Archiwa tagu: Peugeot

Pozaliteracko?

Od kilku dni Internet, a przynajmniej ta „moja” jego część, żyje tym, że Szczepan Twardoch został twarzą mercedesa i na swoim profilu napisał: „Kocham samochody. Nigdy się z tą miłością nie kryłem, dziś zaś chciałem z dumą ogłosić, że właśnie zostałem ambasadorem marki Mercedes-Benz Polska. Z tego powodu i dzięki uprzejmości Mercedes-Benz Inter-Car Zabrze wyjechałem wczoraj z salonu granatowym CLS400 4MATIC.  Kilka tygodni temu gościłem na zlocie zabytkowych mercedesów w należącym do starego kumpla mercedesie W114 coupé z 1969 roku. Pamiętając o frajdzie jazdy zabytkową „strich-achtą” w nowoczesnym odpowiedniku tamtego wozu z wielką satysfakcją znalazłem dziś elementy wyposażenia zaprojektowane w ten sam, charakterystyczny dla Mercedesa sposób. Historyczna ciągłość marki zawsze była dla mnie ważna. Przyjemność z prowadzenia samochodu takiego jak CLS400, stworzonego dla kierowcy, należy zaś zarówno do historii, teraźniejszości i – mam nadzieję – przyszłości motoryzacji. Czego sobie i Państwu życzę.”

źródło: facebook

Natychmiast odpowiedział mu krytyk i wydawca, a prywatnie mój przyjaciel Paweł Dunin-Wąsowicz: „rozumiem, że prestiż pisarza przy obecnej niedużej konsumpcji książek jest stosunkowo niski i przyjąłeś propozycję, która to waloryzuje. Osobiście nie zazdroszczę, nie mam prawa jazdy, jeżdżę komunikacją publiczną albo na rowerze. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury, w której języku tworzysz, to udało się świetnie.” Rozpętała się burza, w której dostało się Pawłowi od tych, którzy nie zrozumieli. I choć sam Twardoch nawoływał do opamiętania, to hejterzy podzielili się na dwa obozy. Jedni jechali po Pawle, a drudzy po Szczepanie. Przy okazji obaj panowie trafili na… Pudelka!

fot. Aga-Press

Ja jestem w pewnym rozkroku. Pawła kocham bezgranicznie, i nawet nie dlatego, że znamy się 40 lat!, ale dlatego, że zawsze na niego mogę liczyć, bo poradzi i wspomoże. Podobnie odbieramy świat, podobnie byliśmy wychowywani i podobne rzeczy nas interesują. Świetnie więc rozumiem, o co mu chodzi z tym etosem. Rozumiem jednak i to, że Szczepan Twardoch kocha samochody i trafiła mu się okazja dostać jeden z nich za to, że będzie jego twarzą. Moim zdaniem w wolnym kraju pisarz, jeśli chce – może być ambasadorem jakiejś marki, ale przyznam, że wolałabym, aby to były rzeczy kojarzące się z zawodem pisarza. I nie w znaczeniu: łucznik = maszyna do pisania, bo i tak jak wiadomo, dziś może z tego wyjść kałasznikow…

Irena Jurgielewiczowa, o której lata temu zrobiłam film, bo kończyła sto lat, starała się w każdej sytuacji zachować godność, co opisała w swoich książkach. Dla jej pokolenia zapewne zostanie twarzą marki samochodu przez pisarza było nie do pomyślenia. Dla mojego pokolenia też jest to w większości trudne, ale rozumiem. Gdyby do mnie zgłosił się producent piór wiecznych, bym została ich twarzą to zapewne zgodziłabym się bez namysłu. Ale z drugiej strony… producent piór do mnie zgłaszać się nie musi. I tak ktoś może powiedzieć, patrząc na niektóre moje zdjęcia, że reklamuję pióra, choć nikt mi za to nie płaci. A że różnych marek? To już inna sprawa.

fot. Jędrzej Chmielewski/lucim.org

fot. jacek kadaj/kadaj.pl

Myślę, że pewne postawy – odcięcia się od popkultury poprzez prezentowanie kultury wyższej – są trudne dla pokolenia wychowanego w raczkującym kapitalizmie, który to kapitalizm jest jak inteligent w pierwszym pokoleniu: pracą fizyczną już się brzydzi, a do umysłowej jeszcze się nie nadaje. Bycie pisarzem z etosem wymaga wyrzeczeń i kręgosłupa. Pokolenie „lajków na fejsie” i pragnienia bycia celebrytą nie jest gotowe na takie wyrzeczenia. I ja nie mam pretensji ani żalu. Ciekawi mnie, dokąd to zmierza. Skoro na przestrzeni wieków największy polski poeta Maciej Sarbiewski (specjalnie link do Wikipedii) za życia przełożony na bodajże 34 języki, jest postacią dziś zupełnie nieznaną. Mówi się, że miłe złego początki, a koniec żałosny. Poczekajmy na zakończenie współpracy Szczepana Twardocha z mercedesem. Na to jak w świetle tej decyzji potoczy się jego kariera. Zwłaszcza, że kilku moich czytelników w prywatnej korespondencji spytało mnie, czy warto czytać tego Twardocha. „Bo skoro facet staje się twarzą mercedesa, to może źle pisze?” Odpowiedziałam, że warto. Szczepan Twardoch to świetny pisarz. Ale nie wiem ilu innych ludzi pióra, którzy dostali takie pytania odpowiedziało, że warto. Mogli odpowiedzieć wręcz przeciwnie. Zawiść środowiskowa bywa bowiem straszna.

Przyznam jednak, że podobnie, jak Paweł Dunin-Wąsowicz wolałabym, by Szczepan Twardoch na mercedesa zarobił pisaniem. By miał, jak napisał mu zresztą Paweł, dziesięć bentleyów i czterdzieści maybachów czy innyc bardzo drogich cholerstw, ale z pisarstwa, a nie z dawania twarzy, bo ono jednak czasem podobne jest do za przeproszeniem dawania dupy. Udział w reklamie ma posmak celebrytyzmu, a ten stoi na drugim biegunie od intelektualizmu, który w moim pojęciu jest związany z pisarstwem. Ja przynajmniej tak zrozumiałam wypowiedź Pawła, z którą się właśnie dlatego w dużym stopniu zgadzam. Ale też i rozumiem Szczepana Twardocha, że przyjął taką propozycję, skoro go kręcą samochody i uwielbia mercedesy. Nie wiem, co bym powiedziała, gdybym dostała od kogoś taką propozycję, bo przecież „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Inna sprawa, że poza piórami wiecznymi niespecjalnie cokolwiek mnie kręci. Wiem, że jeżdżę dziesięcioletnim seicento, które chętnie zmieniłabym na nową Pandę, ale na razie nie mam za co. Na szczęście bardzo lubię swój samochód. Między innymi dlatego, że jest tani w eksploatacji. Utrzymuję się z pisarstwa. I choć mojej „Klasy pani Czajki” sprzedało się ponad 50 tysięcy egzemplarzy i jest ona lekturą w kilkuset polskich szkołach, a i pozostałe książki sprzedają sie nieźle i zbierają pozytywne recenzje, to na razie tylko na takie auto zrobiłam, jakie mam, a śmieszna dla wielu moich znajomych Panda, pozostaje w sferze marzeń. Ale nie narzekam. Smuci mnie natomiast, że na przestrzeni ostatnich miesięcy, jak głośno robi się o jakimś pisarzu, to z pozaliterackich powodów. Piszą o nim dlatego, że nie oddaje komuś kasy lub dobiera się do niego starsza koleżanka – patrz sprawa Ignacy Karpowicz contra Kinga Dunin, nosi na sobie emblematy SS – patrz sprawa Michała Witkowskiego, lub zostaje twarzą mercedesa, jak Szczepan Twardoch. Na tle tej trójki Szczepan wypadł zdecydowanie najlepiej. Ale i tak pozaliteracko.

Na zdjęciu Ulubiony pakuje do peugeota 2008 walizki. jedziemy na festiwal Epizod do Krakowa.

I tak na koniec. W swoim czasie peugeot dał mi samochód peugeot 2008 na jazdę ze spektaklem Ulubionego na festiwal do Krakowa w zamian za sesję fotograficzną i opisanie tego na blogu prowadzonym do projektu. Ale nie prosiłam o nic więcej. Potrzebowałam po prostu sporego auta na 3 dni, bo mieliśmy jechać w trzy osoby. (W seicento we dwójkę z bagażami i scenografią można się zapakować, ale we trójkę to już gorzej.) Zaoferowałam barter. Zgodzili się. Ale… auto dostałam nie: jako pisarka, ale: jako dziennikarka motoryzacyjnego portalu francuskie.pl. Może teraz byłoby inaczej? Może Szczepan Twardoch coś dla nas pisarzy otworzył? Ale czy to dobrze, czy źle zobaczymy za jakiś czas.

Zamieszanie, czyli jak sfotografować „megankę”?

Przed premierą monodramu wpadliśmy w taką fazę, że w domu nic kompletnie nie jest sprzątnięte. Codziennie pocieszam się więc powiedzonkiem, że „nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania”. O! sądząc po naszym – na pewno nie jestem nudna. Powyjmowane z szaf książki piętrzą się na wszystkich możliwych meblach. Gabinet wygląda tak, jakby przeszła przez niego nawałnica. Dowody poniżej.

W tym zamieszaniu, przygotowaniach i tak dalej… trafił mi się do napisania tekst, a właściwie dwa. Oba motoryzacyjne. Jeden to reportaż z dowolnego prywatnego salonu Peugeot na zamówienie zresztą Peugeot Francja. Drugi to tzw. „babski test” (ze zdjęciami) najnowszej „meganki”, czyli Renault Mégane III.  Dla potrzeb reportażu w zeszły piątek dostałam „megankę” w używanie na ponad tydzień. (Jutro o świcie zwracam). Jednak w moim życiu nic nie może być proste. Najpierw były „schody” z salonami peugeota. Choć reportaż może być dla nich szansą na zaprezentowanie się przed francuskim koncernem, którego autami handlują, dealerzy nie byli skłonni wpuścić mnie w swoje podwoje.  Szukałam najpierw w okolicach Warszawy, potem na terenie Mazowsza. Na próżno. Czego to ja się nie nasłuchałam od osób odbierających w salonach telefony! A ilu z nich było po prostu nieprzyjemnych? Wreszcie… udało się! W Lublinie. Umówiłam się na wtorek przed Bożym Ciałem. Wcześniej miałam ambitny plan pojechania autem na sesje fotograficzną w plener. Niestety… w sobotę okazało się, że na Stadionie Narodowym odbywa się „Orange Warsaw Festiwal” i… Saska Kępa zamknięta! Wyjechałam autem rano w sprawach monodramu i gdy podjechałam około 14-tej pod dom, to był to ostatni moment, by móc tu zostać. Godzinę później blokowano już Saską Kępę przed obcymi samochodami, a „meganka”, choć w moim użytkowaniu, to jednak obca. Nie ma znaczka „Saska Kępa” i mieć nie będzie. Dlatego gdybym nią wyjechała z posesji, wrócić mogłabym dopiero po 22-giej. Podobnie było w niedzielę, kiedy na dodatek pogoda nie sprzyjała żadnym plenerowym sesjom fotograficznym. Obydwa dni Ulubiony spędził niemal od rana do nocy na próbach. Ja na pisaniu. Wprawdzie w niedzielę wyjechałam „meganką” na test, jak auto sprawuje się na deszczu, pojechałam do mamy na cmentarz, a nawet podjechałam po Ulubionego na próbę, by zabrać i jego i rekwizyty, które następnie on sam w domu szykował do próby medialnej. Jednak wrócić z rekwizytami do domu mogliśmy dopiero po odblokowaniu Kępy po koncertach, czyli po 22-giej. A ze względu na pogodę nawet nie wyjmowałam aparatu.

W poniedziałek „użerałam się” z pisaniną, korkami itd. Jaka była pogoda? Niestety fuj!

Nadszedł wtorek. Była szansa na sesję w plenerze, bo pędziłam „meganką” prawie 160 kilometrów w jedną stronę, czyli do Lublina na reportaż. Wróciłam wieczorem. Ponieważ po drodze natknęłam się dwukrotnie na ulewę i burzę, więc… z sesji fotograficznej „meganki” w szczerym polu – wyszły nici. Cyknęłam parę zdjęć przed moim ulubionym zajazdem „Cegielnia”. Niestety auto było już po deszczu i błocie, więc dość brudne.

W środę „meganka” grzecznie postała wraz ze mną w korkach. W planie miałam: zwrot zasilacza, który nie pasował do klawiszy, odebranie plakatów, a przez Ulubionego bonżurki do spektaklu, którą dzięki uprzejmości Pana Romana Zaczkiewicza, dostawcy materiału, uszył Pan krawiec Piotr Kamiński. Miałam też zatwierdzić program teatralny. No i rozwieźć plakaty oraz ulotki naszym sponsorom.  Czułam więc, ze sesja samochodu może nie wypalić. Miałam rację. Oto w trakcie jazdy z jednego miejsca w drugie (już nie pamiętam skąd dokąd, bo tyle wtedy po mieście się nakręciłam, że szok!) okazało się, że monodram dostał honorowy patronat Marszałka Województwa Mazowieckiego. Plakaty i ulotki już miałam w ręku – bez marszałkowskiego logo. Pieniędzy na ponowny druk – brak. To co dostałam od przyjaciół poszło na baner, który był już w druku (tez bez marszłakowskiego logo), no i na dodruk ulotek. Drukarnia, która wydrukowała plakaty na zasadzie barteru zaproponowała druk większej ilości ulotek, ale już za pieniądze. Zgodziliśmy się. Tak więc kasa się rozeszła. Zwłaszcza, że karnie zapłaciłam pierwszą ratę za wynajem sali do prób. Tak więc z tzw. wolnych mocy przerobowych został nam już tylko program teatralny (jeszcze nie dojechałam zatwierdzać), no i blog stworzony dla potrzeb monodramu. Dzwonię więc do Urzędu Marszałkowskiego i mówię, jak mają się sprawy. Na szczęście Pani w Urzędzie powiedziała, że doskonale to rozumie, że może być program teatralny i blog, a plakaty i ulotki będą miały logo jeśli będzie kiedyko0lwiek dodruk. Cóż… program teatralny miał być właśnie słany do druku, a ja miałam go tylko zatwierdzić. Planowałam to zrobić po rozwiezieniu plakatów i ulotek po śródmieściu i odwiezieniu do zwrotu zasilacza. Musiałam wszystko rzucać. Zrezygnowałam z rozwożenia ulotek i plakatów. Pojechałam tylko oddać ten czortowski zasilacz. Zwrot tego „ustrojstwa” trwał pół godziny (sic!) musiałam podpisać kilka dokumentów, szczegółowo opisać, czemu zwracam zasilacz i tak dalej…   Potem pędziłam przez miasto niemal na złamanie karku do wydawnictwa. Chodziło o to, by stronę programu z herbem Marszałka przesłać do zatwierdzenia do urzędu, zanim urząd skończy pracę. Była przecież środa przed długim weekendem. Ulubiony, ponieważ fizycznie nie ma prawa jazdy, więc biegał po mieście na piechotę i tramwajami z bonżurką w ręku. Około 19-tej wróciłam do domu. Byłam skonana, a na dodatek miałam pisaninę i nie nadawałam się do fotografowania auta.
Nadeszło Boże Ciało…  Wymieniać dalej? Zawiozłam Ulubionego na próbę. Miałam nienapisany reportaż, który postanowiłam napisać u przyjaciół na działce pod Sochaczewem. Po drodze sfotografuję „megankę” – pomyślałam optymistycznie. Nic mi z tego nie wyszło. Nawet nie tyle przez pogodę ile przez zwykły, ludzki strach… oto cała drogę między Warszawą a Łazami mijałam pijanych na piechotę lub na rowerach, bo przecież w katolickim kraju, jak jest święto kościelne trzeba się po prostu zalać do nieprzytomności i potem niepewnym krokiem łazić wzdłuż szosy, przechylając co chwila nie w stronę pobocza, czy rowu, ale w stroną jadących aut. Tak więc jechałam nie przekraczając prędkości 50 km/h… Gdy dojechałam na miejsce – oczywiście lunęło! Znów z sesji nici. Wracałam w deszczu… ale… zaczęło się powoli przejaśniać. Szosa pusta, (zalani pewnie jedzą lub śpią) więc powiało optymizmem. Może gdzieś po drodze, na przykład koło Zaborowa, tam tak ładnie, stanę na małą sesję… Niestety…. Po przejechaniu 10 kilometrów natknęłam się na wypadek. Ciała na poboczu, ciała na środku drogi, straż pożarna, policja, pogotowie. Policja zarządziła objazdy. Objazdy takie, że auto ubłociłam… To nie natchnęło mnie artystycznie. Blada jak ściana ze strachu, bo widok wypadku straszny, plus zła jak osa, bo z fotografowania nici – wróciłam do domu.

W piątek była próba medialna, odbiór banneru i kręcenie demo spektaklu, więc wszyscy troje padliśmy równo – z reżyserką włącznie. Gdy pod wieczór wylądowaliśmy na Targowej pod wiaduktem w wietnamskim barze na jedzeniu, byliśmy nieprzytomni. I tylko humor poprawił nam widok plakatu spektaklu, zawieszonego na drzwiach sklepu z czapkami, przez niezawodna panią Cieszkowską – naszą sponsorkę. W końcu to jej czapkę nosi postać, którą gra Ulubiony.

W sobotę walczyłam z internetem i stronami, które się posypały. Praca nad naprawieniem tego, co zepsułam zabrała mi pół dnia. Gdy skończyłam była 19-ta. „Meganki” nawet nie tknęłam. Nie tylko, jako modelki, ale nawet, jako pojazdu. Zresztą tez padało. Może dziś… Nie… jakie „może”? Muszę dziś… przecież jutro ją zwracam… W sumie niestety. Owszem, jestem typem kolegi Bigosa z Pana Samochodzika, który wehikuł kopnął pogardliwie w oponę i powiedział: „Zabawny wozik. Byle się toczył”. Przyznam jednak, że „meganka”, którą dostałam do testu, to naprawdę fajny samochód. Choć nie na takie miasto, jak Warszawa. Parkować nim jest niezwykle trudno, bo po prostu nie ma gdzie. Ale to wszystko opiszę w „babskim teście”, a nie na blogu. No nic! Idę na sesję! Najpierw jednak chyba do myjni….

Przedłużacz

 

Samochód ma dla mnie jeździć. Do przodu i tyłu. Marka nie ważna, ale… dla portalu francuskie.pl testowałam ostatnio kilka francuskich samochodów. Sprawa o tyle zabawna, że jako kobieta zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy niż mężczyzna-kierowca. Mnie interesuje komfort jazdy, kieszenie i półeczki, zwrotność przy parkowaniu itd. Mało mnie obchodzi silnik – w sensie osiągów itd., bo i tak nie jeżdżę jak pirat drogowy, więc nie gnam na złamanie karku. Nie ja śpiewam z „Blendersami”: „Pojemność dwa czterysta (…) Siedem jeden ma do setki (…) ma skórę i komputer, Klimatyzę serwo wiatrak szyber kółko z futer,
Piskacz piszczy aż oponki się topią”. Bo nie na to zwracam uwagę, a oponki nigdy mi nie piszczą. Dlatego testy wzbudziły wiele kontrowersji i emocji.
Samochody, które testowałam to: Dacia Duster, Peugeot 208 z silnikiem eHDi 1,6 o mocy 115KM i Citroen C3 z silnikiem eHDi 1,6 o mocy 95KM. Każdy z samochodów miał swoje plusy i minusy, ale ze wszystkich trzech aut byłam zadowolona i śmiało mogę je polecić, gdy ktoś ma pieniądze. Oczywiście wszystko zależy od tego, czego kto w samochodzie szuka i w jakim celu go kupuje. Tym co lubią duże, terenowe – polecam tanią terenową Dacię. Tym, którzy lubią ładne i cukierkowe – wygodną Cytrynkę, a tym, co mają szmal i lubią komfort i bajery – Peugeota. W końcu ma dotykowy ekran i synchronizację książki telefonicznej komórki z komputerem pokładowym…
Pewnie nie pisałabym o tym, gdyby nie uwagi niektórych kolegów. Każde z aut dostałam na kilka dni, więc niektórzy znajomi płci męskiej mogli zobaczyć je z bliska. I każde z testowanych przeze mnie aut było zdaniem znajomych panów – beznadziejne. Dacia za mało solidna, bo plastikowa w środku. Peugeot mały (testowałam wersję 3-drzwiową). Citroen za cukierkowy.
Jednocześnie żaden z kolegów krytykantów nie jeździ nowym samochodem. Wszyscy
„nastawieni na nie” mają z trzeciej ręki niemal rozpadające się trupy, ale… z wielkimi silnikami! Remontują je oczywiście bez przerwy. Gnije im przy tym blacha. Coś tam się jeszcze rozpada. Jednak ich zdaniem to nic. Ważne, że mają BMW, Audi, Volvo czy Mercedesa. I tak myślę, że niektórzy faceci chyba z jakichś kompleksów dorabiają ideologię do swoich wielkich starych trupów, bo gdyby jeździli czymś nowym, ale małym, to by im się automatycznie skróciło i tak niewielkich rozmiarów przyrodzenie.

 

Podzwonne krymskiej podróży, czyli zapraszam do galerii

Od kilku dni teoretycznie odpoczywam. Piszę ‚teoretycznie’, bo porządkuję zdjęcia i przygotowuję artykuły do gazet.  To też czasochłonne. O ile na artykuły trzeba będzie jeszcze poczekać, o tyle na zdjęcia nie.  Zapraszam do onetowskiej galerii. Fotografie są dostępne pod adresem: 
http://foto.onet.pl/2olb8,ok40l4x0wkk0
(wystarczy wcisnąć play).

14 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

W niedzielę rano wyruszamy z powrotem do Polski. Jeszcze tylko krótki postój przed polskim kościołem św. Antoniego. Potem odbieramy Janusza, który ostatnie noce spędził u rodziny Oleny i w pierwotnej konfiguracji wyruszamy w stronę granicy. Konfiguracja pierwotna oznacza, że w peugeocie 3008, czyli w „gwieździe” jadą Jędrzej, Krzysztof i Marzena, a w „rosomaku”, czyli peugeocie 807 Janusz, Włodek i ja. Przed granicą zatrzymujemy się jeszcze w małym sklepiku w jakiejś wiosce. Musimy wydać ostatnie hrywny. Kupuję czekolady i kwas chlebowy. Sprzedawczyni liczy wszystko na liczydłach. Wielkich, drewnianych, jakie pamiętam z dzieciństwa. 



Nasza  p0odróż przez Krym: C. Eupatoria, D. Kacza, E. Sewastopol, F. Bakczysaraj, G. Symferopol, H. Ałuszta, I. jałta, J. Ałupka, K. Partenit, L. Sudal, M. Kercz, N. Teodozja, O. Soliane, P. Strilkove.

Na granicy spędzamy godzinę z hakiem. Kolejki zbyt wielkiej nie ma, ale ta, która jest wystarcza mi za wszystkie. By nie siedzieć po próżnicy wyciągam laptopa i piszę. Czas płynie na tyle szybko, że przekraczamy granicę. Postój robimy jeden dłuższy na stacji Statoil w Jarosławiu. Wszystko po to, by zatankować. Peugeot 3008 okazuje się autem niezwykle ekonomicznym. Nasi specjaliści od motoryzacji francuskiej, czyli Krzysztof i Jędrzej z francuskie.pl wielokrotnie robili obliczenia ile pali na setkę. Nie pamiętam tych obliczeń. Pamiętam jedynie zachwyt nad osiągami i silnikiem diesla, w który wyposażona jest „gwiazda”. 


Przeszklony dach „gwiazdy” -  przez niego widać jeden z jałtańskich wieżowców.

Czas na moje podsumowanie auta. Nie będę udawać fachowca. Do motoryzacji podchodzę jak kolega Bigos z „Niesamowitego dworu” Zbigniewa Nienackiego. Na widok każdego z samochodów mówię jak i on: „zabawny wozik, byle się toczył”. Czy „gwiazda” jest zabawna? Chyba tak, bo to przecież crossover, który trochę wygląda jak limuzyna. A jak się toczy? Jako pasażer stwierdzam, że jest cicha i wygodna. Z jej tylnego siedzenia zrobiłam wspaniałe zdjęcia (lepsze niż te z przedniego). Mogłam też pisać, a dzięki przeszklonemu dachowi w aucie długo jest widno. Wygodnie jest w nim na każdym z czterech miejsc. A także na miejscu kierowcy, co stwierdzam ostatniego dnia. Jak prowadzi się „gwiazda”? 


„Gwiazda” na tle Aj Petri

Za kierownicą siadam tuż przed Warszawą. Jestem zdenerwowana, co zapewne wynika z mojego wieku (już oleju się mi do głowy nalało) i czucia ciężaru odpowiedzialności za nie swój samochód; z tego, że od 20 lat mam prawo jazdy i na swoim koncie kilka stłuczek, a także zaliczony rów z dachowaniem; oraz z faktu, że codziennie jeżdżę… fiatem 600, czyli seicento, a więc małym pierdzidełkiem, które na warszawskich parkingach można wcisnąć w każdą szparę. Dlatego prowadzenie takiego crossovera, jak „gwiazda” początkowo mnie stresuje. 

„Gwiazda”  na brzegu morza czarnego w Sudaku.

Właściwie zaczynam go wyczuwać dopiero w Warszawie, gdy wjeżdżam w znajome ulice, korki, galimatias skrzyżowań i objazdów wynikających z prac na trasie siekierkowskiej i żałuję, że nie mam już czasu, ani siły, by dłużej pojeździć i to w trasie. „Gwiazda” ma kilka „bajerów”. Poza czujnikami parkowania, do których nie jestem przyzwyczajona, ma szybkę z poliwęglanu, która wyświetla informacje o tym, z jaka prędkością jadę, a także distance alert. To taki system ostrzegawczy, który pomaga zachować bezpieczną odległość od pojazdu jadącego przede mną. Kolejnym bajerem jest grip control. Z tego nie korzystam, bo pogoda w Polsce jest akurat zupełnie sympatyczna. Nie ma ani deszczu, ani śniegu, no i jadę po asfalcie, a nie piachu. Grip control, z tego co jako zupełny laik zrozumiałam, ma polepszyć motoryczność przednich kół poprzez ulepszony system antypoślizgowy. Na konsoli centralnej ma pięć przycisków: standard, każda droga, piasek, śnieg, ESP off. Konsola i kokpit są zresztą tak wygodne, że dochodzę do wniosku, że gdybym siedziała w wersji z automatyczną skrzynia biegów byłoby to auto dla lenia. A dupsko kierowcy rosłoby wprost proporcjonalnie do pokonanych kilometrów. 


„Gwiazda”w kamieniołomach w Kerczu

Kilku czytelników bloga napisało do mnie, że nie możliwe jest, by peugeot przejechał Krym i się nie zepsuł. Cóż.. niemożliwa to była piżama Stanleya Ipkisa, czyli bohatera filmu „Maska”. Nasza „gwiazda” – peugeot 3008 nas nie zawiódł. Przejechał 4500 kilometrów po różnych drogach. Często nie najlepszych. I tylko raz, we Lwowie w sobotni ranek zgłosił niskie ciśnienie w lewej tylnej oponie. Usuniecie „usterki” czyli wizyta w zakładzie wulkanizacji, kosztowało nas 4 hrywny. 
Wyprawa na Krym to także testy roamingu i internetu na Ukrainie. Z tym jest trochę gorzej. U naszych wschodnich sąsiadów znacznie trudniej znaleźć sieci bezprzewodowe. W hotelach 3 gwiazdkowych z reguły są. W kawiarenkach również. Jednak z tych kawiarenek nie można zrobić w internecie wielu rzeczy, które by się chciało. Polskie portale wprowadziły blokadę ukraińskich adresów, bo Ukraina to cały czas obok Rosji i Chin spamerskie centrum świata. Dlatego karty Plusa bardzo się przydały. Dzięki nim wielokrotnie można było zrobić to, czego nie udawało się za pomocą ukraińskich stałych łączy. 



Nasza podróż przez Ukrainę. W obie strony to 4500 kilometrów.

Dziś dzień rozstań. Po dwunastej (wcześniej nie miałam siły się zwlec z łóżka – odsypiałam Krym) odstawiłam „gwiazdę” do firmy Peugeot Polska, do ich myjni. Potem rozpoczęłam kolejne rozstania, czyli… wręczania prezentów, które przywiozłam z Ukrainy. Pierwsze odbyło się jeszcze w niedziele wieczorem. Najpierw dałam prezenty synowi, a potem moim Ukraińcom opowiadałam wrażenia z ich kraju. Dziś… przemierzałam korytarze redakcji z ukraińskimi fantami w garści. To chałwy, czekolady i małe buteleczki win lub wódek. Tylko piercowki nikomu nie oddaję. Miodową wódkę Niemirov z piercom mam zamiar sączyć całą zimę w postaci drinków z sokiem grejpfrutowym i wspominać wyprawę na Krym.

13 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Po raz drugi Lwów wita nas mroźnym powietrzem. Jeszcze wprawdzie temperatura nie spadła poniżej zera, ale plus trzy to przecież nie upały, które dwa dni temu dawały nam się we znaki na Krymie. Zimowych butów nikt z nas nie ma. Ja – przez zupełnym przypadek, a raczej z powodu braku kurtki „przejściówki”  – mam zimową. We Lwowie czekają nas dwie noce. Wybieramy nocleg w centrum miasta. Hotel nazywa się Eurohotel i spełnia wszystkie nasze oczekiwania. Czysto, miło, jest Wifi można słać relacje i odbierać pocztę. Wiemy, że sobota będzie najpracowitszym dla nas dniem. To stąd mam przywieźć materiały dla telewizji. Dlatego dzień zaczynamy znów od pobudki o szóstej rano. Mam wrażenie, że spanie po cztery godziny na dobę tak już mi weszło w krew, że gdy wrócę do Polski to codzienna gonitwa w pracy okaże się relaksem. 


Stadion klubu „Karpaty”. 1/5 inwestycji zrobiona. czy zdążą na Euro 2012?

Pierwszym naszym celem jest budowany na euro 2012 lwowski stadion klubu „Karpaty”. Na miejscu, przed bramą główną o godzinie 9-tej ma na nas czekać specjalista – jeden z dyrektorów budowy, pan Stepan. Chcemy podjechać tam wcześniej, ograć widok stadionu z daleka. Temperatura trzech stopni na plusie utrzymuje się, więc w „gwieździe”, czyli peugeocie 3008, którym (wraz z Jędrzejem – moim operatorem i Krzysztofem, „zatrudnionym” dziś, jako nasz kierowca) poruszamy się na zdjęcia, włączają się systemy wspomagające jazdę po oblodzonej nawierzchni. 
Gdy poprzedniego dnia rozmawiałam z panem Stepanem omówiłam się, że jeszcze o wpół do 9-tej zadzwonię do niego i powiem, czy mam jakieś kłopoty z trafieniem na miejsce. Na szczęście Krzysztof Hołowczyc zarządzający naszą automapą bez problemu znajduje stadion. Dzwonię do pana Stepana z informacją, że będę na czas, ale pan Stepan mówi, że spóźni się kilkanaście minut. Wykorzystujemy ten czas na kolejne zdjęcia stadionu z daleka. Punkt 9-ta ruszamy, by dotrzeć pod bramę główną. Po drodze zatrzymuje nas ukraińska milicja. Nie wiem, co chcieli, bo na widok kamery i trzymanej przeze mnie w reku legitymacji prasowej rezygnują z pytań. Jednak ja nie rezygnuję, zwłaszcza, że nie wiemy, w którym miejscu z głównej drogi skręcić na stadion. Otwieram okno i pytam, czy pod bramę główną budowy stadionu to tędy. Milicjant szybko tłumaczy drogę. Widzę, że chce się nas po prostu pozbyć i ewidentnie żałuje, że zatrzymał. Przed bramę główną, wiodącą na teren budowy stadionu, przyjeżdżamy kwadrans po 9-tej. Pana Stepana nie ma. Jest za to obskurna budka strażnicza z dwoma strażnikami i trzy psy walczące o starą kość. Wysiadam i podchodzę do strażników. Mówię, na kogo czekam. Odpowiadają, że pan Stepan zaraz przyjedzie. I tak w zaparkowanej przed stadionem „gwieździe” spędzamy „zaraz”, które tu, na Ukrainie trwa trzy kwadranse. To chyba tu normalne. Nikt nigdzie się nie spieszy. Dowodem na to są kawiarnie, gdzie na obsługę czeka się godzinami. Kiedy zapytaliśmy Walerę, czemu tu taka powolna obsługa tłumaczy nam, że Ukraińcy wychodzą z założenia, że jeśli ktoś wchodzi do lokalu gastronomicznego to znaczy, że ma dużo czasu. Dlatego obsługują tak, jakby ich kulinarną specjalnością były ślimaki, a jeden z nich kręcił się między stolikami gości. Rozmawiamy o tym siedząc w „gwieździe”. Z perspektywy auta obserwujemy budowę, na której mamy wrażenie, że nic się nie dzieje i drogę, którą z rzadka przejeżdża jakieś auto. Niestety żadne nie jedzie w kierunku budowy. Wreszcie przed szlabanem staje niebieska toyota. To pan Stepan. Wjeżdża na teren stadionu, a nam strażnik każe jechać za nim. Witamy się na miejscu. Do kamery pan mówi po ukraińsku (pięć lat życia ze Sławą i jej rodziną, na coś się przydają. Rozumiem wszystko. „Razumiju, no nie muwlu”) Opowiada, że stadion buduje ponad 500 robotników, że 1/5 prac za nimi. Że zdążą. 
- Nie ma innej możliwości – dodaje. 
Gdy Jędrzej filmuje wszystko, co tylko może się przydać z obrazków z budowy (a ręce mu marzną! Takiej pogody we Lwowie się nie spodziewaliśmy), ja gadam z panem Stepanem. Poza kamerą rozmawiamy po polsku. Skąd pan Stepan zna Polski? Od sąsiadów Polaków. Gadamy o ZSRR, o tych „kurewskich kacapach z Moskwy”, jak mówi pan Stepan. O tym strasznym podziale Ukrainy, o którym słyszałam, ale wyprawa na Krym pokazała mi go jak na dłoni i pozwoliła dotknąć. Wreszcie słyszę, że boi się wyborów. Boi się ciążenia ku Moskwie. Wtedy pierwszy raz słyszę żart, który powtarzają tu Ukraińcy. 
- Co powinna zrobić Ukraina, by nie dostać się w ręce Rosji? 
- Wypowiedzieć wojnę Polsce i po godzinie się poddać. 
Śmiejemy się. Mówię panu Stepanowi, że Polska ma dużo własnych problemów. Nie trzeba jej Ukrainy do szczęścia, ale on to wie. Ogląda przecież polską telewizję. A to, co mówi, to przecież tylko kawał. 



Cmentarz orląt lwowskich. Stąd wzięto prochy nieznanego Żołnierza do grobu w Warszawie.

Po nakręceniu materiału o stadionie czas na… Cmentarz Orląt Lwowskich i Łyczakowski. Odbieramy tylko z hotelu Marzenę i jedziemy. Na Cmentarzu jest mroźno. Temperatura nadal nie przekracza trzech stopni. Jędrzej nie ma rękawiczek, więc martwię się, czy nie zgrabieją mu palce. Mówi jednak, że da radę. Na cmentarzu spotykamy się z ludźmi z konsulatu. (Wicekonsul opowiada tę samą anegdotę, co pan Stefan! Ukraińcy z zachodniej części twierdzą, że najlepiej dla nich wypowiedzieć wojnę Polsce i poddać się po godzinie.) Poza tym podziwiamy, co udało się zrobić w ciągu dwudziestu lat. Podziwiamy odnowione groby najmłodszych uczestników walk o Lwów. A historie, których wysłuchujemy są naprawdę niezwykłe. O tym, jak Polacy przychodzili zapalać tu świeczki w czasach, gdy cmentarz był rozrytą ulicą, a nad katakumbami gdzie spoczywają bohaterowie zbudowano garaże. Słuchamy o tym, jak długa była walka o odbudowę cmentarza. O szczerbcu, który podobno obraża Ukraińców. 
Ale chyba nie wszystkich. Z naszych rozmów ze spotkanymi Ukraińcami wynika, że Polaków lubią. Nie lubią nas chyba tylko ci, którzy są ukraińskimi nacjonalistami spod znaku Bandery. Przecież nawet poprzedniego dnia jadąc na kolację do Pyzatej Chaty (jednej z najpopularniejszych knajpek we Lwowie – ceny na każdą kieszeń, a samoobsługa jak w barze mlecznym, więc można było zjeść szybko i wrócić do hotelu spać) natknęliśmy się na ukraińskiego taksówkarza, który rozmawiał z nami po polsku. Lubi polską telewizję i był w Polsce wielokrotnie. Raz nawet prowadził interesy – w podwarszawskich Ząbkach miał małą fabryczkę… krawiectwo damskie. 

Grób Walerego Łozińskiego na cmentarzu Łyczakowskim.

Na cmentarzu Łyczakowskim przewodnik po Lwowie – pan Krzysztof, – opowiada mi historię kilku nagrobków. Mnie interesuje oczywiście Walery Łoziński – galicyjski Aleksander Dumas, lub jak twierdzą inni autor galicyjskiej lalki, czyli powieści „Zaklęty dwór”. Grób Łozińskiego to jeden z kilku położonych daleko od reszty i w zupełnie innej części cmentarza. Czy leży tu daleko, bo zginał podczas pojedynku? Pojedynku o kobietę, który przerwał jego 28-letnie życie. 
Niedaleko grobu Łozińskiego znajduje się grób 5-letniego Andrzejka zmarłego w 1923 roku. Ten nagrobek robi ogromne wrażenie, bo zachował się medalion ze zdjęciem dziecka. Piękny. Jednak, jak kiedyś robiono zdjęcia, to miały smak. Tu drobna postać dziecka w kolorze sepii uwieczniona na porcelanowym medalionie dodatkowo chwyta za serce. 

Andrzejek, jedyny syn Józefa i Marii. 1918-1923.

Pan Krzysztof sypie jak z rękawa anegdotami o pochowanych na cmentarzu artystach. Zatrzymujemy się przy grobie Władysława Bełzy, Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, Juliana Ordona i Artura Grottgera. Do postaci anioła na nagrobku pozowała jego narzeczona Wanda Monne. Miejsce spoczynku wybrał ponoć sam Grottger podczas jednego ze wspólnych spacerów z ukochaną Wandą. 
Z cmentarza jedziemy do polskiej rodziny. Umówił nas tam konsulat. Ja oczywiście skontaktowałam się z nimi telefonicznie. Wiem, że mają dzieci, które chodzą do polskiej szkoły. Wiem tez, że dzieci przeszły ospę i jeszcze mają na twarzach zielone kropki. Pani Katarzyna pyta przez telefon, czy to nie szkodzi? Mówię, że nie. 
Jedziemy we czwórkę „gwiazdą”. Mówię, że pani Katarzyna zadzwoniła, że czekają na nas z obiadem. Marzena z Krzyśkiem wolą zakupy i odpoczynek – wszyscy przez ostatnie dni spaliśmy po 5-6 godzin, więc ich rozumiem. Umawiamy się, że pójdziemy tylko z Jędrzejem i kamerą, a potem weźmiemy taksówkę. Staje się jednak inaczej. Do bloku rodziny pani Katarzyny i pana Andrzeja nie jest prosto trafić. Błądzimy, mimo GPS’a nie możemy trafić. Umawiamy się z panem Andrzejem przed wielkim domem towarowym. Podobno 200 metrów od jego bloku. Wyjeżdża po nas oplem i… Marzena zmienia plany. Mówi, że jak zobaczyła tę szczerą rozradowaną twarz dotarło do niej, że tam naprawdę na nas czekają. Zaczynamy wizytę, w której ja wielokrotnie muszę ukradkiem ocierać łzy. Wizytę, której jestem pewna – nigdy nie zapomnę. 


Mikołaj czyta „Tropicieli”.

Mieszkanie jest spore – cztery pokoje, kuchnia, łazienka i długi przedpokój. Rodzina też spora. Pan Jan i pani Krystyna – rodzice pana Andrzeja. Oboje urodzeni w Mościskach, małej miejscowości niedaleko Lwowa. Pan Andrzej lat 39, pracuje u dealera opla. Jego żona Katarzyna lat 31 – prawniczka. Teraz na urlopie macierzyńskim, bo odchowuje kolejne, czwarte dziecko. Pawełek ma półtora roku. Zosia 5, Ania 7, a Mikołaj 9. To Mikołaj dostaje moje książki. Wszystkie z autografem. Natychmiast siada i czyta „Tropicieli”. Nie można go oderwać. Nagle przybiega i pyta, kiedy napadną Kubę, bo on tu zobaczył na mapce, że Kubę gdzieś napadli. Mówię, że jeszcze kilka rozdziałów i dojdzie do tego momentu. 
Obiad to rosół, kotlet schabowy, ziemniaki i dwie surówki, pani Kasia przygotowała też bakłażana z papryką. Deser to bułeczki i kawa. Obie panie krygują się i pytają, czy można postawić nalewkę. Mówimy, że naturalnie i tak na stole staje butelka niemirowskiej nalewki z jarzębiny (po ukraińsku klukwa). Jest pyszna i co najważniejsze podnosi ciśnienie. Bo wcześniej w trakcie nagrań kilka razy zasypiałam ze zmęczenia. Pan Jan opowiadał o ojcu żołnierzu Wojska Polskiego, który potem trafił do Armii Czerwonej i poszedł z nią na Berlin. Sam pan Jan by marynarzem w marynarce wojennej, w latach sześćdziesiątych służył w Leningradzie. Pokazuje swoje zdjęcia. Opowiada o kolegach. W Armii Radzieckiej nie był jedynym Polakiem. Teraz pracuje, jako ochroniarz w jednej z fabryk. Do emerytury, która wynosi 400 hrywien dostaje dodatkowo 300 z tytułu pracy. Robi mi się na przemian zimno i gorąco, bo przed oczami staje mi ten cholery rachunek z Symferopolu. Ten rachunek na ponad 1600 hrywien za żarcie, które najlepsze wcale nie było. 
Gdy potem dowiaduję się że pan Andrzej zarabiał 1200 hrywien, ale teraz, gdy spadła sprzedaż opla wypłacają mu tylko 500, to mało nie spadam z fotela. Przecież za hotel we Lwowie zapłaciłam za dwie noce 650 i uważaliśmy, że to tanio, bo to mniej więcej 120 złotych za noc. Pomijam już jednak kwestie ekonomiczne. Nie chce o tym myśleć, bo kołkiem w gardle staną mi wszystkie ukraińskie czekoladki i chałwa. 
Skupiam się nad Polską, która mają w sercu. Pytam dzieci, czy zaśpiewają mi coś do kamery i powiedzą wierszyki. Zgadzają się wszyscy. Wszystkie piosenki, które śpiewają są religijne, bo kościół jest tu symbolem i ostoją polskości. Wszyscy są związani z polską parafią świętego Antoniego. Pan Andrzej poznał panią Katarzynę w kościele. Jej losy też są ciekawe. Urodziła się w czeskiej Pradze, bo ojciec był zawodowym żołnierzem. Matka pół Rosjanka, pół Ormianka. W domu mówiło się po rosyjsku, choć ojciec był Polakiem. Pani Kasia została ochrzczona, gdy miała 13 lat. Dalsza rodzina ojca spytała, czemu dziecko tak bezbożnie chowają i tak… rozpoczęło się jej wchodzenie w kościół. 
Pani Kasia chciała być zakonnica. Jej marzeniem jest być świętą. I tyle. Nic więcej dla siebie nie chce. Pan Andrzej chce dla swoich dzieci lepszego losu. Sam chodził do ukraińskiej szkoły. Pokazuje swoje zdjęcie. Z fotografii patrzy na mnie dziesięcioletni chłopczyk z dzieciątkiem Lenin w klapie fartuszka. Mam taki znaczek w domu. Kupiłam 17 lat temu w Petersburgu, jako ciekwostkę. Nikt nigdy nie kazał mi go nosić. Tu było inaczej. Tu nauczyciele notowali, kto w święta nie przychodzi do szkoły, tylko obchodzi w domu Boże Narodzenie. A dla nich polskie święta były kawałkiem Ojczyzny. 
Pytam Mikołaja czy powie mi wierszyk. Powie, ale z siostra. 
- To będzie tak, że ja będę zadawał jej pytanie, a ona będzie odpowiadać. – mówi. 
Zgadzam się i kucam przed nimi z mikrofonem w reku. Mikołaj zaczyna:
- Kto ty jesteś? 
- Polak mały – odpowiada pięcioletnia Zosia, a ja nie wierzę własnym uszom. Wysłuchuję całego wierszyka Władysława Bełzy. Pytam Mikołaja, czy wie, kto jest autorem. Nie wie. Mówię mu, że pan, który leży tu na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Mikołaj ma jeszcze czas, by pójść na jego grób. Ma tylko 9 lat. Lubi czytać książki i patrzeć jak tata gra na komputerze. W szkole uczy się z polskich podręczników „Wesoła szkoła”. I myśli, że polskie dzieci zazdroszczą mu tego, że mieszka na Ukrainie, bo tu wakacje trwają trzy miesiące. 
Nie mam już, co dać w prezencie. Miałam ze sobą tylko książki. Jestem zła, że w hotelu zostały różne gadżety, które wzięłam z 13-tki, bo akurat teraz dla dziewczynek bardzo by się przydały. Daję więc swój obrazek św. Krzysztofa poświęcony u Braci Kapucynów na Miodowej. Niech patron podróżnych przyprowadzi rodzinę pana Andrzeja do Polski, choć na jeden raz. 
Pisałam, że tę wizytę zapamiętam na całe życie. Jednak zapamiętam ją nie tylko ja, ale cała nasza czwórka. Bo gościna w domu polskiej rodziny mieszkającej we Lwowie jest głównym tematem naszej wieczornej rozmowy, kiedy przy ukraińskim winie i orzeszkach wziętych z hotelowego barku (nikt nie ma siły iść na kolację) dyskutujemy o tym, co z całego naszego wyjazdu na Krym i Ukrainę zapadło nam w pamięć. Mierzeja arbacka i polska rodzina ze Lwowa pojawiają się w naszych opowieściach najczęściej. 
Marzena mówi, że jak spytali, czy my w tym hotelu na pewno mamy gdzie się umyć, to ją aż za serce ścisnęło. Krzysiek stwierdza: 
- Moje córki są w tym samym wieku, co Zosia i Ania. 
Zapada cisza. I ja tylko myślę, że nie widziałam drugiego takiego dziecka, jak Mikołaj, które tak ucieszyłoby się z moich książek i z krótkiej przejażdżki „gwiazdą”, czyli peugeotem 3008, którego testy przywiodły nas na Ukrainę, a tym samym sprawiły, że zetknęły się nasze drogi.

12 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Nocowaliśmy w Humaniu. To połowa drogi z Krymu do Lwowa. Już nie zwiedzamy, zresztą pogoda za oknem okropna. Temperatura coraz niższa i na dodatek leje deszcz. Teraz podsumowujemy wrażenia. Marzena pyta o absurdy. Mnie wydaje się, ze notowałam je cały czas. A może nie? Może trzeba je wypunktować? 
Czy pisałam już o… toalecie, w której można trenować odpowiednią postawę do wyjścia z progu? Może to potrzebne? Przecież zima zapukała do naszych drzwi. Lada moment zaczną się narciarskie skoki. Odpowiednią pozycję godną Adama Małysza, Jane Ahonena czy Martina Schmidta można poćwiczyć w ukraińskich toaletach. To specjalne doły z dziurami w ziemi. Tak wygląda tu większość WC w przydrożnych kofie, na stacjach benzynowych i… tak wyglądała toaleta w Krasnopili, gdzie spędzaliśmy pierwszą noc w trakcie naszej podróży na Krym (nocleg we Lwowie był raczej „ciutświtannym” spaniem). Ta toaleta w Krasnopili miała jeszcze coś, co mnie zdumiało. To domowej roboty tapeta. Wszystkie ściany toalety zostały wybite białym papierem, by całość sprawiała wrażenie odświeżonego. Obicie papierem ma też powodować ogrzanie kibelka. Gdy wewnątrz papier, wówczas szparami nie wieje. To zapewne ma znaczenie, gdy na dworze siarczyste mrozy, bo przecież potrzeba fizjologiczna gna człowieka do toalety bez względu na pogodę. 


Obejście w Krasnopili. Po prawej stronie widać toaletę w wersji „narciarz”.

Drugi absurd to… niesamowita ilość bezdomnych psów i kotów. Kotów zresztą jest więcej. Podczas całej podroży sfotografowałam ich kilkadziesiąt. Gdyby ktoś spytał po co, to odpowiadam, że z myślą o Basi – mojej kierowniczce produkcji. Chcę jej pokazać, jakie mimo wszystko są piękne. Choć nie wiem, czy moja opowieść o biednych kotach leżących na środku chodników, placów i ulic nie sprawi, że Basia wpadnie w przygnębienie, a tego bym nie chciała. Bezdomne koty bywają tu malutkie – takie, które dopiero przejrzały na ślepka. Często są niesłuchanie chude i zaniedbane. Wielokrotnie na ich widok kroiło mi się serce. Choć raz chciało mi się śmiać. Gdy kot siedział na kamieniu, który był zrobiona po amatorsku reklamą budki z hot dogami. A skoro w ten sposób doszłam w swoim wywodzie do psów, to wyznam jeszcze, że z psami na Ukrainie nie jest lepiej niż z kotami. Marzena kilka z takich psów dokarmiała niezjedzonymi po drodze z Warszawy kanapkami. W jednej z miejscowości, w której jedliśmy obiad, podszedł do nas pies, który na pewno był bity. Wychudzony, roztrzęsiony miał w oczach taki głód, że Marzena zdecydowała się dać mu bułkę, bo nic już więcej nie miała do jedzenia. Pies nie chciał wziąć z reki, a gdy kawałek bułki został rzucony zbyt blisko nas, bał się brać. Wreszcie głód zwyciężał. Pies jakby godził się na ewentualny cios z naszej strony, byleby tylko zaspokoić głód. Widząc jego roztrzęsienie Marzena zdecydowała się rzucać kawałki bułki dalej od siebie. Po co psu stres? Odjeżdżaliśmy już, gdy pies zaczął przychodzić bliżej samochodu. Zbierał szybko wszystkie okruszki, które upadły na ziemię w miejscu, w którym wcześniej kucała Marzena, by połamać dla niego bułkę. Przez szybę widziałam jeszcze parking i psa, który odkurzał też to, co Marzena wytrzepała z foliowej torebki, w której trzymała bułkę. Pewnie musi mu to na długo starczyć. Dziś wiem, że gdybym miała pojechać na Ukrainę znów to z co najmniej dwoma wielkimi worami żarcia dla psów.


Hot dog, czy kot? Zdjęcie zrobione w Ałuszcie.

Kolejny absurd to obyczaje restauracyjne. W najlepszej naszym zdaniem knajpie, w jakiej jedliśmy w czasie wyprawy, czyli w „Podsłonecznikach” w Partenicie kelnerka co chwila sięgała nam przed nosem, po rzeczy na stole. To tu normalne. Tak jak naturalne jest, że nie podadzą nam sałatki razem z drugim daniem. Najpierw na stole wyląduje bowiem sałatka, potem zupa, a potem drugie danie. Dlatego wielokrotnie godni jedliśmy sałatkę i zgrzytaliśmy zębami w oczekiwaniu na dalsze jedzenie. Na widok gościa włączają muzykę i nawet jak gość jest jeden i się krzywi nie wyłączą. W restauracji naszego ostatniego hotelu, czyli w Fortecy w Humaniu, gdy prosimy kelnerkę o musztardę do parówek i cytrynę do herbaty otrzymujemy to po jakimś czasie (przez ten czas zarówno herbata jak i parówki tracą swoja odpowiednia do spożycia temperaturę). A na końcu spotyka nas niespodzianka w postaci rachunku za musztardę i cytrynę. Tej ostatniej nota bene Marzena dostaje kilkanaście plasterków, choć z powodzeniem zadowoliłaby się przecież jednym. 
Ceny pokoi to kolejne zdziwienie. Po pierwsze nie odpowiadają prawdzie, którą nam się tu głosi wszem i wobec. Np. humański hotel „Forteca” miał rzekomo nasz kosztować 800 hrywien albo i dolarów. (Tak powiedzieli w jednym z podłych hotelików, w których za wszelka cenę chcieli nas zatrzymać ii dziwili się, ze my nie chcemy.) Na miejscu okazuje się, ze cena dwuosobowego pokoju to 219 hrywien. W przeliczeniu na złotówki wynosi to nocleg 35 złotych od osoby i w cenie jest śniadanie 
Śniadania to osobna historia w ukraińskich hotelach. W jednych jest szwedzki stół, w drugim jak na Wczasach Funduszu Pracowniczego, a w innych z kolei jak na stołówce w fabryce. 
W niektórych hotelach jest barek w innych nie ma. My i tak nie korzystamy, ale rzecz, która nas szokuje to fakt, że w jednym (w Teodozji) żądają od nas opłaty za wypitą w pokoju wodę mineralną. Przecież na całym świecie takie coś jest w cenie pokoju! 
Standardy hoteli też zadziwiają. Gdy pytamy o dobry hotel, to miejscowi z reguły wskazują takie nory, ze strach się bać wchodzić O tych, które my wybieramy opowiadają legendy. Nie wolno w nie wierzyć Wszelkie historie, że tu nocleg kosztuje 1000 dolarów należy włożyć między bajki. Śpimy w trzygwiazdkowych hotelach,w których ceny rzadko kiedy przekraczają 200 złotych za pokój dwuosobowy. Szukamy takich, bo wiemy, ze w takich z reguły powinno być WiFi. Ale  dobrze wiemy, że z tym WiFi jest tu różnie. W niektórych hotelach są kartki z kodem do „radiospot”, czyli radiowy internet. Trzeba się zalogować i podać kod z kartki Login wygląda jak e-mail, bo w środku ma małp, czyli po rosyjsku „sabaczku”. Gdzie indziej jest bezprzewodowy nie szyfrowany, więc nie wszędzie można wejść, bo sporo portali blokuje dostęp do swoich stron jeśli wchodzi się z pewnych adresów. Są też miejsca bez internetu. 
Osobnym absurdem są drogi. Z jednej strony szerokie, z drugiej trochę dziurawe, ale nie bardziej niż w Polsce, a z trzeciej źle oznakowane. Drogowskazy są tu rzadko i podobno nie odpowiadają prawdzie.
Kolejnym absurdem jest styl jazdy tutejszych kierowców. Na porządku dziennym jest: jazda bez świateł, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, a w nocy wyprzedzanie na długich. Z tym wiąże , a co za tym idzie się jazda pod prąd i nieliczenie się z tym, który jedzie z naprzeciwka. 
Zadziwia mnie też sprawa pieniędzy. Od ponad 10 lat Ukraińcy płacą w hrywnach, ale i tak cały czas nazywają je rublami! 
Powala mnie też brzydota miast. W każdym z mijanych gorodow obok pięknych zabytków stoją blokowiska. Wszystkie są odrapane, brzydkie, z powybijanymi oknami i poobrywanymi płytami z zewnątrz. Po drodze mija się setki a nawet tysiące opuszczonych budynków Nie jest to tak, jak w Polsce gdzie raz na jakiś czas przy drodze trafia się mały domek, który ktoś budował, ale nie starczyło mu pieniędzy na ukończenie. Tu rzecz dotyczy całych fabryk czy bloków i idzie to w tysiące kompleksów, a co za tym idzie w tysiące niedokończonych betonowych klocków. Beton jest wszędzie, a nadmorskie kurorty morza czarnego to betonowe deptaki. To świat, w którym duch Lenina wiecznie dyszy za plecami szarego, pracującego człowieka miast i wsi. Zresztą… Leninów spotykamy sporo. Przed takim w Kerczu fotografuje się jako mówca, bo tuż przed pomnikiem jest mównica. 


Ja, jako mówca!

Z pozytywnych spraw zauważam: podobne do naszego poczucie humoru, a co za tym idzie u wielu ludzi chęć do uśmiechania się do świata, czyli… pogodę ducha. A to najważniejsze! Bez pogody ducha i myślenia, że szklanka jest do połowy pełna nie zawsze da się funkcjonować w raju, a co dopiero na Ukrainie, której do raju daleko. Na pewno jednak będę chciała tu powrócić. I nawet nie dlatego, że arbuzy i pomidory są tu najpyszniejsze i chyba najtańsze na świecie. Ta mierzeja arbacka i widoki, jakie tam ujrzałam zapadły mi w pamięć. Chciałabym przejechać tę trasę jeszcze raz. I mogę to zrobić peugeotem. Bo zarówno „gwiazda”, czyli peugeot 3008, jak i „rosomak”, czyli peugeot 807 zdały test z ukraińskich dróg.

11 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Hotel „Lidija”, choć najlepszy w Teodozji i na dodatek z WiFi, nie pomaga w pracy. Nie mogę zamieścić nic na blogu, bo… Onet założył blokadę, na wszelkie próby łączenia się z takiego miejsca. Pewnie ukraiński adres i fakt, że korzystamy z łączy niezabezpieczonych, robią swoje. Dlatego z napisanym tekstem, przekopiowanym na pen drive’a ruszamy w trasę. Swoje wczorajsze „wypociny” zamieszczę na blogu już w trasie korzystając z kart Plusa. Oczywiście, gdy będzie zasięg i działający GPRS, a z tym tutaj trudno. 


Ostatnie spojrzenie na cywilizację, czyli… Soliane i stary motor z koszem.

Ruszamy w kierunku Mierzei Arbackiej. Chcemy przejechać nią na północ Krymu. Mierzeja Arbacka przechodzi pomiędzy Morzem Azowskim i zalewem Siwasz, na który składa się kilka słonych jezior. W naszym przewodniku napisano o niej tylko tyle, że jest ciekawa, znajduje się tu rezerwat przyrody, a droga przez nią wiodąca nie jest asfaltowa. Decydujemy się na jazdę tą trasą. Przed nami ponad sto kilometrów piaszczystej drogi. Po prawej stronie będziemy mieć Morze Azowskie, a po lewej zalew Siwasz. Ruszamy. 
Wielokrotnie na Ukrainie stwierdzałam, że rozumiem czemu jedna z najbardziej znanych radzieckich pieśni brzmi: „szyroka strana maja radnaja”. Bo tak tu jest. Wszystko tu jest wielkie. Ten teren też. Mierzeja, która na mapie wygląda jak cieniutka kreseczka, w rzeczywistości ma kilkaset metrów szerokości. Wjeżdżamy na nią klucząc i pytając ludzi o „arbatskuju strielku”, bo drogowskazów tu nie ma. Ale na Ukrainie najlepiej stosować metodę „koniec języka za przewodnika”. Pytanie „izwnienitie pażalujsta, ja choczu sprasit…” Lub: „Izwienitie pażalujsta u nas odin wopros” mamy opanowane do perfekcji. 

Brzeg  morza Azowskiego.

Arbacka mierzeja to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam na Krymie, choć wjazd na nią rozpoczął się od spostrzeżenia, że brzeg plaży jest równo pokryty zielonymi, potłuczonymi butelkami. Ładniej jest dalej, choć są ślady bytności człowieka. Widać je co krok. Najwyraźniej rezerwat, o którym czytaliśmy w przewodniku to miejsce, w którym można śmiecić. 

Plaża Mierzei Arbackiej.

Arbacka Mierzeja to równina. Nie ma tu gór, jak na południu Krymu w okolicach Jałty. A jednak krajobraz zmienia się nieustannie. Oczywiście najpierw zajeżdżamy nad Morze Azowskie. Chcemy umoczyć ręce w jego wodach. Morze jest ciepłe, a plaża pokryta gruboziarnistym piaskiem zmieszanym z muszelkami. Pełno ich tutaj. Są to po prostu muszelkowe połaci ziemi. Włodek zbiera muszelki dla dzieci. Ja dla siebie. Decydujemy się też zjeść tutaj naszego arbuza, bo krymskie arbuzy nigdzie nie smakują tak dobrze, jak na świeżym powietrzu. Droga przez mierzeję trwa. Często jedziemy bardzo wolno. Często stajemy, by sfotografować różne ciekawostki: pastucha z owcami, który nie wiadomo jak i czym tu dotarł; psa, który znikąd pojawia się na drodze; dwa pasące się konie, z których jeden nagle przewraca się i zaczyna tarzać w piachu; czaple stojące na brzegu morskich zatok; a także to, co najpierw bierzemy za dymy unoszące się nad pustkowiem, a co okazuje się… rojem owadów. Jak to wygląda? Oto gdzieś hen przed nami w górę wzbijają czarne smugi. Bierzemy to za dym i zastanawiamy się co tam płonie? Każdy ma inną koncepcję, ale po kwadransie wszystko się wyjaśnia. To unoszące się ku niebu owady, lecące w kominowych rojach. Są ich tu setki tysięcy. Moim zdaniem nakręcenie bajki o życiu przyrody na tej mierzei byłoby bardziej fascynujące od „Pszczółki Mai” czy „Dawno temu w trawie”. 

Dzikie ptactwo bytujące na mierzei Arbackiej.

Wspólne zdjęcie robimy sobie na zaschniętym brzegu zalewu. Marzena podziwia mieniące się pod butami kryształki soli. Jędrzej ustawia aparat na przyniesionym z auta kartonowym pudle. Pstryk i na fotce jest nas cała piątka. Brak tylko Janusza, który wczoraj wyjechał do Eupatorii, a dziś  zmierza w kierunku Humania, bo tam zaplanowaliśmy nocleg. 
Wyjeżdżając z mierzei mijamy niedokończone ośrodki wypoczynkowe. Tu wiele miejsc jest takich niedorobionych. Stąd przy drogach budowle bez okien lub dachów, a także różne rudery i sterty śmieci. To wszystko to stały element ukraińskiego krajobrazu. Łatwo teraz chyba zrozumieć czemu wtedy w Sudaku zadziwiły nas grupy ludzi sprzątających teren. Mierzeją jedziemy bez mapy, bo GPS, na którym zresztą są tyko główne drogi Ukrainy został w drugim aucie, a GPS pokładowy naszego peugeota Ukrainy w ogóle nie ma.



Nasz kultowy posiłek na Krymie. 

Trasa przez Mierzeję Arbacką zajęła nam trzy godziny. To były trzy godziny prawdziwej wolności. Nie działały telefony, dookoła nie było nic (poza pojawiającymi się wszędzie śmieciami). Pierwsza miejscowość na północy mierzei to Strielka. Tu wchodzimy do sklepu i robimy zakupy. Wybieramy dwie wielkie słodkie bułki z rodzynkami, które jemy na schodkach popijając wodą. Do bagaży ładujemy chałwy na wagę. Moja jest największa w sklepie. Wybieram ją dla syna. Podejrzewam, że jak przywiozę i mu ją dam, a on ją zje to go zemdli. 
Tuż obok sklepu dostrzegam dziwny domek. Dziwny dlatego, że wygląda jak domek, ale na dachu jest kopuła i wieżyczka z prawosławnym krzyżem. Zaczepiam jakiegoś faceta z rowerem i cynkowaną blachą na bagażniku. Pytam, czy to kościół. Potwierdza. Ma tatarskie rysy twarzy i skórę spaloną od słońca. Mówi, żebym podeszła tam. 
Najpierw obchodzę budynek dookoła i robię kilka zdjęć. Wreszcie przez furtkę wchodzę na podwórko. Staję na progu kościołka. Widzę, że trwa tu remont. Zagaduję pracujące tam osoby o to, czy mogę wejść. Trzech mężczyzn i jedna kobieta pytają skąd jestem. Gdy mówię, że z Polski, uśmiechają się i zapraszają do środka. 

Wnętrze remontowanego kościółka w Strilkove.

- Z Polski, to chrześcijanka? – upewnia się jeden z mężczyzn. Kiwam głową potakująco. Wchodzę. Ikonostas jest prawie rozebrany. Na środku drewnianego domku-kościoła budowane są z cegieł kolumny. 
- Sufit trzeba podnieść wyżej – mówi ten gruby i tłumaczy po chwili, pokazując szczegóły. – Sufit wali się. 
Spoglądam w górę. Rzeczywiście. Na suficie widnieją rysy. Wiszące na ścianach ikony przykryte są kotarami. Pytam, czy kościół jest stary. Odpowiadają mi, że stary i pod wezwaniem Św. Mikołaja. Ale to ostatnie już wiem, bo przeczytałam na szczycie budynku i ikonę Św. Mikołaja zobaczyłam wchodząc za bramę. Jednak nikt nie wie jak stary jest kościół. Wszyscy mówią, że stary, ale ile ma lat nie wie tu nikt. Dla tych ludzi nie jest to ważne. Dla nich ważne jest, by kościół istniał i było się gdzie modlić. 
Po kilku minutach ruszamy w dalszą drogę. Przed nami powrót do Lwowa. Łączę się z konsulatem, bo we Lwowie nadejdzie dla mnie czas wytężonej pracy. Już wiem, że na Wysokim Zamku leży śnieg. Czas wrócić do mroźnej europejskiej rzeczywistości. W samochodzie, w bagażniku obijają się o siebie krymskie arbuzy. Znak odchodzącego lata, które dla mnie w tym roku pojawiło się jeszcze raz, podczas tej wyprawy na Krym.

10 – Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Po kolacji w opisanej już przeze mnie rewelacyjnej restauracji „Podsłoneczniki” (Jędrzej potem wielokrotnie wspomina smak ciasta domek!) decydujemy się na nocleg w Sudaku. (Proszę nie mylić z Sudoku!!!) Niestety poszukiwanie hotelu na Krymie jest swoistego rodzaju wyzwaniem. Dlaczego? Tu prawie nie ma oznakowania hoteli. Nie ma drogowskazów kierujących do nich. Zupełnie jakby nikt nie był zainteresowany przybyciem do nich gości. Znamy adres hotelu, znamy nazwę, ale z braku tabliczek z nazwami ulic na ulicach oraz z braku znaków drogowych kierujących do hoteli trafiamy nie do tego, którego szukamy. O 22:30 stajemy przed drzwiami hotelu „Forum”, o którym przewodnik milczy. Swoją droga, czy to nie zabawne, że tu na Krymie wszystkie nazwy brzmią znajomo… Najpierw „Bristol”, potem „Forum”…

„Forum” ma trzy gwiazdki, jak „Moskwa” w Symferopolu i „Bristol” w Jałcie, ale kosztuje połowę ich ceny i ma słabszy standard. WiFi, które jest dla nas najcenniejsze, (bo nie wszędzie działa GPRS i można korzystać z bezprzewodowego internetu przygotowanego przez plusa) niestety jest tylko od 10-tej do 21-ej. Nie możemy więc słać nie tylko e-maili, ale i naszych relacji: Marzena do radia, Jędrzej na francuskie.pl, a ja tutaj. O fotoblogowaniu już dawno zapomniałam. Raczej zamieszczę tam fotki z Krymu po powrocie z Ukrainy. Kładziemy się spać z myślą, że rano po śniadaniu pójdziemy na plażę, a potem wrócimy i gdy zacznie działać sieć wyślemy w świat to, co przygotowaliśmy. Ranek rozczarowuje. Za oknem jest pochmurno. Śniadanie w „Forum” to nie szwedzki stół, jak w Jałcie czy Symferopolu, ale klasyczne śniadanie wczasów FWP. Talerzyk z dwoma plasterkami szynki, dwoma salami i dwoma sera żółtego. Do tego ćwiartka omleta i surówka  z białej kapusty. Do picia kawa lub herbata i sok.
Gdy po śniadaniu ruszamy nad morze zauważamy, że Sudak jest czystszy od wszystkich poprzednich miejscowości. Jędrzej, który jest naszym skowronkiem, relacjonuje, że jego ranna wyprawa do miasta zaowocowała zaobserwowaniem kilkudziesięciu osób, które sprzątały ulice. Szok! Im dalej na wschód Krymu tym czyściej. A może to tak, że im mniej uzdrowiskowo i kurortowo to czyściej? Plaża jest piaszczysta, ale to nie jest znany nam znad Bałtyku zloty piasek. To szara masa. Na kąpiel decyduje się tylko Włodek. Oczywiście fotografuję jego wyczyn, bo oprócz niego w morzu kąpią się jeszcze tylko dwie osoby – jakaś pani i pan. Włodek po wyjściu z morza oznajmia, że woda jest cieplejsza niż powietrze. Cóż… pogoda się chmurzy. Wracamy do hotelu. Pakujemy rzeczy i schodzimy do hallu, żeby skorzystać z internetu. Jędrzej popędza jak stado baranów, więc wysławszy tekst z komputera Janusza wyrywam pen drive’a i zabrawszy rzeczy idę na parking. Jedziemy do sudackiej twierdzy. To genueńska budowla z XIV wieku z murem w stylu muru chińskiego. Po drodze mijają nas trzy poważnie wyglądające ‚suki’, czytaj autobusy z napisem „milicja”. Wszystkie trzy spotykamy potem na parkingu przed twierdzą. To wycieczka uczniów szkoły milicyjnej. Wszyscy mają na sobie zniszczone ubrania z napisem „tygrys” na plecach. Nie pachną jednak po kociemu. Wiem to, bo spotykamy się w jednym z budynków na terenie twierdzy. Milicjanci są w środku i zabierając tlen (co im w ogóle nie przeszkadza) fotografują się na tle szklanej skarbonki. Nie na tle ikon, rzeźb, fragmentów z wykopalisk, ale zwyczajnej, brudnej, papierowej kasy. Stłamszeni panującą wewnątrz duchotą wychodzimy na powietrze.

Genueńska twierdza w Sudaku.

Twierdza jest bez oznakowania kierunku zwiedzania. Sporo w niej takich miejsc, w których można złamać nogę lub nawet się zabić. Tak jest w przypadku uroczych schodków, które mamy nadzieje, że wiodą do wieży. Jednak w połowie drogi okazuje się, że… wiodą do nieba. Jakieś szczegóły? Proszę bardzo! Jeden krok wprzód i spadasz z nich. Lądujesz albo w kostnicy albo w szpitalu. U nas nikt takiego muzeum nie dopuściłby do zwiedzania. Twierdza to także pastwisko dla koni. Musimy uważać pod nogi, by nie wdepnąć w pozostawiane przez nich liczne skarby natury. To także piwnice, które niegdyś służyły do trzymania więźniów Teraz przez otwarte drzwi można do nich wpaść i… podobnie jak ze schodami do nieba. Zakończyć żywot lub wylądować w szpitalu. Oczywiście wszystko to nie znaczy, że nie warto zwiedzać Sudaku. Wręcz przeciwnie. To niezwykle malownicze miejsce, a twierdza robi wrażenie. Zwiedzam ją jednak dość niespokojnie, bo nie mogę znaleźć swojej ukraińskiej komórki. Gdy przyjeżdżamy nad brzeg morza na kolejną sesje fotograficzną „gwiazdy”, czyli naszego peugeota 3008 (spienione fale w tle auta to jest to!), przeszukuję kieszenie i torbę. Nic. Telefonu nie ma. Proszę Włodka, by zadzwonił do mnie, ale następuje cisza. Moja „ukraińskaja mobilka” milczy. Po 5 minutach dzwoni telefon Włodka. To recepcja hotelu „Forum” informuje, że mój aparat został u nich w hallu na fotelu i przed chwilą zaczął dzwonić pod pośladkami jakiegoś pana. Pędzimy do „Forum”. Myśl mam jedną. Uprzedzano nas, że na Ukrainie kradną, a nikt nie mówił, że zwracają zguby! A jednak!

Nad brzegiem Morza Czarnego, które jest tak naprawdę granatowo-turkusowe.

Sudaku pędzimy do Kercza. Po drodze stajemy na kawę w knajpce nad brzegiem morza. Ja biegnę na plażę po muszelki i wybieram kilka. Każda jest inna. Wszystkie płuczę pod kranem w łazience. Po jakimś czasie ruszamy w kierunku Kercza. Ukraińscy przyjaciele Janusza twierdzili, że w Kerczu ma nic ciekawego do zobaczenia. Okazuje się, że… wręcz przeciwnie. Zachodni Krym jest piękny, jednak jego zabytki po sto razy opisano w przewodnikach. A jak jest z usytuowanym na wschodzie Kerczem? To moim zdaniem najbardziej krymskie z miasteczek. Tu czuje się mongolski step i… starożytność. Choć i sowietyzmu tu sporo, bo na środku centrum stoi pomnik Lenina. (Nie skomentuję tego, ale delikatnie napomknę, że edytor tekstów uparcie proponuje mi zmianę słowa „Lenin” na „leń”.) Kercz to dla nas deszcz. W padającym z nieba kapuśniaczku wchodzimy na górę Mitrydatesa, by zobaczyć pomnik poległych za ojczyznę, z wiecznie płonącym ogniem. Po drodze mijamy grupkę młodych kerczan, którzy biorą nas za niemców i informują, że… „Hitler kaput!”
Pomnik to klasyczny obelisk z pięcioramienną gwiazdą. Jest on jednak na historycznym wzgórzu, czyli ponad pół wieku temu wpasowano go w inną rzeczywistość. Po drodze na szczyt mijamy domki z tektury, w jakich u nas mieszkają bezdomni. A tutaj? Prawdopodobnie też… Bo choć bogactwo ma wiele odmian, to bieda jest wszędzie na świecie taka sama.

Wejście do kurhanu cesarskiego – IV w. p.n.e.

Ze szczytu góry schodzimy po 400 zabytkowych schodkach i wchodzimy do cerkwi św. Jana Chrzciciela, a stamtąd (po zapaleniu przeze mnie świeczek w pewnych tajnych intencjach) wędrujemy w kierunku aut. Tym razem w strugach wody, ale nadal dziarscy. Wszystko dlatego, że chcemy jeszcze zobaczyć pochodzący z IV w pn.e. kurhan cesarski. Trafić nie jest łatwo. Dobrze, że Janusz wymyślił wzięcie ze sobą walkie-talkie. Dzięki temu możemy kontaktować się między samochodami. Do kurhanu trafiamy starą metodą, która zowie się… „koniec języka za przewodnika”. Kurhan jest bowiem prawie za miastem. To zupełnie niesamowite miejsce. Przeszło 30-metrowy korytarz wiedzie do kwadratowego pomieszczenia, którego sklepienie to spiralna kopula. Całość przykryta jest ziemią. Kto był pochowany w kurhanie? Tak naprawdę nie wiadomo. Przewodniczka twierdzi, że kurhan zbudowały istoty z kosmosu, a ja wtedy po raz kolejny podczas mojej wizyty na Krymie stwierdzam, że teren byłego ZSRR przypomina mi USA. W obu miejscach świata ludzie wierzą, że to co jest u nich w kraju to jest najładniejsze na świecie. W obu uważają, że każdy inny ustrój jest zły. I w obu wierzą w UFO…
Z kurhanu jedziemy w kierunku kamieniołomu. To nie takie zwykłe miejsce. Tu w czasie wojny ukrywało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Ocalało 9 osób… Na zwiedzanie kamieniołomu jest już za późno, bo zegar bije 17-tą, a to godzina zamykania muzeów. Chcemy światłami auta chociaż oświetlić wejście, ale okazuje się, że w nim czai się grupka młodzieży z winem. To częsty widok tutaj. Mam wrażenie, że młodzi ludzie nie mają gdzie się podziać ani co ze sobą zrobić. Stąd to łażenie po kątach i picie win, piw czy wódek. Skąd ja to znam?
Chcemy nocować w Teodozji, bo powoli będziemy wracać w kierunku Lwowa i Polski. Do miasta docieramy koło 19-tej. Szukamy hotelu z internetem, najlepiej WiFi. Wbrew pozorom to nie takie proste zadanie. Najlepszy hotel w mieście to „Lidija”, która ma 3 gwiazdki. W recepcji słyszę, że internetu dziś nie ma – będzie jutro. We dwójkę z Krzysiem idziemy na poszukiwanie innego hotelu – oczywiście z dostępem do sieci. GPRS na Ukrainie w niektórych miejscach nie działa, w innych działa strasznie! Podchodzimy na postój taksówek i pytamy taksówkarza o hotele z internetem, a on pokazuje nam gdzie znajduje się deptak
- Tam sporo hoteli – mówi.
- Ilu gwiazdkowych? – pytam.
- A tylu gwiazdkowych ile sobie narysowali – taksówkarz wzrusza ramionami, a widząc rozbawienie na mojej twarzy macha ręką i dodaje: – tak i u nas jest!
Na szczęście okazuje się, że w hotelu „Lidija” nastąpiło nieporozumienie, bo sieć WiFi jest. Pani myślała, że ja potrzebuję komputer… Pozostaje nam tylko wypakować rzeczy, wziąć klucze od pokoi i po zakwaterowaniu pójść na obiadokolację. I tylko Janusz z nami nie idzie. Decyduje się na nocną podróż do Eupatorii. Chce zabrać Walerego, by jechał z nami z powrotem do Lwowa. Bo przecież jutro trzeba będzie opuścić ciepły Krym i jechać na północ. A stamtąd dochodzą nas przerażające informacje o śniegu w środku jesieni… Buuu!

09 – Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Ranek w Jałcie jest pochmurny. Wierzymy jednak w dobrą pogodę. W końcu w przewodnikach jest napisane, że ładna pogoda jest tu przez ponad 200 dni. Jemy śniadanie i ruszamy na nabrzeże. Niestety z naszych jałtańskich planów popłynięcia statkiem w godzinny rejs wzdłuż wybrzeża, nie wychodzi nic. Takie rejsy zaczynają się za półtorej godziny, a nam szkoda marnować czas na czekanie. Decydujemy się więc na powrót do hotelu. Zabieramy rzeczy i ruszamy w podróż do Livadii. To położony niedaleko Jałty pałac, w którym po raz kolejny zachód sprzedał nas Stalinowi.
Gdy dojeżdżamy do pałacu Marzena proponuje eksperyment.
- Zobaczmy czy są tu honorowane prasowe legitymacje.
Wyciągam swoje dziennikarskie dokumenty i podchodzę do kasjerki. Kobieta najpierw jest zdenerwowana, a potem jakby oddychała z ulgą. Jesteśmy tylko dziennikarzami. Dla takich ani zniżek ani darmowych wejściówek do muzeów nie ma. Oj… nigdy nie wejdą tu do Europy, jak nie będą szanować dziennikarzy. Nie chodzi nam oczywiście o pieniądze, ale o sam fakt. Zarówno w Polsce, jak i na zachodzie, legitymacje prasowe są honorowane. Tu wprost przeciwnie.
W ogóle mam wrażenie, że cała turystyka na Krymie nastawiona jest na ludzi z krajów byłego Związku Radzieckiego. W muzeach i centrach turystycznych mało jest informacji w innych językach niż rosyjski. Niezwykle rzadko można też tu kupić coś, co będzie dwujęzyczne np. rosyjskie i angielskie (oczywiście mam na myśli przewodniki). Gdy w jałtańskim pałacu, w sklepiku z pamiątkami kupuję za 20 hrywien paczkę kart do gry z widokami Krymu (każda karta inny widoczek) ze zdumieniem odkrywam, że przedstawione na kartach miejsca opisano w dwóch językach. To jakimś ewenement.
W pałacowych pokojach, z których każdy jest w innym stylu oglądamy fotografie poświęcone zarówno rodzinie carskiej, jak i konferencji jałtańskiej. To też dość ciekawe zjawisko. Zastanawiam się z kogo, ciągnący mentalnie ku Rosji mieszkańcy wschodniej Ukrainy, są bardziej dumni. Z cara i jego talentu do budowy pięknych pałaców? Czy z przedstawiciela tej władzy, która rozstrzelała carską rodzinę?
Z Liwadii jedziemy do Ałupki i pałacu Woroncewa. To podobno jeden z najpiękniejszych pałaców na Krymie. Coś jest w tym z prawdy. Mnie najbardziej zachwyca oranżeria. Choć mamy o wiele większą w naszych warszawskich łazienkach, ta jest naprawdę piękna. Zachwycający jest też znajdujący się kolo oranżerii błękitny pokój. Białe kwiatki ze sztukaterii robiono ręcznie i zdobienie pokoju trwało 5 lat. Mówi mi to jedna z pań pilnujących ekspozycji. Jest zachwycona, że znam rosyjski (choć mnie cały czas się zdaje, że mogłabym znać lepiej). Kiedy mówię, że musiałam się uczyć w szkole stwierdza, że jestem maladiec (czyli zuch), a to mnie niezwykle irytuje. Maladcy to moje rusycystki, dzięki którym chętnie się uczyłam, bo ciekawie opowiadały o rosyjskiej literaturze i pięknie tutejszych krajobrazów. Jednak uczenie się pod przymusem to moim zdaniem żadne bycie zuchem! Zresztą Włodek, który z rosyjskiego uciekał – nie mówi w tym języku i wielokrotnie opowiadał nam o swoich negatywnych emocjach do swojej rusycystki.

Błękitny pokój w pałacu Woroncewa. sztukaterię robiono ręcznie przez 5 lat…

Jestem w połowie oglądania oranżerii, gdy Janusz woła mnie z powrotem. Oto jedna z przewodniczek usłyszawszy polską mowę postanowiła powiedzieć nam o polskim akcencie w pałacu.
- Oto portrety teściów Woroncewa. On ożenił się z hrabianką Branicką, a to jej rodzice… – mówi pokazując wielkie wiszące na ścianach portrety Franciszka Ksawerego Branickiego.
O! To woda na mój młyn! Braniccy, czasy Stanisławowskie i Targowica… aż się we mnie gotuje i mówię;
- Ale to rodzina zdrajców, którzy Polskę sprzedali!
Przewodniczkę zatyka, ale na szczęście tylko chwilowo.
- Tak też i inni mówią, którzy zwiedzają pałac – stwierdza. – Mówią, że Braniccy poszli na służbę do Katarzyny drugiej – dodaje. – Ja tak tylko chciałam wam to pokazać, bo może to ciekawe.
No owszem… ciekawe… zwłaszcza, gdy przypomnę sobie obraz Matejki „Rejtan” i opisującą ten obraz piosenkę autorstwa Jacka Kaczmarskiego. („Branicki twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą”.)
Z pałacu idziemy ogrodami wzdłuż brzegu morza na parking. Coraz bardziej doceniam uroki Peugeota 3008, czyli naszej „gwiazdy”, którą kolejny dzień podróżuję, jako pasażer. Przede wszystkim lekko przyciemniane tylne szyby powodują, że sporo rzeczy można zostawić wewnątrz auta. Po drugie przeszklony dach sprawia, że wnętrze wydaje się jeszcze bardziej przestronne, no i można z niego robić sporo zdjęć. Po trzecie samochód nie nagrzewa się na słońcu – choć na Krymie są teraz upały. Mimo tego nie wsiada się do niego jak do puszki. Naprawdę „gwiazda” to lux torpeda. Tą torpedą jedziemy w poszukiwaniu przystanku górskiej kolejki linowej wiozącej na górę „Aj Petri”. Z jej szczytu można podziwić widok Jałty. Oczywiście na gorę można również wjechać samochodem, ale wiemy, że zajmie to 3 godziny, których nam szkoda, a kolejką będzie znacznie szybciej. Szosa na szczy wije się jak wstążka, a kolejka biegnie prosto. Wagoniki są podobne do tych, które wożą pasażerów na Roosevelt Island w Nowym Jorku. Do jednego wchodzi 30 osób. Na naszych oczach wagonik podjeżdża na start. Na jego dachu siedzi człowiek, który co jakiś czas tak podróżuje, bo to jego praca. Co tam robi? Nie wiadomo. Sądząc po rękawicach umazanych w smarze, być może smaruje liny kolejki, by nie skrzypiała. Na górę wjeżdża nas pięcioro. Na parkingu zostaje Janusz, który chce pozrzucać swoje zdjęcia na komputer. Nasza piątka na gore zabiera ze sobą arbuza. Mamy zamiar zjeść go na łonie przyrody podziwiając widok Jałty ze szczytu góry „Aj Petri”. Kolejka mknie na szczyt z prędkością ok 30 km/h. W połowie stoku przesiadamy się z jednego wagonika do drugiego. W środku nie czujemy jej prędkości. Dopiero, kiedy mija nas wagonik jadący w drugą stronę stwierdzamy, że to „sowietskoje ustrojstwo” pędzi niczym ekspres czerwona gwiazda. W przewodniku wyczytaliśmy, że przejażdżka kolejką przeznaczona jest dla ludzi, którzy fascynują się radziecką techniką. Na pewno do nich należymy, bo w wagoniku naszej grupce jest dość wesoło. Gdy wysiadamy na szczycie otacza nas tłum „sępów”. Wszyscy chcą byśmy wydali pieniądze akurat w ich barze, na ich straganie lub na ich zwierzę. Zaczyna się od pana z sokołem, który chce wymusić na mnie, bym wzięła jego sokoła do ręki. Będę mogła sobie wtedy zrobić z nim zdjęcie na pamiątkę. Odmawiam. Dla mnie to żadna atrakcja. Po drodze jest oferta jazdy konnej. Tubylcy proponują także przejażdżkę na quadach, a także jedzenie – baraninę, wieprzowinę itd. odmawiamy i pędzimy z arbuzem pod górę. Jeszcze nie zaczęliśmy konsumpcji, gdy podchodzi do nas dwóch nastolatków z prośbą o korkociąg. Krzysiek w porę przypomina sobie o scyzoryku. Chłopcy proponują nam w zamian łyk wina. Obok czeka na nich… nauczyciel. Wysłał uczniów z butelką wina po korkociąg? Dziwne…, ale co kraj to obyczaj. Wina pić z nimi nie chcemy, ale za to robimy im pamiątkowe zdjęcie. Arbuza jemy podziwiając widok Jałty. Ja chcę zdjęcie, a’la Mickiewicz na Ajudahu skale, choć Aj petri to nie Ajudah. Łupiny po arbuzach zostawiamy na skale. Ptaków krąży tu tyle, że na pewno któryś zaraz zje, a poza tym nasze arbuzowe łupiny to nic w porównaniu z panującym obok śmietnikiem.

Nasze arbuzy na szczycie Aj Petri

Wracamy. Wtedy następuje kolejny tubylczy atak. Znów padają propozycje jedzenia baraniny, bo „wy jedli tolka arbuza” – stwierdza jeden z nich, uświadamiając nam tym samym, że tubylcy uważnie oglądają wszystkich turystów. Kolejne propozycje tubylców to: strzał z armaty na wiwat, a także jazda na wielbłądzie. To biedne zwierzę przywiązane na sznurku do ławki leży na betonie i spogląda na nas smutno. My chcemy jednak wracać. Stajemy w kolejce do… kolejki i obserwujemy ludzi. To co nas fascynuje w tutejszych mieszkańcach, czy turystach z krajów dawnego ZSRR to fakt, że wszyscy bez szemrania wykonują polecenia rożnych osób. Np. tu pana obsługującego wagoniki. Jak on mówi, że czegoś nie wolno, to nikt tego nie robi. A jak pan mówi, że trzeba coś zrobić, to właśnie to gorliwie wykonują wszyscy, choćby było nie  wiem jak głupie.
Tego dnia czeka nas jeszcze tyko jedna atrakcja – jedzenie. Zdajemy się na los. I tak w Partenicie, miejscu, w którym nigdy byśmy się tego nie spodziewali znajdujemy knajpkę perełkę. Nazywa się „Podsłoneczniki” i prowadzi ją pani Natasza Zajczykowska. Ja zamawiam drób z wiśnią, ziemniaki pieczone i sałatkę. Mój drób to… dwie przepiórki. Kelnerka wie wszystko o swojej kuchni, spośród kilkudziesięciu potraw pomaga wybrać jedną każdemu z nas. Na dodatek rozbija nam rachunek na 6 osób. Oczywiście płacimy za wszyscy razem, ale chodzi o to, byśmy mieli jak się rozliczyć między sobą. Ponieważ jedzenie jest wyśmienite, a na dodatek otrzymujemy wspaniały deser „domek” – ciasto z zapieczonymi lodami – Marzena postanawia wręczyć pani prezent w postaci trzypłytowej składanki „Radia zet”.
Po obiadokolacji wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy nocować w Sudaku. Docieramy tam po prawie trzech godzinach jazdy. Cóż… zmierzch już dawno zapadł, a droga kręta. Na dodatek Krym jest zupełnie nieoświetlony. Musimy jechać powoli. Zwłaszcza, że drogą potrafią jechać np. tiry bez tylnych świateł. A przecież każdy z nas chce przeżyć i to nie tyko wyprawę, ale jeszcze kilka przygód. Przecież jutro też jest dzień.

Ja, jako Mickiewicz. On siedział na Ajudahu skale, ja na skale Aj Petri.