Archiwa tagu: miłość

Pustka, czyli rozważanie na Wielki Piątek

Miałam napisać dwa dni temu, miało być o czymś zupełnie innym, ale umarło dziecko znajomych i w środę poszłam na pogrzeb na Stare Powązki. Z pogrzebami jest tak, że albo idzie się za kimś albo idzie się z kimś. Tu szłam i za kimś (za dzieckiem, które znałam od jego urodzenia) i z kimś, że znajomymi, z których zwłaszcza ona – matka przeżywa najgorszy moment życia. Dziecko miało 6 lat i było od urodzenia ciężko chore. Z tymi wadami, które miało (m.in. zespół duplikacji mecp2) dożywa się podobno góra 10 lat. Ta dzidzia dożyła 6. Jeszcze dwa lata temu bawiłam się z nim (bo to chłopczyk) pluszową zabawką (wodził za nią wzrokiem) i karmiłam jakimś musem. Potem już nie mógł sam jeść. Odżywiany był pozajelitowo. Od urodzenia siusiał przez specjalną dziurkę pod pępkiem. Ostatnie dwa lata były jego powolnym umieraniem. Oboje rodzice, a zwłaszcza matka (co ojciec podkreślił przemawiając nad grobem), stoczyli heroiczną walkę o godne życie dziecka i jego bezbolesną śmierć. Pogrzeb chłopczyka był w środę. Najpiękniejszy pogrzeb jaki widziałam i jednocześnie najsmutniejszy. Widziałam wiele pogrzebów dzieci, ale pogrzeb dziecka niepełnosprawnego, które nigdy się nie śmiało i nie mówiło, jest czymś szczególnym. W kazaniu ksiądz powiedział, że rodzice mają swojego anioła, nad grobem na trąbce odegrano mu kołysankę „Na Wojtusia z popielnika”, a potem puszczono z odtwarzacza piosenkę „Bóg się mamo nie pomylił – narodziłem się z miłości” – swoisty hymn dzieci niepełnosprawnych. Naprawdę płakał cały cmentarz. Gdy dotarłam do samochodu jeszcze bardziej coś we mnie pękło. Cały czas myślałam o mojej koleżance – matce dziecka. Właściwie myślę o niej bez przerwy i przestać nie potrafię. Wydaje mi się, że więzi matki z dzieckiem są w ogóle czymś szczególnym, ale więzi matki z dzieckiem niepełnosprawnym, które jest absolutnie bezbronne i skazane na opiekę, to coś czego nigdy nie zrozumiemy, dopóki sami nie przeżyjemy lub nie spotkamy się z tym w swoim otoczeniu. To dlatego w aucie rozpłakałam się jeszcze gorzej niż na cmentarzu. Poczułam potworną bezsilność. I postanowiłam zadzwonić do kogoś życzliwego, by z nim popłakać, bo o ile przeważnie ryczę sobie sama, o tyle tym smutkiem chciałam się podzielić. Była 11:45. Nie chciałam dzwonić do Ulubionego, by go nie budzić. Wrócił z pracy o 6 nad ranem, a położył się o 7, więc myślałam, że jeszcze śpi. Panicz syn z kolei był na uczelni. Zadzwoniłam więc do jednej z przyjaciółek. Wykonuje wolny zawód, więc na pewno jej nie przeszkodzę. Poza tym w rodzinie miała taki przypadek. „Ty zapomniałaś, że do mnie nie dzwoni się tak wcześnie?” spytał mnie w słuchawce jej głos. Zaniemówiłam. Po chwili tłumiąc łzy powiedziałam, że wracam z pogrzebu dziecka koleżanki i chciałam z nią popłakać, ale usłyszawszy w odpowiedzi ciszę przeprosiłam i rozłączyłam się. Myślałam, że zreflektuje się i oddzwoni, ale tak się nie stało. Przez chwilę siedziałam jak ogłuszona. W końcu zadzwoniłam do innej przyjaciółki – jest od pół roku wdową. Powiedziała, bym natychmiast przyjechała do niej na kawę. Ucieszyłam się. Za półtorej godziny powinnam była być w „Radiu Zet” na wywiadzie, a nie nadawałam się do niczego. Pojechałam na kawę. Na miejscu opowiedziałam jej całą historię o pogrzebie z telefonem do przyjaciółki włącznie. Pokiwała głową ze zrozumieniem. A potem z uśmiechem powiedziała mając na myśli nie pogrzeb, a historię z telefonem: „Ja tam jestem zaprawiona w takich sytuacjach. Nawet nie wiesz co przeżywam jako wdowa. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że wdowa w Polsce jest takim śmieciem, którego można tylko kopnąć, to bym się zdziwiła. Teraz już to wiem. Moje uczucia są zupełnie nieważne, a nawet nie mam do nich prawa.” I opowiedziała wiele naprawdę tragikomicznych historii o polskiej znieczulicy, które sprowadzić można do kilku zdań. Obcy ludzie najlepiej wiedzą, ile powinna trwać nasza żałoba, jak powinna wyglądać, a przede wszystkim kto ma do niej prawo. Ich zdaniem śmierć jest naturalną koleją rzeczy i nie przesadzajmy z rozpaczą. Spytała mnie też, czy nie słyszałam, jak ktoś mówił na przykład, że teraz matce dziecka będzie lepiej, bo nie będzie się męczyć? Oczywiście, że słyszałam. Sęk w tym, że ludzie nie rozumieją, że ona wolałaby nadal przeżywać tę mękę, byle tylko trzymać swoje dziecko w ramionach. Miłość jest nieodgadniona. Miłość matki szczególnie. A miłość wdowy, dla której zmarły mąż był najlepszym przyjacielem jest wbrew pozorom bardzo podobna, bo też występuje tu głęboka intymna więź. Są pustki, które trudno wypełnić, ale z czasem się to udaje. Są takie, których wypełnić nie da się nigdy. Wtedy pustka zostaje na zawsze.

Myślę, że miłość to dobry temat do rozważania w Wielki Piątek zarówno dla chrześcijan jak i wyznawców innych religii, a nawet ateistów. Zastanówmy się nad nią w Wielki Piątek, gdy pod krzyżem też stała matka.

Obrzydliwy ja – człowiek

Gdy w czwartek podczas biesiady literackiej Piotr Műldner-Nieckowski spytał mnie o fizjologię, o której sporo piszę i w książkach i na blogu, dopadła mnie refleksja. Coś się stało z nami – ludźmi. Przestaliśmy kochać swoje ciała. Brzydzimy się siebie. Brzydzimy się fizjologii. I jeszcze na dodatek wycieramy gumką myszką to w człowieku, co nam nie pasuje. A co nam nie pasuje? Wszystko, co jest ludzką naturą. Jak to? Ano wystarczy popatrzeć na rzeczywistość i ideał kobiety pokazywany w mediach.

Gdy oglądamy amerykańskie filmy to ludzie grubi są tam co najwyżej w komediach lub dramatach typu „Co gryzie Gilberta Grape’a”. Tymczasem, gdy pojechałam po raz pierwszy do USA, to pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy byli niesamowicie grubi ludzie. Teoretycznie wiemy, że tacy są, ale skala tego jak są grubi i ilu ich jest, naprawdę skrzętnie omija media. Pierwsza niezwykle gruba kobieta, którą zobaczyłam w Stanach była tak gruba, że na jej widok zatrzymałam się, przerwałam w pół zdania i dosłownie rozdziawiłam usta w zdumieniu. Oto ulicą szła mama Gilberta Grape’a. A właściwie toczyła się. Potem już mi to spowszedniało. „Mam Gilberta” było bowiem zatrzęsienie. Ponieważ wiele z nich prowadziło za rękę dzieci, więc ktoś je kochał i kogoś ich ciała kręciły. Tymczasem na swojej drodze spotkałam wielokrotnie ludzi, którzy uważają, że gruby człowiek nie jest w stanie nikogo kręcić. Pamiętam, jak jeden mój znajomy nie mógł się nadziwić, że mojej przyjaciółki, która roztyła się po porodzie, mąż nie zostawił. Jego zdaniem powinien! Ten sam znajomy twierdził zresztą, że jak kogoś podniecają kobiety o rubensowskich kształtach, to jest to nienormalne, a nawet zboczone. Tymczasem ja pytam: gdzie jest norma? Kto ją ustala? Kto twierdzi, że piękna kobieta to tylko kobieta szczupła? I dlaczego to jego ma być na wierzchu? Starożytni uważali, że o gustach się nie dyskutuje. Mieli moim zdaniem rację. A kanon piękna przez lata się zmienia. Wystarczy spojrzeć na Wenus z Willendorfu i porównać z tą Boticellego. Gdy czytamy „Nanę” Emila Zoli mamy tam opis głównej bohaterki, która stanęła naga na scenie, z duża pupą, biustem i brzuchem. Na taki widok zachwycony nią student krzyknął jedno słowo: „Bajeczna”. Był nienormalny? Nie! Pewnie taka była wówczas moda, to kręciło Emila Zolę i jemu współczesnych. Gdy jeżdżę na spotkania autorskie i czasem pokazuję zdjęcie klasowe z podstawówki często pada pytanie, w kim kochali się chłopcy z klasy. Gdy pokazuję w kim – zawsze wszyscy są zdziwieni i rozczarowani. Oto ta „najładniejsza w klasie bez dwóch zdań” zdaniem współczesnych nastolatków nie byłaby dziś najładniejszą. Po prostu cały czas zmienia się kanon.

Photoshop sprawił, że powoli zapominamy jak wygląda rzeczywisty człowiek. Ostatnio na okładkę jednego z pism trafiła Tina Turner. Ze zdjęcia wynika, że mimo 70-tki na karku nie ma żadnej zmarszczki. Nie wiem czy gratulować jej czy grafikom? W to, że ludzie ze zdjęć tak wyglądają w rzeczywistości, dawno przestałam wierzyć. Paradoksalnie pilnuję, by moich zdjęć z sesji nie retuszowano. Mam więc na nich tyle zmarszczek, ile mam naprawdę. Nie jestem z nich zadowolona, ale co robić? Żyjemy w czasach, w których pogoń za doskonałym ciałem odsuwa nas od tego co jest w rzeczywistości. Jakaś wariatka z Rosji przerabia się na Barbie. Przed laty niejaka Lolo Ferrai tak sobie powiększała piersi, że umarła, bo ciężar implantów przygniótł jej mięsień sercowy. Ostatnio oglądałam dokument, którego bohaterka powiększyła sobie biust do rozmiaru KKK. (Nie wiem, jak sobie radziła z dźwiganiem tego po schodach, bo o tym w reportażu nie było nawet słowa.) Niestety wystąpiły komplikacje i implanty (po dwa w każdej piersi) trzeba było usunąć. Okazało się, że doznała zapalenia tkanki i groziło jej to stanem zapalnym całego organizmu, a w konsekwencji zgonem. Pani jednak nie była szczęśliwa, że uratowano jej życie. Była nieszczęśliwa, że nie ma wielkich piersi! Powiedziała, że planuje znów je powiększyć, bo bez implantów źle się czuje psychicznie! Ze łzami w oczach mówiła do kamery, że kiedyś jak patrzyła w dół, to widziała wielkie piersi, a teraz niestety widzi stopy. Stąd już tylko krok do tego, by krzyknąć: „odrąb stopy kretynko!”

W pogoni za pięknym ciałem, którego piękno jest zresztą dyskusyjne, bo przecież to rzecz gustu, często zapominamy o zdrowiu. W ogóle eliminujemy wszystko, co nasza kultura uznaje za fuj, nie myśląc, czy ta eliminacja jest dla nas na dłuższą metę korzystna.

Poznałam kiedyś dziewczynę z anoreksją. Od słowa do słowa zaczęłyśmy rozmowę o tej anoreksji. Ona nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, czemu nie je. Mówiła, że nie lubi i jedzenie nie jest jej potrzebne. W trudnych sytuacjach zawsze zadaję jedno pytanie (sobie również): „dlaczego” i szukam na nie odpowiedzi. Zadałam więc pytanie czemu jedzenie nie jest ci potrzebne. I tak od słowa do słowa wyłonił się obraz kobiety, która brzydzi się ludzkiego ciała, ale po kolei. Dziewczyna była nieszczęśliwa. Miała nastoletniego syna. Męża nie miała, bo się rozstali. Z rozmowy wyszło, że seksu nie lubiła, nie wie co to orgazm, no i przede wszystkim brzydziła się męża, a zwłaszcza jego genitaliów! To mnie zastanowiło. Jestem w stanie zrozumieć, że kogoś brzydzą genitalia pana X, bo go nie lubi. Sama mogłabym podać długą listę panów, którzy mnie brzydzą w całości, a więc absolutnie nie chcę oglądać ich genitaliów (byłaby na niej większość polskich polityków). Nie jestem natomiast w stanie zrozumieć, jak można brzydzić się genitaliów męża i jak męskich genitaliów może brzydzić się matka… chłopca. Tak wszystkich się brzydzi? No niemożliwe… Zadałam więc pytanie, jak myła tego swojego syna, kiedy był malutki. Zapadła krępująca cisza. Dopiero po dłuższej chwili usłyszałam, że starała się omijać TO straszne miejsce, a najlepiej było, jak robił to mąż. Oczywiście ten mąż, którego obrzydliwe genitalia, spłodziły to dziecko. Dziecko z równie strasznymi, ale jeszcze z racji wieku – genitaliami na szczęście małych rozmiarów. Po takiej odpowiedzi ja zaniemówiłam. Gdy odzyskałam rezon zadałam jeszcze jedno pytanie. Poprosiłam, by mi powiedziała, co w męskich genitaliach jest tak obrzydliwego, że brzydzą ją. Czemu na przykład nie mówi mi, że brzydzi ją szczerbata z próchnicą gęba pijaka, który nigdy nie myje jamy ustnej? Czemu tym, co najbardziej ją brzydzi nie jest gnijąca rana z gangreną lub chociażby kupa. W czym męskie genitalia są obrzydliwsze? Odpowiedziała, że nie wie, ale dla niej są obrzydliwe. Śmieszą ją i brzydzą jednocześnie. To na tyle mnie zastanowiło, że zaczęłam dopytywać jak postrzega własne ciało. Czy kiedyś dotykała swoich miejsc intymnych. W odpowiedzi dziewczyna zaczęła niemal krzyczeć. No proszę państwa! O co to ja ją pytam?! Jak można dotykać się tam??? No… cóż… tampony, czopki… jakoś trzeba tam włożyć. No i tak w rozmowie doszłyśmy do tego, że właściwie brzydzi ją ciało. Dziewczyna nigdy nie oglądała się naga w lustrze. Powiedziała, że nie wie po co miałaby to robić. Wszelkie próby wytłumaczenia, że gdy coś nas boli na plecach, wywrócimy się to chyba naturalne, że oglądamy w lustrze to, czego na ciele nie widzimy gołym okiem. Swój brzuch możemy obejrzeć bez problemu, ale plecy? Sprawdzanie przed lustrem, czy np. po wywróceniu się, nie ma na ciele jakichś zmian chorobowych, jest to chyba rzeczą naturalną! Okazało się, że nie dla mojej rozmówczyni. Twierdziła, że nigdy się nie wywróciła (jakże jej gratuluję i zazdroszczę!) nie było więc potrzeby oglądania się w lustrze. Spytałam wtedy, czy zaglądała sobie do jamy ustnej. Znów spytała mnie po co. Ja jej na to, że np. po to, by zobaczyć swoje zęby trzonowe. Czasami coś między zęby wejdzie, czasem coś zaboli… Odpowiedziała, że chodzi do dentysty. No tak… bardzo pięknie, ale to człowiek jest swoim pierwszym lekarzem. Tylko obserwując swoje ciało i cały organizm możemy stwierdzić, czy coś nam dolega czy nie. Dziewczyna nawet nie zaglądała sobie do ust. Dla niej fizjologia była czymś be. Czymś tak strasznym, że wszelkie pytania o ciało powodowały krzyk! Dlatego jeszcze tylko tak dla porządku spytałam, czy kiedy rano robi kupę to rzuca na nią okiem, czy stara się nie patrzeć, co wydaliła. Krzyknęła FUJ! No jak mogłam spytać o coś takiego! Jak mogłam sugerować, że trzeba spojrzeć na własne odchody! Nie pomogło wyjaśnienie, że czytałam kiedyś wywiad z lekarzem chorób wewnętrznych, który bardzo ubolewał, że odeszliśmy w Polsce od produkcji sedesów z półką. Ów pan doktor mówił, że dobrze jest jednak zerknąć na swój stolec, bo człowiek jest swoim pierwszym lekarzem. A pierwsze objawy choroby często wychodzą w kale. My zaś tak chcemy pozbyć się z otoczenia wszystkiego, co obrzydliwe, że bylibyśmy, jako społeczeństwo, najszczęśliwsi, gdyby kupa była z nas wysysana. Cóż… jak każdego, tak i mnie, kał brzydzi. Jednak zdrowy rozsądek podpowiada, by skorzystać z tej ludowej mądrości i jednak rzucić okiem na własny stolec, czy wszystko z moim zdrowiem jest w porządku. Podobnie zresztą jest z wąchaniem bielizny, oglądaniem wydzielin itd. W końcu np. to co wysmarkamy z nosa wiele mówi o tym, czy nasz katar to już zapalenie zatok, czy zwykłe przeziębienie. To my najlepiej wiemy, czy zapach naszego ciała zmienia się. Dla mojej rozmówczyni rozmowa na ten temat okazała się trudniejsza od rozmowy o genitaliach i seksie. Zmieniłyśmy temat.

Pewnego dnia w jednej z redakcji, z którymi współpracuję, pod wpływem artykułu w sieci o zdrowiu, zaczęliśmy rozmowę o tym, co jest w człowieku obrzydliwe. W tym artykule było właśnie o własnym zapachu i zmienianiu się go, gdy człowiek choruje.
- Jak można wąchać skarpetki, jak się je zdejmie! – grzmiała jedna z koleżanek.
Cóż… z artykułu wynikało, że człowiek, jako ten swój słynny „pierwszy lekarz” właśnie po zapachu pozna czy coś w jego organizmie jest nie tak. Jeśli nagle nogi zaczynają mu za przeproszeniem „inaczej śmierdzieć” – może jednak ma grzybicę? Jest więc „jakaś mądrość” w tym wąchaniu skarpet, majtek czy przepoconych koszulek. Tymczasem my ciągle zabijamy w nas zwierzę, czyli tego prawdziwego stworzonego przez naturę człowieka. Żyjemy w epoce golenia nóg, pach itd. Stosujemy dezodoranty, perfumy i tak dalej. Czasem się dziwię, że nasze psy jeszcze rozpoznają nasze zapachy, skoro sami w sobie zabijamy je różnymi środkami. (To, że mój pies mnie rozpoznaje tłumaczę sobie tym, że od lat używam tych samych perfum.)

Fizjologia brzydzi nas. Tyczy to nawet takich ludzi, którzy teoretycznie brzydzić się nią nie powinni. Pamiętam, jak jedna z moich przyjaciółek, zawodowa pielęgniarka, przyszła kiedyś zaopiekować się mną, gdy rozbiłam sobie twarz. (Było to prawie piętnaście lat temu.) Szkło z okularów przecięło mi na wylot skórę pod nosem i wyglądałam naprawdę tragicznie. A na dodatek było podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Leżałam więc „martwym bykiem” w łóżku. Przyjaciółka przyszła zmienić opatrunek i zrobiła mi jajecznicę. Jadłam, kiedy ona nagle mówi do mnie:
- Ubrudziłaś się jajecznicą na ranie.
- To zaschnięta limfa z dermatolem – odparłam stwierdzając fakt.
- O Boże! Zrzygam się! – krzyknęła.
Ponieważ była kobietą, która na co dzień w szpitalu ogląda nie takie rany jak moja, więc zwróciłam jej uwagę, ze przecież jest pielęgniarką.
- Ale w szpitalu! A teraz nie jestem w pracy.
No właśnie! To, co w szpitalu jest normą, w codziennym życiu już dawno przestało nią być. Ciało w szpitalu jest ciałem i może być niedoskonałe. W domu musi być perfect.  Wyczytałam ostatnio w sieci historię chłopaka, który był zdziwiony, że kobieta puszcza bąki. Cóż… pierwsza moja myśl była taka, że może miał pałę z biologii? W końcu gazy jelitowe są charakterystyczne dla wszystkich ssaków. Kiedyś gdzieś wyczytałam, ze 1/6 światowej produkcji  metanu to gazy wydalane przez wszystkie ssaki ziemi. W tym przez człowieka.  Przed Pierwszą Wojną Światową żył w Europie mężczyzna, który z puszczania owych gazów uczynił zresztą sztukę. Jak podają różne źródła za jeden koncert dostawał nawet 20 tysięcy franków, choć np. najsłynniejsza i jemu współczesna wówczas aktorka Sara Bernhardt dostawała tylko 8 tysięcy. Ów pan miał pseudonim artystyczny „Pierdziel” i potrafił grać tyłkiem na flecie, który wkładał sobie w odbyt. Sto lat temu oklaskiwano go w „Moulin Rouge”. Dziś… okrzyknęliby pewnie wariatem i chamem! Choć z drugiej strony być może trafiłby do którejś edycji „Mam talent”. W końcu trafił tam nawet pan, który malował obrazy penisem.

W XVIII wiecznej Francji kwitła literatura skatologiczna, czyli taka, która zajmuje się sprawami, „o których mówić nie wypada”. Wtedy powstała m.in. „Sztuka pierdzenia”. Jej autorem jest Pierre Thomas Nicolas Hurtaut, a książka przetłumaczona na polski ukazała się w 2010 roku nakładem wydawnictwa „Słowo. Obraz. Terytoria”. O publikacji opowiedział mi świętej pamięci Tomasz Zygadło. Kupiłam to mini dziełko natychmiast, by poczytać z jaką lubością autor napisał poważny esej o czymś takim, jak puszczanie bąków. Szybko stwierdziłam, że książka wzbudziła zainteresowanie głównie tych moich znajomych, którzy mają wykształcenie humanistyczne. Dla większości była jednak obrzydliwa. Zamieszczonych w niej tekstów nie uznano za zabawne. No cóż… autor „Sztuki pierdzenia” sam napisał: „opinia jakoby pierdnięcie było nieprzyzwoite wynika tylko z dąsów i kaprysów ludzi płochych”. Jak widać dziś – większość ludzi jest płocha.

Kiedy miałam siedemnaście lat przyszło mi opiekować się sąsiadką. Pani Maria od przeszło 30 lat chorowała na gościec zniekształcający. Miała już zanik mięśni i leżała w łóżku. Kiedy jej córka była w pracy, a zięć w szpitalu zaglądałam do niej 2-3 razy dziennie, by podać basen, kubek z herbatą i nakarmić zupą lub kaszą manną na mleku. Pewnego razu zastałam ją szlochającą.
- Co się stało? – spytałam przerażona, że stała się jakaś tragedia.
- Bo ty mnie będziesz bić Małgosiu! Ja nie wytrzymałam i zrobiłam kupę w łóżko!  - wykrztusiła z siebie staruszka.
Byłam zdziwiona, że podejrzewa mnie o bicie. Bicie leżącej w łóżku staruszki w ogóle by mnie przyszło do głowy, a już z takiego powodu? Ale pani Marii było wstyd. Byłam obcym człowiekiem. Poza tym później okazało się, że kiedyś w szpitalu, gdy jej się coś takiego zdarzyło, salowa podniosła na nią rękę. Myślała więc, że ja też wyładuję na niej swoją złość za to, że muszę ją umyć, przebrać i zmienić jej pościel. Teoretycznie nie musiałam jej pomagać. Ale… znałam ją od dziecka. Gdy byłam bardzo malutka czasem pilnowała mnie, gdy mama biegła po zakupy. Choć była to bardzo wścibska kobieta to na swój sposób ją lubiłam. To, że teraz, gdy leży w łóżku, potrzebuje mojej pomocy wydało mi się naturalne. Myłam, zmieniałam pościel, karmiłam. Tak, jak umiałam najlepiej. Kiedy po latach opowiadałam to (nie pamiętam zresztą po co) pewnemu znajomemu, stwierdził, że on nigdy w życiu by czegoś takiego nie zrobił. I to nie tylko przy obcej osobie, ale nawet przy bliskiej. Nigdy nie karmiłby i nie przewijał matki, babci czy żony. W rozmowie ze mną otwarcie przyznał, że gdyby na starość okazało się, że wybranka jego życia jest niedołężna, to przecież… SĄ SPECJALNE ZAKŁADY. Byłam w szoku. „Jakby była świadoma i można z nią było rozmawiać, ale byłaby na przykład sparaliżowana, to byś ją oddał do zakładu?” – spytałam. „Tak” – brzmiała odpowiedź. Argument był taki, że opiekowanie się starą osobą, nawet ukochaną, jest obrzydliwe, bo starość i stare ciało ludzkie jest be. Oczywiście pozostaje pytanie, czy znajomy, którego mam na myśli, w ogóle wie, czym jest miłość, ale to już osobny temat.

Oszukani przez photoshop coraz częściej nie zauważamy, ze to prawdziwe ciało naprawdę wygląda trochę inaczej. Że nie każda kobieta po 50-tce jest Moniką Belucci. Że starość ma wiele twarzy. Gdzieś zatraciliśmy swoje człowieczeństwo. Brzydzi nas nie tylko śmierć. Nie tylko zmarłego ciała staramy się natychmiast pozbyć z domu, by nie zaśmierdło się. (Najlepiej, by bliscy umierali w szpitalach  – wtedy w ogóle nie mamy problemu.) Nie tylko nie chcemy oglądać bliskich osób po śmierci, ale jeszcze coraz częściej brzydzimy się życia. Choć z drugiej strony chcemy, by na każdym kroku było ono piękne. Nie wiem, jak przeciętny człowiek, którego tak brzydzi jego własne cielesne „ja” pogodzi ten wstręt do ludzkiego ciała z chęcią życia pełną piersią. To dopiero wyzwanie!

PS Będę szczerze ubawiona, jeśli po tym tekście przyjdzie do mnie list, którego autor wyciągnie z niego jedynie taki wniosek, że ja notorycznie gapię się na swoją kupę, wącham własne skarpetki, majtki i przepocone koszulki, nie golę nóg, pach i nie używam dezodorantów. Zdobyte podczas pisania bloga doświadczenie podpowiada mi, że niestety ktoś taki może się zdarzyć…

Żeby nie było niczego, czyli zwycięstwo Kononowicza

Gdy przeszło sześć lat temu Krzysztof Kononowicz kandydował na Prezydenta Białegostoku deklarował, że zrobi wszystko, „żeby nie było niczego”. Niedawno w Sejmie odrzucono wszystkie trzy wersje ustawy o związkach partnerskich i opinia publiczna zatrzęsła się z oburzenia. Nie zajmuję się tu polityką, ale czasem są wyjątki. To właśnie jest taki wyjątek. Muszę to napisać. Dziwię się, że ludzie się dziwią, że te ustawy odrzucono! Naprawdę! Jak w państwie, w którym faworyzowani są „single”, a sekowane małżeństwa i rodziny i to zarówno przez prawo jak i pełną hipokryzji opinię publiczną, ma ktoś zacząć popierać związki partnerskie? No jak? Naprawdę ktoś się łudził, że będzie inaczej? Przecież jak się przyjrzymy to sekowany jest każdy związek! I to nie tylko państwowo, ale również, a może przede wszystkim społecznie.

Zacznijmy od… narzeczeństwa. Modny kawał mówi, że chłopaka (albo dziewczynę, zależy kto dowcip opowiada) należy trzymać krótko, co znaczy nie długo. Nie ma mody na trwałe związki. Pytanie: „Z kim się dzisiaj spotykasz?” z naciskiem na słowo „dzisiaj”, „teraz” lub „aktualnie” jest dość popularne i najlepiej pokazuje, że wszystko jest tymczasowe. Żyjemy w czasach, gdy rodzina się zdewaluowała. Rozwody są popularne, a miłości nikt nikomu nie ślubuje do grobowej deski. Taki bloger Kominek (poznałam kiedyś osobiście i proszę nie ciągnąć za język, co sobie o nim myślę) napisał w swoim czasie tak: Od niepamiętnych czasów miałem zasadę, że jak tylko zaczyna mi się sypać w związku, zaczynają się niedomówienia, drobne pretensje, jakieś ciche dni, automatycznie przełączałem się na aktywny proces poszukiwania rezerwy. Dopóki jest dobrze w związku, nie spojrzę na inną kobietę, ale niech mi tylko laska zaczyna robić jakieś jazdy, to nie ma zmiłuj. To jest zasada przyświecająca większości. Ci, którzy ją wyznają, przeważnie, jak Kominek, którego znów tu zacytuję, uważają, że:  Większość ludzi nie kończy, bo nie potrafią przyznać się do porażki, bo zbyt wiele zainwestowali w związek, mieli przecież tyle pięknych planów – wspólny dom, dzieci, rodzina, obiadki u rodziców i prezenty pod choinką. Ja nie kończyłem z lenistwa, bo nigdy z żadną nie mieszkałem, a jak się spotykałem raz na jakiś czas to wcale mi tak bardzo ona nie przeszkadzała. No było fajnie, był seks, rano won. Żyć nie umierać. Można to ciągnąć dalej, a przy okazji bzykać sąsiadki.
Czasami powodem trwania w związku bez przyszłości był brak alternatywy. Kogo będę bzykał, jeśli nie ją? Znowu szukać, znowu poznawać, znowu uczyć wszystkiego od nowa? A daj pan spokój, komu by się chciało.
Rozstajemy się szybko. Rozwodzimy łatwiej niż kiedyś, choć zawsze jest to trudna i bardzo bolesna decyzja. Pewnie dlatego, że jest też kosztowna, a… mamy to w perspektywie, bo wokół tyle rozwodów, rzadko więc decydujemy się na ślub. Ale jeśli już się na ten ślub decydujemy to… przeważnie z jednego z trzech powodów:
- Ciąża, a co za tym idzie presja rodziny i coraz rzadkiej, ale gdzieniegdzie jeszcze jednak, opinii społecznej;
- Para jest ze sobą długo i już wypada zalegalizować;
- Para chce być razem na zawsze.
Ta ostatnia przyczyna jest paradoksem porównywalnym do sraczki. Występuje bowiem i rzadko i często. Oto coraz rzadziej zawieramy małżeństwa, ale jeśli już to przeważnie dlatego, by być razem na zawsze. Z opinią publiczną nie liczymy się już tak bardzo, jak kiedyś. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie boją się tego, co powiedzą inni, choć paradoksalnie sami chętnie też różne rzeczy mówią, tworząc tę pożal się Boże opinię publiczną. Częściej też boją się słów „zawsze” i „nigdy” powtarzając „nigdy nie mów nigdy”. Jak w epoce tymczasowości przekonać samego siebie, że małżeństwo jest nam potrzebne?

No właśnie! Jak to zrobić? Zwłaszcza, gdy w epoce tej tymczasowości państwo nie przychodzi z pomocą w tworzeniu związków. Małżeństw też nie. Ileż ja znam historii, gdy ludzie są razem kilkanaście lat i… nie pobierają się, choć ciąża była, a i staż taki, że wypada, no i chcą być razem na wieki? Nie robią tego jednak, bo… samotna matka ma ulgi, a więc lepiej jej być z facetem na kocią łapę, a oficjalnie w papierach być samotną matką. Zwłaszcza, że gdy będą małżeństwem żadnych ulg dla nich nie ma. Pamiętam, jak kilka lat temu koleżance z redakcji odebrano telewizyjny etat. Miała umowę na czas określony i nie przedłużono jej tej umowy, proponując przejście na współpracę. Usłyszała wtedy od dyrektora, że mąż ma etat w telewizji, więc jedna osoba w rodzinie może być bez etatu. Czy gdyby koleżanka była panną z dzieckiem też tak łatwo by jej ten etat odebrano?
Ostatnio znajoma, która w konkubinacie tkwi od lat 18-tu, zadzwoniła zapłakana. Mieli się wreszcie pobrać. Ileż rzeczy było ustalonych. Niestety okazało się, że mają jakieś kłopoty i jemu na pensję wszedł komornik.
- Jak to dobrze, że ja oficjalnie jestem panną z dzieckiem i mieszkanie kupiliśmy na mnie. Gdybyśmy byli małżeństwem, to by nam teraz mieszkanie licytowali!
Znam małżeństwo, będące 40 lat po ślubie i… 20 lat po rozwodzie. Cały czas, czyli od zawsze, mieszkają razem. Ślub zawarli z miłości. Rozwiedli się… też z miłości. Chodziło rzecz jasna o sprawy finansowe etc. Teraz też tej parze, jako dwójce samotnych emerytów jest lżej. Jako ci samotni emeryci mają jakieś zasiłki pielęgnacyjne.

No i tak słówko o homoseksualizmie i jałowości takiego związku. Mam kumpla, który od 8 lat jest w stałym związku z partnerem, mieszka z nim etc. Pamiętam jego dwie próby samobójcze, gdy rodzina nie chciała jego homoseksualizmu zaakceptować. On próbował to zmienić. Wszedł nawet w związek z dziewczyną. Były łzy. W niej do dziś jest wielki żal, że nie był szczery, że próbował wykorzystać, bo ona naprawdę go kochała, a on… nie aż tak, jakby to było potrzebne, by założyć rodzinę. Stopniowo coś się w jego życiu zmieniało. Najpierw homoseksualizm syna przyjęła do wiadomości matka. Potem ojciec. Gdy ojciec owdowiał i zachorował, nagle okazało się, że zająć się nim może tylko syn-gej. Stary ojciec nie mógł liczyć na swoje pozostałe heteroseksualne dzieci, bo te były zajęte własnym potomstwem. Mógł liczyć tylko na syna pedała i jego partnera – też pedała. Nagle dotarło, że nic nie tracąc, zyskał drugiego syna i opiekę. Jeśli związek tych dwóch, którzy do śmierci opiekowali się starym ojcem jednego z nich, jest jałowy, to czemu nie zajęły się ojcem heteroseksualne dzieci tkwiące w swoich niejałowych związkach? Odpowiedź jest prosta. Miały obowiązki wobec własnych dzieci.

Poza tym jeśli mowa o jałowości, Przy takim myśleniu aż korci zadać pytanie jaką wartość mają związki małżeńskie kobiet, które decydują się iść do ślubu po… menopauzie? W końcu stary kawał o Jasiu mówi, że kiedyś spytał on babcię, czy może mieć dzieci. Gdy babcia odparła, że nie może Jasio powiedział do Małgosi: „Widzisz? Mówiłem ci, że babcia to facet!”. Czy w związku z tym związek mężczyzny ze starszą panią (nawet zawarty w kościele) nie jest podobnym do związku dwóch gejów? W końcu prokreacji z tego nie będzie! A i na adopcje obowiązujące przepisy o górnej granicy wieku też nie pozwalają.

Gdy będziemy wymyślać i precyzować termin jałowości związku w kontekście posiadania dzieci lub nie, za moment grozi nam ustawa o zakazie małżeństw przez kobiety, które są po menopauzie. W końcu w myśl tego, co głosi pani posłanka (zwana też złośliwie „poślicą”) Krystyna Pawłowicz, one też będą jedynie hedonistycznie uprawiać seks. I to jak hedonistycznie! Do syta, bez grzechu i żadnych zabezpieczeń!

Wyszłam za mąż rok temu po raz drugi. (Eks, z którym byłam rozwiedziona – nie żyje.) Według statystyk… „W ubiegłym roku w Warszawie związek małżeński zawarło 8154 par. 4398 par (53,94 proc.) powiedziało „tak” przed urzędnikiem stanu cywilnego, a 3756 złożyło przysięgę małżeńską w kościele (46,06 proc.). 1436 kobiet zdecydowało się na nazwiska dwuczłonowe; 738 – zostało przy swoim nazwisku; tylko 26 mężczyzn przyjęło nazwiska żony.” Mam 45 lat. Jesteśmy wśród 4398 par, które wzięło ślub cywilny. (Kościelnego nie chcieliśmy.) Jestem wśród 738 kobiet, które pozostały przy swoim nazwisku. Napiszę coś bardzo osobistego. Chcielibyśmy mieć jeszcze dziecko, ale czy tak się stanie – zobaczymy. Jeśli zostaniemy rodzicami nie liczę na pomoc państwa polskiego. Becikowe, które i tak za Szymonem Majewskim nazywam „becipkowym” mam głęboko gdzieś. To motywacja do macierzyństwa dla prymitywów. Na razie nasza (z Ulubionym) decyzja o małżeństwie w kraju, w którym związki partnerskie są tak sekowane, nie spotkała się nie tylko z zachwytem, ani nawet z akceptacją większości znajomych, o czym już zresztą pisałam. Powody dwa najważniejsze: różnica wieku (jestem starsza 17 lat) plus ukraińskie obywatelstwo Ulubionego. Za naszymi plecami skrytykowano i decyzję o ślubie i sam ślub. (Jak ktoś ciekaw, jak było – zapraszam. Na YT jest niepubliczny siedmiominutowy film.) Że byliśmy w strojach muszkietersko-pirackich, że na wyjście wybrana została piosenka z rosyjskiego musicalu „Trzej muszkieterowie”, że wesele nie tradycyjne tylko zaprosiliśmy wszystkich do „Pstrąga” do Parku Skaryszewskiego na koszt gości. Bo wszystko było nie tak. Przecież powinno być nie tylko zgodnie ze spisanymi zasadami, ale też zgodnie z tymi niespisanymi. A niespisanych zasad jest wiele. W ich myśl to kobieta ma być młodsza, ślub ma być tylko w kościele, mają być oświadczyny, zaręczyny, zapowiedzi, suknia ma być biała, z welonem etc, wesele na tysiąc gości choćby na kredyt, muszą być oczepiny i inne durne macanki po kolanach etc. My złamaliśmy wszelkie tabu, więc też źle. Źle towarzysko, bo tabu złamane i chyba źle społecznie, czy urzędowo, bo profitów żadnych. Owszem, napotkani urzędnicy byli mili, ale na tym wszystko się skończyło. Teraz jest proza życia. Nie mogę rozliczyć PIT‘u za ubiegły rok, jako samotna matka. Nie możemy się też rozliczyć razem, jako małżeństwo. Zyskaliśmy, więc, czy straciliśmy na naszym urzędowym „Tak”? Decyzja o ślubie nie spowodowała, że którekolwiek z nas dostało etat, a co za tym idzie mamy opłacany ZUS. A przecież pracujemy! Ja piszę, jeżdżę z kamerą TVP, jako reporter etc. Ulubiony gra w filmach i serialach. (Ostatnio na Polsacie w „Pierwszej miłości” jako ruski bandzior bije kobiety. Wszystko legalnie! Podatek grzecznie odprowadzany!) Dostał nawet stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na monodram, ale to nie z okazji ślubu, ale dlatego, że złożony wniosek stypendialny z opisanym szczegółowo projektem spotkał się z akceptacją członków komisji.
Ponieważ żadne z nas w żadnym dokumencie nie ma wpisanego drugiego, jako współmałżonka (w końcu wszystko jest dziś tajne, a nie jawne, bo za rogiem czai się GIODO), dlatego gdy przychodzi policja wezwana przez sąsiadkę, że „ruski przybłęda” …. (Tu należy wpisać: „demoluje ogród”, „niszczy drzewostan”, „nie tak odśnieża, jak trzeba” etc.) akt ślubu trzymamy na wierzchu. Na wszelki wypadek. Gdyby ustne zapewnienie, że to mąż nie wystarczyło panom posterunkowym. Przecież nazwiska mamy inne. Ciekawe, czy jak któreś z nas wyląduje w szpitalu, to drugiemu uwierzą, że małżonek, czy trzeba będzie z tym papierem i tam latać?

Na portalu Gazety opublikowano list Michała Chudzińskiego, który jako gej pyta posłankę („poślicę”) Krystynę Pawłowicz, w czym jego związek jej przeszkadza. Napisał m.in.: Związki nieformalne ocenia Pani, jako jałowe i nietrwałe. A jak wygląda sytuacja małżeństw? W naszym kraju rośnie liczba rozwodów, nie brak też małżeńskich tragedii. Czy zawarcie związku małżeńskiego gwarantuje szczęśliwe pożycie? Nie. Czy gwarantuje, że związek nigdy się nie rozpadnie? Nie. To ostatnie osiągnąć można zapewne jedynie poprzez usunięcie z polskiego porządku prawnego możliwości rozwodu. Wydaje się jednak, że mogłoby to także sprawić, że znaczącemu zmniejszeniu uległaby liczba zawieranych małżeństw, a wzrostowi liczba dzieci rodzących się w związkach nieformalnych, niemających obecnie prawie żadnej ochrony ze strony państwa. Bardzo celna uwaga. Nie mniej celny jest internauta tobrze, który na swoim blogu, jako żyjący w nieformalnym związku heteryk pisze do pani posłanki („poślicy”) Krystyny Pawłowicz: Mój „szkodliwy, konkurencyjny wobec małżeństwa i z założenia nietrwały związek” trwa już drugą dekadę. (…) Z jałowości mojego związku społeczeństwo ma dwóch nowych obywateli, przyszłych podatników, przyszłych dorosłych mieszkańców naszej ojczyzny. Moi młodociani obywatele z jałowego związku dobrze się uczą (w publicznej szkole), nie sprawiają problemów nauczycielom i są chwaleni. Może będzie państwo polskie miało z nich pożytek. Znają świetnie hymn polski, (przypuszczam, że znają więcej zwrotek niż pani zna), znają (nie mając chrztu, nie chodząc na religię i do kościoła) większość polskich kolęd, czym nie raz zadziwiają rodziców ze zaznajomionej katolickiej rodziny. (…) Żyjąc z nami (w naszym konkurencyjnym dla małżeństwa związku) zwiedzają kraj. Pokazujemy im polskie zamki, pałace, parki narodowe, widzieli kawał ojczyzny. Niewiele urlopujemy pod palmami Teneryfy. Wyrabiamy w nich zamiłowanie do ojczystej przyrody, do polskich krajobrazów. (…) W mieście korzystamy z tramwajów i nie jeździmy na gapę. Nie niszczymy mienia publicznego. (…) Bardzo dużo jeździmy autem po Polsce, ale popieram fotoradary. Można przyjechać na czas i bezpiecznie. Od 2003 roku nie zapłaciłem mandatu. Nie dlatego, że mi darowano czy dałem stówkę. Jeżdżę bezpiecznie. Może tu jest problem? Jałowy związek nie płaci mandatów! Nie dokładam się do budżetu? Ale mam usprawiedliwienie pani poseł! Lubimy sobie wypić piwko, co też dokumentuję na tym blogasku. Nie dokładam do budżetu mandatowego, ale dokładamy do akcyzy. Dodam pani poseł, że kupujemy TYLKO piwo polskie. Nie pijemy też piw z zachodnich korporacji, dorabiamy polskie browary regionalne. Źle coś z tym też?

Państwo Polskie dawno pokazuje, że bycie singlem jest dla niego dochodowe. Na singlach zarabiają hotele, bo pokoje pojedyncze to rzadkość, a w sezonie dwójka dla jednej osoby zawsze droższa od jedynki. Zarabiają biura turystyczne, bo ofert dla singli nie ma. Trzeba wykupywać ofertę dla dwóch osób, a potem… kołować znajoma, przyjaciółkę lub partnera. Nawet zniżki w muzeach, kinach czy teatrach są dopiero przy zakupie większej liczby biletów. Dla państwa singiel to czysty zysk! Pracuje on na siebie i dla siebie! Pracuje jeszcze na emerytów! Samotna matka to z kolei podwójny czysty zysk! Sama pracować musi, bo z czego utrzyma dziecko? (Ja dostawałam dwieście złotych alimentów.) Musi też coś zrobić z dzieckiem, gdy jest w pracy. Zaharuje się więc na przedszkole, któremu odpali kilka stówek miesięcznie. Zaharuje się na opiekunkę, by zajęła się dzieckiem, kiedy przedszkole nie pracuje, a ona tak. Tym samym da zatrudnienie tym, którym państwo pracy dać nie może, bo nie ma, zlikwidowawszy kolejne stanowiska, urzędy etc.. No i jeszcze taka samotna matka chowa kolejnego człowieka, który potem będzie musiał to państwo utrzymać. Jak dorośnie zostanie dochodowym singlem? Czy niedochodowym, jałowym partnerem w nieformalnym hedonistycznym związku? A może zdecyduje się zawrzeć tradycyjny związek małżeński? Wszystko po to, by „życzliwi” sąsiedzi i „pseudoprzyjaciele” mieli co obgadywać, gdy tym małżeństwem złamie, choć jedno tabu.

Jak rząd wprowadzi jeszcze podatek od starokawalerstwa to dopiero się państwo obłowi. Pani posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz powinna zresztą jako żarliwa patriotka wystąpić z takim wnioskiem. Jako osoba żyjąca w hedonistycznym i prawdziwie jałowym związku z samą sobą niech podzieli się z budżetem państwa wynagrodzeniem pobieranym z tytułu bycia posłem. I to posłem bez rodziny.

I tak sobie myślę… Kononowicz wyborów na prezydenta Białegostoku nie wygrał. Na prezydenta RP nawet nie startował, bo nie zyskał poparcia. Jednak mentalnie gdzieś tam w naszym kraju ten Kononowicz zwyciężył. Było to zresztą do przewidzenia. W końcu, jak pytał Mikołaj Gogol „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!” Śmialiśmy się z Kononowicza i mamy Kononowicza. Kononowicz zwyciężył nawet nie dlatego, że jest starym kawalerem, tak jak starą panną jest posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz. On zwyciężył, bo my, jako społeczeństwo, nie mamy nic poza sejmem złożonym w większości z ludzi o horyzontach myślowych kandydata na prezydenta Białegostoku AD 2006. Małżeństw nie przybywa, związki partnerskie są nieformalne, choć istnieją, a rozstania w natarciu, natarciu, natarciu… Przed nami kolejne. Tym razem polityczne. Ale kto, z kim się rozwiedzie, to ja już pisać nie będę. Od polityki z daleka. Fuj! Brzydzę się, jak posłanka („poślica”) Krystyna Pawłowicz gejami.

PS I tylko mam ostatnią myśl… gdyby pani posłanka („poślica”!) Krystyna Pawłowicz była w wieku prokreacyjnym, a ja byłabym prezesem jej partii, poprosiłabym grzecznie o zawarcie związku małżeńskiego z posłem Arturem Górskim. A potem czekałabym na prawdziwą miłość i potomstwo. Ale może jestem złośliwa, zazdrosna, zła. Z pewnością coś na Z.

Zamiast dwóch palców

Jest stara metoda na wymioty. Jeśli ktoś czuje, że powinien rzygnąć a nie może, powinien wsadzić sobie równocześnie dwa palce prawej ręki w gębę, a dwa palce lewej w cztery litery. Jeśli to nie pomoże – zamienić ręce. Od wielu, naprawdę wielu miesięcy (a może lat? A może dekad? A może stuleci?) rolę zamiany rąk z palcami pełni polityka. Można się od niej wyrzygać, bo wciska się w nasze życie nieproszona jak najgorszy paw! Teraz gdy mamy wojnę polsko-polską do pawia jeden krok, jak niegdyś do zakochania.
Przykład pierwszy (z brzegu). Byłam z kamerą na pogrzebie Ryszarda Kaczorowskiego. Źle to zniosłam. Widok roztrzęsionej wdowy podziałał na mnie strasznie. Nigdy nie chciałabym przeżywać drugi raz pogrzebu bliskiej mi osoby. Oba pogrzeby rodziców (mamy czy ojca) były dla mnie wystarczająco traumatycznymi przeżyciami. Nie chciałabym powtórki z tych wydarzeń. Sprawa z powtórnymi pogrzebami ofiar katastrofy smoleńskiej wywołała u mnie refleksję, że może gdyby wprowadzić obowiązek kremacji nie byłoby ekshumacji? Podzieliłam się refleksją ze znajomymi na Facebooku i…. ponieważ żyjemy w kraju ogarniętym wojną polsko-polską, od razu zostałam właściwie gdzieś tam w prywatnych rozmowach „obsobaczona”. Zwolennicy teorii spiskowej, że katastrofa smoleńska to był zamach, czyli sympatycy PIS zarzucili mi, że kpię z uczuć tych, którzy stracili bliskich w katastrofie. Przeciwnicy teorii spiskowej zapisali mnie do PIS i uznali za tubę Jarosława K., bo współczuję rodzinom. A mnie chodziło tylko o to, co napisałam! W świetle zamieszania z pogrzebami żałuję, że nie skremowałam rodziców. Oboje zmarli w szpitalach. Teoretycznie mogłam żądać sekcji, wyjaśnień itd. W końcu mama była na podleczeniu w reumatologicznym. Miała gościec zniekształcający. W szpitalu przypętało się zapalenie płuc i na to umarła. Podobnie z ojcem, który w dwa tygodnie po wycięciu nerki zmarł na zapalenie płuc. A przecież operacja się udała. Może ktoś po latach będzie wszczynał śledztwo w sprawie szpitalnych nieprawidłowości i będzie badał zgony? Gdyby nagle do tego doszło, chyba bym zwariowała. Zwłaszcza, że życia by to im nie wróciło, a mnie przysporzyło traumatycznych przejść. Na szczęście dowiedziałam się, że można nie wyrazić zgody na ekshumację, a tym samym uniknąć powtórnego pogrzebu. W przypadku zamiany zwłok, która miała miejsce w przypadku pogrzebu Ryszarda Kaczorowskiego przyznam, że żadne przeprosiny, odszkodowania, listy itd. nie wynagrodziłyby mi cierpienia, którego zresztą nie wiem czy nie przypłaciłabym zawałem lub ciężką chorobą. Wszystko dlatego, że nienawidzę pogrzebów i cmentarzy. Owszem, pogrzeby obcych osób, na których bywam z kamerą są do zniesienia, choć i te czasem przeżywam bardzo. Zwłaszcza, gdy kogoś znałam osobiście. Jednak w pracy umiem się wyłączyć. Ale praca to praca, a życie to życie. Prywatnie chętnie bym zlikwidowała cmentarze. Sprawiłabym, by po śmierci człowiek znikał. By nie było społecznego przymusu łażenia na pogrzeby, odwiedzania grobów itd. A to wykluczyłoby powtórne pochówki. I dlaczego ktoś mi tu wyjeżdża z polityką?
Przykład drugi (też z brzegu) to wychowanie dzieci i homoseksualizm. Jeden z kolegów przeprowadził ostatnio (diabli wiedzą po co) sondę wśród innych. Pytanie sondy brzmiało: „gdybyś miał dziecko i leżał na łożu śmierci i musiał zdecydować, że ma być ono wychowywane przez obcych ludzi to wolałbyś, by trafiło do Domu Dziecka czy pary gejów?” Ci, którzy byli za Domem Dziecka głaskani byli przez niego po głowie, ci, którzy wybierali parę gejów odsądzani od czci i wiary. Najgłupsze było to, że zwolennicy pary gejów argumentowali, że dziecko byłoby kochane i mogłoby mieć lepszy start w życiu – edukacja, studia itd. Podawali też argument, że w Domu Dziecka byłoby jedną z setki dzieci. Prawda jest smutna. W większości przypadków dzieci z Domu Dziecka są poniekąd stracone dla społeczeństwa. Przypadki, że zostają tzw. „elita intelektualną kraju” są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Jednak dla kolegi chowanie dziecka przez parę gejów jest równoznaczne z tym, że owi geje codziennie na oczach dziecka uprawiają rozpasany seks analny czyniąc z dziecka kolejnego w jego pojęciu dewianta. A potem robią z dzieckiem trójkącik. Na dodatek jeśli ktoś uważa, że dziecku u pary gejów będzie lepiej niż w Domu Dziecka jest automatycznie z SLD lub od tego strasznego Palikota!
Nigdy nie miałam dobrego zdania o Domach Dziecka, a po lekturze rewelacyjnej zresztą książki „Bidul” Mariusz Maślanki, to już w ogóle. Niby wiele rzeczy się zmienia, ale pozostaje sprawa tego co dzieje się w czterech ścianach placówki między jej wychowankami, kiedy drzwi za wychowawcą zamykają się. Historia chłopca zgwałconego w radomskim szpitalu pokazuje to po prostu czarno na białym. Niestety dzieci często katują dzieci. O tym, że tak jest napisano tez już tomy i to nie tylko naukowych książek, bo William Golding i jego „Władca much” powinien być dla niektórych lekturą obowiązkową.
Owszem wszędzie zdarzają się wyjątki. Bywają super Domy Dziecka i patologia w domu rodzinnym, ale nie wyjątki tworzą reguły. Mam znajomego, którego zostawiła żona z małym dzieckiem. On je wychował. Po kilku latach ujawnił, że… jest kochającym inaczej. Syna wychował na zupełnie normalnego chłopaka, który dziś jest wykształconym mężczyzną, szczęśliwym ojcem trójki dzieci i od wielu lat żyje w normalnym związku z kobietą. Nie jest więc prawdą, że „każdy pedał musi wychować pedała”. Rozmowy ze znajomymi na temat sondy kolegi uświadomiły mi, że dla wielu jeśli ktoś woli, by dzieci mu wychowywały pedały jest (lub jak kto woli geje) zwolennikiem Ruchu Palikota itd. A tymczasem ktoś może po prostu chcieć, by jego dziecku poświęcano więcej uwagi i to przez 24 godziny na dobę, a nie jedynie 8 godzin dziennie w ramach obowiązku pracy. Heteryckie upodobania seksualne nie są gwarancją miłości do dzieci, czego dowodem sprawa mamy Madzi, chłopca z Cieszyna, matki z Hipolitowa, która zabiła piątkę nowo narodzonych dzieci i tym podobne przypadki. Są przypadki heretyckich rodzin, których rodzice oddawali dzieci zboczeńcom za pieniądze do niecnych praktyk. Podkreślam, że rodzeni rodzice. Więc? Dlaczego wybór pary gejów ma być tym złym? No i dlaczego dla kolegi i wielu innych osób takie poglądy są równoznaczne z byciem zwolennikiem ruchu Palikota czy SLD?
Przykład trzeci (też z brzegu). Rok temu koleżanka zrobiła dla jednego z programów informacyjnych w pewnej stacji materiał o dzieciach poczętych i urodzonych w wyniku In vitro i… oddanych do Domu Dziecka. Materiał wstrząsający! Pokazano w nim rodzeństwo. Oto rodzice starali się długo o dziecko, mieli kupę kasy, więc w końcu udało im się spełnić te marzenia, ale… rozwiedli się. Matka trafiła na odwyk alkoholowy, a ojciec robi karierę. Dzieci są w domu dziecka. Mają iść do adopcji. (Może już poszły? W końcu materiał z zeszłego roku). Do Domu Dziecka nie trafiły rzecz jasna z powodu przyjścia na świat w wyniku in vitro, ale… no właśnie. Dlaczego? Moim zdaniem z braku miłości i rozpadu więzów rodzinnych. Psycholog nagrany dla potrzeb reportażu powiedział, że bogaci ludzie mają pieniądze, a co za tym idzie stać ich na in vitro, a więc uważają, że wszystko mogą i mają prawo mieć. Co gorsze jak im się znudzi – mogą zrezygnować. Zrezygnować z dziecka. Tak, jak z psa wyrzucanego z samochodu na ulicę pod koła innego samochodu. Niestety pieniądze nie dają szczęścia i nie zapewnią miłości. Psycholog zwróciła też uwagę na to co ja. Na jakiś problem w więzach rodzinnych. Od wielu lat twierdzę, że z rodzicielstwem jest pewien paradoks. Oto, żeby np. jeździć samochodem potrzebne prawo jazdy (a latać samolotem licencja pilota), tymczasem do tego, by mieć dzieci – co wiąże się z wielką odpowiedzialnością – nie trzeba zdawać egzaminów. Wystarczy mieć narządy. Efektem tego są niechciane ciąże, aborcje, ale bywają też i… nietrafione adopcje. Sprzed lat pamiętam historię znajomej mi kobiety, która bardzo chciała mieć dziecko. Zajść w ciążę nie mogła. Zdecydowała się na adopcję. Nie przeszła niestety testów, ale… pieniądze mogą zdziałać wiele. Dostała dziecko za łapówkę. Takie, którego nikt nie chciał, bo adoptowane kilka razy za każdym razem wracało do Domu Dziecka jak pies do schroniska. A i ten Dom Dziecka chciał się go pozbyć. Dlaczego? Pięcioletnia dziewczynka kradła, klęła i… onanizowała się. Co robiła przybrana mamusia? Kryła to co skradzione, przymykała uszy na przekleństwa i… bardziej wprawną ręką pomagała w onanizmie. Po roku takiej opieki zmarła, więc dziecko dostało się w ręce rożnych niań. Co z niego wyrosło – nie wiem. Historia jednak nie jest odosobniona. Adoptowane dzieci oddawane z powrotem do Domów Dziecka to częsta sprawa. Ludzie chcą, by dziecko było fajne i miłe i nie sprawiało problemów. Rodzonemu łatwiej wybaczą drobne grzeszki niż adoptowanemu. Teraz do nietrafionych adopcji doszło nietrafione In vitro. Niestety. Nie wszyscy bogaci ludzie, których stać na zapłodnienie pozaustrojowe wiedzą czym jest rodzicielstwo. Nie wszyscy wiedzą o co walczą. Nie jestem broń boże przeciwna In vitro! Jestem jak najbardziej za! Jak ktoś chce mieć dziecko – niech próbuje wszystkich metod. Jeśli potrafi być szczęśliwy i dać szczęście innym niech daje! Problem w tym, że nie wszyscy wiedzą co to znaczy „na całe życie”, a dziecko – zwłaszcza własne – ma się na całe życie. Nie jestem też przeciwna aborcji. Niech ludzie robią mają prawo wyboru. Zakazami ściganymi prawem nie nauczymy ich sumienia, a tylko ściągniemy kupę nieszczęść, bo przecież prawo trzeba egzekwować. Nie wiem czy Beata Z. z Hipolitowa, gdyby mogła legalnie usunąć ciążę, to by to zrobiła. Może zrobiłaby to raz, a w dalsze ciąże nie zachodziła, bo np. mądry lekarz podwiązałby jej przy tym jajowody, widząc, że kobieta jest delikatnie mówiąc trochę prymitywna. Wiadomo, że seksu jej nikt nie zakaże, bo w końcu seks to atawizm. Gdyby tak nie było to ludzie ograniczeni umysłowo nie odczuwaliby popędu. Korzystania z kalendarzyka małżeńskiego nikt prymitywnej kobiety nie nauczy. Środków antykoncepcyjnych nikt nie zafunduje, a ona sama sobie nie kupi, bo być może szkoda jej na to kasy, a może zwyczajnie jej nie ma. Możliwe jest, że nawet, gdyby ta kobieta mogła legalnie usunąć ciążę i tak, by tego nie zrobiła a wybrała zabicie dzieci? Dla prymitywnych jednostek może się to okazać tańszą metodą na pozbycie się niechcianego dziecka. W końcu dzieciobójstwo jest stare jak świat, a historia ludzkości pełna jest zbrodni, że tylko napomknę o Kainie i Ablu. Jestem za promowaniem świadomego macierzyństwa, za propagowaniem miłości i za przekazywaniem jej dzieciom. Okazujmy im ją. Całujmy, bierzmy na kolana, czochrajmy im czupryny i klepmy po pupci, co pewno niektórzy odbiorą za pedofilię. Domy Dziecka niech znikną! Niech będą złem koniecznym dla wojennych sierot i oby okazały się niepotrzebne w naszym kraju. Materiał koleżanki o dzieciach z In vitro w Domu Dziecka odebrano jako polityczny zrealizowany na zamówienie PIS. Tymczasem ją zainteresował właśnie ten brak rodzinnych więzi! To, że ktoś najpierw tak bardzo chce dziecka, przechodzi przez zabiegi, nieprzyjemną terapię, zachodzi w ciążę, rodzi i… porzuca. Tymczasem po materiale przez miesiąc była zawieszona, a nawet „powąchała” zwolnienie z pracy. Do dziś snuje się za nią ponura opinia „pisiora”. Byłam tym zbulwersowana, bo koleżanka, tak jak ja, z dala od każdej partii. Paradoksalnie ja ze swoją zgodą na aborcję na życzenie, a nie tylko gdy zagrożona jest ciąża jestem ustawiana w rzędzie z mordercami itd. Sama nie usuwałam ciąży i nie mam takich planów. Nie potępiam jednak nikogo, kto to zrobił. Historia 14-latki, której odmówiono w szpitalu usunięcia ciąży z gwałtu, napiętnowano, podano dane do publicznej wiadomości i umieszczono w ośrodku z dala od rodziców wstrząsnęła mną. Ciesze się, że dziewczyna wygrała w Strasburgu. Martwi mnie, że jeden z biskupów nazwał to otrzymaniem pieniędzy za zbrodnię. Co dla kogo jest zbrodnią? Czy zbrodnia nie jest gwałcenie dziecka, izolowanie w takiej sytuacji od rodziców itd? Skąd biskup wie, co dzieje się w umyśle dziewczyny, która zachodzi w ciąże z gwałtu, która nie tylko nie jest przygotowana do roli matki, ale nienawidzi tego, który ją zapłodnił? Cieszę się z też z wygranej Alicji Tysiąc i nie zgadzam z nazywaniem jej „dziesięć tysięcy”, bo kobieta swoje dziecko chowa, nie utopiła w stawie, nie zakisiła w beczce, ani nawet nie wyrzuciła po sześciu miesiącach z kocyka. A walczy o odszkodowanie, bo czy się to komuś podoba czy nie, prawa trzeba przestrzegać, zaś państwo, które stosuje takie restrykcje, jak zakaz przerywania ciąży, ale daje ludziom furtkę, że w momencie zagrożenia życia lub zdrowia matki można ciąże przerwać, trzeba uczyć, by pozwała ludziom z takich furtek korzystać! Gdy bronię reportażu koleżanki o dzieciach z In vitro jestem prawicowcem wsadzanym do PIS i słyszę, że robię to na zlecenie Jarosława Kaczyńskiego oraz Marka Jurka. Z kolei przy dyskusji o aborcji i Alicji Tysiąc jestem zapisywana do SLD czy Ruchu Palikota i działam na ich zlecenie, a moje poglądy okazują się być lewackie. Horror! Gdzie jest ten zdrowy rozsądek, który pozwala ludziom spierać się na argumenty i nie akceptując czyjegoś zdania pozostawać przy swoim. Nie upolityczniając przy tym na siłę rozmówcy.
Przykład czwarty (też z brzegu, a co tam! Na brzegu leży ich tyle…) Kilka tygodni temu napisałam o tym, że zamieściłam w sieci swój film „Kto ty jesteś” o polskiej rodzinie we Lwowie. Myśl miałam jedną i opisałam ją prosto w opisie na YT: „Zdjęcia nakręcone prywatną kamerą jesienią 2009 we Lwowie. Za kamerą stał fotograf Jędrzej Chmielewski. Filmował jak umiał najlepiej, a robił to po raz pierwszy w życiu. Miałam wrócić do Lwowa z zawodowym operatorem i dokręcić miasto, przebitki itd. Może Kuców (Kutsów) w szkole, w pracy i innych miejscach. Tymczasem w ciągu tygodnia w TVP zmieniły się władze i nikt nie był tym co przywiozłam ze Lwowa zainteresowany. A przecież czas nie stoi w miejscu… dzieci rosną… Szkoda mi było tych rozmów, bo rodzina Kuców (Kursów) jest moim zdaniem niesamowita.” No i zaczęło się. Nadinterpretowano, że film telewizja zablokowała z powodów politycznych. Pewnie Platforma, bo tam o Bogu! Tymczasem wtedy akurat do władzy w telewizji doszła zupełnie inna opcja polityczna. Filmu nikt nie blokował. Wzięto ode mnie i wyemitowano mój film o cmentarzu Łyczakowskim i drugi, krótki materiał o budowie stadionu, a lwowska rodzina nie miała szczęścia. Pewnie dlatego, że wymagała dokrętek i nikt nie miał głowy do podejmowania decyzji w tej sprawie. Wydawało mi się, że napisałam to jasno! W każdym razie po umieszczeniu w sieci filmu rozpoczęła się między ludźmi, nie znającymi się na rzeczy, a wnioskującymi z reportażu, że rodzina katolicka i o Bogu mówi, że pewnie SLD, PO i Palikot maczały w tym palce i mi nie puścili. Musiałam zablokować komentarze, bo rzygać mi się chciało na polityczna pyskówkę, która nijak się miała do mojego filmu. A jak do tego doszedł zarzut różnych życzliwych, że umieszczeniem filmu w sieci chcę wymusić emisję w telewizji „pisowskiego gówna” to już w ogolę o mało się nie wyrzygałam. Z nerwów i złości.
Kolejny przykład (znów z brzegu, bo głośno o tym w sieci). Sprawa dziennikarza Gmyza. Nie chcę pisać o artykule, bo w to w ogóle nie chcę wchodzić. Napisze tylko o zwolnieniu go z Rzeczpospolitej. Kiedyś, jak dziennikarz zrobił błąd dawano mu drugą szansę. Gdy powiedziałam to w rozmowie z koleżanką – też dziennikarką, usłyszałam, że nie wiedziała, ze mam pisowskie poglądy. Bo jeśli broni się Gmyza, który napisał o tym o czym napisał, to broni się jego artykułu i treści, a więc prawicowości. Nie zaś prostej rzeczy, że każdy ma prawo do drugiej szansy. Gdy z kolei powiedziałam, ze patrząc z drugiej strony na to, że to prywatna gazeta i właściciel ma prawo do podjęcia decyzji o zwolnieniu, bo to jego prywatne poletko, usłyszałam, że jestem lewacka. A przecież lewicowość to broń boże nie bronienie własności prywatnej. Czyż Polska nie stała się nagle upolitycznionym Domem Wariatów?
No i ostatni przykład (też z brzegu, a co tam! Skoro mi się go tu kładzie?) Po moim wpisie o hipokryzji dostałam wysyp listów (grubo ponad sto!). Mniej więcej 97% pochlebnych i sympatycznych, ale były i niepochlebne. Autorzy kilku z nich zapisali mnie do partii i wmówili polityczne poglądy. (Oczywiście Platformy, SLD i Ruchu Palikota!). Przytoczę fragment tylko jednego listu, bo ciekawy i trochę się nawet ubawiłam: „Po pierwsze chciałbym powiedzieć, że czuję się zniesmaczony Pani wypowiedzią. Rozumiem, że obecne czasy sprzyjają zrównywaniu katolików z przysłowiowym gównem. Odnośnie tego mam Pani do powiedzenia tyle, że tylko śnięte ryby i gówna płyną z prądem (proszę wybrać właściwe). Mam jeszcze uwagę odnośnie syna. Czy kiedy się Pani z Nim kąpała to nie myślała Pani o przejściu z Nim inicjacji? To by było dopiero nowoczesne podejście. A co, niech się chłopak uczy w myśl zasady „na starej piczy młody chuj się ćwiczy”. Wie Pani co? Historia pokazuje, że takie przypadki już występowały. Słynął z tego starożytny Rzym. Po niewiarygodnym rozwoju nastąpił etap rozkładu w wyniku takiego właśnie – zboczonego – podejścia do życia. Jestem bardzo zdegustowany Pani wpisem, a to, że mogą go czytać dzieci i młodzież napawa mnie ogromnym obrzydzeniem. Według mnie pedofilia powinna być karana wywiezieniem do obozu pracy, wtedy te wszystkie zboczeńcze wyszłyby ludziom z głowy.
(…) P.S. Jako katolik zapewniam o modlitwie za Panią, ponieważ nawet z najgorszej sytuacji życiowej Bóg potrafi wyprowadzić człowieka na prostą drogę, kierującą ku zbawieniu.” Oczywiście odpisałam: „Dziękuję za list. Przeczytałam. Proszę się modlić. Będę wdzięczna. O inicjacji z synem nie myślałam, ale może nie jestem tak zboczona jak Pan. Tez jestem za karaniem pedofilii. Mam nadzieję, że za swoje zboczone myśli zostanie Pan szybko wywieziony do obozu pracy. Wpis czytał Pan na własną odpowiedzialność. Na początku napisałam, że świętojebliwych proszę o zamknięcie strony. A tak… jak śnięta ryba lub gówno popłynął Pan z prądem (proszę wybrać właściwe).”
I tak myślę. Gdy będę miała kłopoty żołądkowe i uznam, że przydałoby się zwymiotować zamiast wsadzać palce w gębę i cztery litery, co zawsze z boku wygląda dziwnie, pomyślę o polsko-polskich wojnach, dzięki którym wszystko można upolitycznić i każdego zapisać do partii. Paw gwarantowany!

Jest stara metoda na wymioty. Jeśli ktoś czuje, że powinien rzygnąć a nie może, powinien wsadzić sobie równocześnie dwa palce prawej ręki w gębę, a dwa palce lewej w cztery litery. Jeśli to nie pomoże – zamienić ręce. Od wielu, naprawdę wielu miesięcy (a może lat? A może dekad? A może stuleci?) w naszym kraju rolę zamiany rąk z palcami pełni polityka. Można się od niej wyrzygać, bo wciska się w nasze życie nieproszona jak najgorszy paw! Teraz gdy mamy wojnę polsko-polską do pawia jeden krok, jak niegdyś do zakochania.

Przykład pierwszy (z brzegu). Byłam z kamerą na pogrzebie Ryszarda Kaczorowskiego. Źle to zniosłam. Widok roztrzęsionej wdowy podziałał na mnie strasznie. Nigdy nie chciałabym przeżywać drugi raz pogrzebu bliskiej mi osoby. Oba pogrzeby rodziców (mamy czy ojca) były dla mnie wystarczająco traumatycznymi przeżyciami. Nie chciałabym powtórki z tych wydarzeń. Sprawa z powtórnymi pogrzebami ofiar katastrofy smoleńskiej wywołała u mnie refleksję, że może gdyby wprowadzić obowiązek kremacji nie byłoby ekshumacji? Podzieliłam się refleksją ze znajomymi na Facebooku i…. ponieważ żyjemy w kraju ogarniętym wojną polsko-polską, od razu zostałam właściwie gdzieś tam w prywatnych rozmowach „obsobaczona”. Zwolennicy teorii spiskowej, że katastrofa smoleńska to był zamach, czyli sympatycy PIS zarzucili mi, że kpię z uczuć tych, którzy stracili bliskich w katastrofie proponując kremację a nie ekshumację. Przeciwnicy teorii spiskowej zapisali mnie do PIS i uznali za tubę Jarosława Kaczyńskiego i reszty, bo współczuję rodzinom. A mnie chodziło tylko o to, co napisałam! W świetle zamieszania z pogrzebami żałuję, że nie skremowałam rodziców. Oboje zmarli w szpitalach. Teoretycznie mogłam żądać sekcji, wyjaśnień itd. W końcu mama była na podleczeniu w reumatologicznym. Miała gościec zniekształcający. W szpitalu przypętało się zapalenie płuc i na to umarła. Podobnie z ojcem, który w dwa tygodnie po wycięciu nerki zmarł na zapalenie płuc. A przecież operacja się udała. Może ktoś po latach będzie wszczynał śledztwo w sprawie szpitalnych nieprawidłowości i będzie badał zgony? Gdyby nagle do tego doszło, chyba bym zwariowała. Zwłaszcza, że życia by to im nie wróciło, a mnie przysporzyło traumatycznych przejść. Na szczęście dowiedziałam się, że można nie wyrazić zgody na ekshumację, a tym samym uniknąć powtórnego pogrzebu. W przypadku zamiany zwłok, która miała miejsce w przypadku pogrzebu Ryszarda Kaczorowskiego przyznam, że żadne przeprosiny, odszkodowania, listy itd. nie wynagrodziłyby mi cierpienia, którego zresztą nie wiem czy nie przypłaciłabym zawałem lub ciężką chorobą. Wszystko dlatego, że nienawidzę pogrzebów i cmentarzy. Owszem, pogrzeby obcych osób, na których bywam z kamerą są do zniesienia, choć i te czasem przeżywam bardzo. Zwłaszcza, gdy kogoś znałam osobiście. Jednak w pracy umiem się wyłączyć. Ale praca to praca, a życie to życie. Prywatnie chętnie bym zlikwidowała cmentarze. Sprawiłabym, by po śmierci człowiek znikał. By nie było społecznego przymusu łażenia na pogrzeby, odwiedzania grobów itd. A to wykluczyłoby powtórne pochówki. I dlaczego ktoś mi tu wyjeżdża z polityką?

Przykład drugi (też z brzegu) to wychowanie dzieci i homoseksualizm. Jeden z kolegów przeprowadził ostatnio (diabli wiedzą po co) sondę wśród innych. Pytanie sondy brzmiało: „gdybyś miał dziecko i leżał na łożu śmierci i musiał zdecydować, że ma być ono wychowywane przez obcych ludzi to wolałbyś, by trafiło do Domu Dziecka czy pary gejów?” Ci, którzy byli za Domem Dziecka głaskani byli przez niego po głowie, ci, którzy wybierali parę gejów odsądzani od czci i wiary. Najgłupsze było to, że zwolennicy pary gejów argumentowali całkiem rozsądnie. Że dziecko byłoby kochane i mogłoby mieć lepszy start w życiu – edukacja, studia itd. Podawali też argument, że w Domu Dziecka byłoby jedną z setki dzieci. Prawda jest smutna. W większości przypadków dzieci z Domu Dziecka są poniekąd stracone dla społeczeństwa. Przypadki, że zostają tzw. „elita intelektualną kraju” są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Jednak dla kolegi chowanie dziecka przez parę gejów jest równoznaczne z tym, że owi geje codziennie na oczach dziecka uprawiają rozpasany seks analny czyniąc z dziecka kolejnego w jego pojęciu dewianta. A potem jeszcze robią z tym dzieckiem trójkącik. Na dodatek jeśli ktoś uważa, że dziecku u pary gejów będzie lepiej niż w Domu Dziecka jest automatycznie z SLD lub od tego strasznego Palikota! Nigdy nie miałam dobrego zdania o Domach Dziecka, a po lekturze rewelacyjnej zresztą książki „Bidul” Mariusz Maślanki, to już w ogóle. Niby wiele rzeczy się zmienia, ale pozostaje sprawa tego co dzieje się w czterech ścianach placówki między jej wychowankami, kiedy drzwi za wychowawcą zamykają się. Historia chłopca zgwałconego w radomskim szpitalu pokazuje to po prostu czarno na białym. Niestety dzieci często katują dzieci, a zwłaszcza w społecznościach dziecięcych. O tym, że tak jest napisano też już tomy i to nie tylko naukowych książek, bo William Golding i jego powieść „Władca much” powinien być dla niektórych lekturą obowiązkową. Owszem wszędzie zdarzają się wyjątki. Bywają super Domy Dziecka i patologia w domu rodzinnym, ale nie wyjątki tworzą reguły. Mam znajomego, którego zostawiła żona z małym dzieckiem. On je wychował. Po kilku latach ujawnił, że… jest kochającym inaczej. Syna wychował na zupełnie normalnego chłopaka, który dziś jest wykształconym mężczyzną, szczęśliwym ojcem trójki dzieci i od wielu lat żyje w normalnym związku z kobietą. Nie jest więc prawdą, że „każdy pedał musi wychować pedała”. Rozmowy ze znajomymi na temat sondy kolegi uświadomiły mi, że dla wielu jeśli ktoś woli, by dzieci mu wychowywały pedały (lub jak kto woli geje) jest zwolennikiem Ruchu Palikota itd. A tymczasem ktoś może po prostu chcieć, by jego dziecku poświęcano więcej uwagi i to przez 24 godziny na dobę, a nie jedynie 8 godzin dziennie w ramach obowiązku pracy. Heteryckie upodobania seksualne nie są gwarancją miłości do dzieci, czego dowodem sprawa mamy Madzi, chłopca z Cieszyna, matki z Hipolitowa, która zabiła piątkę nowo narodzonych dzieci i tym podobne przypadki. Są przypadki heteryckich rodzin, których rodzice oddawali dzieci zboczeńcom za pieniądze do niecnych praktyk! I o tym prasa się też rozpisywała. Podkreślam, że zrobili to rodzeni rodzice. Więc? Dlaczego wybór pary gejów ma być tym złym? No i dlaczego dla kolegi i wielu innych osób takie poglądy są równoznaczne z byciem zwolennikiem ruchu Palikota czy SLD?

Przykład trzeci (też z brzegu). Rok temu koleżanka zrobiła dla jednego z programów informacyjnych w pewnej stacji materiał o dzieciach poczętych i urodzonych w wyniku In vitro i… oddanych do Domu Dziecka. Materiał wstrząsający! Pokazano w nim śliczne rodzeństwo. Oto rodzice starali się długo o dziecko, mieli kupę kasy, więc w końcu udało im się spełnić te marzenia i to po dwakroć, bo urodziły się im bliźniaki, ale… rozwiedli się. Matka nie mogła udźwignąć ciężaru macierzyństwa, rozpiła się i trafiła na odwyk alkoholowy, a ojciec robi karierę. Dzieci są w domu dziecka. Mają iść do adopcji. (Może już poszły? W końcu materiał z zeszłego roku). Do Domu Dziecka nie trafiły rzecz jasna z powodu przyjścia na świat w wyniku in vitro, ale… no właśnie. Dlaczego? Moim zdaniem z braku miłości i rozpadu więzi rodzinnych. Psycholog nagrany dla potrzeb reportażu powiedział, że bogaci ludzie mają pieniądze, a co za tym idzie stać ich na in vitro, a więc uważają, że wszystko mogą i mają prawo mieć. Co gorsze jak im się znudzi – mogą zrezygnować. Zrezygnować z dziecka! Tak, jak z psa wyrzucanego z samochodu na ulicę pod koła innego samochodu. Niestety pieniądze nie dają szczęścia i nie zapewnią miłości. A zmuszanie się do miłości jest niezgodne z naturą. Ludzie nie chcą się zmuszać. Płacą i wymagają. Uważają, że dlatego, że płacą – nic nie muszą. Psycholog zwróciła też uwagę na to co ja. Na jakiś problem w więziach rodzinnych. Od wielu lat twierdzę, że z rodzicielstwem jest pewien paradoks. Oto, żeby np. jeździć samochodem potrzebne prawo jazdy (a latać samolotem licencja pilota), tymczasem do tego, by mieć dzieci – co wiąże się z wielką odpowiedzialnością – nie trzeba zdawać egzaminów. Wystarczy mieć narządy. Efektem tego są niechciane ciąże, aborcje, ale bywają też i… nietrafione adopcje. Sprzed lat pamiętam historię znajomej mi kobiety, która bardzo chciała mieć dziecko. Zajść w ciążę nie mogła. Zdecydowała się na adopcję. Nie przeszła niestety testów, bo uznano, ze coś z głową nie tak, pani jest niezrównoważoną histeryczką. Ale… pieniądze mogą zdziałać wiele. Dostała więc dziecko za łapówkę. Takie dziecko, którego nikt nie chciał, bo adoptowane kilka razy za każdym razem wracało do Domu Dziecka jak pies do schroniska. A i ten Dom Dziecka chciał się go pozbyć. Dlaczego? Pięcioletnia dziewczynka kradła, klęła i… onanizowała się. Co robiła przybrana mamusia? Kryła to co skradzione, przymykała uszy na przekleństwa i… bardziej wprawną ręką pomagała w onanizmie (sic!). Po roku opieki nad dzieckiem znerwicowana i rozhisteryzowana mamusia zmarła na zawał, więc dziecko dostało się w ręce różnych niań. Co z niego wyrosło – nie wiem. Historia jednak nie jest odosobniona. Adoptowane dzieci oddawane z powrotem do Domów Dziecka to częsta sprawa. Ludzie chcą, by dziecko było fajne i miłe i nie sprawiało problemów. Rodzonemu łatwiej wybaczą drobne grzeszki niż adoptowanemu. Dlatego adoptowane nie spełniające oczekiwań – oddają jak wybrakowany towar do sklepu. Teraz do nietrafionych adopcji doszło nietrafione In vitro. Niestety. Nie wszyscy bogaci ludzie, których stać na zapłodnienie pozaustrojowe wiedzą czym jest rodzicielstwo. Nie wszyscy wiedzą o co walczą. Nie jestem broń boże przeciwna In vitro! Jestem jak najbardziej za! Jak ktoś chce mieć dziecko – niech próbuje wszystkich metod. Jeśli potrafi samemu być szczęśliwym i dać szczęście innym niech daje! Problem w tym, że nie wszyscy wiedzą co to znaczy „na całe życie”, a dziecko – zwłaszcza własne – ma się na całe życie. Przynajmniej teoretycznie. Nie jestem też przeciwna aborcji. Niech ludzie robią mają prawo wyboru. Zakazami ściganymi prawem nie nauczymy ich sumienia, a tylko ściągniemy kupę nieszczęść, bo przecież prawo trzeba egzekwować. Nie wiem czy Beata z Hipolitowa, która urodziła ośmioro dzieci, z których piątkę zabiła, gdyby mogła legalnie usunąć ciążę, to by to zrobiła. Może zrobiłaby to raz, a w dalsze ciąże nie zachodziła, bo np. mądry lekarz podwiązałby jej przy tym jajowody, widząc, że kobieta jest delikatnie mówiąc trochę prymitywna. Wiadomo, że seksu jej nikt nie zakaże, bo w końcu seks to atawizm. Gdyby tak nie było to ludzie ograniczeni umysłowo nie odczuwaliby popędu. Korzystania z kalendarzyka małżeńskiego nikt prymitywnej kobiety nie nauczy. Środków antykoncepcyjnych nikt nie zafunduje, a ona sama sobie nie kupi, bo być może szkoda jej na to kasy, a może zwyczajnie jej nie ma. Możliwe jest, że nawet, gdyby ta kobieta mogła legalnie usunąć ciążę i tak, by tego nie zrobiła a wybrała zabicie dzieci? Dla prymitywnych jednostek może się to okazać tańszą metodą na pozbycie się niechcianego dziecka. W końcu dzieciobójstwo jest stare jak świat, a historia ludzkości pełna jest zbrodni, że tylko napomknę o Kainie i Ablu. Jestem za promowaniem świadomego macierzyństwa, za propagowaniem miłości i za przekazywaniem jej dzieciom. Okazujmy im ją. Całujmy, bierzmy na kolana, czochrajmy im czupryny i klepmy po pupci, co pewno niektórzy odbiorą za pedofilię. Domy Dziecka niech znikną! Niech będą złem koniecznym dla wojennych sierot i oby okazały się niepotrzebne w naszym kraju. Materiał koleżanki o dzieciach z In vitro w Domu Dziecka odebrano jako polityczny zrealizowany na zamówienie prawicy. Tymczasem ją zainteresował właśnie ten brak rodzinnych więzi! To, że ktoś najpierw tak bardzo chce dziecka, przechodzi przez zabiegi, nieprzyjemną terapię, zachodzi w ciążę, rodzi i… porzuca. No i tak przez miesiąc po emisji reportażu była zawieszona, a nawet „powąchała” zwolnienie z pracy. Do dziś snuje się za nią ponura opinia „pisiora”. Byłam tym zbulwersowana, bo koleżanka, tak jak ja, z dala od każdej partii. Paradoksalnie ja ze swoją zgodą na aborcję na życzenie, a nie tylko gdy zagrożona jest ciąża, jestem ustawiana w rzędzie z mordercami itd. Sama nie usuwałam ciąży i nie mam takich planów. (Choć nie wiem, co bym zrobiła, gdyby zgwałcił mnie któryś z polityków i w wyniku gwałtu zaszłabym z nim w ciążę. Jest duże prawdopodobieństwo, że wybrałabym aborcję.) Nie potępiam jednak nikogo, kto to zrobił. Historia 14-latki, której odmówiono w szpitalu usunięcia ciąży z czynu zabronionego, napiętnowano, podano dane do publicznej wiadomości i umieszczono w ośrodku z dala od rodziców, wstrząsnęła mną. Cieszę się, że dziewczyna wygrała w Strasburgu. Martwi mnie, że jeden z biskupów nazwał to otrzymaniem pieniędzy za zbrodnię. Co dla kogo jest zbrodnią? Czy zbrodnią nie jest gwałcenie zmuszanie 14-letniego dziecka do rodzenia dziecka, izolowanie w takiej sytuacji od rodziców itd? Skąd biskup wie, co dzieje się w umyśle młodziutkiej dziewczyny, która nie jest przygotowana do roli matki, a może i nienawidzi tego, który ją zapłodnił? Cieszę się z też z wygranej Alicji Tysiąc i nie zgadzam z nazywaniem jej „dziesięć tysięcy”, bo kobieta swoje dziecko chowa, nie utopiła w stawie, nie zakisiła w beczce, ani nawet nie wyrzuciła po sześciu miesiącach z kocyka. A walczy o odszkodowanie, bo czy się to komuś podoba czy nie, prawa trzeba przestrzegać, zaś państwo, które stosuje takie restrykcje, jak zakaz przerywania ciąży, ale daje ludziom furtkę, że w momencie zagrożenia życia lub zdrowia matki można ciąże przerwać, trzeba uczyć, by pozwała ludziom z takich furtek korzystać! Gdy bronię reportażu koleżanki o dzieciach z In vitro jestem prawicowcem wsadzanym do PIS i słyszę, że robię to na zlecenie Jarosława Kaczyńskiego oraz Marka Jurka. Z kolei przy dyskusji o aborcji i Alicji Tysiąc jestem zapisywana do SLD czy Ruchu Palikota i działam na ich zlecenie, a moje poglądy okazują się być lewackie. Horror! Gdzie jest ten zdrowy rozsądek, który pozwala ludziom spierać się na argumenty i nie akceptując czyjegoś zdania pozostawać przy swoim. Nie upolityczniając przy tym na siłę rozmówcy.

Przykład czwarty (też z brzegu, a co tam! Na brzegu leży ich tyle…) Kilka tygodni temu napisałam o tym, że zamieściłam w sieci swój film „Kto ty jesteś” o polskiej rodzinie we Lwowie. Myśl miałam jedną i opisałam ją prosto w opisie na YT: „Zdjęcia nakręcone prywatną kamerą jesienią 2009 we Lwowie. Za kamerą stał fotograf Jędrzej Chmielewski. Filmował jak umiał najlepiej, a robił to po raz pierwszy w życiu. Miałam wrócić do Lwowa z zawodowym operatorem i dokręcić miasto, przebitki itd. Może Kuców (Kutsów) w szkole, w pracy i innych miejscach. Tymczasem w ciągu tygodnia w TVP zmieniły się władze i nikt nie był tym co przywiozłam ze Lwowa zainteresowany. A przecież czas nie stoi w miejscu… dzieci rosną… Szkoda mi było tych rozmów, bo rodzina Kuców (Kutsów) jest moim zdaniem niesamowita.” No i zaczęło się. Nadinterpretowano, że film telewizja zablokowała z powodów politycznych. Pewnie Platforma, bo tam o Bogu! Tymczasem wtedy akurat do władzy w telewizji doszła zupełnie inna opcja polityczna. Filmu nikt nie blokował. Wzięto ode mnie i wyemitowano mój film o cmentarzu Łyczakowskim i drugi, krótki materiał o budowie stadionu, a lwowska rodzina nie miała tyle szczęścia. Pewnie dlatego, że wymagała dokrętek i nikt nie miał głowy do podejmowania decyzji w tej sprawie. Wydawało mi się, że napisałam to jasno! W każdym razie po umieszczeniu w sieci filmu rozpoczęła się między ludźmi, nie znającymi się na rzeczy, a wnioskującymi z reportażu, że rodzina katolicka i o Bogu mówi, a film nie ujrzał światła dziennego, więc pewnie SLD, PO i Palikot maczały w tym palce i mi nie puścili. Dopisywane tłumaczenia podgrzewały atmosferę sensacji. Musiałam zablokować komentarze, bo rzygać mi się chciało na polityczną pyskówkę, która nijak się miała do mojego filmu. A jak do tego doszedł zarzut różnych życzliwych, że umieszczeniem filmu w sieci chcę wymusić emisję w TVP „pisowskiego gówna” to już w ogolę o mało się nie wyrzygałam. Z nerwów i złości.

(Poniżej zapraszam do oglądania bez upolityczniania!)


Kolejny przykład (znów z brzegu, bo głośno o tym w sieci). Sprawa zwolnienia z pracy dziennikarza Cezarego Gmyza. Nie chcę pisać o jego artykule o trotylu, bo w to w ogóle nie chcę wchodzić. Napiszę tylko o zwolnieniu go z Rzeczpospolitej. Kiedyś, jak dziennikarz zrobił błąd dawano mu drugą szansę. Gdy powiedziałam to w rozmowie z koleżanką – też dziennikarką, usłyszałam, że nie wiedziała, że mam prawicowe poglądy. I tak okazuje się, że jeśli broni się przed wyrzuceniem z pracy Gmyza, który napisał o tym o czym napisał, to broni się jego artykułu i treści, a więc prawicowości (sic!). Nie zaś prostej rzeczy, że każdy ma prawo do drugiej szansy. Gdy z kolei powiedziałam, że patrząc z drugiej strony na to, że to prywatna gazeta i właściciel ma prawo do podjęcia decyzji o zwolnieniu dziennikarza, bo to jego prywatne poletko, usłyszałam, że jestem lewacka i bolszewicka. A od kiedy to bolszewicy bronią własności prywatnej? Czyż Polska nie stała się nagle upolitycznionym Domem Wariatów?

No i ostatni przykład (też z brzegu, a co tam! Skoro mi się go tu kładzie?) Po moim wpisie o hipokryzji dostałam wysyp listów (grubo ponad sto!). Mniej więcej 97% pochlebnych i sympatycznych, ale były i niepochlebne i niesympatyczne, choć w tym wszystkim strasznie śmieszne. Autorzy kilku z nich zapisali mnie do partii i wmówili polityczne poglądy. (Oczywiście Platformy, SLD, antyklerykałów i Ruchu Palikota! Muszę tego Palikota poznać osobiście i stwierdzić, czy rzeczywiście jest takim potworem). Przytoczę fragment tylko jednego listu, bo i ciekawy i niezwykle moim zdaniem zabawny: „Po pierwsze chciałbym powiedzieć, że czuję się zniesmaczony Pani wypowiedzią. Rozumiem, że obecne czasy sprzyjają zrównywaniu katolików z przysłowiowym gównem. Odnośnie tego mam Pani do powiedzenia tyle, że tylko śnięte ryby i gówna płyną z prądem (proszę wybrać właściwe). Mam jeszcze uwagę odnośnie syna. Czy kiedy się Pani z Nim kąpała to nie myślała Pani o przejściu z Nim inicjacji? To by było dopiero nowoczesne podejście. A co, niech się chłopak uczy w myśl zasady „na starej piczy młody chuj się ćwiczy”. Wie Pani co? Historia pokazuje, że takie przypadki już występowały. Słynął z tego starożytny Rzym. Po niewiarygodnym rozwoju nastąpił etap rozkładu w wyniku takiego właśnie – zboczonego – podejścia do życia. Jestem bardzo zdegustowany Pani wpisem, a to, że mogą go czytać dzieci i młodzież napawa mnie ogromnym obrzydzeniem. Według mnie pedofilia powinna być karana wywiezieniem do obozu pracy, wtedy te wszystkie zboczeńcze wyszłyby ludziom z głowy.(…) P.S. Jako katolik zapewniam o modlitwie za Panią, ponieważ nawet z najgorszej sytuacji życiowej Bóg potrafi wyprowadzić człowieka na prostą drogę, kierującą ku zbawieniu.” Oczywiście odpisałam: „Dziękuję za list. Przeczytałam. Proszę się modlić. Będę wdzięczna. O inicjacji z synem nie myślałam, ale może nie jestem tak zboczona jak Pan. Też jestem za karaniem pedofilii. Mam nadzieję, że za swoje zboczone myśli zostanie Pan szybko wywieziony do obozu pracy. Wpis czytał Pan na własną odpowiedzialność. Na początku napisałam, że świętojebliwych proszę o zamknięcie strony. A tak… jak śnięta ryba lub gówno popłynął Pan z prądem (proszę wybrać właściwe).”

I tak myślę. Gdy będę miała kłopoty żołądkowe i uznam, że przydałoby się zwymiotować, to zamiast skorzystać ze starej metody i wsadzać palce w gębę oraz cztery litery, a potem zamieniać ręce, co wszystko razem zawsze z boku wygląda dziwnie, pomyślę o polsko-polskich wojnach, dzięki którym wszystko można upolitycznić i każdego zapisać do partii. Paw gwarantowany!

Cena szczęścia

Nie dalej jak wczoraj spotkałam się ze znajomą. (Córka pani, która u mnie sprząta). Poprosiła o pomoc w przywiezieniu ukochanego, który ugrzązł na wsi 50 kilometrów od Warszawy i nie ma stamtąd czym przyjechać, a tu w Warszawie czeka na niego lepiej płatna praca. („Nie sześć, ale dwanaście złotych za godzinę pani Małgosiu!”) Wsiadłyśmy we dwie w mój samochód i jedziemy. Pytam o ukochanego. Kto, co i jak… Co usłyszałam?

- Młodszy ode mnie sześć lat i nie podoba mi się, ale mam już trzydzieści dwa lata i już NIC lepszego nie znajdę.

Przyznam, że zaniemówiłam. Zatkało mnie nie tylko słowo „nic” w odniesieniu do człowieka, ale wielka wiara, że tylko związek z owym NIC może dać jej szczęście. Po drodze wysłuchałam jeszcze opowieści o planowanym ślubie, weselu itd. Jakoś dojechałyśmy na miejsce gdzie stał przyszły mąż. Ukochany znajomej mi się nie spodobał i ja akurat wolałabym do końca życia być sama niż z kimś takim (nie chodzi o wygląd, ale o pewne ograniczenie umysłowe, które ów „Adonis” zdradził i to dość szybko), ale… ja to ja. Narzeczony okazał się zresztą niezbyt dobrze wychowany. Jego ciężką torbę z bagażnika wyjmowała ukochana, a on w tym czasie rozmawiał przez telefon odwrócony do nas tyłem, jakby chciał nie widzieć, że trzeba pomóc.

Miałam po tym wszystkim głowę najeżoną refleksjami. Czemu czasami niektóre kobiety uważają, że ich szczęście zależy od tego, czy są przy nich portki i wolą, by były byle jakie, ale były? Podzieliłam się myślami z kilkoma przyjaciółkami. Każda opowiedziała mi historię jakiejś znajomej, którą mąż poniewierał, a ona mimo tego nie chciała od niego odejść, bo bała się (lub nadal się boi) być sama. Jestem pewna, że układanie sobie życia z byle kim, aby tylko ktoś był to zły pomysł. I wiem co piszę. Gdy dawno temu poumierali mi rodzice, sama poniekąd to zrobiłam. Zapłaciłam za to najwyższą cenę. I dobrze, że w miarę szybko odkryłam, że szczęście nosimy w sobie i najpierw w sobie trzeba je znaleźć.

PS. I jeszcze taki cytat z wysłuchanej wczoraj obszernej opowieści o ukochanym: „On też jest brzydki”. A ja myślałam, że jak kogoś kochamy to jest dla nas najpiękniejszy na świecie. No… chyba, że wychodzimy za mąż z rozsądku. Ale ponoć to skończyło się jeszcze w XIX wieku. Czy może ja się mylę?

Romantyzm w szczoteczkach?

„- Czterdzieści pięć lat – to epoka ostatniej miłości, najgorszej – odpowiedział doktór.
- Znawcy mówią, że pierwsza miłość jest najgorsza – szepnął Wokulski.
- Nieprawda. Po pierwszej czeka cię sto innych, ale po setnej pierwszej – już nic.”

To fragment dialogu między doktorem Szumanem a Stanisławem Wokulskim. Bohaterami jednej z moich ukochanych powieści.

Czy ostatnia miłość naprawdę jest najgorsza? Jak poznać miłość? Nad tym głowili się i poeci i psychologowie i ja czasem się głowię rozglądając wokół. Od wielu miesięcy jestem świadkiem przedziwnej historii wśród bliskich znajomych w wieku Wokulskiego. Ostatnio historia doszła do absurdu, bo dzieje się już tylko w głowie JEGO.

Bohaterowie to: ON – lat 45. ONA – lat 47. ONA po dwóch miesiącach spotkań ma go dosyć, ale… ciągle jest jej GO żal. Mówi, że GO nie chce, ale jeszcze przez jakiś czas odbiera telefon, rozmawia itd. W końcu nie życzy sobie kontaktu. Zwłaszcza, że wiele razy stwierdziła, że ma do czynienia z osobą co najmniej dziwną. (Mniejsza już o to z jakich powodów. Ważne, że ona GO nie chce i koniec.) ON cały czas jest zakochany i to podobno romantycznie… Dowód? Gdy ONA jest u niego po raz ostatni, zaprowadza JĄ do swojej łazienki i pokazuje szczoteczki do zębów. Jedna jest JEJ, a druga JEGO. Obie stoją w szklaneczce i dotykają się włosami. ON mówi:

- Widzisz? Całują się!

Historia dociera do mnie po trzech miesiącach. Wtedy, kiedy się dzieje, kiedy pada to stwierdzenie jest jeszcze nie ważna, choć ONA słysząc o całujących się szczoteczkach wytrzeszcza oczy i zwyczajnie mówiąc „wymięka”. Zdarzenie w łazience mocy i wagi nabiera z czasem. Gdy ON dzwoni do przyjaciela i zwierza mu się ze swoich uczuć. Opowiada, że choć został porzucony to ma ciągle nadzieję, że jeszcze będą razem. Że codziennie wchodzi do łazienki i patrzy na całujące się dwie szczoteczki. Jedną JEJ drugą swoją. Informację, że ONA ze swojej łazienki JEGO szczoteczkę wyrzuciła, chyba puszcza mimo uszu. Dlatego przyjacielowi mówi:

- Główka jej szczoteczki to jest jej buzia. Główka mojej szczoteczki to moja buzia. I ja bym tak chciał ją całować, jak całują się te szczoteczki.

Na zadane mi pytanie, czy to nie jest urocze? Odpowiadam, że poniekąd owszem, ale tylko poniekąd. Gdyby ON miał 15 lat… Ale ma trzy razy tyle… Dlatego romantyzm znaleziony przez NIEGO w szczoteczkach do zębów budzi wprawdzie moje rozczulenie i uśmiech, ale też grozę i żal, i to taki, który dupę ściska.

Gdy to wyznałam od razu spotkałam się z zarzutem, że z wiekiem stałam się cyniczna. „Założono ci w tych twoich redakcjach chomąto pracy i od razu twój dawny romantyzm diabli wzięli.” – powiedziała jedna z najbliższych mi osób. Czyżby? A może po prostu, jak przyjaciel Wokulskiego doktor Michał Szuman, patrzę na świat nie przez różowe okulary tylko realistyczne? I tylko w przeciwieństwie do doktora żadnych włosów nie badam. Ani tureckich ani bułgarskich… Za bardzo kojarzą mi się ze szczoteczkami… Przecież te kiedyś były robione z włosia.