Archiwa tagu: okulary

Jednak wolę minusy

Miałam trzy, może cztery lata, gdy rodzice, bacznie mi się przyglądając, stwierdzili, że czasem jedno oko leci mi w bok, czyli… mam zeza. Postanowili pójść ze mną do okulisty. Wtedy najlepsza w Warszawie okulistka przyjmowała w przychodni na ulicy Lwowskiej w Śródmieściu. Kamienica, w której mieściła się przychodnia była stara i bardzo piękna. Ogromne wrażenie robiła na mnie zwłaszcza klatka schodowa z pięknymi schodami i poręczami. Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszą wizytę – bardzo długo czekałam w kolejce. Wreszcie pani doktor obejrzała mnie i przepisała okulary, a także ćwiczenia korygujące zeza, na które przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie. Ćwiczenia polegały na tym, że patrzyłam w lupy specjalnego aparatu. Jednym okiem widziałam psa, a drugim budę. Ręce trzymałam na dwóch gałkach i, ruszając nimi, starałam się „wprowadzić” psa do budy. Po kilku próbach nudziło mnie to, więc pani doktor zmieniała obrazki i wtedy w jednej lupce pojawiał się pajacyk ze szmatką w prawej ręce, a w drugiej taki sam pajacyk, ale z kółkiem w lewej ręce. Moim zadaniem było zrobienie z dwóch pajacyków jednego. Takiego ze szmatką w prawej i kółkiem w lewej ręce. Te ćwiczenia najpierw wydawały mi się fajne, ale gdy co dwa tygodnie musiałam je powtarzać, męczyły. Okulary mi nie przeszkadzały, bo lepiej dzięki nim widziałam, ale dość szybko zorientowałam się, że w nich jestem inna, a dzieci nie lubią innych. Zaczęło się w przedszkolu, z którego wróciłam do domu z pytaniem, co to znaczy „okularnik”. Mama od razu domyśliła się, o co chodzi, ale chyba udawała, że nie wie, bo jej wyjaśnienie brzmiało, że jest to wąż. W encyklopedii Orgelbranda pokazała mi rysunek przedstawiający takiego węża. To mi w ogóle nie pasowało. Wąż? Ja? Na szczęście dzieci w przedszkolu po jakimś czasie przyzwyczaiły się do moich okularów. Gorzej było na wakacjach w rodzinnej miejscowości babci Konstancji, czyli w Zwierzyńcu nad Wieprzem. Tam moja daleka kuzynka nazwała mnie ślepą. Popłakałam się. Tak chciałam, by mnie polubiła. Ona miała długie, złote włosy i grzywkę zaplataną w warkoczyk i przypinaną wsuwką. Przy niej czułam się nieatrakcyjną szarą myszką. Tymczasem ona nie chciała się ze mną bawić. Jej zdaniem byłam brzydka, no i nosiłam okulary. To przekonanie o braku urody zostało mi do dziś. Na szczęście z wiekiem polubiłam okulary.

To fragment moich niepublikowanych wspomnień o tym, jak zostałam pisarką. Wspomnień opisujących moje życie do chwili, gdy skończyłam 8 lat, kiedy podjęłam życiową decyzję, że chce pisać i zaczęłam postanowienie wcielać w życie. Powyższy fragment przytoczyłam ze względu na okulary.

Od pierwszych moich okularów minęło bowiem ponad 45 lat. Przez ten czas zmieniło się wiele, także w medycynie, a co za tym idzie w okulistyce. Już wiem, że zez wynikał (i wynika) z braku obuoczności widzenia. Nie mam połączonych ze sobą w mózgu nerwów wzrokowych. Na otwieranie czaszki i grzebanie w mózgu raczej się nie zgodzę, choć z tegoż powodu wada wzroku powiększa mi się i teraz wynosi -4,5. Kilka dni temu okulistka (siostrzenica zresztą) przepisała mi recepty na okulary o mocy -4. Na mocniejsze mam je zmienić najwcześniej za pół roku. Ten brak obuoczności widzenia powoduje też, że bez okularów zezuję mocniej. Dlatego bardzo rzadko noszę szkła kontaktowe, które po prostu mnie męczą. Chyba, że… mam do nich zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Ze szkieł przeważnie korzystam na basenie, w czasie wycieczek rowerowych etc. Pewnie dlatego jakoś nigdy nie kupiłam sobie porządnych okularów przeciwsłonecznych, co z kolei powodowało, że rzadko korzystałam ze szkieł kontaktowych, bo nie lubię zezować. Teraz, przy okazji zmiany wszystkich par okularów, ponieważ na wstawienie nowych szkieł w oprawki trzeba poczekać kilka dni, więc postanowiłam zmienić także to. Korzystając z posezonowych wyprzedaży kupiłam porządne okulary przeciwsłoneczne, by móc czasem założyć szkła kontaktowe. No i… założyłam. Przyznam, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek siedziałam w szkłach kontaktowych przed laptopem, raczej jeśli już, to przed komputerem stacjonarnym. Pewnie dlatego nie miałam kłopotów z widzeniem. Tym razem okazało się, że w szkłach nie jestem w stanie obciąć sobie skórki przy paznokciach. Nie jestem też w stanie przeczytać czy napisać czegokolwiek na laptopie. Musiałam poważnie odsuwać się od monitora, a wtedy nie sięgałam dłońmi do klawiatury. Mało tego! Okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać nic na smartfonie. Była sobota, kiedy założyłam szkła. Chodzenie po ulicy super, ale… jak w nich pisać na komputerze? Pobiegłam do Rossmana po okulary do czytania. Wybrałam najtańsze o mocy +1 i okazało się, że mając szkła kontaktowe mogę dzięki nim czytać na komputerze i smartfonie. Stwierdziłam jednak, że taki zestaw będzie ostatecznością. Dlatego natychmiast wydłubałam z oczu szkła kontaktowe. Będę z nich korzystać wtedy, gdy będę wiedzieć, że przede mną wizyta w kinie lub teatrze, a nie długie pisanie.

A ponieważ droga do Rossmana wiodła przez bankomat, z którego chciałam skorzystać używając kodu blik, co z powodu szkieł kontaktowych jednak proste nie było, więc refleksję mam taką. Wolę jednak być krótkowidzem. Owszem, nie jestem w stanie oglądać bez okularów telewizji, nie mogę prowadzić samochodu, ale mogę czytać i pisać, a to dla mnie zdecydowanie najważniejsze.

Napisałam zaś to wszystko m.in. dlatego, że tyle osób namawia mnie na operację krótkowzroczności, a ja do tej pory wahałam się. Jednak po opowieści przyjaciółki, która zoperowała sobie taką wadę wzroku, a po kilku latach od operacji musiała zacząć nosić okulary do czytania oraz po moim ostatnim własnym doświadczeniu ze szkłami kontaktowymi, jednak się nie zdecyduję. Wiem dobrze, jak to jest być krótkowidzem, a teraz poznałam czym jest dalekowzroczność. I stwierdzam, że ta lepsza jest w życiu, a nie w okulistyce.

Dziękuję anonimowy wynalazco

Pisałam kiedyś o mojej stryjecznej babce – niewidomej zakonnicy, czyli Siostrze Janie. Myślę o niej często. O tym, że musiała zmierzyć się z tak strasznym kalectwem, jakim jest utrata wzroku. Ale czy naprawdę wiem, co to znaczy? Czy wiem co to jest nie widzieć nic? Czy wiem co to jest stracić wzrok? Pojechałam kiedyś z kamerą do środowiska niewidomych żeglarzy. Jeden z nich (stracił wzrok, jako nastolatek) powiedział mi, co mu się podoba w żeglarstwie. „Ja nic nie widzę. A na morzu nic nie widać. Nie ma więc tam niczego, czego mógłbym żałować, że nie widzę.” Brzmiało to zabawnie, ale ta filozofia bardzo mi się podobała. Bo jestem za tym, by żyć tak, by niczego nie żałować. Ale myślę, że trudno jest nie żałować tego, że się nie widzi, jeśli się kiedyś widziało. Świat jest przecież piękny. Często myślę o tym, jak zwiedzają go niewidomi, a przeciecz też to robią. Jak rozróżniają np. Wenecję od Rzymu?

Mam znajomą, która na skutek alergii i źle podanego leku straciła wzrok. Doszło u niej do zwyrodnienia rogówki. Musiała przewartościować i kompletnie zmienić swoje życie. Studiowała historię sztuki. Jak pisać czy mówić o sztuce, skoro jej się prawie nie widzi? Zaczęła pisać o ludziach. Jedna z moich kuzynek też jest prawie niewidoma. U niej rzecz nie w aparacie wzrokowym, ale w naczyniach nerwowych. Od dłuższego czasu walczy zresztą z depresją spowodowaną utratą wzroku i tym, że jest niemal całkowicie zależna od rodziny. I tak myślę często, jakie to trudne żyć bez oczu lub z tak słabymi, że prawie ich nie ma. Jak bardzo jest to trudne, gdy wcześniej się widziało. Co będzie ze mną, gdy ja ten wzrok stracę? Nie jest to wcale takie niemożliwe. Pogarsza mi się on z roku na rok. I martwię się tym, ale na razie lekarze są zdania, że w moim przypadku, kiedy sprawa tyczy połączeń nerwowych, a ja nie mam obuoczności widzenia, to nawet laserowa korekcja jest niewskazana.

Piszę o tym, bo dziś miałam przedsmak swojej prawdopodobnej i przyszłej ślepoty. Wszystko dlatego, że zgubiłam w domu okulary. Nie byłam Hilarym z wiersza Juliana Tuwima. Tym, który szukał okularów i chciał wzywać milicję, a na końcu… „okazało się, że je miał na własnym nosie.” Przyznam, że okulary gubię minimum raz dziennie. Zawsze je znajduję, ale nigdy na nosie ani też na czole. Zawsze gdzieś położę i… nie pamiętam gdzie. Niespecjalnie się tym zresztą przejmuję, bo mam dwie pary plus trzecią przeciwsłonecznych. Niestety wczoraj w jednej z par złamało się uszko. Oprawka trafiła więc do naprawy, a ja zostałam z drugą parą okularów i z przeciwsłonecznymi, ale w domu korzystanie z nich nie jest zbyt wygodne. Okulary gubię przeważnie dlatego, że jestem krótkowidzem z dość dużą wadą wzroku. Są jednak czynności, które wykonuję bez okularów. Mam na myśli czytanie, pisanie ręczne i np. manicure. Dziś właśnie ten manicure mnie zgubił. Odwiozłam rano Panicza Syna na maturę. Wróciłam do domu i postanowiłam wziąć kąpiel i zrobić manicure. Byłam zakręcona, zmęczona i… więcej grzechów nie pamiętam. Wiem, że gdy wyszłam z wanny, okularów nie było nigdzie! Szukanie zajęło mi i Ulubionemu ponad dwie godziny! Po godzinie zaczęłam się poważnie denerwować, a po półtorej zaczął się u mnie atak paniki! Zastanawiałam się, jak wyjdę do pracy. Na dodatek miałam odstawić samochód na wymianę opon, uzupełnienie płynów itd. Jak to zrobię bez okularów? Przecież nie wsiądę za kierownicę ślepa, bo to niebezpieczniejsze niż gdybym była pijana! Przez głowę przelatywały mi dziesiątki myśli. Koniec końców okulary się znalazły! W miejscu, w którym nigdy bym się ich nie spodziewała, czyli w szufladzie łóżka. Najpewniej zsunęły się pod materac i szparami między stelażem zsunęły się do środka. Ale cały dzień myślę o tym, jakie to szczęście, że ktoś kiedyś wynalazł okulary. Wielka szkoda, że nieznane jest jego imię i nazwisko. Ale to był jeden z największych dobrodziejów ludzkości. I dziękuję mu, bo gdyby nie on, nie mogłabym napisać tego tekstu, a jeśli już, to zrobiłabym to cztery razy dłużej.

Pan Hilary pod opieką rodziców

Pisałam kiedyś, że nie specjalnie lubię nosić szkła kontaktowe. Zdecydowanie wolę okulary. Dziś rano musiałam jednak założyć szkła. Po prostu czesząc się niechcący zrzuciłam okulary z nosa na podłogę i… przepadły jak kamień w wodę. Bez nich jestem ślepa, więc znaleźć cokolwiek na podłodze było mi trudno. 7.30, a ja… ślepa, jak kret. Budzić syna było mi żal, bo to niedziela. Niech śpi. Przez chwilę myślałam o sąsiedzie, którego wracającego skądś słyszałam na schodach. Było mi jednak głupio iść i prosić go o pomoc. No bo jakby to wyglądało? Sąsiadka w szlafroku zaprasza do sypialni i mówi, że okularów znaleźć nie może? Przecież to nie igła w stogu siana! A ja nie pan Hilary, skoro wiem, że są gdzieś na podłodze. Co by sobie ten sąsiad pomyślał? Zdecydowałam się więc na szkła kontaktowe. Włożyłam i… jak tylko „przejrzałam na oczy”, od razu znalazłam okulary. Leżały na ziemi koło kabla od telewizora. Wcześniej wzięłam je za pętlę tego właśnie kabla.
W każdym razie w szaklach kontaktowych wybrałam się na Powązki do rodziców i…zahaczywszy obcasem o korzeń wystający z ziemi na środku alejki, wyrżnęłam jak długa tuż przed ich grobem. Gdybym miała na nosie okulary z pewnością bym je zbiła. Już wiem, czemu rano mi spadły… Rodzice czuwali, żebym na cmentarz przyszła bez nich.
Oczywiście powyższe należy traktować, jak żart…, ale… coś w tym jest.
PS. Po dzisiejszej emisji reportażu o Cmentarzu Łyczakowskim „Muzeum pod gołym niebem” i pierwszym odcinku „Detektywa warszawskiego” dostałam mnóstwo telefonów i sms’ów. Ubawił mnie jeden. „Pani twórczość pozwoliła mi uwierzyć w misyjność TVP”. To brzmi, jakbym zrobiła jakąś ramotę… a chyba tak nie było…