Archiwa tagu: malarstwo

Obraz, czyli trzeba pozbyć się… diabła!

Nigdy nie wierzyłam w diabła. Owszem, twierdzę, że zło istnieje, ale tkwi w człowieku. Dlatego sceptycznie też podchodziłam do opowieści o nawiedzonych przez złe duchy domach, czy złych duchach na cmentarzu. Nie znaczy, że nie wierzę w duchy. W te wierzę jak najbardziej, ale być może dlatego, że wychowywano mnie wpajając, że ludzie są jednak mimo wszystko dobrzy, ciężko mi uwierzyć w złe duchy. Nawet w mojej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” wszystkie zjawy są dobre, sprawiedliwe i nawiedzają w tzw. słusznej sprawie. Gdy przez jakiś czas byłam zupełnie sama z nieletnim synem czułam obecność dobrych duchów moich przodków. Że kiedykolwiek nawiedzi mnie zły duch? Niemożliwe. To tylko na filmach. To tylko „Omen” i Gregory Peck. To tylko „Harry Angel” oraz Mickey Rourke i Robert de Niro. To tylko „Adwokat diabła” oraz Keanu Reeves i Al Pacino. To tylko… dziesięć, sto czy tysiąc innych filmów. W normalnym życiu zdarzyć się to nie może. Tak myślałam.

W ogóle nie przypuszczałam, że pewnego dnia diabeł zawita do mnie. Jak to? Wiele miesięcy temu przyszedł do nas kolega Panicza Syna z jakimś obrazem olejnym i pytaniem, czy mogłabym mu powiedzieć co to za malarz. Obraz przedstawiał postać z czarnymi, rozczochranymi włosami. Taki diabeł. Trochę straszny, a trochę śmieszny. Chyba nawet był podpisany „Diabeł”. Nazwisko autora (dziś już nie pamiętam) nic mi nie mówiło, ale sprawdziłam go w internecie. Nie żył od kilku lat. Malował diabły. Najwyraźniej lubił to. Kolega Panicza Syna powiedział, że kupił obraz na targu sztuki za 5 złotych, ale jego mama po kilku miesiącach poprosiła, by natychmiast wyniósł go z domu, bo obraz ma złą energię. Ubawiłam się. To, że ktoś namalował diabła to nie znaczy, że obraz ma złą energię. Kolega powiedział więc, że obraz mogę zatrzymać. Żal mu go wyrzucać, a ja pewnie docenię dzieło, bo w końcu ukończyłam historię sztuki.

Cóż… zawsze miałam miękkie serce. Zarówno dla ludzi i zwierząt, jak i dla przedmiotów. Moim pierwszym zawodem był zawód bibliotekarza. Dlatego przed wieloma laty ulitowałam się nad leżącym na stole w redakcji i przez nikogo niechcianym egzemplarzem harlequina. Tym, w którym na swoją zgubę wyczytałam zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.” To zdanie do dziś snuje się za mną jak cień będąc dla mnie symbolem grafomanii i złej literatury. Teraz na tej samej zasadzie ulitowałam się nad obrazem. Jednak w przeciwieństwie do harlequina obraz artystycznie nie był zły. Nie pasował mi jednak do wnętrza. Nie był też w moim guście. I w ogóle coś z nim było nie tak. Jednak dokładnie tak samo jak kiedyś harlequina tak teraz żal mi było obrazu. Dlatego przyjęłam dzieło i… schowałam. A potem o nim zupełnie zapomniałam.

Ostatnie półtora roku nie było dla nas dobre. Nie chodzi o życie osobiste, bo na to nie narzekamy, ale zawodowo mieliśmy sporo kłopotów. Były to kłopoty z komputerami, dyskami, spektaklem, książkami, filmami, a także ludźmi z którymi przyszło nam współpracować. Szkoda naprawdę czasu na opisywanie tego wszystkiego, zresztą w niektóre historie trudno byłoby czytelnikom uwierzyć. W każdym razie było nam w życiu ciężej niż zazwyczaj. Dlaczego? Olśnienie przyszło dwa dni temu, gdy siedziałam i próbowałam pisać, ale jak zwykle coś mi się przydarzyło, co to pisanie uniemożliwiło. I nagle… przypomniał mi się obraz. To było jak impuls. Gdy napomknęłam Ulubionemu, że mam wrażenie, że to ten obraz z diabłem ma złą energię i źle na nas działa, przez co mamy takie a nie inne kłopoty z pracą, on aż podskoczył. Szybko powiedział, że ma dokładnie taką sama myśl. Postanowiliśmy więc pozbyć się obrazu. Natychmiast zadzwoniłam do Panicza Syna, który studiuje w zupełnie innym mieście, by poinformował kolegę-ofiarodawcę, że obraz wyrzucamy. W odpowiedzi usłyszałam, że… w ogóle go to nie dziwi.

Ulubiony rozpoczął poszukiwania „Diabła”, ale obraz jakby zapadł się pod ziemię. Kompletnie nie umieliśmy sobie przypomnieć gdzie też go schowaliśmy, by nie drażnił naszych oczu. Poszukiwania trwały długo, ale na szczęście zakończyły się sukcesem. Gdy chciałam sfotografować obraz „na pamiątkę”, by móc komuś potem pokazać je, jako dowód, że coś z obrazem nie tak, Ulubiony aż krzyknął. „Żadnych zdjęć! Żadnych śladów po tym diable w naszym domu!” Zgodziłam się od razu. No i rozpoczęliśmy dysputę gdzie obraz wyrzucić! Wbrew pozorom było to dla nas obojga bardzo ważne, bo od razu stwierdziliśmy, że nasz śmietnik nie wchodzi w rachubę, ponieważ może go tam znaleźć sąsiadka i… zabrać do domu, a wtedy obraz też będzie obok nas, tyle, że nie będziemy mogli się go pozbyć już nigdy. Uznaliśmy więc, że trzeba znaleźć śmietnik tzw. wolnego dostępu i najlepiej z rzeczami z budowy bądź remontu, bo z takiego śmietnika nikt obrazu nie wyjmie i nie przyniesie zła do swojego domu. A przynajmniej ryzyko, że ktoś to zrobi jest mniejsze.

Wczoraj Ulubiony znalazł taki śmietnik i wyrzucił tam obraz z diabłem upychając go pod gruzem i deskami z budowy. A ja mam wrażenie, że powoli zaczyna się wszystko prostować. Dziś rano zadzwonił bowiem znajomy informatyk, by powiedzieć, że z jednego z uszkodzonych dysków udało się odzyskać 30 GB danych. A jeszcze tydzień temu twierdził, że pomóc w tym może tylko jedna firma, której usługi kosztują kilka tysięcy złotych. A wystarczyło pozbyć się diabła.

PS Cały czas nie mogę w to uwierzyć.

Wesołych świąt, czyli coś dla ciała i coś dla ducha

Życzę wszystkim czytelnikom radosnych świąt Wielkanocnych.

I jak zwykle mam dla nich prezenty. Tym razem i dla ciała i dla ducha!

Ponieważ w najnowszym numerze Polska The Times, na prośbę dziennikarki Anity Czupryn, która odpytywała polskich pisarzy z przepisów kulinarnych, podałam swoje dwa przepisy świateczne, więc pomyślałam, że może je tu wpiszę, by każdy mógł skorzystać.  (Wszystkich zainteresowanych, co polecją inni – odsyłam do papierowego wydania polskiej edycji Times’a.) Przepisy nie są wzięte z sufitu. Są przepisami, które naprawdę stosuję.

Sos tatarski

Z ulubionymi potrawami jest u mnie tak, że ja lubię wszystko co pikantne. Dlatego na Wielkanoc uwielbiam… do wędlin i mięs sos tatarski. Mam swój własny przepis.

  • ½ dużego słoika majonezu,  
  • ½ średniego słoika chrzanu,
  • 1 spora papryczka peperoni, (a jak jest mała to 2),  
  • 5-6 malusieńkich korniszonków w occie,
  • 1 pęczek rzodkiewek,
  • 5-6 grzybków marynowanych w occie (najlepiej podgrzybków).

Rzodkiewkę trzemy na tarce, a pozostałe składniki drobno siekamy. Całość mieszamy. Można doprawić mielonym pieprzem. A potem tym sosem polewamy wędliny. Można go też dodawać do mięs w czasie świątecznego obiadu. Smacznego.

Indyk w brzoskwiniach

  • 4 filety z indyka,
  • 1 Puszka brzoskwiń w zalewie,
  • 2 cebule,
  • Olej,
  • 1 szklanka wody,
  • listki laurowe,
  • ziele angielskie,
  • mielony pieprz kolorowy.

 Filety z indyka obtaczamy w mielonym, kolorowym pieprzu. Na dużą, głęboką patelnię wlewamy szklankę wody, dodajemy ziele angielskie i listki laurowe. Ta patelnia ma stać na małym ogniu. Cebule kroimy na talarki i szklimy na mniejszej patelni na oleju. Potem wlewamy na patelnię z zagotowaną już na małym ogniu wodą z zielem angielskim i listkami laurowymi. Na patelnię, z której zrzuciliśmy cebulę znów wlewamy troszkę oleju i kładziemy na chwilę indyka. Dosłownie na kilka sekund z każdej strony. Chodzi tylko o to, by zmienił kolor. Potem całość przerzucamy na patelnię, na której jest już cebula. Dusimy na małym ogniu ok. 15-20 minut. W tym czasie otwieramy puszkę z brzoskwiniami i brzoskwinie kroimy na plasterki. Dolewamy na patelnię na ostatnie 5 minut. Takiego indyka najlepiej podawać z ryżem, ale może być z ziemniakami. Zamiast brzoskwiń może być ananas w syropie.

A na koniec tradycyjnie coś dla ducha, czyli obraz „Ukrzyżowanie”. Jego autorem jest Tintoretto. To jeden z największych malarzy włoskiego cinquecenta. To on był mistrzem dla El Greco. Często myślę, że dziś rzadko kto wie, kim był Tintoretto. Gdybym przeszła się ulicami Warszawy i pytała ludzi, co oznacza ten wyraz być może powiedzieliby, że to deser? A może drink? Tymczasem był to jeden z genialniejszych włoskich malarzy okresu manieryzmu. Naprawdę nazywał się Jacopo Robusti vel Jacopo Comin. Ten szesnastowieczny wenecki malarz zyskał przydomek Tintoretto i to pod nim jest znany w świecie sztuki, gdyż był synem farbiarza tkanin. Jego dzieła zdobią weneckie kościoły i słynny Pałac Dożów. Jeśli jeszcze jakiś celebryta myśli, że jest wielki i znany niech spojrzy na obraz Tintoretto i pomyśli o jego autorze, o którym przeciętny człowiek nie wie nic i niech pomyśli nad tym, że „marnośc nad marnościami i wszystko marność”. Na szczęście dla Chrześcijan istnieje wiara w Zmartwychwstanie.

PS Dla ateistów też coś mam. To z portalu demotywatory. Żeby nie było wam smutno, że jesteście uduchowieni inaczej. Spirit, ale nie holly!

Żegnaj Huto, żegnaj Rubinie

„Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Często to powtarzam widząc, jak pewne rzeczy przemijają, odchodząc tym samym w przeszłość. Pojechałam wczoraj z kamerą żegnać Hutę Targówek. Osobliwe to miejsce widziałam po raz pierwszy i zupełnie nic na jego temat wcześniej nie wiedziałam, bo Huty, jako Huty, już od dawna nie ma. Jest jednak budynek i jego historia. I wczoraj właśnie pojechałam przywitać i pożegnać nieistniejącą już Hutę.

Historia Huty jest osobliwa. Powstała bowiem w 1926 roku, jako przedsiębiorstwo „Huta szkła Targówek Kazimierz Klimczak i Synowie”.  To był jeden z większych zakładów przemysłowych w tej okolicy. Produkowano tu szkło techniczne najbardziej zaawansowaną na tamte czasy technologią. Właściciel był dumny, bo dzięki temu udało się wyeliminować import niemieckiego szkła jenajskiego. Wykonywano tu kolby chemiczne, pojemniki na odczynniki itd. Także tu wykonano pojemnik na serce Józefa Piłsudskiego, w którym (włożone do srebrnej urny) spoczywa do dziś na cmentarzu w Wilnie. Jeszcze przed wojną na zlecenie wojska prowadzono tu eksperymentalne prace nad produkcją szklanych granatów. Chodziło o uniezależnienie dostaw dla wojska od różnych hut metali. By było ciekawiej, ów projekt nosił kryptonim „woda kwiatowa”. Huta została zbombardowana 8 września 1939 roku. Wtedy główna hala, licząca 700 metrów kwadratowych powierzchni, straciła trzy ściany i dach. Została jednak odbudowana, zyskując istniejący do dziś i unikatowy dach drewniany, który trzyma się bez filarów, kolumn czy jakichkolwiek podpór. Dach powstał w trzy miesiące i zrobili go miejscowi cieśle. W czasie okupacji Niemcy nakazali właścicielom produkować w hucie butelki na wódkę, za które płacili właśnie ową wódką. Właściciele, nie chcąc rozpijając pracowników, założyli hurtownię alkoholu, który sprzedawali zakładom gastronomicznym. Z tak uzyskanych pieniędzy płacono pensje. Huta była też miejscem, które w czasie okupacji wydawało dokumenty identyfikacyjne członkom polskiego podziemia. To wielu osobom pomagało działać w konspiracji.

Po wojnie huta została znacjonalizowana. Właściciel, Tadeusz Klimczak, otrzymał stosowny dokument w swoje urodziny. Wynikało z niego, że państwo polskie przejmuje w całości jego zakład. Paradoksalnie rok później, z niewiadomych przyczyn, otrzymał pocztą dokument, z którego wynikało, że w odebranej mu Hucie źle się dzieje. Robotnicy spodziewali się, że po znacjonalizowaniu zakładu będą lepiej wynagradzani, a tu… dostali obniżkę pensji, nawet o 30%. Państwowa kontrola wyrażała zaniepokojenie, że może stracić ponad połowę pracowników i to stało w piśmie. Tak naprawdę huta straciła jednak przede wszystkim to, czym dysponowała do tej pory. Markę. Połączono ją z hutą szkła w Wołominie, co oznaczało w praktyce likwidację. Przy okazji zaprzepaszczono nowoczesne technologie, dzięki którym przed wojną nie importowano chemicznego szkła z Jeny. Od tej pory Polska musiała „przeprosić się z niemiecką gospodarką” i importować szlachetne gatunki szkła, które wcześniej produkowano na Targówku.

W latach 90-tych budynki odzyskał wnuk Kazimierza Klimczaka – Tadeusz Klimczak jr. Kolejne 20 lat zajęło mu staranie się o zwrot zabranego dekretem Bieruta gruntu, na którym stoją budynki. Teraz musi płacić rocznie taki podatek (ok. 80 tysięcy złotych), że z wynajmu pomieszczeń na terenie Huty nie jest w stanie utrzymać obiektu, a co dopiero w niego inwestować. Postanowił więc to wszystko sprzedać. Rozmowy z inwestorami trwają.

Zanim nastąpi ich finalizacja właściciel postanowił zaprosić Warszawiaków do środka i pokazać im budynek z niezwykłym drewnianym sklepieniem. Stąd pomysł na wystawę: „Sztuka miejsca – miejsce sztuki. Pożegnanie Huty”. W środku prace czwórki artystów. Malarstwo Aldony Jabłońskiej-Klimczak, fotografia Niki Jabłońskiej, Rzeźby i obiekty Adriany Gajdzińskiej oraz Czesława Podleśnego. Prace tego ostatniego, to też pewien rodzaj pożegnania z przeszłością i tym, co wytwarzają huty, ale akurat inne, bo huty metalu. Prace Podleśnego to w większości rzeźby i obiekty z metalu, do czego artysta wykorzystał to, co znaleźć można na złomowiskach, nim trafi znów do hut na przetopienie. To z takich złomowych odpadków powstał święty Jerzy bez konia, święta opiekunka z metalowymi lokówkami, której kapliczką jest stara wanna, czy rycerz na starym szpitalnym łóżku. Jego zbroja to różne naczynia. Nic więc chyba dziwnego, że rycerski hełm ma rączkę pokrywki od rondelka. „Ostatnia wieczerza z dziadkiem?” Proszę bardzo… talerze, sztućce metalowe, a i serweta z kawałków blachy. Telewizor? Oczywiście. Koniecznie metalowy Rubin, w którym radzieccy generałowie dysputują na czerwonym tle obwieszonym sowieckimi znaczkami. Przeminął bowiem i dziadek, i blaszane garnki i Związek Radziecki ze znaczkami pełnymi sierpów i młotów. A artysta zawsze może nadać starym przedmiotom nowe znaczenie, poprzez odpowiednie ich wykorzystanie. Czy znajdzie się ktoś, kto artystycznie wykorzysta potencjał, który drzemie w budynkach dawnej huty? Mieszkańcy Targówka obawiają się, że przez nowego właściciela zostanie to wszystko zamienione w kolejny supermarket. Czy tak się stanie? Jutro ostatnia szansa obejrzeć budynki dawnej huty w obecnym kształcie. Właściciel zaprasza od 12-tej do 17-tej.

A na zdjęciach ja i telewizor z przeszłości. Rubin, który przeminął jak sen. Bo naprawdę wszystko przemija. A największym, absurdem jest wiara w to, że coś może wiecznie trwać.

Masha szyje z… jamnikiem

No i stało się!

Masha uszyła i dla mnie! Batikową sukienkę z jamnikiem, (wzór jamniczy dowolny, w końcu artystom warto dawać temat i więcej nic nie narzucać), zamówiłam jeszcze zimą. Wreszcie jest. Akurat na dzisiejszą premierę „Żywie Biełaruś”, o której napiszę lub nie, zależy od tego czy będzie o czym. (Ulubiony zagrał tam Janoszkę. Kolegę głównego bohatera, z którym łączy go żołnierski los.) W każdym razie teraz obiecane słowo o sukience. Stali czytelnicy wiedzą, że o takich rzeczach, jak ubrania nigdy nie piszę. Tym razem robię wyjątek, bo jest o czym. Sukienka jest niezwykła. To jest batik! Na studiach z historii sztuki o technice batiku mówiliśmy na zajęciach dość sporo. Nie chcę nikogo zanudzać, bo szczegóły każdy wyszpera w sieci. Ogólnie mówiąc batik to technika malarska, która polega na nakładaniu wosku i kąpieli tkaniny w barwniku, który farbuje jedynie miejsca niezamaskowane tą warstwą wosku. Potem tkaninę zanurza się w kolejnych kolorach, za każdym razem po ufarbowaniu zdejmując wosk i nakładając nowy. Robi się tak wielokrotnie aż do uzyskania pożądanego efektu, czyli takiej liczby kolorów, jaką się zaplanowało. I właśnie tą techniką (najpopularniejszą w krajach Azji) ozdobiona jest moja sukienka i namalowany jamnik. Sukienka, jak widać w rudych barwach, bo przecież model rudy. Na zdjęciach widać i mnie i modela, który chyba nie bardzo wie o co chodzi. Proszę wierzyć mi na słowo, że jamnik namalowany na tyle sukienki oddaje mocz, co dla mojego trzynastoletniego potwora, który chyba cierpi na przerost prostaty, jest czynnością niezwykle charakterystyczną. Tak więc naprawdę to ten jamnik ze zdjęcia jest na sukience!

A chętnych do obejrzenia innych dzieł batikowych Mashy zapraszam na Facebook’a na stronę Masha Szyje

Zaś tych, którzy chcieliby zobaczyć jej malarstwo zapraszam do odwiedzenia strony
http://www.tytus.moklegionowo.pl/

Wilkoń, czyli Nasze Dobro Narodowe

Dwa dni temu obchodził urodziny, a wczoraj na Skwerze Hoovera przy Krakowskim Przedmieściu odbyło się z nim spotkanie, którego fragmenty miałam przyjemność zarejestrować kamerą. Józef Wilkoń skończył 80 lat!

Jego ilustracje fascynowały mnie od dziecka. Pamiętam wiersze Józefa Czechowicza, które dostałam od babci i baśniowe konie, które tam namalował.

Wilkoń, mimo upływu lat cały czas utrzymuje świetną formę, jako rysownik. Zdobył kilkadziesiąt nagród. W tym wiele za całokształt twórczości. W 2006 roku przyznano mu tez Gloria Artis – najwyższe odznaczenie państwowe przyznawane twórcom kultury.

Wilkoń cieszy się ogromnym szacunkiem środowisk twórczych także ze względu na poczucie humoru i dystans do siebie.

Tadeusz Górny, Józef Wilkoń, Joanna Olech i Grażka Lange

Z okazji jubileuszu dostał „Arkę pełną zwierząt” – każde namalował inny artysta.
Prezent nie dziwi, bo to, w czym specjalizuje się jubilat to malowanie zwierząt, a sam tez w swoim czasie stworzył „Arkę Wilkonia”. Wilkoń powiedział, że zwierzęta są fascynujące, bo każde jest inne. Fascynuje więc w nich i pierzastość i puszystość i masa i smukłość.

Józef Wilkoń i Joanna Olech

Jubileusz zbiegł się ze specjalnym wydaniem „Księgi dżungli”. Powieści, której autor Rudyard Kipling, jako jeden z dwóch pisarzy literatury dziecięco-młodzieżowej przeszło sto lat temu otrzymał literacką nagrodę Nobla. Kultowe dzieło o chłopcu wychowanym przez zwierzęta zyskało dzięki Wilkoniowi nową i niezwykle piękną szatę graficzną. Wydawca, którym jest Brytyjczyk Robert D. Gamble był szczęśliwy, że ulubioną książkę jego dzieciństwa zilustrował właśnie Wilkoń. Wybrał jednak inna okładkę niż ta, która podobała się artyście. Dlatego w księgarniach znaleźć można Księgę dżungli w dwóch wersjach okładki. Całość Józef Wilkoń zilustrował tak, że naprawdę aż dech zapiera. Gamble powiedział, że Wilkoń bardzo lubi złoto w ilustracjach. To, by właściwie wyglądały one w druku było dla wydawnictwa sporym wyzwaniem. Mówi się, że nie wszystko złoto, co się świeci. Ale Wilkoń jest jak złoto. Podczas wczorajszego wieczoru Joanna Olech powiedziała, że Józef Wilkoń to nasze dobro narodowe i smutne, że wielokrotnie były takie okresy, kiedy cieszył się większym szacunkiem za granicą niż w kraju. Cóż… tacy jesteśmy! Bardziej interesuje nas Jola Rutowicz i nawet pytamy ją, co sądzi na temat Katynia (sic!). Jednak tymi, którzy naprawdę rozsławiają nasz kraju nie interesujemy się zbytnio. Na wczorajszym święcie Wilkonia była tylko jedna kamera – moja.

Sztuka czy rentgen renesansu?

Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:

Znalazł choroby w słynnych dziełach sztuki

Znów wstałam dziś rano. Tym razem o 4-tej, a nie o 3-ciej, więc zawsze to godzina dla mnie. Wstałam, bo czekało na mnie przygotowanie porannego przeglądu prasy. Przy okazji, jak zwykle, zajrzałam do Internetu, by poczytać i tu wiadomości i… jak natknęłam się na informację o lekarzu, który badał postaci z obrazów pod kątem chorób, na jakie cierpiały. Ręce mi opadły.
I pomyśleć, że w swoim czasie poszłam na historię sztuki z miłości do piękna i sztuki. Chłonęłam wiedzę o obrazach, malarzach, katedrach… zachwycałam wedutami Bellotta, małżeństwem Arnolfinich Van Eycka, architekturą tylmanowską, ale i czytałam życiorysy artystów. Pamiętam, że omawiając małżeństwo Arnolfinich analizowaliśmy czy było to małżeństwo, czy para, która jeszcze nie stanęła na ślubnym kobiercu. Dlaczego? Bo on jej podawał lewą rękę! Pisałam do pisma „Barok” o ekstazie św. Teresy Gianlorenzo Berniniego. Analizowałam m.in. czy ekstaza duchowa różni się od erotycznej, bo przecież ta rzeźba – przedstawiająca Teresę w momencie, gdy anioł utopił grot strzały w jej sercu – budziła zgorszenie. Gorszyły i nagie stopy i rozchylone usta. Były to jednak wszystko analizy mające przybliżyć widzom przeżywanie sztuki. Było to artystyczne analizowanie obrazu, rzeźby itd. Co mają na celu badania pana doktora? Nie wiem. Facet poświęcił lata na badanie, na co chorowała Mona Lisa! Cierpiała na nadmiar cholesterolu. A na co cierpiał młody szlachcic z „Portretu młodego mężczyzny” Sandro Botticellego, który ma nienaturalnie długie palce? To zdaniem lekarza zespół Marfana – genetycznie uwarunkowana wada tkanki łącznej. Cóż… gratuluję lat spędzonych na czymś moim zdaniem durnym. Przede wszystkim Botticelli (przez dwa t, a nie jedno!) malował postaci wydłużone, bo taki był wtedy jego zdaniem kanon piękna. Niektórzy badacze twierdzą, że świadomie ignorował proporcje ludzkiego ciała i w ogóle nie dbał o nie, tak, jak nie dbał o harmonię świateł na obrazach. Niemal wszystkiego postaci Botticellego są wydłużone. Idąc tym tropem pora spytać: Madonna ma ten zespół Marfana? I Wenus z narodzin? O tym w artykule cisza. A Mona Lisa? Już jedna amerykańska badaczka (wyczytałam to ze 20 lat temu w National Geographic, w czasach, gdy nie było polskiej edycji) twierdziła, że ten portret jest żartem artysty. Pod tajemniczym uśmiechem kryje się bowiem autoportret samego Leonarda.
Tak więc… autoportret czy baba z nadmiarem cholesterolu? I jaki to ma wpływ na odbiór dzieł? Tak myślę o tym lekarzu…, po co on to bada? Chyba chce być działającym wstecz rentgenem epoki renesansu. Tylko, że jego diagnozy nie uzdrowią pacjentów. Jedyne co po nich zostało to portrety. Bo przecież nawet szkieletów brak.
P.S. A co by ten pan doktor wyczytał z obrazów: Pietera Bruegela albo… Amadeo Modiglianiego czy Jerzego Dudy Gracza? Strach się bać!