi mnie znajomy. O sobie mówi „poeta”. Niestety jego wiersze o tym nie świadczą. Zaglądam do nich. Mówiąc wprost: żal dupę ściska. Każdy przelatuje przeze mnie jak woda przez sito. W pamięci nie zostaje nic. Wymawiam się tym, że jestem prozaikiem i dlatego nie piszę mu rekomendacji.

Te dwie osoby znałam. Panią wprawdzie spotkałam tylko raz, ale znajomego spotykam często. Jednak grafomański świat pełen jest też obcych mi zupełnie osób, piszących równie straszne, a może i straszniejsze rzeczy. Skąd wiem? Czasem dostaję na swoje nazwisko tomiki. Mimo napisanego na mojej stronie zdania, że proszę o nieprzesyłanie do oceny – ludzie ślą. A ja… zaglądam. Jest we mnie zwykła, ludzka ciekawość, co ludzie piszą, ale jest też nadzieja. Że trafię na coś, co powiali mnie na kolana. Niestety… W przypadku poezji to już po kilku linijkach wiadomo, z czym mamy do czynienia. Nie czytam więc dalej. Otwieram na chybił trafił i niestety… „nie żre”, jak mawiał jeden mój kolega. Nie chcę tego więcej czytać. Nie ciekawi mnie, nie interesuje, nudzi. Czasem śmieszy. Bywa, że śmieszy do łez. Takie coś, co śmieszy do łez staram się wyrzucać z pamięci. Niestety… bywa, że wżera się w mózg, jak wiesze mojego chorego na schizofrenię kolegi, który marząc o Noblu w dziedzinie literatury pisał:

Czernieje, oj czerniej psia kupa w śniegu.
Pewnie jakiś pies, zrobił ją w biegu”.

Do dziś, mimo upływu lat, nie mogę nie śmiać się, gdy przypominam sobie jego poezję. Ostatnio dostałam podobną. O ile jednak mój kolega blisko 60-latek jest schizofrenikiem, o tyle autor tych ostatnich powalających „dzieł” jest (chyba) w pełni władz umysłowych studentem filologii polskiej. Na moje nazwisko przysłała dwa wydane własnym sumptem tomiki i zażądał przyjęcia do Stowarzyszenia. Pomijam, że nie spełniał wygonów formalnych, tzn. nie miał rekomendacji dwóch członków, nie napisał podania itd., to wiersze… sprawiły, że wyłam. I z rozpaczy i śmiechu i oba uczucia były równie silne. Nie chcę go cytować, bo obawiam się, że te wiersze publikuje gdzieś w sieci i metodą wytnij/wklej, po moim wpisie, ktoś go wygoogle’a i zacznie się z niego nabijać, a tego bym nie chciała. Napiszę więc tylko, że ja te wiersze zaliczam do nurtu poezji skrywającej się za następującym dwuwierszem:

„kocham moje miasto,
bo jest jak ciasto”

Ułożyłam ten dwuwiersz przed laty, jako kwintesencję rymowanej grafomanii. Myślę, że oddaje ją w pełni. Rym jest. Sens jeśli jest, to jest tak głęboki i pojemny, że nawet moim zdaniem, choć jestem owego dwuwiersza autorką, nie ma go wcale.
Ów młody człowiek dostał ode mnie dość szybko odpowiedź, że zapraszam w imieniu swoim oraz koleżanek i kolegów na warsztaty literackie. Potem sprawę wyrzuciłam sobie z głowy. Tomiki leżały długo na moim biurku w gabinecie. Niestety każdy, kto mnie odwiedzał, gdy po nie sięgał, dostawał ataku śmiechu. I nie miało znaczenia, który tomik i w którym miejscu otwierał. W momencie, w którym już o młodym człowieku niemal zapomniałam zostałam zaatakowana korespondencją, w której domagał się on uznania, szacunku itd. Dowiedziałam się z tej korespondencji, że jako środowisko literackie jesteśmy zamkniętą kliką, a on nawet, gdyby wygrał setki konkursów i wydał 20 tomików nie zostałby przyjęty, bo „W obecnym środowisku literackim, jak Pani sama dobrze wie, nagradzane są naprzemiennie te same osoby. Taki beton literacki. Osoby spoza tego betonu, młode, ambitne i utalentowane, takie jak ja, nie mają szansy na nagrodę z wyższej półki. Ba, nie mają nawet szansy na wejście to tego betonu. Dzieje się tak, bowiem osoby takie są zagrożeniem dla obecnego środowiska literackiego, które będzie robiło wszystko, w tym również i Pani i kierownictwo Stowarzyszenia, aby młodzi, ambitni i utalentowani nie osiągnęli sukcesu. To oczywiste. (…) Jest mi bardzo przykro, że egoizm i zaściankowość (…), próbuje zabić w zarodku, młodych, ambitnych i utalentowanych twórców, z wizją i przesłaniem poetyckim. Proszę mi jednak wierzyć, że ci młodzi, ambitni i utalentowani, do których również i ja się zaliczam, nie przestaną tworzyć, a z tej twórczości – jak pisał nasz Wieszcz Adam Mickiewicz – wieki uplotą ozdobę naszych skroni…”

Gdyby ktoś z moich czytelników zobaczył te tomiki idę o zakład, że średnio wyrobiona literacko osoba zawyłaby z rozpaczy pomieszanej ze śmiechem. By się tym zachwycać trzeba być na poziomie widza programu „Ukryta prawda” lub: „Dlaczego ja?”, ewentualnie pod wpływem środków zmieniających świadomość. W każdym razie korespondencja z panem kwitła. On swoje, ja swoje. Po którymś jego liście zajrzałam do tych wierszy ponownie, wyłam czytając i… wyrzuciłam do śmieci. Zwłaszcza, że kolejni goście czytali wyjąc. Stwierdziłam, że dość tego. Tymczasem od Pana-grafomana nadszedł kolejny list, w którym zażądał on zwrotu tomików. To chyba wtedy mi się przelało, więc odpisałam:

„Tomiki, które wysłał Pan na moje nazwisko, (przykro mi to pisać, ale sam Pan mnie do tego zmusił), po ostatnim Pańskim liście i gruntownym przejrzeniu wyrzuciłam do śmieci uznając, że nie jest to literatura, ale makulatura. Nie chciałam mieć tego w swoich zbiorach. Mam dużą bibliotekę, liczącą ponad 10 tysięcy książek i starannie dobieram publikacje, które do niej wprowadzam. Poza tym nie chciałam, by ktoś śmiał się z Pana, bo nie jest to grzeczne, a niestety taka jest prawda, że gdy leżały na moim biurku to, kto do nich mnie zaglądał, pokładał się ze śmiechu. Czego bym NIGDY Panu nie napisała, gdyby nie Pańska buta i zarozumialstwo.”

Na razie młody człowiek nie napisał, choć obiecałam mu zwrot 40 złotych za wysłane na moje nazwisko, choć bez mojej zachęty, tomiki wierszy. Ale cóż.. wyrzuciłam je, by nie korciło bawienie się czyims kosztem. Ale rozumiem autora. Sam je sobie sfinansował. Nie chce być stratny. Czy poda konto, bym mu oddała cztery dychy? Nie wiem. Wiem, że pewnie nie pisałabym o tym, gdyby nie fakt, że wakacje sprzyjają narodzinom grafomanii. Ów młody człowiek, z którego twórczości, jak pisał nasz Wieszcz Adam Mickiewicz – wieki uplotą ozdobę naszych skroni… nie jest jedyny. A ponieważ wyraźnie napisał mi, że nie przstanie tworzyć, więć uświadamiam jego i innych, czym jest grafomania. Otóż jest to chorobliwy przymus pisania. Wiem, że ktoś powie, że to cudowne, że ludzie piszą wiersze zamiast pić wódkę. Ale ja polecam wszystkim, by najpierw czytali. Ludzie! Czytajcie! Potem piszcie. Nie ma dobrego pisania bez czytania.

Dlatego błagam! Ludzie! Kochani ludzie! Czytlenicy moi! Nie przysyłajcie mi więcej swojej kiepskiej poezji. Zwłaszcza jesli sami żadnej nie czytacie. Przez was czuję się po prostu ścigana!

PS Myślę, że moje niespełna 30 wierszy, które ocaliłam przed śmietnikiem sprawia, że Adam Mickiewicz w grobie się przewraca i robi za wiatrak. A przecież ja zrobiłam gruntowny przesiew swoich wypocin. Zróbcie i wy.

Pora umierać?, czyli Kolumbowie i Columbo

Mówi się często, że pora umierać. Używamy tego określenia, gdy napotykamy na coś, co nas przygnębia, ale nic z tym nie możemy zrobić. Nie chcąc na to patrzeć, myślimy o śmierci. Też czasem o tym myślę. Czy moja walka z wiatrakami o to, bym ja wiedziała więcej, by ludzie, z którymi obcuję wiedzieli więcej, ma sens? Mój tata dzielił się ze mną swoją wiedzą, mama też, stryj też, a i babcia jak żyła mówiła, co wiedziała i co uważała, że może mnie zainteresować. Zwłaszcza o polskim, przedwojennym kinie. Ja też dzieliłam się tym co wiedziałam ze znajomymi, z przyjaciółmi itd., a przede wszystkim z synem. Mam wprawdzie za sobą trwający kilka lat okres, kiedy nie mogłam tak swobodnie wymieniać z nikim myśli, bo od pewnego osobnika na każdym kroku słyszałam, że się wywyższam i podkreślam dzielącą nas barierę intelektualną, ale… właściwie przez całe życie większość moich kontaktów ze znajomymi polegała na rozmowach będących wymianą wiedzy na dość ważne tematy: historia, kultura, geografia, obyczaje, podróże. Teoretycznie między ludźmi tak jest i dzisiaj, ale… coś stało się z poziomem tej wiedzy i nie wiem, czy winien temu nie jest system edukacji i powszechna globalizacja. Brak jest mody na bycie mądrym. A to jest potrzebne. Niestety przeważa myslenie, że mądry = bogaty, a to czyni poważne szkody. Jako nastolatka czytałam „Zapałkę na zakręcie” Krystyny Siesickiej, której bohaterka Mada „mordowała” Williama Faulknera „Absalome, Absalome”, którego jak sama przyznała nie rozumiała. Ale czytała, by być mądrzejsza i zaszpanować przed chłopakiem, który jej się podobał. Chciała mu pokazać, że czyta mądre książki. Jednak nie tylko o ksiązki mi tu chodzi. Wielokrotnie na spotkaniach autorskich mówiąc o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” pytałam czytelników: „Jak myślicie, czemu w 1920 roku Szkołę Morską otwarto w Tczewie”. Ileż razy słyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Na pytanie, czemu statek szkolny Lwów nazwano Lwów odpowiadano mi, że dlatego, że… to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, życzliwi czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski. W tych wielu sytuacjach młodzież kilka razy poratowała się stwierdzeniem, że…  „Lwów leży nad morzem”. Tylko raz spytałam, nad jakim i dowiedziałam się, że chyba nad Bałtykiem.

Ostatnie dni, to dla mnie podobne doświadczenie. Robię film o Kolumbach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, choć jestem już po zdjęciach, ale jeszcze przed montażem. W każdym razie wczoraj nagrywałam sondę: „Czy mówi coś pani/panu określenie Kolumbowie?”. Rzadko ktoś wiedział, o co pytam, choć im starszy tym więcej miał wiedzy. Młodzież nie wiedziała nic. Osobliwe było to, że nic to określenie nie mówiło harcerzom. Lilijki na beretach, a w głowie pustka. Podpowiadałam, więc całym zdaniem: „pokolenie Kolumbów”, „Kolumbowie rocznik 20.” Nic. Zero reakcji. Puste twarze, puste oczy, czasem głupi śmiech. Cóż… książki Romana Bratnego nie ma w lekturze. Prawdopodobnie kara dla autora za jego wydany w 1983 roku „Rok w trumnie”.

Dla potrzeb swojego filmu muszę przypomnieć sobie serial Janusza Morgensterna i wykodować fragmenty, które będę wykorzystywać. Nie chcę siedzieć w telewizyjnym archiwum koleżankom nad głową, więc… postanowiłam kupić serial w sklepie na DVD i obejrzeć w domu. Najbliżej redakcji jest znienawidzony przeze mnie empik. Sprawdziłam w Internecie. Wg. Internetu w tymże empiku serial jest i kosztuje niecałe 14 złotych. Dzwonię więc do salonu i pytam, czy na pewno ten serial tam jest. Pan każe poczekać i mówi po chwili, że nie ma. „Gdzie wobec tego serial znajdę?” – dopytuję. Pada odpowiedź, że jest w Arkadii, ale… tylko druga seria. „Jaka druga Seria?” – Pytam. – Przecież to dwie płytki i pięć odcinków”. W słuchawce zapada cisza i po chwili pan mówi, że Colombo to kilka serii, a oni dysponują tylko drugą.

Kolumbowie. reż. Janusz Morgenstern. Źródło: Filmweb

Moja mama stawiała mi bardzo wysoko poprzeczkę. Czasem myślę, że za wysoko, by ktokolwiek ją przeskoczył. Dlatego bez przerwy była ze mnie niezadowolona. Często myślę, że gdyby żyła, bez przerwy by mnie krytykowała. Zawsze podkreślała, że moje pokolenie jest niedouczone. „O tempora! O mores!” krzyczała po wielekroć wytykając mi, że nie wiem tego czy tamtego i jak to w szkole beznadziejnie mnie uczą. Zmarła, gdy miałam lat 26, zapewne załamana tym, że nie wiem wielu rzeczy, które wiedziała ona. Ostatnio doszłam do bardzo smutnego wniosku, że gdyby mama nadal żyła (miałaby 88 lat) byłaby po stokroć załamana poziomem wiedzy dzisiejszej młodzieży. Gdybym opowiedziała jej rozmowy z czytelnikami, z niektórych moich spotkań autorskich, mogłaby wpaść w depresję. Gdybym opowiedziała jej historię z empiku pewnie by krzyczała swoje „O temporta! O mores!” Mój syn powiedział kilka lata temu, że świat schodzi na psy po to, by nikomu nie było żal umierać. Takie słowa wypowiedziane przez nastolatka uznałam za straszne. Ale nie wiem, czy nie są bardzo prawdziwe. Bo nie wiem, co zrobić, by odwrócić proces degeneracji intelektualnej społeczeństwa. Czasem myślę, że niektóre moje wpisy na blogu są samotnym wołaniem o pomoc. Zwłaszcza, że te w moim pojęciu najważniejsze, nigdy nie mają aż tylu czytelników, co inne o wiele mniej istotne, ale z czymś chwytliwym mogącym wrzucić wpis w nurt popkultury.

PS Uwielbiam serial o poruczniku Columbo, ale to jednak innego rodzaju kino niż Kolumbowie.

Zmuszana do znajomości

Miałam kiedyś kolegę pisarza. Miałam. Piszę to w czasie przeszłym, gdyż po prawie dwudziestu latach znajomości oraz wielu różnych jego wyskokach, rok temu postanowiłam zakończyć znajomość. Nie obraziłam się. Po prostu nie chcę mieć takiego znajomego, który jest, mówiąc łagodnie, kłótnikiem. Jest to osobnik bardzo konfliktowy, ma ileś tam procesów w sądach. Jak głosi stugębna plotka, w której jest spore ziarnko prawdy (jeśli nie cała prawda), polscy wydawcy dzielą się na takich, którzy mają z nim proces i na takich, którzy jeszcze nie wydawali jego książek. W każdym razie jest to w moim pojęciu osobnik chory psychicznie na niezdiagnozowaną i nierozpoznaną w medycynie chorobę, która objawia się awanturniczością, słowną agresją oraz chęcią przekonania do swojego, jedynego słusznego, zaś często kontrowersyjnego zdania. A ponieważ nie akceptuje on innych poglądów, więc… w kontaktach z nim kłótnia goni kłótnię. Wreszcie jest to osobnik, który na każdym kroku większość swoich rozmówców obraża i wyzywa. W swoim czasie ukazał się z nim wywiad w prasie, z którego wynikało, że karmi się tymi awanturami wszczynanymi zarówno w życiu realnym, jak i w internecie, gdzie ma opinię trolla. Otóż jak sam przyznał, te awantury pomagają mu pisać książki. Gratuluję. Mnie awantury przeszkadzają w pisaniu. Jako osoba, która swoje w życiu przeszła i jeśli czegokolwiek mocno nienawidzi, to konfliktów i awantur, które staram się natychmiast łagodzić, chyba mam prawo nie chcieć kontaktować się z awanturnikiem? Mam chyba prawo nie chcieć z nim dyskutować ani nawet rozmawiać? Otóż okazuje się, że jego zdaniem najwyraźniej… nie mam. Niedługo minie rok, kiedy dodałam jego numer telefonu do listy numerów blokowanych oraz do spamu. Przez wiele miesięcy ów osobnik nie mógł do mnie zadzwonić ani wysłać SMS’ów. Wczoraj wysłał dwa, chcąc nimi wywołać konflikt między mną, a moim przyjacielem z dzieciństwa. Przysłał mi SMS’y, z których wynika, że przyjacielowi nie spodobała się moja ostatnia książka. Konfliktowemu byłemu znajomemu wydaje się, że wie gdzie uderzyć. Niestety mierzy mnie własną miarką. Ta metoda jest z góry skazana na porażkę. Moi przyjaciele nie tylko nie mają obowiązku zachwycać się mną, ale też nie mają obowiązku zachwycać się moimi książkami. Mogą im się one nie podobać. Mogą mieć do nich uwagi. Nadal będą moimi przyjaciółmi.

Zainteresowało mnie natomiast, jak to się stało, że jakieś SMS’y od niego do mnie przeszły. Zadzwoniłam do operatora sieci Play’a i co się okazało? Otóż jakiś czas temu robiłam w telefonie przywracanie systemu. Ta operacja, plus późniejsze odzyskiwanie ustawień, przywróciły wszystkie moje personalne ustawienia aparatu poza… numerami blokowanymi i dodanymi do spamu. Musiałam więc teraz znów na piechotę dodawać numer byłego znajomego do listy blokowanych i spamerskich numerów telefonu. Na szczęście ustawienia poczty elektronicznej są na stałe zachowane na serwerze. Były znajomy od dawna nie może do mnie pisać maili. Przyznam jednak, że zupełnie nie rozumiem jego potrzeby kontaktowania się ze mną. Mój przyjaciel z dzieciństwa, na którego zdanie powołał się były już znajomy w SMS’ach, spytał mnie: „Czy wy się kiedyś pogodzicie”? Nie wiem ile razy mam odpowiadać: NIE POKŁÓCIŁAM SIĘ. PO PROSTU NIE CHCĘ KONTYNUOWAĆ TAKIEJ ZNAJOMOŚCI! Wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, śpiewający: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, uważam, że żyję w wolnym kraju. Moja wolność życia w nim polega między innymi na tym, że o ile nie mam wpływu na to, z kim pracuję w redakcji, o tyle mogę dobrać sobie znajomych, z którymi kontaktuję się w czasie wolnym. Są osoby, z którymi nie chcę mieć kontaktu. Życzę im wszystkiego najlepszego, ale z daleka ode mnie. Temu znajomemu życzę samych sukcesów w pracy zawodowej, nagrody Nike, Warszawskiej Nagrody Literackiej, Nobla w dziedzinie literatury itd., udanego pożycia seksualnego, dużo pieniędzy oraz czego tylko sobie życzy. Ale po raz chyba tysięczny proszę, by nigdy więcej nie próbował się ze mną kontaktować. By dał mi raz na zawsze święty spokój od siebie, swojego awanturnictwa itd. Przykre, że musiałam uciec się do blokady jego numeru telefonicznego i adresu e-mail.

Jedna ze wspólnych koleżanek twierdzi, że on to robi, bo tęskni za znajomością ze mną. Ciekawe, że próbuje zmienić moją decyzję o zerwaniu tej znajomości poprzez wbijanie klina między mnie a przyjaciela z dzieciństwa. Ale najwyraźniej tak ma. Zaś co do tej domniemanej tęsknoty: jeśli rzeczywiście za mna tęskni, to trudno. Musi sobie z tą tęsknotą jakoś sam poradzić. Dorosłość to ponoszenie konsekwencji własnych czynów. Zerwałam znajomość, bo zachowywał się tak, jak się zachowywał, zaś to zachowanie mi nie odpowiada i bardzo mnie męczy. Broń Boże się nie obraziłam. Po prostu nie lubię się męczyć i nie chcę mieć takiego toksycznego i wysysającego ze mnie energię znajomego. Czy tak trudno to zrozumieć?

PS Nie podaję jego imienia i nazwiska nie dlatego, że boję się ewentualnego procesu, ale nie chcę karmić trolla!

Pozaliteracko?

Od kilku dni Internet, a przynajmniej ta „moja” jego część, żyje tym, że Szczepan Twardoch został twarzą mercedesa i na swoim profilu napisał: „Kocham samochody. Nigdy się z tą miłością nie kryłem, dziś zaś chciałem z dumą ogłosić, że właśnie zostałem ambasadorem marki Mercedes-Benz Polska. Z tego powodu i dzięki uprzejmości Mercedes-Benz Inter-Car Zabrze wyjechałem wczoraj z salonu granatowym CLS400 4MATIC.  Kilka tygodni temu gościłem na zlocie zabytkowych mercedesów w należącym do starego kumpla mercedesie W114 coupé z 1969 roku. Pamiętając o frajdzie jazdy zabytkową „strich-achtą” w nowoczesnym odpowiedniku tamtego wozu z wielką satysfakcją znalazłem dziś elementy wyposażenia zaprojektowane w ten sam, charakterystyczny dla Mercedesa sposób. Historyczna ciągłość marki zawsze była dla mnie ważna. Przyjemność z prowadzenia samochodu takiego jak CLS400, stworzonego dla kierowcy, należy zaś zarówno do historii, teraźniejszości i – mam nadzieję – przyszłości motoryzacji. Czego sobie i Państwu życzę.”

źródło: facebook

Natychmiast odpowiedział mu krytyk i wydawca, a prywatnie mój przyjaciel Paweł Dunin-Wąsowicz: „rozumiem, że prestiż pisarza przy obecnej niedużej konsumpcji książek jest stosunkowo niski i przyjąłeś propozycję, która to waloryzuje. Osobiście nie zazdroszczę, nie mam prawa jazdy, jeżdżę komunikacją publiczną albo na rowerze. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury, w której języku tworzysz, to udało się świetnie.” Rozpętała się burza, w której dostało się Pawłowi od tych, którzy nie zrozumieli. I choć sam Twardoch nawoływał do opamiętania, to hejterzy podzielili się na dwa obozy. Jedni jechali po Pawle, a drudzy po Szczepanie. Przy okazji obaj panowie trafili na… Pudelka!

fot. Aga-Press

Ja jestem w pewnym rozkroku. Pawła kocham bezgranicznie, i nawet nie dlatego, że znamy się 40 lat!, ale dlatego, że zawsze na niego mogę liczyć, bo poradzi i wspomoże. Podobnie odbieramy świat, podobnie byliśmy wychowywani i podobne rzeczy nas interesują. Świetnie więc rozumiem, o co mu chodzi z tym etosem. Rozumiem jednak i to, że Szczepan Twardoch kocha samochody i trafiła mu się okazja dostać jeden z nich za to, że będzie jego twarzą. Moim zdaniem w wolnym kraju pisarz, jeśli chce – może być ambasadorem jakiejś marki, ale przyznam, że wolałabym, aby to były rzeczy kojarzące się z zawodem pisarza. I nie w znaczeniu: łucznik = maszyna do pisania, bo i tak jak wiadomo, dziś może z tego wyjść kałasznikow…

Irena Jurgielewiczowa, o której lata temu zrobiłam film, bo kończyła sto lat, starała się w każdej sytuacji zachować godność, co opisała w swoich książkach. Dla jej pokolenia zapewne zostanie twarzą marki samochodu przez pisarza było nie do pomyślenia. Dla mojego pokolenia też jest to w większości trudne, ale rozumiem. Gdyby do mnie zgłosił się producent piór wiecznych, bym została ich twarzą to zapewne zgodziłabym się bez namysłu. Ale z drugiej strony… producent piór do mnie zgłaszać się nie musi. I tak ktoś może powiedzieć, patrząc na niektóre moje zdjęcia, że reklamuję pióra, choć nikt mi za to nie płaci. A że różnych marek? To już inna sprawa.

fot. Jędrzej Chmielewski/lucim.org

fot. jacek kadaj/kadaj.pl

Myślę, że pewne postawy – odcięcia się od popkultury poprzez prezentowanie kultury wyższej – są trudne dla pokolenia wychowanego w raczkującym kapitalizmie, który to kapitalizm jest jak inteligent w pierwszym pokoleniu: pracą fizyczną już się brzydzi, a do umysłowej jeszcze się nie nadaje. Bycie pisarzem z etosem wymaga wyrzeczeń i kręgosłupa. Pokolenie „lajków na fejsie” i pragnienia bycia celebrytą nie jest gotowe na takie wyrzeczenia. I ja nie mam pretensji ani żalu. Ciekawi mnie, dokąd to zmierza. Skoro na przestrzeni wieków największy polski poeta Maciej Sarbiewski (specjalnie link do Wikipedii) za życia przełożony na bodajże 34 języki, jest postacią dziś zupełnie nieznaną. Mówi się, że miłe złego początki, a koniec żałosny. Poczekajmy na zakończenie współpracy Szczepana Twardocha z mercedesem. Na to jak w świetle tej decyzji potoczy się jego kariera. Zwłaszcza, że kilku moich czytelników w prywatnej korespondencji spytało mnie, czy warto czytać tego Twardocha. „Bo skoro facet staje się twarzą mercedesa, to może źle pisze?” Odpowiedziałam, że warto. Szczepan Twardoch to świetny pisarz. Ale nie wiem ilu innych ludzi pióra, którzy dostali takie pytania odpowiedziało, że warto. Mogli odpowiedzieć wręcz przeciwnie. Zawiść środowiskowa bywa bowiem straszna.

Przyznam jednak, że podobnie, jak Paweł Dunin-Wąsowicz wolałabym, by Szczepan Twardoch na mercedesa zarobił pisaniem. By miał, jak napisał mu zresztą Paweł, dziesięć bentleyów i czterdzieści maybachów czy innyc bardzo drogich cholerstw, ale z pisarstwa, a nie z dawania twarzy, bo ono jednak czasem podobne jest do za przeproszeniem dawania dupy. Udział w reklamie ma posmak celebrytyzmu, a ten stoi na drugim biegunie od intelektualizmu, który w moim pojęciu jest związany z pisarstwem. Ja przynajmniej tak zrozumiałam wypowiedź Pawła, z którą się właśnie dlatego w dużym stopniu zgadzam. Ale też i rozumiem Szczepana Twardocha, że przyjął taką propozycję, skoro go kręcą samochody i uwielbia mercedesy. Nie wiem, co bym powiedziała, gdybym dostała od kogoś taką propozycję, bo przecież „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Inna sprawa, że poza piórami wiecznymi niespecjalnie cokolwiek mnie kręci. Wiem, że jeżdżę dziesięcioletnim seicento, które chętnie zmieniłabym na nową Pandę, ale na razie nie mam za co. Na szczęście bardzo lubię swój samochód. Między innymi dlatego, że jest tani w eksploatacji. Utrzymuję się z pisarstwa. I choć mojej „Klasy pani Czajki” sprzedało się ponad 50 tysięcy egzemplarzy i jest ona lekturą w kilkuset polskich szkołach, a i pozostałe książki sprzedają sie nieźle i zbierają pozytywne recenzje, to na razie tylko na takie auto zrobiłam, jakie mam, a śmieszna dla wielu moich znajomych Panda, pozostaje w sferze marzeń. Ale nie narzekam. Smuci mnie natomiast, że na przestrzeni ostatnich miesięcy, jak głośno robi się o jakimś pisarzu, to z pozaliterackich powodów. Piszą o nim dlatego, że nie oddaje komuś kasy lub dobiera się do niego starsza koleżanka – patrz sprawa Ignacy Karpowicz contra Kinga Dunin, nosi na sobie emblematy SS – patrz sprawa Michała Witkowskiego, lub zostaje twarzą mercedesa, jak Szczepan Twardoch. Na tle tej trójki Szczepan wypadł zdecydowanie najlepiej. Ale i tak pozaliteracko.

Na zdjęciu Ulubiony pakuje do peugeota 2008 walizki. jedziemy na festiwal Epizod do Krakowa.

I tak na koniec. W swoim czasie peugeot dał mi samochód peugeot 2008 na jazdę ze spektaklem Ulubionego na festiwal do Krakowa w zamian za sesję fotograficzną i opisanie tego na blogu prowadzonym do projektu. Ale nie prosiłam o nic więcej. Potrzebowałam po prostu sporego auta na 3 dni, bo mieliśmy jechać w trzy osoby. (W seicento we dwójkę z bagażami i scenografią można się zapakować, ale we trójkę to już gorzej.) Zaoferowałam barter. Zgodzili się. Ale… auto dostałam nie: jako pisarka, ale: jako dziennikarka motoryzacyjnego portalu francuskie.pl. Może teraz byłoby inaczej? Może Szczepan Twardoch coś dla nas pisarzy otworzył? Ale czy to dobrze, czy źle zobaczymy za jakiś czas.

Co czytamy?

Targi książki to dla pisarza czas, by spotkac się z czytelnikami, ale też moment, by samemu coś sobie taniej kupić oraz dowiedzieć się, co czytają inni.

Nie miałam na targach zbyt wiele czasu na krążenie po stoiskach. Kupowałam więc to, o czym wiedziałam, że jest i gdzie tego szukać. Wśród książek były więc m.in.: „Mała zagłada” Anny Janko, „Błagam, tlko nie profesor” Janusza Odrowąż-Pieniążka, „Dłoń” Michała Dąbrowskiego, kilka tomików wierszy itp.

Do mnie przychodzili starzy czytelnicy, ale i zupełnie obcy ludzie zwabieni tytułem i okładką. Przy okazji mogłam się dowiedzieć co ich interesuje. Przy mnie zatrzymywali się ci, którzy lubią historię, bo mój wydawca specjalizuje się w takich książkach. Dlatego wielu zachęconych przeze mnie opowieścią o tym, co jest w środku – kupowało. Jeden nie kupił. Powiedział bowiem tak:
- To bardzo ciekawe, co Pani mówi i ksiązka jest na pewno warta przeczytania, ale ja jestem w tym wieku i takim stanie zdrowia, że czytam już tylko Biblię i Świętego Tomasza z Akwinu.
Tego niestety nie mogłam temu panu zaoferować. Ani ja biblijny prorok ani Św. Tomasz z Akwinu.