Archiwa tagu: LO-teria

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

W szponach własnych książek

Kilka tygodni temu skończyłam pisać, składającą się z szeregu opowiadań, varsavianistyczną powieść – kryminał. Teraz to już właściwie trwają rozmowy z wydawnictwami, które mam nadzieję, że coś przyniosą. Tzw. „recenzje wewnętrzne”, które książka otrzymała, są bardzo dobre. Powinna więc znaleźć „swojego amatora”. Tytuł roboczy (zawsze możliwa jest zmiana) brzmi: „Czucie i Wiara”. Dlaczego?

„Czucie i Wiara” to nazwa biura detektywistycznego prowadzonego przez Józefa Krosnowskiego, wdowca lat ok. 60 i syna Bronisława z wykształcenia prawnika lat ok. 30. Zajmują się wyjaśnianiem zjawisk paranormalnych, których przyczynami są wydarzenia z przeszłości. Akcja dzieje się współcześnie, a bohaterowie swoje biuro prowadzą w starym domu w Warszawie na Saskiej Kępie. Książka to 18 rozdziałów, będących opowieściami o osiemnastu sprawach, prowadzonych przez biuro z mniejszym lub większym powodzeniem.
Każdy rozdział, to jedno zjawisko paranormalne lub jak kto woli jeden duch i… jedna dzielnica, a także jedna, różnie pojmowana przeze mnie, epoka lub wydarzenie historyczne. Są tu więc powstania narodowe, wojny ze Szwedami, rewolucja 1905 roku a także różne inne historie np. słynna Lurierka, w której domu publicznym król Stanisław August Poniatowski obradował z ministrami i Szach Perski, który w końcu XIX wieku odwiedził Polskę. Tu miesza się współczesność z historią, bo duchy, gdy dają swoje znaki zawsze czegoś od żyjących chcą.
Rozdziały są ułożone alfabetycznie dzielnicami. Dlatego historie nie są chronologicznym zapisem pracy biura. Duchy przejawiają się tu nie tylko, jako widziadła i mary, ale też jako sny, tajemnicze zjawiska, znikające fotografie, pojawiające się kartki, siły zmuszające ludzi do określonych zachowań.
Na początku jest wstęp opowiadający o tym, czym zajmują się bohaterowie, czyli opowiadający o ich biurze i czemu nosi ono taką nazwę, wyśmiewaną niejednokrotnie przez ludzi. Jest też posłowie wyjaśniające czytelnikom, że tu prawda została zmieszana z fikcją. Temu też służy indeks postaci autentycznych.
Cały pomysł powstał dość dawno podczas tworzenia przeze mnie cyklicznego programu telewizyjnego „Detektyw Warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Nabrał realnych kształtów, gdy wraz z nieżyjącym już reżyserem Tomaszem Zygadło omawialiśmy nakręcenie fabularyzowanego dokumentu. On pokazał mi przystanek na Targówku, a ja mu w odpowiedzi na to, po szperaniu w źródłach itd. napisałam „Tajemnicę przystanku tramwajowego”. Ten rozdział (teraz trochę poprawiony, by pasował do całej książki) opublikowałam już po śmierci Tomasza, bo w styczniu 2013 roku na swoim blogu. Ku memu zdumieniu tekst przeczytało kilkaset tysięcy czytelników. Wielu pisało do mnie wierząc, że to… prawdziwa historia, bo przecież pomnik jest i przystanek też jest! Ponieważ wtedy też odezwał się do mnie portal Targówek.info i spytał o zgodę na przedruk „Tajemnicy przystanku tramwajowego” (byli zafascynowani pomysłem, bo uznali, że to ogromna promocja ich dzielnicy), tak więc wróciłam do pierwotnego zamysłu stworzenia książki ze zmyślonymi legendami. W trakcie pisania ewoluowało to do „wywołania duchów”. Chciałam, by te pełne paranormalnych zjawisk opowieści były przekrojem historii miasta ze wszystkimi jego odcieniami.
W 2014 roku dostałam półroczne stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie tej książki.
Tekst jest po dwóch autorskich korektach i autorskich poprawkach redakcyjnych, ale mogą zdarzyć się błędy, gdyż, jak powszechnie wiadomo, nie myli się ten, kto nic nie robi.
Dla potrzeb projektu powstała strona pod adresem:
http://legendywarszawskie.pl
. Będzie ona z pewnością dużym wsparciem dla potencjalnego wydawcy.

Taką informację dostali ode mnie ci, którym słałam ofertę. Na razie nie uderzałam tylko do tych wydawnictw, które domagają się przysłania wydruku, bo to jednak dla mnie dodatkowe koszty, na które na razie nie mogę sobie pozwolić. 

Wczoraj z kolei odebrałam z wydawnictwa „Biblioteka Analiz” autorskie egzemplarze mojej książki, która nie jest powieścią, tylko czymś w rodzaju felietonowo napisanego podręcznika. Do kupienia będzie już od 23-go września. 

kurs dziennikarstwa

Tytuł: „Kurs dziennikarstwa dla samouków”. Jak napisał wydawca, to „Praca na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie, z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do osób, które chcą związać swoją przyszłość z radiem, gazetą czy telewizją. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka. Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.”
Z kolei recenzujący książkę wieloletni dziennikarz Jacek Moskwa stwierdził: „Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”.

Kilka dni wcześniej poczta przyniosła mi paczkę, w której znalazłam pięć egzemplarzy ukraińskiej wersji mojej książki „LO-teria”. „Klasa pani Czajki” cieszy się na Ukrainie sporym powodzeniem, nawet miała dodruk, więc wydawca zdecydował się na wydanie ukraińskiej wersji „LO-terii” i… zaczął pytać o część trzecią.

I tak… zmotywowana tymi wprawdzie drobnymi, ale jednak sukcesami, stwierdziłam, że będąc w fazie poważnego rozpisania, mimo iż wcześniej tego nie planowałam, siadam do kontynuacji losów Maćka, Małgosi, Kamili, Olka, Białego Michała, Ewki, Kingi, Czarnego Michała i tak dalej… (Nie podaję jeszcze tytułu, bo zastanawiam się.) Oczywiście od razu pojawił się problem. Nie pamiętam poprzednich tomów. Zaczęłam więc czytać. To jest bardzo dziwne uczucie. Czytałam swoją książkę, a było to dla mnie jakby obce dzieło. Wiele rzeczy pamiętałam, ale wielu drobiazgów już nie. Musiałam robić notatki. Po raz kolejny rozpisywać drzewo genealogiczne postaci itd. Od razu przypomniała mi się rozmowa z panią Krystyną Nepomucką, która opowiadała, jak czytała swoją książkę po 50-ciu latach od pierwszego wydania. Wszystko było dla niej zupełnie nowe i obce. Z moją lekturą własnych książek aż tak nie było, ale… kilka rzeczy mnie zdumiało.

Po skończeniu czytania siadłam do pisania pierwszego rozdziału kontynuacji. Biurko zawalone było notatkami etc. no, ale coś mi z tym rozdziałem nie szło. Zajrzałam z powrotem do „LO-terii” i… od razu się wyjaśniło. Namotałam, pokręciłam i… dzień pracy poszedł do kosza. Niestety ciężko jest wejść w świat, w którym ostatni raz tak mocno tkwiło się cztery lata temu. Ale myślę, że do końca tygodnia wejdę weń na tyle silnie, że potem już każdy powrót będzie łatwiejszy.

A piszę o tym wszystkim, bo miałam ambitne plany, by w przerwach poczytać. Niestety. Już wiem, że dopóki nie wejdę w klimat własnej powieści i jej bohaterów, nie mogę zagłębiać się w innych lekturach. Muszą mi wystarczyć wrażenia z tych kilkuset książek przeczytanych przy okazji ślęczenia nad kwerendą do varsavianistycznego kryminału. Kilka z nich cały czas przeżywam i to do tego stopnia, że musiałam je sobie kupić na własność. Na razie tkwię więc w szponach własnych książek. Napisanych, wydanych, piszących się… Na cudze spoglądam tęsknym wzrokiem. Ale już za chwileczkę…

Czy mam prawo do swoich bohaterów?

Dziś to pytanie zadałam sobie nie po raz pierwszy w życiu. Już ładnych kilka lat temu ktoś przesłał mi link do publikowanej w sieci powieści pisanej przez trzynastolatkę. Powieść oparta była na „Klasie pani Czajki”. Napisałam „oparta”, choć właściwie powinnam napisać, że powieść była z niej „zerznięta”, jak zżyna się od kolegi szkolne wypracowanie. Niby dziewczynka napisała wszystko po swojemu i od nowa, ale jej bohaterowie robili dokładnie to samo, co moi tylko inaczej się nazywali. Zmienił się też szyk wyrazów w zdaniach, którymi było to opisywane. Napisałam do dziewczynki, że proszę o to, by tego więcej nie robiła. Wyjaśniłam, że cieszę się, że się powieść podobała, ale jest specjalne prawo, które mnie, jako autora chroni i ono nazywa się „prawo autorskie”, a to co zrobiła nazywa się kradzież. Dziecko się popłakało. Trochę mi było głupio, bo nie chciałam, by płakało tylko, żeby od małego wiedziało, że coś takiego jak plagiat, jako rodzaj kradzieży jest karane. Tyle, że to było trzynastoletnie dziecko. A co powiedzieć o osobie dorosłej? Dziś przez zupełny przypadek znalazłam w sieci bloga, którego autorka napisała:

Czy pojęcie fan fiction obejmuje rodzimych autorów? Historię Małgosi którą opisuję na tym blogu stworzyła i wykreowała Małgorzata Karolina Piekarska w powieści „Klasa pani Czajki” publikowanej w odcinkach na łamach „Victora Gimnazjalisty”, licealne losy bohaterki możecie przeczytać w powieści „LO-teria”. Póki co pisarka nie podała żadnych informacji na temat tego, czy będzie kontynuować tę powieść.
A ja decyduję się na kontynuowanie opowieści Małgorzaty Piekarskiej z kilku powodów. Bardzo polubiłam bohaterów „Klasy pani Czajki” i ich wątki poprowadzone w „LOterii” – pokazuje to, jak bardzo może się wszystko zmienić, że nie tylko młodzi, ale i trochę starsi ludzie mogą odmieniać swoje życie, że w każdym momencie życia może się wydarzyć coś nieprzewidywalnego – czy dobrego, czy złego – po prostu to loteria życia. Do tego, nie wydaje mi się by MKP na dniach miała wydać kolejną część tej opowieści. To dlatego, że nie mogę się doczekać tego wydania, no i przecież, wcale nie mam pewności, że ono w ogóle powstanie. Po prostu muszę wiedzieć jak się ona zakończy.
Początkowo chciałam pisać podobnie jak MPK – kontynuować wątki wszystkich bohaterów. Doszłam jednak do wniosku, że nie nadaję się do tego. Wtedy musiałabym aż za bardzo wejść w (ewentualną) przyszłość tej fikcji. A przynajmniej teraz mam takie obiekcje. Może później zmienię zdanie i jeśli nie opuści mnie wena i będę mimo wszystko miała jakieś konkretne pomysły opiszę wątki dotyczące nie tylko Małgosi?
Zdecydowałam się na tę bohaterkę po części dlatego, że jej los najbardziej mnie zaintrygował (przecież na końcu „LO-terii” znika) – i to było oczywiste założenie autorki. A z drugiej strony z Małgosią najbardziej się utożsamiałam – dziewczyną wrażliwą, często z nosem w książce, miłą, nieśmiałą – taką mną, po prostu. Poza tym zniknięcie Małgosi, jej wyjazd z Warszawy, ucieczka – daje najwięcej możliwości na „namieszanie” w tej historii. Z czystym sercem mogę bawić się w tworzenie nowych postaci, bawić się losami bohaterki w zupełnie innym środowisku (w NY reszty życia nie spędzi, co to, to nie ;)).
Myślę, że to tyle mojego tłumaczenia. Postaram się tak pisać, by osoby, które nie spotkały się z tą powieścią wiedziały „o co kaman” – a więc będzie trochę retrospekcji, powrotów do tego co było i bardziej zdystansowanego podejścia bohaterki do tych wydarzeń. Co ta polonistyka robi z człowiekiem…
Najmilszej lektury!”

Przyznam, że najpierw mnie zatkało. Zwłaszcza, gdy autorką okazała się dwudziestojednoletnia studentka filologii polskiej. Czegóż na tych uczelniach uczą? Uczą języka, literatury, a nie mówią o prawie autorskim? Wiem, że zabrzmi to paradoksalnie, ale gdybym nie żyła – jeszcze bym zrozumiała. Zrozumiałabym, gdyby nie można było ze mną nawiązać kontaktu. Gdybym np. publikowała pod pseudonimem, ukrywała się, nie miała swojej strony. Ale tak nie jest! Dlatego kompletnie tego nie rozumiałam. Przecież jestem! Przecież i fizycznie żyję i jestem do znalezienia w sieci. Można znaleźć mnie naprawdę szybko! (Dowód obok!)

Napisałam do autorki, że proszę o kontakt. Odezwała się. Napisałam więc, że:

Przez zupełny przypadek trafiłam na pani Bloga.
Jest mi miło, że książki się podobają, ale bardzo bym prosiła o likwidację strony.
Proszę wymyślić jakieś swoje historie i je kontynuować.
Bardzo serdecznie o to proszę! W XXI wieku można mnie znaleźć w minutę przez wszystkie wyszukiwarki. Na mojej stronie jest do mnie telefon, jest też e-mail. Można było spytać o to, czy się zgadzam. Zgodnie z prawem autorskim cały czas ja mam prawo do swoich książek i wymyślonych przez siebie bohaterów. Specjalnie książka kończy się tak, by każdy czytelnik wymyślał swoją historię, ale nie koniecznie, by od razu ją zapisywał i podawał do wiadomości publicznej.
Jeżeli pani chce możemy o tym porozmawiać. Mój telefon … Bardzo przepraszam jeśli uraziłam, ale to już jest druga taka historia z kontynuacją, a trzecia w ogóle (były już próby pisania nowych wersji klasy) i bardzo mnie to boli, że dziś ludzie są tak niefrasobliwi. Tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, czym są dobra intelektualne itd.

Odpowiedź przyszła taka:

Cóż, rozumiem. Po prostu wiele osób kontynuuje np. powieść Rowling, czy inne popularne sagi, więc nawet nie pomyślałam o tym. Nie chciałam w najmniejszym stopniu pani urazić. Blog został usunięty.

Sęk w tym, że mnie to nie uraziło. Mnie po prostu zdumiało, że można coś brać tak naprawdę z czyjejś głowy, robić z tym, co się chce i nie pytać właściciela – w tym przypadku twórcy – o pozwolenie. Nie jestem Zbigniewem Nienackim, którego prawa do „Pana Samochodzika” sprzedała wdowa i jest już sto tomów kontynuacji! Ja przecież żyję! A tak, jakby mnie uśmiercono i za mnie zdecydowano. I jeszcze czytam odpowiedź, że ktoś nie pomyślał!

Siedząc ostatnio mocno w XVIII i XIX wieku (o przyczynach grzebania w przeszłości pewnie niedługo napiszę) zastanawiam się, czy nasz świat XXI wieku jest przyjazny ludziom? Czy przyjaznym jest ludzkim umysłom? Czy przyjazny jest wielkim myślicielom? Patrząc na różne dziwne współczesne dzieła różnych dziwnych współczesnych artystów często samą siebie pytam, czy nasz świat jest przyjazny Sztuce przez duże S? Patrząc na ładowanie pieniędzy w produkcje typu „Warsaw shore” czy „Miłość na bogato” (wytrzymałam 3 minuty oglądania każdego z tych „dzieł” i zażenowana wyłączyłam) zastanawiam się, czy nasz świat przyjazny jest Kulturze przez duże K? Czy raczej twórcom przez duże Tfu. Czemu my (ogólnie teraz piszę) jesteśmy tak bezmyślni? Może jesteśmy tacy właśnie dlatego, że wszechobecna tandeta obniża poziom naszej kultury? Ale czy to nie jest dowód na to, że to my nie dbamy o nią? Przecież godzimy się na tę tandetę? Często gdzieś czytam, że kościół katolicki przeciwko czemuś protestuje, bo zdaniem jego przedstawicieli, to coś jest niemoralne. Moralność pojęcie względne. Tak, jak dobry uczynek, bo zawsze można przypomnieć słynną filozofię Kalego z „W pustyni i w puszczy”: „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (…) to jest zły uczynek (…). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.” Dlaczego jednak są protesty, że coś jest niemoralne, a tak rzadko ktoś protestuje, gdy widzi, że coś jest żenująco głupie? Pewnie dlatego, że głupota też jest względna. „Wśród ślepców jednooki jest królem.” – głosi stare przysłowie. Dawna klasyfikacja niepełnosprawności intelektualnej uważała, że ktoś, kto ma iloraz inteligencji między 75-85 jest jedynie ociężały umysłowo. Taki z ilorazem między 50 a 74 to debil, z ilorazem między 25 a 49 imbecyl, a między 00 a 24 IQ to idiota. Podejrzewam, że królem między idiotami może być niejeden debil. Ale dziś słowa idiota, imbecyl, czy debil są używane tak powszechnie, że już nie zastanawiamy się czy kryje się za nimi niepełnosprawność intelektualna czy tylko epitet. W szafowaniu tymi określeniami jesteśmy wszyscy bardzo niefrasobliwi. Tak samo niefrasobliwi jesteśmy w bezmyślności. Czy fakt, że w Internecie efekt jest natychmiastowy nie sprawił, że nie mamy czasu na żadne refleksje? Nie tylko chodzi mi o refleksje dotyczące tego, czym jest własności intelektualna, ale tak w ogóle?

Też miewam różne pomysły, ale nie wszystkie realizuję. Czasem zostają one w mojej głowie. Bywa, że w postaci głupich czy ponurych żartów. Przyznam, że 13 grudnia miałam wielką ochotę sfotografować Ulubionego w ciemnych okularach typu „telewizory” i wrzucić na FB z podpisem „nowa wersja generała”. Bo fakt jest taki, że teraz, kiedy przez chwilę ze względu na spektakl ma swoje resztki włosów na głowie, to w tych okularach wygląda, jak onegdaj generał Wojciech J. Pomyślałam jednak, że ktoś może ten dowcip uznać za niesmaczny, zrozumieć go opacznie, uznać nas oboje za szydzących z wprowadzania stanu wojennego, z tragedii, która wtedy w 1981 roku spotkała wielu ludzi i pomysł zarzuciłam. Ale czasem i mnie zdarza się coś chlapnąć, bo nie myli się ten, kto nic nie robi. Tylko, że przeważnie jednak te moje wpadki wynikają z szybkiego działania. Czemu inni swoich pomysłów, i to tych, na których realizację trzeba więcej czasu, nie przemyślą? Może Joan Rowling pozwoliła swoim fanom na kontynuowanie Harry’ego Pottera? A może ma gdzieś to, co z nim się dalej dzieje? Nie wiem. Wiem, że ja taka nie jestem. Lubię swoich bohaterów i obchodzi mnie ich los. A że na razie nie piszę dalszego ciągu? Cóż… na wszystko przyjdzie czas.

Kiedy ukazała się „LO-teria” ktoś podesłał mi opinię, jakiejś czytelniczki, która gdzieś w sieci napisała, że powieść kończy się ewidentnie tak, by była napisana jej kontynuacja. Przyznaję, że to mnie potwornie rozwścieczyło. Nie jest to bowiem prawda. Uwielbiam otwarte zakończenia, o czym już tu wspomniałam cytując własny list do autorki bloga fan fiction. Kończąc „LO-terię” nie miałam zamiaru pisać kontynuacji. Uważałam, że powieść o studentach byłaby powieścią o ludziach dorosłych, a ja chciałam pisać dla młodzieży. Ale… czytelnicy zaczęli zamęczać! Na każdym spotkaniu, na którym byli obecni ci, którzy znali „Klasę” i „LO-terię” padały pytania o ciąg dalszy powieści, a po pytaniach błagania, by był. To zdarzenie z kontynuowaniem przez kogoś na blogu historii Małgosi pokazało mi dobitnie, że zapotrzebowanie jest. Zresztą decyzję, że jednak napiszę kontynuację podjęłam kilka miesięcy temu. Tyle, że najpierw muszę dokończyć inne projekty.

I tylko retorycznie teraz pytam po raz kolejny: czy ja mam prawo do swoich bohaterów? Czy to nie jest jasne, że autor przynajmniej dopóki żyje ma prawo chcieć lub nie chcieć, by ktoś grzebał w ich życiorysie?

PS Pytanie naprawdę zadałam retorycznie. Ale ponieważ dostałam list, którego fragment przytoczę: „Napisała Pani, że dziwi się tej studentce, że rozpoczęła taki projekt. Ja się jej dziwię, że zrezygnowała, bo według mnie miała pełne prawo go kontynuować niezależnie od Pani opinii.” Dlatego wyjaśniam. Otóż nie miała pełnego prawa, ani nawet żadnego prawa. O tym m.in. mówi prawo autorskie.

Błogosławiony mąż księcia, czyli słówko o słowiańskich językach

Pewna ukraińska dziennikarka przeprowadzała ze mną ostatnio wywiad do jednej z ukraińskich gazet. Okazja jest, bo podpisałam właśnie umowę na wydanie po ukraińsku drugiej części „Klasy pani Czajki”, czyli „LO-terii”. „Klasy” sprzedał się na Ukrainie cały pierwszy nakład i robiony jest dodruk. Dlatego wydawca stwierdził, że zainteresowanie jest na tyle duże, że można publikować część drugą. Przeprowadzony wywiad dostałam do autoryzacji dopiero teraz, bo na Euromajdanie dzieje się to, co się dzieje i dziennikarka miała inne rzeczy na głowie. Tego dnia miałam akurat mnóstwo spraw do załatwienia na mieście, więc wywiad wydrukowałam sobie i czytałam w samochodzie na światłach. Właściwie powinnam powiedzieć, że przelatywałam go wzrokiem, ciekawa jak to wyszło. Nagle moim oczom ukazał się wyraz… „Попелюшку”. (Popiełuszkę.) Hm? Zaczęłam się zastanawiać. Mówiłam o różnych rzeczach, ale na pewno nie o księdzu Jerzym Popiełuszce. Mogę dać sobie głowę uciąć, że słowem się o nim nie zająknęłam, bo nie ma nic wspólnego z moimi książkami. Patrzę dalej, a tam… niby ja mówię, że czytelników ciekawi, czy… „поберуться принц із Попелюшкою”, czyli czy „ożeni się książę z Popiełuszką”. Zmartwiałam. Co to za herezje? Błogosławiony męczennik XX wieku, ksiądz, który w tak bestialski sposób został zamordowany, ma być mężem księcia? I to ja tak niby powiedziałam? Zjechałam autem na bok, bo mało nie dostałam palpitacji. Czytam cały fragment wywiadu i nagle… olśnienie! Zrozumiałam! Oto „Popiełuszka” to po ukraińsku po prostu… Kopciuszek. A ja mówiłam o tym, co najpierw widzą w bajce o Kopciuszku czytelnicy, a co w niej jeszcze jest. Śmiałam się całą drogę tak, że miałam wrażenie, że na światłach inni kierowcy patrzą na mnie, jak na kompletną wariatkę. Takie to są skutki podobieństw i różnic języków słowiańskich.

A jednak na moje wyszło

Gdy mówiłam znajomym, że podczas wieczoru promującego moją książkę „LO-teria” fragmenty przeczyta Muniek Staszczyk patrzono na mnie, jak na wariatkę.Wprawdzie siłą moich argumentów byłą ogromna. Poeta, polonista, rockman, człowiek o luźnym podejściu do życia, a jednocześnie profesjonalista, facet, który wielokrotnie mówił, że liceum to ważny czas w życiu każdego człowieka (a książka przecież o życiu licealistów), prywatnie mój znajomy…Chcę, by czytał to ktoś normalnym głosem, bez zadęcia aktorskiego…

Myślę, ze wczoraj wszystkim obecnym na spotkaniu w Domu Literatury szczęka opadła. Muniek czytał świetnie. Właśnie normalnie. Momentami było nawet śmiesznie.

- Co tu jest napisane? Filmłebie? :)

albo:

- Z… jotpegów? Dobrze czytam?

Miało to swój ogromny, niepowtarzalny urok, a i publiczność bawiła się naprawdę nieźle. Dowód? Zapraszam do galerii. 

Fotorelację przygotował Krzysztof Ciesielski.

Zaczęło się

To już chyba tradycja, że gdy zbliża się promocja mojej książki i kiedy już roześlę wszystkim zaproszenia i napiszę kiedy, o której, gdzie i co tam będzie i nawet poinformuje, że na miejscu będzie można kupić moje książki zaczynają nadchodzić listy, SMS-y i dzwonią telefony od tych, którym chyba nie chce się czytać, bo o to, że nie potrafią nikogo w XXI wieku nie posądzam. Zaproszenie wysłane przeze mnie do niemal wszystkich brzmiało:

Serdecznie zapraszam na spotkanie promujące moją najnowszą powieść zatytułowaną „LO-teria”, które odbędzie się we wtorek, czyli 14 września o godzinie 18-tej do Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu 87/89 w Warszawie. Spotkanie poprowadzi Miłka Skalska, a fragmenty książki przeczyta Muniek Staszczyk, bo to między innymi jego dzieciom dedykowana jest „LO-teria”.
Wstęp wolny! Można przyprowadzić znajomych, przyjaciół, dzieci, koleżanki i kolegów z klasy, uczniów itd. 
Na miejscu będzie można kupić „LO-terię”, a także „Klasę pani Czajki”, „Tropicieli” i „Dziką”.
Słówko o książce…
„Prawdziwa gratka dla fanów pisarstwa Małgorzaty Karoliny Piekarskiej. Do rąk czytelników trafia długo oczekiwana LO-teria, kontynuacja bestsellerowej Klasy pani Czajki. Dalsze losy paczki przyjaciół wciągają równie mocno.
Po miło spędzonych wakacjach uczniowie pani Czajki muszą zmierzyć się z nową szkolną rzeczywistością. A ta od początku nie zapowiada się różowo. Już pierwszego dnia okazuje się, że liceum to nie przelewki, a na wspomnienie gimnazjum łezka kręci się w oku. Nowa polonistka to diabeł wcielony, przy którym surowa pani Czajka jawi się jako ideał nauczyciela. Do szkolnych problemów dochodzą też te najważniejsze: miłość, zdrada i wielkie ambicje towarzyszące bolesnemu wejściu w dorosłość. Emocje buzują w intensywnym kotle uczuć, podnosząc temperaturę powieści. 
Jak nasi bohaterowie odnajdą się w poważnym LO? Czy gimnazjalne związki przetrwają próbę czasu? Piekarska pisze wciągająco i wprost o niełatwym, pełnym napięć życiu nastolatków. Z talentem, właściwym gigantom literatury młodzieżowej, potrafi oddać radości i smutki udręczonej nastoletniej duszy, nie moralizując przy tym i nie nudząc. To właśnie najbardziej cenią entuzjaści jej prozy. Czytając LO-terię nie zawiodą się i tym razem.”
Z dedykacji…
„Moim wszystkim ukochanym dzieciom z „rodziny Homolków” (w kolejności alfabetycznej): Agatce, Agnieszce, Ewie, Jankowi, Julce, Majce, Mańce, Markowi, Oli, Rafałowi i Tomkowi, a także (zgodnie ze starszeństwem) Mateuszowi, Zuzi i Szymonowi Krukowskim oraz mojemu synowi Maćkowi i wszystkim jego koleżankom i kolegom z podziękowaniem za natchnienie i wsparcie…
Postać Mateusza Niewiadomskiego dedykuję pamięci Pawła Ślusarskiego, bez którego zwariowanych historii z dzieciństwa nie byłoby tej książki. 
- autorka
„W życiu piękne są tylko chwile” Ryszard Riedl

O co pytają przyjaciele oraz bliżsi i dalsi znajomi, którzy otrzymali zaproszenie?

  • Gdzie to jest?
  • Którego to jest?
  • O której to jest?
  • Mogę przyjść z dzieckiem (mężem, facetem, dziewczyną itd.)?
  • Będzie można kupić książki?
  • A to jest książka dla młodzieży?
  • A to powieść jest?
  • Kto prowadzi to spotkanie?
  • Kto ci czyta fragmenty?
  • A Miłka będzie?
  • Czy Muniek będzie?
  • Czy ty będziesz?

Do stu tysięcy połamanych krzeseł! Przecież wszystko wyraźnie i po polsku napisałam.

Opisy, opisy

Z dnia na dzień coraz więcej w sieci wzmianek o „LO-terii”, codziennie przychodzą też listy od czytelników. Na razie same pozytywne. Nie bardzo mogę jednak zacytować, bo zdradziłabym wątki lub co gorsza zakończenie. Tu więc tylko taki drobny przykład…
„LO-teria”, na którą zresztą bardzo długo czekałem (…) w końcu leży ona na moim biurku, niedawno przeczytana i domaga się powtórnego przeczytania. Ja dorastałem z tymi bohaterami. Może dla Pani wydawać się to dziwne, ale stali się oni moimi przyjaciółmi, których bardzo pragnąłem zdobyć. „Klasa Pani Czajki” była czymś przełomowym w moim życiu, spojrzałem na nie z całkowicie innej strony. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobnie będzie z najnowszą książką. (…) 
Mam nadzieję, że książka sprzeda się tak w dobrym nakładzie jak „Klasa Pani Czajki” (nieskromnie powiem, że na regale w moim pokoju jest już jeden egzemplarz) i że „LO-teria” trafi na listę lektur do gimnazjum, a nawet do liceum! Może czas najwyższy, żeby uczniowie zostali zachęceni do czytania, a przy okazji do przemyślenia swojego życia przez bardzo ciekawą książkę, a nie zmuszani do zapoznawania się z „dziełami”, które nie wnoszą do naszego życia niczego nowego.
Jednocześnie koleżanka, która śledzi w sieci wszystko, co dzieje się wokół książki podesłała mi link do bloga, którego autorka cały wpis poświęciła „LO-terii”. Niestety jest tam streszczenie, więc nie podam adresu, ale jedna rzecz mnie ubawiła, więc przytoczę. 
Od dawna chciałam przeczytać „Klasę pani Czajki”, ale nie spodziewałam się, że jest taka cudowna. Co prawda pani Piekarska nie jest zbyt dobra pisarką – w książce jest zbyt mało opisów, dużo powtórzeń, itp., ale nie ważne. Wreszcie zrozumiałam się z fanami „Zmierzchu” – oni też mówią, że pani Mayer nie umie pisać, ale mimo wszystko kochają tę książkę. Za wydarzenia i bohaterów. 
Matko Boska! zakrzyknęłam przeczytawszy. (Co do powtórzeń, to, gdy ktoś wie, że „Klasa pani Czajki” jest to zbiór opowiadań, które można czytać na wyrywki, rozumie powtórzenia. Jak czyta po kolei to rzeczywiście to go razi.) Natomiast z opisami uśmiałam się setnie. Na spotkaniach autorskich, gdy pytam, czego młodzież nie lubi w książkach zawsze słyszę zgodny chór mówiący: Opisów!!! A tu ktoś tęskni za opisami! I to w epoce fotografii. W epoce, w której nie trzeba opisywać słonia, bo każdy wie, jak wygląda. W epoce, w której wszyscy znamy wielbłądy, widzieliśmy na filmach Nowy Jork i tak dalej… Cudowne! Jakie to naprawdę cudowne, że w dzisiejszych czasach zdarzają się ludzie, którzy tęsknią za opisami. Ja jednak wole opisywać uczucia, a nie świat. 
P.S. Przykro mi, ale konkurs, który miał trwać do 15-go został rozwiązany. Chyba był za łatwy. „LO-terię” z autografem wygrała Małgorzata Sobańska. 
A oto rozwiązanie:
1.Kornel Makuszyński „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki” 
2.Kornel Makuszyński „120 przygód Koziołka Matołka” 
3.Hanna Ożogowska „Głowa na Tranzystorach” 
4.Adam Bahdaj „Stawiam na Tolka Banana” 
5.Henryk Jerzy Chmielewski „Tytus, Romek i A’Tomek” 
6.Bolesław Prus „Lalka” tom drugi
7.René Goscinny, Jean-Jacques Sempé „Mikołajek” 
8.Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” 
9.Jaroslav Hasek „Przygody dobrego wojaka Szwejka” t.3

A jednak literówki!

Ukazała się pierwsza recenzja „LO-terii”. Recenzja pozytywna i tej jej części cytować nie będę, chętnych odsyłam do bloga recenzentki. Ale do hektolitrów miodu wsadzono łyżkę dziegciu. Trudno się z ową łyżką niezgodzić, bo… rzecz o błędach, literówkach i korekcie. Autorka recenzji Iza Mikrut napisała:

„książce tej zabrakło korekty – jest w niej wiele literówek, zwykle złośliwych, to jest zmieniających sens wyrazu, błędów ortograficznych (łączna i rozdzielna pisownia „nie”) i interpunkcyjnych. Większość dałoby się wyeliminować po jednym uważnym przeczytaniu. Niby dynamiczna akcja odwraca uwagę od niedoskonałości formy, ale w publikacjach dla młodzieży powinno się szczególnie dbać o przestrzeganie zasad ortografii. Dwa jeszcze przyzwyczajenia autorki mogą razić – jedno to uparcie wstawiane w klauzuli zdań „się”, które brzmi nienaturalnie i zaburza akcenty zdaniowe. Drugie – „bym” zamiast „żebym” – w dialogach młodzieżowych wypada to bardzo zabawnie, jakby postacie siliły się na wygłaszanie swoich kwestii w języku literackim. Sztuczność takiego rozwiązania jest wyraźna.”

Niestety… książka była przed wydaniem czytana uważnie kilka razy i przez kilka osób. Sama ileż to razy tu na blogu opisywałam, że za każdym razem, gdy czytałam widziałam swoje błędy i poprawiałam je. Przyznawałam się też do tego, że to, czego boję się najbardziej, to znalezienia kolejnych literówek i błędów podczas następnego czytania… Niestety… im więcej stron tym więcej błędów. A „LO-teria” to ponad pięćset stron znormalizowanego maszynopisu, czyli ponad 400 stron druku.
Mam nadzieję, że następne wydania i dodruki będą bez błędów. Oczywiście pod warunkiem, że… książka będzie się sprzedawać.

Ja tylko piszę

Przyznaje, że pytania czytelników, kiedy „LO-teria” będzie w księgarniach bardzo mnie męczą. Wszystko z tego powodu, że nie wiem i nie mam na to wpływu i się tym nie zajmuje. Każdemu odpowiadam, że ja tylko pisze i żeby śledził moja stronę i dopisał się do newslettera albo: śledził bloga, stronę wydawcybloga wydawcy, mój profil na facebooku itd. daremnie. Codziennie (niczym mantrę) kolejne osoby powtarzają pytanie: kiedy „LO-teria” będzie w księgarni. I są zdziwione, że nie wiem. No niestety (lub stety)! Pisarz tylko pisze! Nie jest handlowcem. Ja gotowy produkt oddałam wydawcy w marcu. O wszystkim, co wiem w związku z książką informuję na bieżąco. Na razie wiem, że „LO-teria” opuściła drukarnię. Jednak zanim trafi do księgarń to jeszcze kilka dni upłynie. Wiem, że już w kilku internetowych księgarniach książka pojawiła się w dziale zapowiedzi. Pewnie lada moment będzie do kupienia. Może wtedy będę mogła pisać nowe rzeczy, bo przestanę odpisywać na pytania zaczynające się od słowa „kiedy”.

Różne oblicza radości

Podobno przyjaciół nie poznajemy w biedzie, ale wtedy, kiedy zaczynamy odnosić sukcesy. Coś w tym jest. Wraz z każdą moja kolejną książką przybywa mi wrogów. Nie jawnych! Takich skrytych, którzy za plecami obrabiają tyłek. Zawsze mnie to dziwi. Pewnie dlatego, że odbieram samą siebie, jako osobę życzliwą światu i bliźnim. Stosując zasadę ‚zabrania się zabraniać’ staram się nic nikomu nie narzucać, a osoby o skrajnych poglądach omijać dając im żyć z dala od siebie.

Wczoraj odebrałam z drukarni „LO-terię”. Książka jest z wydrukowaną dedykacją.

Moim wszystkim ukochanym dzieciom z „rodziny Homolków” (w kolejności alfabetycznej): Agatce, Agnieszce, Ewie, Jankowi, Julce, Majce, Mańce, Markowi, Oli, Rafałowi i Tomkowi, a także (zgodnie ze starszeństwem) Mateuszowi, Zuzi i Szymonowi Krukowskim oraz mojemu synowi Maćkowi i wszystkim jego koleżankom i kolegom z podziękowaniem za natchnienie i wsparcie…
Postać Mateusza Niewiadomskiego dedykuję pamięci Pawła Ślusarskiego, bez którego zwariowanych historii z dzieciństwa nie byłoby tej książki.
– autorka

Wczoraj dostała ją tylko trojka rodzeństwa Krukowskich i przyznam, że dawno nie widziałam takiej radości. Pomyślałam wtedy, że dla tych chwil warto znosić kwaśne miny i zawistne spojrzenia dalszych znajomych. Taka radość wynagradza też tę finansową nieopłacalność*) związaną z pisaniem książek. Warto pisać.

*) jedno ze spotkań autorskich ze mną odwołano, bo miasteczko wydało sto pięćdziesiąt tysięcy złotych na koncerty Dody i Feel’a. Nie ma więc pięciuset złotych na spotkanie z pisarką. Ubawiłam się.