Archiwa tagu: Pan Samochodzik

Zamieszanie, czyli jak sfotografować „megankę”?

Przed premierą monodramu wpadliśmy w taką fazę, że w domu nic kompletnie nie jest sprzątnięte. Codziennie pocieszam się więc powiedzonkiem, że „nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania”. O! sądząc po naszym – na pewno nie jestem nudna. Powyjmowane z szaf książki piętrzą się na wszystkich możliwych meblach. Gabinet wygląda tak, jakby przeszła przez niego nawałnica. Dowody poniżej.

W tym zamieszaniu, przygotowaniach i tak dalej… trafił mi się do napisania tekst, a właściwie dwa. Oba motoryzacyjne. Jeden to reportaż z dowolnego prywatnego salonu Peugeot na zamówienie zresztą Peugeot Francja. Drugi to tzw. „babski test” (ze zdjęciami) najnowszej „meganki”, czyli Renault Mégane III.  Dla potrzeb reportażu w zeszły piątek dostałam „megankę” w używanie na ponad tydzień. (Jutro o świcie zwracam). Jednak w moim życiu nic nie może być proste. Najpierw były „schody” z salonami peugeota. Choć reportaż może być dla nich szansą na zaprezentowanie się przed francuskim koncernem, którego autami handlują, dealerzy nie byli skłonni wpuścić mnie w swoje podwoje.  Szukałam najpierw w okolicach Warszawy, potem na terenie Mazowsza. Na próżno. Czego to ja się nie nasłuchałam od osób odbierających w salonach telefony! A ilu z nich było po prostu nieprzyjemnych? Wreszcie… udało się! W Lublinie. Umówiłam się na wtorek przed Bożym Ciałem. Wcześniej miałam ambitny plan pojechania autem na sesje fotograficzną w plener. Niestety… w sobotę okazało się, że na Stadionie Narodowym odbywa się „Orange Warsaw Festiwal” i… Saska Kępa zamknięta! Wyjechałam autem rano w sprawach monodramu i gdy podjechałam około 14-tej pod dom, to był to ostatni moment, by móc tu zostać. Godzinę później blokowano już Saską Kępę przed obcymi samochodami, a „meganka”, choć w moim użytkowaniu, to jednak obca. Nie ma znaczka „Saska Kępa” i mieć nie będzie. Dlatego gdybym nią wyjechała z posesji, wrócić mogłabym dopiero po 22-giej. Podobnie było w niedzielę, kiedy na dodatek pogoda nie sprzyjała żadnym plenerowym sesjom fotograficznym. Obydwa dni Ulubiony spędził niemal od rana do nocy na próbach. Ja na pisaniu. Wprawdzie w niedzielę wyjechałam „meganką” na test, jak auto sprawuje się na deszczu, pojechałam do mamy na cmentarz, a nawet podjechałam po Ulubionego na próbę, by zabrać i jego i rekwizyty, które następnie on sam w domu szykował do próby medialnej. Jednak wrócić z rekwizytami do domu mogliśmy dopiero po odblokowaniu Kępy po koncertach, czyli po 22-giej. A ze względu na pogodę nawet nie wyjmowałam aparatu.

W poniedziałek „użerałam się” z pisaniną, korkami itd. Jaka była pogoda? Niestety fuj!

Nadszedł wtorek. Była szansa na sesję w plenerze, bo pędziłam „meganką” prawie 160 kilometrów w jedną stronę, czyli do Lublina na reportaż. Wróciłam wieczorem. Ponieważ po drodze natknęłam się dwukrotnie na ulewę i burzę, więc… z sesji fotograficznej „meganki” w szczerym polu – wyszły nici. Cyknęłam parę zdjęć przed moim ulubionym zajazdem „Cegielnia”. Niestety auto było już po deszczu i błocie, więc dość brudne.

W środę „meganka” grzecznie postała wraz ze mną w korkach. W planie miałam: zwrot zasilacza, który nie pasował do klawiszy, odebranie plakatów, a przez Ulubionego bonżurki do spektaklu, którą dzięki uprzejmości Pana Romana Zaczkiewicza, dostawcy materiału, uszył Pan krawiec Piotr Kamiński. Miałam też zatwierdzić program teatralny. No i rozwieźć plakaty oraz ulotki naszym sponsorom.  Czułam więc, ze sesja samochodu może nie wypalić. Miałam rację. Oto w trakcie jazdy z jednego miejsca w drugie (już nie pamiętam skąd dokąd, bo tyle wtedy po mieście się nakręciłam, że szok!) okazało się, że monodram dostał honorowy patronat Marszałka Województwa Mazowieckiego. Plakaty i ulotki już miałam w ręku – bez marszałkowskiego logo. Pieniędzy na ponowny druk – brak. To co dostałam od przyjaciół poszło na baner, który był już w druku (tez bez marszłakowskiego logo), no i na dodruk ulotek. Drukarnia, która wydrukowała plakaty na zasadzie barteru zaproponowała druk większej ilości ulotek, ale już za pieniądze. Zgodziliśmy się. Tak więc kasa się rozeszła. Zwłaszcza, że karnie zapłaciłam pierwszą ratę za wynajem sali do prób. Tak więc z tzw. wolnych mocy przerobowych został nam już tylko program teatralny (jeszcze nie dojechałam zatwierdzać), no i blog stworzony dla potrzeb monodramu. Dzwonię więc do Urzędu Marszałkowskiego i mówię, jak mają się sprawy. Na szczęście Pani w Urzędzie powiedziała, że doskonale to rozumie, że może być program teatralny i blog, a plakaty i ulotki będą miały logo jeśli będzie kiedyko0lwiek dodruk. Cóż… program teatralny miał być właśnie słany do druku, a ja miałam go tylko zatwierdzić. Planowałam to zrobić po rozwiezieniu plakatów i ulotek po śródmieściu i odwiezieniu do zwrotu zasilacza. Musiałam wszystko rzucać. Zrezygnowałam z rozwożenia ulotek i plakatów. Pojechałam tylko oddać ten czortowski zasilacz. Zwrot tego „ustrojstwa” trwał pół godziny (sic!) musiałam podpisać kilka dokumentów, szczegółowo opisać, czemu zwracam zasilacz i tak dalej…   Potem pędziłam przez miasto niemal na złamanie karku do wydawnictwa. Chodziło o to, by stronę programu z herbem Marszałka przesłać do zatwierdzenia do urzędu, zanim urząd skończy pracę. Była przecież środa przed długim weekendem. Ulubiony, ponieważ fizycznie nie ma prawa jazdy, więc biegał po mieście na piechotę i tramwajami z bonżurką w ręku. Około 19-tej wróciłam do domu. Byłam skonana, a na dodatek miałam pisaninę i nie nadawałam się do fotografowania auta.
Nadeszło Boże Ciało…  Wymieniać dalej? Zawiozłam Ulubionego na próbę. Miałam nienapisany reportaż, który postanowiłam napisać u przyjaciół na działce pod Sochaczewem. Po drodze sfotografuję „megankę” – pomyślałam optymistycznie. Nic mi z tego nie wyszło. Nawet nie tyle przez pogodę ile przez zwykły, ludzki strach… oto cała drogę między Warszawą a Łazami mijałam pijanych na piechotę lub na rowerach, bo przecież w katolickim kraju, jak jest święto kościelne trzeba się po prostu zalać do nieprzytomności i potem niepewnym krokiem łazić wzdłuż szosy, przechylając co chwila nie w stronę pobocza, czy rowu, ale w stroną jadących aut. Tak więc jechałam nie przekraczając prędkości 50 km/h… Gdy dojechałam na miejsce – oczywiście lunęło! Znów z sesji nici. Wracałam w deszczu… ale… zaczęło się powoli przejaśniać. Szosa pusta, (zalani pewnie jedzą lub śpią) więc powiało optymizmem. Może gdzieś po drodze, na przykład koło Zaborowa, tam tak ładnie, stanę na małą sesję… Niestety…. Po przejechaniu 10 kilometrów natknęłam się na wypadek. Ciała na poboczu, ciała na środku drogi, straż pożarna, policja, pogotowie. Policja zarządziła objazdy. Objazdy takie, że auto ubłociłam… To nie natchnęło mnie artystycznie. Blada jak ściana ze strachu, bo widok wypadku straszny, plus zła jak osa, bo z fotografowania nici – wróciłam do domu.

W piątek była próba medialna, odbiór banneru i kręcenie demo spektaklu, więc wszyscy troje padliśmy równo – z reżyserką włącznie. Gdy pod wieczór wylądowaliśmy na Targowej pod wiaduktem w wietnamskim barze na jedzeniu, byliśmy nieprzytomni. I tylko humor poprawił nam widok plakatu spektaklu, zawieszonego na drzwiach sklepu z czapkami, przez niezawodna panią Cieszkowską – naszą sponsorkę. W końcu to jej czapkę nosi postać, którą gra Ulubiony.

W sobotę walczyłam z internetem i stronami, które się posypały. Praca nad naprawieniem tego, co zepsułam zabrała mi pół dnia. Gdy skończyłam była 19-ta. „Meganki” nawet nie tknęłam. Nie tylko, jako modelki, ale nawet, jako pojazdu. Zresztą tez padało. Może dziś… Nie… jakie „może”? Muszę dziś… przecież jutro ją zwracam… W sumie niestety. Owszem, jestem typem kolegi Bigosa z Pana Samochodzika, który wehikuł kopnął pogardliwie w oponę i powiedział: „Zabawny wozik. Byle się toczył”. Przyznam jednak, że „meganka”, którą dostałam do testu, to naprawdę fajny samochód. Choć nie na takie miasto, jak Warszawa. Parkować nim jest niezwykle trudno, bo po prostu nie ma gdzie. Ale to wszystko opiszę w „babskim teście”, a nie na blogu. No nic! Idę na sesję! Najpierw jednak chyba do myjni….

Całusy w czoło, kawa i zatrzaśnięte drzwi, czyli uśmiech Nienackiego

W drugim dniu zlotu fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego postanowiliśmy wraz ze starszymi dziś o prawie 40 lat odtwórcami ról harcerzy w kultowym serialu „Samochodzik i Templariusze”  odwiedzić miejsca związane z planem filmowym. Zaczęliśmy od…  Okonina, czyli filmowego Kortumowa. Wraz z nami pojechali Stefan Niemierowski (w filmie „Doktorek”) oraz  Roman Mosior (w filmie„Sokole oko”). Okonin przywitał nas słońcem. Kościół wprawdzie był zamknięty, ale mogliśmy zajrzeć do wnętrza przez kratę i wysłuchać opowieści o tym, że chrzcielnica, której podstawa się przesuwała była zrobiona z gipsu. Wejście do podziemia zrobiono w hali filmowej w Łodzi. Zaś za samą komnatę, w której z głodu i pragnienia umarł chłop, przez co w kościele słychać było jęki duszy potępionej, służyła jedna z piwnicznych sal zamku w Radzyniu Chełmińskim. „Doktorek” i „Sokole oko” wspominali kręcenie sceny, w której Stanisław Milski, grający kościelnego macał się po kieszeniach, a grająca gospodynię księdza Irena Skwierczyńska utyskiwała, że też musi się zawsze trafić kościelny pijak. I wtedy Milski wyciągał z kieszeni buteleczkę. 
Obaj panowie wspominali, że urodzony jeszcze w XIX wieku Stanisław Milski bardzo pomagał im na planie. 

Stefan Niemierowski (Doktorek), Roman Mosior (Sokole Oko) i Tomasz Samosionek (Długi ozór)

W odległym zaledwie o kilka kilometrów Radzyniu Chełmińskim spotkaliśmy… Tomka Samosionka (w filmie „Długi ozór”), który pokazywał zamek rodzinie. Cała trójka wzbudziła wśród siedzących w restauracji osób niemałą sensację, bo film „Samochodzik i templariusze” był jedyną produkcją filmową, która powstawała w tym miasteczku i mieszkańcy do dziś wspominają lato 1971 roku. 40 lat temu ekipa filmowa spędziła tu prawie trzy miesiące, a radzynianie mieli ogromną frajdę i… zarobek. Umiejscowiona na wprost zamku restauracja pełniła wówczas wiele funkcji. Tu były garderoby, charakteryzatornie i podręczna montażownia. Tomek, czyli „Długi ozór” niestety musiał jechać, ale… reszta nas – w tym „Doktorek” i „Sokole Oko” – zostaliśmy na miejscu na obiad, umilając czas oglądaniem fotografii z planu filmowego, których całe pudełko przywiózł ze sobą Romek. Wiele z tych fotografii pokazywało życie chłopców poza planem. Zgodnie z przepisami pracowali bowiem tylko 8 godzin dziennie, a resztę mieli spędzać ucząc się i odpoczywając. Na zdjęciach sporo było ich rówieśników, którzy gromadnie przychodzili na plan filmowy. Usłyszeliśmy opowieści o wspólnie rozgrywanych meczach piłki nożnej, a także o tym, że tu mieli swoje sympatie, który przybiegały na plan. Na prezentowanych nam zdjęciach uśmiechały się wesołe jedenasto-, a może dwunastoletnie dziewczynki. Zarówno Romek, jak i Stefan byli ciekawi jak wygląda dziś dom, w którym wtedy mieszkali, a także… jak wyglądają dziewczyny, z którymi przyrzekali sobie dozgonną miłość. 
Siedzieliśmy właśnie w restauracji, gdy próbowali przypomnieć sobie ich nazwiska. Wtedy nadszedł pan, który właśnie wydawał za mąż córkę. Okazało się, że wtedy mieszkał w Radzyniu, miał 21 lat i… znał osoby ze zdjęć. Podał nam kilka adresów. Romek musiał niestety jechać do Wrocławia do mamy, której miał przekazać pozdrowienia od pozostałych „harcerzy”. Przecież znała ich wszystkich. Wraz z nimi spędziła wtedy w Radzyniu trzy miesiące. Z dawnej ekipy aktorskiej na placu boju w Radzyniu został więc już tylko Stefan Niemierowski (czyli „Doktorek”). To on postanowił, jako delegat filmu „Samochodzik i Templariusze” na Radzyń Chełmiński pokazać nam miejsca związane z filmem i odwiedzić znajomych sprzed 40 lat. Ruszyliśmy za nim, jako dokumentaliści. 


Stefan Niemierowski (Doktorek) pierwszy raz od 40 lat na wieży zamku w Radzyniu Chełmińskim

Najpierw poszliśmy na zamek. Od razu wyszło na jaw, że znaki templariuszy, które namalowane zostały dla potrzeb filmu i do dziś widnieją na murach Stefan zapamiętał, ale… był przekonany, że tkwiły na zupełnie innej ścianie. Pokazał nam też miejsce, w którym 40 lat temu wszyscy chłopcy poznali swoje radzyńskie sympatie. Po wejściu na wieżę stwierdził, że Radzyń, gdy patrzy się na niego z góry, niewiele się zmienił. Owszem, wyrosło parę domów, ale zdaniem Stefana to cały czas to samo miasteczko. Z boiskiem piłkarskim na podzamczu i restauracją z tyłu tuż przy głównej szosie.

Czterdzieści lat temu najmłodsi aktorzy wraz z rodzicami mieszkali na ulicy Sady. Jedziemy tam kilkoma samochodami. Dom, w którym kwaterowali zmienił się od tamtej pory. Przede wszystkim ma nowego właściciela i… przestał być parterowym domkiem. Ulica też się trochę zmieniła. 
W sklepie spożywczym zasięgamy języka i poznawszy dokładny adres… idziemy odwiedzić pierwszą sympatię – Gabrysię. Stefan z bijącym sercem staje przed drzwiami. Otwiera mu młoda dziewczyna, która wygląda na córkę. Stefan pyta o mamę i… po chwili staje przed nim Gabrysia. Starsza o 40 lat, zaskoczona nagłym pojawieniem się Stefana mówi, że nie jest przygotowana, że trzeba się zapowiadać, umówić i tak dalej. Stefan przeprasza, żegna się, wychodzi i stwierdza, że czar prysł. Łatwo Gabrysi (dziś pani Gabrieli) mówić o umawianiu się. Przecież jeszcze godzinę temu nikt z chłopców nie pamiętał jej nazwiska. Jak więc mieszkający na stałe w Belgii Stefan miał się umawiać i zapowiadać? Pisać list adresując „Gabrysia z Radzynia”, wiek około 50 lat? Nikt z nas jednak nie ma do pani Gabrysi pretensji. Zdajemy sobie sprawę, że nagłe pojawienie się obcego faceta i powoływanie na znajomość z dzieciństwa może wywołać szok. Jednak wszystkich nas to oczywiście bardzo śmieszy. 
Idziemy towarzyszyć Stefanowi w poszukiwaniu Krysi i… trafiamy na ostatnie piętro bloku na sąsiednim podwórku. Otwiera nam ubrana w biały szlafrok pani z wesołymi ognikami w oczach. Jest zaskoczona nie mniej niż pani Gabriela, ale… mówi rzeczowo: 
- Przyjdźcie na kawę za pół godziny tylko się ogarnę. 
Tłumaczymy, że nas sporo, ale pani Krysia jest niczym niezrażona. Mówi, że naczyń ci u niej dostatek. Te pół godziny wykorzystujemy na wizytę na cmentarzu, gdzie kręcona była scena z okupem. Grób z aniołkami stoi tak, jak na filmie. Przy okazji znów wychodzi na jaw jakie figle płata pamięć ludzka. Stefan cmentarz zapamiętał zupełnie inaczej niż w rzeczywistości to wygląda, ale cóż… podobnie było z zamkiem i znakami templariuszy. 
Mamy jeszcze chwilę, więc trafiamy do domu, gdzie mieszka pan, który 40 lat temu uczył chłopców. Zgodnie z przepisami grająca w filmie młodzież nie mogła „zarywać” szkoły i tak Stefan, Romek i Tomek uczęszczali do szkoły, a ich nauczycielem był pan Ziemowit. Niestety nie otwiera drzwi, nie reaguje na wołania i ignoruje nawet prośby sąsiadów, których wzywamy na pomoc. Pół godziny minęło, więc wracamy do pani Krysi. Próba kupna kwiatów spełza na niczym. Nie możemy znaleźć kwiaciarni, więc wpadam na pomysł kupna bombonierki. Stefan wybiera wiśnie w czekoladzie w pudle z różą i… wędrujemy na ostatnie piętro. W malutkim jednopokojowym mieszkanku lądujemy w kilkanaście osób. Pani Krysia dzielnie stawia czoła takiej hordzie gości. Przyniesiony z kuchni stół powoli zapełnia się filiżankami z kawą i herbatą i… zaczynają się wspominki. Urodziny Tomka, podczas których zrobione były zdjęcia. Babcia Tomka, która najwyraźniej musiała być nietuzinkową osobą, bo jak wspominają wszyscy raz została wyproszona z planu przez reżysera – tak przeszkadzała w nagraniu. 
- Jakie papierosy paliliśmy? – pyta Stefan.
- Chyba „płaskie” – odpowiada Krysia. 
- Mama Romka takie paliła.
- Bo to chyba jej podkradaliście. 
I tak od wspomnień przez rozmowy, co u kogo, przechodzimy do… pożegnania, bo wszystko co dobre i miłe musi się niestety skończyć. Krysia podpowiada nam, jak dotrzeć do pana Ziemowita. Mówi w której wsi mieszka jego córka. Jej mąż jest tam sołtysem. W kilka samochodów ruszamy w drogę i po kilku minutach stajemy przed wielkim murowanym domem. Na miejscu dowiadujemy się, że pan Ziemowit jest po wylewie i obcych nie wpuszcza. Córka z wnuczką śmieją się z nas i obiecują zaanonsować tacie i dziadkowi w jednej osobie nasze przybycie. Za kilka minut pan Ziemowit ma specjalnie dla Stefana wyjść przed blok. Gdy podjeżdżamy na miejsce już na nas czeka. Starszy, wysoki i szczupły, siwy pan z laską całuje nas WSZYSTKICH w czoła, bo jak mówi to gest przyjaźni i powitania, jakiego nauczyła go mama. Jest niezwykle wzruszony. Prosi tylko o niepublikowanie nigdzie zdjęć. Pamięta wszystkich trzech grających w serialu chłopców, ich nazwiska i towarzyszących im opiekunów. Przez chwilę rozmawia o czymś tylko ze Stefanem, który wspomina jego wiedzę o Radzyniu, herbarz, z którego czerpał informacje o pochodzeniu swojej rodziny. To niesamowita scena. Niestety jest już późno i musimy się żegnać. Czas wracać do domów.


Stefan Niemierowski (Doktorek), Roman Mosior (Sokole Oko) i Tomasz Samosionek (Długi ozór) w 1971 roku

Wraz z moim synem zabieramy Stefana do naszego auta i wieziemy do Łodzi. To rodzinne miasto nie tylko Stefana, ale i… Nienackiego. Po drodze rozmawiamy między innymi o tym, co dziś było normalne, a co nie? Co było absurdalne? I dochodzimy do wniosku, że paradoksalnie normalne było zachowanie Gabrysi a absurdalne Krysi. Normalne, że Gabrysia nie wpuściła bandy ludzi do domu, a nienormalne, że Krysia wpuściła, ale tak jesteśmy jej wdzięczni za tę absurdalną nienormalność i cudowne popołudnie. No i pewni jesteśmy, że teraz to i Gabrysia żałuje, że nie otworzyła szerzej swoich drzwi. Na pewno wraz z Krysią spotkały się w sklepie. Teraz już wie, że to była niewinna wizyta po latach. Wizyta wspomnieniowa delegata z filmu „Samochodzik i templariusze” na Radzyń Chełmiński, któremu towarzyszyła całkiem pokaźna banda fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego. Sam pisarz pewnie gdzieś tam z zaświatów uśmiechał się do nas wszystkich. W końcu wiemy, że miał ogromne poczucie humoru. A może to wszystko to był jego figiel?

Absolutne posłuszeństwo

Raz do roku w Jerzwałdzie nie jest może tak ciekawie, jak raz do roku w Skiroławkach, bo krócej, ale… nie bez emocji. Tegoroczny zlot fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego odbywa się pod hasłem „absolutne posłuszeństwo”. Dlaczego? To przysięga, jaką złożyło trzech harcerzy, których zabrał ze sobą na wakacje pan Samochodzik w serialu „Samochodzik i templariusze” nakręconym 40 lat temu przez Huberta Drapellę. Scenariusz do serialu napisał sam Nienacki. Ponieważ drugim kierownikiem produkcji była jego żona, więc odwiedził raz plan filmowy. Wiemy o tym z ust… samych harcerzy. W tym roku bowiem na nasz zjazd (dzięki zawziętości Alexa) udało się ściągnąć wszystkich trzech, a nie było to proste, bo nie wszyscy mieszkają w Polsce. I tak na spotkanie przybyli: „Długi Ozór”, czyli Tomasz Samosionek; „Doktorek”, czyli Stefan Niemierowski (z Belgii) oraz „Sokole Oko”, czyli Roman Mosior (z Niemiec). Czego dowiedzieliśmy się?
Przede wszystkim tego, jak dostali się do serialu. Wszyscy przechodzili zdjęcia próbne, które dziś nazywa się castingiem. Zdjęcia odbywały się w Łodzi i do końca nie było wiadomo, kto zagra Pana Samochodzika. Mówiło się o Janie Machulskim, który przecież grał pana Tomasza w „Wyspie złoczyńców” Stanisława Jędryki. Chłopcy podczas tych zdjęć próbnych ćwiczyli z różnymi „Panami Samochodzikami”.
Zdjęcia do filmu trwały trzy miesiące, w czasie których chłopcy grali, ale też bawili się i… na planie filmowym chodzili do szkoły. Mieli dwóch nauczycieli, z którymi przerabiali cały szkolny materiał. Dla nich dzień zdjęciowy zgodnie z przepisami mógł trwać tylko osiem godzin.
Mieszkali w Radzyniu chełmińskim na prywatnych kwaterach. Na planie towarzyszyła im opieka. Stefanowi mama na zmianę z tatą, Romkowi mama, a Tomkowi babcia. W czasie słynnej sceny, gdy wehikuł zaczął tonąć obie mamy zemdlały. Trzeźwość umysłu zachowała tylko babcia, która myślała, że to część scenariusza. Zemdlała później, gdy uratowany z opresji Tomek machał do niej z kajaka krzycząc: „Ahoj babcia!”, bo jak nam tłumaczył po latach: „Na wodzie zawsze krzyczy się Ahoj!”. A babcia dopiero wtedy dowiedziała się, że nieumiejący pływać wnuczek był o włos od śmierci.
Przyznali się, że wzbudzali sensację wśród miejscowych dziewczyn, które gromadnie przychodziły do nich na plan, jako do „słynnych filmowców”.
Przyznali się też do palenia papierosów w krzakach w chwilach wolnych od pracy na planie.


Stefan Niemierowski (Doktorek), Stanisław Mikulski (Pan Samochodzik),
Roman Mosior (Sokole Oko) i Tomasz Samosionek (Długi ozór)

W połowie spotkania zawitał do „swoich chłopców” ich dawny opiekun i „Pan Samochodzik”, czyli… Stanisław Mikulski. Niestety rozpoznał tylko „Długiego ozora”. Pozostałych chłopców pomylił, co zwalił na fakt, że 40 lat temu „Doktorek”, czyli Stefan nie miał wąsów. „Długi ozór”, czyli Tomek zauważył, że… 15 lat temu spotkał pana Stanisława, powiedzieli sobie „dzień dobry”, ale Tomek nie został rozpoznany.
Cała czwórka znów wspominała zatonięcie wehikułu i fakt, że został wyciągnięty z mulistego dna dopiero po kilku dniach.
Stefan przypomniał, że zatoniecie było zresztą wypowiedzianym niechcący niezbyt pobożnym życzeniem Michała Szewczyka, który dzień przed ostatnim klapsem na planie filmowym miał urodziny lub imieniny. Po którymś tam toaście powiedział: „Jedźcie i się potopcie”. Nie myśląc, że wypowiada to w złą godzinę. Ale może wehikuł zatonął, bo chłopcy obiecali absolutne posłuszeństwo? Wprawdzie panu Samochodzikowi, ale… on, gdy padło to pobożne życzenie – nie zaprotestował!
Dziś wraz ze Stefanem i Romkiem (Tomek nie może) jedziemy do Okonina i Radzynia chełmińskiego. Mają nam pokazać miejsca, w których mieszkali, bawili się i spędzali czas wtedy, gdy 40 lat temu grali w najlepszej ekranizacji książki o Panu Samochodziku.

I znów Pan Samochodzik

Tak, tak… jak co roku jadę do Jerzwałdu. Jutro raniutko wyruszam na zlot fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego. Powinnam była być tam już od czwartku, ale sprawy osobiste zatrzymały mnie w Warszawie. Jednak całym sercem wyrywam się na zlot. Z serii książek o Panu Samochodziku autorstwa Zbigniewa Nienackiego najmocniej wryło mi się w pamięć zdanie: „moje serce jest tam gdzie przygoda”. Mam nadzieję, że tegoroczny zlot będzie obfitował w przygody. Zwłaszcza, że będziemy mieli specjalnego gościa. Kogo? O tym cicho sza. Najpierw muszę dojechać do Jerzwałdu.
P.S. to będzie mój drugi zlot w cieniu jakichś wyborów. Wyjątkowo niefajna sprawa. Polityka potrafi wiele rzeczy zepsuć.

Szewc bez butów chodzi…

Takie stare powiedzenie przypomniało mi się wczoraj, a to za sprawą programu w TVP Kultura zatytułowanego „Rozmowy Jerzego Sosnowskiego”, którego miałam przyjemność być gościem. Nagranie miało miejsce w zeszłym tygodniu. Emisja wczoraj w nocy o 22:35 (a druga o 02:35). Tak się złożyło, że wczoraj o 22:30 miałam jeszcze montaż.
Nie należę do osób, które słuchają ze sobą wywiadów, oglądają się na ekranie itp.. Przyznam nawet, że rzadko oglądam swoje materiały na emisji w „Telewizyjnym Kurierze Warszawskim”, bo jakoś mi głupio. Tu jednak rzecz dotyczyła nie wywiadu ze mną o moich książkach. To była rozmowa o Zbigniewie Nienackim, a ja zostałam zaproszona, jako „ekspert”, choć wolę określenie Nienackofan. I właśnie z tego powodu, że mówiłam nie o sobie, a o pisarzu, którego twórczość bardzo cenię, choć postać uważam za kontrowersyjną, chciałam nagranie zobaczyć na emisji. Czy nie palnęłam czegoś?
Jednak w mojej redakcji o tej porze dnia okazało się to po prostu niemożliwe. Telewizory w pokojach wydań programu „Kultura” nie odbierają. W studiu emisyjnym też nie odbiera go żaden monitor, bo przecież nasze studio TVP INFO emituje swój program, a nie inny. Wszelkie pozostałe pomieszczenia, w których są telewizory o tej porze dnia są zamknięte. Tak więc wróciłam na montaż. Oczywiście po emisji znajomi słali emaile i SMS-y a komentarze ich były różne, bo jak mówi stare powiedzonko: „gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie”. Ale wszyscy dziwili się, że tego nie widziałam. Cóż… nie na darmo mówi się też, że „szewc bez butów chodzi”.

Prawie, jak Niesamowity Dwór, czyli słówko o tym, co wiemy o wolnomularstwie

Zastanawiałam się ostatnio nad tym, jak niewiele wiemy o masonach. Coś tam niby dzwoni nam w uchu, ale nie do końca. Większość ludzi kompletnie nie ma pojęcia kim byli wolnomularze. Nie ma tez pojęcia kto należał do loży masońskich itd. Myślałam o tym kilka tygodni temu, gdy przytrafiła mi się zabawna rozmowa z pewnym snobem mitomanem, ale i wczoraj, gdy o poranku wędrowałam po parku wokół pałacu w Dobrzycy. Powinnam zacząć od historii snoba mitomana, ale zacznę od parku, który pchnął mnie znów w objęcia Pana Samochodzika. Jak to?

Chyba już wiem, co czuł Pan Samochodzik, gdy w Janówce chodził po parku wokół niesamowitego dworu. Dobrzyca bardzo mi się skojarzyła z Janówką. Nocowałam wczoraj w pałacu, a konkretnie w przypałacowym hoteliku. Hotelik, jak hotelik, skromny. Za to park…. przebogaty. Rano byłam umówiona w biurze pałacowym o ósmej. Opuściłam jednak swój pokoik znacznie wcześniej, by zwiedzić park. Bardzo pasował mi do mojego wyobrażenia parku z „Niesamowitego dworu”. Wprawdzie stojący w nim pałac nie jest dworem, a i w swoim planie nie przypomina budowli, którą opisał Nienacki, ale sam fakt, że jego pierwszy właściciel Augustyn Gorzeński miał związki z masonerią, a symbolika architektoniczna pałacu i parku nawiązuje do tradycji wolnomularskich, sprawiają, że czułam się tam trochę jak w otoczeniu dworu w Janówce.

Pałac w Dobrzycy wybudował w latach 1798-1799 Stanisław Zawadzki dla adiutanta i szefa kancelarii wojskowej króla Stanisława Augusta, generała Augustyna Gorzeńskiego.
Jak to jest z tą symboliką pałacu? Zacznijmy od tego, ze budynek składa się z dwóch nierównej wielkości skrzydeł, które swoim planem przypominają literę L (a co za tym idzie węgielnicę masońską). Wejście do pałacu to czterokolumnowy portyk toskański, który ozdobiono cytatem z Horacego „Ille terrarum mihi praeter omnes angulus ridet” (co po łacinie oznacza: „ten zakątek na ziemi milszy mi ponad wszystko”), a ponieważ łacińskie słowo angulus oznacza oprócz zakątka również węgielnicę, jeden z symboli wolnomularskich, więc jasne jest, że kręcimy się wokół czegoś, na kształt loży… Gdzie w Dobrzycy spotykali się wolnomularze? Funkcje loży masońskiej pełnił tu stojący niedaleko pałacu Panteon zbudowany na kształt Panteonu rzymskiego. 

Tak więc wszystko nie tak, jak w książce o Panu Samochodziku, ale… jest ten park czymś w moim pojęciu łączącym fikcję z rzeczywistością. Park jesienią przypomina to, co opisał Nienacki. Stajni i wozowni już w nim nie ma. Jest za to wspomniany wcześniej Panteon. Są urocze alejki. No i jest platan. Największy w Polsce! Zasadzony w 1791 roku przez samego Gorzeńskiego, dla uczczenia konstytucji 3-go maja. 
Park, który tak mnie zachwycił usytuowany jest u zbiegu dwóch nurtów rzeczki Potoki i powstał równocześnie z pałacem. Był jednym z pierwszych w Wielkopolsce parków krajobrazowych. Założycielem był ogrodnik Gieńcz, który został pochowany podobno na terenie parku, który nadał mu charakter ogrodu angielskiego z wczesnymi cechami ogrodu romantycznego. Stad nie zachowane już dziś sztuczne ruiny oraz na szczęście zachowana grota, która jest podobno początkiem długiego podziemnego korytarza prowadzącego do Zamku Górków w Koźminie. Aż się chce w nią wleźć… W drugiej połowie XIX w. umieszczono nad tym stawem rzeźbę ogrodową, tak zwaną Babę z kamienia czy zdaniem innych Babę Jagę. Jak powiedziała mi pani z biblioteki, która zabierała mnie z siedziby dyrekcji pałacu, miejscowa legenda mówi, że owa baba to pewna kobieta, która z miłości do jakiegoś mężczyzny ukradła z kościoła w Dobrzycy złoty kielich i spotkała ją za to kara. Mężczyzna, którego kochała i dla którego kielich ukradła nie był wiele wart. Ale ta historia nie ma już zbyt wiele wspólnego z masonerią, choć figura kobiety stoi przy grocie, do której wejście jest początkiem tajemnego przejścia do zamku, co bardzo przypomina mi historię z „Niesamowitego dworu”… 
Szłam tym parkiem, ciągnąc za sobą walizkę i fotografując otoczenie, kiedy przypomniała mi się historia ze snobem mitomanem. Zdarzyła się kilka tygodni temu i uświadomiła mi, że mitomania to straszna choroba. Ów mitoman opowiadał niestworzone rzeczy, a my przez jakiś czas braliśmy je za dobre monety. Zorientowawszy się, jak się sprawy mają zaczęliśmy robić sobie z niego jaja. I tak pewnego dnia doszło do wspanialej wymiany zdań o masonach. Ów mitoman opowiedział, jak to w pewnym mieście (pal sześc w jakim) był w masońskiej knajpie. Oczywiście bardzo drogiej, bo nasz ukochany mitoman był jeszcze na dodatek snobem i wszystko w jego życiu musiało być najlepsze, markowe, drogie itd. Jego znajomi musieli być elitą, czyli dyrektorami, bo w jego pojęciu elita to dyrektorzy. Gdy tak snuł swoje mitomańsko-snobistyczne opowieści zaczęłam go o tę masońską knajpę wypytywać, a jechaliśmy samochodem. Mitoman opowiadał, że to knajpa baaardzo droga i tajna. Wchodzi się tam przez zwykłe mieszkanie, ale otwierający drzwi mówi, że to pomyłka i dopiero, gdy turyści mu powiedzą, że słyszeli, że tu jest masońska knajpa to zgadza się ich wpuścić, ale po wysłuchaniu przez nich trwającego 6 minut (nie wiem, czemu akurat 6) wykładu o masonach i ich historii. Knajpa jest droga, wystrój bogaty, a na ścianach rzeźby…
- Jakie rzeźby? – zainteresowałam się. 
- Nie znam się – odparł mitoman. – To są właściwie płaskorzeźby. 
- Ale co na nich jest? – spytałam, wietrząc już, że mitoman nigdy tam nie był. 
- Jacyś święci – odparł. 
- Świeci w masońskiej knajpie? Dziwne. – powiedziałam, a mitoman się zmieszał. Ja zaś wyjęłam laptopa i podłączywszy się do internetu i znalazłszy ową knajpę w sieci zaczęłam o niej czytać. Niestety informacje były skąpe. Jedynie adres. Postanowiłam jednak drążyć temat i spytałam mitomana snoba, co było mówione podczas tego sześciominutowego wykładu o masonach. Mitoman snob odparł, że nie słuchał zbyt uważnie. Na to wszystko odezwał się jadący z nami kolega i spytał:
- Kto to właściwie są masoni? 
Zapadła cisza. Czekałam w napięciu, co na takie pytanie odpowie wszechwiedzący snob i mitoman w jednej osobie. A on, starając się nadać swojemu głosowi naukowy charakter zaczął tak…
- Masoni to są… yyy jakby to jasno i prosto powiedzieć, to tacy… yyy Jakby ci to wytłumaczyć byś zrozumiał… yyy to są…
I w tym momencie we mnie odezwał się złośliwy diabeł i usłużnie jak gdyby nigdy nic podpowiedziałam:
- To taka międzynarodowa organizacja walcząca z monarchią. 
- Tak! – Ucieszył się mitoman snob i dodał z uznaniem: – Świetnie powiedziane! 
Gdyby rozmowa odbywała się nie w aucie, a na motorze z pewnością bym z niego spadła. A tak… tkwiłam wbita w przednie siedzenie auta z wyrazem twarzy nie wiem jakim, bo nie miałam lusterka przed nosem. Na najbliższym postoju powiedziałam koledze, który z nami jechał i zadał pytanie o to, kim są masoni:
- Słuchaj. Nie chcę byś myślał, że masoni to międzynarodowa organizacja walcząca z monarchią. To był żart, a ten mitoman znów się podłożył. Masoneria to najkrócej mówiąc międzynarodowy ruch parareligijny i etyczny o charakterze antyklerykalnym. I nie wierz, że walczył z monarchią, bo do loży należał nasz ostatni król Stanisław August Poniatowski. 
Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo czas było znów wsiadać do auta i wysłuchiwać kolejnego mitu… O bogatych ludziach z elity, którzy zarabiają kupę euro, jeżdżą luksusowymi limuzynami i mieszkają w wielkich rezydencjach. Pewno w pałacach, ale czy mieściły kiedyś w swoich murach masońskie loże, to ja już nie wiem… raczej wątpię.

Na tropie pro unijnego filozofa i… pewnej dziennikarki

„Szanowny Panie Ministrze
Nazwisko moje brzmi Anna von Dobeneck, z domu Gottlieb; Mieszkam we Frankfurcie nad Menem przy ulicy Zygfryda 7. Przed kilkoma dniami przeczytałam w niemieckiej gazecie artykuł o tym, jak wygląda obecnie życie na terenie dawnych Prus Wschodnich, należących do Polski. Dowiedziałam się, że w moim rodzinnym mieście, Morągu, istnieje Muzeum imienia Johanna Gottfrieda Herdera, wielkiego filozofa niemieckiego. Przez wiele lat wmawiano nam, że Polacy niszczą na terenie dawnych Prus wszelkie ślady po Niemcach, nawet takich, którzy w dawnych czasach wnieśli wkład do ogólnoludzkiej myśli. Teraz dowiedziałam się, że to nieprawda. Właśnie w Morągu, w starym ratuszu znajduje się Muzeum Herdera, który się Urodził w tym mieście. A to znaczy, że ocala się od zapomnienia i otacza Opieką miejsca związane z życiem i działalnością naprawdę wielkich synów narodu niemieckiego. Ten właśnie fakt skłonił mnie bezpośrednio do napisania tego listu.
Dowiedziałam się z gazety, że Muzeum Herdera jest ubogie w eksponaty. Czy mogłabym umrzeć w spokoju wiedząc, że zabieram z sobą do grobu tajemnicę, której wyjaśnienie może przyczynić się do wzbogacenia zbiorów tego muzeum?
(…) Anna von Dobeneck”
To fikcyjny list wymyślony przez Zbigniewa Nienackiego dla potrzeb powieści „Pan samochodzik i Niewidzialni”. Cała seria zawsze rozpalała moją wyobraźnię. W ubiegłym roku to Pan samochodzik prowadził mnie i mała grupę Nienackofanów śladami Hindenburga. W tym roku zawiódł do Pragi czeskiej, gdzie wprawdzie zostałam okradziona, ale… zdążyłam poprosić rabina Liwa o niezwykle ważne dla mnie „małe conieco”, składając karteczkę w jego grobie tak, jak na łamach książki „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic” zrobił to Zdenek Blacha.
W tym roku na VII zlot Fan Klubu Zbigniewa Nienackiego przyjechałam spóźniona. Niestety ominęło mnie spotkanie ze Stanisławem Mikulskim, najbardziej kultowym ekranowym „Panem Samochodzikiem”, którego w letniej rezydencji dorwało koleżeństwo. Na dodatek podczas wieczornej emisji serialu, który puściliśmy z płyt VCD na sufit letniej kuchni jerzwałdzkiego domu Zbigniewa Nienackiego, zasnęłam. Jedynie mój syn wysiedział wszystkie pięć docinków, choć cały serial mamy w domu i już go przecież widział. Jednak fajnie było oglądać wspólnie, bo każdy coś tam ciekawego zaobserwował lub wiedział o serialu. (Ja teraz nadrabiam zaległości sama w domu. Właśnie Milski w roli kościelnego dobiera się do wina na plebanii w Kortumowie.). Nie pojechałam też do Boreczna szukać „złotej rękawicy”, ale i tam w swoim czasie byłam. Na dodatek pogoda nie bardzo nam dopisała. Było po prostu brzydko. Postanowiłam jednak nie poddać się i wyruszyć w malutką podróż tropem Pana Samochodzika i wraz z grupką Nienackofanów w niedzielę pojechać do Morąga do muzeum Herdera. I cóż się okazało? Nie było jak w książce. W powieści “Pan Samochodzik i Niewidzialni” Nienacki napisał:
„(…) przyjechaliśmy do Morąga, bardzo starego miasta, które w czasie minionej wojny uległo niemal całkowitej zagładzie, dwa razy bowiem przechodziło z rąk do rąk, nim na ruinach ratusza zawieszono biało-czerwoną flagę. Ale od tamtego czasu minęło już ponad trzydzieści lat, odbudowano domy i ulice, odrestaurowano stary piętnastowieczny ratusz, gdzie znalazło swe miejsce Muzeum Herdera. Jedyne ruiny w Morągu to resztki dawnego krzyżackiego zamku. Ale o przeszłości mówią również resztki murów obronnych. Tu, we wschodniej części tych murów, znajdowała się słynna wieża czarownic, gdzie poddawano torturom ofiary zabobonu i ciemnoty.
Na prostokątnym starym rynku odrestaurowanego ratusza strzegą dwie ogromne armaty. Zaparkowałem wehikuł na rynku i zaproponowałem Monice zwiedzenie Muzeum Herdera. Wielki filozof, uczeń Kanta I przyjaciel Goethego, przyszedł na świat w ubogiej rodzinie, jego ojciec był początkowo zwykłym tkaczem, potem nauczycielem, a dodatkowo dzwonnikiem w ewangelickim kościele i przez pewien czas kantorem polskiej gminy. Bieda nie jeden raz gościła w domu Herderów i nie pozostało to potem bez wpływu na społeczne zainteresowania wielkiego myśliciela.”
Dziś Muzeum Herdera nie znajduje się w Ratuszu Morąga, ale w zameczku Von Dohnów. W XVI w. burgrabia Achacy Dohna wzniósł, wykorzystując fragment gotyckiego muru miejskiego z basztami obronnymi, niewielki zameczek. Budowla po pożarze w 1697 r. została odbudowana i następnie rozbudowana w latach 1717-1719 przez architekta Johanna Caspara Hindersina (1677-1738), który nadał mu charakter reprezentacyjnej rezydencji pałacowej. Pałac został zniszczony w 1945 r., oczywiście przez wojska radzieckie, które niszczyły wszystko, co uznały za niemieckie. Dlatego, gdy po wojnie w Morągu powstało Muzeum Herdera, umieszczono w miejskim ratuszu. Teraz jednak zajechaliśmy nie do ratusza, a do pałacu Von Dohnów, bo w latach 1975-1985 staraniem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie pałac odbudowano… Tak więc trafiliśmy do całkiem sporego muzeum, w którym dwie sale poświęcone są Herderowi.
– A czy przynajmniej wie pani, kto to był Johann Gottfried Herder? – Zadrwiłem przed drzwiami muzeum.
– Pamiętam z lekcji literatury. “Sturm und Drang“, początki Romantyzmu.
Odetchnąłem z ulgą.
– To świetnie, panno Moniko – powiedziałem – i radzę poduczyć się literatury. Mam przeczucie, że w przygodach, które nas teraz czekają, nie odegrają roli szybkostrzelne pistolety z filmów o Bondzie, ale ten zwycięży, kto się wykaże lepszą znajomością historii literatury. Uroda i posiadanie nawet dwudziestu peruk nie pomoże w wyjaśnieniu zagadki, dlaczego pewna stara pani w dalekim kraju dowiedziawszy się, że tutaj oto istnieje Muzeum Herdera, napisała do ministra kultury bardzo długi list.”
Kim był Johann Gottfried Herder? Nienacki ustami Pana Samochodzika powiedziałby, że filozofem, ale… to nie wszystko. Gdy czyta się jego myśli i tym samym poznaje jego poglądy, można dojść do wniosku, że… zwolennikiem Unii Europejskiej. To odkrycie trochę mnie ubawiło, bo zwiedzaliśmy Muzeum Herdera w dniu wyborów do Parlamentu Europejskiego.
Herder darzył wielkim szacunkiem ludy słowiańskie. Nauczył się tego pracując, jako kaznodzieja w latach 1764-1769 w Rydze, stolicy Inflant. Miasto od 1710 roku należało do rosyjskiego imperium carskiego. Herder obserwował jak zgodnie żyją tu ludzie różnych narodowości, odrębni sobie kulturowo i zapewne to rozpalało jego umysł. Był wielkim wrogiem wojny, którą uważał za całe zło ludzkości. I choć sympatyzował z Rewolucją Francuską to przewroty i zamieszki polityczne uważał „za oznaki barbarzyństwa, arogancji władzy i dzikiej samowoli.” Pewnie przyczynił się do tego jakobiński przewrót. W każdym razie Herder wzywał wszystkich rządzących do zapobieganiu rewolucjom poprzez wprowadzanie reform. Twierdził też, że narody powinny współpracować ze sobą ponieważ „pokój jest naturalnym stanem nieuciemiężonego rodzaju ludzkiego”. Był zwolennikiem prawa narodów do samostanowienia.
„I weszliśmy do muzeum, gdzie przedstawiłem się kustoszce, jako pracownik Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków. W jej towarzystwie obejrzeliśmy wszystkie eksponaty. Długą chwilę stałem przed zawieszonym na ścianie medalem z podobizną Jana Herdera, wpatrując się w szlachetny profil myśliciela.
– Z pytań, które mi pan zadał – odezwała się kustoszka – zorientowałam się, że interesują pana przede wszystkim pamiątki po Herderze. Czyżby zbliżała się nieznana mi rocznica, dotycząca Herdera? Wczoraj przyjechał tutaj także pewien pan z Warszawy i bardzo interesował się naszymi eksponatami. O tej porze roku rzadko mamy takie odwiedziny. Co innego w sezonie…
Znieruchomiałem.
– A jak wyglądał ten człowiek?
– Dość młody, przystojny blondyn. Miał w ręku czarny kapelusz i przybył samochodem marki „Fiat”.
– Tajemniczy Blondyn w czarnym kapeluszu – szepnęła Monika.
– Czy może mi pani powiedzieć, na co szczególną uwagę zwracał ten człowiek? – zapytałem.
– To trudno powiedzieć. Po prostu oglądał eksponaty i pytał o każdy dość szczegółowo. Wreszcie dziwnie zażartował. Powiedział, że mamy tak niewiele pamiątek po Herderze, że nawet chyba nie byłoby co tu ukraść. Rzeczywiście, nasze muzeum jest pod tym względem dość ubogie. Ale żart był. Niestosowny, prawda?
– To chyba nie był żart – rzekłem po pewnym namyśle. – Być może przyjechał tutaj, aby sprawdzić, czy nie dałoby się czegoś ukraść. Do Warszawy przybył bowiem cudzoziemiec, który być może kupiłby chętnie jakiś stary manuskrypt związany z dziejami kultury niemieckiej, nie pytając o pochodzenie przedmiotu. Na międzynarodowych aukcjach stale zwyżkują stare manuskrypty i listy wielkich ludzi.
– Więc to był złodziej?! – Przeraziła się kustosz. – A tak sympatycznie wyglądał…
Pożegnałem kustoszkę i znowu wraz z Moniką zasiadłem w wehikule, który skierowałem na szosę do Małdyt.”
My ruszyliśmy zwiedzać ruiny pruskich pałaców. W głowie kołatały się cytaty z Herdera, których próżno szukałam po powrocie do domu w Internecie. Znalazłam ich wiele, ale nie te prounijne. Niestety w Muzeum nie wolno było robić zdjęć. Pamiętam więc ogólny sens herderowskich myśli, nie zaś treść jego publikacji, których cytaty wisiały na muzealnych ścianach. Pamiętam też swoją myśl, że Hitler to musiał tego Herdera nienawidzić. Żeby Niemiec z taką sympatią pisał o Słowianach?! O! Gloryfikacja tych „podludzi” musiała być Fuehrerowi nie w smak.
A pruskie pałace? Nienacki wielokrotnie opisywał ich losy, gdy przez teren Prus przetoczyła się wojna. Armia Czerwona nie zostawiała na tych budowlach suchej nitki. Chętnie zrównałaby je z ziemią, ale… że było to zbyt pracochłonne to zostawiała to zadanie ogniowi, za pomocą którego rozprawiała się z tym, co w jej pojęciu było szwabskie. W ten sposób zniszczono zamek w Szymbarku, który był niemal tak wielki jak Malbork. Niestety miał to nieszczęście, że należał do rodu von Finckensteinów. Podobnie było z pałacem w Słobitach, przed ktorym nad stawem siedzą dziś wędkarze. Ocalały nieliczne zabytki. Miedzy innymi pałac w Kwitajnach, którego właścicielką była hrabina Marion Dönhoff, dziennikarka niemiecka, rzeczniczka pojednania polsko-niemieckiego, autorka książek, których tematem były Prusy Wschodnie. Na rok przed śmiercią w 2002 roku otrzymała nagrodę Kapituły im. Biskupa Ignacego Krasickiego „za światłą działalność dziennikarską, pisarską i społeczną na rzecz zrozumienia, pojednania oraz przyjaźni narodów sąsiedzkich Europy”. Czyż nie nieodrodna córa swojej ziemi, która wydala Herdera i przygarnęła Nienackiego? Podczas II wojny światowej Marion była działaczką opozycji antyhitlerowskiej i współuczestniczyła w nieudanym zamachu na życie Adolfa Hitlera. W styczniu 1945 opuściła Prusy Wschodnie, uciekając konno przed nadciągającą Armią Czerwoną. Swoją siedmiotygodniową ucieczkę opisała w książce “Nazwy, których nikt już nie wymienia“. Cóż… dla nas jej posiadłość to nie Quittainen, ale Kwitajny. Zaś miejsce gdzie mieści się muzeum Herdera i gdzie 23 września 1994 roku zmarł Zbigniew Nienacki to Morąg, a nie Mohrungen.
PS. W tym roku mija 265 rocznica urodzin Johanna Gottfrieda Herdera, 100 rocznica urodzin Marion Dönhoff i… 15 rocznica śmierci Zbigniewa Nienackiego. Całą trójkę łączy ziemia morąska.
PS.2. Fragmenty powieści „Pan Samochodzik i Niewidzialni” na podstawie I wydania książki z 1977 roku, które ukazało się nakładem wydawnictwa Pojezierze.

A jednak jadę!

Wiele wskazywało na to, że nie uda mi się wyjechać na tegoroczny zjazd fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego. Najpierw okazało się, że w piątek syn ma bal gimnazjalny. (Z historii jak kupowałam mu garnitur mogłoby powstać niezłe opowiadanie). Zdecydowałam się więc wyjechać w sobotę. Potem okazało się, że w dniach, w których jest zlot, zostałam wpisana mam dyżur w telewizyjnym kurierze warszawskim. Wystosowałam błagalny list do koleżeństwa, by te dwa weekendowe dyżury i ktoś za mnie wziął. Zlitowały się dwie koleżanki. Jedna dyżuruje za mnie w sobotę. Druga w niedzielę. A na końcu okazało się, ze laptop ma jakiegoś koszmarnego wirusa. Usuwanie gnidy trwało dwa dni. Wreszcie jadę. Niestety nie udało się wyjechać o siódmej rano. Ani ja (zmęczona tygodniem) ani syn (zmęczony balem) nie byliśmy w stanie ruszyć tyłków. Z domu wychodzimy dopiero teraz. Postaram się, jak rok temu, zdać relację ze zlotu.
I tylko jednego żałuję. Nie napisałam konspektu scenariusza reportażu, więc znów jadę bez kamery. Ale skąd mogłam wiedzieć, że na tydzień przed zlotem odejdzie z pracy ten, który w ubiegłym roku powiedział mi, że Zlot Nienackofanów to nie jest temat na reportaż?

Kto szanuje świętość?

Nigdy nie byłam w Pradze. Dlatego gdy przyjaciółka powiedziała, że robi kurs pilota wycieczek, który kończy się egzaminem praktycznym w Pradze i może zabrać osobę towarzysząca – nie wahałam się. Nawet przyznam, że do wyjazdu zapaliłam się jak głupia. Zapewne wpływ na to miał fakt, że nigdy w Pradze nie byłam. Na dodatek moja ostatnia propozycja, by zlot fanów twórczości Zbigniewa Nienackiego odbył się właśnie tam – nie spotkała się z aprobatą. Trudno! Oto okazja sama się nadarzyła. Pojadę praskimi śladami Nienackiego sama. Miesiąc przed wyjazdem wręczyłam egzemplarz książki „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic” przyjaciółce. Sama nabyłam drugi taki sam egzemplarz na allegro i na dwa dni przed wyjazdem znów w niecałe dwie godziny połknęłam książkę. Trasa została przeze mnie wytyczona. Vaclavske Namesti, katedra Świętego Wita i… oczywiście „Złota uliczka” tudzież grób rabina Jehudy Löw ben Bakalel’a, legendarnego twórcy Golema.
W Pradze okazało się, że „moja” trasa i pokrywa się i nie pokrywa z tym, co oglądać mieli przyszli piloci. Josefov mieli zwiedzać z zewnątrz i w… sobotę. Wtedy panuje tradycyjny żydowski szabas. Zarówno cmentarz, jak i synagogi – nawet te zamienione w muzea – są nieczynne. Dlatego następnego dnia, czyli w niedzielę, sama odłączyłam się od grupy. Oni zwiedzali katedrę, ja zadowoliłam się katedrą z zewnątrz i poleciałam tropem innej religii, na żydowski Kirkut na Josefovie. Było tuż przed dwunastą. Z grupą miałam spotkać się na moście Karola o 14:30, więc starczyło czasu, by przystanąć jeszcze i obejrzeć uroczystą zmianę warty na Hradczanach. Gdy umilkły trąbki świńskim truchtem pognałam do tramwaju nr 22, a potem do praskiego metra. Kiedy stanęłam przed bramą cmentarza okazało się, że by tam wejść muszę wykupić bilet do Muzeum Judaizmu. Mam międzynarodową legitymację dziennikarską uprawniającą do bezpłatnego wejścia do wszystkich muzeów świata, ale… jakoś głupio mi było ją wyjąć. Pomyślałam, że Josefov to specyficzne miejsce. Tu zwożono pamiątki po Żydach z całej Europy, bo Hitler chciał stworzyć muzeum podbitego narodu. Mieszkający na terenie Josefova Żydzi sami je katalogowali, wykonując w ciągu dwóch lat (i to za darmo) pracę, która w normalnych warunkach zajęłaby pewnie lat kilkanaście. Na dodatek wszyscy katalogujący zbiory – pamiątki swojej kultury – zostali wywiezieni do Oświęcimia. Dlatego wydawało mi się, że korzystanie z ulgi w takim miejscu - to chamstwo. Zapłaciłam więc 300 koron za bilet wstępu i dopłaciłam 40 za fotografowanie na cmentarzu, po czym weszłam do przerobionych na muzea synagog, a potem na teren Kirkutu. Zwiedzanie cmentarza może odbywać się tylko wyznaczonymi alejkami. Są one niezwykle wąskie. Fotografowanie macew jest trudne, bo wiele tych najciekawszych stoi z brzegu i przysłaniają je linki wyznaczające trasę zwiedzania. Grób słynnego, żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku Rabina był mniej więcej w połowie trasy. Trudno go sfotografować, bo pod murem wiedzie wąska ścieżka i grób stoi właśnie przy tej ścieżce, nawprost muru. Zdjęcie można zrobić mu tylko z boku. Oj, nagimnastykowałam się ja ci przy tym zdjęciu. Grób to tumba z tablicami z hebrajskimi napisami i… bez opisanych przez Nienackiego postaci Adama i Ewy pod drzewem wiadomości dobrego i złego (to licencja poetica autora książki niezbędna, by zagadka kryminalna wciągała czytelnika). O ile przednią macewę z grobu – mimo niedogodności – udało mi się jakoś sfotografować, o tyle z tylną były problemy. Cóż… grób można obejść niemal dookoła, ale … oddalić od niego na odległość zaledwie dwudziestu centymetrów. Dla mojego obiektywu to stanowczo za mało, by uchwycić całość. Gimnastykowałam się jak człowiek guma, ale nadal nie obejmowałam obiektywem tylnej macewy. Postanowiłam wejść na chwilkę za linkę. Zrobiłam krok i w tym momencie dobiegł mnie głos jakiejś kobiety krzyczącej po francusku: „Madame! Co pani robi! Proszę tam nie wchodzić! Proszę z szacunkiem!” Zrobiło mi się głupio. Poczekałam aż kobieta podejdzie do grobu i sama zacznie robić zdjęcia. Zaczęła. Podobnie jak ja przymierzała się i… nie wychodziło. Dlatego teraz ja odezwałam się po francusku. „Fotografowanie tu nie jest łatwe.” – powiedziałam, a  kobiecie zrobiło się głupio. Pokiwała głową i przeprosiwszy za krzyki wytłumaczyła, że dla niej, jako Żydówki ten cmentarz jest ważny. Widząc mnie myślała, że chcę go zbezcześcić. Pokiwałam głową i powiedziałam, że rozumiem. Zyskałam tylko tyle, że przestała patrzeć na mnie wilkiem, co czyniła wcześniej zapewne dlatego, że jak powiedział znajomy Żyd – ode mnie „na odległość wieje Gojem”. Mimo życzliwego potraktowania mnie przez francuską Żydówkę zrezygnowałam z dalszych prób sfotografowania tylnej tablicy grobu w całości. Postanowiłam natomiast, zgodnie z miejscową tradycją, zanieść prośbę do Rabina. Robi się to w ten sposób, że pisze się prośbę na kartce i tę kartkę wsuwa w szpary w grobie. Prośbę pisze się obojętne w jakim języku – Rabin, jako talmudyczny mędrzec, teraz po śmierci zapewne zna wszystkie. Poza tym, jako urodzony w Poznaniu i długoletni Rabin całej Wielkopolski, pewnie za życia choć małe co nieco po polsku rozumiał. Sięgnęłam do plecaka i rozpoczęłam wydłubywanie wizytówek. Służbowe wizytówki sa fabrycznie przekładane cienkimi kartkami papieru. Postanowiłam wykorzystać właśnie taką kartkę. Sięgnąwszy po wizytownik przesunęłam portfel bliżej otworu. Plecak zamknęłam i… zaczęłam pisać swą prośbę do wielkiego, żydowskiego mędrca. Nagle pojawił się koło mnie jakiś facet. Pchał się na mnie i zaczął zaglądać mi przez ramię. O! To mnie zirytowało. Nie życzę sobie, by ktoś czytał moje życzenia do Rabina! Są ścisle tajne! Dlatego odwróciłam się do faceta plecami. To wystarczyło. Po pięciu minutach od zdarzenia okazało się, że mam rozpięty plecak i… nie mam portfela. Wraz z nim zniknęły wszystkie moje pieniądze, a także karty kredytowe i dokumenty. Błyskawicznie zadzwoniłam do obu banków, by zastrzec karty i do ambasady po instrukcje, co tu robić. Po pół godzinie byłam na posterunku policji, gdzie wydano mi dokument, stwierdzający, że padłam ofiarą kradzieży.
Znajomi uważają, że mam pecha, bo pewne rzeczy przydarzają się tylko mnie. Ja nie uważam, żebym była pechowcem. Z każdej tej „opresji” wychodzę w końcu cało. Z tej – wbrew pozorom też. Prawo jazdy odbiorę za kilka dni. Mam paszport, a więc bez dowodu uda mi się jakoś przeżyć ten miesiąc. Karty zablokowałam tak szybko, że złodziej nie mógł z nich skorzystać. A pieniądze… cóż… w portfelu (starym i podniszczonym) było tego raptem coś około 90-ciu złotych, poza tym do grobu i tak ich człowiek nie weźmie. Myślę też, że gdzieś tam chronili mnie ci Rabini, którym grzecznie kładłam kamyczki na macewach, starając się za wszelką cenę okazać szacunek ich religii. Pewnie chronił i duch twórcy Golema. I tylko przykro mi z dwóch powodów. Grób rabina był właściwie głównym celem mojej wyprawy. Chciałam na własne oczy zobaczyć, że nie ma na nim drzewa wiadomości dobrego i złego oraz stojących pod nim postaci Adama i Ewy. No i tym samym po raz kolejny przekonać się, jak wielką wyobraźnię miał Zbigniew Nienacki. Że też okraść musiano mnie akurat tu? No i przykro mi, że stało się to w miejscu świętym, jakim jest cmentarz (bez względu na nasze wyznanie). Okradziono mnie dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej mnie skrzyczano, że ośmieliłam się zrobić krok za linkę. A jednak! Tu ktoś inny ośmielił się sięgnąć po cudzą własność.
PS. A złodziej to na bank Goj. Jak ja. Facet, który się na mnie pchał nie miał na głowie jarmułki, a o zakładanie nakrycia głowy proszeni są wszyscy mężczyźni wchodzący do synagog i na cmentarz. Do prośby stosują się tylko ci, którzy chcą uszanować tę kulturę. Pchający się na mnie facet nie chciał.

Na tropie przygody, czyli… szukajcie a znajdziecie

Gdy piszę książki to i zmyślam i piszę prawdę. Zmyślam bohaterów, fabułę, ale wątki i zdarzenia biorę z życia, z opowieści znajomych, z historii, które przeczytałam w gazetach. Łączę je potem ze sobą i tak powstaje moja historia. Nie ja jedna tak robię. Jak się okazuje w powieściach Zbigniewa Nienackiego o Panu Samochodziku więcej jest prawdy niż fikcji. Owszem, Tomasz NN zwany Panem Samochodzikiem nigdy nie pracował w Samodzielnym Referacie do zadań Specjalnych w Ministerstwie Kultury i Sztuki, bo wątpię, czy w ogóle taka komórka tam istniała, ale nie o to chodzi. Pan Samochodzik z reguły odwiedza prawdziwe miejsca, a historyczne zagadki, które rozwiązuje pokazują nam część jakiejś historii. Warto ją poznać.

Dziś, kiedy z roku na rok wiem więcej o Panu Samochodziku śmieszy mnie postawa znajomych, którzy poza lekturę nie wyszli. Oni zawsze twierdzą, że to książki dla dzieci. Że ludzie w moim wieku nie powinni już tego czytać. Nie prawda. Czytałam Pana Samochodzika po kilkanaście razy i za każdym razem w książkach o nim znajduję coś nowego. Nie dalej jak wczoraj zaczęłam szperać w internecie w poszukiwaniu Ernsta Wiecherta – autora „Dzieci Jerominów”. Książki próżno szukać w księgarniach. Na allegro dorwałam jedynie „Las umarłych”, choć można kupić jeszcze „Baśnie” oraz „Lasy i ludzie”. Przeczytałam w sieci skomplikowany życiorys Wiecherta – niemieckiego pisarza mazurskiego, który w 1950 roku umarł w Szwajcarii. Gdyby nie Nienacki nie wiedziałabym, że taki pisarz w ogóle istniał. To Nienacki wspomniał o nim w książkach „Pan Samochodzik i Złota rękawica” oraz „Pan Samochodzik i Niewidzialni”. Tak jak z Wiechertem jest z wieloma rzeczami – z nazwiskami, miejscowościami itp. I choć Nienacki czasem zmyśla (gdy miałam 10 lat w atlasie samochodowym Polski nadaremno szukałam Kortumowa) warto jednak to o czym pisze sprawdzać. Można przeżyć prawdziwą przygodę.

Gdy pierwszy raz pojechałam do Jerzwałdu, a na drodze minęłam Gardzień poczułam szybsze bicie serca. Cóż… w książce „Pan Samochodzik i Niewidzialni” Nienacki opisał Gardzień, w nim… ruiny dworu Jenny von Gustedt. (To tu na podłodze leżał związany Piękny Lolo). Czy stał tu taki dwór? Dowiedziałam się, że tak (informację o tym podaje nawet Wikipedia) w Gardzieniu naprawdę mieszkała Jenny von Gustedt, naprawdę była nieślubną córką Hieronima Bonaparte i Diany von Pappenheim, była też przyjaciółką Goethego. Jej dwór (co można wyczytać z książki Nienackiego), który znajdował się w Gardzieniu, został rozebrany w 1976 roku już po napisaniu książki „Pan Samochodzik i Niewidzialni”. W ostatni poniedziałek wraz z moim synem Maćkiem i Johnym Bravo wybraliśmy się szukać resztek dworu. Oczywiście wszystko w ramach zlotu Nienackofanów. Najpierw przywitał nas drogowskaz z napisem Gardzień i ogranicznikiem prędkości do 50, bo Gardzień tak jak opisał to Nienacki leży na zakręcie szosy wiodącej z Iławy do Jerzwałdu. Pierwsza napotkana osoba kieruje nas na zarośniętą ścieżkę, ale resztek dworu znaleźć nie możemy. Idziemy dość długo drogą, ale nie napotykamy nawet na jedna cegłę. Gdy zrezygnowani wracamy, pewni, że po budowli nie pozostał nawet jeden kamień, napotykamy na kobietę. Sprowadziła się tu w latach siedemdziesiątych. Dobrze pamięta dwór i… pokazuje nam jego resztki. Niski murek ukryty w krzakach, zwalone cegły i walające się dachówki. Bierzemy po jednej na pamiątkę. Tyle zostało z domu „czerwonej arystokratki” co w powieści Nienackiego i na naszych półkach z wakacyjnymi trofeami.

W książce „Pan Samochodzik i Niewidzialni” opisany jest tez Ogrodzieniec – niemiecka nazwa Neudeck. To ostatnia siedziba i miejsce śmierci marszałka Rzeszy Paula von Hindenburga (Paula Ludwiga Hansa Antona von Beneckendorff und von Hindenburg). Po odnalezieniu ruin dworku Jenny von Gustedt jedziemy do Ogrodzieńca. Przed PGR czytam fragment z książki. Ten fragment, w którym Pan Samochodzik przyjeżdża do Ogrodzieńca i szuka pozostałości pałacu Hindenburga. Tu w 1933 roku Hindenburg symbolicznie przekazał władzę Hitlerowi. Niezbyt był z tego zadowolony. W końcu Hindenburg był dwa razy von, a Hitler… tylko kapral. Wjeżdżamy na teren PGR i tak jak Pan Samochodzik sekretarkę, tak my pytamy jakiegoś pana o pałac Hindenburga. Pan, w przeciwieństwie do książkowej sekretarki, o Hindenburgu słyszał i pokazuje nam ścieżkę wiodącą do żółtego domu. Tam mamy spytać człowieka, który w tym domu mieszka. I tak… od słowa do słowa natrafiamy na pierwowzór starego Neumanna opisanego w książce o Niewidzialnych. Pan pokazuje nam resztki pałacu, pozbawiony sufitu skarbiec z szerokimi na dłoń żelaznymi drzwiami. Skarbiec tak dokładnie opisany przez Nienackiego w Niewidzialnych, że aż jesteśmy zdziwieni. Wygląda tak, jak w książce. Cóż… pan przewodnik ponad 30 lat temu tak samo jak nas oprowadzał Nienackiego, bo od powojnia oprowadza tu wszystkich. Pokazuje nam drzewo, pod którym siadywał Hindenburg, a w domu gazetę z roku, kiedy pałac budowano. Po powrocie do Warszawy czytam o Hindenburgu, pałacu, mauzoleum itd. I nie zgadzam się, że Pan Samochodzik Nienackiego to książki tylko dla dzieci. Nie zgadzam się, że nic nie wnoszą. Dzięki nim poznaję lepiej historię, mam ja jak na wyciągnięcie dłoni. No i nadal przeżywam przygody. Zupełnie tak, jak wtedy, gdy czytałam te książki po raz pierwszy.