Archiwa tagu: obyczaje

Jak Bożena Szwejka, ale z trudem się powstrzymuję…

Dzielny Wojak Szwejk nie rozstawał się z listem od pewnej Bożeny. Jego treść czytelnicy znają stąd, że przeczytał go kiedyś na głos porucznikowi Lukasowi. Co napisała Bożena?

Ty łobuzie obrzydliwy, ty morderco i łotrze! Pan kapral Krzyż przyjechał do Pragi na urlop, więc z nim tańcowałam ‘Pod Indykami’, a on mi opowiadał, że ty w Budziejowicach tańcujesz ‘Pod Zieloną Żabą’ z jakąś głupią flądrą i że mnie już na dobre puściłeś kantem. Żebyś wiedział, że list ten piszę w wychodku na desce koło dziury i już koniec z nami. Twoja dawna Bożena. Aha, żebym nie zapomniała. Ten kapral to majster i będzie cię szykanował porządnie, bo go o to prosiłam. I jeszcze muszę ci napisać, że mnie nie znajdziesz śród żyjących, jak przyjedziesz na urlop.

Gdyby rzecz się działa nie 100 lat temu, tylko obecnie, to owa Bożena nie pisałaby listu do Szwejka, a dzwoniła do niego z… wychodka. Twarz zapewne trzymając koło wyżej wspomnianej dziury w desce. Twierdzę tak na tej podstawie, że ostatnio rzadko bywam w domu, a co za tym idzie sporo skorzystam z publicznych szaletów w różnych miejscach. I w tychże miejscach bardzo często zmuszona jestem wysłuchiwać rozmów telefonicznych ludzi, którzy oddają się czynnościom fizjologicznym nie przerywając konwersacji. Za każdym razem zdumiewa mnie to, bo przecież w trakcie tych rozmów tu i owdzie rozlegają się różne „kiblowe odgłosy”, z których spuszczanie wody lub trzask zamykanej deski są tymi najłagodniejszymi i najbardziej eleganckimi.

Przyznam, że z trudem się powstrzymuję, by będąc zmuszaną do wysłuchiwania paplanin i trajkotań (obgadywanie znajomych, relacja z wykładu na uczelni, relacja z zebrania w pracy, relacja z zakupów, kłótnia z rodzicielką), nie dodać od siebie kilkudziesięciu skandalicznie głośnych odgłosów. Wprawdzie dodałabym je ustami, ale już we wczesnym dzieciństwie (jak każde pacholę) do perfekcji opanowałam naśladowanie tych wykonywanych całkiem odwrotną częścią ciała. Bo myślę, że albo świat zwariował albo w XXI wieku WC jest ostatnim miejscem, w którym w ciszy i skupieniu jesteśmy sam na sam z własną fizjologią.

I pomyśleć, że u Luisa Buñuela w filmie „Widmo wolności” była scena, która wszystkich śmieszyła. Oto ludzie siedzieli przy stole na… sedesach. Rozmawiali przeglądając gazety i… defekując. Oglądając to pierwszy raz nie odbierałam tej sceny jako proroczą, a jednak! Po ostatnich wizytach w publicznych szaletach nie jestem pewna, czy nie zmierzamy w tym kierunku.

No to… do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania. Koniecznie koło tej dziury w desce.

Miejsce święte?

Kilka lat temu pewna bibliotekarka po spotkaniu autorskim spytała mnie, czy chciałabym żyć w XIX wieku. Zdziwiło mnie to pytanie.

- Tyle pani o nim opowiada, więc stąd taka moja refleksja – wytłumaczyła.

Cóż… rzeczywiście sporo o tym mówię, ale ze względów na ciekawą historię, obyczaje etc. Nie znaczy to jednak, że chciałabym cofnąć się w czasie. Zwłaszcza, że wtedy miałabym poważny problem z robieniem tego co robię. Musiałabym bez przerwy rodzić dzieci, być może mężowi, którego bym nie kochała, a na dodatek być może nie mogłabym się kształcić. Jest jednak coś w zamierzchłych czasach, co mi się podobało. To pewien obyczaj, który zapewniał nam bezpieczeństwo i w XIX wieku, a zwłaszcza poprzednich jeszcze obowiązywał. Nazywał się „miejsce święte”. Był nim kościół i cmentarz. Ten, kto bezcześcił kościół lub cmentarz podlegał najwyższej karze i społecznemu ostracyzmowi. Bo przez wieki to kościół był tym miejscem, w którym schronienie się w czasie wojny gwarantowało ludziom przeżycie. W kościele nikt na nikogo ręki by nie podniósł, ze strachu przed wiecznym potępieniem. Nie do pomyślenia też było podpalenie świątyni w celu wykurzenia z niej tych, którzy się tam ukryli. Nie do pomyślenia byłoby wtargnięcie tam i wywlekanie z niej ludzi. Tymczasem wczoraj z francuskiego kościoła wyrzucono siłą wiernych i księdza. Zrobiono to w trakcie mszy. Powód? Kościół wraz z terenem został sprzedany, ma być dekonsekrowany i zburzony, pod nową budowę.

Jakiś czas temu czytałam o historii z Aleksandrowa Łódzkiego, w którym „komornik zlicytuje za długi właściciela, czyli Fundacji Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur, wyposażenie kościoła św. Stanisława Kostki. Na sprzedaż trafią ławki, obrazy, ołtarze i żyrandole. Do kupienia jest m.in.: drewniany konfesjonał, ambona oraz kompletny ołtarz główny z tabernakulum. Po ich sprzedaży kościół zostanie niemal pusty.” 

Z kolei trzy dni temu para ludzi pomazała pomnik Bieruta. Posłużę się tu cytatem ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości: „W dniu 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, policja bez wiedzy i udziału prokuratury, zatrzymała dwoje ludzi, którzy na nagrobku Bolesława Bieruta namalowali czerwoną gwiazdę i napisali „kat” i „bandyta”. Zatrzymanych przewieziono na komisariat. (…) Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zażądał od prokuratora regionalnego doprowadzenia do natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej udali się na komisariat, aby doprowadzić do ich niezwłocznego wypuszczenia na wolność.”

W wieku XIX i wcześniejszych, bezczeszczenie grobu na cmentarzu spotykało się z najwyższym potępieniem i nie ważne kim był zmarły. Cmentarz uważano po prostu za miejsce święte, a miejsce ostatecznego spoczynku również świętym było. Nie bezczeszczono nawet grobów morderców. Najwyżej chowano ich pod płotem, bez tabliczek itd. Tymczasem dziś trwa schamienie obyczajów, o którym kiedyś pisałam. Dowodem jest nie tylko to, że wiele osób ucieka się do inwektyw w pisaniu o Prezydentach, Papieżach, Noblistach etc., a przecież jeszcze siedemdziesiąt lat temu nawet o Hitlerze tak nie mówiono. W książce „Satyra w konspiracji” nie ma nawet jednego dowcipu o Hitlerze, który by zawierał wyraz „chuj”. Tymczasem dziś dowodem na to schamienie jest również nasz stosunek do kościoła i cmentarza oraz znajdujących się na nim grobów. Czy to dobra droga?

Jeżeli tak, jeżeli ma to iść w tym kierunku, że wolno bezcześcić czyjś grób, to ja poproszę Ministerstwo Sprawiedliwości o listę nazwisk ludzi, których groby można mazać i na które można pluć. Przecież w naszym narodzie wzrasta liczba frustratów, którzy chętnie ulżą sobie plując, kopiąc, mażąc i dewastując takie miejsca.

I tylko tak na koniec refleksja. Ta lista nazwisk w miarę upływu czasu może się zmienić. Kto zagwarantuje spokojny wieczny odpoczynek tym, którzy dziś godzą się na niszczenie czyjegoś grobu? Przecież nie tylko fortuna kołem się toczy.

PS W związku z głosami, że zdarzało się iż w historii nie przestrzegano świętości chcę zauważyć, iż podobno z wiekami coraz bardziej się cywilizujemy! Dlatego jeżeli mamy równać do barbarzyńskiej hołoty, która tego niepisanego prawa nie przestrzegała, to tym bardziej proszę o tę listę!

Znaleźć dobre dziecko

Jest taki cytat z jednego z filmów Olafa Lubaszenki. To zdanie wypowiadane przez Andrzeja Mleczkę: „Trudno znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, ale jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko”. Widz się śmieje. Ja wraz z nim. Tymczasem… to taki śmiech przez łzy.

Kiedyś twierdzono, że człowiek rodzi się jak „tabula rasa”, czyli „czysta tablica” i z wiekiem nabiera jakichś tam cech. Latami twierdzono, że „procesów korowych” się nie dziedziczy, czyli trudno odziedziczyć charakter po kimś, kto tylko dał geny. Dziś już wiadomo, że to nie prawda. Geny to także charakter. Można nie znać swego ojca lub matki, ale jednak coś z charakteru po nich mieć. Na to, jacy jesteśmy składają się bowiem i geny i wychowanie i środowisko. Wszystkie trzy czynniki wpływają w różnym stopniu na nas. To dlatego zdarza się, że w jednej rodzinie dzieci wychowywane w ten sam sposób, z tych samych rodziców, obracające się w tym samym środowisku mają jednak różne charaktery. Wychowanie zresztą to nie jest prosta sprawa. Gdyby była prosta, rodzice nie odnosiliby na tym polu żadnych porażek. A tak… Co ja jakiś zaś sami przed sobą przyznajemy się, że w jakiejś dziedzinie wychowując dziecko ponieśliśmy wychowawcza klęskę. Jeśli rzecz dotyczy drobiazgów – można to jakoś wytrzymać. Syn-brudas to jeszcze nie koniec świata. Gorzej, gdy wyrasta syn-kryminalista. Są spory czy trudniej wychować dziewczynę czy chłopca. Czy lepiej mieć więcej dzieci czy jedno? Jaka różnica wieku między rodzeństwem jest najlepsza itd. Ilu pytanych – tyle odpowiedzi i teorii. Tymczasem pozostaje codzienne życie i zmaganie się z wychowywaniem dziecka. Jedna z moich znajomych od wielu lat stara się o potomstwo. Bezskutecznie. Roniła kilka razy. W czasie ostatniej niedonoszonej ciąży usłyszała od lekarza. „Pani zapamięta jedną rzecz: jak urodzi pani dziecko, to do końca życia będzie się pani o nie martwić. Jak nie uda się tej ciąży donosić, niech się pani pociesza, że wprawdzie omija panią masa pozytywnych emocji, ale też i spora część zmartwień!” Paradoksalnie właśnie to stwierdzenie pomogło znajomej podnieść się z kolejnego niepowodzenia w zachodzeniu w ciążę. Bo dziecko, to wiele radości, ale też i wieczne zmartwienia.

Kilka dni temu obiegła media kolejna informacja o tym, że zaginęła nastolatka. Informacje o zaginięciu i poszukiwaniach znalazły się na stronie stowarzyszenia Itaka, portalach informacyjnych itd. Historie, kiedy nastolatka nie wraca do domu zawsze mnie poruszają. Nawet nie, dlatego, że kiedyś byłam nastolatką i dobrze pamiętam swoje uczucia z tamtego okresu. Nawet nie, dlatego, że napisałam kilka książek dla nastolatków, bo napisałam właśnie, dlatego, że pamiętam swoje uczucia z tamtych lat. Bardziej poruszają mnie dlatego, że kiedyś, jako dziennikarka robiłam dla TVP reportaż o ucieczce z domu dwóch gimnazjalistek. Ta historia sprzed lat zresztą wstrząsnęła mną do tego stopnia, że trafiła do jednej z moich powieści. Oto dwie dziewczyny z małej mazowieckiej wsi, które w gimnazjum połączyła wspólna przeszłość (obie w dzieciństwie straciły matki), zdecydowały się uciec z domu. Był koniec roku szkolnego. Ich ojcowie nie poświęcali im tyle uwagi, ile wymagały. Jeden za dużo pracował, a drugi za dużo pił. Rozmawiałam z obydwoma ojcami i obydwu było mi żal. Do dziś w sekretarzyku mam zdjęcia obu nastolatek. Często o nich myślę. Zresztą po moim reportażu znalazły się. Jedna zadzwoniła do koleżanki, dowiedziawszy się, że ojciec w telewizji był i płakał, zdecydowała się wrócić. W ślad za nią podążyła i druga. Jedna uciekła do sekty satanistów i wzięła udział w czarnej mszy. Druga uciekła z kierowcą TIR-a, który traktował ją jak… żonę. Mamił, że „żona go nie rozumie”, a ona jest „jego prawdziwą miłością”. W imię tej miłości uprawiali seks w motelach lub w kabinie TIR-a, na przydrożnych parkingach. Jakiś czas później odwiedziłam tę „żonę kierowcy”. Przeżyłam szok. Była w niej wielka wiara w to, że zjadła wszystkie rozumy, a zapewnienia kierowcy TIR-a o wielkiej miłości były szczere. Wszelkie próby wytłumaczenia, że mówił jej to, co chciała usłyszeć, by po prostu (przepraszam za kolokwializm) dała mu dupy, spełzły na niczym. Jej ojciec powiedział, że musiał z nią jeździć po lekarzach i robić badania nie tylko w kierunku ewentualnej ciąży, ale i chorób wenerycznych. Były to czasy, gdy komórki były drogie. Nie było bezpłatnych minut, telefonów za złotówkę itd. Dziewczyny nie miały, więc swoich telefonów, dlatego zanim wróciły do domu, ich ojcowie zdążyli osiwieć z nerwów.

Piszę o tym wszystkim, bo ta ostatnia nastolatka, nazwijmy ją „Warszawianką”, znalazła się. Jej mama szukała jej także przez Facebook ’a gdzie utworzyła wydarzenie. Gdy dziewczyna wróciła do domu – matka napisała na swoim profilu, że córka jest w domu, a ona dziękuje wszystkim za pomoc, wsparcie etc. Nie znam kobiety, ale ponieważ śledziłam sprawę, więc przeczytawszy, że córka cała i zdrowa jest w domu napisałam, że cieszę się, przesyłam same dobre myśli i dobrą energię. Takich jak ja było sporo. Znalazły się też i inne głosy. Między innymi jakiegoś pana, który napisał:

„Ta cieszysz się kobieto z tego ze wróciła do ciebie i dalej będziesz ją napierdalała, „Warszawiankę” znam bardzo dobrze i o wszystkim mi mówiła, nawet o tym ze dostała od ojca w tył głowy ŁOMEM. I tez o tym ze za głupie pyskowanie wsadziłaś ją kobieto do psychiatria gdzie faszerowali ją psychotropami. I ty się jeszcze nazywasz matka?? Na pewno żadna matka ani ojciec tak nie postępują z własnym dzieckiem. I ja to się jeszcze cieszę ze ona nie skończyła ze sobą, bo już nie raz o tym myślała i zawsze ja od tego odwiodłem. (…) Ona właśnie uciekła i nie chciała wracać do domu, bo bała się ze znowu dostanie „wpierdol od matki”. Ale ja jej się kompletnie nie dziwie, czemu nie chciała tam wracać tez bym tam nie wrócił do takich osób. Bo jak dla mnie to ktoś taki nie powinien mieć dzieci. Tego wieczora jak ona nie do domu to chciała jechać do kolegi, którego poznała przez Internet, choć nawet go na oczy nie widziała, ale czuła, że będzie tam bezpieczniejsza niż u rodziców, bo tam by jej nikt nie bił. Jak ją poznałem to była kompletnie zamknięta w sobie i wystraszona jak do niej podszedłem jak płakała pod szkołą i dopiero po kilku godzinnej rozmowie do niej, zaczęła mi mówić, czemu płakała i czemu nie chce wracać do domu ” boje się tam wracać, bo znowu będę bita i zamykana w pokoju, a jak nie to trafie z powrotem do psychiatryka?”

Ten sam człowiek napisał jeszcze:

„jestem psychologiem dziecięcym, (…) ta dziewczyna ma zniszczoną psychikę, jak z nią rozmawiałem i jak zacząłem jej mówić, w jaki sposób można jej pomóc to za każdym razem mówiła ” tak czy tak będę musiała się w końcu spotkać z tymi pojebami, a bardzo nie chce tego, bo są do wszystkiego zdolni nawet do tego żeby na policji mi wyjebać”. I z tego, co już dzisiaj się dowiedziałem to gratuluje pani (…) znajomości żeby na jej znajomych nasyłać jakichś oprychów żeby ściągnąć córkę do domu, którzy grozili dzieciakom bronią ostrą i gazówkami, więc nie wiem jak pani może jeszcze się bronić i mówić, jaka to z pani „cudowna matka” jak pani do takich czynów dochodzi jak by nie można było polubownie i bez odstawiania takich akcji. I z tego, co ich wszystkich znam to u nich na pewno by się jej krzywda nie stała. I pamiętajcie o tym czytelnicy stanę nawet na rzęsach żeby „Warszawiance” pomóc. Ale jak na razie „Warszawianka” musi się pomęczyć w „rodzinnym domu”, gdzie powinna się czuć bezpieczna, a tak niestety nie jest.”

Matka dziewczyny zabrała głos w tej dyspucie. Odpisała:

Dlaczego, jako rzekomo światły, mądry człowiek, wykształcony (…), rozmawiając podobno z „Warszawianką” pod jej szkołą, kiedy to płakała i narzekała na katującą ją rodzinę, nie zgłosił tego policji? Albo nie wszedł do tej szkoły, i nie powiedział komuś o tym? (…). Ci, których nazywa pan „oprychami” nasłanymi przeze mnie byli Policjanci z wydziału kryminalnego. Bez powodu w ten sposób nie wchodzą do zwykłych domów, bo tam się takich panów wpuszcza drzwiami, jeśli się ma czyste sumienie. „Warszawianka” jest 15 letnim dzieckiem, zmanipulowanym przez osoby ze środowiska, w które została wciągnięta. Wśród pana znajomych przewijają się znane mi postacie… Interesowali się nimi policjanci, i chyba nadal mają ich na oku… Mojego dziecka będę bronić jak lwica, zwłaszcza przed takimi typami, jak pan., Jeśli ma pan odrobinę cywilnej odwagi to proszę, spotkajmy się w Komendzie Policji, w Wydziale d/s. Nieletnich, chętnie będę obecna przy zgłaszaniu przez pana podejrzenia znęcania się nad dzieckiem. A wokół tej „willi” (…) należałoby posprzątać, bo się sanepid przyczepi. A takie porządne miejsce…

Z dalszej wymiany zdań zrozumiałam, że pan nie jest jednak psychologiem. Jest kimś niewiele starszym od dziewczyny i prawdopodobnie ze środowiska, do którego trafiła i z którego odbierała ją policja. Nie znam jednak sprawy. Nie wiem, jakie są kulisy ucieczki z domu „Warszawianki”. Na pewno istnieje jakiś konflikt między nią a rodzicami. Z pewnością jest coś niedogadanego. W innym przypadku dziecko powiedziałoby, dokąd idzie i czemu nie wraca na noc. Ale… wychowanie dziecka, to nie jest prosta sprawa. To nie gra „The Sims”, w której w razie niepowodzenia można zacząć wszystko od nowa. Tu każda decyzja ma później skutki i bywa, że brzemienne. Wiem o tym, bo sama mam syna i do dziś widzę takie brzemienne skutki wielu swoich decyzji. Choć ktoś z boku powiedziałby, że to błahostki, bo właściwie powodów do wielkich narzekań nie mam.

W przypadku ucieczki „Warszawianki” postawa jej matki jest wręcz niesamowita. Ruszyła szukać. Postawiła na nogi miasto. Utworzyła wydarzenia. Znalazłszy córkę znalazła czas by podziękować innym za pomoc i wsparcie, nawet, jeśli było nim tylko trzymanie kciuków. Teraz na jej stronie, co rusz pojawiają się notki o innych zaginionych. Nikt tak nie zrozumie rodziców dzieci, które uciekły z domu – jak ona. Teraz pozostała praca nad odzyskaniem zaufania córki, nad porozumieniem się z nią. Bo matka świetnie wie, że coś jest nie tak. Napisała, że przed nimi długa droga do porozumienia się, terapia itd.

Wpływ na każdego z nas mają i geny i środowisko i wychowanie. Ja sporo zawdzięczam genom (prowadząc portal genealogiczny i poznając swoich przodków widzę, ile mam takich cech, jak moi praszczurowie), sporo wychowaniu, ale… środowisko, w którym wyrastałam nie pozostało bez wpływu na mnie. Podwórko, szkoła, dzieci z rodzin z marginesu też miały wpływ. Moja mama bała się, bym nie wpadła w sidła złych ludzi. Drobiazgowo kontrolowała znajomości. Zabraniała na przykład kontaktów z koleżanką z podwórka, której rodzice pili. Jej ojciec często leżał na trawniku, a matka raz na jakiś czas znikała z domu i „szła w Polskę”. Wbrew pozorom wyniosłam z tego patologicznego domu same dobre rzeczy. Np. wiedzę o tym, że nastolatka sama może gotować oraz co i jak się gotuje. (Mnie mama zabraniała – koleżanka musiała, bo jak ona nie ugotuje to obiadu nie będzie). U niej jadłam szyszki z ryżu, którymi dziś handluje się przed cmentarzami. Dowiedziałam się też, co to „monidło”, (o czym kiedyś już pisałam). Paradoksalnie dzięki kontaktom z koleżanką z podwórka i porównaniu naszych rodzin widziałam, jak moja mama bardzo mnie kocha. I to dlatego, choć konfliktów w domu była masa, nigdy nie zdecydowałam się na żaden dramatyczny krok, a wszelkie ucieczki – kończyły się zawsze na osiedlowej górce. Po prostu mimo wszystko bałam się, że matce jednak serce pęknie z rozpaczy. Czasem marzyłam i modliłam się, by umrzeć w domu i by było jej przykro, że tyle ode mnie wymaga, że ciągle jest ze mnie niezadowolona. Na szczęście Bóg nie spełnia głupich marzeń, niedojrzałych pannic.

Paradoksalnie sprawa z uciekającą z domu „Warszawianką” od razu przypomniała mi inną historię z nastolatką i inną postawę matki. Dawno temu (tu, na blogu) napisałam o dziewczynie, która jako świeżo upieczona osoba pełnoletnia wystąpiła w kilku filmach pornograficznych i to będąc uczennicą liceum. Dość obszerny wpis potem usunęłam, bo wtedy poprosiła mnie o to jej wychowawczyni. Wprawdzie nie było danych szkoły, ani nawet inicjałów dziewczyny, więc rozpoznać mógł ją tylko ktoś, kto znał sprawę, ale uznałam, że dla dobra całego procesu wychowawczego tekst usunę i zastąpię wyjaśnieniem. Tak też zrobiłam. Wspominam to, bo wtedy sama nastolatka groziła mi policją, prokuraturą, procesami itd. Trochę śmiać mi się chciało z tych gróźb, bo wyobrażałam sobie, jak biegnie na policję z wydrukiem z bloga i mówi policjantom: „to o mnie”. Wtedy pada pytanie: „Skąd pani wie, że o pani? Tu nie ma pani danych”, a ona musi się sama przyznać przed policją, że zagrała w filmach porno. Mojego bloga nie można komentować. Choć często jest to przez czytelników krytykowane, to trwam przy swoim postanowieniu, bo… dzięki temu mogę napisać różne rzeczy o różnych ludziach, a ich anonimowość nadal zostaje zachowana. W komentarzach nikt nie obnaży, jak naprawdę nazywa się ktoś, kogo tożsamość ukryłam pod pseudonimem np. Jan Józef Kowalski. Tak, więc nawet, gdyby jakiś czytelnik rozpoznał nastolatkę, o której wtedy pisałam, nie mógłby w komentarzu napisać, o kogo dokładnie chodzi, a tym samym ujawnić jej danych czy choćby tylko danych jej szkoły. Ciekawe było to, że w pełnoletniej, ale jednak niedojrzałej nastolatce, grożącej mi ciąganiem po sądach, nie było myśli o tym, że zrobiła coś nie tak oddając się obcym facetom przed kamerami. Nie było myśli, że może nie jest to najlepszy przykład dla nieletnich koleżanek ze szkoły. Z filmów była dumna. Koleżeństwo z klasy dowiedziało się o tym od niej samej. Ponieważ samo zagranie w filmach nie przyniosło jej oczekiwanej sławy, bo nikt nie zaglądał na takie strony, więc… postanowiła pomóc sobie i rozreklamować swoje występy. Filmy z jej udziałem można było obejrzeć w sieci (po kliknięciu napisu „mam 18 lat”) lub za drobną opłatą kupić i ściągnąć na komputer. W tej chwili w sieci ich nie ma, ale… na komputerach koleżanek i kolegów ze szkoły pewnie cały czas są, by wypłynąć, gdy dziewczyna zrobi kolejny krok do wielkiej kariery, której tak była głodna. Wtedy była zła, że oceniłam jej postępowanie. A przede wszystkim zła, że oceniłam jej rodziców, bo napisałam, że „Przeważnie młodzi ludzie popełniają przestępstwa, biorą narkotyki i schodzą z drogi cnoty z powodu braku zrozumienia i miłości w domu.” Tymczasem… jak się okazało później, ocena moja była całkiem trafna. Dlaczego tak uważam? Oto gdyby po tamtym moim wpisie zadzwoniła do mnie spłakana matka pornogwiazdy i błagała, abym wpis usunęła, bo córka wie, że źle zrobiła i chce o wszystkim zapomnieć – zrobiłabym to bez wahania. Bo gdy rodzic walczy o dziecko i uważa, że to mu w tej walce pomoże – trzeba pomóc. Jednak matka dziewczyny nie wykonała takiego telefonu. Nie wykonała zresztą sama żadnego kroku. Zmusiła natomiast córkę do słania gróźb. Skąd wiem, że to inicjatywa matki? Oto zadzwoniłam do nastolatki ja. (W listach z groźbami podała swój telefon.) Powiedziałam, że to, co robi jest próbą nacisku na media. Podstaw do skarżenia mnie nie ma, zaś słanie listów z groźbami jest karalne. (Dziewczyna słała je najpierw do mojej agentki, bo chyba w emocjach nie doczytała, że to kontakt w sprawie spotkań autorskich czy warsztatów dziennikarskich). W czasie rozmowy w tle słyszałam wrzaski matki. Nie chciała wziąć słuchawki i sama ze mną porozmawiać. Nie było zresztą z jej strony walki o córkę, ale o własną opinię, bo oto w czasie rozmowy matka gdzieś tam w tle wykrzykiwała: „My próbujemy zatuszować sprawę, a ona szkodzi!”. Nie było słów o tym, że „próbujemy ratować dziecko!”. Było „tuszowanie sprawy” i na końcu stwierdzenie: „my też mamy znajomości w mediach” oraz „dowiemy się o pani wszystkiego”. Rozmowę zakończyło rzucenie słuchawką i to bynajmniej nie przeze mnie. Bohaterka wpisu największe pretensje miała do mnie o ocenę jej domu, bo jak wyznała „nie prosiła się o analizę”. Tymczasem temat w moim pojęciu był (i jest) ważny z puntu widzenia społecznego. Zresztą liczba listów otrzymanych wtedy od czytelników pokazała, że ludzie widzą jakiś kryzys rodziny, wartości, moralności, etyki, wiary, miłości itd. Nastolatki zawsze uciekały z domów, wpadały w złe towarzystwo i robiły masę głupot. Teraz jednak jest tego jakby więcej, a nowe technologie i globalizacja świata przez istnienie internetu potrafią zrobić wiele złego. Mamy niż demograficzny. Rodziny są mniej dzietne. Jak przed tym złem chronić nastolatki, których jest coraz mniej, a mimo tego coraz częściej pakują się w jakieś tarapaty? Nie ma innej recepty niż miłość. Mama „Warszawianki” wie o tym. Dlatego umieszczając w sieci ogłoszenia o poszukiwaniu córki, zostawiła na swojej stronie wszystko. Nie usunęła też komentarzy. Stanęła oko w oko z każdym, kto próbował powiedzieć, że to jej wina. Świetnie wie, że gdzieś jakiś błąd zrobiła, ale naprawia go. A przede wszystkim wie, że jej przypadek może być przestrogą dla innych i może tym innym po prostu pomóc. Ja właśnie dlatego piszę czasem o takich sprawach. Ludziom wydaje się, że te rzeczy ich nie dotyczą. Aż nagle, pewnego dnia… tym „złym” okazuje się nasze dziecko. Przeważnie jedyne, bo wielodzietne rodziny – dziś to tak naprawdę rzadkość. I wtedy okazuje się, że tak naprawdę nie wiemy, co robić. Tymczasem doświadczenie tych, którzy już przeszli przez podobne „piekło”, naprawdę może pomóc. By nasze dziecko było dobre ważne są i geny i wychowanie i środowisko. Paradoksalnie na każdą z tych rzeczy mamy wpływ i nie mamy go na żadną. Bo nigdy nie wiemy, które geny dziecko odziedziczy, co weźmie z naszych nauk i co zaczerpnie ze środowiska, w którym przebywa.

Kultura w siatce

Od kiedy wprowadzono przepis o zbieraniu psich kup, od kiedy Marek Raczkowski powtykał flagi w psie odchody, od kiedy urzędy zaczęły oferować papierowe torebki na psi kał, od kiedy w Warszawie postawiono kosze na psie odchody ja zastanawiam się czy słusznie. Dlaczego?

Od wtedy bowiem datuje się moja gehenna z kupami cudzych psów w pojemniku na moje śmieci. Mieszkam w małej kamienicy. Na podwórku, na które każdy może wejść, (bo brama zepsuta i na jej remont na razie nie mam pieniędzy), znajduje się mój pojemnik na śmieci. Mój! Podkreślam to z całą mocą. To ja za niego płacę! Kilkadziesiąt metrów dalej, na centralnej ulicy Saskiej Kępy są perzy przejściach przez jezdnię pojemniki publiczne! Ale to właśnie do mojego codziennie, i to po wielokroć, ludzie wrzucają psie kupy. Te kupy są różne: wielkie i małe, rzadkie i gęste, w torebkach plastikowych i papierowych, a także luzem w wyjętych z kiszeni papierkach. Nie robi tego jedna osoba. Robi to naprawdę wielu posiadaczy psów, którzy przechodzą koło naszego domu. Oto wejdą w wąski przesmyk od strony bocznej ulicy, wejdą na moją ślepą i uwielbianą przez spacerowiczów uliczkę, a potem… szybciutko wbiegną na nasze podwórko, błyskawicznie podbiegną do opłaconego przeze mnie pojemnika, wrzucą to, co ich pies gdzieś tam po drodze zrobił, a co oni, jako uczciwi obywatele zebrali i… w długą. Lżej im na duszy. Pozbyli się kłopotu. A że w cudzym śmietniku? A kto to widział? Nikt! (Ulubiony dwa razy zwrócił uwagę jakiemuś panu to pan poczuł się obrażony!)

Kłopot w tym, że torebka (zarówno foliowa jak i papierowa, że o luźnych papierach i gazetach to tylko nieśmiało napomknę) przeważnie rozrywa się. Ponieważ pojemnik jest zamknięty, dlatego gdy po jakimś czasie ktoś z nas domowników otwiera go i wyrzuca śmieci, to co uderza go w nozdrza ma siłę rażenia broni biologicznej! To nie śmierdzą moje odpady, ale właśnie te kupy cudzych psów. Kupy wrzucane zgodnie z prawem do koszy, by właściciele nie płacili mandatów za zaśmiecanie ulicy. Najwyraźniej uznali, że lepiej zaśmiecić cudzy pojemnik i zatruć jego właściciela. I tak kupy w plastikowych torbach, w kawałkach gazet, papierowych torebkach, jednorazowych chusteczkach do nosa straszą i trują nas z pojemnika na śmieci. Ponieważ odpady z podwórka wywożone są dwa razy w tygodniu, dlatego na dzień przed przyjazdem śmieciarzy pojemnik otwieramy na wdechu. Przysięgam, że wolałabym, by te psy robiły mi te kupy do ogródka, niż by ich właściciele mieli mi to nadal tam wrzucać! Żuki gnojarze i inne robale i tak rozłożą leżące na trawie psie stolce. Natomiast te same stolce w zamkniętym szczelnie plastikowym pojemniku nie mają szans na nakarmienie żadnego pożytecznego koprofaga, a co za tym idzie nie znikną… Proces gnilny będzie wprawdzie trwał, bo rozpocznie się już w koszu, ale nie zakończy się przed wywózką na wysypisko. Kosz smieciarze otworzą w szczytowym momencie pory gnicia.

Na dodatek wśród właścicieli psów są osobnicy kulturalni inaczej. Ci nie wrzucają mi tych kup do śmietnika. Oni wieszają je obok na płocie lub gałęzi jednego z drzew. Tak, jak ktoś wiesza mi na płocie resztki chleba. (Wszystko fajnie, dopóki chleb w foliowej siatce nie zmoknie na deszczu). Niektórzy robią to nie na mojej posesji, ale też na pobliskim przedszkolu i drzewach rosnących przy przedszkolnym płocie.

I tak gwoli wyjaśnienia. Nie jestem zwolennikiem kupy na chodniku. Ale na trawniku mi nie przeszkadza. Natomiast wisząca w siatce na drzewie przeszkadza mi bardzo, a w moim własnym śmietniku, który wywożony jest dwa razy w tygodniu, a więc zbiera psie kupy z kilku dni, przeszkadza mi bardzo. Daję słowo, że jeśli kiedyś odkuję się finansowo, to zamontuję na wprost kosz a na śmieci kamerę przemysłową i nagram wszystkich tych, którzy odchody swoich psów przynoszą na prywatną posesję i wrzucają do kosza naśmieci, za których wywóz płacę ja! Nagram też tych elegantów, którzy psie kupy w siatkach wieszają na drzewach i płocie mojej i sąsiednich posesji. Ich zdjęcia opublikuję w sieci nie bacząc na to co powie GIODO i inni. Być może szarpnę się na wystawę, którą powieszę na płocie zamiast siatek z kupami i chlebem.

Jako absolwentka historii sztuki uwielbiam sztukę i performance, ale ten, z którym się stykam na swoim prywatnym terenie nie jest sztuką. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to za przeproszeniem jedna sztuka gówna, ale teraz wiosną to wręcz gówniana seria! A ja tak czekałam na słońce!

Co kraj to obyczaj

Tak mówi stare przysłowie, a my przekonujemy się o jego prawdziwości dopiero wtedy, gdy sami pojedziemy poza swój grajdołek lub gdy ktoś z innego świata przyjedzie do nas.

Dziś tłusty czwartek. Koleżanka, z jednej z redakcji, z którymi współpracuję, powiedziała, że opowiadała ostatnio o zwyczaju ze swojego regionu i w Warszawie większość osób była tym zwyczajem zszokowana. Otóż w regionie, z którego pochodzi jest zwyczaj, że dzieci biegają po domach i proszą: „Przyszli my tu na ostatki, ni mom ojca ani matki… Dajta pączka na widelec, bo to jutro jest Popielec”.  Podejrzewam, że nie chodzą z tą prośbą dziś tylko w przyszły wtorek, bo Popielec jest w przyszłą środę, ale to już szczegół. Zwyczaju nie znałam. Ale nie szokował mnie, choć ponoć ktoś tam dziwił się, ze można tak po obcych domach biegać po pączki. Zwyczaj przypomina mi anglosaskie Halloween i pytanie: „Trick or treat”. Tak to już jednak jest, że znamy to, co znamy, a całe życie uczymy się o zwyczajach innych regionów, krajów, narodów etc.

Kiedyś spędzałam Wielkanoc w Krakowie. Gospodarza odwiedzili naukowcy z Japonii. W Polsce byli wielokrotnie, ale nigdy w okresie Wielkiejnocy. Dlatego nikt im nie powiedział, że w poniedziałek wielkanocny ludzie polewają się wodą. Byli w szoku, kiedy szli przez rynek i zostali oblani wiadrami. Z wizytą przyszli kompletnie przemoczeni.

Zwyczaje są różne. Nie wszystkie dotyczą obrządków religijnych. Wiele dotyczy życia codziennego. Nawet nie uświadamiamy sobie, że to jest jakiś zwyczaj. Robimy to machinalnie, bo tak robili ojcowie, matki. Przenosimy pannę młodą przez próg. Wieszamy wiechę, gdy kończymy budować dom. Na sto dni przed maturą organizujemy studniówke i rozpoczynamy ją polonezem.

Że „co kraj to obyczaj” wiem od dawna. I im jestem starsza, tym mniej zwyczajów mnie dziwi. Te w krajach afrykańskich nie szokują mnie wcale. W końcu miejsca, w które nie dotarła cywilizacja rządzą się własnymi prawami. Jednak, gdy rzecz dotyczy tzw. krajów cywilizowanych zdarzają się czasami wyjątki. Przeważnie jednak szok jest krótki, co wynika z tego, że z wiekiem, jak każdy człowiek, nabieram doświadczenia i po chwili zastanowienia stwierdzam, jak Roman Polański: „Nic nie jest dla mnie zbyt szokujące”.

Trafiłam ostatnio na dokument z Kolumbii. Nakręcił go amerykański dziennikarz Ryan Duffy. Realizuje on dokumenty działając jak nowotestamentowy Niewierny Tomasz. Czyli jak nie zobaczy na własne oczy, to nie uwierzy, że dana rzecz czy zjawisko istnieje. Ryan Duffy usłyszał, że w północnym regionie Kolumbii młodzi chłopcy przechodzą inicjację seksualną z oślicami. A i dorośli mężczyźni mają często oślice za kochanki. Pojechał sprawdzić, czy tak jest rzeczywiście. Jego piętnastominutowy reportaż jest poniekąd wstrząsający. Nie tylko okazuje się, że to wszystko prawda, ale jeszcze wychodzi na jaw, że dla mieszkających tam ludzi jest to… normalne! Wszyscy o tym wiedzą! Młodzi chłopcy chodzą w góry z oślicami i używają ich do zaspokajania swoich potrzeb seksualnych. Wszystko dlatego, że w mocno katolickiej Kolumbii kobieta powinna być dziewicą aż do ślubu. Z kim więc tu zaspokajać popęd? W reportażu wypowiadają się i psycholog/seksuolog i dziennikarka brytyjska, która tam mieszka i… ci, dla których współżycie z oślicami jest normalne. Ryan Duffy jest lekko skonfundowany tym wszystkim. Zwłaszcza rozmowami z ludźmi, którzy opowiadają, ze współżycie z oślicami zalecają tamtejsi lekarze! Szczególne wrażenie robi rozmowa z gromadką chłopców w wieku 11-14 lat, z których jeden 12-latek uchodzi za tego, który miał najwięcej „narzeczonych”. Z boku tłumacz dorzuca słowo „oślic”, byśmy nie mieli żadnych wątpliwości, o jakie narzeczone chodzi. Dwunastolatek potakuje i bez skrępowania opowiada jak trzeba podejść do oślicy, by w trakcie miłosnego aktu nie kopnęła. Przyznam, że początkowo mało nie przewróciłam się przy komputerze. Nie chcę opowiadać wszystkich szczegółów wstrząsającego dokumentu, którego tytuł brzmi: „Donkey Sex: The Most Bizarre Tradition”, bo zainteresowani dorośli mogą go bez trudu obejrzeć w sieci. Napiszę tylko, że najpierw mnie zatkało, a potem… po chwili zastanowienia… przypomniałam sobie stary kawał o bacy, który z juhasami wypasał owce. Po miesiącu wypasu jeden z juhasów przychodzi do bacy i mówi, że poszedłby do wsi, bo mu się cni do baby. „A po co? Owiecki mos” – powiedział baca. „Ale będziecie się śmiać.” „Ni będę”. No to juhas wybrał sobie owcę i ciągnie w krzaki. A tu baca jak nie zacznie rechotać. Juhas zaczerwienił się i mówi: „Baco! Obiecaliście się nie śmiać”. „Kiej ni mogę. Jak widze, żeś se najbrzydszo wybroł.”  W sprawie górali i owiec jestem niestety jak Ryan Duffy lub niewierny Tomasz. Nie zobaczę górala z owcą – nie uwierzę, choć… wszystko jest możliwe. Faktem jednak jest, że w Polsce też bywają dziwne obyczaje. Na przykład… wiejska dyskoteka. To, czego przez lata nasłuchałam się o tym, co dzieje się na zabawach w remizach i czego sama byłam świadkiem, gdy raz tam pojechałam, też może dziwić a nawet szokować. W swoim czasie zrealizowano na zlecenie HBO polski dokument zatytułowany: „Czekając na sobotę”. Ten wielokrotnie nagrodzony film Ireny i Jerzego Morawskich o nudzie na polskiej wsi (często oddalonej od Warszawy o zaledwie kilkanaście kilometrów) też jest poniekąd wstrząsający. Rzecz jest o tym, jak wieś czeka na dyskotekę. Bohaterowie filmu mówią, że sobota jest ładowaniem akumulatorów na kolejny, monotonny tydzień. Tam odstresowują się pijąc i oglądając erotyczny show. Sensem życia staje się czekanie na kolejną okazję, by to powtórzyć. Paradoksalnie oba dokumenty i o Kolumbii i osłach i o polskiej wsi są dość podobne w tym, że to, co szokuje widza, dla bohaterów dokumentu jest zupełnie normalne. Oba dokumenty pokazują, że naprawdę, co kraj to obyczaj, a to, czym jest kraj i czym jest obyczaj ma bardzo wiele znaczeń. Dla mnie innym krajem była zarówno północna Kolumbia jak i podwarszawska wieś. Panujące tam obyczaje pominę milczeniem. Jednak w świetle tego wszystkiego nie bardzo rozumiem zdziwienie faktem, że w niektórych regionach Polski dzieci biegają i mówiąc wierszyk domagają się pączków. Wielkie mi co! Mogłyby przyjść do mnie. W saskokępskiej cukierni Irena kupiłam dziś dwadzieścia… Zostało jeszcze pięć…

Gdzie byli rodzice i gdzie jest granica?

W tym miejscu był wpis, który wywołał ogromne emocje. Zdecydowałam się go usunąć. Nie. Nie dlatego, że „bohaterowie” zagrozili mi prokuraturą i policją, bo to co napisałam nie podlegało pod żaden paragraf. Grożący mi, tylko by się ośmieszyli, gdyby idąc z moim w wpisem z bloga na policję powiedzieli: „to o nas”. Nie zrobiłam tego też dlatego, że zasugerowano sprawdzenie i śledzenie o mnie wszystkich informacji. Ludzie w rozpaczy często uciekają się do szantażu. A tymi ludźmi kierowała rozpacz. Ja to rozumiem. I nie szantażowi tu ulegam, ale prośbie wychowawczyni „bohaterki”. Mam ogromny szacunek do nauczycieli, którzy potrafią rozmawiać. Są jak diamenty w koronie pełnej szkiełek. Opisana przeze mnie tutaj sprawa wstrząsnęła mną. Piszę książki dla młodzieży i o młodzieży. To co jej dotyczy, jest dla mnie ważne. Temat błądzenia, upadku, podnoszenia się z kolan jest czymś niezwykle istotnym. To, co tu poruszyłam jest też cały czas ważne społecznie. Wiem to z listów czytelników. Zacytuję tylko jeden z nich:

„Bardzo spodobał mi się tekst na temat nieszczęścia i prawdopodobnych przyczyn (…). I tu nieodmiennie dręczy mnie pytanie jak dotrzeć do rodzin, coraz mniej zajmujących się sobą, swoimi dziećmi, które miały być pociechami, które są coraz częściej niewydolne zarówno wychowawczo, emocjonalnie, psychicznie i ekonomicznie. Brakuje żywych programów edukacyjnych, napiętnowania przestępców, także tych rodzinnych, krytykowania bezmyślnych czy wyjątkowo egoistycznych, niedojrzałych zachowań, szczególnie ojców, tak zwanych głów rodziny ale i sporej części kobiet, matek, itd. Degrengolada cywilizacji, to jest określenie, które coraz częściej przychodzi mi na myśl. Zaczynam obawiać się, że coraz szerzej pleni się na powrót, po latach rozwoju społeczeństwa w kierunku poszanowania rodziny, coś, co można by określić mianem prymityzowania się i uwsteczniania w odczuwaniu szacunku, empatii, uczuć wyższych. Powraca kult niskich instynktów, przemocy (fizycznej, psychicznej, ekonomicznej), wręcz terroryzowania innych, szantażowania ich i dominacji.”

Jest stara maksyma Owidiusza, którą ja staram się kierować w swoim życiu. Dlatego o wpisie, który stąd usuwam myślałam bardzo długo zanim powstał. A i ten powstawał nie na chybcika, ale w sposób przemyślany. Ta maksyma brzmi: „Cokolwiek czynisz, mądrze czyń i patrz końca.”. Mam nadzieję, że przyswoi ją sobie dziewczyna, której postępowanie tak mną wstrząsnęło, bo przecież nadzieja umiera ostatnia!