Archiwa tagu: pies

W szponach Starucha-Sralucha

Żyjemy w kraju, w którym więcej prawa ma przestępca niż pokrzywdzony. Na przykład wolno kogoś okraść, ale opublikować zdjęcia złodzieja już nie wolno. Przekonało się o tym kilka osób, którym złodzieje wynieśli z domu to i owo, a potem, gdy wrzuciły jego zdjęcia na portale społecznościowe były zastraszane, a nawet przeciwko nim złodzieje wystosowali pozwy o ochronę ich wizerunku.

Z kolei moja znajoma kierowniczka produkcji w swoim czasie skierowała do sądu pozew przeciwko znajomemu byłemu już prezenterowi TVP, któremu podżyrowała pożyczkę. On nigdy jej nie spłacił, a komornik jej wszedł (jako żyrantce) na konto i chciał zlicytować jej mieszkanie. Ugadała się z bankiem. Dług byłego znajomego spłaciła zaciągając kredyt w innym banku. W sądzie założyła sprawę przeciwko byłemu koledze i wygrała. Niestety on nic z wyroku sobie nie zrobił. Do dziś nie spłacił długu, którego wysokość cały czas rośnie. Gdy opowiedziała o tym publicznie w telewizji, ów złodziej wytoczył jej sprawę o zniesławienie i… wygrał! Ten sam sąd, którego wyroków nakazujących zapłatę on nie respektuje uznał ja winną szkalowania złodzieja, bo zbyt emocjonalnie mówiła o tym, że chciano jej zlicytować mieszkanie i za dobre serce musiała spłacać kilkadziesiąt tysięcy cudzego długu.

Ja też jestem zastraszana. Od kilku lat pewien człowiek co 2-3 dni załatwia się w moim ogrodzie. Mam uszkodzone i rozkradzione przez bezdomnych złomiarzy ogrodzenie, więc każdy może wejść. Podrzucano mi do ogrodu cudze śmieci, urządzano libacje etc. Tego, kto defekuje (choć powinnam nie bawić się w grzeczności, a napisać prosto: ohydnie, rzadko i śmierdząco sra) znamy z widzenia. Wysoki mężczyzna po 60-tce. Ulubiony z nim nawet rozmawiał i to kilkukrotnie. Prosił, by nie załatwiał się tutaj, bo to nasz ogród. Niestety można prosić i błagać, a wstrętny Staruch-Sraluch swoje. Od kilku miesięcy znów mamy psa, a konkretnie śliczną suczkę (jamniczkę), która niestety, ku naszej rozpaczy, potrafi to zjeść. Po każdym spacerze, gdy w naszym ogrodzie pojawia się kupa (stanowczo za łagodne określenie dla tego co wydala Staruch-Sraluch), a my nie zdążymy do niej dobiec pierwsi, myjemy suczce zęby i dajemy na odrobaczenie. To męczy. I nas. I suczkę.

Wreszcie nie wytrzymaliśmy. Dwa miesiące temu wywiesiłam na resztce ogrodzenia kartkę:

Pana, który regularnie sra rozwolnieniem do naszego ogródka informuję: TO JEST TEREN PRYWATNY! Ogrodzenie zdemolowała kradnąc części na złom prawdopodobnie taka sama hołota, jak Pan! Mąż prosił Pana, by załatwiał się Pan w innych (do tego przeznaczonych) miejscach! Pańskie tłumaczenia o chorobie przyjmujemy, ale nie zwalniają one od zabrania stolca ze sobą! Torebki na odchody zwierząt można pobrać za darmo w urzędzie dzielnicy. A kał osób chorych to siedlisko chorób! Proszę roznosić swoją zarazę w innych miejscach! Następnym razem zostanie Pan sfotografowany w trakcie tej czynności, a Pana fotografia będzie umieszczona nie tylko tu na płocie, ale w kilku innych miejscach na Saskiej Kępie.

Mamy ciężkie życie z pewną rzycią :( #dom #saskakepa #chamstwo

Pod spodem podpisałam się z imienia i nazwiska, bo brzydzę się anonimami. Kartka wisiała na resztkach bramy przez miesiąc i przez ten miesiąc był święty spokój. Pewnego dnia Ulubiony stwierdził jednak, że skoro kartka odniosła skutek, to można już ją zdjąć, bo tylko przechodnie śmieją się i fotografują bramę, dom i kartkę. Zgodziłam się. Kilka dni później stolce pojawiły się znowu. Staruch-Sraluch defekuje zawsze w tym samym miejscu. Poznajemy go nie tylko po tym, ale i stolcach oraz wetkniętych w tę ohydną rzadziznę kawałkach papieru toaletowego lub chusteczkach. Gdy produkty uboczne przemiany materii wróciły na „swoje miejsce” Ulubiony wrzeszczał jak opętany, bo znów przy tej rzadkiej produkcji pierwsza była nasza suczka Frytka i trzeba było myć jej zęby.

W łóżku z kością... #dom #pies #jamnik #frytka

Pełnia szczęście #dom #sypialnia #zabawka #jamnik #gryzak #frytka

Dzień przyjaciela #salon #pies #jamnik #frytka #dom

Napisałam więc drugie ogłoszenie. Znów wywiesiliśmy je na płocie.

Wstrętnego chama po 60-tce, który mimo wielokrotnych próśb od wielu lat!!! nadal bezczelnie defekuje na tyłach mojego domu, uprzejmie informuję, że od tej pory oboje z mężem rozpoczynamy na ciebie polowanie. Zostaniesz sfotografowany w trakcie tej czynności i z twoimi zdjęciami pójdziemy na policję, do straży miejskiej i mediów – także społecznościowych. Niech cała Saska Kępa wie, że grasuje tu zboczeniec defekator!!! Nie pomoże ci żaden papier rumiankowy! (To nawet ciekawe, że nosisz go ze sobą!) Uważamy za szczyt chamstwa i zbydlęcenia przychodzenie co drugi dzień na czyjąś prywatną posesję i zostawianie tam cuchnącego stolca! Argumenty o chorobie nowotworowej nie pomogą, gdy otrzymasz mandat w wysokości 500 złotych, bo prawo jest równe dla wszystkich. Sąsiadów i przechodniów proszę o zwracanie uwagi na każdego, kto wchodzi na teren tej posesji i idzie w kierunku ogrodu. To na 99% ten bydlak.
PS. To ciekawe, że gdy wisiała poprzednia kartka zniknąłeś bydlaku na miesiąc.

Powtórka z rozrywki. Prababcia, która budowała mój dom przewraca się w grobie. #dom #ogrod #kupa #wstretnystaruch #sraczka #rozwolnienie #chamstwo #saskakepa

Pod kartką znów się podpisałam. Zarówno w czasie wywieszenia pierwszego ogłoszenia, jak i drugiego, znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że to ja jestem przestępcą. Stosuję groźby wobec biednego człowieka! Ostatnio pod swoim adresem wyczytałam: „A za obrażanie i szkalowanie nie będziecie mieć problemów skoro do tej pory nie macie dowodów i świadków?” Cóż… przyznam, że choć nienawidzę sądów to wyjątkowo chętnie bym stanęła przed Temidą pozwana przez kogoś za to, że napisałam o nim (bez podawania personaliów) na własnym płocie, że jest bydlakiem i zboczeńcem, bo mi sra w ogrodzie i go to strasznie uraziło.

Na razie Staruch-Sraluch jest górą. A co najciekawsze wszyscy martwią się o jego dobre imię. Aż chce się spytać parafrazując słynnego paprykarza: „Jak rzyć?” Rzyć Starucha-Sralucha zapewne ma się dobrze. Wczoraj po raz kolejny opróżniła się ze stolca w moim ogródku.

Jamnikarium, czyli coś dla takich jak ja!

W kulturze znamy już bestiarium, znamy rosarium teraz jest Jamnikarium. To tytuł najnowszej książki Agaty Tuszyńskiej. Ponieważ w moim domu po raz kolejny mieszka jamnik, a właściwie jamniczka – Frytka, kolejny po Zraziku jamnik w moim życiu, nic więc chyba dziwnego, że nie mogłam obok „Jamnikarium” przejść obojętnie. Myli się jednak ten, kto uważa, że jest to książka tylko dla posiadaczy i miłośników jamników. To swoisty leksykon niebanalnej wiedzy o kulturze, w której jamnik jest punktem odniesienia. Bywał bowiem przyjacielem wielu twórców. Jest więc to opowieść o tym, jak jamnik wpływał na literaturę, malarstwo, muzykę, sztukę aktorską itd. To także historia jamnika w literaturze.

W podróż zabrałam... #ksiazka #podroz #jamnik #jamnikarium

To leksykon jamników znanych osób, wśród których Puzon Jerzego Waldorffa, czy Dupek Melchiora Wańkowicza są jednymi z wielu. Rzadko kto dziś wie, że miłośnikiem jamników był Napoleon, ani ile jamników miał Stanisław Lem? Albo co z jamnikami w czasie wojny? Okazuje się, że jamnik, najbardziej niemiecki pies, bo to z Niemiec pochodzi rasa, choć w przeciwieństwie do owczarka, nie ma w nazwie słowa „niemiecki”, w powojennej Europie stał się jedynym stworzeniem, które przysparzało Niemcom sympatii. Nieporadny, sympatyczny, uparty.

Wracam do domu. Przeczytałam, ale wracam do niektórych fragmentów... #jamnikarium #jamnik #ksiazka #czytanie #podroz

Książka to nie tylko pasjonująca lektura, ale także piękny edytorsko album pełen reprodukcji malarstwa, starych fotografii, rycin i pocztówek. Dawno nie widziałam tak ładnej książki. W zalewie publikacji, w których królują zdjęcia ze stocka ta prosta pomarańczowa okładka w jamnicze łapy z ich bohaterem po środku jest tylko zapowiedzią tego, co wewnątrz między kartkami.

Jeszcze raz przeglądamy. Teraz z autografem. #dom #jamnik #frytka #pies #jamnikarium #ksiazka

Choć w stworzonym przez Agatę Tuszyńską erudycyjnym jamniczym leksykonie zabrakło mi kilku jamników, jak na przykład tego, który w latach 70-tych należał do Jerzego Antczaka i Jadwigi Barańskiej (tak podobał się mojej mamie, że teraz ja mam ciągle jamniki), a w podróży przez jamniczą literaturę zabrakło mi powieści młodzieżowych, jak na przykład „Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć” Marii Krüger, w której za złe zachowanie wobec jamnika oprawcę spotyka surowa kara, czy „Księga strachów” Zbigniewa Nienackiego, gdzie jamnik Sebastian pomaga w tropieniu zagadki pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza, to właśnie te braki dają nadzieję, że powstanie „Jamnikarium 2”. Bardzo bym chciała.

Między nami zwierzakami... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Jak pies z kotem?

Mówi się, że ktoś żyje jak pies z kotem, kiedy ludzie się kłócą, a nawet nienawidzą. Ale jak to jest naprawdę z tymi kocio-psimi znajomościami?

Muszę wstać. Kot na mnie patrzy. #szarlotek #dom #kot

Walka z zegarem #kot #dom #szarlotek

Chciałam popisać #szarlotek #dom #kot #pisanie #ksiazka

Kiedy pół roku temu „przytuliliśmy Szarlotka” wiedzieliśmy, że za jakiś czas będziemy brać psa. Żałoba po Zraziku, choć nadal nam go brak, ma swoje granice. Od pożegnania z nim minęło już ponad półtora roku. Tak więc… czas na nowego szczekającego domownika. Oczywiście wiedzieliśmy, że będzie to jamnik i na pewno suczka. Potrzeba było tylko znaleźć odpowiedniego szczeniaka. Mieliśmy na względzie również dobro kota, który z dorosłym osobnikiem mógłby się gorzej dogadywać, a z psim dzieckiem, i to odmiennej płci, na pewno sobie poradzi. Behawioryści mówili zresztą, że suczka-szczeniak to świetny pomysł. I tak dwa tygodnie temu zawitała do nas Frytka.

Frytka w towarzystwie #dom #pies #jamnik #frytka

Tymczasem do domu przyjechała nowa mieszkanka. Frytka z czekolady. #dom #pies #jamnik

Frytka jest wykończona #dom #frytka #jamnik

Oczywiście, jak przystało na frytkę jest długa i podpalona. Koloru czekolady. Kot najpierw zgłupiał. Frytka przyszła na świat w domu gdzie był kot. Wprawdzie bez jednej łapy, ale miauczący, więc nic ją nie dziwiło. Szarlotek natomiast po raz pierwszy w życiu widział psa. Jego zdziwienie sięgało zenitu! Bez przerwy siadał i się jej przyglądał. Często prychał, ale… ponieważ nie oddawał moczu gdzie popadnie, więc uznaliśmy to za dobry znak. Frytka z kociego strachu zupełnie nic sobie nie robiła. Przede wszystkim bez przerwy do niego podbiegała i próbowała łapać zębami za dupsko, łapę, ogon i co tam kotu wystawało. On prychał, uciekał, a w ostateczności sam gonił. Tak jest właściwie do tej pory. Ktoś powie, że to znaczy wrogość. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze każdy spacer Frytki poza domem Szarlotek przeżywa siedząc pod drzwiami i czekając aż wróci. Uspokaja się dopiero wtedy, kiedy suczka jest na miejscu. Po drugie jest mniej prychania. Po trzecie sam przyłazi do niej, by się z nią gonić. Owszem, góruje nad nią, łazi po krzesłach, stołach i spada na nią z szafy, gdzie ona nigdy nie wejdzie, nawet jak nauczy się wskakiwać na krzesła czy fotele. Ale wiemy już, że coś na kształt przyjaźni między zwierzakami się zawiązało. I choć przybyło nam obowiązków, a na dodatek ostatnie dwa tygodnie nie możemy wspólnie nigdzie wyjść, bo Frytka na razie chodzi tylko do ogródka, ale jedno jest pewne: w domu jest bardzo wesoło. I to mimo, że niestety kupa i siusiu na podłodze, zdarzają się niemal codziennie.

Zjadłam. Idę. A ty rób co chcesz. #szarlotek #kot #dom #jamnik #frytka

Kocham sznurek #dom #jamnik #frytka

Chciałam popracować w ogródku #dom #jamnik #frytka #ogrod #pisanie

Złodziejstwo!!! #pies #jamnik #dom #frytka

Cudowne rozmnożenie jamników... #dom #frytka #jamnik

Domowy krokodyl macha ozorem #dom #frytka #pies #jamnik

Tak goniłam Szarlotka, że nie mam siły! #jamnik #pies #frytka #dom #kot #szarlotek

Między nami zwierzakami... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

Skan dupy #dom #kot #szarlotek

Tego nie robi się kotu?

Gdy nie mam zwierząt bardzo się męczę. Jakoś chyba podskórnie boję się wojny. Z tym mi się bowiem kojarzy brak w domu zwierzaków. Pamiętam opowieści ojca o tym, jak w czasie wojny Niemcy zabrali pradziadkowi pieska – ukochanego ratlerka prababci Zosi. Pamiętam opowieść o jedzeniu w powstaniu warszawskim dzikich kotów. No i scenę z filmu „Sami swoi”, kiedy Witia jedzie na jarmark po kota, bo na wsi kota jak na lekarstwo. Po śmierci Zrazika i Szczurów – Welurka i Gierojka – nastał w domu czas żałoby.

Pan wyjechał. A obok na poduszce... Dziadziuś

Zrazik

Gierojek... odpoczywamy w sypialni... #ogony #szczur #szczurek #rat

Gierojek

Welur został sam... #ogony #szczur

Welurek

Na trzy tygodnie zawitały do nas koty przyjaciółki, ale poza tym – zwierzęca posucha. Myślałam o papudze – raz już miałam. Niestety Zrazik ją dorwał, zatłukł i częściowo zjadł. Chyba mu zresztą nie smakowała. Cały czas szukamy młodziutkiego jamnika, a konkretnie jamniczki. Myśleliśmy też o kocie.

Aaa kotki dwa całe szare obydwa #koty  #kotyrosyjskie #wtorek #jutrzenka

Pewnego dnia na Facebooku, na tablicy koleżanki, wpadło mi w oczy ogłoszenie. Jest do oddania półtoraroczna kotka. Był telefon. Zadzwoniłam. Cisza. Zadzwoniłam jeszcze ze dwa razy. Też cisza. W końcu wysłałam SMS, że nazywam się tak i tak, a ponieważ nikt nie odbiera, to proszę o kontakt w sprawie kotka, że oddzwonię itd. Nikt nie oddzwonił ani nie odpisał. Próbowałam jeszcze kilka razy. Wreszcie sukces. Po drugiej stronie pani. Niezbyt przyjemna. Burczy na mnie. Kotka nie ma ona. To jest jakaś fundacja. Kotek jest gdzieś tam. Wyśle mi informacje mailem, ale później, bo nie ma teraz czasu. Musi tylko mnie uprzedzić, że procedura adopcji kotka jest skomplikowana. Najpierw przyjedzie ktoś do mnie oglądać mieszkanie i warunki, w jakich chcę trzymać kota. Jeśli jest balkon, to mam mieć siatkę. Jeśli są okna to ma być zabezpieczenie. (kto widział dom bez okien?) Próbowałam pani mówić, że balkon mam niezabezpieczony, ale to tylko I piętro, zaś balkon jest potwornie długi i idący po łuku przez część domu (ma ze 12 metrów), więc zabezpieczenie takiego balkonu jest bardzo trudne i kosztowne, ale nie zostałam dopuszczona do głosu. Pani powtarzała, że najpierw przyjedzie komisja, która będzie badać, kim jestem i czy nadaję się, jako koci opiekun. Czeka mnie podpisanie szeregu dokumentów i spotkanie z psychologiem (!). Powiedziałam, że rezygnuję. Nie mam nic przeciwko wizytom ludzi u mnie, ale wszystko to wiało mi jakąś chorą lustracją. Miałam zresztą wrażenie, że ludziom z tej fundacji nie bardzo zależy na znalezieniu domu dla kota. Wyjątkowo zamieściłam post na Facebooku z opisem sytuacji, ale chciałam, by znajomi wiedzieli, że chętnie przygarnę kota. Jednak po kilku godzinach skasowałam post. To, co wyszło z niektórych znajomych – szkoda gadać. Kilkoro w dość faszyzujący sposób próbowało mnie przekonać, że pani miała rację. Niestety to ja z nią rozmawiałam. To ja słyszałam ten ton, sposób mówienia itd. I to ja słyszałam i czułam brak zaangażowania w sprawę. Jedna z przyjaciółek powiedziała, żebym się nie martwiła. Ją wszystkie zwierzęta znajdowały, więc i mnie jakiś kot znajdzie. Nie minął tydzień, gdy jedna z koleżanek zadzwoniła z wiadomością, że znajoma jej uczennicy ma do oddania kota. Podesłała informacje mailem. Kot był cudny. Rasy zwanej przeze mnie „profesor”, czyli czarny ze skarpetkami i krawatem. Miał niestety już 8 lat. To przeraziło Ulubionego. Ośmioletniego kota nie chciał, bo powiedział, że boi się, czy ten kot nas pokocha. Właścicielka kota oddać musiała, bo dwa lata temu zakochała się, a teraz wychodzi za mąż zaś wybranek ma straszne uczulenie. (Opisywanie skutków uczulenia sobie daruję. Można sprawdzić w internecie.) W każdym razie kobieta rozpacza, bo kota kocha, ale kocha też faceta i musiała dokonać wyboru. Żal nam jej było, ale Ulubiony stwierdził, że jak się kot nie przyzwyczai, to będzie dla wszystkich dramat. Dlatego współczując pani powiedzieliśmy, że nie. Po mniej więcej dwóch tygodniach od właścicielki „profesora” przyszedł rozpaczliwy SMS. Napisała m.in., że ma „nóż na gardle” i musi „w tym tygodniu znaleźć kotu dom” inaczej będzie musiała „oddać go do schroniska”. czy nie mogłabym pomóc. Może ktoś ze znajomych zechce. Pomyślałam, że może to jest ten znak – to jest ten kot, który mnie znalazł. Byłam akurat w pracy na zdjęciach, ale zadzwoniłam do Ulubionego i po krótkiej wymianie zdań stwierdziliśmy, że bierzemy kota rasy „profesor” o smakowitym imieniu Szarlotek. Wieczorem właścicielka przyjechała z nim w transporterze.

A kuku! #kot #szarlotek #dom #

To była ubiegła niedziela. Dla nas rozpoczął się nowy rozdział w życiu. Szarlotek wprawdzie od razu dawał się głaskać i brać na ręce, ale pierwsze dwa dni był niebyt ufny. Bał się gwałtownych ruchów. Często coś go płoszyło. Prawdopodobnie wszystko wynikało z tego, że przyszedł do nas z 36-metrowego mieszkanka, w którym wielu rzeczy nie było mu wolno. Teraz trafił do mieszkania, które ma 90 metrów i wolno mu niemal wszystko. Ale… kot o tym jeszcze nie wie. Wyuczone zachowania zostały. Pierwsze trzy dni panicznie bał się sypialni, bo stoi tam łóżko, a w takie miejsce kot miał wcześniej zakaz wstępu. Brany na ręce i kładziony na narzucie uciekał przerażony z piskiem. Tak więc musiałam zapomnieć o wspólnym oglądaniu w sypialni TV, czy czytaniu książek. Lęk budziła też łazienka, do której również wchodzić nie było mu wolno. Na szczęście zwyciężyła ciekawość i już trzeciego dnia, gdy się kąpałam, siedział grzecznie koło wanny, a nawet zaglądał do środka. W domu kot ma do dyspozycji mnóstwo kryjówek, mnóstwo przestrzeni do biegania i wielki balkon. Widzę więc, że czuje się coraz swobodniejszy. Wprawdzie na razie na balkon wyłazi tylko na rękach Ulubionego, ale dość szybko oparcie fotela, stojącego tyłem do balkonu, stało się jego ulubionym miejscem. Siedzi i obserwuje ogród ze srokami i innymi kotami, które wypuszczane przez sąsiadów przychodzą do nas na spacery i łowy. Drugim jego ulubionym miejscem jest parapet w gabinecie. Szybko zresztą okazało się, że kot jest bardzo towarzyski i nie lubi być sam. Dlatego gdy siedzę w gabinecie i piszę – on leży lub siedzi na parapecie obok, bądź na stojącej na biurku drukarce. Gdy jesteśmy w salonie – kot obok na kanapie. Gdy w kuchni – też koło nas. A jak wracamy do domu, wita przybiegając pod drzwi. Może jednak mimo obaw Ulubionego ośmioletni Szarlotek się zadomowi?

Stół opanowany! #kot #szarlotek #dom

Kąpię się, a koło wanny... Szarlotek #dom #szarlotek #kot #poranek

Spadło ciśnienie #kot #dom #szarlotek #sen

Pornografia okienna z kotem #porno #dom #kot #szarlotek

W gabinecie na parapecie... #dom #szarlotek #kot

Siedzimy #szarlotek #kot #dom

Znajoma, która ma 19 kotów opowiadała, że 19ty przyszedł do niej sam. Mieszka na parterze w ursynowskim bloku i 3 lata temu ze zdumieniem odkryła, że w mieszkaniu jest o jednego kota więcej. Prawdopodobnie zobaczywszy jej stado wszedł przez okno lub drzwi do ogrodu. Był dziki i dopiero po dwóch latach pozwolił się pogłaskać. Teraz przychodzi do niej tak, jak i inne od dawna udomowione. Jest więc ogromna nadzieja, że Szarlotek, choć daje się głaskać i nie jest do końca dziki, będzie z czasem jeszcze bardziej przyjazny i ufny.

Dla nas nowy domownik, a dla niego zmiana domu. Wielu znajomych twierdzi, że „tego nie robi się kotu”. Niby nie. Ale co począć, gdy czasem trzeba?

Przyszedł do łóżka... #kot #szarlotek #dom

Na zdjęciach – Szarlotek. Na ostatnim – w sypialni. Jednak przyszedł oglądać z nami film. Postanowiliśmy nie zmieniać mu imienia. Ulubiony tylko czasem mówi do niego „Charlie”, bo brzmi podobnie, a krócej, a mnie zdarza się, że mówię „Chaplin”, bo jednak ten garnitur kogoś mi przypomina…

Dwie fotografie, czyli żegnaj

Pożegnaliśmy Cię Zraziku wszyscy. Całą rodziną. Pojechaliśmy z Tobą do kliniki, bo nie mogliśmy patrzeć jak cierpisz. Bo widzieliśmy, że ból z powodu nowotworu staje się dla Ciebie coraz bardziej nie do zniesienia. Przez ostatnie tygodnie cierpliwie ścieraliśmy nie tylko Twoje siuśki i kupę, ale krew, którą znaczyłeś całe mieszkanie. Kiedyś myśleliśmy, że odejdziesz sam. Ale gdy uświadomiono nam, że psy nie okazują bólu, bo z czasów, gdy żyły w stadach zostało im to dzielne trzymanie się, by nie zostać zagryzionym, a nowotwór który cię toczy musi boleć – stanęliśmy pod ścianą. Czy wolno nam było zmuszać Cię do takiego niekomfortowego życia? Kiedy od pół roku nie mogłeś już wskoczyć na łóżko? Kiedy ostatnie tygodnie tylne nogi często odmawiały już posłuszeństwa? Kiedy krew lała się czasem strumieniami? Kiedy nie mogłeś się już wypróżnić? Kiedy ból sprawiało ci wzięcie na ręce?

Poprosiłam o pomoc w dostaniu się do lepszego świata mojego kolegę z podstawówki – Tomka. Tego, który gdy miałam osiem lat powiedział mi, co to choroby weneryczne, a ja jego uświadomiłam, co to ryngraf. Mam do niego zaufanie. Uchodzi za jednego z lepszych weterynarzy w Warszawie. Chciałam być pewna, że nie robię Ci krzywdy. Powiedział, że Twoje serce nie wytrzyma już operacji, czyli potwierdził diagnozę sprzed 3 lat. Przyznał, że to co przechodzisz to męka. Bądź szczęśliwy w psim raju, gdzie jak wyczytałam w książkach o Panu Kleksie, co noc psy budują z czekolady pomnik Doktora Dolittle, by w ciągu dnia go zjeść. Byłeś najfajniejszym psem na świecie. Kochaliśmy cię z tymi przerażającymi bąkami, żarłocznością i chęcią upolowania każdego napotkanego ptaka. Zostawiłeś nam mnóstwo wspomnień. W większości bardzo wesołych. Już dawno nie gniewam się, że gdy byłeś szczeniakiem zjadłeś mojemu misiowi Miamolowi nos. On mimo zjedzonego nosa nadal żyje pluszowym życiem. Ty jesteś już tylko wspomnieniem. Żyłeś czternaście lat i siedem miesięcy. Tylko tyle i aż tyle. Dziękuję Twoim psim rodzicom Loli i Lolkowi, że dali mi tak wspaniałego psa.

Zrazik z Paniczem Synem w 2004 roku

Ostatnie zdjęcia Zrazika

Czas płynie, czyli prawda o zwierzynie

Dawno nie pisałam o swoim „stadzie”, a jest o czym pisać. Zwłaszcza, że czas płynie, a ten jego upływ daje o sobie znać.

Po pierwsze pan senior Zrazik (marki jamnik, jakby to powiedzieli policjanci) śmierdzi. I też zrymuję. Nie pomaga nawet mycie, pies cuchnie niesamowicie. Podobno to wiek robi swoje. Senior Pan Zraz ma lat 14 i pół. Jeszcze rok temu myślałam, że puszczane przez niego gazy, to broń biologiczna najwyższej generacji. Teraz dochodzę do wniosku, że standard gazowy podwyższa się z miesiąca na miesiąc. Obecnie jego bron biologiczna bije na głowę swym zasięgiem wszystkie biologiczne bronie, jakie kiedykolwiek wymyślili terroryści. Strach się bać, który stopień skażenia bąkami Zraza, będzie obowiązywał w naszym domu za np. kolejne pół roku. Ostatnio Panicz Syn głośno protestował z powodu bycia zagazowanym. Ponieważ nie wpuścił Zraza do pokoju, więc ten ułożył się pod drzwiami i puszczał gazy szparą u dołu tychże drzwi. Ulubiony już nawet nie protestuje. Choć Zraz, z tej racji, że już nie jest w stanie wskoczyć na łóżko, uwielbia zaczaić się pod stołem i stamtąd razić swą biologiczną bronią dalekiego zasięgu. jest to szczególnie nieprzyjemne, gdy się np. coś je. Dlatego teraz Ulubiony reakcję ma jedną. Brzmi: „O matko! Znowu”. A owo „znowu” jest tak częste, że ja już nawet nie liczę. Każda chwila, gdy siedzę w gabinecie jest chwilą w oparach psich gazów, bo przecież on od zawsze towarzyszył mi w pisaniu. Kiedyś na moim fotelu tuż za plecami. Teraz u moich stóp. Kiedyś tak nie gazował. Teraz jakby nadrabiał zaległości. A przecież nie zmieniła mu się dieta, przyzwyczajenia, tryb życia itd. Jedyne, co się zmieniło, to wiek i kondycja fizyczna. O wskoczeniu na fotel pies już chyba nie marzy. Bo od dawna nie próbuje.

Nie lepiej ma się sprawa z Panami Szczurami. Po wielu próbach połączenia ich w stado, zakończonych atakiem Gieroja na Welura i potwornymi ranami szarpanymi u Welura, zostawiliśmy każdego w osobnej klatce. Choć klatki stoją jedna obok drugiej i oba szczury oglądają się przez kraty. Starszy, czyli Gieroj – ten przywieziony od księdza z pewnej warszawskiej plebanii – właśnie kończy przegryzanie na wylot trzeciego hamaczka. Niedługo będzie miał rok. Jest z nami bardzo zaprzyjaźniony. Zaprzyjaźniony do tego stopnia, że gdy siedzi na ramieniu, a ja coś wezmę do buzi potrafi mi to po prostu wyrwać. Postawiony na biurku wypija mi kawę, herbatę etc. Urósł do tego stopnia, że musieliśmy mu kupić o wiele większy domek, bo miał kłopoty z wchodzeniem i wychodzeniem do tego, który dostał kilka miesięcy temu, gdy myśleliśmy, że osiągnął swój ostateczny rozmiar. Ostatnio dość często wychodząc z domku, ten zostawał mu na dupsku i jak twierdził Ulubiony, biedne zwierzę zamieniało się w ślimaka, ciągnąc domek za sobą lub, jak kto woli, na sobie.

O wiele bardziej jednak upływ czasu widać u Welurka. Czterotygodniowa łysa szara kuleczka wielkości kasztana jest teraz półkilogramowym, włochatym szczurzyskiem o niezwykle gęstej sierści. Sam chyba nie zauważył, ze aż tak urósł, bo nie dalej, jak dziś… ugrzązł w okienku własnego domku. Ugrzązł tak, że nie mógł ani wejść do środka ani wycofać się. Takiego wrzasku dawno nie słyszałam. Rzuciliśmy się z Paniczem Synem na ratunek. Welurek darł się jak opętany, a jego ciało tkwiło zaklinowane w okienku domku. Cóż… domek jest dla takich jak on, ale okienko najwyraźniej przepuści samiczkę, a nie tłustego (choć nie spasionego) i o wiele większego samca. Nawet nie wiem, jak pomogłam mu się wydostać. Wiem, że pod koniec całej operacji w środku była głowa, a na zewnątrz dupsko z ogonem. Ponieważ zaś szczur nagle przekręcił się do góry nogami, więc przed nosem miałam szczurze genitalia i majtający się ogon. W środku domku była rozdarta i zapewne wyrażająca przerażenie szczurza morda. Już po wyciagnięciu go z pułapki z pół godziny uspokajałam biedaka nosząc po domu na ramieniu. Dopiero jak przestał się trząść odniosłam do klatki gdzie od razu wgramolił się na hamak. Na domek z dwoma ciasnymi okienkami jakby się obraził, choć wejście ma tam naprawdę duże.

Patrzę na tę zwierzynę i często wspominam dzień, w którym trafiła do mojego domu. Pamiętam, jak trzymiesięczny Zrazik zginął mi w mieszkaniu w czasie montowania okien. Myślałam, że w czasie zamieszania spadł z balkonu i szukałam w ogrodzie trupa, a on… taki malusieńki po prostu spał pod serwantką z porcelaną. Czasem mi się zdaje, że to było wczoraj, a przecież od tamtego momentu minęło 14 lat. Zdążył już tak osiwieć, że tylko grzbiet pokazuje, że jest rudy. Morda zupełnie biała.

Gieroja też dopiero co wiozłam samochodem z plebanii. A przecież to już 9 miesięcy, jak jest z nami. A Welurek? Ze zwierzaczka wielkości kasztana zmienił się w bydlę wielkości bakłażana. Nie da się oszukać czasu. Nie da się ukryć, że przemija. Nie da się go zatrzymać. Widzimy to po dzieciach, a jeszcze szybciej po zwierzętach. Pewnie dlatego, że niestety żyją krócej.

A miało być stado

Wiele miesięcy temu opisywałam historię Gieroja – kapturowego szczura, który trafił do nas z jednej z warszawskich plebanii. Gieroj podrósł, zmężniał i właściwie przez te cztery miesiące stał się częścią domu. Ponieważ to nie pierwszy szczur w moim życiu, więc sporo o tych zwierzętach wiem. Między innymi to, że lubią być w stadzie. Dlatego właśnie, że to wiem, postanowiłam, by Gieroj nie był samotny. Ze szczurami jest jednak pewien kłopot. Szybko się rozmnażają. Co potem robić z potomstwem? Hodowli zakładać nie zamierzam. ‚Produkować’ pokarmu dla węży również. Chodziło mi o uratowanie tego zwierzęcia i uczynienie go szczęśliwym, jeśli w ogóle można mówić o szczęściu w klatce. Dlatego nie zdecydowałam się na znalezienie mu samiczki. Poradzono mi drugiego samczyka. Póki Gieroj jest młody – można mu dać kolegę. Niech stworzą stado złożone z dwóch osobników. Najpierw jednak Gieroj dostał nową wielką klatkę, która została mi po zjedzonej w swoim czasie przez ukochanego psa jamnika – papudze nimfie. Ulubiony przystosował klatkę specjalnie dla Gieroja, a ja dokupiłam mu tunelik z materiału. Ponieważ znajoma pokazała mi ogłoszenie, że jest do oddania trzytygodniowy szczurek, więc umówiłam się z jego właścicielem i pojechałam pod Warszawę odebrać małego nicponia. Niech Gieroj ma kumpla. Szczurek był szary (rasa dumbo) malusieńki, ledwo opierzony i straszliwie skoczny. Przywiozłam zwierzątko do domu i… zaczęło się. Gieroj mało go nie zagryzł! Krew lała się strumieniami i mały, szary szczurek – dziecko przecież – z wielką dziurą w plecach wylądował za dekoltem u dziewczyny mojego syna, gdzie słuchając bicia jej serca uspokajał się. Ja trzęsłam się z nerwów, a Ulubiony z moim synem prawie płakali, wzywając imię boskie na daremno, czyli  po prostu krzycząc jeden przez drugiego: „Boże! Boże!”. Poczytałam wszystko o łączeniu szczurów w stada, więc wiedziałam, że to rzecz trudna. Nie myślałam jednak, że aż tak. 

W rezultacie zdarzenia mały szary szczurek trafił do małej klatki. W ciągu trzech miesięcy były jeszcze trzy próby połączenia ich w stado. Bezskuteczne. Za każdym razem Gieroj przystępował do ataku i gryzł młodszego kolegę zamiast się z nim bratać. Paradoksalnie w ogóle nie bał się psa, któremu chodził po głowie, plecach i czym się dało. Pies zaś, prawdopodobnie ze starości, olewał go zupełnie. Czasem tylko ze smutkiem i zdziwieniem przyglądając się biało czarnemu zwierzakowi, który bezceremonialnie podchodził i wbijał mu się pod tyłek, by wyjść z drugiej strony, między przednimi łapami i wrócić górą, czyli po głowie i grzbiecie znów w kierunku ogona.

W międzyczasie szary szczurek dostał imię. Nazwałam go „Welurek” od miękkości sierści, która jest niezwykle miła w dotyku. Dał się poznać jako osobnik wesoły i bardzo skoczny i właściwie wszyscy wyrywają go sobie z rąk, by z nim bawić się. W przeciwieństwie do Gieroja nie robi kupy gdzie popadnie, a czeka na powrót do klatki. Nie gryzie też tak wszystkiego i nie niszczy. Niestety teraz zamiast dwóch szczurów śpiących i przytulonych w jednej klatce, mamy dwie duże klatki z jednym szczurem każda. I nic nie wskazuje na to, by mogło się to zmienić, bo Welurek, o ile wcześniej był chętny i zainteresowany starszym kolegą, to teraz stracił chęć na jego poznanie. A Gieroj cały czas w ataku. I tak… gdy piszę te słowa, na moim biurku stoją dwie osobne klatki. Raz bierze się na pieszczoty mieszkańca jednej, a raz drugiej. Po prostu Welurek i Gieroj wiodą swoje dwa osobne życia, patrząc na siebie przez pręty dwóch klatek. A miało być stado…

Jedno z pierwszych zdjęć Welurka

Welurek schowany przed Gierojem (strasznie drapie)

Welurek pełen dobrej woli… Gieroj nie bardzo…

Gieroj przystępuje do demolowania psa

Welurek w roli bibliotekarza

Welurek buszujący w pudełku na serwetki

Jak to z empatią bywa

Z roku na rok coraz bardziej przekonuję się, że jestem nadwrażliwa i… że jednak może to i dobrze? Przeżywam mocno różne historie, nawet, jeśli w ogóle mnie nie dotyczą. Powód? Po prostu wczuwam się. Miałam tak od zawsze. Przeżywałam losy bohaterów książek, filmów czy bajek. Dziś z własnej empatii i łez potrafię się nawet śmiać, ale dzieciństwo empatycznego człowieka jest ciężkie. Nic tak nie śmieszy dzieci, jak łzy rówieśnika wylane z powodu… konika garbuska, brzydkiego kaczątka etc. A ja tak miałam i… mam nadal. To coś, co sprawia, że z wiekiem stajemy się twardzi i odporni na wzruszenia albo we mnie nie urosło albo nie dojrzało, pozostało dzieckiem i to mimo przekroczonej przeze mnie czterdziestki. Wiem, że to dla wielu zabrzmi już nawet nie śmiesznie, ale żałośnie, ale tylko moi najbliżsi wiedzą, jak strasznie płaczę na… „Toy Story”, zwłaszcza części 3-ciej. Tylko oni wiedzą, że film „Ted”, który widziałam kilka razy, niestety oglądam z porządną paczką chusteczek. Moment, gdy miś jest rozerwany na strzępy powoduje u mnie niemal palpitacje i trzeba mnie uspokajać i mówić, że to tylko film, choć przecież paradoksalnie ja to wiem! Ale tak już po prostu mam! Z tego powodu nie oglądam całej masy filmów, by nie przeżywać ich tygodniami. „Życie jest piękne” Roberto Benigniego przeżywałam strasznie. Podobnie „Wybór Zofii”, „Pianistę” itd. Boję się „Chłopczyka w pasiastej piżamce” i chyba jednak nie obejrzę. Tak jak i do dziś nie obejrzałam „Listy Schindlera”. Choć świetnie wiem, że to tylko filmy, a moje przeżywanie ich czasem z boku wygląda wręcz śmiesznie. Niestety nie jestem w stanie zapanować nad swoją rozpaczą, wzruszeniem itd. Kiedyś poszłam do kina na „Tańcząc w ciemnościach” z przyjacielem ze szkoły. On zabrał jeszcze ze sobą kumpla ze studiów. I tak byliśmy we trójkę. Tenże kumpel ze studiów widział mnie pierwszy raz w życiu. Oczywiście kompletnie zaryczaną. Był naprawdę przestraszony dopóki nie usłyszał: „Nie przejmują się Gośką. Ona tak ma. Za chwilę jej przejdzie. No już dobrze stara, no już dobrze.” To ostatnie powiedział do mnie i poklepał po plecach, jak chłop krowę, od czego paradoksalnie rzeczywiście zrobiło mi się lepiej. Jeszcze tylko wykrztusiłam przez łzy i wodne gile: „I dziękuję, że ze mną poszedłeś…” co nas wszystkich troje później w sumie ubawiło.
Koledzy z pracy też już przyzwyczaili się, że ronię łzy na uroczystościach związanych z powstaniami narodowymi itp. Kilku nawet przyznało, że już ich to nie śmieszy. Teraz tylko kiwają głowami. I tylko mnie głupio czasem przed rozmówcami, bo stoję, trzymam mikrofon i… łzy lecą. Jak ostatnio, gdy nagrywałam materiał o Ludomirze Benedyktowiczu. Próbowałam różnych technik powstrzymywania wzruszenia – bezskutecznie. O ile jednak moja nadwrażliwość i empatia są uciążliwe tak naprawdę dla mnie (te uniesione w rozbawieniu brwi rozmówców zawsze w końcu wprowadzają mnie w zakłopotanie), o tyle sytuacja odwrotna, czyli kompletny brak wrażliwości i empatii wydają mi się od zawsze uciążliwe dla reszty społeczeństwa. Często zastanawiam się czy wręcz nie są szkodliwe. Przykład? Podam pierwszy z brzegu. Oto dwa dni temu Internet obiegło zdjęcie ogłoszenia, które pojawiło się w okolicach Grojca. Treść taka:

SKUP KOTÓW

Firma FARMAKOL zakupi wszelkiego rodzaju koty na cele naukowe. Każdy kot nie może być młodszy niż 6 miesięcy. Wynagrodzenie za danego zwierzaka będzie uwarunkowane od jego koloru sierści. Cena za kota to:
- Wszelkiej barwy 25 zł
- Czarne 40 zł
Skup odbędzie się na placu OSP w Kośminie 28.03.2014 O g. 16.00.
Wszystkich sprzedających prosimy o transport zwierzaków w pojedynczych workach.

28 marca był wczoraj. Oczywiście zdenerwowałam się strasznie. Wprawdzie wiało to wszystko głupim żartem lub prowokacją (już podobną w swoim czasie zrobiła redakcja NIE), bo firma Farmakol nie istnieje (jest tylko Farmacol). Ale… nawet, jeśli to prowokacja lub żart, to może się jednak okazać, ze oznaczonego dnia o danej porze zjawi się horda ludzi z workami na plecach, a w każdym ruszający się kot! Jechać do Kośmina nie mogłam, ale pojechała pewna dziewczyna z fundacji Mondeo Cane. Zdała potem następującą relację:

Handlarzy nie było i kotów na sprzedaż nie było.
Mina szefa OSP – bezcenna Zresztą remiza ładna, nowa i ogrodzona.
Niemożliwe byłoby sprzedawanie tam czegokolwiek bez pozwolenia strażaków.
Stawili się: Powiatowy Insp. Wet. (3 osoby), policja (2 osoby), Mondeo Cane (ja), OTOZ ANIMALS (2 inspektorów), VIVA (2 osoby), SD (2 osoby). Dodatkowo miejscowe wolontariuszki.
Postaliśmy, pogadaliśmy z mieszkańcami, sołtysem, policją.
Są pewne podejrzenia, co do żartownisiów, jest również niewielka możliwość, że to nie był żart, ale podejrzany samochód też namierzamy.
To bardzo nietypowy samochód – widziany podczas rozwieszania ogłoszeń.
(…) Wszystko to wygląda na kiepski żart. Przerażające jest tylko to, że kiedy wczoraj wolontariuszki rozmawiały z mieszkańcami tej wsi, to większość nie widziała w takim skupie nic złego, wręcz mówili, że i swoje koty by sprzedali.

I to ostatnie zdanie mnie załamało. Czyli są ludzie, którzy byliby w stanie oddać SWOJEGO kota na eksperymenty? Człowiek udomowił kota, ale też przez lata… znęcał się nad nim. Z dzieciństwa pamiętam okrutne zabawy osiedlowych chuliganów. Łapali kota i w blokach, w których były 4 mieszkania na piętrze przywiązywali go za cztery lapy do klamek drzwi tych czterech mieszkań. Potem dzwonili i łomotali i szybko uciekali. Wg. powtarzanej na podwórkach legendy, wściekli mieszkańcy otwierali z impetem drzwi – rozrywając kota. Popłakałam się, gdy mi to koledzy opowiadali. Byłam, więc znów obiektem żartów. Ale ja wczuwałam się i w kota i w siebie. Co by było, gdybym tak ja otworzyła drzwi i z tego powodu jakiś kot został rozerwany? O matko! Znęcanie się nad kotami (a właściwie próba) było pokazane w serialu „Siedem życzeń”, w którym o ironio, rolę złego, gnębiącego koty chłopca, zagrał jako dziecko nie kto inny, jak…. teraz już świętej pamięci Eksio, którego rozpacz, gdy zginął mu stary pies, kiedyś tu opisywałam.

Dziś empatii w nas coraz mniej. Nie wczuwamy się nie tylko w kota, ale nawet w człowieka! Gdy czytam pod artykułem o czyjejś śmierci przez własną nieuwagę (nadmierna prędkość, alkohol itd.) komentarz: „jednego debila mniej”, to nie wiem, co ma we łbie komentujący. Gdy dziś przeczytałam artykuł o Chince gimnastyczce ze złamanym kręgosłupem, która walczyła o odszkodowania ze wszystkimi, nawet z tymi, którzy na jakimś etapie okazali jej pomoc, znalazłam pod spodem komentarz: „Widać słaby kręgosłup – i to nie tylko ten, co pękł, ale i ten moralny.” jakże łatwo tak napisać. Trudno wczuć się w sytuację dziewczyny, która w wieku 17 lat straciła władzę w nogach i siadła na wózku, a po latach ewidentnie pogubiła się. Trudno w ogóle się wczuć w przeżycia i duszę drugiego człowieka. Najłatwiej coś palnąć. Bo przecież, o czym już pisałam wielokrotnie, jak śpiewał zespół Dezerter „najprościej jest nie myśleć”. A empatia jest dla większości taka trudna.

A najgorsze, że takiego nieempatycznego człowieka w postaci urzędnika, lekarza czy polityka, a nawet… dziennikarza, spotykamy właściwie na każdym kroku. Od kilku dni trwa przecież burza na temat wakacji jednej z protestujących w sejmie matek niepełnosprawnych dzieci. No bo śmiała kiedyś pojechać na urlop… do Chorwacji! Bezczelna! A do parku tylko powinna była łazić, albo na trawnik przed dom, albo nie… na balkon! Tam jej miejsce!

Nigdy nie mów „nigdy”, czyli z plebanii do domu

Teoretycznie to wiemy, a praktycznie? Ileż razy zarzekamy się, że nigdy więcej, a potem… dzieje się w naszym życiu to, co nigdy nie miało się więcej zdarzyć. Miałam nigdy więcej nie wyjść za mąż, a tu proszę! Wyszłam. To jednak jeszcze pół biedy! Zarzekałam się, że nigdy w życiu, nigdy więcej, nigdy przenigdy nie będę miała…. szczura. A tu nagle? Trach! Wszedł w moje życie, jak nóż w masło! Oto wczoraj na Facebooku znajoma ogłosiła, że do oddania jest szczurek. Ktoś dostał go na gwiazdkę i nie może zatrzymać. Siedziałam zgnębiona różnymi prywatno-zawodowymi sprawami. Pomyślałam, że zwierzę łagodzi obyczaje. Niby jest Zrazik, nasz śmierdzący i potwornie pierdzący stary jamnik, ale ciężko przy nim pisać, bo wierci się, zrzuca z fotela (kładzie się za plecami i powolutku systematycznie spycha. Przeważnie orientuję się w sytuacji, gdy już wiszę pośladkami na skrawku fotela), puszcza też bąki, przy których gazy bojowe I wojny Światowej wydają mi się jednak perfumami Chanel nr 5. Wpadłam więc do kuchni, gdzie Ulubiony kolejny dzień spędzał w twórczym szale nad lampą (o tym jeszcze napiszę, bo to jest dopiero historia!). Spytałam tylko:

- Bierzemy szczura?

Od razu się zainteresował. Przyznaję, że o szczurze gadaliśmy już kilkukrotnie. Zwłaszcza po wizycie w Lublinie u kuzynki, która szczura ma! Powiedziałam więc, co i jak i zobaczywszy rozpromienioną twarz zgłosiłam na Facebooku chęć przygarnięcia zwierzęcia. Zaznaczyłam przy tym, że musi być z klatką czy innym terrarium, bo z forsą na razie u nas krucho. Dowiedziawszy się, że zwierzątko jest ze wszystkim, ucieszyłam się. Dziś miałam otrzymać informację skąd mam odebrać szczura. Na telefon czekałam właściwie od rana. Wreszcie zadzwonił. Pośrednik podał mi adres gdzie szczur przebywa. „Wygooglałam” sobie i… szok! Pod tym adresem mieści się… kościół. Zadzwoniłam więc dopytać, czy na pewno taki adres, bo to kościół:

- Tak, bo właściciel szczura mieszka na plebanii – usłyszałam w odpowiedzi.

Trochę mnie zdziwiło. Latorośl, czyli mój syn ryknął śmiechem, a obecnym przy tym jego kumpel wręcz padł na kanapę krzycząc: „Matko! Święty szczur od proboszcza!”. Ulubiony pokręcił z niedowierzaniem głową, a ja… wsiadłam w samochód i pojechałam odebrać stworzenie. Na miejscu okazało się, że rzeczywiście właścicielem gryzonia jest osoba duchowna. Przemiły ksiądz zażenowany i zawstydzony powiedział mi:

- Wie pani, rodzina dała mi pod choinkę. Ja go lubię, ja się naprawdę nie brzydzę, biorę do ręki, bawię się z nim, on po mnie chodzi, ale ja teraz wyjeżdżam na kilka dni i co ja z nim zrobię? Samego na tak długo nie zostawię…

No niestety…. Zwierzątko to odpowiedzialność. Szkoda, że ci, którzy obdarowali księdza szczurem, nie pomyśleli, że gryzoń wymaga jednak codziennej opieki.

Podróż do domu szczur zniósł mężnie, choć klatka stała na podłodze auta, po drodze było kilka hamowań i skrywający go domek nawet się rozpadł. Ale jakoś dojechaliśmy.

W domu powstał problem imienia. Ulubiony był za… „Mosadem”, bo jak twierdził zwierzak ma być dzielny, waleczny i sprytny, jak członkowie Mosadu. Ja zastanawiałam się nad „Tułaczem”, bo się biedak tuła z plebanii do nas. Proponowałam też „Plebana”, a syn „Ministranta”. To ostatnie jednak odpadło ze względu na aż trzy sylaby w imieniu. Jak powszechnie wiadomo zwierzę powinno mieć dwu lub jednosylabowe imię. Ulubiony powiedział, że z imionami jest tak, że „jak nazwiesz statek, tak on i popłynie”.

- Patrz! Zrazik jest Zrazik i co go interesuje? Tylko jedzenie! – dodał uprzytamniając mi, że rzeczywiście największą miłością naszego psa jest pokarm. Oraz to, co pokarmem nie jest, ale da się zjeść – patrz: mydło.

To mnie przekonało. Jeśli chcemy, by szczurek był szczęśliwy, a przede wszystkim dzielny i nie został pożarty przez psa, (dla którego wszystko może być pokarmem i który już raz w swoim czasie zjadł papugę nimfę), nie może być ani „Tułaczem”, ani „Plebanem”. „Mosad”? Brzmi zabawnie, choć prowokacyjnie i nieodparcie kojarzy się to jednak ze szpiegiem lub agentem. A jakoś od czasu pojawienia się w mediach Agenta Tomka… to bycie agentem jest jednak słabe. Była jeszcze propozycja „Święty”, jako próba połączenia miejsca pochodzenia szczura, czyli plebanii z Mosadem – kwintesencją instytucji pełnej świetnie wyszkolonych i walecznych ludzi. W końcu w domu jest myśliwski pies i szczur, choć w klatce, musi mieć się na baczności. „Święty” jest przecież słowem dwuznacznym. Z jednej strony oznacza osobę świętą, ale… był też w kulturze masowej taki agent/złodziej/szpieg, który nazywał się Simon Templar. Postać niezwykle sprytna i dzielna. Stwierdziliśmy jednak, że dziś Simon Templar nie jest zbyt popularny. Ktoś pomyśli, że „Święty” to kpina z kościoła i prowokacja. Nikt nie zrozumie, że to próba łączenia miejsca odbioru szczura z jego przyszłą historią, która ma być pozytywna, bo chcemy, by szczur był piękny, mądry, a przede wszystkim dzielny i sprytny. Postanowiliśmy więc szukać nowych rozwiązań. I tak padł pomysł, by szczura nazwać… „Bohater”! „Bohater” poradzi sobie z psem. Niestety „Bohater” to trzy sylaby! Ale…. Czy musi być po polsku? Po angielsku „Hero”. Ja niestety nie lubię być modna, a teraz angielski w modzie. „Heros” to znowu brzmi pompatycznie, więc… zaproponowałam, by był z rosyjska „Gierojem”. „Gierojem” z plebanii…  „Gierojem naszewo wriemieni”, jak to napisał Lermontow, czyli bohaterem naszych czasów. W końcu my ludzie tyle szczurom zawdzięczamy…

Miałam nigdy więcej nie mieć szczura. Bo żyją tylko dwa lata. Swoje poprzednie szczury potwornie opłakiwałam. W końcu to stworzenia bardziej „kumate” od psa czy kota. Bardziej się do nich przywiązywałam. Pamiętam, jak Ojciec w Wigilię z moją szczurzycą na ramieniu łaził po domu i ku niezadowoleniu Mamy karmił na zmianę opłatkiem, chlebem i uszkami z barszczu. To było zwierzątko! Szczurzyca miała na imię „Flaszka” i… lubiła wypić. Uwielbiała czerwone wino, które zagryzała pastylkami węgla, takiego na żołądek. Kąpała się ze mną w wannie pływając na gąbce. Jadła zupę z tego samego talerza, a nawet…. obie trafiłyśmy do literatury, bo w książce Marty Fox „Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni” jest całe opowiadanie o nas. Nosi tytuł „Magilla”…

Miałam nigdy więcej nie mieć szczura. A tu… cudem, znakiem z nieba, z plebanii do domu przyszedł nowy domownik. Chyba bohater, bo obwąchał nos psu i poszedł spać. Prawdziwy „Gieroj”, który nie będzie się przejmował starym jamnikiem. Chyba przyszedł do nas po to, by znów dobitnie powiedzieć mi: „Nigdy nie mów ‘nigdy’!”

A może to jednak… koziołek?

Kiedyś myślałam, że kapusta – zwłaszcza warzywna głowiasta – to przysmak kozłów. Wszystko za sprawą Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, których książeczkami karmiono mnie w dzieciństwie. Otóż Koziołek Matołek w swej wędrówce do Pacanowa z powodu zamiłowania do kapusty miał różne kłopoty.

Jednak nie dalej, jak przedwczoraj okazało się, że są i inni amatorzy kapusty. Bynajmniej nie mam tu na myśli motyla bielinka kapustnika. Stali czytelnicy bloga zapewne domyślą się, że jest to zwierzę po pierwsze: bezrogie, po drugie krótkonogie, z paszczy podobne raczej do malowanego przez Mariana Walentynowicza smoka wawelskiego w książeczce, którą również napisał Kornel Makuszyński. Jest to oczywiście mój pies – szacowny 13 letni emerytowany jamnik z licznymi brakami w uzębieniu. Tenże pan emeryt, gdy upadł mi na podłogę liść kapusty, dostał jakiegoś amoku i rzucił się nań, niemalże jak znany z przedwojennego wierszyka „znudzony onanizmem siedmioletni Franio” na kapiącą się w wannie siostrę! Ponieważ liść został pożarty z chamskim chrupnięciem, więc już dobrowolnie dałam mu drugi i konsumpcję sfotografowałam, ponieważ, kiedy opowiadam komukolwiek o tym, że mój pies żre (jedzeniem nie można tej czynności nazwać, bo za dużo mlaskania, prosięcego chrumkania, siorbania etc.) niemal wszystko – to mi ludzie nie wierzą. Proszę bardzo, oto przed czytelnikami – Zrazik i kapusta. I nie wiem, czy to nie znaczy, że pan emeryt skończy zgodnie z definicją swego imienia, jako zraz zawinięty w kapustę… A z tym żarciem wszystkiego uparty jest, jak kozioł! Może to jednak jakaś mutacja kozła? Tylko rogów brak?