Archiwa tagu: pisarstwo

praca pisarza

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Cena wolności i świętego spokoju

Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że za swoją wolność płacę sporą cenę. Jaką? Czasem miewam kłopoty finansowe. Rzeczywiście coś w tym jest. Bo właściwie czemu je miewam? Nie mam etatu, a więc brak mi stabilizacji. Co miesiąc rozpoczynam nierówną, ale zazwyczaj zakończoną sukcesem, walkę o przetrwanie. A przecież mogłam to wszystko sobie ułatwić. Wystarczyło zostać rzecznikiem jednego z dwóch przedsiębiorstw, które mi to rzecznikowanie proponowały. Wystarczyło przyjąć propozycję wstąpienia do partii, a kilka mi to proponowało, i przyjść do pracy na kierownicze stanowisko z jej nadania, co zrobiło kilku moich znajomych. Ja jednak twardo trzymam się z dala od wiążących myśli i swobodę wypowiedzi układów, zwłaszcza politycznych. Do tego doszedł osobliwy stosunek do pieniądza. Czasem wolę nie mieć nic, niż iść do sądu i walczyć o swoje. Po co szarpać nerwy? Dlatego jeśli tylko mogę uniknąć procesu, dojść do porozumienia – korzystam z przywileju, który nazywam przywilejem „wolności i świętego spokoju”. Zwłaszcza, że ostatnią „walkę o swoje” opłaciłam ciężkim zapaleniem nerwów. Wprawdzie owo zapalenie spotkało mnie nie tylko z powodu finansów, a także zasiadania w pewnym gremium pewnej organizacji oraz swoistych „przygód” ze spektaklem „Bubloteka”, ale to tę historię z finansami chcę tu opisać. Czynię to z myślą o innych autorach i ku ich przestrodze oraz refleksji. Sami sobie odpowiedzą na pytanie czy warto walczyć o swoje. Rzecz dotyczy bowiem pewnego wydawnictwa, z którym po wielu latach współpracy w tym roku się „rozwiodłam” i poczułam, jakbym odzyskała wiarę w siebie i wolność, choć przecież po wszystkim zachorowałam. Historia całej współpracy była jednak burzliwa i dla mnie bardzo trudna, ale po naradzie z wieloma zaprzyjaźnionymi autorami i prawnikami zdecydowałam się ją opisać. Zwłaszcza, że wczoraj podesłano mi link do oceny pracy mojego byłego już wydawcy. Link, z którego wynika, że osób w sytuacji podobnej do mojej jest sporo. Dlatego nazwę wydawnictwa i nazwisko właściciela przemilczam.

Pamiętam, gdy przyszłam do niego ze swoją powieścią. Czułam się skrzywdzona przez poprzedniego wydawcę, który wydał mi coś w brzydkiej szacie graficznej, na którą nie miałam wpływu, ale w nakładzie… 40 tysięcy egzemplarzy. (Pierwsze nakłady zazwyczaj nie przekraczają 10 tysięcy, a przeważnie oscylują wokół 5 tysięcy.) Wydawca w dwa miesiące sprzedał 10 tysięcy, co jest gigantycznym sukcesem, ale on był niezadowolony, więc w bardzo nieprzyjemnych rozmowach, między wierszami, oskarżył mnie, że to, co mi wydał to śmieć, bo liczył na sprzedaż 40 tysięcy na pniu! Jakby książka była chlebem lub innym towarem pierwszej potrzeby. W ciągu 3 lat trwania umowy sprzedał mi tego 30 tysięcy (a więc gigantyczną jak na polskie warunki liczbę), wypłacając w kilku ratach śmieszne honorarium, bo od egzemplarza mój zarobek wynosił 85 groszy minus podatek, na co zgodziłam się znów za cenę owej „wolności i świętego spokoju”. Te sprzedane 30 tysięcy, tamten wydawca uznał za swoją klęskę, zasugerował, że moja książka jest niewiele warta, choć przecież trafiła wówczas na listę bestsellerów pewnego opiniotwórczego tygodnika. Pozostałe 10 tysięcy nakładu skierował więc na przemiał. Była to jego pierwsza wydana książka, której publikacja, jak przyznał, przyniosła mu wielkie rozczarowanie rynkiem księgarskim. Więcej wydawać książek nie chciał. A ja, jako zbolała pisarka, przyszłam do nowego wydawcy, jak do Zbawcy. Przyjął ode mnie nową książkę, potem jej drugą część, a potem doczekał się praw do tej, która w swoim czasie rozeszła się w nakładzie 30 tysięcy, była na tej liście bestsellerów i zaczęła trafiać do podręczników oraz na listy lektur szkolnych. Zrobił promocję. Byłam zadowolona. Traktowano mnie o niebo lepiej niż u poprzednika. Niestety gorzej było z zarobkami, mimo o wiele większej stawki za jeden sprzedany egzemplarz powieści. Wydawca, który mną poniewierał sprzedał mi 30 tysięcy tytułu. Zbawca… znacznie, znacznie mniej, ale w tym zorientowałam się później. Na razie w prasie ukazywały się pozytywne recenzje moich książek, robiono ze mną wywiady, więc czujność została uśpiona. Zaczęłam się niepokoić, gdy dostałam pierwsze rozliczenia. Karmiono mnie jednak tekstami, że okładka pierwszej, którą mi wydał była niezbyt atrakcyjna (wygrała plebiscyt wśród czytelników, którzy sami decydowali o okładce) i to pewnie dlatego. Że pewnie księgarzom się nie podobała, a to oni decydują, co zamówić do księgarni. Niestety równie słabo wyglądała sprawa sprzedaży książek na spotkaniach autorskich. Po prostu dogadanie się w sprawie dostarczenia ich na te spotkania graniczyło niemal z cudem. Zbawca nie współpracował bowiem z hurtowaniami, z którymi współpracowały biblioteki. Często jeździłam więc sama z książkami wypakowując nimi samochód niczym hurtownik. Raz pojechałam pociągiem. Pojechałam na jeden dzień z największą walizką wypełnioną po brzegi tylko książkami. Mało nie dostałam przepukliny od wnoszenia jej do pociągu. Po drodze walizka rozpadła się. Połowa książek wpadła w błoto. Byłam wykończona. Łudziłam się jednak, że wszystko się zmieni, gdy Zbawca dostanie drugą część tej mojej książki, która była na liście bestsellerów, jest w podręcznikach i trafiła do spisu lektur. Czytelnicy się jej domagali, ciągle słali listy z pytaniem zaczynającym się od słowa: „Kiedy będzie dalszy ciąg?”. Pisałam ją jednak dość długo. Osobista sytuacja nie sprzyjała ślęczeniu nad powieścią. Wreszcie napisałam. Przyniosłam Zbawcy. Zatrudniony przez Zbawcę redaktor, po jej przeczytaniu powiedział: „Pani Małgorzato! Tak dobrą rzecz mu Pani daje! Nie warto! On to Pani zmarnuje!”. Ale ja przecież obiecałam Zbawcy ten tytuł. A u mnie słowo droższe od pieniędzy. Drugiej części sprzedał mi ¼ tego, co pierwszej, a może i mniej? Jeszcze o tym nie wiedziałam, kiedy zaproponowałam Zbawcy kolejną książkę. Odrzucił bez czytania. Powiedział, że nie mam dobrego nazwiska i jestem słabą autorką, bo gdybym pisała jedną książkę rocznie, to mógłby ryzykować. Byłam zdruzgotana. Potem nadeszły porażające wyniki sprzedaży. O ile słabą sprzedaż pierwszej części cyklu tłumaczył tym, że rynek już się nasycił, bo poprzedni wydawca sprzedał mi te cholerne 30 tysięcy egzemplarzy, o tyle w przypadku drugiej części tego argumentu użyć nie mógł. Padały więc słowa, że… za gruba a przez to… za droga! Czytelnicy pisali jednak, że połknęli jednym tchem. Na cenę nikt się nie skarżył. Jak więc to ogarnąć? Z jednej strony były listy od czytelników domagających się kolejnych książek i pochlebne recenzje w prasie, z drugiej wydawca podcinający skrzydła, że jestem słaba, bo nie strzelam książkami jak z karabinu i jakby na potwierdzenie tych słów te nieszczęsne, słabe wyniki sprzedaży. Wypłakałam się w mankiet przyjaciółce. Trzy dni później odebrałam telefon z wielkiego wydawnictwa. Okazało się, że od dawna otrzymywali pytania z prośbą o zakup moich książek, choć nie oni je wydawali. „Pani Małgorzato. Chcemy te pani książki. Pani pogada ze Zbawcą na temat przekazania praw.” Okazja ku temu była. Książek prawie nie było w stacjonarnych księgarniach i empikach. Nie miałam z czym jeździć na spotkania autorskie, więc automatycznie miałam mniej spotkań. Z czego żyć? Zwłaszcza, że nie mogłam też doprosić się o wypłatę nędznych honorariów, które za sprzedaż czterech tytułów przez kwartał, wtedy wyniosły coś około dwóch i pół tysiąca złotych. Poprosiłam o pomoc prawnika. Zwrócił uwagę, że Zbawca wypuścił na rynek e-booki moich książek, a tego zawarta między nami umowa nie przewidywała. Po drugie sprzedał prawa do audiobooka jednej z książek wydawcy audiobooków. Był to audiobook, którego nagranie mi się nie podobało, a nawet byłam nim tak załamana, że w domu płakałam w poduszkę. Tego swoistego handlu moimi prawami autorskimi w zakresie audiobooka też umowa wydawnicza ze mną nie przewidywała. Po otrzymaniu pisma od mojego prawnika Zbawca zdecydował się wypłacić mi to, co mi się należy, czyli nieszczęsne dwa i pół tysiąca z hakiem, ale za oddanie praw do książek, których prawie mi nie sprzedawał, zażądał od nowego wydawnictwa… 150 tysięcy złotych! Zostałam na lodzie. Bez nowego wydawcy i książek na rynku, ale z obietnicą, że będą dodruki. Postanowiłam czekać na wygaśnięcie umów i co jakiś czas domagać się wypłaty honorariów. Rozmowę ze Zbawcą na temat wydanego bez mojej zgody audiobooka i e-booków odłożyłam na później łudząc się, że może Zbawca sam z siebie coś zaproponuje. Nie zrobił tego. Jakby było mało, regularnie zalegał z wypłatami honorariów. Cóż… zgodnie z umową powinny one być wypłacane, co kwartał bez upominania, ale ja musiałam się dopominać. Ponieważ było to upokarzające, więc zdecydowałam się robić to raz na rok, by uzbierała się większa suma i nie stresować samej siebie. Głupio jest płaszczyć się po 500 złotych, a należne mi pieniądze zmniejszały się wraz z upływem czasu od premiery książek. Trzy lata temu było to cztery tysiące, dwa lata temu dwa tysiące, a rok temu niewiele ponad tysiąc złotych brutto za rok sprzedaży czterech tytułów.

Ponieważ czytelnicy zaczęli dopominać się o trzecią część książki, która jest w lekturze, podręcznikach i była w swoim czasie na liście bestsellerów, więc… zaczęłam ją pisać myśląc jednocześnie o wydaniu. Już wiedziałam, że nie powinnam tego zrobić u Zbawcy. Zresztą… po tekście, że jestem słabą autorką, bo nie piszę jednej książki rocznie, wiedziałam, że moje miejsce jest w innym wydawnictwie. Ale w jakim? Przypomniałam sobie rozmowy z przemiłą panią z wydawnictwa, któremu prawa do moich publikacji Zbawca chciał odstąpić za 150 tysięcy złotych, co skończyło się przecież niczym. Dlatego postanowiłam sprawdzić, ile jeszcze Zbawca będzie miał prawa do moich książek. Prawda niemal mnie zabiła. Okazało się, że do trzech książek dawno mu te prawa wygasły! Do jednej trzy lata temu, do drugiej dwa, a do trzeciej rok temu. Tymczasem on ciągle nimi handlował. Niestety były obecne głównie w księgarniach internetowych i to wraz z nieszczęsnymi e-bookami, na wydanie których nigdy nie wyraziłam zgody. Odkrycie mnie załamało.

Prawnicy radzili iść do sądu. Wykazywali, że Zbawca bez umowy zarabiał na e-bookach, a także audiobooku, za sprzedaż którego nie dostałam nawet złotówki, oraz na książkach papierowych, do których prawa mu wygasły, a ja od roku nie widziałam ani grosza. Mówili, że można zażądać spodziewanych zysków. Wskazywali osoby, które wygrały procesy ze Zbawcą o niezapłacone honoraria. Wśród nich znalazła się felietonistka dodatku do popularnego dziennika i felietonista pewnego poczytnego tygodnika. Ja jednak chciałam polubownie. Napisałam list:

„Drogi Zbawco, Jeszcze w czerwcu mailem prosiłam Cię o podanie do 15-go lipca rozliczenia z tytułu sprzedaży moich książek za okres do końca czerwca 2015. Jest mi niezwykle przykro, że nie dotrzymałeś tego terminu i na dodatek mimo obietnicy nadesłania rozliczenia 16-go lipca, minął 17-ty, 18-ty itd., a Ty cały czas, mimo mojego zadanego w mailu 17-go lipca pytania o rozliczenie, nie raczyłeś mi odpowiedzieć. Jestem zmęczona całą tą sytuacją i współpracą. Na dodatek po sprawdzeniu dokumentacji (umowy, rozliczenia etc.) czuję się… oszukana, a nawet okradziona.
Po pierwsze: Wygasły ci prawa do moich książek: Do pierwszej 28 czerwca 2012 rok!, Do drugiej 12 września 2013 rok! Do trzeciej 6 września 2014 rok! Po drugie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o audiobooku.  Po trzecie: W naszej umowie wydawniczej nie było nigdy mowy o elektronicznych wersjach książek.
Na marginesie wspomnę, że na brak zapisów na ten temat w umowach zwracała Ci w swoim czasie uwagę moja prawniczka – specjalistka od prawa autorskiego. Przez czas, który upłynął od rozmowy z nią nie zrobiłeś NIC, by to naprawić. W związku z powyższymi sprawami proszę o: Po pierwsze: Natychmiastowe wycofanie ze sprzedaży moich książek. Po drugie: Natychmiastowe wycofanie z sieci e-booków moich wszystkich czterech książek. Także tej czwartej, do której masz prawa do 23 kwietnia 2017 roku, ale tylko na wydanie papierowe. W związku z tymi dwiema prośbami mam dwie propozycje:
Propozycja pierwsza: Byśmy umowę na powieść ŻŻŻ rozwiązali ze skutkiem natychmiastowym. Propozycja rozwiązania umowy w załączeniu. Moje argumenty:
1. Papierowych książek i tak od dawna nie ma w sprzedaży.
2. Nie było Twojego wydawnictwa na ostatnich majowych Targach Książki. Czytelnicy przychodzący do mnie po podpisanie nowych książek na stoiska, na których byłam, pytali o stare książki. Nawet nie miałam ich gdzie odsyłać.
3. Czytelnicy, którzy ślą do Twojego wydawnictwa listy z zapytaniami o moje książki są w większości przypadków ignorowani, na co mam dowody w postaci ich listów.
4. Wypłacone przez Ciebie 31 lipca 2014 roku honorarium z tytułu rocznej sprzedaży 4 tytułów wynosiło 1 050,03 PLN, czyli słownie: jeden tysiąc pięćdziesiąt złotych i trzy grosze.
Propozycja druga: Kwestia rozliczenia za e-booki. Czekam na załatwienie tej nieprzyjemnej dla nas obojga sprawy. Moja propozycja jest taka byś wypłacił mi 50% od każdego sprzedanego e-booka – termin płatności do końca września 2015. Myślę, że przy natychmiastowym wycofaniu ich ze sprzedaży nie powinno być problemu z uzyskaniem rozliczeń od internetowych księgarń do końca wakacji. W załączniku propozycja ugody n.t. e-booków. Przyznaję, że sprawę audiobooka chciałam załatwić polubownie, ale Twoje milczenie po 15-tym lipca przelało czarę goryczy. Dlatego zdecydowałam się skorzystać z propozycji wydawcy audiobooka i rozliczyć się z nim. Proszę o odpowiedź na niniejsze pismo do końca lipca 2015. W przeciwnym razie podejmę odpowiednie kroki prawne. Nawet nie wiesz jak mi jest przykro. Ile dni biłam się z myślami, czy pisać czy nie pisać, zwłaszcza po telefonie od wydawcy audiobooka (to on do mnie zadzwonił) i przejrzeniu umów, co sprawiło mi ogromną przykrość. Miałam przygotowaną inną i o wiele sympatyczniejszą wersję tego listu. Ten list jest odpowiedzią na brak reakcji z Twojej strony. Liczę na Twój rozsądek, a więc na to, że zgodzisz się na moje propozycje. Nie chciałabym sięgać po środki ostateczne, czyli poinformowanie opinii publicznej oraz kierowanie sprawy do sądu, choć wiem o innych Twoich autorach, którzy już przetarli ten szlak. Mam bardzo mocne dowody twojej nieuczciwości m.in. w postaci faktur na moje książki wystawianych przez Ciebie już po wygaśnięciu umowy oraz w postaci faktur ze sklepów internetowych handlujących elektronicznymi wersjami moich książek. Myślę, że nie byłoby dla Ciebie dobrze, gdybyś otrzymał podobny list z kancelarii prawnej mojego nowego wydawcy.
PS Przyznam, że liczyłam, że sam mi przypomnisz o wygaśnięciu umów. Zwłaszcza, że w swoim czasie prosiłam Cię o ich rozwiązanie, na co się przecież nie zgodziłeś.

Po tym liście podpisaliśmy ugodę. Była krótka. Miałam dostać półtora złotego od każdego audiobooka, 50% od każdego sprzedanego ebooka i normalne honoraria od książek papierowych. Umowa na czwartą książkę wygasała z końcem sierpnia. Najważniejsze jednak dla mnie były terminy. Według nich rozliczenie miałam dostać do 30 września, a wypłatę do 15 października. By Zbawcy pomóc, wysłałam nawet list, w ktorym zaproponowałam rozliczenie w naturze. Ja bym sobie te książki potem sprzedała na spotkaniach autorskich, których wysyp miałam na początku października. Jednak 30 września nie dostałam rozliczenia, a co za tym idzie nie wiedziałam, na jaką kwotę mogę liczyć. Spotkania autorskie, na których książki mogłam sprzedać przeminęły. Uznałam więc, że sprawa rozliczenia w naturze nie ma już sensu. Zresztą… z braku książek na rynku, pozostawało mi w planie tak niewiele spotkań autorskich, że później nie miałabym gdzie sprzedawać swoich publikacji. Takie to jest zamknięte koło. Autor, którego książek nie ma na rynku – nie ma przecież spotkań. 15 października zdecydowałam się napisać do Zbawcy list o następującej treści:

„Zgodnie z zawartym między nami w sierpniu porozumieniem (które załączam w niniejszym mailu) dziś powinnam dostać od Ciebie pieniądze kończące naszą współpracę. Niestety do tej pory nie dostałam nawet rozliczenia, choć wszystkie podane w porozumieniu terminy zostały przez Ciebie przekroczone.
Ponieważ twierdzisz, że padły Ci komputery i to uniemożliwia terminowe przesłanie mi rozliczenia (nie wiem wprawdzie, jak się to ma do przejrzenia księgowości, która powinna być zabezpieczona i co zrobisz w momencie kontroli skarbowej skoro wszystko masz w komputerach) mam taką propozycję rozliczenia. 1. Audiobooki.
Co do tego nie ma wątpliwości. (Tu nazwa wydawnictwa Audiobooka) podała mi liczbę sprzedanych audiobooków, na które umówiliśmy się po 1,50 od sztuki. Jest to: 1836 sztuk. Czyli: 1836 x 1,50 zł = 2754 zł
Ich rozliczenie przesłałam Ci w poprzednim mailu. Są tam dane pani, z którą możesz wszystko sprawdzić.
2. Papierowe książki.
Ponieważ ostatni rachunek opiewał na niewiele więcej niż 1000 złotych za sprzedaż papierowych książek (cztery tytuły, cztery kwartały sprzedaży – aż się chce skomentować), proponuję, by ten opiewał na równy 1000 zł.
3. E-booki.
Umówiliśmy się na 50% z kwoty od każdego e-booka.
Ponieważ nie jesteś w stanie wykazać ile się tego sprzedało i za ile, mam więc w moim pojęciu zdroworozsądkową propozycję uznania, że:
skoro mp3 (tytuł książki) sprzedało się 169, a jak wiadomo mp3 sprzedaje się gorzej niż e-book, uznajmy więc, że ŚREDNIO sprzedało się 200 egzemplarzy każdego e-booka (i tak wiadomo, że poszło więcej „XXX” niż „YYY” itd., ale proponuję uśrednienie tytułów), a ich cenę dla mnie na 4 złote, co oboje wiemy, że jest niższe niż 50%. Czyli to będzie razem:
200 x 4 tytuły = 3200 zł
Czyli razem: 2754 zł + 1000 zł + 3200 zł  = 6954 zł
Myślę, że jest to rozsądna propozycja, której spełnienie przez Ciebie sprawi, że pozostaniemy w dobrych stosunkach. Na marginesie i do przemyślenia Twojego tylko dodam, że moja prawniczka twierdzi, że mam bardzo miękkie serce i jestem zbyt wyrozumiała i tolerancyjna.
(…) To wszystko, co mogę zrobić, by Ci pomóc wybrnąć z tej bardzo brzydkiej sytuacji. Nie chcę by pozostał między nami jakikolwiek tzw. “smród”, bo nie znoszę konfliktów.”

Korespondencja trwała długo. W końcu dowiedziałam się, że jego rozliczenie wygląda inaczej. Wg niego za sprzedaż audiobooka oraz e-booków czterech tytułów przez okres 5 lat oraz ostatni rok sprzedaży papierowych książek należało mi się (po odliczeniu podatku) 3855 złotych i 50 groszy (słownie: trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt pięć złotych i pięćdziesiąt groszy). Na te pieniądze czekałam dość długo, prowadząc upokarzającą także dla mnie korespondencję. Ile i kiedy dokładnie sprzedał moich tytułów? Nie wiem do dziś. Znam tylko szczegółowe rozliczenie audiobooka, bo to dostałam od wydawcy audiobooka. Zbawca nie przesłał mi żadnych szczegółów. Nic. Nie wiem więc, jak dokładnie sprzedawał się który e-book. I tylko jeśli idzie o ostatni rok sprzedaży książek papierowych wiem, że sprzedało się: książki XXX – 62 szt., książki YYY – 6 szt., książki ZZZ – 48 szt., zaś książki ŻŻŻ – 18 szt. Porażające. Prawda? Nadal jednak nie wiem jak to było w poszczególnych miesiącach, a chętnie bym sprawdziła i porównała z danymi nadesłanymi mi przez kilka internetowych księgarń, do których po takie dane wystąpiłam i bez szemrania je otrzymałam. Sprawdziłabym też, czy w spisie ujęte jest 30 egzemplarzy książki ZZZ, które w czerwcu mijającego roku osobiście sprzedałam na jednym spotkaniu, o co prosiłam dwa tygodnie wieloma mailami, bo w jednej ze szkół gimnazjaliści omawiali moją książkę, jako lekturę i nauczycielka chciała kupić im drugi tom na pamiątkę na wakacje. Załatwiłam więc u Zbawcy te 30 egzemplarzy ZZZ, a uzyskane za nie 600 złotych przekazałam osobiście do rąk własnych Zbawcy.

Nie drążyłam już jednak tematu, bo nie chciałam się w tym babrać. Milszy mi święty spokój. Zwłaszcza, że ani felietonistka dodatku do popularnego dziennika ani felietonista pewnego poczytnego tygodnika, do dziś, mimo wygranego procesu i nasłania na Zbawcę komorników, nie zobaczyli ani złotówki. Ja ujrzałam 3855 złotych i 50 groszy, które w dwóch ratach i wielkim upokorzeniu, wyrwałam niemal z gardła. Na dodatek wbijana byłam w trakcie tej operacji w tak wielkie poczucie winy, że dopominam się o swoje, że po otrzymaniu należności zachorowałam na owo nieszczęsne zapalenie nerwów.

Felietonistka dziennika, która zdecydowała się pozwać Zbawcę do sądu, w marcu ubiegłego roku napisała, o swojej wydanej przez niego książce, że „wyszła drukiem w 2011 roku. Miała świetną promocję, którą zrobiłam głównie ja sama przy wielkiej pomocy serdecznego przyjaciela znającego rynek mediów. Mój wydawca nie zrobił prawie nic, jakby w ogóle nie interesowała go sprzedaż. Ale i tak o książce mówiono w TVN, w TVP, w radio, pisano w kolorowych gazetach, w najpopularniejszych dziennikach, na blogach, diabli wiedzą gdzie jeszcze. Mały wywiad na temat książki opublikował nawet FORBES (wg ostatniego filmu Scorsese: szczyt lansu). Przez kilka pierwszych tygodni od wydania książka nie schodziła z internetowej listy TOP Empiku. Można powiedzieć – raj promocyjny. Ale dla kogo ten raj? Książka kosztuje 32 złote. Część zabiera księgarz, część dystrybutor. No i wydawca oczywiście. Dla mnie, według umowy miało być, uwaga: 2 złote. Miało być. Do dziś nie dostałam z tytułu sprzedaży książki ani jednej dwuzłotówki. Wydawca nie odbiera telefonów.” Równo rok później opublikowała treść listu z kancelarii adwokackiej, który brzmiał: „Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść (tu tytuł). Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł. Z poważaniem. Kancelaria Adwokacka.” Jednak gdy byłam u Zbawcy w sierpniu, by podpisać cholerną ugodę, biurka, komputery i lodówka nadal stały na miejscu. Felietonistka nadal nie miała pieniędzy. Z kolei felietonista tygodnika, który również poszedł ze Zbawcą do sądu w jednym z felietonów w tygodniku napisał o polskim rynku wydawniczym m.in. „Dziś natomiast można wpaść na przykład na pożal się Boże szemrane wydawnictwo (tu nazwa), którego właściciel (tu imię i nazwisko) po prostu kpi ze swoich autorów. Jeśli do niego pójść, to nie z książką, tylko z adwokatem i komornikiem”.

Dlatego często zastanawiam się czy dobrze zrobiłam walcząc? Przecież uzyskałam niecałe nędzne cztery tysiące złotych za tyle LAT swoistego okradania, zaś pochorowałam się strasznie. Ale z drugiej strony pozostaje pytanie: Czy tym razem machnięcie ręką nie byłoby wyrażeniem zgody na rozbój w biały dzień? Przyznam, że w sytuacji podobnej do mojej jest co najmniej kilkunastu autorów, a tylko dwójka poszła do sądu. I z jakim skutkiem?

PS Wiem, że długi tekst, dlatego szczerze gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca. Ja też w tym roku dobrnęłam do końca. Współpracy. Uff!

Między nami pisarzami, czyli trzecia migawka z Syberii

Wyprawa do Irkucka to także spotkanie z tamtejszymi pisarzami. Ciekawe, ale… nie przypuszczałam, że aż tak cofnę się w pisarskiej, ale nie tylko pisarskiej obyczajowości. Najpierw nic tego nie zapowiadało.

Na spotkanie przyszło dziesięciu pisarzy. Przewodził Pan Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Rosji w Irkucku. Na ich życzenie opowiadałam im o swoich książkach, o tym co mnie zagnało na Syberię, o prowadzonym przeze mnie Warszawskim Oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Opowiadałam więc o „Klasie pani Czajki” i jej drugiej części, o swoich młodzieżowych kryminałach, o „Kursie dziennikarstwa dla samouków”, o ostatniej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”, opowiadałam też o swoich genealogicznych „zabawach” i powstałym z tego blogu oraz o monodramie Ulubionego, o którym wieczorem mieliśmy opowiedzieć. Wreszcie opowiedziałam o wydawanym przez nasz oddział SPP kwartalniku literackim „Podgląd”, którego egzemplarze im pokazałam, o organizowanych w Domu Literatury spotkaniach autorskich, o Domach Pracy Twórczej, do których jeździmy i sytuacji wydawniczej w Polsce.

Oczywiście padały pytania o liczbę członków SPP, a także o to, jak można dostać się do ich grona. Powiedziałam, że trzeba mieć minimum dwie wydane książki, dwie rekomendacje i o wszystkim decyduje komisja złożona z fachowców. Padało pytanie, co za fachowcy – mówiłam o Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk itd. Padały pytania o nakłady książek, promocje, dystrybucje, wreszcie… Pan Prezes tamtejszego Stowarzyszenia powiedział, że w Rosji z książką źle się dzieje. Wszystkiemu winien jest Michaił Gorbaczow i zachód, który rozbił cudowny Związek Radziecki.

- Przeszkadzała światu nasza potęga! I co teraz mamy? Spadek poziomu literatury! Czy pani wie, że tu jeden własnym sumptem sobie wydał książkę? Ona jest nie na poziomie! – wykrzyknął.

Zaczęłam Panu Prezesowi tłumaczyć, że na całym świecie tak jest. Że to oznacza wolny rynek. Że w Polsce też ludzie sami sobie wydają książki, choć różnie to potem bywa z dystrybucją no i poziom wiadomo, że różny. Z tego zresztą powodu większym szacunkiem otaczana jest literatura wydawana przez uznane wydawnictwa. Niemniej jednak nie można w wolnym kraju zakazać ludziom wydawania samemu sobie swoich książek. A skoro Rosja ma się za wolny kraj… Pan Prezes zaczął jednak wtedy jeszcze głośniej krzyczeć, że to co piszą ci ludzie, to się nie nadaje do czytania. Ja mu na to, że się domyślam, że wszędzie na świecie tak bywa, ale to właśnie jest uboczny skutek wolności wypowiedzi i braku cenzury. Zwróciłam mu uwagę, że wolność polega też na tym, że on nie musi tego czytać. Ja głupot nie czytam. A poza tym…, i tu użyłam koronnego argumentu, uważam, że lepiej jak ktoś pisze, nawet bardzo złe rzeczy i wydaje je za swoje pieniądze, niż miałby te pieniądze przepijać. Te argumenty zbiły Pana Prezesa z pantałyku. Pomruczał coś jeszcze, podarował mi magnes na lodówkę, wymieniliśmy się wizytówkami i… poszedł. Pożegnała się też reszta, a jedna Pani dała mi swoje wiersze dla dzieci. Ze mną został jeden rosyjski Młody Poeta. Najmłodszy. Był to świeżo upieczony członek Stowarzyszenia Pisarzy Rosji.
Zapytał mnie o Polskę i Warszawę, jak wygląda. Pokazałam mu zdjęcia Warszawy, które miałam na karcie pamięci w aparacie. Kręcił głową ze zdumienia, że Warszawa taka piękna. Nie przypuszczał. A sporo ogląda telewizji. Pytał o poezję polską. Kogo powinien poczytać. Powiedziałam, że ostatnie 30 lat to dwóch noblistów – Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, ale też jest wielu innych, których nazwiska mu podałam. Młody Poeta o nikim z nich nie słyszał. Spytał o poezję rosyjską. Kogo w Polsce znamy poza Puszkinem i Lermontowem? Powiedziałam o Majakowskim, Jesieninie, Buninie, Mandelsztamie i Achmatowej, na których się wychowywałam, a których czytałam i czytam do tej pory. Niestety nie umiałam z pamięci wyrecytować żadnego ich wiersza po polsku, być może dlatego, że ostatnio ciągle czytałam w oryginale i gdzieś mi te tłumaczenia wywietrzały z głowy. W pewnym momencie Młody Poeta spytał o to, co mówi się w Polsce o Putinie i konflikcie na Ukrainie.

- Nie wiem, czy panu będzie miło to słuchać, a ja nie lubię konfliktów i nie chcę się kłócić.

Młody Poeta jednak nalegał. Powiedziałam więc, że odpowiem mu na to pytanie opowiadając jedną i tylko jedną anegdotę. I opowiedziałam, jak to Putin na zarzuty zachodu, że na terenie Ukrainy są rosyjskie wojska odparł, że to nie są rosyjskie wojska, wojsko rosyjskie nie było wysyłane na Ukrainę, a takie mundury można kupić w każdym sklepie z wojskowymi ubraniami z demobilu.

- I wie pan, – dodałam, – jak potem był mecz piłki nożnej Polska-Rosja i Rosjanie przegrali, to polski Internet odpowiedział takim memem, na którym Putin niby mówi: „To nie nasza reprezentacja. Nie wysyłaliśmy drużyny do Polski. Takie stroje można kupić w każdym sklepie sportowym.”

Młodego Poetę zamurowało. Ja dodałam tylko, że w czasach „You Tube” i Internetu trudniej jest siać propagandę i okłamywać ludzi, choć jest to oczywiście możliwe. Jednak liczba filmów z Ukrainy za mocno pokazuje obecność tam rosyjskich wojsk i najemników z Rosji.

Młody Poeta podziękował. Przyszedł nawet do Domu Aktora na początek pokazu „Listów do Skręcipitki” (z przyczyn technicznych nie wyglądało to jak spektakl). W trakcie wyszedł. Przed wyjściem podszedł jednak do mnie:

- Pójdę, bo nic nie rozumiem – powiedział. – Bardzo dziękuję za spotkanie. Dużo mi dało do myślenia. A to dla Pani – dodał wręczając jakieś zawiniątko.

Dopiero potem zajrzałam do środka. Była to matrioszka. Najbardziej kolorowa spośród moich matrioszek, z których jedną z Gorbaczowem odziedziczyłam po Ojcu, a drugą klasyczną po Eksiu. Ta od Młodego Poety w moim pojęciu chyba najbardziej ilustruje przekonanie współczesnej Rosji o własnej potędze i urodzie. Czy to chciał mi przekazać tym podarunkiem? A może to zwykły zbieg okoliczności? Chyba nigdy się nie dowiem. Niestety nie pamiętam nawet jak Młody Poeta miał na imię.

Zmuszana do znajomości

Miałam kiedyś kolegę pisarza. Miałam. Piszę to w czasie przeszłym, gdyż po prawie dwudziestu latach znajomości oraz wielu różnych jego wyskokach, rok temu postanowiłam zakończyć znajomość. Nie obraziłam się. Po prostu nie chcę mieć takiego znajomego, który jest, mówiąc łagodnie, kłótnikiem. Jest to osobnik bardzo konfliktowy, ma ileś tam procesów w sądach. Jak głosi stugębna plotka, w której jest spore ziarnko prawdy (jeśli nie cała prawda), polscy wydawcy dzielą się na takich, którzy mają z nim proces i na takich, którzy jeszcze nie wydawali jego książek. W każdym razie jest to w moim pojęciu osobnik chory psychicznie na niezdiagnozowaną i nierozpoznaną w medycynie chorobę, która objawia się awanturniczością, słowną agresją oraz chęcią przekonania do swojego, jedynego słusznego, zaś często kontrowersyjnego zdania. A ponieważ nie akceptuje on innych poglądów, więc… w kontaktach z nim kłótnia goni kłótnię. Wreszcie jest to osobnik, który na każdym kroku większość swoich rozmówców obraża i wyzywa. W swoim czasie ukazał się z nim wywiad w prasie, z którego wynikało, że karmi się tymi awanturami wszczynanymi zarówno w życiu realnym, jak i w internecie, gdzie ma opinię trolla. Otóż jak sam przyznał, te awantury pomagają mu pisać książki. Gratuluję. Mnie awantury przeszkadzają w pisaniu. Jako osoba, która swoje w życiu przeszła i jeśli czegokolwiek mocno nienawidzi, to konfliktów i awantur, które staram się natychmiast łagodzić, chyba mam prawo nie chcieć kontaktować się z awanturnikiem? Mam chyba prawo nie chcieć z nim dyskutować ani nawet rozmawiać? Otóż okazuje się, że jego zdaniem najwyraźniej… nie mam. Niedługo minie rok, kiedy dodałam jego numer telefonu do listy numerów blokowanych oraz do spamu. Przez wiele miesięcy ów osobnik nie mógł do mnie zadzwonić ani wysłać SMS’ów. Wczoraj wysłał dwa, chcąc nimi wywołać konflikt między mną, a moim przyjacielem z dzieciństwa. Przysłał mi SMS’y, z których wynika, że przyjacielowi nie spodobała się moja ostatnia książka. Konfliktowemu byłemu znajomemu wydaje się, że wie gdzie uderzyć. Niestety mierzy mnie własną miarką. Ta metoda jest z góry skazana na porażkę. Moi przyjaciele nie tylko nie mają obowiązku zachwycać się mną, ale też nie mają obowiązku zachwycać się moimi książkami. Mogą im się one nie podobać. Mogą mieć do nich uwagi. Nadal będą moimi przyjaciółmi.

Zainteresowało mnie natomiast, jak to się stało, że jakieś SMS’y od niego do mnie przeszły. Zadzwoniłam do operatora sieci Play’a i co się okazało? Otóż jakiś czas temu robiłam w telefonie przywracanie systemu. Ta operacja, plus późniejsze odzyskiwanie ustawień, przywróciły wszystkie moje personalne ustawienia aparatu poza… numerami blokowanymi i dodanymi do spamu. Musiałam więc teraz znów na piechotę dodawać numer byłego znajomego do listy blokowanych i spamerskich numerów telefonu. Na szczęście ustawienia poczty elektronicznej są na stałe zachowane na serwerze. Były znajomy od dawna nie może do mnie pisać maili. Przyznam jednak, że zupełnie nie rozumiem jego potrzeby kontaktowania się ze mną. Mój przyjaciel z dzieciństwa, na którego zdanie powołał się były już znajomy w SMS’ach, spytał mnie: „Czy wy się kiedyś pogodzicie”? Nie wiem ile razy mam odpowiadać: NIE POKŁÓCIŁAM SIĘ. PO PROSTU NIE CHCĘ KONTYNUOWAĆ TAKIEJ ZNAJOMOŚCI! Wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, śpiewający: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, uważam, że żyję w wolnym kraju. Moja wolność życia w nim polega między innymi na tym, że o ile nie mam wpływu na to, z kim pracuję w redakcji, o tyle mogę dobrać sobie znajomych, z którymi kontaktuję się w czasie wolnym. Są osoby, z którymi nie chcę mieć kontaktu. Życzę im wszystkiego najlepszego, ale z daleka ode mnie. Temu znajomemu życzę samych sukcesów w pracy zawodowej, nagrody Nike, Warszawskiej Nagrody Literackiej, Nobla w dziedzinie literatury itd., udanego pożycia seksualnego, dużo pieniędzy oraz czego tylko sobie życzy. Ale po raz chyba tysięczny proszę, by nigdy więcej nie próbował się ze mną kontaktować. By dał mi raz na zawsze święty spokój od siebie, swojego awanturnictwa itd. Przykre, że musiałam uciec się do blokady jego numeru telefonicznego i adresu e-mail.

Jedna ze wspólnych koleżanek twierdzi, że on to robi, bo tęskni za znajomością ze mną. Ciekawe, że próbuje zmienić moją decyzję o zerwaniu tej znajomości poprzez wbijanie klina między mnie a przyjaciela z dzieciństwa. Ale najwyraźniej tak ma. Zaś co do tej domniemanej tęsknoty: jeśli rzeczywiście za mna tęskni, to trudno. Musi sobie z tą tęsknotą jakoś sam poradzić. Dorosłość to ponoszenie konsekwencji własnych czynów. Zerwałam znajomość, bo zachowywał się tak, jak się zachowywał, zaś to zachowanie mi nie odpowiada i bardzo mnie męczy. Broń Boże się nie obraziłam. Po prostu nie lubię się męczyć i nie chcę mieć takiego toksycznego i wysysającego ze mnie energię znajomego. Czy tak trudno to zrozumieć?

PS Nie podaję jego imienia i nazwiska nie dlatego, że boję się ewentualnego procesu, ale nie chcę karmić trolla!

W rozdarciu pomiędzy zawodami

Od wielu miesięcy żyję w rozdarciu między zawodami. Rozdarciu wynikającym z malusieńkich telewizyjnych zarobków, spowodowanych niemiłą atmosferą w stacji. Nie mam motywacji do częstszego przychodzenia. Podprogowo wysyłana przez niektóre koleżanki i kolegów informacja, że zabieram im chleb, bo skoro mogę zarobić gdzie indziej, to nie muszę pracować tu, nie zachęca do angażowania się. Dodatkowo dochodzą różne prace społeczne, które wykonuję, a których mi naprawdę nie brak. Plus siedzenie nad książką. Zarabiać trzeba gdzie indziej. Gdzie? Staram się gdzie mogę. Piszę tu i tam i tak dalej. A ponieważ ostatnio proporcje zarobków dziennikarskich i pisarskich niebezpiecznie przechylają się na korzyść pisarskich, co nie jest trudne, gdyż w maju w TVP zarobiłam 226,20 PLN (słownie: dwieście dwadzieścia sześć złotych i dwadzieścia groszy), więc… cały czas waham się. Odejść z TVP? Wspomnianą wyżej kwotę podałam do wiadomości publicznej, jako osoba będąca za jawnością zarobków. Jednak mimo tej mizeroty spływającej z Telewizji w kieszeń, cały czas żal mi odchodzić z redakcji. Lubię swój macierzysty program, gdyż uważam, że „Telewizyjny Kurier Warszawski”, jako jeden z nielicznych programów informacyjnych mówi o tym, co jest naprawdę ważne dla przeciętnego człowieka nieinteresującego się polityką, niezaangażowanego w nią, a żyjącego w moim ukochanym mieście. Tkwię tu, bo interesuje mnie moje miasto. W końcu jestem varsavianistką. To u nas na antenie są informacje o historii miasta, ciekawostkach, ale też ważnych sprawach z codziennego życia: korkach, zmianach na trasach, utrudnieniach, a także imprezach organizowanych w stolicy dla Warszawiaków. Dziś pojechałam z kamerą na jedną z takich imprez. Bieg im. Stanisława Tyma. Bohater miał pojawić się o 11:30. Ja do 11:30 miałam kamerę, ale ubłagałam o przedłużenie, bo jak tu nie pokazać bohatera, który 35 lat temu, jako Ryszard Ochódzki z filmu Miś wbiegł na 30 piętro Pałacu Kultury na piechotę, gdyż tam „pan miał relaks”.  Bohater spóźnił się pół godziny. Gdy przyszło do rozmów z dziennikarzami spytał z jakich jesteśmy stacji, bo nie z każdym rozmawia. Zanuciłam wesoło fragment naszej czołówki: „Telewizyjny Kurier Warszaw…”, która zawsze rozładowywała atmosferę i w odpowiedzi rozmówca oblał mnie kubłem zimnej wody. Usłyszałam mianowicie, że on zna tych naszych prezesów itd. i już mi dziękuje. Ja prezesów nie znam. Nie rozmawiałam twarzą w twarz nigdy z żadnym z prezesów TVP. Paradoksalnie Stanisław Tym jest członkiem oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, któremu z kolei ja od listopada prezesuję. Nie zna mnie, bo tam nie bywa, a ja nie jestem rozpoznawalna, bo się nie pcham, zresztą nie wiem nawet gdzie miałabym się z tym pchać. Przy tej okazji przedstawiłam mu się, nawet dodałam coś o stowarzyszeniu, chcąc w swojej głupocie i bezdennej naiwności, zyskać przychylność rozmówcy, ale on usłyszał jedynie moje dwa imiona i skupiwszy się na nich, przedstawił jako Stanisław Aleksander chcąc tym samym, jak zrozumiałam, pokazać moją śmieszność, małość, głupotę czy coś tam jeszcze. Przyznam, że spotykałam się już z tym, bo niewiele osób rozumie, że mam naprawdę dwa imiona, ponieważ dla ponad połowy rodziny nie jestem Małgosią tylko od zawsze Karolcią. Zachowanie Stanisława Tyma sprawiło mi po ludzku przykrość, ale też pomyślałam, że wszystko było trochę jednak niegrzeczne i co tu kryć – bufonowate. Nie wiedziałam jak się zachować. Przez ostatnie tygodnie pracy nad książką, sztuką, spotkań autorskich i tym podobnych odwykłam od takich sytuacji. Z opresji wybawił mnie operator, któremu po prostu i najzwyczajniej w świecie padła bateria. Wróciłam do redakcji bez nagranej wypowiedzi Stanisława Tyma.

Mam relaks… czekam…

Jako Małgorzata Karolina, jako pisarka, nie czuję się obrażona. Zresztą jako człowieka trudno mnie obrazić. Natomiast jest mi przykro jako dziennikarce. Nie pracuję tu gdzie pracuję dlatego, że muszę. Chyba każdy z czytelników przyzna, że 226 (słownie: dwieście dwadzieścia sześć) złotych nie jest motywujące. Pracuję, bo lubię tę redakcję i ten program. Uważam, że zapracował on na szacunek, a jego reporterzy nigdy nie zasłużyli sobie na pogardliwe i pretensjonalne traktowanie. A piszę o tym, bo przez prawie 20 lat pracy dla „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego” pierwszy raz ktoś mi dał do zrozumienia, że nie chce ze mną rozmawiać. Dla kamery mojego programu otwierały się zawsze drzwi. Nawet te mocno zatrzaśnięte dla „Wiadomości”, czy „Panoramy”. Rozmówcy wiedzieli, że to program miejski i bez polityki. I przykro mi, że nie zauważył tego mój bądź co bądź „kolega po piórze”. Abstrahując od poglądów na temat prezesów, polityki i tym podobnych, uważam, że gdy ktoś decyduje się wziąć udział w takiej imprezie i firmować ją swoim nazwiskiem, to chyba zdaje sobie sprawę, że przyjdą na nią różne media. Organizatorom zależy na jej nagłaśnianiu. Widziałam jak po tej wymianie zdań było im przykro. Choć bohater kultowego „Misia” udzielił potem wywiadu wszystkim. Poza mną, ale cóż… bateria naprawdę padła, a ja nie wiem, czy nie był to przysłowiowy „Palec Boży”. Rozumiem, że Stanisław Tym musiał najpierw publicznie coś zamanifestować. Szkoda, że padłam ofiarą tej manifestacji, ale przecież  sama się wyrwałam ze swoim wesołym: „Telewizyjny Kurier Warszaw…” Mogłam milczeć jak pozostali, którzy na prośbę o przedstawienie się nie odezwali nawet słowem lub zrobili to bardzo cicho.

Moje życie w rozdarciu pomiędzy zawodami jeszcze pewnie trochę potrwa. Chyba, że ktoś mnie wyrzuci z TVP, np. za ujawnienie telewizyjnych zarobków w kwocie 226 złotych. Ale teraz do rozmyślań, czy warto się poświęcać dla marnych groszy, dojdzie myślenie, czy warto poświęcać się dla przeżywania takich rozczarowań ludźmi, których się kiedyś podziwiało i miało za sympatycznych. Na razie jeszcze takie traktowanie dziennikarzy wyzwala we mnie chęć powiedzenia światu i wszystkim innym Stanisławom Tymom: „Co wy wiecie o kurierze?”. Ale co przyniesie jutro?

Nie lubię stacji TVN za miałką ofertę programową i obniżanie poziomu intelektualnego społeczeństwa (o czym kilkakrotnie pisałam), ale nigdy w życiu nie zachowałabym się tak w stosunku do żadnego jej dziennikarza. I jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek spotka się z takim zachowaniem z mojej strony – niech zastrzeli. Bez litości. Pisałam kiedyś, że wolę być martwa niż śmieszna. Wolę też być martwa niż jak Stanisław Tym, taka… No właśnie. Jaka?

Jestem… „Klasa pani Czajki”?

Poszłam kilka dni temu na pewną galę wręczania pewnych nagród z racji piastowania pewnego stanowiska. Na tejże gali po uroczystościach był bankiet. Na bankiecie sporo znajomych. Wśród nich starsza trochę ode mnie przesympatyczna koleżanka poetka. Przy jej stoliku pewien Pan. Twarz mi nieznana. Ona przedstawia mnie i dodaje piastowaną przeze mnie funkcję. Pan w odpowiedzi mówi:

- Jestem… i tu pada tytuł bardzo znanej piosenki.

Piosenka jest tak znana, że aż strach. Jej wykonawca znany jest głównie i właściwie jedynie z tej piosenki. Wygrał nią zresztą jeden z festiwali w latach 70-tych. Mój rozmówca napisał tekst. To dwuzwrotkowy wiersz. Mój rozmówca znany jest głównie tylko z tego tekstu, choć jego nazwisko nic nie mówi przeciętnemu człowiekowi. Pan spytał mnie o moje największe dzieło, czym wkurzył mnie niemiłosiernie. Dlaczego? Otóż uważam tego typu rozmowy za bufonadę. A poza wszystko to i tak ocenia czas. Może nic po mnie nie pozostanie? A może wszystko jeszcze przede mną? Pan naciskał. Zirytowana powiedziałam więc, że napisałam m.in. powieść dla młodzieży „Klasa pani Czajki”, która rozeszła się w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy i jest w kilku podręcznikach. Wyszła też za granicą. Ponieważ Pan nie skomentował, więc dorzuciłam coś a propos… tytułu, którym się przedstawił. Otóż powiedziałam mu, zgodnie z prawdą, że remontuję teraz stuletnie, rodzinne pianino. Właściciel pracowni konserwacji pianin powiedział mi, że zanim przyjmie moje pianino powinnam go odwiedzić, by zobaczyć co u siebie robi. Pojechaliśmy więc we dwójkę z Ulubionym do pracowni konserwacji pianin i fortepianów, a tam… niemal w progu piękne pianino, podobne do naszego, choć innego producenta. Spytałam więc, czyje to. W odpowiedzi mistrz naprawy pianin podał nazwisko piosenkarza, który znany jest z jednego utworu. Właśnie tego, którym przedstawił się Pan…

Bo tak jednak jest, że piosenki kojarzone są z wykonawcami, a nie autorami tekstów. Mój rozmówca najwyraźniej nie może tego przeboleć.

I tak myślę… nigdy nie słyszałam, by Marek Gaszyński przedstawiał się komuś, jako „Sen o Warszawie”. Ani, żeby Agnieszka Osiecka przedstawiała się, jako „Małgośka”, czy „Niech żyje bal” lub „Okularnicy”. A już Andrzeja Mogielnickiego przedstawiającego się, jako „Kryzysowa narzeczona”, czy Jacka Cygana, jako „Dumka na dwa serca” lub „Łatwopalni” to już w ogóle sobie nie wyobrażam! Faktem jednak jest, że i Osiecka i Mogielnicki i Cygan mają na swoim koncie o wiele więcej piosenek, dzięki którym są znani niż mój rozmówca – autor jednego przeboju.

Na razie nie przyszło mi do głowy przedstawiać się komuś, jako „Klasa pani Czajki”. Ale gdy osiągnę słuszny wiek, w którym jest autor tego hitu to…, kto wie jak bardzo mi odbije. Dlatego tradycyjnie wszystkich proszę po raz kolejny. Jak zacznie mi odbijać – zastrzelcie bez litości. Kiedyś już napisałam, że wolę być martwa niż śmieszna. I cały czas podtrzymuję swoje zdanie.

Protestuję i wysyłam na pielgrzymkę, czyli list otwarty do Michała Witkowskiego

Rzadko mi się zdarza protestować przeciwko czyimś zachowaniom, postawom, słowom itd. Staram się każdego usprawiedliwiać. Może miał zły dzień? Może chory? Może coś go boli i uwiera? Może mu się w życiu nie wiedzie? Ale Pana, Panie Michale, nawet jeśli coś boli, coś uwiera i nie wiedzie się Panu w życiu, nijak nie umiem usprawiedliwić. Nie mam do Pana pretensji, że zamiast jak większość pisarzy pisać, częściej biega Pan, jak przysłowiowy kot z pęcherzem, po popkulturowych żenujących imprezach i jako jedyny chyba człowiek pióra (po Ignacym Karpowiczu) ląduje na Pudelku między głupimi informacjami o ludziach, którzy są znani tylko z tego, że są znani. Wymyślił Pan sobie blog o modzie, wsadza Pan na siebie jakieś cudactwa – proszę bardzo. Jestem ostatnia, która by wsadzanie na siebie debilizmów potępiała, bo i mnie zdarzało się w liceum w dzień wagarowicza wyjść na ulice w nocnej, lnianej koszuli dziadka i szlafmycy. Również ja w czasach studenckich poszłam do osiedlowego spożywczaka po zakupy mając na głowie obity pluszem emaliowany rondel, bo założyłam się o to z kolegą. I mogłabym jeszcze sto historii opowiedzieć o tym, co ku zgorszeniu innych na siebie wkładałam i w czym paradowałam po ulicy. Z wiekiem z tego wyrosłam – Pan jeszcze nie. To jest cudowne i godne pozazdroszczenia. Cudnie jest mieć wiecznie naście lat.
Nie przeszkadza mi Pańska orientacja seksualna, choć mój przyjaciel zdeklarowany gej, (nazywający samego siebie zresztą „pedałem”) stwierdził, że przez swoje wyskoki jest Pan zakałą tego środowiska. Być może. Ja się aż tak na tym środowisku nie znam, by to ocenić.
Mam natomiast spore uwagi do Pańskiej ostatniej kreacji, w której pokazał się Pan publicznie na dzień przed rocznicą powstania w getcie warszawskim. A mam je zwłaszcza dlatego, że tłumaczył się Pan z niej takimi słowami: „Nie było moją intencją szerzenie symboliki SS. Kapelusz wraz z elementami stylizacji przygotowywał mi stylista, a otrzymałem go przed samym pokazem, tak też nie przyglądałem mu się zbyt wnikliwie. Założyłem kapelusz nie mając świadomości, że mógłby on kogoś urazić. Chciałbym nadmienić, że w momencie, kiedy zwrócono mi uwagę, że naszyte na kapelusz części tkaniny mogą zostać odczytane jako symbol SS natychmiast się go pozbyłem.”

fot. Pudelek.pl

Pomijam, że to co nazwal Pan kapeluszem przypomina coś, co kiedyś nazywano furażerką. Czasy się zmieniają, może dziś rzecz bez ronda jest kapeluszem. Pan, jako spec od mody zapewne wie lepiej. Nieważne…
Boli mnie to, że w swoim tłumaczeniu ani słowem nie zająknął się Pan o towarzyszącym kreacji i wiszącym na Pańskiej szyi „gustownym naszyjniku”, który też jest symbolem SS tylko złożonym z klocków lego! Symboli na czapce Pan nie zauważył? Przed lustrem Pan nie stanął, a jak stanął wyszło to cokolwiek odwrócone, jak u Alicji z krainy czarów? Literki za małe? Pan niedowidzi? No przypuśćmy. Ale chyba to, co na szyi Panu dynda, to Pan widzi?! Czy może interesują Pana zupełnie inne dyndające przedmioty u innych osób (np. torebka) i na to, co własne jest Pan ślepy? Naszyjnika się Pan nie pozbył?
Decyzji wydawnictwa Znak, które zdecydowało się wstrzymać prace nad Pańską książką – nie chcę komentować. Jestem pisarką i wiem, że musi to być dla Pana cios. Ale ponieważ kilkukrotnie publicznie chwalił się Pan zarabianymi na pisarstwie kokosami, mam propozycję rekompensaty i pokuty: Czy nie mógłby Pan, jako osoba, która otrzymuje takie wielkie zaliczki, o których tyle razy Pan wspomniał, a o których 99% pisarzy (zwłaszcza tych piszących o holokauście) może tylko pomarzyć, przeznaczyć chociaż częściowo (zamiast na nowe stylizacje z penisami i czymś tam jeszcze), na wycieczkę po Polsce przez Treblinkę, Majdanek i Oświęcim, a także na zwiedzenie Muzeum Historii Żydów Polskich, odwiedzenie Żydowskiego Instytutu Historycznego, Synagogi w Tykocinie i resztek tamtejszego kirkutu, cmentarza żydowskiego w Warszawie (także tego na Bródnie), cmentarza żydowskiego w Kazimierzu Dolnym i wielu innych miejsc. Wierzę, że taka wycieczka sprawi, że do końca życia wryje Pan sobie w głowę, czym są takie dwa wężyki. W przeciwieństwie do swastyki trudno ich szukać na etruskich naczyniach, gdyż są nowożytnym symbolem oznaczającym „Schutzstaffel”, czyli oddział ochronny Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników.
Swoją drogą ciekawe: co Pan robił w szkole na tych lekcjach z historii, na których omawiano II wojnę światową? Ciekawi mnie też, czy w liceum nie omawiał Pan na lekcjach polskiego „Medalionów” Zofii Nałkowskiej, „Pożegnania z Marią” Tadeusza Borowskiego, czy „Rozmów z katem” Kazimierza Moczarskiego? A jesli nie w liceum to czy na pewno na studiach polonistycznych Uniwersytetu Wrocławskiego jest to pomijane? No i na co Pan patrzył oglądając w dzieciństwie „Czterech pancernych” czy „Stawkę większą niż życie”? Ale być może mundur Brunnera, jako stylizację modową ma Pan dopiero w planach.
Ja się na modzie nie znam. Ale wiem, że pisarz powinien być erudytą nie tylko w dziedzinie długości własnego penisa, męskiej prostytucji w Niemczech, ale też i historii własnego kraju. Zwłaszcza, gdy niemal cały świat zarzuca nam współodpowiedzialność za holocaust, a na prawo i lewo trąbi o polskich obozach koncentracyjnych.
Myślę, że teraz juz Pan wie, że artystyczna prowokacja też powinna mieć jakieś granice. 

PS  Jeśli odbędzie Pan taką pielgrzymkę „śladami SS na polskiej ziemi” i jako pisarz da Pan temu pisarski wyraz – ja Panu wybaczę, a być może zrobi to i reszta środowiska pisarskiego, które swoim zachowaniem Pan skalał. Wprawdzie będzie Pan miał trudne zadanie, bo dramat „Bent” o miłości homoseksualnej w obozie koncentracyjnym już ktoś kiedyś napisał, a nawet został on zekranizowany. Ale sądząc po Pańskich ekscesach Pan lubi wyzwania…

fot. Booklips.pl

Oko w oko z damą, czyli usprawiedliwienie

Ostatnie tygodnie intensywnie pracowałam nad Kwartalnikiem Literackim „Podgląd”. Wymyśliłam go w Nowy Rok. To wtedy zaczęłam zastanawiać się, czy jako Oddział Warszawski SPP nie moglibyśmy wydawać takiego bezpłatnego pisma pokazującego twórczość naszych członków. Ponieważ okazało się, że jest to możliwe, znaleźli się nawet sponsorzy, którzy ofiarowali drobne kwoty, więc… kwartalnik powstał. Sześć osób kolegium redakcyjnego pracowało nad redakcją, składem i łamaniem, korektą etc. Kwartalnik za kilka dni opuści drukarnię, ale nie będzie do kupienia. Można go natomiast pobierać bezpłatnie ze strony i czytać. Prawie 160 stron tekstów autorstwa członków oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ostatnie dni skupiłam się na technicznej stronie obsługi internetowej i systemu pobierania. Nie chcę zanudzać tym wszystkim, ale… w ogóle ostatnie tygodnie były dla mnie ciężkie. Miałam na głowie i kwartalnik i pracę w TVP, do której kilka razy musiałam wstawać o 4-tej rano, i jeszcze na dodatek korekty mojej książki, której oficjalna premiera przewidziana została na 28 kwietnia. Plus kilka innych obowiązków. Żyjąc i tak z kalendarzem w ręku, w którym każda minuta życia jest ściśle zaplanowana, co chwilę łapałam się na tym, że o czymś zapomniałam. W każdym razie pewnie dlatego w ogóle nie zwróciłam w telewizyjnej redakcji uwagi na to, że na korytarzu stanęła i stoi pewna… dama. Przeszłam koło niej kilka razy i… nawet skinęłam głową na „dzień dobry”, choc zupełnie się nie przyjrzałam, czy ją znam. Tak… gnałam rpzez korytarz i skinęłamna wszelki wypadek. Dopiero koleżanki mi pokazały komuż to ja się w swoim zabieganiu ukłoniłam. Cóż… trwa remont niektórych pomieszczeń, a w dziennikarzach, zapewne pod wpływem programów typu „Project runway” i masy innych, drzemie duch projektanta mody i artysty w jednym.

Powyższy tekst napisałam jako usprawiedliwienie. Chciałam wytłumaczyć się z milczenia na blogu. Ostatnio jestem jak ta żaba, która miała przejść albo na stronę ładnych albo na stronę mądrych, ale stanąwszy na środku powiedziała: „no przecież się nie rozerwę”. Ja też nie. Nie mogę aż tak intensywnie pracować, jako pisarka i jako dziennikarka i jako blogerka. Ale wrócę na blog. Niczym Terminator. Już wkrótce!

Fajnie wstrzelić się w rocznicę…

W ostatnim numerze miesięcznika „Stolica” opublikowano fragmenty mojej najnowszej książki, która jeszcze się nie ukazała, a której tytuł ostatecznie brzmi: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Miesięcznik, który jest patronem medialnym książki z osiemnastu rozdziałów wybrał ten o Wilanowie. Dlaczego? Jednym z jego bohaterów jest Szach Perski Naser ad-Din Szah Kadżar, a w tym roku przypada 540 rocznica nawiązania stosunków dyplomatycznych z dzisiejszym Iranem, czyli dawną Persją. Pisząc książkę nie miałam pojęcia, że wstrzelę się w taką rocznicę. 

Czytelników ciekawych hiistorii zapraszam do ostatniej Stolicy. Są tam dość obszerne fragmenty rozdziału o Wilanowie. Obszerniejsze niż na stronie projektu – Czucieiwiara.pl.

Nie da się o wszystkim pamiętać

To będzie krótki wpis, a przynajmniej mam taką nadzieję. Wczoraj przyjechałam do Obór. Mam mnóstwo pracy pisarskiej, a tu pisze się najlepiej. Przede wszystkim dlatego, że nie muszę robić zakupów ani gotować. Wszystko mam podstawione pod nos. Niestety każdy wyjazd to stres czy niczego nie zapomnę. I zawsze jednak czegoś zapominam. Ostatnim razem notatek do powieści. Poprzednio radioodbiornika, więc wracałam. Jeszcze poprzednio aparatu fotograficznego, więc też wracałam. Teraz, o ile wydawało mi się, że pamiętałam o zabraniu wszystkich rzeczy z domu, o tyle po drodze miałam zrobić zakupy i o kupnie kilku zapomniałam, choć zatrzymywałam się w trzech sklepach. I tak:
Nie mam herbaty. Na szczęście w pałacowej kuchni podarowano mi kilka torebek.
Nie mam dziurkacza, a sekretariat pałacu dziś nieczynny, bo niedziela.
Zapomniałam wziąć sobie malutką poduszkę.
Zapomniałam kupić papierowe ręczniki, chustki do nosa etc.

na dodatek już na miejscu tez kilka razy o czymś zapomniałam. Gdy wczoraj po przyjeździe brałam z kuchni różne rzeczy (dzbanuszek do mleka, kieliszek do wiśniówki, bo w końcu zima a Ulubiony wyposażył mnie w małą buteleczkę) zapomniałam o szklance. Zorientowałam się koło 22-giej, gdy chciałam sobie nalać soku. Musiałam pić z filiżanki, bo kubka z kuchni też zapomniałam. Jeszcze nie zaczęłam pisać. Przyjechałam wczoraj o 17-tej. Najpierw dwie godziny prawie rozpakowywałam się i układałam wszystko tak, by było mi najwygodniej pracować.

Teraz zbieram się jednak do centrum handlowego Papiernia w Konstancinie uzupełnić braki zakupowe. Bo jednak nie da się o wszystkim pamiętać. I to podobno nie jest skleroza tylko zabieganie i zapracowanie.

mam jednak nadzieję, ze jak już wrócę z zakupów to siądę i będę miała wszystko, co jest potrzebne do pracy. Proszę trzymać kciuki. Mogę sobie pozwolić tylko na 8 dni pobytu tutaj.